Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marina Džukljev. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marina Džukljev. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 lipca 2025

The July’ Round-up: Sveið! Clouds! Transmission! Beryllium! Serries! Berre! Cigana! Läng!


W tradycyjnej, comiesięcznej zbiorówce świeżych recenzji jeszcze świeższych płyt z muzyką improwizowaną (i nie tylko) prawdziwa jazda bez trzymanki! Osiem albumów, rzadko spotykany tygiel gatunkowy i ogrom najprzeróżniejszych emocji!

Zaczniemy w Zjednoczonym Królestwie, potem Serbia, pewien kraj bez flagi, Polska, Belgia, Norwegia, Włochy i Szwajcaria. Będzie trochę zespołowego post-jazzu i post-kameralistyki, oba wątki wzmocnione kreatywną elektroniką, semi-akustyczny duet strunowy, instrumenty dęte skąpane nie tylko w elektronice, wreszcie aż cztery ekspozycje solowe – gitarowy ambient, dwa razy perkusja i … preparowane harfy szczękowe. What a game! Welcome to heaven and hell of improvisations and … compositions!

 


Sveið Latent Imprints (577 Records, CD 2025)

York, Wielka Brytania, maj 2024: James Mainwaring – saksofon, Federico Reuben – laptop/ live coding oraz Emil Karlsen – perkusja. Jedenaście improwizacji, 43 minuty.

Nie dalej jak tydzień temu zachwycaliśmy się innym albumem Karlsena (duetem z live procesorem Casserleyem), dziś czas na spotkanie jego kreatywnej perkusji z elektroniką określoną mianem live coding. W ramach deseru dostajemy jeszcze jazzowy saksofon. Dzieje się zatem wiele, emocji i jakości nie brakuje.

Trio od startu nie szczędzi nam akcji zaczepnych. Szczególną uwagę przykuwa aktywna elektronika, która zarówno kreuje, jak i efektownie procesuje, to co dostarczają żywe instrumenty. Sporo free jazzowych emocji płynie ze strony saksofonu, ale także partii śmiało kultywujących tradycję i wykorzystujących swingujące synkopy. W wielu momentach perkusja brzmi bardzo syntetycznie, bywa wspomagana w procesie kreowania rytmu masywnymi pasmami electro. W momentach spokojniejszych (choćby w drugiej, na początku czwartej, czy też w dziesiątej partii) muzycy dostarczają sporo brzmieniowych smaczków, subtelnych preparacji i nieoczywistych rozwiązań dramaturgicznych. W szóstej odsłonie elektronika i perkusja tworzą intrygującą sieć polirytmii, wynosząc saksofon na nieznane terytoria. Dodajmy, iż w trakcie całego albumu akustyczne instrumenty są zmyślnie procesowane, tworząc niekiedy całkiem nowy wymiar ekspozycji. Finał jest nerwowy, rozgadany, electro jazzowy.

 


 

Biliana Voutchkova, Marina Džukljev, Milana Zarić & Richard Barrett Clouds in a Cloudless Sky (Scatter Archive, DL 2025)

Cultural Centre of Vojvodina Miloš Crnjanski, Nowy Sad, Serbia, maj 2022: Biliana Voutchkova – skrzypce, głos, Marina Džukljev - fortepian, Milana Zarić – harfa, instrumenty perkusyjne oraz Richard Barrett – elektronika. Trzy improwizacje, 60 minut.

Przed nami koedukacyjny kwartet, który żeni instrumenty akustyczne z subtelną, nieinwazyjną elektroniką (zapewne też live processingiem), upleciony przez świetnie nam znanych artystów (poza harfistką) i uformowany w trzy rozległe improwizacje. Od wyważonej, dalekowschodniej medytacji po nerwowe, jakże europejskie sploty niebezpiecznych zdarzeń. Bezwzględnie warto poświęcić godzinę, by dogłębnie poznać Chmury na Bezchmurnym Niebie.  

Pierwsza i trzecia improwizacja trwają tu po kilkanaście minut i zdają się mieć cechy wspólne. To mroczne, rozkołysane, post-kameralne opowieści budowane frazami preparowanymi skrzypiec i piana, czystymi, okazjonalnie melodyjnymi akcjami harfy oraz niemal nieistniejącą elektroniką, która ledwie podkreśla wagę niektórych zdarzeń akustycznych. Rodzaj neurotycznej relaksacji, która mieni się tysiącem tajemnic. Całość śmiało mogłaby stanowić soundtrack do filmów mistrzów dalekowschodniej kinematografii (ale nie tych od walk samurajskich). Na tle obu tych narracji, część główna albumu, trwająca ponad dwa kwadranse, to wulkan emocji, nerwowych akcji i elektroakustycznych zgrzytów. Ta akurat historia ma wiele faz, czasami nasączone są one rodzajem subtelnej dynamiki. Nie brakuje też chwil wyjątkowo pięknej grozy, gdy pianistka po raz pierwszy sięga po klawiaturę. Wszakże najbardziej ekspresyjnym, emocjonalnym fragmentem tego albumu jest samo zakończenie. Tu mroczna kołysanka nabiera rumieńców i wspaniale puentuje ów smakowity album.

 


Vitaliy Ovchinnikov & Andrey Popovskiy Transmission (Extra Notes, DL 2025)

Vavilov Loft, kwiecień 2022: Vitaliy Ovchinnikov – gitara semi-akustyczna (utwór 1), gitara elektryczna (2) oraz Andrey Popovskiy - skrzypce, obiekty (1), gitara akustyczna (2). Dwie improwizacje, 27 minut.

Nagrania labelu Extra Notes i jej naczelnego wodzireja Vitaliya Ovchinnikova śledzimy na bieżąco. Zatem śmiało możemy skonstatować, iż najnowsze dzieło gitarzysty, to jedno z jego bardziej doniosłych dokonań artystycznych. Swobodne, niekiedy minimalistyczne improwizacje na dwa instrumenty dęte, garść obiektów i subtelnych preparacji. I co najważniejsze, nad nagraniem definitywnie unosi się posmak strunowej edycji Spontaneous Music Ensemble. Wszyscy wiemy, że na tych łamach to komplement najcięższego kalibru.

Pierwszą odsłonę kreują semi-akustyczna gitara i skrzypce wraz z bliżej nieokreślonymi obiektami. Odrobina amplifikacji i ocean akustycznych dźwięków. Narracja jest skupiona, każdy ruch artystów wyważony, a dbałość o szczegóły wysoce zaawansowana. Nie brakuje flażoletów, drobnych obcierek i post-perkusyjnych zdobień. Muzycy w trakcie kilkunastominutowej opowieści znajdują także chwilę, by eksplorować ciszę, jaka spowija ich improwizację. W drugiej części towarzyszy nam gitara elektryczna i akustyczna. Elektryczność tej pierwszej wydaje się dość iluzoryczna, delikatna, na poły akustyczna. Sama narracja jest bardziej zwarta i energetyczna, choć wciąż trudno ją określić mianem intensywnej. Znów doświadczamy obcowania z ciszą, jest także moment na poły dynamiczny, kreowany zwinną przebieżką po strunach i ekspresyjnym szorowaniem gryfu drugiej z gitar. W samej końcówce słyszymy trzeci wątek gitarowy, odrobinę bluesowy. Nie znamy źródła jego pochodzenia. Tak, czy inaczej, duch Johna Stevensa czuwa i zdaje się uśmiechać z zadowolenia.

 


 

Beryllium & Paweł Szulik Kumonosu-jō (Antenna Non Grata, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Paweł Szulik – shakuhachi, Michał Górczyński – klarnet kontrabasowy, elektronika oraz Andrzej Izdebski – syntezatory, gitary, field recordings, elektronika. Dziewięć utworów, 54 minuty.

Zapraszamy na seans filmowy! Przeniesiemy się do odległych, nie tylko amazońskich dżungli, tudzież równie peryferyjnych i dzikich przestworzy dalekiego wschodu. Obejrzymy sequel kultowego Imienia Róży, a potem dojmujący encore do jedynego i niepowtarzalnego Czasu Apokalipsy. Za ścieżkę dźwiękową odpowiadać będzie najcięższy kaliber klarnetu, lekki, japoński flet i zmasowany, wielowątkowy background elektroniki, gitar i adekwatnych do sytuacji dramaturgicznej nagrań terenowych.

Początek inwokuje klarnet kontrabasowy zanurzony w dark ambiencie. Rekontra fletu i elektronicznego beatu narzuca jednak inną optykę utworu. W kolejnej opowieści znajdujemy się o kilka pięter wyżej w bujnej, amazońskiej roślinności. Towarzyszą nam łagodne śpiewy fletu i klarnetowe pomrukiwanie. W trzeciej odsłonie rozwiązujemy zagadkę kryminalną, której emocje potęguje stepujący rytm. Flet znów woli melodie, a klarnet drony. Po wspinaczce jaką oferuje czwarty epizod, tu zdaje się wprost do Jądra Ciemności, w kolejnym zatrzymujemy się pełni trwogi, albowiem drogę tarasują nam ludożercy. Szczególnie rozhisteryzowany jest teraz flet. Szczęśliwe w szóstej opowieści rytuał dnia pozwala na wznowienie podróży. Zdaje się, że idziemy wprost do nieba. Gonieni strzępami melodii, stąpając po ostrych kamieniach, niesieni afrykańską polirytmią docieramy na skraj świata. Dwie końcowe opowieści niosą źdźbła nadziei. Brzmią szczególnie urokliwie. Klarnet wciąż budzi trwogę, flet nie skąpi bardziej wyszukanej melodyki, a gitara i elektronika perfekcyjnie dopełniają obraz dramatu. Jest ukojenie, ale nie ma zadośćuczynienia. Kres wyprawy, to nie radosne podskoki, to grzęzawisko.

 


 

Dirk Serries The Might Of Stars Sublime (Audiophob, CD 2025).

Studio domowe, Belgia, lato 2024: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty. Pięć utworów, 45 minut.

Tego artystę i dark ambientowy wątek jego twórczości nie trzeba na tych łamach komukolwiek przedstawiać. Muzyk, który kilka lat temu twierdził, że ambient to przeszłość, zdaje się w ostatnim czasie dostarczać coraz więcej nagrań w zadanej estetyce. Wszystkie je namiętnie śledzimy i rekomendujemy trybunowym fanom. Dziś produkcja domowa z lata ubiegłego roku. W kategorii dark ambientu taka, którą zwykliśmy określać mianem wzorcowej dla tej stylistyki.

