Pokazywanie postów oznaczonych etykietą João Sousa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą João Sousa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 czerwca 2025

The Portuguese’ impro way of live: Na Parede! Uivo Zebra! Faustino! Motian & More! Lencastre & Flak! Garuda Trio & Pinheiro!


Dziś krótka zbiorówka z muzyką improwizowaną z ukochanej Portugalii. Przed nami sześć albumów, z których aż cztery zarejestrowano w słynnym klubie SMUP w podlizbońskim Parede. Dokładnie tyle razy pojawi się na omawianych płytach basista i kontrabasista Hernâni Faustino. Dodajmy, iż trzy z prezentowanych albumów są wydawnictwami Phonogram Unit, labelu prowadzonego przez samych muzyków, a jedno nagranie zostało upublicznione w Belgii, pod szyldem, który także doskonale kojarzymy.

Zaczynamy od dość kameralnej, ale intensywnej impro-dramy, w której bierze udział pewien amerykański wiolonczelista (acz osiadły w Lizbonie) i równie nam znany szwajcarski gitarzysta. Potem, jak to często bywa w portugalskich produkcjach, będzie dużo jazzu (nawet z kompozycjami legend gatunku), odrobina gitarowo-saksofonowej abstrakcji i krótki, acz dosadny set solowy na kontrabas. Wśród wykonawców bez zaskoczeń – wszyscy znamy się jak łyse konie. So, welcome to the portuguese impro way of live!



 

Zíngaro, Stoffner, Lonberg-Holm & Madeira Na Parede (4DaRECORD, CD 2025)

SMUP, Parede, marzec 2023: Carlos Zíngaro – skrzypce, Florian Stoffner – gitara elektryczna, Fred Lonberg-Holm – wiolonczela oraz João Madeira – kontrabas. Cztery improwizacje, 42 minuty.

Zaczynamy od nagrania, które zostało upublicznione dość szybko po jego rejestracji, ale jedynie w plikach elektronicznych. Na trwały nośnik trafia dopiero teraz i to jest doprawdy wspaniała wiadomość. Swobodnie improwizowana opowieść na cztery instrumenty strunowe, to bowiem album wyśmienity.

Delikatne introdukcje z błyskiem post-baroku, deformowanego kreatywnością i pokrętną melodyką, kreślone są tu zarówno czystymi frazami, jak i tymi skąpanymi w błocie preparacji. Wszystkie, wyśmienicie unerwione, pozostają w stanie permanentnej interakcji. Trzy instrumenty akustyczne potrafią frazować w tak nieoczywisty sposób, brzmieć tak niecodziennie, iż w wielu momentach trudno jest wskazać, czy to dźwięk skrzypiec, wiolonczeli, czy wysoko zawieszonego, kontrabasowego smyczka. Niestandardowa gitara elektryczna buduje, co oczywiste, intrygujący kontrapunkt, niekiedy dysonans, ale potrafi też idealnie wklejać się w akustyczne strumienie dźwięków. Muzycy płyną w potoku ciągłych zmian - od spokojnego spaceru zielonym wzgórzem, przez ogniste spiętrzenia, aż po mroczne medytacje w głębokiej krypcie. W drugiej improwizacji osiągają doprawdy imponujące tempo, a wiele akcji nasączonych jest zaskakującą dynamiką. Z kolei w trzeciej odsłonie, najdłuższej, bodaj najpiękniejszej, pozwalają sobie dokładnie na wszystko. Z jednej strony jednoczą się w chóralnym śpiewie, z drugiej jęczą pod ciężarem wyjątkowo kreatywnych preparacji. W szczególnie intensywnych spiętrzeniach ratunkiem zdaje się być melodia, którą jest w stanie generować każdy, a która nadaje improwizacji wręcz uloty wymiar. Finałowa opowieść, która początkowo zdaje się płynąć w chmurach, nabiera intrygującej dynamiki, po czym grzęźnie w mule nerwowej nostalgii. Tu wyjściem z impasu jest efektowne, pożegnalne spiętrzenie. Brawura, emocje, nieskończone pokłady ekspresji – wszystkie gaśnie w sposób równie zmysłowy, jak efektowny.



 

Uivo Zebra Deus Montanha (Phonogram Unit, DL 2025)

SMUP, Parede, styczeń 2021: Hernâni Faustino – bas elektryczny, instrumenty perkusyjne, głos, João Svayam – perkusja, instrumenty perkusyjne (także egzotyczne), głos oraz Jorge Nuno – gitara elektryczna, głos. Sześć improwizacji, 53 minuty.

Formacja Uivo Zebra dwie pierwsze płyty wydała w Polsce, w bocianiej inicjatywie wydawniczej. Teraz wraca pod portugalską flagą edytorską. W przeciwieństwie do poprzednich albumów muzyka tria intrygująco uspokaja się, artyści głębiej sięgają do psycho-rockowych medytacji, wielokrotnie płynąc pod prąd naszych oczekiwań i estetycznych skojarzeń. Efekt jest zaskakująco udany, co więcej Deus Montanha śmiało kandydować może do miana najlepszej płyty portugalskiego tria.

Początek albumu jest wręcz ambientowy, budowany czystym pasmem o syntezatorowym posmaku i tym brudnym, który ściele się po podłodze. W tle błyszczą tajemnicze perkusjonalia, a bas zaznacza swoją obecność flażoletami, z których po czasie kleci coś na kształt linearnej narracji. Perkusja i gitara biorą się do pracy dopiero pod koniec utworu, powodując, iż zakończenie się gęste i dość gorące. W drugiej części od startu zarysowany jest powolny rytm basu i perkusji. Gitara nie jest zainteresowana współuczestniczeniem, hebluje na boku i łyka coraz większe porcje kwasu. W drugiej części utworu pojawia się zaskakująca wokaliza, która wytrąca narrację z martwego marszu. W kolejnej odsłonie leniwy flow zdaje się trzymać artystów w gęstym mule. Prowadzi ich od mrocznej inicjacji wprost w smugę kosmicznego pyłu, który smakuje soczystą psychodelią. W czwartym utworze intensywnie pracują gitarowe przetworniki. Opowieść intrygująco pulsuje, nabiera kwasowej mocy i odpływa w niebyt niesiona perkusyjną pętlą. Otwarcie przedostatniej części spoczywa na etnicznie brzmiących perkusjonaliach. Gitara i bas stawiają na minimalizm, a rozkołysana opowieść pięknie ginie w mroku pogłosu. Finałowa improwizacja trwa ponad dziesięć minut i jest piękną, trzymaną na dramaturgicznym suspensie opowieścią pożegnalną – bas swobodnie pulsuje, gitara nabiera dubowej poświaty, a perkusja krąży nad nimi niczym sęp nad gnijącym trupem.




Hernâni Faustino Hide and Seek (Robalo Music, CD 2025)

Penh Asco Arte Cooperativa, listopad 2023: Hernâni Faustino – kontrabas. Jedna improwizacja, 25 minut.

Najsłynniejszy portugalski, improwizujący basista przesiada się teraz na kontrabas i prezentuje nam krótkie, acz nasiąknięte jakością i kreatywnością dzieło solowe. Jednotrakowe nagranie pokazuje pełne oblicze artystyczne Faustino, który równie dobrze czuje się w post-jazzowym pizzicato, jak i w abstrakcyjnym, niekiedy siarczyście melodyjnym arco.

