Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomo Jacobson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomo Jacobson. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 marca 2023

The March Round-up: Xenofox! The Tape! Magee! C/W|N! Symbiotic Instruments! |fontAnna|! Sounding Society! Reviriego!


Marzec na tronie, zatem najwyższy czas, by pokazać światu nową zbiorówkę recenzji z naszą ukochaną muzyką improwizowaną!

Dziś na recenzenckiej tapecie osiem płyt, w tym trzy wydane jeszcze w starym roku, a reszta w obecnym. Pośród nich cztery dostępne są na poręcznych płytach kompaktowych, a kolejne cztery na zgrzebnych kasetach magnetofonowych. Fenomen renesansu tego ostatniego nośnika wciąż pozostaje dla redakcji nieodgadniony, ale nie jest to temat dzisiejszej rozprawki.

Naszą tradycyjnie ponadgatunkową podróż zaczniemy w Berlinie, gdzie będzie gęsto i całkiem elektrycznie. Potem czekają nas dwie wizyty w Zjednoczonym Królestwie, bardzo swobodne, niekiedy elektroakustyczne. Powrót do Niemiec, to spotkanie tria dalece międzynarodowego, które skupia się na subtelnościach preparowanej akustyki. W dalszej kolejności krótka wizyta w Kanadzie, w zakładzie ceramicznym i szybki powrót o Europy, który zagwarantują nam dwa albumy po części krajowe (z wątkiem kopenhaskim!), oba fragmentarycznie akustyczne. Marszruta tej zbiorówki dokona swojego żywota w Barcelonie, w zaskakująco elektronicznym wydaniu.

So, welcome to heaven & hell of improvisation! 



 

Xenofox  The Garden Was Empty (Audiosemantics, CD 2023)

Zentrifuge, Berlin, maj 2022: Olaf Rupp – gitara elektryczna oraz Rudi Fischerlehner – perkusja, instrumenty perkusyjne. Pięć improwizacji, 57 i pół minuty.

Doświadczony Niemiec i zaprawiony w bojach Austriak uszyli dla nas gęstą, najeżoną brzmieniowymi i dramaturgicznymi atrakcjami opowieść. Z jednej strony gitarzysta i jego elektryczna maszyna, która buzuje emocjami, sprzężeniami i przepięciami mocy, niekończącymi się plejadami flażoletów, czerpiąca inspiracje z post-rocka, psychodelii i szorstkiego ambientu, ale niestroniąca od drobnych, jazzowych zdobień. Z drugiej strony niebywale kreatywny perkusista, który na każdym etapie rozwoju improwizacji ma tysiące ciekawych pomysłów, a dopiero na samym końcu myśli o budowaniu rytmicznej i linearnej narracji. Pusty Ogród składa się z trzech umiarkowanie rozbudowanych opowieści, które udanie podprowadzają nas pod danie główne, trwające ponad 25 minut. Te ostatnie skomentowane zostaje dość krótkim epizodem przypominającym połamaną balladę udręczonych wędrowców.

Już pierwsza historia dostarcza nam moc wrażeń – tworzą ją kłęby gitarowych sprzężeń, niepozbawionych kwaśnego posmaku i połamane frazy perkusji, która gra całym swoim arsenałem, ale nie ułatwia zadania gitarzyście prostymi rozwiązaniami dramaturgicznymi. Początek drugiej odsłony, to perkusjonalne drobiazgi i post-ambientowe wyziewy gitary. Muzycy zdają się dawkować nam tu emocje, ale i tak pakiet zdarzeń, jakie nam serwują, bywa trudny do ogarnięcia za pierwszym podejściem. Mamy wrażenie, że cała historia improwizowanego rocka zostaje tu przefiltrowana przez kreatywny drumming, którego kierunki działania bywają nieodgadnione. W trzeciej części gitara łyka coraz większe porcje psychodelii, brzmi jakby była rozstrojona, perkusja stoi zaś w miejscu i zagęszcza ścieg narracji. Czwarta, rozbudowana improwizacja ma wiele faz i odcieni. Usiany drobiazgami początek pachnie post-bluesem, potem narracja sprawia wrażenie przednówka całkiem ekspresyjnej, rockowej opowieści. W połowie ekspozycji muzycy zmyślnie gubią tropy i zapraszają nas na oniryczne dywagacje brzmieniowe, pełne metalicznego rezonansu i pytań o kierunek dalszej drogi. Zakończenie tej części albumu syci się niezłą dynamiką, pachnie post-rockiem, ale w jego trakcie brzmienie gitary niespodziewanie łagodnieje. Ostatnią improwizację buduje pewien dysonans. Drummer pracuje tu na niezłej dynamice, z kolei gitarzysta szuka drobnych, zaskakujących formuł brzmieniowych, preparuje i bawi się post-ambientem. W ostatecznym rozrachunku ten pierwszy przyjmuje reguły gry tego drugiego.



Dunning/ Taylor/ Thompson  The Tape (A New Wave Of Jazz, kaseta/DL 2022)

A New Wave Of Jazz Festival, Hundred Years Gallery, Londyn, luty 2020: Graham Dunning – działania elektroakustyczne (turntable, dubplates & spring reverbs), Benedict Taylor – altówka oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Jedna improwizacja, 30 minut bez kilkunastu sekund.

W kategorii brytyjskich improwizatorów średniego pokolenia, The Tape to niemal spotkanie na szczycie! Świetnie nam znani mistrzowie minimalistycznej akustyki, Taylor i Thompson, spotykają tu Dunninga, mistrza nieoczywistych konfiguracji nieakustycznych. Krótkie zwarcie koncertowe mieni się tysiącami barw, ale też po raz kolejny udowadnia, iż prawdziwa nić porozumienia między dźwiękami syntetycznymi i akustycznymi nawiązuje się na poziomie wytłumionych, bliskich ciszy igraszek fonicznych.   

Początkowy strumień narracji formuje się ze szmerów i pojedynczych dźwięków strunowych oraz elektroakustycznej smugi dość już gęstych fonii. Altówka skupia się na drobnych, ale na ogół preparowanych frazach, gitara z kolei swój konceptualny minimalizm wtłacza w ramy zachowań repetytywnych. Po upływie kilku minut pierwsze, dość hałaśliwe fragmenty koncertu urokliwie przepoczwarzają się w subtelne frazowania, którym niezbyt daleko do ciszy. Duża w tym zasługa mistrza syntetyki, który tłuste zwoje szumów zamienia na drobne, usterkowe didaskalia, doposażone w ambientowe tło. Muzycy bez trudu łapią porozumienie i kreują coraz bardziej intrygujące sytuacje sceniczne. W połowie koncertu pojawiają się nowe elementy – struny zgrzytają, elektroakustyka rezonuje, a potem pulsuje. Altówka trwa przy frazach preparowanych, gitara tyka jak zegar ścienny. Z tego oceanu drobiazgów artyści formują narrację, która nie jest pozbawiona znamion rytmu. Akcja zaczyna tu gonić akcję! Altówka idzie w taniec, gitara, choć ma nieco wolniejszy metabolizm, także ochoczo podryguje, a post-elektronika dba o całą resztę. W okolicach 25 minuty flow gaśnie aż do poziomu ciszy. Nowe wątki są teraz wyjątkowo filigranowe, choć maszyneria Dunninga przypominać zaczyna swoje bardziej głośne oblicze, znane z początku koncertu. Zakończenie spektaklu przychodzi wyjątkowe nagle, jakby ktoś przez przypadek zgasił światło.



Massimo Magee  The Contemporary Jazz Clarinet Of Massimo Magee And His Rhythm (Falt, kaseta/DL 2023)

Czas i miejsce akcji nieznane: Massimo Magee – klarnet, feedback mixer. Dwie kompo-improwizacje, 40 minut.

Rezydujący w Londynie Australijczyk należy do grona niezwykle kreatywnych i poszukujących saksofonistów i klarnecistów współczesnej muzyki improwizowanej. Jego działania artystyczne nie koncentrują się jednak na tzw. rozszerzonych technikach wydawania dźwięku, muzyk częściej bowiem zajmuje się twórczą dekonstrukcją dźwięków już wyprodukowanych przez żywy instrument. Czyni tak choćby poprzez stosowanie zaawansowanych metod i narzędzi ich rejestracji, a w przypadku swej najnowszej płyty solowej – poprzez użycie tzw. miksera dźwięków powracających (ponoć słowa feedback nie powinno tłumaczyć się na język polski). Efekt jego pracy jest bardziej niż intrygujący, choć w warstwie fonicznej niekiedy dość wymagający. Ale najlepszy na tym albumie jest sam tytuł. Ciekawe, czy był w stanie wprowadzić kogoś w błąd? Chcielibyśmy zobaczyć minę tego delikwenta!

Pierwsza improwizacja (z pewnością dalece predefiniowana) koncentruje się na klarnetowych pół melodiach, którym towarzyszą elektroakustyczne frazy, z jednej strony przypominające usterkową elektronikę, z drugiej budujące warstwę rytmiczną, którą można przy pewnej dozie tolerancji nazwać mianem drum’n’bass. Żywy instrument sięga tu także po dźwięki mniej oczywiste, kreśli małe drony i delikatnie preparuje, ale osią narracyjną jest ów fikuśny feedback, który zdaje się raz za razem płatać drobne figle. Ta część albumu ma nieco performatywny charakter i częściej sprawia wrażenie eksperymentu. Dużo ciekawiej jest w trakcie drugiej, równie rozbudowanej improwizacji. Tu maszyna feedbackowa bierze na swe barki ciężar prowadzenia narracji. W pierwszej fazie jej frazowanie świetnie koreluje z podmuchami szorstkiego powietrza z tuby klarnetu. Oba źródła dźwięku generują fonie o podobnej intensywności, pracują w podobnym rytmie i sycą się post-industrialną estetyką. Sytuacja dramaturgiczna zmienia się tu dość często. Mamy kolejne wątki usterkowe, a może nawet plądrofonicznie, także garść akcentów rytmicznych, gdy feedback pracuje niczym metronom, a na finał dostajemy się w strugę gęstego noise power electronic.



 

C/W|N  Thirty Nine Fifty Five (Acheulian Handaxe, CD 2022)

MUG, Einstein Kultur, Monachium, wrzesień 2021: Dušica Cajlan – piano preparowane (extended), Georg Wissel – saksofon altowy (augmented) oraz Etienne Nillesen – mały zestaw perkusyjny (extended). Dwie improwizacje, 40 minut.