Pośród pięciu opowieści żadna nie ma oczywiście początku ani końca, płynie soczystą strugą gitarowego ambientu. Pierwszą z nich tworzą trzy wątki – krystaliczny ambient, warstwa codziennego kurzu i brudu, wreszcie basowa struga o zaskakująco kojącym zabarwieniu. W drugiej odsłonie narracja zdaje się być bardziej mroczna, płynie z głębin bezkresnego oceanu. Z czasem rozmywa się, odsuwa w cień. Otwarcie trzeciej historii jest ciepłe, niemal relaksacyjne. Rozbudowana warstwa szumu stawia jednak znak zapytania i skutecznie dominuje w dalszej części utworu. Czwarta część wydaje się sprasowana, matowa, przefiltrowana przez grubą kotarę teatralną. Szorstki flow ma jednak nieoczywistą intensywność. Wreszcie finałowa, łagodna, pożegnalna meta ballada, z nowym wątkiem, który brzmi jak nagie struny gitary. Smutna opowieść jednocześnie narasta i rozlewa się coraz szerszym korytem. Potem umiera w dalece metafizyczny sposób.

 


Håkon Berre Mirror Matter (Barefoot Records, CD 2025)

Ishøj Kulturskole, listopad 2024: Håkon Berre – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty, elektronika. Trzynaście utworów, 51 minut.

Tego norweskiego perkusistę znamy doskonale z wielu płyt i jeszcze większej liczby wyśmienitych koncertów, choćby w poznańskim Dragonie. Ale z nagraniem solowym Håkona spotykamy się po raz pierwszy. Perkusja, tajemnicze obiekty, elektronika, otwarta głowa i duża kreatywność, to elementy składowe tego albumu. Definitywnie jest na czym zawiesić ucho.

Dramaturgiczną osią albumu jest aktywny drumming, przeplatany preparacjami na werblu, czy talerzach. Metodą pracy elektroniczna dekonstrukcja brzmień akustycznych, celem zaś niejednej podróży noise’owy szczyt. Berre lubi hałas, ale dla niego to jedna z możliwych opcji rozwoju narracji. Muzyk często wprawia swój zestaw perkusyjny w jednostajny rytm, który podrasowuje elektroniką, a ozdabia niemal dubową przestrzenią. Bywa, że osią opowiadania jest praca nad dźwiękiem, a faktura rytmiczna jedynie backgroundem, a nawet zjawiskiem lokalnie nieobecnym. W tych pozornie spokojniejszych, mniej dynamicznych ekspozycjach także dzieje się wiele dobrego. Tu odpowiednim przykładem mogą być utwory trzeci, szósty, ósmy, czy też jedenasty. Opowieść Berre potrafi także zahaczyć o ciężkie, post-industrialne brzmienia – tak dzieje się w piątej opowieści. Sam finał albumu zdaje się brać w nawias ironii elektroakustyczne wojny perkusyjne. Słyszymy dziecięce cymbałki, które wpadają w delikatny taniec, nasączony mroczną poświatą. Zaraz potem Berre nadaje im nieco dubowej mocy, a wszystko okrasza elektronicznym beatem, który doprowadza historię do szczęśliwego zakończenia.

 


Francesco Cigana Sacro (Bandcamp’ self-release, CD 2025)

Stria, styczeń 2023: Francesco Cigana – instrumenty perkusyjne, conduction oraz Nina Baietta – głos, Gli antenori – chór męski (utwór 1) i Mirio Cosottini – trąbka (utwór 8). Osiem utworów, 43 minuty.

Kolejna solowa płyta perkusisty, to nieco inny świat. W pełni akustyczny, udramatyzowany w kilka wątków – z jednej strony ekspozycje typowo drummerskie, z drugiej poematy preparacji różnych elementów zestawu perkusyjnego. Do tego goście – w utworze otwarcia kobiecy głos i męski chór, w odsłonie zamknięcia – multiplikującą się trąbka. Reasumując – mnóstwo wrażeń, i to wyłącznie pozytywnych.

Pieśń otwarcia buduje recytacja i zawieszony w czasie i przestrzeni chór, który brzmi jakby wykonywał wiekopomne Sustained Piece Johna Stevensa. Perkusja kreuje tymczasem meta rytmiczną narrację, którą wieńczy sekwencja dynamicznych powtórzeń. Kolejne utwory (szczególnie parzyste) oparte są na konstrukcji perkusyjnej. Raz są to tajemnicze podskoki w połamanym metrum, innym razem dynamiczna akcja full drums, wreszcie perkusyjna ekspozycja, która generuje intrygujący pogłos. Utwory nieparzyste budowane są na ogół na strumieniach dźwięków preparowanych. Efekt bywa chwilami monumentalny, jak w części piątej, czy rytualny i definitywnie sakralny, jak w części siódmej. Ostatni utwór trwa ponad dziesięć minut i wspaniale reasumuje cały album. Początek to rytualny drumming, rodzaj tańca do końca świata i jeszcze dłużej. W połowie nagrania pojawia się dęty dron, który może być efektem preparacji werbla, może być także początkiem trębackiej ekspozycji. W końcu z tego tygla tajemnic wydobywa się śpiew trąbki, która zawłaszcza scenę i efektownie rysuje kilka wątków jednocześnie.

 


 

Antoine Läng Lâcher les chiens tant qu’on y est (Insub Records, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Antoine Läng - preparowana harfa szczękowa (jaw harp). Sześć utworów, 43 minuty.

Na koniec dzisiejszego korowodu różnorodności garść konceptualnej muzyki współczesnej, jaką na ogół gwarantuje szwajcarski Insub. Tym razem album pełen tajemnic – któż bowiem wie, co to harfa szczękowa, a tym bardziej jak należy preparować ten instrument, by uzyskać tak intrygujący efekt … elektroakustyczny. Cały album jest jednym wielkim drganiem, które przybiera najprzeróżniejsze formy i odcienie brzmienia, a kończy się niebywałą, pulsującą, ponad dziesięciominutową medytacją.

Nagranie składa się z sześciu wariacji na temat drgającej struny, a zarejestrowane zostało jednym podejściem, bez jakichkolwiek dodatkowych efektów, tudzież czynności post-produkcyjnych. Ważnym elementem gry otwarcia jest cisza, która zdaje się komentować pierwsze drgania. W kolejnych epizodach proces drgania i jego pokrętna meta melodyka ulegają systematycznemu zagęszczaniu, ale rzadko zjawisko medytacji ustępuje tu miejsca nerwowym drgawkom. Artysta moduluje brzmienie. W trzeciej części dobywa dźwięki z głębokiej krypty (podobnie czyni w piątej), w czwartej z kolei prasuje, ugniata dźwięk, uzyskując bardzo matowy sound. Przy okazji drgania zdają się być zasilane foniami, które przypominają dźwięki … ludzkiego gardła. Czasami drgania są lekkie, ulotne, niczym mucha, która uciążliwie krąży nam nad głową. Wreszcie anonsowany finał, którego początek lepiony jest z filigranowych drgań podanych w gęstej sekwencji. Skojarzenie z elektroniczną stylistyką click’n’cuts sprzed ćwierćwieku wcale nie bezzasadne. Efektem końcowym jest pulsująca, urocza medytacja, która zdaje się nie mieć końca.



wtorek, 4 lutego 2025

The Scatter Archive’ notes: Wastell! Moore & Prevost! Arch Quartet! Džukljev & Thieke! Lash, Sinton & Ward! Lash & Thomas!


Najwyższy czas zajrzeć na bandcampową stronę szkockiego net-labelu Scatter Archive! W porównaniu do naszej poprzedniej wizyty (bodaj lipcowej) odnajdujemy tu mnóstwo nowych albumów, publikowanych na ogół w tempie jeden na tydzień. Edycja wyłącznie w formie digitalnej ma swoje niezaprzeczalne walory – niskie koszty produkcji i możliwość szybkiego udostępnienia nagrań.

Spośród miliona nowych płyt, jakie zostały upublicznione w drugiej połowie roku 2024 na scatterowej stronie, do poniższego omówienia wybieramy sześć.




Mark Wastell Cello-Intern XVIII

Hundred Years Gallery, Londyn, lipiec 2023: Mark Wastell – violoncello. Pięć improwizacji, 32 minuty.

Marka Wastella spotykamy ostatnio głównie za sterami drums & percussion, ale świetnie pamiętamy, iż jego prymarnym narzędziem pracy jest wiolonczela. Muzyk w latach 2022-2024 grywał raz w miesiącu solowe ekspozycje w londyńskiej Hundred Years Gallery. Nie były to koncerty, nie były to próby. Artysta przez godzinę improwizował niezależnie od tego, co akurat działo się w Galerii. W nagraniu słyszymy zatem rozmowy i inne odgłosy codziennego życia tego miejskiego przybytku kultury. Brzmienie instrumentu jest bardzo surowe, a dźwięki zbierane były zapewne jednym mikrofonem.

Szorstki, jednostrumieniowy flow instrumentu, punkowe brzmienie i rockowy niemalże temperament artysty powodują, iż trwająca niewiele ponad dwa kwadranse opowieść w pięciu częściach kipi od emocji, jest niezwykle intensywna, z rzadka sięga po bardziej stonowane, kameralne frazy. Wastell syci narrację dużą dawką post-barokowej melodyki, ale tarza się z nią po podłodze lub wznosi na palcach i spogląda na zamglone, londyńskie niebo. Bywa delikatny jak w odsłonie drugiej, bywa drapieżny jak wygłodniały kocur w czwartej. Lubi mrok, choć nie unika ulotnej taneczności, zdarza się też, że jego instrument trzeszczy w posadach, jak w części trzeciej. W końcowej odsłonie pokazuje pewną żylastość post-barokowej estetyki, znów zdaje się urokliwie gorączkować, piszczeć i skowyczeć. Niesamowite nagranie!



 

N O Moore & Eddie Prévost Scratched Earth

Hundred Years Gallery, Londyn, październik 2024: N O Moore – gitara elektryczna, Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 24 minuty.

Tych dwóch artystów, mimo dzielących ich niemal dwóch pokoleń, ma w dorobku sporo wspólnych improwizacji, na ogół czynionych w triach i kwartetach. Tym razem, w urokliwych w okolicznościach HYG, spotykają się w duecie i w trakcie krótkiej ekspozycji decydują się nie zagrać ani jednego typowego, czystego dźwięku gitary, czy perkusji. Moore tonie w euforii amplifikacji, Prevost szyje na swoim wielkim talerzu niekończące się strumienie rezonansu. Bywa też, że obaj toną w oparach całkiem soczystego post-industrialu.