Na starcie artysta pokazuje szeroką paletę swoich możliwości – jego brudny smyczek skacze po strunach, głaszcze je, uderza i poleruje, a on sam, raz za razem, owe struny szarpie palcem wskazującym. Także portfolio fraz silnie preparowanych jest tu bardzo bogate – struny skomlą, poddawane są bolesnym otarciom, a wszędzie wokół panoszą się strzępy zapomnianych melodii, szorstkich, matowych, dojmująco pięknych. Pudło rezonansowe potrafi cierpieć, a smyczek być ostrym jak brzytwa. Od swobodnej agresji po kompulsywną mozolność, od krzyku po odgłos mrocznej ciszy. Po sześciu minutach muzyk zapada się w tej ostatniej, po czym wynurza na powierzchnię soczystym, tanecznym post-barokiem, który natychmiast macza w gęstym oleju. Hernâni świetnie dawkuje tempo, odpowiednio porcjuje emocje i choć lubi zmiany, struktura jego opowieści jest dramaturgicznie stabilna. Nie brakuje w niej post-jazowych westchnień, filigranowych flażoletów, ale także wybuchów ekspresji i mrowia soczystych preparacji. W końcowej fazie nagrania, które jest koncertem, nie brakuje melodii granych obiema technikami. Samo zakończenie uformowane jest w dron, który odbywa drogę od minimalizmu do tanecznej, masywnej mięsistości.

 


 

Motian & More Gratitude (Phonogram Unit, DL 2025)

SMUP, Parede, styczeń 2022 (utwory 1-2), BOTA, Lizbona, marzec 2023 (3-5): José Lencastre – saksofon tenorowy, Pedro Branco – gitara elektryczna, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Sousa – perkusja. Pięć kompozycji (Thelonious Monk, Paul Motian), 53 minuty.

Portugalia kocha jazz! Wiemy to z niejednej opowieści. Tym razem bez dróg na skróty – jeden evergreen Monka i cztery kompozycje Motiana. Tematy, improwizacje, rozciągnięte niekiedy do nastu minut i kody. Rzecz definitywnie dla fanów gatunku, ale my, starzy wyjadacze free impro, śmiało możemy pochylić nad nią nasze zmęczone receptory słuchu. Zwłaszcza, że personalnie mamy tu prawdziwy kwiat portugalskiego jazzu i stylistyk pokrewnych.

Misterioso Monka szyte jest zgrabną synkopą, a nasączone dziarskim bluesem na każdym etapie narracji. Pierwszy z utworów Motiana muzycy rozciągają do dwóch dziesiątek minut. Saksofonowe otwarcie, dynamiczne rozwinięcie, a potem zejście w kameralny minimal z intrygująco wystudzonymi melodiami. Dobrze unerwiony finał sporo tu rekompensuje. Trzecią historię otwiera efektowne solo kontrabasu. Rozwinięcie znów jest dynamiczne, podane z zębem, a potem … ponownie zatopione w nieco przydługiej balladzie. W kolejnym Motianie króluje połamany rytmicznie blues. W ostatniej kompozycji muzycy pomieścili chyba najwięcej jakości. Opowieść osadzona jest w rytmie samby, gitarzysta gra soczystego rocka, a akcje pozostałych muzyków też noszą znamiona ekspresyjnych. Zdrowe emocje towarzyszą nam tu do ostatniej sekundy.




José Lencastre & Flak Cloudy Skies (Phonogram Unit, CD 2025)

Studio Alfarim, czas nieznany: José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy, Flak – gitara. Czternaście utworów, 39 minut.

Pozostajemy w towarzystwie Lencastre’a, który tym razem swobodnie improwizuje z gitarzystą o pseudonimie Flak, którego znamy także z licznych eksploracji elektronicznych. Muzycy na albumie pomieścili aż czternaście opowieści, w większości sprawiających wrażenie fragmentów większych całości. Mnożą zatem wątki, nie brakuje im pomysłów, ale nagranie z pewnością byłoby bardziej interesujące, gdyby z owych czternastu opowieści wybrać 5-6 i ciekawie rozwinąć pod względem dramaturgicznym.

Lencastre jest definitywnie zwierzem jazzowym i pokazuje to na każdym kroku – lubi melodię, po frazy preparowane sięga rzadko, ale gdy już to czyni, mają one smak i są dobrze posadowione w strumieniu narracji. Flak jako gitarzysta wydaje się kolorowy, niczym dziecięcy kalejdoskop. Nie stroni od ambientu, na których sadowi intrygujące frazy, niekiedy preparowane, niemal elektroakustyczne, bardzo skromnie sięga po jazz, czasami blues, równie rzadko kieruje się w kierunku ekspresji rocka. Dobrze dba o dramaturgię, daleki jest od nadmiaru ekspresji, udanie kontrapunktuje melodyjnego saksofonistę. W tyglu 2-4 minutowych opowieści na rozwinięcie zasługiwałoby kilka z nich. Trzecia wprowadza elementy percussion, które budują ciekawy, gitarowy flow. W ósmej narracja ma dalece nerwową powłokę, a minimal gitary skonfrontowany jest z zadziornym dęciakiem. W dziesiątej części muzycy kreują opowieść ze strzępów fonii - najpierw imitują się, a potem niesieni melodią nabierają wigoru. W odcinku jedenastym frazują wysoko, dbają o tempo i hamują z piskiem opon. Wreszcie w opowieści dwunastej gitarzysta stawia na drobiazgi, flażolety, a saksofon cedzi frazy na efektownym wdechu.



 

Garuda Trio & Rodrigo Pinheiro Live at SMUP (A New Wave Of Jazz, DL 2025)

SMUP, Parede, marzec 2024: Hugo Costa – saksofon altowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Valinho – perkusja. Dwie improwizacje, 51 minut.

Na zakończenie krótkiej, portugalskiej zbiorówki kolejna porcja jazzu, ale tym razem w bardzo swobodnej, rozimprowizowanej formie, który w wielu momentach koncertu przybiera szaty godne free music. Funkcjonujące od pewnego czasu trio koncertuje tu z gościem, który po prawdzie powoli staje się już czwartym do brydża w tym układzie personalnym. Same gorące iberyjskie nazwiska, zatem wszelką introdukcję uznać należy za zbędną. Koncert składa się z dwóch wielominutowych opowieści, z których ta pierwsza trwa dwa kwadranse z sekundami.

