Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Jędrzejewska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Jędrzejewska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 października 2025

Anaïs Tuerlinckx i John Butcher na nowych albumach dokumentujących Call and Response 8. Spontaneous Music Festival


(informacja prasowa)

 

Dziewiąta odsłona poznańskiego Spontaneous Music Festival wystartowała z hukiem dokładnie we czwartek drugiego października. Jednym z rytuałów imprezy są nowe płyty z nagraniami zarejestrowanymi w trakcie edycji poprzedniej. Nie inaczej jest w tym roku. W piątek 3 października swoje światowe premiery mają albumy Spontaneous Live Series 016 i 017. Oba są już dostępne zarówno w formie plików elektronicznych, jak i na nośnikach fizycznych, tu tradycyjnie poręcznych płytach kompaktowych.

  


Na katalogowej szesnastce pomieszczono dwa festiwalowe sety, w jakich wystąpiła w roku ubiegłym belgijska pianistka Anaïs Tuerlinckx. W drugi dzień imprezy (dokładnie z piątek) improwizowała po raz pierwszy (a zatem w tzw. secie ad hoc) z niemieckim saksofonistą Jonasem Engelem. Ów zakochany w preparacji duet przez wielu uznany został za jedno z najbardziej spektakularnych wydarzeń ubiegłorocznej edycji Spontaneous Music Festival. Na albumie SLS 016 odnajdziemy również sobotni set pianistki, tym razem poczyniony w towarzystwie jej stałej partnerki artystycznej Andrei Ermke, wykorzystującej w trakcie scenicznej pracy dźwiękowej mini-dyski zawierające sample i fonie szeroko rozumianego otoczenia. Jak wspominano w festiwalowych relacjach prasowych:  od subtelnej ciszy do ceremonialnego hałasu – to była droga, jaką przebyły na scenie Dragona artystki z Berlina.

Spontaneous Live Series 016: Anaïs Tuerlinckx with Jonas Engel and Andrea Ermke Live at 8th Spontaneous Music Festival (Spontaneous Music Tribune, CD 2025). Anaïs Tuerlinckx – fortepian preparowany, Jonas Engel – saksofon altowy (pierwsza improwizacja), Andrea Ermke – mini discs, sample (druga improwizacja). Nagrane 4 i 5 października 2024, Dragon Social Club, Poznań. Dwa utwory, 56 minut.

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-016

 


Z kolei album cyklu oznaczony numerem katalogowym 017 zawiera finałowy set poprzedniej edycji festiwalu. Tak pisano o nim w relacjach prasowych: Finał imprezy przypadł w udziale Large Ensemble, dla którego notyfikację (scenariusz improwizacji) przygotował John Butcher. Koncert mienił się intrygującą, jakże zmienną dramaturgią. Tentet dzielił się raz za razem na duety, tria czy kwartety. Sięgał po atrybuty swobodnego jazzu, niuanse kameralistyki, miał też w części środkowej piękną ekspozycję dronową graną pełnym zestawem instrumentalnym. Dodajmy, iż na etapie produkcji albumu formacja – wedle woli saksofonisty - przejęła ostatecznie nazwę własną Dragon 10, a wykonany przez nią utwór Poznań Contours.  

Spontaneous Live Series: John Butcher’s Dragon 10 Live at 8th Spontaneous Music Festival (Spontaneous Music Tribune, CD 2025). John Butcher – saksofon tenorowy, sopranowy, notyfikacja graficzna, Mark Wastell - instrumenty perkusyjne, Phil Durrant - elektryczna mandolina, Luís Vicente - trąbka, Salvoandrea Lucifora – puzon, Adam Pultz Melbye – kontrabas, Ståle Liavik Solberg - perkusja, Anna Jędrzejewska - fortepian, Ksawery Wójciński - kontrabas oraz Ostap Mańko - skrzypce. Nagrane 6 października 2024, Dragon Social Club, Poznań. Jeden utwór, 29 minut.

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-017

 

 

 

piątek, 6 stycznia 2023

The January’ Round-up: Wallace! Stopmobil! Spinningwork! Duet Obustronny! Luchansky & Ovchinnikov! MUC! Lamp Of(f)! Bröndum & Gärdin! Yom Gagatzi!


W nowy rok wchodzimy z przytupem! Minęło ledwie kilka dni z nową datą, a już czeka na Was świeża, pachnąca zbiorówka recenzji płyt z naszą ukochaną muzyką improwizowaną! Dziś na redakcyjnej patelni dziewięć smakowitych dań - niemal wszystkie datowane oczywiście na szalony rok miniony, ale czeka na nas też jedna produkcja z datą 2023!

Rozstrzał stylistyczny, jak to na trybunowej zbiorówce na ogół bywa, kosmiczny – dźwięki trudne do ogarnięcia jednym uchem, intrygujące, stawiające pytania o granice gatunków i bezkreśnie ponadnarodowe!

Zaczynamy dwiema pozycjami, które ledwie kilka dni temu zostały okrzyknięte jednymi z 50 Powodów, Dla Których Warto Zapamiętać rok 2022! Nie wymagają zatem jakichkolwiek dodatkowych rekomendacji. Pierwsza płynie do nas z Brooklynu, druga z dalekiego Buenos Aires. Potem czas na free jazz z Newcastle, swobodną, post-jazzową improwizację z Warszawy i garść bardzo swobodnie improwizowanych dźwięków z Sankt Petersburga. W tzw. dalszej kolejności czekają – swobodna kameralistyka z Monachium, jazz z Groningen, elektroakustyczna improwizacja ze Sztokholmu, wreszcie splitowy winyl z Jerozolimy, który nie trzyma już definitywnie jakichkolwiek ram gatunkowych i estetycznych. Zatem witamy w piekle pięknej improwizacji! Obyśmy tam zostali przez cały, jakże siermiężnie zapowiadający się rok 2023!



 

Eli Wallace  Pieces & Interludes (Infrequent Seams, CD/LP 2022)

Brooklyn, Nowy Jork, czas akcji nieznany: Eli Wallace – fortepian, także preparowany. Dwa utwory (kompozycje i improwizacje), 47 minut.

Nowojorski pianista na swoją pierwszą solową płytę przygotował cztery tzw. kawałki i trzy interludia. Zgrabnie wszystko polepił w dwie długie opowieści, oblał sosem swojej bezgranicznej kreatywności i postawił słuchacza przed drobnym dylematem – czy bardziej zachwyca tu bezmiar dźwięków preparowanych, których arsenał pod palcami Wallace’a zdaje się nie mieć granic, czy też definitywnie ujmuje konstrukcja dramaturgiczna całości, którą czyta się jak literacki strumień świadomości lub ogląda jak perfekcyjnie zrealizowany thriller, budzący emocje od pierwszej do ostatniej sekundy. Tego muzyka znamy już z kilku wyśmienitych produkcji, ale tym albumem jednak nas zaskoczył. W kategorii prepared piano solo (mimo niebywałej, kobiecej konkurencji!), bez wątpienia killer roku!

