Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ricardo Jacinto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ricardo Jacinto. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 lipca 2026

Gonçalo Almeida in two antic dramas: Independent/ Interdependent & Mistérios Negros!


Gonçalo Almeida, wybitny portugalski kontrabasista, improwizator, kompozytor, człek nieskończonej liczby talentów, nie przestaje zaskakiwać i dostarczać dowodów na tezy postawione w tym zdaniu.

Dziś zaglądamy na dwa jego najnowsze wydawnictwa. Pierwsze, to okazjonalny koncert z grecką wokalistką Saviną Yannatou, doposażony w wyjątkowo zgrabny live processing czyniący z post-akustyki prawdziwe antyczny dramat. Drugie dzieło, to piąte już dokonanie tria The Selva, które w portfolio Portugalczyka stanowi być może jego najprostsze dzieło (sam tak mówi o tej formacji), to jednak nie przestaje dowozić wartościowych wzruszeń artystycznych. Tym razem trio spotykamy w mrocznej dżungli dźwięków, którym niekiedy całkiem blisko do … klasyki brytyjskiego trip-hopu.

 


Independent/ Interdependent

Najpierw jednak Grecja, druga edycja festiwalu Defkaz i duet kontrabasowo-wokalny umieszczony w ogniu jakże żywego live processingu. Improwizowany koncert składa się z czterech części, ale po prawdzie jest niemalże nieprzerwanym ciągiem dźwięków.

Spektakl rodzi się nisko nad ziemią w aurze mrocznego post-baroku – wokalistka recytuje niemal basowym głosem, kontrabasista równie nisko podwiesza smyczek. Swoje czyni także magik od elektroniki sprawiający, iż już po kilku pętlach narracji słyszymy podwójny duet voice & bass. Dodatkowo powstaje syntetyczne tło, które dostarcza mnóstwa filigranowych zdarzeń fonicznych. W drugą fazę koncertu wchodzimy przy wtórze głosu, jaki zdaje się wydobywać z offu i stukania smyczkiem po pudle rezonansowym kontrabasu. W nurcie głównym opowieści pojawia się teraz śpiew, przeplatany nuceniem i wzdychaniem, a także drobne akcje pizzicato. Improwizacja przechodzi ze stanu na poły mobilnej medytacji do serii nerwowych podrygów. Rodzi się coś na kształt rytmu, ale jest on łamany kołem zębatym i dewastowany kreatywnością kontrabasisty. W tle snuje się delikatna dubowa powłoka czegoś definitywnie nieoczywistego. Elektronika dba o emocje, akustyka raczej tłumi je zmyślnymi preparacjami. Na zakończenie tego epizodu śpiewa zarówno wokalistka, jak i rozmarzony smyczek.

Trzecia część koncertu jest najkrótsza i składa się niemal wyłącznie z akcji kontrabasisty, delikatnie wspomaganego chmurą ledwie dostrzegalnej elektroniki. Od szarpania strun po soczyste smagnięcia smyczkiem. Wokalna szadź osadza się na dźwiękach basu dopiero na koniec ekspozycji. Finałowa część koncertu, to spazmy i skomlenia. Nerwowa recytacja, roztańczony smyczek, incydentalne szarpnięcia za struny i uderzania. Początkowo muzycy zdają się stąpać po kruchym lodzie, potem brną jednak przed siebie niczym radzieckie lodołamacze. Groove, wystukiwany puls i śpiew. Elektronika mąci flow, rozmazuje go, ale wydaje się stać na przegranej pozycji. Akustyka tryumfuje do tego stopnia, że strumień live processingu także nabiera melodyki. Wielka multifoniczna orkiestra post-baroku dociera do celu gaszona onirycznymi loopami czegoś, co kiedyś było dźwiękiem akustycznym.

  


Mistérios Negros

Kontrabas, wiolonczela i perkusja/ instrumenty perkusyjne, to podstawowe instrumenty wykorzystywane w formacji The Selva. Ów kameralny punkt wyjścia od samego początku pieczętowany jest porcją elektroniki, która wraz z rozwojem koncepcji artystycznej nabiera coraz większego znaczenia. Dziś podłączona jest pod każdy z instrumentów i zdaje się każdorazowo stawiać trio w nowej rzeczywistości estetycznej, a nawet gatunkowej.

Mroczne Tajemnice składają się z ośmiu opowieści, które trwają od dwóch do prawie dziewięciu minut. Spokojne otwarcie dalekie jest od modus operandi typowego dla string trio. Wszędzie sączy się post-gitarowy ambient, struny rezonują elektroakustyczną poświatą, a na backgroundzie rodzi się swobodny circle drumming. Po kilku minutach pojawia się rytm obleczony smugą kwaśnej psychodelii. Całość przypomina w ostatecznym rozrachunku post-barokową piosenkę otuloną emocjami post-rocka. W drugiej części prosty rytm obecny jest od samego początku, a jego zadaniem jest wyniesienie ku tajemniczym wzgórzom równie prostej melodii, która brzmi bardzo arabsko. Jest w tym jakaś odrobina szaleństwa.

W kolejnych dwóch piosenkach czujemy coraz pokaźniejszy ładunek rockowych emocji. Najpierw nasze skojarzenia płyną w kierunku mniej mrocznych ekspozycji Massive Attack, potem sięgają wręcz noise’owej estetyki, tu niesionej głównie syntetycznie brzmiącą perkusją. Tańczymy w minimalistycznym rytmie, marzymy o dalekich i bezpowrotnych eskapadach. W piątej części moc pozostaje z nami – tłoczymy się w kłębach rockowego misterium, nie bez elementów post-jazzowych, jakie dostarcza kontrabas. Jest dynamika, ekspresja drum’n’bass, wreszcie roztańczone pizzicato.

W szóstym utworze odradza się klimat trip-hopowy. Dubowy beat, zgrzyty i obcierki, ale i liryczna, post-barokowa melodia. W przedostatniej opowieści powraca ambientowe tło, ale na froncie wciąż buzują zdrowe emocje – basowy groove, rzewna melodia cello i zwinny drumming po talerzach. Całość wydaje się ujmująco minimalistyczna i repetytywna. Samo zakończenie płyty jest delikatne – perkusjonalne świecidełka, wiolonczela w post-klasycznej melodyce i kontrabasowe zdobienia, niosące długo oczekiwane ukojenie.


Savina Yannatou, Gonçalo Almeida & Costis Drygianakis Independent/ Interdependent (Defkaz Records, LP/DL 2026). Savina Yannatou – głos, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Costis Drygianakis – sound processing. Nagrane na żywo w trakcie Defkaz Take 2 Festival, Mikri Skini, Thessaloniki, marzec 2025. Pięć utworów, 42 minuty.

The Selva Mistérios Negros (OSSO, LP/DL 2026). Ricardo Jacinto – wiolonczela, elektronika, Gonçalo Almeida – kontrabas, elektronika oraz Pedro Oliveira – instrumenty perkusyjne, elektronika. Nagrane w OSSO studios, luty 2025. Osiem utworów, 41 minut.


 

wtorek, 30 kwietnia 2019

Jacinto, Almeida & Morão! The Selva! Walking into the jungle!


