Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ramon Prats. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ramon Prats. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 marca 2025

Duot in Haiku!


Haiku to miniatura poetycka, której początki sięgają daleko w przeszłość i raczej umykają naszej klasyfikującej dociekliwości. Nie będzie też żadną przesadą stwierdzenie, iż haiku są jedną z najdrobniejszych form poetyckich w całej literaturze światowej. *)

Kataloński Duot ubarwia świat muzyki improwizowanej od prawie dwóch dekad. Każde jego dotychczasowe ujawienie artystyczne zostało na łamach Trybuny Muzyki Spontanicznej podsumowane, mimo, iż ta ostatnia jest o dekadę młodsza. Niedalekie od prawdy jest także stwierdzenie, że wszystkie inne nagrania perkusisty Ramona Pratsa i saksofonisty Alberta Cirery znalazły tu swoje werbalne odzwierciedlenie. Aby się o tym przekonać wystarczy sięgnąć po posty otagowane imieniem i nazwiskiem perkusisty (23 przypadki) lub saksofonisty (51 przypadków). Zatem w gronie definitywnie najbliższych przyjaciół zapraszamy na odsłuch/ odczyt najnowszego dziecięcia Duot, które zwie się Haiku, a które w zgrabnych 35 minutach jednej opowieści mieści kilka innych, mniejszych form.



 

Licznik odtwarzacza ustawiony na 0:00 inicjuje dron saksofonu, którego pierwsze, postrzępione frazy dochodzą z zakleszczonej tuby. Perkusja zaczyna swoje życie na talerzach, gdy licznik wskazuje 1:10. Nerwowa rozbiegówka pełna jest bolesnych dźwięków, przypomina rozszarpywanie ledwie zabliźnionych ran. W momencie 3:15 pojawiają się pierwsze, skrupulatnie powtarzane melodie, które nabierają intensywności, niesione free jazzowym drummingiem. Jazzowy step jest kontynuowany dynamiką Pratsa, szczególnie po chwili oznaczonej jako 5:15. Pierwsze wystudzenie syci się powietrzem uwalnianym z tuby i szmerem perkusjonalii, a jego start przypada na moment 8:30. Stan dobrze zaprogramowanej medytacji trwa tu aż do 11:15, po czym przechodzi w stadium rezonujących melodii. Wszystko nabiera pogłosu, niemalże śpiewa, osiągając szczyt lokalnego piękna w okolicach 15:15, a szemrzące zakończenie w chwili 16:45.

Tymczasem saksofon i cały perkusjonalny arsenał drżą i szeleszczą, a po wybiciu 17:30 przechodzą w stadium bardziej intensywne. Strzępy fonii wchodzą teraz w zwarcia, kompulsywne zgrzytają, a całość nabiera zaskakująco imitacyjnego charakteru. Narracyjnym komentarzem okazuje się swingujący post-jazz, gdy wyłania się z toku narracji w momencie 20:55. Muzycy łapią wiatr w żagle i z radością oddają się intensywnym podskokom. Kocie ruchy Ramona i taneczny ścieg Alberta szyją urokliwą opowieść, która po 25:30 wpada w rezonująca melodykę znaną już z wielu momentów tego filigranowego Haiku. Albert dzierży teraz w dłoniach sopran, a jego oddech wpada w tryb cyrkulacyjny. Ramon delikatnie ociąga się z interakcją, ale gdy już uderza w dzwon, akcja nabiera krótkotrwałej intensywności. W chwili oznaczonej jako 28:45 całość, budowana posuwistymi pociągnięciami pędzlem, ucieka w gęstniejący mrok. Muzycy celebrują teraz niemal każdą frazę, a w chwili 31:55 zdają się inicjować nowy, być może końcowy wątek. Small drumming wynosi ku górze drobne odgłosy z tuby i nadaje im delikatną, rozhuśtaną rytmikę. Ostatnie kilka chwil życia Haiku nabiera niemal post-industrialnej mocy. Tuba rży jak klacz, z kolei perkusja zwalnia aż do osiągnięcia stanu nieważkości. Licznik zeruje się tuż po momencie oznaczonym jako 34:56.

 

Duot: Ramon Prats & Albert Cirera Haiku (Self-released, CD 2025). Ramon Prats – perkusja oraz Albert Cirera – saksofony. Nagrane w Teatre de Ca l’Eril, Guissona, Katalonia, marzec 2024. Jeden utwór, 35 minut.

*) za: https://gazeta.us.edu.pl/node/242241



piątek, 26 stycznia 2024

Cirera & Prats! Duot with Strings!


Kataloński Duot, muzyczne dziecię saksofonisty Alberta Cirery i perkusisty Ramona Pratsa, żyje pełnią artystycznego życia już kilkanaście lat. W dorobku kilka wyśmienitych albumów, niezapomniany koncert na jednym z lokalnych, spontanicznych festiwali i tysiące wspólnych koncertów, także w wersjach poszerzonych (choćby z Andy Moorem).

Dokładnie dwa lata temu, w świetnie nam znanym obiekcie sakralnym w portugalskim Caldas Da Rainha, Katalończycy zagrali wspólny koncert z lizbońskim kwartetem smyczkowym ZARM (w składzie po części urugwajsko-niemieckim). Koncert okazał się być wspaniałym, zatem nic dziwnego, że trafia do nas obecnie w wersji płytowej. A że wydawcą jest polski label, to równie mało zaskakujące. Zatem z dygoczącym sercem i radością przemożną zaglądamy do środka strunowego albumu Duot!




Początek koncertu jest równie kameralny, jak mroczny. Strunowe drony, szmery z tuby saksofonu i deep drums płyną gęstą, leniwą struga aż do momentu, gdy pisk sopranu nie wskaże drogi do pierwszej eskalacji. Posmak free jazzu zostaje jednak efektownie stłumiony nad wyraz kolektywnym pociągnięciem za spust. Druga historia powstaje pod dyktando perkusji, której flow urokliwie kontrapunktowany jest przez kwartet smyczkowy. Sam dęciak wchodzi do gry dopiero po trzech minutach, niejako bocznymi drzwiami. Tymczasem improwizacja sięga ciszy i przez moment daje się nieść kontrabasowym preparacjom. Kilka urokliwie koślawych fraz dokłada też saksofon, po czym narracja, niesiona głównie ekspresją strings, sięga po post-barokową kodę. W trzeciej części preparacyjna aktywność sekstetu nadal daje się we znaki. Narracja dość szybko łapie bakcyla free jazzu i płynie swobodnym strumieniem, w którym najdelikatniejszym elementem okazuje się niepodziewanie saksofon sopranowy. Nie sposób nie odnotować w tej fazie koncertu niebywałych emocji po stronie perkusisty.

Czwarta improwizacja syci się rezonującymi dźwiękami, generowanymi nie tylko przez perkusyjne talerze. Post-kameralna zagrywka dostaje tu skrzydeł dzięki aktywności perkusji (a jakże!), z kolei gaśnie za sprawą saksofonowego dronu. Piąta opowieść trwa najdłużej i niesie ze sobą moc fonicznych i dramaturgicznych atrakcji. Zaczynają strunowce, potem wchodzą nisko posadowione drums, wreszcie niesione emocjami, rozśpiewane skrzypce. Tymczasem saksofonista skupia się na brudnych, gęstych wydechach. Free jazzowe życie znów daje improwizacji drummer. Narracja przygasa na moment za sprawą smutnych melodii strunowych, ale po chwili znów eksploduje. I jeszcze schodzi w mroczną strefę free chamber. Czegóż można chcieć więcej? Nerwowa końcówka płynie wieloma strumieniami – strunowymi dronami, śpiewającymi talerzami i cyrkulacyjnym sopranem. Cóż za emocje! Z kolei koncertowa koda lepi się drżących, wystudiowanych fraz, ale także nabiera wigoru w chwili, gdy perkusista włącza tryb dynamiczny. Finał skrzy się od kolejnych emocji i natrafia na absolutnie zasłużone oklaski.

 

Duot & ZARM Ensemble Duot with Strings (Fundacja, Słuchaj!, CD 2023). Duot: Albert Cirera – saksofony oraz Ramon Prats – perkusja oraz ZARM Ensemble: Carlos “Zingaro” – skrzypce, David Alves – skrzypce, Ulrich Mitzlaff – wiolonczela oraz Alvaro Rosso – kontrabas. Nagrane w Igreja do Espírito Santo, Caldas Da Rainha, grudzień 2021. Sześć improwizacji, 41 minut.


*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl, ale ... wiele wskazuje na to, iż nie została jeszcze opublikowana 



piątek, 22 września 2023

The September’ Round-up: Jeito de Ferver! Corrosion! Mistério in Lisbon! Uragano! Loka, Deva & Citta! Spiritual Drum Kingship! Solot! Embalse!


Wakacje mają swoje prawa, zatem w sierpniu musieliśmy się obyć bez naszej ulubionej, comiesięcznej zbiorówki świeżych recenzji. Lato jednak przeszło do dumnej historii ludzkości, zatem z ochotą powracamy do naszej tradycji.

Dziś osiem (ale w sumie dziesięć) nowych albumów z muzyką improwizowaną! Jak zwykle mieszanka stylów, zróżnicowane poziomy ekspresji, na ogół wszakże podobna, wysoka jakość samego muzykowania. Z geograficznego punktu widzenia typowy world trip! Najpierw po szwajcarsku i austriacku, ale w barwach portugalskich, potem ciąg dalszy wątku zachodnio-iberyjskiego z brytyjskimi i polskimi dodatkami. Dwie kolejne plyty, to produkcje w pełni krajowe, choć jedna wydana w … Australii.  Tuż potem dwie ekspozycje perkusyjne – pierwsza duńsko-amerykańska, druga katalońska. A na finał urokliwa wycieczka do Argentyny!

W ujęciu stylistycznym, tudzież estetycznym zaczniemy od elektroakustycznego eksperymentu, potem będzie sporo post-jazzu, ale zawsze dość swobodnie improwizowanego, pojawi się także lawina dźwięków preparowanych. Zakończymy w klimatach delikatnie kameralnych, choć niepozbawionych eksperymentów dźwiękowych. Na liście płac mnóstwo nowych nazwisk, jak zawsze wartych zapamiętania, także kilku świetnych znajomych i parę jazzowych legend! So, welcome to heaven and hell of improvisation!



