piątek, 21 września 2018

Frame Trio! Luminária! Vicente & Dos Reis - a new chapter of brotherhood!


Luis Vicente, doskonały trębacz portugalski, zapytany przeze mnie w wiosennym wywiadzie dla portalu jazzarium.pl, czy podziela pogląd, iż muzykiem, z którym najbardziej mu po drodze w muzyce improwizowanej jest jego przyjaciel, gitarzysta Marcelo Dos Reis, odparł przekornie, że nie ma muzyka, z którym lubi grać bardziej niż z innymi.

Oczywiście kłamał! Przed nami bowiem płyta nowej formacji Frame Trio, w której składzie odnajdujemy obu muzyków. A zatem do grona wspólnych przedsięwzięć artystycznych Vicente i Dos Reisa, uwiecznionych choćby jednym wydawnictwem płytowym, możemy dopisać pozycję numer cztery - po Chamber 4, In Layers i Fail Better! Wszystkie te formacje czytelnicy Trybuny znają doskonale. Być może na początku kolejnego roku poznamy kolejny przykład doskonałej kooperacji obu Portugalczyków (choć to na razie informacja objęta tajemnicą edytorską).

Skład Frame Trio uzupełnia belgijski kontrabasista Nils Vermeulen, którego znamy choćby z grupy Kabas, która błyskotliwie uprawia minimal free improve.




Dość zatem wstępów, czym prędzej sięgamy po krążek Luminária (FMR Records, 2018), na który składa się 6 swobodnych improwizacji, oznaczonych cyframi. Nagranie z 28 listopada ubiegłego roku z Coimbry (Centro Norton de Matos Gymnasium). Odsłuch zajmie nam niespełna 43 minuty.

I. Intro luminaryjne jest łagodne, stonowane. Struny gitary brzmią zalotnie, kontrabas zdaje się być w nastroju nieco mniej spolegliwym, trąbka ma w planach melodyjne pasaże, ale zdecydowanie ciągnie ją w kierunku brudnych fraz i wyuzdanej sonorystyki. Swoboda, świetna komunikacja, od startu słychać, że muzycy dobrze czują się w swoim towarzystwie. Tonujący emocje zefirek, który zwiastuje burzę w piorunami.

II. Nieprzerwana choćby ułamkiem ciszy narracja szuka nowych rozwiązań w niższych partiach częstotliwości. Silny akcent sonore ze strony Vicente, zgrabna palcówka Vermeulena, w tle zaś łagodna jak baranek gitara Dos Reisa. Frame Trio, niczym nieustająca zagadka. Dobitny i precyzyjny stelaż dramaturgiczny kontrabasu dla obu wyswobodzonych ze wszelkich reguł flanek przestrzeni fonicznej spektaklu - piękne frazy! 5 minuta – Marcelo błyskotliwie pętli się na strunach, Luis ma kipiel wewnątrz trąbki. Narracja narasta, zdecydowanie idziemy na szczyt! Gitara dostaje prądu, iskry lecą po ścianach! Jej rockowy sznyt kierunkuje swobodną improwizację. Luis szuka psychodelii i znajduje ją! Piękny finał odcinka!

III. Smyczek na kontrabasie, niski, konwulsyjny. Dynamiczna gitara, gwałtowna trąbka. Rozmowa przyjaciół na dowolny temat, bywają zdania odrębne, nie brakuje emocji, a ładunki ekspresji są adekwatnie alokowane. W 4 minucie Marcelo repetuje, a Nils płynie swobodną i niebanalną solówką. Luis wkracza tanecznym krokiem, ze skłonnościami do hałasowania. Komentarz Marcelo w stylu rock’in! Finał części na pełny gazie!

IV. Kolejne intro dobrze już rozgrzanego smyka. Długie intro! Portugalczycy wchodzą do gry po 90 sekundach. Mikrofazy, czujność i odpowiedzialność. Barokowe skale, bogactwo treści. Marcelo idzie w powtarzalność, Luis wyciska trąbkę, jak cytrynę. Doskonały moment! Burzliwa nostalgia, drżąca zaduma. A finał tej 11 minutowej perły improwizacji także należy do smyczka, który zmyślnie repetuje.

V. Struny gitary poddawane procesowi intensywnego tarcia, kontrabas rozwichrzony ponadnormatywnie, trąbka zablokowana tubą – klasyczna sytuacja sonorystyczna. Po chwili Marcelo ustawia się w roli tworzącego tło (znów genialnie repetuje!), zaś jego partnerzy idą w nieznane. Dwa brudne, upocone stwory plotą separatywne, ale świetnie konweniujące ze sobą opowieści. Zakrzywiony sound całej trójki – industrialna gitara, moc death metalu w kontrabasie, trąbka zanurzona w deep sonore. I błyskotliwa eskalacja! Kolejny doskonały moment luminaryjny. Na finał muzycy pętlą się i zazębiają, jakby lizali rany po ciosach.

VI. Marcelo – mikrotonalne wręcz intro budowane wszakże na bazie rytmu, przy zastosowaniu mantrycznych powtórzeń. Nils i Luis wchodzą do gry na palcach.Ten drugi, jakby mimochodem, wypuszcza garść jednolitych dźwięków. Piękne! Finał tej wyśmienitej płyty jest tylko pozornie spokojny. Muzycy drobnymi ruchami, permanentnie się eskalują. Gęsty krem czekoladowy.




wtorek, 18 września 2018

Zwerv! Music From Any Moment! Wandering Souls of Improve!


W dość swobodnym tłumaczeniu z niderlandzkiego określenie Zwerv, to rodzaj wędrówki, podczas której nietrudno zabłądzić, oznaczać może także błąkanie się bez celu. To także skrót od nazwiska Henka Zwervera, holenderskiego gitarzysty, który wspólnie z kolegami z kilku krajów, prowadzi improwizowany ansambl o nazwie… Zwerv.

W dorobku formacji odnajdujemy dwie pozycje. O pierwszej z nich już tu pisaliśmy (Live, 2017), nie szczędząc ciepłych słów recenzenckiej egzaltacji. Najnowsza zaś zwie się Music From Any Moment i za moment rozłożymy ją na czynniki pierwsze. 

Odsłuch/ odczyt nowej płyty jawi się tym ciekawiej, iż Zwerv rozrósł się, w stosunku do debiutanckiej płyty, z kwintetu do septetu. Zestaw instrumentalny uzupełniły bowiem puzon i fortepian.




Szybko zatem zaglądamy do środka! Doskonale nam znany amsterdamski klub Zaal 100, połowa grudnia ubiegłego roku, wiele wskazuje na to, iż incydent miał miejsce bez udziału publiczności. Na scenie: Ziv Taubenfeld – klarnet basowy, Luis Vicente - trąbka, Salvoandrea Lucifera – puzon, Henk Zwerver - gitara, Nico Chientaroli - fortepian, Raoul van der Weide – kontrabas i obiekty, George Hadow – perkusja.  Płytę od ubiegłego miesiąca udostępnia portugalski Creative Sources - 8 swobodnie improwizowanych opowieści, ponad 56 minut muzyki.

Pieśń otwarcia zdobi niebanalna introdukcja wprost ze strun gitary i klawiszy delikatnego piano. Tuż obok, jak zwykle niepowtarzalny van der Weide ze swym ogromnym kontrabasem i okablowanymi obiektami różnej proweniencji. Po około 2 minutach do gry wchodzi klarnet basowy, trąbka, puzon i perkusja. Swawolny septet pozwala sobie na skromny galop, ale w pełnym rynsztunku. Już gęsto, tudzież narowiście! Free jazz as well! Na finał ostro atakuje Vicente, a zaraz potem błyskotliwe hamowanie.

Kolejną opowieść rozpoczyna inny duet. Tym razem perkusja i trąbka droczą się ze sobą w estetyce small & slowly improve in sonore, silnie akcentując urodę minimalizmu. Po 3 minutach rozbłysk strun – jakże piękny kontrapunkt! Nie pierwszy przykład doskonałej komunikacji wewnętrznej. Narracja toczy się wedle zasady – jeden lub dwa instrumenty grają bardziej wyeksponowane quasi solowe pasaże, pozostali muzycy energicznie konweniują w tak zwanym tle. Bystry recenzent dostrzega znamiona swojej ulubionej metody call & response. W 8 minucie stemple jakości przystawia klarnet basowy! Reszta też już zagotowana – emocje ekspozycji w zenicie! Pod koniec piękny komentarz Zwervera, niczym Bailey w stadium multiplikacji.

Trzecia – słowo wstępne należy do trąbki i klarnetu basowego. Potem bardziej niż dotychczas wyrazisty puzon i bystre piano. W backgroundzie istotnie wartościowe skwierczenie obiektów, opartych o rozgrzane struny kontrabasu. Kolejna gęsta, choć tym razem mniej dynamiczna opowieść. Bezwarunkowy kolektywizm i zwinne reagowanie – to zdają się być najważniejsze atrybuty tego septetu. Recenzent zastanawia się, czy muzycy cokolwiek predefiniowali przed wejściem na scenę. 3 minuta i ostry pasaż piana w estetyce Schlippenbacha, także świetna kooperacja z gitarą. Ponownie mocna ekspozycja na finał i błyskotliwa kipiel w trąbce.

Czwarta piosenka jeszcze bardziej tłumi dynamizm płyty. Wstęp ze strony perkusjonalii i dronów z obiektów. Dzwonki, talerze, drżący kontrabas! Piękne! Reszta podłącza się nieśpiesznie, raz jeden, raz drugi. Doskonałe small deep sonore ze strony Vicente. Także ciekawe pląsy na gitarze. Jakże kwiecista, przykuwająca ucho narracja. Małe frazy, igraszki w podgrupach, słuchaj i reaguj. Tuż potem mocny, niski pasaż z kontrabasu, trwający moment klarnetu basowego i minimalistyczna gitara. Na finał dysząca trąbka i zwinne palce na gryfie kontrabasu.

Piąta improwizacja zaczyna się dość nietypowo – cały septet startuje na raz! Rytm, dynamika, szczypta jazzu dla złaknionych konwencji (czyżby z kartki?). Doskonałe mikro eskalacje każdego z muzyków. W 3 minucie tempo rośnie niebywale – rapid free! 4 minuta i klarnet basowy wrze w podstawach. Obok piano, kontrabas i perkusja, niczym jurna, hard-bopowa sekcja.  Szybkie zejście do finału, już w piątej minucie.