Muzycy budują narrację kolektywnie, bazując na szorstkim brzmieniu saksofonu, zrównoważonym, niekiedy post-klasycznym strumieniu piana z klawiatury i dobrze unerwionej sekcji rytmu, którą niesie melodyjny drive basu, śmiało kojarzący się ze estetyką Williama Parkera. Kierunek drogi artystów zdaje się wskazywać na free jazz, ale de facto do stanu gorącej kipieli nigdy nie dochodzi. W roli strażnika emocji występuje tu nade wszystko pianista, który dobrze kontroluje emocje i często wprowadza narrację w bezmiar spokojnego, kameralnego frazowania, zapraszany do akcji przez saksofonistę, który lubi schodzić na drugi plan lub całkowicie milknąć. Szczególnie udane jest drugie kameralne interludium pierwszego seta, gdy akcja kwartetu niesiona lekkim pianem staje się delikatnie rozmarzona. Finał pierwszego seta jest wyłącznym udziałem kontrabasu i perkusji. Z kolei otwarcie drugiej części spoczywa na saksofonie i kontrabasowym smyczku. Narracja kwartetowa formuje się na dobre dopiero po pięciu minutach. Drugi set na etapie rozwinięcia wydaje się bardzo stabilny pod względem dramaturgicznym. Znów melodyjny drive basu, kontrolujące piano, zadziorny saksofon i ogarniająca dynamikę perkusja. Dodatkowe emocje na etapie finalizacji dostarcza powracający smyczek, który schodzi nisko na kolanach, łapie brud w szprychy i wiedze kwartet na finałowe zatracenie.



 

piątek, 6 maja 2022

The Phonogram Unit’ fresh outfit: Common Ground and Hyper.Object!


Portugalski label Phonogram Unit, założony przez lokalnych muzyków z Lizbony ledwie dwa lata temu, doczekał się już dziesiątego wydawnictwa! Gratulacje zatem za przedsiębiorczość, operatywność, no i nade wszystko za świetną muzykę. Profil wydawnictwa, to swobodnie improwizowany jazz (jeśli tak karkołomnej formuły moglibyśmy użyć!), który incydentalnie wspiera się psychodelicznymi emocjami, kameralną zadumą, tudzież garścią elektronicznego oprzyrządowania. Te dwa ostatnie tropy odnajdujemy na dwóch wiosennych premierach tego wydawcy.

Najpierw sięgniemy po Common Ground, combo dowodzone, przynajmniej w aspekcie tytularnym, przez José Lencastre’a, które bardzo zgrabnie balansuje na granicy free chamber i free jazzu. Potem pochylimy ucho nad swobodnie improwizującym, akustycznym kwartetem post-jazzowym, który delikatnie nadgryzany jest zębem bardzo inteligentnej i minimalistycznej elektroniki, kierowanej przez piątego członka formacji Hyper.Object. Zapraszamy zatem na dwa improwizowane spotkania w pięknej Lizbonie. Dodajmy, iż obie płyty dostępne są w formacie CD.

 


José Lencastre  Common Ground

Namouche Studios, listopad 2021 roku i kwintet z składzie: José Lencastre – saksofon altowy, Carlos Zíngaro – skrzypce, Clara Lai – fortepian, Gonçalo Almeida - kontrabas oraz João Sousa – perkusja. Muzycy przygotowali dla nas pięć improwizacji (all music by the musicians), które trwają 43 minuty.

Artyści budują improwizację otwarcia długimi frazami. Kontrabasowy smyczek, skrzypce i saksofon pną się po smukłym płaskowyżu, kreując dalece zatrwożone chamber, które szuka pierwszych emocji. Pojawiają się perkusyjne szczoteczki, a piano zdaje się pozostawać w obłoku ciszy (po prawdzie będzie tak do samego końca utworu). Opowieść gęstnieje po portugalsku, jakże powolnym strumieniem. Po kilku minutach kontrabas przechodzi w tryb pizzicato i zaczyna budować zręby bardziej dynamicznej narracji, dodajmy, z drobnym wsparciem perkusji. Skrzypce podłączają się bystrym zaśpiewem, saksofon zdaje się czynić dokładnie to samo. Improwizacja nabiera mocy i jazzowych atrybutów. Sekcja rytmu pręży muskuły, a wystudzony saksofon szuka okazji do zwady. Opowieść efektownie gaśnie tuż przed upływem jedenastej minuty. Na starcie drugiej części pojawia się piano, zdecydowanie już rozbudzone, niepozostawiające wątpliwości, iż jest z nami na studyjnej scenie. Bystry kontrabas i perkusja wraz z nim budują energiczny, jazzowy flow. Skrzypce i saksofon wchodzą do gry po kilku długich pętlach i zdają się dodatkowo podnosić temperaturę narracji, która i tak jest już dość rozgrzana. Kwintet bez trudu osiąga tu intensywność free jazzu, smukłą, wręcz elegancką, niczym stado koni w galopie. Każdy z muzyków improwizuje teraz nad wyraz swobodnie na własny użytek (szczególne brawa dla saksofonu), ale flow nie traci nic z atrybutów kolektywności. Zakończenie improwizacji, podobnie jak początek, spoczywa na barkach sekcji rytmu. Trzecia opowieść budzi się do życia w mrocznej aurze, przesyconej nerwowymi podrygami skrzypiec. Piano w formule inside, głęboko zakopany w ziemi kontrabas, pośpiewujący pod nosem saksofon – wszyscy zdają się tu szukać inspiracji do bardziej energicznych zachowań. Jakże typowy dla tego nagrania przykład post-chamber, które szuka ekspresji free jazzu, napotykając po drodze na masę efektownych przeszkód.

Kolejna opowieść także powstaje z mroku, a na starcie tworzą ją głównie piano i mięsiste, nisko zawieszone pizzicato kontrabasu. Pod kameralny motyw podłączają się rozhuśtane skrzypce i saksofon, któremu jak zwykle donikąd się nie śpieszy, wreszcie kreśląca duże pętle perkusja. Improwizację kreuje tu pewien dysonans emocjonalny – nerwowe jak zwykle skrzypce i kojący emocje saksofon. Kilka ciekawych, post-klasycznych fraz dodaje także pozostające w tle piano. Narracja zyskuje na dynamice i sięga po bardziej jazzowe rozwiązania, cały czas wszakże unosi się nad nią ponadgatunkowy powiew świeżości. Finałowa improwizacja odbywa się pod jurysdykcją skrzypka i kontrabasisty, którzy snują rzewne, smyczkowe opowieści, niepozbawione post-barokowego posmaku. Piano sięga do środka, pracują perkusyjne talerze, a smutny, wytłumiony saksofon wskazuje dalszą drogę dla tej pięknej, dość minimalistycznej ballady. Narracja po kilku chwilach pęcznieje, głównie za sprawą fermetującego smyczka kontrabasowego, zdobiona zaś jest frazami inside piano i saksofonowymi podmuchami. Przygasa równie efektownie!

 


Hyper.Object  Inter.Independence

Timbuktu Studio, wrzesień 2020 roku i kwintet w składzie: Rodrigo Pinheiro – fortepian, João Almeida – trąbka, Carlos Santos – elektronika, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Valinho – perkusja. Tym razem sześć improwizacji (all music by the musicians), a łączny ich czas, to 49 minut.

