środa, 18 lipca 2018

RyokoSam! Kage Cometa! La Rastres! A Journey In Search Of Lost Time! *)


Wciąż debatujecie nad nowymi, jak zawsze epokowymi nagraniami Matsa Gustafssona czy Kena Vandermarka? Zastanawiacie się, ile doskonałych płyt z blondynką nagra jeszcze Peter Brotzmann? A może rozpływacie się nad histo(te)rycznym powrotem do free jazzu Dave’a Hollanda? Nie macie poczucia straty czasu?

Trybuna Muzyki Spontanicznej przygotowała dla Was prawdziwą odtrutkę! Trzy płyty młodych, zapewne zupełnie nieznanych muzyków z dalekich krajów! Poczytajcie, potem kupcie płyty (Bandcamp!) i posłuchajcie! Jakość podróży w poszukowaniu utraconego czasu gwarantowana!




RyokoSam  Gold-cut Square Voice (Raw Tonk Records, CD 2018)

Szalony duet złożony z japońskiej saksofonistki Ryoko Ono i brytyjskiego freaka Sama Underwooda, który będzie grał na instrumentach stworzonych … przez siebie (bliższych szczegółów brak!). Sami muzycy określają swoje dzieło dźwiękowe jako all noises produced by (bez komentarza!). 10 traków, 36 minut z sekundami. Brak danych, co do miejsca i czasu powstania nagrania.

W pierwszym odcinku spotyka nas buńczuczny saksofon altowy, silnie free jazzowy, z nutką zaśpiewu Ornette’a Colemana na samym brzegu tuby. Obok silny podmuch jednotonowej tuby. Akustyczny dron, który zrywa podłogę, a na koniec wpada w charkot i kompulsywne drżenie. W drugim zdaje się, iż mamy do czynienia z instrumentem dętym, który po dłuższej chwili odsłuchu sprawia jednak wrażenie instrumentu perkusyjnego, którego krawędź jest drastycznie pocierana. Szumy i dzikość serca saksofonistki. Duch oświeconego industrialu. Gęste po sam sufit. W trzecim wkraczamy w rozległy obszar elektroakustyki, oczywiście tworzony przez nieokreślone źródła dźwięku. Rodzaj bębna, który jest silnie amplifikowany i wydaje dość jednostajny rytm. Może to być także efekt korelacji rąk artysty i strun kontrabasu. Maszyna pracuje, a saksofon zgłębia dokonania współczesnej sonorystyki. Czwarty odcinek istotnie gwałci nasze narządy percepcji. Ostry saksofon i urywane dźwięki elektroniczne, generowane w wysokim rejestrze. Jakby pracowało dla nas jakieś zepsute urządzenie zasilane prądem. Ryoko szybuje i kreśli pętle. Ma lekko upalone brzmienie, czym przypomina epokowe For Alto Anthony’ego Braxtona (sposobem gry także!). No i piąty fragment – coś na kształt instrumentu perkusyjnego. Obok saksofon, który płynie tym razem długimi pasażami. Odrobinę monotonne, rzecz można kolokwialnie – repetytywne. Pętla za pętlą, w pełni akustycznie. Szósty – w rękach Sama ląduje gumowa zabawka dziecięca. Szczypta elektroakustyki na backgroundzie. Ale kto tu wydaje dany dźwięk? Który z nich pochodzi z dęciakia, który z duszonej zabawki dmuchanej? Ryoko chyba mocno preparuje, może gra na samym ustniku… Harsh electronic in sonore environment! Siódmy odcinek rozpoczyna ostry, znów jakże braxtonowski alt. Obok pulsują mikrodrony, niczym z zepsutego odbiornika radiowego. Hałas komentowany niemal balladowym free jazzem. Popisowa ekspozycja Ryoko, chyba najlepszy moment płyty. Kolejna (ósma) opowieść startuje niezwykle wysokim altem. Pod nim grzmiący smyk dużej mocy. Może to gitara zakotwiczona we wzmacniaczu, w każdym razie jakieś struny pod napięciem. W dziewiątym alt płynie jeszcze wyżej. W tle amplifikator, który pluje elektroakustycznym sosem. Eskalacja, pulsacja, wegetacja. Milknie i ponownie eksploduje. Ryoko zdaje się kolejny raz szczytować. Noise for ever, prawie 5 minut, najdłuższy fragment. Na finał powrót rwanej, szarpanej mieszanki żywego i syntetycznego dźwięku. Alt spokojniejszy, już chyba widzi tablicę z napisem koniec. Muzycy mają się ku sobie, zgrabnie imitują dźwięki współpartnera (wszakże w estetyce stosunku przerywanego). Rodzaj upiornej meta ballady na ostatniej prostej.




Dylan Fujioka/ Patrick Shiroishi/ Paco Casanova  Kage Cometa (FMR Records, CD 2018)

Czyżby moment na odrobinę sztuki wysokiej? W każdym razie udajemy się ... do Muzeum Sztuki Współczesnej w Los Angeles (marzec 2017). W jednej z sal napotykamy na trójkę lokalnych**) muzyków - Patricka Shiroishi, który zagra na saksofonie altowym i sopranowym, Dylana Fujiokę, który zagra na perkusji oraz Paco Casanovę, który obsługiwać będzie bliżej nieokreślone instrumenty klawiszowe. Jedna opowieść, niemal 39 minut.

Od startu towarzyszy nam szum sali, pomruki oczekiwania, niczym w filharmonii. Improwizacja rodzi się na powierzchni instrumentu klawiszowego. Dość szybko nabiera odpowiedniej gęstości, szorstkości i płynności. Warstwa na warstwie, dźwięk obok dźwięku. Do gry sposobi się drummer, opukując werble i tomy, sprawdzając glazurę talerzy. Tymczasem saksofon już od kilku chwil wtóruje na stronie. Narracja płynie szerokimi pasażami, smakuje soczystym dark ambientem. Bogata faktura całości. W 7-8 minucie wyłania się z tego całkiem jazzowa ekspozycja, oparta na brzmieniu elektrycznego piana. Klimat wyrafinowanego fussion i zapach dobrej trawy, który unosi się w muzealnej salce. Casanova permanentnie sięga po nowe rozwiązania. Nie znamy dokładnie jego instrumentarium, ale zdaje się być dość różnorodne. Saksofon Shiroishiego, póki co, zabiera głos dość nieśmiało i raczej dba o estetyczny background. Co innego Fujioka – szybko wchodzi w interakcje, jest wyjątkowo aktywny i w każdej sytuacji ma dobry pomysł na ciąg dalszy. Po 10 minucie poziom komunikacji w trio osiąga już optymalny poziom. Świetne reakcje, niebanalne koincydencje. Saksofon i keyboard coraz częściej śpiewają jednym głosem i niosą narrację kolorowym wzgórzem. Perkusja zaś zdaje się tu być kołem zamachowym, dynamizującym improwizację i stymulującym do działania. Tuż przed 20 minutą narracja ponownie rozlewa się szerokim strumieniem i istotnie zwalnia. Fussion ambient? Casanova robi dobry krok w kierunku onirycznej psychodelii, aż palce lizać! Rusza nowa narracja, budowana na krwistym dronie niskiej elektroniki. Repetycja w tej sytuacji zdaje się być najwłaściwszym środkiem wyrazu. W międzyczasie swobodna ekspozycja drummera, trochę na zasadzie kontrapunktu. Na scenie kipi od emocji i zwrotów dramaturgicznych. W 25 minucie pojawia się spora dawka melodyjnych, quasi balladowych mikroekspozycji. Dużo przyjaźni na linii saksofon – klawisze. Tuż potem improwizacja dostaje kolejne życie – aktywny saksofon, pełny zdrowego free jazzu, a w tle coś na kształt fortepianowego pasażu, ze spora dawką rytmu tuż pod palcami muzyka. Obok czujny, bojowy perkusista. Muzycy ochoczo brną w eskalację. Czynią to brawurowo, nie podejmując złych decyzji. 35 minuta przynosi kolejny moment wytchnienia. Znów psychodelia zdaje się być skutecznym orężem Casanovy. Sopran tańczy tuż obok, wije się wokół własnej osi. Na sam finał porcja smacznej melodyki, aylerowskiego zaśpiewu, hipnotycznej narracji, która błyskotliwie wybrzmiewa. Oklaski!





Miguel A. García/ Fernando Ulzion/ Matías Riquelme  La Rastres (Discordian Records, DL 2018)

Na finał naszego dzisiejszego ognistego trójpaku, porcja improwizowanej elektroakustyki z Bilbao! Luty bieżącego roku, Larraskito Studio, a w nim trójka muzyków: Miguel A.García – elektronika, Fernando Ulzion – saksofon altowy i sopranowy oraz Matias Riquelme – wiolonczela. Sześć fragmentów z tytułami, niewiele ponad 25 minut.

Od pierwszych dźwięków czujemy swąd urządzeń elektrycznych, szumy i szmery charakterystyczne dla zwoju kabli, pulpitu i dygoczących z zimna, żywych instrumentów, które też przecież mogą być zaplątane w historie z prądem, czy różnego rodzaju wzmacniaczami. Mikrozdarzenia w tubie altu, ślady sonorystyki zatopione w brutalnych okolicznościach elektroakustycznych. Zdaje się, że jedynie wiolonczela ma odwagę from time to time dobywać się z siebie czyste, akustyczne dźwięki. Obok skwierczy bowiem biały szum, który dopiero na koniec dopuszcza do głosu saksofon i drobinki smyka na gryfie. W kolejnym fragmencie elektronika w permanentnym natarciu. Żywi jednak nie dają na wygraną, stosując hałas i kilka niebanalnych rozwiązań fonicznych, doprowadzają do elektroakustycznej równowagi. Udane pasaże cello i drony saksofonu. Na finał elektroniczna burza z piorunami. Trzeci budzi nas modulowanym skwierczeniem, syczeniem na kablach i czymś, co fonicznie kojarzyć moglibyśmy z samplami. Saksofon i wiolonczela starają się grać głośno, gdyż po prawdzie nie mają innego wyjścia. Gdy tylko udaje im się wyjść na powierzchnię, jakość improwizacja rośnie w postępie geometrycznym. Na finał znów giniemy w elektronice (basowy dron). Czas na odcinek czwarty – wiolonczela pętli się na gryfie, repetuje i łapie prąd każdą struną. Ciekawa interakcja z syntetyką. Strunowiec dominuje dramaturgicznie, ale nie jest w stanie zawłaszczyć całej przestrzeni. Na finał nieco więcej dynamiki, jakby elektronika wpadała w delikatną psychodelię. Piąty fragment wyrasta hałaśliwie spod strun wiolonczeli. Gęsta, murowana narracja. Sporo emocji w tubie saksofonu, ale wszystko dzieje się jakby za zasłoną elektroniki. Bez wątpienia płyta budowana jest z perspektywy tego, co czyni ze swą elektroniką Garcia. Nie brakuje interesującej akustyki, ale filtrowana jest ona, a nawet dekonstruowana na kablach, także z odrobiną plądrofonii. Finałowy track ma numer sześć – ciąg dalszy gęstej, intensywnej improwizacji. Grzmoty elektroniki i jęki akustyki. Sopran gotuje się z nadmiaru pomysłów, które nie zawsze znajdują uznanie przy pulpicie sterowniczym. Tu dron z prądem porządkuje scenę i wyznacza kierunek finałowej rozgrywki. Ostatnie dźwięki topią się w białym hałasie.



*) ang. Podróż w poszukiwaniu utraconego czasu.

**) nie ma pełnego przekonania co do tego faktu - dane personalne muzyków zdecydowanie z obszaru multikulti - nie mniej saksofonista był już gościem na tych łamach i co do niego, mamy pewność, iż jest kalifornijskim rezydentem

piątek, 13 lipca 2018

Parker! Guy! Lytton! Again at the Vortex!


Evan Parker, Barry Guy i Paul Lytton - bez wątpienia najwybitniejsze trio europejskiej muzyki swobodnie improwizowanej – po pięciu latach przerwy *) powraca z nowym wydawnictwem!

