Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrea Neumann. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrea Neumann. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 stycznia 2025

Burkhard Beins in Eight Duos!


Ubiegły rok obfitował w okrągłe urodziny znamienitych postaci muzyki free jazzowej i improwizowanej. Także na tych łamach hucznie obchodziliśmy osiemdziesiąte urodziny Evana Parkera, czy też siedemdziesiąte Johna Butchera. W roli hołubionych jubilatów wystąpili także Agustí Fernández, czy też o dekadę od niego młodsi Mats Gustafsson i Ken Vandermark.

W październiku 2024 okrągłe, sześćdziesiąte urodziny celebrował także niemiecki multi-instrumentalista Burkhard Beins, muzyk tysiąca talentów, choć rzadziej goszczący na pierwszych stronach nieistniejących gazet poświęconych wyłącznie muzyce improwizowanej. W ostatni weekend października w Berlinie odbyło się jubileuszowe koncertowanie, a luksemburska oficyna Ni Vu Ni Connu dostarczyła potrójny winyl, zawierający osiem duetów jubilata poczynionych z artystami różnych proweniencji. W każdym z nich Beins zaprezentował się w innym zestawie instrumentalnym, co doskonale obrazuje, jak wszechstronnym, multigatunkowym jest muzykiem. W trakcie nagraniowych sesji królowała improwizacja, ale na tych łamach świetnie wiemy, iż nie jest to jedyna metoda pracy twórczej tego wyśmienitego artysty.

Osiem nagrań duetowych zarejestrowano wiosną 2023 roku, a pomieszczono na sześciu stronach winylowych. Cztery duety trwają po około dwadzieścia minut i samodzielnie wypełniają stronę czarnego krążka, cztery powstałe, to interwały dziesięciominutowe i krótsze, dzielą zatem stronę z innym duetem.



Paradę duetów otwiera spotkanie z Andreą Neumann, która preparuje fortepian i korzysta ze stołu mikserskiego, dzięki któremu jej akustyczne frazy potrafią przepoczwarzać się w elektroakustyczne porcje wytrawnego hałasu. Beins korzysta z talerzy, które delikatnie amplifikuje oraz bębna basowego, na którym ugniata tajemnicze przedmioty. Ta improwizacja zlepiona jest z trzech samodzielnych opowieści. Pierwsza z nich jest skupiona, niemal rytualna, skoncentrowana na frazach w pełni akustycznych, rozrzucanych po przestrzeni, której echo zdaje się nie mieć końca. W drugiej części fonie płynące z inside piano pokrywają się kurzem czegoś definitywnie post-akustycznego i przybierają formę perkusjonalną. Wtóruje im pracujący w podobnej stylistyce Beins. Z kolei wątek trzeci nasycony jest pokrętną melodyką, dochodzącą z pudla rezonansowego fortepianu i napotykającą na dźwięki ugniatania przedmiotów na werblu. Poziom intensywności tego odcinka każe nam określić go mianem post-industrialnego.

Druga strona winyla konsumuje dwa duety. Ten pierwszy, w towarzystwie Michaela Renkela, to podwójny zestaw instrumentów perkusyjnych i strunowych. Artyści szarpią za struny, polerują je, uderzają w akcesoria perkusjonalne. Generują frazy czyste, ale także intensywnie preparowane. Nie brakuje brzmień gitarowych i przypominających cytrę. Z jednej strony zgrzebność post-bluesa, z drugiej rytuał celebrowania fraz akustycznych. Drugi duet, z Quentinem Tolimierim, to z kolei jazzowa narracja na klawiaturę fortepianu i perkusję. Opowieść ma kompulsywny drive, nabiera adekwatnej dynamiki i wpada we free jazzową repetycję. Dużo emocji, choć sama estetyka bardzo odległa od pozostałych duetów.

Na trzeciej stronie odnajdujemy nasze dobre znajome z ostatniej edycji Spontaneous Music Festival. Najpierw Andrea Ermke i jej mini dyski wyposażone w niepowtarzalne sample. Beins także korzysta z sampli, ale jego podstawowym narzędziem pracy jest syntezator analogowy. Kilkuminutowa narracja lepi się tu z wielu wątków, inteligentnie wplatanych w zwój narracji – skąpanych w deszczu miejskich odgłosów, wielokolorowych szumów i szmerów, wtrętów harsh-ambientu generujących klimat niemal post-industrialny i syntetycznych, niekiedy basowych pulsacji. Dramaturgię opowieści tworzą także dwukrotnie zamykające się z hukiem drzwi. Stronę uzupełnia duet w pełni akustyczny, z frazującą zarówno w formule inside, jak i outside piano Anaïs Tuerlinckx. Beins towarzyszy jej na instrumentach perkusyjnych. Po delikatnym otwarciu, pełnym separatywnych, drżących fonii opowieść nabiera intensywności, ale i mroku. Frazy piana szukają tu nieba, te z drżącego werbla wiją się po podłodze. Po krótkim wystudzeniu flow kreują filigranowe dźwięki fortepianowych strun i szeleszczących talerzy. Udręczona akustyka lepi się ostatecznie w dron rozśpiewanego rezonansu.

Druga strona drugiego krążka oddana została w ręce preparującego trąbkę Axela Dörnera i pracującego na werblu i obiektach jubilata. Blisko dziewiętnastominutowa improwizacja, to stan permanentnej zmiany dramaturgicznej. Opowieść początkowo sprawia wrażenie minimalistycznej, a muzycy wydają się oblepieni plastrami ciszy. Z czasem nie skapią nam jednak dobrze skonstruowanych eksplozji hałasu i narracyjnych zagęszczeń. Nawet jeśli delikatniejszym w tym gronie wydaje się Beins, także on, w konsekwencji wyłącznie udanych decyzji, jest w stanie opanować spektrum narracji. Gdy obaj muzycy zmyślnie preparują, dysonans poznawczy odbiorcy rośnie, a wskazanie źródła dźwięku wydaje się dalece utrudnione. Bywa, że frazują imitacyjnie, wtedy lepią się w jednorodny strumień intensywnego szumu. Ciekawym pomysłem, w kontakcie całości, jest faza subtelnie preparowanej trąbki, wspartej akcją perkusyjną.

Trzeci winyl na stałe przenosi nas do świata dźwięków nieakustycznych. Na pierwszej jego stronie odnajdujemy duet dwóch gitar basowych, podłączonych pod elektronikę. W roli partnera jubilata Tony Elieh. Najdłuższą improwizację w zestawie inauguruje ciężkie, dość leniwe, basowe frazowanie na lewej flance i porcja soczystej, na poły hałaśliwej elektroniki na flance przeciwnej. Flow dość szybko osiąga niemal noise’ową intensywność, ale już po kilku minutach klei się w jednorodny dron gęstego, szorstkiego ambientu, czyniąc ów moment bodaj najpiękniejszym fragmentem całego trójpaku. W środkowej części utworu muzycy zagłębiają się w hałaśliwej elektronice, by po niedługim czasie powrócić do basowego frazowania, tu czynionego z pewną dozą rytmu. Nim opowieść wygaśnie, muzycy serwują nam jeszcze porcje śpiewnego ambientu, zgrzytającego electro beatu, wreszcie minimalistyczny, basowy dialog, ostatecznie zatopiony w smudze ambientu.

Urodzinowy trójpak domyka duet z Martą Zapparoli. Tu ucieczka od akustyki jest już ostateczna – na stołach mikserskich lądują radiowe anteny i odbiorniki, magnetofony, walkie talkie, syntezator analogowy i dozowniki sampli. Artyści już na starcie budują wielowarstwowy dron, wypełniając go brzęczącym i pulsującym szumem. Systematycznie dokładają do niego kolejne elementy, sprawiając, iż w jego wnętrzu zaczynają toczyć się prawdziwe wojny światów. Po laserowym spiętrzeniu, w tyglu studzonych, całkiem mrocznych emocji pojawiają się sample z odgłosami, jakby nagle wszystkie stacje radiowe na ziemi rozpoczęły swój gadający broadcast. Ów zgiełk w eterze przechodzi różne stadia intensywności – najpierw jest plejadą elektroakustycznych iskierek, potem porcją zgrzytających usterek na łączach, wreszcie gasnącym, post-elektronicznym mrowiskiem.


