Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seth Cooke. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seth Cooke. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 czerwca 2021

Dominic Lash’ Spoonhunt and three new albums! Consorts Ensemble and two quartets!


Brytyjski kontrabasista, improwizator i kompozytor Dominic Lash gości na naszych łamach w miarę regularnie, choć przyznajmy, iż nie za często. Dziś wszakże okazja do prezentacji jego twórczości jest dalece szczególna, albowiem artysta dostarcza nam aż trzy nowe płyty! Wszystkie wydane przez niego samego w ramach inicjatywy Spoonhunt, wszystkie wyprodukowane na nośniku fizycznym (co nie było dotychczas regułą), wszystkie zarejestrowane na koncertach w londyńskim Cafe Oto (dwie pierwsze nawet tego samego dnia!), wreszcie wszystkie wyposażone w ładunek pięknych dźwięków, niosących niebywałe emocje!

Nasz krótki przegląd zaczniemy od … 21-osobowego składu, który bystrze improwizuje wedle wskazówek kompozytorskich Lasha, zaraz potem odczytamy swobodnie improwizujący kwartet brytyjskich asów, którego koncert jest jednym z ostatnich publicznych występów Johna Russella (płyta dedykowana zmarłemu w styczniu bieżącego roku gitarzyście), wreszcie napotkamy na kwartet hiszpańsko-brytyjski, który gra smakowity jazz z przyległościami, znów wedle wskazań kompozytorskich kontrabasisty.

 


Consorts  Distinctions

W połowie stycznia ubiegłego roku, na niewielkiej scenie Café Oto pomieściła się cała armia muzykantów. Poznajmy ich dane personalne: Douglas Benford – harmonium, instrumenty perkusyjne, Steve Beresford – elektronika, Marjolaine Charbin – fortepian, Chris Cundy – klarnet basowy, Seth Cooke - steel sink and metal detector, Angharad Davies – altówka, Phil Durrant – syntezator modularny, Matthew Grigg – gitara z amplifikacją, Bruno Guastalla – wiolonczela, Martin Hackett – syntezator, Tim Hill – saksofon barytonowy, Tina Hitchens – flet, Sarah Hughes – zither, Mark Langford – klarnet basowy, Dominic Lash – kontrabas i kompozycja, Yvonna Magda – skrzypce, Hannah Marshall – wiolonczela, Helen Papaioannou – saksofon barytonowy, Yoni Silver – klarnet basowy, Alex Ward – klarnet z amplifikacją oraz Shaun Crook – live sound. Skomponowana improwizacja Distinctions jest nieprzerwanym ciągiem dźwięków i trwa 46 minut z sekundami.

Ceremonia dźwięku budzi się do życia w ciszy nieistnienia – elektroakustyczne piski, drobne frazy dętych, kontrabas, mała elektronika. Im mniejszy, delikatniejszy dźwięk, tym lepiej zdobi on narrację wstępną. Tworzą ją także dźwięki ciągnione (sustained) i cisza, która szczelnie wypełnia puste przestrzenie pomiędzy frazami. Pierwsze wzniesienie narracyjne ma miejsce w okolicach 5 minuty, ale opowieść szybko wraca do estetyki short-cuts with long eyes! Dramaturgię buduje także smyczek na kontrabasie i cała plejada tajemniczych dźwięków elektronicznych. Multi-składnikowy dron powstaje z mozołem, ale systematycznie i precyzyjnie. Zdarzają się jeszcze momenty zawahania - flow przygasa, ale natychmiast rodzi się na nowo i rusza w dalszą podróż z rosnącą determinacją. Zasadniczy strumień dźwięków płynie dołem (cała armia klarnetów basowych i barytonu), delikatnie błyszczy się też w górnych partiach, zdobionych wyziewami elektroniki i innych przedmiotów muzycznego użytku. Narracja pęcznieje naprawdę efektywnie dopiero w okolicach 17 minuty. Muzyka przypomina wtedy stado szerszeni, tudzież innych owadów brzęczących, a może eskadrę złowieszczych krążowników zasnuwających niebo pożogi. Ów strumień kardynalnych fonii zdaje się mieć kilka warstw – dęte pomruki, strunowe boleści i morze basowych westchnień.

