Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Graham Dunning. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Graham Dunning. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 października 2024

Colin Webster Large Ensemble in Second Edition!


Londyński saksofonista Colin Webster śmiało wkroczył w roku ubiegłym w piątą dziesiątkę życia i niejako przy okazji, w przededniu tej zacnej rocznicy, powołał do artystycznego bytu swój pierwszy Duży Skład. Otoczył się w nim grupą muzycznych przyjaciół, do tego bodaj najczęstszych współpracowników i postanowił koncertować tylko raz w roku, jesienią w londyńskim Dalston, w niepowtarzalnej z wielu względów Cafe Oto.

Koncepcja Large Ensemble by Colin Webster jest niebywale prosta. Świetnie znający się muzycy wychodzą na scenę i improwizują. Oktet bazuje na brzmieniu aż czterech instrumentów dętych, które wspiera soczysta, rozbudowana o elektronikę sekcja rytmu, zatem każdy wie, czego możemy spodziewać się po takiej załodze – soczystego free jazzu!

Przed nami epizod drugi, nagrany dokładnie rok temu. W ujęciu personalnym drobna zmiana na kontrabasie, poza tym jak zawsze cudownie! Welcome!



 

Pierwszy set, trwający podobnie jak drugi dwa kwadranse z drobnym okładem, otwarty zostaje kolektywnym spazmem trzech saksofonów, trąbki, elektroniki, gitary, kontrabasu (ze smyczkiem) i perkusji. Oktet płynie szeroką ławą, jest masywny w brzmieniu, ale nie eskaluje tempa. Instrumenty dęte oddychają tu niekiedy bardzo jednolitym strumieniem – jedni pracują na wdechu, inni na wydechu, chętnie wchodzą w bilateralne dyskusje, nieustannie na siebie pokrzykują. Gitara z kolei na każdym kroku szuka okazji do hałasowania i silnie krwawi na przemian z kontrabasem. Oba instrumenty niesione są strumieniem masywnego drummingu. Opowieść incydentalnie gubi tu tempo, ale to raczej chwile na zaczerpnięcie oddechu. Oto Machine Gun Anno Domini 2024 w pełnej krasie!

Nim upłynie kwadrans koncertu, Large Ensemble płonie już w ogniu kolektywnego rozdygotania. Po drobnym spowolnieniu wszystko zastyga jednak jak wulkaniczna lawa, tląca się niewygaszoną gitarą. Perkusista odpoczywa dając asumpt do gry na małe pola i feerii drobnych, brzmieniowych subtelności. Jego zmysł dramaturgiczny sprawia wszakże, że LE jeszcze w tej dziesiątce minut zaczyna ponownie eksplodować ziejąc ogniem na prawo i lewo. Wszyscy śpiewają po aylerowsku i zdają się nieść wyłącznie dobrą nowinę. Po kolejnych kilku minutach narracja formuje się w mięsiste drony inkrustowane elektronicznymi usterkami, a potem w strumień szemrzącej górskiej rzeki, skażonej radioaktywnie. Ostatnia faza pierwszego seta, to przestrzeń, w której dęciaki mogą pokazać swoją urodę w pełnym wymiarze. Na końcowej prostej improwizacja przebiera na sile, mimo, iż pozbawiona jest dynamiki perkusji.

W trakcie drugiego seta muzycy wydają się bardziej zdystansowani wobec dyktatu ekspresji, bardziej wyczuleni na niuanse dramaturgiczne, silniej nastawieni na akcje w podgrupach. Otwarcie tej części spektaklu spoczywa na barkach saksofonu i gitary, delikatnie skrobanych po piętach przez smyczkowe uderzenia po gryfie kontrabasu. Kolejne instrumenty podłączają się do gry z dużą troską o obraz całości, a sama akcja toczy się w dość spokojnym tempie, dając przestrzeń na dęte zdobienia. Sytuacja sceniczna jest tylko pozornie pod kontrolą artystów, albowiem wystarczy ledwie drobna iskra, by oktet, już po pięciu minutach, stanął w ogniu kolektywnej, free jazzowej jatki. Nie trwa ona jednak zbyt długo, albowiem zgodnie z tym, co powyżej, ta część koncertu stawia na interakcje. Najpierw, to faza stosunkowo ekspresyjnej huśtawki, potem zmysłowy duet trąbki i perkusji, faza dronowa pełna post-melodyjnych wydechów, wreszcie adekwatna do sytuacji na scenie wzmożona aktywność perkusisty, która skutkuje definitywnym wzrostem temperatury w tak już dusznej Cafe Oto.