Burkhard Beins Eight Duos (Ni Vu Ni Connu, 3 LP 2024)

LP1 A: Andrea Neumann - inside piano, mikser, Burkhard Beins – amplifikowane talerze, bęben basowy. LP1 B: Michael Renkel - struny, instrument perkusyjne, Burkhard Beins – struny, instrumenty perkusyjne; Quentin Tolimieri - grand piano, Burkhard Beins –perkusja. LP 2 A: Andrea Ermke – mini dyski, sample, Burkhard Beins – syntezator analogowy, sample; Anaïs Tuerlinckx - grand piano, Burkhard Beins – instrumenty perkusyjne. LP 2 B: Axel Dörner – trąbka, Burkhard Beins – werbel, obiekty. LP 3 A: Tony Elieh – gitara basowa, elektronika, Burkhard Beins – gitara basowa, elektronika. LP 3 B: Marta Zapparoli – anteny, odbiorniki, magnetofony, Burkhard Beins – syntezator analogowy, walkie talkie, sample. Nagrane w Morphine Raum, Berlin, marzec-kwiecień 2023. Osiem utworów, łącznie 117 minut.




piątek, 10 stycznia 2025

The January’ Round-up: Spinifex! Dos Reis! Acqua Pesante! Costa! Gold Mother! Cume! Sã Bernardo! Talagbusao! Orquesta Inorgánica! Conflations! H.u.M.o! Suter & Chmiel!


Zapraszamy na pierwszą w nowym roku zbiorówkę świeżutkich recenzji, czyli na odczyt, tudzież odsłuch całego mnóstwa pachnących nowością albumów, wydanych – co oczywiste – jeszcze w starym, zapleśniałym roku 2024.

W ujęciu stylistycznym będziemy jak zwykle balansować na linie – jazz-rockowy downtown funk, post-melodyjna, gitarowa podróż w nieznane, sonorystyczne, dronowe i elektroakustyczne eksperymenty, loftowy free jazz, gitarowe post-fussion-psycho, ponadgatunkowa orkiestra, filmowy soundtrack i radiowe słuchowisko, wreszcie klasyka kreatywnego jazzu podana w nowoczesnej oprawie. Artyści znani i lubiani, ale też sporo nowych nazwisk do zapamiętania.

Zaczniemy od międzynarodowej i niepowtarzalnej formacji Spinifex, napotkanej tym razem w Brukseli. Potem wiele godzin spędzimy w Portugalii, albowiem aż siedem albumów będzie z tą piękną krainą związanych (nie bez akcentów włoskich i holenderskich). Nasz trip kontynuować będziemy w dalekiej Argentynie, skąd pochodzą kolejne trzy wydawnictwa (nie bez akcentów szwajcarsko-niemieckich). Zbiorówkę domkniemy zaś elektroakustycznym ujawnieniem krajowym, poczynionym w międzynarodowym towarzystwie.

Zabawa będzie przednia! Bądźcie tego pewni! Welcome to heaven & hell of improvised music!



 

Spinifex Undrilling the Hole (Tone Records, CD 2024)

Werkplaats Walter, Bruksela, luty 2024: Tobias Klein – saksofon altowy, kompozycje, Bart Maris – trąbka, John Dikeman – saksofon tenorowy, Jasper Stadhouders – gitara, Gonçalo Almeida – bas elektryczny, Philipp Moser – perkusja. Siedem utworów, 55 minut.

Do już dziewiąty album, związanej z Holandią, międzynarodowej załogi Spinifex! Tym razem materiał kompozytorski dostarcza wyłącznie niemiecki alcista, a nagranie skrzy się od emocji, zadziornych, jazz-rockowych fraz, funkowego drive’u i mnóstwa skojarzeń z najlepszymi dokonaniami nowojorskiego Downtown z zabawnych lat 90. ubiegłego stulecia. Nade wszystko zaś sekstet niesie nam jakość – to po prostu doskonałe granie!

Nasączone rockiem, energetyczne otwarcie stawia nas do pionu! Dęty wykop soczystej melodii i intrygujący passus gitary wplątany w rozbudowaną ekspozycję tematu. Faza improwizacji jest gęsta, realizowana kolektywnym strumieniem. Druga opowieść, chyba jako jedyna na płycie, zasługuje na miano spokojniejszej wycieczki. Mroczne otwarcie, smutne melodie, ciekawe akcje w podgrupach. Trzecia odsłona trwa ponad dwanaście minut i nieodwołalnie pachnie jazz-rockowym, nowojorskim graniem. Rodzaj obsesyjnego tańca, który na etapie ledwie odczuwalnego spowolnienia staje się niemal heavy metalową ekspozycją. Kolejne dwa epizody przynoszą dodatkowe atrakcje – gitarowe preparacje, masywny riff basu, który podrywa sekstet do efektownego lotu, wreszcie rozhuśtane, funkowe spiętrzenie. Szósta opowieść nie stroni od taneczności, ale realizowanej ze szczególną swobodą. Muzycy świetnie się bawią, puszczają do nas oko i zachęcają do tego samego. Finałowa kompozycja rodzi się w tumulcie pick-up’owych zgrzytów, dętych pokrzykiwań i masywnych stempli sekcji rytmu. Znów stawia na rockowe emocje, nie dając chwili wytchnienia. Funk is not dead! Tańczmy do utraty tchu!



 

Marcelo dos Reis Life...Repeat!!! (Miria Records, CD 2024)

Academia de Música CNM, maj 2024: Marcelo Dos Reis – gitara, gitara preparowana, głos. Cztery utwory, 47 minut.

Trzeci solowy album naszego ulubionego portugalskiego gitarzysty zdaje się być kolejnym ważnym krokiem na jego artystycznej drodze. Ten wątek w twórczości Marcelo ma od początku bardzo osobisty charakter. Debiut był rodzajem uporządkowanej improwizacji, drugi album koncentrował się na formie i kompozycji, ten trzeci wydaje się łączyć oba wątki i pokazywać to, co najlepsze w samotnej podróży Portugalczyka. Długa, ponad 25-minutowa pieśń otwarcia decyduje tu o wszystkim, ale trzy kolejne, znacznie krótsze historie, także budują wartość całego przedsięwzięcia.

Dos Reis od startu prezentuje nam dwie warstwy narracji. Jedną z nich jest puls rytmu, pozostający w tle, ale obecny w trakcie całego utworu. Na jego bazie artysta buduje wątek główny, który inicjuje spokojnym, delikatnym fazowaniem. Ta opowieść ma wielowątkową intrygę i bogatą dramaturgię z kilkoma punktami zwrotnymi. Po siódmej minucie w grze pojawia się smyczek, który nadaje historii post-barokowy sznyt. Towarzyszy mu ekspozycja wokalna, niesiona wysokim tembrem, nasycona melancholijną melodyką. W dalszej części muzyk dokłada akcenty jazzu, post-klasyki, a nawet rockowe ornamenty. Samo zaś zakończenie przepełnione jest smutkiem, niepozbawione wszakże na poły radosnych refleksji. Druga opowieść znów pełna jest melodii, która sączy się na ambientowym tle. Wątki pętlą się, pudło rezonansowe gitary trzeszczy, uroda chwili zdaje się eksplodować. Kolejna historia sięga po nisko posadowione frazy, które budują nowy puls opowieści, osadzony w mrocznej poświacie. Górą snuje się zaś melodia, którą intrygująco dewastuje pojawienie się nerwowego smyczka. Końcowy utwór na starcie jest strugą minimalistycznych flażoletów. Wydaje się tęskną balladą, we wnętrzu której tli się bardziej energiczne życie, ale nie jest nam dane tego doświadczyć.