Szóstka, to struny i trąbka na wejściu, nie byle jaka sonorystyka! Udana sekwencja fortepianu, która porywa do marszu cały septet. Kanty, narożniki, zawijasy. Powolny w ruchach klarnet basowy. Kind of slide guitar, małe piano, bystry drumming, trąbka zaplątana w rytm. Gęsta, zwinna, jakże swawolna narracja. Klarnet ciągnie piękną ekspozycję, silnie wspiera go puzon. Także gitara i kontrabas. Doskonała kooperacja w każdym momencie!

Intro wprost z wnętrza fortepianu i szumy ze strony dęciaków – tak zaczyna się przedostatnia opowieść. Kolejny moment bardzo głębokiej sonorystyki. Piękna robota – klarnet basowy po lewej, trąbka po prawej! Smoliste struny kontrabasu. Dużo spokoju i metafizyki. W 8 minucie napięcie jednak rośnie. Interakcje w mgnieniu oka - puzon, gitara, chytre piano! Treściwa praca kontrabasu i perkusji. Na finał znów free jazz pełną gębą. Z przytupem!

Na ostatniej prostej sto dwadzieścia sekund zadziornej ekspozycji – dyszące tuby, głos ludzki, gitara, piano. Gęsto od dźwięków – siedem ognisk zapalnych. Prawdziwie trzęsienie ziemi.



piątek, 14 września 2018

El Pricto! Triplezero! Anticlan! Sly & The Family Drone! Peixe Frito! Wasteland! MIA! Kern! Total Improvisation Troop! Dalibert! The summary for last days of summer - big excitement guaranted!


Kalendarzowa jesień za pasem, szczęśliwie lato jednak nie odpuszcza. Trudno doświadczyć nudy. Także, w muzyce improwizowanej!

Dziś dziesięć płyt do odczytania. Jak zwykle mieszanka prawdziwie piorunująca – od grind rocka i doom metalu, po elektroakustykę i kojące dźwięki wprost z klawiatury fortepianu. A wszystko naznaczone piętnem improwizacji! Także kolejna porcja nowych nazwisk do zapamiętania. Dzień, jak co dzień na Trybunie!

Katalonia w prawdziwie demonicznym wydaniu, niebanalna Holandia, takaż Anglia, kwiecista Portugalia, szczypta Niemiec, Kanady i Francji. Let’s go and crazy!




El Pricto/ Diego Caicedo/ Javier Garrabella/ Vasco Trilla  Demonology (Discordian Records, 2018)

Wenezuelski saksofonista El Pricto, to prawdziwie renesansowa postać. Szef najważniejszego dla muzyki improwizowanej labelu Barcelony, Discordian Records, uwielbia literackie i artystyczne inspiracje dla muzyki, którą tworzy. Najnowsza pozycja w katalogu zwie się Demonology i jest kompozycją będącą pokłosiem … 72 demonów Ars Goetia, zaczerpniętych z siedemnastowiecznego dzieła The Lesser Key Of Salomon The King. Składa się z tyluż fragmentów, trwających od … 1 do 3 sekund. Muzycy układają z tych mikrofraz dłuższe, muzyczne wypowiedzi. Repetycje, permutacje, skróty i rozwinięcia – gęsta, usiana zasiekami, zdyscyplinowana improwizacja, prowadzona wg precyzyjnych wskazówek kompozytora.

Efekt kipi emocjami, a także precyzją i determinacją w zakresie wykonania koncepcji kompozytora. Dostajemy 25 minutową, dynamiczną, poszarpaną, multigatunkową ekspozycję, budowaną w estetyce, będącej krwistą mieszanką grind-core punk, noise rocka i free jazzu. Polecam szczególnej uwadze graficzny zapis tych mikrokompozycji! Zresztą same tytułu mówią już wiele: black metal, thrash metal, death metal, free, solo, slow doom metal, broken rhythm, blast, beat, grind core, hard core, short loops, latin, epic, extended technique, ha-ha-ha, short growl, drum fill i …żagań (pisane z polskimi znakami diakrytycznymi!).

Historia muzyki zwichrowanej w pigułce! Postmodernistyczna moc wielkiej kreacji - strzelisty saksofon altowy El Pricto, ostra, niemal doom metalowa gitara Diego Caicedo, elektryczny bas Javiera Garrabelli i mocna, zmysłowa perkusja Vasco Trilli. Gdybyśmy zechcieli poszukać całkiem współczesnej, muzycznej inspiracji dla Demonology, to trop może być tylko jeden – Naked City Johna Zorna.




Triplezero 000 (Binary Sorrow/ Antinomia Records, 2016)

Pozostajemy w stolicy Katalonii, ciągle jest z nami Vasco Trilla (perkusja, a także tabla). Obok niego Pablo Selnik na fletach (silnie amplifikowanych) i Denys Sans, odpowiedzialny za elektronikę. Muzyków wspomaga głosem Eric Baule. Formacja zwie się Triplezero. Płyta 000 nie jest może najświeższą pozycją edytorską, dotarła do nas jednak dopiero tego lata. Zawiera, bazująca na skomponowanym materiale, improwizowaną muzykę … death/doom metalową, tworzoną dokładnie przy pomocy instrumentarium, wymienionego wyżej. Przedrostka post możemy w odniesieniu do tej muzyki używać bez ograniczeń. Zajrzyjmy głębiej do tego szalonego przedsięwzięcia artystycznego.

Zaczynamy ścianą post-black metalowego hałasu. Atak dźwięków serwowany naprzemiennie z  pasmami niskiej, złej elektroniki, zdobionymi głosem typowym dla trawestowanego gatunku (teksty Selnika, inspirowane literaturą H.P. Lovercrafta, nie dla osób mniej tolerancyjnych obyczajowo i światopoglądowo). Rodzaj plemiennego rytuału inicjacyjnego. Być może także rodzaj gigantycznego żartu stylistycznego. Kolejne siedem utworów, to krótkie, niekiedy lapidarne perełki noise’ elektroniki z demonicznym głosem i doskonałą perkusjonalistyką Vasco. Slow metal drums, zgiełk fletu na dużym prądzie, brzmiący jak armia gitar elektrycznych, ołowiana elektronika, post-techno zasklepione w krypcie grobowca, interludia noise and industrial, robotyka wirtualnych maszyn, także minuta z czystym dźwiękiem … tabli. What ever you want! Kolejny żywy (i syntetyczny) dowód na monstrualny eklektyzm barcelońskiej sceny muzycznej.

Płytę wieńczy 17 minutowa pieśń tytułowa. Epicka w rozmachu, chwilami genialna w doborze artystycznych środków wyrazu. Pulsujący dron, repetycje, brudny, tłusty sound post-techno. Flet pod wysokim napięciem, elektroakustyka spod dłoni i stóp Trilli, bogata, ciągle zmieniająca się narracja. Wreszcie multiplikująca się tabla, która po 13 minucie, wspierana oniryczną elektroniką, prowadzi nas na pola niemal metafizycznego chill-outu. Na sam finał siarczysta post-elektronika w formie śmiercionośnej mantry. Płyta jedyna w swoim rodzaju, nagrana za pierwszym podejściem, bez post-produkcji!




Anticlan  Volcano Hour (Creative Sources, 2018)

Przenosimy się do Holandii. Na studiu nagraniowym 2/3 power improv trio Albatre (Hugo Costa na saksofonie altowym, Philipp Ernsting na perkusji) w towarzystwie gitarzysty Josué Amadora. Swobodna improwizacja pod nie byle jakim szyldem Anticlan i prawdziwie eksplozywnym tytułem. Dodajmy, obok wybuchów wulkanu, czekają nas także powolne strumienie stygnącej lawy.

Sześć niebywale intrygujących opowieści, zbudowanych przez dobry, uważny, gęsty drumming, gitarę z prądem, lontem do silnie avant-rockowego brzmienia i ze szczyptą zdrowej psychodelii pomiędzy strunami, wreszcie saksofon altowy, który świetnie się z nimi komponuje, choć nie ma zwyczaju wychodzenia przed szereg. Dalece swobodna wymiana dźwięków, lekko zaczepiona w estetyce free jazzu, niestroniąca od rockowych emocji, płynąca szerokim strumieniem od ciszy do hałasu i z powrotem.

Drugi i trzeci fragment skrzy się pięknym, wręcz medytacyjnym klimatem. Uroda gitary eksploduje – minimal deep improve! Amador nie waha się wkraczać w post-industrialną estetykę. W czwartym rośnie poziom decybeli, kind of true power trio. Znów gitara wywołuje wytrysk endorfin u recenzenta. Gdy zamilknie, para sax & drums pięknie ucieka we free jazzowy galop. Costa ma tu swoje pięć minut i perfekcyjnie z tego korzysta. W kolejnej piosence powraca quite stream, zdobiony ornamentami pulsujących strun, przedmuchanych dysz i konwulsyjnej pracy werbla i tomów. Sporo rockowej ekspresji, tu zbyt gwałtownie wyciszonej. Finał umila nam aktywny drumming, wokół którego koncentruje się niespokojny alt i szklista gitara. Świetna płyta!




Sly & The Family Drone  Live at Café Oto (Bandcamp?, 2018)

Mokry od potu karnawał chaosu! To nie jest bynajmniej epitet recenzenta, ale konstruktywna samoocena muzyków. Lubimy na tych łamach stylistyczną egzotykę, niepokorność i zdrowy hałas, zatem czym prędzej odkrywamy karty. Formacja Sly and The Family Drone, to na ogół duet: Matt Cargill – głos, efekty, elektronika i Callum Joshua Buckland – perkusja. Parę dni temu pisaliśmy o ich wspólnej płycie z Dead Neanderthals. Tym razem ich osobna, najnowsza produkcja – koncert z londyńskiej mekki free improve, czyli klubu Cafe Oto! Dwa półgodzinne sety.

Drapieżny, gęsty i bezkompromisowy melanż żywej perkusji i elektronicznych, hałaśliwych pasaży w dalece punkowej estetyce. Równie żywiołowa publiczność w klubie, zdecydowanie podnosi temperaturę spektaklu. Rock and noise improvised as well! Gorący temperament muzyków i główny parametr podlegający procesowi improwizacji, czyli natężenie dźwięku. Triumf artystycznej swobody i naprawdę bezczelnego wykraczania poza dostępne gatunki. Ekstremalizm wyniesiony do rangi sztuki. Prawdziwie chocholi taniec till to death. Ciekawy moment pod koniec pierwszego seta – solowe expose perkusji, na tle drona niskich częstotliwości i zapach upalonego electro!