Pierwsza historia trwa tu ponad 27 minut. W jej fazie początkowej drżenie basowych strun, przypominające gitarowy motyw, buduje rytmiczną pętlę, na której osadza się cała narracja. Muzyk kreuje także rozbudowane, mroczne tło, które ściele się preparowanymi, krótkimi frazami. Wszystko lepi się tu w dudniący, nerwowy dron, który smakuje post-industrialnie, przypomina małą burzę z piorunami. Potem odzywa się masywny dzwon, którego brzmienie bliskie jest przesteru i przenosi nas w obszar szeleszczącego rezonansu. Artysta w akustyce fortepianu odnajduje teraz frazy brzmiące na poły syntetycznie. Jego struny niekiedy wręcz śpiewają. Faza pierwszego interludium ma delikatny posmak ambientu, muzyk korzysta także z klawiatury, ale wcale nie łagodzi zbudowanych do tej pory emocji. Stawia na strunach lub w ich pobliżu przedmioty, które drżą lub wprawiają w drżenie owe struny, a wszystko przypomina kamyszki tańczące w metalowej misce. Strumień nowego wątku muzyk buduje z drobiazgów, które lepi w zwoje nerwowych fraz. Jego machina dźwięku przypomina teraz rozbudowany, wielopoziomowy zestaw perkusjonalny, którego dzieło kona w oparach matowego echa, zupełnie nie z tej części realnego świata. Druga historia trwa około 20 minut. Jej początek, to niemal dewastacja fortepianowych strun. Wszystko doposażone jest tu w metaliczne echo, ucieka w mrok, syczy i rezonuje, przypomina pracujące suwnice kolejowe. Pod koniec siódmej minuty nagła zmiana nastroju – rytmiczne inside & outside piano brzmi niczym zepsuty klawesyn. Ów jakże psychodeliczny post-barok przechodzi potem w fazę minimalizmu, a na finał muzyk powraca do narracji perkusjonalnej. Szepcze nam do ucha - fortepian, to taka śpiewająca perkusja.



 

Stopmobil  La máquina de fabricar caprichos (Discordian Records, DL 2022)

Estudio Libres, Buenos Aires, sierpień 2022: Jorge Torrecillas – saksofon altowy i tenorowy, Luciano Bagnasco – gitara elektryczna, Carolina Rizzi – fortepian, Omar Grandoso – fortepian, Pablo Vazquez – kontrabas oraz Marcelo von Schultz – perkusja. Dziewięć improwizacji, 52 minuty.

Barceloński Discordian powraca po kilkumiesięcznej przerwie nagraniem doprawdy wyśmienitym! Swobodnie improwizujący, argentyński sekstet w dość niestandardowym zestawie instrumentalnym (dwa fortepiany!) buduje tu post-jazzową, wolną od gatunkowych naleciałości narrację, która w wielu momentach intrygująco kojarzy się z epokowym Karyobin Spontaneous Music Ensemble. Skupiona, piękna opowieść, która nie szuka dzikiej ekspresji, woli długie, nocne rozmowy o domniemanym szczęściu.

W pierwszej opowieści zachwyca nas nastrój delikatnego wstępu i moc rozwinięcia, nie bez udziału kameralnego smyczka. To tu gitara brzmi nad wyraz baileyowsko i budzi intrygujące skojarzenia z klasykiem. W drugiej odsłonie gitara schodzi na pozycje post-ambientowe, a narracją rządzą drobne, preparowane frazy pozostałych uczestników podroży. Trzecią część otwierają symultanicznie improwizujące fortepiany. Swobodna, dość leniwa narracja ma tu momenty ekspresyjnych wolt, by na koniec posmakować wytrawnego free jazu. Następna część od razu skacze w ogień emocji! Ostra jazda ze smyczkiem! Piąta improwizacja na zasadzie kontraktu, to ocean drobnych, preparowanych fraz. Z kolei szósta odsłona znów kąpie się w przeręblu free jazzowych namiętności. Saksofon krzyczy na froncie, rwie włosy z głowy, ale improwizacja niepodziewanie skacze w głęboką ciszę. Po chwili znów eksploduje, by za moment zgasnąć. Takie to up & down kreuje tu dramaturgię całości, którą wieńczy kameralny śpiew piana i kontrabasu. W siódmej opowieści oddychamy oparami dźwiękowych subtelności ze strony każdego z instrumentów. Z kolei ósma improwizacja, to jedna z perełek zestawu. Na starcie trochę drobnych, ale nerwowych fraz, potem władanie narracją przejmuje smyczek, które śle zarówno długie, jak i krótkie meta melodie. Powolny, niemal śmiertelny kolektyw szumów, strunowych szorowań i dętych westchnień mieni się nie tylko czarno-białymi barwami. Ostatnia część dość długo trzyma się kameralnego sznytu – preparowane fortepiany, smyczek, dęte i gitarowe ornamenty. Ale wszystko do czasu – zakończenie albumu kipi od emocji, które gotują nam pianiści.

 


Tom Ward/ Cath Roberts/ Olie Brice/ Johnny Hunter  Spinningwork (New Jazz and Improvised Music Recordings, CD 2022)

The Black Swan, Newcastle, wrzesień 2021: Tom Ward – saksofon altowy, Cath Roberts – saksofon barytonowy, Olie Brice – kontrabas oraz Johnny Hunter – perkusja. Sześć kompozycji, 52 minuty.

Brytyjski free jazz młodego (może już trochę średniego) pokolenia ma się świetnie! Kwartet, jaki napotykamy na tym albumie, to artyści, którzy wspaniale czują się w ogniu improwizacji, ale na ogół lubią ją prowadzić w oparciu o pewne scenariusze (tu akurat nazywane kompozycjami, których autorstwem muzycy dzielą się dość kolektywnie). Pomysły mają przeróżne – czasami kreują coś na kształt tematu, który zdaje się być głównie pretekstem do skoku w żar improwizacji, innym razem nadają utworowi pewną strukturę dramaturgiczną, która sprawia, iż ekspozycja dzieli się na naprzemiennie kreowane, duetowe pasma ekspresji. W ramach reasumpcji nie sposób wszakże nie zauważyć, iż całe nagranie kipi od emocji i mniej lub bardziej spektakularnych improwizacji.

Pierwszy utwór zaczyna się bardzo kameralnie. Dęte grają rozpoznawcze, na poły melodyjne dźwięki, a sekcja rytmu buduje podwaliny pod dalszy rozwój narracji. Po kilku pętlach wszyscy z gracją wchodzą w fazę kolektywnych, tudzież solowych improwizacji, a kończą utwór meta relaksacyjnymi, jakże kameralnymi wytłumieniami. Druga część dzieli się na wspomniane wcześniej duety. Najpierw kontrabas z altem, potem perkusja z barytonem i perkusja z kontrabasem, a na koniec bystry dialog dęciaków. W trzeciej opowieści pojawia się smyczek, a dronowa narracja płynie w kłębach mroku. Po serii westchnień kwartet przebiera free jazzowe barwy i dzieli się swoimi wybuchowymi emocjami. Czwarta odsłona realizowana jest bardzo kolektywnie, czuć w niej posmak swingu i melodyjności obu saksofonów, płynących swobodnym strumieniem na łamiącym się rytmie kontrabasu i perkusji. A stempel jakości stawia tu zdecydowanie baryton. Piąta kompozycja opowiada o tym, jak zmysłowe chamber saksofonów, oparte o rozśpiewany smyczek, szuka jazzu. Gdy kontrabas przejdzie w tryb pizzicato, narracja rusza w improwizowaną podróż. Dużo dzieje się tu znów w podgrupach, a narrację spina powrót smyczka. Finałowy utwór stawia na dynamikę, emocje i wyjątkowo soczyste improwizacje. Ekspresyjny, post-rockowy wstęp, duetowa eksplozja free jazzu na alt i perkusję, wreszcie fikuśne interludium na baryton i kontrabas pod smyczkiem. Artyści do ostatniego dźwięku trzymają tempo, wyjątkowo udanie reasumując ów jakże smakowity album.



 

Anna Jędrzejewska & Piotr Dąbrowski  Duet obustronny (Torf Records, DL 2022)

Miejsce nieznane (Warszawa?), sierpień 2022: Anna Jędrzejewska – fortepian oraz Piotr Dąbrowski – perkusja. Cztery improwizacje, 58 minut.