W połowie nagrania opowieść wyhamowuje, schodzi na samo dno, wprost w objęcia gwiazdozbioru drobnych, urywanych i nerwowych fraz. Dęte wydechy topią się w elektroakustycznej poświacie - rozhuśtane emocje, tygiel strachu i dramaturgicznego suspensu. Narracja sprawia wrażenie tworzonej definitywnie ad hoc, z kompozytorem, który zatracił się w wirze improwizacji i dyrygentem, który jeszcze się nie narodził. W okolicach 30 minuty wszystkie dźwięki dostają na moment syntetycznego pogłosu, jakby ktoś przepalił bezpieczniki w Cafe Oto. Emocje rosną, strumień dźwięków w dalszym ciągu pęcznieje - przypomina wielki świder, który buduje kolejną linię metra. Oj, tak, muzycy zdecydowanie idą już na spotkanie ze ścianą dźwięków! Jeden przekrzykuje drugiego, trzeci modli się do nieistniejącego boga, czwarty ciśnie na gaz – stare, dobre czasy Globe Unity Orkiestra stają nam przed oczyma, niczym piękny koszmar z ulubionych horrorów. Na prawej flance poziom emocji eskalują klarnety, wsparte amplifikacją, na lewej drży moc gniecionej akustyki repetującego fortepianu. Wszyscy jadą na pełnym wydechu - kompulsywny spazm wielkiej improwizacji, furia i deterministyczny nihilizm nieograniczonej wolności tworzenia trwa do końca 43 minuty. Wtedy to hipo-dron mocy zaczyna rozpadać się na pojedyncze elementy, które wciąż jeszcze generują energię kinetyczną, jak małe planety hałasu w bezmiarze kosmicznej pustki. W połowie 45 minuty płomień narracji zaczyna definitywnie gasnąć, ześlizgiwać się ze strun, wydawać martwe oddechy. A potem już tylko finałowe podrygi syntetyki, która umiera jako ostatnia.

 


John Butcher/ Dominic Lash/ John Russell/ Mark Sanders  Discernment

Tego samego dnia, w tym samym miejscu czeka na nas kwartet w składzie wyjątkowym: John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Dominic Lash – kontrabas, John Russell – gitara oraz Mark Sanders – perkusja. Cztery swobodne improwizacje (trzy pierwsze, to nieprzerwany ciąg dźwięków) trwają niespełna 40 minut, a cała płyta dedykowana jest Russellowi, który zmarł niemal dokładnie rok po tym koncercie.

Na scenie mamy wprawdzie kwartet dalece międzypokoleniowy, ale muzycy znają się świetnie (Londyn, to przecież małe miasto!), zatem nie potrzebują jakiejś szczególnej introdukcji, by wejść w dobre akcje i jeszcze bystrzejsze reakcje. Talerze, smyczek, sucha tuba saksofonu i mikrofrazy gitary budują wszakże dalece nieśpieszną i stonowaną emocjonalnie improwizację otwarcia. Niektóre dźwięki grane są na wdechu, inne wynikają z dramaturgicznego zaniechania. Muzycy nie forsują tempa i nie będą tego czynić w trakcie całego koncertu. Dynamika rośnie incydentalnie, na ogół wtedy, gdy kontrabas przechodzi w tryb pizzicato. W drugą część płyty wchodzimy płynnie, jakkolwiek jest ona kardynalnie nowym wątkiem improwizacji. Gitarzysta łagodnie pląsa, saksofonista udanie skrywa swoje emocje, a nad całością opowieści zdaje się czuwać główny strateg improwizacji, usadowiony u wezgłowia dużego kontrabasu. W roli złotnika, tudzież zdobiciela narracji bystry i kreatywny drummer. Muzycy nie stronią od preparacji, cały czas szukają zadziornych fraz i kantów, ale pozostają na etapie przedekspresyjnym. Na finał odcinka dostajemy bystre solo gitary, w klimatach niemal neoklasycznych. Kolejny etap trylogii pierwszego seta rozpoczyna wystudzony saksofon sopranowy. Reszta załogi nie wykazuje jednak ochoty, by iść na całość, raczej wdaje się w spokojne przepychanki, tudzież dramaturgiczne uprzejmości. Muzycy z mozołem doprowadzają ów fragment koncertu do finału, na samych końcu fundując nam drobną eksplozję mocy.

