Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jean-Michel Van Schouwburg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jean-Michel Van Schouwburg. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 kwietnia 2025

John Russell & Jean-Michel Van Schouwburg are before the wedding!


Brytyjski gitarzysta John Russell od czterech lat plecie swoje misterne, improwizowane opowieści w innej czasoprzestrzeni. Z wielką radością odnotowujemy każde nowe wydawnictwo z jego udziałem. Po prawdzie nie ma ich wiele, zatem to, nad którym dziś pochylamy nasze zmęczone receptory słuchu i wzroku cieszy szczególnie, nawet w sytuacji, gdy koncertowa rejestracja nie trwa nawet dwóch kwadransów.

Naszą radość multiplikuje fakt, iż na albumie odnajdujemy Johna w zacnym towarzystwie belgijskiego wokalisty Jean-Michela Van Schouwburga, o którego klasie donosiliśmy na tych łamach wielokrotnie.



 

Sytuacja dramaturgiczna na starcie koncertu jest następująca: sucho brzmiąca, wystudzona gitara akustyczna ze swobodą wplata się pomiędzy strumienie głosu, lepione z szumiąco-rzeżących głosek, jakże charakterystycznych dla … języka polskiego. Trochę pisków, kocich lamentów i porcje ćwierć akordów budują rodzaj relaksującej kołysanki, kleconej wszakże bezwzględnie dla niegrzecznych dzieci. Muzycy dobrze się ze sobą komunikują, a ich poziom reaktywności trudno nie uznać za wysoki. Ekspresja zdaje się być pod pełną kontrolą każdego z nich, ale ochota do swawolenia i robienia psikusów wydaje się definitywnie namacalna, czego dowodem garść kantów i rock’n’rollowych zadziorów ze strony gitarzysty. Narracja na tym etapie podróży ma zmienne tempo i zróżnicowany poziom intensywności. Wystarczy ukradkowe spojrzenie, by obaj kładli się do snu i głęboko wzdychali, wystarczy jeszcze krótsza chwila, by w pełni wybudzeni stali w gotowości do porannych igraszek.

Artyści potrafią iść żwawym, post-bluesowym krokiem, sycąc ów marsz plejadą atrakcyjnych fraz i brzmień, innym razem leżą na plecach i roześmiani wierzgają nogami. Wokalista, jak zwykle w jego przypadku, mieni się wszystkimi kolorami tęczy – od mięsistego barytonu po kacze gdakanie, od słowa do małej melodii, od soczystego śpiewu po modlitewne lamenty. Bywa, że gitarzysta cedzi balladowe frazy, a wokalista dogorywa dygocząc całym przełykiem. Obaj szybko osiągają szczyt, jeszcze szybciej toną w bagnie preparowanych, niekiedy całkiem tajemniczych dźwięków. Brawura nie opuszcza Van Schouwburga – niespodziewanie bzyczy niczym zepsuty syntezator. Russell trzyma dramaturgię w ryzach, raz za razem celnie kontrapunktując. Gdy ten pierwszy serwuje garść barowych przyśpiewek, nuci przy goleni i sepleni, ten drugi rozpuszcza chmurę zmysłowych flażoletów. Tymczasem w odpowiedzi na drapieżne frazy wokalu, gitara wpada w dynamiczne riffowanie. Tańce, hulanki, swawole!

Wymiana zdań trwa tu nieustannie. Gdy Jean-Michel chrapie i chrząka, John dręczy struny i te trzeszczą jak stara wersalka. Ten pierwszy przypomina japońskiego żołnierza zagubionego w okopach drugiej wojny światowej, ten drugi tańczy niczym chińska baletnica. Kilka dźwięków z wiejskiej zagrody, kilka taktów zawadiackiego walczyka, smutne melodie i radosne podskoki. A na koniec piękna koda - wokalista znów przypomina sobie o brzmieniu polskich, niepowtarzalnych spółgłosek. John jeszcze tylko policzy struny i mogą wpadać w objęcia burzliwych oklasków.

 

John Russell & Jean-Michel Van Schouwburg Before the Wedding (Empty Birdcage Records, CD 2025). John Russell – gitara oraz Jean-Michel Van Schouwburg – głos. Nagrane w Klubie Gromka, Ljubljana, Słowenia, kwiecień 2018. Jedna improwizacja, 26 minut.

 


wtorek, 18 lutego 2025

The February’ Round-up: Saarbrücken! Hémisphère! Confidence of One! Corps et Biens! Binus! Fix it! Just Friends! Krew! Świtanie! Other Worlds!


Minęła połowa lutego, a my wciąż nie zdołaliśmy wygrzebać się z albumów, jakie ujrzały światło dzienne w dawno minionym roku 2024. Na potrzeby kolejnej, comiesięcznej zbiorówki recenzji nazbieraliśmy dziesięć świeżynek z muzyką improwizowaną - od free jazzu poczynając na kompulsywnym synth&drums kończąc.

W tak zwany międzyczasie czeka ogrom swobodnej improwizacji, która lubi brudne i tłuste dźwięki, trochę eksperymentów i ekspozycji na poły konceptualnych, wreszcie garść jazzu i nuta folku. Wystartujemy w niemieckim Saarbrücken, ale po portugalsku i amerykańsku, potem przeniesiemy się do Szwecji, pobędziemy czas jakiś na ziemi niczyjej, kolejne tropy odnajdziemy w Zjednoczonym Królestwie oraz Serbii, wreszcie kilka istotnych chwil spędzimy w okopach matki-polki, by dokonać żywota w całkiem nam bliskiej Holandii.

So, welcome to heaven and hell of improvised music!



 

Luís Lopes Humanization 4tet Saarbrücken (Clean Feed, CD 2024)

Saar Free Jazz Fest, Saarbrucken, październik 2021: Luís Lopes – gitara elektryczna, Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Aaron Gonzalez – kontrabas oraz Stefan Gonzalez – perkusja. Trzy utwory, 44 minuty.

Piąta płyta Humanization 4tet niczym nie zaskakuje, ale to być może największa jej siła. Zawiera trzy kilkunastominutowe ekspozycje, z których każda jest sumą kilku wątków, zarówno tematów podpisanych przez Lopesa, jak i barwnych, świetnie wkomponowanych w to melodii Arthura Blythe’a. Wszystko polepione w dynamiczne, pełne ekspresji, free jazzowe songi, których naczelną wartością są doskonałe improwizacje, zarówno solowe, jak i kolektywne (te drugie w przewadze). Mieliśmy okazję gościć ten kwartet w Dragonie, w trakcie tej samej trasy. Zdaje się, że niemiecki koncert jest jeszcze lepszy.

Otwarcie albumu jest dynamiczne, usiane szorstkimi, ekspresyjnymi akcjami gitary i saksofonu, pięknie osadzonymi na gęstej, tłustej sekcji rytmu, która nie notuje pustych przebiegów. Coś na kształt tematu pojawia się tu dopiero po pięciu minutach. Improwizacje są krótkie, świetnie posadowione w dramaturgii całości. Gitarzysta nie szczędzi nam rocka, saksofonista ekspresji fire music. Drugi utwór w fazie początkowej bazuje na dysonansie dynamiki – leniwy marsz saksofonu i gitary, nieco bardziej żwawa akcja basu i perkusji. Ekspresja faluje – od delikatnych, balladowych fraz, po wybuchy soczystego free. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty muzycy wchodzą w dynamiczny tryb posiłkując się tematem Blythe’a, a improwizację do poziomu nieba wynosi saksofonista. Trzecią odsłonę koncertu inicjuje urocza, free jazzowa melodia klasyka. Swoje kilka chwil ma basista, który soczyste solo okrasza głosem i ponownie ekspresyjny saksofonista. Finał albumu należy do gitarzysty, który spowalnia opowieść, łapie mnóstwo psychodelii i wprowadza kwartet w dubowe, rozhuśtane klimaty.




Paul Jarret, Karin Johansson & Donovan Von Martens Hémisphère (Havtorn Records, CD 2024)

Skogen Studio, Österbymo, Szwecja, czas nieznany: Paul Jarret – gitara, także preparowana, Karin Johansson – fortepian, także preparowany oraz Donovan Von Martens — kontrabas. Trzynaście utworów, 52 minut.

Na ten francusko-szwedzki album warto zwrócić szczególną uwagę. Sytuacja jest tu z trybunowego punktu widzenia ulubiona – bliżej nam nieznani artyści (poza pianistką) serwują prawdziwy improwizowany smakołyk. Trzynaście swobodnych akcji, ogrom barwionych mrokiem dźwięków preparowanych, a wszystko szyte intrygującą dramaturgią, każdorazowo nasączoną wewnętrzną, nerwową rytmiką. Nie sposób przy tej muzyce zmrużyć oko.

Rozdygotane akcenty percussion (zapewne ze strun), zapracowany smyczek, frazy z klawiatury i wnętrza pudła rezonansowego, wreszcie wybudzająca się z głębokiego snu gitara, to elementy składowe, które łapią wspólny, rytmiczny mianownik i w pocie czoła budują zgrabną opowieść. W jej kolejnych epizodach pojawiają się filigranowe, gitarowe sprzężenia, rezonujące, metaliczne zgrzyty, akustyczne trzaski, tudzież minimalistyczne plamy piana. Szmer dramaturgicznego niedopowiedzenia zdaje się wszystko spajać w naturalny ciąg przyczynowo-skutkowy. Okazjonalnie artyści frazują czystym tembrem (w czwartej, siódmej i ósmej odsłonie), niekiedy łapią w szprychy drobiny amplifikacji (gitara w dziewiątej części?). Zdaje się, że szczególnym pięknem emanują w dwunastej opowieści – struny rezonują, z dna piano dochodzą mroczne westchnienia, a smyczek lepi wszystko w nisko osadzony dron. Album wieńczy szemrana ballada, szyta dźwiękami dobywanymi z przestrachem, drżącymi powtórzeniami i klarownie wypowiedzianymi słowami pożegnania.



 

Mia Zabelka, Tungu & Stefan Strasser The Confidence of One Swimming Against the Current (FMR Records, CD 2024)

Czas i miejsca akcji nieznane: Mia Zabelka – skrzypce, głos, elektronika, Stefan Strasser – syntezator, piano, gitara elektronika oraz Tungu/ Sergiy Senchuk - field recordings, bas akustyczny, głos, sample. Siedemnaście utworów, 58 minut.

Wszystko wskazuje na to, iż nagranie to powstało w trzech różnych miejscach i momentach naszej ciężkiej rzeczywistości. Każdy z artystów wyprodukował spore porcje dźwięków, a całość polepiono i zmasterowano w Ukrainie. Efekt końcowy wydaje się przedziwny. Pierwsza połowa albumu definitywnie przeładowana jest treścią, a ponadgatunkowy tygiel zdarzeń przyprawiać może o zawrót głowy. Jednakże po dziesiątym utworze muzycy zdejmują nogę z gazu, tłumią emocje, ograniczają artystyczne środki wyrazu i nagle nagranie łapie klimat, intrygującą dramaturgię i zdaje się zadowalać nawet najbardziej wybredne gusta.

Pośród pierwszych kilku utworów po brzegi nasyconych elektroniką, pulsem syntetycznej perkusji i niemal post-industrialnym zgrzytaniem zębami uwagę przekuć może nade wszystko szósta opowieść. W jej centralnym punkcie posadowiona zostaje skrzypaczka i jej niepowtarzalne, silnie preparowane frazy. Dobrze konstruowane, oniryczne tło tylko wzmaga efekt końcowy. Rzeczone, wytłumione, post-ambientowe tło powraca w utworze dziesiątym, zdominowanym jeszcze przez rozbrykaną elektronikę i elektrykę. W kolejnych częściach znów pojawiają się preparowane skrzypce, słyszymy coraz więcej intrygujących wątków elektroakustycznych. Jeśli nawet pasma syntetyczne wracają na front, podawane są z umiarem i dbałością o relacje z pozostałymi dźwiękami. Szczególnie podobać się może odcinek piętnasty, szyty ze strzępów fonii i doposażony minimalistycznym pianem. W kolejnej odsłonie akcje kreują pijackie śpiewy, które zdają się przedrzeźniać syntetyczną rzeczywistość. Finał albumu jest delikatny, w dużej mierze akustyczny, urokliwie repetytywny.



 

MouthWind Corps et Biens - Hommage à Robert Desnos (Creative Sources, CD 2024)

Lawrence’s studio, Oxford, listopad 2023: Jean-Michel Van Schouwburg – głos oraz Lawrence Casserley - signal processing instrument. Piętnaście utworów w siedmiu rozdziałach, 55 minut.

Corps et Biens, to album szczególny. Brytyjczyk Lawrence Casserley w swoim długim i jakże legendarnym życiu artystycznym performował dźwięki live processing wielu instrumentów i formacji, ale niezwykle rzadko czynił to mając na pulpicie wyłącznie ludzki głos. Ten ostatni dostarcza tu belgijski wokalista, artysta głosowy Jean-Michel Van Schouwburg, który także pretendować może do miana legendy gatunku, przynajmniej w wymiarze kontynentalnym. Album podzielono na piętnaście epizodów, uformowanych w siedem rozdziałów, a literacką inspiracją uczyniono poezje Roberta Desnosa. Definitywnie warto wczytać się w to nagranie!