Po sporej dawce portugalskiego acid-rocka, który lubi improwizować, czas na swobodną kameralistykę, która lubi … rockowe emocje, afrykańską polirytmię i - co oczywiste w tym kontekście sytuacyjnym - kreuje muzykę według bardzo luźnych założeń artystycznych.

Trio zwie The Selva, co w każdym z języków panujących na Półwyspie Iberyjskim oznacza dżunglę! O ich poprzedniej płycie pisaliśmy jakieś półtora roku temu, dziś zaś pochylimy się na ich dzieckiem najmłodszym, które zwie się Canicula Rosa (Clean Feed, CD 2019), co po naszemu można określić, jako Różowy Kanion. Skoro wiemy już tak wiele, przypomnijmy sobie personel Selwy: Ricardo Jacinto – wiolonczela, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Nuno Morão – perkusja. Nagrana w styczniu ubiegłego roku płyta trwa 42 minuty i 16 sekund, a składa się z ośmiu opowieści.




Grzmoty kontrabasu, czynione na wejściu, umieszczają pieśń otwarcia w nieco metafizycznych okolicznościach – przestrzeń wokół drży, pomrukuje, z dalekiego planu docierają pierwsze dźwięki wiolonczeli, rezonują talerze. Wokół echo pulsującej ciszy – całość niczym cierpiące chamber, czekające na łyk święconej wody. Narracja buduje się małymi frazami mniejszego strunowca, skromnym, ale zdecydowanie niekameralnym drummingiem i pojękującym z oczekiwania smykiem kontrabasu. Fonia zdaje się być wyjątkowo niskopodłogowa – groza niedopowiedzeń, dziwne malunki na ścianach, na finał zaś odcinka dłuższe pasaże cello. Start drugiej opowieści jest bardzo płynny, bez zbędnej w takim wypadku ciszy - rytmiczna palcówka na gryfie wiolonczeli jasno stawia cele i określa poziom oczekiwań. Progresywny drumming dla podkreślenia sytuacji scenicznej, dynamika całości niczym wyzwolony Madredeus bez głosu boskiej Teresy. Rytm, molowa tonacja do tańca, bezkres portugalskiego saudades, wersja dla zaawansowanych. Kontrabas rzeźbi smykiem bruzdę na gryfie, mąci spokój dynamicznej kontemplacji, sieje artystyczny nieład. Po chwili wahania, podłącza się jednak pod strukturę rytmiczną pieśni i doprowadza ją do szczęśliwego zakończenia. Cisza ma miejsce tuż po ostatnich dźwiękach wiolonczeli.

Kolejny odcinek rodzi się z lenistwa obu smyczków, zawieszonych na strunach. Slow motion bizzare! Płyną wspólnym korytem, a towarzyszą im rezonujące talerze. Brzmienie kontrabasu wydaje się być zdecydowanie bardziej siarczyste, a całość zionie smutkiem, niczym wygłodzony smok. Deep drumming buduje dynamikę, struny trwają w dźwięku. Krok za krokiem narracja gęstnieje – zmysłowa kameralistyka, która wytrwale poszukuje ekspresji post-rocka, a potem jeszcze piękniej przygasa. Czwarty utwór dość drapieżny – dwa razy pizzicato i głośna praca perkusji. Agresywne ekscesy, także grane arco. Wolna muzyka na otwartej przestrzeni – zmiana goni zmianę. Także frazy jazzowego walkingu, które podnoszą poziom ekspresji całości. Dwuminutowa perła temperamentnego chaosu! Brawo!

Piąta historia, znów z nowymi elementami – tym razem kontrabas szarpie struny, a wiolonczela poddawana jest zmyślnym preparacjom. Talerze, mokre werble i narracja, która raz za razem ulega zawieszaniu, w oczekiwaniu na tajemnicę kreacji. Cello zaczyna grać upalony barok, aura kwitnie i rozbłyska małymi fajerwerkami. Semicki klimat, pokój z widokiem na Tejo, wprost z wyjątkowo smutnego wzgórza Santa Catarina. W ramach fonicznego kontrapunktu, cello brudzi swoje brzmienie chrobotem przetwornika. Jazzowy drumming buduje nowe emocje, a mały strunowiec wraca do baroku. Na samym końcu skromne spiętrzenie – każdy z muzyków dokłada do ognia! Wonderful! Bez zbędnej zwłoki szósta pieśń – wiolonczela znów nabiera siarki w usta, skwierczy i rzęzi. Rytmiczne pizzicato kontrabasu zaprasza na dynamiczną podróż. Cała trójka idzie do tańca, struny imitują się, podkreślając doniosłość chwili. Drummer bije rytm – chamber goes rock&roll! Na ostatniej prostej kwaśna mantra!

Siódma pieśń, zatem powoli widać już napisy końcowe. Rytm i repetycja kontrabasu, znów moc brudu na gryfie cello, perkusyjna kipiel. Czysta akustyka i harsh ramię w ramię. Zadziorna i szorstka, pełna emocji etiuda. Wreszcie wielki finał płyty – spokój i niepokój, niczym ogień i woda, napięte struny, rezonans werbla i talerzy. Mały barok wiolonczeli i nerwowy, ale rytmiczny błysk kontrabasu. Całość smakuje pożegnaniem, nie tylko chyba z tą płytą. Wielki, piękny ocean saudades. Aktywny drumming, dźwięczny szelest talerzy w trakcie ostatniej drogi.



wtorek, 23 października 2018

LFU: Lisbon Freedom Unit ‎and their Praise Of Our Folly!


Rozbudowane, europejskie składy improwizujące tej jesieni zdają się być w zdecydowanym natarciu! W połowie października, na Krakowskiej Jesieni Jazzowej, debiutował nowy ansambl Barry’ego Guya For The End Yet Again (ach, co to był za debiut!). W ubiegłym tygodniu zachwycaliśmy się na tych łamach doskonałą płytą tentetu Alexa Warda, teraz zaś chwil kilka poświęcimy na omówienie równie ekscytującej propozycji, która zwie się Lisbon Freedom Unit!

Bez cienia wątpliwości, w dziewięcioosobowym składzie orkiestry LFU, odnajdujemy prawdziwy kwiat muzycznej Lizbony. Do pełnej reprezentacji portugalskiej sceny improwizowanej, tej bardziej osadzonej w estetyce free jazzowej, brakuje tu być może jedynie dwóch trąbek, pewnej wiolonczeli, jednego kontrabasu i tyluż gitar *).

Zatem bez zbędnych wstępów, przedstawmy aktorów widowiska. Na gitarze elektrycznej Luis Lopes - muzyk, którego z pewnością uznać należy za moc sprawczą całego przedsięwzięcia, na saksofonach tenorowych – Rodrigo Amado (lewa flanka) i Pedro Sousa (prawa), na saksofonie sopranowym i klarnecie basowym - Bruno Parrinha (środek sceny), na fortepianie i rhodes piano - Rodrigo Pinheiro, na wiolonczeli - Ricardo Jacinto, na kontrabasie - Hernâni Faustino, na perkusji - Gabriel Ferrandini i wreszcie, odpowiedzialny za elektronikę i turntables – Pedro Lopes.