 

Thomas Rohrer/ Andreas Trobollowitsch/ Sainkho Namtchylak  Jeito de Ferver (Sonoscopia, LP/DL 2023)

Sumiswald i Poschiavo, 2021/22:Thomas Rohrer - rabeca, saksofon sopranowy, rekompozycja (1), Andreas Trobollowitsch – mechaniczne turntables własnej budowy, rekompozycja (2, 3, 4, 5, 6) oraz Sainkho Namtchylak – głos (2,4). Sześć utworów, 28 minut.

Na początek dalece tajemnicza przygoda elektroakustyczna. Szwajcar i Austriak z gościnnym udziałem legendy improwizowanej wokalistyki w krótkiej, dość enigmatycznej podróży, która nosi znamiona improwizacji, choć albumowe credits mówi nam o … rekompozycjach. Czy należy przez to rozumieć wyłącznie działania post-produkcyjne, czy też inne cuda technologicznej współczesności, do końca nie wiemy, ale nie ma to jakiegokolwiek znaczenia. Niespełna dwa kwadranse Jeito de Ferver godne są bowiem definitywnego polecenia!

Otwarcie albumu lepi się z elektroakustycznych szmerów i szelestów, którym towarzyszy plejada drobnych, ale definitywnie mechanicznych fonii tworzących delikatnie post-industrialny klimat. W tle płynie rezonujący ambient, który zresztą będzie tu stałym elementem gry. Druga opowieść wydaje się być bardziej akustyczna, a nade wszystko zdobi ją szept, a właściwie szczebiot wokalistki. Cała ekspozycja przypomina gęste fale radiowe średniej długości. W kolejnej narracji panuje oniryczny mrok. Szmery, jakby smyczkowe zawodzenia, ale także głęboki, matowy beat budują tu opowieść, która skrzy się pewną syntetycznością i tajemniczą melodyką. W czwartej odsłonie powraca Sainkho, definitywnie przybrana w demoniczne szaty złowrogiej szamanki. Towarzyszy jej post-perkusyjny dub i chmura elektroakustycznych fonii. Wokalistka zaczyna rzęzić i skrzeczeć, a potem śpiewać, warstwa instrumentalna sięga zaś po industrialne brzmienia. Piąta część wydaje się być początkowo dość niesyntetyczna, jakby silniczki elektryczne tańczyły na metalowej powierzchni. Pracuje mroczne echo, słyszymy też dźwięki przypominające smyczek na strunach kontrabasu. Owo foniczne śmieciowisko jest tu wyjątkowo urokliwe, dodatkowo zatopione w szarym ambiencie. Finałowa opowieść przypomina, iż jeden z muzyków korzysta tu z saksofonu! Dęte, zmutowane frazy wyłaniają się lękliwie z post-industrialnego drona. Tło narracji pulsuje, front drży i wzdycha. Post-melodyjne odgłosy wieńczą to niezwykłe nagranie.



 

Tavares/ Trocado/ Ward  Corrosion (Carimbo Porta-Jazz, CD 2023)

20to20k studios, Portugalia (?), luty 2022: Tom Ward – flet, saksofon altowy, klarnet, głos, Nuno Trocado – gitara, elektronika, Sérgio Tavares – kontrabas, głos. Dziewięć utworów, 49 minut.

Portugalsko-brytyjskie trio bez nazwy własnej gości u nas po raz drugi. Korozja, to ciekawe połączenie akustycznych brzmień kontrabasu i instrumentów dętych z gitarą elektryczną zaplątaną w elektronikę. Sporo kameralnych sytuacji, ale i zgrzytliwych, emocjonalnych porcji post-jazzu. Duża brawura wykonawcza, brak stylistycznych zahamowań. Z wyłączeniem kilku zbyt przesłodzonych sekund, mnóstwo smakowitej improwizacji.

Od okrzyków na starcie, po studzący ambient gitary i kontrabasowe pizzicato na sam koniec. W pierwszej opowieści podobać się może elektronika, która wplata się pomiędzy akustyczne frazy, momentami sprawiając wrażenie, jakby uprawiała live processing. Swobodna kameralistyka, wolna od z góry zaplanowanych scenariuszy, syci się tu brzmieniem klarnetu. W drugiej odsłonie pojawia się flet i dużo rytmicznych konstrukcji dramaturgicznych, kierujących opowieść w objęcia post-jazzu. Trzecia i czwarta narracja zwraca naszą uwagę na dźwięki preparowane, na ogół klarnetu, które efektownie błyszczą w syntetycznej poświacie pełnej echa. W kolejnej części pojawia się zabrudzony alt, który wije się wokół agresywnych fraz gitary i nieco zaborczego smyczka kontrabasowego. Narracja jest tu nerwowa, zdaje się stać u progu free jazzu. Szósta opowieść jest najdłuższa, każdy z muzyków dokłada do niej nowe elementy. Ciekawie pracują gitarowe pick-up’y, smyczek kąpie się w post-baroku, a największe emocje budzi spazmatyczny flet. Z kolei kontrabasowe pizzicato szuka jazzowych inklinacji. Ostatnie trzy utwory bardziej nakierowane są na kameralne wydarzenia, choć w części siódmej nie sposób nie docenić rockowych emocji gitarzysty. W tej fazie albumu bywają momenty delikatnie przesłodzone, ale końcowe, preparowane dźwięki smyczka i fletu w poświacie elektroniki rekompensują te drobne ambiwalencje.



Andrzej Rejman & José Lencastre  Mistério in Lisbon (Bandcamp’ self-release, DL 2023)

Namouche Studio, Lizbona, marzec 2023: José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy oraz Andrzej Rejman – fortepian. Osiem utworów, 36 minut.

Nieco zaskakujące, także dla samych muzyków, lizbońskie, improwizowane spotkanie polskiego pianisty i portugalskiego saksofonisty. Muzycy od pierwszej sekundy nagrania łapią tu świetny kontakt. Swój spacer po portugalskiej stolicy najpierw prowadzą spokojnym, rozważnym krokiem i ślą nam sześć urokliwych migawek. Potem, w dwóch ostatnich improwizacjach, które w wymiarze czasowym stanowią połowę albumu, dają już naprawdę do wiwatu. Improwizacja nieskomplikowana, melodyjna, ale jakże emocjonalna i wartościowa artystycznie.

Pierwsza opowieść prowadzona jest w wolnym, minimalistycznym trybie, pełna nostalgii i lizbońskiego saudade. W drugiej części muzyczne rozmyślania przyjmują formę dalece taneczną. W trzeciej pojawiają się zadziorne, bardziej masywne frazy. Saksofonista wskazuje na jazzowy kierunek, który pianista podejmuje w oka mgnieniu. W czwartej i szóstej improwizacji artyści brną w dźwięki preparowane, urokliwe inside piano i rezonujące, dęte wyziewy. W części piątej z kolei na ekspresyjne salwy pianisty saksofonista odpowiada spokojem i wytrawną melodyką. Potem już czas na dwie ostatnie, rozbudowane ekspozycje. Pierwsza z nich kipi emocjami pełnokrwistego free jazzu. Budowana pieczołowicie, zaopatrzona w melodię i niezbędną dynamikę, wreszcie niekończące się emocje w tubie saksofonu. Finałowa opowieść w pierwszej fazie zdaje się być typową farewell song, pełną klasycznego piękna fortepianu i smutnej melodyki saksofonu. Zakończenie wszakże zaskakuje. Muzycy wspinają się na efektowne wzniesienie, których w Lizbonie nie brakuje i sycą swoją improwizowaną opowieść prawdziwą brawurą!



 

Perforto  Uragano (Ramble and Torto Editions, CD 2023)

Bydgoszcz, listopad 2022: Ola Rzepka – fortepian preparowany oraz Łukasz Marciniak – gitara elektryczna. Sześć utworów, 38 minut.

Preparacje grand piano czynione dłońmi artystki, która jest też perkusistką zdają się gwarantować duże emocje i intrygującą amplitudę dźwięków. Jeśli dodamy do tego gitarzystę, który równie dobrze czuje się w roli scenicznego freelancera, jak i skupionego kompozytora i dramaturga, otrzymujemy miksturę improwizowanych zdarzeń fonicznych, obok której nie sposób przejść obojętnym. Duet Perforto poznaliśmy w wersji koncertowej w poznańskim Dragonie ubiegłej jesieni. Dziś zanurzamy się w efekty ich studyjnej pracy.

Pierwsze dwie improwizacje stawiają nas do pionu intensywnością, akustyczną brawurą i plejadą brzmieniowych detali, budujących jakość ekspozycji. W pierwszej odsłonie pianistka uderza w struny w rytmie bijącego serca, w drugiej owe struny po prostu demoluje. Posmak post-industrialu, to naturalna kolej rzeczy, ale swoje dokłada tu także gitarzysta, który z jednej strony jest kolejnym uczestnikiem strunowego drummingu, z drugiej generuje smugi rockowych powtórzeń i pewną ukrytą taneczność. W trzeciej części chwila oddechu – minimalistyczny rytuał budowania filigranowej ekspozycji. Z czasem formuje się ona w efektowne crescendo zapętlonej gitary i piana brzmiącego niczym wielka orkiestra perkusyjna. W czwartej odsłonie jakby odrobinę spokojniej. Rozhuśtane frazy inside piano i gitarowy post-ambient, który przeobleka się w preparowane dźwięki szukające hałasu. Piąta narracja trwa ponad dziesięć minut i budowana jest rytmicznym szarpaniem i uderzaniem w struny. Siła powtórzenia i konsekwencja obranej strategii narracyjnej skutkują tu zjawiskową, mantryczną ekspozycją, która brzmi niczym zatopiony gamelan, która ani przez moment nie traci sił witalnych. Po takich emocjach pieśń pożegnania nie może nie być rodzajem ballady. Z jednej strony ambient gitary, z drugiej czarne klawisze fortepianu, którego struny kłębią się pod ciężarem przedmiotów, jakie znalazły się nieprzypadkowo w pudle rezonansowym. Minimal step till to death.



 

Michał Giżycki & Piotr Dąbrowski  Loka, Deva & Citta (Torf Records, 3xDL 2023)

Bydgoszcz, Poznań, Warszawa, lipiec i wrzesień 2022: Michał Giżycki – saksofon sopranowy (Loka), saksofon tenorowy (Deva), klarnet basowy (Citta) oraz Piotr Dąbrowski – perkusja. Sześć improwizacji, 114 minut.

