Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojtek Traczyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojtek Traczyk. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 sierpnia 2024

Warsaw Improvisers Orchestra worked Three Days!


Ostatnia dekada na krajowej scenie muzyki kreatywnej przyniosła prawdziwy wysyp improwizujących orkiestr, które zgodnie z szykanami tradycji przyjmowały nazwę miasta swojej rezydencji. Wszystko zaczęło się w Warszawie i Krakowie, potem był Poznań, Wrocław, Gdynia, Toruń i pewnie gdzieś jeszcze, gdzie oko Trybuny nie sięga, albo pamięć Pana Redaktora zawodzi.

Los tych przewspaniałych inicjatyw jest dalece różny. Niektóre działają niemal regularnie od chwili swojego powstania (Warszawa), inne bardziej incydentalnie (Kraków, Toruń, Gdynia), jeszcze inne trzeba już chyba zapisać do historii zjawiska (Poznań). Wszystkie one wszakże mają jedną wspólną cechę. Polska kultura, kultura miast, których nazwy mieszczą się godnie się w tytule każdej z orkiestr nie były skłonne wydać choćby złotówki na wsparcie ich działalności (jeśli o czymś nie wiemy, chętnie zamieścimy sprostowanie). Jedynie determinacja samych artystów i związanych z nimi amatorów-zapaleńców powoduje, iż kilka z tych orkiestr śmiało można jeszcze okadzić określeniem aktywna artystycznie.

Dziesięciolecie minęło w mgnieniu oka, a rzeczone Orkiestry mają w dorobku ledwie cztery krążki na fizycznych nośnikach*). Dekada poprzednia dała nam debiut Warszawy i Krakowa, obecna debiut Torunia oraz – dokładnie kilka tygodni temu - drugą pozycję w dyskografii Warsaw Improvisers Orchestra **). Zacne, trzypłytowe dzieło studyjne, to wspaniała okoliczność. Zauważmy wszakże, że nagrania czekały na edycję całe siedem lat, a zostały ostatecznie wydane przez … samych muzyków. London Improvisers Orchestra nigdy nie miała lekko, ale jej życie zdaje się być, w kontekście przykładu polskiego, definitywnie usłane różami.

Dość wszakże utyskiwań, z radością sięgamy po Trzy dni – album z każdego punktu widzenia wyśmienity. Tę ryzykowną tezę będziemy za moment uzasadniali konkretnymi przykładami dźwiękowymi. Zapraszamy na prawdziwą ucztę kolektywnie kreowanej muzyki improwizowanej!




W nagraniu albumu uczestniczyło 37 artystów, członków WIO oraz 9-osobowy chór. Na trzech płytach (każdy dokumentuje jeden dzień sesji nagraniowej) zamieszczono dwadzieścia jeden improwizacji. Nic nie wiemy o stopniu ich ewentualnej predefinicji, nie znamy też muzyków odpowiedzialnych za wykonanie danego epizodu. Niewątpliwie część utworów grana jest rozbudowanym składem, część powstała w tzw. podgrupach. Pośród nagrań dominują krótkie formy - większość trwa po kilka minut, ledwie jeden sięga jedenastu, z kolei finałowa ekspozycja, to prawie dwadzieścia minut. Po szczegóły instrumentacji zapraszamy do albumowego credits. Dodajmy jedynie, iż ta gigantyczna armia improwizatorów pracowała pod czujnym okiem dyrygenta i ojca założyciela WIO, czyli Raya Dickaty’ego, angielskiego saksofonisty, osiadłego w Warszawie wiele lat temu.

 

Dzień pierwszy, 50:25

Mistrzami ceremonii otwarcia są kontrabasiści! Budują nerwowe drony odbywając urokliwą podróż od mrocznego post-baroku ku rozedrganej współczesności. Chwile potem, już w drugiej odsłonie dnia pierwszego, pojawia się delikatna, dalece kameralna melodia kreowana przez wiolonczelę i flet. Pozorny ład frontu dyskredytuje rozemocjonowany, coraz gęstszy background orkiestry. Opowieść nabiera rumieńców, gdy do gry wkracza kontrabas z post-jazzowym pizzicato. Na etapie rozwinięcia pojawiają się wielowątkowe strumienie wokalne, które rozbudowują spektrum improwizacji, wspierając się na podobnie frazującej czeredzie instrumentów dętych.

Kolejne dwie opowieści bazują na brzmieniu gitar elektrycznych. Początkowo mglisty, potem dalece spokojny, gitarowy summit w estetyce jazzowego fussion ciekawie bogacony jest szmerem instrumentów perkusyjnych. W czwartej części szyk rytmiczny formuje się tu wokół kontrabasowego groove, wspartego na masywnych perkusjach. Gitary swobodnie uciekają tu w bezmiar post-rockowego frazowania. Flow barwią tajemnicze dźwięki wprost z ludzkich gardeł, a potem silna, definitywnie free jazzowa frakcja dętych.