Dalszą fazę seta zdobi efektowna ekspozycja trąbki na rozgrzanej sekcji rytmu. Potem narracja osiąga stan wrzenia, by w dalszej kolejności stylowo zastygnąć w chmurze dętych podmuchów, obleczonych elektronicznymi inkrustacjami. Znana już z tego koncertu rozkołysana narracja w aylerowskiej estetyce, tu na przednówki finalizacji, zdaje się wyjątkowo piękna, także długotrwała. Podejście pod ostatnią prostą jest jednak pełne ognistych wyziewów, przypomina kontrolowaną, free jazzową eksplozję. Wraz z wybiciem trzydziestej minuty muzycy zaczynają zwijać opowieść. Czynią to wszakże w tak urokliwy sposób, iż wyjątkowo trudno jest żegnać się z ich obecnością na scenie. Krótkie i długie frazy, sycząca elektronika i piękna faza dronowego konania na gasnącym wydechu. Brawo!

 

Colin Webster Large Ensemble Second Edition (Raw Tonk, CD 2024). Colin Webster – saksofon altowy, Rachel Musson – saksofon tenorowy, Cath Roberts – saksofon barytonowy, Charlotte Keeffe - trąbka/ flugelhorn, Graham Dunning – elektronika, Dirk Serries – gitara, Caius Williams – kontrabas oraz Andrew Lisle – perkusja. Nagranie koncertowe, Cafe Oto, Londyn, październik 2023. Dwie improwizacje, 64 i pół minuty.



wtorek, 4 lipca 2023

Colin Webster Large Ensemble and First Meeting!


Stali Czytelnicy tych łamów wiedzą o brytyjskim saksofoniście Colinie Websterze dokładnie wszystko. Znają jego wszystkie płyty, bywali na jego licznych koncertach w Polsce, z uwagą śledzą jego wciąż rozwijającą się karierę free jazzowego improwizatora. Wiedzą także, iż muzyk w tym roku obchodzi okrągłe urodziny, zaś jego label Raw Tonk Records ma się równie wyśmienicie.

Z radością zatem odnotujmy fakt, iż Webster podjął się zadania skrzyknięcia dużego składu, który tytularnie opatrzył swoimi danymi personalnymi. Muzyk nie stworzył jednak na tę okoliczność kompozycji, ani nawet zrębów predefiniowanej improwizacji. Po prostu puścił ośmioosobowy skład w żywioł free jazzu i oczywiście wygrał w cuglach, zbierając wyłącznie złote laury!

Saksofonista zaprosił do Large Ensemble siedmioro muzyków, bez wątpienia swoich muzycznych przyjaciół. Poza kompanami z Kodian Trio, jest John Edwards, mistrz syntetyki Graham Dunning, a także trzyosobowy dęty zaciąg kobiecy, który wraz z liderem tworzy intrygującą ścianę saksofonów – altowego, tenorowego i barytonowego, wspartego małym blaszakiem. Na miejsce koncertu wybrali londyńskie Cafe Oto, bo gdzieżby indziej, a swoją debiutancką płytę, będącą rejestracją tego koncertu nazwali Pierwsze Spotkanie. Bo tak też było w istocie – Large Ensemble Collina Webstera, to wszak klasyczny skład ad hoc!



 