Trzy koncerty (w tym dwa jednego dnia!), trzy różne instrumenty dęte w konfrontacji z rytualnym drummingiem. W takim zestawie instrumentalnym szukać moglibyśmy estetyki free jazzowej i po prawdzie incydentalnie ją odnajdujemy, wszakże muzykom, w kontekście całości prawie dwóch godzin swobodnego improwizowania, bliżej do tybetańskich medytacji i całkiem naturalnej w tym wypadku nieśpieszności dramaturgicznej.

Loka bazuje na saksofonie sopranowym. Po krótkim intro perkusisty następuje filigranowe i dość żwawe otwarcie. Muzycy szybko toną jednak w ciszy i zdają się wykazywać odrobinę dramaturgicznego niezdecydowania. Od czasu do czasu podejmują próby wyrwania się z jarzma duetowej narracji. Saksofonista czyni tu wiele, by wzniecać ogień - swobodnie tańczy, stosuje oddech cyrkulacyjny, lamentuje jak kot. Perkusista wycofany, podejmuje dużo ciekawych wątków, ale niekiedy porzuca je w pół zdania. Deva, to saksofon tenorowy. Początek seta delikatnie lewitujący – cyrkulacja, drony i rodząca się energia wewnętrzna, która skłoni ostatecznie muzyków do większej aktywności. Narracja jest tu bardziej zwarta, ma mniej przestojów. Pojawia się smakowita porcja free jazzu na modłę aylerowską, a potem nawet swingu. Środkowa część seta zdominowana jest przez delikatne perkusjonalia. Po niej następuje najdłuższa w zestawie faza rasowego free jazzu – eksplozje soczystego tenoru i emocjonalny drumming. Dogrywka drugiego koncertu toczy się w estetyce farewell song – małe melodie, drobne kontakty perkusyjnej pałeczki z krawędziami werbla. Wreszcie Citta, czyli klarnet basowy. Nieśpieszny początek z dużą porcją talerzy i melodyjnego dęciaka, ukochane igraszki z ciszą i nieśmiałe poszukiwania emocji free jazzu. W drugim, nieco dłuższym secie huśtawka nastrojów. Wydaje się, że muzycy najprzyjemniej czują się jednak w okolicach ciszy, nawet w incydentach solowych. Pod koniec koncertu dają nam wszakże więcej emocji, także za sprawą figlarnego gardłotoku perkusisty.



 

Kresten Osgood/ Bob Moses/ Tisziji Muñoz  Spiritual Drum Kingship (Gotta Let it Out, CD 2023)

Sound of Music Studios, Richmond, Virginia, czerwiec 2022: Kresten Osgood – perkusja, Bob Moses – perkusja oraz Tisziji Muñoz – gitara. Cztery utwory, 44 minuty.

Dwie free jazzowe perkusje, za ich sterami dwie legendy gatunku, każda w swoim wymiarze i improwizująca, rockowa gitara elektryczna pod jurysdykcją kolejnej ważnej postaci historii gatunku, choć po prawdzie, z tej strony Łaby, jakby mniej rozpoznawalnej. Baza dla wybuchowej, ekspresyjnej, nawet psychodelicznej płyty jest tu niemała. Efekt wszakże nie powala na kolana, jakby pomysłu na więcej niż jedną improwizacje zabrakło, a może po prostu nasze oczekiwania były w tym przypadku zbyt duże.

Każda z improwizacji trwa tu kilkanaście minut, każda ma swoją introdukcję, rozwinięcie, środkową fazę perkusyjnego duetu i na ogół ekspresyjną kodę. Pierwszą otwiera gitarzysta, który brzmi melodyjnie, z nutą pewnej rockowej gotyckości. Perkusiści wchodzą do gry stopniowo, dawkują emocje, ale prowadzą dość spójną, chwilami imitacyjną narrację. Finał tej części plyty wydaje się być szczytem ekspresji tego tria. W drugiej opowieści pojawia się nieco afrykańskiego posmaku, zarówno we grze gitarzysty (zwłaszcza na początku), jak i polirytmicznych perkusji w części duetowej. Na starcie trzeciej części znów dużo ognia na gryfie gitary, która w dalszej fazie nagrania serwuje nam odrobinę preparacji, realizowanych trochę nie w tempie perkusistów. Z kolej w części ostatniej gitara najpierw pachnie post-klasyką, potem zaś stonowanym Hendrixem. Gra perkusistów typowa dla wszystkich improwizacji. Prowadzą linearną narrację, silnie w sobie zasłuchani, ale mało kreatywni, zwłaszcza na dłuższym dystansie.



Ramon Prats  Solot (Sirulita Records, CD 2023)

Estudis Ground, Cornellà del Terri, Girona, kwiecień 2023: Ramon Prats – perkusja, instrumenty perkusyjne. Pięć utworów, 40 minut.

Jeden z naszych ulubionych katalońskich drummerów, po latach muzykowania w duetach (choćby kilkunastoletni Duot z Albertem Cirerą!) i większych składach free jazzu, czy też swobodnej improwizacji, doczekal się w końcu albumu solowego. Nagrany na raz, jednym ciągiem dźwiękowym, który na potrzeby wydawnictwa płytowego został pokrojony na pięć odcinków specjalnych. Prats nie sili się tu na wymyślne preparacje, budowanie wielowarstwowych opowieści, czy też uszczęśliwianie drummingowej narracji dodatkowymi instrumentami. Stawia na proste rozwiązania, na jakość brzmienia standardowego zestawu perkusyjnego i swoją niezaprzeczalną kreatywność. Oczywiście wychodzi z tego zadania zdecydowanie obronną ręką.

Ramon buduje perkusyjną opowieść spokojnie, skrupulatnie i konsekwentnie. Zaczyna od ugniatania przedmiotów na werblu, której to czynności nadaje pewną powtarzalność. Liczy krawędzie werbla i tomów, sprawdza giętkość talerzy. Kreuje lekką, ale dynamiczną narrację, po czym zwalnia, ale stawia na moc i dopiero po tej sekwencji zdarzeń flow przyjmuje w pełni drummingowe oblicze. Kolejne fazy linearnej narracji, to efektowna brzmieniowo ekspozycja talerzowa, potem pełna blasku mała gra na perkusjonalnych akcesoriach, wreszcie przejście w stadium drobnych, delikatnych preparacji. Po tych wydarzeniach artysta wraca do dynamicznego, ale znów lekkiego frazowania. Na początku czwartej części najpierw się uspokaja, potem wspina na ekspresyjny szczyt, a następnie stygnie w blasku drżących talerzy. Zatapia się w echu, szuka mrocznych, głębokich fraz. Skupia się na drobiazgach, szuka suspensu, by na końcowym odcinku zdecydowanie zagęścić opowieść i zbudować emocje dzięki dużej ilości małych, metalicznych przedmiotów, dygoczących na werblu w ślad za drummingową ekspozycją. Jeszcze tylko końcowe spiętrzenie i można gasić światło.



Angles/ Kaegi  Embalse (Neue Numeral, DL 2023)

Auditorium of the Urquiza Library, Río Tercero, Córdoba, Argentyna, wrzesień 2022: Silvia Angles - preparowane piano, obiekty, field recordings, sample, głos, Julio Kaegi – trąbka, głos oraz Evangelina Arce – flet, melodica, głos. Trzynaście utworów, 45 minut.

Muzyka improwizowana z dalekiej Argentyny cieszy się na tych łamach dużą popularnością, nie mniejszą niż mistrzowskie wyczyny kopaczy z tamtej części świata. Zawsze dużo jakości i każdorazowo element taktycznego zaskoczenia. Dziś spotkanie nad wyraz kameralne, dość swobodnie improwizowane (acz pewnie dobrze zaplanowane), gdzie pomiędzy instrumentalne i niekiedy głosowe frazy wplecione są nagrania terenowe. Całość pocięta jest na kilkanaście odcinków. Czasami wtręty field recordings wydają się tu być zbyt nachalne, ale jak całość, trwająca trzy kwadranse opowieść z Cordoby, dobrze koi nasze zszargane rzeczywistością lokalną zmysły.

Pierwsze kilka części argentyńskiego opowiadania zdaje się być nieprzerwanym ciągiem zdarzeń akustycznych fortepianu, trąbki, fletu, a także odgłosów szumiącego oceanu. Spokojne suspended free chamber, które syci się zarówno czystymi frazami, jak dźwiękami preparowanymi. W dalszej części płyty fragmenty field recordings często są wprowadzeniem do danego utworu. Są to uliczne rozmowy, medytacyjne recytacje, czy też odgłosy miasta. Czasami improwizowane frazy instrumentalne zdają się tu być inspiracją dla kolejnych projekcji nagrań terenowych. Te ostatnie w kontekście chwilami abstrakcyjnego muzykowania nabierają pewnej melodyki, nawet taneczności, ale też niemal filozoficznej zadumy. W tych meta akustycznych koincydencjach jest dużo przypadku, pewnej dramaturgicznej umowności. Z drugiej wszakże strony albumowi jako całości brakuje linearnej narracji i pewnej konsekwencji w budowaniu napięcia. Płyta bywa chwilami dość relaksacyjna, ale jej pozorny spokój bywa burzony salwami ekspresji trąbki, tudzież inside piano. Bywa, że w momencie dużej ekspozycji field recordings nagranie przypomina nerwowe, niespokojne słuchowisko radiowe. W drugiej części albumu poza trębackimi salwami podobać się może śpiew i kocie mruczenia, podpierane abstrakcyjnymi frazami fortepianu.



wtorek, 6 września 2022

Liquid Trio! Camí ral!


Katalońska scena muzyki improwizowanej ma się świetnie od niepamiętnych czasów, o czym Trybuna Muzyki Spontanicznej donosi prawie każdym swoim słowem. W tym tygodniu na poparcie tej zuchwałej tezy zaprezentujemy kolejnych sześć dowodów w sprawie.

Dziś w ramach inauguracji owego tygodnia katalońskiego bierzemy na recenzencki warsztat nową płytę formacji Liquid Trio, która zdaje się być okrętem flagowym w zadanym spektrum zainteresowań. Kolejnych pięć albumów z Barcelony zaprezentujemy w najbliższy piątek.