Po sporej dawce elektryczności i elektroakustyki czas na porcję dźwięków stuprocentowo akustycznych. Do świata subtelnych, wytłumionych, niekiedy ekstremalnie cichych fonii zaprasza nas międzynarodowe trio, które koncertowało onegdaj w stolicy Bawarii. Płyta mieni się masą urokliwych, fantastycznie brzmiących dźwięków, ma świetną dramaturgię (emocje miewają tu naprawdę wysokie wzniesienia!) i nie ma w jej trakcie momentu, w którym recenzent mógłby wyrazić zdanie odrębne. Przepyszne nagranie!

Improwizacja od startu budowana tu jest z drobnych, precyzyjnie konstruowanych fraz. Suche podmuchy z tuby saksofonu, przedmioty szeleszczące na fortepianowych strunach i filigranowy, ale głęboki drumming. Opowieść narasta bardzo powoli, syci się drżeniem strun, dłuższymi frazami dętymi i fikuśnymi rysunkami na glazurze perkusyjnego werbla. Z czasem pianistka częściej korzysta z uroku fortepianowej klawiatury, a w grze drummera pojawia się coś na kształt minimalistycznego rytmu. Narracja raz na kilka minut na swoje drobne wzniesienie, które muzycy pokonują z wyjątkową gracją, po czym wracają do żmudnego kreowania kolejnego wątku. Tuz przed 20 minutą seta zasadniczego efektowne pasaże na niezłej dynamice śle nam pianistka, po czym trio zanurza się w oceanie filigranowych inside sounds. Rozkołysana post-ballada wieńczy ten fragment nagrania. Koncertowe encore trwa tu ponad 10 minut i kreowane jest z jeszcze większą pieczołowitością. Najpierw akcenty percussion z wnętrza fortepianu i werbla, potem saksofonowe oddechy. Artyści w tej części koncertu zdają się być najbliżej ciszy. Potem wpadają w subtelny trans – delikatnie szarpane struny piana, rezonujące śpiewy z werbla i saksofonowe dysze w swobodnych pląsach. Na koniec pianistka powraca na klawiaturę, podczas gdy jej partnerzy budują wieńczące dzieło, pęczniejące drony.



Roxanne Nesbitt/ Ben Brown/ Marielle Groven  Play Symbiotic Instruments (Small Scale Music, kaseta/DL 2023)

Afterlife Studios, Vancouver, kwiecień 2020-maj 2021: Ben Brown – perkusja i ceramiczne perkusjonalia, Roxanne Nesbitt – kontrabas oraz Marielle Groven – fortepian, przedmioty ceramiczne. Siedem utworów (kompozycji własnych), 35 minut z sekundami.

Trójka muzyków z Kanady przygotowała dla nas kompozycje własne, które znajdują dużo przestrzeni dla swobodnych improwizacji, pełnych dźwięków preparowanych i … brzmień ceramicznych. Te ostatnie definitywnie bogacą foniczny wizerunek całości, ale można odnieść wrażenie, że są ważniejsze od ekspresji wykonawczej i typowo muzycznych emocji. Największy wszakże problem z tym nagraniem jest taki, iż pomysłu dramaturgicznego starcza tu na trzy, może cztery utwory. Choć sam początek albumu wiele tu obiecuje.

Artyści pieczołowicie podają temat pierwszego utworu i dość szybko przechodzą do fazy swobodnych improwizacji. Dobrze uformowana melodyka i dynamika nagrania sprzyjają tu konstruowaniu intrygujących, preparowanych fraz ze strony każdego instrumentu. Drugą opowieść otwiera intro perkusyjne, które skrzy się delikatnym brzmieniem obiektów ceramicznych. Na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek, a muzycy snują wystudiowaną, post-jazzową narrację, która nie stroni od kameralnych klimatów. Znów kreują ciekawe brzemienia, ale w tej nieco ilustracyjnej opowieści zdecydowanie brakuje zachowań bardziej ekspresyjnych. Melodyka trzeciej opowieści zdaje się być nieco przesłodzona, ale wiele rekompensuje tu wyjątkowo smakowita faza improwizacji, z dużą ilością rezonujących, post-perkusjonalnych dźwięków. W każdej kolejnej odsłonie albumu dominacja akcji perkusjonalnych (także ze strony piana), bazujących na przedmiotach ceramicznych, stwarza niebanalne sytuacje dramaturgiczne, ale nie implikuje powstawania przemyślanych struktur narracyjnych. Opowieści na ogół bazują tu na zadanej strukturze rytmicznej, chwilami pachnąc wręcz rockową ornamentyką (choćby w utworze szóstym). Ostatnia część płyty, to niemal wyłącznie perkusjonalne zdarzenia, tu wszakże doposażone w intrygujące dźwięki, których źródła pochodzenia nie jesteśmy w stanie do końca rozpoznać.



 

|fontAnna|  Voicollages (Requiem Records, CD 2022)

Prawdopodobnie Bydgoszcz, czas akcji nieznany: Anna Niestatek – głos i kompozycje. Jedenaście utworów, 30 minut.

Oddajemy się na pełne dwa kwadranse we władanie kobiecego głosu, który śpiewa, melorecytuje lub recytuje, pokrzykuje i złorzeczy, szepta nam do ucha tajemnicze słowa, tudzież zabiera swym szamańskim zaśpiewem w podróż, która nie przewiduje drogi powrotnej. Artystka z tych wszystkich wątków plecie nam jedenaście wokalnych kolaży, którymi potrafi wzbudzać doprawdy niebywałe emocje. Bywa, że mówi do nas stonowanym dwugłosem, bywa, że krzyczy anielskim chórem tysiąca gardeł, z których tylko niektóre niosą dobrą nowinę.

Pierwszy głos szepcze, drugi snuje leniwą wokalizę, trzeci gdacze, a czwarty podśpiewuje – wszystko z nabożną niespiesznością łączy się tu w wielogłos inicjacyjny, z którego wykluwa się śpiew z tekstem przypominający mniej mroczne nagrania Dead Can Dance. Zaraz potem folkowy loop szyje dramaturgię, a towarzyszące mu głosy nerwowo pokrzykują lub cedzą słowa. W trzeciej odsłonie zalotny wielogłos, początkowo zatopiony w ciepłej mgle, wpada w kompulsywny taniec z dużą porcją melodii i frywolności. W czwartej jawi się nam prawdziwie arabski epizod – to dwugłos o matowym, zabrudzonym tembrze. W piątym opowiadaniu zgrabnie sklecony wielogłos startuje z samego dna świata, chce sięgnąć iluzorycznego nieba, ostatecznie przypomina jednak senne koszmary. W szóstym z kolei toniemy w mrocznych szeptach gromady pielgrzymów modlących się o deszcz. Siódma część wydaje się bardzo fizyczna, przypomina oddech w trakcie testu wysyłkowego, który szczęśliwie łapie folkowy rytm i eksploduje wyrafinowaną ekspresją. Ósmy epizod zdaje się być wyłącznie werbalny – krzyki, mroczne słowa i mglista poświata kreślą tu rytuał zapomnienia. W kolejnych częściach czeka nas dramaturgiczny kontrapunkt – na kilka chwil przenosimy się na targ rybny w Stambule, a zaraz potem zanurzamy po czubek nosa w kolejnym sezonie Twin Peaks. Ostatni odcinek podróży pokonujemy w dużym skupieniu. To rodzaj modlitwy, a może poranne przekomarzania z ukochaną osobą - wszystko rozpływa się tu w onirycznej mgle.



Sounding Society  Homecoming Medley or Society Into Sound (Gotta Let It Out, CD 2023)

AliceCPH, Kopenhaga, kwiecień 2021: Tomo Jacobson – kontrabas, midi ribbon, gypsy rose, Rasmus Kjær Larsen – melotron, nord lead, Ylenia Fiorini - gongi, inne uzdrawiające instrumenty oraz Szymon Pimpon Gąsiorek – perkusja, rożek barytonowy, OP-Z, shruti box. Jedna improwizacja w czterech częściach, niespełna 40 minut.

Tomo Jacobson i Szymon Gąsiorek powracają! Już nie jako duet Wood Organisation, ale w tkance czteroosobowej i opowieści bogatej w wydarzenia, intrygująco kwaskowej i niebanalnie zinstrumentalizowanej. Jeśli wersja duetowa budziła pod piórem recenzenta drobne ambiwalencje, to Brzmieniowe Towarzystwo godzi je wszystkie i definitywnie zasługuje na wysoką ocenę. Album z długim tytułem, to czterdzieści bezbolesnych minut liquid trip po bezdrożach ponadgatunkowej improwizacji.

Na delikatnie rozmytą w czasie i przestrzeni aurę otwarcia składa się tu szum elektroakustycznych urządzeń w pozie stand-by, brzęczące struny kontrabasu, perkusjonalne świecidełka i bogate, ambientowe tło. Klimat neo-hippisowskiej post-psychodelii w leniwej strudze zachodzącego słońca. U progu drugiej odsłony nieprzerwanego strumienia dźwięków pojawia się wyraźny sygnał basu do aktywizowania działań kreatorskich. Odzew początkowo tli się niemal metafizycznymi wątpliwościami, ale po chwili aktywizują się perkusjonalia, które płyną całą szerokością sceny, tworząc niekończącą się przestrzeń filuternego drum’n’bass. W tle dzieje się wiele ciekawego, a na froncie bas wchodzi w stadium dość ożywionej improwizacji. Spowolnienie narracji jest tu przy okazji początkiem trzeciej części. Bas milknie na moment, a nowe rozdanie smakować zaczyna tłustą, afrykańską polirytmią. Pojawia się barytonowy rożek i kolejne plejady intrygujących dźwięków. Kwartet przypomina teraz małą orkiestrę, która systematycznie nabiera dynamiki. Wejście w ostatni epizod wyznacza tu fazę elektronicznego zamętu i zabawy w post-syntetyczną usterkowość. Opowieść przez moment lewituje. Szczęśliwie powraca bas i w mgnieniu oka porządkuje dramaturgię. Jego groove jest mięsisty i ciągnie opowieść mimo pasywnej postawy perkusjonalii. Pojawiają się syntezatorowe melodie płynące z jasnej strony księżyca. Końcowe trzy minuty improwizacji unaoczniają trud skutecznej finalizacji. Garść slapstickowych akcji pozwala jednak artystom osiągnąć zamierzony koniec tuż przed upływem czterdziestej minuty.



Àlex Reviriego  Leukolenos (Crystalmine Records, kaseta/DL 2023)

Barcelona, okoliczności domowe, jesień-zima 2020: Àlex Reviriego - Yamaha Electric Organ, Dreadbox NYX, inne urządzenia elektroniczne. Siedem utworów, 42 minuty.