Już pierwsze dźwięki koncertu stawiają nas do pionu poziomem hałasu i intensywności. Gitarowy amplifikator furczy i rzęzi, a blask rezonującego talerza łączy niebo i piekło. Cała narracja zdaje się śpiewać, niczym pijana diwa operowa. Po pewnym czasie gitarowe preparacje zaczynają znajdować ujście w post-rockowej estetyce, z kolei akcje perkusjonalne nabierać pewnej taneczności. Opowieść trzeszczy, skrzypi i syczy, by po kilku chwilach zamienić się w ocean onirycznego ambientu. Na scenę raz za razem powraca też estetyka industrialna, ale jej wyskoki mają teraz charakter incydentalny. Koncert wieńczy … gitarowa melodia, które niesie się na dronowej strudze rezonansu.



 

Arch Quartet (Anna Homler, Tasos Stamou, David Leahy, Adrian Northover) Chummage

Arch 1 studios, West Ham, London, wrzesień 2014: Anna Homler – głos, obiekty, zabawki i urządzenia, Tasos Stamou – preparowana cytra, looper, David Leahy – kontrabas oraz Adrian Northover – saksofon sopranowy. Sześć improwizacji, 34 minuty.

Nagranie kwartetu muzyków, którzy odbyli sesję nagraniową przy okazji muzykowania z London Improvisers Orchestra, przeleżało się na czyimś twardym dysku całą dekadę, ale warto było czekać. Z jednej strony kontrabas i saksofon pod jurysdykcją artystów, których znamy i cenimy, z drugiej głos, cytra i garść elektroakustycznych zabawek ze strony tych mniej rozpoznawalnych, ale z pewnością wartych zapisania w naszych kajetach. To, co najlepsze na Chummage zdaje się dziać w pierwszej odsłonie albumu. W dalszych bywa, że nadmierna kreatywność elektroakustyków tłamsi walory brzmieniowe kontrabasu i saksofonu. W kontekście wszakże całości Arch Quartet wychodzi z tego obronną ręką.

Pierwsza improwizacja żywi się nade wszystko brzmieniem akustycznym, delikatnym pulsem drgających strun, ciepłym smyczkiem i frazującym molekularnie saksofonem sopranowym. Wokalistka najpierw cedzi dźwięki, potem rozpościera ramiona śpiewu z dalekowschodnim akcentem. Nieinwazyjne, rozdrobnione plamy elektroakustyki dodają całości odpowiedniego blasku. Począwszy od drugiej części owa dystyngowana równowaga pomiędzy tym, co akustyczne, a tym, co akustycznym być już przestało, ulega zachwianiu. Muzycy nie stronią od hałaśliwych incydentów, ale potrafią też pochylać się nad pojedynczym dźwiękiem. W kolejnych opowieściach wokalistka w folkowym zaśpiewie i cytrysta, który szuka brudu i zniekształceń, zaczynają dominować, a o tym, że wciąż jest z nami saksofonista przypominamy sobie dopiero po wielu minutach. Finałowa ekspozycja nieco ów rozchwiany obraz narracji porządkuje. Nisko osadzona introdukcja, zwinne, wielokierunkowe preparacje i głos, który płynie tembrem smyczkowej narracji. Na ostatniej prostej kwartet osiąga zaskakującą dynamikę i syci się mnóstwem udanych interakcji.



 

Marina Džukljev & Michael Thieke Motionless Pool

Kulturni Centar Vojvodine Miloš Crnjanski, Nowy Sad, Serbia, grudzień 2021: Marina Džukljev – fortepian, Michael Thieke – klarnet. Siedem improwizacji, 38 minut.

Mimo zalewu brytyjskiej muzyki improwizowanej, na łamach SA nie brakuje miejsca na spektakle kontynentalne. Pośród albumów drugiego półrocza na szczególną uwagę zasługuje album Serbki i Niemca. To doprawdy wyśmienite nagranie – z natury swej minimalistyczne, skupione na drobnych frazach, brzmieniowych i dramaturgicznych niuansach. Artyści zdają się nie wychodzić tu poza okowy swobodnej, chwilami wystudzonej kameralistyki, ale w każdym dźwięku, w każdym ruchu scenicznym czuć, jak wielkie emocje w nich drzemią.

Magię improwizacji otwarcia buduje, wprawiony w rezonans, pojedynczy dźwięk fortepianowego klawisza i suche powietrze wydychane z zimnej tuby klarnetu. Dogasające życie wytrawionej z emocji kameralistyki. W drugiej części muzycy odbywają niedługą podróż od ekspozycji perkusjonalnej na strunach i dyszach do rozśpiewanego, rezonującego strumienia zlepionych w jednej byt dźwięków inside piano i klarnetu. W trzeciej opowieści pojawia się leniwy rytm, który wiedzie w nieskończoność kolejne porcje delikatnych uderzeń po strunach i klarnetowych wyziewów. Czwarta improwizacja zdaje się kontynuować wątek części poprzedniej, ale sadowi się o trzy poziomy niżej. Prawdziwy zamęt sieją tu pojedyncze dźwięki klawisza. Kolejna odsłona, to celebracja, elegijne wyniesienia drobnych fonii z samego dna pudła rezonansowego i głębin klarnetowej tuby. Wszystko nabiera rezonującej poświaty i formuje się w jednorodną strugę akustycznego piękna. Przedostatnia improwizacja, to stygnący w bezruchu strumień matowych, wychłodzonych klawiszy i melodyjnego szumu z tuby. Z czasem wszystko nabiera pewnej soczystości, ale broczy po kolana w mrocznej mazi. W finałowej opowieści w dogorywające trzewia artystów wkrada się zaskakująca nerwowość. Szybkie oddechy, drapanie strun, szczypta hałaśliwego anturażu na moment kreują klimat niemalże post-industrialny. Jeszcze piękniejsze jest jego studzenie, wprost w objęcia ciszy zdobionej pojedynczymi dźwiękami. 



 

Dominic Lash, Josh Sinton & Alex Ward Lash.Sinton.Ward

Hundred Years Gallery, Londyn, lipiec 2024: Dominic Lash – kontrabas, Josh Sinton – saksofon barytonowy, flet altowy, głos oraz Alex Ward – klarnet, gitara elektryczna. Jedna improwizacja, 41 minut.

Lash i Ward, to artyści, których cenimy od lat, starając się nie marnować jakiejkolwiek okazji do obcowania z ich muzyką. Tu spotykamy ich w trio z saksofonistą i flecistą Sintonem, muzykiem zza Wielkiej Wody, które lubi improwizować z obywatelami Zjednoczonego Królestwa. Nagranie koncertowe charakteryzuje się sub-doskonałym brzmieniem, ale dobrze to koreluje z ponadgatunkową improwizacją, jaką serwują nam muzycy. Z jednej strony open jazz, szczególnie od Sintona, z drugiej rozhuśtana kameralistyka (gdy Ward gra na klarnecie), czy post-psychodelia (gdy ten sięga po gitarę), wreszcie Lash, który najlepiej czuje się w formule ekstremalnie kreatywnego arco & pizzicato in one note.

Koncert rozpoczyna się porcją leniwych, preparowanych dźwięków – od barytonowej doliny po klarnetowe wzniesienia, w oparach kontrabasowej różnorodności i głosu saksofonisty. Z czasem narracja przybiera formę nerwowych podskoków i free jazzowych spiętrzeń, ale bywa, że przypomina rozciąganie zwiotczałych mięśni w potoku kameralnych eksperymentów. Muzycy dobrze czują się w obu sytuacjach, choć częściej odnajdujemy ich w tej pierwszej. Tuż przed upływem drugiej dziesiątki minut Ward przesiada się na gitarę skutecznie redefiniując gatunkową estetykę spektaklu. Narracja staje nieco mniej intensywna, choć nadal jest gęsta i upstrzona ciekawymi zdarzeniami. Artyści ćwierkają jak wróbelki, by po chwili generować rozlegle strumienie ambientu i post-psychodelii, a potem na dłużej zastygnąć z rzewnej kameralistyce. Powrót do gry na dwa dęciaki i kontrabas odbywa się tu dość niespodziewanie, poprzedzony tajemniczymi frazami ze strony Warda (jeszcze gitara, czy już preparowany klarnet?). W końcowych fragmentach koncertu Sinton sięga po flet, a Lash koncertuje się na smyczkowym frazowaniu. Finalizacja jest melodyjna, istotnie rozciągnięta w czasie.



 

Dominic Lash & Pat Thomas Elements and Properties

Café Oto, Londyn, marzec 2023 (utwory 1,4) oraz Curious Ear in St Margaret's Church, Manchester, luty 2024 (2,3): Dominic Lash – gitara elektryczna, Pat Thomas – fortepian. Cztery improwizacje, 43 minuty.

Dominic Lash pozostaje na scenie, przesiada się jednak na gitarę elektryczną, co czyni ostatnimi laty bardzo chętnie. Cztery improwizacje, zarejestrowane na dwóch koncertach, czyni tu w zacnym towarzystwie Pata Thomasa wyposażonego wyłącznie w akustyczne instrumentarium. Ich wspólna opowieść najchętniej kieruje się ku free jazzowi, ale incydentalnie nabiera zaskakująco … bluesowego posmaku, zarówno ze strony rytmicznie uwarunkowanego pianisty, jak i niekiedy dość melodyjnie frazującego gitarzysty.

Skupione otwarcie bazuje na frazach inside piano i stłumionych, post-bluesowych introdukcjach gitary. Pierwsza improwizacja dość szybko wpada we free jazzowy tumult, sycony adekwatną porcją emocji. Druga opowieść, która stanowi niemal połowę płyty, mieni się intrygującą różnorodnością. Początek tkany jest z gitarowych plam psychodelii i post-klasycznej repetycji piana. Muzycy leniwie snują się po scenie, sięgają po atrybuty ballady, chętnie pochylają nad brzmieniowymi detalami, jakby zbierali siły na bardziej temperamentne resume. Pozostała część albumu, to dwie krótsze odsłony, oparte zarówno na ponadgatunkowej refleksyjności, jak i tanecznym pulsie pianisty i post-bluesowym, niemal rockowym frazowaniu gitarzysty. Końcowa część koncertu lepi się na starcie z drobnych, szumiących fraz, potem przybiera postać free jazzowego marszu, wreszcie kona w ciepłej melodyce.

 



wtorek, 3 grudnia 2024

The November/ December’ Round-up: MYL! Belorukov & Džukljev! LBB! Serries in duos! Guy & Mazur! Hyvärinen & Kääriäinen! Olsson! Sly & The Family Drone! Kensho!


Zapraszamy na ostatnią w tym roku zbiorówkę recenzji! Łączone wydanie listopadowo-grudniowe przynosi dziesięć albumów tradycyjnie utrzymanych w estetyce od sasa do lasa!