Pierwsza płyta rzeczonej grupy – niemal dekadę temu - była jeszcze firmowana nazwiskiem pianisty, ale demokratyczny charakter muzykowania sprawił, iż na okładkach kolejnych albumów figuruje wyłącznie nazwa formacji. Wszystkie płyty LT znamy doskonale, także większość twórczości muzyków ją tworzących, czyli Agustí Fernándeza, Albert Cirery i Ramona Pratsa. Dla przypomnienia warto spojrzeć do trybunowego archiwum, z którego wynika, iż tekstów otagowanych nazwiskami tych muzyków jest dokładnie … 112! Bez zbędnej zwłoki zagłębiamy się zatem w nowej porcji dźwięków tria, którą muzycy zgrabnie zatytułowali Droga.

 


Muzycy skonstruowali swój album wedle najlepszych kanonów filmowej dramaturgii. Najpierw fundują nam trzęsienie ziemi, a potem jest jeszcze ciekawiej. Pierwsze osiem minut nagrania zdaje się być gęste niczym zapach napalmu o poranku. W kolejnych psycho-dramach artyści rzucają nami od prawej do lewej, jakby wciąż kręcili dubel do słynnej sceny pod prysznicem z Psychozy. Wreszcie w finałowej narracji znów zwierają szeregi, tłuką nas obłymi przedmiotami, by na sam koniec zafundować kilka czystych, jazzowych fraz, które pętlą się z gracją godną ścieżek dźwiękowych do filmów noire!

Piano w edycji inside, tuba saksofonu pełna dziwnych przedmiotów, które trwale zniekształcają jego brzmienie i głęboki, acz filigranowy drumming, który także szuka okazji do serwowania nam brudnych przebiegów, to sytuacja na starcie improwizacji. Toczy się tu ona jak kula śnieżna, klecona z rwanych, nerwowych, charczących dźwięków. Od gęstego do rozrzedzonego i z powrotem! Trzy strumienie narracji szybko łączą się w jedno rozkołysane ciało, pełne kompulsywnych torsji. Wokół tli się post-industrialny fetor, a próba delikatnego spowolnienia kończy się tu atakiem czarnych klawiszy fortepianu. Na koniec pierwszej odsłony tempo jeszcze rośnie, po czym zostaje perfekcyjnie ugaszone, co zresztą stanie się zasadą niemal każdej opowieści na tym szalonym albumie.

Druga improwizacja trzyma się zadanej konwencji akustycznej grozy, ale zdaje się generować frazy obciążone nieco mniejszym ciężarem właściwym. Szmery, szuranie nogami, ropiejące torbiele i smugi cienia, jakby para wodna skraplała się wyjątkowo obficie. Przez moment wszystkie instrumenty brzmią tu perkusyjnie, a drobna zmiana następuje wtedy, gdy do gry podłącza się saksofon sopranowy, który rzęzi jak gruźlik na porannym kacu. Na finał odcinka muzycy serwują nam jeszcze wyjątkowo intensywne spiętrzenie. Krew leje się po ścianach, ale końcowa cisza następuje w wyniku tłumienia niemal filigranowych fraz. Trzecia opowieść jeszcze bardziej zasklepia się do wewnątrz. Pełna jest mroku i brudnych westchnień powstających w niedużej odległości od gęstej ciszy. Przypomina mglistą broken ballad, która z czasem nabiera gęstości, choć toczy się w wyjątkowo ślimaczym tempie. Horror stoi tu u bram, ale bezskutecznie próbuje sformować umocnienia obronne. Improwizacja tymczasem nabiera kosmicznego pogłosu, zwłaszcza saksofonowe piski i skomlenia. W czwartej części muzycy udowadniają nam, że nawet najkrwawsze thrillery można ilustrować drobnymi, kąśliwymi frazami. Tu panują dźwięki z samego dna piana i tuby saksofonu, a wszystko wokół zdaje się ze sobą rezonować. Wiele fonii trudno powiązać z danym instrumentem, a pojawiające się po pewnym czasie czyste frazy fortepianowych klawiszy brzmią jak wyjątkowo złośliwy intruz. Podobny charakter mają na poły melodyjne, dęte drony.

Kolejne dwie narracje są dość krótkie w wymiarze czasowym i realizowane w duetach. Najpierw free jazzowe sax and drums, które szukając gatunkowej stylistyki miota ogniem na prawo i lewo. What a power! Z kolei szósta improwizacja tli się zmysłowym chill-outem, budowana mrocznymi klawiszami i szeleszczącymi talerzami perkusyjnymi. Minimalistyczne duo daje nam kilka chwil wytchnienia, które okaże się niezbędne w kontekście absorpcji dwóch ostatnich narracji.

Na starcie siódmego epizodu preparowane piano i saksofon charczą i stukają, a drumming odbywa się na wyjątkowo twardym werblu. Całość brnie po kolana w błocie, pchana do przodu połamanym rytmem i perkusjonalną intensywnością, także dzięki działaniom pianisty. Finałowa improwizacja, najdłuższa na płycie, zaczyna się dość delikatnie. Głuche frazy z pudla rezonansowego, saksofonowe skomlenia i gęsty, ale wyjątkowo delikatny flow perkusji. Opowieść materializuje się tu wyjątkowo spektakularnie, budują ją frazy grane w trio, ale także krótkie strzały solowe i duetowe kontrapunkty. Narracja w swej środkowej fazie stawia na zadumany minimalizm, spokojne piano inside & outside i kłęby saksofonowego dymu, ale wraz z powrotem perkusji znów zagęszcza ścieg i sieje popłoch. Tempo rośnie, flow pnie się ku górze, ale samo zakończenie zaskakuje. Saksofon zaczyna czysto, niemal melodyjnie frazować, a pozostałe instrumenty budować sieć nowych, synkopowanych powiązań. Wszystko smakuje tu dobrym jazzem, który na ostatniej prostej nabiera ognistej poświaty. Jakby muzycy puszczali do nas oko, biorąc w nawias wszelkie swoje filmowe intencje.

 

Liquid Trio Camí ral (Sirulita Records, CD 2022). Agustí Fernández – fortepian, Albert Cirera – saksofony oraz Ramon Prats – perkusja. Nagrane 29 kwietnia 2022, Estudi Rosazul, Barcelona. Osiem improwizacji, 42 minuty.

 

 

piątek, 8 kwietnia 2022

Kamarilla! Litterjug! Archer! Carvalhais! Orquesta Inorgánica! Otto! MingBauSet! The April Round-up with quite jazzy mood!


Kwietniowa zbiorówka recenzji świeżutkich płyt, jakie przetoczyły się w ostatnich tygodniach przez redakcyjne odtwarzacze, tym razem pod znakiem jazzu! I to nie tylko tego swobodnego, ognistego, w pełni improwizowanego, ale także – i przed wszystkim! – bazującego na dobrych kompozycjach, bogatych i niebanalnych aranżacjach, zatem na tym wszystkim, co znamionuje jakość we współczesnym jazzie!

Nasza dzisiejsza podróż będzie jednakowoż trochę szalona i nad wyraz kolorowa! Zaczniemy po katalońsku, bystrym septetem naszych dobrych znajomych, a zaraz po nim kopenhaskie trio z polskim akcentem, grające thrash jazz (!) i brytyjski skład trzyosobowy, wypełniony muzykami mniej znanymi w tych łamach. Po nich prawdziwie main-streamowy sekstet z Portugalii (trochę międzynarodowy) z posmakiem dobrego, starego fussion i duża orkiestra z Argentyny, która tak samo kocha jazz, jak i swobodną kameralistykę. Tuż przed końcem totalny hit! Bach zaaranżowany i grany na jazz-rockowo, tu we francuskim wydaniu! Wreszcie na finał improwizacja tria, które obok jazzu stawia także na rockowe emocje i folkowe skale!

So, Welcome to the House Of Fun!

 


Albert Cirera & Kamarilla  Aquella Cosa (Underpool Records, CD 2022)

Kataloński septet pod światłym przywództwem Alberta Cirery (saksofon tenorowy i sopranowy oraz kompozycje, jedna inspirowana chorałem Bacha!), to obok lidera następujący muzycy: Marcel-lí Bayer – saksofon altowy, klarnet i klarnet basowy, Iván González i Pol Padrós – trąbki, Vicent Pérez – puzon, Martin Leiton – bas elektryczny oraz Ramon Prats – perkusja. Dziewięć utworów (prawie 68 minut) zarejestrowano latem ubiegłego roku w Barcelonie (studio UnderPool).  

Jeden z najbardziej innowacyjnych współczesnych saksofonistów, prawdziwy emancypator rozszerzonych technik gry zaprasza nas … na spotkanie z jazzem! Jak najbardziej autorskim, wypełnionym własnymi kompozycjami, świetnymi aranżacjami, wreszcie całą porcją zabawy i czystej radości z grania. Do septetu dobrał sobie dobrych znajomych (także naszych!), świetnych improwizatorów, facetów, co to z niejednego pieca chleb jedli. Efekt w wielu momentach nie może nas nie zachwycać, mimo, iż Cirera trzyma się jazzowych kanonów, niczym tonący brzytwy. W jego muzyce pobrzmiewa echo colemanowskich harmonii i melodii, aylerowskich zaśpiewów i hymnów chwalących uduchowioną egzystencję, wszystko zaś przesycone jest dobrą energią, świetną komunikacją, no i nade wszystkim zmysłem wyjątkowo bystrego kompozytora.

Pierwszy temat Kamarilli pełen jest dynamiki i zwiewnej taneczności, budowanej przez pięć dziarskich instrumentów dętych, które swawolą w rytmie, kreowanym przez elektryczny bas i zwinną perkusję. Druga i trzecia kompozycja, to ulubione momenty recenzenta. Ta druga, poszarpana po colemanowsku, pełna jest melodii i emocji płynących z soczystych improwizacji. Z jednej strony duże porcje ekspresji, z drugiej wręcz wirtuozerska aranżacja dętych eksplozji. Trzecia część, mająca barokową bazę, stawia na preparacje, z których wykluwa się mroczna, post-jazzowa ballada. Kolejna opowieść powraca do dynamiki, nieźle swinguje, początkowo łagodna w brzmieniu, uroczo pęcznieje free jazzowymi emocjami, nie bez colemanowskiego sznytu w tle. Piąta kompozycja pachnie Aylerem, ciągnięta ku górze przez saksofony i zdobiona molowym komentarzem pozostałych, szósta zaś przypomina latynoski evergreen grany do tańca, świetnie zrekapitulowany doskonałą ekspozycją solową puzonu. Siódma część, to ciekawy dysonans. Najpierw zgiełk rozkrzyczanych dęciaków, napotykający na agresywną ripostę sekcji rytmu, a potem zaskakujący krok ku cool-jazzowej balladzie. Przedostatnia kompozycja ma bardziej stabilną dynamikę, bazuje na rytmie, a zdobi ją ponownie solówka puzonu. Wreszcie najdłuższa, ostatnia opowieść, która najpierw jest słodką balladą, potem zaś wpada w szalony rytm i sięga free jazzowego nieba. Sporym zakończeniem są … finałowe oklaski, wygląda na to, iż w trakcie utworu przenieśliśmy się na koncert Kamarilli!