 

Acqua Pesante Shaping the Time (Phonogram Unit, DL 2024)

Waveahead Studio, Monopoli, Włochy, styczeń 2024: Carlo Mascolo – puzon no-input, Hernâni Faustino – kontrabas oraz Giacomo Mongelli – perkusja. Siedem utworów, 45 minut.

Spotkanie z nowościami portugalskiego Phonogram Unit zaczynamy od tria z udziałem dwóch muzyków włoskich. To wyjątkowe nagranie – nietypowo brzmiący, zdekonstruowany puzon, silnie zrytmizowana dramaturgia, wreszcie inspiracja malarstwem na etapie komponowania/ predefiniowania improwizacji. To ostatnie, to tzw. spacjalizm, czyli poszukiwanie dodatkowego wymiaru. Koncepcja w kontekście całości tego wyśmienitego nagrania, zdecydowanie w punkt.

Kształtowanie Czasu zaskakuje na każdym etapie podróży! Nagranie ma post-jazzowy sznyt, lubi powtarzające się frazy, ale nade wszystko hołubi rytm, który nie zawsze sytuowany jest w głównym nurcie narracji. Króluje puzon, który brzmi tu na tysiące sposobów. Czasami przypomina zepsuty silnik elektryczny, innym razem piszczy jak przepalony amplifikator – charczy, rzęzi, dusi się własnym oddechem. Czysto frazuje w zasadzie dopiero pod koniec albumu, jakby brał w nawias wszelkie dotychczasowe szaleństwa. Jego brzmienie determinuje często dramaturgię całej improwizacji, ale wraz z minimalistycznie usposobioną perkusją bywa też rytmicznym tłem dla kontrabasu. Ten ostatni frazuje w najszerszym możliwym spektrum, od jazzowego pizzicato do barokowego arco, raz za razem zdobiąc opowieść doskonałymi ekspozycjami. Trudno w tak udanie skonstruowanym i zbilansowanym albumie wskazywać momenty szczególnie zasługujące na wyróżnienie. Utwór czwarty sprawia wrażenie akcji free chamber, ale rosnąca gramatura rytmu karze ten trop gatunkowy porzucić. W części szóstej wszystko pachnie czerstwym bluesem, a dodatkową atrakcją jest głos. Z kolei w ostatnim odcinku pojawia się brzmienie fletu, ale autorem tych dźwięków nie jest puzonista. So, suprice by suprice.



 

Hugo Costa/ Aaron Lumley/ Aleksandar Škorić Inne Graasj (Phonogram Unit, CD 2024)

Jazzblazzt, Neeritter, Holandia, grudzień 2023: Hugo Costa – saksofon altowy, Aaron Lumley – kontrabas oraz Aleksandar Škorić – perkusja. Cztery utwory, 48 minut.

Tym razem wątek jest zdecydowanie holenderski, choć kraje pochodzenia artystów, to niemalże cały świat. Spotkanie o definitywnie free jazzowym zabarwieniu, tkane wszakże z gracją, niemasywne, jakby zatopione w starej, dobrej estetyce nowojorskiego, loftowego jazzu lat 70. ubiegłego stulecia. Nie ma specjalnych zaskoczeń, po prostu dobrze się tego słucha – czasami to wystarcza.

Otwarcie koncertu, który jest nieprzerwanym strumieniem dźwięków, jest spokojne, osadzone na kontrabasowym smyczku. Naturalny, żywiołowy drumming i melodyjny, lubiący pętle powtórzeń saksofon altowy zgrabnie uzupełniają trzyosobową narrację. Wspomniany smyczek często decyduje tu o dramaturgii, a jego barwne, niekiedy post-barokowe interludia stanowią choćby o … zmianie traku na dysku. Improwizacja prowadzona jest na dużej swobodzie, ale muzycy trzymają ekspresję pod pełną kontrolą. Szczególnie urokliwy zdaje się być start trzeciego epizodu – najpierw szyty wyjątkowo zmysłowym smyczkiem, potem doprawiony dęciakiem, który brzmi niczym rosyjska bałałajka. Po udanej introdukcji artyści brną w dobrze zbilansowany taniec, w akcjach dynamicznych czują się bowiem najlepiej. Ostatni fragment koncertu otwiera nieco przesłodzony alt, ale opowieść na etapie rozwinięcia znów nabiera loftowego posmaku, uczepiona matowej melodyki, zatopiona w tumanach post-jazzowego kurzu.



 

Gold Mother Pecado (Phonogram Unit, DL 2024)

Alfarim, Portugalia, czas nieznany: Margarida Azevedo – głos, Luís Guerreiro – trąbka, elektronika, Jorge Nuno – gitara, Hernâni Faustino – kontrabas oraz Flak – perkusja. Cztery utwory, 29 minut.

Ostatnia z nowości Phonogram Unit sprawia wrażenie soundtracku do nienakręconego filmu. Na jego obraz składa się melorecytacja, równy, rockowy rytm kontrabasu i perkusji, wreszcie roztańczone na pogłosie, nie bez elementów psychodelii, gitara i trąbka. Kolejne odcinki tej opowieści rosną w czasie. Ta pierwsza jest ledwie zajawką, ta ostatnia trwa ponad dwanaście minut. Dramaturgia budowana jest bardzo powoli. Gdy w końcu dopada nas wartka akcja, a film naprawdę nabiera rumieńców, album kończy się zgrabnym ruchem edytorskiego skalpela.

Po krótkim gemie otwarcia, w trakcie drugiej odsłony zdaje się, że odbywamy spacer mrocznym nadbrzeżem. Historia jest zdecydowanie niewesoła, pachnie miejskim bluesem zdobionym gitarą i trąbką. W części trzeciej pojawiają się pierwsze, intrygujące komplikacje. Swawoli kontrabasowy smyczek, gitara nabiera sfuzzowanego brzmienia i łyka spore porcje kwasu, perkusja zagęszcza ścieg, trąbka płynie coraz masywniejszym pogłosem, a głos uderza w bardziej dramatyczne tony. W ostatniej części muzycy upraszczają fakturę rytmu, ale łamią go bezustannie, gitara preparuje, a zatubowana trąbka sączy cool-jazzowe melodie. Głos na chwile milknie. Mglista atmosfera poranka po kolejnej trudnej nocy daje się wszystkim we znaki, ale tempo i poziom kwasowości ekspozycji niespodziewanie rosną. Finał, jako się rzekło, sprawia wrażenie nagłej śmierci.



 

João Clemente, Jorge Nuno & Nuno Santos Dias Cume (Profound Whatever, DL 2024)

Profound Whatever Studio, październik 2024: João Clemente – gitara elektryczna (kanał prawy), instrumenty perkusyjne i elektronika, Jorge Nuno – gitara elektryczna (kanał lewy) oraz Nuno Santos Dias – instrumenty klawiszowe. Dziesięć utworów, 41 minut.

Czas na opowieść z cyklu Muzyka improwizowana z Portugalii nie jedno ma imię! Zapraszamy do świata elektrycznych gitar i instrumentów klawiszowych, których narracja daleka jest od jazz-rockowego fussion – lubi hałas, zabawy na gitarowych przetwornikach, a także oniryczną ciszę dogorywających wzmacniaczy. Od razu zaznaczmy, iż nagranie nie w każdej sekundzie powala nas na kolana, ale te chwile, gdy muzycy dają się ponieść noise’owemu temperamentowi, zdecydowanie dają się lubić. Z pewnością mogłoby być ich zdecydowanie więcej.