Tym razem dyktat swobodnej improwizacji będzie bezdyskusyjny. Unikając jazzowych naleciałości (acz nie bez wyjątków) odpłyniemy w bezkres elektroakustyki i instrumentalnych preparacji ze szczególnym uwzględnieniem gitar i instrumentów pochodnych. Ten zestaw recenzji zwieńczymy post-elektroniczną grą w dwa ognie i ekstremalnie wycofaną, minimalistyczną, predefiniowaną improwizacją.

Naszą podróż zaczniemy w Skandynawii (ale bez udziału Skandynawów), potem odwiedzimy serbski Nowy Sad, Francję, Niemcy, Belgię, zahaczymy o Kraków i Helsinki, naładujemy baterie ponownie odwiedzając Skandynawię (tym razem z udziałem Skandynawów), zahaczymy o Zjednoczone Królestwo, by ostatecznie umrzeć snem sprawiedliwego w dalekim Tokio.

So welcome to heaven and hell of multi-coloured improvisation!



 

MYL Trio (Mia Zabelka, Yoko Miura, Lawrence Casserley) Parallel Universes (Setola di Maiale, CD 2024)

Göteborg/ Sztokholm/ Ostrawa, wrzesień 2023: Mia Zabelka – skrzypce, głos, Yoko Miura - fortepian, melodika oraz Lawrence Casserley - signal processing instrument. Sześć improwizacji, 58 minut.

Na dobre otwarcie danie wyjątkowo smakowite! Minimalistyczne, nasączone post-klasycznym sznytem piano, ekstremalnie kreatywne skrzypce doposażane głosem i realizowana na żywo elektronika, która kreuje narrację, ale też transponuje akustyczne frazy na język onirycznej, migotliwej syntetyki. Album konsumuje fragmenty dwóch szwedzkich koncertów tria i kilkuminutowy encore zarejestrowany w Ostrawie.

Pierwszy fragment trwa kwadrans i jest efektownym wprowadzeniem do świata zbilansowanej elektroakustyki. Oniryczna aura, niespieszność, ale też głęboko zakorzeniona wola tworzenia czegoś zaskakującego. Pianistka, to ocean nostalgii, skrzypaczka - bezkres kreatywności, a elektronik – dramaturgiczny rozmach. Pieczołowicie budowana opowieść w fazie wielominutowej finalizacji zapewnia intrygujące spiętrzenie. Kolejne dwie historie są nieco krótsze – ta pierwsza, to rodzaj zabawy z rozkołysanym rytmem, ta druga, lepiona z drobiazgów, zdaje się bazować na dysonansie wystudiowanego piana i zjednoczonych sił skrzypiec oraz live processingu. Czwarta część, najdłuższa w zestawie, to crème de la crème albumu. Delikatny start, nerwowe, rytmiczne rozwinięcie, kreatywny minimal w fazie uspokojenia, a w ramach puenty dodatkowy instrument (melodika) i wejście na poziom intensywnej … medytacji w klimatach AMM. Utwór piąty przynosi dramaturgiczny spokój i garść brzmieniowych niespodzianek, z kolei finałowa opowieść, mimo, iż stanowi koncertowy bis, generuje mnóstwo emocji – od elektronicznych wiwatów, przez skrzypcowe mikro eksplozje, po preparowany falling down z udziałem melodiki.



 

Ilia Belorukov & Marina Džukljev Everything Changes, Nothing Disappears (Acheulian Handaxe, DL 2024)

MSUV, Nowy Sad, Serbia, od grudnia 2002 do lutego 2024: Ilia Belorukov – saksofon altowy, obiekty oraz Marina Džukljev – fortepian, preparacje. Siedem improwizacji, 40 minut.

Ilia i Marina, to artyści, których na tych łamach cenimy i staramy się często o nich pisać. Ten album, to bodaj ich pierwsze wspólne nagranie. Saksofonista, którego znamy także ze świata elektroakustycznego eksperymentu, tu stawia na konkret. Albo jest free jazzowym potworem, albo wysublimowanym preparatorem. Z kolei pianistka zdaje się mieć tysiące twarzy, ale w każdej z nich jest definitywnie przekonywująca. Świetnie radzi sobie zarówno na rozgrzanej klawiaturze, jak i w głębokich odmętach pudla rezonansowego. I jeszcze sygnalizuje wyjątkowo wyczulony zmysł rytmiczny. Innym słowy – świetny album! Spójny, doskonale skonstruowany, choć jest sumą kilku improwizowanych spotkań.

Początek jest minimalistyczny i bazuje na metalicznym rezonansie. Narracja urokliwie pęcznieje, niesiona równym, doboszowym rytmem pianistki. Drugi epizod, to free jazzowy wrzask. Emocje w dętej tubie świetnie tu korelują z narracją piana, realizowaną from inside to outside. Trzecia opowieść jest neurotyczna, pachnie dalekim wschodem, rysowana najgłębszymi strunami piana i saksofonowym bezdechem. Kolejna opowieść także pozbawiona jest dynamiki, ale kasą jeszcze większą urodą. To oniryczna ballada, matowo brzmiąca, sycona minimalistyczną repetycją. Piątka, to kłęby kurzu unoszące się nad free jazzowym pogorzeliskiem. To sekwencja instynktownych preparacji, realizowanych na ekstremalnie połamanej rytmice. Przedostatnia historia sięga po jazz, ale tylko po to, by jego idee zdeptać energią drapieżnej, silnie unerwionej improwizacji. Album wieńczy mroczna, definitywnie piękna koda, osadzona na post-rytmicznych preparacjach strun i dętej tuby.



 

Lenglet/ Bodart/ Bramnk L'humeur des non jours (Circum-Disc, CD 2024)

La malterie, Lille, czerwiec 2023: Philippe Lenglet – gitara akustyczna, elektronika, Samuel Bodart – fortepian preparowany oraz Falter Bramnk – instrumenty perkusyjne, preparacje. Dziewięć improwizacji, 55 minut.

Trójka mniej rozpoznawalnych francuskich improwizatorów upichciła wielominutową improwizację, która warta jest przynajmniej kilku skupionych odsłuchów. Narracja bazuje na dźwiękach preparowanych, podana w dziewięciu częściach ma zgrabnie udramatyzowany ciąg przyczynowo-skutkowy. Ostry, wyrazisty początek, fazę rozbudowanych medytacji i garść eksperymentów w końcowych utworach. Nazwiska muzyków zapisujemy w naszych kajetach grubym flamastrem!

Zgodnie z anonsem dwie pierwsze improwizacje stawiają nas do pionu. Otwierane na raz, wyraziste ekspozycje, rodzaj permanentnie tłuczonej akustyki gitary, piana i instrumentów perkusyjnych. Muzycy świetnie na siebie reagują. Nawet w sytuacjach dynamicznych wyczuleni są na niuanse brzmieniowe, zdolni do riposty w każdym momencie. Począwszy od trzeciej odsłony ich opowieści stają się leniwe, rozwarstwione, osadzone w aurze niedopowiedzenia. Bywają teraz delikatni, dobrze czują się w mroku, w poświacie subtelnego rezonansu. Chętnie wchodzą w strefę minimalizmu, choć incydentalnie przejawiają skłonności do dynamizowania narracji. Ich piąta historia karze zadać pytanie o definicję muzyki konkretnej. W kolejnej części ich egzystencjalny dygot z jednej strony tonie w echu, z drugiej nabiera lokalnej intensywności. Dwie końcowe opowieści, w tym szczególnie ta najdłuższa, przedostatnia, to obszar poszukiwania nowych rozwiązań. Dostajemy garść dźwięków, których pochodzenia nie jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać. Muzycy korzystają zapewne z elektroniki - brzmienie ich instrumentów wydaje się amplifikowane. Chętnie sięgają po smyczki, a arsenał metod preparowania rośnie z każdą chwilą. Ostatnia prosta przynosi drobne spiętrzenie, jakby artyści chcieli nas wybudzić nim wydadzą ostatni dźwięk.



 

Schneider & Serries Schneider Serries (Schneider Collaborations, LP 2024)

The Loundry Room, Hückelhoven, Niemcy, czerwiec 2023: Dirk Serries – gitara elektryczna oraz Jörg A. Schneider – perkusja. Pięć improwizacji, 36 minut.

Belgijskiego gitarzystę Serriesa znamy na tych łamach doskonale – zarówno jak wrażliwego, improwizującego akustyka, jak i dark-ambientowego elektryka. Tu, w duecie z niemieckim perkusistą Schneiderem, mamy niepowtarzalną okazję poznać go jako instrumentalistę niemalże noise rocka. To z pewnością jeden z jego najgłośniejszych albumów.

Pierwsza odsłona albumu świetnie dokumentuje fakty zasugerowane zdanie wcześniej. Noise rockowa gitara skulona w kłębie post-bluesa wraz z samonapędzającą się maszyną circle drums systematycznie buduje tu ścianę dźwięku. To także rodzaj prog-rocka w stanie agonii, w chmurze dogorywającej psychodelii. Kolejny utwór pogłębia ów stan, ciekawie balansując pomiędzy ginącą melodią i kreatywnym hałasem. Ta część albumu przywołuje w pamięci nagrania Fear Falls Burning, ale zagubione w nieznośnym upale południowego Texasu, zatopione w magmie repetycji. Trzecią część wypełnia płonąca gitara hard-rocka, a kumulujący się wokół niej drumming dopełnia miana power duo. W czwartym epizodzie Serries przypomina epigona ambientu, dla którego jedynym ratunkiem jest ucieczka w psychodelię. W ostatniej części jego gitara wpada w wieczną pętlę powtórzenia. Jej brzmienie zagęszcza się z każdą sekundą, skutecznie tłamsząc melodykę, choć samo frazowanie wydaje się najłagodniejsze z możliwych.



 

Christian Vasseur & Dirk Serries Floating Similarities (Creative Sources, CD 2024)

Kapel Oude Klooster, Brecht, styczeń 2024: Christian Vasseur – siedmiostrunowa gitara klasyczna, strojona ćwierćtonowo, głos oraz Dirk Serries - archtop guitar. Siedem improwizacji, 43 minuty.

Teraz dla odmiany zanurzymy się w bezkresie gitarowej akustyki. Serries przesiada się na swój ulubiony archtop, a jego partner Vasseur sięga po instrument klasyczny, ale stroi go dalece nietypowo. Efekt jest więcej niż udany – bystra dramaturgia, moc soczystego brzmienia i niczym nieskrępowana kreatywność, na koniec ubarwiona efektownymi wokalizami.