Set pierwszy trwa tu dwa kwadranse z sekundami. Rozpoczyna go strumień dźwięków realizowany kolektywnie, skoncentrowany na drobnych, zaczepnych frazach, ale już z zarysowaną dalszą dramaturgią koncertu. Instrumenty dęte paradują środkiem sceny, pozostając w nieustannej rozmowie, gitara i bas czynią swoje na prawej flance, perkusja zaś zdaje się zawłaszczać większy obszar przestrzeni fonicznej. W tle sączy się stale obecna, ale dalece nieinwazyjna, lekko szemrząca elektronika. Pierwsze spowolnienie nadchodzi dość szybko, a koncertuje się na bystrym, odrobinę rozkołysanym dialogu trąbki i gitary. Następująca niedługo potem krótka wymiana dętych zdań staje się zaczynem nowego wątku, wzrostu dynamiki i eskalacji emocji. Kilka pętli i znów małe spowolnienie, znów oparte na dialogu trąbki i gitary. Wokół nich snuje się drobny circle drumming, pojawia się także kontrabasowy smyczek. Tym razem narracja odbudowuje się dość leniwym krokiem, pęcznieje w poprzek, nie gna zaś do przodu. Nabiera siły, woli walki i determinacji. Gdy osiągnie stan wrzenia, śmiało zdaje się przypominać dziki ryk godny brotzmannowskiego Machine Gun! W okolicach 20 minuty flow stylowo wchodzi w mgłę szmerów, szumów i dźwięków preparowanych, głównie dętych. Znów pracuje smyczek, obok smęci elektronika, a gitara buduje małą chmurę ambientu. Podczas gdy dęte na powrót zaczynają wewnątrzpartyjną dyskusję, perkusja zaczyna budować podwaliny pod bardziej dynamiczną ekspozycję. Finał seta przychodzi szybko, jakby wbrew woli części załogi.

Drugi set trwa dwa kwadranse i sześć minut. Tym razem introdukcja przypada w udziale duetowi saksofonu i perkusji. W tle pracuje elektronika, a po chwili budzą się do życia inne instrumenty – trąbka, kolejne saksofony, wreszcie gitara z kontrabasem. Wszyscy biorą teraz głęboki oddech i przypuszczają atak całą szerokością sceny. Ale nie budują ściany dźwięku, wręcz odwrotnie – część dęciaków wydaje z siebie zaskakujące pomruki. Po krótkim wzniesieniu, już w stu procentach kolektywnym, łagodnie gasną wprost w objęcia nostalgicznego smyczka. Definitywnie uspokajają jednak emocje dopiero po upływie kwadransa. Bawią się w kameralistykę - trąbka pracuje ze smyczkiem, pozostałe dęciaki komentują ten związek. Powrót gitary oznacza wzrost emocji, tu niemalże post-rockowych. Swoje dokłada też perkusja. Cały Ensemble zaczyna teraz pięknie zawodzić smutną melodią, jakby odgrywał memoriał dla Brötzmanna. Nowy wątek inicjuje kontrabasowe pizzicato. Dwa, trzy ukradkowe spojrzenia i cały oktet idzie w tango z uśmiechem na ustach. Z czasem płyną coraz szerszym korytem, dużą ilością melodii, ale i gitary łagodzącej obyczaje. Niedługo potem dotykają ciszy, a trąbka wydaje przeciągłe westchnienia. Krótka faza oniryzmu, post-ciszy i miłosnych pląsów dość szybko skłania muzyków do budowania finałowego rozdania. Dęte pichcą ostrą potrawę, pokrzykują na siebie, sekcja rytmu kleci bazę dla dynamicznej ekspozycji. Nie śpi elektronika! Sam finał jest oczywiście kolejnym szczytem ekspresji, ale w trakcie tych prawie siedemdziesięciu minut Ensemble potrafił już grać głośniej. Emocje najpierw buzują, potem stygną, a sama improwizacja gaśnie na repecie kontrabasu.

 

Colin Webster Large Ensemble First Meeting (Raw Tonk Records, CD 2023). Colin Webster – saksofon altowy, Rachel Musson – saksofon tenorowy, Cath Roberts – saksofon barytonowy, Charlotte Keeffe - trąbka, flugelhorn, Graham Dunning – elektronika, Dirk Serries – gitara elektryczna, John Edwards – kontrabas oraz Andrew Lisle – perkusja. Nagranie koncertowe, Cafe Oto, Londyn, sierpień 2022 roku. Dwie improwizacje, 66:55.



wtorek, 7 marca 2023

The March Round-up: Xenofox! The Tape! Magee! C/W|N! Symbiotic Instruments! |fontAnna|! Sounding Society! Reviriego!


Marzec na tronie, zatem najwyższy czas, by pokazać światu nową zbiorówkę recenzji z naszą ukochaną muzyką improwizowaną!

Dziś na recenzenckiej tapecie osiem płyt, w tym trzy wydane jeszcze w starym roku, a reszta w obecnym. Pośród nich cztery dostępne są na poręcznych płytach kompaktowych, a kolejne cztery na zgrzebnych kasetach magnetofonowych. Fenomen renesansu tego ostatniego nośnika wciąż pozostaje dla redakcji nieodgadniony, ale nie jest to temat dzisiejszej rozprawki.