Owe chwile hałaśliwego uniesienia muzycy serwują nade wszystko w utworach drugim i siódmym. Najpierw jest nim potok silnie sfuzzowanych, gitarowych riffów, nasączonych nutą psychodelii, która zapewne niesie się z klawiatury instrumentu o nazwie własnej waldorf. W drugim przypadku brzmienie jest podobne, a całość intrygująco pulsuje, podsycana elektroniką i przewrotną melodyką. Pozostałe utwory na płycie płyną dość leniwym strumieniem, tylko incydentalnie zdobionym mikro zgrzytami, czy pick-up’owymi niespodziankami. W ich trakcie słyszymy bicie zegara, albo frazy akustycznego piana. Muzycy dobrze czują się w onirycznej post-psychodelii, ale bywa, że złoża ich improwizatorskiej kreatywności wyczerpują się, jak choćby w pożegnalnej, dziesiątej odsłonie.



 

Sã Bernardo Variações Poses Petros (Colectivo Casa Amarela, Kaseta/DL 2024)

Czas i miejsce akcji nieokreślone: Violeta Azevedo – flet, Yaw Tembe – trąbka, Nuno Torres – saksofon altowy, Mestre André – no-input mixer oraz Bá Alvares – kontrabas. Sześć utworów, 42 minuty.

Sytuacja dramaturgiczna tego albumu zasługuje na szczególną uwagę. Z jednej strony akustyczny strumień dętych, minimalistycznych powiewów fletu, trąbki i saksofonu altowego, z drugiej narzędzia akustycznego feedbacku – mikser, który nic nie ma na wejściu i kontrabas, a może bardziej jego pudło rezonansowe. Nagranie składa się z sześciu odcinków, które są do siebie na tyle podobne, iż po prawdzie nie wiemy, czy nie są przypadkiem sześcioma feedbackowymi wariacjami na temat akustycznego materiału bazowego. Efekt jest więcej niż intrygujący, lokowany raczej w eksperymentalnej muzyce współczesnej niż improwizowanej, ale to tylko wzmacnia naszą ciekawość.

To opowieść budowana z niebywałą powściągliwością i pieczołowitością. Separatywnie płynące strumienie dętych dźwięków lepią się po fazie introdukcji w jednorodny dron, który zdaje się być budowany stevensowską metodą improwizacji w dużej grupie zwaną sustained piece. Ów dron żyje, coś się w nim nieustannie rodzi, ale też permanentnie umiera. Wokół niego formuje się warstwa feedbacku – na początku, to delikatna mgiełka, pod koniec syntetyczna powłoka nieprzepuszczająca powietrza, sprawiająca, iż akustyczna baza zostaje zbita w jeden matowo brzmiący, dęty wyziew nieokreślonego pochodzenia. W kolejnych częściach/ mutacjach mamy wrażenie, iż strona akustyczna zaczyna przeważać, odzyskiwać wigor, ale zaraz potem to samo myślimy o warstwie feedbacku. Niekiedy miota nami uczucie klaustrofobii, choć w tym samym momencie dopada nostalgia chwili. Z czasem faktura feedbackowa zaczyna basowo pulsować niczym dogorywający syntezator. Ostatnia minuta, to już tylko umierające echo dźwięków, które od dawna nie istnieją. Definitywnie dysonans poznawczy jest tu naszym stałym partnerem, podobnie jak ogromna przyjemność z faktu obcowania z tak oryginalną produkcją. 




Talagbusao Talagbusao (Robalo Music, CD 2024)

Timbuktu Studios, Lizbona, lipiec 2023: João Carreiro – gitara, João Gato – saksofon altowy, Margaux Oswald – fortepian oraz João Valinho – perkusja. Pięć utworów, 34 minuty.

Przed nami nie pierwszy dziś projekt portugalski ze znaczącym akcentem międzynarodowym – w tym wypadku bardzo lubianą przez nas pianistką związaną ze sceną kopenhaską. Bazą dla tego swobodnie improwizującego kwartetu jest z pewnością post-jazz, ale nie brakuje tu śladów wytrwanej kameralistyki. Każdy z artystów wnosi wiele do obrazu całości, każdy potrafi zaskoczyć zarówno pomysłem dramaturgicznym, jak i brzmieniem instrumentu. Zdaje się, że dla wszystkich uczestników kwartetu, to ważny album w dotychczasowym dorobku artystycznym.

Inicjacja albumu jest definitywnie kolektywna i tak będzie się działo w trakcie całego, niezbyt długiego nagrania. Pianistka frazuje marszowym krokiem, gitarzysta i saksofonista pozostają w ciągłym dialogu, a ramy improwizacji, wyznaczane przez precyzyjnie punktującego drummera, stymulują kreatywność w każdym obszarze. Artyści dbają o emocje, a ich droga ku wyzwolonemu free jazzowi wydaje się na tym etapie otwarta. Dla przeciwwagi druga improwizacja usłana jest kameralnymi zdobieniami. Z jednej strony post-klasyczna zaduma pianistki, z drugiej intrygujące zgrzytanie gitary. Trzecia opowieść nie trwa nawet trzech minut, ale jakości w niej mnóstwo, zwłaszcza w obszarze inside piano. Czwarta odsłona jest tą najbardziej agresywną, dynamiczną, doposażoną świetnymi interakcjami. Ale i tu nie brakuje zaskoczeń – choćby piękna faza spowolnienia z intrygującą ekspozycją deep piano with cymbals. Finałowa improwizacja, to mroczne, wystudzone otwarcie, wyśmienite post-jazzowe small games na etapie rozwinięcia, wreszcie barwne zakłócenia gitary i mnóstwo kreatywności ze strony perkusisty na etapie zakończenia.



 

Orquesta Inorgánica Viaje hacia lo inesperado (Neue Numeral, DL 2024)

Studio Haciendo Discos, Tandil, Argentyna, lipiec 2024: Maria Eugenia Irianni - flety, Ana Vocaturo – klarnet, Sandra Chariatti – saksofon altowy, klarnet, Fabian Bullotti – flet, saksofon sopranowy i tenorowy, Juan Pantusa – puzon, Enrique Sarraquigne – saksofon tenorowy, Jorge Torrecillas – saksofon tenorowy i altowy, kompozycje, dyrygentura, Anibal Tobos – saksofon tenorowy, Karina Altamiranda – głos, Ezequiel Lavayen – fortepian, elektronika, Juanita Flores Arce – głos, Mario Alba – kontrabas, Daiana Grierson – perkusja oraz gościnnie śpiewająca Guillermina Moroder. Sześć kompozycji, 70 minut.

Wątek argentyński naszej zbiorówki rozpoczynamy z wysokiego C! Ten duży skład, wiedziony kreatywnością i zwinnymi kompozycjami Jorge Torrecillasa, znamy już z płyty debiutanckiej, a samego lidera z albumów dla Discordian Records, a także koncertów w naszym pięknym kraju. Nowa edycja Organicznej Załogi przynosi prawdziwie epicką opowieść, która zaczyna się w oparach swingującego jazzu, przechodzi przez wszystkie stadia kreatywnej kameralistyki, by dotrzeć nawet do wariacji operowych. Nagranie niezwykłe, absolutnie warte każdej z siedemdziesięciu minut, które trwa.

W ujęciu instrumentalnym OI, to osiem pełnokrwistych dęciaków, trzy powabne, wielojęzyczne głosy kobiece i rozbudowana sekcja rytmu z fortepianem, kontrabasem i perkusją. Słowo się rzekło, album rozpoczyna się w swingujących klimatach swobodnego post-jazzu, który nasycony jest ekspresyjnymi, na ogół kolektywnymi akcjami. Druga opowieść przenosi nas do świata braxtonowskich łamańców rytmicznych. Po imponującej introdukcji zmysł dramaturgiczny Torrecillasa zaprasza do krainy kreatywnej kameralistyki, pełnej urokliwych drobiazgów wytrawnej orkiestracji. W trzeciej odsłonie na froncie opowieści sytuują się wokalistki – od mruczenia i wzdychania po arie niemal operowe. Narracja sięga tu po wszystko, co najlepsze – jest orkiestrowy rozmach, kameralne interludia i post-jazzowe puenty. Dużo ciekawego dzieje się w podgrupach, szczególnie wokół głosów i kontrabasu, nie brakuje nawet post-klasycznej ekspozycji piana. Czwarty utwór zdaje się kontynuować rozmach poprzedniczki - dodatkowo doposażony zostaje w rytmiczne, bardzo ekspresyjne rozwinięcie i puentę wypowiedzianą w języku francuskim. W ostatnich dwóch kompozycjach powraca w większym wymiarze post-jazz. Znów trochę rytmicznej gimnastyki, kameralne zdobienia, wreszcie udane akcje fletu i wokalistek, barwione mnóstwem dętych komentarzy. W finałowej części piękna klamra dramaturgiczna - powraca swingując flow, bystre synkopy i jakże smakowite, jazzowe solówki.