Muzycy zdają się tu toczyć batalię o najpiękniejszy dźwięk, a zaczynają ją od smyczkowego frazowania. Jedna gitara śpiewa, druga rzęzi jak gruźlik. Moc kreacji jest z nimi w każdym momencie, zarówno wtedy, gdy cedzą dźwięki w trybie minimalistycznymi, jak i wtedy, gdy ekspresja niesie ich na wysokie wzgórze. Lubią rytm, potrafią być naprawdę delikatni, ale nie przestają kąsać ciętymi ripostami. W trzeciej odsłonie śpiewają razem rozdygotaną mantrę, w części kolejnej pachną onirycznym post-bluesem, nie bez autoagresji, by w epizodzie piątym pieścić struny, poszukiwać zjawisk definitywnie post-akustycznych i ostatecznie popaść w intrygującą repetycję. W części szóstej artyści koncentrują się na dźwiękach preparowanych. Najpierw szemrają po kątach, potem nabierają dynamiki i sieją zamęt. Ostatnia improwizacja jest tą najdłuższą i mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Flażolety, drobne szarpnięcia, brzmienia niemal gamelanowe, a w ramach reasumpcji wokaliza mezuina, niesiona bystrym rytmem.



 

Barry Guy & Rafał Mazur Harmony in Diversity (Not Two Records, LP 2023)

Alchemia, Kraków, listopad 2021: Barry Guy – kontrabas oraz Rafał Mazur – akustyczna gitara basowa. Osiem improwizacji, 36 minut.

Spotkanie perfekcyjnie brzmiącego kontrabasu i akustycznej gitary basowej, do tego w takim personalnym wykonaniu, nie mogło nie stać się czymś wyjątkowym. Artyści świetnie ze sobą kooperują, doskonale się słuchają, a ich instrumenty bystrze interferują, ale chyba największym zaskoczeniem jest fakt, iż kontrabas i akustyczna basówka potrafią brzmieć na tyle bliźniaczo, że nie zawsze jesteśmy pewni, który z instrumentów odpowiada za dany dźwięk. Muzycy prezentują nam osiem improwizacji, z których ledwie trzy przekraczają pięć minut. Zatem forma, dramaturgia, zapewne także selekcja materiału, to elementy, nad którymi także warto się tu pochylić.

Od startu emocji nie brakuje. Początek tkany jest z drobnych fraz, gdzie arco może oznaczać subtelne szarpnięcie za struny, a rozśpiewane pizzicato maźnięcie zamaszystym pędzlem. To lekko udeptany post-barok, tudzież kameralny post-jazz, niesiony intuicją i kreatywnością jednego muzycznego ciała, rozsiewającego często dźwięki brzmiące imitacyjnie. Muzycy szczególnie dobrze czują się w momentach wzrostu dynamiki i intensywności przekazu. Precyzja wykonania trzyma ich temperament w ryzach, ale i tak wokół każdego unoszą się tumany kurzu. W drugiej części ich wspólne arco śpiewa, a na etapie rozwinięcia pojawia się mnóstw szumów i szmerów. Swoją rolę odrywa tu podskórna warstwa rytmiczna, choć jej linearność bywa zmyślnie komplikowana. Szczególną jakość wnosi czwarta, ponad dziesięciominutowa opowieść. Na jej starcie artyści wydają się agresywni, rozgrzani do czerwoności. Dociskają struny, uderzają w pudła rezonansowe, ale potem zanurzają w gęstwinie preparowanych fraz. Słyszymy delikatne flażolety i niedźwiedzie pomruki, mroczne westchnienia i plamy rezonansu. Ostatnie cztery improwizacje trwają łącznie krócej niż ich poprzedniczka. Dużo w nich drobnych akcji i zaskakujących wolt dramaturgicznych. Perkusjonalne zrywy, melodyjne interwały, post-barokowe zjazdy i podjazdy. Wszystko w kongenialnej komunikacji.



 

Lauri Hyvärinen & Jukka Kääriäinen Pulled Apart by Horses (Bokashi Records, CD 2024)

Helsinki, od grudnia 2023 do stycznia 2024: Lauri Hyvärinen i Jukka Kääriäinen – gitary elektryczne. Pięć improwizacji, 34 minuty.

Naszą gitarową przygodę kontynuujemy w Helsinkach. Na scenie dwóch tamtejszych gitarzystów i zapewne kilogramy przetworników, wzmacniaczy i tego wszystkiego, co służy do stymulowania brzmienia gitary elektrycznej. Efekt pracy artystów jest więcej niż imponujący, choć momentami można odnieść wrażenie, że narzędzie pracy jest tu ważniejsze niż efekt końcowy. Finowie wiedzą jednak, co to umiar, dbają o komfort naszych narządów słuchu, zatem koński album zdecydowanie polecamy, nie tylko dlatego, iż jego odsłuch zajmuje niewiele ponad dwa kwadranse.

Muzycy od startu nie kryją, iż wiele ich akcji bliskich będzie miana hałasu – improwizacje nieustannie sycą przesterami, sprzężeniami, spiętrzeniami i dość syntetycznie brzmiącymi grzmotami. Ich palce są wyjątkowo zwinne, a wzmacniacze ogniste. Na obu flankach narracji nie brakuje ciekawych i zaskakujących brzmień, w czym wiedzie prym lewa strona. Tego typu zjawisk artyści nie skąpią nam szczególnie na początku drugiej i trzeciej części. Za pierwszym razem kroczymy po dnie zamulonego jeziora, za drugim drgamy i dajemy się wieść dubowej poświacie. Efektem każdej z tych akcji jest zdrowa porcja noise guitars na etapie rozwinięcia. Muzycy wskazują nam kilka konotacji gatunkowych, ale jeśli do którejś jest im najbliżej, to zapewne do post-rockowej. W części trzeciej nie szczędzą nam martwych plam ambientu i posmaku post-industrialu. Czwarta odsłona zdaje się być tą najbardziej dynamiczną, pełną dobrej energii i szczypty psychodelii, budowaną także post-gitarowymi pasmami, które brzmią niczym noworomantyczny syntezator. Ostatnia, najkrótsza opowieść, to kłęby gitarowych nerwów, brak zgody na ciszę, prawdziwa burza z piorunami.




Henrik Olsson Hand of Benediction II (Barefoot Records, CD 2023)

Miejsce i czas nieznane: Henrik Olsson – gitara elektryczna, syntetyczne przetworniki, Egil Kalman – syntezator modularny, Jeppe Skovbakke – bas elektryczny oraz Rune Lohse – perkusja. Piętnaście utworów, 40 minut.

Ile dramaturgicznych pomysłów i zasobów niespożytej energii można pomieścić na albumie trwającym niespełna trzy kwadranse? Wedle Henrika Olssona – nieskończenie wiele! Niestygnący temperament, iście zornowska dezynwoltura, nieustanna zmienność akcji i niewyczerpalna, artystyczna bezczelność. Tym karmi się druga edycja Hand Of Benediction – instrumentalnie poszerzona w stosunku do jedynki o syntezator modularny. Oto muzyka, która nie bierze jeńców!

Start mówi tu wiele – połamany, punkowy rytm, roztańczona, ribotowska gitara, czerstwy śpiew syntezatora i elektryczny bas sunący rockowym krokiem. Mimo narracyjnego szaleństwa całość jest ścisłe zaprogramowana, a porcje czasem dalece swobodnych improwizacji dopasowane do struktury i poziomu emocji danego epizodu. Z jednej strony funkowe rytmy, z drugiej intrygujące plamy syntezatora (choćby intro do szóstej opowieści), który wnosi do HOB nowy, niekiedy zagadkowy, ale zawsze wartościowy element. W tej grze wszystko jest możliwe, a nawet wskazane. W ósmej opowieści mamy dyskotekowy motyw syntezatora, funkowy bas, zmutowany hard-rock gitary i perksyjne kłęby dymu. Za każdym rogiem czai się tu niespodzianka – brzmieniowa lub dramaturgiczna, albo obie na raz. W jedenastym epizodzie dopada nas prawdziwie rockowe solo gitary, a w dwóch ostatnich piosenkach dominuje free jazzowa perkusja, której definitywnie po drodze ze srogo usposobionym syntezatorem.



 

Sly & The Family Drone Moon is Doom Backwards (Self-released, LP/DL 2024)

Larkins Farm, wrzesień 2021: James Allsopp – reeds, klarnet basowy, Kaz Buckland – perkusja, elektronika, reeds, Matt Cargill – elektronika, głos, instrumenty perkusyjne, Ed Dudley – elektronika, głos oraz Will Glaser – perkusja, elektronika. Siedem utworów, 33 minuty.

Ten brytyjski band zwykliśmy uważać za dość szaleńcze combo. Rytm, niewyczerpalne złoża ekspresji i spore porcje hałasu, to atrybuty ich dotychczasowych, niezwykle energetycznych performansów. Na nowym albumie Sly pokazują spokojniejsze oblicze. Introdukcje pierwszych sześciu utworów są wyważone, nawet odrobinę liryczne, a moc ich rytmicznej artylerii ukryta jest na backstage’u. Dopiero po kilku minutach polirytmiczne perkusje wchodzą do gry, a wtedy można już tylko tańczyć lub uciekać.

Na starcie pierwszej opowieści pulsuje elektronika, słyszymy perkusyjne talerze i ciepły tembr dęciaka. Po kilku minutach ta odsłona Księżyca nabiera znamion post-jazzowego hippie trip. Każda kolejna introdukcja szyta jest innym ściegiem – czasami to rwane, post-elektroniczne pulsacje, doposażone saksofonem zanurzonym w chmurze pogłosu, innym razem, to plama rezonansu, która napotyka na akustyczne frazy, zagubione w przestrzeni kosmicznej. Bywa, że grę inicjuje tu dęciak, wokół którego panoszy się syntetyka, ścieląc pasmo, po którym za moment przetoczy się rozwarstwiony, wielopłaszczyznowy rytm. Utwór szósty rozpoczynają dzwonki, suche podmuchy saksofonu i elektroniczny szmer backgroundu. Uśpione przez całą ekspozycję perkusje budzą się do życia dopiero w ostatniej, dwuminutowej opowieści. Tu króluje stary Sly - krzyczy, dmie, urokliwie hałasuje w pierwotnym rytuale tańca.



 

Taku Sugimoto, Masahiko Okura, Wakana Ikeda & Pere Xirau 見性 kensho (Blu-Rei Records, Kaseta 2024)

Ftarri, Tokyo, lipiec, 2024: Taku Sugimoto – gitara, Masahiko Okura – klarnet, Wakana Ikeda – flet oraz Pere Xirau – glockenspiel. Dwie kompozycje, 37 minut.