Ostatnia część spektaklu, de facto jego drugi set, trwa 17 minut i jest zamkniętą formą dramaturgiczną. Zaczynają go perkusjonalia i smyczek kontrabasu. Po chwili podłącza się jak zwykle delikatna gitara i cokolwiek rozochocony saksofon. Improwizacja szuka swojej dynamiki, ale co rusz hamuje, a muzycy stają w obliczu pewnych rozterek sytuacyjnych. Tenor ciągnie w kierunku rytmu i bluesowych niemal pomysłów, smyczek kontrabasu zgłasza zdanie odrębne. W efekcie tych nieco ambiwalentnych zachowań kwartet najpierw wpada w ramiona open jazzu, a potem koi troski w obliczu bardziej kameralnych fraz. Na zakończenie artyści dobywają jednak ze swoich trzewi odrobinę więcej energii kinetycznej, dzięki czemu ostatnie partie dźwięków możemy uznać za bardziej niż udane. Aktywny saksofonista, gitarzysta ze wzajemnie zazębiającymi się riffami, bystry drummer i jakże elastyczny dramaturgicznie kontrabasista efektownie wieńczą dzieło w oczekiwaniu na zasłużone oklaski.

 


Dominic Lash Quartet  Limulus

Ostatnia dziś płyta, to znów londyńskie Café Oto, ale na osi czasu cofamy się do stycznia 2019 roku. Sześć kompozycji tzw. lidera wykona tu dla nas kwartet w składzie: Javier Carmona – perkusja i instrumenty perkusyjne, Dominic Lash – kontrabas i rzeczone kompozycje, Ricardo Tejero – saksofon altowy oraz Alex Ward – gitara elektryczna. Całość koncertu zamieszczonego na srebrnym krążku, to niemal 52 minuty.

Pierwsze trzy utwory koncertu, to nieprzerwany strumień jazzowej improwizacji, która raz za razem czerpie inspirację z różnych gatunków – rocka, kameralistyki, czy otwartego, jakże ekspresyjnego post-free jazzu. Pierwszy temat, pełen rytmu, swobodnej melodii i dobrego humoru, podają jednocześnie kontrabas i gitara. Perkusja dba o właściwy kierunku rozwoju dynamiki, a roześmiany saksofon czuje, że znajdzie w tej przestrzeni dużo miejsca dla swojej kreatywności. Power Quartet zaczyna swój multigatunkowy taniec z gracją i wyłącznie dobrymi emocjami. Szczególnie ekscytujące wydają się wzajemne imitacje gitary i saksofonu, czynione w prawdziwie ognistej fazie improwizacji. Zakończenie tego wątku skrzy się mroczną psychodelią, budowaną smyczkiem kontrabasowym. Muzycy płynnie wchodzą w drugi temat, który dość mocno zmienia klimat koncertu. Smyczek zabiera nas do krainy swobodnego post-chamber. Początkowo opowieść wydaje się nad wyraz leniwa (gitara pachnie dalekim wschodem!), ale to tylko pozory. Emocje i nerwy biorą górę, muzycy przyjmują otwarte pozycje i skaczą w ogień free jazzu. Niemal niepostrzeżenie zaczyna się trzecia kompozycja, introdukowana przez trio bez saksofonu, które bezceremonialnie swinguje i buduje ciekawą dynamikę. Świetne expo staje się udziałem gitary. Saksofon wchodzi do gry wprost w prezentację tematu, po czym ucieka w efektowne solo w klimatach definitywnie godnych Charlie Parkera. Muzycy znajdują też czas i miejsce na solową ekspozycję perkusisty.