 


Litterjug  Litterjug (Gotta Let It Out, CD 2022)

Międzynarodowe trio, zlokalizowane w Kopenhadze, zwie się jak wyżej wskazano, a tworzą je: Andrius Dereviancenko – saksofon tenorowy i klarnet, Szymon Gąsiorek – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Asger Thomsen – kontrabas, obiekty, kompozycje. Tych ostatnich na płycie bez tytułu jest dokładnie siedem, trwają 37 minut z sekundami, a powstały w Kopenhadze, w miejscu zwanym Panalama (czas akcji nieznany).

Pozostajemy w obrębie jazzowych kompozycji, ale tym razem stanowią one jedynie pretekst do krwistych, free jazzowych, swobodnie realizowanych improwizacji. Muzycy określają swoją muzykę szalonym mianem thrash jazzu, ale po prawdzie brzmienie instrumentów, niemal rockowy temperament wykonawców i moc masy, tudzież konstruktywnej agresji zawartej w dźwiękach i pomiędzy nimi, sprawia, że im dłużej słucha się tej naprawdę świetnej plyty, tym bardziej przyznajemy rację. Yes, indeed, this is truely thrash jazz!

Start jest ostry, soczysty, niepozostawiający złudzeń, co do niecnych planów artystów. Kontrabas brzmi tu jak walec, szyje połamany rytm, w tubie tenoru gotuje się free jazz, a perkusja bębni aż miło. Muzycy koncertują się na ogrywaniu bystrej struktury rytmicznej, po czym przepięknie osiągają bolesny padół doskonałych preparacji. W drugiej kompozycji dokładają nieco colemanowskiej melodyki, sycąc improwizację sporą porcją dynamiki. Ich swinging & punky drive niesie ze sobą dużo nerwowej taneczności. Z kolei w trzeciej odsłonie artyści początkowo sprawiają wrażenie, iż bardziej panują nad emocjami. Kolektywny i dość żwawy temat niespodziewanie ugina się tu pod ciężarem basowych strun i zaczyna płynąć powolnym, surowym strumieniem zastygającej lawy. Kilka wyważonych fraz daje oddech i pozwala zebrać siły na finałową eksplozję! Czwarta ekspozycja, to krótka opowieść, tkana smyczkiem, klarnetowym tembrem i całymi plejadami preparowanych dźwięków. Nerwowa dark ballada dla nadmiernie strapionych. Tuż po niej opus magnum tej niezwykłej thrash zone! Zaczyna ją ryjący bruzdy w ziemi, brudny smyczek, a kontynuuje fikuśny rytm, który rzuca nas od ściany do ściany. Ale jakby było mało – faza smyczkowych preparacji doszczętnie niszczy nasze narządy słuchu! Żelazna narracja szyta tu jest permanentną zmianą. Szósta opowieść podkręca tempo, znów pachnie po colemanowsku, melodią zszarganych emocji. Pokrętna taneczność wyprowadza na szczyt saksofon, który daje najlepsze, co ma w tubie. Ostatnia kompo-improwizacja, niczym wisienka na torcie! Znów smyczkowe intro, garść melodii i perkusyjne szaleństwa w tle. Muzycy na finał obrali sobie efektowne wzniesienie - krzyczą, preparują, przedrzeźniają każdą frazę! 

 


Martin Archer Trio  See You Soon Or See You Sometime (Discus Music, CD 2022)

Kolejne trio pochodzi z Wielkiej Brytanii. To muzycy mniej znani na tych łamach, ale powszechnie na tamtych ziemiach rozpoznawalni, szczególnie saksofonista, który pośród wielu aktywności prowadzi także label, wskazany jako wydawca niniejszej plyty. Zatem: Martin Archer – saksofon tenorowy, sopranino i saxello, Michael Bardon – kontrabas i wiolonczela oraz Walt Shaw – perkusja i instrumenty perkusyjne. Muzycy przygotowali dla nas sześć improwizowanych utworów, z których przynamniej część sprawia wrażenie, iż bazuje na materiale skomponowanym. Nie wiemy, kiedy i gdzie powstały te nagrania, wiemy jednak, iż trwają łącznie prawie 57 minut.

Pierwsze trzy improwizacje, bazujące na open jazzowym frazowaniu, budowane są przez artystów niebywale spokojnie, bardzo swobodnie, z dużą dbałością o detale brzmieniowe i dramaturgiczne. Archer zaczyna od saksofonu tenorowego, ale często też sięga po lżejsze odmiany instrumentu, także w trakcie tego samego utworu. Trio zdaje się kreować narrację jakby na przednówku free jazzu. Czasami wystarczy krok, by uciec w ciekawą ekspresję, ale co do zasady, wszystkim się tu donikąd nie spieszy. Opowieść pełna jest otwartych, nieskalonych nadmiarem dźwięków przestrzeni. Nawet jeśli muzycy trzymają się balladowego tempa, to często szyją ścieg całkiem nerwowymi frazami. Gdy stawiają na dynamikę, choćby w trzeciej części, ich półgalop pięknie definiuje się pojęciem kind of free jazz. Wrażliwy kontrabasista snuje tu na ogół jazzowe opowieści, ale gdy sięga po smyczek, jego flow natychmiast nabiera zmysłowego, kameralnego posmaku. Równie stylowy jest tu perkusista, który nie skupia się wyłącznie na drummingu, ale też pięknie koloryzuje w dowolnie zadanej estetyce. W drugiej improwizacji muzycy udanie eksplorują faktury dźwiękowe metodą pytań i odpowiedzi. W trzeciej ciekawie żonglują tempem i technikami gry, nie stroniąc od nieprzegadanych ekspozycji solowych.

Czwarta opowieść ucieka w melodykę neo-folkową, a w grze pojawiają się wiolonczela i saxello. W dwóch ostatnich utworach muzycy wracają do estetyki open jazzu. Improwizację zdobią perkusjonalnymi świecidełkami, udanie prowadzą grę zarówno na wdechu, jak i wtedy, gdy delikatnie puszczają cugle ekspresji. Ponownie nie stronią od preparacji i poszukiwania kameralnych zaułków. W finałowej części szczególnie dobrze realizuje się kontrabasista, która gra w jednym ciągu dramaturgicznym frazy pizzicato i arco. Stabilne tempo daje szansę na dostrzeganie wielu niuansów i wewnętrznej melodyki całej opowieści.

 


Hugo Carvalhais  Ascetica (Clean Feed Records, CD 2022)

Lecimy do Portugalii! Trzy spotkania studyjne w trzech różnych miejscach i sześcioosobowy skład pod kierunkiem kontrabasisty (wyposażonego także w elektronikę) i kompozytora całości Hugo Carvalhaisa. Obok niego: Emile Parisien – saksofon sopranowy, Liudas Mockunas – saksofon tenorowy i klarnet, Fábio Almeida – saksofon altowy i flet, Gabriel Pinto - piano, organy, syntezator oraz Mário Costa – perkusja. Nagranie powstało jesienią ubiegłego roku, zawiera dziesięć kompozycji, których wykonanie zajęło muzykom prawie 50 minut.

Spotkanie z jazzem środka, jaki proponuje nam sekstet Carvalhaisa, to dla miłośnika fire music i swobodnej improwizacji duże wyzwanie estetyczne, po prawdzie w wielu momentach nie do końca akceptowalne, ale muzyka z tego albumu ma przynajmniej dwa atrybuty, które stanowią, iż warto ostatecznie sięgnąć po to nagranie. Narracja wielu fragmentów tej płyty płynie spokojnym, delikatnym, chwilami wręcz przesłodzonym brzmieniem saksofonów i piana, szczególnie akustycznego, ale opowieść cały czas podszyta jest elektroakustycznym backgroundem. To mąci spokój opowieści, buduje ciekawy suspens, wreszcie sprawia, iż całość nie do końca przyobleka szaty jazzowego chill-outu. Czasami owo tło budowane jest przez plamy syntezatora lub organów, które brzmią mrocznie, wręcz złowieszczo, kreując efektowny dysonans w stosunku do nurtu głównego narracji. Biorąc zaś całość propozycji portugalskiego kontrabasisty pod recenzencką lupę, można dostrzec w niej posmak fussion jazzu i całą masę skojarzeń z tego typu muzyką z lat 70. ubiegłego stulecia, w szczególności z wczesnymi nagraniami Return To Forever.

Wśród najciekawszych momentów albumu warto wskazać samo jego otwarcie. Oto dynamiczny fussion jazz z wyeksponowanym, ciepłym, niemal elektrycznie brzmiącym kontrabasem, chwilami powykręcanym metrum, całkiem bogatym pakietem niuansów aranżacyjnych oraz niedługich, solowych improwizacji, często prowadzonych także w duetach. Kolejnym udanym momentem, niemal rodzynkiem w zalewie balladowych, jazzowych opowieści jest utwór czwarty, który rozpoczyna się biciem perkusyjnej stopy i drobnymi preparacjami, potem zaś skrzy się wyjątkowo bystrymi interakcjami pomiędzy muzykami. Wreszcie podoba nam się dziewiąta część. Tutaj dużą rolę odgrywają organy i dynamiczny drumming. W dalszej części utworu swoje dodaje saksofon tenorowy (Mockunas!), który bodaj jedyny raz na płycie przemyca kilka bardziej gorących i ekspresyjnych fraz.

 


Jorge Torrecillas’ Orquesta Inorgánica  Noctámbulos (Neue Numeral, DL 2022)

Najwyższy czas opuścić Europę! Zapraszamy do argentyńskiego Tandil i studia Haciendo Discos na spotkanie z dużym składem dowodzonym (przynamniej w aspekcie kompozytorskim!) przez dobrze nam znanego saksofonistę Jorge Torrecillasa (alt i tenor). Jesienią ubiegłego roku powstało nagranie, w którym uczestniczyli także: Maria Eugenia Irianni – flet, Ana Vocaturo Alfonso – klarnet, Fabian Bullotti – saksofon sopranowy, tenorowy i flet, Sandra Chariatti – saksofon altowy i flet, Aníbal Tobos Vergara – saksofon tenorowy, digeridoo, instrumenty perkusyjne, Enrique Sarraquigne – saksofon tenorowy, Juan Torrissi – saksofon barytonowy, Nahuel Bugarini – gitara, Mario Alba – kontrabas, Dai Grierson – perkusja, Juanita Flores Arce – wokal oraz Alicia Larsen – recytacja. Album trwa 63 minuty z sekundami.