Piąta odsłona tłumi emocje, a swe życie rozpoczyna w mrocznej ciszy. Nad wyraz pieczołowicie budowana ekspozycja lepi się z rezonujących talerzy, rozedrganych strun, szerokiego wachlarza głosowych incydentów – szmerów, szeptów, kocich lamentów, wreszcie trębackich preparacji. Całość szyta wewnętrznym nerwem rozlewa się coraz szerszym korytem. W szóstej części powracamy do estetyki czwartego utworu – gitarowy zgiełk rocka, basowo-perkusyjny groove, wreszcie deszcz saksofonowych, free jazzowych wyziewów. Pierwszy dzień ciężkiej pracy uroczą klamrą spinają kontrabasy, które powracają w końcowej opowieści. Do koszyczka wspaniałości dorzuca też wiolonczela. Frazy grane naprzemiennie arco i pizzicato płyną od głębokiej krypty po rozgwieżdżone niebo. Wszystko zdaje się tu śpiewać, ale też zgrzytać zębami. W fazie finałowej strunowe melodie szybują naprawdę wysoko – można odnieść wrażenie, że pod ich strumień podłączają się żywe glosy.

 

Dzień drugi, 44:59

Pierwsze dwa epizody drugiego dnia kreowane są rozbudowanym instrumentarium. Początek, to drobna zabawa w dźwięki o nieznanym do końca źródle pochodzenia. Pracuje syntezator, to on jest sprawcą tego małego festiwalu fake sounds! Mroczna, ale odrobinę oniryczna aura jest tu także efektem działań na akcesoriach perkusjonalnych oraz efektownie rozbudowujących się fraz preparowanych prosto z gardeł wokalistów i wokalistek. Narracja systematycznie pęcznieje mocą frakcji dętych, gitar i kolejnego głosu, który tym razem zdaje się nucić jakąś linearną opowieść. Dodatkowej porcji wrażeń dodaje bas, dzięki czemu finał nagrania skrzy się niemal rockową intensywnością. Kolejna opowieść od startu szyta jest na bazie gęsto pracującej sekcji rytmu i dętych, dość melodyjnych zaśpiewów. Intrygująco kształtują się frazy preparowane, które sączą się tuż obok aktywnie pracującej perkusji. Opowieść faluje niczym wzburzony ocean.

Kolejne pięć utworów jest umiarkowanie krótkich i wydaje się być performowane mniejszymi składami. Najpierw perkusjonalny ceremoniał, bogacony szumem z dętych tub i modlitwą kobiecych głosów. Po czasie flow barwią także blaszane preparacje oraz kobiecy, rozśpiewany głos. Epizod czwarty sprawia wrażenie kontynuacji. Znów blaszane oddechy płyną do pary z wokalem. Wszystko szyte jest melodią smutku, wspierane akcjami perkusjonalnymi na dalszym planie. Piąta odsłona jest bodaj najkrótszym odcinkiem trzypłytowego zestawu – basowy groove, saksofonowe okrzyki i całkiem dynamiczna, na poły taneczna narracja. W szóstej części emocje zastygają pod urokiem strwożonych strun i głosów, a także dętych westchnień. Wszystko lepi się tu w nerwowe post-chamber, które nabiera z czasem niemal folkowej śpiewności. W odsłonie siódmej powracamy do basowego groove i dętych ekspresji. Pod ów strumień dynamiki podłącza się także głos i pozostaje w estetyce tych, którzy ów trip zainicjowali. Finał siódemki uroczo grzęźnie w mroku niedopowiedzenia.

W ostatnich dwóch utworach dnia drugiego, do armii wokalistek i wokalistów orkiestry dołącza dziewięcioosobowy chór. Pierwsza część definitywnie wspaniałego dyptyku budowana jest niemal wyłącznie głosami. Najpierw kobiece, post-gregoriańskie chorały, potem szept i recytacja, wreszcie kontrapunktujący głos męski. W międzyczasie w tle narasta wokalny dron chóru, który płynie gęstą, ale bardzo jednorodną strugą. Pasma głosowe układają się warstwa na warstwie. Całość pachnie muzyką dawną przeniesioną wbrew woli twórców w czasy nieszczęśliwie współczesne. Pod koniec tej szalonej ekspozycji mamy wrażenie, że wokalne akcje wspierane są dźwiękami instrumentów strunowych. Ostatnia improwizacja na starcie kontynuuje wątek poprzedniczki. Ale potem dzieją się już tylko rzeczy niesamowite! W gęste, wokalne strumienie wkleja się niespodziewanie perkusja, a zaraz po niej dęciaki, które najpierw płyną wraz z chóralnym wielogłosem, a potem przejmują flow i czynią post-kameralne spustoszenie. Akcja jednak staje w miejscu! Po chwili pulsującej ciszy powraca na poły recytujący głos, a flow zaczynają kreować gitary, wybudzona sekcja rytmu i kolejne smugi dętych fonii. Finał także zaskakuje – ulepiony z saksofonów i wielogłosu skrzep nabiera niemal freejazzowej mocy!