Duet obustronny, to nie pierwsze już spotkanie Jędrzejewskiej z perkusistą - świetnie pamiętamy choćby Copy of Pianodrum. Tym razem na jej artystycznej drodze staje Dąbrowski, a ich wspólne muzykowanie nastawione jest na estetykę open jazzową. W wielu momentach wydaje się być dalece post-klasyczne, chwilami syci się porcją ognistych emocji, w innym momentach ucieka w niemal post-rockową melodykę. Narracja wydaje się być odrobinę przegadana w swej fazie schyłkowej, a to, co najlepsze prawdopodobnie dzieje się w trakcie pierwszej improwizacji, najdłuższej na albumie, trwającej prawie dwadzieścia minut.

Skupiony początek inside piano i szeleszczących perkusjonalii dość szybko zyskuje formę klawiszowej narracji, którą wspiera subtelny drumming. Muzycy pracują na dużej swobodzie, donikąd nie gonią, zdają się czerpać radość z każdej chwili wspólnego muzykowania. Ich flow bywa przyozdabiany post-rytmicznymi krzywiznami, incydentalnie nabiera post-romantycznego posmaku i dramaturgicznej zadumy. Szczypta minimalizmu, narracyjna powściągliwość i dobrze skrywana nerwowość sprzyjają budowaniu jakości całej improwizacji, nawet w fazach bardziej dynamicznych, tudzież z lekka tanecznych. Druga opowieść wydaje się być nastawiona na działania bardziej energiczne. Najpierw prym wiedzie tu perkusista, który szyje grubym ściegiem. Potem stery narracji przejmuje pianistka, która buduje bogatą w wydarzenia improwizację, dość konsekwentnie stawia na melodię i rytm, śmiało sięgając po estetykę godną najlepszych dokonań Radiohead. Początek trzeciej odsłony wiele obiecuje. Rozbudowane plamy dźwiękowego inside piano, rezonujące talerze i ciekawy suspens dramaturgiczny. Opowieść formuje się w zgrabną kołysankę, której daleko jednak do niewątpliwie oczekiwanego wzrostu dynamiki. Na zakończenie pianistka sięga po neoklasyczne frazy, których niebanalna uroda zdaje się łagodzić drobne ambiwalencje recenzenta. Ostatnia improwizacja budowana jest z drobiazgów. Przesycona smutkiem, ale również porcjami zadumanych uśmiechów, znów z post-klasycznym sznytem, na końcu zdobiona delikatnie preparowanymi dźwiękami fortepianu.



Vladimir Luchansky & Vitaliy Ovchinnikov  Language Of Mismatch (Extra Notes, Kaseta/DL 2022)

Vavilov Loft, Sankt Petersburg, lipiec 2022: Vladimir Luchansky – saksofon altowy oraz Vitaliy Ovchinnikov – gitara elektryczna, obiekty. Trzy improwizacje, 36 minut.

Duet saksofonu i gitary z niewielką domieszką elektroakustycznych wtrętów, będących efektem użycia tzw. obiektów, to przykład swobodnej improwizacji, która balansuje na granicy naprawdę wysokiej oceny, ale miewa momenty, gdy luki w kreatywności stara się uzupełniać jazzowym, dość schematycznym frazowaniem. Nie zmienia to faktu, iż początek tego niedługiego albumu obiecuje naprawdę wiele, a garść dobrych konotacji z najlepszymi, brytyjskimi wzorcami gatunkowymi stanowić może podwaliny pod udaną przyszłość duetu z Sankt Petersburga.

Gitarowe frazy z domieszką elektroakustyki i smukłe, na poły preparowane wydechy z tuby saksofonu, to aura pierwszej improwizacji. Brzmienie obu instrumentów jest dość surowe, ale świetnie sprawdza się w praktyce, zwłaszcza w kilku bardziej ekspresyjnych momentach. Czuć sznyt brytyjskiego free improv, dużą swobodę w kreowaniu narracji, a muzycy udowadniają także, iż są w stanie kleić intrygującą opowieść z samych drobiazgów. Zakończenie utworu zwiastuje nadejście jazzu, szczęśliwe jest ono jednak wyciszone. W drugiej odsłonie muzycy jeszcze bardziej skupiają się na dźwiękowych subtelnościach, świetnie na siebie reagują, niemal w formule call & responce, bogacąc improwizację elementami szorstkiego ambientu gitary i saksofonowymi zaśpiewami. Najpierw szukają u siebie różnic, potem łączą się w imitacyjnym strumieniu narracji, który żyje ciągłymi zmianami. W trzeciej opowieści frazowanie gitary jest bardziej przewidywalne, silnie nasączone jazzem, a oddechy saksofonu w wolnych tempach też nie wróżą niczego ciekawego. Szczęśliwie ta faza nagrania ma swoje free jazzowe spiętrzenie, kilka bardziej dynamicznych przebiegów, dzięki którym odbiorca bez trudu dociera do końca albumu.



MUC Chamber Art Trio  Resilient Perspectives (...A Real Fact) (FMR Records, CD 2022)

arToxin, Monachium, grudzień 2021: Udo Schindler – saksofon altowy, sopranino, klarnet basowy, Sebastian Gramss – kontrabas oraz Gunnar Geisse - gitara laptopowa (w utworach 1, 2 i 4). Pięć improwizacji, 52 minuty.

Niemiecki multiinstrumentalista dęty Udo Schindler śmiało pracuje na miano jednego z najpłodniejszych improwizatorów współczesnej Europy. Redakcyjne pióro nie jest już od dawna w stanie nadążać za kolejnymi produkcjami, ale od czasu do czasu zdarza nam się pochylić nad jego nowym nagraniem. Dziś trio znane z portfolio artysty (choć tym razem pod nazwą własną), które zabiera nas na frapującą podróż po meandrach swobodnie improwizowanej kameralistyki. Emocji jest sporo, ale nie brakuje, jak to często na albumach Schindlera, momentów delikatnie przegadanych. Nagranie sieje wszakże dużo artystycznego fermentu, zwłaszcza w momentach, gdy z laptopowej gitary płyną dźwięki … wielkiej orkiestry symfonicznej, tudzież zgrabne, fortepianowe pasaże.

Początek koncertu dobrze wprowadza nas w kameralny klimat i w pełni uzasadnia nazwę własną formacji. Drgające struny, prychające dysze i sporo niespodzianek brzmieniowych ze strony gitary. Kontrabas pracuje w obu trybach, ale częściej korzysta z dobrodziejstw techniki arco, saksofony i klarnet sięgają zarówno po frazy śpiewane, jak i drobne, nienachalne preparacje, a gitarowe sample zdolne są tu zaproponować każdy dźwięk. Pierwsza improwizacja zdaje się być szczególnie udana, gdy muzycy idą na wymianę krótkich, rwanych fraz lub gdy tempo intrygująco rośnie. W drugiej części Schindler najwcześniej korzysta z klarnetu basowego, przez co opowieść nabiera bardziej mrocznego klimatu. Gitara dba o emocje, raz frazuje jak … gitara, innym razem jak klawesyn lub matowo brzmiący fortepian. W trzeciej i piątej odsłonie improwizacja prowadzona jest tylko przez saksofon i klarnety do pary z kontrabasem, który nie stroni od jazzowego pizzicato. Pod nieobecność wszechmogącej gitary bywa, że improwizacja traci tu ducha walki, ale na sam koniec śle nam dużo dobrego za sprawą kontrabasowego smyczka i melodyjnego saksofonu altowego. Z kolei w części czwartej, granej pełnym składem, dobrych emocji jest chyba najwięcej. Smyczek rwie włosy z głowy, gitara zionie niemal rockową ekspresją, a w tubie dętego instrumentarium pojawiają się jakieś przedmioty, dzięki czemu całe trio charczy jak stado gruźlików, a narracja toczy się między hałasem, a mroczną ciszą.