Improwizacja otwarcia trwa niewiele ponad trzy minuty i zgrabnie łączy elektroniczne frazy z open jazzowymi, dynamicznymi i jakże akustycznymi improwizacjami. Utwór zwie się Glitch, co świetnie oddaje elektroakustyczną aurę nagrania. Kolejne części mają już zdecydowanie bardziej rozbudowaną formę. Druga zaczyna się kontrabasowym syczkiem. W tle kapie woda (z laptopa?), coś oddycha (trąbka!), ktoś dotyka krawędzi werbla. Spokojna, swobodna improwizacja z basem na czele, której zdecydowanie bliżej do kameralnej ciszy niż jazzowego zgiełku - łkająca trąbka, piano z klawisza, odrobina perkusyjnych preparacji. Całość z czasem lekko się nadyma, nie bez udziału elektronicznej chmury, zawieszonej w tle. Trzecia opowieść w fazie startu tkana jest z drobiazgów – dźwięków arco & pizzicato, trębackich preparacji (brawo!), niebanalnych uderzeń w czarne i białe klawisze, tudzież perkusyjnych ozdobników. Całkiem abstrakcyjna improwizacja, znów nieco oddalona od jazzowego idiomu początku. Kolektywna opowieść, ledwie muskana syntetycznymi zdobieniami.

W kolejnej części słyszymy elektronikę już od samego początku, gdy buduje efektowną, ale bardzo delikatną ścianę ambientu. Akustyczne frazy open jazzu świetnie konweniują z taką strukturą - post-klasyczne frazy piano, lśniące talerze, ciepła, ale niepokojąca trąbka, równie delikatny bas. Muzycy snują leniwą opowieść, zadają sobie pytania i otrzymują zgrabne odpowiedzi. Ponadgatunkowa ballada pachnie kameralistyką z racji świetnej roboty smyczka, ale wraz ze wzrostem dynamiki osiąga parametry swobodnego jazzu. Duże brawa za te chwile dla pianisty! Piątej opowieści stawiamy najwyższą ocenę w zestawie, nie tylko dlatego, że jest najdłuższa (prawie trzynaście minut). Zaczyna się bardzo minimalistycznie – prychanie trąbki, pojedyncze klawisze piana i szelest elektroniki na backgroundzie. Na flankach szeleszczą perkusjonalne akcesoria, być może także pudło rezonansowe kontrabasu ma w tym swój udział. Narrację właściwą prowadzi trąbka, wspierana pomrukiem smyczka. Całość efektownie narasta także dzięki coraz aktywniejszemu drummingowi. Na moment piano milknie, a akustyczne trio sięga po emocje free jazzu. Potem dostajemy trio bez trąbki i obserwujemy efektowny skok w bezmiar stylowego open jazzu, aż po drobne spiętrzenie dramaturgiczne. Trąbka powraca na final i reasumuje dokonania całego kwintetu. Finałowa improwizacja, to szyta wewnętrzną harmonią post-jazzowa ballada, zdobiona zarówno mrocznymi, jak i dużo jaśniejszymi barwami. Miękka akustyka i zmysłowa poświata elektroniki, głęboko osadzony smyczek i rzewne frazy trąbki. Zakończenie niesie całe pokłady spokoju i wyciszenia.



wtorek, 7 września 2021

José Lencastre in Quartet and Duo! Also short memories from Jazz Am Agosto!


Dokonania portugalskiego saksofonisty José Lencastre’a śledzimy na łamach Trybuny na bieżąco. Cenimy jego pracowitość, skrupulatność i konsekwencję w budowaniu artystycznego wizerunku oraz ten rodzaj skromności, która sprawia, iż każdorazowe spotkanie z jego muzyką niesie sporo radości, ale nigdy nie grozi dźwiękowym przesytem.

Powodem do dzisiejszego spotkania z muzyką Lencastre’a są oczywiście jego nowe płyty, ale także pewne sympatyczne spotkanie koncertowe, jakie miało miejsce w trakcie tegorocznej edycji lizbońskiego Festiwalu Jazz Am Agosto.

Wspomniane nowe płyty, to kolejna pozycja w dyskografii flagowego okrętu saksofonisty – Nau Quartet, a także duetowe nagranie z perkusistą João Sousą. Oba nagrania jak zwykle zanurzone w jazzie, ale stawiające na improwizację, jako główną i najważniejszą metodę pracy.

Najpierw wszakże przywołajmy owo spotkanie koncertowe. Główna scena najważniejszego festiwalu jazzowego w Portugalii, sobotni wieczór i komplet publiczności (oczywiście wedle norm covidowych), czyż dla muzyka pokroju Lencastre’a – artysty już ze sporym dorobkiem artystycznym, ale ciągle zaliczanego do grona improwizującej młodzieży - może wydarzyć się coś bardziej nobilitującego? Saksofonista zaprezentował się w kwartecie Anthropic Neglect, który debiutował płytowo w roku bieżącym krążkiem dla Clean Feed Records (fakt ów nie umknął naszym recenzenckim mackom!), a którego skład uzupełniają równie nam znani muzycy z tamtej części świata - Jorge Nuno na gitarze elektrycznej, Felipe Zenícola na gitarze basowej, wreszcie João Valinho na perkusji. Kwartet zagrał efektowną, gęstą improwizację, w relacji do nagrania studyjnego - bardziej ekspresyjną i chwilami mniej mroczną. Warto przy tej okazji zwrócić uwagę, iż nasz dzisiejszy bohater grał nie tylko na saksofonie altowym (dotąd znamy tylko takie jego ujawnienia), ale także na saksofonie tenorowym. Bystry, improwizujący dęciak w towarzystwie psychodelizującej gitary, doprawdy fantastycznej pracy basisty i jakże kompetentnego drummingu pozostawił w pamięci Pana Redaktora wyłącznie miłe wspomnienia. Kolektywna, usiana niespodziankami dramaturgicznymi, improwizowana opowieść, to coś, co cenimy sobie w sposób szczególny! Równie intrygująca była też późnowieczorna pogawędka z muzykami, już po zakończeniu spektaklu. Po prawdzie – umówiliśmy się na koncert w Polsce, w bliżej nieokreślonej przyszłości post-covidowej.




José Lencastre Nau Quartet + Pedro Carneiro  Thoughts Are Things (Phonogram Unit, CD 2021)

Najnowsze nagranie Nau Quartet zarejestrowano na początku marca bieżącego roku, w portugalskim Algés, w miejscu zwanym OCP - Orquestra de Câmara Portuguesa. Stali członkowie formacji: José Lencastre – saksofon sopranowy i tenorowy, Hernâni Faustino – kontrabas, Rodrigo Pinheiro – fortepian i João Lencastre – perkusja oraz w charakterze gościa, Pedro Carneiro – marimba. Cztery improwizacje trwają łącznie 49 minut z sekundami.

Opowieść zaczyna swój żywot kolektywnym strumieniem dość łagodnych dźwięków. Saksofon pachnie zdrowym, swobodnym jazzem i sukcesywnie stymuluje flow, dodając mu dynamiki. Każdy z muzyków znaczy tu teren jakością, zarówno warsztatową, jak i kreacyjną. Dodanie do stałego składu kwartetowego marimby bynajmniej nie łagodzi brzmienia formacji, raczej stwarza dodatkową przestrzeń dla swobodnych improwizacji. Tempo pierwszej części zdaje się płynąć wartką sinusoidą – muzycy równie skutecznie stymulują emocje, jak i je studzą. Sporo zadziornych płynie z tuby saksofonu, jakby główny bohater tej historii sugerował, iż typowa dla niego dźwiękowa wstrzemięźliwość tu akurat nie ma racji bytu. I to właśnie dialog dęciaka z kontrabasowym smyczkiem zwinnie puentuję tę część nagrania. Kolejna zaczyna się z poziomu ciszy. Muzycy bawią się w urocze silent games, ze szczególnym naciskiem na wymianę poglądów na linii piano-marimba, które posadowione są na przeciwległych flankach przestrzeni dźwiękowej. Wciąż w roli głównego demiurga improwizacji pozostaje saksofon. Samo wszakże tempo rozwija się niezwykle leniwie. Kilka bardziej wyrazistych fraz z tuby ciągnie kwintet na drobne wzniesienie, które syci się klimatem main-streamowego Coltrane’a.