 

Dzień trzeci, 40:18

Dzień ostatni orkiestrowych zmagań przynosi cztery zwarte w czasie i przestrzeni improwizacje oraz wielki finał, który wypełnia niemal połowę kompaktowego krążka. Pierwsze z opowiadań lepi się z błyskotliwych strunowych fraz, post-barokowego brudu i mglistych perkusjonalii na dalekim tle. Z czasem flow formuje się w intrygujące, na poły dynamiczne zwarcia w estetyce drum’n’bass. Druga opowieść ucieka w mroczny taniec budowany basem, blaszakami i kolejną porcją kobiecego wokalu, tym razem w formie rytmicznego scatu. Tuż potem powraca basowy groove, dołącza zwinny drumming i rozśpiewane głosy, które cudownie lepią się ze strugą saksofonowych oddechów. Czwartą odsłonę po raz wtóry otwiera perkusja, ale w roli głównej występują kobiece głosy (który to już raz!), śpiewające operowym tembrem. Melodia smutna, niemal żałobna, zostaje efektownie skontrapunktowana dęciakami, których wspomaga kontrabas w trybie pizzicato. Opowieść rozkwita wprost w objęcia post-jazzu.

Finałową ekspozycję inicjuje kontrabas trzymający tryb poprzedniego utworu i rozochocone perkusje. Na tej bazie swoje free jazzowe rozmowy rozpoczynają instrumenty dęte. Niesione korpulentną dynamiką sekcji napotykają na zgraję wokalistek (czy ktoś tu przypadkiem nie kradnie komuś show?). Tym ostatnim definitywnie jest po drodze z tą szaloną załogą. Opowieść nabiera mocy i adekwatnej taneczności, także dzięki kolektywnym pokrzykiwaniom. Tuż przed upływem dziesiątej minuty narracja efektownie gaśnie, wprost w ciszę porannego lasu i rodzących się leniwe gitarowych fraz. Melodie ze strun, gardeł i dętych tub inicjują nowy, niemal folk-rockowy wątek. Otrzeźwiająca kołysanka w rytmie gitar i bassoona mogłaby tu trwać w nieskończoność, gdyby nie inicjatywa kontrabasu, który w mgnieniu oka podrywa orkiestrę do finałowego lotu. Kompulsywny, rockowy drive niesie wszystkich ku wiecznej i jakże głośnej szczęśliwości. Ekspresja tryska ze wszystkich źródeł, zgodnie z tytułem tej opowieści – psychodelic groove machine!

 

Warsaw Improvisers Orchestra Trzy Dni (Bandcamp’ self-released, 3CD 2024). Nagrane w Studio S4/6, Warszawa, 26-28 marca 2017. Dwadzieścia jeden utworów, łącznie 136 minut.

Warsaw Improvisers Orchestra: Ray Dickaty – dyrygent, Albert Stenson – kornet, Antoni Beksiak – elektronika, głos, Antonina Nowacka – głos, Bartosz Tkacz – saksofon tenorowy, flet, Daria Wolicka – flet, Dominik Dodos Mokrzewski – perkusja, Gosia Zagajewska – głos, Hania Piosik – głos, Jacek Mazurkiewicz – kontrabas, fx, Jakub Buchner – gitara elektryczna, Jan Małkowski – saksofon altowy, Jędrzej Łagodziński – saksofon tenorowy, John Cornell – wiolonczela, Kamil Szuszkiewicz – trąbka, Ksawery Wójciński – kontrabas, Łukasz Kacperczyk – syntezator analogowy, Maciej Rodakowski – saksofon tenorowy, Maciej Szwarc – gitara elektryczna, Marcin Gokieli – głos, Michał Fetler – saksofon barytonowy, Michał Kasperek – perkusja, Mikołaj Poncyljusz – gitara elektryczna, Nastazja Babska – saksofon tenorowy, Natan Kryszk – saksofon barytonowy, Olgierd Dokalski – trąbka, Paweł Szpura – perkusja, Piotr Dąbrowski – instrumenty perkusyjne, Piotr Mełech – klarnety, Rafał Dedyński – perkusja, Sabah Al Ani – saksofon altowy, Stanisław Welbel – saksofon altowy, Teo Olter – perkusja, Vitali Appow – bassoon, Wojtek Kurek – perkusja, elektronika, Wojtek Traczyk – kontrabas, Wojtek Więckowski – gitara elektryczna.

The Sound in Space Choir: Bea Rutkowska, Yu Koyanagi, Gosia Wrzosek, Peter Podworski, Basia Herman, Magda Derrien, Krzysztof Magura, Ali Eshqi, Weronika Los.

 

*) Gdynia Improvisers Orchestra wydała album dostępny jedynie w digitalu

**) Warsaw Improvisers Orchestra ma kilka innych wydawnictw, ale tylko w digitalu – m.in. wspaniały występ na Festiwalu Ad Libitum 2016 z gościnnym udziałem Phila Mintona



wtorek, 30 sierpnia 2022

The August Round-up: JakTar! Forensic Trio! Byrne! Zajac! Plantas Horribles! Ciel – Cristal! Don’t Cry! Widoki!


Sierpień dobiega końca, a na łamach Trybuny nie zamiesiliśmy jeszcze comiesięcznej zbiorówki świeżutkich płyt z najlepszą na świecie muzyką! Najwyższy czas przystąpić zatem do dzieła, jak zwykle ponadgatunkowego, krnąbrnego, ale nade wszystko pokazującego całemu złemu światu, że muzyka jest tylko jedna, nie zna ras, języków i nie ma rezydencji podatkowych!