Po krótkiej chwili kwartet powraca na dwie kolejne kompozycje. Pierwsza z nich powstaje w ciszy, z wytłumionym smyczkiem i gitarą, która frazuje niezwykle semicko. Perkusyjne szczoteczki tworzą klimat ballady, która jednak dość szybko przepoczwarza się w efektowne, bardzo rozwichrzone free impro! Po niedługiej, kolektywnej ekspozycji, na czoło wysuwa się kontrabas, który najpierw smyczkiem tłumi emocje, a potem śmiało przystępuje do solowej przebieżki. W tak zwanym międzyczasie zaczyna się już kolejny utwór. Gitara i saksofon lepią się w gasnące solo basu przeciągłymi frazami. Preparacje perkusji także kreują ciekawy suspens. Dynamika rośnie, powraca post-swingowy sznyt, a narracja bez wysiłku osiąga stan kolektywnych, improwizowanych eksplozji. Sam temat kompozycji pojawia się na jego zakończenie, podany unisono jakby od niechcenia. Na bis, niemal 10 minutowy, muzycy wychodzą w dużym skupieniu. Od razu proponują nam zmyślną zabawę w pytania i odpowiedzi. Znów, jak na początku koncertu, dostajemy piękny duet imitacyjny – psychodelizująca gitara i preparujący saksofon. Narracja szybko wspina się na szczyt, po czym efektownie opada, niesiona temperamentem kontrabasowego smyczka. Na zakończenie muzycy śpiewają hymny pochwalne, ewidentnie zadowoleni ze swego dzieła. Nie pozostaje nam nic innego, jak zgodzić się z ich oglądem sytuacji scenicznej.



piątek, 29 czerwca 2018

Phicus & Belorukov at Intonema! And the Other Tall Stories!


Petersburski label Intonema, jak donosi podtytuł jego strony internetowej, poświęcony jest muzyce improwizowanej, współczesnej, eksperymentalnej i całej tej szalonej reszcie! Artystycznie dowodzi nim bardzo ciekawy rosyjski saksofonista i eksperymentator w zakresie dźwięków elektroakustycznych - Ilia Belorukov.

Być może na moment, w którym Trybuna baczniej przyjrzy się dokonaniom Intonemy, musielibyśmy jeszcze trochę poczekać, ale szczęśliwie, za jej przyczyną, kilka tygodni temu ukazała się druga płyta barcelońskiej formacji Phicus. To trio znamy i lubimy tu wszyscy, bo nie dalej, jak jesienią ubiegłego roku, Ferran Fages, Alex Reviriego i Vasco Trilla debiutowali fonograficznie w ramach serii wydawniczej Trybuny i Multikulti Project. Najnowsza płyta nagrana została w towarzystwie właśnie Belorukova, zatem nie mogliśmy nad tym faktem przejść do porządku dziennego, bez odpowiedniego komentarza.

Dodatkowo dzięki uprzejmości wydawcy, w odtwarzaczach redakcji pojawiło się także kilka poprzednich płyt labelu, zatem czas dziś na skromny overview katalogu Intonemy. Przegląd zaczniemy, trzymając się znanej i lubianej na tych łamach zaburzonej chronologii, od płyty najnowszej*), a potem skrupulatnie będziemy cofać się w czasie, omawiając w sumie pięć ostatnich pozycji.
  




Phicus & Ilia Belorukov  K​(​nо́​)​t (Intonema 027, 2018)

Ubiegłoroczne lato w Barcelonie! Ferran Fages – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – kontrabas, Vasco Trilla – perkusja oraz Ilia Belorukov – saksofon altowy i mała elektronika. Cztery utwory z tytułami trwają 40 minut bez kilkunastu sekund.