Wprowadzenie do trzeciej improwizacji spoczywa na barkach smyczka i saksofonu. W tle snują się mgławice piana i marimby. Kolejna swobodna, po portugalsku dalece nieśpieszna podróż w nieznane. Oś narracji zdaje się skupiać na dialogach fortepianu i saksofonu, delikatnie komentowanych przez kontrabas. Tym razem dynamika płynie ze strony piana i perkusji. Na moment saksofon milknie, a improwizacja nabiera cool-jazzowego posmaku. Powrót dęciaka nie stymuluje emocji, ale po chwili przekształca opowieść w zgrabne trio, bogacone delikatnymi frazami marimby. Bardziej żwawe tempo rodzi się w momencie powrotu piana. Po małym szczycie historia kończy się dźwiękami smyczka. Ostatnia opowieść tej jakże stylowej płyty stawia na łagodne frazy, minimalistyczne zachowania i nieeskalowanie nadmiernych emocji. Chwilami znów haczy o cool-jazzowe nastroje, a jeśli szuka dynamiki, to najczęściej znajduje ją pod kołami maszyny perkusyjnej. Muzycy pozostają tu wierni minimalizmowi, budują opowieść głównie krótkimi frazami. Ów dramaturgicznie poukładany lazy open jazz definitywnie szuka jednak ciszy. Sam proces gaszenia improwizacji trwa dość długo, jakby podkreślając artystyczną nieśpieszność muzyków i ich dużą cierpliwość narracyjną.

 


João Sousa & José Lencastre  Free Speech (self-bandcamp, DL 2021)

Kolejne nagranie z marca 2021, tym razem powstałe w Estudantina de São Domingos de Rana. Duet w składzie: João Sousa – perkusja i flet oraz José Lencastre – saksofon tenorowy i altowy, proponuje nam osiem improwizacji, dość silnie ustrukturyzowanych, trwających łącznie dwa kwadranse i kilkanaście sekund.

Duet Portugalczyków zdaje się być całkiem ciekawy, choćby z uwagi na fakt, iż dwukrotnie (w pierwszym i piątym utworze) proponuje nam dwa saksofony i perkusję! Istnieje zatem podejrzenie, iż jeden z nich został przez Lencastre’a dograny na etapie post-produkcji. Z kolei w utworze siódmym słyszymy saksofon i flet, ale tym razem bystre credits podpowiada nam, iż na cieńszym dęciaku gra Sousa, który w tym dokładnie momencie skutecznie porzuca grę na swym bazowym instrumencie. Na płycie mamy sześć rozbudowanych, ale poniekąd skomponowanych improwizacji oraz dwa niespełna minutowe interludia, które wydają się być post-rockową repetycją rytmu i saksofonowej melodii.

Album rozpoczyna właśnie owe duetowe trio. Dwa saksofony ogrywają rytm budowany przez perkusję, niczym klasycy amerykańskiego m-base. Narracja do tańca i śpiewania daje się lubić, mimo swojej narracyjnej powtarzalności. Z kolei drugi utwór jest specyficznie skonstruowany. Perkusja i saksofon naprzemiennie grają solowe frazy, aż do momentu, gdy zaczną wspólnie budować leniwego post-bluesa. Estetyka meta bluesowa prześwieca także trzeciej improwizacji. Post-rockowy, repetytywny drumming i saksofon, który trzyma się formuły open jazzu znów pozwalają nam nieco potupać nogą i zanucić frazę. Najciekawiej zdaje się dziać w piątej części. Znów słyszymy dwa saksofony, które przez pewien czas improwizują bez perkusji. Wejście drummera bynajmniej nie eskaluje tu emocji. Muzyka sączy się z tego rondla dość leniwie, nie bez udanych przekomarzań z ciszą. O ile szósta część nie wnosi nic nowego do formuły duetu, wręcz delikatnie przynudza, o tyle część siódma, ów duet fletu i saksofonu, także zapisujemy po stronie plusów tej niedługiej płyty. Dwa dęciaki prowadza spokojną grę, trochę się do siebie mizdrzą, trochę podśpiewują. Nie gubią wszakże rytmu, a całość ich ekspozycji pachnie przez moment rytualnym folkiem. Gdyby tylko dodać odrobinę więcej ognia we frazach obu instrumentów. Ta ostatnia uwaga tyczyć się może Free Speach, jako całości.

 

 

piątek, 26 kwietnia 2019

Cement Shoes! Signs Of The Silhouette! Uivo Zebra! Tatvamasi! Like fiery rock is drowning in improvisation!


Dziś zapraszamy na dynamiczny spacer po górach skalistych, zwanych też w języku obcym rocky mountains. Ponieważ pozostaniemy jednak po naszej stronie Wielkiej Wody, a przywołana nazwa geograficzna ma sens jedynie metaforyczny, przekornie użyliśmy w poprzednim zdaniu małych liter, mając pełną świadomość popełnienia błędu ortograficznego.

Cztery prawdziwie ogniste, rockowe bandy, które kochają improwizację! Przed nami gitary pełne prądu wysokiej mocy, muskularni perkusiści, dynamiczne gitary basowe i typowa dla rocka zmysłowa emocjonalność!

Gdybyśmy zajrzeli muzykom do paszportów, to elementem dominującym w naszej opowieści byłaby zdecydowanie Portugalia. Wszakże nie zabraknie dziś także mocnego akcentu krajowego, którego pewne koneksje artystyczne mogą wskazywać na … zachodni skraj naszego przepięknego kontynentu! Naszą podróż zaczniemy jednak w … Brukseli, a w gronie muzyków nie odnajdziemy gitarzysty. Nie zmienia to jednak w jakikolwiek sposób przyjętych wyżej postanowień. So, Let’s Rock!




Cement Shoes  Opus Caemenicium  (Gaffer Records, CD 2019)

Oczywiście zaczynamy od prawdziwego trzęsienia ziemi! Zatem rzeczona stolica Belgii, okoliczności studyjne i trio o uroczej nazwie Cement Shoes, a w nim sami dobrzy znajomi: Giovanni Di Domenico na klawiaturze powszechnie znanej jako Fender Rhodes (to w miejsce tytułowej gitary), Gonçalo Almeida na elektrycznym basie oraz Balázs Pándi na perkusji. Sześć opusów, swobodnie improwizowanych (być może wedle wcześniejszych wytycznych), 40 minut i 52 sekundy.