 

Lamp Of(f)  Too Much Light For My Eyes (ZenneZ Records, CD 2022)

PCC Studio oraz Il Sole in cantina, Groningen, Holandia, czas akcji nieznany: Stanimir Lambov – gitara, fx, kompozycje, Gabriele Bertossi – gitara basowa, kompozycje oraz Ruggero Di Luizi – perkusja, instrumenty perkusyjne, kompozycje. Jedenaście utworów, 49 minut.

Z gitarzystą Stanimirem Lambovem zetknęliśmy się przy okazji jednej z jego poprzednich płyt, silnie osadzonej w estetyce post-rockowej i ambientowej. Tym razem przed nami trio, którego nazwa zdaje się być parafrazą jego nazwiska, a którego muzyka zakotwiczona jest w łagodnym, jazz-rockowym idiomie. Materiał zgromadzony na albumie bazuje na kompozycjach własnych, które sięgają także po cytaty z synkopowanej klasyki. Muzycy na każdym z utworów pozostawiają piętno własnej kreacji, ale album jako całość nie jest porcją dźwięków, która szczególnie intryguje. Jazz środka dla mniej wymagających? To chyba dobry kierunek myślenia.

Początek płyty, to kilkudziesięciosekundowe nagranie w formie dynamicznej, rockowej piosenki. Potem narracja wkracza w obszar jazz-rockowej łagodności, balladowych temp i …. całkiem udanych ekspozycji solowych. Nie sposób nie dodać, iż każdy dźwięk podany tu jest z dużą dbałością o brzmienie. Szczególnie dobitnie słyszymy to w trakcie czwartego utworu, gdy Lambov sięga po gitarę akustyczną, a temat, to niemal klasyczna bossanova z Copacabany. Także utwory piąty, ósmy i dziewiąty brzmią zupełnie jak jazzowe klasyki, ale co ciekawe, lista kompozytorów na okładce albumu nie wykracza poza nazwiska muzyków tworzących trio. Szósta część jest dość nietypowa, buduje ją kobiecy głos recytujący po francusku i ambientowe pasma gitary, a całość przypomina soundtrack do melodramatycznego filmu. W siódmej odsłonie odnotowujemy udane improwizacje realizowane na sporej dynamice. W części dziesiątej intryguje nas rockowe otwarcie - niestety po paru pętlach dynamika siada, a słodycz post-ballady zaczyna wieść prym. Kończąca album jedenasta kompozycja, to minuta z sekundami, wypełniona funkowym motywem i rapowanym tekstem.



 

Lars Bröndum & Per Gärdin  Fractal Symmetry, Hum and Toot (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Fylkingen oraz Elektronmusikstudion, Sztokholm, 2022: Per Gärdin – saksofony oraz Lars Bröndum - syntezatory modularne, theremin, organy oraz inne urządzenia elektroniczne i elektryczne. Trzy utwory, 60 minut.

Wbrew sugestiom płynącym z preambuły dzisiejszej zbiorówki, duet szwedzkich improwizatorów nie proponuje nam elektroakustycznych zabaw w okolicach ciszy. Przed nami gęsto nasycony dźwiękami flow brzmień elektronicznych, podawanych w intrygujących konfiguracjach rytmicznych i brzmieniowych, świetnie skorelowany z akustycznymi strumieniami saksofonowych improwizacji. Te ostatnie płyną na ogół spokojnymi pasażami, ale chętnie wchodzą też w bystre interakcje ze światem kreatywnej elektroniki. Być może ten album jest odrobinę za długi, ale jak mawiają niektórzy - nie ma zbyt dużych lub zbyt małych obrazów malarstwa współczesnego.

Początek pierwszej improwizacji (każda trwa tu kilkanaście lub więcej minut) należy do dwóch syntetycznych wątków – jeden snuje się ambientowym strumieniem, niekiedy dość mrocznym, drugi skwierczy małymi, elektroakustycznymi usterkami. Na tym tle ściele się flow saksofonu sopranowego, który pracuje na dużej swobodzie. Linearna narracja ma tu swoje całkiem efektowne spiętrzenie w środkowej części utworu, a przygasa w płomieniach kojącego chill-outu. Druga improwizacja najpierw skupia się na drobnych, niekiedy filigranowych frazach saksofonu i dość stabilnej porcji płynnej elektroniki. Ta ostatnia śle nam sporo mrocznych klimatów, szczególnie w drugiej części ekspozycji. Po pewnym czasie w strukturze narracji pojawia się rytm, który zdaje się dodawać siły eksplozywnej wypowiedzi saksofonu altowego. Trzecia, najdłuższa część rozwija się dość leniwie, początkowo w klimatach wręcz onirycznych. Sopran pracuje we własnym, dość spokojnym tempie, a elektronika snuje się wokół niego i delikatnie pulsuje - rozrasta się na szerokość, podczas gdy dęciak raczej wspina się na palce. Tym razem środkowa część ekspozycji przenosi nas w okolice bliskie ciszy. Po upływie kwadransa, skrupulatnie budowana opowieść zaczyna kierować się na drobny szczyt. Zakończenie albumu jest z jednej strony bardzo śpiewne i melodyjne, z drugiej rozkołysane powłoką elektronicznego rytmu.



 

Yom Gagatzi/ The Institute of Ongoing Things  Yom Gagatzi/ TIOOT (Raash Records, LP 2023)

Jerozolima (prawdopodobnie), 2011 (strona pierwsza): Uri Katzenstein – głos, instrumenty dmuchane i perkusyjne, Binya Reches – elektronika, bas, Ohad Fishof – instrumenty obręczowe i klawiszowe, głos oraz 2018 (strona druga): Binya Reches – zither i elektronika, Ishai Adar – maszyny dźwiękowe, obiekty, dzwonki i syntezator, Ohad Fishof – elektronika, obiekty dźwiękowe, flet i głos. Odpowiednio sześć i cztery utwory, łącznie około 45 minut.

Album poświęcony jest przedwcześnie zmarłemu Uri Katzensteinowi, jerozolimskiemu artyście wielu proweniencji (architektowi, twórcy filmowemu, muzykowi). Pierwsza strona czarnego krążka zawiera nagrania z jego udziałem z roku 2011, zmiksowane współcześnie. Druga zaś strona, to dźwiękowy materiał przygotowany na okoliczność wystawy/ ekspozycji podsumowującej jego dorobek artystyczny, jaka odbyła się w Amsterdamie, a której Uri nie dożył, albowiem zakończył ziemskie życie na dwa miesiące przed jej otwarciem. O ile pierwsza część nagrania jest wydarzeniem czysto muzycznym, elektroakustycznym, niezwykle bogatym w wydarzenia, o tyle część druga, to raczej performance, słuchowisko, słowno-dźwiękowy tribute dla zmarłego.

Nagranie z roku 2011, to na poły improwizowana, elektroakustyczna opowieść budowana w dużej mierze strumieniami syntetycznych dźwięków, które sycą się estetyką post-electro, odrobiną elektroniki usterkowej i ambientowej. Narracja bywa ciekawie inkrustowana dźwiękami bardziej żywego akcesorium, takiego jak bas, perkusjonalia, instrument dęty, czy gitara (choć ta ostatnia nie pojawia się w albumowym credits). W nagraniu nie brak także wokali i wokaliz, a w części końcowej także sporej ekspozycji w klimatach ethno, której brzmienie przypomina góralskie kobzy. Całość bywa gęsta, trochę kalejdoskopowa, niekiedy przeładowana pomysłami. Druga strona winyla jest dużo spokojniejsza, sporo w niej onirycznego klimatu. Początek należy do damskiego wielogłosu, potem pojawia się głos męski, który recytuje tekst o zmarłym, a być może także teksty jego autorstwa. Opowieść budowana jest bardzo pieczołowicie, składa się zarówno z fraz post-elektronicznych, jak i post-akustycznych. W drugiej fazie tej części albumu artyści budują całkiem zgrabną, elektroakustyczną narrację, która gubi zamysł pośmiertnego capstrzyku i zaczyna formować się w interesującą opowieść czysto muzyczną. Nie brakuje w niej slapstickowych fraz, brzmień organowych, a także intrygującej powłoki rytmicznej.



wtorek, 3 stycznia 2023

Spontaneous Live Series 009-011: sweet memories from 5th Spontaneous Music Festival 2021!