Choć trudno to sobie wyobrazić, drugi set jest jeszcze gorętszy. Elektronika wsparta samplami płonie dalece intensywniej (żadna gitara nie byłaby chyba w stanie generować takiego przekazu fonicznego!). Pedał gazu wciśnięty maksymalnie. Na finał drummer włącza turbodoładowanie, a na scenie pojawia się wiele przypadkowych instrumentów dętych (wedle słów naocznych świadków, przyjaciele grupy podłączyli się pod występ!). Zgiełk i znój. Cierpienie i odkupienie. Doprawdy, efekt jest frapujący!




Peixe Frito  Jazz From Here. 11.02.1918 (Last Pork Records, 2018)

Zdecydowanie zasłużyliśmy na moment oddechu! Doskonałym wyborem będzie zatem portugalski kwintet Peixe Frito (po naszemu – smażona ryba): Paulo Chagas - flet i saksofony, Luís Guerreiro – trąbka, elektronika, tibetan blow, Paulo Duarte – gitara elektryczna, Alvaro Rosso – kontrabas i Pedro Santo – perkusja. Sześć krótszych opowieści na początek, potem trzy dłuższe.

Zaczynamy od Coltrane’a na delikatnym speadzie, z dobrą ekspozycją gitary elektrycznej. Cała zresztą płyta, budowana jest na ciekawym kontraście akustycznych ekspozycji i dźwięków elektronicznych/ elektrycznych (gitary). Dominują spokojne, nieśpieszne improwizacje (poza jednym wyjątkiem). Oniryzm często wykorzystywanej ciszy, stemple nieinwazyjnej psychodelii, intrygujące dźwięki dęte, precyzyjna sekcja rytmiczna. Żmudna, skupiona narracja, przykład skrupulatnego rzeźbienia w skale improwizacji. Z jednej strony szczypta kameralistycznego zadęcia (szczególnie Chagas na flecie!), z drugiej - niebanalny posmak fussion, gdy trąbka łączy się w procesie generowania dźwięków z elektroniką.

Siódmy fragment, Swing From The Zone, bodaj najdłuższy na płycie, jest też fragmentem najbardziej dynamicznym. Rasowy free jazz tryska po ścianach! Quasi semicki taniec, rozbujała, wyzwolona porcja dobrze upalonego fussion jazzu. Chwilami nawet z elementami funky. Na finał tej naprawdę udanej płyty, kolejne dwa utwory w delirycznym, spokojnym, acz naładowanym dobrą psychodelią klimacie. Powabna sonorystyka kontrabasu, zwinna elektronika i wyraziste ekspozycje dęte.




Parlato/ Chagas/ Lenglet/ Gibbs  Wasteland (Setola Di Maiale, 2018)

Paulo Chagas zostaje z nami (flet, obój, zabawki dźwiękowe, … woda), ale tym razem towarzyszyć mu będzie bardziej międzynarodowe towarzystwo: Rosa Parlato – flet, elektronika, głos, Philippe Lenglet – gitara elektryczna, obiekty oraz Steve Gibbs – gitara klasyczna, 8-strunowa, głos. Siedem rozbudowanych, dość swobodnych improwizacji elektroakustycznych.

Wasteland, to kolejny i nie ostatni dziś przykład łączenia dźwięku żywego z syntetycznym, tu z delikatną przewagą tych pierwszych. Flet, obój, dwie dychotomiczne gitary i kilka zwojów kabli. Szczypta egzotyki, nieco kontrowersyjne wokale, zabawy dźwiękowe, ale i poważne dyskusje na temat. Płyta długa (ponad 70 minut), nie w każdym momencie aż tak intrygująca, by nadstawiać ucha (mało kompromisu na etapie selekcji materiału). Także kilka momentów akceptujących zbyt łatwe dźwięki, jak na wymagania recenzenta.

Skoncentrujmy się wszakże na plusach. W drugim utworze niebanalna ekspozycja fletu, na tle … lejącej się wody. W kolejnym, udany pasus klasycyzującej improwizacji z dobrze tłumionymi emocjami (obój w roli głównej). W czwartym intrygujący, nowy dźwięk (hichiriki?) na tle dość pasywnych gitar. Sonorystyka dętych daje punkty dodatkowe do oceny końcowej. W piątym - sekwencja naprawdę udanych interakcji elektroakustycznych. Także dobry dialog gitary akustycznej i sonoryzującego oboju. A w utworze finałowym zdaje się, że wreszcie cały kwartet dramaturgicznie trybi! Akademickie naleciałości idą w odstawkę, rośnie kreacja i pomysły na rozwój narracji. Ciekawy przykład minimalizmu w procesie improwizacji. Szczypta psychodelii na gryfie gitary elektrycznej, kilka dobrych dźwięków z kabli i nieoczywistych zachowań dęciaków.




Ensemble MIA ‎Live 2016 (Creative Sources, 2017)

Portugalska scena muzyki improwizowanej zdaję się specjalizować w dużych składach, zwinnie poruszających się po oceanie swobodnej muzyki bez scenariusza. Ensemble MIA, to kolejny przykład. Rejestracja z Festiwalu Encontro de Musica Improvisada de Atouguia de Baleia, z roku 2016. Aparat wykonawczy jest ogromny – ponad 60 muzyków, podzielonych na sześć improwizujących składów, każdy z innym przewodnikiem/ dyrygentem. Nie będziemy ich wszystkich wymieniać (każdy z uczestników przedsięwzięcia pojawia się na scenie maksymalnie dwukrotnie), zainteresowanych odsyłamy do sieci globalnej. Może jedynie wskażmy personalia kilku bliższych nam muzyków, takich, jak Luiz Rocha, Alvaro Rosso, Sarah Claman, Miguel Mira, Karoline Leblanc, Bruno Parrinha, Jean-Marc Foussat, Mia Zabelka czy po raz kolejny goszczący w tej zbiorówce Paulo Chagas.

Pierwsza historia, dyrygowana zwinnie właśnie przez Zabelkę, toczy się w atmosferze elektroakustycznego rezonansu, z ciekawą ekspozycją instrumentów strunowych, a w dalszej części perkusjonalnych. Druga – pod przewodnictwem Marka Lotza – eksponuje dęciaki na tle elektrycznych gitar, zawiera także niebanalne preparacje piana i moc przeróżnych głosów obojga płci. Trzecia (F. Choiselat) funkcjonuje na zasadzie kontrastu – z jednej strony rytm, melodia i bystry puzon, z drugiej rozwichrzone eksplozje werbalne, wszystko zaś bogato zinstrumentalizowane. Czwarta (N.Taylor) startuje kameralistyką akustycznych gitar, by po pewnym czasie napotkać hałaśliwe symfoniczne interludia. Sam finał tej akurat improwizacji jest wyjątkowo dynamiczny, przynajmniej na tle pozostałych wydarzeń spektaklu. Początek piątej opowieści (S.Corda) także smakuje dobrą kameralistyką, która płynnie przechodzi w rytualny taniec godowy z okrzykami i wrzaskami (może także publiczności). Wreszcie finał (F.Simoes) – triumfalny powrót elektroakustyki, przy wtórze nadpobudliwych dęciaków, zadziornych strunowców i kolejnych rytualnych śpiewów, czynionych w asyście puzonu.

Mnóstwo intrygujących improwizacji nieco traci na wartości z uwagi na jakość samej rejestracji koncertu. Dźwięk jest mało selektywny, niemal monofoniczny, a brzmienie całości pozostawia wiele do życzenia. Bardzo szkoda. 




Kern  Mittendrin (Creative Sources, 2017)

Przystanek Niemcy i studyjna rejestracja tria Kern: Edith Steyer – saksofon altowy i klarnet, Yorgos Dimitriadis – perkusja oraz Matthias Müller – puzon. Dziesięć improwizowanych opowieści, mających na wejściu status composed by.

Przykład wyjątkowo zgrabnej i świetnie wykonanej improwizacji ustrukturyzowanej. Rodzaj free jazzu delikatnie zakotwiczonego. Średnie pokolenie europejskich improwizatorów, kariery w trakcie stabilnego wzrostu. Czegóż chcieć więcej? Tempo, emocje, sonorystyka – genialny puzon (dla Matthiasa to już norma, patrz: poprzednie recenzje na tych łamach), idący za nim krok w krok dobry, wyrazisty, niebanalny saksofon altowy (na dwa krótkie fragmenty zamieniony na klarnet) i precyzyjny, niezachowawczy drumming. Różnorodne, intrygujące, akceptowalne na każdym poziomie percepcji opowieści, niepozbawione także szczypty klasycyzującego zadęcia, charakterystycznego dla wykształconych akademicko muzyków niemieckich. Szczególnie udane zdają się być dłuższe fragmenty, bardzo swobodnie improwizowane. Trzeci odcinek serwuje nam zwinne synkopy, przykład dobrego jazzu bez niskich częstotliwości. Piąty zdaje się być wyjątkowo śpiewny, szczególnie dotyczy to puzonu, który błyskotliwie mutuje brzmienie. W kolejnym, puzon swoim wyjątkowym tembrem sprawia wrażenie, jakby muzyk korzystał ze wsparcia elektronicznego.

Finałowe odcinki Mittendrin konstytuują wysoką jakość całego nagrania. W siódmym muzycy improwizują w estetyce call & response, są czujni i świetnie na siebie reagują. W ósmym utworze, o jakże adekwatnej nazwie Polar, dają przykład pięknego deep sonore. Czujemy prawdziwy chłód arktyczny. Brawo! Tuż po nim kolejna perła sonorystycznego slow motion. Na sam już finał temat grany z kartki, ale wyjątkowo stylowy.




Total Improvisation Troop  Karma Moxie (atrito-afeito, 2018)

Wracamy do poszukującej elektroakustyki. Kanadyjska pianistka Karoline Leblanc i kolejna pozycja w katalogu labelu, przez nią prowadzonego. Septet zwie się dość buńczucznie Total Improvisation Troop, personalnie zaś to: Alexandre St-Onge – bas elektryczny z asystą komputera, Anne-Françoise Jacques – amplifikowane obiekty rotujące, Karoline Leblanc – fortepian i taal, Lawrence Joseph – gitara elektryczna, efekty, Paulo J Ferreira Lopes - talerze, Peter Burton - kontrabas, Vergil Sharkya – syntezator, efekty. Pięć dość zwartych, w formie i czasie, swobodnych improwizacji.