Dzieje się tak dokładnie w rok po tym, jak wszyscy muzycy tej wyjątkowej formacji, dumnie wkroczyli w ósmą dziesiątkę życia (po prawdzie, Evan uczynił to już cztery lata temu). Dziś, gdy czytacie te słowa, mija zaś prawie dokładnie dwa lata od momentu powstania nagrania, które na owej nowej płycie pomieszczono.

A zatem oczywiście Londyn, oczywiście klub Vortex (ulubiona miejscówka Parkera) i … dane personalne założyciela klubu, Davida Mossmana, w tytule wydawnictwa.

Nie będę wyliczał, która to już płyta w dorobku tria, dociekliwych odsyłam do skromnej monografii Evana Parkera i rozdziału poświęconego współpracy z Barry Guyem i Paulem Lyttonem. Oto stosowny skrót.

Czy coś winniśmy jeszcze wiedzieć, nim zajrzymy do środka CD Music For David Mossman - Live At Vortex London? Poza faktem, iż wydawcą jest szwajcarski Intakt Records (cztery utwory, 61 i pół minuty)? Może tylko konstatację recenzenta, która zapewne odkrywa wszystkie karty – ta płyta jest po prostu doskonała!




Opowieść pierwsza. Kontrabas rozgrzewany przez Guya ostrymi szarpnięciami strun, tuż obok głaskanie werbla przez Lyttona i Parker, który milczy i czeka na swój moment. Duet szybko łapie odpowiedni rytm, garściami łyka pokrętną dynamikę. Rodzaj free jazzowej ekspozycji gołej sekcji, w oczekiwaniu na solistę. Ale w wypadku tych wspaniałych muzyków, nic nie jest oczywiste. Imponująca energia facetów, którym ktoś niespodziewanie odjął pół wieku życia i dodał skrzydeł! W 4 minucie skromne hamowanie i wejście Parkera na tenorowym. Spokojne, delikatne podmuchy wprost z tuby, szum z ustnika. Trio potrzebuje jednak ledwie parunastu sekund, by nabrać mocy i ruszyć po pierwsze tego wieczoru złote runo. Czujemy, że Panowie są dziś w doskonałej formie, zarówno fizycznej, jak i mentalnej. Już po kilku minutach wszystkie pajęczyny w Vortexie zostają zerwane ze ścian! Gęsta, soczysta, jakże energetyczna chwila, której trwanie nie ustanie do samego końca koncertu. Parker i Guy rozmawiają w sobie tylko znanym języku. Niemal pół wieku wspólnych przygód na scenie, a oni wciąż mają sobie coś ciekawego do powiedzenia, zawsze znajdą nowy wątek. Moc i siła, to podstawowe parametry pieśni otwarcia. A Lytton? Płynie wartkim strumieniem na podwyższonym wskaźniku drummerskiego adhd. Brawo!

Opowieść druga. Start łudząco podobny do poprzedniego. W roli głównej kontrabas i zwinne palce Guya. Jakaż rozgrzewka na gryfie! Agresywnie, frywolnie, bezczelnie! To w zasadzie solo, bo Lytton tylko puka w talerzyk, jakby chciał przypomnieć, że siedzi tuż obok szalejącego kontrabasisty. Na wejście Parkera znów czekamy do 4 minuty. Tu jego tenor płynie bardziej głęboko, narracja zdaje się być nieco zawieszona w czasoprzestrzeni, chybocze się, kolebie, jakby stąpała po cienkim lodzie. Moc idzie jednak wraz z nim. Tuba na jednym oddechu drży i wypuszcza nowe porcje ognistej lawy! Pierwsze hamowanie dopiero po 7 minucie. Drobinki sonorystyki, zwiastujące początek nowej historii. Muzycy wzajemnie dopingują się, motywują, w efekcie czego, pod koniec 10 minuty, doświadczamy już klasycznej, błyskotliwej, pełnej niuansów galopady free improv.

Opowieść trzecia, najdłuższa na płycie, zaczyna się dźwiękami generowanymi przez wszystkich muzyków. Modelowa komunikacja, niepoliczalne pokłady synergii, moc empatii. Podskórna telepatia. W języku wielbicieli – zero zaskoczeń, ocean szczęścia! Energia atomowa, młodzieńcza, zwierzęca fantazja! Temperatura improwizacji dawno przekroczyła dopuszczalną skalę. A Lytton? Im starszy, tym bardziej przesiąknięty energią kinetyczną power drummerów! Tytan werbli, tomów i bębna basowego. W 9 minucie indywidualny popis Guya, ale Lytton czyni dokładnie to samo. Aż kontrabas milknie na moment. Fire music! Tenor wraca odrzutowo po kilkudziesięciu sekundach. Krew na ścianach! Mehagodzilla u wrót miasta! Trio wchodzi na poziom energetyczny, który być może nie był ich udziałem od dekady, albo i dwóch! Jakby na potwierdzenie słów recenzenta, Parker kreśli zabójcze solo z drobnym wsparciem Guya. Wstrząsające wytłumienie następuje niespodziewanie - ocieka kroplami sonore i bogactwem perkusjonalnych ornamentów. I od razu, jakby nowa narracja, która płynie tak szerokim strumieniem, że aż strach zamoczyć nogi. Kontrabas na smyku, tenor w stanie permanentnej eksplozji. Ten, to dziś może góry przenosić! Raw Power! Tuż po nich kilkadziesiąt sekund dla Lyttona. Tu dzieje się już wszystko, co znamionuje szczyt. Kosmiczna moc i tylko dobre decyzje rozjuszonych 70-latków! Szatańskie cyrografy parafowane niechybnie!

Opowieść czwarta. Wyważony wstęp saksofonu, kontrabas i perkusja na spokojnie, ale z pokładami nowych sił z tyłu głowy. W okolicach 4 minuty muzycy zaczynają w piękny sposób nawoływać się do galopu. Płyną niczym niewykastrowane, młode byczki po zroszonej deszczem łące. Kontrabas grzmoci i sieje karkołomny ferment. Tenor tańczy, komentuje, grymasi. Znów burza z piorunami! Muzycy ponownie idą w tango, dostali w tej grze kolejne, nowe życia! W 10 minucie Lytton zostaje na moment sam. Jakby porządkował teren przed finałowym galopem. Po parudziesięciu sekundach atak! Rozbiegówka tej wyjątkowej płyty ocieka potem i ciepłymi płynami godowymi! Ci faceci zdolni są dziś do wszystkiego!



*) poprzednia płyta tria Live At Maya Recordings Festival (No Business Records) rzeczywiście ukazała się w roku 2013. Pamiętamy wszakże, iż w tymże czasie, a także nieco później, światło dzienne ujrzały nagrania tria w ramach Barry Guy New Orchestra’ Small Formations, wydane na dwóch fantastycznych wielopakach Not Two Records – Mad Dogs (2013) i Mad Dogs On The Loose (2014).




środa, 11 lipca 2018

Variable Geometry Orchestra! Ma'adim Vallis!


Czas i miejsce zdarzenia: pierwszy koncert – 25 listopada 2017 roku (O'Culto da Ajuda, Lizbona), drugi koncert – 5 stycznia 2018 roku (Damas, Lizbona).

Ludzie i przedmioty: Ernesto Rodrigues – dyrygent, valiha, rebec (instrumenty jedynie w koncercie 1), Armando Pereira – akordeon, Guillaume Gargaud – gitara akustyczna (1), Etienne Brunet (1), José Lencastre (1) i Nuno Torres – saksofon altowy, Bruno Parrinha – klarnet basowy, Guilherme Rodrigues, Miguel Mira i Ricardo Jacinto (1) – wiolonczela, Luiz Rocha - klarnet (1), Miguel Almeida – gitara klasyczna (1), Adriano Orrù (1), Bernardo Álvares (2), Hernâni Faustino (1) i João Madeira – kontrabas, João Valinho (1), Pedro Santo i Vasco Trilla (1) – perkusja, Fernando Sousa (1), Paulo Duarte (1) i Abdul Moimême – gitary elektryczne, Carla Santana i Carlos Santos – elektronika, Paulo Chagas – flet, obój, Manuel Guimarães (1), Silvia Corda (1) i Tiago Varela – melodica, André Hencleeday (1) – megafon, Monsieur Trinité - obiekty, Karoline Leblanc (1) – fortepian, Miguel Cabral (1) – violaika, Eduardo Chagas (1) i Fernando Simões (1) – puzon, Anna Piosik (2) i Luis Guerreiro (1) – trąbka, Gianna de Toni (1) – ukulele, Maria do Mar (2) – skrzypce, Maria Radich – głos.

Co gramy: dyrygowana swobodna improwizacja.

Efekt finalny: koncerty pomieszczone na dwóch dyskach, pod wspólnym tytułem Ma'adim Vallis, dostarcza Creative Sources (2018). Szóste wydawnictwo w dyskografii VGO trwa łącznie 78 minut bez pięciu sekund.




Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Conduction #47. Strunowa, filigranowa introdukcja, drobiny sonorystyki w tubach saksofonów. Dalece kameralny start, biorąc pod uwagę obecność niemal czterdziestu muzyków na scenie. Już w 3 minucie improwizacja, budowana wieloma dronami, narasta, grzmi i łomoce. Grozę sytuacji podkreśla praca perkusjonalistów i akordeonu. W tle podskórny nerw, chrobotanie syntetycznej materii dźwięku, zapewne dzieło sekcji elektronicznej. Tempo rośnie, fonia pęcznieje. W 7 minucie zwinna, saksofonowa ekspozycja w estetyce gorącego free, potem komentarz trąbki. Dęciaki, które zdają się być w mniejszości, dają sygnał, iż tego dnia skłonne są pohałasować. Opowieść płynie wartkim strumieniem, napotykając w każdym zakamarku stempel jazzu. Pierwsze hamowanie spotyka nas w 11 minucie – jakby powrót do klimatu strunowej introdukcji, ślady gitary akustycznej, a zaraz potem fortepianowe interludium z komentarzem klarnetu basowego. 14 minuta - nisko zawieszony dron rozpoczyna konstruowanie kolejnej, zapewne burzliwej ekspozycji. Elektronika wspierana smykami uczepionymi na samym dole gryfu kontrabasu? Tak, to jest możliwy scenariusz. Narracja gęstnieje, przybywa nietypowych, nieokreślonych dźwięków, szczypta plądrofonii. Bez akcentów jazzowych, mimo udziału saksofonów i puzonów, zdecydowanie w kierunku konstruktywnego hałasu. 23 minuta i stopping! Chmara strunowców czyni swoją powinność. Preparacje, jęki akordeonu, jakby spulchnianie gleby przed startem elektroakustycznej ekspozycji. Rodzi się prawdziwe królestwo rozchełstanego free improve z groźnymi pomrukami kontrabasu (ów?). Kameralistyka w stanie permanentnej multiplikacji. Szybki epizod, albowiem po 5 minutach znów zmiana kierunku po dość błyskotliwym hamowaniu. Klimat Warszawskiej Jesieni, koncert stroicieli, jakby narracja szyta z podartej partytury. Z tego kluczowego zaniechania tryska iście free jazzowa eksplozja. Kupą mości Panowie i Panie, cała historia gatunku trzyma za was kciuki! Jakże piękny moment! Tłumienie emocji toczy się w elektroakustycznym sosie, przy akompaniamencie głosu kobiecego i salwy filigranowych strunowców. 33 minuta - tym razem stado dęciaków snuje kilka separatywnych opowieści w klimatach niemal trzecionurtowych. Niektóre nutki nawet delikatnie swingują. Po 2-3 minutach nowy pomysł na rozwój improwizacji – suche, niskie pasaże, szmery, szumy, fonia z dna tuby, akcenty gitarowe. Narracja pęcznieje w tempie geometrycznym, zanosi się na burzę z piorunami. Szczypta spowolnienia w ramach zaskoczenia przeciwnika, potem znów krok do przodu. Na ostatniej prostej emocje biorą jednak górę. Zdaje się, że w tym momencie wszyscy muzycy dostali pozwolenie na grę.