Spektrum możliwości głosowych Belga zdaje się być równie rozlegle, jak jego kreatywność. I co może najistotniejsze, co sytuuje artystę poza standardem głosowych improwizatorów, to jego niebywałe poczucie humoru, dystans do siebie, artystyczna frywolność. Muzyk wydaje dźwięki całym ciałem, którego gardło i struny głosowe są ledwie efektownym zwieńczeniem. Mówi do nas, śmieje się, parodiuje, gdacze niczym Kaczor Donald, rzęzi, rży, zdolny jest naśladować każde zwierze. Sepleni, mruczy, podśpiewuje przy goleniu, buduje ambientowe wokalizy, intensywnie wącha zapachy przyrody i bzyczy niczym pszczoła. W tym szaleństwie świetnie odnajduje się Casserley, który wydaje się muzykiem wprost stworzonym do elektronicznej dekonstrukcji głosu. Świetnie wiemy, że Brytyjczyk snuje także swoje, separatywne opowieści - delikatne, ulotne, równie oniryczne, jak tajemnicze. Pozostaje jeszcze warstwa literacka tego smakowitego albumu, której eksplorację pozostawiam bardziej zaawansowanym, tudzież dysponującym czasem słuchaczom.




Ilia Belorukov & Sara Zlanabitnig Binus (kuda-org, DL 2024)

Novi Sad/ Sremski Karlovci, Serbia, czerwiec 2024: Ilia Belorukov – syntezator modularny, fluteophone oraz Sara Zlanabitnig – flety (inside & feedback), field recordings. Pięć utworów, 31 minut.

Instrumenty dęte, na ogół preparowane, garść nagrań terenowych i umiejętnie wykorzystywana elektronika analogowa, to elementy składowe tego albumu. Krótkiego, świetnie skonstruowanego, pokazującego, iż łączenie brzmień akustycznych i syntetycznych może być niebywale przyjemne dla ucha. Owe pięć improwizacji nagrano w trakcie aż trzech spotkań, w różnych okolicznościach przestrzennych. Nie zmienia to faktu, iż wszystko tu do siebie pasuje.

Pierwsza opowieść formuje się w dron inicjowany przez syntezator, ale lepiony także z odgłosów miasta, bijącego dzwona i flecich kołysanek. Czy tak mógłby brzmieć post-nowoczesny, wielkomiejski folk? W kolejnej części panuje oniryczna flauta, którą buduje zarówno subtelny modular i preparacje na flecim korpusie. Z czasem ta upiorna kołysanka zdaje się szukać warstwy rytmicznej. W opowieści trzeciej flet wpada w mantrę, z kolei syntetyka z drobnego pyłku na żakiecie staje się zgrzebnym inicjatorem rosnącej intensywności. Czwarta część, to nerwowa rytmika, zadziorne frazowanie i kojąca puenta poprzedzona flecią akupunkturą. Na starcie finałowej improwizacji można odnieść wrażenie, iż znajdujemy w kaczym stawie. Głosy natury są tak swojskie, a śpiew fletu kojący, iż akcja modularnego na etapie rozwinięcia wydaje się zupełnie zbyteczna.




Ilia Belorukov & Lauri Hyvärinen Fix it if it ain't Broken (NUNC.,DL 2024)

Novi Sad, Serbia, październik 2023: llia Belorukov – syntezator modularny, Lauri Hyvärinen – gitara elektryczna, przetworniki. Pięć utworów, 37 minut.

Kolejne spotkanie z improwizacjami Belorukova pozbawione jest brzmień akustycznych. Z jednej strony syntezator modularny, z drugiej gitara elektryczna, a raczej jej elektryczne i elektroniczne przetworzenia. Gęsty, muskularny i głośno dostrojony album.

Jeśli pierwszą improwizację moglibyśmy określić mianem swobodnej wymiany myśli, to drugą z pewnością bokserską wymianą ciosów. Gitarowe pick-upy vs. gęsto okablowany modular - ów pojedynek znamionuje moc niszczenia narracyjnych subtelności. Bywa, jak w części trzeciej, iż w tej walce syntezator może znaleźć się na pozycjach silnie defensywnych. Szczęśliwie dla mniej przygotowanego odbiorcy, jeszcze w tej odsłonie albumu jesteśmy w stanie dosłyszeć frazy definitywnie gitarowe, które stanowią udane wprowadzenie do czwartej improwizacji. Ta pulsuje głębią mroku, a drobne zgrzyty i ukąszenia łączą się w jednolity strumień narracji, który z czasem intrygująco stygnie, nabierając niemal akustycznego brzmienia. Końcowy epizod sprawia wrażenie albumowe résumé. Muzycy pokazują tu zarówno swojego subtelne oblicze, jak i pazury prawdziwych noise’ killerów.



 

Anna Gadt, Michał Giżycki & Cyprian Pakuła Just Friends (TORF Records, DL 2024)

SPATiF, Warszawa, lipiec 2024: Anna Gadt – głos, efekty, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon sopranowy oraz Cyprian Pakuła – perkusja. Trzy improwizacje, 46 minut.

To pierwsze spotkanie artystów w tym składzie i już wiemy, że nie ostatnie! Swobodnie improwizowana opowieść, dramaturgicznie skoncentrowana na dialogu wokalistki i klarnecisty basowego (w ostatniej opowieści – saksofonisty sopranowego), a zgrabnie osadzona na pulsie jazzowej perkusji. Album, to trzy historie, z których ta środkowa konsumuje dokładnie połowę koncertu. 

Po chwilach typowej dla formacji skleconych ad hoc gry inicjacyjnej, trio bierze się do pracy i formuje linearną opowieść, która szczególnego blasku nabiera w sytuacjach bardziej dynamicznych. Dodajmy, iż w fazach leniwego spowolnienia także nie przestaje przykuwać uwagi. Szerokie spektrum wokalistyki odnajduje tu doskonałego partnera w równie horyzontalnej kreatywności klarnecisty. O dobry nastrój obojga dba drummer, który trzyma rytm i udanie zdobi momenty artystycznego zawahania. W chwilach, w których wokalistka sięga po tzw. efekty, narracja nabiera posmaku fussion. Druga, najbardziej rozbudowana improwizacja zaczyna się od ekspozycji solowej Anny, którą na jazzowe ścieżki naprowadza Cyprian, a dętego błysku dodaje Michał. Po efektownym spiętrzeniu, mniej więcej w połowie utworu muzycy wchodzą do strefy leniwych eksperymentów, by ten fragment koncertu spuentować porcją zmyślnych, na poły melodyjnych interakcji. W końcowej odsłonie pojawia się anonsowany saksofon sopranowy. Tu opowieść najpierw kołysze się na falach wystudzonego oceanu, potem niesiona mocą wokalnych efektów osiąga stadium free, by zwieńczyć koncert perkusyjną solówką.



 

Piotr Damasiewicz & Kuba Wójcik Krew (L.A.S., CD 2023)

OFFCZART, maj 2023: Piotr Damasiewicz – trąbka, głos oraz Kuba Wójcik – gitara, elektronika. Trzy utwory, 34 minuty.

Potraficie wyobrazić sobie dźwięk, jaki wydaje krew krążąca w naszych żyłach? Czy to struga szeleszczącej wilgoci, czy raczej demoniczny, masywny dron jakże żywej syntetyczności? Damasiewicz i Wójcik postarali się wyjść naprzeciw naszym niezdefiniowanym wyobrażeniom.

Barwiony elektroniką, drżący strumień fonii nadpływa z mrocznej strony. W jego wnętrzu kłębi się mnóstwo mikrozdarzeń – czasami przypominają one frazy gitary, zdeformowanej trąbki, czy głosu, być może ludzkiego. Warstwy syntetyczne także wiodą tu aktywne życie. Opowieść systematycznie narasta, a pod koniec pierwszej części zostaje przyozdobiona elektroakustycznymi wtrętami, które prawdopodobnie są dźwiękami szpitalnej aparatury do przetaczania krwi. Po krótkim interludium z ciszą, dźwiękami rzeczonej aparatury i smyczka (?) narracja śmiało wchodzi w drugą, decydującą fazę. Oniryczne tło wypycha na front silnie syntetyczną strugę fonii. Zza mgły elektroniki po czasie wyłania się nerwowa gitara, głos i trąbka. Ta ostatnia najpierw charczy jak kołujący śmigłowiec, potem ucieka w echo i śpiewa. Zakończenie śmiało zasługuje na miano demonicznego. Oto nasze największe dobro, które pachnie mrokiem i strachem.



 

Piotr Damasiewicz Into the Roots Świtanie (L.A.S., CD 2024)

Polskie Radio Studio S4, Warszawa, marzec 2023: Piotr Damasiewicz – trąbka, organy, głos, instrumenty perkusyjne, Zbigniew Kozera – kontrabas, guimbri, Paweł Szpura – perkusja, Michał Żak – shawm, drewniany flet poprzeczny, hammered dulcimer, Katarzyna Karpowicz – koto, Alicja Krzeszowiak i Kamila Krzeszowiak – głosy, Paulina Kaźmierczak – głos, skrzypce, Krzysztof Ryt – pięciostrunowa altówka, Marek Ryt – bagpipes, fife, rożek francuski. Siedem utworów, 40 minut.

Damasiewicz zostaje z nami, ale jak to bywa w przypadku tego muzyka, gatunkowy klimat zmieniamy o sto osiemdziesiąt stopni. Uciekamy w estetyką folkową, które jest tu raczej metodą twórczą, a nie celem samym w sobie, raczej inspiracją do odbywania improwizowanych podróży niż budowaniem kolejnych jazzowych edycji folkowych evergreenów.  

Pierwsze trzy utwory stanowią dramaturgiczną całość. Od folkowej, melodyjnej introdukcji z psychodeliczną puentą, po świat transowej narracji bazującej na intensywnym brzmieniu organów. Do tego swobodne wokalizy i soczyste, dęte inkrustacje. Jeśli flet rozrywa tu początkową ludyczność, to trąbka koi emocje i szuka integracji. W warstwie etnicznej nie trudno dosłyszeć, iż dziarskie Tarty spoglądają tu w stronę dalekiej Japonii i równie odleglej Afryki. Kolejne dwa utwory kojarzą folkowy blask porannej zorzy i post-jazzową, improwizowaną opowieść. Ostatnie dwie części przenoszą nas w klimat transowej, ponadgatunkowej ekspozycji. Szóstą odsłonę świetnie unerwia perkusista, siódmą z kolei buduje niskie brzmienie organów i kontrabasowy groove. Finał pełen jest taneczności i melodyki, bystrze kontrapunktowanej psychodelicznym spleenem organów.




Dead Neanderthals Other Worlds (Bandcamp’ self-released, LP/DL 2024)

White Noise Studio, Holandia, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator, saksofon oraz Rene Aquarius – perkusja. Siedem utworów, 32 minuty.

Dokonania tej pary Holendrów śledzimy od zawsze, szczególnie ich tradycyjne, sylwestrowe ep-ki. Ostatnia z nich, nad wyraz rozbudowana jak na krótki metraż, doczekała się nawet edycji winylowej. Nagranie to z pewnością zaliczyć możemy do … najłagodniejszych przejawów brutalnego, brzmieniowego konceptualizmu, jaki uprawiają Kokke i Aquarius już od półtorej dekady. Cieszy jak zawsze, tym razem zaprasza także do tańca i gry w skojarzenia z muzyką … dyskotekową lat 70. i 80. ubiegłego stulecia.

Album jest tu nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, podzielonym na odcinki dyktowane tempem frazowania perkusji. Syntezatorowe otwarcie jest ciepłe, melodyjne, choć mroczne. Potem do akcji wkracza 2stepowa perkusja, który szyje ścieg godny zarówno ekspresji rocka, jak i dynamicznego electro. Oto new death disco, które smakuje estetyką muzyki tanecznej sprzed pół wieku. Kolejne, mroczne interludium poprzedza perkusyjny step, który jest spokojniejszy, jeszcze bardziej uwypuklający melodykę syntezatora, niespodziewanie wtłaczającą nas do kolejnej, tu już definitywnie noworomantycznej dekady. W czwartej części muzycy podkręcają tempo, a brzmienie syntezatora czynią bardziej szorstkim. W kolejnej puentę dyskusji narracyjnej stanowi melodyjna ekspozycja saksofonu, delikatnie schowanego w pogłosie. Ostatni epizod tego szaleństwa przynosi pasmo basowe, które nadaje całości silnie rockowy posmak, mimo braku gitarowego instrumentarium.

 

 

piątek, 2 lipca 2021

Overlapping Layers! Nästesjö & Lipscomb! Trilla with Daisy and with Gärdin! Voutchkova! Noble! Thompson! Costa! Dogs Bite Back! The July Morning’ Round-up!


Słowo się rzekło, lipiec u bram! Czas na comiesięczną zbiorówkę recenzji najbardziej świeżych płyt z muzyką improwizowaną, jakie zna planeta Ziemia! Dziewięć propozycji na letni odczyt, odsłuch i oczywiście zakupy!