Naszą tradycyjnie ponadgatunkową podróż zaczniemy w Berlinie, gdzie będzie gęsto i całkiem elektrycznie. Potem czekają nas dwie wizyty w Zjednoczonym Królestwie, bardzo swobodne, niekiedy elektroakustyczne. Powrót do Niemiec, to spotkanie tria dalece międzynarodowego, które skupia się na subtelnościach preparowanej akustyki. W dalszej kolejności krótka wizyta w Kanadzie, w zakładzie ceramicznym i szybki powrót o Europy, który zagwarantują nam dwa albumy po części krajowe (z wątkiem kopenhaskim!), oba fragmentarycznie akustyczne. Marszruta tej zbiorówki dokona swojego żywota w Barcelonie, w zaskakująco elektronicznym wydaniu.

So, welcome to heaven & hell of improvisation! 



 

Xenofox  The Garden Was Empty (Audiosemantics, CD 2023)

Zentrifuge, Berlin, maj 2022: Olaf Rupp – gitara elektryczna oraz Rudi Fischerlehner – perkusja, instrumenty perkusyjne. Pięć improwizacji, 57 i pół minuty.

Doświadczony Niemiec i zaprawiony w bojach Austriak uszyli dla nas gęstą, najeżoną brzmieniowymi i dramaturgicznymi atrakcjami opowieść. Z jednej strony gitarzysta i jego elektryczna maszyna, która buzuje emocjami, sprzężeniami i przepięciami mocy, niekończącymi się plejadami flażoletów, czerpiąca inspiracje z post-rocka, psychodelii i szorstkiego ambientu, ale niestroniąca od drobnych, jazzowych zdobień. Z drugiej strony niebywale kreatywny perkusista, który na każdym etapie rozwoju improwizacji ma tysiące ciekawych pomysłów, a dopiero na samym końcu myśli o budowaniu rytmicznej i linearnej narracji. Pusty Ogród składa się z trzech umiarkowanie rozbudowanych opowieści, które udanie podprowadzają nas pod danie główne, trwające ponad 25 minut. Te ostatnie skomentowane zostaje dość krótkim epizodem przypominającym połamaną balladę udręczonych wędrowców.

Już pierwsza historia dostarcza nam moc wrażeń – tworzą ją kłęby gitarowych sprzężeń, niepozbawionych kwaśnego posmaku i połamane frazy perkusji, która gra całym swoim arsenałem, ale nie ułatwia zadania gitarzyście prostymi rozwiązaniami dramaturgicznymi. Początek drugiej odsłony, to perkusjonalne drobiazgi i post-ambientowe wyziewy gitary. Muzycy zdają się dawkować nam tu emocje, ale i tak pakiet zdarzeń, jakie nam serwują, bywa trudny do ogarnięcia za pierwszym podejściem. Mamy wrażenie, że cała historia improwizowanego rocka zostaje tu przefiltrowana przez kreatywny drumming, którego kierunki działania bywają nieodgadnione. W trzeciej części gitara łyka coraz większe porcje psychodelii, brzmi jakby była rozstrojona, perkusja stoi zaś w miejscu i zagęszcza ścieg narracji. Czwarta, rozbudowana improwizacja ma wiele faz i odcieni. Usiany drobiazgami początek pachnie post-bluesem, potem narracja sprawia wrażenie przednówka całkiem ekspresyjnej, rockowej opowieści. W połowie ekspozycji muzycy zmyślnie gubią tropy i zapraszają nas na oniryczne dywagacje brzmieniowe, pełne metalicznego rezonansu i pytań o kierunek dalszej drogi. Zakończenie tej części albumu syci się niezłą dynamiką, pachnie post-rockiem, ale w jego trakcie brzmienie gitary niespodziewanie łagodnieje. Ostatnią improwizację buduje pewien dysonans. Drummer pracuje tu na niezłej dynamice, z kolei gitarzysta szuka drobnych, zaskakujących formuł brzmieniowych, preparuje i bawi się post-ambientem. W ostatecznym rozrachunku ten pierwszy przyjmuje reguły gry tego drugiego.