Conduction #48. Noże i widelce, szmery i podmuchy, perkusjonalne intro. Mocny, jazzowy kontrabas organizuje porządek na scenie. Bardzo konkretny drive! Z drugiego rzędu, dęciaki w zwinnym komentarzu. Jakby przy okazji, rodzi się masywny background elektroniki. Ekspozycja trąbki, obok komentarze grane unisono, jakby z partytury. Wybrzmienie przychodzi dość szybko. Akordeon i elektronika robią stosowne echo. Narracja w błyskawiczny sposób pęcznieje, ale wisi w powietrzu, w oczekiwaniu na nowe wytyczne. Solo klarnetu basowego, przy wsparciu strunowców, które ostrzą sobie pazurki. Odrobina melodii pomiędzy strunami, punktowy flet. 11 minuta, to start nowej historii. Dużo strun w intensywnym tańcu. Zaraz potem pokrętne rytmicznie zabawy, które wieńczy free jazzowa eksplozja. Kobiece incydenty głosowe tuż po ostrym wyhamowaniu. I znowu ruszamy do przodu. Stan permanentnej zmiany, to zdaje się być element konstytuujący oba koncerty VGO. Intrygantem po raz kolejny zostaje sekcja strunowa, która w trakcie drugiego koncertu niepodzielnie panuje na scenie, czasami wręcz nie dopuszcza do głosu wygłodniałe dęciaki. W 17 minucie misternie budowana ekspozycja, pełna rubasznego rytmu, zostaje zgwałcona pokładami niskiej, bezkompromisowej elektroniki. Z mroku wyłania się kilka perkusyjnych incydentów, także parę dźwięków o nierozpoznanym źródle pochodzenia. Tygiel fonii w stanie wrzenia. Saksofony zdają się mieć moc, by pojawić się na samej górze. Tysiące pomysłów na sekundę. Improwizacja czasami wydaje się być nieco przeładowana inspiracjami. Bogate instrumentarium wciąż podpowiada nowe rozwiązania dramaturgiczne. Dyrygent musi mieć oczy dookoła głowy! 25 minuta, to wysoka ekspozycja trąbki, w dole zaś pasmo elektroakustyki, która po niedługiej chwili jest zdolna do przejęcia władzy. Ciekawy, niemal dark ambientowy fragment opowieści. Wejście sekcji dętej sieje zamęt! Jakby zbyt wielu muzyków chciało jednocześnie prowadzić narrację. 32 minuta i kilka saksofonów ma coś ważnego do powiedzenia. Mogą liczyć na niebanalny komentarz gitary i kontrabasu. Gęsto, chromatycznie, bez wyrwy akustycznej na cokolwiek więcej. W tle trębacze, którzy pragną iść po swoje. W 35 minucie ostatnie już dziś hamowanie – melodyjny saksofon i dynamiczne strunowce w ramach wsparcia. Niespodziewanie ekspozycja przybiera formę dość frywolnego walczyka, trochę w klimatach późnego Braxtona i jego Ghost Trance Music! Sam finał koncertu bardzo efektowny, intrygujący. Werbel wybija ostatnie dźwięki.



Poprzednio recenzowane płyty Variable Geometry Orchestra odnajdziesz dokładnie w tym miejscu

piątek, 6 lipca 2018

Riverloam Trio! Live at Alchemia!


Jeśli pamięć recenzenta nie szwankuje, Live at Alchemia to trzecia edycja fonograficzna polsko-angielskiego tria Riverloam. Tworzą je - Mikołaj Trzaska (saksofon altowy, klarnet basowy), Olie Brice (kontrabas) i Mark Sanders (perkusja). Dwa poprzednie spotkania tych muzyków, uwiecznione na płytach, miały miejsce na początku tej dekady (2011, 2012), każdorazowo na terytorium Zjednoczonego Królestwa. To najnowsze, zgodnie z tytułem, odbyło się w krakowskiej Alchemii, latem ubiegłego roku. Przynosi sześć improwizowanych opowieści z tytułami, a trwa blisko 66 minut. Wydawcą jest Kilogram Records.




Od samego startu dociera do nas typowy dla Mikołaja Trzaski, altowy zaśpiew, pełny wewnętrznej taneczności i dobrze rozumianej, dramaturgicznej frywolności. Para Brice & Sanders, także bez niespodzianki – czujna, dokładna, adekwatna gra bez zbędnych dźwięków, zwłaszcza ze strony perkusisty. Kontrabas Brice’a ma tembr skalnego niedźwiedzia. Narracja szyta jest zwartym, gęstym ściegiem. Dla wytrawnego słuchacza free jazzu – bez jakichkolwiek zaskoczeń, prawdziwy ocean szczęścia. Między 7 a 10 minutą za prawdziwy wytrysk endorfin u recenzenta odpowiedzialny jest Brice. Dzielnie towarzyszy mu Sanders. Na galopujący finał pięknie powraca Trzaska.

Drugą opowieść muzycy toczą niezwykle delikatnie, zmysłowo i w niedalekiej odległości od szumiącej ciszy, która sączy się z samego dna tuby saksofonu. Narracja Trzaski jest lekka jak pawie pióro, asysta Brytyjczyków filigranowa. Piękny smyk na gryfie, mały drumming, czyniony w taki sposób, by nie spłoszyć ducha kreacji. Rzewnie, melodycznie, medytacyjnie. W okolicach 7 minuty znów kontrabasista zdaje się kraść show partnerom. Czyni cuda pół barokowym tembrem. To trio i w ogniu, i w ciszy radzi sobie doskonale. Trzaska nuci semicką pieśń pod nosem, całuje ustnik, oddycha bezgłośnie (klarnet!). Wybrzmiewanie całej trójki znów gotuje długopis w ręce recenzenta.

Po sekundzie ciszy na dysku, jakby ciąg dalszy poprzedniej opowieści. Jeszcze bliżej ciszy, kamienne tablice pełnej tajemniczych napisów oddychają swą semickością. Pieśń niemal mikrotonalna. Brice i Sanders znów stąpają na palcach, delikatnie krok za krokiem, stawiają kolejne stemple doskonałości. Trzaska wraca w okolicach 6 minuty, ma w ustach saksofon altowy i zaprasza wszystkich do tańca. Bierze narrację pod pachę i rusza w tango. Partnerzy jakby tylko na to czekali. Finałowa eskalacja kąsa urodą i poziomem determinacji każdego z muzyków.

Czwartą historię otwiera intro Trzaski. Chropowate, ale pełne wewnętrznej melodyjności. Klasyk gatunku, ze śpiewem na obrzeżach ustnika. Głos kontrabasu i perkusji, tym razem bardziej dosadny, ale znów perfekcyjnie adekwatny do zastanej sytuacji scenicznej. Narracja kroczy dostojnym krokiem, zdobi ją skromne solo Brice’a i talerzowa ekspozycja Sandersa. Mocny drive w oczekiwaniu na powrót altu. Nowy wątek w tej opowieści pełny jest zadumy, nostalgii, tanecznej zwiewności.

Przedostatni fragment koncertu otwierają wszyscy muzycy. Skaczący alt, gorący smyk, dosadnie na werblach i tomach. Brice i Sanders biegną na wysoką górę i doznają eksplozji. Trzaska świetnie komentuje, czai się z boku i ma tysiące uśmiechów na ustach. Po 4 minucie jakby przejmował stery tej narracji. Znów śpiewa, z radością goni ptaki po bezkresnym polu. Ekspozycja smakuje dobrą sonorystyką. Kanty, urywane frazy, zmiana goni zmianę. Tuż potem Sanders ma kilka chwil tylko dla siebie. Ogień! Powrót partnerów wyznacza szlak finałowego galopu.

Tę wyśmienitą płytę kończy 6 minutowa koda, która sumuje wszystkie atuty koncertu. Kolorowe szumy w tubie altu, precyzja i dosadność kontrabasu i zrośniętej z nim pępowiną perkusji. Moc kreacji i siła ekspresji nie opuszczają muzyków także na ostatniej prostej.


Recenzja napisana dla polish-jazz.blogspot.com i tamże pierwotnie opublikowana.


wtorek, 3 lipca 2018

Rodrigo Amado’ History of Nothing or Everything! Your choice!


Portugalski saksofonista Rodrigo Amado konsekwentnie buduje swoje miejsce w historii europejskiej muzyki free jazz/ free improve. Płyt bardzo dobrych, czy wręcz doskonałych z jego udziałem znamy całe mnóstwo. W gronie redakcyjnym systematycznie zachwycamy się choćby dokonaniami jego flagowej formacji Motion Trio, którą tworzy z wiolonczelistą Miguelem Mirą i perkusistą Gabrielem Ferrandinim.

Amado nie stroni także od nagrywania muzyki ze znaczącymi postaciami gatunku zza wielkiej wody. Trzy lata temu światowa scena jazzowa nie bez powodu wystawiała bardzo wysokie cenzurki płycie This is Our Language, wydanej przez krajowy Not Two Records. Nagranie pojawiło się na wielu rocznych podsumowaniach najlepszych nagrań.

Po trzech latach skład, który zarejestrował ów krążek, powraca w pełnej krasie i prezentuje nam płytę o nieco prowokacyjnym tytule A History of Nothing. Od razu uprzedźmy wypadki – nagranie prezentuje jeszcze wyższy poziom, a to, co wyczynia na saksofonie tenorowym Portugalczyk w trakcie utworu Theory of Mind II (for Joe), w ocenie niżej podpisanego, na trwale zapisuje go w historii gatunku. A zatem, być może, tytuł płyty brzmieć winien jednak A History of Everything!




Dość wszakże wstępów, przejdźmy do muzyki nagranej w marcu ubiegłego roku w Lizbonie, w najbardziej adekwatnym miejscu dla rejestracji dźwięku bez oklasków, czyli Namouche Studios. Zacznijmy od wylistowania muzyków uczestniczących w nagraniu, albowiem nie są to postaci przypadkowe (wszyscy wymienieni na okładce płyty!) – na saksofonie sopranowym i trąbce piccolo Joe McPhee, na kontrabasie Kent Kessler, a na perkusji Chris Corsano. Rodrigo Amado, co już zostało powiedziane - na saksofonie tenorowym. CD wydany przez austriacki Trost Records zawiera pięć tytułów (wersja LP - tylko cztery, akurat brakuje tego być może najważniejszego, patrz wyżej), trwa 51 i pół minuty.

Legacies. Muzycy kwartetu rozpoczynają bardzo spokojnie i z dużą dyscypliną, oczywiście w ramach szeroko rozumianej estetyki free jazzowej. Będzie hołd dla legend, zatem z szacunkiem na ustach. Narracja sprawia wrażenie, jakby muzycy podawali z góry zaplanowany temat, choć nie czuje się znamion szczególnie precyzyjnej notyfikacji. Skupienie, wymiana dźwięków na flankach, gdzie posadowiły się saksofony. Sekcja usytuowana bardziej centralnie, zaczyna delikatnie sonoryzować. Sopran i tenor idą w parze, w obu przypadkach z zadumą i odpowiednią dawką nostalgii za czasami minionymi. Pierwszą indywidualną ekspozycją popisuje się Amado. Nie nadużywa ekspresji, klimat bliższy krnąbrnej ballady, niż skromnego choćby galopu. Reakcja McPhee pozostaje w tej samej estetyce. Dużo więcej ognia w ramach sekcji rytmicznej, która zdecydowanie nie zasypuje gruszek w popiele.

A History of Nothing. Po hołdach, czas na konkret! Zarys narracji konstruują oba saksofony. Bardzo swobodny już dialog. Wet za wet. Myśl  w pogoni za myślą. Tu akurat, to Amado zdaje się podążać za pomysłami McPhee. Taniec, emocje, drapieżność w obu tubach. Ekspozycja Portugalczyka ma kocią zwinność, muzyk ewidentnie płynie po swoje. Komentarz Amerykanina równie wyrazisty. Drive kontrabasu i perkusji, aż wióry lecą. Znów Amado zadaje pytanie w locie, a McPhee równie błyskotliwie odpowiada. Prawdziwie krwiste kawałki mięsa! Kwartet płynnie osiąga stan galopady. Konsekwencja w budowaniu dialogu i całej ekspozycji. Brawo! Świetna komunikacja, pełne kiście empatii, jakość nagrania na krzywej wznoszącej.