 

Morelli/ Moser/ Neumann/ Zimmerlin Conflations (Neue Numeral, DL 2024)

Jazzcampus, Bazylea, marzec 2023: Luciana Morelli – głos i pomysł (inspirowany poezją Robina Myersa), Christian Moser - oud i głos, Andrea Neumann - inside piano i głos oraz Alfred Zimmerlin – wiolonczela i głos. Dziewięć utworów, 35 minut.

Oglądaliśmy już dziś film, może teraz czas na słuchowisko radiowe? Album Conflations jest zdominowany przez recytowaną poezję, oprawioną w misterną plecionkę akustycznych dźwięków strun, zatem żartobliwy ton poprzedniego zdania wcale nie jest bezzasadny. Tym razem argentyński jest tylko wydawca i artystka, która odpowiada za dramaturgiczny zamysł albumu.

Nagranie otwierają szmery, szepty, słowa wypowiadane półsłówkami i drobne, post-kameralne zdobienia instrumentalne. Całość charakteryzuje się pewną teatralnością i z góry zadekretowaną nerwowością. Można odnieść wrażenie, że znajdujemy się w stogu siana, a dźwięk przelatującego owada znamionuje burzę z piorunami. Dominująca w nagraniu akustyka od czasu do czasu zdobiona jest plamami brzmienia na poły syntetycznego. W czwartej odsłonie doświadczamy czegoś na kształt kulminacji - opowieść napina mięśnie i zrywa minimalistyczną powłokę. W części piątej muzycy szyją narrację bardziej linearnym ściegiem, dzięki czeku zyskuje ona na atrakcyjności. Kolejny odcinek także niesie garść emocji, a zaraz po nim słyszymy dźwięki amplifikowanych strun, co ciekawie dysonansuje przestrzeń dramaturgiczną dzieła. Album wieńczy trzydziestosekundowa ekspozycja, która zdaje się być najbardziej ekspresyjnym momentem zdarzenia. Być może powinniśmy wsłuchać się w słowa, ale to wymagałoby lepszej znajomości języka i większego skupienia.



 

Formica/ Albarracín/ Macchioli/ Maggiori/ Bustamante/ Mingrino H​.​u​.​M​.​o (dForma, DL 2024)

Mirífico Estudio, Buenos Aires (?), Czerwiec 2024: Lucas Albarracín – rożek, Juan Ignacio Macchioli – saksofon altowy, Matías Formica – saksofon barytonowy, klarnet basowy, Lisandro Maggiori – gitara, Ramiro Bustamante – kontrabas oraz Lucas Mingrino – perkusja. Cztery kompozycje (dwie własne, Lacy, Hemphill), 35 minut.

Przed nami argentyński sekstet w przestrzeni wysokogatunkowego jazzu. Precyzyjnie zadekretowane kompozycje, soczyste improwizacje i dużo dobrej zabawy. Na tapecie dwa utwory własne i dwie kompozycje jazzowych legend. Świetnie słucha się tego nagrania, zwłaszcza, że wzorem niemal każdej propozycji z tamtej części świata, szczególnie z udziałem Matíasa Formici, opowieść jest wstrzemięźliwa w formie i nieprzegadana choćby przez sekundę.

Pierwszy temat doskonale konsumuje cechy albumu, jakie nakreśliliśmy powyżej – roztańczona, melodyjna kompozycja podana gęstym tembrem trzech dęciaków i mięsistej sekcji rytmu. Tonacja delikatnie molowa, rytm intrygująco pokomplikowany i mnóstwo jakości na etapie improwizacji (szczególne brawa dla barytonisty!), prowadzonych zarówno kolektywnie, jak i w podgrupach. Nie bez znaczenia jest także drobny, rockowy dysonans gitarzysty. Druga opowieść silniej trzyma się swingującej historii gatunku, zdobiona urokliwymi interludiami realizowanymi na wydechu. W trzeciej odsłonie króluje Steve Lacy, a kameralna narracja prowadzona jest pod dyktando klarnetu basowego. Wreszcie efektowny finał płyty, czyli blues Juliusa Hemphilla. Marszowe tempo, rozśpiewane dęciaki, dużo gitary i nieskrępowanej zabawy. Prowadzoną na ogół kolektywnie akcję intrygująco wzbogacają dęte dialogi. Ostatnia prosta, pełna dynamiki, doskonale reasumuje cały album.




Sheldon Suter & Jacek Chmiel Zooréalism (Synergetic Sonance, DL 2024)

Czas i miejsce akcji nieokreślone: Sheldon Suter – instrumenty perkusyjne, cytra, gramofon oraz Jacek Chmiel - elektronika, field recordings, singing bowls. Sześć utworów, 46 minut.

Czas na kolejną na tych łamach elektroakustyczną przygodę Jacka Chmiela. Tym razem poczyniona ona została w towarzystwie artysty skoncentrowanego na instrumentach perkusyjnych, zatem Polak, zapewne bez słowa sprzeciwu, objął tu nade wszystko rolę konstruktywnego elektronika, który wspiera się nagraniami z miasta i garścią śpiewających miseczek. Cała mikstura smakuje nam od pierwszej do ostatniej minuty, a w ważnych dla dramaturgii momentach potrafi nabierać zaskakującej intensywności. Wtedy, niejako przy okazji, zdaje się nawiązywać estetycznie do wczesnych, post-industrialnych eksploracji brytyjskiego AMM.

Pierwsza z sześciu opowieści ma dość perkusjonalny anturaż, wzmagany biciem metronomu, a bogacony elektrycznymi zgrzytami, które śmiało mogłyby pochodzić z table guitar. Mroczny, oniryczny dron zdaje się tu być idealnym puentą. Dwie kolejne ekspozycje tkane są z fraz najmniejszych z możliwych. Pomiędzy plamami szumów i szelestów snują się zagubione post-melodie, niekiedy brzmiące niczym zdezelowane pozytywki. Słyszymy także odgłosy stołu bilardowego i bijące dzwony. W czwartej części porcja nagrań terenowych wydaje się wyjątkowo masywna, przytłacza opowieść ciężarem miejskiej, zgrzebnej rzeczywistości. Klimat post-industrialny rodzi się tu niejako samoczynnie, przepoczwarzając najlepszy fragment albumu w mantrę zła, grozę opresji bez wyjścia. Ratunkiem okazują się … zabawne sample. W piątej historii powraca perkusjonalna faktura, jaką poznaliśmy w pierwszej odsłonie. Tu sytuacja sceniczna robi się dalece dynamiczna, a jej podsumowaniem okazuje się strumień fonii przypominający warkot silnika elektrycznego. Finałowa ekspozycja drga i pulsuje, syci się akustyką, którą zakłócają elektroniczne usterki na łączach. Definitywnie głośna narracja na zakończenie zwija się w mroczny, posępny kokon elektrokaustyki.




piątek, 17 sierpnia 2018

Kerbaj & Sehnaoui at Al Maslakh! The Best on the East of Eden!


Tak, zdecydowanie najlepszym wydawnictwem, poświęconym muzyce swobodnie improwizowanej, a ulokowanym historycznie i geograficzne najdalej na wschód od kapitalistycznego Edenu, jest libański Al Maslakh (po polsku Rzeźnia, po angielsku The Slaugtherhouse). Czytelnicy Trybuny wiedzą o tym zresztą doskonale. Na końcu dzisiejszego overview przypomnimy, kiedy taką wiedzę posiedli.