Troje muzyków odpowiada tu głównie za dźwięki akustyczne, czworo zaś za elektroniczne lub elektryczne. Ta wojna sprzymierzonych nie do końca prowadzona jest na równych prawach. Innym słowy, świat syntetycznych dźwięków jest tu w przewadze, nie tylko ilościowej, ale także dramaturgicznej. Przykład skupionej, uważnej narracji, chwilami nieco akademickiej. Kind of contemporary improve. Wiele udanych preludiów ze strony piana, kontrabasu czy perkusjonalii zdaje się gubić trop w trakcie konfrontacji z dość natarczywym i inwazyjnym światem syntetyki. Choćby w drugim utworze, gdy zwinna improwizacja inside piano natrafia na zgrzyty i plamy nieznoszącej sprzeciwu elektroakustyki. Karolina dzielnie trzyma stery improwizacji, jednak orszak obiektów, płaszczyzn i kabli nie odpuszcza choćby na moment. Wszystko brzmi trochę, jak soundtrack do polskich filmów fantastycznych z lat 70. ubiegłego stulecia.

Nieco ciekawsza zdaje się tu być druga część płyty, choćby fragment czwarty, gdy niebanalne piano snuje wartościowe opowieści, a elektroakustyka ogranicza się do kreślenia tła narracji. W części finałowej druga strona medalu proponuje coś na kształt syntetycznej perkusji w dalekim planie. Żywe instrumenty odnajdują wtedy skrawek przestrzeni dla siebie i nie marnują czasu.




Melaine Dalibert ‎ Musique Pour Le Lever Du Jour (Elsewhere Records, 2018) ‎

Na finał dzisiejszej zbiorówki płyta niezwykła. Niemal idealne zwieńczenie karkołomnych opowieści o dziwnych płytach. Komponowana muzyka na fortepian, godna wszelkich kanonów muzyki, którą zwykliśmy określać mianem minimalistyczej. Kompozytor i wykonawca pochodzi z Francji, nazywa się Melaine Dalibert. Jedna godzina i jedna minuta strukturyzowanego chill-outu!

Music for the daybreak. Czyli dźwięki na czas odpoczynku. Muzyk stosując dwa, trzy algorytmy, sekwencje dźwięków, buduje niebywały klimat nagrania. Bez zbędnej intelektualnej głębi, czy rozbudowanego słowa pisanego w zakresie ideologii, tak charakterystycznego dla muzyki współczesnej, pianista proponuje nam podróż jedyną w swoim rodzaju. Długie dźwięki, miękki rezonans, cisza i ukojenie. Pokonywany dystans czasowy buduje jakość. Jedyne, co możemy stwierdzić na temat przebiegu narracji, to fakt, iż zdaje się, że w drugiej połowie nagrania przerwy pomiędzy dźwiękami są nieco dłuższe, jeszcze silniej akcentując minimalistyczny i relaksacyjny charakter całości. Piękna muzyka!





poniedziałek, 10 września 2018

Biliana Voutchkova & Michael Thieke! ‎Blurred Music!


Proces swobodnej improwizacji w muzyce stanowi bez wątpienia fenomen uprawiania tej sztuki. Zagadnieniem, które szczególnie intryguje, zdaje się być moment rozpoczęcia tego procesu, a może nawet to, co ewentualnie zostało poczynione przed tym faktem. Scenariusze, frameworks, predefiniowane struktury większej całości, może ustne ustalenia, co do charakteru improwizacji. A może decyzja o pójściu na stuprocentowy żywioł.

Dziś sięgamy po najnowszą płytę naszej ulubionej skrzypaczki Biliany Voutchkovej, poczynioną w towarzystwie jednego z jej najczęstszych muzycznych partnerów, klarnecisty Michaela Thieke. Zwie się Blurred Music i zawiera materiał z trzech koncertów duetu, jakie miały miejsce w grudniu 2016 roku w Stanach Zjednoczonych (wydawcą jest nowy label amerykański Elsewhere Records).

Płyta zawiera muzykę improwizowaną, wspartą przez nagrane wcześniej, predefiniowane struktury muzyczne, które były odtwarzane na żywo w trakcie koncertu (po naszemu – część dźwięków idzie tu z tzw. playback-u). Wedle słów samych artystów, zawartych w liner notes, czasami oba strumienie dźwięków (żywe i odtwarzane) zawierały wręcz bliźniaczy materiał. Cytując: Niemal identyczne fragmenty występu na żywo i dźwięków odtwarzanych synchronizują się ze sobą, co nieuchronnie powoduje ich rozmycie (blurred!) w wymiarze czasowym, rytmicznym, kolorystycznym oraz w mikrotonalnej interpretacji poszczególnych tonów.

Słuchacza interesuje przede wszystkim efekt końcowy. Ten – uprzedźmy wypadki – jest wyjątkowo wartościowy, albowiem już dziś możemy umieścić Blurred Music na liście najciekawszych wydarzeń bieżącego roku. Recenzent w trakcie szczegółowego odsłuchu trzech krążków doszukiwał się owych predefiniowanych struktur. Nie był jednak w tym dziele dostatecznie skuteczny (patrz: tekst poniżej). Z drugiej jednak strony – czy dostrzeżenie tych akurat fragmentów ma dla odbioru całości nagrania jakieś szczególne znaczenie? Niech pozostanie to pytaniem retorycznym.

Szczypta buchalterii – Biliana gra na skrzypcach i używa głosu, Michael gra na klarnecie. Nie wiemy dokładnie, kto i w jaki sposób dopuszcza do głosu owe predefiniowane struktury. Trzy koncerty (dane poniżej) trwają łącznie ponad 160 minut.




7 grudnia, 2016, Carr Chapel, Chicago

Smyczek na skraju strun, delikatne kwilenie ciepłego klarnetu. Pojedyncze dźwięki pięknie rozlewają się w strumień pierwszego tego wieczoru sustained piece. Uroda ciszy, trwałość pasaży, metafizyczna jakość akustyki spektaklu. Płonąca emocjami współczesna kameralistyka, silnie skażona nieodpartą potrzebą improwizowania. 5-7 minuta, to pierwszy przykład stymulującej imitacji obu muzyków. Z punktu widzenia klarnetu brzmieć jak skrzypce nie jest zapewne prostym zabiegiem. Narracja skrzy się ogniem wzajemnych interakcji. W tle duplikowane dźwięki (tak przynajmniej podpowiada intuicja recenzenta), które jedynie wspierają to, co najważniejsze – żmudny proces szczegółowej, wręcz molekularnej improwizacji. Wspaniałe dźwięki, które nie potrzebują werbalnego uzasadnienia i konceptualnych założeń. Po 10 minucie powracają long distance tunes, które błyskotliwie schodzą niemal do poziomu ciszy. Szczypta sonorystyki w ramach komentarza odautorskiego. Szumy i szmery, jakby nowy wymiar rozmytej muzyki. Głos i gardło Biliany! W 20 minucie prychy i parchy, palcówki na strunach i dyszach. 24 minuta – kolejny pasaż wysokich, długich dźwięków – sustained beauty! Imitacyjna jednorodność dźwiękowa. Próba wyjścia z dronowego klincza ma niemal hałaśliwy wymiar. Ta para muzyków jest wszak zdolna do każdej artystycznej wolty. Fire music! Na kolejnym etapie, znów zejście w obszar ciszy trąci wykonawczym geniuszem. Sonore w tubie, szepty Biliany, szumiąca imitacja. Po 37 minucie ponowny krok w gęste drony (zapewne nie bez udziału playback-u). Plamy (blurs) dźwięków szybujące ku niebu, potrafią być głośne, z ostrym posmakiem psychodelii. Kolejny wytrysk piękna! Strings and reed in one tune! Na finał trochę wzajemnych przekomarzań, głos Biliany i taneczny wir klarnetu. Repetycja stymulująca wyjątkowo zmysłowe wybrzmiewanie.


14 grudnia, 2016, Aux Performance Space, Philadelphia

Muzycy od pierwszej sekundy zwinnie łączą się w wewnętrznie rezonujący wielodźwięk. Śpiewny, oniryczny, depresyjny, umoczony w bolesnym smutku chwili. Struny drżą, klarnet płacze. Modulowane pasaże w zwarciu pełnym wzajemnej imitacji. Imponująca sustained symphony! Zwinne przejście klarnetu na pozycję sonorystyczną. Skrzypce tuż za nim. Oba instrumenty w karkołomnym procesie poszukiwania fałszu, brudu, dźwięków, które mają zaboleć. Rozmyta (blurred) narracja, która szuka dna, martwego punktu odniesienia. Muzycy schodzą głębiej w fakturę dźwięku (mikrotony?), dzielą je na czworo i wystawiają na poklask. Drobiny interakcji, minimalizm w praktyce. Po 12 minucie, jakby więcej energii w ruchach muzyków – bezdźwięczne usta, cień sonore, zdrowe reakcje, mikrobiologia dźwięków. Narracja gęstnieje, szorstki głos Biliany dodaje pieprzu i emocji – filigranowy meta scat na pastelowym gryfie gorących skrzypiec. Taniec smyczka wokół posuwistych wielodźwięków klarnetu. Każda minuta koncertu wnosi coś nowego do naszej percepcji blurred music. 20 minuta - nowa porcja sonorystyki skrzypiec w wysokim rejestrze, tuż nad powierzchnią szumiącej ekspozycji klarnetu. 25 minuta - cudowna, wręcz hałaśliwa gęstwina mikrodźwięków (tak głośno chyba jeszcze nie było!). Chamber noise! Chamber industrial! I rezonujący zjazd w ciszę. Wielominutowa symfonia upadania dźwięków, która pod koniec zaczyna nieznacznie pulsować. True live ambient! Post-elektronika bez amplifikacji. Cuda na cudami (playback?).