Trzynastu artystów, osiem bogatych w improwizowane wydarzenia kompozycji, całe mnóstwo pomysłów, niemal w każdym przypadku udanie przetransponowanych w zgrabne interwały muzyczne - w trakcie odsłuchu Orkiestry z Argentyny nie grozi nam chwila nudy! Oto, jak kipiący emocjami, wytrawny jazz spotyka się z wyrafinowaną kameralistyką, która uwielbia taplać się w zmysłowej improwizacji. Ośmioro muzyków władających czeredą instrumentów dętych (mnóstwo fletów!), rozbudowana sekcja rytmu i kobiece głosy, choć incydentalne, to dobrze umiejscowione w dramaturgii całości. Nic, tylko się zasłuchać!

Początek podróży od razu wystawia nas na działanie dynamicznej i ekspresyjnej narracji. Freejazzowe wyziewy z gitary, radosny temat grany tutti, rockowe przełomy i częste zmiany tempa godne Johna Zorna, wreszcie kameralne interludia z bogatym orszakiem fletowych zdobień. Pojawia się też wokal, a na koniec post-psychodeliczne solo gitarzysty. Druga opowieść bazuje najpierw na instrumentach dętych, które prowadzą kameralną improwizację pełną pytań i odpowiedzi. W połowie nagrania narrację udanie przejmują gitara i kontrabas. Trzecia historia, silnie ustrukturyzowana wolą kompozytora, zagłębia się w brzmienia bliskie tzw. trzeciego nurtu w muzyce. Z kolei czwarta powraca do estetyki dynamicznego jazzu, bogato zdobionego improwizacjami, szczególnie saksofonów i gitary, w konsekwencji których zakończenie pełne jest ekspresyjnego free. Kolejne trzy kompozycje, znów pozostawiające muzykom dużą przestrzeń na improwizację, czerpią inspirację z kameralnych zainteresowań kompozytora. W piątej ciekawa mieszanka – kontrabas ciągnie w kierunku jazzu, gitara ku psychodelii, saksofon woli chamber, a na koniec głos recytuje tekst w jakimś skandynawskim języku! W szóstej części rządzą flety, opowieść zdaje się być dość mroczną, a w jej tle skrzą się preparowane frazy. Siódma opowieść pachnie cool-jazzem, zdobionym frisellowską gitarą, w ósmej zaś, tej na zakończenie, powraca jazzowa estetyka - to kolektywna narracja z saksofonem w roli przewodnika improwizacji.

 


Otto  Danses (Circum-Disc, CD 2022)

Na Stary Kontynent wracamy z przytupem, by pośpiewać i potańczyć przy nieśmiertelnych kompozycjach Jana Sebastiana Bacha! Na jazzowy i rockowy warsztat jego piękne, jakże improwizowane (!) melodie wzięli: Ivann Cruz – gitara elektryczna oraz Frederic L’Homme – perkusja. Nagrania powstały ubiegłej wiosny we Francji, w trakcie trzech ciepłych majowych dni. Trzynaście utworów mistrza baroku trwa tu około 50 minut.

Na tych łamach nie jesteśmy szczególnie biegli w interpretacjach muzyki Bacha, preferujemy raczej naturalne wykonania, najlepiej na instrumentach z epoki, ale … to, co zrobili francuscy improwizatorzy z kompozycjami mistrza baroku nie może nie budzić naszej powszechnej radości. Oto bowiem otrzymujemy muzykę z rockowym zębem (perkusji), wirtuozersko wykonaną (przez gitarę), kipiącą jazzowymi emocjami, a nade wszystko zwiewną, taneczną, melodyjną, w pełni bachowską wizję dobrej zabawy z dźwiękami. Pośród trzynastu utworów ledwie dwa trwają dłużej niż cztery minuty. Reszta to dobrze skrojone piosenki bez tekstu, na ogół zgrabnie konsumujące bachowską melodię, zmysłowo i filigranowo improwizowane, trzymające się formy i dramaturgicznej dyscypliny. W tych dwóch pozostałych muzycy efektownie odpływają w zaświaty, ale o tym już w kolejnym akapicie.

Początek albumu ma rytm, stonowane, nieco frywolne emocje, pachnie bluesem i bachowską melodyką, która w ostatecznym rozrachunku dominuje. W drugiej części gitara nabiera rockowego, sfuzzowanego brzmienia, z kolei w trzeciej, to perkusja łamie konwencje, bystrze miesza rytm i kręci urocze pętle. Czwarta opowieść trwa sześć minut i po raz pierwszy pokazuje nieco psychodeliczne oblicze gitary. Oto ballada z nerwowym rytmem perkusji, w trakcie której Bach pojawia się dopiero pod koniec narracji. Piąta etiuda pachnie jazzem i podobnie, jak kolejna opowieść, zbudowana jest na dysonansie rytmicznym. Perkusja gna do przodu, gitara śpiewa leniwym głosem. Siódemka dokłada do obrazu całości prawdziwie rockowy rytm i całkiem bystre tempo. No i ósemka, prawie 14 minut! To tu Cruz i L’Homme pięknie odpływają w psychodeliczne zaświaty. Post-rockowa ucieczka w trans i medytację. Gitara śpiewa rozlewającym się tembrem, a echa Bacha mogą być dostrzegalne jedynie w trakcie samego zakończenia tej szalonej podróży. Ostatnie cztery części, to urocze miniatury. Znajdujemy w nich rockowy drive z riffami, całe pasma niskich, niemal basowych pochodów gitary, także delikatnego walczyka do tańca i wreszcie prawdziwie barokową, końcową balladę zagraną czystym tembrem, filigranową, znów idealną do śpiewu i dobrej zabawy.

 


Ming Bau Set (Gerry Hemingway / Vera Bauman / Florestan Berset)  Yakut's Gallop (Fundacja Słuchaj, CD 2021) *)

Amerykański perkusista Gerry Hemingway, choć jest legendą jazzu i free jazzu, nie przestaje poszukiwać nowych artystycznych środków wyrazu. Śmiało sięga w takich okolicznościach po swobodną improwizację. Trio MingBauSet, uzupełnione przez dwójkę młodych muzyków ze Szwajcarii, doskonale wpisuje się w ów wątek jego twórczości. A zatem Gerry - perkusja, głos i harmonika, Vera Baumann - śpiew oraz Florestan Berset eksplorujący możliwości brzmieniowe gitary elektrycznej. Ich nagranie powstało w szwajcarskim Stalden (we wrześniu 2020 roku), trwa 53 i pół minuty, składa się z sześciu epizodów. 

Jeśli mielibyśmy osadzić gatunkowo improwizację, jaką proponuje nam trio Ming Bau Set, to wskazać winniśmy na wiele tropów. Z jednej strony odnajdujemy tu oczywiście bagaż dziedzictwa free jazzu, tudzież konceptualnej, jazzowej improwizacji spod znaku Anthony’ego Braxtona (Hemingway spędził w jego kwartecie tyle lat, iż piętno mistrza nie może nie być elementem jego warsztatu). Z drugiej strony prawdziwy powiem młodości, która płynie szerokim strumieniem gitarowej, post-rockowej, a nawet psychodelicznej improwizacji i jakże intymnej, neo-folkowej wokalistyki, która bazuje na ekspresji, ale sięga też po bardziej wyrafinowane środki wyrazu.

Płyta zaczyna się dość dynamicznie, pokazując w kilka chwil wszystkie istotne atrybuty tria, jakie omówiliśmy w poprzednim akapicie. Po uzasadnionym dramaturgicznie spowolnieniu narracja skutecznie szuka ciszy i buduje suspens oparty na brzmieniu gitary. Druga opowieść, to bodaj najlepsze kilka minut całej płyty. Trochę preparacji na werblu, nerwowy splot gardłowych dźwięków i zadziorna, grająca w poprzek nurtu głównego gitara. Całość doposażona zostaje tu w pakiet emocji nieobliczalnej improwizacji. Trzeci utwór, to ledwie miniatura, ale także stawiająca przy dokonaniach tria duży plus. Klei się z gitarowych pick-upów, dźwięków harmoniki i oddechu przestraszonej wokalistki. Kolejne trzy opowieści, każda trwająca powyżej dziesięciu minut, mają już problem, by na stałe przykuć naszą uwagę. Dużo w nich ciekawych rozwiązań, dramaturgicznych spięć, ale także momentów zawahania, czy też nadmiernego żonglowania stylistyką. W piątej części narracja przez moment zamienia się w soczysty ambient, ale kierunek podróży zostaje szybko zmieniony. Z kolei w ostatniej improwizacji dużo do powiedzenia ma gitarzysta, ale nie może się samookreślić. Post-rockowe, swobodne pasaże z dubowym echem zdobi jazzowymi gresami, które burzą nastrój chwili. Oddać wszakże należy muzykom, iż narracyjne mielizny potrafią każdorazowo przekuwać w bystre, intrygujące zakończenia.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portalu Jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana

 


czwartek, 7 maja 2020

Agustí Fernández! The Four For Fun!


Nasz ulubiony, swobodnie improwizujący pianista Agustí Fernández skończył pod koniec ubiegłego roku magiczne 65 lat, zatem zgodnie z maksymą pewnego doskonałego filmu włoskiego *) nie ma już czasu na robienie rzeczy, które nie sprawiają mu przyjemności!

Kataloński artysta bardzo poważnie potraktował ową cezurę wiekową i w jakże szalonym roku 2020 zdążył już zaserwować nam kilka niebywałych płyt. Za chwilę skrzętnie je wszystkie omówimy dodając drobną, acz niezwykle istotną zaległość z ubiegłej jesieni. Zaczniemy od litewskiego duetu (płyta ma premierę nośnika fizycznego w kolejnym tygodniu), potem dwa tria z udziałem jego soul brother Barry Guya, wreszcie kwintet, który zdał się być cudowną ozdobą Festiwalu Ad Libitum we wspaniałym roku 2017.