Kataloński perkusista i perkusjonalista Pere Xirau od pewnego czasu spędza wiele chwil w dalekiej Japonii. Dużo tam muzykuje, a efekt jednego ze spotkań prezentuje w lokalnym (ze swojego punktu widzenia) labelu na przaśnej kasecie magnetofonowej. Obie jej strony zawierają rozbudowane kompozycje konsumujące dźwiękowe plamy gitary, klarnetu, fletu i perkusjonalii poprzedzielane niekończącymi się buforami ciszy. Nagranie ma definitywnie medytacyjny charakter, wynosi ideę minimalizmu do rangi sztuki wysokiej, a nade wszystko uczy cierpliwości – po obu zresztą stronach sceny.

Atrybuty nagrania wylistowane w poprzednim zdaniu szczególnie dobitnie prezentuje strona pierwsza. Tworzą ją pojedyncze frazy fletu i klarnetu, mikro dźwięki z gitary i równie rozlegle w czasie porcje metalicznie brzmiących dźwięków glockenspiel. W początkowej fazie nagrania cisza trwa tu z pewnością dłużej niż ekspozycja instrumentalna. Ta ostatnia na ogół lepi się w krótkotrwały dron realizowany wspólnie przez wszystkich uczestników spektaklu. Wraz z upływem czasu można odnieść wrażenie, że w strudze leniwej narracji pojawiają się nowe, drobne elementy, na ogół z obszaru, za który odpowiedna Xirau. Mantra ciszy, oddechu i wyczekiwania nie ma tu realnego końca. Druga strona kasety zdaje się być odrobinę bardziej … dynamiczna. Porcje ciszy są krótsze, zdarza się, że partie instrumentalne następują jedna po drugiej bez pauzy. W dalszej fazie ekspozycji bywa, że Katalończyk realizuje coś na kształt drummingu. Sam finał grany jest na jednym, dość długim, jak na kanony tego nagrania, posuwistym wydechu.

 

 

czwartek, 21 marca 2019

Džukljev & Porteleki! PLANT! Mount Meander! Der Finger! Disen Gage! Ferran Fages! Lotz Of Music! March summary & genre rollercaster, so whatever you want!


Marcowa zbiorówka recenzji płyt świeżych i bardzo świeżych, tym razem bez zbędnych wstępów. Przed nami bowiem mnóstwo dźwięków i równie tyle słów!

Może jedynie wskażmy marszrutę! Zaczynamy na Bałkanach, potem zwarcie międzykontynentalne, australijsko-kanadyjskie, następnie Berlin, Rosja, Barcelona, a na finał wracamy do Niemiec!




Marina Džukljev& Aron Porteleki  Wonder Marks (Klopotec, CD 2018)

Ubiegłoroczny, majowy Ring Ring Festival, odbywający się w Serbii, a na jego scenie dwójka intrygujących artystów: Marina Džukljev na fortepianie oraz Aron Porteleki na perkusji i instrumentach perkusyjnych (pod koniec występu sięgnie także po altówkę). Nieprzerwany ciąg dźwięków potrwa 36 minut bez siedmiu sekund.

Koncert inaugurują czarne klawisze fortepianu, delikatnie preparowane, być może ledwie pieszczone małym fragmentem dłoni. Położony nieopodal werbel poddawany jest procesowi polerowania, talerze zdają się być muskane końcem palca serdecznego. Narracja od startu jest zwinna, muzycy zaś świetnie są ze sobą skomunikowani. Perkusista krąży wokół pianistki, bogato zdobi swój szlak, czeka na rytmiczną propozycję ciągu dalszego. Marina wpada w rezolutny trans i bez trudu spełnia oczekiwania partnera. Po niedługim czasie wzbogaca paletę barw, płynie po klawiszach, krąży wokół zadanego przez siebie rytmu. Nabrzmiewa i pulsuje. Tembr jej instrumentu nabiera szorstkości, matowieje, nie tracąc wszakże zmysłowej głębi. W 7 minucie flow opowieści kieruje się ku otwartej, jazzowej formule. Drummer zdaje się wisieć na szyi pianistki, stawia zasieki pod wysokim napięciem. Mała kipiel bystrze wybrzmiewa, a puls rytmu z klawiatury, by rzec polirytmii, powraca w stanie nienaruszonym.  Sonorystyczny komentarz perkusisty, czyniony w biegu, dalece frapujący. W 12 minucie radykalny stopping staje się początkiem solowej ekspozycji Mariny. Salwy międzygatunkowej ekspresji, czynione wszakże z głęboko zaszytym, wciąż aktywnym nerwem rytmiki. Gdy Aron powraca, muzycy, niczym dobrana para na ślubnym krużganku, idą w tango! Progresywny drumming, taneczny, bogaty strumień fortepianu. Odrobina klasycyzmu na dłoniach pianistki, serdeczna kipiel pod nogami perkusisty.  Następujący tuż potem proces wybrzmiewania komentowany jest przez dźwięki przypominające granie na … grzebieniu. 21 minuta, to definitywny kres tej części koncertu. Muzycy brną dalej w gęstwinie preparacji. Drummer trafia w punkt z precyzją godną mistrzów. Preparacje piana znów zdają się krążyć wokół rytmu – specyficzne call & responce z równie kreatywną perkusją! Narracja zaczyna toczyć się od zmiany do zmiany. Separatywne ekspozycje solowe, rezonans talerzy, preparacje to tu, to tam, małe gry, filigranowe smutki. W 28 minucie muzycy zaczynają odbudowywać narrację, którą porzucili kilka minut temu. Flow obojga staje się intensywny, pazerny na interakcje, z mocą wzajemnych stymulacji. Powraca free jazz, a wszyscy, po obu stronach sceny, zdają się być z tego faktu zadowoleni. Echa Cecila Taylora i Tony Oxleya – jeśli ktoś w tym momencie spektaklu potrzebowałby drogowskazu. Prawdziwy ogień! Od 33 minuty muzycy systematycznie gaszą płomień – piano repetuje, perkusja rezonuje, a na ostatniej prostej do akcji wkracza sonoryzująca altówka. Płacze, cicho skowycze, rytualnie zawodzi. Piękny finał niemniej pięknej płyty, którą wieńczy huragan kilkudziesięciosekundowej owacji!




Jim Denley & Éric Normand  PLANT II (Tour de Bras, CD 2018)

Przenosimy się na parędziesiąt minut do świata preparowanych dźwięków. Australijski weteran wyzwolonej improwizacji, Jim Denley na saksofonie altowym, fletach i przyborach (tools) oraz często ostatnio goszczący na tych łamach, kanadyjski basista Eric Normand, który będzie także korzystał z pewnego elementu zestawu perkusyjnego (drum) oraz bliżej nieokreślonych obiektów. PLANT II, to ciąg dalszy ich duetowej przygody, która zaczęła się płytą PLANT, wydaną na winylu wiosną ubiegłego roku. Składa się z pięciu części i trwa 46 minut z sekundami. O samych okolicznościach powstania tego nagrania wiemy niewiele.

Spektakl rozpoczyna delikatnie podśpiewujący alt, tuż obok gitara basowa traktowana perkusjonalnie, drży i trzeszczy elektroakustycznie. Stylowa narracja od samego startu, z zaszytym nerwem rytmu, skupiona w głównej mierze na preparowania dźwięków, jakie wydaje dęciak i elektryczny strunowiec. Moc zdarzeń fonicznych w tubie i na gryfie. Drugi fragment rodzi się z udziałem dźwięków, których nie słyszeliśmy w pierwszej części. Akcenty drummingowe, kipiel małych dźwięków spod strun basówki, szmery w tubie, cicha sonorystyka eskalująca dużą ilość fonii w jednostce czasu. Piłowanie strun, wietrzenie dysz, tajemnicze przedmioty w tubie saksofonu, mniej dźwięków typowych dla gitary basowej, więcej dla small percussion, wreszcie posmak industrialu z uwagi na intensywność przekazu. Bardzo efektowna ekspozycja! W trzeciej części proces preparacji wzmaga się – alt drży jak struna, bas przypomina generator prądu dużej mocy. Raz po raz, oba podstawowe instrumenty zdają się sugerować fonie, jakie zwykliśmy im przypisywać, jakkolwiek czynią to z nutą słodkiej psychodelii, pozostając w samym środku rozmazanego spektrum dźwięku. Post nuclear free noise improv! – notuje zdesperowany recenzent. Z biegiem czasu tego fragmentu nagrania, muzycy ostrożnie czyszczą swoje brzmienie. Bas zaczyna pulsować żywymi strunami, repetować i podśpiewywać. Dęciak jest tuż obok, śle chropowate drony. Finał odcinka, co staje się tu już zasadą, dość nagły.

Część czwarta, to pasaż kolejnych preparacji. Przez moment wydaje się, że słyszymy ludzkie gardło w trakcie zaawansowanej anginy. Charkot, sapanie, stękanie, tudzież odgłosy jakby z zepsutego urządzenia elektrycznego. Narracja szyta jest coraz grubszym ściegiem – kolejny etap systematycznego gubienia źródeł dźwięku. Na samym dnie zaś nerwowy meta rytm. Zmiana goni zmianę, a ta ostania przynosi szczyptę onirycznej akustyki. Wreszcie fragment finałowy – preparacje z tuby, igraszki z prądem na gorącym gryfie. Stan preparacji permanentnej! – rzekłby poeta. Narracja szybko osiąga stan kipieli – bas zdaje się być maltretowany, obijany kijem, a jego amplifikator kopany i poniewierany ostrymi przedmiotami. Hard noise with small interactions! Kolejnym etapem – dronowe imitacje, jakby trzeci instrument wchodził do gry, tudzież kolejny dęciak. Choć recenzent nie kupuje całości tego spektaklu w estetyce broken sounds (nagranie zdaje się być nieco przeładowane pomysłami), to musi przyznać, iż wiele jego momentów naprawdę ekscytuje. Sam finał znów poszukuje dronowej konwencji, ale nie stroni także od żywych pasaży saksofonu i gitary basowej.




Mount Meander  Live in Berlin (Gotta Let It Out, CD 2019)

Czas na porcję swobodnej improwizacji, dla której punktem wyjścia jest estetyka jazzowa. W przypadku kwartetu Mount Meander zdaje się ona przede wszystkim stymulować kreatywność każdego z muzyków, a nie zaś pętać im nogi wyuczonymi schematami. Pod flagą litewską, niemiecką i polską: Kārlis Auziņš na saksofonach, Lucas Leidinger na fortepianie, Thomas Sauerborn na perkusji oraz - last but not least - Tomo Jacobson na kontrabasie, przy okazji także wydawca płyty. Koncert nagrany w Berlinie (Jazz Units, Musikbrauerei) pod koniec listopada 2017 roku, jest nieprzerwanym ciągiem dźwięków, podzielonym na części z tytułami, które interesująco opisują sytuację dramaturgiczną na scenie. Łącznie 50 minut i 15 sekund.