Dunning/ Taylor/ Thompson  The Tape (A New Wave Of Jazz, kaseta/DL 2022)

A New Wave Of Jazz Festival, Hundred Years Gallery, Londyn, luty 2020: Graham Dunning – działania elektroakustyczne (turntable, dubplates & spring reverbs), Benedict Taylor – altówka oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Jedna improwizacja, 30 minut bez kilkunastu sekund.

W kategorii brytyjskich improwizatorów średniego pokolenia, The Tape to niemal spotkanie na szczycie! Świetnie nam znani mistrzowie minimalistycznej akustyki, Taylor i Thompson, spotykają tu Dunninga, mistrza nieoczywistych konfiguracji nieakustycznych. Krótkie zwarcie koncertowe mieni się tysiącami barw, ale też po raz kolejny udowadnia, iż prawdziwa nić porozumienia między dźwiękami syntetycznymi i akustycznymi nawiązuje się na poziomie wytłumionych, bliskich ciszy igraszek fonicznych.   

Początkowy strumień narracji formuje się ze szmerów i pojedynczych dźwięków strunowych oraz elektroakustycznej smugi dość już gęstych fonii. Altówka skupia się na drobnych, ale na ogół preparowanych frazach, gitara z kolei swój konceptualny minimalizm wtłacza w ramy zachowań repetytywnych. Po upływie kilku minut pierwsze, dość hałaśliwe fragmenty koncertu urokliwie przepoczwarzają się w subtelne frazowania, którym niezbyt daleko do ciszy. Duża w tym zasługa mistrza syntetyki, który tłuste zwoje szumów zamienia na drobne, usterkowe didaskalia, doposażone w ambientowe tło. Muzycy bez trudu łapią porozumienie i kreują coraz bardziej intrygujące sytuacje sceniczne. W połowie koncertu pojawiają się nowe elementy – struny zgrzytają, elektroakustyka rezonuje, a potem pulsuje. Altówka trwa przy frazach preparowanych, gitara tyka jak zegar ścienny. Z tego oceanu drobiazgów artyści formują narrację, która nie jest pozbawiona znamion rytmu. Akcja zaczyna tu gonić akcję! Altówka idzie w taniec, gitara, choć ma nieco wolniejszy metabolizm, także ochoczo podryguje, a post-elektronika dba o całą resztę. W okolicach 25 minuty flow gaśnie aż do poziomu ciszy. Nowe wątki są teraz wyjątkowo filigranowe, choć maszyneria Dunninga przypominać zaczyna swoje bardziej głośne oblicze, znane z początku koncertu. Zakończenie spektaklu przychodzi wyjątkowe nagle, jakby ktoś przez przypadek zgasił światło.



Massimo Magee  The Contemporary Jazz Clarinet Of Massimo Magee And His Rhythm (Falt, kaseta/DL 2023)

Czas i miejsce akcji nieznane: Massimo Magee – klarnet, feedback mixer. Dwie kompo-improwizacje, 40 minut.

Rezydujący w Londynie Australijczyk należy do grona niezwykle kreatywnych i poszukujących saksofonistów i klarnecistów współczesnej muzyki improwizowanej. Jego działania artystyczne nie koncentrują się jednak na tzw. rozszerzonych technikach wydawania dźwięku, muzyk częściej bowiem zajmuje się twórczą dekonstrukcją dźwięków już wyprodukowanych przez żywy instrument. Czyni tak choćby poprzez stosowanie zaawansowanych metod i narzędzi ich rejestracji, a w przypadku swej najnowszej płyty solowej – poprzez użycie tzw. miksera dźwięków powracających (ponoć słowa feedback nie powinno tłumaczyć się na język polski). Efekt jego pracy jest bardziej niż intrygujący, choć w warstwie fonicznej niekiedy dość wymagający. Ale najlepszy na tym albumie jest sam tytuł. Ciekawe, czy był w stanie wprowadzić kogoś w błąd? Chcielibyśmy zobaczyć minę tego delikwenta!