W dniach 4-5 listopada 2015 roku, w lizbońskim Namouche Studio, wyżej wymienieni muzycy zarejestrowali blisko 4-godzinny, improwizowany materiał (uprzedzając pytanie – nic nie wiemy o jakichkolwiek scenariuszach, powstałych przed nagraniem, wszak zgodnie z opisem płyty all music by the musicians). Na krążku o pięknym tytule Praise Of Our Folly (Pochwała Naszego Szaleństwa) odnajdujemy cztery utwory oznaczone cyframi rzymskimi (łącznie 52 minuty i 1 sekunda). Wydawcą jest Clean Feed Records.

I. Brzęk piana, pojedynczej struny kontrabasu, trochę szumu w tubach. Drobiny sonorystyki, kilka strumieni dźwięków nieco bardziej ciągłych. Prychy, rechoty i stemple z klawisza. Filigranowa narracja, która małymi krokami zdobywa czasoprzestrzeń. W 6 minucie po raz pierwszy odzywają się talerze Ferrandiniego. Dla odmiany, partner od elektroniki pozostaje na bardzo dalekim planie, być może zwyczajnie milczy. Improwizacja wije się, jak wąż po podłodze, ale systematycznie narasta. Na flankach błyskotliwie pęcznieją oba saksofony tenorowe. Zwarty, demokratyczny twór przepełniony molekularną interakcją. Po 10 minucie dźwięki uroczo nawarstwiają się, mają coraz gęstszą strukturę. Tuż potem, zwinne wybrzmiewają.

II. Piano, gitara i kontrabas – urywane, cięte frazy, wet za wet, wszystko świetnie skomunikowane. Oto jak wolny jazz potrafi urokliwie kąsać. Doskonały pasaż fortepianu, wyraziste, zadziorne ekspozycje instrumentów strunowych (smyczek na kontrabasie i wiolonczeli). W 5 minucie zapada spontaniczna (?) decyzja o pójściu w półgalop. Dynamika fragmentu chytrze wspierana jest wysoko zestrojonym drummingiem. Na prawym skrzydle wyśmienicie eksponuje się Sousa. Jego saksofon jednocześnie śpiewa i kruszy mury twierdzy. Zresztą cała banda muzyków, jawi się niczym piękne konie w galopie! Struktura narracji jest już tak gęsta (wszyscy muzycy przy instrumentach), że aż trudno uwierzyć, że całość brzmi tak selektywnie i klarownie w wymiarze akustycznym. Wszystko zdaje się być, tak dramaturgicznie, jak i brzmieniowo, świetnie ze sobą skorelowane. Na bogato! Ojciec i syn saksofonu tenorowego Portugalii dają tu prawdziwy popis! Tuż po nich krótka, jazzowa ekspozycja gitary tłumi tę wyjątkowo ekspresyjną opowieść.




III. W ramach introdukcji, grzmot gitary, garść syntetycznych dźwięków, amplifikacja na strunach wiolonczeli. Nonet nabiera innego, bardziej brudnego brzmienia. Włącza się piano rhodes, a przed nami prawdziwie pogmatwane fussion. Od startu gęste, narowiste, krwiste i istotnie głośne. Na flankach znów pyskato! Gitara Lopesa też ma dużo prądu! W 5 minucie robi się z tego prawdziwa ściana dźwięku, w której rozsądek dramaturgiczny muzyków zdaje się szukać punktu zaczepienia i po paru chwilach, znajduje go pomiędzy strunami gitary i równie prądobiorczej wiolonczeli. Następuje silnie tłumienie i wybrzmiewanie, które toczy się na barkach długotrwałych dźwięków elektroniki i armii talerzy Ferrandiniego. To naprawdę długi i efektowny proces. Psychodelia znajduje tu swoje miejsce na ziemi!

IV. Wstęp należy do Pedro Sousy. Pełen furii i sonorystyki, kolejny dowód na niebywale wysokie kompetencje tego wciąż młodego saksofonisty z samego krańca świata nowożytnego. Świetnie wchodzi w ten gąszcz dźwięków fortepian Pinheiro. Duet, który w mgnieniu oka staje się triem (Ferrandini!). Eksplozja free jazzu, krew na ścianach! Zaraz potem kontrabas i mamy kwartet! Fire music again! Pozostali muzycy step by step podłączają się równie podekscytowani, doskonały zaś tenor pcha cały ansambl wprost do nieba! Wrzący tygiel ekspresji (Amado jest równie rozpalony, jak Sousa!), głośny, dynamiczny, gwałtowny! No, a ciągiem dalszym tej historii może być jedynie równie efektowne stopowanie, tu osadzone na gitarze i jej wciąż gorejących strunach. Przestery wspierane są elektroniką. Jakże barwna, niemal metafizyczna eksplozja! Szukamy ciszy i refleksji dramaturgicznej. Wspaniałe małe piano Pinheiro. Sustained streams ze strony wszystkich dęciaków. Muzycy wypatrują psychodelii, ta wpada im prosto w ramiona. Wszystkim na scenie udziela się delikatny trans. Cudowny smyczek na kontrabasie! Ta mocno już spowolniona narracja niespodziewanie zaczyna pęcznieć. Lopes czuwa, ale i dokłada do ognia. Zdaje się tu być prawdziwym mistrzem planu w wymiarze konstruktorskim. Finał tej doskonałej płyty muzycy osiągają dość nagle, aż chce się krzyczeć o więcej. So, let’s press the repeat!



*) dla tego, który trafnie odgadnie, o kim mowa, w nagrodę elektroniczny uścisk dłoni Pana Redaktora!



środa, 11 lipca 2018

Variable Geometry Orchestra! Ma'adim Vallis!


Czas i miejsce zdarzenia: pierwszy koncert – 25 listopada 2017 roku (O'Culto da Ajuda, Lizbona), drugi koncert – 5 stycznia 2018 roku (Damas, Lizbona).

Ludzie i przedmioty: Ernesto Rodrigues – dyrygent, valiha, rebec (instrumenty jedynie w koncercie 1), Armando Pereira – akordeon, Guillaume Gargaud – gitara akustyczna (1), Etienne Brunet (1), José Lencastre (1) i Nuno Torres – saksofon altowy, Bruno Parrinha – klarnet basowy, Guilherme Rodrigues, Miguel Mira i Ricardo Jacinto (1) – wiolonczela, Luiz Rocha - klarnet (1), Miguel Almeida – gitara klasyczna (1), Adriano Orrù (1), Bernardo Álvares (2), Hernâni Faustino (1) i João Madeira – kontrabas, João Valinho (1), Pedro Santo i Vasco Trilla (1) – perkusja, Fernando Sousa (1), Paulo Duarte (1) i Abdul Moimême – gitary elektryczne, Carla Santana i Carlos Santos – elektronika, Paulo Chagas – flet, obój, Manuel Guimarães (1), Silvia Corda (1) i Tiago Varela – melodica, André Hencleeday (1) – megafon, Monsieur Trinité - obiekty, Karoline Leblanc (1) – fortepian, Miguel Cabral (1) – violaika, Eduardo Chagas (1) i Fernando Simões (1) – puzon, Anna Piosik (2) i Luis Guerreiro (1) – trąbka, Gianna de Toni (1) – ukulele, Maria do Mar (2) – skrzypce, Maria Radich – głos.

Co gramy: dyrygowana swobodna improwizacja.