Theory of Mind II (for Joe). Tu pierwsze zdanie należy do Kesslera i Corsano. Fantastyczna rozgrzewka. Amado wchodzi dopiero pod koniec trzeciej minuty (uprzedźmy fakty: w tym utworze McPhee nie wyda ani jednego dźwięku). Tembr Amado solidnie rollinsonowski, niemal na krawędzi ballady, jaki próbował wystudzać entuzjazm sekcji. Napotyka na niebywałą ripostę ze strony Kesslera, który rozpala gryf do czerwoności. Smyk w pełnym ogniu! Drumming już z samego piekła! Amado milknie na kolejne kilkadziesiąt sekund. Wraca z taką energią u wylotu tuby, że sufit studia nagraniowego unosi się o kilka metrów. Swoboda, ekspresja, kosmiczna technika i trudny do opanowania wybuch kreatywności. W pełnym galopie Rodrigo Amado wchodzi na firmament free jazzu. Tak, to dzieje się dokładnie teraz!

Wild Flowers. Introdukcja małej trąbki, z furą sonorystyki na ustach. Soczyste całusy! Corsano zgłasza obecność po 90 sekundach, zaraz potem Kessler. Stąpają delikatnie po bardzo cienkim lodzie. McPhee zmienia instrument na sopran. Tempo spokojne, ale systematycznie narasta, bo sekcja rytmiczna stoi już po kolana w gorącej lawie. Na komentarz Amado czekamy aż do 5 minuty. Wchodzi z melodią na ustach i szczerzy zęby! Jazz sięga do swych prawdziwych korzeni. Na finał utworu wymiana uprzejmości obu saksofonów. Ich przyjaźń ewidentnie rozkwita! Melodia, taniec i dużo dramaturgicznego sprytu.

The Hidden Desert. Wstęp w rękach i nogach sekcji. Rodzaj ciekawej sonorystyki bez nadmiaru emocji. McPhee znów sięga po trąbkę i zaczyna grać coś na kształt upalonego bluesa, ale z ornamentami na talerzach i smyku. W 5 minucie podłącza się Amado, z dużym spokojem, krok za krokiem buduje nostalgiczny finał płyty. Nowy Jork, czwarta nad ranem, ballada dla tych, którzy mają ranną szychtę. Być może ta bardzo dobra płyta zasługiwałaby na bardziej ekspresyjny finał. Na ostatniej prostej kontrabas i perkusja grają dobitniej i bardziej zdecydowanie. Dęciaki wolą pozostać przy swoim.


piątek, 29 czerwca 2018

Phicus & Belorukov at Intonema! And the Other Tall Stories!


Petersburski label Intonema, jak donosi podtytuł jego strony internetowej, poświęcony jest muzyce improwizowanej, współczesnej, eksperymentalnej i całej tej szalonej reszcie! Artystycznie dowodzi nim bardzo ciekawy rosyjski saksofonista i eksperymentator w zakresie dźwięków elektroakustycznych - Ilia Belorukov.

Być może na moment, w którym Trybuna baczniej przyjrzy się dokonaniom Intonemy, musielibyśmy jeszcze trochę poczekać, ale szczęśliwie, za jej przyczyną, kilka tygodni temu ukazała się druga płyta barcelońskiej formacji Phicus. To trio znamy i lubimy tu wszyscy, bo nie dalej, jak jesienią ubiegłego roku, Ferran Fages, Alex Reviriego i Vasco Trilla debiutowali fonograficznie w ramach serii wydawniczej Trybuny i Multikulti Project. Najnowsza płyta nagrana została w towarzystwie właśnie Belorukova, zatem nie mogliśmy nad tym faktem przejść do porządku dziennego, bez odpowiedniego komentarza.

Dodatkowo dzięki uprzejmości wydawcy, w odtwarzaczach redakcji pojawiło się także kilka poprzednich płyt labelu, zatem czas dziś na skromny overview katalogu Intonemy. Przegląd zaczniemy, trzymając się znanej i lubianej na tych łamach zaburzonej chronologii, od płyty najnowszej*), a potem skrupulatnie będziemy cofać się w czasie, omawiając w sumie pięć ostatnich pozycji.
  




Phicus & Ilia Belorukov  K(nо́)t (Intonema 027, 2018)

Ubiegłoroczne lato w Barcelonie! Ferran Fages – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – kontrabas, Vasco Trilla – perkusja oraz Ilia Belorukov – saksofon altowy i mała elektronika. Cztery utwory z tytułami trwają 40 minut bez kilkunastu sekund.

Od startu dobiegają nas dźwięki z samych głębin tuby, rezonującego talerza, opiłek fonii na gryfie gitary, czy szorowania pudła rezonansowego kontrabasu. Wszystkie one dumnie kroczą, jeden za drugim, w oczekiwaniu na to, co może wydarzyć się za moment. Oto Phicus w wersji medytacyjnej, bez akcentów rockowych, czy post-rockowych, które niechybnie zdobiły ich debiutancki album Plom. Znacząca w tym moc sprawcza rosyjskiego saksofonisty, który na ogół stroni od ekspresyjnych zachowań i nierozważnych galopad. Świat fonii filigranowych dzwonków, prychów na dyszach, akustycznych ornamentów, migotliwych świecidełek na skraju dnia, w glorii zachodzącego słońca, gdy czuć już zimną nocą w powietrzu. Mikrobiologia improwizacji, mikrotonalność pojedynczego dźwięku. A na finał pierwszej części bardzo udane próby budowania, wzajemnie krzyżujących się, dronów z czterech akustycznych źródeł. Druga improwizacja, najdłuższa na płycie, rodzi się z poziomu jeszcze bliższemu ciszy. Jeszcze dostojniejsza, bardziej oniryczna (zwłaszcza na gryfach), metafizycznie podwieszona w czasoprzestrzeni. Teraz mamy już chyba do czynienia w prawdziwą nanobiologią dźwięków - wielokolorowe szumy, głęboki rezonans, drobinki ołowiu w powietrzu. Narracja zaczyna delikatnie narastać, elektroakustyczna mieszanka ciała i krwi – zmysłowe, cierpkie nieoczywistości fonii, z silnym akcentem małej elektroniki w samym środku tej ekspozycji. Wytłumionej po niedługiej chwili szarpnięciami strun kontrabasu i skromną sonorystyką altu. Jakby rodziło się nowe życie dla całej czwórki muzyków. Więcej rwanych fraz, znaczące akcenty perkusyjne, drobne cuda na gryfie gitary. Szczypta dźwięków z nierozpoznawalnych źródeł (raczej akustycznych). Dzwonki Trilli wieńczą dzieło.

Czas na trzecią opowieść – klimat powolnej śmierci zostaje zachowany. Cisza, mikrozgrzyty gitary, napięcie zaniechania, chłód oczekiwania. Kontrabas wchodzi do gry jak niedźwiedź, nie do końca wybudzony ze snu zimowego. Obok ledwie sugerowany drumming. Narracja niczym upiorna kołysanka dla wyjątkowo niegrzecznych dzieci, z głęboko zaszytą w sobie repetycją. Następny krok, to oniryczna sonorystyka, uprawiona jakby w poprzek przebiegu wydarzeń. Drżenie upoconych rąk, niepokój chwili, elektroakustyczny strach przed nieznanym. Jakby muzycy grali soundtrack do niemego horroru, jednego z klasyków gatunku. Sepia okładki płyty nie mówi nam chyba wszystkiego o intencjach jej twórców. Królestwo artystycznego minimalizmu zostaje osiągnięte. Na finał płyty rodzaj czterominutowej kody. Elektroakustyczny szum, drobinki akustycznych dźwięków ze strony wciąż jeszcze żywych instrumentów. Na tle tej narracji tempo orszaku pogrzebowego, to niemal galop. Na sam już koniec, przez krótki moment, nieco gęstsza faktura dźwięków, sonoryzujący Trilla, czyste dysze altu. Na ostatniej prostej tłumienie dawno już wytłumionych emocji.




Konstantin Samolovov & Alexey Sysoev  Varietas (Intonema 026, 2018)

Nadal lato roku ubiegłego, tym razem jednak moskiewski DOM Cultural Center. Konstantin Samolovov – wybrane elementy perkusji, obiekty, radio, rejestrator głosu oraz Alexey Sysoev  - no input mixing board (stół mikserski bez danych na wejściu) plus kilka, bliżej nieznanych obiektów elektronicznych. Dwie improwizacje, łącznie 37 minut bez kilku sekund.

Muzyczna przygoda z perkusją wspomaganą elektroakustyką lub może inaczej – elektroakustyka napędzana snare drummingiem. Zwarty, gęsty ścieg narracji, odrobina sampli, elektroniczne ozdobniki. Jakkolwiek byśmy tego nie odbierali, improwizacja ma swój rytm, swoją nieco powykręcaną, żywą dynamikę, umoczoną po pachy w preparacjach czynionych na mikserze bez danych wejściowych (czyli takim muzycznym perpetum mobile). W wymiarze fonicznym, improwizacja duetu przypomina chwilami ciąg produkcyjny dużego zakładu szlifierskiego. Nerwowe, rozedrgane plamy dźwiękowe, silnie wszakże przykuwające uwagę odbiorcy. Choć opowieść toczy się stosunkowo linearnie, bywa, że skrupulatnie narasta w czasie i przestrzeni.

Na szczególną uwagę zasługuje końcowe 6-7 minut pierwszej, dłuższej improwizacji, zatytułowanej Moto. W natłoku wielowymiarowych dźwiękowych wydarzeń, wyjątkowo zwinnie wyłania się elektroakustyczny dron, który z perspektywy pierwszego piętra, fantastycznie komentuje skromny, zakleszczony do wewnątrz, akustyczny snare drumming. Całość efektownie pikuje w kierunku finałowej ciszy. Druga improwizacja Cycle zdaje się być bardziej stonowana, skupiona na pojedynczych frazach, z delikatnie przesuniętym akcentem z soczystych perkusjonalii na rozbudowaną, niebanalną, jakże żywą elektroakustykę.




Ilia Belorukov/ Miguel A.García/ Jason Kahn/ Frantz Loriot  Invanskrue (Intonema 025, 2017)

Szwajcarski Zurich, grudzień 2016 roku. Ilia i Miguel w trakcie trasy koncertowej spotykają tamtejszych rezydentów w osobach Jasona i Frantza. Propozycja wspólnej sesji nagraniowej okazuje się strzałem w dziesiątkę! Ilia Belorukov - fluteophone, contact microphone, effect pedals, sample, field recordings, Miguel A. García - laptop, elektronika, Jason Kahn – perkusja oraz Frantz Loriot – altówka. Dwie improwizacje, 46 i pół minuty.

Przykład wyjątkowo kompetentnej elektroakustyki z dużą dawką żywych, niebanalnych, intrygujących dźwięków. Element pierwszy to domena gości, drugi zaś to przywara gospodarzy tej sesji. Narracja pełna skupienia, dbałości o szczegóły, bez brudu za paznokciami i zbytniego potu na czole. Struktura improwizacji w trakcie dwóch opowieści jest na ogół dość stała. Chwilami prym wiodą elektroniczne incydenty, w innych momentach piękno akustyki altówki i perkusjonalii zdaje się mieć niepodważalny charakter. Zwinna sonorystyka żywych instrumentów zwiera tu zgrabnie szyki z syntetyką ciekawej elektroniki. 

Pierwsza improwizacja obfituje w wiele imponujących ekspozycji Kahna, także w kameralistyczne grepsy na gryfie Loriota. Belorukov skoncentrowany na elektroakustycznych perforacjach, Garcia zaś trzyma z nim front, świetnie kooperując na kablach. Rodzaj improwizowanej narracji, który nie eskaluje się bez potrzeby, która perfekcyjnie dba o dramaturgię wydarzeń. Jej linearność, spójność artystyczna, konsekwencja w budowaniu muzycznej opowieści, konstytuują jakość oceny końcowej.