Dzisiejsza opowieść zacznie i skończy się całkiem jazzowo, ale w tej wersji, którą lubimy najbardziej, czyli z etykietą free, improwizowaną, czasami nad wyraz swobodnie, buńczuczną, prawdziwie wojowniczą odmianą synkopowanych erupcji. W tak zwanym międzyczasie nie zabraknie oczywiście stosownej porcji elektroakustycznych eksperymentów, które hołubimy w stopniu równie nieograniczonym.

Zaczniemy w Londynie i tam spędzimy aż trzy albumy – dwa tria i jeden incydent solowy! Potem na krótko przeniesiemy się do Słowacji, a zaraz potem do Argentyny! Powrót na stare, europejskie śmieci zacznie się w portugalskim Porto, a na dwa finałowe albumy wylądujemy w Polsce, kończąc niniejsze dzieło najbardziej rdzennie jazzowym nagraniem w zestawie. So, go on!



 

Paul Hession, Michael Bardon & Christophe de Bézenac  JakTar (Discus Music, CD 2022)

Na początek naszej marszruty prawdziwa perełka swobodnego post-jazzu w wykonaniu muzyków brytyjskich, całkiem doświadczonych, ale mniej rozpoznawalnych medialnie (niech ten album to zmieni!). Na perkusji i instrumentach perkusyjnych najbardziej znany z tego grona Paul Hession, na kontrabasie Michael Bardon, a na saksofonie tenorowym Christophe de Bézenac. Panowie przygotowali dla nas dziesięć improwizacji, które trwają 37 minut. Nie znamy miejsca i czasu nagrania.

Artyści zaczynają swoją opowieść na ostro – masywnym, amplifikowanym kontrabasem, silnym drummingiem i zadziornym, choć tajemniczo brzmiącym saksofonem. Płyną w poprzek, pod prąd schematów i przyzwyczajeń, dziergając stylowy free jazz. Kolejne cztery improwizacje uciekają od dynamiki utworu otwarcia i przenoszą nas w obszar swobodnych, dźwiękowych eksperymentów. Preparacje kontrabasowego smyczka, rezonujące talerze, sycząca glazura werbla, metaliczne eksperymenty na korpusie saksofonu - śpiewy, lamenty i cały ocean subtelności, nie rzadko podawanych trybem call & responce. Co wszakże najważniejsze, muzycy trzymają w ryzach swój temperament i nadkreatywność, dzięki czemu ich wypowiedzi są bardzo zwięzłe i nie przekraczają na ogół trzech minut.

Szósty odcinek przekracza za to aż siedem minut i zdaje się stanowić opus magnum tego doskonałego albumu. Znów lepiony jest z drobnych, często preparowanych fraz, napędzany powykręcanym rytmem dyktowanym przez kontrabasowy smyczek i stemplowany zawsze trafiającym w punkt drummingiem. Tempo początkowo powolne, z czasem zyskuje na atrakcyjności. Tu szczególnie podoba nam się imitacyjna gra smyczka i saksofonu. Ten ostatni swym chropowatym brzmieniem syci improwizację dodatkową jakością. Kolejne opowieści są nieco krótsze, ale nie tak enigmatyczne, jak te w pierwszej części albumu. Znów mnóstwo na nich efektownych momentów. W ósmej części intrygują zmysłowe small talks prowadzone w niemal chill-outowej aurze, które z czasem zyskują jakże nerwową powłokę wyśmienitych interakcji pomiędzy muzykami. W dziewiątej części trio powraca do free jazzowego idiomu i stawia kolejny stempel jakości. Finał jest najsubtelniejszym momentem albumu, smakuje post-barokiem i uroczą wstrzemięźliwością, zwłaszcza ze strony perkusisty.



Martin Archer, Pat Thomas & Johnny Hunter  Forensic Trio (Discus Music, CD 2022)

Pozostajemy w Zjednoczonym Królestwie Improwizacji, choć nie znamy miejsca i czasu powstania nagrania, które stworzyli: Martin Archer – saksofon altowy, sopranino, barytonowy i elektronika, Pat Thomas – fortepian oraz Johnny Hunter – perkusja, instrumenty perkusyjne, glockenspiel. Cztery improwizacje, niespełna 50 minut.

Kolejne brytyjskie trio trzyma poziom poprzednika! Płynie od startu do mety bardzo swobodnym strumieniem, ale gdy trzeba sięga po twarde atrybuty free jazzu i bez trudu stawia nas do pionu. Pierwsze dwa traki na dysku, to jedna improwizacja, ale składająca się z dwóch dość niezależnych stylistycznie części. Początek, to rozpoznawcze gry, pełne preparowanych dźwięków, powstających w niewielkiej odległości od ciszy. Dużo akcentów inside piano, skromne podmuchy saksofonowe, uzupełniane nieinwazyjnymi porcjami elektroniki i bystra, koherentna sfera perkusjonalna. Muzycy zadają pytania i leniwie na nie odpowiadają. Po dziesięciu minutach dość niespodziewanie zmieniają jednak tryb narracji. Prym przejmują teraz fortepianowe klawisze, które kreślą free jazzową ścieżkę, na której w mgnieniu oka pojawiają się dziarski saksofon altowy i dynamiczna perkusja. Ta ostatnia konstruuje także zgrabne solo.