15 grudnia, 2016, Experimental Intermedia, New York

Podobnie jak na poprzednich koncertach, wita nas delikatnie przytłumiony pasaż drobnych dźwięków. Skrzypce płyną wysoko, klarnet już tuż pod nimi (playback?). Dronowa filharmonia, szepty nieistniejących kuluarów, odrobina niezbędnej repetycji. Piękne, dość nietypowe brzmienie klarnetu, mała maszyna parowa. Dialogi, interakcje. Dźwięki, które zaczynają nabierać kształtów. Dużo śpiewu, tańca i radości – jakże daleko jesteśmy od molowych klimatów dnia poprzedniego! 13-14 minuta – muzyka błyskotliwie traci swoją tonalność, narracja rozmazuje się jak zbyt rzadka farba na płótnie pijanego malarza. Radość znika, rzeczywistość traci ostrość. Niepokój chwili i dźwięki, które lepią się w sumiaste drony. Post-elektronika bez prądu, bodaj najpiękniejszy moment tej płyty. To już nie plamy (blurs), ale ocean! Po kilku minutach z tych stojących dronów, na moment wyłania się partia skrzypiec, które nie brzmią jak skrzypce.  Zdaje się, że filharmonia na ostrym speadzie zatrzymała czas! Ta seria niebywałych, trwającym pasaży przekroczyła już 10 minutę! Genialne w swojej nielinearnej prostocie! Wyjście z tego klincza narracyjnego odbywa się poprzez bardziej tradycyjne dźwięki skrzypiec i mocną sonorystykę klarnetu. Cisza – to oczywiste rozwiązanie. Nie trwa jednak zbyt długo – muzycy proponują nowe rozdanie. Moc krótkich, urywanych, ciętych fraz. Zdaje się, że jesteśmy na poziomie prawdziwie mikrotonalnym. 32-34 minuta - magia sonore na obu flankach! Taniec strun, dygotanie dysz! Tuż potem instrument Biliany zaczyna brzmieć … jak mała tabla. Ze strony Michaela błysk dźwiękowego szkła. Delikatność, mikrobiologia dźwięków. Muzyka sensoryczna? 40 minuta, to z kolei głucha cisza i szmery - usta Biliany, szczękościsk klarnetu. A może to tylko same oddechy wciąż żywych muzyków? 48 minuta – szkliste, wypolerowane struny w opozycji do małej maszyny parowej. I znów śmiały krok w kierunku poszukiwania wspólnego dronu akustycznego. Narracja przybiera na sile, tu smakuje wręcz folkowo, by po chwili … utracić swoją dość wyszukaną tonalność. Zjazd w dół, krok ku górze. 56 minuta, to studium uroczej repetycji (playback?). Głos, dysze, pojedyncze frazy, dźwięki otoczenia (?). Akustyka przestrzeni spektaklu przybiera kształt niemal idealny. 65 minuta – próba nowej narracji ze strony Biliany (z głosem). Klarnet zdaje się być nieco zalotny. Po stronie skrzypiec moc dodatkowych dźwięków (playback!). Violin like voice, voice like violin! Czas na poszukiwanie finałowej ciszy – zmysły uwagi i skupienia eksplodują. Piękno w rozbłysku!



czwartek, 6 września 2018

Dead Neanderthals! The Life in Depths of Endless Voids! Key to the story!


Czuła się, jakby straciła całą swoją ludzką powłokę, co było dziwne, ponieważ wciąż miała te same myśli co wcześniej. Kto zmienił jej wygląd? (opis płyty Narodziny/ Birth)

W jego oczach widać było panikę. Co by się stało, gdyby dowiedzieli się, że jeszcze nie umarł? Co by się stało, gdyby dowiedzieli się, że nie był nawet człowiekiem? (opis płyty Dawca Narządów/ Organ Donor)

Pierwotna złość i agresja mają w sobie duchowy rdzeń (Phil Freeman, okładka płyty Prime)


Intro

Para holenderskich, muzycznych freaków, Otto Kokke and René Aquarius i ich narzędzia tortur (określenia własne muzyków): saksofon i perkusja, okazjonalnie także syntezatory. Zwą się wyjątkowo trafnie Dead Neanderthals. Pod tą nazwą publikują muzykę od 2010 roku.

Jeśli muzyka ma nas oczyszczać, to winna boleć. Jeśli odbiorcom ma ona trwale zapaść w pamięci, winniśmy mieć na nią pomysł (koncept?), czasami brutalnie dotkliwy fonicznie, potem nadać jej odpowiedni kształt i wyposażyć w moc przekazu, nie mniejszą niż siła wodospadu. Post-punkowy konceptualizm?

Na przykład, stanąć na przeciwległych końcach stumetrowego tunelu i zgrać kilka dźwięków. Lub dąć w saksofon barytonowy jednym dźwiękiem, tak długo i intensywnie, by zaczął on sprawiać wrażenie, iż żyje własnym życiem i trwa bezczelnie już poza naszą percepcją. A może na jednym siedmiocalowym krążku pomieścić 10 etiud na groźny baryton i punkową perkusję. Lub sprawić, by ciąg dramatycznych dźwięków sax & drums przypominał pracę młota pneumatycznego i jeszcze w tytule nagrania użyć epitetu jazz.

Cechy charakterystyczne pomysłu na muzykę Dead Neanderthals? Artystyczna bezkompromisowość, brutalna konsekwencja w działaniu i brak jakichkolwiek gatunkowych zahamowań. I co nie mniej ważne - siła fizyczna, wytrzymałość długodystansowca w trakcie wykonywania takiej muzyki.

Saksofon barytonowy, tenorowy, sopranowy, często wzmacniany lub dekonstruowany prostą elektroniką oraz mantryczna, chwilami wulgarna, post-doom metalowa perkusja – oto neandertalski perfekcyjny mariaż instrumentalny. Takim samym narzędziem tortur, jak żywy saksofon, czy perkusja, zdają się być dźwięki syntetyczne, generowane przez komputery, syntezatory i całe zwoje mokrych kabli. Jeśli koncepcja wymaga użycia takich środków wyrazu, nasi holenderscy bohaterowie chętnie wchodzą w kolaboracje z muzykami parającymi się tymi urządzeniami.

Muzycy DN doskonale odnajdują w formule swobodnej improwizacji. Dwie takie płyty były już na tych łamach prezentowane, z chęcią jednak do nich powrócimy.

W 2015 roku na rynku holenderskim nieco szumu narobiła składanka nagrań rodzimych formacji, które grają ostrą muzykę improwizowaną. Obok tria Albatre (m.in. Goncalo Almeida), czy Cactus Track (John Dikeman, Jasper Stadhouders, Onno Govaert), na krążku odnajdujemy kilkunastominutową prezentację muzyki Dead Neanderthals. Płyta została przekornie nazwana The New Wave of Dutch Heavy Jazz. Why not!




Dyskografia duetu liczy już ponad 20 pozycji. Muzykę odnajdujemy na wszelkich dostępnych nośnikach – płytach kompaktowych, płytach winylowych, kasetach i w formie downloadingu. Poniżej omówimy je niemal wszystkie. Zaczniemy od prawdziwie free jazzowych erupcji, wydanych na tzw. długogrających nośnikach. Potem sięgniemy po mniej typowe, bardziej swobodnie improwizowane formy uprawiania muzyki, także te, które żadnym sposobem nie dają się przypisać do jakiejkolwiek szuflady. Następnie przeanalizujemy nagrania z użyciem dźwięków syntetycznych. Na koniec zaś omówimy dwa zbiory krótszych wydawnictw – najpierw okazałą kolekcję kilkunastominutowych EP’s, a następnie zbiór siedmiocalowych singli, zawierających krwiście grindcorowe, trwające nie dłużej niż minutę, muzyczne pociski dalekiego rażenia.


Heavy jazz as free fuck!

Pierwszą, trwającą dłużej niż kilkanaście minut, wypowiedzią artystyczną DN jest płyta  Polaris (CD, Utech Records, 2013). Zawiera blisko 30 minutową porcję soczystego free jazzu na saksofon tenorowy i perkusję, podaną w sześciu częściach. W przeciwieństwie do pierwszych singli i epek, nagranie pachnie improwizacją na kilometr. Gra Kokke jest wyrazista, mimo jak zawsze ekstremalnej formuły traktowania instrumentu, pełna jazzowych fraz, a eskalacja poziomu natężenia dźwięku nie jest tu celem nadrzędnym narracji. Start kipi emocjami, ale w dalszej części nagrania metody pracy saksofonisty stają się bardziej złożone. W odpowiednim momencie potrafi zamilknąć, chętnie buduje narrację wyważonymi, dłuższymi pasażami, świetnie wgryzając się w pracę kolegi. Drumming Rene nie stroni pod synkop, dużo w nim subtelności i niuansów typowych nawet dla straight ahead jazzu (choćby w ostatnim fragmencie).




Wątek udanie podjęty na Polaris, doskonale kontynuuje płyta And It Ended Badly (CD, Raw Tonk Records, 2013). Naszych bohaterów wspiera tu na saksofonie altowym, świetnie nam znany Colin Webster (de facto muzyk na statusie członka stowarzyszonego klanu DN, gdyż pojawia się na kilka płytach grupy). Nagrane na żywo, ale w studiu, sześć free jazzowych improwizacji, trwających niewiele ponad 30 minut. Początek płyty oczywiście zwala nas z nóg energią i siłą przekazu, jednak już od drugiego utworu muzycy zaczynają poszukiwać nowych metod tortur. Improwizacja w estetyce call & response, melodyjne meta ballady, które eksplodują ogniem po wielu minutach przygotowań, czy akcenty perkusjonalne u Rene (gongi i dzwonki). Napotkamy też na sonorystyczne dialogi obu saksofonów, a także dawkę hymnicznej zadumy ala Albert Ayler. Niewątpliwie obecność Webstera korzystanie wpłynęła na kreatywność stałych członków DN. Świetna płyta!




Prime (CD/LP/kaseta, Gaffer Records, 2014), to kolejna porcja free jazzu, jaką dostarczają Kokke i Aquarius w towarzystwie Webstera. Tu jednak poziom energetyczny nagrania zostaje podniesiony o kilkaset procent. Znów studyjne nagranie live, zbudowane na jednym 40 minutowym wydechu dwóch rozszalałych saksofonów barytonowych, wspartych konwulsyjnym drummingiem. Improwizowana eksterminacja, brutalnie piękna, akustycznie dotkliwa, niebezpieczna w dotyku, niczym gorąca lawa. W trakcie tej niebywałej ekspozycji każdy z saksofonów toczy własną opowieść, pełną furii i emocji. Narracja jest tylko pozornie monotonna. Uważne wgryzienie się w materię tych dźwięków pozwala dostrzec wiele niuansów i odcieni… hałasu. Szczególnie karkołomne zdają się być pasaże Colina. Być może Prime, to przykład najbardziej ekstremalnego użycia saksofonów barytonowych w historii gatunku, zwłaszcza po 30 minucie. Niebywałe nagranie!

Wątek współpracy DN z Websterem, w ramach pure free jazzowych rejestracji, wyczerpuje doskonały krążek Womb Of God (LP, Burning World Records, 2017). Koniecznie trzeba podkreślić, iż nagranie to nie powstało za tzw. jednym podejściem. Najpierw partię dźwięków nagrał duet, a potem – w sterylnych warunkach domowych – swoją partię saksofonu dograł Webster. Tę płytę recenzowaliśmy na tych łamach, trafiła także na listę najlepszych wydawnictw roku ubiegłego. Przypomnijmy sobie fragment recenzji, uzupełniony skrótem do pełnego tekstu.