W podtytule naszego zestawienia winno paść słowo pandemia. Poza pierwszym i ostatnim nagraniem, wszystkie pozostałe powstały już bowiem w czasach pandemii – zatem na ogół są nagraniami solowymi, a jeśli są duetami, to powstałymi … w efekcie sklejenia na etapie post-produkcji dwóch solowych ścieżek. Jest wśród nich jednak pewien duet, który powstał w wyniku kontaktu fizycznego obu artystów – na szczęście!

Czas poznać dzisiejszą marszrutę! Zaczniemy w Zjednoczonym Królestwie, jeszcze w roku 2019, potem będziemy już w roku 2021 i odwiedzimy szwedzkie Malmö, zaraz potem będziemy jedną nogą w USA, a drugą w Barcelonie, podobny rozkrok dokonany pomiędzy Sztokholmem, a wspomnianą już Barceloną. W dalszej kolejności czekają nas samotne spacery po Berlinie, Londynie (dwukrotnie) i Lizbonie, by ostatecznie powróć do roku 2019 i bezpiecznie (to się jeszcze okaże!) wylądować w Sankt Petersburgu!

Dziewięć płyt, tylko 15 muzyków! Ale emocje gwarantowane!

 


Overlapping Layers (Gibbs/ Lash/ Van Schouwburg)  Sikeltolodas (Intrication, CD 2021)

Naszą dzisiejszą wycieczkę dźwiękoznawczą rozpoczynamy w Walii, gdzie we wrześniu 2019 roku, w okolicznościach studyjnych, muzykowało dwóch Brytyjczyków i jeden Belg: Phil Gibbs na gitarze elektrycznej, Dominic Lash na kontrabasie i pracujący wokalnie Jean-Michel Van Schouwburg. Panowie stworzyli sześć bardzo swobodnych improwizacji (absolutnie niepredefiniowanych, co podkreślają na okładce!), których odsłuch zajmuje nam 46 minut i kilka sekund.

Trójka muzyków z okolic Kanału La Manche proponuje nam spektakl, który stawia na dramaturgiczne zaskoczenia, sypie niespodziankami, jak z rogu obfitości, choć w warstwie instrumentalnej zdaje się stawiać na sprawdzone patenty. Gitara Gibbsa kocha tu jazz i bardzo rzadko o tym zapomina. Świetnie swinguje, buduje zwartą melodykę, a w partiach dynamicznych imponuje świetną techniką użytkową. Kontrabas Lasha (znamy się przecież świetnie!) również ciągnie narrację w kierunku jazzowym (dynamiczne pizzicato nie pozostawia złudzeń), ale wrodzona miłość do kameralistyki i piękna praca smyczka sprawiają, iż w tych właśnie wytłumionych, ale jakże swobodnych improwizacjach całe trio czuje się najlepiej. Wreszcie wokalistyka Schouwburga (też znamy się świetnie!) - ten muzyk potrafi doskonale zadbać o nasze emocje! Śpiewa post-operowym tembrem, nuci przy goleniu, wymienia wszystkie trudne spółgłoski na wdechu, czasami przypomina dzikiego kota, zamienia się w żabę szerokoustną, śmiało radzi sobie w roli cyrkowego słonia, a jak trzeba, jego wokaliza przypomina szczebiot mew lub monologi Kaczora Donalda.

Muzycy startują z pozycji absolutnie swobodnej improwizacji, by już w drugiej części stylowo i niemal tanecznie swingować. Potrzebują kolejnych kilku chwil, by głęboko zanurzyć się w kameralnej zadumie. Owe dychotomie stylistyczne gitary i kontrabasu wokalista połyka jednym ruchem ust. Tak czyni choćby w trzeciej części, która zdaje się być pierwszym poważnym krokiem ku samodoskonaleniu się całej improwizacji. W kolejnej części dostajemy garść porannych śpiewów przy goleniu, a już w piątej i szóstej odsłonie trio wchodzi na poziom naprawdę smakowitego free impro. Zaczynają w ciszy, szemrają, mlaskają, głęboko oddychają. Okazjonalnie łapią jeszcze swingujący dryl, ale smyczek i nieskończone możliwości wokalisty sprawiają, iż nawet jazzowa gitara zdolna jest rysować dalece abstrakcyjne frazy. W końcowej improwizacji głos przypomina roześmianego konia, a łagodna gitara buduje  wstęp do pięknej ekspozycji smyczka. Każdy za artystów dokłada tu swoje najlepsze frazy – dźwięki płyną z dużą swobodą, ale i dramaturgiczną precyzją, a improwizacja zmysłowo przygasa na wysoko zawieszonym smyczku.

 


Johannes Nästesjö/Jon Lipscomb  Malmömento (Discordian Records, DL 2021)

Czas na pandemiczny duet w czasie rzeczywistym! Dwie tegoroczne sesje nagraniowe, koniec stycznia i początek lutego, szwedzkie Malmö i nasi dobrzy znajomi - Johannes Nästesjö na kontrabasie oraz Jon Lipscomb na gitarze elektrycznej. Ich swobodna improwizacja składa się z siedmiu części i trwa 42 minuty.

Obu artystów całkiem bezpiecznie zaliczyć możemy jeszcze do artystycznej młodzieży, także ich duet koniecznie winniśmy nazwać młodzieżowym. Z wielu zresztą względów. Muzycy dotarli na sesje nagraniowe naładowani pomysłami, ale też pełni artystycznego zniecierpliwienia, po młodzieżowemu z zagotowanymi głowami. Ich płyta budzi bowiem sporo ambiwalencji, właśnie z uwagi na fakt, iż muzycy mają zbyt wiele pomysłów na swobodną improwizację, na stosowane techniki gry, tudzież wzajemne interakcje. Często dany koncept porzucają w pół zdania, a nawet krótsze utwory naznaczone są jarzmem ciągłej zmiany. Od tego lunaparkowego zgiełku może naprawdę głowa rozboleć. Ale dość tych narzekań. Bez trudu w nagraniu tym odnajdziemy wiele momentów naprawdę ekscytujących.

Johannes zaczyna ostrym, odrobinę brudnym smyczkiem, silnie posadowionym na gryfie kontrabasu. Gdy pracuje w tym trybie, zawsze możemy przy danym fragmencie improwizacji postawić duży znak jakości.  Gitara Jona bywa zalotna, czasem pachnie post-jazzem, innym razem na jej gryfie tlą się emocje post-rocka. Często sięga po preparacje, rzadziej stosuje gitarowe przestery i pick-up’owe niespodzianki. W drugim utworze artyści bardzo udanie dyskutują długimi frazami, zmyślnie rozegranymi ekspozycjami. W trzeciej ich post-jazz natrafia na strzępy psychodelii i wtedy robi się naprawdę ciekawie. W kolejnej części na poły barokowe frazy smyczka zderzają się z rockowym temperamentem gitary. Najciekawiej jest chyba w części szóstej, gdy muzycy przez dłuższą chwilę są konsekwentni dramaturgicznie (!) i budują posuwistymi dronami mroczną, niemal ambientową ekspozycję. Znajdują też wtedy chwile, by swoje emocje zanurzać w otrzeźwiającej ciszy. Ostatnia improwizacja stawia na krótkie, urywane, chwilami filigranowe frazy. To estetyka, w której Szwed i Amerykanin czują się naprawdę dobrze.

 


Vasco Trilla & Tim Daisy  Bristling Duets (Relay Recordings, CD 2021)

Omówienie dwóch covidowych duetów perkusisty i perkusjonalisty Vasco Trilli zaczynamy od wirtualnego spotkania z amerykańskim drummerem Timem Daisy. Ten drugi pracował w Chicago, Katalończyk - rzecz jasna - w Barcelonie. Dwie solowe sesje miały miejsce wiosną tego roku. Nie wiemy, który z muzyków pracował jako pierwszy, domyślamy się wszakże, iż był to Trilla. Panowie przygotowali dla nas trzynaście improwizacji, które trwają łącznie niespełna 40 minut.

Duet dwóch solowych perkusistów, to jakby prezentacja ying & yang współczesnej, improwizującej perkusji. Daisy koncertuje się na drummingu, używa wszelkich dostępnych metod i technik gry, ale de facto pozostaje na etapie bębnienia. Bije rytm i buduje odpowiednią dramaturgię. W całkowitej opozycji do takiej postawy znajduje się Trilla – mistrz no drumming percussion. Muzyk kreuje ambientowe tło, używa niezliczonej ilości technik wydobywania dźwięków, nie stroni od gongów, rezonujących talerzy i armii swoich cudacznych przedmiotów emitujących najprzeróżniejsze fonie, ale … choćby przez moment nie bębni, ani nie buduje struktury rytmicznej (jeśli już, to jedynie w utworze dziewiątym). To specyficzne terytorialnie spotkanie dwóch perkusji nie jest zatem tym, czym mogłoby się wydawać przy lekturze zapisów okładki płyty. Bez zbędnej zwłoki zaglądamy przez drzwi drummerskiej percepcji i oto, co znajdujemy.

Początek, to suchy drumming, na który reagują rezonujące talerze. Zaraz potem szczoteczki perkusyjne pracują w towarzystwie drżących, metalowych przedmiotów, by po chwili wcielić się w rolę dobosza, który pogrywa rytm cyrkowemu iluzjoniście. Kolejne krótkie improwizacje to m.in. metaliczna, matowa perkusja w zetknięciu ze śpiewającymi zabawkami perkusyjnymi, znów spotkanie typowego drummingu z błyszczącymi talerzami, czy ciekawy moment pracy stopy na bębnie basowym w kontrze do dźwięków instrumentu strunowego. Ósma opowieść, to drummerski balet po krawędziach, a kolejna, to właśnie ów moment, gdy perkusiści wspólnie budują rytm – jeden na werblu, drugi na talerzach. Kolejna część zderza small drums z mrocznym ambientem rezonujących, niezidentyfikowanych obiektów. W ostatnich trzech improwizacjach ciężar kreowania dalece nieperkusyjnych fraz zdaje się spoczywać już na obu artystach. Z pewnością te fragmenty zaliczyć możemy do najlepszych na płycie. Poszczególne narracje stawiają na drobne, filigranowe frazy i dużą porcję preparowanych dźwięków, które bardzo efektownie wybrzmiewają na zakończenie nagrania.

 


Per Gärdin & Vasco Trilla  Singularity (Creative Sources, CD 2021)

Kolejny separatywny duet! Per Gärdin (saksofon altowy i sopranowy) pracował w Sztokholmie, Vasco Trilla (kocioł, gongi, metronomy, mały zestaw perkusyjny, clock chimes) - w Barcelonie. Wszystko działo się pomiędzy wrześniem ubiegłego roku, a marcem obecnego. Muzycy wyprodukowali dziewięć improwizacji, które trwają łącznie około 56 minut.

Szwed i Katalończyk zabierają nas na długą i kontemplacyjną podróż po bezdrożach improwizacji, która zdaje się nie mieć spektakularnego początku, ani definitywnego końca. Muzycy pracują nieśpiesznie, jakby płyta kompaktowa, na której zamierzali pomieścić swoje nagrania była z gumy. W trakcie niemal godzinnej narracji Trilla prezentuje cały arsenał artystycznych środków wyrazu, które od niepamiętnych czasów wzbudzają w nas wyłącznie pozytywne emocje, prezentuje także nowe pomysły dźwiękowe, które wypracował w trakcie lockdownu – dużo korzysta z perkusyjnego kotła i gongów, kreuje chmury ambientu, które zdają się dobrze strukturyzować kolejne improwizacje. Saksofonista stara się kontemplować niemal każdy dźwięk, z rzadka emocje górują tu nad konsekwentnym budowaniem improwizowanego chill-outu. Wiele jego fraz pachnie psychodelią dalekiego wschodu, snuje się po podłodze lub wije po nieboskłonie. Czasami muzyka i jego instrument można porównać do bajkowego zaklinacza węży. Muzyka całego duetu broni się niemal w każdej swojej sekundzie, jakkolwiek w drugiej części płyty niektóre pasaże grane są zbyt długo, a samą płytę ocenilibyśmy o poziom wyżej, gdyby została skrócona o przynajmniej kwadrans. Wskażmy na najciekawsze jej momenty.

Każda opowieść budowana jest niezwykle cierpliwie. W drugiej części saksofonista pracuje na wdechu, buduje suspens, a narrację ciągnie do przodu syrena alarmowa i ceremonialne gongi. W kolejnej części Vasco kreuje rytm grając rękoma na werblu. Saksofon zdaje się pracować jeszcze dłuższymi, ale i zadziornymi frazami. Najciekawiej robi się w czwartej improwizacji. Vasco zaczyna swoimi wibrującymi robaczkami, buduje szumiącą przestrzeń, po której przemieszcza się kontemplujący saksofon sopranowy. Muzycy dobrze na siebie reagują, a opowieść z czasem definitywnie nabiera wigoru. Kolejne części wnoszą nowe elementy, także minimalistyczne, ale niektóre improwizacje, zwłaszcza siódma, zdają się nie mieć końca. Ósma, krótka opowieść wybudza nas ze snu. Aktywny drumming, saksofon pełen werwy - muzycy ruszają na bystry i całkiem dynamiczny trip! Finał nagrania ginie we mgle gongu, leniwych westchnień dęciaka i kłębiastych chmurach rezonansu. Czuć, że muzycy dobrze czują się w swoim wirtualnym towarzystwie. Są jak stara rzeka, która nie szuka ujścia do oceanu.