Efekt finalny: koncerty pomieszczone na dwóch dyskach, pod wspólnym tytułem Ma'adim Vallis, dostarcza Creative Sources (2018). Szóste wydawnictwo w dyskografii VGO trwa łącznie 78 minut bez pięciu sekund.




Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Conduction #47. Strunowa, filigranowa introdukcja, drobiny sonorystyki w tubach saksofonów. Dalece kameralny start, biorąc pod uwagę obecność niemal czterdziestu muzyków na scenie. Już w 3 minucie improwizacja, budowana wieloma dronami, narasta, grzmi i łomoce. Grozę sytuacji podkreśla praca perkusjonalistów i akordeonu. W tle podskórny nerw, chrobotanie syntetycznej materii dźwięku, zapewne dzieło sekcji elektronicznej. Tempo rośnie, fonia pęcznieje. W 7 minucie zwinna, saksofonowa ekspozycja w estetyce gorącego free, potem komentarz trąbki. Dęciaki, które zdają się być w mniejszości, dają sygnał, iż tego dnia skłonne są pohałasować. Opowieść płynie wartkim strumieniem, napotykając w każdym zakamarku stempel jazzu. Pierwsze hamowanie spotyka nas w 11 minucie – jakby powrót do klimatu strunowej introdukcji, ślady gitary akustycznej, a zaraz potem fortepianowe interludium z komentarzem klarnetu basowego. 14 minuta - nisko zawieszony dron rozpoczyna konstruowanie kolejnej, zapewne burzliwej ekspozycji. Elektronika wspierana smykami uczepionymi na samym dole gryfu kontrabasu? Tak, to jest możliwy scenariusz. Narracja gęstnieje, przybywa nietypowych, nieokreślonych dźwięków, szczypta plądrofonii. Bez akcentów jazzowych, mimo udziału saksofonów i puzonów, zdecydowanie w kierunku konstruktywnego hałasu. 23 minuta i stopping! Chmara strunowców czyni swoją powinność. Preparacje, jęki akordeonu, jakby spulchnianie gleby przed startem elektroakustycznej ekspozycji. Rodzi się prawdziwe królestwo rozchełstanego free improve z groźnymi pomrukami kontrabasu (ów?). Kameralistyka w stanie permanentnej multiplikacji. Szybki epizod, albowiem po 5 minutach znów zmiana kierunku po dość błyskotliwym hamowaniu. Klimat Warszawskiej Jesieni, koncert stroicieli, jakby narracja szyta z podartej partytury. Z tego kluczowego zaniechania tryska iście free jazzowa eksplozja. Kupą mości Panowie i Panie, cała historia gatunku trzyma za was kciuki! Jakże piękny moment! Tłumienie emocji toczy się w elektroakustycznym sosie, przy akompaniamencie głosu kobiecego i salwy filigranowych strunowców. 33 minuta - tym razem stado dęciaków snuje kilka separatywnych opowieści w klimatach niemal trzecionurtowych. Niektóre nutki nawet delikatnie swingują. Po 2-3 minutach nowy pomysł na rozwój improwizacji – suche, niskie pasaże, szmery, szumy, fonia z dna tuby, akcenty gitarowe. Narracja pęcznieje w tempie geometrycznym, zanosi się na burzę z piorunami. Szczypta spowolnienia w ramach zaskoczenia przeciwnika, potem znów krok do przodu. Na ostatniej prostej emocje biorą jednak górę. Zdaje się, że w tym momencie wszyscy muzycy dostali pozwolenie na grę.

Conduction #48. Noże i widelce, szmery i podmuchy, perkusjonalne intro. Mocny, jazzowy kontrabas organizuje porządek na scenie. Bardzo konkretny drive! Z drugiego rzędu, dęciaki w zwinnym komentarzu. Jakby przy okazji, rodzi się masywny background elektroniki. Ekspozycja trąbki, obok komentarze grane unisono, jakby z partytury. Wybrzmienie przychodzi dość szybko. Akordeon i elektronika robią stosowne echo. Narracja w błyskawiczny sposób pęcznieje, ale wisi w powietrzu, w oczekiwaniu na nowe wytyczne. Solo klarnetu basowego, przy wsparciu strunowców, które ostrzą sobie pazurki. Odrobina melodii pomiędzy strunami, punktowy flet. 11 minuta, to start nowej historii. Dużo strun w intensywnym tańcu. Zaraz potem pokrętne rytmicznie zabawy, które wieńczy free jazzowa eksplozja. Kobiece incydenty głosowe tuż po ostrym wyhamowaniu. I znowu ruszamy do przodu. Stan permanentnej zmiany, to zdaje się być element konstytuujący oba koncerty VGO. Intrygantem po raz kolejny zostaje sekcja strunowa, która w trakcie drugiego koncertu niepodzielnie panuje na scenie, czasami wręcz nie dopuszcza do głosu wygłodniałe dęciaki. W 17 minucie misternie budowana ekspozycja, pełna rubasznego rytmu, zostaje zgwałcona pokładami niskiej, bezkompromisowej elektroniki. Z mroku wyłania się kilka perkusyjnych incydentów, także parę dźwięków o nierozpoznanym źródle pochodzenia. Tygiel fonii w stanie wrzenia. Saksofony zdają się mieć moc, by pojawić się na samej górze. Tysiące pomysłów na sekundę. Improwizacja czasami wydaje się być nieco przeładowana inspiracjami. Bogate instrumentarium wciąż podpowiada nowe rozwiązania dramaturgiczne. Dyrygent musi mieć oczy dookoła głowy! 25 minuta, to wysoka ekspozycja trąbki, w dole zaś pasmo elektroakustyki, która po niedługiej chwili jest zdolna do przejęcia władzy. Ciekawy, niemal dark ambientowy fragment opowieści. Wejście sekcji dętej sieje zamęt! Jakby zbyt wielu muzyków chciało jednocześnie prowadzić narrację. 32 minuta i kilka saksofonów ma coś ważnego do powiedzenia. Mogą liczyć na niebanalny komentarz gitary i kontrabasu. Gęsto, chromatycznie, bez wyrwy akustycznej na cokolwiek więcej. W tle trębacze, którzy pragną iść po swoje. W 35 minucie ostatnie już dziś hamowanie – melodyjny saksofon i dynamiczne strunowce w ramach wsparcia. Niespodziewanie ekspozycja przybiera formę dość frywolnego walczyka, trochę w klimatach późnego Braxtona i jego Ghost Trance Music! Sam finał koncertu bardzo efektowny, intrygujący. Werbel wybija ostatnie dźwięki.



Poprzednio recenzowane płyty Variable Geometry Orchestra odnajdziesz dokładnie w tym miejscu. 

czwartek, 20 lipca 2017

Gonçalo Almeida & Ricardo Jacinto – The Selva and other separate stories *)


Wakacje w pełni, pogoda jak zwykle dynamiczna, przynajmniej w Europie Centralnej, czas zatem najwyższy pomyśleć o dalekich podróżach, wielkim i szalonym oceanie, tudzież plażach wielkości małym miast wojewódzkich.

Redakcja - w osobie Pana Redaktora - już prawie w samolocie do pięknej Lizbony, a w ramach umilenia oczekiwania na lot, szybki przegląd muzycznych smakołyków, rzecz jasna głównie z … Portugalii, ale ze znaczącym udziałem muzyków holenderskich, belgijskich, tudzież … włosko-belgijskich.