(…) Wycie, oddech demona, electrodrumming, doom metalowa mantra. Stopa na bębnie basowym ustala zasady gry. Bicie serca! Saksofony jakby mniej posadowione w mrocznym dronie, choć nadal w niczym nie przypominają instrumentu dętego (raczej zmutowaną gitarę na wysokim prądzie). Emocje prawdziwe rockowe, doznania odbiorcy definitywnie multigatunkowe. Mechaniczny rytm perkusji udziela się wszystkim uczestnikom tego sabatu. Ostatni taniec! A recenzent ciągle chciałby głośniej! Heavy Jazz? Jakże przewrotnie brzmią te słowa w tych okolicznościach scenicznych. Na stronie A muzycy stali na krawędzi przepaści, teraz – na stronie B – robią ogromny krok do przodu. Narracja wije się w konwulsjach, jak tonący pod grubą warstwą lodu! Finał to już krwawe igrzyska śmierci, palenie na stosie tych, którzy zwątpili. To kres, rozkoszny kres tej szalonej podróży! Dwa saksofony i jedna perkusja! Nieprawdopodobny efekt foniczny! Na wybrzmieniu (jakże nieadekwatne określenie!) dostajemy odrobinę selektywnego dźwięku, jakby amplifikatory zostały wyłączone o sekundę za wcześnie. Tak! To, co słyszmy, to jedynie te trzy potworne instrumenty!





Powróćmy do duetowych nagrań. Wydana po drugiej stronie Atlantyku płyta Worship The Sun (CD, Relative Pitch Records, 2015) przynosi kolejną dawkę ekstremalnych doznań na polu free jazzu, silnie naznaczonego wyzwoloną, brutalną estetyką punk rocka. 37 minutowa jednotrakowa petarda, którą Otto zdaje się zaczynać na tenorze, by już po kilku minutach dąć w saksofon sopranowy. Perkusja Rene w stylistyce one way ticket, od startu do mety pracuje jak silnik atomowy. Sound saksofonu, jak na kanony DN, sprawia wrażenie niezwykle czystego i selektywnego. W początkowej fazie nagrania rozwaga i powściągliwość zdają się tyczyć szlak sopranowej ekspozycji. W 12 minucie sopranowy terrorysta nawet na chwilę milknie. Z każdą minutą muzycy dokładają jednak do ognia, a Kokke stara się operować w coraz wyższym rejestrze. Sama narracja upraszcza się, a widmo akustycznego orgazmu zdaje się kierować muzyków ku finałowej eksplozji. Znów emocje sięgają zenitu! Samą płytę, przy okazji, zaliczyć możemy do najlepiej wyprodukowanych dźwięków w dorobku DN.




Live at Roadburn 2016 (Kaseta, Roadburn Records, 2016), to rzadka okoliczność wysłuchania DN w wersji prawdziwie żywej, a zatem z udziałem publiczności. Duży, plenerowy, avant-rockowy festiwal w Tilburgu. Otto i Rene wychodzą na scenę z zamiarem zagrania najgłośniejszego koncertu w wieloletniej historii tego festiwalu. Uprzedźmy fakty – uda im się! W trakcie niespełna 26 minut doprowadzają do hałaśliwej ekstazy licznie zgromadzoną publiczność, która daje temu wyraz jak najbardziej werbalnie. Ostry jak brzytwa baryton (może tenor) i histerycznie rockowy drumming. Energia muzyków zdołałaby zapewne ogrzać niezbadane połacie pustyni syberyjskiej. Sax in clute dron, drums in spasms! Desperacja i dyscyplina! Jednorodny strumień akustycznej spermy – zjawisko prawdziwie oczyszczające zabrudzone zmysły. Free jazz, który potrafi zabić nieprzygotowanego odbiorcę. Jeśli ten ostatni przeżyje, staje się już innym człowiekiem. Koncert na festiwalu Roadburn, to kwintesencja artystycznej postawy Kokke i Aquariusa.




Na koniec wątku rozpoczętego płytą Polaris, kolejne koncertowe ujawnienie naszych bohaterów. Dietary Destrictions (Kaseta, Obsedante, 2015), to nagranie dedykowane Jamesowi Brownowi (sic!), dokumentujące berliński odcinek trasy koncertowej, jaką DN odbyli w towarzystwie kanadyjskiego gitarzysty Nicka Millevoi. Dwa kwadranse post-punkowego, improwizowanego hałasu. Nagranie jest monofonicznie, dźwięk dalece nieselektywny. Zdaje się, że także muzycy na scenie nie słyszeli się zbyt dobrze, stąd jedyną ich metodą twórczą zdała się być stara konwencja free – kupą mości panowie! Ta dość trudno przyswajalna ściana dźwięku ukazuje swoje ciekawsze oblicze jedynie w drugim odcinku, który de facto jest solową ekspozycją gitarzysty, delikatnie wspomaganą przez perkusję i ledwo słyszalny saksofon. Jeśli z czegoś w katalogu Martwych Neandertalczyków mamy zrezygnować, to właśnie z tego nagrania.


Improvised beyond everything!

Na potrzeby koncertu w jednym z teatrów w Tilburgu, Dead Neanderthals rozrośli się do elektroakustycznego oktetu (m.in. z udziałem Colina Webstera i Dirka Serriesa)! 82-minutowy spektakl dźwiękowy znamy dzięki wydawnictwu Endless Voids (2LP/2CD, Alone Records, 2015). To wyśmienite nagranie było już recenzowane na Trybunie. Przypomnijmy sobie fragment, wraz z linkiem do całego tekstu.




(…) Demony elektroakustycznej ceremonii powracają. Multigatunkowość jako nowy gatunek! – cięta reasumpcja recenzenta, który próbuje tłumaczyć dysonans poznawczy tego wydarzenia dźwiękowego. Dronowa symfonia narasta wyjątkowo spektakularnie. Grzmoty barytonu (tenoru) na lewej, kontra drobne kwilenia saksofonu (klarnetu?) na prawej flance. Środkiem sunie salwa dronów rozumnej elektroniki. Doskonałe! Zatop się w tej muzyce i słuchaj niezwykle szczegółowo! – jęczy recenzent, przykuty do jednego z gitarowych wzmacniaczy. Na sam już finał, coś na kształt nowego rytmu, może raczej pulsacji, która topi się jednak w industrialnym chaosie chwili. Respekt! Proces systematycznego wybrzmiewania ma ponadgalaktyczny wymiar i iście orkiestrowy rozmach. Cisza, tuż potem, jak ciekły ołów.


Równie szczery entuzjazm recenzenta dotknął nagranie Sluimer (LP/CD, Tonefloat Records/ A New Wave of Jazz, 2015), firmowane przez kwartet Fantoom. Kokke i Aquarius błyskotliwie i nad wyraz swobodnie improwizują tu z Dirkiem Serriesem (gitara elektryczna) i Martiną Verhoeven (kontrabas). Poniżej fragment recenzji i link do całości tekstu.

(…) W połowie tej wspaniałej podróży Martina, choć wciąż eskaluje na boku, potrafi soczyście w wklejać się w drony generowane przez gitarę i saksofon. Genialna dominacja trwających pasaży. Perkusja nieustannie tyczy swój szlak i funkcjonuje trochę na zasadzie kontrapunktu dla pozostałej trójki muzyków. Eskalacja w rozkwicie. Trudno wskazać personalnie lidera tych wydarzeń, ale z pewnością najwięcej wnosi tu szalona kontrabasistka, która nie przestaje prowokować swoich mężczyzn (tym, który najdobitniej reaguje w tym akurat momencie jest Otto na saksofonie). Crazy game! Po 25 minucie muzycy sugerują sobie wzajemnie krok w kierunku wybrzmiewania, ale są tak naładowani energetycznie, że proces idzie cokolwiek opornie (Martina w stanie orgazmu permanentnego!). Motorniczym spięć energetycznych zdaje się być w perspektywie całości Rene i jego czupurna, pyskata perkusja. Samoeskalująca się maszyna improwizacyjna! Gdy w końcu dojdzie już do wybrzmiewania finałowego – zjawisko jest niebywale urocze, repetytywne i brutalnie precyzyjne. Stopa wygłasza mowę końcową (jakże by inaczej!), a saksofon czyni lekki zaśpiew na ostatni już dźwięk! Genialne nagranie!





Najwyższy czas powrócić do owego stumetrowego tunelu, o którym wspomnieliśmy we wprowadzeniu do tego tekstu. Najbardziej konceptualna płyta DN zwie The Depths (CD, Skull, 2017). Cztery odcinki z niebanalnymi tytułami, około 28 minut muzycznego eksperymentu. Przypomnijmy - muzycy usytuowani zostają na przeciwległych końcach tunelu i grają spokojne, akustyczne dźwięki. Sposób, w jaki fonia rozprzestrzenia się w tak specyficznych okolicznościach akustycznych, sprawia, że ta plenerowa płyta zdaje się być czymś naprawdę wyjątkowym w dyskografii Neandertalczyków. Pojedyncze parsknięcia saksofonu, delikatne uderzenia w poszczególne elementy zestawu perkusyjnego. Echo i niski, dudniący pogłos czynią całą resztę. Także drżenie i specyficzny rezonans. Dubowa estetyka berlińskiego post-techno z lat 90. ubiegłego wieku, to trop, który udanie oddaje atmosferę nagrania tunelowego. W ostatnim fragmencie skojarzenia recenzenta docierają aż do filmowej muzyki Krzysztofa Komedy. Magia pogłosu wprowadza do nagrania istotny element retro. Bez wątpienia The Depths, to najspokojniejsze nagranie w dorobku duetu.




Zasada kontrastu sprawdza się także w zakresie słowa pisanego. Jeśli przed momentem nasze ucho zawiesiliśmy nad bodaj najspokojniejszym nagraniem Otto i Rene, teraz sięgnijmy po jedno z najgłośniejszych, by nie rzec – pure noise extreme event! Na wydawnictwie Molar Wrench (LP, Hominid Sounds, 2017) rozszerzona edycja Dead Neanderthals (z Colinem Websterem) łączy swe siły z avant-noise’ową formacją brytyjską, o nie mniej ekscytującej nazwie, Sly and The Family Drone (Matt Cargill - głos i efekty elektroniczne oraz Callum Joshua Buckland – perkusja). Niespełna 40 minut muzycznej śmierci w czterech odcinkach. Na dwóch pierwszych, zjednoczone siły hałasu stawiają nas pod ścianą i wiercą dziurę w głowie. Foniczny atak, który skutecznie kaleczy narządu słuchu, przy okazji oczyszczając mózg ze zbędnych procesów myślowych. Dwa saksofony barytonowe (chyba), dwie żywe perkusje i elektronika wysokiej mocy budują para-rockową hybrydę drums & noise. Innymi słowy - jazzowe akcesoria i ponadgatunkowy efekt. Prawdziwa przygoda z tą płytą zaczyna się jednak w trzecim utworze. Narracja istotnie wyhamowuje, perkusiści na moment odpoczywają, reszta zaś muzyków produkuje zmysłowe drony i w tempie marsza pogrzebowego zaprasza nas na spacer w nieznane. Oniryczny, szorstki deep dark ambient! Gdy obie perkusje wracają do gry, zaczyna się bodaj najlepszy fragment nagrania, zdobiony świetną free jazzową ekspozycją Webstera, przy równie wyrazistych pasażach Kokke. W finałowym utworze dynamika nagrania ulega dalszemu spowolnieniu, przyjmując postać dubowej meta ściany dźwięku. Przypomina się dobry, stary Bill Laswell i jego efemeryda Praxis. Komu mało emocji z odsłuchu Molar Wrench, niech sięgnie po dwa siedmiocalowe single, zawierające zarówno wspólne nagrania obu formacji, jak i ich osobne wystąpienia (Split, God Unknown Records, 2016 & 2018).