 


Biliana Voutchkova  Seeds Of Songs (Takuroku, DL 2021)

Krótki przegląd solowych nagrań covidowych rozpoczynamy od spotkania z bułgarską skrzypaczką Bilianą Voutchkovą. Część dźwięków, jakie usłyszymy na płycie nagrana została w Berlinie, we wrześniu ubiegłego roku (tu zapewne chodzi o skrzypce i głos), a cała reszta, to efekt eksperymentów artystki, prowadzonych w okolicznościach domowych czasu lockdownu. Ów intrygujący zbiór dźwięków Biliana zawarła w trwającym niewiele ponad dwa kwadranse nieprzerwanym ciągu zdarzeń fonicznych.

Początek spektaklu ogłasza gong, którego dźwięk niemal natychmiast ginie w głuchej przestrzeni nieznanego miejsca. Słyszymy mnóstwo tajemniczych, ale dalece niemuzycznych dźwięków – jakby szelest spadających papierków i całe mnóstwo szumiącej meta rzeczywistości, tej za oknem, czy też tej prawdziwie wewnętrznej. Głos artystki pojawia się jako pierwszy, tuż za nim dźwięk skrzypiec, których glazurę poleruje suchy smyczek. Opowieść sprawia wrażenie, jakby się zapętlała, zakleszczała w zamkniętej przestrzeni. Po kilku chwilach do dźwięków preparowanych skrzypiec dołączają minimalistyczne frazy piana, które natychmiast łapią dużą chmurę pogłosu. Ów pogłos zdaje się dotykać wszystkich dźwięków, jakie pojawiają się w narracji artystki. Część z nich wpada w niemal mechaniczną repetycję, wszystkie zaś one zdają się być spowite mrokiem retorycznej egzystencji. Ten swoisty rytuał samotności po kolejnej chwili zaczyna nabierać bardziej metalicznego, wręcz industrialnego posmaku.

Ceremoniał muzyki do użytku słuchawkowego trwa w najlepsze. Biliana z tysięcy mikro fraz buduje misterną, jakże efektowną plecionkę dźwięków. Gdy trzeba schodzi na samo dno ciszy, innym razem hałasuje i nie waha się wprawić talerzy w głuchy rezonans. Świetnie używa też swojego głosu, multiplikuje jego ścieżkę, czasami jej wokaliza przypomina starocerkiewne modlitwy, które błagają o nadejście niemożliwego. Raz za razem sięga też po swoje ukochane skrzypce, ale tu, w tej samotnej podróży, są one jednym z wielu przedmiotów, które dostarczają tajemniczych fonii. Po 20 minucie słyszymy szum podobny do odgłosu wentylatora, na który nakłada się swoista melorecytacja i mikroskopijny beat, sprawiający, iż  wątek ten zdaje się przypominać dubowe, berlińskie post-techno z końca ubiegłego wieku. Ostatnie minuty tej niesamowitej przygody wypełniają coraz drobniejsze fonie, nano-frazy, które zbliżają nas do niechybnego końca podróży. Finałowe dźwięki, to delikatny śpiew, tuż u progu dnia, który nie zwiastuje niczego nowego.

 


Steve Noble  Solo (Empty Birdcage Records, CD 2021)

Londyńska Hundred Years Gallery, początek grudnia ubiegłego roku i samotny perkusista w roli jedynego uczestnika spektaklu dźwiękowego. Steve Noble, bo o nim mowa, nie wymaga jakichkolwiek prezentacji, zatem dodajmy jedynie, iż w trakcie niespełna 41 minut swobodnej improwizacji korzystał on będzie ze skromnego zestawu perkusyjnego (snare drum), talerzy i równie skromnych akcesoriów perkusjonalnych.

Jedna z legend brytyjskiej perkusji zaprasza nas na świetnie skonstruowany set solowy, w trakcie którego stosuje wszelkie dozwolone i niedozwolone sposoby wydobywania dźwięków z perkusyjnych akcesoriów, doskonale preparuje dźwięk, wprawia przedmioty w kosmiczny rezonans, ale nade wszystko nie zapomina, iż jest perkusistą, a parametry rytmiczne nie przystają być dla niego istotnym wyznacznikiem każdej czynności improwizatorskiej. W jego ekspozycji zmiana zdaje się gonić za zmianą, ale tu lepsze wcale nie jest wrogiem dobrego! Muzyk doskonale kontroluje swoje działania, sprawia, iż całość jest misternie zbudowaną strukturą dramaturgiczną. Dba o szczegóły, schodzi do poziomu pojedynczego dźwięku, nie przestając być eksplozywnym one man orchestra. Wydaje się, że w znoju swobodnej improwizacji Noble doskonale wie, co zagra za moment, a co za kwadrans.

Zaczyna wachlującym talerzem, który brzmi niemal syntetycznie. Potem ugniata coś na werblu, zdaje się budować pierwszą strukturę bardziej rytmiczną, ale cały czas ma coś jeszcze do zrobienia na backgroundzie. Przed 7 minutą kreuje pierwszy pasaż bardziej typowego drummingu, ale szybko kończy go uderzeniem w gong i schodzi do poziomu ciszy. Preparuje dźwięki na całkiem efektownej dynamice, dba też o rezonujące przerywniki, przy okazji bez trudu wzbudzając emocje godne niemal sakralnego rytuału. Przedmioty w jego rękach zdolne są wydać każdy dźwięk. Potrafią brzmieć jak kastaniety, ale i przypominać szlifierską obróbkę skrawaniem lub kocie piski. Spektakl ma wiele faz, a te najpiękniejsze dzieją się być może na samym końcu. Tuż przed upływem drugiego kwadransa muzyk na moment pięknie eksponuje swój full drumming. Zaraz po wybrzmieniu jego perkusjonalia zaczynają śpiewać, a w 34 minucie rozpoczyna się efektowna symfonia rezonansu. Noble snuje chmury ambientu, kreuje industrialne hałasy, czyni całe mnóstwo niebywałych figur brzmieniowych, zdaje się pokazywać ów prosty proces fizyczny niekończącą się ilością barw i tekstur. Na ostatniej prostej dodaje kilka bardziej hałaśliwych uderzeń po talerzach i tym niemalże kuchennym rozgardiaszem kończy swój występ.

 


Daniel Thompson  John (Empty Birdcage Records, DL 2021)

Pozostajemy przy labelu Empty Birdcage i na niecały kwadrans oddajemy się w ręce jego szefa, przy okazji jednego z naszych ulubionych gitarzystów – Daniela Thompsona. Muzyk nagrał krótką improwizację w hołdzie zmarłemu niedawno Johnowi Russelowi, dochód ze sprzedaży plików przeznaczając na wsparcie inicjatywy koncertowej Mopomoso, którą - jak świetnie pamiętamy – stworzył wiele lat temu właśnie Russell. Nagranie w pełni domowe (powstałe w styczniu bieżącego roku), 12 minut z sekundami – gitara akustyczna solo.

Thompson zaczyna ów short-track w swoim stylu, minimalistycznie repetując dźwiękiem niemalże pojedynczej struny. Delikatnie konstruuje flow, który toczy się w ślimaczym tempie, wciąż napotykając na pasma ciszy i bukiety westchnień. Elegia mikroskopijnych fraz drąży jednak skałę i po kilku minutach zaczyna lepić się w dość zwartą i całkiem żywotną ekspozycję.

Posmak post-rocka, zapach post-bluesa, to elementy, które dodają całości pewnego uroku. Muzyka kłębi się, rozwarstwia i zagęszcza jednocześnie, czupurnieje, ale wciąż dostrzegamy w niej należytą dbałość o niuanse.  Po wejściu w tryb bardziej dynamiczny uroda improwizacji wręcz eksploduje, niespodziewanie dostarczając nam nawet frazy godne mistrzów … flamenco. Po osiągnieciu szczytu, ekspozycja zostaje pięknie, stylowo, jakże precyzyjnie wygaszona, aż po pojedyncze dźwięki strun, które przypominają początek nagrania. Step by step to the next silence.

 


Simão Costa  Beat With Out Byte (Cipsela Records, CD 2021)

W ramach finalizacji wątku solowych improwizacji w naszej zbiorówce, spotkanie z portugalskim pianistą Simão Costą. Muzyk zarejestrował swoje nagranie w marcu bieżącego roku (miejsce nieznane), a w jego trakcie korzystał zarówno z klawiatury fortepianu, jak i preparował instrument, a także – co niezwykle istotne dla obrazu całości – korzystał z magnesów, które umieszczał w pudle rezonansowym i wprawiał struny w różnego rodzaju akcje indukcyjne. Efekt tych działań zdaje się być dalece intrygujący, ale to nie jedyny powód, dla którego polecamy to nagranie. Cztery improwizacje z tytułami trwają niepełne 40 minut muzyki.

Costa rozpoczyna swoją opowieść z poziomu ciszy absolutnej. Buduje ów indukcyjny ambient bardzo cierpliwie, wykonuje określoną sekwencję działań i czeka na ich efekt. Ambient płynie strumieniem matowych dźwięków, z drobnym posmakiem syntetyki, która jest tu oczywiście jedynie złudzeniem fonicznym. Po czasie muzyk ubarwia flow kilkoma szarpnięciami za struny i uderzeniami czarnych klawiszy. Drugi utwór kontynuuje konstytucyjny minimalizm narracji. Zabawa w inside piano, w tle której rodzi się nowa chmura ambientu, która z czasem zdaje się pochłaniać akustyczne dźwięki strun i całkowicie dominować w narracji. Utwór drugi kończy się dokładnie tam, gdzie zaczynał pierwszy. W ciszy absolutnej.

Kolejna opowieść początkowo skupia się na metalicznie brzmiących dźwiękach preparowanego fortepianu. Jego struny nerwowo drżą, a kumulujące się echo tworzy nową powłokę rezonującego ambientu. Pod koniec tej części pojawiają się pierwsze akcenty rytmiczne, które formują się w szyk marszowy, zmierzający ku coraz bardziej hałaśliwym frazom. Czwarta improwizacja nie pozostawia już złudzeń, co do intencji twórcy. Repetujące, agresywnie brzmiące klawisze budują dynamiczną narrację, która pęcznieje, mnoży wątki, a muzyk wszystko to wystawia na działania indukujących magnesów. Dynamic dirty dancing piano! Efekt jest naprawdę imponujący - można odnieść wrażenie, że muzyk dekonstruuje, miksuje swoje nagranie w formule live proccesing. Muzyka post-piano wgryza się w nasze zwoje mózgowe, na finał przypomina energetyczny pocisk piano’n’drum’n’bass!

 


Dogs Bite Back  Back? Forward! (Noname666, CD 2021)

Na finał definitywnie porzucamy covid reality, wracamy do roku 2019 i zapraszamy na spotkanie z trzema naszymi dobrymi, rosyjskimi znajomymi, którzy tym razem przybrali groźne szaty Dogs Bite Back. Oto oni: Ilia Belorukov – syntezator modularny, Dmitriy Lapshin – gitara basowa i przetworniki oraz Konstantin Samolovov – perkusja, objects, voice recorder. Pomieszane nagrania studyjne i koncertowe z Sankt Petersburga. Ta odświeżająca porcja gęstego hałasu podzielona została na sześć części i trwa niespełna 40 minut.

Bielorukova i Lapshina słuchaliśmy całkiem niedawno, jak grali akustyczny jazz. Teraz zapominamy o tamtym nagraniu, a zapomnieć pomagają nam już pierwsze dźwięki płyty Back? Forward! Masywny, brudny post-punkowy bas, który szuka dramaturgicznych przełomów w otwartej formule improwizacji, stawiająca stemple, jak słupy graniczne, aktywna perkusja i drący się wniebogłosy syntezator modularny. O tak, idziemy na wojnę i całkiem nam z tym do twarzy! Opowieść intrygująco się pętli, wpada w efektowne zakręty, ale prze do przodu jak czerwonoarmijny czołg! W drugiej części delikatne zdjęcie nogi z gazu - jazzujący bas, roztańczony syntezator i bystra perkusja rysują funkowe pętle z uśmiechem na twarzach. Kolejna część, kilkunastominutowa, doposażona jest w rozbudowaną introdukcję, pełną preparowanych dźwięków, szmerów i trzeszczących werbli i tomów. Elektroakustyczna improwizacja, kreślona lekkim, post-jazzowym basem, na finał osiąga gęstość wietnamskiego napalmu o pranku.

Czwarta historia w pozycji sporej rekontry - niedługa, budowana wyłącznie syntetycznymi dźwiękami, ale zapewne z pomocą rąk i głów wszystkich muzyków. W piątej opowieści powraca dynamika, kreowana przez burczący bas i progresywny drumming. Syntezator tym razem delikatnie wycofany, zalotnie skwierczy i buduje ciekawy suspens. Narracja narasta jak letnia burza, znów łapie funkowy dryl i niweczy w pył wszystko, co napotyka na swojej drodze. W finałowej rozgrywce bas brzmi nad wyraz czysto, z kolei syntezator sprawia wrażenie, jakby złapał pod koła wszelki brud świata współczesnego. Małe percussion tym razem w roli kontrapunktu. Ostatnia opowieść wydaje się być bardziej zrównoważona emocjonalnie, ale i ona łapie dynamikę w szprychy i gna na efektowny finał – death dance, death disco, by przywołać w pamięci klasyków Nowej Fali. Ta dotkliwa fonicznie przygoda kończy się niespodziewanie i pozostawia nas samotnych w poczuciu spędzania udanych, jakże oczyszczających mentalnie kilkudziesięciu minut.