Wydawnictwo założone zostało kilkanaście lat temu przez Mazena Kerbaja, znakomitego trębacza i niebanalnego grafika. Tuż obok niego, ważną postacią artystyczną labelu jest Sharif Sehnaoui, gitarzysta, któremu na tych łamach poświeciliśmy już wiele ciepłych słów. Zgodnie z mottem, Al Maslakh, to UFO, stworzone po to, by publikować rzeczy niepublikowane na libańskiej scenie muzycznej.

Ta historia w zasadzie zaczyna się od koncertu na trąbkę solo, poczynionego przez Kerbaja … na balkonie własnego mieszkania w Bejrucie. Być może nie byłoby to niczym nadzwyczajnym, gdyby nie fakt, iż działo się w trakcie nalotu bombowego wojsk izraelskich, podczas kolejnej wojny, jak wybuchała tam w połowie ubiegłej dekady, jak zawsze z tych samych powodów, mając jak zawsze, tych samych prowodyrów. Koniecznie odsyłam wszystkich do doskonałego wywiadu z Kerbajem (link na końcu tekstu). Tamże okazja do poznania szczegółów tego niezwykłego koncertu.

Wróćmy wszakże do katalogu Al Maslakh. Menu na dziś: w pierwszej kolejności omówimy trzy najnowsze płyty. Potem sięgniemy po pięć nieco starszych, omawiając je – tak, tak! – w odwrotnej kolejności chronologicznej. Na koniec zaś wspomnimy o płytach, które były już recenzowane na tych łamach i nie tylko, zawsze jednak piórem Pana Redaktora.




"A" Trio & AMM ‎ AAMM (MSLKH 21, 2018)

Berlin, sierpień 2015, spotkanie koncertowe w St. Elisabeth Kirche, w ramach Daad’s Mikromusic Festival. Na scenie legenda brytyjskiego improve – AMM: John Tilbury – piano i Eddie Prevost – instrumenty perkusyjny, a wraz z nim „A” Trio, czyli Mazen Kerbaj na trąbce, Raed Yassin na kontrabasie i Sharif Sehnaoui na gitarze akustycznej. Reasumując… AAMM! Swobodna improwizacja (no cuts, no overdubbing, no use of electronics) w jednym fragmencie potrwa blisko 51 minut.

Improwizacja ma tytuł własny Unholy Elisabeth (Nieświęta Elżbieta), który pewnikiem nawiązuje do miejsca koncertu, jednakże w kontekście udziału muzyków ze Zjednoczonego Królestwa, zapewne sieje także ferment estetyczny.

Akord piana i drżenie wielkiego talerza – o tak, bez wątpienia jesteśmy na koncercie AMM! Po kilkudziesięciu sekundach o swym istnieniu na scenie przypominają także pozostali instrumentaliści, tkając od samego początku gęstą, libańską teksturę dźwięku – niski smyczek na kontrabasie, perkusyjne pałeczki na gryfie gitary elektrycznej i biały szum wprost z trąbki. Narracja płynie jak na koncertach AMM, ma jedynie ciężar właściwy na poziomie… AAMM – pięć dość różnorodnych źródeł dźwięku. Chłodna, szorstka brytyjskość napotyka na ciepły, dalekowschodni podmuch wiatru. Symbioza akustyczna pomiędzy elementami tej muzycznej układanki, w mgnieniu oka, staje się faktem niezbywalnym. Już przed 10 minutą, intensywność przekazu urasta do rangi, na razie skromnej, ale już eskalacji. Trąbka skwierczy niczym mały bombowiec, talerze piłują mury obronne, gryf kontrabasu grzmi i tupie nogami – jakże piękny to dramat! W komentarzu, po wybrzmieniu – minimalistyczny pasaż fortepianu i ornamenty gitary. Kolejną grozę sytuacyjną stymuluje smyczek przy wsparciu perkusjonalii. Wokół mnogość dźwięków, trudnych do rozszyfrowania w zakresie źródła pochodzenia. Całość po chwili łączy się w wielodron, który intensywnie drży i pomrukuje, by po chwili rozprysnąć mocą noworocznych fajerwerków (guitar & drums w jednych tylko dłoniach Sharifa!). Muzyka gęstnieje niskimi częstotliwościami jak napalm. Po wybuchu, znów moc kojących dźwięków od Tilbury’ego. W ognistych aktach samospalenia, trudno mu zaistnieć, czeka zatem na swój moment, gdy pozostali muzycy choć trochę ochłoną. Tu moment chill outu jest nieco dłuższy – zabawna melodyjka z kontrabasu, ciepły szum trąbki, kilka dodatkowych akordów z klawiatury.

W połowie koncertu natrafiamy na metaliczne tarcie metalu o metal. Z pewnością w tym procederze uczestniczy nie tylko Prevost i jego wielki talerz. Obok odgłos pudła rezonansowego fortepianu, wysokie alikwoty spod trąbki. Wszystko to, niczym kołyszące fale rzeki, która dawna wystąpiła już z brzegów. Narracja brnie w czasie, jak mantra. Fale muzycznych eskalacji przeplatają się z momentami zadumy i Tilbury’owskiej kameralistyki. Każda fala wznosząca iskrzy urodą i mnogością pomysłów na kreowanie dźwięków (tu w roli prowodyrów, każdorazowo libańska młodzież), każda opadająca - koi umysły, oliwi zmysły i filtruje narządy słuchu (wujostwo z Brytanii jest w tym niezastąpione!).  W 31 minucie kolejny docinek filmu noir. Tremolo kontrabasu, prychanie trąbki, struny w kipieli, muzyka grana jakby z przestrachu, skutkująca oceanem rezonansu – piękny fragment! Tuż potem królestwo zmutowanej trąbki w opętańczym tańcu, ale piano Johna potrafi uciszyć wszystkich. Niebywałe! Następna fala rodzi się na strunach, także na samym dnie trąbki. Hamowanie odbywa się w błyskotliwym klimacie free chamber, przy akompaniamencie flażoletów Sharifa. Finał koncertu jakby rodził się w bolach artystycznego chaosu. Trąbka brzmi jak saksofon, inne instrumenty ocierają się o siebie, wydając dziwne odgłosy, wszędzie wokół pulsujący rezonans! I cisza na sam koniec! Co za emocje!




Tony Elieh  It's Good To Die Every Now And Then (MSLKH 20, 2017)

Tunefork Studios, Bejrut, sierpień 2016. Elektryczna gitara basowa - Tony Elieh! Cztery epizody, mnóstwo dźwięków, na etapie produkcji z pewnością nie obowiązywało hasło no cuts, no overdubbing – łącznie 40 minut z sekundami.

Nuclear bass blast! Scena 1. Dron basowy, z mocny fuzzem, strzelisty, jednowymiarowy, mglisty i siarczysty background. Wszystko wyjątkowo sustained!, poddawane drobnym modyfikacjom i zmianom tonacji w rockowej estetyce. Z czasem tło zdaje się iskrzyć nieco dobitniej, podnosząc grozę sytuacji scenicznej. Na sam koniec słyszymy, że te dźwięki wydaje jednak jeden człowiek, który ma cztery struny (może pięć) i odrobinę prądu. Scena 2. Taniec płonącego wschodu, budowany na trzech, co najmniej płaszczyznach – lekki, niesfuzzowany tembr basu, gwałcony jest niskim beatem, niemal w manierze post-techno, a następnie zdobiony gitarowymi plamami z odrobiną psychodelicznego posmaku. Uwaga! Play It Loudly! Jakże ekscytujące! Scena 3. Drżenie, skwierczenie, brudny pogłos blue ambientowych mikrosprzężeń, który lepi się do dźwięków bazowych tej ekspozycji. Elektroakustyka z bombami! Strzeliste drony gitarowe, jak u Dirka Serriesa. Piękne! Na finał błyskotliwy rezonans, jakby z talerza. Scena 4. Puls, beat, odrobinę syntetyczny rytm - bass strongly plagged! Repetycja wielośladu, drobne permutacje, kombinacje, reklamacje. Rodzaj krautrocka w czasach elektroniki, trochę jak u Burnta Friedmanna. Na to wszystko wchodzi szum miasta, bełkot życia – sieje niepokój i zbiera żniwo. Gitarowo-elektroniczne drony budują nowe mury i zaraz je skruszą. Uwaga! to jednak tylko bas elektryczny! Nie dajmy się zwieść złudzeniu! Prawdziwa symfonia post-rock-electro-drone! It’s Good to Die! Doskonała płyta!