Druga opowieść zdaje się być bardziej intensywna, z większą ilością kanciastych form. Rośnie ilość dźwięków w jednostce czasu, okazjonalnie pojawiają się zmutowane melodie z sampli i szczypta field recordings. Ta narracja ma trzy, nawet cztery wątki, a wszystko dzieje się przy zachowaniu autów pierwszej części. Już pod koniec 10 minuty muzycy schodzą na poziom ciszy i balansują na granicy dźwięku. Po chwili skrupulatnie odbudowują narrację. Wyrazisty Kahn stanowi świetny punkt odniesienia dla elektroakustycznego dzieła gości w podróży. Loriot, od czasu do czasu, gotowy jest budować strzeliste drony na gryfie altówki i łechtać ucho recenzenta w sposób ponad normatywny. Invanskrue to płyta, która stanowić może doskonały przykład symbiozy żywych i syntetycznych pasaży dźwiękowych.




Dominic Lash & Seth Cooke Egregore (Intonema 024, 2017)

Powracamy do duetu, tym razem w postaci dwóch Brytyjczyków. Muzyka zarejestrowana w dwóch miejscach, w dwóch momentach czasowych (2016 i 2017 rok). Nie wiemy dokładnie, czy muzycy przebywali w trakcie procesu produkcji dźwięków razem, czy też jeden dogrywał do drugiego. Dominic Lash – elektronika, Seth Cooke – talerze, mikrofony. Godzina zegarowa bez 25 sekund. Jeden trak.

Kompozycja zbudowana głównie elektronicznie lub w drodze amplifikowania działań akustycznych na talerzach. Rodzaj dźwiękowej instalacji, projektu, bez znamion improwizacji. Jednostajny, gigantyczny dron wyrasta bardzo powoli z ciszy. Jego struktura jest dość prosta, dźwiękowo jednorodna. Staje na środku wyimaginowanej sceny i intensywnie trwa.

Recenzentowi pozostaje foniczna łamigłówka do rozwiązania – znajdź choćby jeden szczegół, który stanowi o tym, że kolejne minuty tej muzycznej formy czymkolwiek różnią się od siebie. Po 10-12 minutach można zaryzykować tezę, iż poziom intensywności stojącego dronu mikrotonalnie narasta. Ale to tylko teza. Wibracja dźwięku, jakiej doświadczają nasze receptory słuchu po kolejnym kwadransie jest być może jedynie efektem mechanizmu obronnego naszego organizmu, nie zaś skutkiem działań muzyków. W dalszej części płyty odbiorcy pozostaje już tylko własna wyobraźnia. Może coś wydarzy się w monotonii dźwięków, może coś wejdzie z czymś w interakcję… Dron bowiem trwa, czuwa, nie odpuszcza choćby na ułamek sekundy.

Kolejna nadzieja na jakiekolwiek wydarzenie pojawia się w okolicach 35 minuty. Coś dzieje się na dalszym planie. A może to tylko złudzenie foniczne. W 50 minucie narracja wchodzi w stadium wygaszania. Opuszczanie kotary trwa blisko 10 minut. Płyta, która stanowi jedno z większych wyzwań recenzenckich. Niżej podpisany wytrwał do końca.




Horst Quartet  Edged Timbre (Intonema 023, 2017)

Na finał przeglądu najnowszych płyt Intonemy kolejna udana lekcja elektroakustyki. Tym razem w wydaniu kwartetu muzyków fińskich. W podróż na krawędź dźwięku zabierają nas następujący wykonawcy: Tuukka Haapakorpi – elektronika, Lauri Hyvärinen – gitara elektryczna, obiekty, Taneli Viitahuhta – saksofon altowy, obiekty i piano, Hermanni Yli-Tepsa – skrzypce, obiekty. Pięć improwizacji z tytułami, dwa kwadranse bez kilkudziesięciu sekund.

Od progu wita nas głucha i tajemnicza przestrzeń elektroakustyczna (wilderness!). Chrobot przedmiotów nieznanych, silne echo, pogłos instrumentów akustycznych, skwierczenie na kablach, robotyka amplifikatorów. Filigranowa, acz gęsta, delikatnie tkana pojedynczymi czasami dźwiękami, spokojna narracja. Pełna niuansów, smaczków, nastawiona na odbiorcę, która ma chwilę na precyzyjny odsłuch. Akcenty żywe i incydenty syntetyczne, dobra struktura, celnie ułożone proporcje i wyważona dramaturgia wewnętrzna.

We fragmencie drugim intensywność ekspozycji ciekawie narasta, brnąc niebanalnie w kierunku industrialnej estetyki brudnego, niepokornego, zdeformowanego dźwięku. Procesowi temu towarzyszy rosnący udział żywych instrumentów - saksofonu, gitary i skrzypiec. W tle pracuje duża amplifikacja i groźnie łypie okiem na muzyków. W odcinku czwartym muzycy mierzą się z bezmiarem elektroakustycznej ciszy. Z kolei w piątym po drodze im z odrobiną hałasu, który jest kontrapunktowany krótkim pasażem wprost z klawiatury piana. Wszystko na tej płycie dzieje się w granicach artystycznego rozsądku, co stanowi w tym wypadku bezwarunkowy atut nagrania.




*) już w trakcie redakcji tego tekstu, ukazała się kolejna płyta Intonemy, której Pan Redaktor jeszcze nie przetworzył. Chodzi o krążek tria Wozzeck Fact I (Ilia Belorukov/ Mikhail Ershov/ Konstantin Samolovov). Jego numer katalogowy - 028.


wtorek, 26 czerwca 2018

L3! Eu Tres! Vicente, Gibson and Trilla eles snagram profusamente! *)


Uwaga! Trybuna Muzyki Spontanicznej i jej przemądrzały Pan Redaktor, są współwydawcą tej płyty! Wszelkie słowa zachwytu, jakie za chwilę przeczytasz, mogą być podyktowane jedynie chęcią zwiększenia sprzedaży! Innymi słowy – dalej czytasz na własną odpowiedzialność!


Czas i miejsce zdarzenia: Marzec 2017, Namouche Studios, Lizbona.

Ludzie i przedmioty: Luis Vicente – trąbka, Yedo Gibson – saksofon tenorowy i sopranowy, Vasco Trilla – perkusja i instrumenty perkusyjne.

Co gramy: muzyka swobodnie improwizowana.

Efekt finalny: 33 minuty i kilkanaście sekund, 7 utworów, wydane jako L3, tytułem wykonawczym jest …także L3 (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series). Dostępne na rynku od 15 czerwca 2018 roku.





Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

L1. Rezonujące talerze, saksofon grzmiący niczym silny kontrabas (nawet mówi sam do siebie), trąbka zawieszona na krawędzi ustnika. Akcja, reakcja, sanacja. Brutalna sonorystyka trzech ognistych rumaków na skraju galopu. Jednym pociągnięciem pędzla osiągają industrialną wręcz intensywność gry (tuż pod koniec 2 minuty). W tubie saksofonu Yedo dzieją się rzeczy niemożliwie, a najprawdopodobniej on sam ma w ustach jedynie sopran. Kolejne stadium niebywałej emancypacji instrumentu dętego drewnianego. Na finał Vasco eskaluje ilość drżących przedmiotów, dzięki czemu całość narracji przebiera formę wielkiej symfonicznej. Panowie na flankach, w ramach komentarza, zmysłowo imitują się. Kameralistyka z samego dna piekła.

L2. Gęstwiny dźwiękowej ciąg dalszy. Vasco niczym młot pneumatyczny, ubija ziemię pod stopami. Dęciaki dmą na alarm. Saksofon i trąbka tańczą z krzykiem w gardle, jakby pokonywali kolejne wzgórze sonorystycznych możliwości prostych instrumentów akustycznych. Całość brzmi jak huta szkła w fazie szczytu produkcyjnego. Vasco uruchamia robaczki, drobne, wibrujące przedmioty, czym tłumi hałas fabryczny i wprowadza odrobinę fonicznego ukojenia. Po bokach dęte ornamenty, lśnią i połyskują. Sopran wzbija się na szczyt i brzmi jak stado góralskich piszczałek (czyżby grał na samym ustniku? na kilku ustnikach?).

L3. Free jazzowa eskalacja od pierwszego dźwięku. Mocny tembr, dynamika, wszystko z intensywnością godną całej polskiej sceny deathmetalowej! Strzelisty drumming od góry do samego dołu, dwa orgazmy w dętych tubach. Mniej niż trzy minuty jakże konkretnego trzęsienia ziemi! Yedo już sięgnął nieba, Vasco krok za nim, Luis na wdechu – czyste szaleństwo.

L4. Sonorystyczny odpoczynek po burzy z piorunami, osuwającej się ziemi i potokach rozgrzanej lawy. Saksofon i trąbka gadają same ze sobą. Vasco drży małymi przedmiotami, silne echo na werblu. Po chwili ta sucha rozmowa nabiera intensywniejszej barwy. Doskonały dialog na flankach, lekko imitacyjny. W tle Vasco buduje nową dynamikę za pomocą talerzy (baa, armii talerzy). Na finał sowity galop, prawdziwa fire music!

L5. Rezonans, parsknięcia na dyszach, oliwa w blaszaku. Narracja narasta, gęstnieje niczym sos podsypany dużą ilością mąki. Mała orkiestra percussions z solistami na obu flankach. No drumming sonore! Chwila solowej ekspozycji trębacza, zaraz potem wejście saksofonisty. Vasco milczy. Nowa sytuacja dramaturgiczna – krwisty duet w eskalacji. Co za tempo?! Vasco z rezonującym talerzem pomiędzy zębami włącza się na trzeciego i próbuje przebić ścianę dźwięku. Błyskawiczny finał, bez mrugnięcia okiem.

L6. Ostry, jak brzytwa tenor Yedo, szeleszczący Vasco, owinięty w ciszę Luis. Jakby z chaosu chwili rodziło się nowe życie. Dawcą spermy zdaje się być Katalończyk. Muzyka znów nabiera intensywności, która kaleczy zmysły, ale potrafi też mistrzowsko wyhamować po 120 sekundach. Bo tu, na każde 15 sekund improwizacji, każdy muzyk ma tysiąc pomysłów na dalszy jej przebieg. Trochę zoologicznych elementów – Yedo burczy jak niedźwiedź, Luis przypomina kompletnie pijaną sowę, a Vasco ptasią inwazję późnowiosenną.

L7. Zoologii jakby ciąg dalszy, zwłaszcza na flankach – pogaduszki, skowyt, mruczenie, a wszystko na tle okrężnego drummingu. Gęsto, jak zwykle. Krew kapie ze ścian, groza sytuacji scenicznej. Vasco konkretyzuje plan ponownego przejęcia władzy, znów uruchamia armię niespodziewanych dźwięków. Ze strony Yedo i Luisa cięte riposty, słowo za słowo. Na ostatniej prostej zasłużone wybrzmiewanie, które krzyczy, które boli pod samą skórą, które nigdy nie umiera.




*) portugalski: … krwawią obficie!

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Inner Core! Majewski & Zakrocki! Spontaneus Chamber Music! Jachna & Wójciński! Dąbrowski & Mazurkiewicz! Scolari! Wart Biter! Lonker See! Alameda 4! Ugory! The satanic mix for holidays!


Wakacje za pasem! Czas zatem na skromną zbiorówkę recenzji płyt, które przetoczyły się przez odtwarzacze redakcji w okresie wiosennym.

Naczelną zasadą dzisiejszej opowieści będzie … całkowity brak zasad! Stylistyczny melting pot, godny najbardziej wyuzdanych piór współczesnej żurnalistyki. Swobodna improwizacja, dzika kameralistyka, kolokwialne fussion, wreszcie silna reprezentacja muzyki rockowej, czy bardziej post-rockowej, która nie boi się dużej formy i lubi popadać w szpony improwizacji.

Zaczynamy po katalońsku, potem mocny i rozbudowany zestaw krajowy, krótka ucieczka do Włoch i Anglii, wreszcie powrót nad Wisłę, Odrę i Wartę, by skrupulatnie pohałasować! Będzie się działo!