Pośród jedenastu setów Spontanicznego Festiwalu roku 2021 cztery wydały się szczególnie intrygujące już w momencie obcowania z nimi na żywo. Po żmudnym procesie decyzyjnym, poprzedzonym bezkrwawymi konsultacjami społecznymi, zostały one ostatecznie wybrane i skierowane do produkcji. W trakcie ostatniej edycji spędu miłośników wolnej improwizacji trzy albumy z owymi czterema setami miały swoją światową premierę. Dziś zaglądamy do środka każdej z szarych kopert z niemal bliźniaczymi napisami i sprawdzamy, jakie dźwięki zostały wygrawerowane na czarnych od smoły dyskach kompaktowych.



 

Spontaneous Live Series 009: Guilherme Rodrigues's Spontaneous Ensemble and Trio

Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Marcelo Dos Reis – gitara elektryczna (utwór 1), gitara akustyczna (2, 3), Anna Jędrzejewska - elektronika (1), fortepian (2, 3), Wojtek Kurek - perkusja (1), Witold Oleszak - fortepian (1), Paweł Doskocz – gitara elektryczna (1), Michał Giżycki – klarnet basowy (1) oraz Ostap Mańko - skrzypce (1). Trzy improwizacje, 58:39.

Na początek oktet! Wiolonczela wybija inicjacyjny rytm, elektronika wysyła wilgotne fale, struny skrzypiec i tuba klarnetu oddychają, coś rezonuje, a drobiny prądu elektrycznego snują się po gryfach gitar – plejada drobnych, rwanych fraz zaczyna formować się w strumień powolnej narracji bez zbędnej zwłoki. Pierwsze preparowane dźwięki śle piano, skrzypce mimowolnie śpiewają, a coraz więcej akcji może liczyć na bystre reakcje. Jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki narracja nadyma się zimnym powietrzem, co zdaje się zwiastować pierwszą burzę tego wieczoru. Kulminacja jest jednak pozorna, muzycy czuwają bowiem kolektywnie nad poziomem emocji. Strumień żywych dźwięków skrzy się coraz większą liczbą preparowanych fraz, podczas gdy elektronika buduje echo, stoi w miejscu i szeleści. Każdy z instrumentów zdaje się teraz szukać dla siebie właściwego pasma transmisji dźwięku. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty improwizacja przypomina małe crescendo, którego końcową fazę zdobi pierwsza bardziej aktywna akcja perkusisty. Flow pnie się jednak dalej ku górze – cello śpiewa pod smyczkiem, gitary atakują ogniem rozproszonym i dopiero zdecydowania reakcja piana sprawia, że narracja wchodzi w długo oczekiwaną fazę wytłumienia. Kameralny klimat łapania oddechu dość niespodziewanie nabiera tu filigranowego rytmu. Strunowce repetują, gitary sieją mały zamęt, a drummer tyczy dalszy szlak podróży. Jeszcze tylko kilka mocniejszych uderzeń w klawiaturę i narracja długo przed upływem dwudziestej minuty wpada w kompulsywny free jazz. Dziki taniec trwa tu kilka minut, a tym, który gasi ów urokliwy pożar jest aktywny dramaturgicznie pianista. Faza uspokojenia koncertuje się teraz na frazach preparowanych i ekspozycjach dronowych. Z jednej strony krótkie, rwane półdźwięki, z drugiej oddech backgroundu, który wydaje się lepki od potu. Po niedługim czasie narracja znów zdaje się nabierać powietrza w płuca. Strunowe riffy i klarnetowe podmuchy piętrzą się dłuższą chwilę, po czym, jakby bez walki poddają się dominacji gitary, która sprytnie gasi emocje. Improwizacja zdecydowanie wchodzi teraz w fazę przedfinałowych pulsacji i dramaturgicznych rozterek. Mniej lub bardziej skondensowane porcje dźwięków, z gitarami na czele pochodu, dość szybko znajdują końcową ciszę.

A teraz trio! Otwarcie spoczywa na barkach wiolonczeli, która sprytnie nawiązuje do klimatu poprzedniego seta. Tymczasem gitara stoi w blokach startowych, a piano stawia na minimalizm. Wzajemne szukanie się artystów na scenie nie trwa jednak zbyt długo. Kameralna nieśpieszność dodaje uroku, ale nie odbiera szansy na budowanie czegoś bardziej interaktywnego. Nim to jednak nastąpi, muzycy proponują garść preparowanych, łamanych kołem zębatym dźwięków, pełnych rezonansu i strunowych westchnień, które definitywnie zdobią opowieść, a może i cały dysk. Sygnał do budowania bardziej zwartej narracji daje tu pianistka, która powtarza kilka fraz. Potem buduje flow na klawiaturze, pod który podłączają się rozśpiewane cello i gitara, która szuka rytmu. Wszyscy idą teraz na szczyt, który osiągają w okolicach dziesiątej minuty. Przez moment każdy instrument wydaje się tu być zbrojnym ramieniem perkusji. Uspokojenie realizuje się w chmurze mglistych i szeleszczących dźwięków, usytuowanych w bezpośredniej bliskości ciszy. Nowy wątek improwizacji klecony jest z drobnych interakcji, które w mgnieniu oka formują się w całkiem efektowną kulminację. Dynamika, świetne reakcje, klimat gitarowego post-flamenco – ogień ekspresji króluje na scenie do końca siedemnastej minuty, po czym gaśnie wprost w ramiona post-klasycznych, pięknych fraz ze strony każdego instrumentu. Nim improwizacja dokona swojego żywota, wiolonczelista zejdzie jeszcze nisko na kolanach, a pianistka odnajdzie na klawiaturze kilka jakże adekwatnych sekwencji. Dogrywka tria trwa niecałe pięć minut budując piękne, melodyjne emocje jakby mimochodem. Wiolonczela śpiewa, a piano preparuje lub pracuje na klawiaturze, wszystko czyniąc w duchu kompulsywnego minimalizmu. Z kolei gitara dba o dramaturgię, kąsa rockowym nerwem i koncertuje się na warstwie rytmicznej tej jakże piosenkowej improwizacji. Ów nieco zaskakujący finał zdaje się urokliwie reasumować wyczyny muzyków w trakcie całego albumu.



 

Spontaneous Live Series 010: Matthias Müller, Witold Oleszak, Peter Orins, Paulina Owczarek

Paulina Owczarek – saksofon altowy, Matthias Müller – puzon, Witold Oleszak – fortepian oraz Peter Orins – perkusja, instrumenty perkusyjne. Dwie improwizacje, 40:50.