Zaczniemy od lizbońskiego tria Gonçalo Almeidy, doskonale nam znanego kontrabasisty portugalskiego, choć na ogół rezydenta holenderskiego (historie do przypomnienia - tu, i tu, i jeszcze tu). Potem poznamy zupełnie premierowy kwintet z jego udziałem, dwa kontrabasowe duety, a także jeden kwartet, tu w dwóch odsłonach. Na sam koniec opowieści dwie ciekawe pozycje z udziałem Ricardo Jacinto, portugalskiego wiolonczelisty, który tworzy wraz z Almeidą trio, wspomniane na wstępie tego akapitu. A zwie się ono malowniczo The Selva!


The Selva

Zapis studyjnej rejestracji, poczynionej w Lizbonie pod koniec ubiegłego roku i na początku bieżącego, wypełnia 47 minutowy krążek bez tytułu, który dostarcza nam Clean Feed Records. Pod nazwą płyty i jednocześnie formacji The Selva ukrywa się trójka muzyków - Gonçalo Almeida na kontrabasie, Ricardo Jacinto na wiolonczeli oraz Nuno Morão na perkusji. Dziewięć odcinków oznaczonych cyframi.




(I) Intro ma wyłącznie atrybuty perkusyjne, jakkolwiek duży w tym udział wiolonczelisty, istotnie pobudzonego od pierwszej sekundy. Perkusista płynie silnym drive’em jazzowym, kontrabas zaś w zasadzie milczy. (II) Strunowce mają wybitnie kameralny flow. Perkusja znów jest zadziorna. Pasaż wiolonczeli – dla odmiany - bardzo spokojny, wręcz dostojny, a brzmienie instrumentu wyjątkowe. (III) Pierwszy z dwóch długich, zdaje się zasadniczych fragmentów Selvy. Cisza, czynione na boku sonorystyczne szepty kontrabasu, wiolonczela szemrząca akordowo, niczym gitara. Brzmienie obu instrumentów jest barokowo bogate, ale intrygująco zabrudzone. Narracja toczy się gęstym ściegiem, przy czym wiolonczela lekko serfuje. Szybka zmiana kierunku podróży (all music by the musicians, dodaje recenzent) – kontrabas wpada w amok improwizacji, perkusja szczoteczkuje swingowo, a wiolonczela gra czyste, krystalicznie piękne pasaże w duchu kameralistyki dawnej. Ta ostatnia, mimo częstych zmian w trybie narracji, rządzi i rozdaje karty. Na finał, trwającej blisko kwadrans opowieści, strunowce snują podobne do siebie monologi wewnętrzne, a dobosz bębni wytrawnie (z kajetu recenzenta: ten ostatni, choć aktywny, na poziomie kreacji ustępuje operatorom obiektów strunowych). Smakuje delikatnym transem, mantrycznym zaśpiewem. (IV) Sonorystyczna ekwilibrystka wiolonczeli, przy wtórze energetycznej sekcji rytmicznej. (V) Jacinto, modus operandi tego tria, znów w poszukiwaniu nowych środków wyrazu. Almeida pętli się wokół pokaźnego gryfu kontrabasu, a Morão… bębni na sporym pogłosie. Akustyczne zadziory na obu zestawach strunowych. (VI) Akordy, plamy, znaki szczególne. Narracja smakuje zaangażowanym rockiem. Gatunkowy melting pot trwa w najlepsze! Z kajetu recenzenta: być może brakuje odrobiny perkusjonalii, w miejsce akcentów stricte perkusyjnych. Wiolonczela ponownie w błyskotliwym akustycznie stylu, ucieka w meta otchłań, w czeluść nieoczywistości (dodaje recenzent - poeta). Odpływa, jak statek bez portu docelowego, o kosmicznie pięknym soundzie. (VII) Drugi fragment kluczowy – zwinne palcówki na strunach, talerz i werbel w rezonansie, skupienie, oniryczne stadium zaniechania i konstruktywnej nieśpieszności (prawdziwie portugalskie … na wszystko mamy czas). Nikomu tu w głowie narowiste eskalacje, choć muzycy nie unikają drobnej dynamizacji (a może kęs sonore? pyta recenzent, bo nie wie, co dokładnie winien zanotować w swoim kajecie). Wiolonczela w mig odpowiada na potrzeby recenzenta! Kontrabas poleruje struny, a perkusja … bębni. (VIII) Strunowce dyszą, świszczą i świergolą, jakże to urocze! Piękne tańce dwóch nabrzmiałych smyków. (IX)  Dronowe pasaże silnie zabrudzonych instrumentów strunowych. Perkusja drży, rezonuje, dygocze. Moc akustycznych przesterów (najbardziej wyrazisty, po prawdzie, najlepszy moment tej bardzo dobrej płyty!). I znów pachnie wyszukaną psychodelią. Instrumentalne głosy z offu, stękanie, pomruki. Niech klimat finału tej opowieści wyznaczy jedynie słuszny kierunek muzycznego rozwoju tria The Selva!


Hightailing

Jeśli wciąż szukacie dowodów na to, że współczesna muzyka improwizowana jest ponadgatunkowym wrzącym tyglem, mam dla Was argument sto pięćdziesiąty dziewiąty. Nazywa się Bulliphant. Nie dalej jak w miniony poniedziałek, ukazała się debiutancka płyta kwintetu, który ukrywa się za tą szaloną nazwą (Bykosłoń!). Jej tytuł to Hightailing (Creative Sources, 2017), a zawiera dwanaście fragmentów, które w trakcie 41 minut udowodnią nam, że w dobrej muzyce nie ma złych pomysłów.




W okolicznościach miejsca zwanego De Singer, w miejscowości Rijkevorsel (Belgia? Holandia?) spotkało się całkiem niedawno pięciu muzyków: Bart Maris - trąbka i piccolo trąbka, Ruben Verbruggen – saksofon altowy i barytonowy, Thijs Troch – syntezator i elektronika, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Friso van Wijck – perkusja i perkusjonalia. Ważna informacja dla urzędu emigracyjnego – trzech pierwszych muzyków to Belgowie, zaś ten ostatni, to Holender.

Muzycy przytargali ze sobą taką ilość pomysłów na konstruktywne muzykowanie, że z pewnością wystarczyłoby ich na solidny dziesięciopak. Skończyło się na jednym, niedługim krążku. Jak się zatem domyślacie, intensywność przekazu wszystkich dwunastu utworów jest ponadnormatywna. Prześledźmy, cóż się działo w ich trakcie.

Na płycie mamy zarówno kilkudziesięciosekundowe etiudy i wariacje na temat w podgrupach, jak i pełnowymiarowe, eksplozywne ekspozycje dźwiękowe kwintetu, trwające na ogół od pięciu do ośmiu minut. Muzyka, choć improwizowana, była przed nagraniem z pewnością predefiniowana. Najprawdopodobniej działo się to z wykorzystaniem zeszytu nutowego. Dodajmy, iż autorem krótszych utworów jest przeważnie saksofonista, zaś za te dłuższe odpowiedzialność biorą kontrabasista, trębacz i perkusista.