 

 

piątek, 2 kwietnia 2021

Cyclone Trio! Bothén 3! Nimitta! Hackett, Thompson & Wachsmann! Sverdrup Balance! Rdza! Bayer! The April’ Round-up!


Nowy miesiąc w kalendarzu, to wystarczający powód, by Czytelnikom Trybuny zaproponować kolejną zbiorówkę recenzji świeżutkich płyt z muzyką improwizowaną. Dzisiejsza układanka jest siedmioelementowa i silnie kotwiczy nasze zainteresowania w szeroko rozumianym jazzie. Będzie free jazzowa petarda, open jazz bazujący na kompozycji, kameralistyka, która końce palców macza w jazzie, także swobodna improwizacja, która jako jedyna w tym zbiorze zdarzeń fonicznych korzysta ze wsparcia dźwięków syntetycznych, a na finał multi-trackowy saksofon solo, improwizujący w wielkiej, opuszczonej fabryce!

Zaczniemy w Londynie, choć trochę po australijsku, potem szwedzkie trio i duet włosko-szwajcarski wydane w Polsce, w dalszej kolejności znów Londyn i to nie jeden raz, także Genua i belgijskie Leuven, ważny akcent krajowy z Ostromecka, a na koniec kilka fraz z Barcelony. Zapraszamy śmiało na podróż po bezdrożach jazzu!

 


Cyclone Trio  The Clear Revolution (577 Records, CD 2021)

Saksofon wsparty dwoma zestawami perkusyjnymi! Trudno wyobrazić sobie lepszą konfigurację dla krwistego free jazzu! Tim Green i Tony Irving na perkusjach oraz Massimo Magee na saksofonie tenorowym, altowym i sopranino, a także ... srebrnej grzechotce. Trzy skomponowane improwizacje, 51 minut muzyki, zarejestrowanej w Londynie, w okolicznościach studyjnych, w marcu ubiegłego roku.

Rezydujące w australijskim Brisbane Cyclone Trio zaprasza nas na spektakl szczególny, nagranie, które zdaje się na nowo nadawać sens free jazzowej podróży z nieznane. Muzyka, która stawia na żywe, emocjonalne dźwięki, skoncentrowana jest jednak nie na ich eskalowaniu, tudzież typowym, free jazzowym krzyku, ale na misternym budowaniu, przez aktywnie pracujące perkusje, nieograniczonego pola działania dla improwizującego saksofonisty. Ten ostatni pozostaje tu w centrum uwagi od pierwszego do ostatniego dźwięku. Ale i on buduje swój flow z dużym rozsądkiem, ciągle szuka ciekawych brzmień, a nade wszystko nigdzie się nie śpieszy. Raz śle nam brudne i gorące oddechy, innym razem suche i dalece wystudzone westchnienia, czasami efektownie błyszczy, by za moment kreślić matowe bohomazy. Powiedzieć, że saksofonista stosuje rozszerzone techniki gry na instrumencie dętym, to jakby nic nie powiedzieć. Całe trio świetnie dywersyfikuje intensywność swojej improwizowanej wypowiedzi. Hałas, to być może ostatni kierunek, jak skłonni byliby wybrać Jeźdźcy Cyklonu. Wolą dynamiczną medytację, popadanie w trans, który pozwala zatracać się w dźwiękach. The Clear Revolution jest z pewnością dalece metaforycznym tytułem, ale płytę tę polecamy przede wszystkim tym, którzy zatracili już wiarę w moc klasycznego free jazzu.

Na początek muzycy serwują nam blisko 25-minutową ekspozycję saksofonu tenorowego, którego dwie nadpobudliwe perkusje niosą chwilami naprawdę wysokim wzgórzem. Utwór zdaje się być doskonale skonstruowany. Artyści z mozołem budują emocjonalną narrację, po czym w połowie nagrania robią pętlę i zaczynają wszystko od nowa. Dynamika nagrania faluje, ale rzadko przyjmuje formę galopu. Co ciekawe, w wielu momentach saksofon frazuje jakby o tempo wolniej niż obie perkusje. Druga, nieco krótsza część (10-minutowa) pokazuje kolejne oblicze saksofonisty. Najpierw jego instrument brzmi niczym samotny król puszczy, który zwołuje czeredę pobratymców na rykowisko. Strumień dźwięków formuje się w dron, który szuka punktu zaczepienia na werblach i tomach partnerów. Po fazie dobrze zaplanowanego spowolnienia saksofonista sięga po alt i zaczyna swingować niczym najlepsza wersja Charlie Parkera. W pierwszej fazie ostatniej, ponad 16-minutowej improwizacji, trio stawia niemal na klasyczny free jazz dance. Lekkie, frywolne sopranino i rozhulane, pełnowymiarowe zestawy perkusyjne sieją tu prawdziwe spustoszenie. W połowie utworu następuje spowolnienie, krótkie expo perkusistów i wymiana saksofonu na tenorowy. Ale i teraz muzycy nie skaczą w ogień free jazu, ale szukają nowych rozwiązań. Dęciak przez moment brzmi nawet, jak zmutowana syrena alarmowa. Ostatnie minuty, to rodzaj gry na małe pola, plejada short-cuts, znów pokazująca, że możliwości muzyków Cyclone Trio zdają sią nie mieć końca. Brawo!

 


Christer Bothén 3  Omen (Bocian Records, LP 2021)

Spotkanie ze szwedzkim weteranem improwizacji, tu w towarzystwie lokalnej młodzieży, dostarczy nam dużo jazzowych wrażeń, budowanych w oparciu o kompozycje lidera tria, ale też sporo ponad stylistycznych zaskoczeń i smaczków. Okoliczności studyjne, marzec 2019 roku, a na liście płac: Christer Bothén – klarnet basowy i kontrabasowy oraz kompozycje, Konrad Agnas – perkusja i Vilhelm Bromander – kontrabas. Muzycy w trakcie 36 minut z sekundami prezentują nam pięć utworów, ułożonych w dwie suity (Omen i 77), każda na swojej stronie czarnego krążka.

Zarysowany bardzo precyzyjnie temat pierwszego utworu podawany jest w bystrym, marszowym tempie, początkowo z niebanalnymi pauzami ciszy, które dobrze budują dramaturgię spektaklu. Oto jazz, w którym kontrabas szuka emocji i dynamiki, perkusja ewidentnie swinguje, co rusz wplątując się w efektowne synkopy, a klarnet basowy ma prawo do wszelkich zachowań – może śpiewać wysokim tembrem, ale i burczeć z niezadowolenia. Wystarczy jeden sygnał, a narracja wpada tu we freejazzową kipiel, kolejny – tłumi się niemal do poziomu ciszy. Oczywiście pojawia się smyczek, a muzycy potrzebują ledwie kilku sekund, by zatopić się w klimatach free chamber. Po paru pętlach, niepozbawionych solowych incydentów, kontrabas na powrót wpycha opowieść w ramiona jazzu. Tym razem jednak tempo jest zdecydowanie leniwe i pachnie dobrym bluesem. Na koniec flow wraca do marszowego tematu i gaśnie w tubie klarnetu, pełnej zmysłowego szumu.

W drugiej części płyty pojawia się klarnet kontrabasowy, który determinuje po części dynamikę wydarzenia, ale także sieje niepokój i wprowadza ciekawe dysonanse. Te ostatnie w zderzeniu zarówno z basem, jak i perkusją, tu mniej skorą do jazzowej gimnastyki. Szczególnie udane jest samo intro, ryjące bruzdy w podłodze, czynione bez perkusji. Dynamika rodzi się tu leniwie, na samym dnie, budowana klarnetowymi dronami i matowymi pomrukami kontrabasu, pracującego w trybie pizzicato. Muzycy stawiają na open jazz, mocno sterowany, ale realizowany z dużą klasą. W ramach repryzy pojawia się marszowy rytm, ale cechą zasadniczą tej części winyla jest … ciągła zmiana. Najmasywniejszy z klarnetów dba o nasze emocje bez chwili wytchnienia. Pozwala sobie nawet na chwilę galopady, tu w wysokim rejestrze, do którego dobrze dostraja się kontrabas. Na finał opowieść znów haczy o leniwego bluesa, a kończy się minimalistycznymi podrygami basu z błyszczącymi talerzami w tle.



Nimitta  Polyptyque (Bocian Records, LP 2020)

Duet włosko-szwajcarski o nazwie własnej spotykamy w Genewie, w okolicznościach studyjnych, latem 2017 roku. Kontrabas w dłoniach Massimo Pincy i saksofon sopranowy w ustach Christophe’a Bertheta wykonują dla nas dziewięć kompozycji własnych, przy bliższym poznaniu, noszącym znamiona całkiem swobodnych improwizacji, trwających łącznie około 32 minuty.

Kameralna narracja na początku kreowana jest przez zadziorny smyczek, który ochoczo piłuje struny i delikatny saksofon sopranowy, który tańczy nad nim z pewną dozą smutku w głosie. Spokojnie, acz zmysłowo, z subtelnym posmakiem klasyki - wszystko podawane jest tu dość matowym, lekko szemrzącym brzmieniem. Druga opowieść zdaje się pogłębiać wątek pierwotny, ale już trzecia stawia nas do pionu masywnym pizzicato, które wypuszcza w taniec smukły saksofon. Muzycy gubią posmak chamber, a sam kontrabas nie może się zdecydować, czy jednak nie grać arco. Efekt finalny, dalece intrygujący, realizowany jest rytmicznie, z ciągłymi powtórzeniami. Kolejna opowieść, to znów szarpanie strun, tym razem wsparte smugami cienia z tuby dęciaka. Całość nabiera mroku i niepokoju. Piąta część bazuje na dysonansie - kontrabas znów szyje mroczne frazy, podczas gdy sopran zdaje się śmiać do rozpuku i tańczy wokół własnej osi.

Szósta opowieść, najdłuższa na płycie, nie szczędzi nam doznań. Zaczyna ją dron basu i delikatnie preparowany saksofon. Dark chamber’ ambient smakuje nam bardzo, zwłaszcza, iż jest posadowiony wyjątkowo blisko ciszy. Muzycy, być może niepotrzebnie, sięgają po bardziej jazzowe frazy, rysowane gęstym pizzicato basu. Na finał stawiają jednak na minimalizm, czym ratują wysoką ocenę utworu. Siódemka, to miniatura, która kontynuuje wątek jazzowy, ale już ósemka, choć równie krótka, śmiało może kandydować do miana najlepszego fragmentu płyty – akcenty perkusjonalne na gryfie i świetna partia saksofonu, która buduje dron i szuka dla niego odpowiedniej porcji echa. Wreszcie finał, początkowo kreowany niemal samodzielnie przez saksofon. Bas akcentuje swoją obecność drobnymi szarpnięciami za struny. Na ostatniej prostej powraca posmak kameralistyki - na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek, a saksofon przypomina, iż w formule minimal czuje się, jak ryba w wodzie.

 


Martin Hackett/Daniel Thompson/Philipp Wachsmann  ha th wa (Empty Cage Records, DL 2021)

Czas na naszą ulubioną, w pełni swobodną improwizację, ale czynioną w odrobinę nietypowych realiach. Oto zapraszamy na koncert, który sumuje dźwięki dwóch akustycznych instrumentów z syntezatorem analogowym. Molekularne subtelności bez zasilania vs. syntetyka w dość topornym wydaniu, ale - jak się okazuje - i tu efekt potrafi być zaskakujący. A zatem: Martin Hackett – syntezator analogowy, Daniel Thompson – gitara akustyczna oraz Philipp Wachsmann – skrzypce. Owo dalece międzypokoleniowe trio muzykowało w londyńskim klubie Iklectik w maju 2019 roku. Pięć improwizacji - około 26 minut.

Otwarcie koncertu dość dobrze pokazuje nam, czego możemy się spodziewać po takim, a nie innym zestawie instrumentów, a przede wszystkim – po klasie improwizatorów. Garść strunowych subtelności, od startu wchodzących w zwinne, a nawet zadziorne relacje i wątłe, rzecz można, nawet nieśmiałe plamy syntetyki. Te ostatnie szybko potrafią jednak nabrać wiatru w żagle i dobrze konweniować z akustyką. Muzycy lubią wchodzić w okazjonalne duety, zdają się bez trudu mnożyć byty tej improwizacji, dobrze pracują metodą call & responce. Każdy z muzyków ma tu władzę ustawodawczą, a demokracja zdaje się być ich podstawowym narzędziem działania. Operujący syntetyką Hackett, co rusz zaskakuje – nie jest tłem, potrafi przejąć inicjatywę, stymulować akcje zaczepne, a nawet rysować basowe drony. Gitarzysta, obok kreowania abstrakcyjnych fraz, dobrze się czuje także w budowaniu zwinnych akordów, skrzypek lubi zaś pozostawiać na stronie i ciekawie preparować dźwięk.