Reviriego znamy przede wszystkim jako niezwykle kreatywnego kontrabasistę, ale czasy pandemii mają swoje prawa. Otóż w zaciszu domowym, w trakcie pierwszego lockdownu, muzyk zbudował swoją pierwszą w pełni elektroniczną ekspozycję. Instrumentalną bazą jego prac są tu elektryczne organy, których barwy brzmieniowe zdają się nie mieć końca, a całość narracji zgrabnie uzupełniają wielowątkowe elektroniczne zdobienia. Muzyk tym nagraniem nie wywołuje rewolucji w gatunku, ale jego nieprzegadanej opowieści słucha się z niekłamaną przyjemnością.

Pierwszą opowieść budują dwa wątki – siarczysty dron post-noise i śpiewne, szare tło ambientowe. Dramaturgia rośnie tu z każdą pętlą narracyjną, sprawiając, iż nagranie w fazie finalnej świetnie nadaje się na soundtrack do haloweenowego horroru. Dla przeciwwagi drugi epizod szyty jest krótkimi, niemal usterkowymi frazami. Pojawiają się basowe wtręty, a gęsto usianym incydentom post-hałasu towarzyszy wysoko zawieszony, pulsujący background. Całość nabiera z czasem posmaku minimal electro. W trzeciej części muzyk powraca do długich pasaży dźwiękowych. Organowy ambient formuje się tym razem w soczysty chill-out. Czwarta opowieść przypomina nieco pieśń otwarcia - dwa powłóczyste wątki, dużo szorstkich braw i coraz mroczniejszy klimat. Na zakończenie wszystko zostaje skomentowane czystymi frazami organów. Na początku kolejnej części znów mała plądrofonia - potem opowieść buduje się długimi frazami, które zdobią małe porcje siarczystego hałasu. Przedostatnia narracja wydaje się być wyjątkowo nerwowa. Pulsacje i usterki kreują tu klimat, w którym nie ma nadziei na światełko w tuneli. Wreszcie finał albumu, bardziej stonowany, to melodyjne farewell, z czystą barwą organów i wysokimi pasmami ambientu.



wtorek, 20 grudnia 2022

Snekkestad, Kjærgaard & Jacobson! Spirit Spirit!


Nie wiemy, czy wybitny egzystencjalista Søren Kierkegaard pisząc 180 lat temu swoje wiekopomne dzieło Bojaźń i Drżenie, myślał o dźwiękach, jakie mogłyby zilustrować jego defetystyczne rozważania filozoficzne.

Wiemy natomiast, iż dokładnie w ostatni dzień bieżącego roku ukaże się na czarnym krążku płyta Spirit Spirit, która swą mroczną, niepokojącą, swobodnie improwizowaną kameralistyką zdaje się idealnie pasować do emocjonalnych turbulencji zawartych we wspomnianym eposie wielkiego filozofa.

Za wykonanie dźwięków zawartych na albumie, mogącym stanowić intrygujący soundtrack do pomnika egzystencjalizmu, odpowiadają dwaj Skandynawowie z muzycznym i edytorskim wsparciem tego trzeciego, być może najbardziej skandynawskiego z polskich improwizatorów. Zapewne dzieje się tak nie tylko dlatego, iż dane personalne jednego z nich są niemal kopią imienia i nazwiska duńskiego myśliciela. Trudno sobie bowiem wyobrazić, by Bojaźń i Drżenie, tudzież Spirit Spirit powstały w innej części tego marnego świata.

Zgodnie z tym, co powyżej, muzyka oficjalnie trafia do realnego świata 31 grudnia, ale my czytamy o niej i słuchamy jej wcześniej, dając sobie odrobinę czasu na to, by w pełni władz umysłowych i fizycznych zapewnić, iż oto przed nami jedna z najlepszych płyt 2022 roku.

 


 

Muzycy zabarykadowali się w przestrzeni studyjnej na wiele godzin. Na trwałym nośniku zapisali wówczas trzy godziny improwizowanych dźwięków. W żmudnym procesie selekcji materiału i miksu wydziergali z bezkresnej masy czasu i fonii dziesięć zgrabnych miniatur, które trwają od półtorej minuty, do czterech, pięciu, a w jednym przypadku prawie sześciu minut. Kolejne opowieści oznaczyli cyframi, ostatniej dodając podtytuł Epilog.

Na starcie dostajemy trochę gry na małe pola – kontrabasista uderza w struny, pianista w pojedynczy klawisz, a po upływie dwóch minut z tuby saksofonu zaczyna snuć się pierwsza struga suchego powietrza. Tryb minimalistyczny sprzyja tu usypianiu słuchacza, szczęśliwie jednak pętle kontrabasu dają narracji dodatkowe życie. Druga opowieść niesie ze sobą więcej energii. Przypomina nadciągającą burzę – drobne pizzicato, na poły melodyjne wydechy z tuby i delikatnie zagęszczony ścieg piana tworzą filigranową narrację, która dość szybko ginie w ciszy. W trzeciej improwizacji po raz pierwszy na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek. Pojękuje na stronie, wsłuchany w fortepianowe stemple i syczące frazy saksofonu, pełne mrocznej zadumy. W kolejnej miniaturze dęciak pnie się ku górze, piano oddycha spokojnie, a perkusjonalne akcenty basu zdają się tworzyć pozór działania dynamicznego.

W piątej improwizacji emocje toczą się po równi pochyłej. Smyczek od startu spazmatycznie wyje. Jakby na przekór jego nisko zawieszonej bojaźni, piano stawia pierwsze kroki bardzo klasycznym szykiem, a saksofon szuka fraz nasyconych minimalnym roztworem melodii. Całość nabiera kąśliwej dynamiki, syci się niewidoczną powłoką rytmiczną i wydaje się być, jak na kanony tego nagrania, całkiem intensywna. Dalsza część tej ekspozycji kreowana jest przez schodzący nisko na nogach bas i pnące się do nieba piano. Oba strumienie fonii tworzą tu urokliwy dysonans. Początek kolejnej części kontynuuje duet bez saksofonu. Tym razem smyczek posadowiony jest dość wysoko, a umiarkowanie szybkie przebiegi piana budują dodatkowe emocje. Saksofon wybudza się w połowie trzeciej minuty i pełen wystudiowanej trwogi, miast gnać do przodu, zmysłowo gasi narrację.

Siódma improwizacja smakuje nieco inaczej. Kontrabas twardym, matowym strumieniem fonii stawia stemple, piano brnie do przodu krokiem przestawnym, a melodyjne westchnienia saksofonu wydają się zadawać pytania o kierunek dalszej podróży. Bez zatem zbędnej zwłoki odnajdujemy się w ósmej części, która podobnie jak piąta odsłona, śmiało może rywalizować o miano najpiękniejszej na całym albumie. Smyczek i saksofon idą tu w zwartym szyku - jeden boleśnie jęczy, drugi intensywnie szumi. Minimalistyczne piano pozostaje w pozycji niezainteresowanego, ale to tylko pozór. Smyczek zaczyna śpiewać, a reszta wykłada mu ścieżkę podróży złotymi girlandami. W trybie narracyjnym znajduje się też miejsce dla kilku plam ciszy. Flow nabiera tu niebywałej urody brzmieniowej, po czym pęcznieje, zwłaszcza na gryfie kontrabasu i klawiaturze piana. Saksofon skupia się z kolei na kreacji backgroundu. W dziewiątej odsłonie smyczek drży w wyższych partiach gryfu, piano stawia nerwowe kroki, a saksofon szuka inspiracji spoglądając ku górze. Z jednej strony minimalizm piana, z drugiej śpiewny oddech saksofonu sopranowego. Smyczek, usytuowany jakby pomiędzy zwaśnionymi stronami, naprzemienne staje na palcach lub ugina kolana. Ostatnia improwizacja początkowo zdaje się kontynuować wątki poprzedniej części. Struny drżą, tuba szumi, piano cedzi pojedyncze dźwięki. Te ostatnie na moment milknie, by wrócić dźwiękami na poły preparowanymi, definitywnie powstającymi nie tylko na klawiaturze. I to właśnie pianista bierze na swoje udręczone barki zadanie sfinalizowania improwizacji. Samo zakończenie wydaje się być nerwowe, egzystencjalnie rozedrgane, niepozbawione struktury meta rytmicznej. A saksofon znów koncentruje się na budowaniu mrocznego tła.

 

Torben Snekkestad/ Søren Kjærgaard/ Tomo Jacobson Spirit Spirit (Gotta Let It Out, LP 2022). Torben Snekkestad – saksofony, Søren Kjærgaard – fortepian oraz Tomo Jacobson – kontrabas. Nagrane w miejscu zwanym The Village Recording. Bliższych szczegółów brak. Dziesięć swobodnych improwizacji, 37:57.

 


piątek, 14 października 2022

Maneri, Kalmanovitch, Jacobson & Osgood in the second part of their Variations On No Particular Theme!


Muzyka improwizowana żywi się sprzecznościami, zaskakującymi kolaboracjami, tudzież permanentnym mieszaniem gatunków. To rodzi jakość, to sprawia, iż jest wyjątkową formą aktywności artystycznej, która nikogo nie pozostawia wobec siebie obojętną. Jest też zjawiskiem społecznym, bazuje na wzajemnej interakcji tworzących ją muzyków, nie powstaje bowiem na omszałych kartach papieru, ale w sercach i duszach tych, którzy mają czelność wydawać jakiekolwiek dźwięki.

Ta nieco przydługa introdukcja wydała mi się właściwa w kontekście albumu kwartetu, który nie dość, że łączy dwie altówki, kontrabas i perkusję (zestaw niemal niespotykany we wszechświecie), to jeszcze bystrze miesza lekkie, zwinne i ulotne frazy kameralne z jazzowym drummingiem i basowym pizzicato. Rzeczony kontrabas, w dłoniach prowodyra całego zajścia Tomo Jacobsona, stoi tu zresztą okrakiem, fantastycznie łącząc to, co ogniste w jazzie z tym, co jaskrawe i świetliste w swobodnej kameralistyce.

Muzycy z dwóch stron Wielkiej Wody spotkali się jakiś czas temu i nagrali kilkanaście Wariacji nie na temat. Pierwszy wybór utworów ze studyjnej sesji trafił do nas niemal dokładnie rok temu, teraz dostajemy ciąg dalszy, który nie wydaje się być dogrywką, ale kolejnym ważnym epizodem dźwiękowym na mapie współczesnej Europy. Patrząc na numerację Wariacji, śmiało można wysnuć też wniosek, iż pozostała jeszcze pewna ich porcja, która mogłaby wypełnić ewentualną część trzecią. Czekamy zatem na wieści z Kopenhagi, a teraz zagłębiamy się w improwizacje zawarte w części drugiej.