Czytajcie recenzje, słuchajcie płyt i przede wszystkim – kupujcie je, wspierajcie muzyków i małych wydawców wielkich płyt z muzyką swobodnie improwizowaną!




Agustí Fernández/ Liudas Mockūnas  ‎Improdimensions  (NoBusiness Records, LP 2020)

Bystra kompilacja nagrań z dwóch koncertów Agustiego i Liudasa Mockūnasa (klarnet kontrabasowy, saksofon sopranowy i tenorowy), jakie odbyły się w latach 2018-19 w Wilnie, w ramach inicjatywy koncertowej Improdimensions. Płyta o takim właśnie tytule zawiera sześć improwizacji, przy czym najpierw słuchamy utworów z roku ubiegłego, potem tych nieco starszych. Całość odsłuchu, to 41 i pół minuty.

Koncert z roku 2019 zaczyna zwinne piano wprost z klawiatury. Obok chybotliwy, zaczepny saksofon sopranowy, który podobnie jak jego interlokutor, lubi szybkie palcówki. Narracja nabiera dynamiki, jest szorstka, daleka od ckliwości, choć jednocześnie lekka, mimo wielu dramaturgicznych zakamarków. W połowie utworu muzycy stopują, a filigranowe piano stawia stempel wyjątkowej urody. Taniec na jego strunach, w towarzystwie sprytnego sopranu, wiedzie muzyków ku ostatniemu dźwiękowi. Kolejną część, do której muzycy przechodzą bez sekundy ciszy, zaczyna skrzeczący jak kwoka sopran. Piano wchodzi do gry po paru chwilach i zwiastuje, niczym dobosz, zmysłowy marsz wzajemnych imitacji. Agustí chwyta się pierwszy raz tego wieczoru preparacji, wsadza głowę w przepaść pudła rezonansowego, dla odmiany Liudas kwili na grzędzie niczym skowronek, tworząc ciekawy dysonans estetyczny. Potem chwila na saksofonowe solo z duża dawką emocji i następujący po nim, klasycyzujący pasaż piano. Nim dotrą do końca, krótkie solo stanie się także udziałem pianisty. Trzecią część muzycy zaczynają wspólnie – swawolą z gracją, ale w pełnym skupieniu. Dużo swobodnych, czystych dźwięków, w rozkołysanym tańcu open jazzu. Tenor, który zastąpił sopran buduje nastrój, a potem dokłada do ognia. Prychy i dąsy kreowane na dużej dynamice pięknie wplątują się w dźwięki białych i czarnych klawiszy.

Cofamy się o rok. Agusti kreuje samodzielnie deep & black story. W duchu bystrego minimalizmu, nie bez dramaturgicznych powtórzeń, preparacji i rezonansu, aktywnie czeka na partnera. Ten drugi, wyposażony w klarnet kontrabasowy, burczy, skrzeczy, buduje drony. Filigranowe palcówki po strunach i dyszach tworzą piękny, tajemniczy, nieco oniryczny klimat. Muzycy, pełni perkusyjnych skojarzeń, wyruszają w taneczną przebieżkę. Agustí ponownie sięga po preparację i trzymając rytm kreśli jeden z bardziej udanych fragmentów całej płyty. Wyłącznie do pianisty należy odcinek piąty. Zaczyna go ciepłymi, klasycyzującymi klawiszami. Bez zbędnej zwłoki nabiera stanowczości i ognia. Bije szczególnie w czarne klawisze i tańczy opętany kreacją. Nim wybrzmi, zdąży jeszcze osiągnąć stan wyjątkowo drżącej ciszy. Na finał płyty powraca najmocniejszy z klarnetów – rezonuje z całym światem, rży jak koń. Liudas tryska emocjami, dobrymi i złymi. Agusti podłącza się do narracji tuż przed upływem drugiej minuty. Dęciak idzie ku górze, piano rozlewa się szerokim, na poły perkusjonalnym strumieniem. Obaj artyści tańczą w metafizycznej niemal symbiozie. Najpierw kipią złotem free jazzu, potem lepią się w drony, rezonują, trzeszczą, drżą i krzykliwie repetują. Stawiają kolejny stempel doskonałości, czyniąc całe nagranie jednym z najbardziej intrygujących, jak do tej pory, ujawnień muzycznych w pandemicznym roku 2020. Jakby na poparcie tezy recenzenta, z krzykiem i mocą tworzenia artyści cudownie przechodzą od masywnej, dynamicznej ekspozycji w otchłań gasnących iskier improwizacji. Brawo!




Don Malfon/ Agustí Fernández/ Barry Guy  Mutations  (Fundacja Słuchaj!, CD 2020)

Wspólne płyty Agusti Fernandeza i Barry Guya liczyć można zapewne w setkach sztuk, także ich spotkania trzyosobowe mają swoją wspaniałą historię. Jednakże ich lutowe spotkanie (Kultur-Schranne, Dachau, 2019) z hiszpańskim saksofonistą Donem Malfonem (alt i baryton; w paszporcie żyje, jako Alfonso Muñoz) jest pierwszym tego rodzaju przedsięwzięciem (choć grali razem w ramach jednej z edycji Liquid Quintet). Siedem swobodnych improwizacji, które śmiało mogą kandydować do miana … najgłośniejszych i najbardziej zadziornych pozycji w dyskografii doświadczonych muzyków. Także i młodziak z Barcelony może być z niej całkowicie dumny! Całość trwa 51 minut i 31 sekund.

Zaczynamy z grubej rury i tak będzie (z krótkimi przerwami) do końca tego koncertu! Ostre piano z wykorzystaniem klawiatury, trzeszczący, rezonujący ze wszystkim saksofon, wreszcie zwinne, free jazzowe pizzicato kontrabasu – narracja nabiera rumieńców od pierwszej sekundy, dość szybko zdaje się znajdować o krok od akustycznego hałasu. Alt tańczy, piano brnie w preparacje, gryf strunowca charczy boleśnie – każdy z muzyków dokłada tu cegiełkę do jakże smakowitego obrazu całości. Po kilku minutach alt brzmi niczym dziecięca piszczałka zmutowana promieniowaniem atomowym. Opowieść tria gna przed siebie lub niespodziewanie staje w miejscu, drży i hamuje jak suwnica przemysłowa. Im dalej w las, tym przybywa bardziej skupionych, często preparowanych fonii ze strony każdego muzyka. Jeśli otwarcie płyty było trzęsieniem ziemi, to dalej może być jeszcze lepiej! Druga opowieść na starcie zachowuje pozory łagodności – alt pośpiewuje, kontrabas i piano pląsają w formule open jazzu. Guy sięga po smyczek (będzie się działo!), Fernandez dyktuje tempo czarnymi klawiszami, a Malfon szuka śpiewnej zaczepki z tym drugim. Akcje, które skutkują wyłącznie dobrymi reakcjami – dramaturgiczne peaki i zmysłowe sanacje, z których jedna kończy utwór w post-jazzowej ciszy. Trzecia ekspozycja stawia nas ponownie do pionu. Coś szumi, chrobocze w pudle fortepianu, podczas gdy małe frazy kontrabasu budują napięcie. Nagle na scenie pojawia się baryton i zaczyna chrapać, a potem skowyczeć. Narracja buduje się wyjątkowo skrupulatnie, ale już po trzech minutach osiąga stan post-industrialnych emocji, jakich doświadczyliśmy w pieśni otwarcia - grzmoty czerstwej akustyki, repetycje i półmelodyjne zawodzenia.

Czwartą opowieść otwiera masywne piano percussion i saksofon. Smyczek drży z oczekiwania, rezonuje w poszukiwaniu ciszy. Akustyczny ambient, który zwiastuje nieuchronną katastrofę. Brak pośpiechu, dronowe frazy, liczenie strun i barokowy smyk w pięknym stylu ratują nam jednak skórę! Wejście w piątą improwizację zdaje się być wyjątkowo bolesne – wszyscy preparują, brną w gęstą narrację, pot leje im się po skroniach. Kolektywna kreacja eksploduje – piski, świsty, trzaski i rzężenia! Rodzi się rytm, ale dziwny, jakby znikąd – post-industrial heavy impro stawia stemple mocy i doskonałości. Całość zostaje zwinnie zgaszona do poziomu dźwięku pojedynczych strun. Brawo!

Piano preparowane perkusyjnym temperamentem Katalończyka budzi do życia przedostatnią opowieść. Tuba rży, parska i prycha, a kontrabas oddycha i schodzi poniżej poziomu morza. Krok z samego środka ciszy w bystrą kipiel emocji zajmuje muzykom kilka nanosekund. Akcje, reakcje, dewiacje – preparacje, moc percussion z każdego miejsca sceny, a potem fraza pięknego hałasu. Saksofon piszczy i świszczy budując bodaj najgłośniejszy fragment koncertu, ale Agusti przy pomocy białych i czarnych klawiszy tłumi wszystko do poziomu ciszy. Finałowa opowieść bynajmniej nie studzi emocji, a wręcz je wzmaga! Struny piana i kontrabasu imitują się wzajemnie, coś drży w tubie, znów nie wiadomo skąd dociera do nas coś na kształt rytmu. Tempo rośnie, ogień obejmuje już wszystkie kondygnacje – harshowy saksofon, szybkie piano i wulgarny post-barok kontrabasu! What a game! Muzycy są ze sobą razem aż po ostatni dźwięk, perfekcyjnie przygotowani na … burzę oklasków.




Snekkestad/ Fernández/ Guy ‎ The Swiftest Traveler (Trost Records, CD/LP 2020)

Pozostajemy w trio z udziałem pianisty i kontrabasisty, zmienia się jednak muzyk odpowiedzialny za instrumenty dęte. Tym razem będzie nim Torben Snekkestad, który na spotkanie z mistrzami free improv zabrał ze sobą saksofon sopranowy, tenorowy, trąbkę i klarnet. Nagranie miało miejsce w słynnym kolońskim Lofcie (dwa czerwcowe dni roku 2018), a na płycie trwa 44 i pół minuty.