Od startu dobiegają nas dźwięki z samych głębin tuby, rezonującego talerza, opiłek fonii na gryfie gitary, czy szorowania pudła rezonansowego kontrabasu. Wszystkie one dumnie kroczą, jeden za drugim, w oczekiwaniu na to, co może wydarzyć się za moment. Oto Phicus w wersji medytacyjnej, bez akcentów rockowych, czy post-rockowych, które niechybnie zdobiły ich debiutancki album Plom. Znacząca w tym moc sprawcza rosyjskiego saksofonisty, który na ogół stroni od ekspresyjnych zachowań i nierozważnych galopad. Świat fonii filigranowych dzwonków, prychów na dyszach, akustycznych ornamentów, migotliwych świecidełek na skraju dnia, w glorii zachodzącego słońca, gdy czuć już zimną nocą w powietrzu. Mikrobiologia improwizacji, mikrotonalność pojedynczego dźwięku. A na finał pierwszej części bardzo udane próby budowania, wzajemnie krzyżujących się, dronów z czterech akustycznych źródeł. Druga improwizacja, najdłuższa na płycie, rodzi się z poziomu jeszcze bliższemu ciszy. Jeszcze dostojniejsza, bardziej oniryczna (zwłaszcza na gryfach), metafizycznie podwieszona w czasoprzestrzeni. Teraz mamy już chyba do czynienia w prawdziwą nanobiologią dźwięków - wielokolorowe szumy, głęboki rezonans, drobinki ołowiu w powietrzu. Narracja zaczyna delikatnie narastać, elektroakustyczna mieszanka ciała i krwi – zmysłowe, cierpkie nieoczywistości fonii, z silnym akcentem małej elektroniki w samym środku tej ekspozycji. Wytłumionej po niedługiej chwili szarpnięciami strun kontrabasu i skromną sonorystyką altu. Jakby rodziło się nowe życie dla całej czwórki muzyków. Więcej rwanych fraz, znaczące akcenty perkusyjne, drobne cuda na gryfie gitary. Szczypta dźwięków z nierozpoznawalnych źródeł (raczej akustycznych). Dzwonki Trilli wieńczą dzieło.

Czas na trzecią opowieść – klimat powolnej śmierci zostaje zachowany. Cisza, mikrozgrzyty gitary, napięcie zaniechania, chłód oczekiwania. Kontrabas wchodzi do gry jak niedźwiedź, nie do końca wybudzony ze snu zimowego. Obok ledwie sugerowany drumming. Narracja niczym upiorna kołysanka dla wyjątkowo niegrzecznych dzieci, z głęboko zaszytą w sobie repetycją. Następny krok, to oniryczna sonorystyka, uprawiona jakby w poprzek przebiegu wydarzeń. Drżenie upoconych rąk, niepokój chwili, elektroakustyczny strach przed nieznanym. Jakby muzycy grali soundtrack do niemego horroru, jednego z klasyków gatunku. Sepia okładki płyty nie mówi nam chyba wszystkiego o intencjach jej twórców. Królestwo artystycznego minimalizmu zostaje osiągnięte. Na finał płyty rodzaj czterominutowej kody. Elektroakustyczny szum, drobinki akustycznych dźwięków ze strony wciąż jeszcze żywych instrumentów. Na tle tej narracji tempo orszaku pogrzebowego, to niemal galop. Na sam już koniec, przez krótki moment, nieco gęstsza faktura dźwięków, sonoryzujący Trilla, czyste dysze altu. Na ostatniej prostej tłumienie dawno już wytłumionych emocji.




Konstantin Samolovov & Alexey Sysoev  Varietas (Intonema 026, 2018)

Nadal lato roku ubiegłego, tym razem jednak moskiewski DOM Cultural Center. Konstantin Samolovov – wybrane elementy perkusji, obiekty, radio, rejestrator głosu oraz Alexey Sysoev  - no input mixing board (stół mikserski bez danych na wejściu) plus kilka, bliżej nieznanych obiektów elektronicznych. Dwie improwizacje, łącznie 37 minut bez kilku sekund.

Muzyczna przygoda z perkusją wspomaganą elektroakustyką lub może inaczej – elektroakustyka napędzana snare drummingiem. Zwarty, gęsty ścieg narracji, odrobina sampli, elektroniczne ozdobniki. Jakkolwiek byśmy tego nie odbierali, improwizacja ma swój rytm, swoją nieco powykręcaną, żywą dynamikę, umoczoną po pachy w preparacjach czynionych na mikserze bez danych wejściowych (czyli takim muzycznym perpetum mobile). W wymiarze fonicznym, improwizacja duetu przypomina chwilami ciąg produkcyjny dużego zakładu szlifierskiego. Nerwowe, rozedrgane plamy dźwiękowe, silnie wszakże przykuwające uwagę odbiorcy. Choć opowieść toczy się stosunkowo linearnie, bywa, że skrupulatnie narasta w czasie i przestrzeni.