Wśród krótkich form wypowiedzi odnajdujemy elementy jazzowego frazowania z twardo brzmiącą sekcją rytmiczną, tkanego także przy użyciu drobinek elektroakustycznych, zgrabne duety saksofonu i trąbki, niestroniących od wspólnych pasaży granych unisono, czy też dęte ekscesy trąbki, zapętlającej się w skwierczące zakłócenia z kabla. Natrafiamy na smakowite spotkanie mocnego kontrabasu z dzikiem saksofonem altowym, a także pełnowymiarowy, hardcore jazz-rockowy melanż pięciu ośrodków instrumentalnych.

Fragmenty dłuższe są dramaturgicznie poszarpane, kipią od interakcji i pomysłów na rozwój improwizacji. Drugi zaczyna się pasażem … kościelnych organów, co jest komentowane bez pytania tyradą free jazzowego, dętego sonoryzmu, z pokrętną, istotnie smakowitą melodyką, kojarzącą się raczej ze współczesną muzyką kameralną. Echa fenderowego post-fussion nie obce są i temu, i kilku innym fragmentom tej frapującej płyty. Szóstego otwiera modulowany dron, kreowany elektronicznie, na który powoli nakładają się mikrofale saksofonu i trąbki. Proces wyłaniania się czystych dźwięków z tego kotła piekielnego jest intrygujący! Ach, ten baryton! Kontrabas podkreśla smykiem dramatyzm sytuacji muzycznej. Narracja gęstnieje, jak ciepły budyń, a wybrzmiewa wytrawnym walkingiem Almeidy. Siódmy zaczyna się wręcz melancholijnie (trąbki ślini się do altu). Twarda jazzowa sekcja wchodzi po prawie dwóch minutach tego migdalenia i rozpoczyna się klasycznie freejazzowa, kwartetowa eskapada. Trębacz pichci wyśmienito solo, a wybrzmienie smakuje bardzo kameralistyczne. Dziewiąty dla odmiany, od pierwszego dźwięku gotuje emocje recenzenta. Nagranie jest bardzo free, ale czuje się pędzel aranżacji w tym kolektywnym zwarciu. Szukanie ciszy znów odbywa się w post-fussionowym pasażu syntezatora. Dziesiąty i jedenasty zdominowane są przez kompulsywną, agresywną elektronikę, której śmiało dotrzymują kroku żywe instrumenty. Finałowy fragment płynie wprost z serca czysto brzmiącej trąbki, która snuje opowieść puentująca tę niezwykle ciekawą płytę. Reszta instrumentów tworzy delikatne, niebanalne tło, które świetnie konweniuje z solowymi popisami trębacza (tu też czuć sznyt aranżu). Koniec płyty dopada recenzenta w stanie niedosytu. Play It Again!


8 Pictures

Czas na osiem obrazków z życia dwóch kontrabasów. Raoul van der Weide i Gonçalo Almeida ‎w roli operatorów największych instrumentów strunowych. Przy czym ten pierwszy, w istotnych dramaturgicznie momentach, będzie wspierał się wiolonczelą i manipulował obiektami różnymi. Nagranie studyjne, poczynione w 2015 roku w Rotterdamie, pierwotnie ukazało się pod tytułem Earcinema (Cylinder Recordings, 2015). Obecnie zatem mamy do czynienia z reedycją tego materiału. Płytę, która dostępna jest … jedynie w plikach, tym razem pod innym, jakże precyzyjnym tytułem 8 Pictures, dostarcza nam portugalski label Nachtstück Records (2017).




Mnogość stosowanych przez obu muzyków technik artykulacyjnych stanowić mogłaby bazę do pracy doktorskiej pracowitego muzykologa! Doskonałe brzmienie obu wioseł. Muzycy grają jakby naprzemiennie. Gdy pierwszy prowadzi jazzowy walking, drugi chwyta za smyczek i rżnie przepiękne pasaże w klimatach tak kameralnych, jak i psychodelicznych. Narracja jest niezwykle gęsta, a interakcje zadziorne. Muzycy stoją tak blisko siebie, że ich pot łączy się w jeden płyn ustrojowy (chwilami trudno zdiagnozować, który z nich wydaje, jakie dźwięki, albowiem potrafią scalać się w jeden ciąg zdarzeń akustycznych). Jeśli akurat w tym momencie nieco się popisują, to robią to z niebywałą klasą! Już od czwartego obrazka ich dźwiękowe marszruty intrygujaco się zazębiają, nie brakuje sonorystycznych incydentów, a improwizacja zdaje się być prawdziwie molekularna, szczegółowa, prowadzona w bardzo konkretnej dynamice. Dwugryfowe, kontrabasowe monstrum, podparte tylko odrobinę mniejszą wiolonczelą! Po precyzyjnym wytłumieniu, muzycy zwalniają tempo i brną w pasjonujący dialog w klimatach i estetyce muzyki dawnej. W trakcie piątego obrazka pasaż jednego strunowca wpada w sidła subtelnych akcji za progiem tego drugiego, ze znaczącymi akcentami perkusjonalnymi (z kajetu recenzenta: narracja obu muzyków jest niezwykle kompatybilna, obaj jadą środkowym pasmem i znów zlewają się w jeden potok dźwiękowy; mimo, że tworzą go głównie dwa kontrabasy, muzyka nie jest zdominowana przez niskie częstotliwości, przeciwnie – jest lekka, zwinna i przebiegła). Wciąż dominuje pewien narracyjny schemat – szybki walking vs. rozżarzony smyk na gryfie, który smaży wyraziste pasaże o niepoliczalnych połaciach piękna, z delikatnymi implikacjami w kierunku sonore. W siódmym obrazku muzycy dostarczają nam odrobinę innych dźwięków, być może będących skutkiem skromnych procesów amplifikacyjnych, czy też użycia obiektów różnych. Strój obu instrumentów pozostaje wszakże wysoki. Finałowy obrazek (najdłuższy) zaczyna się burczeniem, tarciem i szarpaniem nieposłusznych strun. Jakże intrygująca instrumentacja! Bogactwo wyobraźni! Tysiące pomysłów na sekundę! Dwa smyki w dawnej estetyce kreślą wyjątkowe płótno prawdziwie mistrzowskim pędzlem!


Live at Atelier Tarwewijk

Kontynuujemy wątek batalii kontrabasowych! Cofamy się o dwa lata, pozostajemy wszakże w Rotterdamie. Kwiecień 2013 roku, koncert w ramach inicjatywy kulturotwórczej Halloween in the Spring, a na scenie Wilbert de Joode i Gonçalo Almeida. Zarejestrowany materiał po roku udostępniony zostaje światu pod tytułem ‎Live at Atelier Tarwewijk (V 1​.​3) (Nachtstück Records, 2014). Panowie będą improwizować przez ponad 52 minuty, nieprzerwanym ciągiem dźwiękowym.