W drugiej części akustycy rozciągają struny, a syntezator gra brudne dźwięki, które świetnie wgryzają się w zastaną rzeczywistość. Krótka faza fake sounds dobrze robi naszej percepcji słuchowej. Trzecia opowieść, to garść pytań i odpowiedzi budowana niemal ćwierćdźwiękami gitary i skrzypiec, bardzo stylowo komentowana niemal szemrającym syntezatorem. W kolejnej części trio rozwija skrzydła i brzmi, jak udana imitacja Spontaneous Music Ensemble. Akustyczne struny budują pajęczynę, a syntezator zaczyna śpiewać. Narrację kreują wyłącznie zdrowe emocje! Czas na krótki finał tego równie krótkiego koncertu – otwiera ją gitara, syntezator podłącza się niskimi frazami, a skrzypce gaworzą na stronie. Znów kilka fraz realizowanych w podgrupach, równie udane preparacje gitary, wreszcie zmysłowe gaszenie płomienia narracji, nie bez kolejnych subtelności ze strony syntezatora.



 

Sverdrup Balance  Arcturus (FMR Records, CD 2020)

Wskazane w tytule trio słuchaliśmy całkiem niedawno, przy okazji jego poprzedniej płyty. Sverdrup Balance, to Jean-Michel Van Schouwburg – głos, Yoko Miura – fortepian i melodeon oraz Lawrence Casserley - signal processing instrument. Tym razem Belg, Japonka i Anglik prezentują nam zwarty raport dźwiękowy z trasy koncertowej, jaką odbyli jesienią 2019 roku w Belgii (Leuven), we Włoszech (Genua) i Anglii (Londyn). Fragmenty trzech, swobodnie improwizowanych koncertów znajdujemy na płycie wymieszane pod względem chronologii, podane w ośmiu odcinkach, ciekawie ułożonych pod względem dramaturgicznym i trwających łącznie 58 i pół minuty.

Międzynarodowe trio spersonalizowane w preambule recenzji zaprasza nas na spektakl teatru nieoczywistości i permanentnych zaskoczeń. Każdy z muzyków przynosi na scenę ogrom pomysłów, dużo kreatywności, szczyptę brawury i pełne prawo do popełniania błędów. I dodajmy od razu – każdy z nich korzysta z tego arsenału bez skrupułów. Muzykom wszakże trzeba oddać, co boskie – ich możliwości generowania dźwięków zdają się nie mieć granic (zwłaszcza wokal!), ich umiejętności budowania ekspresyjnych szczytów narracyjnych, a zwłaszcza ich gaszenia budzi nasz nieskrępowany podziw. Jeśli w tym tyglu zdarzeń coś mielibyśmy muzykom wytknąć, to na pewno czas trwania płyty. Definitywnie potwierdzamy, iż swobodna improwizacja najlepiej broni się w obrębie niepełnych trzech kwadransów! Nie czas wskazywać tu na fragmenty nieco słabsze (po prawdzie najbardziej podoba nam się utwór … najdłuższy), ale jeśli już, to zauważmy, iż improwizacja w drugiej części płyty zbyt często kreowana jest przez rytm piana, który chwilami sprawia wrażenia produktu zastępczego, pomysłu, który kryje mielizny narracji. Ale dość tych ambiwalencji, zdecydowanie wskażmy na najlepsze fragmenty tej koncertowej epopei.

Wspominany już najdłuższy fragment płyty, czwartą improwizację zaczyna ambient Casserleya, który plami minimalistyczne piano Miury i wokalne kołysanki Van Schouwburga. Muzycy instynktownie budują bardzo mroczną atmosferę. Głos nie stawia tu na wirtuozerię i eksperymenty, ale buduje klimat. Piano znaczy teren rytmem (nomen omen!), ale akurat czyni to w najlepszym z możliwych momentów. Narracja nabiera meta bluesowego posmaku, na tle którego wybudza się dziki kot wokalistyki! Wyjątkowo efektowna eksplozja Van Schouwburga kończy swe życie w oparach minimalizmu. W kolejnej części znów wokalista wiedzie prym. Najpierw kracze jak wrona, potem odmienia głoskę k przez wszystkie przypadki. Swoje robi tu masywne piano, ale najlepiej wypadają strzępy głosu, wplątanego w elektronikę. Po stronie ewidentnych plusów zapisujemy też krótką etiudę zapisana pod numerem siódmym. Narracja tkana z drobiazgów, bystrze skonstruowana, a na koniec przyozdobiona elektroakustycznymi fajerwerkami.

 


Rdza  Panopticum (Muzyka z Mózgu, CD 2021)

Czas na zapowiadany akcent krajowy - damsko-męski kwartet pod szyldem Rdza, który znamy już ze smakowitej płyty Yass Improvisation, poczynionej jednak w dużo większym składzie. Rdza, zredukowana do czterech muzyków, ciągle zmysłowo improwizuje, wszakże w tej wersji dużo czerpie ze współczesnej kameralistyki (silny wpływ strony damskiej) i jednocześnie nie krępuje się sięgać do skarbnicy post-jazzowych grepsów (tu prym wiedzie pierwiastek męski, zwłaszcza kontrabasista, który rzadko sięga po smyczek). Jesień ubiegłego roku, Pałac Stary w Ostromecku i czwórka muzyków: Martyna Liliana Kabulska – skrzypce, Anna Jędrzejewska – fortepiany, Jacek Buhl - perkusja i perkusjonalia oraz Jarosław Majewski – kontrabas, przy okazji facet, któremu do nazwy Rdza jest zdecydowanie najbliżej. Na płycie dostajemy dziesięć improwizacji, które trwają 47 minut z sekundami.

Artyści zaczynają swoją podróż sięgając po akcenty jazzowe, które zdają się jednak prowadzić narrację w rejony bardziej kameralne. Rodzaj zwinnego, akustycznego rozgardiaszu, który łapie ciekawą, dalece niekameralną dynamikę. Sekcja czuje tu swing, piano zna całą historię klasyki, a skrzypce zdolne są wejść w ten tygiel emocji każdymi drzwiami. Druga część zapomina o małym strunowcu i proponuje jazzową przebieżkę w trio. Świetna robotę czyni tu drummer, choćby bystrze preparuje dźwięk talerzy. Trzecia część staje w opozycji do poprzedniczki – akustyczny ambient, przepełniony minimalistycznymi akcjami szukającymi abstrakcyjnej ciszy. Czwarty epizod zostaje oddany wyłącznie w kobiece ręce i być może jest momentem najwyższej jakości. Piano koncentruje się na budowaniu meta rytmu i powtarzalności, skrzypce brną w kameralną, molekularną narrację. Całość zdaje się być wyjątkowo udaną wariacją na temat Different Trains Steve’a Reicha. Kolejna opowieść też tapla się w wyzwolonej kameralistyce, choć realizowana jest już pełnym kwartetem.

Szósta improwizacja budowana jest urywanymi, wystudzonymi frazami. Na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek, ale po nabraniu dynamiki muzyk wraca do swojego ulubionego pizzicato. Kolejną część otwierają kobiety, które kreują piękny chamber na zaciągniętym ręcznym. Panowie są konsekwentni – lub… spoglądają w kierunku post-jazzu. W ósmej części pióro recenzenta aż drży z emocji, taki dobry to moment Panopticum. Drobne preparacje, oddech ciszy, minimal piano i mikro drumming. Zdaje się, że słyszymy dwa smyczki! Dziewiątka stawia nas jednak do pionu. Dynamiczny, męski free jazz z podkręconymi potencjometrami. Panie nie mają z tym najmniejszych problemów! Wreszcie finał, kolejna perełka w rdzawej kolekcji – szemrzące perkusjonalia, delikatnie szarpane struny kontrabasu, niemal bezdźwięczne preparacje skrzypiec, no i piano, przybywające z dalekiego kosmosu. Rezonujący, atrakcyjny, niemal ambientowy chamber, niczym spacer we mgle, u progu złotej, delikatnie rdzawej jesieni.

 


Marcel·lí Bayer  La Filatura (bandcamp’ self-release, DL 2021)

Na finał dzisiejszej jazzowej zbiorówki, ciepły, chill-outowy saksofon (altowy lub barytonowy), umieszczony w dużej, opuszczonej hali fabrycznej, z sufitu której nieustannie kapie woda. Muzyk jest jeden, Marcel·lí Bayer, ale saksofonów całe mnóstwo – od jednego do czterech, w zależności od utworu. Osiem improwizacji (zapewne szczegółowo zaplanowanych), trwających mniej więcej dwa kwadranse. Nagranie z lata ubiegłego roku, zapewne z Katalonii.

Na początek Bayer proponuje nam trzy wątki saksofonowe, głównie altowe. Dwa dęciaki posadowione na flankach grają jeden rytm, a ten środkowy zdaje się być silnie pogrążony w zadumie. Dźwięki pracują w niesamowitej przestrzeni, a pogłos jest cudownie naturalny. W drugiej części saksofon barytonowy bawi się w slow dance, a wtórujące mu inne saksofony płyną jeszcze cieplejszym strumieniem. W kolejnej części baryton rytmicznie podryguje, a reszta instrumentów szuka melodii w głuchej poświacie fabryki. Zaraz potem mamy jakby powtórkę sytuacji, choć brzmienie saksofonów zdaje się być już bliźniacze, klejone pogłosem.

Piąty epizod zapisujemy zdecydowanie po stronie atutów płyty. W grze uczestniczą trzy barytony, które budują wyjątkowo molową narrację. Zmysłowe dark reeds in slow motion. W szóstej części występuje tylko jeden baryton i śpiewa jeszcze smutniejszą piosenkę. Siódma improwizacja, i znów kciuk recenzenta zostaje uniesiony ku górze! Barytony budują drony, ale pojawiają się na scenie jeden po drugim, bystrze stopniując napięcie. Na finał Bayer proponuje nam melodyjny temat, do wykonania którego potrzebuje aż czterech saksofonów. Smukła ballada z ostatnią łzą.

 


piątek, 5 marca 2021

Magliocchi, Northover and Van Schouwburg in the neverending spiral of free improvisations!


Uważni Czytelnicy Trybuny być może zauważyli, iż jednym ze stałych motywów publikowanych tu tekstów jest poszukiwanie we współczesnej muzyce śladów inspiracji dokonaniami najważniejszej formacji swobodnej improwizacji, jaką była Spontaneous Music Ensemble – muzyczna idea kreowana przez prawie 30 lat przez Johna Stevensa, a na początku tej drogi, także przez m.in. Trevora Wattsa i Paula Rutherforda.

Jeśli którejkolwiek ze współczesnych formacji gatunku możemy przypisać najwięcej artystycznych powinowactw z SME, to jest nią – te słowa też padły już w tym miejscu – brytyjsko-włoski The Runcible Quintet. Faktów uzasadniających ową tezę szukajcie na płytach, jakie ma w dorobku ów ansambl, a jakie zostały – co oczywiste – z gromkim entuzjazmem omówione na tych łamach przez Pana Redaktora.

Czasy wiecznej cholery, jakiej doświadczamy od roku, sprawiają, iż wspólne granie – zwłaszcza dla formacji, której muzycy nie mieszkają na jednej ulicy – zaczyna stanowić problem, nie tylko w wymiarze koncertowym. Tak właśnie stało się z The Runcible Quintet. Przybywający w trakcie pandemii wyłącznie w rodzinnych stronach włoski perkusjonalista Marcello Magliocchi nie może muzykować z pozostałymi członkami grupy, którzy na ogół funkcjonują w obrębie aglomeracji londyńskiej. Zatem nie dziwi nas zupełnie fakt, iż ci ostatni postanowili zagrać koncert jako The Runcible Quartet, a wyimprowizowany utwór nazwali One (For Marcello Magliocchi).

Za moment dowiemy się, jak przebiegła owa improwizacja, a zaraz potem ów skromny koncert stanie się pretekstem do omówienia kilku frapujących płyt muzyków związanych z The Runcible Quintet, a także belgijskiego wokalisty, wydawcy, autora jednego z najciekawszych blogów o muzyce improwizowanej Orynx, Jean-Michela Van Schouwburga, który z muzykami tworzącymi The Runcible grywa regularnie i równie często o nich pisze! Przed nami osiem płyt wydanych w trakcie ostatnich kilkunastu miesięcy i prawdziwa pajęczyna powiązań personalnych!

 


The Runcible Quartet  One (For Marcello Magliocchi) (self-released, DL 2021)

Naszą dzisiejszą marszrutę zaczynamy w Londynie, w klubie Iklectik, gdzie improwizację dedykowaną nieobecnemu Marcello Magliocchiemu grają: John Edwards (kontrabas), Neil Metcalfe (flet), Daniel Thompson (gitara akustyczna) oraz Adrian Northover (saksofon sopranowy). Nagranie z grudnia ubiegłego roku, składa się z jednego, niespełna 27-minutowego traku.