Trzecia improwizacja, to danie główne koncertu. Niemal dwa kwadranse pełne subtelności i wielu zaskakujących wydarzeń. Najpierw faza długich pociągnięć pędzlem – tu w roli głównej preparowane piano i elektronika. Improwizacja znów prowadzona jest metodą call & responce z całą masą udanych interakcji. O aurę tajemniczości dbają także stylowe deep drums. Po kilkunastu minutach tego slowly & lazy flow muzycy, ponownie jak w części pierwszej, włączają tryb jazzowy (tym razem z wykorzystaniem sopranino). Pomysł ten jednak dość szybko zarzucają i na powrót zanurzają się po szyje w swobodnych, improwizowanych igraszkach. Archer znów woli gmerać po kablach, niż dąć w saksofon. Ta część koncertu, prowadzona w trybie wyjątkowo minimalistycznym, wydaje się być jej najbardziej udanym fragmentem. Finałowa improwizacja, kilkuminutowa, przypomina post-jazzową broken ballad. Piano kreśli post-klasyczne solo, także perkusja ma tu kilka chwil dla siebie. Gdy finał koncertu wydaje się być na wyciągnięcie ręki, na scenę wpada saksofon barytonowy i wesoło repetując ogłasza definitywny koniec.



Dee Byrne  Live at Cafe Oto (Luminous Label, DL 2022)

Wciąż jesteśmy po tej samej stronie Kanału Le Manche, nawet wiemy, w jakim miejscu i kiedy: londyńskie Cafe Oto, czerwiec bieżącego roku. Na scenie Dee Byrne, artystka wyposażona w saksofon altowy i urządzenia elektroniczne. Zagra dla nas jeden set, który trwa niecałe 28 minut.

Kolejna brytyjska przygoda, to pozornie skromne spotkanie saksofonu z elektroniką. Jak się jednak okazuje, rozumne użytkowanie tej drugiej może nadać prostemu instrumentowi dętemu kilka nowych żyć, a odbiorcy koncertu dużo zaskakujących wrażeń. Całość nie trwa dwóch kwadransów, zatem warto pochylić się tu niemal nad każdym dźwiękiem.

Początek spektaklu, to saksofon doposażony w delaye, które sprawiają, że flow opóźnia się, a dźwięki nakładają na siebie. Klimat chill-outowy, ale z dużą dawką niepokoju o losy kolejnych fraz. Gdy echo gaśnie, Dee serwuje nam kilka przebiegów czystego, zadziornego frazowania, po czym dodaje kolejną porcję pogłosu, który niesie dęte dźwięki coraz bardziej zaskakującymi ścieżkami. Lekki posmak psychodelii i wyprawa w kosmos gotowa! Artystka żyje tu ciągłą zmianą, z których zdecydowaną większość w pełni akceptujemy. Kolejna faza, to saksofonowe multiplikacje. Tu można odnieść wrażenie, że gra dla nas co najmniej World Saxophone Quartet! Następna część koncertu zdaje się być najciekawsza, albowiem Dee sięga po dubowe echa, które fantastycznie niosą proste, mechaniczne bezdźwięki dysz. Przez moment saksofon brzmi też niczym wokoder, po czym artystka znów sięga po free jazzową ekspresję i sprowadza nas na ognisty szlak. Z każdym nowym pomysłem echo jej elektroniki dodaje coś nowego do brzmienia całości. Pod koniec koncertu mamy wrażenie, że pogłos zaczyna tu żyć własnym życiem. Tymczasem narracja przepływa jeszcze przez rzekę ambientu, także strumień czystego frazowania i ostatecznie dokonuje swego żywota w strugach saksofonowych repetycji.



Ondrej Zajac  I Will Be Forgotten (Weltschmerzen, LP/DL 2022)

Czeskie Pardubice, miejsce zwane Divadlo 29, a w środku kolejny samotny artysta: Ondrej Zajac –gitara, gitarowe przetworniki, elektronika. Nagranie koncertowe (czas powstania nieznany) składa się z ośmiu części i trwa około 38 minut.

Solowych, gitarowych performance’ów na naszych łamach nie brakuje, ale ten słowacki, choć na czeskiej ziemi, doprawdy zasługuje na dużą uwagę! Decyduje o tym zarówno niemal epicki, ponad 16-minutowy utwór drugi, który buduje swą jakość ambientowymi metodami, jak i cała reszta krótkich, niekiedy dość enigmatycznych eksperymentów gitarowych, którym równie blisko do post-rockowych wyziewów, jak i neo-elektronicznych zabaw na zgliszczach konstrukcji rytmicznych.

Pośród tej drugiej grupy impro-kompozycji szczególnie podobać się może pierwsza z nich, otwierająca album. Z jednej strony tworzy ją poświata nieoczywistej elektroniki, z drugiej strunowe ingrediencje, szumy, szelesty i mroczne zakamarki, nie bez udziału dubowego dna. Potem sunie po naszych głowach ów epicki, wielominutowy ambient, który zaczyna się od ruchu smyczka na gryfie gitary, a kończy wielowarstwowym płaszczem rozkołysanych post-melodii. Kolejne pięć części, to sól wspomnianych eksperymentów, brzmiących niekiedy niczym mandolina na pogłosie (trzecia odsłona), czy też przypominających post-rytmiczne łamańce, sączące się z gitarowych kabli, sugerujące estetyczne konotacje z improwizacjami Bucketheada z końca ubiegłego stulecia (czwarta z nich). Piąta historia pachnie dubem na kilometr i skrzy się tysiącami pomysłów narracyjnych, z kolej szósta, to typowa praca na gitarowych przetwornikach, a siódma, to czynione nieznaną metodą dekonstrukcje gitarowych riffów. Wreszcie finał tej smakowitej płyty, ponad sześciominutowy, który zdaje się nawiązywać do ambientowej estetyki drugiej części - falujące drony, strunowe ornamenty, dużo mroku i … poczucia dobrze wykonanej roboty.