Punkt startu wyznacza kwaśny dźwięk klawisza na pogłosie, dochodzący z oddali, mały, póki co, dość skromny drumming i dudnienie basówki – klimat jakby odrobinę surrealistyczny, post-kosmiczny. Narracja jest powolna, narasta w tempie ruchu żółwia po amputacji korpusu. Flow fendera zdaje się być dwutorowy, jakby w oczekiwaniu na nadejście płaszcza psychodelii – rezonans, pogłos, echo post-fussion post-rocka. W 5 minucie narracja zagęszcza się w niezwykle rockowy sposób – pętla narracyjna zdaje się mieć moc całkowicie wyzwolonej improwizacji, która czerpie z całej historii muzyki niepokornej – bas kreśli spirale w estetyce hc/noise, klawisz szlifuje kwaśny punk, a doom drumming dopełnia obrazu całości. Opowieść ciągnie oniryczny, ale i ognisty fender, który rzeźbi w dźwięku niczym trzech Hendrixów po wyjątkowo udanej nocy. Ta ekspresyjna fire music wybrzmiewa mokrym ambientem i płynnie przechodzi do kolejnego opusu. Tu introdukcja jest dalece spokojniejsza, ale jeszcze gęstsza, bardziej nasączona kwasami o nieznanym działaniu. Muzyka schodzi do piwnicy, głównie dzięki basiście, który wbija gryf w ubitą ziemię. Wszyscy muzycy, nisko na nogach, płyną po wieczne, ale i cudowne potępienie. Ta full psycho-acid drama gaśnie tuż po czwartej minucie.

Trzeci opus wybucha ścianą dźwięku gitary basowej, którą recenzent całkiem niedawno słyszał już na płycie Low Vertigo (muzyk wszak ten sam!). Fender skwierczy niczym przepalona gitara, perkusja idzie na całość. Brawo! Piękny, ciekły ołów! W 3 minucie bas znów kręci błyskotliwe pętle, a na klawiszu rodzi się już prawdziwa kipiel – free rock and fire! Na wybrzmieniu prawdziwy doom! Wejście w czwarty opus bardzo płynne, na delikatnie wystudzonej klawiaturze. Bas śpiewa wysoką melodię, drummer wyciera pot z czoła - romantyczny fragment jakże piekielnej całości. Narracja płynie soczystym fussion jazzem i nikt nie robi muzykom wyrzutów z tego powodu. Po paru chwilach fantastycznie się jednak dynamizuje – rock in! Gęsty ścieg kolektywnej, rockowej improwizacji. W 4 minucie bas rzuca wyzwanie wyjątkowo mocnym, niemal doom metalowym passusem, fender zdaje się krzyczeć z rozpaczy, perkusja zaś wbija stemple i nie bierze jeńców! Nagłe wytłumienie i … ambientowy klawisz niemal bezboleśnie przenosi nas do realiów piątego opusu.

Opus numer pięć, jeśli słowo się rzekło - progresywny drumming, coś na kształt solowej ekspozycji. Fender tli się w oddali, jakby go nie było, bas milczy aż do trzeciej minuty. Gdy ten ostatni jednak powraca, wszystko gotuje się z emocji i równie nagle kończy. Szósty, finałowy opus wyziera z gęstwiny sprzężeń, symfonii uszkodzonych przetworników dźwięku. Bas rezonuje amplifikatorem. Ośmiominutowa pieśń zamknięcia toczy się na naszych oczach. Fender szuka nowej drogi, gubi wątki i pętli się ze złości, jest już naprawdę gitarą dużej mocy. Narracja niczym harsh ambient pozwala nam zapomnieć o wszystkim, co przyjemne dla ucha. Z tego tygla nieoczywistości rodzi się zmysłowa ekspozycja post-post-fussion. Trochę jak Return to Forever, tuż po przedawkowaniu. Ściana dźwięku - bas kreśli kwaśne do bólu synkopy. Wszyscy razem pięknie tracą tempo i skutecznie szukają zakończenia.




Signs Of The Silhouette  ‎Wigwam  (Bam Balam, LP 2019)‎

Teraz definitywnie na dłużej pozostaniemy w Portugalii! I to nie tylko po to, by świętować 45 rocznicę Rewolucji Goździkowej. Powodem naszych szczególnych zainteresowań będzie lizboński gitarzysta Jorge Nuno. Zawiesimy ucho i oko nad dwoma składami trzyosobowymi z jego udziałem, które brocząc po kolana w estetyce rockowej, ukochały żmudny proces improwizacji w sposób szczególny. Uwaga, przymiotnik kwaśny oraz rzeczownik psychodelia, będą w poniższych akapitach zdecydowanie nadużywane!

Najpierw szósta już płyta zespołu Signs Of The Silhouette, który tworzą, obok wspomnianego Nuno (gitara elektryczna), także André Calvário na gitarze basowej oraz Joao Paulo Entrezede na perkusji. Na płycie Wigwam dodatkowo wspomagani będą przez Makoto Kawabate na gitarze elektrycznej oraz Eduardo Vinhasa na syntezatorach. Warto dodać, iż stałym członkiem bandu jest też Miguel Cravo, odpowiedzialny na działania wizualizacyjne. Wydana na winylu płyta składa się z sześciu części z tytułami, trwa 48 minut i 3 sekundy.

Rockowy drive, sfuzzowany bas, gitarowa ściana mokrej psychodelii, równie gęstej i lepkiej, jak zmysłowej. Sekcja rytmiczna kroi przestrzeń bez chwili zastanowienia, podczas gdy gitara (czasami dwie) uprawiają acidowe szaleństwo, całkowicie zatracając się w procesie ekspresyjnej improwizacji. Zdaje się przy okazji, że japońska gitara ma dodatkowe porcje prądu. Muzyka smakuje ciężkimi dragami i wyjątkowo lekkimi myślami. Drugi epizod tłumi emocje po obu stronach wyimaginowanej sceny – lekka, ciekła narracja, echo, pogłos, filigranowa ekspozycja gitary, małe sprzężenia, puchowe ściany, piękne, dubowe inkrustacje.

Trzecią opowieść poznajemy w samym środku noise’owego zgiełku. Flow sekcji mocny jak walec drogowy, gitara zaś leży na plecach i cudownie rzeźbi w dźwiękach. Rockowa baza, improwizowana nadbudowa. Więcej emocji, mniej kwasu, rzekłby recenzent, gdyby natychmiast nie musiał zmienić zdania – po wyhamowaniu w okolicach 4 minuty, gitara tryska fajerwerkami, jej gryf ocieka brudem, anarchią, prawdziwie punkową nieoczywistością. Solowa ekspozycja Nuno płynie wyjątkowo wysokim wzgórzem. Mantra rocka, improwizacyjne zdobienia. Na ostatniej prostej przyspieszenie i zwolnienie, raz w dół, raz w górę! Czwarta historia pachnie zdrowym rock’n’rollem! Kwaśny marsz po swoje trzech, a nawet czterech kowbojów! Energia kosmosu, witalność, bezpretensjonalność, ale i zadziorność godna klasyków punk & new wave! Jedna gitara śpiewa, droga śle pociska i rozrabia na całego! Free acid impro rock!