Neumann/ Sehnaoui/ Thieke/ Vorfeld ‎ Nashaz (MSLKH 19, 2016)

Wracamy do Berlina. Luty 2015 roku, miejsce zwane Ausland. Muzycy: Andrea Neumann – inside piano i mixing desk, Sharif Sehnaoui – gitara akustyczna, Michael Thieke – klarnet, Michael Vorfeld – instrumenty perkusyjne. Pięć odcinków z tytułami, ponad 57 minut.

Trzy dłuższe improwizacje i dwie miniatury. Intrygujące zderzenie, jakże symbiotyczne, wschodniej wrażliwości gitarowo-perkusjonalnej z europejską, chwilami twardą szkołą kameralistyki i sonorystyki. Narracja tkana drobnymi, małymi dźwiękami, toczona w estetyce daleko posuniętego minimalizmu, bazująca na skupieniu, artystycznej skromności, piękna wielobarwną, bogatą akustyką i odrobiną elektronicznego fermentu, uzyskiwanego dzięki użyciu stołu mikserskiego. Muzyka snuje się swobodnie, zdecydowanie bez pośpiechu. W pierwszym fragmencie bazą narracji zdaje się być to, co dzieje się na osi gitary i preparowanego kobiecymi rękoma piana. Wszakże wsparcie klarnetu i perkusjonalii jest doprawdy imponujące. To wystudzony tygiel, który potrafi jednak przejść w stan wrzenia, co czyni błyskotliwie w drugiej części pieśni otwarcia, która przy okazji jest tą zdecydowanie najdłuższą, zwieńczoną bystrym call and response. W trzeciej opowieści dużo dzieje się na pulpicie mixing desku, przez co cała improwizacja ma nieco inny, bardziej strzelisty i akustycznie groźniejszy wymiar. Tu kontrapunktem dla poczynań Andrei zdaje się być dobry drumming, a także groźne expose klarnetu. Po wybrzmieniu tego industrialnego ambarasu - jakby ciąg dalszy - sporo kojącego emocje, post-perkusyjnego ambientu i repetytywnego klarnetu. W piątej, finalnej pieśni, znów zmysły akustyki niosą nas w wysokie pasma tryskających endorfin. Jest call and response, trochę wschodniego transu generowanego pałeczkami na gryfie gitary (Sehnaoui - specjalność zakładu), trochę małych sprzężeń i moc dynamiki percussion. Tę wyśmienitą płytę uzupełniają dwie miniatury. Pierwsza ma klimat sonore in tunes, druga zaś stanowi gitarową ekspozycję, delikatnie tłumioną w środowisku elektroakustycznym.




"A" Trio  Music To Our Ears (MSLKH 14, 2012)

Tunefork Studios, Bejrut, wrzesień 2010. Znane nam już z tej opowieści „A” Trio (Mazen Kerbaj na trąbce, Raed Yassin na kontrabasie i Sharif Sehnaoui na gitarze akustycznej), tym razem w wersji saute - 4 improwizowane fragmenty, około 56 minut.

Świetna sposobność odnalezienia Libańczyków, a także ich zdolności do kreowania sytuacji sustained, bez wsparcia mistrzów gatunku spod znaku AMM. Tę opowieść konstytuuje przede wszystkim pieśń otwarcia, która trwa ponad 33 minuty i zwie się niezwykle dosadnie Textural Swing. Od startu dostajemy się pod panowanie drżącego kontrabasu, konwulsyjnej, dronowej trąbki i gitary, która gra niemal wszystkie możliwe dźwięki, jakkolwiek na ogół nie te, kojarzone z akustyczną jej wersją (Sharif zaczynał przygodę z muzyką od gry na perkusji, ten fakt silnie oddziaływuje do dziś na sposób, w jaki korzysta z gitary). Narracja dość szybko przybiera postać post-akustycznego industrialu – trwa, gęsta niczym olej. Sonorystyka perkusyjnej gitary i kontrabasu, pompa ssąco-tłocząca w trąbce. Oto muzyka, w percepcji której zdecydowanie przydaje się wyobraźnia. Cała masa drobnych dźwięków, których nie można przypisać konkretnemu instrumentowi (a pamiętamy, że gramy w stu procentach akustycznie!). Po 12 minucie pierwsze wytłumienie, gramy już spokojniej, na ogół wysokimi pasmami, drobinkami sonore, mikro preparacjami. Po 20 minucie powraca uśpiony kontrabas i zwołuje towarzystwo na kolejny marsz ku akustycznej doskonałości. Na finał utworu, muzycy czynią pętlę i wracają do upiornej estetyki, jaka towarzyszyła im na starcie Teksturalnego Swingu. Jakże błyskotliwe!

Płytę, która zawiera muzykę dla naszych uszu uzupełniają trzy krótsze improwizacje. Pierwsza z nich jest dość lekka, bardzo perkusyjna i uroczo bliskowschodnia estetycznie. Miód z trąbki na tle rytmicznego meta drummingu. Kolejna oparta jest na pulsacji gitary i trąbki, których dźwięki pęcznieją niczym kasza we wrzątku, a na samym końcu ta druga brzmi jak upalony saksofon. Finałowa część powraca do sonorystyki, pełna jest rezonujących strun, talerzy (?), a na ostatniej prostej puentuje ją salwa słodkiej gitary.




Sharif Sehnaoui ‎ Old And New Acoustics (MSLKH 11, 2010)

Bustros Palace, Bejrut, czerwiec 2009. One man show! Sharif Sehnaoui na gitarze akustycznej! Dwa odcinki, 41 minut z sekundami.

Oto i kolejny dowód rzeczowy na to, że gitara akustyczna winna być klasyfikowana do instrumentów perkusyjnych! Przynajmniej wówczas, gdy korzysta z niej Sharif!

Perkusjonalna, akustyczna opowieść, która budowana jest także w oparciu długie, dronowe pasaże, generowane na instrumencie w bliżej nieokreślony sposób. Drgania, rezonans, wrażenie polifonii w momentach bardziej dynamicznych. Orientalne bogactwo, akustyczny przepych. Moc wyobraźni, która zatraciła wszelkie granice. Dwie pałeczki, gryf gitary – tu cuda akustyczne czynią się niemal samoistnie. Majestatycznie, zmysłowo, temperamentnie – jakby rodzaj połamanej hinduskiej ragi. W okolicach 14 minuty (pierwsza pieśń trwa 33…), narracja delikatnie wyhamowuje, muzyk łapie oddech i rusza w kolejną drumming escape. Uroda nagrania tryska, eksploduje, wybucha… Po 25 minucie garść pętli, sprytnych repetycji, z odrobiną braku przyzwolenia na rzeczywistość zastaną. Drugi fragment nagrania jest bardziej … gitarowy – moc posuwistych ruchów dłoni, permanentny, koherentny taniec smoka. Trans, godny siły ducha doskonałego instrumentalisty, zostaje osiągnięty w mgnieniu oka.




Christine Sehnaoui/ Michel Waisvisz ‎ Shortwave (MSLKH 08, 2008)

Paryż, Groupe Recherche Musicale, październik i listopad 2006 roku. Christine Sehnaoui – saksofon altowy, Michel Waisvisz – elektronika sterowana dłońmi. 5 części, niespełna 50 minut.