Na szczególną uwagę zasługuje końcowe 6-7 minut pierwszej, dłuższej improwizacji, zatytułowanej Moto. W natłoku wielowymiarowych dźwiękowych wydarzeń, wyjątkowo zwinnie wyłania się elektroakustyczny dron, który z perspektywy pierwszego piętra, fantastycznie komentuje skromny, zakleszczony do wewnątrz, akustyczny snare drumming. Całość efektownie pikuje w kierunku finałowej ciszy. Druga improwizacja Cycle zdaje się być bardziej stonowana, skupiona na pojedynczych frazach, z delikatnie przesuniętym akcentem z soczystych perkusjonalii na rozbudowaną, niebanalną, jakże żywą elektroakustykę.




Ilia Belorukov/ Miguel A.García/ Jason Kahn/ Frantz Loriot  Invanskrue (Intonema 025, 2017)

Szwajcarski Zurich, grudzień 2016 roku. Ilia i Miguel w trakcie trasy koncertowej spotykają tamtejszych rezydentów w osobach Jasona i Frantza. Propozycja wspólnej sesji nagraniowej okazuje się strzałem w dziesiątkę! Ilia Belorukov - fluteophone, contact microphone, effect pedals, sample, field recordings, Miguel A. García - laptop, elektronika, Jason Kahn – perkusja oraz Frantz Loriot – altówka. Dwie improwizacje, 46 i pół minuty.

Przykład wyjątkowo kompetentnej elektroakustyki z dużą dawką żywych, niebanalnych, intrygujących dźwięków. Element pierwszy to domena gości, drugi zaś to przywara gospodarzy tej sesji. Narracja pełna skupienia, dbałości o szczegóły, bez brudu za paznokciami i zbytniego potu na czole. Struktura improwizacji w trakcie dwóch opowieści jest na ogół dość stała. Chwilami prym wiodą elektroniczne incydenty, w innych momentach piękno akustyki altówki i perkusjonalii zdaje się mieć niepodważalny charakter. Zwinna sonorystyka żywych instrumentów zwiera tu zgrabnie szyki z syntetyką ciekawej elektroniki. 

Pierwsza improwizacja obfituje w wiele imponujących ekspozycji Kahna, także w kameralistyczne grepsy na gryfie Loriota. Belorukov skoncentrowany na elektroakustycznych perforacjach, Garcia zaś trzyma z nim front, świetnie kooperując na kablach. Rodzaj improwizowanej narracji, który nie eskaluje się bez potrzeby, która perfekcyjnie dba o dramaturgię wydarzeń. Jej linearność, spójność artystyczna, konsekwencja w budowaniu muzycznej opowieści, konstytuują jakość oceny końcowej.

Druga opowieść zdaje się być bardziej intensywna, z większą ilością kanciastych form. Rośnie ilość dźwięków w jednostce czasu, okazjonalnie pojawiają się zmutowane melodie z sampli i szczypta field recordings. Ta narracja ma trzy, nawet cztery wątki, a wszystko dzieje się przy zachowaniu autów pierwszej części. Już pod koniec 10 minuty muzycy schodzą na poziom ciszy i balansują na granicy dźwięku. Po chwili skrupulatnie odbudowują narrację. Wyrazisty Kahn stanowi świetny punkt odniesienia dla elektroakustycznego dzieła gości w podróży. Loriot, od czasu do czasu, gotowy jest budować strzeliste drony na gryfie altówki i łechtać ucho recenzenta w sposób ponad normatywny. Invanskrue to płyta, która stanowić może doskonały przykład symbiozy żywych i syntetycznych pasaży dźwiękowych.




Dominic Lash & Seth Cooke Egregore (Intonema 024, 2017)

Powracamy do duetu, tym razem w postaci dwóch Brytyjczyków. Muzyka zarejestrowana w dwóch miejscach, w dwóch momentach czasowych (2016 i 2017 rok). Nie wiemy dokładnie, czy muzycy przebywali w trakcie procesu produkcji dźwięków razem, czy też jeden dogrywał do drugiego. Dominic Lash – elektronika, Seth Cooke – talerze, mikrofony. Godzina zegarowa bez 25 sekund. Jeden trak.