 

Druga porcja Wariacji zdaje się być jeszcze ciekawiej skonstruowana pod względem dramaturgicznym niż jej poprzedniczka. Pozornie płynie wystudzonym post-jazzem, który mizdrzy się do rozśpiewanych, kameralnych altówek. Z każdym jednak zakrętem, narracyjną komplikacją, jakość improwizacji rośnie, nabiera głębi, syci się coraz gorętszymi emocjami, by w dwóch ostatnich epizodach postawić recenzenckie pióro na sztorc!

Na starcie muzycy jakby wybudzali się z letargu. Powolne frazy pizzicato basu, drobne uderzenia o pudło rezonansowe, rozmarzone porannym słońcem altówki i perkusja w trybie stand-by. Opowieść pęcznieje tu mocą kontrabasowych strun, trwogą altówek i skupionym jazzem perkusji. Wystarczy jednak jeden krok ku górze basu, by całość nabrała niemal baletowej lekkości. W drugiej części tempo improwizacji delikatnie rośnie. Altówki wydają się być jeszcze bardziej rozśpiewane. Synkopujący drumming buduje dynamikę, a basowe strugi rytmu miarowo zagęszczają ścieg. Trzecią odsłonę tyczą nam początkowo perkusja i kontrabas, kreśląc całkiem agresywne frazy. Altówki wydają się być przyczajone i nieskore na tym etapie do rozdawania kart. Rozhuśtana porcja kameralnego jazzu nie potrzebuje tu wiele, by osiągnąć efektowny szczyt, dobrze upakowany zdrowymi emocjami.

Początek czwartej opowieści – dla odmiany - należy do altówek. W tle szeleszczą perkusyjne talerze, a lekko wycofany bas tylko sugeruje pozycje dźwiękowe. Jesienny spleen altówek ciekawie tu kontrastuje z zimową zadumą kontrabasu i perkusji. Tym razem zagęszczenie narracji ma już definitywny charakter, choć jak zawsze jest efektem scenicznego zaskoczenia. Kwartet nabiera mocy niemal freejazzowej, co zostaje zwinnie podsumowane drummerską solówką. Dużo twardych przebiegów i całkowita śmierć kameralnych konotacji, to atrybuty zakończenia tej części albumu.

W piątą improwizację, która stanowi istotny krok ku albumowej doskonałości, wprowadzają nas aż trzy smyczki. Altówki płyną wysokim wzgórzem, kontrabas najpierw syci się mrokiem doliny, potem także unosi wzrok ku niebu. Plejada rozśpiewanych fraz, głębokich westchnień i nieskończone pokłady melancholii kreują opowieść aż do momentu powrotu do świata żywych post-jazzowego drummingu. Kontrabas zaczyna wtedy brudzić flow i perfekcyjnie odnajduje podłogę. Każdy dźwięk nosi tu znamiona szczególnie udanego. Finałowa improwizacja startuje delikatnymi frazami kontrabasowego pizzicato. Altówki tymczasem wzdychają i zasłuchują się w pierwszych dźwiękach perkusji. Narracja wydaje się tu być wyjątkowo swobodna, leniwie akcje dobrze się jednak zazębiają, a stylowe kontrapunkty budują dodatkową jakość. Narracja pozornie gęstnieje, ale dzięki smyczkowi na strunach kontrabasu całość płynie soczystym, post-barokowym strumieniem. Z kolei nerwowość perkusji sprzyja budowaniu napięcia dramaturgicznego. Ostatnia prosta zdaje się pachnieć neo-modernizmem, cokolwiek by to mogło znaczyć po upływie 35 minuty tego smakowitego kąska improwizacji.

 

Maneri / Kalmanovitch / Jacobson / Osgood Variations On No Particular Theme - Part 2 (Gotta Let It Out, LP 2022)

Mat Maneri – altówka, Tanya Kalmanovitch – altówka, Tomo Jacobson – kontrabas oraz Kresten Osgood – perkusja. Nagrane w miejscu zwanym The Village, w bliżej nieokreślonym czasie. Sześć improwizacji, 35:56.



niedziela, 17 kwietnia 2022

Spontaneous Live Series zaprasza na wiosenne koncerty muzyki improwizowanej!


(informacja prasowa)

 

„Spontaneous Live Series” - cykl koncertów muzyki improwizowanej, organizowany przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i poznański Dragon Social Club, zaprasza na wiosenne edycje – odpowiednio 26., 27., 28. i 29. spotkanie z jak zawsze frapującymi dźwiękami, powstającymi na ogół w procesie całkiem swobodnie kreowanych zdarzeń dźwiękowych.

Na kwiecień, maj i czerwiec organizatorzy przygotowali cztery edycje cyklu, na które złoży się … pięć koncertów! Zaprezentują się na nich muzycy z Europy i Ameryki Północnej, zarówno ci dobrze już znani ze sceny Dragona, jak i absolutni debiutanci.

 


Najbliższy koncert odbędzie się w sobotę 23 kwietnia, a w jego ramach zaprezentują się dwa tzw. podmioty wykonawcze. Solowy spektakl na saksofon tenorowy i sopranowy zaprezentuje jeden z najciekawszych muzyków swobodnej improwizacji z Półwyspu Iberyjskiego, Katalończyk Albert Cirera. Muzyk świetnie w Polsce rozpoznawalny, wydawany i kilkukrotnie już koncertujący. Saksofonista zagra w czterech polskich miastach, a jednym nich będzie Poznań. Trasa promuje drugie solowe wydawnictwa Cirery, zatytułowane „Âmago”. Przypomnijmy, iż pierwsza płyta solowa tego muzyka ukazała się w Polsce prawie pięć lat temu (w ramach iberyjskiej serii Multikuti Project i Trybuny Muzyki Spontanicznej), a nosiła tytuł „Lisboa ’a Work”. Tego samego dnia na scenie Dragona zaprezentuje się także Wood Organisation, duet stworzony przez muzyków polskich, rezydujących w Kopenhadze – Tomo Jacobsona i Szymona Pimpona Gąsiorka. Także ci artyści organizują trasę koncertową po naszym kraju, a promować w jej trakcie będą nowy album zatytułowany „Drimpro”. Kontrabas, perkusja i cały arsenał elektroakustycznych dodatków gwarantują nam doprawdy spektakularny koncert. Dwa sety, trzech muzyków i długi, sobotni wieczór przed nimi – wszystko to daje nadzieję, iż  dojdzie także do improwizowania w trio. Tego organizatorzy są niemal pewni.

 


Na długi weekend majowy warto zaplanować dwudniową wizytę w Poznaniu! 2 maja w klubie SARP i 3 maja w klubie Dragon będzie miała miejsce rezydencja niezwykłego kwartetu – Ken Vandermark (saksofony i klarnety), Istvan Grencso (saksofony i klarnety), Elisabeth Harnik (fortepian) i Paul Lytton (perkusja, instrumenty perkusyjne). Świetnie znany publiczności Dragona i całej krajowej scenie freejazzowej saksofonista z Chicago grywał zarówno z austriacką pianistką (choćby trio DEK), jak i angielskim perkusistą (trio CINC, czy też na poły genialna, duetowa płyta „English Suites”). Elementem nowym w tym intrygującym kwartecie jawi się nam weteran węgierskiego jazzu awangardowego. Jego rozbudowane portfolio obiecuje naprawdę wiele! Mieszanka temperamentów wydaje się w tej sytuacji gwarantować niebywałe emocje i trudny do zwerbalizowania konglomerat wartości artystycznych. Dodajmy, iż każdy z koncertów będzie się składał z dwóch setów – najpierw wystąpi duet (odpowiednio: Vandermark i Harnik oraz Lytton i Grencso), potem zaś kwartet. A może coś jeszcze? Wszak w spontanicznej serii wszystko jest możliwe!

Trzy tygodnie po wyżej wspomnianym wydarzeniu na scenie Dragona zawita czternastoosobowa Wielka Regionalna Grupa Swobodnej Improwizacji z kanadyjskiego Quebecu! Jej oryginalna, francuskojęzyczna nazwa to Le Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée, ale artyści na ogół używają skrótu Le GGRiL. Załoga dowodzona przez basistę Érica Normanda jest ważnym elementem świata improwizujących orkiestr niemal od dekady. Nagrywali z nią m.in. Evan Parker i John Butcher. Orkiestra improwizowała także do kompozycji wielu znanych muzyków jazzowych, choćby amerykańskiej saksofonistki Ingrid Laubrock. Ostatnia płyta GGRiL zwie „Sommes’, składa się z trzech krążków i dokumentuje wszystkie lata działalności Orkiestry, która w ubiegłym roku obchodziła swoje 15-urodziny. Kanadyjczycy będę podróżować w maju po całej Europie, a koncert poznański jest jedynym polskim przystankiem w tej trasie. Nie sposób go pominąć w swoich planach koncertowych. Zatem dla fanów gatunku i nie tylko – kolejna lekcja obowiązkowa. Koncert odbędzie się we środę 25 maja.

Wiosenna odsłona cyklu „Spontaneous Live Series” zakończy się 10 czerwca koncertem dwóch tytanów portugalskiej sceny muzyki improwizowanej – gitarzysty Marcelo Dos Reisa i trębacza Luisa Vicente. Muzycy ci grywali już w Dragonie na spontanicznych festiwalach, a ich trasa w naszym kraju obejmować będzie więcej zdarzeń niż ten jeden koncert. Dos Reis i Vicente mają w swoim dorobku wiele wspólnych nagrań – na ogół są to kwartety (Points i Light Machina doczekały się wydawnictw w poznańskiej serii iberyjskiej, Chamber 4 w renomowanych FMR Records i Clean Feed), grywali też w trio, ale w duecie są to ich pierwsze wspólne nagrania.

 

Pełna lista wiosennych koncertów Spontaneous Live Series, edycje 26-29:

 

23 kwietnia, Albert Cirera, Wood Organisation (Tomo Jacobson, Szymon Gąsiorek)

https://mu-mu.bandcamp.com/album/mago

https://gottaletitout.bandcamp.com/album/drimpro

 

2-3 maja, Ken Vandermark/ Istvan Grencso/ Elisabeth Harnik/ Paul Lytton

https://trostrecords.bandcamp.com/album/burning-below-zero

https://vandermark1.bandcamp.com/album/english-suites

 

25 maja, Le Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée

https://tourdebras.bandcamp.com/album/sommes

https://tourdebras.bandcamp.com/album/vivaces-evan-parker-ggril-cd

 

10 czerwca, Marcelo Dos Reis/ Luis Vicente

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/light-machina

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/points

 

Koncerty rozpoczynają się o godzinie 19.30 (majowa rezydencja) lub 20.00 (pozostałe wydarzenia). Bilety dostępne są (lub niebawem będą) na stronie kupbilecik.pl



 

piątek, 29 października 2021

Discordian Community Ensemble! Builder’ Messe! GRIFF! Variations On No Particular Theme! Chołoniewski! The Short Story How to Compose the Improvisation!