Sucha tuba saksofonu, drżenie gryfu kontrabasu, małe klawisze piana, relaksujące szuranie po glazurze werbla, szum sali koncertowej – introdukcja toczy się z należytą pieczołowitością. W 4 minucie ze zgiełku ciszy wykluwa się jazzowa narracja, budowana w skupieniu, z dbałością o każdy dźwięk. Otwarta formuła, swoboda we wzajemnej komunikacji. Opowieść systematycznie narasta, nabiera dynamiki, aż po galopującą kipiel zdrowego free, z wyrazistą ekspozycją zadziornego saksofonu. Lekkie hamowanie jest przy okazji pretekstem do zmiany traku na dysku. Saksofonista milczy, pozostali zaś muzycy udanie akcentują swoje artystyczne kompetencje, zwłaszcza odrobinę klasycyzujący pianista. Wszystko dzieje się dynamicznie, bez szemrania i znaków zapytania. Powrót saksofonu miast eskalować proces, zwinnie go wycisza. Kolejny fragment koncertu niesie na strunach kontrabas, towarzyszy mu drummer na jednym talerzu. Oniryczne duo, w komentarzu ślady piana, pomruki z tuby. Po chwili to pianista buduje podwaliny pod kolejny odcinek. Saksofon ciągnie jeszcze stary flow, a drums & bass narastają w ogniu emocji. Kolejna kipiel free, finalizowana samotną opowieścią perkusji, która trwa 60 sekund i stanowi separatywną część koncertu.

Dynamiczne, płynne wejście wszystkich muzyków w odcinek siódmy zwiastuje kulminację koncertu (Opus!). Odrobina preparacji, rozgrzany drummer – zdecydowanie dziać się będą rzeczy ekscytujące. Flow płynie zwinnie, z kocią precyzją, z dynamiką budowaną na gryfie kontrabasu, gdzie swoje piękne chwile przeżywa smyczek. Groźny, piękny moment koncertu! Rzeczony smyczek wraz z inkluzywnym percussion perfekcyjnie tłumią opowieść, która po nabrania łyku świeżego powietrza, płynie dalej pure jazzowym strumieniem. Dobra ekspozycja piana, saksofon, który znaczy teren tylko udanymi dźwiękami. To właśnie ów dęciak bierze sprawy w swoje ręce i tnie przestrzeń frazami godnymi mistrzów free jazzu! Sekcja pogrywa buńczucznie, full jazz, pieprz i wanilia! Prawdziwa kipiel w tubie i piano, które gasi ten płomień – kolektywne łapanie ciszy spoconymi dłońmi. Finał koncertu, tu nie bez przyczyny nazwany encore, rodzi się w szumie preparacji, z garścią sonorystyki. Czarne klawisze, smyczek, zapach dysz i szmer talerzy. Ostatnia część koncertu nie mogła zacząć się lepiej. Delikatna, filigranowa opowieść, saksofon z folkowym zaśpiewem, kind of chamber in collective flow, smutek smyczka, rezonans talerzy – innymi słowy, definitywnie transcendentalny skowyt! Błyskotliwa narracja, która tylko pozornie narasta. Muzycy wciąż tulą się do siebie, wzajemnie dotykają, w każdym dźwięku szukają drugiego dna. Solowa ekspozycja kontrabasu, akurat tu, niczym wisienka na torcie! Wtóruje mu saksofon, która szuka bliźniaczej fonii. Obok barwne perkusjonalia, inside piano. Free improv above free jazz! Brawo! Telepatyczna symfonia sonorystyki! Recenzent nie nadąża z notowaniem wrażeń. Doskonałe zakończenie bardzo dobrej płyty - to kolejna jego myśl. Na ostatniej prostej garść słodyczy z tuby saksofonu.




Der Finger  Le cinque stagioni  (Toten Schwan Records, CD 2019)

Na dłuższą chwilę przenosimy się do Rosji, by posłuchać dwóch frapujących wydawnictw, pełnych improwizowanego szaleństwa i zdrowej psychodelii. W głównej mierze sprawcą zajścia jest tu basista, operator wszelkiej maści elektroniki, Anton Efimov. Pierwsza formacja zwie się Der Finger, ma w dorobku mnóstwo płyt, a ich najnowsze dziecię zwie się … Pięć Pór Roku! Obok Efimowa w składzie: Evgenia Sivkova – saksofon i perkusja oraz … jej ojciec, Edward Sivkov – klarnet basowy, saksofon i instrument o nazwie bass-domra. Nagranie studyjne z marca 2018 roku, składa się - oczywiście - z pięciu części, a trwa 76 minut i 5 sekund.

Początkiem tej opowieści nie może nie być fragment Czterech Pór Roku Vivaldiego, tu w postaci sampla wypuszczonego, jakby ze zdewastowanego kaseciaka. Gwałtowny atak żywej fonii, jaki następuje tuż po nim, dobrze wprowadza nas w nastrój piosenek, które będą nam towarzyszyć przez kolejne pięć kwadransów. Piorun gitary basowej, saksofon na kosmicznym pogłosie, rytmiczny flow elektroakustycznego ognia w tle, perkusja silnie post-rockowa, wszystko zaś skąpane po pachy w psychodelii. Post-jazz, post-rock, post-music! Flow narracji jest gęsty, bardzo zmysłowy, ma kilka płaszczyzn percepcji, czasami przypomina matrioszkę. Ile ich by się nie otworzyło, w środku zawsze znajdziemy nową! Bas skwierczy rytmicznie, a saksofon płonie, jak na najlepszych płytach free jazzowych epoki ponowoczesnej. Wiele akcentów strunowych, bystre wtręty klarnetu basowego. Narracja parska plamami dźwięków, bądź buduje imponujące drony. Drugi epizod wywraca wszystko do góry nogami (kolejne też będą tak czynić). Bas skwierczy elektroniką, żywa perkusja buduje rytm, saksofon frazuje na jazzowo. Tylko krok, by wejść w obszar działania techno beatu, z furiackim saksofonem. Zaraz potem jazzowa synkopa, tu naprawdę może zdarzyć się wszystko! W obrębie jednej, kilkunastominutowej opowieści gatunkowy płodozmian! Dzieje się tak wiele, a muzycy zdają się nie podejmować złych decyzji. Płaszcz psychodelii w każdym przypadku, to idealny kontrapunkt. Gdy trzeba na moment zatrzymać się, saksofon pęknie gasi płomień w gęstym sosie elektroakustyki. Tańczy ze strunami i szczerzy do nas zęby! Trzeci epizod otwiera syntetyczny automat perkusyjny, puls basu, jeszcze żywy i spokojny, niemal miłosny saksofon na pogłosie. Drobne skojarzenie z niemieckim Tied and Tickled Trio, tu skąpanym w piekle psychodelii. Kolejny krok w kierunku eskalacji – atak dwóch saksofonów. Posuwisty, dziki dialog, a w tle coś na kształt berlińskiego Basic Channel, wersja betonowa. Brak muzycznych i stylistycznych hamulców buduje jakość rosyjskiej improwizacji. Na finał trzeciej części, tuż po kolejnym ciosie śmiercionośnej sekcji bass & drums, słodka ballada, z bardzo jednak hałaśliwym tłem.

Czwarta pora roku zaczyna się jak ostrze brzytwy. Drony saksofonu i klarnetu, gitara basowa, która wbija pale w ubitą ziemię – epicka psycho-drama! Mnóstwo kolorów, mnóstwo dźwięków, saksofonowa kipiel i elektroakustyczna ściana dźwięku. Narracja rozbłyska jak paw na wybiegu! Znów rockowy rytm, pasja tworzenia, moc psychodelii. Punk w wersji najostrzejszej, brudny tembr saksofonu i bas, który zna odpowiedź na każde pytanie. Na domiar naszej euforii – pojawiają się post-rockowe riffy z nieznanego źródła pochodzenia (gitary?). W tych okolicznościach spotyka nas kolejna wolta stylistyczna – zejście w dół, ostre hamowanie, pogłos, dubowa przestrzeń bez granic, perły dźwiękowe z obu dęciaków. Wreszcie epizod finałowy – drżenie basu, powrót żywej perkusji, smak gęstego napalmu o poranku. I nowa sytuacja sceniczna – bas gra czystymi strunami, progresywny drumming, buzująca elektronika, która raz skwierczy, innym raz śle drony. Fantastyczny moment pełnej symbiozy żywych i syntetycznych dźwięków. Pogłos, bezdenna otchłań nieba i piekła, dub free jazz!




Disen Gage  Nature (Noname666, CD 2018)

W ramach rozbudowanego suplementu do Der Finger, sięgamy po formację Disen Gage. Ponieważ obaj muzycy (Konstantin Mochalov, Anton Efimov) zatopieni będą w bezmiarze współczesnej elektroniki, nie wypada pytać ich o szczegółowe instrumentarium. Nature to ich ubiegłoroczna płyta (jest już nowa, ale nie dostała jeszcze do redakcji), trwa 48 i pół minuty, składa się zaś z trzech kilkunastominutowych, epickich opowieści o naturze kosmosu (z dużym wszakże przymrużeniem oka).

Nature, to progresywna, niebanalna, bardzo bogata w odniesienia gatunkowe elektronika, silnie naznaczona piętnem improwizacji. Post-techno z Berlina, analogowa elektronika lat 80., to tropy najbardziej oczywiste. Nie sposób też nie wskazać na post-rockowy, silnie psychodeliczny sztafaż doświadczeń Efimowa, z którymi obcowaliśmy przy okazji poprzedniej płyty w dzisiejszym zestawie. Wszystko czynione tu jest z epickim rozmachem, szczyptą zdrowego harshu, brudu na kablach, powykręcanego stylistycznie i rytmicznie. Czasami ma się wrażenie, że muzycy bawią się zepsutym programowaniem commodore, paląc przy tym wysokogatunkowe używki. Duża zmienność akcji, bez sekundy nudy, smak ciszy, swąd złego prądu i gatunkowe analogie do J.M. Jarre’a!