Kompozycja zbudowana głównie elektronicznie lub w drodze amplifikowania działań akustycznych na talerzach. Rodzaj dźwiękowej instalacji, projektu, bez znamion improwizacji. Jednostajny, gigantyczny dron wyrasta bardzo powoli z ciszy. Jego struktura jest dość prosta, dźwiękowo jednorodna. Staje na środku wyimaginowanej sceny i intensywnie trwa.

Recenzentowi pozostaje foniczna łamigłówka do rozwiązania – znajdź choćby jeden szczegół, który stanowi o tym, że kolejne minuty tej muzycznej formy czymkolwiek różnią się od siebie. Po 10-12 minutach można zaryzykować tezę, iż poziom intensywności stojącego dronu mikrotonalnie narasta. Ale to tylko teza. Wibracja dźwięku, jakiej doświadczają nasze receptory słuchu po kolejnym kwadransie jest być może jedynie efektem mechanizmu obronnego naszego organizmu, nie zaś skutkiem działań muzyków. W dalszej części płyty odbiorcy pozostaje już tylko własna wyobraźnia. Może coś wydarzy się w monotonii dźwięków, może coś wejdzie z czymś w interakcję… Dron bowiem trwa, czuwa, nie odpuszcza choćby na ułamek sekundy.

Kolejna nadzieja na jakiekolwiek wydarzenie pojawia się w okolicach 35 minuty. Coś dzieje się na dalszym planie. A może to tylko złudzenie foniczne. W 50 minucie narracja wchodzi w stadium wygaszania. Opuszczanie kotary trwa blisko 10 minut. Płyta, która stanowi jedno z większych wyzwań recenzenckich. Niżej podpisany wytrwał do końca.




Horst Quartet  Edged Timbre (Intonema 023, 2017)

Na finał przeglądu najnowszych płyt Intonemy kolejna udana lekcja elektroakustyki. Tym razem w wydaniu kwartetu muzyków fińskich. W podróż na krawędź dźwięku zabierają nas następujący wykonawcy: Tuukka Haapakorpi – elektronika, Lauri Hyvärinen – gitara elektryczna, obiekty, Taneli Viitahuhta – saksofon altowy, obiekty i piano, Hermanni Yli-Tepsa – skrzypce, obiekty. Pięć improwizacji z tytułami, dwa kwadranse bez kilkudziesięciu sekund.

Od progu wita nas głucha i tajemnicza przestrzeń elektroakustyczna (wilderness!). Chrobot przedmiotów nieznanych, silne echo, pogłos instrumentów akustycznych, skwierczenie na kablach, robotyka amplifikatorów. Filigranowa, acz gęsta, delikatnie tkana pojedynczymi czasami dźwiękami, spokojna narracja. Pełna niuansów, smaczków, nastawiona na odbiorcę, która ma chwilę na precyzyjny odsłuch. Akcenty żywe i incydenty syntetyczne, dobra struktura, celnie ułożone proporcje i wyważona dramaturgia wewnętrzna.

We fragmencie drugim intensywność ekspozycji ciekawie narasta, brnąc niebanalnie w kierunku industrialnej estetyki brudnego, niepokornego, zdeformowanego dźwięku. Procesowi temu towarzyszy rosnący udział żywych instrumentów - saksofonu, gitary i skrzypiec. W tle pracuje duża amplifikacja i groźnie łypie okiem na muzyków. W odcinku czwartym muzycy mierzą się z bezmiarem elektroakustycznej ciszy. Z kolei w piątym po drodze im z odrobiną hałasu, który jest kontrapunktowany krótkim pasażem wprost z klawiatury piana. Wszystko na tej płycie dzieje się w granicach artystycznego rozsądku, co stanowi w tym wypadku bezwarunkowy atut nagrania.




*) już w trakcie redakcji tego tekstu, ukazała się kolejna płyta Intonemy, której Pan Redaktor jeszcze nie przetworzył. Chodzi o krążek tria Wozzeck Fact I (Ilia Belorukov/ Mikhail Ershov/ Konstantin Samolovov). Jego numer katalogowy - 028.