Ukochana przez nas swobodna improwizacja nie jedno ma imię! Bywa formowana wedle pewnych scenariuszy, bywa precyzyjnie kontrolowana na etapie realizacji, bywa dyrygowana i zapisywana na kartkach papieru. Każda z tych form, jeśli tylko niesie ze sobą odpowiedni ładunek ekspresji, dźwiękowych emocji, tudzież strukturalnych niuansów, bywa na tych łamach skrzętnie omawiana i wpisywana do wielkiej księgi osiągnięć gatunku ludzkiego!

Dziś zapraszamy na nieco przewrotną i dość skromną zbiorówkę recenzji pięciu płyt, na których proces improwizacji został dość precyzyjnie zaplanowany. W każdym jednak przypadku, w dalece odmienny sposób. A zatem kompozycje, które skrupulatnie kreślą ramy aktywności muzyków improwizujących, czasem dzieła wręcz monumentalne, które prowadzą wieloosobowy ansambl przez meandry kreatywności kompozytora. Także pozornie swobodne improwizacje, które są wszakże na tyle istotnie ustrukturyzowane, że niemal można je nazywać kompozycją. Kolejna przygoda dnia dzisiejszego, to definitywnie swobodna improwizacja, łącząca wszakże na scenie instrumenty, które rzadko grywają w takiej konfiguracji i jeszcze żeniąca gatunki, które niespecjalnie się lubią, a zatem płyta, która także znajdzie swoje miejsce w zadanej tematyce. Na koniec ekspozycja solowa, która na etapie post-produkcji została zmiksowana na nowo, można zatem powiedzieć, iż stanowi improwizację skomponowaną ex-post.

Na liście miejsc i wykonawców zarówno nasi świetni znajomi (Barcelona! Berlin!), jak i artyści zupełnie nam nieznani, nie dość, że debiutujący na tych łamach, to jeszcze często zaliczani do grona muzyków klasycznych. Inny słowy, jak zawsze na Trybunie, wrzący tygiel dźwięków, emocji i dysonansów poznawczych! Zapraszamy na odczyt, potem odsłuch, wreszcie na płytowo-plikowe zakupy!

 


El Pricto/ Discordian Community Ensemble  Live At Mixtur Festival (Discordian Records, DL 2021)

Naszą szaloną marszrutę zaczynamy oczywiście w Barcelonie, mając do dyspozycji kompozycje i orkiestrę pod zacnym kierownictwem El Pricto! Na program koncertu składają się dwie pozycje. W pierwszej kolejności utwór Life Metallic skomponowany na potrzeby nowego instrumentu Vasco Trilli (Russian Flat Bells), nastrojonego w tonacji podobnej do tej, jakiej używał Witold Lutosławski w kompozycji Musique Funebre. W dalszej kolejności kilkuczęściowa kompozycja Rumore-forme, inspirowana dokonaniami włoskiego artysty malarza i twórcy noise Luigi Russolo (muzycy wykonują, co do zasady, wyłącznie atonalne dźwięki, które przypominać mają brzmienia własnoręcznie wykonanego instrumentarium tego artysty). Jesteśmy na festiwalu Mixtur w Barcelonie, jaki odbywał się … niespełna cztery tygodnie temu (uroda cyfrowych realizacji płytowych bywa niezaprzeczalna!). Na scenie Discordian Community Ensemble w składzie: Pablo Selnik – flet, El Pricto – klarnet, Tom Chant – saksofony, Pope – trąbka, Vicent Muñoz – tuba, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne, Diego Caicedo – gitara elektryczna oraz Àlex Reviriego – kontrabas. Całość składa się z sześciu części i trwa 44 minuty.

El Pricto nie byłby sobą, gdyby najnowszą produkcję swej sztandarowej formacji nie skonstruował dalece przewrotnie. Najpierw zabiera nas do rajskiego ogrodu, pełnego pięknych, niemal filharmonicznych fraz i specyficznej krainy łagodności. Ów utwór wprowadzający, to przysłowiowe miłe złego początki. Albowiem pięcioczęściowa kompozycja inspirowana Russolo, to doprawdy prawdziwa symfonia noise music, budowana prze armię instrumentalistów, którzy zajmują się niemal wyłącznie preparowaniem dźwięków. Efekt, co oczywiste w wypadku tego wyjątkowego artysty, jest doprawdy wyśmienity!

Słowo się rzekło, pieśń otwarcia budowana jest przez rosyjskie dzwonki, które kreują szklisty rezonans, chłonący łagodne, dęte frazy. Narracja przypomina ceremonię zaprzysiężenia kolejnego niepotrzebnego boga. Całość pobrzmiewa nowoczesną klasyką (wysoko zawieszonym smyczkiem na gryfie kontrabasu także!), narasta jak burza, a gaśnie bladym świtem niespodziewanego poranka. Po garści oklasków DCE rusza na wojnę! Szumy, szmery, dęte wyziewy, drżące talerze – matowe błyskawice na czarnym niebie! W strudze brudu, która brnie w kierunku hałasu, pojawiają się także gitarowe sprężenia i dynamizujący akcję mały drumming. Kolejny epizod otwiera gitara i kontrabas. Instrumenty dęte rzeżą, niczym suchotnicy w drodze na Golgotę, a narracja gęstnieje, jak lawa, która nie znajduje ujścia. Ów akustyczny noise reasumuje tu chmura perkusjonalnych niespodzianek Trilli. Następna część, to jakby krok dalej w kreatywnym dewastowaniu dźwięków – niemal black-metalowe wyziewy dęciaków, chrobot gitary, burczenie tuby i nerwowe epizody na werblu. Po chwili smyczek kontrabasu buduje wzniesienie, po którym suną pozostałe instrumenty, obleczone chmurą soczystego hałasu. Emocje pikują, niczym zestrzelone myśliwce. Zaraz potem, i tak już gęsta narracja jeszcze zacieśnia szyk bojowy! DCE pracuje tu niczym zepsuta maszyna tkacka - post-industrialna symfonia brudnych, lepkich fraz, z pokrętną dynamiką, noise’owymi kulminacjami i kolejnym szczytem zbudowanym na barkach kontrabasu. Finał części czwartej (a piątego traku na płycie), to prawdziwy ostrzał artyleryjski, ale to tylko wstęp do ostatniej, ponad 12-minutowej epopei. Tu mamy już chyba wszystko, całą plejadę post-akustycznych dźwięków - perkusjonalne zdobienia, ostre jak brzytwa, dęte skoki mocy, gitarowy wstęp do krainy hałasu, kontrabasowe poślizgi, wreszcie histeryczne półdźwięki z trąbki i tuby. Opowieść znów staje się niebywale gęsta, ale znajduje się w niej miejsce na oddech i czerstwą nostalgię. Akcja zmienia się jak w kalejdoskopie (ach, ten Pricto!), chwilami sięga ściany dźwięku - wielka maszyna ssąco-tłocząca, boleśnie piękna, dotkliwie rezonująca. Wybrzmiewa długo, aż zetknie się z ciszą, którą zmącą brawurowe oklaski publiczności.

 


Calum Builder  Messe (You are where you need to be) (ILK Music, LP 2021)

Pozostajemy w obrębie muzyki definitywnie komponowanej, która stanowi pretekst dla zjawisk w pewnej mierze improwizowanych. Przed nami 21-osobowy ansambl, który udźwiękowi kompozytorski zamysł Caluma Buildera (saksofon altowy, także dyrygentura). Wraz z nim - w okolicznościach obiektu sakralnego w Danii - kolejnych sześciu saksofonistów: Cosimo Fiaschi (sopran), Albert Cirera (sopran), Jonas Engel (alt), Miguel Crozzoli (tenor), Nana Pi Larsen (tenor), Michał Biel (baryton); następnie, także siedmioosobowa sekcja wokalna: Therese Aune (sopran), Susana Nunes (sopran) Thea Wang (alt), Lucie Szabová (alt), João Neves (tenor), Kenneth Reid (tenor), Josh Herring (bas); wreszcie siedmioosobowa sekcja kontrabasów: Jesper Nordberg, Asger Thomsen, Mark Gregersen, Piotr Dubajko, Aurelijus Užameckis, Tomo Jacobson oraz Rafał Różalski. Kompozycja Messe składa się z siedmiu części (niczym siedem dni tygodnia!), trwa 40 minut i jest nieprzerwanym strumieniem dźwięków.

Koncert otwiera sekcja wokalna. Damsko-męski wielogłos śpiewa pieśń sakralną, która inauguruje ceremonię nabożeństwa (cokolwiek to znaczy, w zadanym kontekście muzycznym). Czyste, niemal dziewicze frazowanie zostaje tu skomentowane kawalkadą poirytowanych strunowców, tudzież lekką, nieco czupurną watahą dętych. Opowieść narasta zgodnie z wolą kompozytorską i prowadzi nas do ceremonialnego wyniesienia, które oznajmia pojedynczy dźwięk gongu. Definitywnie uczestniczymy we mszy, nie wiemy do końca, ku czyjej chwale. Głosy zdają się płynąć do nas z samej ciszy, zdobione odgłosami życia, jakie niewątpliwie toczy się obok zadanej struktury muzycznej. Budowany starannie, jakże efektowny wielogłos zdaje się być po czasie wzbogacany dźwiękami sekcji dętej. Wszelkie frazy lepią się do siebie, sprawiając wrażenie, jakby powstawały w jednym, wielkim gardle. Opowieść znów wspina się na szczyt, znów jakże błyskotliwym crescendo. Z czasem odnosimy wrażenie, iż rozśpiewane glosy zaczynają brzmieć niczym instrumenty dęte, i tak dzieje się w rzeczy samej! Saksofonowe podmuchy połykają wokalne frazy, kreując rytuał niepokoju, mroku, a nawet strachu. Oniryczny lot reeds, z gasnącymi frazami głosowymi, zostaje znienacka skomentowany piskiem strun wprost z kontrabasowych gryfów. Oto bodaj pierwszy moment tej niebywałej ceremonii, gdy strumień dźwiękowy tworzony jest przez wszystkich uczestników spektaklu. Tempo dalece nieśpieszne, emocje wszakże czerstwe i namacalne. Całość efektownie pulsuje, aż do osiągnięcia ciszy, którą anonsuje gong.