De Joode, kanał lewy, struny jelitowe. Almeida, kanał prawy, struny normalne. Muzycy, szeroko rozstawieni po kątach, zaczynają od zwinnych i niezobowiązujących palcówek po śliskich strunach. Już po kilku minutach, każdy z nich rozpoczyna proces poszukiwania nieoczywistych, indywidualnych rozwiązań sytuacji scenicznej, tak w zakresie technik artykulacyjnych, jak i sposobu prowadzenia improwizacji. Kontrabasy – podobnie jak na poprzednio omawianej płycie – mają stosunkowy wysoki strój i lubią pływać w przestrzeni koncertowej. Są ulotne, jak motyle. Mają piękny sound. Echa muzyki dawnej, a jakże, duże skupienie, a jakże. Transparentność i adekwatność. Po kwadransie muzycy biorą wielkie smyki w swe równie imponujące dłonie i zaczynają się prawdziwe emocje. Smyczkowy dancing! Choć tempo bardziej pogrzebowe. Brzmienie obu kontrabasów przyjemnie się zabrudza. Tli się, jak palenisko bez iskier, wstrząsająco urocze (trochę jak prażona kukurydza – dodaje zgłodniały recenzent). Pomysły artykulacyjne sypią się, jak z rękawa. I każdy jest udany! Kameralistyczne zacięcie Almeidy zbiera obfite żniwo. Gdy oba smyki miarowo uderzają w struny, recenzent gotowy już jest do osiągnięcia stanu wrzenia. Ta rozmowa ma wiele wątków i ogrom niedopowiedzeń. Nie każde słowo ma tu być wypowiedziane. Sztuka zaniechania, umiejętność temperowania emocji. Około 29 minuty De Joode otwiera wieko trumny, a Almeida szeleści ze strachu, miętoli się sam ze sobą (what a sound!). To wspaniałe, że muzycy nigdzie się nie śpieszą. A tyle mają do powiedzenia. Po 30 minucie nastrój kameralistyczny dopada już wszystkich, po obu stronach sceny. Minimal art of sound! Po 40 minucie instrumenty niemal milkną. Chcą nabrać dystansu. Wykluwają się z tego dwa soczyste drony. Zasada imitacji nie jest im obca. To też dowód na to, że słuchają się wzajemnie. De Joode na finał efektownie rezonuje. Jego jelitowe struny czynią cuda! Almeida też ma pomysł! Niedźwiedzie wybrzmienie wprost w objęcia piekielnej ciszy. Koniec z oklaskami.


Pangatuna & Chlopingle

Po serii płyt prawie wyłącznie na instrumenty strunowe, z pewnością zatęskniliście za choćby najskromniejszym dęciakiem. Here it is!

Kwartet nazywa się Tetterapadequ (ta nazwa nie kryje w sobie głębszych treści, to jedynie przestawione litery ze słowa kwartet i miejsca, w którym muzycy grali po raz pierwszy). Tworzą go: na kontrabasie Gonçalo Almeida, na saksofonach Daniele Martini, na fortepianie Giovanni Di Domenico, zaś na perkusji João Lobo. Zaciąg portugalski vs. zaciąg … włosko-belgijski (Daniele i Giovanni, to bowiem włoscy rezydenci Królestwa Belgii). Kwartet ma w dorobku trzy długie płyty i jeden minilongplay. O tym ostatnim pisaliśmy już na tych łamach.




Teraz pochylmy się nad wydawnictwem Pangatuna (For Tune, 2016), nie tylko dlatego, że jest dość świeżą płytą, do tego wydaną w Polsce, ale również z powodu rozbudowania kwartetu, na potrzeby tego akurat nagrania, do rozmiarów oktetu. Personalnie skład bazowy uzupełniają: na saksofonie altowym Audrey Lauro, na saksofonie barytonowym Grégoire Tirtiaux, na klarnecie Jordi Grognard oraz na flecie Quentin Manfroy. Nagranie poczyniono studyjnie w Brukseli, w grudniu 2015 roku. Cztery fragmenty z tytułami potrwają 46 minut (nie zaś 51, jak sugeruje opis płyty).

Pierwszy. Cały oktet podaje zgrabny temat (status: all music composed by the musicians), pięcioosobowy zestaw dęciaków dmie unisono, gęsto, ale dość delikatnie. Rzec można, jazz nieco temperowany, ale incydentalnie bardzo emocjonalny. Rodzaj szlachetnej muzyki mainstreamowej, która jednak myśli, prowokuje, poszukuje usilnie ciekawych sonorystycznie rozwiązań. Tłuste lejce tej trzódki trzyma zdecydowanie pianista. Konstruuje rytm, nadaje wewnętrzną dramaturgię, ustala zasady gry. W okolicach 9 minuty dopada nas cisza, która staje się istotnym punktem wyjścia do nowej podróży w kierunku świata kompetentnych improwizacji. Skupienie i odpowiedzialność za każdy dźwięk nadal pozostają atutami oktetu. W połowie utworu dodany kwartet zaczyna bardziej wyraziście akcentować swoją obecność, jakkolwiek z roli chóru komentatorów nie wyjdzie do końca tej płyty. Z pozornego letargu nieagresywnej narracji, wyrywa nas wybuch soczystej solówki na saksofonie tenorowym (z kajetu recenzenta: wciąż jednak zbyt dużo dyscypliny). Kwartet matka na wiele jednak gościom nie pozwala – pianista, odpowiedzialny cerber, dozorca. Twarda, sumienna realizacja scenariusza wydarzeń. Na finał najdłuższej części tej płyty (25 min) goście podejmują kolejną próbę twórczego zaistnienia i akustycznie aktywizują się. Mają wyraźnie apetyty na pasaże free. Dosadne akordy piana przywracają jednak ład i porządek. Drugi. Oktet w akustycznym rozkwicie. Orkiestra swinguje, jak mało kto. Dęta ferria barw. Po chwili wszystkich dopada moment smutnej zadumy, rodzaj onirycznego tańca w miejscu, bez odrywania nóg od podłogi, a emocje części drugiej kończą się. Trzeci. Kameralne intro kwartetu gości. Już razem, w oktecie, muzycy snują interesujące pasaże, definitywnie jednak z pięciolinii. Natrafiamy  jednak – uff!!! – na bardziej intensywne przepychanki, ewentualność skromnej eskalacji. Szybki powrót do nieekspresyjnych macanek w podgrupach gasi entuzjazm recenzenta. Mainstream z obietnicami, które nie zawsze zostają spełnione. Finał zgrzyta, przypominając recenzentowi, by się nadmiernie nie wymądrzał. Czwarty. Spokojny dancing, czwarta nad ranem, daleko do wolności, jazgot pościeli sterylnej poirytowaniem… Recenzentowi pozostają już tylko marne cytaty z przeszłości. Bez ekscytacji.

Czym prędzej – w obliczu powyższych ambiwalencji – sięgnijmy po poprzednią płytę Tetterapadequ, nagraną w pierwotnym kwartecie. Odpalamy krążek Chlopingle (Creative Sources, 2015). Rejestracja bodaj z roku 2014. Trzy interwały z tytułami, mniej niż 40 minut muzyki.