Irene Aranda/ Johannes Nästesjö/ Núria Andorrà  Inner Core (Relative Pitch Records, CD)

Scena muzyki swobodnie improwizowanej w Barcelonie nie wykazuje się nadmierną podażą ciekawych pianistów. Być może jest to po części efektem przestrzeni scenicznej, jaką proponują znaczące kluby tego miasta. Są niezwykle małe, a na duży instrument po prostu brakuje miejsca. Z tym większą radością odnotujmy debiut płytowy tria Inner Core, które tworzą Irene Aranda – fortepian, Johannes Nästesjö – kontrabas oraz Núria Andorrà – instrumenty perkusyjne. Studyjna rejestracja z Barcelony, z grudnia 2016 roku. Brylantowo swobodna improwizacja i dwie temperamentne Panie w towarzystwie przystojnego Szweda! Takie spotkanie nie może ujść naszej uwadze! Premiera płyty w przedostatni dzień czerwca.

Dynamiczna, rozbudowana improwizacja na początek, pełna męskiego temperamentu, ale i kobiecej intuicji. Drapieżne improwizatorki i kontrabasista, który stoi na środku sceny i niskimi dźwiękami spaja kobiecą batalię w jedną narracją. Aranda gra całą długością i szerokością swojego instrumentu, pozostaje w totalnej ofensywie. Andorra zaś zdaje się stanowić ów niezbędny, brakujący element rozbudowanej konstrukcji fortepianu. Nästesjö nie stroni od sonorystyki, jego towarzyszki równie sprytnie odnajdują się w takiej estetyce. Już w połowie pierwszej improwizacji zwinnie schodzą do poziomu ciszy i zostają tam dłuższą chwilę.

Trio bez zbędnej zwłoki osiąga ponadnormatywny poziom synergii, a recenzent – nie bez przyczyny – popaść musi w dysonans poznawczy, nie jest bowiem w stanie precyzyjnie wskazać poszczególnych źródeł dźwięku. To trio nie boi się jazzu, potrafi być sonizującą filharmonią, gdy potrzeba chwili o tym stanowi, skłonne jest rockowo pohałasować, czy uciec w industrialne efekty akustyczne. Obie Panie kapitalnie się imitują - w wielu momentach mamy wrażenie, że Irene gra na instrumentach perkusyjnych, a Nurria staje się pianistką. Jedno ciało, czworo rąk!

Wrażenie finalne sprowadza się do zadumy nad możliwościami akustycznymi, jakie daje proste trio z fortepianem, jeśli tylko muzycy potrafią wystrzelić w kosmos poziomem wyobraźni i jakością kreacji muzycznej.




Artur Majewski & Patryk Zakrocki  Czas panowania traw (Fundacja Kaisera Söze, CD)

Niniejszym rozpoczynamy duży blok krajowy z istotnym akcentem… katalońskim! Najpierw duet Artur Majewski - kornet, delay i Patryk Zakrocki - altówka, mbira, ring modulator. Rejestracja poczyniona w Zielonej Górze, latem ubiegłego roku.

Improwizacja, która od pierwszego dźwięku wykazuje wysoki stopień sonorystycznego wtajemniczenia. Podwieszony pod sufit kornet z delayem i dronowa altówka czynią tyle dźwięków w jednostce czasu, iż duet zaczyna przypominać małą orkiestrę. Post-psychodelia spotyka się tu z upalonym barokiem w perfekcyjnym środowisku akustycznym.

Muzycy zdają się tańczyć, jak para szaleńców, tuż po opuszczeniu zakładu zamkniętego. Płynna opowieść, która nie ma przystanków, ani zbędnych myśli, wypełniona jest za to pomysłami na zagospodarowanie każdego centymetra sześciennego Audytorium Uniwersyteckiego. Gdy delay kornetu zaczyna repetować, całość narracji niczym mantra, brnie po złote runo. Być może pierwsza, najdłuższa improwizacja, po części także druga, stanowią najlepszy od dawien dawna fragment swobodnej improwizacji w wydaniu krajowym!

Czas panowania traw uzupełniają jeszcze cztery krótsze improwizacje. Najpierw altówka narzuca bezdyskusyjny rytm, wokół którego kornet pląsa niczym dziewica na zroszonej deszczem łące. W kolejnym Zakrocki sięga po instrument zwany mbira (brzmi jak marimba), a duet brnie w szczelny minimalizm, być może także z artystycznego lenistwa. Potem podobną rolę spełnia ring modulator, a z początkowej kreatywności kornetu pozostaje prawie wyłącznie pogłos. Na finał oniryczna, silnie perkusyjna mbira bije rytm świat, a z kornetu wyrasta dron. Recenzent odruchowo uruchamia restart, ale ponowny odsłuch płyty kończy po drugim utworze.




Patryk Zakrocki & Marcin Olak with Agusti Fernandez  Spontaneus Chamber Music vol. 2 (Fundacja Słuchaj!, CD)

Patryk Zakrocki (altówka, trumpetviolin i szczypta elektroniki) pozostaje w orbicie naszych zainteresowań. Teraz dołączy do niego Marcin Olak na gitarze klasycznej i elektrycznej oraz … oczekiwany akcent kataloński, czyli Agusti Fernandez na fortepianie. Studio nagraniowe, jesień ubiegłego roku. Druga odsłona kameralistyki spontanicznej!

Strunowe vibrato na trzy rozgrzane instrumenty! Niektóre groźnie huczą, inne rezonują, jeszcze inne wręcz krzyczą (prawdziwie amorficzne dźwięki z altówki). Gitara czyni dysonans poznawczy, bo niekiedy sięga po zasilanie prądem zmiennym.

Spontaniczna, improwizowana kameralistyka, która nie boi się konfirmacji, nie unika wchodzenia w alianse z dowolną porcją nieoczywistych gatunków, gotowa na każdy mezalians stylistyczny. Dużo fermentu ze strony Zakrockiego, który często zmienia sposób gry, barwę brzmienia, jego instrument zdaje się pozostawać w nieustannym tańcu. Swawoli i podszczypuje partnerów. Olak stawia na multigatunkowość. Zdaje się, że mógłby tu zagrać dowolny dźwięk, choćby flamenco (utwór 5). A zmysłowe spontaneous contemporary czai się na końcu gryfu jego gitary. Fernandez, niczym kameleon. Skomentuje każdy dźwięk, wejdzie w dialog z każdą iteracją improwizacji. Potrafi być dosadny, a nawet agresywny (choćby utwór 7).

Na płytę składa się aż szesnaście improwizacji. Większość z nich to minutowe lub dwuminutowe szkice. Jedynie trzy, to rozbudowane, wielowymiarowe narracje. W niektórych momentach można odnieść wrażenie, że spotkanie tej trójki doskonałych muzyków jest nieco przeładowane treścią. Być może rezygnacja z niektórych pomysłów, na rzecz dłuższych wypowiedzi, podniosłaby poziom ostatecznej oceny. Szczęśliwie trzy dłuższe fragmenty (1, 14 i 15) stanowią prawie połowę płyty – świetnie skonstruowane improwizacje, pełne błyskotliwej sonorystyki i zwinnych interakcji. Cisza, skupienie, posmak oniryzmu, rodzaj strunowej beletrystyki dźwiękowej. A na sam finał trochę rocka? Why not!




Wojciech Jachna & Ksawery Wójciński  Conversation with Space (Fundacja Słuchaj!, CD)

Czas na duet blaszano-strunowy! Nie po raz ostatni dziś! Wojciech Jachna na trąbce, także flugelhornie i Ksawery Wójciński na kontrabasie, incydentalnie w jednej piosence Tomasz Glazik na saksofonie. Dwie okoliczności, jedna bodaj studyjna, druga być może koncertowa. Wiosna ubiegłego roku, Warszawa.

Dwanaście niezwykle zgrabnych i błyskotliwie zagranych improwizacji. Niemal każda z nich bazuje na strukturze rytmiczno-melodycznej, którą kreuje kontrabasista. Czyni to z gracją, w obliczu doskonałego, czystego, chwilami niemal barokowego brzmienia swojego instrumentu. Na tej zmyślnej bazie, trębacz snuje przeróżne opowieści, które także niosą ze sobą drobiny melodii i tanecznego wręcz zaśpiewu.

Przestrzenne pogawędki świetnie konsumują ostatnie folkowe doświadczenia Ksawerego (te z Maniuchą Bikont), a także moc post-rockowych, malarskich ekspozycji Wojtka, wyniesionych z wielu niebanalnych nagrań w formacji Innercity Ensemble. Muzyka z tej płyty płynie przez nasze receptory słuchu w sposób niebywale płynny, ciepły, wręcz przyjemny. Jeśli zatem swobodna improwizacja dziać się może w niemal chilloutowy sposób, nikt nie powinien zgłaszać zdania odrębnego, co do oceny końcowej.

Ogrom akustycznych radości płynących z odsłuchu tej płyty, zdecydowanie stymuluje piąta pieśń, stanowiąca aranżację tradycyjnej Song about Saint. Wojciech Bishop and Martyr. Prawdziwa eksplozja urody tej muzyki. A zaraz potem mocny akcent z saksofonem tenorowym (Tomek Glazik). Brawo!





Tomasz Dąbrowski & Jacek Mazurkiewicz  Basement Music (Multikulti Project, CD)

Słowo się rzekło, ponownie duet trąbka-kontrabas! Tomasz Dąbrowski i Jacek Mazurkiewicz (ten drugi wspomaga się także elektroniką). Panowie będą improwizować muzykę skomponowaną. Rejestracja z podziemi Fortu Sokolnicki w Warszawie. Jesień 2015 roku.

Siedem zwartych opowieści na dwa instrumenty akustyczne, które w procesie chwilami gęstej i dość kolektywnej improwizacji, zapewne wspierają się odrobiną predefinicji, co sugerować może kompozytorski aspekt powstania tej muzyki (zgodnie z opisem płyty). Dopóki Basement Music bazuje na naturalnym brzmieniu kontrabasu i trąbki, mimo pewnych mankamentów dramaturgicznych (dużo konceptu, mniej emocji), całość nagrania liczyć może śmiało na wysoki poziom akceptacji. Gdy Mazurkiewicz sięga po elektronikę, recenzent nie może odpędzić się od pytania, w jakim celu tak się dzieje i czy aby nie jest to skutek problemów na etapie kreacji.

W najdłuższym fragmencie An Ant Lobotomy (prawie 12 minut) muzyczna opowieść składa się z dwóch nawarstwiających się dronów, jednego akustycznego, drugiego, bardzo niskiego, silnie wspomaganego elektroniką. Jak na długość trwania tej improwizacji, w arsenale artystycznych środków wyrazu chętnie ujrzelibyśmy coś więcej niż konsekwentną repetycję. Oczywiście, i w tym momencie narracja broni się, ale recenzent oczekiwałby większego ładunku ekspresji. Ta zresztą uwaga tyczy się całego nagrania.




Claudio Scolari/ Daniele Cavalca/ Simone Scolari  Natural Impulse (Principal Records, CD)

Na dwa pełne albumy opuszczamy scenę krajową. Pierwszą podróż odbywamy do Włoch, na spotkanie z modern jazzem, a nawet fussion! Claudio Scolari – perkusja, perkusjonalia, programowanie syntezatorów, Daniele Cavalca – syntezatory, piano rhodes, wibrafon, bas oraz Simone Solari – trąbka. Brak danych o miejscu i czasie powstania tej studyjnej rejestracji.

Improwizacja prowadzona na bazie kompozycji, bogato zinstrumentalizowana, niestroniąca od fajerwerków, pełna odniesień do innych gatunków muzycznych (rocka, czy nawet world music). Rytm, melodia, dynamika, ekspresja adekwatne do dość konsekwentnie stosowanej przez włoskich muzyków estetyki fussion jazzu. Całość daleka od tego, czym zwykliśmy się zajmować na tych łamach, ale może dzięki temu, stanowiąca interesujące wyjście ze strefy komfortu dla wiernych fanów free improv.

Muzycy nie boją się brnąć w dancingowy jazz środka (choćby drugi fragment), do czego mają oczywiście pełne prawo, z taką jednak konsekwencją, iż po stronie piszącego te słowa, napotkać mogą na brak artystycznej akceptacji. Reasumując, zdecydowanie ciekawej bywa, gdy w nagraniu dominują atrybuty elektrycznego, silnie zrytmizowanej jazzu, nawet ze szczyptą psychodelii (choćby utwór piąty, czy zwłaszcza dziesiąty). Inne, akustyczne, dość przewidywalne mainstreamowe opowieści z swingiem na ustach nie wnoszą nic nowego do historii gatunku i zwyczajnie nudzą recenzenta.