Syntethic as fire!

Blok płyt ze znaczącym udziałem dźwięków syntetycznych (Co by się stało, gdyby dowiedzieli się, że nie był nawet człowiekiem), zaczynamy od dwóch wyśmienitych wydawnictw, będących efektem kolaboracji Kokke i Aquariusa z Rutgerem Zuyderveltem, który od ponad dwóch dekad kreuje świat niepokornych dźwięków elektronicznych jako Machinefabriek. Na użytek tej współpracy muzycy przyjęli nazwę własną DNMF.




Krążek DNMF (LP, Moving Furniture Records, 2014) przynosi 37 minut imponującej rozmachem, twardej elektroniki z udziałem żywych instrumentów (saksofon, perkusja). Dodajmy, że Otto siada także do syntezatora, a Rene odpowiada za tzw. hałas (noise). Muzyka na pierwszej stronie winyla budowana jest na bazie trzech składników – dronu z syntezatora, harshowego saksofonu i dronu basowego (kind of electro), generowanego także stopą i bębnem basowym perkusji. Mroczna, deliryczna, repetytywna improwizacja, pełna klaustrofobicznej urody, pod koniec także konstruktywnego hałasu. Druga strona silniej akcentuje wątek syntetyczny (dark broken ambient). Żywe topi się tu w pogłosie elektroniki, posmaku kwaśnego industrialu. Demon nie czai się za rogiem, on jest stale z nami! Narracja gęstnieje niczym ciekły ołów. Po 10 minucie jakby nowy wątek – oto czas apokalipsy spełnia się w naszych uszach! Ściana syntetycznego dźwięku, a głęboko pod nią ukryte resztki żywego drummingu. Na finałowym wybrzmieniu, to jednak udziałem Aquariusa staje się doskonała puenta!




Po czterech latach trójka szaleńców powraca albumem Smelter (CD/LP/Kaseta, Moving Furniture Records/ Tartarus Records, 2018). Jedna, 39 minutowa historia. Na drżący w podstawach, szorstki flow syntetyki opada walec żywych dźwięków Rene i Otto – metal slow drums i charkot zepsutego instrumentu dętego. Dron Rutgera zdaje się w początkowej fazie nagrania żyć własnym życiem. Pulsujący, majestatyczny marsz żywego i syntetycznego, w którym trudno precyzyjnie zdiagnozować elementy składowe. Po 13 minucie perkusja milknie, a narracja przechodzi w fazę chroboczącego doom ambient. Po chwili repetycji (jakiż niesamowity sound całości – brudny, upalony, boleśnie piękny!), z podobną sytuacją mamy do czynienia od 24 minuty. Śmierć perkusji, gotycki rozmach mokrej elektroniki. Szczątkowe ekspozycje hałasu, klimat berlińskiego post-techno sprzed 20 lat, sample z chórem damsko-męskim, niczym zwiastowanie piekielne. Oto jak psychodelia i oniryzm święcą triumfy. Wybrzmiewanie jest długie, błyskotliwie, silnie osadzone w umierającej elektronice. Brawo!

Krishna, to z kolei nazwa własna kolaboracji Dead Neanderthals z Vincentem Koremanen (aka Drvg Culture). Ich jedyny, jak dotąd album zwie się Ascend to Nothing (CD, Siken Tofu, 2016). Jak ktoś to zgrabnie określił - muzyka medytacyjna dla nihilistów! 36-minutowa opowieść głęboko zanurzona w elektronice. Silny, elektroniczny beat, syntetyczny meta background, budowany dźwiękami z kilku źródeł. Przykład deep techno, ale bez epitetu minimal. Syntezatory pulsują, a mroczny taniec zimnego undergroundu tyczy szlak narracji. Z czasem dronowe tło zaczyna narastać, a nawet hałasować. Rodzaj upojnego transu, do odbioru czysto fizycznego. Na tle całej kolekcji nagrań DN, brudny, specyficzny chill-out, który kończy się surowym brzmieniem instrumentarium perkusyjnego. Smakowite!




Do nagrania płyty Craters (CD/LP, Consouling Sounds, 2017) Rene i Otto doprosili Maxime’a Petita na basie elektrycznym. Trzy żywe instrumenty plus syntezator pod palcami perkusisty. Uwaga, to jednak nie przypadek, iż tę doskonałą płytę omawiamy w dziale ognistej syntetyki! Blisko 37 minutowy, nieprzerwany potok dźwięków zdominowany jest bowiem przez fonię właśnie tej proweniencji. Bas drży i generuje nerwowe drony, klastery saksofonu dudnią jak dogorywająca armia wojsk sprzymierzonych, a nad wszystkim dominuje strzelisty pasaż syntezatora (Rene w całym nagraniu niemal nie dotyka zestawu perkusyjnego). Post-rockowa, wielowymiarowa, multiplikująca się elektronika z inkrustacjami ledwie żywych instrumentów. Od czasu do czasu grzmoty spod stopy drummerskiej (a jednak!), płynne przestery basu i saksofon śmiertelnie zaplątany w megabajty. Jedno z najlepszych nagrań DN, które wieńczy eksplozja naprawdę szalonych dźwięków, sklejonych w gęstą niczym ołów, ekspozycję finałową.




Life (CD, Medusa, 2018), to jedyna w tym dziale płyta nagrana w rdzennym duecie. Być może także najbardziej jaskrawy przypadek konceptualizmu w muzyce Dead Neanderthals. 36 minut materiału dźwiękowego, wedle opisu płyty mającego walor kompozycji. Elementy składowe – grom twardej elektroniki, w postaci dwóch dronowych pasm, niskiego i nieco wyżej posadowionego oraz pojedynczych uderzeń w wirtualne klawisze nieistniejącego fortepianu. Instrumentarium nieznane, brak znamion użycia żywych przedmiotów wydających dźwięki. Narracja od pierwszej do ostatniej sekundy nagrania stoi w miejscu (very long sustained piece), trwa niczym starożytny minotaur na rykowisku. W połowie płyty recenzent ma wrażenie, że w dalekim planie rodzi się nowy dron. Ale to chyba tylko złudzenie. Manipulując siłą nacisku słuchawek na uszy, można za to dowolnie modyfikować natężenie dźwięków. To rola słuchacza. Zdaje się, że muzycy na starcie odpalili maszynę, a potem jedynie przyglądali się rozwojowi sytuacji. Ciekawe doświadczenie (konceptualne?) obcowania z nagraniem, które po nagłym wybrzmieniu, żegna nas szumem analogowej płyty.


EP - bloody hell format!

Skoro tak usilnie doszukujemy się w artystycznej kreacji Dead Neanderthals znamion konceptualizmu, wróćmy do owego młota pneumatycznego, o którym wspomnieliśmy na wstępie tekstu. Płyta zwie się Jazzhammer/ Stormannsgalskap (10” LP, Burning World Records, 2012) i jest pierwszą w dyskografii grupy nieco bardziej rozbudową ekspozycją, trwa bowiem blisko 19 minut. Jazzowy młot rzeczywiście brzmi, jak praca urządzenia budowlanego. Akustyczna ekspozycja, której wykonanie z pewnością nie było prostą czynnością w zakresie uprawiania muzyki. Perkusja wybija rytm młota, saksofon barytonowy kreśli intrygujący, stojący, silnie sfuzzowany dron. Efekt foniczny budzi respekt! Niemal 10-minutowa pieśń zmienia bieg narracyjny raz na dwie, trzy minuty i są to zmiany… kosmetyczne. Na final słyszymy dodatkowy saksofon barytonowy (efekt post-produkcji). Druga strona epki jest już mniej radykalna, zawiera dość silnie osadzony we free jazzie taniec barytonu i progresywnej perkusji. Ten pierwszy ponownie multiplikuje się w trakcie hałaśliwej ekspozycji, a także zanurza paluchy w skromnej elektronice.




Kolejne wczesne mini-albumy DN kontynuują radykalny, brutalny i silnie trzeźwiący potok free jazzowego hałasu. Na Meat Shovel (Kaseta, self-released, 2013) Otto bierze w dłonie saksofon tenorowy i wraz z nadpobudliwym Rene, kreśli wspominkową opowieść o czasach II Wojny Światowej. Nagranie wydane dla upamiętnienia 68 rocznicy zbombardowania Hiroshimy. Zatem nie bez przyczyny, w warstwie muzycznej, nie daleko tu do dźwięków charakterystycznych dla wybuchu bomby atomowej. Na płytach Body Horror (Kaseta, self-released, 2013) i Random Acts of Nuclear Devastation (CD-r, self-released, 2014) Kokke gra na saksofonie sopranowym. Nie należy jednak z tym faktem wiązać jakichkolwiek nadziei na złagodzenie obyczajów. Speedowa rytmika perkusji i sopran, który potrafi zedrzeć błony z narządów słuchu, niczym przesterowana trąbka-sygnałówka. Nie brakuje jednooddechowych ekspozycji saksofonisty, które jeszcze dobitniej radykalizują muzyczny przekaz DN. Druga z epek, tytułem nawiązująca do post-nuklearnej krucjaty, jest przy okazji nagraniem koncertowym. Rene ciekawe wzbogaca tu swój drummerski arsenał i mimo imponującego tempa dewastowania instrumentu, umiejętnie wplata w narracje metafizyczne niemal synkopy. Muzyka definitywnie płonie.




Dolphins (DL, self-released, 2016), to kolejna kilkunastominutowa eksplozja dźwięków, wydana na świat w ostatni dzień roku. Prawdziwy heart attack! Ściana dźwięku o niespotykanej intensywności, nawet jak na kanony DN. Free heavy and noise jazz! By znów zacytować fanów – zgrabne połączenie doświadczeń Alberta Aylera i Napalm Death. Przy bliższym poznaniu, bywa śmiertelne.