Po nanosekundzie odpoczynku wędrowcy ruszają w dalszą drogę. Najpierw struny, które dynamicznie riffują, jakby wszyscy szli tu na krwawą wojnę! Głosy zaczynają prowadzić nerwowe rozmowy w pełnej trwodze. Sekcja dęta stawia stemple, niczym gromy z jasnego (a może raczej mrocznego) nieba! Po strunach falują emocje godne wszelkiej maści klasyków noir music. Dość szybko odnajdujemy się w piątej części koncertu, w trakcie której władanie sceną znów przejmują wokaliści. W ten niesamowity wielogłos wkrada się stopniowo nieco afektowana nerwowość. Niemal niespostrzeżenie anielski chór przepoczwarza się tu w diabelski orszak krnąbrnych złoczyńców. Strunowce i dęte tylko na to czekają! W ułamku sekundy przejmują dowodzenie spektaklem. Głosy powoli milkną ustępując miejsca tajemniczej melodii, która zdaje się koić zarówno nerwy, jak i rany. Basowy zjazd do samego dołu zwiastuje zaś nastanie ostatniej części. Tu małe rozdroże - muzycy szukają nowych fraz, preparują dźwięki, ciężko oddychają, jakby nagle znaleźli się w obszarze, który kompozytor przeznaczył na całkiem swobodne improwizacje. Bez zbędnych wszakże ceregieli, na powrót lepią się w jeden strumień dźwiękowy. Narracja schodzi niżej na kolanach i zaczyna przeobrażać się w kompulsywny lament dętych, strunowych i głosowych fraz. Jeszcze tylko kilka saksofonowych, separatywnych westchnień i ostatnia prosta, którą kreują wszyscy muzycy – Orchestra, Tutti!

 


Ingrid Schmoliner/ Adam Pultz Melbye/ Emilio Gordoa  GRIFF (Inexhaustible Editions, CD/LP 2020)

Po dwóch większych składach, nasze zainteresowanie redukujemy do zestawu trzyosobowego. Nagranie z niemieckiego Moers, z kwietnia 2019 roku, zarejestrowane w okolicznościach studyjnych, powstało z woli i mocy sprawczych następujących muzyków: pianistki Ingrid Schmoliner, kontrabasisty Adama Pultza Melbye’ego oraz wibrafonisty Emilio Gordoi. Składa się z pięciu części, które trwają łącznie prawie 54 minuty.

Muzyka tria – zadekretowana jako all music by the musicians - powstała wedle oglądu recenzenta w drodze skomponowanej improwizacji, która ma swoją z góry zadaną strukturę narracyjną, najczęściej kreowaną przez pianistkę. W każdej z pięciu części Ingrid rysuje dramaturgiczny szkielet utworu i konsekwentnie utrzymuje go przy życiu. Jakby dla niepoznaki, utwór otwarcia początkowo jest efektem pojedynczych szarpnięć na struny kontrabasu. Na repetytywny dźwięk piano czekamy do połowy trzeciej minuty, a na pierwsze frazy wibrafonu kolejne dwie i pół minuty. Muzycy maszerują jak wojsko, akordy brzmią coraz donośniej, ale w pewnym momencie narracja zaczyna tracić swoją linearność i rozmazuje się, niczym obraz nieregularnie bijącego serca na kardiogramie. W drugiej części utworu artyści całkiem swobodnie improwizują, ale na koniec zdają się powracać do rytmu początkowego. Kolejna historia już całkowicie spoczywa na barkach pianistki. Wypuszcza ona dwa szybkie strzały z klawiatury i zasłuchuje się w ciszy. Po chwili dołącza pulsujący bas, a na dźwięki wibrafonu (tym razem, to delikatne dzwoneczki), znów musimy trochę poczekać. Narracja płynie spokojnie, nabiera cech medytacyjnych, ale artyści raz za razem podsyłają nam perełki brzmieniowe, w czym celuje Gordoa.

Utwory trzeci i czwarty budowane są na solidnej postawie rytmicznej. Oczywiście tą, która machinę dynamiki wprawia w ruch jest pianistka. Obie impro kompozycje zdają się być intrygującymi wariacjami na temat Different Trains Steve’a Reicha. Piano repetuje, wspiera go burczący kontrabas, który nie waha się sięgnąć po smyczek, z kolei wibrafon stawia na bardziej delikatne, ale nieczyste, preparowane frazy. Całość z czasem, mimo zadanej struktury rytmicznej (medytacyjnej!), rozpływa się, rozwarstwia, jak ciasto krojone w poprzek linii brzegowej. Ważnym elementem utworu wydaje się być warstwa brzmieniowa, szczególnie wibrafonu, który chwilami nabiera niezwykle siarczystego tembru, przez co całość narracji smakować zaczyna akustycznym post-industrialem. W czwartej opowieści pianistka zaczyna od dźwięków preparowanych, ale echo klasyka minimalizmu dopada ją po niedługim czasie. Nerwowy meta rytm, basowe pulsacje i akcenty percussion wprost ze sztabek wibrafonu dyktowane w niezłym tempie - improwizacja zdaje się kręcić się niczym kolorowy kalejdoskop, zaskakując nas każdą pętlą narracyjną, z czasem nabierając na poły syntetycznego brzmienia. Na finałową opowieść (o której nie wspomina okładka płyty) czekać musimy przy dwuminutowym akompaniamencie ciszy. Muzyka powraca i sprawia wrażenie dalece interesującej repryzy pierwszego utworu. Powtarzane frazy, gra ciszą, medytacyjny dystans na froncie dźwięku. Ów muzyczny dead man walking wiedzie nas na skraj tej doprawdy niezwykłej płyty. Końcowe frazy kreowane są przez narowisty smyczek, zdystansowaną klawiaturę i tajemnicze rytuały wibrafonu. Brawo!



Maneri/ Kalmanovitch/ Jacobson/ Osgood  Variations On No Particular Theme - Part 1 (Gotta Let It Out, LP 2021)

Kolejna płyta w dzisiejszym zestawie najbliższa jest swobodnej improwizacji, ale skonstruowana została na tyle przewrotnie, iż świetnie pasuje do kompozytorskiego szlaku naszej podróży. Oto na scenie spotykają się dwie bardzo kameralnie nastawione do świata altówki, frazująca definitywnie jazzowo perkusja i wielowymiarowy kontrabas, który równie dobrze snuje tu smyczkowe improwizacje, jak i swinguje wedle zadanej estetyki. Także tytuł płyty sugerować może, iż ta kwartetowa opowieść ma w sobie zaszytą pewną konceptualną myśl. W roli orędowników free chamber – altowioliniści Mat Maneri oraz Tanya Kalmanovitch, w roli jazzowych wichrzycieli – Kresten Osgood na perkusji i sprawca całego zamieszania - Tomo Jacobson na kontrabasie. Nagranie studyjne powstało w miejscu zwanym The Village Recordings, w nieokreślonym czasie, a składa się z pięciu improwizacji, które trwają łącznie 35 minut.

Pierwsza część nagrania sprawia wrażenie pewnej gry rozpoznawczej. Altówki posadowione na przeciwległych flankach rzewnie łkają, podśpiewują, zalotnie mrużą oczy. Kontrabas z trybie pizzicato i koherentna, synkopująca perkusja budują zaś bazę dla dalszych improwizacji. Kameralne westchnienia wpadające w melodyjne turbulencje i dynamiczny, czupurny bas oparty na rytmicznych frazach perkusji. W drugiej części na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek. Improwizacja zyskuje na urodzie, choć jeszcze silniej rysuje się tu ów estetyczny dysonans, który kreuje już teraz sama perkusja. Post-barok zatopiony w zwinnym drummingu trwa w najlepsze! Trzy strunowce pięknie lepią tu w jeden dronowy pomruk, który po niedługiej chwili efektownie gaśnie niemal do pojedynczych dźwięków. Improwizacja odradza się w bólach – skowycie strun, zmysłowych preparacjach, krótkich, rwanych ochłapach fonii.

Trzecia część trzyma dysonansowy klimat. Rzewne opowieści altówek niesione są na dramaturgiczny szczyt masą i energią sekcji rytmu. Szczególnie efektownie frazuje tu kontrabas, który zdaje się być w tej części bystrym przewodnikiem stada. Jego dynamiczne expo zostaje efektownie skomentowane poirytowanymi frazami altówek. W części czwartej kwartetowy koncept definitywnie osiąga swoją najwyższą wartość. Najpierw smyczek kontrabasu żłobi brudzę w ziemi i rzęzi. Altówki podejmują wyzwanie i post-barokowe trio płynie w bezmiarze mrocznej komnaty. Perkusja wytrwale gra swoje, budując kolejny dysonans estetyczny. W tej fazie nagrania flow najpierw szuka dynamiki, potem raz za razem zbacza z obranej drogi, łyka pełne garście niepokoju i robi się interesująco nerwowy. Instrumenty drżą i tańczą niczym baletnice na tafli kruszącego się lodu. A zaskoczeń cały czas przybywa – choćby wtedy, gdy nagle altówki frazują pizzicato, a kontrabas zagłębia się w meandrach kompulsywnych preparacji. Finał płyty stawia na minimalizm – echo, rezonujące talerze, mroczna akustyka melodyjnych smyczków. Improwizacja dogasa jak świece na delikatnym wietrze. Perkusyjny werbel zdaje się milczeć, podkreślając ideologiczny triumf swobodnej kameralistyki.

 


Tomek Chołoniewski  Music To Make Your Body Suffer (Bocian/ Bołt/ CD 2021)

Solowa płyta przedwcześnie zmarłego perkusisty z Krakowa, to kolejny przyczynek do dyskusji o komponowaniu procesu improwizacji, tu wszakże dokonywanego niemalże wspak. Najpierw był koncert, w trakcie ubiegłorocznej, pandemicznej jesieni, w ramach lokalnych obchodów odwołanej Krakowskiej Jesieni Jazzowej. Ów występ Tomka można obejrzeć na dołączonym do zestawu nośniku DVD. My jednak skupiamy się na ścieżce audio. Wedle opisu płyty muzyk zmiksował nagranie live i dokonał niejako re-kompozycji improwizowanego materiału. Na krążku CD słuchamy go w pięciu częściach, które trwają 26 minut z sekundami.

Chołoniewski świetnie buduje dramaturgię swojego live-impro-mixu, dba o detale, stosuje bardzo szeroką paletę artystycznych środków wyrazu. Zaczyna tajemniczymi dźwiękami smyczka, chmurą rezonujących talerzy, aurą czerstwej, ale jednocześnie zwiewnej elektroakustyki. Dronowe smugi i metaliczne inkrustacje, pełne wzlotów i upadków na kolana. Ów bogaty flow brzmi niczym dark ambient przepuszczony przez maszynkę do mielenia mięsa, pełny preparowanych i zgrzytliwych fraz. W kolejnej części muzyk buduje chmurę innego rodzaju ambientu, która wisi nad głowami, niczym obłok radioaktywnych zanieczyszczeń. Szuka zadry i prowadzi nas na skraj noise’owej estetyki. W trzeciej części zdaje się, że wspólnie dotykamy sacrum. Dramaturgiczne wyniesienie, pełne rezonujących odgłosów, a potem głęboki skok w industrialne profanum, skrzeczące preparowanymi dźwiękami nieznanych przedmiotów, które prawdopodobnie znalazły się na glazurze werbla.