Wart Biter Wart Biter (Hominid Sounds 2018, kaseta)

Pierwszy odważny krok w świat rocka, post-rocka, estetyki noise i nawet industrial, czynimy w nie byle jakim towarzystwie, albowiem będzie z nami jeden z ulubieńców redakcji, Colin Webster na saksofonie! Wraz z nim Tom Fug na perkusji i Mat Pod na syntezatorze. Niewiele wiemy o okolicznościach nagrania, wiemy natomiast, że kaseta ukazała się w nakładzie 50 sztuk, a w tej chwili w sprzedaży zostały jeszcze … trzy! Angielskie trio zwie się zaś Wart Biter i skutecznie wypełni nam dźwiękami całą głowę!

Pogłos, sfuzzowane dźwięki, przestery, groza i moc surowego brzmienia syntezatora, który zrywa podłogę basowymi dronami. Aura improwizowanego rocka, electro i doom metalu. Narracje powolne, konsekwentnie budowane od podstaw. Saksofon wierci dziurę w głowie, syntezator kopie po kostkach, a perkusja stawia stempel za stemplem, kalecząc nam stopy. Rockowa dialektyka realizowana metodami free jazzu i harsch elektroniki.

Webster, niczym multigatunkowy tygrys z ostrymi pazurami, w okolicznościach nie pozostawiających dużo swobody na skupienie i subtelności narracyjne, świetnie odnajduje swoje improwizatorskie powołanie i ciągnie trio na wysokie wzgórza. Ściana syntezatorowego basu i metalowy drumming nie pełnią tu bynajmniej roli hamulcowych.

Trzy długie, rozbudowane ekspozycje, dwie nieco krótsze i trzy kilkudziesięciosekundowe miniatury, rodzaj wulgarnych komentarzy odautorskich. Psychodelia w tubie, rytm i serce w syntezatorze i na werblach. Noise rock bez gitar! Kipiący emocjami i potem! Jedynie szósty fragment toczy się w pewnym oddaleniu od hałasu. To cisza, która drży, pełna plemiennego niepokoju, gdy złe czai się za rogiem ulicy. Piękny moment!




Lonker See  One Eye Sees Red  (Instant Classic, CD)

Długie, rozbudowane, rockowe improwizacje, mroczna psychodelia, krew na ścianach i zabójczy saksofon tenorowy. To najkrótsza charakterystyka grupy Lonker See z polskiego wybrzeża. Joanna Kucharska na gitarze basowej i wokalu (w utworze finałowym), Michał Gos na perkusji i perkusjonaliach, Tomasz Gadecki na flecie, saksofonie, a także syntezatorach oraz Bartosz Boro Borowski na gitarze.

One Eye Sees Red, to muzyka, która dojrzewa, która na osiągnięcie pełnego strumienia dźwięku i ekspresji potrzebuje wielu minut. Muzyka, która w skupieniu buduje rdzeń narracyjny, gotowy w odpowiednim dramaturgicznie momencie eksplodować siłą noise rocka i energią free jazzu. Z pozoru proste, trzyosobowe trio rockowe, doposażone w silny i jakże konkretny saksofon tenorowy Tomka Gadeckiego, zaprasza nas na nieoczywistą, improwizowaną podróż po obrzeżach gatunkowych współczesnej muzyki.

W Lillian Gish gitara wybucha w 11 minucie i zaczyna taniec, w którym jedynym partnerem zdolnym utrzymać intensywność przekazu zdaje się być doświadczony w bojach improwizacyjnych Gadecki. W kolejnym, równie długim Solaris pt. 3 & 4, schemat narracyjny jest podobny, a efekt całości równie wyrazisty. Na sam finał zaś otrzymujemy tytułową pieśń, okraszoną zmysłową wokalizą basistki.

Płyta, której słucha się doskonale w wielu okolicznościach przyrody. Wątek nocnej podróży po wyjątkowo ciężkim dniu, głuchą autostradą, być może jest wyborem najlepszym.




Alameda 4  Czarna Woda  (Instant Classic, CD)

Była Trójka, potem Piątka, także Duo. Teraz czas na Czwórkę. Alameda w składzie: Krzysztof Kaliski – gitara elektryczna, Tomasz Popowski – perkusja i instrumenty perkusyjne, Mikołaj Zieliński – gitara basowa i barytonowa, congas oraz Jakub Ziołek – gitara elektryczna, wokal, bouzouki, elektronika plus kilku gości z porcją dodatkowych dźwięków, w tym także field recordings. Czarna Woda z pięknym zdjęciami płynącej smoły. Rodzaj post-rockowego concept albumu.

Rock w czystej postaci, a także jego post-rockowa odnoga, świetnie czują się zarówno w formule zwartej piosenki, jak i w otchłani rozbudowanych struktur, których końca nie widać, których głównym zadaniem zdaje się być imperatyw zapanowania nad naszymi emocjami, a potem, w najmniej spodziewanym momencie, zadania śmiertelnego cios ekstazy. Wszystkie dotychczasowe formy personalne grupy Alameda działają dokładnie na tej zasadzie.

Czwórka ze wszystkich dotychczasowych płyt najbliższa jest muzyce rockowej, która lubi gitarowym zgiełkiem budować skomplikowane polifoniczne struktury. Być może na tle Piątki, brak jej bogactwa użytych tam środków, onirycznych wycieczek do krainy kompletnej tajemnicy, zmyślnej psychodelii, czy brutalnego mieszania gatunków i stosowania śmiertelnych rozwiązań dramaturgicznych. Być może dzięki temu, jest ona albumem bardziej komunikatywnym dla części słuchaczy. Melodią, dobrze rozumianą, rockową tanecznością urzec może bez pytania o zgodę.

Recenzentowi wszakże najbardziej podoba się ostatnie 30 minut tej długiej płyty, gdy Czwarta Alameda wzorem Piątej, stawia na nieoczywiste rozwiązania, jest błyskotliwie post-rockowa, szuka nowego i je odnajduje, choćby trawestując … post-elektronicznie swoje poprzednie nagrania.




Ugory  Matko ciszy  (Music Is the Weapon, CD & free download)

Na finał dzisiejszej muzycznej jazdy bez trzymanki, młody, krajowy band o niebanalnej nazwie Ugory. Marcel Gawinecki - gitara, bas, Marcin Haremza – perkusja, Kuba Kaczmarek - gitara, Mateusz Gawinecki – gitara, Robert Śliwka – głos oraz BIBI - głos (4), Karolina Wasilewska - głos (1).  

Ta przygoda zaczyna się w oparach nowofalowego, gitarowego oniryzmu (całkiem zasadne skojarzenie z klimatami 4AD sprzed trzydziestu kilku lat, choć niepokój w damskiej wokalizie zwiastuje już burzę z piorunami). Potem muzycy zgrabnie przebijają się przez noise’ową ścianę dźwięku. Kończą zaś w piekle wysokogatunkowego black metalu, jednoznacznie pokazując, iż cała historia muzyki gitarowej stoi za nimi.

Intensywnością minutowego Bogu Niech Będą Dzięki Ugory przypominają Brygadę Kryzys i ich równie enigmatyczny Radioaktywny Blok. Finałowa Szósta Noc Bez Snu, trwająca niemal jedną trzecią długości płyty, zrywa już ze słuchacza wszelkie wątpliwości. Prowadzi na skraj emocji i nie wskazuje drogi powrotnej.

Muzyka, która proponuje tak wiele, że nie sposób ogarnąć jej przy pierwszym, czy nawet drugim kontakcie. Na koniec tylko recenzencka prośba o pracę nad jakością dźwięku i dobrym masteringiem. Warto wgryzać się w tę muzyką w większym komforcie akustycznym.


wtorek, 19 czerwca 2018

Wilkinson! Birchall! Cheetham! Grew! Fairhall! Slot Racket! Tombed Visions’ Crusade Of Improve Continues!


Nowa brytyjska scena muzyki improwizowanej ma swój ważny ośrodek edytorski w Manchestrze. Wydawnictwo zwie się Tombed Visions, prowadzone jest przez saksofonistę Davida McLeana, wydaje kasety, cd-ry i od czasu do czasu pełnogatunkowe CD. Uważni Czytelnicy Trybuny wiedzą o tym doskonale, albowiem produkty tego labelu były niejednokrotnie przedmiotem zainteresowania Pana Redaktora.

Dziś znajdujemy odpowiedni moment, by pochylić się nad trzema parzystymi nowościami wydawnictwa. Piszę parzystymi, albowiem TV wydaje także muzykę spoza sfery wolnej improwizowanej, czy free jazzu i nimi na ogół nie zajmujemy się. A tak bowiem się składa, że te pozycje, które nas dziś szczególnie interesują, mają w katalogu numery 48, 50 i 52. Ta ostatnia, przy okazji, jest najnowszą z nich.

Przed nami dwie kasety i jeden CD, a na nich muzycy młodzi, groźni i nieopierzeni, ale także ci nieco starsi, którzy metrykalnie śmiało mogliby wziąć się siebie odium ojcostwa.





Alan Wilkinson/ David Birchall/ Andrew Cheetham  Live at Islington Mill (Kaseta, TV52)

Zaczynamy dynamicznie, z odpowiednią porcją hałasu, pełni jedynie dobrych emocji. Koncert tria miał miejsce w kwietniu ubiegłego roku, w miejscu, które precyzyjnie wskazuje tytuł płyty. Alan Wilkinson na saksofonie barytonowym, altowym i klarnecie basowym, David Birchall na gitarze elektrycznej oraz Andrew Cheetham na perkusji. Dwie strony kasety trwają łącznie 36 minut i 30 sekund.

Side A. Saksofon altowy wniesiony kantem ku niebu, punkowy brud na gryfie gitary, pełnej spiętrzonej elektryczności, progresywna, lekko synkopowana perkusja. Free jazz pełną gębą, od pierwszego westchnienia, ukradkowego spojrzenia, drżenia rąk i bicia serca. Tempo, emocje, iskry! Alt śpiewa, gitara rozrabia, od początku utaplana w pocie i znoju, drums z silnym rytmem za pazuchą, serce i krew tej improwizacji. Birchalla znamy co raz lepiej, wiemy, jak zwinnie potrafi kłębić dźwięki na gryfie, wtykać je wulgarnie pomiędzy struny. Od startu robi swoje i skupia uwagę publiczności. On nie potrafi inaczej! Eskalujący się, raz za razem, alcista ma z takim gitarzystą zdecydowanie po drodze. Weteran trzyma sztamę z młodziakami, aż mu się uszy trzęsą z emocji. I wcale bardziej się nie poci! Narracja płonie jak ogień, bez przystanków, znaków zapytania i myślników. Sperma na ścianach, radość w sercach słuchaczy! Fire music! Pierwszy delikatny stopping dopada nas po wielu minutach eskalacji. Zakotwiczony na sprzężeniach gitary, psychodelii jej ruchów. Saksofon brnie w imitację, to także dobry pomysł. Perkusja na straży precyzyjnego chaosu improwizacji, pilnuje, by soliści nie poszli w tango zbyt wcześnie. Im dalej muzycy zagłębiają w coraz swobodniejszej narracji, tym więcej kreacji daje z siebie Birchall, czasami pozostawiając starszego kolegę z saksofonem w sytuacji podbramkowej, gdy równie wartościowa ekspozycja nie może stać się już jego udziałem. Nie brakuje wszakże wyjątkowo trafionych decyzji – choćby piękny pasus gitarowy na skraju strun, melodyjnie i zwinnie komentowany przez alt. Puentą – solowa ekspozycja Cheethama. Wióry wszakże lecą. Dęciak grzmi, gitara idzie w psychodelię i tyle po perkusyjnej solówce. Efekt zadowala jednak nawet najwybredniejszych: free jazzowy galop (z kajetu recenzenta: jakość dźwięku nie jest szczególnie doskonała). Wilkinson atakuje na barytonie, dobra decyzja! Całkiem poważna batalia! Free punk jazz! Dużo anarchii, dobrych zwarć i pyskówek! Ogniste power trio!