Piąty odcinek od pierwszego dźwięku kłuje w oczy niebywałą urodą! Dub & crazy slow motion! Piękna mieszanka kwasów różnogatunkowych – gitara zdaje się pleść androny, bas szykować do drogi, a perkusja milczeć… W 5 minucie talerze leniwie budzą się do życia, bas rysuje linię melodyczną i doprowadza wszystkich do szczęśliwego zakończenia. Oto i szósta, finałowa ekspozycja – gęsty, energetyczny rock powraca – transowe drum’n’bass, zgiełk dwóch gitar, a może raczej gitary i syntezatora. Atak żywych, wyjątkowo hałaśliwych klonów – parafrazując klasyków. Koniec tej niebywale udanej płyty aż kipi energią, więcej w nim hałasu, niż samej psychodelii, nawet garść melodii na ostatniej prostej, ale w estetyce harsh rocka.




Uivo Zebra  ‎Uivo Zebra (Bocian Records, CD 2018) & Gancho (A Besta, Kaseta 2018)

Jorge Nuno i jego gitara elektryczna zostają z nami! Trio Uivo Zebra tworzą wraz z nim – świetnie nam znany kontrabasista Hernani Faustino, tu z instrumentem swojej młodości, czyli gitarą basową oraz João Sousa na perkusji. Trio debiutowało w roku ubiegłym dwoma wydawnictwami ( w tym jednym, wydanym w Polsce!), które za moment skwapliwie omówimy. Selftitled dysk zawiera pięć utworów, trwa 51 minut i 55 sekund, kaseta Gancho – trzy utwory, trwa 44 minuty i 38 sekund (nazwy wydawców z tytule podrozdziału). Choć muzycy nie precyzują tego na okładkach obu wydawnictw, grać będą muzykę improwizowaną opartą o schematy i rozwiązania typowe dla muzyki rockowej.

Zacznijmy od płyty wydanej przez Bociana. Pojedyncze dźwięki talerzy, dzwonków i dzwoneczków, głęboki drumming, preparacje wymieszane z ciszą na gryfie gitary – start Uivo Zebra czyniony jest w niemal dark ambientowych okolicznościach. Pogłos oczekiwania, echo zwiastujące wydarzenia, które dopiero nadejdą. W trakcie 4 minuty nagrania na horyzoncie pojawia się coś, co możemy uznać za rozpoczęcie tzw. narracji właściwej. Gitara skrzy się dubem, bas pulsuje, perkusjonalia pobrzękują – stuprocentowe impro w gemie otwarcia! Bas zdaje się podawać pierwszy rytm dopiero w 7 minucie, brzmi niezwykle masywnie, na jego tyle gitara sprawia wrażenie puchu unoszonego przez wiatr. Silny, rockowy drive - flying guitar i bas, który nie znosi pustki i cały czas, niezależnie od swojej wiodącej roli rytmicznej, plecie małe improwizacje na gryfie. Epickie, niemal 13 minutowe otwarcie, w finale którego gitara zdaje się osiągnąć poziom pełnej, artystycznej ekstazy.

Druga część startuje niezwykle kolektywnie, zwartym, nieco hałaśliwym, rwanym post-rockowym krokiem. Improwizowana sytuacja, z której wyjście podpowiada estetyka muskularnego hc/punk – gęsto, instynktownie, wyraziście! Bas i gitara snują swoje historie, perkusja naciska na obowiązki narracyjne – prawdziwy power noise! Kolejną część otwiera pulsująca gitara na pogłosie. Sekcja stara się stawiać zasieki i jest w tym niezwykle skuteczna. Narracja mimo to wydaje się nad wyraz spokojna. Po pewnym czasie rodzi się melodyjny wątek – rodzaj upalonego bluesa! Bas rzeźbi w poprzek toku myślenia tria, nieustannie zagęszcza narrację. Gitara tuż obok, from time to time, zdaniem odrębnym akcentuje swój psychodeliczny wymiar dźwiękowej nieskończoności. Spowolnienie sprawia, iż muzyka gęstnieje niemal do stanu magmy. Poszukiwanie zakończenia realizuje bystrym solowym popisem gitarzysta, podczas gdy goła sekcja gna na ostateczne zatracenie!

Czwarta część płyty – gitarowy hałas i sekcja, która brzmi niczym The Rolling Stones wiele lat temu! Wszystko szyte tu jest gęstym, rockowym ściegiem. Niczym Motorhead przepuszczony przez prasę hydrauliczną. Ciasne, dotkliwe, emocjonalne, prawdziwe – heavy rock & noise in impro hell! 8 minuta, to dynamiczny zwrot akcji – świetny pomysł! Na wybrzmiewaniu, tuż potem, dobra robota perkusisty i … upadek w kolejną gęstwinę dźwięków. Epicki, znów niemal 13 minutowy dramat! Tuż po jego wybrzmieniu czas na pieśń finałową: małe dźwięki, drobne pulsacje, gitara, bas i perkusja liżą rany -  jakże potrzebna chwila wytchnienia – po czym zbierają się do ostatniej posługi wobec słuchaczy. Gitara dubuje, bas improwizuje na niezadany temat, perkusja wpada w drobną, ale jakże uroczą kipiel. 3 minuta, rockowy motyw z basu budzi wszystkich do życia. Znów pachnie bluesem i wielokrotnie złamaną miłością. Slowly, but heavy! Gitara łapie psychodelicznego dryla, a sekcja brnie dalej bez udziwnień – toż to nawet mały galop! Widmo finału płyty bynajmniej nie tłumi emocji muzyków – dynamiczna perkusja, rockowy bas i gitara, która pętli się wokół własnej osi, snuje kolejną dobrą opowieść. I znów galop – historia rocka zna takie przypadki! Last minute – piękne gaszenie płomienia, głównie za sprawą, jak zwykle błyskotliwej gitary!




Gancho - ten sam podmiot wykonawczy, być może także miejsce i czas. Startujemy z przytupem, na ostro – precyzyjna sekcja, gitara, który niczym skalpel, tnie krótkie, metaliczne frazy. Mniej rocka, więcej impro jazzu – notuje recenzent, ale sam nie jest do końca przekonany do swoich osądów. Oto bowiem gitara zaczyna swój uroczy, i jakże dla niej typowy, psycho-dance till death! W 4 minucie komplet muzyków czyni dramaturgiczną pętlę, niczym zahartowany w bojach noise band. Na tle poprzednio omówionego nagrania, tembr gitary basowej zdaje się być nieco delikatniejszy, także drumming, nawet w stanie kipieli, nie powoduje, iż ściany naszego salonu odsłuchowego zaczynają pękać. Za to gitara zdaje się mieć jeszcze więcej ognia w sobie. Na finał odcinka, gęsta kipiel w stabilnej dynamice, z gitarą, która płonie po nieboskłon i basem, który dogorywa w znoju improwizacji.