 

Ariel Invernizzi Oviedo, Martin Allende Medina, Camila Nebbia & Raian Valença João  Plantas Horribles (Neue Numeral, DL 2022)

Dość istotnie zmieniamy teraz estetykę, ale pozostajemy pod silnym wpływem świetnej, gitarowej roboty. Argentyńskie Buenos Aires, czasy pandemii i kwartet w składzie: Camila Nebbia – saksofon tenorowy, Martin Allende Medina – gitara elektryczna, Raian Valença João – bas elektryczny oraz Ariel Invernizzi Oviedo – perkusja, instrumenty perkusyjne. Dwanaście impro-kompozycji trwa tu niepełne dwa kwadranse.

Początek argentyńskiej impro-noweli sugeruje konfrontację z siłą avant-rockowego walca, wspartego dzikiem wrzaskiem saksofonu altowego, którego nie powstydziłby się sam bóg jazzowego warcholstwa, czyli John Zorn. Ale to jedynie pozór. Z każdą bowiem sekundą zarówno pieśni otwarcia, jak i kolejnych jedenastu epizodów, przekonujemy się, iż kreatywność i krewkość argentyńskiego kwartetu dalece wykracza poza schemat, w który niechybnie wpadliśmy słuchając pierwszych kilku minut tego – co w tym kontekście niebywałe – niemal doskonałego albumu!

Już bowiem rzeczona pierwsza kompozycja po kilku dynamicznych przebiegach zaczyna uroczo rozwarstwiać się, rozjeżdżać, pękać w szwach i szukać pretekstu do improwizacji w każdych źdźble dźwięku. Niczym upalone skrzydła Velvet Underground, dla których prosty motyw gitarowy był jedynie pretekstem do psychodelicznych szaleństw i niekończących się improwizacji. W kolejnych, niekiedy dalece enigmatycznych częściach albumu tezy recenzenta znajdują wielowątkowe uzasadnienia. Druga opowieść, to huśtawka emocji z przetrąconym metrum, trzecia, to bulgoczący ambient, czwarta zaś to post-rockowe gęstwiny, pełne mrocznych tajemnic. W dalszej kolejności dostajemy szczyptę jazzu z gryfu gitary i saksofon, który jątrzy, a zaraz potem przywołane zostają wspomnienia z nowojorskiego Downtown lat 90. ubiegłego stulecia (czyli jednak Zorn!). Następne dwie opowieści błyskotliwie się pętlą, po czym giną w otchłani jazz-rockowych, swobodnych improwizacji (nie bez dubowych klimatów!), silnie naznaczonych wyjątkową kreatywnością gitarzysty. W dziewiątej części kipiel rocka wraca, by w kolejnych odcinkach sypać improwizacjami, nawet czynionymi metodą call & responce, jak z rękawa czarnoksiężnika. W finałowej narracji nasze uszy znów sycą się nieparzystym metrum, które na ostatniej prostej miast koić nasze nerwy, rzuca nas na pożarcie rockowym emocjom. I co na tym albumie chyba najcenniejsze – muzycy w genialny sposób panują nad dramaturgią. Nie ma tu jednego zbędnego dźwięku, tylko same konkrety. Może dlatego ta płyta wydaje się taka krótka.



 

Lionel Marchetti & Abdul Moimême  Ciel – Cristal (Lionel Marchetti’ bandcamp, DL 2022)

Czas na zapowiadane, elektroakustyczne eksperymenty. Nagranie koncertowe z Porto (Planetarium, początek listopada ubiegłego roku) i dwóch artystów: Lionel Marchetti – syntezator, stacje basowe i elektronika oraz Abdul  Moimême - dwie gitary elektryczne (grające symultanicznie) oraz obiekty. Jedna improwizacja, prawie 42 minuty.

Przed nami ciąg dalszy gitarowych wycieczek w nieznane, tym razem w towarzystwie elektroniki oddanej w ręce jednego z klasyków gatunku. Zresztą sam gitarzysta do takich też winien być zaliczany, zatem nie sposób nie zreasumować tego albumu niemal wyłącznie komplementami. Jedno wszakże wątpliwości nie ulega – w trakcie ponad czterdziestu minut koncertu muzycy dostarczają nam wiele dźwięków, niekiedy naprawdę tajemniczych, ale najlepszy moment spektaklu, to ten, gdy docierają do nas frazy ewidentnie powstałe na gitarowych gryfach i cedzące post-eksperymentalny, mroczny i zdekonstruowany elektroniką ambient. Ów konglomerat elektroakustycznych przygód syci improwizację udanymi szczegółami, po prawdzie, na każdym etapie jej rozwoju, co więcej, raz za razem kieruje skojarzenia recenzenta ku metodom pracy, jakże charakterystycznym dla klasyków z AMM. A na tych łamach to komplement najcięższej wagi!