Druga opowieść zdaje się być chłodniejsza, bardziej zdystansowana. Strumień elektroniki z garścią niebanalnych zadziorów brzmieniowych. Migotliwy, elektroniczny dark ambient. Głucha, oniryczna czeluść - masywne płaty fonii, niczym chłostanie batem. Trzecia powieść bliższa jest klimatom post-electro. Dużo w niej pourywanych rytmów, niedokończonych fraz, a całość nie jest pozbawiona czupurnych wątków tanecznych. Na sam już finał kolejna rosyjska petarda między oczy – atak rockowych gitar, zręcznie przetworzonych na grubych kablach. Moc electro-heavy metalu, dalece zaskakująca ściana dźwięku na ckliwe dobranoc!




Ferran Fages  ‎Un Lloc Entre Dos Records (Another Timbre , CD 2018)

Po niebywałej porcji energetycznych dźwięków, czas po kolosalne wyciszenie. Kolejna wolta stylistyczna tej zbiorówki, prowadzi nas do świata współczesnej awangardy, tak dalece tłumiącej emocje i minimalizującej ilość wydawanych dźwięków, iż być może, w trakcie odczytu i odsłuchu, będziemy musieli szczypać się w policzki i sprawdzać, czy jeszcze żyjemy! Bohaterem dwóch kolejnych recenzji będzie kataloński gitarzysta i eksperymentator Ferran Fages, którego dokonania na wielu polach świetnie tu znamy, a najbardziej w ramach tria Phicus, które bez wątpienia zaliczamy do najbliższej rodziny Trybuny.

Najpierw płyta na gitarę akustyczną i elektronikę. Jeden nieprzerwany ciąg dźwięków, prawie 54 minuty muzyki, bazującej na formule kompozycji, z nierozpoznanymi rozmiarami ewentualnego procesu improwizacji. Nagranie z marca i kwietnia ubiegłego roku z Barcelony.

Dźwięczny flow gitary akustycznej, która zdaje się delikatnie rezonować z ciszą, jaka spowija pomieszczenie studia nagraniowego. Rodzaj repetytywnej kompozycji. Temat podawany jest majestatycznie, selektywnymi akordami. Do tej niewielkiej porcji dźwięków, od czasu do czasu, dodawany jest nowy składnik – mikrofaza, półnuta, szczątek myśli. Ważnym elementem strategii narracyjnej jest tu cisza. Konceptualna niemal powolność, wielokrotne wsłuchiwanie się w pojedynczy dźwięk, metafizyczna sytuacja sceniczna. Po 6 minucie narracja przebiera szaty pure minimalizmu, chwilami zdaje się wisieć na jednym dźwięku, który powoli wybrzmiewa, łechta ucho i zanika. Po 10 minucie dostajemy się w powolny wir pasma fonii, która przypomina falę radiową zagubioną w przestrzeni kosmicznej. Wgryza się w ciszę i odstawia gitarę na kilkanaście minut. Jednostajny puls, jakby droga do całkowitego zatracenia idei muzyki. Gitara powraca w okolicach 25 minuty, słuchacz zatem śmiało wyrwać się może z obowiązkowego letargu. Fala dronu wszakże nie zanika bez walki. Gdy w końcu gitara zostaje sama, serwuje nam porcję dźwięki w sekwencji z góry ustalonej. Faktura narracji staje się nieco bogatsza. Każdy akord wybrzmiewa z adekwatną precyzją. Tło delikatnie pobrzmiewa, ale nie ma już posmaku fali radiowej. Po 37 minucie Ferran powraca do trybu narracyjnego, jaki towarzyszył nam na początku nagrania. Znów pojedynczy dźwięk zdaje się fascynować muzyka ponad wszelką miarę. Gra ciszy, pomruk pomyślunku kompozytora. Po 44 minucie powraca coś na kształt fali radiowej. Tuli się do gitary, jakby chciała upodobnić się do pogłosu, jaki mógłby towarzyszyć drżeniu strun. Na finał, po 50 minucie, próba ubogacenia flory opowieści. Pulsująca repetycja, incydentalnie nawet trzy frazy gitary jednocześnie. Potem parędziesiąt sekund zupełnej ciszy i garść dźwięków na finał zupełny.




Ferran Fages  Detuning Series For Guitar (Edition Wandelweiser Records, CD 2018) 

Pójdźmy krok dalej w kierunku tłumienia ekspresji i kreowania kolejnego stadium minimalizmu. Kompozycja na dwie rozstrojone gitary elektryczne (delikatnie parafrazując tytuł płyty). Autorem jest tu rzecz jasna Fages, któremu towarzyszy Didier Aschour. Idea tej muzyki powstała w roku 2016, nagrana zaś została w roku ubiegłym. Pięć części oznaczonych cyframi, 55 minut.

Schemat dramaturgiczny jest następujący: dźwięk pierwszej gitary, dźwięk drugiej gitary oraz duża porcja ciszy. Gitary podłączone do prądu, ale z niskim poziomem zasilania. Strictly contemporary minimal, jakkolwiek w swej koncepcji nie zbyt dalekie od idei improwizatorskiej Johna Stevensa Flower. Muzycy wydają dźwięki naprzemiennie, a gdy już zagrają cokolwiek wspólnie, kończą utwór. Tu, w duecie dwóch gitar – … nie kończą. Narracja, to rodzaj trudnej wycieczki w poszukiwaniu utraconej harmonii i gitarowego stroju. Toczy się leniwie i równie dynamicznie, jak gwiazdy na bezchmurnym niebie. Druga część zdaje się być o ziarno pszenicy bardziej intensywna, choć porcje ciszy nieco bardziej rozległe – konceptualizm do krwi ostatniej, cytując klasyków kinematografii socrealistycznej. W trzeciej części każdy z gitarzystów gra jednocześnie dwie frazy przed obliczem nieposkromionej ciszy. Ba, jeden z nich, w przypływie szaleństwa, decyduje się aż na trzy frazy. Nie zmienia to faktu, iż udział ciszy w strukturze kompozycji przypomina procent posiadania piłki przez drużyny futbolowe, prowadzone przez Pepa Guardiolę!

Czwarta część, to powrót do koncepcji pojedynczych fraz, które zdają się być bardziej wypełnione prądem, a ich wybrzmiewanie dłuższe. W ostatniej części, początkowo dźwięki dostarcza tylko jedna gitara, usytuowana po prawej stronie. Lewa strona sceny rodzi się po kilku minutach - obie ślą mikrofrazy, a na ostatniej prostej, jakby budziły się z letargu. Lewa gitara dostarcza nam kilka nowych, frapujących dźwięków, ale dzieje się to już przed obliczem ciszy ostatecznej i zatrzymaniem rekordera.




Lotz Of Music  ‎Live At JazzCase  (El Negocito Records, CD 2018)

Czas na finał naszej dzisiejszej, nieco rozgadanej zbiorówki. Po paśmie ciszy, od czasu do czasu, inkrustowanej pojedynczymi dźwiękami, porcja dość bogato aranżowanej muzyki (chwilami być może, zbyt bogato). Przenosimy się do świata muzyki komponowanej, precyzyjnie zaplanowanej, z dużą wszakże porcją improwizacji, rodzącej się w tyglu międzygatunkowych wybuchów i trzęsień ziemi. Nie zabraknie też słodyczy i ballad dla grzecznych dziewczynek.

Główną postacią kwintetu jest Mark Alban Lotz, berliński flecista (tu używa czterech ich rodzajów), kompozytor większości materiału. Towarzyszą mu: Jörg Brinkmann na wiolonczeli, Alan Purves Gunga na perkusji i perkusjonaliach (plus inne przedmioty), Albert Van Veenendaal na fortepianie (także preparowanym) oraz Claudio Puntin na klarnecie, karnecie basowym i żydowskiej harfie. Niektórzy muzycy używają tzw. efektów, a także własnego głosu. Nagrane live w miejscu zwanym Dommelhof (Neerpelt), we wrześniu 2016 roku. Osiem kompozycji, 49 minut z sekundami.

Pierwszy temat podaje wiolonczela, która brzmi jak kontrabas. W tle skwierczy elektroakustyczny brud, a flet buduje na tej bazie swoją krótką, precyzyjną ekspozycję solową. Kind of chamber with post-rock view! – notuje recenzent. Zaraz potem stylowa ekspozycja wiolonczeli, która – uprzedźmy wypadki – najczęściej obdarzana będzie na tej recenzji ciepłym słowem. Cała kompozycja aż kipi pomysłami, bogactwem aranżacji i zmiennością przebiegu. Jazz, fussion jazz, garść preparacji, wiele momentów modulowania, czy kształtowania dźwięku amplifikowanymi zabawkami. Druga część, choć spokojniejsza, równie pełna jest zdarzeń i pomysłów, zarówno kompozycyjnych, jak i improwizatorskich. Dobre zmiany daje pianista, który z całej piątki muzyków zachowuje chyba najwięcej umiaru w zakresie buzującej nadkreatywności. Trzeci odcinek wyhamowuje i przenosi nas do świata statecznego bluesa, który szuka zaczepki w klimatach fussion rocka. Nim złapie posmak psychodelii, zdaje się być mocno wtórną propozycją. Czwarty startuje, niczym pierwszy, mocnym tematem podanym z gryfu strunowca. Komentarz małego piana, bardzo udany. Narracja toczy się ponownie, niczym wojna dnia z nocą - muzycy wyciągają pomysły z kieszeni niczym prestidigitatorzy, a słuchacz miewa problemy z ogarnięciem zamysłu na całość przebiegu kompozycji. Oto, jak nadmiar bywa wrogiem dobrego.

Rytm, tonacja, melodia – piąty fragment, to kolejny moment do tupania nogą i pośpiewywania przy goleniu. Dobre solo fletu, swingująca sekcja. Jeśli czekasz na odrobinę ciekawszych porcji dźwięku, wiolonczela cię nie zawiedzie. Szósta piosenka, bez cudzysłowu - słodka ballada dla wyjątkowo grzecznych dziewczynek. Pozostawilibyśmy ją bez komentarza, gdyby nie … udany finał z udziałem wiolonczeli. Siódmy temat cały kwintet gra unisono. Grozę sytuacyjną sieje czarny klawisz fortepianu. Ten dość ilustracyjny fragment muzyki wieńczy bogaty komentarz głosowy. Ostatni utwór znów ginie w nadmiarze pomysłów, eklektyzmie formy, która zdaje się nieco krępować poszczególnych muzyków. Całość inkrustowana efektami, niczym z dawnych kreskówek dla najmłodszych. Króluje rytm, który dość zgrabnie przenosi nas do samego końca płyty. Lotz Of Music. A lot of .. too much music. Żonglerka stylami i gatunkami, niczym kowbojski pojedynek w samo południe. Na ostatniej prostej odrobina bystrej, niemal afrykańskiej polirytmii.