Koncert (być może bez oklasków) otwiera kontrabas, szarpany za struny i traktowany smyczkiem. Obok oddycha saksofon i cała przestrzeń klubowa (tu chyba nieco większa niż zwykle). Pierwsze frazy gitary są czyste i zalotne, to samo można powiedzieć o flecie. Kwartet kreuje całkiem gęstą (ale lekką!), niezwykle swobodną, ekstremalnie kolektywną narrację. Od czasu do czasu zmysł dramaturgiczny smyczka ciągnie opowieść intensywnie ku górze, by za chwilę upuścić ją na samo dno. Raz za razem mamy tu krótkie ekspozycje duetowe – najpierw flet i saksofon, potem gitara i kontrabas, niepozbawione komentarzy akompaniatorów. Kwartet w spokojniejszych frazach pachnie zmysłowym chamber, gdy zaś krótkotrwale stawia na dynamikę, też nie szuka jazzowych grepsów, nawet w sytuacji, gdy flow ciągnie ciepłe pizzicato kontrabasu.

Opisując ten krótki koncert można niemal bez przerwy wskazywać na małe, akustyczne perełki. W 12 minucie natrafiamy na intrygujący moment w estetyce dark chamber, zaraz po nim efektowny peak sopranu na tle basu i gitary, wreszcie flet, który energicznie wpada w ów tygiel zdarzeń i plecie cuda z dźwiękowych drobiazgów. Gdy na moment milknie kontrabas, pozostała trójka zaczyna śpiewać po ptasiemu z dziką radością i swobodą. Po koniec drugiej dziesiątki minut mamy nawet w pełni solowy incydent saksofonu, który oddycha mrocznym echem. Opowieść toczy się już do końca z pewną konwencją – dęciaki śpiewają, a strunowce szukają kantów i bardziej zadziornych fraz. Po małym wzniesieniu, na zakończenie mamy już wielkie rozlewisko wyłącznie pięknych dźwięków, gdzie flet brzmi jak sopran, a sopran brzmi … jak flet. Kontrabas ostatni raz próbuje jeszcze zasiać dramaturgiczny ferment, ale instrumenty dęte zdają się być już zbyt rozmarzone. A na finał … jednak oklaski!

 


Magliocchi/ Bohman/ Northover  Föhn (self-released, DL/CD-r 2020)

Sporo już powiedzieliśmy o Marcello Magliocchim, czas zatem na płytę z jego udziałem. Proponujemy trio bez nazwy własnej, w ramach którego Włoch, poza standardowym zestawem perkusyjnym, będzie używał rozbudowanego akcesorium perkusjonalnego, a także czegoś, co sam nazwał sounding sculptures made by A.Dami. Towarzyszą mu: Adam Bohman – głos i obiekty preparowane (niewykluczone, że okazjonalnie podłączone do prądu) oraz Adrian Northover – saksofony oraz akcesoria wydające dźwięki syntetyczne, tu nazwane theremin i wasp synthesizer. Nagranie studyjne z Londynu (rok nieznany) składa się z piętnastu części, które trwają 48 minut i kilka sekund.

Płyta, to pięć nieco dłuższych improwizacji i dziesięć miniatur, które trwają czasami mniej niż dwie minuty. Mimo tak dużego poszatkowania materiału dźwiękowego, całe nagranie ma swój definitywny ład dramaturgiczny. Pierwsze dwa fragmenty, to typowe utwory otwarcia, które pokazują całe spektrum możliwości muzyków i bogatego arsenału dźwiękowych środków wyrazu. Utwory od trzeciego do ósmego (z małym wyjątkiem) zdominowane są przez incydenty elektroakustyczne, głos i mnóstwo preparowanych dźwięków, niekiedy zupełnie ze świata fake sounds. Począwszy od improwizacji numer dziewięć muzycy zapraszają nas do świata medytujących, akustycznych fraz saksofonu i perkusjonalii, który zdobią elektroakustyczne ornamenty. Nie trzeba być specjalnym znawcą preferencji redakcji, by domyśleć się, że ostatnia część płyty podoba się nam zdecydowanie bardziej niż wcześniejsze, także bardzo udane, próby wielowymiarowej improwizacji na dziesiątki tajemniczych i nie do końca rozpoznawalnych dźwięków.

W pierwszej improwizacji szczególnie podoba nam się saksofon sopranowy, który wije się jak wąż pomiędzy brzmieniem percussion, a elektroakustyką obiektów, przywołując w pamięci minimalistyczne frazy Trevora Wattsa ze wspaniałych czasów SME. W trzeciej improwizacji pojawia się recytujący głos oraz plejada dźwięków elektroakustycznych, których dominacja nie podlega dyskusji. Wiele akcji wszakże cieszy ucho, zwłaszcza skutecznych prób zaistnienia w tym tyglu zdarzeń saksofonu. Dużo dobrego nieoczywistymi pomysłami wnosi Magliocchi, który gongami i rezonującymi talerzami sieje sporo dramaturgicznego fermentu. Piąta improwizacja, wbrew trendowi, jaki zarysowaliśmy wcześniej, stawia na perkusjonalia i ciepły saksofon. Ale to tylko pozór, bo w kolejnej części słyszymy już syntezator i całe morze intrygujących fake sounds. W ósmej odsłonie do głosu dochodzi saksofon, który wystudza elektroakustykę i podprowadza nas pod zasadniczą część płyty. W kolejnych utworach artyści tłumią dynamikę, szukają głębi i pogłosu, medytują, a ich improwizacje stają się coraz dłuższe. Coraz więcej dobrego dostarcza saksofon, który co rusz stawia stemple jakości. W najdłuższej, czternastej części podekscytowany dęciak dostaje się w mroczny, elektroniczny tunel, który zaskakująco udanie podkreśla doskonałą robotę Northovera. Finał stawia na rezonans i spokojniejsze frazy. Brzmią ceremonialne gongi, jest małe expose na bongosach, wreszcie precyzyjne gaszenie płomienia narracji przez wszystkich muzyków. Za ostatnie frazy, ale także za całość - gromkie brawa!

 


The Bellowing Earwigs  The Perpendicular Giraffe Compartment (FMR, CD 2020)

Adrian Northover ciągle jest z nami (saksofon, ale incydentalnie także mbira i melodica), podobnie Adam Bohman (obiekty amplifikowane), a dołączają do nich: powracający w dzisiejszym zestawieniu - Daniel Thompson (gitara akustyczna) oraz anonsowany w preambule tego tekstu - Jean-Michel Van Schouwburg (głos). Na płycie słyszymy studyjną rejestrację z roku 2015, która składa się z siedmiu improwizacji, a trwa niespełna trzy kwadranse.

Zapraszamy na spektakl akustycznego (choć chwilami amplifikowanego), post-industrialnego tygla niemal wyłącznie ekscytujących dźwięków! Szumiąca tuba saksofonu, która szuka tajemniczych, preparowanych fraz, głos, który jęczy, gada, szemra, gdacze i strzela post-operowymi salwami do samego nieba, nieustannie pętląca się gitara, pełna uroku, ale i dramaturgicznych kantów, wreszcie tajemnicze obiekty, które wypełniają każdą wolną przestrzeń narracji - ciasnej, gęsto usianej dźwiękami, ale lekkiej, frywolnej, pozbawionej niskich rejestrów, niemal ulotnej improwizacji. Muzycy chętnie wchodzą tu w interakcje duetowe (Thompson i Northover, co rusz stawiają stemple wyjątkowej jakości, jak choćby w drugiej i czwartej części), czasami wszystkie żywe dźwięki zdają się topić w elektroakustycznej poświacie obiektów (jak w części piątej), innym razem – działając bardziej separatywnie, brną po złote runo, często stymulowani dynamiką i ekspresją wokalisty. Ten ostatni przypomina rannego tygrysa w opuszczonym lunaparku - zdolny jest wydać każdy dźwięk, który sprawi, że partnerzy skoczą w ogień jego temperamentu.

Najdłuższa, czwarta improwizacja niesie ze sobą ocean preparowanych dźwięków, mnóstwo nieodgadnionych fake sounds i głos, który tańczy niczym zagubiony śpiewak operowy na silnych opiatach. Ten ostatni wiedzie tu prym, a gdy na chwilę odpuszcza, urokliwe wgryza się w poszarpane frazy kolegów. Na finał tej smakowitości wszyscy artyści zdają się śpiewać jednym głosem. Jeszcze bardziej urokliwa jest szósta improwizacja. Zaczyna ją burczenie wokalisty i oddechy wyjątkowo suchej tuby. Obok napięte do granic wytrzymałości struny gitary i szemrzące obiekty. Narracja kołysze się na wietrze i co chwilę wybucha akustycznymi fajerwerkami. Gitara lepi się z amplifikacjami obiektów, a wokalista zaczyna gdakać, jak Kaczor Donald, czym stymuluje dynamikę całej ekspozycji. W ostatniej części, nim wszyscy muzycy zlepią się w akustyczny, jakże kolektywny dron, cichy bohater ostatnich trzech kwadransów, Van Schouwburg brzmi jak kolejny, amplifikowany obiekt. What a fake one!

 


 

Gouvea/ Northover/ Mattos  Cajula (FMR, CD 2020)

Kontynuujemy odsłuch muzycznych szaleństw z udziałem Adriana Northovera! Tym razem trio ze znaczącymi muzykami sceny londyńskiej, choć pochodzącymi z dalekiego świata. A zatem, obok Adriana (tu: saksofon altowy i sopranowy) - Marilza Gouvea (głos) i Marcio Mattos (wiolonczela i elektronika). Na płycie Cajula odnajdujemy dwie rejestracje – studyjną z maja 2019 roku (utwory 1-2) oraz koncertową z października tegoż roku (Iklectic, utwory 3-5). Całość swobodnych improwizacji tria potrwa blisko 48 minut.

W części studyjnej narracja budowana jest na ogół przez smyczek wiolonczeli, kobiecy, zalotny, równie lubieżny, jak zabawny głos i dość wysoko zawieszony tembr saksofonu sopranowego. Ważną tu postacią jawi się wokalistka, której frazy efektownie kleją się zarówno do dźwięków strunowca, jak i lekkich podmuchów dęciaka. Marilza chwilami gwiżdże, brzmi niczym bazyliszek, świetnie łączy recytacje z preparowaniem własnego głosu, a w drugiej części wydaje dźwięki przypominające perkusjonalne przeszkadzajki i piszczałki (jeśli, to tylko jej głos, padamy na kolana!). Opowieść tria, to rodzaj rozhuśtanej, bardzo swobodnie improwizowanej kameralistyki, świetnie skomunikowanej, koherentnej i tworzonej nad wyraz kolektywnie. Muzycy zdają się płynąć chwilami dość separatywnymi strumieniami, ale wszystko dobrze tu do siebie pasuje, dramaturgicznie trybi i niesie nam wyłącznie udane wrażenia słuchowe. Doskonale radzą sobie w sytuacjach stabilnych pod względem dynamiki, a gdy uderzają w dzwony ekspresji, efekt jest równie wartościowy.

Część koncertowa, dłuższa, z jedną z ekspozycji, która trwa prawie 21 minut, do wskazanych wyżej zjawisk dokłada elektronikę, która sączy się spod gryfu wiolonczeli lub działa całkowicie od instrumentu niezależnie. Efekty pracy Mattosa są w przeważającej części bardzo udane i może jedynie środkowa część owej najdłuższej improwizacji zdaje się być nieco przeładowana dźwiękami syntetycznymi. Trzecia część płyty, a pierwsza koncertu, wydaje się być nad wyraz zjawiskowa – osnuta onirycznym ambientem, budowanym przez delikatnie amplifikowane cello, kształtuje narrację w formę wzajemnie przenikających się dronów. Równie błyskotliwe jest pierwsze dziesięć minut owej najdłuższej części. Instrument Mattosa brzmi potężnie, niczym kontrabas, a głos i saksofon, delikatnie skąpane w elektronice, płyną drobnymi, zadziornymi i niezwykle urokliwymi frazami, godnymi zarówno historii SME, jak i współczesności The Runcible Quintet! Szczególnie piękny jest moment, gdy głos i dęciak imitują się wzajemnie. Ostatnia improwizacja, to rodzaj zgrabnego i krótkiego encore. Mattos gra pizzicato, Gouvea gwiżdże, a Northover szumi. Mrok tajemnicy, oniryczna aura suspensu i post-elektroniczne mgławice budują flow, który nabiera z czasem dynamiki i udanie podsumowuje tę wyśmienitą płytę.

 


Magliocchi/ Metcalfe/ Wacrenier  Ritual For Expansion (LFDS Records, CD 2020)

Dajemy odpocząć Adrianowi, a na naszą recenzencką scenę zapraszamy ponownie Marcello Magliocchiego (tym razem zagra tylko na perkusji). W jakże zgrabnym trio bez nazwy własnej towarzyszyć mu będzie weteran sceny free improv, który grywał z SME (!), zaś od zawsze jest członkiem The Runcible Quintet – flecista Neil Metcalfe. Skład domyka pianista Paul Wacrenier (także używający mbiry). Nagranie koncertowe z września 2018 roku (Chilly Jazz Congress, Austria) jest nieprzerwanym strumieniem dźwięków, ale dla wygody słuchaczy zostało podzielone na pięć części. Zapraszamy na improwizowany spektakl, wyjątkowo silnie (jak na klimaty dzisiejszej opowieści) osadzony w open jazzowej stylistyce. Całość trwa niespełna 40 minut.