Najpierw set zasadniczy! Mała, leniwa gra rozpoznawcza – dęte szumy, półśpiewy, gołe struny piana i szemrzące przedmioty na werblu – nie trwa tu zbyt długo. Muzycy czują zew, znają się w podgrupach, choć w kwartecie tracą właśnie dziewictwo. Już po czterech minutach dęte stwory zaczynają kręcić skromne pętle post-jazzu, a perkusja i piano rozbudowują się na backgroundzie. Kompatybilna i kolektywna improwizacja ma tu swoje drobne incydenty indywidualne – raz puzon idzie na wzgórze, innym razem alt rozdmuchuje duszne powietrze sali koncertowej, z kolei piano błyszczy matowymi strunami, a perkusjonalne akcesoria rezonują. Każda minuta zdaje się tu przemycać magiczne drobiazgi, chwile akustycznych uniesień. Całość nabiera pewnej meta dynamiki po przekroczeniu dziesiątej minuty. Kreacja dramaturgii idzie tu ze strony piana i perkusji, z kolei dęte stawiają stemple czułości i emocjonalnych onomatopei. Narracja nieco tanecznym krokiem wspina się na wzgórze, na które dociera w okolicach 17 minuty. Bierze wtedy głęboki oddech dzięki ciężkiej pracy rezonującego talerza. Nowy wątek inicjuje puzon, a w dziele kreacji wspierają go szczoteczki perkusji i garść matowych, tajemniczych fraz z głębi fortepianowego oceanu. Gra toczy się teraz na mikro frazy – ledwie muskane młoteczki, głaskane dysze, nano-perkusjonalia, szumy i puste westchnienia. Bliskie spotkanie z ciszą inicjuje pianista, reszta stąpa na palcach, pełna strachu przed wydaniem dźwięku. Improwizacja zaczyna wykluwać się z mroku w okolicach 25 minuty. Subtelna dynamika idzie od strony perkusji. Każdy instrument zdaje się tu mieć własne tempo, ale cztery strumienie fonii kleją się do siebie perfekcyjnie. Pierwszy do lotu wzbija się tu puzon. Alt śpiewa, piano stawia na dynamikę, a perkusja na intensywność. Brama ekspresyjnego free jazzu została właśnie otwarta! Tymczasem improwizacja zaskakująco przybiera postać dętego duetu. Perkusista po chwili wraca na samych talerzach, z kolei pianista drży głębią pudła rezonansowego. Opowieść nie szuka już jednak emocji, powoli układa się do snu. Umiera na samej klawiaturze, tulona szumiącą tubą altu i drżeniem werbla.

A teraz encore! Taniec short-cuts, niczym Jezioro Łabędzie po kilku głębszych! Wszystko zaziębia się w mgnieniu oka – subtelności mikro preparacji, ciepło klawiatury, garść emocji na werblu i w tubach. Artyści w pośpiechu szukają kantów i zadziornych fraz, gęstnieją jak na zawołanie. Kręcą finałową pętlę, sycąc ją ognistymi płomieniami. Melodie, powtórzenia, rytm i nieskończone połacie emocji. Free jazzowa kipiel zakończenia zostaje ugaszona jednym spojrzeniem.



 

Spontaneous Live Series 011: Superimpose with Witold Oleszak and Marcelo dos Reis

Matthias Müller – puzon, Christian Marien – perkusja, instrumenty perkusyjne, Witold Oleszak - fortepian (od 21:12) oraz Marcelo dos Reis – gitara elektryczna (od 21:12). Dwie improwizacje, 40:11.

Set główny, w połowie którego duet staje się kwartetem! Pierwsze minuty koncertu, to prawdziwa mantra minimalizmu. Najpierw samotna stopa na bębnie basowym – bije jednostajny, powolny rytm, wypełniony kilogramami ciszy. Pierwsze oddechy puzonu następują po upływie półtorej minuty. Wtedy to perkusja dokłada kilka dodatkowych mikro fraz. Narracja z czasem nabiera powietrza, a może je tylko wypuszcza puzonowymi wentylami. Wieje umiarkowany wiatr, delikatnie kropi deszcz. Po upływie 5 minuty puzonista rozpoczyna bardziej zwartą, po części dronową ekspozycję. Podobnie rzecz ma się z perkusistą, który poleruje glazurę werbla … kostką styropianu. Po kolejnych trzech minutach artyści na moment stają w zupełnej ciszy, po czym rozpoczynają budować nowy wątek. Długie wydechy, skromny drumming, kłębowisko kurzu, tupot mew o pusty pokład. Opowieść nabiera jednak pewnej wewnętrznej dynamiki, przypomina teraz parowóz, który sapie na podjeździe. Po kolejnych kilku minutach flow znów szuka ciszy i przechodzi w fazę obustronnych preparacji - hydraulika, wulkanizacja, chmury rezonującej blachy i metalu. Narracja z oporami pnie się jednak ku górze – w tubie puzonu zagnieździł się jakiś ptak, na werblu piszczą tajemnicze przedmioty. Nim muzycy osiągną szczyt, wydadzą jeszcze z siebie kilka kompulsywnych okrzyków, które przypominają syrenę alarmową, po czym wejdą w tryb pełnowymiarowej narracji. W okolicach 20 minuty przestępują do fazy dramaturgicznego spowolnienia, która z pewnością jest już próbą przygotowania się dwójki muzyków na wizytę gości na scenie. Gitarzysta i pianista wchodzą w suchą magmę narracji i wydają kilka nieśmiałych dźwięków. Gitara dudni, śle garść flażoletów, piano liczy struny, a gospodarze spektaklu głęboko oddychają i szeleszczą. Po wybiciu 25 minuty cała czwórka bierze się do roboty! Pianista szarpie za struny, ale nie zapomina o klawiaturze, gitarzysta preparuje, ale łaknie też bazy dla rozwoju bardziej linearnej opowieści, puzonista wypatruje melodii i wydaje się być na delikatnym rozdrożu, z kolei perkusista preparuje i w ślad za gitarzystą szuka podwalin pod bardziej rytmiczną opowieść. Gdy puzon w końcu decyduje się na bardziej energiczny ruch, improwizacja od razu dostaje wiatru w żagle. Muzycy dynamizują swoje działania, ale nie idą na szczyt. Każdy dokłada teraz od siebie ziarenko złota, a całość efektownie wpada w polirytmię. Śpiewy, westchnienia, meta dynamiczne sploty zdarzeń sięgają narracyjnego punktu przegięcia, po czym wyjątkowo efektownie gasną w ciszy.

No i encore! Na początek plejada drobnych, klawiszowych fraz, które płyną dość matowym strumieniem. Gitarzysta szoruje struny, perkusista kłębi się w sobie, a puzonista po chwili zawahania zanosi się śmiechem i podrywa kolegów do lotu. Opowieść gęstnieje w ułamku sekundy, rysując połamane, kanciaste bohomazy ekspresji. Potem formuje się w taneczny szyk i jeszcze przed upływem szóstej minuty, bystrym cięciem skalpela, wpada wprost w burzę oklasków.

 

Wszystkie dźwięki zostały zarejestrowane w dniach 1-3 października 2021, w trakcie piątej edycji Spontaneous Music Festival, Dragon Social Club, Poznań, Polska. Wszystkie płyty dostępne są w formacie CD, Spontaneous Music Tribune, 2022.



czwartek, 13 października 2022

Jesienne premiery płytowe Spontaneous Live Series!


(informacja prasowa)


Szósty Spontaneous Music Festival zakończył się w poznańskim Dragonie w minioną sobotę. W jego trakcie, zgodnie już z kilkuletnią tradycją, miała miejsce światowa premiera nowych albumów w ramach cyklu „Spontaneous Live Series”. Ta seria wydawnicza z muzyką improwizowaną dokumentuje koncerty, jakie odbyły się w trakcie kolejnych edycjach wspomnianego festiwalu. Skoro zakończyliśmy właśnie edycję anno domini 2022, to na płytach cyklu swą premierę miały nagrania z roku poprzedniego, zatem powstałe w trakcie „Are You Spontaneous? 5. Spontaneous Music Festival 2021”.

Na trzech wolumenach - 009, 010 i 011 - znalazły się cztery sety ubiegłorocznego festiwalu. Czy najlepsze, najciekawsze, to już subiektywna ocena publiczności. W opinii wszakże wydawcy i współtwórcy Festiwalu, na płytach słyszymy właśnie to, co na deskach Dragona było najbardziej frapujące, godne uwagi i upamiętnienia na trwałym nośniku.