Pierwsza improwizacja (z pewnością dalece predefiniowana) koncentruje się na klarnetowych pół melodiach, którym towarzyszą elektroakustyczne frazy, z jednej strony przypominające usterkową elektronikę, z drugiej budujące warstwę rytmiczną, którą można przy pewnej dozie tolerancji nazwać mianem drum’n’bass. Żywy instrument sięga tu także po dźwięki mniej oczywiste, kreśli małe drony i delikatnie preparuje, ale osią narracyjną jest ów fikuśny feedback, który zdaje się raz za razem płatać drobne figle. Ta część albumu ma nieco performatywny charakter i częściej sprawia wrażenie eksperymentu. Dużo ciekawiej jest w trakcie drugiej, równie rozbudowanej improwizacji. Tu maszyna feedbackowa bierze na swe barki ciężar prowadzenia narracji. W pierwszej fazie jej frazowanie świetnie koreluje z podmuchami szorstkiego powietrza z tuby klarnetu. Oba źródła dźwięku generują fonie o podobnej intensywności, pracują w podobnym rytmie i sycą się post-industrialną estetyką. Sytuacja dramaturgiczna zmienia się tu dość często. Mamy kolejne wątki usterkowe, a może nawet plądrofonicznie, także garść akcentów rytmicznych, gdy feedback pracuje niczym metronom, a na finał dostajemy się w strugę gęstego noise power electronic.



 

C/W|N  Thirty Nine Fifty Five (Acheulian Handaxe, CD 2022)

MUG, Einstein Kultur, Monachium, wrzesień 2021: Dušica Cajlan – piano preparowane (extended), Georg Wissel – saksofon altowy (augmented) oraz Etienne Nillesen – mały zestaw perkusyjny (extended). Dwie improwizacje, 40 minut.

Po sporej dawce elektryczności i elektroakustyki czas na porcję dźwięków stuprocentowo akustycznych. Do świata subtelnych, wytłumionych, niekiedy ekstremalnie cichych fonii zaprasza nas międzynarodowe trio, które koncertowało onegdaj w stolicy Bawarii. Płyta mieni się masą urokliwych, fantastycznie brzmiących dźwięków, ma świetną dramaturgię (emocje miewają tu naprawdę wysokie wzniesienia!) i nie ma w jej trakcie momentu, w którym recenzent mógłby wyrazić zdanie odrębne. Przepyszne nagranie!

Improwizacja od startu budowana tu jest z drobnych, precyzyjnie konstruowanych fraz. Suche podmuchy z tuby saksofonu, przedmioty szeleszczące na fortepianowych strunach i filigranowy, ale głęboki drumming. Opowieść narasta bardzo powoli, syci się drżeniem strun, dłuższymi frazami dętymi i fikuśnymi rysunkami na glazurze perkusyjnego werbla. Z czasem pianistka częściej korzysta z uroku fortepianowej klawiatury, a w grze drummera pojawia się coś na kształt minimalistycznego rytmu. Narracja raz na kilka minut na swoje drobne wzniesienie, które muzycy pokonują z wyjątkową gracją, po czym wracają do żmudnego kreowania kolejnego wątku. Tuz przed 20 minutą seta zasadniczego efektowne pasaże na niezłej dynamice śle nam pianistka, po czym trio zanurza się w oceanie filigranowych inside sounds. Rozkołysana post-ballada wieńczy ten fragment nagrania. Koncertowe encore trwa tu ponad 10 minut i kreowane jest z jeszcze większą pieczołowitością. Najpierw akcenty percussion z wnętrza fortepianu i werbla, potem saksofonowe oddechy. Artyści w tej części koncertu zdają się być najbliżej ciszy. Potem wpadają w subtelny trans – delikatnie szarpane struny piana, rezonujące śpiewy z werbla i saksofonowe dysze w swobodnych pląsach. Na koniec pianistka powraca na klawiaturę, podczas gdy jej partnerzy budują wieńczące dzieło, pęczniejące drony.



Roxanne Nesbitt/ Ben Brown/ Marielle Groven  Play Symbiotic Instruments (Small Scale Music, kaseta/DL 2023)

Afterlife Studios, Vancouver, kwiecień 2020-maj 2021: Ben Brown – perkusja i ceramiczne perkusjonalia, Roxanne Nesbitt – kontrabas oraz Marielle Groven – fortepian, przedmioty ceramiczne. Siedem utworów (kompozycji własnych), 35 minut z sekundami.