Zgodnie z anonsem otwarcie koncertu stawia na swobodny, jazzowy feeling. Inteligentny, lekki drumming, skory do dramaturgicznych intryg flet i nieskomplikowane dźwięki piana wprost z czarnych i białych klawiszy. Dość szybko muzycy pokazują nam, iż dramaturgiczny zwrot ku estetyce contemporary/ chamber (tu z echem talerzy) może być ich dużym atutem. W tej części nagrania podkreślmy także piękne expo fletu na tle ambientu perkusjonalii. Narracja toczy się bardzo zwinnie, raz za razem przejawia skłonności ku eskalacjom (piano!), ale także bystrze szuka ciszy i przestrzeni na kreatywny rezonans, trochę małych gierek w podgrupach, tudzież minimalistyczne pasaże czarnych klawiszy. Jeśli opowieść chyli się ku jazzowym frazom, to na ogół zasługa pianisty, jeśli brnie w bardziej abstrakcyjne formy, to robota drummera i flecisty, który w tym gronie zdaje się być szczególnie multigatunkowy. Zupełnie przy okazji zwróćmy uwagę, iż trzeci odcinek pięknie gaśnie przy odgłosach … tancerek, stukocie ich butów i oddechach (wedle opisu płyty były one częścią spektaklu).

Wejście w czwartą część koncertu akcentuje nade wszystko Metcalfe. Jego flet rodzi się z post-akustycznej pożogi niczym błysk porannego słońca. Do gry po raz pierwszy wchodzi zmysłowa mbira, która kreuje nieco oniryczny nastrój, a szum perkusyjnych błyskotek dopełnia obrazu całości. W finałową część koncertu znów wchodzimy pod batutą fletu, który delikatnie preparuje dźwięk. Przez niemal trzy minuty prowadzi intrygujący dialog z perkusją. Powrót piana wyprowadza koncert na ostatnią prostą. Rośnie nowy jazz, którego bystra dynamika eskaluje potok dźwięków. Flet po zaczerpnięciu oddechu inteligentnie włącza się w ów tygiel emocji. Swawolne kind of acoustic power trio zwinnie dobiega do kończących spektakl burzliwych oklasków.

 


876 Trio  Boost Off (FMR, CD 2020)

Prezentowane tu cyfrowe trio tworzą: Matthias Boss (skrzypce), Marcello Magliocchi (instrumenty perkusyjne) oraz Jean-Michel Van Schouwburg (głos). W kolekcji nagrań koncertowych, powstałych w latach 2014-2016 (Włochy, Austria), muzyków bazowych wspierają w charakterze gości: Roberto Del Piano (bas elektryczny, wbrew opisowi płyty jedynie w utworze drugim) oraz Jean Demey (kontrabas, w utworze piątym). Płyta składa się z czterech krótkich improwizacji i tej piątej, najdłuższej, która stanowi pełny zapis trwającego blisko trzy kwadranse koncertu (który de facto ma swoje trzy podczęści). Reasumując – zapraszamy na niemal pełną godzinę zegarową bystrej, chwilami niezwykle efektownej, nad wyraz swobodnej improwizacji.

Jak już wspomnieliśmy, pierwsze cztery utwory na płycie, to stosunkowo krótkie improwizacje, być może nawet fragmenty dłużnych ekspozycji dźwiękowych. Pierwsza, to w zasadzie duet chroboczącego gardła wokalisty i przedmiotów tańczących na werblu. W drugiej muzycy stawiają na emocje i dynamikę, chwilami wręcz ocierają się o free jazz. Pojawia się elektryczny bas, który jednak częściej zdobi narrację łagodnymi slajsami niż buduje bazę rytmiczną. Narracja toczy się wartko, a szczególną jakość dają imitacyjne zagrywki głosu i skrzypiec. Kolejny, wyjątkowo krótki epizod, to niemal wyłącznie popis Jean-Michela, który płynie na poły melodyjnym, post-operowym tembrem wprost w ramiona skrzypiec i lśniących perkusjonalii. Z kolei odcinek czwarty stawia na drobiazgi, mikro frazy, skromny rezonans talerzy, strun i oddechu wokalisty. Tak tutaj, jak i we wszystkich poprzednich częściach, mający dużo swobody Van Schouwburg, co rusz sieje dramaturgiczny ferment, a jego możliwości głosowe zdają się nie mieć kresu.

Także i jego uznać możemy za wiodącą postać koncertu poczynionego w kwartecie. Zaczyna go solowym potokiem dźwięków, który moglibyśmy nazwać umownie bardzo efektowną fonicznie odmianą głoski ż przez przypadki. Do dotychczasowej formuły tria dużo dobrego wnosi kontrabas, czasami ciepły i spolegliwy, innym razem siejący grozę i szefujący rozwojem sytuacji scenicznej, prawie wyłącznie traktowany przez muzyka smyczkiem. Opowieść śmiało możemy sytuować w estetyce free chamber. Muzycy świetnie na siebie reagują, ciągle coś zmieniają w swojej grze i w obrazie całej improwizacji. Dobrze tłumią emocje, jeszcze lepiej nimi eksplodują. Snują niekończące się pętle, pełne kreatywności. No i głos wokalisty - ciągle w kontrze, wciąż prowokujący do aktywności, bardzo często wyznaczający kierunek improwizacji. Koncert po części zasadniczej, trwającej ponad 27 minut, ma jeszcze dwie dogrywki. Każdą z nich rozpoczyna Van Schouwburg. Najpierw cudownie sepleni po francusku, gada, opowiada historię, pastwi się nad pojedynczymi głoskami i słowami. W otwarciu ostatniej części koncertu sprawia wrażenie, jakby grał na grzebieniu. Po chwili zdajemy sobie sprawę, że to jednak tylko głos. Brzmi elektroakustycznie – filigranowa, niemal beat-boxowa ekspozycja, dźwięki wydawane samymi wargami. Brawo!

 


Sverdrup Balance  Isla Decepción (FMR, CD 2019) *)

Nie pozostaje nam nic innego, jak kontynuować spotkanie z magicznymi sztuczkami Jean-Michela Van Schouwburga. Tym razem trio z nazwą własną, w którym odnajdujemy kolejnego weterana brytyjskiego free impro, mistrza kabli i syntetycznych incydentów dźwiękowych – Lawrence’a Casserleya, tu pracującego przy pomocy signal processing instrument. Składu tria dopełnia pianistka Yoko Miura (także używająca melodeonu oraz toy piano). Dwa nagrania z tego samego dnia (!), z końca października 2018 roku (Bruksela) – pierwsza i ostatnia improwizacja zarejestrowana w trakcie koncertu, cały zaś środek płyty, to efekt spotkania studyjnego. Łącznie ponad 58 minut.

Delikatne, chwilami minimalistyczne, czasami klasycyzujące piano, elektronika, która zdaje się żyć własnym życiem, ale tak często wchodzi w interakcje z żywymi dźwiękami, iż wielokrotnie mamy wrażenie, że także live processing jest tu jedną z aktywności Anglika, wreszcie głos, doprawdy jedyny w swoim rodzaju – syntetycznie brzmiący beat-box (to już znamy z poprzedniej płyty!), rozmowy z samym sobą, końskie rżenie i kacze gdakanie, przedrzeźnianie instrumentów (ale także własnych fraz), syczenie, bulgotanie, podśpiewywanie i bolesne pojękiwanie – one man, one throat orchestra! Do tego artystyczna bezczelność, zgoda na brawurę, ale i całkowity brak złych pomysłów i decyzji na scenie!

Pierwsza improwizacja budowana jest na zasadzie dychotomii – minimal piano and electronic, maximalism of voice! Świetną robotę teraz, i w trakcie całego nagrania, czyni tu Casserley – wiecznie mąci spokój ekspozycji piana, wgryza się w gęstwinę wokalistyki, komentuje wszystko, niczym satyryk w dobrym teatrze, dba także o dramaturgię całości - prawdziwy cerber dobrego smaku i mistrz ceremoniału improwizacji. Narracja toczy się od ambientowych, onirycznych plam, po salwy ekspresji, kontrapunktowane stemplami post-contemporary piana i meta operowymi grepsami głosu. Druga opowieść pokazuje, iż nawet tak wątłe instrumentarium jest w stanie płynąć na dużej dynamice i nieźle hałasować, po czym bardzo efektownie stopować i plątać się w ciszy. Czwarta część wydaje się dość nerwowa, pełna niepokoju, piąta znów stawia na minimalizm, szósta zaś przyobleka zdecydowanie ciemne barwy. Ósma część, to kolejna perełka od Jean-Michela – muzyk szumi i gwiżdże na tle ambientu post-piana i szelestu szorstkich kabli. Ostatnia część płyty dodaje do obrazu całości kilka stempli elektronicznych usterek, twarde piano i nucący przy goleniu głos. Być może jest odrobinę za długa, ale w końcu, jak tu wszyscy jesteśmy, w czasach pandemii mamy nad wyraz dużo czasu na słuchanie dobrej muzyki!



Spime  Spime 2019: Cosmic and Spontaneous Gestures (LFDS Records, CD 2020)

Na zakończenie naszej szaleńczej podróży po najnowszych dokonaniach Włocha, Anglika i Belga zapraszamy na wielki finał! Kolektyw improwizatorów Spime funkcjonuje pod szyldem francuskiego wydawcy (może i także francuskiego budżetu), a jednoczy w sobie muzyków z Portugalii, Włoch, Danii i właśnie Francji. W gronie muzyków związanych z tą ciekawą inicjatywą odnajdujemy Marcello Magliocchiego (perkusja), a także kilku innych dobrych znajomych. Nagranie zamieszczone na płycie jest kompilacją wspólnych rejestracji trzynastu muzyków, jakie miały miejsce w trakcie trzech dni marca 2019 roku we Francji. Nim opowiemy o dźwiękach, zaprezentujmy personalia pozostałych dwunastu muzyków tworzących Spime: Jean-Michel Couchet i Mia Dyberg (saksofony altowe), Jonathan Aardestrup (kontrabas), Yoram Rosilio (kontrabas, perkusjonalia), Pedro Santo (perkusja), Sandra Giura Longo (flet), Niels Mestre (gitara elektryczna), Paulo Chagas (obój, saksofon sopranowy, flet), François Mellan (sousaphone), Carlo Mascolo (puzon), Jerôme Fouquet i Nicolas Souchal (trąbki). Nagranie składa się z szesnastu części (zarówno kompozycji, jak i improwizacji), trwa 52 minuty z sekundami.

Na krążku odnajdujemy zatem naprawdę dużo krótszych i dłuższych epizodów, ale wszystkie one są idealnie sklejone i możemy odnieść wrażenie, że jesteśmy na koncercie, który zdaje się być nieprzerwanym ciągiem dźwiękowym. Cosmic and Spontaneous Gestures, to misternie skonstruowana, bardzo przemyślana i dobrze ustrukturyzowana opowieść. Krótkie, aranżowane interludia i dłuższe, improwizowane fragmenty są tu ogólnie obowiązująca zasadą, acz niestosowaną zbyt rygorystycznie. Mamy zatem też kilka krótkich improwizacji, a także długie kompozycje (choćby na zakończenie płyty). Muzycy w poszczególnych utworach nieustannie się rotują - od duetu, po dziesięcioosobowy skład (innymi słowy – nigdy nie grają razem wszyscy muzycy zaangażowani w trzydniową sesję). Płytę zaczyna sześciosekundowa salwa orkiestry, a zaraz po niej … dwudziestosekundowa kompozycja, która jest jedynie tematem podanym unisono. Potem jakże płynnie przechodzimy do improwizowanych i komponowanych części trwających nieco dłużej. Zwróćmy uwagę na najciekawsze fragmenty tego spektaklu.

Trzecia część, to improwizacja w trio ze świetną ekspozycją puzonu. Piąta, to hard-bopowy rytm grany przez kontrabasistę (także kompozytora), wokół którego toczą się małe, dęte igrzyska, pełne udanych, improwizowanych fraz. Dziewiąta, to open jazzowy kwartet z bardzo śpiewnym motywem, granym na oboju. Jednym z najmocniejszych punktów płyty jest dziesiątka – swobodna improwizacja, początkowo silnie sonorystyczna w posmaku, w dalszej części świetnie wyprowadzona na free jazzowe pole, grana przez septet. Jedenasta część, to wyłącznie głosy, którą bawią się w polityczną retorykę. Czternastka, to zmysłowy duet głosu i perkusjonalii Magliocchiego. Wreszcie ostatnie dwa utwory na płycie – kompozycje, które stanowią zaczyn dla efektownych i błyskotliwych improwizacji. Piętnastka, to znów kwartet z obojem, który skutecznie szuka akcentów kameralistycznych. Sam finał wydawnictwa, to popis tentetu – kolejna kompozycja kontrabasisty, który rysuje ścieżkę, po której podążają wyśmienici soliści, wyposażeni na ogół w instrumenty dęte. Kolektywnie i bardzo ekspresyjnie. Brawo!

 

*) całkiem niedawno trio opublikowało kolejną płytę (już w pełni koncertową), zatytułowaną Arcturus. Zapewne niebawem, i o niej skreślimy kilka słów.