Płytę rozpoczyna spokojna narracja, trochę w klimatach polskiego yassu, ze szczyptą niebanalnej sonorystyki, w skupieniu, z dużą ilością barwnych szczegółów. Tu wartością samą w sobie zdaje się być formuła tej narracji. Użyte środki są ewidentnie jazzowe, ale sama muzyka pachnie post-rockowym transem. I nic w tym spektaklu nie dzieje się przez przypadek. Po 8 minucie improwizacja ciekawie pętli się. Dużo do ognia dokłada Almeida, rwąc się do walki na smyku. Di Domenico preparuje, a Martini sunie zwinnymi alteracjami. W ostatnich minutach pierwszego fragmentu, dopada nas pełnowartościowa eskalacja, którą bez słowa sprzeciwu, określić możemy jako najmocniejszy fragment Chlopingle, a może i dorobku kwartetu w ujęciu historycznym. Część druga płyty wita nas wytrawną sonorystyką na osiem rąk (świetna robota, zwłaszcza kontrabasisty). Solowy popis pianisty też dobrze komponuje się z całością narracji. Na dokładkę udane pasusy wyczynia saksofonista, uroczo dmąc w sopran. Finałowy fragment ponownie dzieje się pod znakiem udanych incydentów akustycznych – piano stawia stemple, kontrabas jęczy, saksofon kreśli mikrozdarzenia, perkusja prawidłowo tyczy szlak podróży. Kwartet brnie i jątrzy. Kolektywnie, sumiennie, wzorowo.


Garden

Historię pod tytułem Niezwykłe przygody z życia kontrabasisty zostawiamy już dziś bez ciągu dalszego. Czas powrócić do intrygującego wiolonczelisty Ricardo Jacinto, którego poznaliśmy w trakcie odsłuchu tria Selva. Poznamy dwie płyty z jego udziałem, które są … diametralnie różne od siebie.

Najpierw Garden. Nagranie studyjne z Lizbony, poczynione ponad dwa lata temu przez trzech muzyków. Są to: Bruno Parrinha – saksofon altowy, sopranowy i klarnet, Ricardo Jacinto – wiolonczela i elektronika oraz Luís Lopes – gitara elektryczna. Płyta dostępna jest od ubiegłego roku, a wydana została przez Clean Feed Records. Siedem odcinków muzycznych – oznaczonych liczbami, które odwzorowują czas ich trwania - potrwa blisko godzinę zegarową. Spójrzmy, czym szczególnie ekscytował się recenzent w trakcie skupionego odsłuchu.




1351. Sucha, powolna, południowa sonorystyka. Dęciak prycha, wiolonczela szeleści, lekko sfuzzowana gitara wije się w cichym rejestrze. Gitara i wiolonczela (także pod prądem) szybko łapią płaszczyznę porozumienia i tulą się do siebie, jak syjamskie kociska! Na finał wszystko delikatnie sprzęga się i elektroakustycznie zaziębia. 1402. Oba strunowce są definitywnie plugged, snują się wokół dźwięków, które przypominają spacer potencjometrem po skali radioodbiornika. Narracja jest powolna, ale akustycznie inwazyjna. Zdaje się, że ta muzyka ma boleć. Saksofon też brudzi swój sound. Dwie skromne reinkarnacje gitary Jimmy’ego Hendrixa vs. saksofon sopranowy, który pragnie zaistnieć na ich tle. O tak, Luis Lopes lubi psychodelię, to wiemy nie od dziś! Oniryczny klimat dopada muzyków około 7 minuty tej najdłuższej na płycie ekspozycji. Robi się kwieciście – upalona wiolonczela, niedęty saksofon i mantryczna gitara. 555. Akustycznie, delikatnie, niezobowiązująco, nawet balladowo. Powolna narracja dwóch pierwszych części, tu niemal zatrzymuje się w miejscu, ale klarnet dmie uroczo. Zupełnie przy okazji, Lopes udowadnia, że jest w stanie banalnym z pozoru półdźwiękiem ukraść show partnerom. 516. Saksofon bierze sprawy w swoje ręce. Groźnie kontratakuje centralnym pasmem. Na flankach szumy i incydenty elektroakustyczne – przestery Luisa, brudny walking Ricardo. A elektronika robi swoje – recenzent ewidentnie słyszy cztery instrumenty! Każdy z muzyków jest brudny od błota i przeklina. Wiolonczela smakuje na rockowo, gitara bynajmniej, plecie opowieści kameralne. 1030. Muzycy snują się po kątach, prąd iskrzy im w dłoniach. Szukają porozumienia. Klarnet opowiada semickie historie. Wiolonczela płynie, a gitara jest podejrzanie oldfieldowska. Szczęśliwie narracja zapętla się i siarczyście emanuje niezgodą na proste rozwiązania. Nawet szczypta sonore! Prawdziwie piękny moment w wymiarze akustycznym! Suche macanki! Kto zagra subtelniej, ten dostanie rękę Królewny! Błyskotliwe zawody – opus magnum tej płyty! 744. Od startu elektroakustyczna eskalacja emocji! Gęsto, tłusto i narowiście! Kolejna porcja pozytywnej, wnikliwej psychodelii. Znów doskonały moment płyty! Lopes! Lopes! Lopes! – krzyczy w amoku recenzent. Wybrzmienie jest mistrzowskie! 221. Krwiste komentarze, dialogi polityczne, elektroakustyczne resume nagrania. Koniec przychodzi nagle i niegodny jest tak doskonałej płyty.


Harmonies

Na zakończenie naszej dzisiejszej dość długiej opowieści, chwila … chilloutowego wybrzmienia. Po serii silnie improwizowanych incydentów, czas na podłapanie odrobiny harmonii.

Nagranie studyjne z roku ubiegłego. W spotkaniu uczestniczą: Joana Gama - fortepian, Luís Fernandes – elektronika i Ricardo Jacinto – wiolonczela i elektronika. Przed nami ponad trzy kwadranse muzyki, która nosi znamiona skomponowanej, dodatkowo inspirowanej dokonaniami znanego kompozytora muzyki dość popularnej, jak na kanony Trybuny - Erica Satie. Płyta zwie się Harmonies (Shhpuma, 2016) i składa się z sześciu utworów.




Trzy składowe tej muzycznej przygody są dość separatywne, ale skonstruowana z nich muzyczna koncepcja jest spójna i dalece przyswajalna dla wielu. Jeśli elektronika, to wytrawna, progresywna, istotnie wysoko gatunkowa. Bez prostych skojarzeń i ciągot do ilustracyjności. Skupiona, rzetelna, bardzo dobra. Najlepsze berlińskie wzorce z lat 90. ubiegłego stulecia, te ze wspaniałej epoki post-techno, też maja tu rację bytu. Jeśli wiolonczela, wspomagana na kablach nie tylko w zakresie poszerzania brzmienia, ale także dekonstrukcji materiału wsadowego, to moc inspiracji do łamania tytułowej harmonii, do wchodzenia w elektroakustyczne zwarcia. Jeśli fortepian, to bardziej klasycyzujące, ilustracyjne pasaże wprost z klawiatury. Akurat te, dla tego recenzenta, chwilami zbyt słodkie i oczywiste.

Ricardo wchodzi do tej rzeki na trzeciego. Wnosi ferment i kusi los zmyślnymi dźwiękami spod strun wiolonczeli. Jego elektronika jest smakowita, nienatarczywa i świetnie komponuje się z silnym e-backgroundem Fernandesa. To serce i krew tego tria. Szczególnie ekscytującymi są utwory czwarty i piąty, dla których każdorazowo punktem wyjścia do snucia elektronicznej, wielowątkowej narracji jest akustyczny incydent na gryfie wiolonczeli. Choć improwizacja na Harmonies jest jedynie domniemana, to czas poświecony na odsłuch płyty eksplodował u recenzenta pokaźną porcją endorfin.



*) ang. Selva i inne oddzielne opowieści