Co dokładnie działo się na trakcie owych czterech setów, które miały miejsce od 1 do 3 października 2021 roku i utrwaliły się na najnowszych płytach „Spontaneous Live Series”, przypomnimy sobie sięgając po festiwalową relację sprzed roku, zamieszczoną zarówno na łamach Jazzarium.pl, jak i Trybuny Muzyki Spontanicznej.  



 

Spontaneous Live Series 009

Dziewiąty album serii zawiera dwa festiwalowe sety. W pierwszej kolejności, to ponad półgodzinny występ Spontaneous Ensemble w składzie: Guilherme Rodrigues (wiolonczela), Marcelo Dos Reis (gitara elektryczna), Anna Jędrzejewska (elektronika), Wojtek Kurek (perkusja), Witold Oleszak (fortepian), Paweł Doskocz (gitara elektryczna), Michał Giżycki (klarnet basowy) oraz Ostap Mańko (skrzypce). Na krążku znajdujemy także set tria, uformowanego przez muzyków współtworzących wyżej wspomniany oktet: Guilherme Rodriguesa (wiolonczela), Marcelo Dos Reisa (gitara akustyczna) oraz Annę Jędrzejewską (fortepian).

„Muzycy nie korzystali (…) z jakichkolwiek notacji, powiedzieli do siebie ledwie kilka słów przed występem. Sam Guilherme w zasadzie wskazał tylko na jeden ważny aspekt luźno zaplanowanej improwizacji – wszyscy mamy się intensywnie słuchać! Efekt był wszakże wspaniały. Ośmioro muzyków grało wedle wewnętrznego porządku, nigdzie niezapisanego - dźwięki płynęły gęstym strumieniem prosto z ich zwojów mózgowych, splecionych niebywale intensywną, artystyczną empatią. Improwizacja początkowo stawiała na kameralne frazy, na pewien minimalizm, ale wielokrotnie w trakcie 35-minutowego seta uciekała w efektowne, gorące, niemal ogniste erupcje emocji. (…) Trio zaprowadziło nas do krainy zmysłowej free chamber music (…). Mistrzowska dramaturgia, fantastyczne, akustyczne brzmienia, no i ten błysk narracyjnej perfekcji, szczególnie ze strony pianistki.”



 

Spontaneous Live Series 010

„Festiwalowa sobota zaczęła się od trzęsienia ziemi, a potem było jeszcze goręcej. Wedle spontanicznych reguł tej imprezy – najpierw składy „ad hoc”, a zatem złożone z muzyków, którzy grali ze sobą po raz pierwszy. Na początek taki oto kwartet - Paulina Owczarek na saksofonie altowym, Peter Orins na perkusji, Matthias Müller na puzonie i Witold Oleszak na fortepianie. Muzycy ci znają się dobrze, grali ze sobą w kilku układach duetowych, ale nigdy w takim kwartecie. Koncert wyniósł publiczność do samego nieba swoją swobodną, kosmicznie rozhulaną improwizacją. Co najbardziej intrygujące, szczególnie zazębiające się akcje biegły wprost od dwójki muzyków, którzy spotkali się na scenie z pewnością po raz pierwszy – od perkusisty i pianisty.”

 


Spontaneous Live Series 011

„Finał piątego spontanicznego festu zaczął się tuż przed godziną 22-ą czasu środkowoeuropejskiego. Na scenie świętujący swoje 15-lecie duet Superimpose - Matthias Müller (puzon) oraz Christian Marien (perkusja). Bijąca stopa bębna basowego, pierwsze pomruki buchającego zimnym powietrzem puzonu. Narracja budowana niczym piramida kart, wymagająca ogromnej precyzji, ale nienarażona na katastrofę. Po 20-25 minutach, w trakcie trwającej nieprzerwanie improwizacji, niemal niespostrzeżenie do duetu dołączyli - Marcelo Dos Reis (gitara elektryczna) oraz Witold Oleszak (perkusja). Dwaj ostatni weszli do świata Superimpose, jakby byli jego częścią całe piętnaście lat, a może i dłużej. Przynieśli dodatkową porcję własnych dźwięków, o niemal metafizycznej kruchości, ale definitywnie nieśmiertelnych. Wspaniały koncert, gigantyczne zwieńczenie trzech dni ciężkiej pracy, po obu stronach sceny.”

 

Wydawcą cyklu „Spontaneous Live Series” jest Trybuna Muzyki Spontanicznej. Wszystkie albumy ukazują się w formie tłoczonych w regularny sposób CD.

Wszystkie krążki są dostępne. Zapytaj wydawcę, nawet na tej stronie!



 

wtorek, 5 października 2021

5. Spontaneous Music Festival! The report from the improvised history!


Tegoroczna edycja poznańskiego święta muzyki improwizowanej odbywała się po hasłem jakże retorycznego pytania Are You Spontaneous?. W klubowej scenerii Dragon Social Club, w trakcie pierwszych trzech dni tegorocznego października, pytanie takie zadawali sobie wszyscy – muzycy, organizatorzy, po części zapewne także publiczność. Być może w odniesieniu do tej ostatniej grupy warto zadane w tytule imprezy hasło ponawiać przy każdej nadarzającej się okazji. Po prawdzie, poznański Dragon zapełnił się widownią po brzegi swoich przestrzennych możliwości jedynie w trakcie sobotniego koncertu.

Na owo pytanie z pewnością celująco odpowiedzieli wszyscy muzycy, jacy wystąpili na Festiwalu. Tym razem było ich szesnaścioro, do Poznania dojechali wszyscy i swą piękną sztuką udowodnili, iż muzyka improwizowana zdaje się być wartością niezbywalną i jak zawsze niebywale piękną. Tegoroczna edycja w przeważającej części była dalece kameralna, nie stroniła wszakże od eksperymentów, zaskakiwała na każdym kroku i wydaje się, że nie pozostawiała nikogo obojętnym na oddziaływanie szalonych niekiedy dźwięków generowanych na scenie Dragona.

Niżej podpisany z oczywistych względów nie będzie wypowiadał się o stronie organizacyjnej tego przedsięwzięcia, jakkolwiek nie sposób nie zaznaczyć, iż impreza, która po raz kolejny nie dostąpiła zaszczytu otrzymania wsparcia finansowego od włodarzy miasta, tudzież instytucji przeznaczonych statutowo do wspierania inicjatyw kulturalnych, znów się odbyła i sam ów fakt zdaje się być wartością samą w sobie.

 


Trzy dni pełne spontanicznej muzyki, jedenaście koncertów, goście z Portugalii, Niemiec, Francji i Polski, to niebywała sekwencja zdarzeń. Postarajmy się w kilku harcerskich słowach opowiedzieć, co działo się na deskach Dragona od 1 do 3 października 2021 roku.

Festiwal otworzył solowym występem na gitarze elektrycznej Marcelo Dos Reis. Jego set miał mocne, dynamiczne otwarcie, takież zakończenie i cały imponujący środek, danie główne, w trakcie którego muzyk preparował instrument, szukał nowych, intrygujących fraz i dźwięków. Zdaje się, że wszystko, co sobie Portugalczyk zaplanował, zostało perfekcyjnie zrealizowane. Równie precyzyjny i równie emocjonalny był kolejny koncert. Copy of pianodrum, czyli Anna Jędrzejewska na fortepianie i Wojtek Kurek na perkusji. Muzycy stawiali na spokojne, chwilami kontemplacyjne interakcje, z rzadka wpadali w kompulsywną ekspresję, a każda wykreowana przez nich sytuacja sceniczna, improwizowane zderzenie dźwięków miało swoją dramaturgiczną przyczynę i efektowny skutek.