Część czwarta, to kwintesencja mixu – kroki na scenie, ludzkie odgłosy, w tle post-industrialny hałas. Po czasie muzyk opuszcza na te foniczne igrzyska chmurę ambientu, niczym płaszcz czarnoksiężnika. Narracja schodzi w ciszę, a potem odradza się wyłącznie elektroakustycznymi dźwiękami. Ostatnia część, dla kontrastu, zdaje się skupiać na żywych, akustycznych frazach. Small drumming po metalicznych miseczkach, preparacje, ugniatanie przedmiotów na perkusyjnych akcesoriach. W trakcie utworu znów pojawia się fala ambientu, tym razem dość mrocznego. Finałowa ekspozycja w pełni akustycznych prac na szumiącej powierzchni werbla i tomów domyka ów intrygujący spektakl jakże nieoczywistych figur dźwiękowych.

 



czwartek, 16 września 2021

Skerebotte Fatta! Kyaness! Crunch! DWBH! Duo Libertaire! I/O! Il Sogno! The September Summary as good, as always!


Dobrej muzyki improwizowanej nigdy za dużo! Tak przynajmniej zdają się myśleć artyści i ich szaleni wydawcy (czasami, to te same osoby!). Nowe dźwięki płyną do nas wyjątkowo szerokim korytem, zatem nie pozostaje nam nic innego, jak zaprezentować comiesięczną zbiorówkę świeżych recenzji jeszcze świeższych płyt!

Dziś słodka siódemeczka! Gatunkowy melting pot - garść free jazzu, dużo swobodnej improwizacji, szczypta zmyślnych reinterpretacji Monka, odrobina elektroniki, która dobrze wspiera akustyczne frazy, wreszcie duża porcja zmysłowej post-psychodelii. W gronie artystów zarówno nasi dobrzy znajomi, jak i czereda muzyków, którzy na łamach Trybuny debiutują.

Zaczynamy po polsku, bo definitywnie warto! Potem szwedzka Grecja, brytyjski konkret, dużo Francji, Portugalia, a na koniec międzynarodowe trio z Danii z ważnym akcentem polskim!

Zapraszamy na odczyt, potem odsłuch, a finalnie na zakupy! Kupujcie płyty z muzyką improwizowaną, traktujcie to, jak bardzo ważny obowiązek!

 


Skerebotte Fatta  Appaz (For Tune Records, CD 2021)

Zaczynamy od dobrze nam znanego duetu, który tworzą saksofonista Jan Małkowski oraz perkusista Dominik Mokrzewski. Muzycy swoją nową płytę nagrali pod koniec listopada 2020 w warszawskim studiu WerMik. Zamieścili na niej sześć swobodnych, free jazzowych ... kompozycji własnych, których tytuły to nazwiska ich ognistych idoli, pisane wspak. Całość trwa 39 minut z sekundami.

Duet warszawskich muzyków zdaje się być bardzo konsekwentny na swojej drodze artystycznej. Muzycy nie wywarzają bram, nie rozciągają … rozszerzonych technik wydobywania dźwięków ponad miarę zdrowego rozsądku. Grają swoją, duchową, niemal spirytualną odmianę free jazzu, która czerpie garściami z historii gatunku, ale też nadają jej własny, jakże indywidualny sznyt. Być może, to zasługa niebywałej cierpliwości w budowaniu ekspresyjnych narracji, dużej melodyjności i rytualnego, prostego, ale jakże uroczego bębnienia. Na tej swobodnej, niemal lekkiej, ale jakże ognistej płycie (fire music, to bardzo dobry trop!) muzyków stać chyba na wszystko. Także na to, by free jazzowa ekspresja nie była tu celem samym w sobie, a jedynie środkiem do osiągniecia bardziej złożonych zamierzeń dramaturgicznych.

Płytę otwiera bystra ballada, inspirowana Brötzmannem, początkowa dalece wystudzona, pod koniec kipiąca emocjami, masywnym rytmem i niebanalną melodyką. Druga historia, to pieśń dla RayD (Dickaty’ego), budowana wysoko zawieszonym saksofonem i niemal rytualnym drummingiem. Z kolei Ayler stawia na śpiewność i taneczność. Emocje buduje zmyślnie wybijany rytm i melodyjny brud rodzący się w tubie dęciaka. Kolejna inspiracja to … Zappa. Minimalistyczna, bardzo spirytualna narracja nabiera mocy nie bez udziału krótkiej, solowej ekspozycji perkusji. Muzycy skaczą tu w ogień po długich przygotowaniach i jakże uroczą płoną! Następny jest Braxton, który w wersji warszawiaków wydaje się być zaskakująco prostą narracją. Saksofon leni się przez cały utwór, perkusja dla kontrastu idzie w półgalop. Szósty Lloyd rodzi się w ciszy, a pełnego blasku nadają mu rozbrykane perkusjonalia. Saksofon po fazie kolejnego lenistwa rozpala tu ogień jakże krwistego zakończenia. Finał płyty, to popis perkusisty, który buduje filigranowy, jakże nerwowy flow godny tytułowego Benninka. Saksofon pozostający nieco w tle, na sam koniec wypuszcza całe połacie melodyjnych, tanecznych fraz wprost z sopranowej, małej tuby.

 


Oda Dyrnes & Zoe Efstathiou  Kyaness (Alkekung Records, LP 2021)

Po ognistych, męskich frazach czas na kobiece, jakże zmysłowe improwizacje, których dostarczają - grecka pianistka Zoe Efstathiou i norweska wiolonczelistka Oda Dyrnes. Nie znamy daty, ani dokładnego miejsca (prawdopodobnie Szwecja) rejestracji sześciu swobodnych improwizacji, pełnych pięknych, niemal wyłącznie preparowanych dźwięków. Wiemy natomiast, iż płyta Kyaness trwa niespełna 32 minuty.

Od początku spektaklu dłonie obu kobiet spoczywają na strunach, które drżą i produkują dźwięki, tworzące strumień gesty, kanciasty, odrobinę jednak leniwy, doposażony plejadą kobiecych, dalece niemęskich subtelności. Artystki szorują struny, układają na nich dziwne, nieznane przedmioty, lubią klimat dobrze wentylowanego zakładu szlifierskiego. Pięknie dbają o niuanse, ale wcale nie stronią od zachowań noszących znamiona dynamicznych. Ich konsekwencja i determinacja sprawiają, że permanentnie molestowane struny zaczynają śpiewać, jęczeć, głęboko oddychać i w bojaźni budować zmysłową improwizację. Choćby w trzeciej części, gdy mała zabawa w dobrze skorelowane ze sobą short-cuts przeistacza się w działania niemal mechaniczne - masywne szarpnięcia i subtelne uderzenia, testy rozciągliwości strun, a pośród nich nieco przypadkowy dźwięk fortepianowego klawisza.

Piąta improwizacja wydaje się w tym niedługim zestawie muzycznych historii kluczowa, trwa bowiem ponad dziesięć minut i składa się z trzech części, wydzielonych sekundowymi porcjami ciszy. Najpierw garść półdźwięków z piana, bardzo filigranowych, wzbogacona matowym brzmieniem szarpanych strun cello. Kolejny wątek budowany jest przez jakże kameralny suspens – cello stęka, a piano drży nie tylko preparowanymi dźwiękami. Wreszcie trzeci wątek - dwie bystre przebieżki po strunach piana i wiolonczeli, ale prowadzone w różnych tempach. Pierwszy z instrumentów pięknie tu śpiewa czystym rezonansem. Ostatnia improwizacja, niezbyt długa, rodzaj płytowego resume – skromne zabawy z echem i rezonującymi strunami, które aż gwiżdżą z zadowolenia. Zupełnie tak samo, jak recenzent!

 


Hutch Demouilpied/ Matt Hutchinson/ Sue Lynch Crunch (Empty Birdcage Records, DL 2021)

Teraz na 27 minut przeniesiemy się do londyńskiego Vortexu, by odczytać nagranie swobodnie improwizującego tria w składzie: Hutch Demouilpied – trąbka i flety, Matt Hutchinson – fortepian oraz Sue Lynch – saksofon tenorowy i klarnet. Trzy części zarejestrowane zostały w czerwcu 2019 roku, w ramach świetnie nam znanej imprezy Mopomoso (album dedykowany jest pamięci Johna Russella).

Muzycy wchodzą w swobodną improwizację z marszu, bez specjalnych przygotowań mentalnych – abstrakcyjne piano wprost z klawiatury, saksofonowe przedechy i trąbka, która brzmi niczym lamentujący głos kobiecy. Wszystko w tej improwizacji dobrze się zazębia - narracja bystrze skacze od zmysłowego chamber po ekspresję free jazzu. Dynamikę dostarcza tu na ogół pianista, ekspresję saksofonistka, a trębacz robi swoje, stojąc na stronie i zawadiacko zaczepiając przechodniów. W momentach, gdy opowieść staje się bardziej kameralna, dostajemy także drobną porcję preparowanych dźwięków. Finał pierwszej improwizacji jest dynamiczny, nie bez fajerwerków.

Na początku drugiej opowieści pojawia się flet i klarnet. Najpierw sekwencja drobnych preparacji, syczących fraz i gołe struny piana. Szczególnie dobrze dzieje się na osi flet-klarnet. Narracja pnie się na swój szczyt, po czym leniwie przygasa dając okazję dysponentom dętych instrumentów na powrót do saksofonu i trąbki. Tym razem droga nie wiedzie na szczyt, ale broczy w meandrach rzewnych pieśni post-żałobnych. Muzycy nabierają jednak mocy, czasami nawet wzajemnie na siebie pokrzykują. Mimo rosnącej ekspresji nie gubią jednak głęboko zaszytej w sercach melancholii i pewnego rodzaju dramaturgicznej zadumy. Wraz z upływem czasu improwizacja staje się coraz bardziej nerwowa, a dźwięki coraz krótsze, bardziej urywane. Pod koniec trąbka znów mówi ludzkim głosem i zabiera trio na ostatnie wzniesienie. Finał koncertu, to kilkuminutowe encore grane klawiszami piana, trąbką i saksofonem. Takie zmyślne post-jazzy-chamber, rodzaj artystycznego podsumowania, nie bez klasycyzujących fraz fortepianu. Narracja znów wybiera się na wzniesienie, ale droga doń wydaje się dość wyboista.