Francuska saksofonistka – dziś pod panieńskim nazwiskiem Abdelnour – należy obecnie do grona najciekawszych, gorących, wciąż młodych i poszukujących instrumentalistów na starym kontynencie. Tu możemy poznać atrybuty jej sztuki improwizatorskiej z poprzedniej dekady, dodatkowo poczynionej w wyśmienitym towarzystwie jednego z pionierów brytyjskiej elektroakustyki, Michaela Waisvisza.

Głęboko zanurzony w sonorystyce saksofon altowy, budujący żmudne improwizacje na tle elektroakustycznej rzeki najprzeróżniejszych dźwięków, generowanych z komputera na żywo, za pomocą ruchu dłoni, które okablowane, stanowią jakby część urządzenia elektronicznego. Żywe łączy się tu z syntetycznym niemal dosłownie, na oczach widzów, bezpośrednio w ich uszach. W wielu momentach mamy problem, by w tej naturalnej symbiozie wskazać, który z muzyków odpowiada na dany dźwięk. Prawdziwe live electronics, prawdziwy saksofon w ustach prawdziwej kobiety. Od hałasu do podprogowej ciszy. Atak w opozycji do filigranowej, molekularnej ekspozycji, ledwie muskającej strukturę narracji, powierzchnię dźwięku.

To muzyka, który wymaga skupienia, która nie jest łatwa w odbiorze. W pobliżu ciszy zdaje się być oniryczna, nawet podejrzanie frywolna. Nie brakuje też incydentów, które bywają uciążliwe dla naszych uszu (szczególnie tych z komputera), nie na każdy dźwięk mamy tu pełną akceptację.  Jednak, gdy równowaga obu typów dźwięku zostaje zachowana, jakość improwizacji rośnie w oczach. Szczęśliwie dzieje się tak w wielu momentach tej intrygującej płyty. Być może całość jest odrobinę zbyt długa. Ta muzyka okrojona o kilkanaście minut, z pewnością osiągnęłaby status więcej niż bardzo dobrej. Nie sposób jednak nie wskazać szczególnie ekscytujących momentów – finał trzeciego fragmentu, gdy Christine sięga po drony z samego dna tuby, start kolejnego, pełnego subtelności szmerowo-szumiących, także kropelkowa narracja w tym samym fragmencie, czy pokrętna, zdekonstruowana melodyka całej części piątej.




Mawja ‎ Studio One (MSLKH 07, 2007)

Troy & Chicago, wrzesień 2005 roku. Trio Mawja w składzie: Vic Rawlings – wiolonczela, elektronika, Michael Bullock – kontrabas, elektronika, Mazen Kerbaj – trąbka. 6 fragmentów, pełna godzina zegarowa.

Oto i kolejna porcja niebanalnej, ale także niełatwej elektroakustyki w katalogu Al Maslakh. Twórcze zderzenie dwóch poważnych strunowców, permanentnie wspieranych elektroniką i trąbki, która wcale nie ma w planach szybowania po niebie na takim mega backgroundzie. Wręcz przeciwnie, także gra dużo dołów i permanentnie szuka punktów stycznych z dźwiękami generowanymi przez muzyków amerykańskich. A płyta ta ma wszystkie atuty, jak i wady nagrania umówionego powyżej. Jest nieco zbyt długa, sporo w niej momentów, gdy dyktat elektroniki jest niepodważalny, a foniczny radykalizm zbiera obfite żniwo. Z drugiej – momentów, gdyż żywe pięknie egzystuje przy delikatnym wsparciu syntetyki, absolutnie nie brakuje. Poszukajmy zatem takich przykładów.

W trzeciej części intensywność dolnego przekazu traci na sile. Kerbaj delikatnie, niemal powierzchniowo, dekonstruuje dźwięki, jakie na ogół wydaje jego instrument. Balansuje na granicy tego, ci zwykliśmy określać w ogóle mianem dźwięku – krzyki, szepty, szelesty, tarcia, … gwintowania. Niewątpliwie pomaga mu elektronika. W najdłuższym, czwartym, pojawia się niespodziewanie glos ludzki (…czwarty numer jest spokojny). Narracja snuje się leniwie, niczym w katalogu Another Timbre, rodzaj podróży w poszukiwaniu utraconego dźwięku. Kerbaj czerpie z samego dna instrumentu, a koledzy prychają czystą akustyką strun. W piątym, akcenty perkusjonalne na pudłach rezonansowych ciekawie dynamizują przekaz. Trąbka topi się we własnym pocie. Drobinki noise’u spływają muzykom po szyjach. W szóstym rodzaj plądrofonii, szum amplifikatora, może to feedback z kontrabasu. Opiłki dźwięków niosą się wraz z podmuchem wiatru. Niski dron gasi światło.




Michael Zerang  Cedarhead (MSLKH 06, 2007)

Grand Music Room of Bustros Palace, Bejrut, 3-14 kwietnia 2006 roku. Michael Zerang – perkusja, instrumenty perkusyjne, darbuka, Sharif Sehnaoui – gitara elektryczna (!), Mazen Kerbaj – trąbka, Raed Yassin – taśma, elektronika, Christine Sehnaoui – saksofon altowy, Chabrel Haber – gitara elektryczna, Jassem Hindi – elektronika, Bechir Saadé – ney. Łącznie 7 duetów, prawie 52 minuty.

Być może, to właśnie od tej płyty należałoby rozpocząć poznawanie katalogu Al Maslakh. Świetnie nam znany amerykański drummer Michael Zerang (przypomnijmy: z pochodzenia Asyryjczyk) gościł w połowie ubiegłej dekady z Bejrucie i nagrał doskonałe duety z lokalnymi muzykami. Wśród partnerów nie brakuje kluczowych postaci wytwórni, których poznaliśmy w poprzednich akapitach.

Zatem, jeśli szczegółowo czytaliśmy wcześniejsze omówienia, bez trudu potrafimy wyobrazić sobie, jak smakowite dźwięki zawierają duety Zeranga z Sehnaoui i Kerbajem. Pełne są wyrafinowanej sonorystyki, kipią emocjami i błyskotliwym drummingiem. Deliryczna gitara, trąbka u granic hałasu, u stóp ciszy, no i pustynna burza na tomach i werblach zestawu perkusyjnego. Duet z Yassinem przenosi nas do miasta, które tętni życiem, skomle z umęczenia i trwa wbrew wszelkim zasadom logiki. Rodzaj harsh electronic i moc sampli w zderzeniu z plemiennym bębnem obręczowym. Obsesyjne! Kolejny duet, to Christine i jej poszukujący saksofon altowy. Prawdziwa uczta sonore, z całusami z samych krawędzi werbla i wilgotnego ustnika. I znów gitara elektryczna, ale zupełnie w innej estetyce. Dużo elektroakustycznych zaskoczeń, Zerang w roli wodzireja, Haber raczej ilustratora. Szósty duet ponownie zrośnięty z elektroniką. Zgiełk, noise stapia się z bogatym percussion. Gęsta narracja, trochę przypominająca Muslimgauze’a, ale bez jego obłędnej rytmiki. Na finał lokalny instrument dęty i ponownie bęben obręczowy. Melodyka umierającego wschodu, który kładzie się do snu. Jakże urokliwe zwieńczenie wyśmienitej płyty!


****

Jak już wspominałem na wstępie, kilka płyt z katalogu Al Maslakh było już na tych łamach recenzowane.

Zatem, jeśli chcecie przypomnieć sobie doskonałą płytę Toma Chanta i Sharifa Sehnaoui Cloister (MSLKH 05, 2006), szukajcie recenzji w poniższym poście:


Płyty Rouba3i5 (MSLKH 02, 2005) i Ariha Brass Quartet (MSLKH18, 2015) zostały barwnie przybliżone Czytelnikom w tym akurat tekście:


Po krótką analizę krążka Live in Beirut (MSLK03, 2006) zapraszam do tego posta:


Na finał koniecznie przeczytajcie wywiad z Mazem Kerbajem!