Finał pierwszego dnia festiwalu konsumował personalnie wszystkich muzyków, którzy dotarli tego dnia do Poznania. Wspominana wyżej trójka muzyków, już po pierwszym występie oraz pięciu kolejnych artystów – Witold Oleszak na fortepianie (tym razem Jędrzejewska operowała akcesoriami elektronicznymi), Paweł Doskocz na gitarze elektrycznej, Michał Giżycki na klarnecie basowym, Ostap Mańko na skrzypcach oraz Guilherme Rodrigues na wiolonczeli. To właśnie portugalski muzyk był tu w pewnym stopniu kluczową postacią, albowiem wspomniany oktet, to po części reinkarnacja jego berlińskiego składu Red List Ensemble. Muzycy nie korzystali wszakże z jakichkolwiek notacji, powiedzieli do siebie ledwie kilka słów przed występem. Sam Guilherme w zasadzie wskazał tylko na jeden ważny aspekt luźno zaplanowanej improwizacji – wszyscy mamy się intensywnie słuchać! Efekt był wszakże wspaniały. Ośmioro muzyków grało wedle wewnętrznego porządku, nigdzie niezapisanego - dźwięki płynęły gęstym strumieniem prosto z ich zwojów mózgowych, splecionych niebywale intensywną, artystyczną empatią. Improwizacja początkowo stawiała na kameralne frazy, na pewien minimalizm, ale wielokrotnie w trakcie 35-minutowego seta uciekała w efektowne, gorące, niemal ogniste erupcje emocji.



Festiwalowa sobota zaczęła się od trzęsienia ziemi, a potem było jeszcze goręcej. Wedle spontanicznych reguł tej imprezy – najpierw składy „ad hoc”, a zatem złożone z muzyków, którzy grali ze sobą po raz pierwszy. Na początek taki oto kwartet - Paulina Owczarek na saksofonie altowym, Peter Orins na perkusji, Matthias Müller na puzonie i Witold Oleszak na fortepianie. Muzycy ci znają się dobrze, grali ze sobą w kilku układach duetowych, ale nigdy w takim kwartecie. Koncert wyniósł publiczność do samego nieba swoją swobodną, kosmicznie rozhulaną improwizacją. Co najbardziej intrygujące, szczególnie zazębiające się akcje biegły wprost od dwójki muzyków, którzy spotkali się na scenie z pewnością po raz pierwszy – od perkusisty i pianisty. Kolejny kwartet „ad hoc” stworzyli – Małgorzata Zagajewska (głos), Guilherme Rodrigues, Paweł Doskocz (tym razem gitara akustyczna) oraz Christian Marien (perkusja). Ten set rozbijał się czasami na duetowe ekspozycje, z jednej strony uciekał w niemal folk rockową estetykę, z drugiej świetnie topił się kameralistyce wiolonczeli i minimalistycznej perkusji.

Kolejny koncert, to francuskie trio TOC – w ramach dużej rekontry! Stały, wieloletni skład, głośna, eklektyczna, psycho-rockowa propozycja. Jeremy Ternoy (piano Fendera, także basowe, elektronika), Ivann Cruz (gitara elektryczna) i Peter Orins (perkusja) dali nam niesamowitego kopniaka prosto w cztery litery! Z pewnością jeden z najgłośniejszych, ale też - być może - jeden z najlepszych koncertów w historii spontanicznego festiwalu. Duch rozimprowizowanego The Doors unosił się nad sceną, a muzycy grali frazy godne wszystkich szalonych idoli naszej młodości, przesycone jakże adekwatną kwasowością brzmienia.

Dzień drugi spontanicznego festiwalu wieńczyła kolejna orkiestra, złożona z muzyków zaproszonych do Poznania. Tym razem miała ona jednak głównego kreatora, człowieka, który ów spektakl zaplanował w najdrobniejszych szczegółach – Witolda Oleszaka. Jego „Graphic Music For Chamber Orchestra”, to notacje graficzne dla każdego z muzyków, zegar, który odmierza czas i pięć utworów, z których każdy trwał dokładnie tyle, ile zaplanował kompozytor. Na scenie zasiedli, od lewej patrząc – Marcelo Dos Reis (gitara akustyczna), Ostap Mańko (skrzypce), Anna Jędrzejewska (fortepian), Guilherme Rodrigues (wiolonczela), Wojtek Kurek i Christian Marien (instrumenty perkusyjne), Matthias Müller (puzon) oraz Paulina Owczarek (saksofon altowy). Pierwszy utwór trwał 8 minut, a muzycy mieli dokładnie tę samą notację graficzną przed sobą. W kolejnym zaś... każdy miał inną. Muzycy z każdą sekundą poznawali się wzajemnie (ale nie mieli reagować na siebie), realizowali zadania siedzącego przed nimi kompozytora, który incydentalnie przekazywał im gestami swoje uwagi, cierpliwie czekali na finałowy utwór, dokładnie 16-minutowy, który zdawał się stwarzać im nieco większą swobodę wykonawczą. Efekt był piorunujący, choć my z drugiej strony sceny, nie do końca wiedzieliśmy, ile w tym było zamysłu kompozytora, ile samodzielnych kreacji improwizatorów.



Festiwalowa niedziela oferowała aż trzy składy „ad hoc”, wszystkie w formule trzyosobowej, każdy inny od pozostałych na tyle istotnie, na ile pozwala … sztuka swobodnej improwizacji.  Najpierw dronowa zabawa w elektroakustykę – Paweł Doskocz (gitara elektryczna), Matthias Müller (puzon) oraz nowy gość festiwalowy – Emilio Gordoa (perkusyjny werbel, rozbudowane akcesoria elektroniczne, ale i przedmioty niemal domowego użytku). Muzycy budowali napięcie bardzo skrupulatnie, ale w sposób na tyle zdyscyplinowany, iż nie musieli sięgać po atrybuty noise, by istotnie przykuć naszą uwagę. Dużo większe znaczenie miała dla nich z pewnością narracyjna konsekwencja. Kolejne trio zaprowadziło nas do krainy zmysłowej free chamber music – Anna Jędrzejewska (fortepian), Marcelo Dos Reis (gitara akustyczna) oraz Guilherme Rodrigues (wiolonczela). Mistrzowska dramaturgia, fantastyczne, akustyczne brzmienia, no i ten błysk narracyjnej perfekcji, szczególnie ze strony pianistki. Wreszcie trzecie trio - Małgorzata Zagajewska (głos), Paulina Owczarek (saksofon altowy) oraz Emilio Gordoa (tym razem wibrafon, elektronika, obiekty). Kolejny spektakularny set festiwalu, budowany ludzkim krzykiem, dętym wrzaskiem i wibrafonowymi preparacjami, ale także subtelnymi frazami, konstruowanymi na pograniczu ciszy. Ekspresja artystów zaczynała swe życie tuż nad podłogą, po czym rozbijała sufit kilku kolejnych kondygnacji Dragona.

Finał piątego spontanicznego festu zaczął się tuż przed godziną 22-ą czasu środkowoeuropejskiego. Na scenie świętujący swoje 15-lecie duet Superimpose - Matthias Müller (puzon) oraz Christian Marien (perkusja). Bijąca stopa bębna basowego, pierwsze pomruki buchającego zimnym powietrzem puzonu. Narracja budowana niczym piramida kart, wymagająca ogromnej precyzji, ale nienarażona na katastrofę. Po 20-25 minutach, w trakcie trwającej nieprzerwanie improwizacji, niemal niespostrzeżenie do duetu dołączyli - Marcelo Dos Reis (gitara elektryczna) oraz Witold Oleszak (fortepian). Dwaj ostatni weszli do świata Superimpose, jakby byli jego częścią całe piętnaście lat, a może i dłużej. Przynieśli dodatkową porcję własnych dźwięków, o niemal metafizycznej kruchości, ale definitywnie nieśmiertelnych. Wspaniały koncert, gigantyczne zwieńczenie trzech dni ciężkiej pracy, po obu stronach sceny. Do zobaczenia za rok!

 

Zdjęcia własne Pana Redaktora, bez praw autorskich