Cześć druga, najdłuższa, ponad 22 minutowa, rusza z kopyta dynamicznym drummingiem, ognistą gitarą (jakże by inaczej) i hardcorowym basem, który świetnie zna swoją rolę. Rockowy flow gaśnie jednak już po 120 sekundach – narracja rozlewa się szerokim korytem, a w niej cudna dubowa gitara, aktywna perkusja i perkusjonalia, bas na dorobku. Restart następuje po 30 sekundach i znów pcha trio w pełny galop - moc kwasu na obu gryfach! 6 minuta wyznaczy kolejne hamowanie, podczas którego sekcja łapie bluesowy flow, gitara tuż obok żyje zaś własnym życiem. Cała narracja zdaje rozpływać się w wyjątkowo słodkiej w tym momencie psychodelii. W 9 minucie bas mąci spokój, tnie punkowe riffy, a zaraz po nich jazzowe synkopy, jakby dawał nowe życie tej opowieści. Uroda kolektywnej improwizacji w rozkwicie! Ciąg dalszy stawia na jeszcze większe uspokojenie – bas kreśli małe pętle, gitara świeci na czerwono, perkusja czyni swoją powinność. Rodzaj chill-outu dla zaawansowanych. Po upływie kwadransa – eksplozja gitary! Trio rusza na kolejny podbój świata! Bystry recenzent notuje w kajecie: ta edycja Zebry mniej nastawiona jest na gęste zwarcia narracyjne, więcej w niej powietrza, luzu i swobody beztroskiego improwizowania. Finał tej części dostarcza jeszcze kilka tropów gatunkowych – szczypta noise, post-elektroniki i harshu. Why not! Rock ma swoje prawa!

Wreszcie finałowy kwadrans – zaczyna go wyjątkowo spokojna gitara, bas, który stąpa małymi frazami, niemal flażoletami, także drżenie talerzy, garść pogłosu i dubu. Muzycy zdają się serfować po niespokojnym oceanie, ale nie wykonują nerwowych ruchów. Wraz z rozwojem sytuacji, bas zaczyna grzmieć i dudnić, gitara przeciwnie – łagodna jak baranek. Rodzi się stabilny flow otwartego jazzu. W 6 minucie bas ogłasza kres tych relaksujących zabaw – jest rytm, jest ogień na gryfie gitary, możemy zatem startować z kolejną eskalacją. Ekspresyjny taniec i fajerwerki, kind of psycho-harsh-post-anything-rock! Ale tu tak naprawdę rządzi improwizujący bas – snuje motyw, łamie go i deprecjonuje, gitara zaś śpiewa na stojąco, a potem gna w kierunku napisów końcowych. Po drodze zdarza się jej jeszcze jedna eksplozja mocy (11 min). Ostatnia prosta jest niezwykle efektowna – fire and psycho as well!




Tatvamasi   Amor Fati (OBUH Records ‎, CD 2017)

Na potrzeby ostatniej płyty dzisiejszego zestawu, opuszczamy Portugalię (choć o niej nie zapominamy!) i przenosimy się do Lublina! Przed nami czwarta płyta kwartetu Tatvamasi, który na potrzeby nagrania Amor Fati, rozrósł się do septetu, a chwilami nawet do oktetu. A zatem skład bazowy: Grzegorz Lesiak – gitara elektryczna (kompozytor całości materiału, który za moment zdekonstruowany zostanie bystrymi improwizacjami), Tomasz Piątek – saksofon tenorowy, Łukasz Downar – gitara basowa i Krzysztof Redas – perkusja oraz goście: Anna Witkowska i Michał Ostrowski – skrzypce, Małgorzata Pietroń – wiolonczela i Wojcek Czern – elektronika oraz produkcja samego nagrania, w słynnym w kilku światach studiu nagraniowym w Regałowie. Sześć utworów, 40 minut bez 14 sekund. A co z tym zachodnim krańcem Europy? Poprzednia płyta Tatvamasi nagrana została w towarzystwie Yedo Gibsona I Vasco Trilli. Pisaliśmy o niej na tych łamach.

Coś mi się stało z Twoją głową. W klimat pieśni otwarcia wprowadza nas trzyosobowa sekcja strunowa, która z prawdziwie góralskim zaśpiewem pięknie podprowadza kwartet tubylców Tatvamasi, którzy jazz-rockowym nerwem zaczynają siać artystyczny popłoch. Zwinny temat, strongly strings, funkująca gitara, bystre harmonie wprost do śpiewania i tupania nogą. Wejście w świat improwizacji odbywa się na barkach gitary, która lubi psychodeliczne wycieczki. Niemniej bystry zdaje się być saksofon, który także lubi funkowe emocje. Skoro był temat i improwizacje, musi być też coda – znów smakuje tu wiatrem od gór! Dziwne rzeczy dzieją się w pudełku z zagadkami. Gitarowe intro, perkusjonalia z basem płyną dość ilustracyjnie, skromny saksofon. Gitara plecie mantrę, reszta pięknie improwizuje. Noszę klucze i świecę lampami. Temat ponownie zadaje sekcja strunowa – znów wydaje się być lekki, skoczny, frywolny, tu barwiony analogową elektroniką. Temat prowadzi też kwartet, co kardynalnie zagęszcza opowieść. Po przejściu w stan zmysłowego wytłumienia, leniwie docieramy do fazy improwizacji – najpierw saksofon, potem dochodzi gitara pełna zdrowego kwasu. Efektem tych wszystkich wydarzeń, nowy flow, któremu najbliżej do żywego, pełnowymiarowego jazz-rocka. Sekcja rytmiczna zdaje się prowadzić całą historię z saperską precyzją, którą pęknie podkreślają jakże śpiewne skrzypce i wiolonczela. Na wybrzmieniu te ostatnie nucą balladę, ale nie jesteśmy pewni, czy można jej słuchać przy dzieciach.

Zacne zajęcia wydają się nie mieć ani sensu ani końca. Zaczyna bas na ugiętych kolanach, z odrobiną preparacji. Saksofon szuka dna tuby, analogowa elektronika zagubionego kabla, jest też wielobarwne percussion – ta pieśń lśni mocą bardzo swobodnych improwizacji. Recenzent aż piszczy nad kajetem. Rockowy dryl narzuca po czasie dynamiczna perkusja. Reszta instrumentów wszakże wciąż miesza i mąci, dzięki czemu narracja budzi powszechną grozę i dramaturgiczny niepokój. Właściwy temat utworu być może jest naszym udziałem dopiero pod koniec 5 minuty. Why not! Życie to nie jest spacer po równinie. Tako rzeczą skrzypeczki i zapraszają do tańca w tonacji odrobinę molowej. Bas i gitara tworzą epicką introdukcję. Funk sekcji rytmicznej daje się nam we znaki po 45 sekundzie, ale tu zmiana stara się gonić zmianę. A może tak szczypta ciekłego metalu?? Nie, z powrotem funky as well! Trochę prawdziwie Zornowskiego eskalowania tempem zmian! Istotne spowolnienie spotyka nas po 4 minucie, ale nie trwa ono długo – znów dynamizacja, okraszona świetnym dialogiem saksofonu i gitary – brud, anarchia i psychodelia. Whaw! Dolina matczynych napomnień. Finał rodzi się pośród sekcji rytmicznej, która snuje niezobowiązujące slow motion. Pod ścieg narracyjny delikatnie, unosząc się na palcach, wchodzą skrzypce i wiolonczela. Taniec zwinnych świerszczy po łące zroszonej wiosennym deszczem. Piękne!