Formuła otwarcia improwizacji wydaje nam się nad wyraz przejrzysta – strzały w klawiaturę fortepianu, smyczek na kontrabasie gotowy na wszystko i wysoko podwieszony saksofon sopranowy, który kwili na boku, szukając jednak dramaturgicznej zaczepki. Subtelność mocy, siła skupienia, dbałość o niuanse, filigranowe frazy i smartne reakcje. Narracja toczy się z dużą amplitudą emocji i natężenia dźwięku – bywa cicha i spokojna, innym razem staje się zadziorna i tłusta. Chamber, który szuka wrażeń i na ogół je znajduje, tworzy się w kolektywnym dialogu, raczej stroni od samotnych monologów. Na finał utworu otwarcia Torben na moment sięga po trąbkę. Druga opowieść od startu buduje gęstą, chciwą narrację – zadziorny sopran i piano z basem, stawiające dramaturgiczne zasieki. Muzycy bez trudu znajdują jednak ciszę i ukojenie, po czym równie błyskotliwie osiągają stan niemal free jazzowej kipieli. Ognista faza improwizacji na koniec sięga po kameralne zakończenie. Trzecia opowieść zaczyna się delikatnymi preparacjami i wysoko podwieszony saksofonem tenorowym. Bystre dark acoustic z akcentami percussion, szelesty, gniecenie przedmiotów (?) i inne akustyczne przepięcia mocy. Po pewnym czasie narracja znów sięga po ogień free jazzu, by na koniec rozlać się bardzo szerokim korytem.

Czwarta część powstaje z małych fraz i równie filigranowych reakcji. Chamber spogląda w kierunku open jazzu – nie bez subtelności, nie bez lokalnych eskalacji, ale też bez nadmiernego ryzyka. Recenzent ma wrażenie, że starsi Panowie chętnie skoczyliby w ogień, ale młodszy kolega z Norwegii nie podziela ich entuzjazmu. W kolejnej części, rozpostarty w poprzednim odcinku open jazz zdaje się szukać rozwiązań free improv – preparacje piano i saksofonowe, sonorystyczne półgierki, które w ostatecznym rozrachunku prowadzą jednak do zbudowania nowej, dynamicznej free jazzowej opowieści. Przy okazji Torben prezentuje świetną ekspozycję na saksofonie, wspartą na masywnym brzmieniu piana i kontrabasu. Szczególnie udane zdaje się być niemal ambientowe zakończenie tej opowieści.

Szósta improwizacja zaczyna się u stop ciszy - oddechy, mikro frazy głuchego dźwięku, szelest i szum niewidzialnego, czarne klawisze i gołe struny. Guy buduje nisko zawieszony dron, piano reaguje bardzo bystrze, a saksofon prycha suchym powietrzem. Czas na finałową partycję nagrania. Do gry wchodzi po raz pierwszy klarnet. Nastrój narracji budują frazy piana wprost z klawiatury, dołem sunie pizzicato kontrabasu. Open jazz nabiera rumieńców, po czym niespodziewanie zaczyna poszukiwać ciszy. Na ostatnią prostą do gry desygnowany zostaje saksofon tenorowy, który śpiewa czystym, balladowym niemal tembrem. Recenzent notuje, że być może ta płyta mogłaby być nieco bardziej emocjonalna, wybuchowa, bardziej nastawiona na ryzyko, ale stempel barokowego smyka gasi zarówno te ambiwalencje, jak i cały koncert.




Liquid Quintet  Flux (Fundacja Słuchaj!, CD 2019)  **)

Dwunasta edycja warszawskiego Festiwalu Ad Libitum, październik roku 2017, a na scenie CSW katalońskie Liquid Trio rozbudowane polskimi rękoma do kwintetu: Agustí Fernández – fortepian, Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy, Ramon Prats – perkusja oraz Artur Majewski – trąbka i Rafal Mazur – akustyczna gitara basowa. Koncert, który w rzeczywistości był jednym ciągiem zdarzeń fonicznych, dostajemy w pięciu częściach, trwających łącznie pełne 42 minuty i dodatkowe 4 sekundy.

Kwintet muzyków klasy najwyższej kolektywnie podejmuje nieistniejący temat improwizacji. Każdy dokłada małe frazy, na które pozostali świetnie reagują. Od pierwszej sekundy mamy wrażenie, że ta piątka muzyków gra ze sobą od kołyski (po prawdzie grają razem dokładnie po raz … drugi!). Dęciaki plotą półśpiewy, klawisze i pulsujący bas budują bazę, a perkusja drży i szeleści kreując pierwsze znamiona rytmu. W połowie czwartej minuty faza smukłych dronów dobrze buduje napięcie. Potem speed piano rozkręca zabawę, ale szum z tuby saksofonu tenorowego błyskotliwie ją zgasi i zaproponuje pierwszy przystanek na preparowanie dźwięków. Wejście w trak drugi (zgodnie z zapisami preambuły recenzji) odbywa się oczywiście nad wyraz płynnie i bez użycia ciszy. Piękno drobnych dekonstrukcji fonii z pianistą na samym szczycie zdarzenia. Spirala narracji sukcesywnie nakręca się dzięki kolektywnej burzy męskich hormonów. Sygnał do free jazzowego ataku idzie wprost z klawiatury, dokładnie w połowie piątej minuty. Pianista dewastuje instrument, saksofonista (już sopran!) eksploruje moc przestrzeni sali koncertowej, reszta także nie trwoni choćby sekundy. Kolejny peak emocji ma miejsce dokładnie w połowie siódmej minuty, po czym muzycy, a w zasadzie sam perkusista otwiera trzecią część koncertu. Dęciaki piszczą jak kociaki, bas drży po słoniowemu. Narracja buduje się tym razem w tempie drummera, kreowana głównie temperamentem pianisty.  Po upływie czwartej minuty zaskakujący krok w tył – dramaturgiczne gierki, małe zaczepki, coś na kształt naszego ulubionego call & responce, ale budowanego na dynamice basu. Gaszenie tego wątku nagrania trwa w nieskończoność i zdaje się być równie długotrwale piękne.

Czwarta partycja daje koncertowi jakby nowe życie – kolejne preparacje piana, puls basu i mikro eksplozje pozostałych instrumentów. Swoje pięć minut ma tu Mazur, który rządzi, stawia cele i egzekwuje ich realizację. Brawo! Saksofon krzyczy, piano gna na zatracenie, trąbka jęczy, perkusja stawia na zdrowy progres. Po upływie piątej minuty – bez nadmiernego rozlewu krwi - władzę przejmuje Fernandez, po czym gasi płomień eksplozji. Znów swoje dorzuca bas, a na krótką solówkę wypuszcza się Majewski. Znów brawo! Ten tygiel improwizowanych szaleństw tłumiony jest kolektywnie, na ogół dronową estetyką, z separatywnym, post-klasycznym głosem fortepianu. Finał koncertu rodzi się niemal w ciszy i nie będzie – co do zasady – naruszał jej klimatu aż do ostatniego dźwięku. Preparowane slow motion w błyskotliwy sposób, pełne mrocznych subtelności, szuka dramaturgicznie uzasadnionego zakończenia. Czarny klawisz fortepianu, niczym dzwon, obwieszcza artystyczny wybór. Rezonans zaniechania, skupienie nadchodzącej ciszy, a potem … burza oklasków, która miała miejsce w rzeczywistości koncertu, lecz na płycie została nam oszczędzona.


*) Paolo Sorrentino Wielkie Piękno/ La grande bellezza, 2013


**) Płyta Flux pierwotnie miała zostać opatrzona stosownym liner notes, które wyszło spod pióra Pana Redaktora. Ostatecznie tekst nie trafił na okładkę płyty, ustępując miejsca pięknym, czarno-białym fotografiom z koncertu. Tekst wszakże żyje i właśnie w tym miejscu postanawiamy przytoczyć go w całości.




Historia “płynnego” tria z Barcelony sięga początków bieżącej dekady. Wtedy to Agustí Fernández, Albert Cirera i Ramon Prats – inspirowani koncepcją “liquid modernity” Zygmunta Baumana, opisującą świat, w którym nic nie jest stałe, wszystko zaś ulega ciągłym zmianom – postanowili założyć „working band”, który socjofilozoficzne teorie przełoży na język muzyki bardzo swobodnie improwizowanej. Nadali mu zatem nazwę Liquid Trio. W roku 2013 wydali swój debiutancki krążek „Primer dia i última nit”, trzy lata później dołożyli „Marianne”, a w kolejnym „The Liquid Trio plays Bernouilli”. Ten ostatni już w ramach inicjatywy wydawniczej „Fundacji Słuchaj!”.

W praktyce koncertowania i uprawiania improwizacji katalońskie trio – od czasu do czasu, w celu poszerzania horyzontów muzycznej percepcji - bywało personalnie rozbudowywane do rozmiarów kwintetu. W ten sposób z muzykami Liquid Trio zagrali Joe Morris i Johannes Nästesjö, a także całkiem niedawno Barry Guy i Don Malfon. W maju zaś 2017 roku na katalońskim Festiwalu w Vic, w rolę gości wcielili się muzycy z Polski - Artur Majewski i Rafał Mazur. Niemal pół roku później muzycy, zadowoleni z pierwszego spotkania, postanowili koncert powtórzyć i wystąpili na 12. Festiwalu Ad Libitum w Warszawie. Drogi Słuchaczu, masz właśnie w dłoniach fonograficzną pamiątkę z tego spotkania.

Nagranie koncertowe zarejestrowana w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej pięknie wpisuje się w coraz bardzo zacieśniające się relacje polsko-katalońskie na polu muzyki improwizowanej. Pianista Agustí Fernández wydał już w Polsce więcej niż dziesięć płyt – w tym także duety i tria z Arturem Majewskim i Rafałem Mazurem, które były prologiem ich współpracy. Saksofonista Albert Cirera całkiem niedawno wydał tu swoją piątą płytę (m.in. z Rafałem Mazurem), a w kolekcji iberyjskiej serii Trybuny Muzyki Spontanicznej i Multikulti Project ma już trzy pozycje. Perkusista Ramon Prats także jest częstym stałym uczestnikiem płyt tej serii.

Warszawski, ponad 42 minutowy koncert, to prawdziwy muzyczny konkret – jeden, szeroki strumień improwizacji, w pełni wyzwolonej, świetnie skomunikowanej wewnętrznie, która równie intensywnie kocha free jazz, jak i abstrakcyjną, swobodną kameralistykę. Świat dźwięków preparowanych, narracji kipiących emocjami, ale budowanych z dramaturgiczną powściągliwością, nastawionych na eksperymenty sonorystyczne. Życie w stanie permanentnie zmiany, tam, gdzie nic nie jest z góry ustalone, gdzie każde z przyjętych rozwiązań ma szansę mieć swój sens i wewnętrzną logikę.