 


DWBH  Don’t Worry Be Happy (Intrication, CD 2021)

Pod wyżej wskazaną nazwą własną odnajdujemy świetnie nam znanego trębaczka austriackiego Franza Hautzingera, jego życiową partnerkę, francuską wokalistkę i klarnecistkę Isabelle Duthoit oraz dwóch francuskich muzyków, których spotykamy po raz pierwszy, ale … dziś nie ostatni - Pascala Brecheta na gitarze elektrycznej oraz Thierry’ego Waziniaka na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Dodajmy, iż dwaj ostatni są tu także wydawcami, w ramach nowego labelu z muzyką improwizowaną. Zamieszczona na albumie dalece swobodna improwizacja podzielona została na siedem części z tytułami i trwa łącznie 62 minuty (miejsce i czas akcji nieznane).

Płyta o jakże wesołym tytule zaczyna się z wysokiego C, wbija w fotel i naprawdę dużo obiecuje w zakresie tak zwanego ciągu dalszego! Od pierwszego dźwięku kolektywna, zwarta, gęsta narracja – trębackie preparacje, drobiazgi na gitarowych przetwornikach, bystry, lekko zawieszony drumming i głos, przypominający świergot upalonego wróbla, który po czasie zdaje się zlewać z klarnetowymi frazami, także dbającymi o poziom brzmieniowej dyfuzji. Muzycy kreują dynamikę ekspozycji, a także stymulują nasze emocje w stopniu ponadnormatywnym. Ekspresja sięga chwilami freejazzowego wzniesienia, a głos, który zdaje się mieć tu sto twarzy, w każdej chwili zdolny jest zaskoczyć i dodatkowo ubarwić tę krwistą improwizację.

Kwartet bystrych improwizatorów niestety nie jest w stanie utrzymać tak wysokiego poziomu intensywności do końca płyty. Każda z kolejnych sześciu improwizacji pełna jest intrygujących, chwilami naprawdę udanych dźwięków, ale też każda z nich wydaje się być delikatnie przegadana i po prostu zbyt długa. Dobrze nam znana teoria, iż swobodna improwizacja winna trwać nie więcej niż 40 minut, i tu znajduje swój jakże praktyczny wymiar. Niemniej warto podkreślić, iż bardzo nam się podoba to, co wyczynia Duthoit ze swym głosem (choćby część trzecia) i zadziornym klarnetem (część czwarta), walory Hautzingera są nam powszechnie znane, z kolei Waziniak dobrze dba o dramaturgię, często trzyma narrację w trybie suspended, nigdy nie proponuje nazbyt wielu dźwięków. Wreszcie Brechet, gitarzysta silnie siedzący w jazzie i fussion, być może w kilku momentach mógłby bardziej poskramiać swoją kreatywność. Reasumując – gdyby płyta zakończyła się tuż po czwartej, prawie 16-minutowej improwizacji, chwilami skrzącej się pikantnym, elektroakustycznym posmakiem, nikt by nam tym nie stracił.

 


Duo Libertaire  Hint Of Monk (Intrication, CD 2021)

Dwóch Francuzów z poprzednio omawianej płyty zostaje z nami. Thierry Waziniak (perkusja, instrumenty perkusyjne) oraz Pascal Brechet (gitara) zapraszają tym razem na bardzo swobodne … reinterpretacje utworów Theloniusa Monka. Jedenaście części, 45 minut z sekundami, miejsce i czas nagrania ponownie nieznane.

Frywolna, jazzowa gitara, która zna doskonale historię gatunku i równie swobodna perkusja, podobnie jak na poprzedniej płycie, dobrze dbająca o dramaturgię spektaklu, często bazująca na intrygującym suspensie. Muzycy płyną strumieniem monkowskich melodii, udanie je cytując lub sugerując dalece luźne z nimi skojarzenia. Bystrze łapią dynamikę i przewrotną melodykę tak charakterystyczną dla kompozycji amerykańskiego pianisty. Budują opowieść, która mogłaby być świetnym soundtrackiem do filmów noire lub starej, francuskiej Nowej Fali. Ich interpretacje Monka zdają się być pokrętnie abstrakcyjne, jak i definitywnie proste niemal w tej samej frazie. Kreują narrację, którą z całą pewnością zaliczyć winniśmy do jazzowego chill-outu, niepozbawioną jednak nerwu improwizacji, wszak to ona jest głównym narzędziem pracy obu Francuzów.

W trzecim utworze proponują swoją autorską impresję, która wydaje się być kolejnym monkowskim evergreenem. Ciekawie brzmią w piątej odsłonie, gdy talerze zaczynają rezonować, a gitara śpiewa swobodnymi flażoletami. W interpretacji jednej z najlepszych melodii Monka Trinkle Tinkle artyści stosują przewrotne metrum i świadomie uciekają od oryginalnej konstrukcji rytmicznej. W końcowych piosenkach gitarzysta koncentruje się na eksponowaniu tematu (czego na ogół nie czynił w pierwszej części płyty), perkusista zaś swawoli na całego. Ot, taki taniec wyzwolonych bikiniarzy!

 


I/O: Carlos Santos & Ulrich Mitzlaff  Studies on Colour Field Modulation (Creative Sources, CD 2021)

Czas na obiecaną Portugalię! Studio w podlizbońskim Algés - Orquestra de Câmara Portuguesa (OCP), wrzesień ubiegłego roku, a w nim dwóch muzyków: Carlos Santos – elektronika i obiekty oraz Ulrich Mitzlaff – violonczello (połączenie skrzypiec i wiolonczeli) i obiekty. Panowie improwizują w dwóch częściach, a całość trwa niewiele ponad 35 minut.

Swoją jakże błyskotliwą przygodę elektroakustyczną muzycy rozpoczynają w mgławicy szumów i szmerów. Opowieść z jednej strony pachnie niemal field recordingiem, z drugiej zaś jest zapewne efektem działań elektroniki i być może live processingu. Po niedługiej chwili domyślamy się, iż część dźwięków dociera do nas wprost z gryfu strunowca. Pojawiają się akcenty percussion i dźwięki smyczka, który ociera się o struny. Tworząca tło elektroniczna poświata zdaje się brzmieć w tym momencie nad wyraz akustycznie. Miztlaff raz za razem wrzuca do strumienia narracji nowe elementy, a praca Santosa sprawia, iż słyszymy dwa, a nawet trzy wątki narracji generowane przez instrument strunowy, pozostające na różnym etapie elektroakustycznego rozwoju. Z czasem rośnie też ilość drobnych, pure elektronicznych dźwięków. Artyści bardzo udanie zarządzają tu dramaturgią. Ich opowieść wspina się na drobne wzniesienia, czasami pogrąża się w melancholijnych dolinach, ale nigdy nie nudzi. Opowieść budują zarówno drobne, szarpane frazy pizzicato, jak i długie, barwne drony multiplikowanego arco, brzmiące niczym chłodny ambient. Na koniec mamy jeszcze samplowane ludzkie glosy i post-barokowe frazy strunowca, płynące w onirycznej aurze elektroniki.

Druga improwizacja w swej początkowej fazie wydaje się być nad wyraz filigranowa. Kreują ją smyczek, który delikatnie pociera o struny i być może także o pudło rezonansowe oraz niemal imitacyjne dźwięki elektroniki. Całość przypomina spacer po zamglonym lesie, tuż przed świtem. Po pewnym czasie frazom strunowca udaje się wydostać na powierzchnię elektronicznej narracji. Uroczo piłowane struny zaczynają swoją pieśń pożegnalną. Oto mroczna post-elektronika dobywana wprost z pajęczastego strunowca, który zdaje się mieć nieskończoną ilość macek. Na finał rzeczona elektronika lepi się w intrygujący dron, a violoncello kreśli smugi cienia.

 


Il Sogno  Graduation (Gotta Let It Out and Auand Records, CD/2LP 2021)

Na standardowej płycie kompaktowej, wedle osiągnięć współczesnej techniki, mieści się mniej więcej 79 minut i 57 sekund muzyki. Trio Il Sogno zdaje się, że pomieściło na swojej nowej płycie niemal dokładnie tyle dźwięków. W każdym razie mamy na niej piętnaście impro kompozycji utrzymanych w duchu łagodnej psychodelii i całkiem bystrego fussion jazzu. Poznajmy muzyków: Emanuele Maniscalco – wurlitzer, syntezator, Tomo Jacobson – kontrabas oraz Oliver Laumann – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie z października 2019 roku, zarejestrowane we włoskiej Brescii i jej Teatrze Wielkim.

Graduation jest po prawdzie nagraniem niebywale długim, ale wiele wskazuje na to, iż przyjęta przez muzyków koncepcja stylistyczna broni się tu od pierwszego dźwięku do owej osiemdziesiątej minuty. W każdym razie pomyślunku i kreatywności nikomu nie brakowało w trakcie tej żmudnej, chwilami wyczerpującej podróży. Już początek kreśli nam ramy wydarzenia – kontrabasowy smyczek, który po introdukcji zamienia się w żywe, srebrzyste pizzicato, cały arsenał środków pianisty, który niemal od startu rysuje tu linię melodyczną, często kreując dwa, a nawet trzy wątki narracyjne, wreszcie perkusja, która robi to, co do niej należy, czyli dba o właściwy kierunek podróży. Muzycy pośród tysiąca pomysłów i melodii, jakie przewijają się przez całe nagranie, raz za razem wrzucają do tygla narracji pałkę dynamitu, siejąc niepokój, szyjąc improwizacje dalece nerwowym ściegiem. Śmiało uciekają wtedy w psychodelię, tudzież frazy pełne tajemniczości, stawiające dramaturgiczne znaki zapytania. Tak dzieje się choćby w utworze drugim i zwłaszcza piątym, który jest długą, ponad dziesięciominutową, poszarpaną i jakże stylową, niemal stuprocentową improwizacją. Dużo kreatywnej nerwowości odnajdujemy także w utworze czternastym.

Il Sogno lubi też zaskakiwać niemal biesiadną melodyką, nie boi się struktur rytmicznych idealnie nadających się do tańca i śpiewania. W takiej estetyce pozostaje trzecia piosenka, a zwłaszcza niemal wodewilowe zakończenie, lekkie jak puch pod spódnicą korpulentnej baletnicy. Wszakże chlebem powszednim tej edycji tria jest fussion jazz. W tej stylistyce utrzymana jest większość kompozycji, w tych ramach świetnie pracują wszelkie klawiatury, jakich używa pianista, a sekcja kontrabasu i bystrej perkusji płynie strumieniem pełnym wyłącznie udanych fraz. Tu za przykłady mogą posłużyć kompozycje numer cztery, sześć, siedem, czy dziewięć. Podoba nam się także kompozycja dziesiąta, która smakuje dark ambientem. Z kolei jedenastka świetnie zmieściłaby się na soundtracku do serialu wszechczasów, czyli lynchowego Twin Peaks.