Side B. Na starcie bardziej stojąca narracja. Saksofon wyzwolony, perkusja w ruchu, gitara zanurzona w psychodelii. Dobry zaczyn dla eksplozywnych iteracji. Znów gęsto, głośno, zamaszyście. Muzycy idą na całość, pytanie tylko, czy poziom komunikacji mógłby być nieco lepszy. To zdaje się być jednak pytanie retoryczne w ognistej sytuacji scenicznej. Być może bardziej perfekcyjna jakość dźwięku pozwoliłaby recenzentowi silniej wgryźć się w niuanse, w bogatą fakturę narracji Birchalla, zamiast tracić czas na zbędne ambiwalencje. Gitarzysta bezwzględnie dzierży już bowiem miano Króla Polowania! Jakby na zawołanie mamy dość brutalny stopping w połowie strony kasety. Kameralna atmosfera, zapach złej psychodelii w powietrzu. Skupienie, zaduma, procesy myślowe. Alan na klarnecie basowym, nie rwie jednak włosów z głowy recenzenta. Moment tłumienia emocji, moment reemisji spokoju. Zdaje się, iż jednak ta trójka lepiej czuje się w hałasie – sprzężenie pomiędzy strunami, niczym wezwanie do zmiany klimatu narracji. Muzycy nakręcają się wzajemnie, jak szybkie pozytywki. Kipią ekspresją, czynią swoje powinności, aż czuć finałem koncertu w powietrzu. Birchall brnie w gęsty, wręcz metalowy noise, pytanie, czy w tym akurat momencie w ogóle słucha swoich partnerów. Alt wisi na niebie i skowycze, drumming trwa. Umiarkowany poziom komunikacji pomiędzy muzykami implikuje konieczność finałowego wybrzmiewania. Słuszny wybór!




Stephen Grew & Adam Fairhall  Free Piano From The English North (CD, TV50)

Jeśli po sporej porcji jakże konkretnego free jazzu, zasłużyliśmy na odrobinę wytchnienia, to dostarczyć go może duet dwóch fortepianów. Ale uwaga, proszę do końca nie nastawiać się na foniczny chill out! A zatem, tym razem, okoliczność studyjna, ciepłe lato 2016 roku, Axis Music, MMU Cheshire (gdziekolwiek to jest w Zjednoczonym Królestwie). Adam Fairhall – kanał lewy, Stephen Grew – kanał prawy, obaj przy klawiaturach grand piano. Zagrają 11 improwizacji, łącznie 59 minut bez kilku sekund.

1. Piano z klawisza, dostojny, marszowy krok Adama. Delikatne pasaże z akcentami basowymi. Stephen włącza się po stu sekundach. Rozmowa pianistów ma charakter niezobowiązujący, prowadzona jest jednak zdecydowanie w tym samym języku. Odcień klasycyzmu, choć prawy instrument zdaje się deklarować więcej ochoty na drobne swawole. W 5 minucie temperatura podnosi się nieco, muzycy łapią zwinny flow, zapewne są już po bruderszafcie. 2. Odrobina inside piano na obu flankach, tak w pół drogi do preparacji. Ładne dla ucha, swobodne improwizacje, bez prężenia muskułów i przegrzewania zwojów mózgowych. Po pewnym czasie muzycy znów wybierają galop, jako artystyczny środek wyrazu. Why not! Na finał utworu błyskotliwe przekomarzania. 3. Znów startujemy wewnątrz instrumentów, pogłos grand piano dodaje swoje. Najpierw prawa strona, potem lewa. Dynamiczne interakcje, wspólny śpiew, separatywne akordy. No i galopada w ramach rozwinięcia. 4. Lewa strona pod klawiszami, prawa w sumie .. też. To jednak Grew jako pierwszy powraca na zewnętrzną stronę klawiatury. Fairhall nie jest aż tak wyrywny. Prawa strona stawia na melodię i zaprasza do tańca, lewa kryguje się jak panna na wydaniu. Efektem ciekawa wymiana dźwięków. Najdłuższa na płycie, jakże zmysłowa piosenka. 5. Od startu dwa rumaki w galopie. Siła wiatru, smak potu, grzmoty emocji. Adam jakby oparty o klawisze, Stephen jakby na nich tańczył. Dynamika rośnie, lewa strona aż rezonuje z wrażenia. Piękny moment na wybrzmieniu! 6. Status quo w zakresie dynamiki z klawisza. Rodzaj ciekawego call & response. Mały konkurs piękności. Adam biegnie wzgórzem, Stephen doliną. Udanie szukają kontrastu, by po chwili popaść w imitację. Na finał galopada, ramię w ramię, po czarnych klawiszach. 7. Spokój, dużo ciszy pomiędzy frazami, czasami pomiędzy pojedynczymi dźwiękami. Wymiana solowych mikroekspozycji. Subtelności, uprzejmości, całusy ledwie muskanych klawiszy. Trochę małych preparacji. Po stronie Adama delikatny smak klawesynu w brzmieniu. Narracja ma rytm w tle. 8. Na wstępie Adam bada gramaturę strun swojego instrumentu. Mutuje dźwięki, szuka wywrotowej akustyki. Jedna ręka inside, druga outside. Komentarz prawej strony jakże stylowy. Potem grają już z przytupem i nie stawiają znaków zapytania. Trochę rezonansu, trochę repetycji wieńczy najciekawszy sonorystycznie fragment płyty. 9. Cicha rozmowa pod kołdrą. Kochankowie w zalotach. Lewa flanka preparuje, prawa repetuje przy użyciu dwóch klawiszy, czyniąc skromny akompaniament. Kolejna perełka w zestawie. Grew niespodziewanie wzywa na parkiet. Jest pełen determinacji, a Fairhall wcale nie oponuje. 10. Klasycyzujące intro z lewej strony, gdy prawa imituje. Każda akcja może liczyć na reakcję. Wszystko wszakże dzieje się w ramach programowej jednomyślności. Adam na czarnym polu, Stephen mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Rytm, dynamika, emocje i ładne wygaszenie płomienia. 11. Finał płyty rodzi się z ciszy, preparacjami czynionymi samymi końcówkami palców. Small drumming na pudle rezonansowym na prawej. Niczym metronom, stawia zasieki. Adam jeszcze głębiej zanurza się w swoim instrumencie, także szuka powtarzalności. Od 3 minuty Stephen zdaje się czynić to samo. Ciekawy finał, urokliwy zachód słońca, ale taki, tuż po burzy z piorunami.   




Sloth Racket  See The Looks On The Faces (Kaseta, TV48)

Na finał manchesterskiej sagi nowości odrobina muzyki skomponowanej, rzuconej następnie w wir swobodnej, chwilami niezwykle jazzowej improwizacji. Przy odrobinie wysiłku możemy tu mówić także o tzw. improwizacji predefiniowanej. Zwał, jak zwał, przed nami po dwa fragmenty dwóch koncertów kwintetu o niebanalnej nazwie Slot Racket. Pod koniec czerwca roku ubiegłego, na scenach w Norwich i Cambridge, wystąpili następujący muzycy: Cath Roberts na saksofonie barytonowym (to ta właśnie dama odpowiada za warstwę kompozycyjną), Sam Andreae na saksofonie altowym, Anton Hunter na gitarze elektrycznej, Seth Bennett na basie (kontrabasie) oraz Johnny Hunter na perkusji. Słowo się rzekło, zatem 4 odcinki muzyczne, które trwają blisko 63 minuty.

Norwich 1. Molekularne, interaktywne zabawy w dźwięk. Twarzą w twarz, instrument naprzeciwko instrumentu. Moc skupienia, szczypta artystycznego cierpienia, tryskające onomatopeje. Dwa groźne dęciaki, rozbudowana o gitarę z prądem, mocna sekcja rytmiczna, która nie chce być nadmiernie posłuszna dyrektywom kompozytorskim. Gęsto od dźwięków, silna porcja inspiracji ze strony każdego z muzyków. 5 minuta i coś na kształt klasycyzującej kameralistyki, z pewnością efekt prac twórczych barytonistki. Przykład niebanalnej wolty stylistycznej na tle tego, co usłyszeliśmy na starcie. Narracja szybko jednak powraca na uprzednio opuszczony tor, pozostaje nieśpieszna, lekko hamowana instrukcyjnie, w stanie ciągłego poszukiwania ciekawszych rozwiązań dramaturgicznych. Incydentalnie potrafi być ona intensywna i pełna buzujących emocji. Tuż potem bywa wytrącana z rytmu i poddawana artystycznej sterylizacji, jakby sceniczna anarchia była tu dopuszczalna tylko w skończonej liczbie przypadków. Muzycy stawiają na wzajemne relacje i zdrowe reakcje. Zdecydowanie są razem ze sobą i dobrze im z tym faktem. 10 minuta, kolejny stempel kameralistyki, tym razem smykiem po gryfie kontrabasu. Kolektywizm budowany heroicznością zjawisk separatywnych – co stanowić może zarówno zaletę, jak i wadę w procesie improwizacji. 13-14 minuta, to znów przejaw predefinicji – pasus grany zgrzebnym unisono. Na finał odcinka, trochę free jazzowego galopu pod dyktando barytonu.

Norwich 2. Furia i emocje! A całość na obrzeżach zdaje się hard-bopowo swingować! Muzycy podają jazzowy temat z melodią i szykują się do skoku na głęboką wodę. Dobre solo kontrabasu na tle perkusji, to dobry trop w tej ekspozycji. Recenzent czeka aż gitara wejdzie komuś w drogę i zasieje ferment. Nastrój chwili, choć krnąbrny, robi się odrobinę barowy. Roberts daje zatem sygnał do bardziej dynamicznych zachowań na scenie. Rytm i melodia dane z góry, kreacja i temperament muzyków, jako efekt na wyjściu. Intensywny taniec free jazzu, pod silną batutą barytonu, a potem dobre hamowanie w oparach kameralistyki.

Cambridge 1. Zmiana lokalu i cyfry w dacie. Jest dzień później. Roberts znów rządzi, czyniąc niemal powinności frontmana. Recenzent u progu koncertu staje przed dylematem, czy woli anarchizujące, rozchełstane improve, czy raczej ład i porządek jazzu. Muzycy od progu drugiego koncertu stawiają na taki właśnie dysonans poznawczy. Jeśli Norwich ociekało krwią, to Cambridge pachnie perfumami roznegliżowanych kelnerek. 4 minuta, to zejście w ciszę i nutka kameralistyki. To zdaje się być stały punkt programu koncertowego Sloth Racket. Baryton znów przywraca prąd w sieci i buduje ekspozycję, która ma smak i dramaturgię, ale niekoniecznie rwie trzewia. Jazz, this is jazz! Po chwili alt prosi o głos, ale czyni to w pozycji na kolanach. Gitara snuje opowieści sąsiedzkie i nie jest w stanie porwać tłumów.

Cambridge 2. Im dalej w las, tym więcej drzew. Temperament muzyków nie eksploduje, narracja nie gęstnieje. Krok po kroku, szukamy szansy na odrobinę ekscytacji. Muzyczna anarchia z Norwich uleciała niczym zwinna gołębica. Kontrabas gra melodię smykiem, reszta mu akompaniuje. Barowy klimat ala nowojorski Lounge Lizards, tylko pozbawiony tamtego humoru. W 5 minucie, baryton i gitara sieją molekuły fermentu. Małe iskry, posmak akcji. Baryton czuje odpowiedzialność za działania całego kwartetu. Kontrabas powraca z melodyjnym zaśpiewem pomiędzy strunami. Szczęśliwie muzycy zdołali nieco wyrwać się z barowego letargu i dają radę unieść ciężar zadania w ujęciu dramaturgicznym. Nadzieja recenzenta nie trwa zbyt długo. Ktoś zarządza stopping i narracja ponownie powłóczy nogami, jak stara ladacznica na rogu ulicy. Być może po wczorajszym koncercie w Norwich, część nieartystyczna była zbyt długa i energetyczna. 15-16 minuta, zapewne ostatnie dziś ogrywanie tematu, z mikrodrobinkami bardziej ekspresyjnych zachowań. Czas do finałowego wybrzmiewania upływa bez zakłóceń.