Na starcie koncertu w strumieniu różnorodnych dźwięków dominują frazy elektroniczne, postrzępione ochłapy fonii, zagubione na kilometrach kabli. Co pewien czas narracja zdobiona jest akustycznymi incydentami, które siłą rażenia przypominają pojedyncze uderzenia w czarny klawisz fortepianu w oceanie skwierczącej ciszy. Po niedługim czasie w tle zaczynają formować się pierwsze warstwy ambientu, które zdają się nadawać sens dotychczasowym zgrzytom i elektronicznym turbulencjom. Pracy artystów towarzyszy także posmak rezonansu (z nieistniejącego talerza?) i post-industrialne brudy pomiędzy dźwiękami. Opowieść pęcznieje, chwilami sprawiając wrażenie, jakby ktoś akustyczne medytacje ala AMM upiększał zwarciami elektrycznymi. Po anonsowanej już fazie dominacji gitarowych fraz, improwizacja w drugiej części koncertu staje się jeszcze bardziej medytacyjna, mimo, iż w strumieniu zdarzeń artyści sytuują pewien wątek rytmiczny, a także garść incydentów elektroakustycznych godnych niejednego klasyka table guitars. Nieśpieszny w swej schyłkowej fazie koncert kona ostatecznie w obłokach post-psychodelii.



 

Korybalski/ Traczyk/ Zemler  Don't Try (For-Tune, CD 2022)

Na zakończenie dzisiejszej podróży lądujemy na ojczystej ziemi. Najpierw warszawskie Studio W Dobrym Tonie, początek listopada 2020 roku i trio w składzie: Łukasz Korybalski – trąbka, flugelhorn, syntezator modularny, Wojciech Traczyk – kontrabas oraz Hubert Zemler – perkusja, instrumenty perkusyjne. Osiem części, 54 i pół minuty.

Krajowe trio zaprasza na eskapadę definitywnie improwizowaną (przynajmniej tak zeznaje na okładce!), ale nim w czarną dziurę kreatywnego chaosu muzycy wpadną bez reszty, trochę bawią się w post-jazz, tudzież nadmiernie rytmiczne konstrukcje dramaturgiczne, dodatkowo sycąc narrację sporymi dawkami analogowej elektroniki, która miast wspierać akustyczne zabawy rozśpiewanego blaszaka, masywnego kontrabasu i kąśliwej perkusji, często wchodzi w rolę przodownika pracy. Po prawdzie blisko godzinna Nie płacz oczywiście spodoba się wielu, bo to dobra robota artystyczna w każdym wymiarze, ale dla prawdziwego miłośnika improwizacji, wielbiciela ciekawych brzmień i niebanalnych rozwiązań estetycznych, ta płyta na dobre zaczyna się jakieś … 22 minuty przed końcem!

Z pierwszych pięciu części na pewno warto zapamiętać brudny, połamany flow basu, któremu wtóruje rozregulowana perkusja (druga improwizacja), kontrabasowy smyczek dający asumpt do psychodelicznych akcji, sprawiających, iż wszystkie ścieżki narracji zaczynają rozjeżdżać się po studyjnych kątach (trzecia), wreszcie sporo akustycznej, freejazzowej werwy, skonsumowanej solową ekspozycją drummerską (piąta). Począwszy od szóstej opowieści płynie już do nas sam miód kolektywnej, swobodnej improwizacji, która permanentnie szuka i na ogół nie błądzi. Zaczyna ją agresywny smyczek, któremu wtóruje perkusyjna repetycja. W tle buduje się ambient, a swoje dokłada szorstko brzmiący tu instrument blaszany. Dopiero w połowie nagrania pojawia się syntezator, ale i on wydaje się być wyjątkowo subtelny. Ostatnia improwizacja trwa ponad kwadrans i stanowi, bez dwóch zdań, opus magnum albumu. I ona ma kilka faz. Najpierw budowana jest z drobiazgów, które lepią się w dronowy, systematycznie pęczniejący strumień dźwięków. Potem stery przejmuje brutalnie brzmiący smyczek, który zdaje się sprowadzać narrację na najniższe kondygnacje. Gdy dno stanie się jego udziałem, zadaniem wyprowadzenia opowieści na powierzchnię zajmuje się trąbka. Finałowa, drobna wspinaczka dodaje jeszcze uroku całemu przedsięwzięciu, a kreowana jest znów świetną pracą kontrabasu oraz nieszablonowymi wtrętami perkusji.



 

Artur Małecki & Creature  Widoki (Fundacja Słuchaj!, CD 2022)

Kolejne mazowieckie studio nagraniowe, to Nieporęt i miejsce zwane Tokarnia 2.0 (styczeń i luty bieżącego roku). Przy swoich instrumentach meldują się tu: Artur Małecki – perkusja i kompozycje, Michał Aftyka – kontrabas i bas elektryczny oraz Przemysław Chmiel – saksofon tenorowy i sopranowy. Osiem części, prawie 62 minuty.