Mija dokładnie rok i znów, ku przestrodze miłośników gatunku, właśnie udających się na sylwestrową zabawę, na świat spłodzona zostaje epka. Tym razem jest to Organ Donor (DL, self-released, 2017). Pisaliśmy już o niej, oto fragment i skrót do całości tekstu.

(…) Nie da się pisać o tej muzyce, trzeba jej koniecznie doświadczyć! Play loud and stay crazy! Dron saksofonu, wspieranego wulgarnym syntezatorem vs. obsesyjny, perkusyjny beat metal! To nasze środowisko foniczne. Doom-rockowy walec z improwizacją zaszytą w procesie permanentnego, acz powolnego narastania wielodźwięku generowanego przez Kokke. Niczym nalot dywanowy! Lotni, kryj się! To być może nie jest to do końca wytłumaczalne, ale owo muzycznie przeżycie zdaje się być esencjonalnie doskonałe. W 8 minucie saksofonista jakby włączał nowy dopalacz w swoim megadronie. Ta pieśń potępionych, to rodzaj hipnotycznej mantry, która nie musi przynieść oczyszczenia. A syntezator mocy działa (wyraźnie słyszalny od 11 minuty). Dron, który zagryza dron! Finałowa ściana dźwięku oznaczać może tylko jedno – play it again! Tak – przycisk repeat śmiało służyć może do wielokrotnego użytku.





Bogatą płytotekę Dead Neanderthals, jeśli chodzi o krótką, kilkunastominutową formę, wieńczy najnowsze jak dotąd wydawnictwo Birth (DL, self-released, 2018). Oto rytualny taniec z okazji narodzin bliżej nieokreślonego bytu (okładka dość przerażająca). Instrument Aquariusa brzmi jak … żywy automat perkusyjny. Brzmienie saksofonu Kokke zdekonstruowane zostaje do poziomu brutalnego pasma syntetycznych dźwięków. Z minuty na minutę wzbogaca się o kolejne elementy (przy wsparciu syntezatora). Akustyka całości na bardzo dobrym poziomie, a tempo rażenia dalece wyważone. Chwilami pobrzmiewa tu echo niemieckiej post-rockowej elektroniki, ale podłączonej do linii wysokiego napięcia. Do wielokrotnego odsłuchu!


One minute is enough!

Na finał dzisiejszego overview, cofamy się do prapoczątków Martwych Neandertalczyków. W latach 2010-2011 Otto i Rene wydają cztery siedmiocalowe single, na których są w stanie pomieścić łącznie … 33 utwory na perkusję i saksofon barytonowy. W sumie trwają one około 40 minut. Prosta matematyka wskazuje, iż czas pojedynczej ekspozycji z rzadka przekracza 1 minutę. Estetyka punk rocka, grindcore, doom metal itd. Dodajcie sobie kolejne określenia dla opisu ekstremalnie głośnego i szybkiego generowania przekazu fonicznego. Na ogół za jednym podejściem, bez post-produkcji i wsparcia elektroniki, tak częstego dla późniejszych dokonań duetu. Każde nagranie ma swoją mini strukturę, drąży jakby inny wątek punkowego zgiełku perkusji i saksofonu. Na ogół budowane bywa na jednym klasterze saksofonu i adekwatnym bicie drummerskim.




Na Dead Neanderthals (Batshit Records) najpełniej i najgroźniej zdają się brzmieć odcinek trzeci i piąty. Na The V-Shaped Position ( Batshit Records) szczególną uwagę zwraca ostatni utwór, który niespodziewanie trwa aż 5 i pół minuty, a zbudowany jest na zwalistym dronie, który zdaje się mieć konsystencję ciekłego betonu. The Saw (Grindcore Karaoke), to ledwie trzy ostro ciosane pociski z dużą porcją noise-rockowego przesteru. Wreszcie We Are Dead Neanderthals (self-released) - dwanaście pozycji, nagranych na żywo (z publicznością?) w jaskini odsłuchowej (tłumaczenie dosłowne), stanowiących rodzaj the best of dla prenatalnego okresu w życiu DN. Kosmiczna energia, punkowy brud i wyjątkowa swoboda wypowiedzi. Jak zanotował recenzent – to nie jest muzyka garażowa, to już muzyka jaskiniowa!





****

Nagrania Dead Neanderthals dostępne są pod tym adresem:





środa, 29 sierpnia 2018

Albert Cirera! Abdul Moimême! Alvaro Rosso! ‎Dissection Room! Be careful, maybe without handles!


Czas i miejsce zdarzenia: 8 grudnia 2017 roku, O'Culto da Ajuda, Lizbona.

Ludzie i przedmioty: Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy (łącznie z preparacjami), Abdul Moimême – gitara elektryczna i objects, Alvaro Rosso – kontrabas.

Co gramy: muzyka swobodnie improwizowana.

Efekt finalny: ponad 53 minutowy koncert, zarejestrowany jako jeden ciąg dźwięków, wydany jako Dissection Room przez Creative Sources (premiera, lipiec br.). Tytułem wykonawczym – personalia muzyków, w kolejności jak wyżej.




Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Dissection Room. Pokój niepodzielony na części, być może pozbawiony klamek. Także pomieszczenie do przeprowadzania sekcji zwłok. Semantyka tytułu może budzić uzasadniony niepokój. Muzycy od samego startu, nie mają zamiaru wyprowadzać słuchacza z tego stanu ducha.

Sceneria foniczna otwarcia jest następująca – na prawej flance prychanie saksofonu tenorowego (pogłos sali koncertowej wzmaga niedelikatność jego brzmienia), na środku ostre pasaże smyczka na mocnym kontrabasie, na lewej zaś elektroakustyka gitary i wspomagających ją obiektów/ przedmiotów różnych. W początkowej fazie koncertu improwizacja budowana jest na zasadzie elektroakustycznych kontrastów. Zmyślne bioprądy mechaniki gitary vs. groza mocnej, dobitnej akustyki. Z jednej strony dronowe pasaże, z drugiej urywane, cięte ostrym nożem frazy. Aura aktywnego oczekiwania na to, co być może w ogóle się nie wydarzy. Wszystko, co dociera do naszych uszu brzmi perfekcyjnie, co jest zasługą zarówno świetnego nagłośnienia przestrzeni koncertu, jak i wybitnej roboty mistrza masteringu Ferrana Conagli.

Abdul wzbogaca brzmienie tria o rezonans, akcenty perkusjonalne, dźwięk drżących talerzy i metafizyczną głębię. Jego pole fonicznego rażenia przypomina zwinną orkiestrę, która nie stroni od niespodziewanych dźwięków, a tych kojarzonych z samą gitarą, zdaje się być najmniej. Siłą Alberta i Alvaro jest brutalna prawda ich akustycznych, żywych, nieamplifikowanych instrumentów, poddawanych wszakże nieustannie najprzeróżniejszym preparacjom. Kontrabasista przypomina dzikie, free jazzowe zwierzę, gotowe na każde rozwiązanie dramaturgiczne, które zna także doskonale drogę do najbliższej filharmonii. Albert – tego Pana znamy świetnie – już na statusie wybitnego emancypatora saksofonu, zwłaszcza tenorowego. W jego rękach ten jurny dęciak jest w stanie zagrać dowolny dźwięk. A wszystko w głowie jego właściciela.

Moc pięknych, sustained pieces, trwających pasaży, konstytuuje jakość kolejnych minut koncertu. Wrażenia akustyczne mieszają się w głowie recenzenta – po kwadransie tylko fakt, iż muzycy ciągle pozostają w tych samych miejscach sali koncertowej, sprawia, że percepcja dźwięków nie napotyka na dysonans poznawczy. Abdul i Albert – ich imitacyjna synergetyczność niesie moc improwizacji zdecydowanie błyskotliwymi wzgórzami. Niedźwiedzia siła smyka na gryfie kontrabasu, posadowionego pomiędzy nimi, sprawia, iż ład narracyjny zachowuje status quo. Alvaro chętnie wchodzi z partnerami w dyskursy opiniotwórcze, jakkolwiek chętniej i częściej czyni to z Albertem. Przykładem choćby ich dłuższa opowieść w okolicach 20 minuty. Komentarz Abdula ginie w soczystym rezonansie jego bogatego oprzyrządowania. Tuż potem cała trójka, w artystycznej zgodzie, buduje elektroakustycznego potwora, pełnego zdrowego, niemal free jazzowego hałasu! Piękna ekspozycja, która równie atrakcyjnie ucieka w wybrzmienie i chwile kojącego uspokojenia. Oniryczne hamowanie w otchłań czystej akustyki. Kolejnym krokiem jest zanurzenie wszystkich instrumentów w industrialnym chaosie sytuacyjnym. Świetne reakcje, doskonała komunikacja, siarczysta faktura dźwięków!

30 minuta przynosi krótki epizod solowy na saksofonie sopranowym. Stylowy tanieć śmierci! Zaraz potem głęboka, tłusta ekspozycja Abdula, której towarzyszą zaskakujące dźwięki wprost z tuby saksofonu. Niechybnie Albert coś do niej powkładał. Efektem kolejny pakiet niezwykłych rozwiązań brzmieniowych – prawdziwa metafizyka improwizacji! W 35 minucie drapieżny kontrabas i jednooddechowy saksofon – jak na paradzie! Eksplozja wolnego jazzu, przy wsparciu abstrakcyjnego percussion ze strony Abdula. Kolejny wspaniały moment koncertu!

Pod koniec czwartej dziesiątki minut muzycy serwują nam siarczysty, grubociosany ambient. Uroda narracji zatrzymuje się na nieco innym poziomie. Znów pachnie krwistym industrial, niemal w estetyce Throbbing Gristle. Tuż potem powrót do bardziej oczywistego frazowania, który także należy rozpatrywać w kategorii bardzo dobrej decyzji muzyków. Druga część koncertu wydaje się bardziej intensywna, głośniejsza, a poziom zaangażowania muzyków w proces jeszcze silniejszy. Po 45 minucie zaczynamy delikatne hamowanie i szukanie puenty dla całej koncertowej ekspozycji. Oniryzm na małych strunach gitary, chwila zawieszenia na dużych strunach kontrabasu. Strumienie sonore w tubie saksofonu. Im bliżej linii mety, tym narracja staje się coraz spokojniejsza. Nie brakuje nowych rozwiązań ze strony Abdula, także pokrętnej melodyki żywych instrumentów. Finał, jak cała płyta, ocieka entuzjazmem recenzenta. Po ostatnim dźwięku, kilkadziesiąt sekund ciszy w oczekiwaniu na moc oklasków. Zjawiskowe!