Finał dzisiejszego zestawienia, zgodnie z zapowiedziami najbliższy jazzowi środka, niepozbawiony zdaje się być dramaturgicznych smaczków, z zastrzeżeniem jednak niemal bliźniaczym do tego, jakie postawiliśmy w recenzji poprzedniego albumu. Nagranie trójki młodych muzyków zaczyna być interesujące dopiero w swej drugiej fazie, po tym, jak odbiorca przebrnie przez meandry zachowawczego, nieco przestraszonego jazzu, który usilnie szuka wsparcia w historii gatunku, miast skupić się na indywidualnej kreacji. W tej części schemat nagrania wydaje się dość prosty – temat spod kontrabasowych strun, dobrze ułożony drumming i rozśpiewany saksofon, którego melodie dobrze wkleiłyby się w kolejny wspominkowy film o Krzysztofie Komedzie. Nie sposób też nie usłyszeć nadmiaru słodyczy w tembrze saksofonu sopranowego, w rozbudowanej ponad miarę trzeciej opowieści.

Od utworu czwartego coś zaczyna się dziać na Widokach! Oto dostajemy się w szpony dynamicznej perkusji i saksofonu, który wreszcie zdaje się mieć ochotę wziąć sprawy w swoje ręce. Przejście do fazy całkiem swobodnej improwizacji nie zajmuje tu muzykom zbyt wiele czasu. To samo rzec można o kompozycji szóstej. W kolejnej pojawia się bas elektryczny, a smaczkiem całości jest brzmienie saksofonu, który płynie do nas jakby dwoma strumieniami. Sekcja rytmu wali jak młot, a dęciak bystrze ucieka w aylerowską śpiewność. Całość kostropata, chropowata, podana z zębem, a sfinalizowana smyczkiem. Siódma część z nazwy jest już samą improwizacją, ucieka w post-barokowe dyskusje o pogodzie, ale na tle początku albumu, i tak sytuuje się po stronie jego atutów. Finałowa opowieść znów bazuje na mięsistym, elektrycznym basie, doposażona w odpowiedni ładunek ekspresji, broni się od pierwszej do ostatniej sekundy. Parafrazując klasyków - nie ważne, co znajdziesz, byle byś szukał!

 

 

sobota, 4 lipca 2020

Wojtek Traczyk! Runo!


Recenzja powstała na potrzeby polish-jazz.blogspot i tamże została pierwotnie opublikowana


Jakże miło jest rozpocząć recenzję od zdania, które konsumuje wszystko, co chcielibyśmy powiedzieć o omawianym wydawnictwie. Solowa płyta kontrabasisty Wojtka Traczyka jest po prostu doskonała!

Z jednej strony swobodnie improwizowana, a jednak utrzymywana w pełnym dramaturgicznym rynsztunku, z drugiej - silnie eksplorująca tzw. techniki rozszerzone, gdzie listowanie sposobów wydobywania akustycznych dźwięków z prostego instrumentu strunowego zdaje się nie mieć końca, a jednak brzmiąca chwilami niezwykle przystępnie i niepozbawiona specyficznej melodyki. Rzućmy okiem, co kryje się w pięciu improwizacjach, trwających łącznie niewiele ponad pół godziny. Wydawcą kasety jest Pawlacz Perski (2020).




Traczyk zaczyna od trzęsienia ziemi, a potem jest jeszcze lepiej! Masakruje smyczkiem (pałeczkami perkusyjnymi?) struny kontrabasu. Każde uderzenie ma swój czas, by wybrzmieć szerokim strumieniem zniekształconych fonii. Harsh double bass i smyk, który wyje niczym pozbawiony dysz saksofon. Muzyk zdaje się mieć więcej niż jedną parę rąk. W kolejnej części smyk ryje bruzdę w podłodze, a narracja stawia repetycję na piedestale najważniejszych metod tej improwizacji. Struny krwawią, włosie smyczka płonie suchym ogniem. Trzecia część przenosi instrument do małego zakładu mechanicznego. Struny burczą, pomiędzy nimi zdają się tańczyć tajemnicze przedmioty. Szarpanie strun ma moc młota pneumatycznego. Wszystko drży i nabiera post-perkusjonalnej poświaty. Surowe, brzęczące matowością frazy powtarzane z dojmującą systematycznością.

Czwarta historia sięga po post-barokowe atrybuty. Gdy wszystkie działania artysty doprowadzą do zbudowania narracji (mamy wrażenie, że w działaniu są już dwa smyczki!), kontrabas zacznie śpiewać, krzyczeć i skomleć. To będzie ryk rozpaczy, nie rozsierdzenia! Trzecia symfonia Góreckiego grana tuż po nieudanym przeszczepie mózgu. Tren żałobny wbija się w uszy i sprawia, iż to być może najbardziej przerażający zestaw dźwiękowy, jaki wydał świat od momentu proklamacji pandemii. Piąta improwizacja wydaje się kontynuować ów post-barokowy przepych, pełen dźwięków dekonstruowanych milionem technik. Smyczek (smyczki?) piłują struny, które przyjmują ciężar gatunkowy ciekłego ołowiu – heavy metal strings! Na sam finał muzyk proponuje post-drummerską nawałnicę, po czym odnajduje ciszę, która pachnie niczym napalm o poranku, i to wcale nie w Wietnamie.