Trójka muzyków z Kanady przygotowała dla nas kompozycje własne, które znajdują dużo przestrzeni dla swobodnych improwizacji, pełnych dźwięków preparowanych i … brzmień ceramicznych. Te ostatnie definitywnie bogacą foniczny wizerunek całości, ale można odnieść wrażenie, że są ważniejsze od ekspresji wykonawczej i typowo muzycznych emocji. Największy wszakże problem z tym nagraniem jest taki, iż pomysłu dramaturgicznego starcza tu na trzy, może cztery utwory. Choć sam początek albumu wiele tu obiecuje.

Artyści pieczołowicie podają temat pierwszego utworu i dość szybko przechodzą do fazy swobodnych improwizacji. Dobrze uformowana melodyka i dynamika nagrania sprzyjają tu konstruowaniu intrygujących, preparowanych fraz ze strony każdego instrumentu. Drugą opowieść otwiera intro perkusyjne, które skrzy się delikatnym brzmieniem obiektów ceramicznych. Na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek, a muzycy snują wystudiowaną, post-jazzową narrację, która nie stroni od kameralnych klimatów. Znów kreują ciekawe brzemienia, ale w tej nieco ilustracyjnej opowieści zdecydowanie brakuje zachowań bardziej ekspresyjnych. Melodyka trzeciej opowieści zdaje się być nieco przesłodzona, ale wiele rekompensuje tu wyjątkowo smakowita faza improwizacji, z dużą ilością rezonujących, post-perkusjonalnych dźwięków. W każdej kolejnej odsłonie albumu dominacja akcji perkusjonalnych (także ze strony piana), bazujących na przedmiotach ceramicznych, stwarza niebanalne sytuacje dramaturgiczne, ale nie implikuje powstawania przemyślanych struktur narracyjnych. Opowieści na ogół bazują tu na zadanej strukturze rytmicznej, chwilami pachnąc wręcz rockową ornamentyką (choćby w utworze szóstym). Ostatnia część płyty, to niemal wyłącznie perkusjonalne zdarzenia, tu wszakże doposażone w intrygujące dźwięki, których źródła pochodzenia nie jesteśmy w stanie do końca rozpoznać.



 

|fontAnna|  Voicollages (Requiem Records, CD 2022)

Prawdopodobnie Bydgoszcz, czas akcji nieznany: Anna Niestatek – głos i kompozycje. Jedenaście utworów, 30 minut.

Oddajemy się na pełne dwa kwadranse we władanie kobiecego głosu, który śpiewa, melorecytuje lub recytuje, pokrzykuje i złorzeczy, szepta nam do ucha tajemnicze słowa, tudzież zabiera swym szamańskim zaśpiewem w podróż, która nie przewiduje drogi powrotnej. Artystka z tych wszystkich wątków plecie nam jedenaście wokalnych kolaży, którymi potrafi wzbudzać doprawdy niebywałe emocje. Bywa, że mówi do nas stonowanym dwugłosem, bywa, że krzyczy anielskim chórem tysiąca gardeł, z których tylko niektóre niosą dobrą nowinę.

Pierwszy głos szepcze, drugi snuje leniwą wokalizę, trzeci gdacze, a czwarty podśpiewuje – wszystko z nabożną niespiesznością łączy się tu w wielogłos inicjacyjny, z którego wykluwa się śpiew z tekstem przypominający mniej mroczne nagrania Dead Can Dance. Zaraz potem folkowy loop szyje dramaturgię, a towarzyszące mu głosy nerwowo pokrzykują lub cedzą słowa. W trzeciej odsłonie zalotny wielogłos, początkowo zatopiony w ciepłej mgle, wpada w kompulsywny taniec z dużą porcją melodii i frywolności. W czwartej jawi się nam prawdziwie arabski epizod – to dwugłos o matowym, zabrudzonym tembrze. W piątym opowiadaniu zgrabnie sklecony wielogłos startuje z samego dna świata, chce sięgnąć iluzorycznego nieba, ostatecznie przypomina jednak senne koszmary. W szóstym z kolei toniemy w mrocznych szeptach gromady pielgrzymów modlących się o deszcz. Siódma część wydaje się bardzo fizyczna, przypomina oddech w trakcie testu wysyłkowego, który szczęśliwie łapie folkowy rytm i eksploduje wyrafinowaną ekspresją. Ósmy epizod zdaje się być wyłącznie werbalny – krzyki, mroczne słowa i mglista poświata kreślą tu rytuał zapomnienia. W kolejnych częściach czeka nas dramaturgiczny kontrapunkt – na kilka chwil przenosimy się na targ rybny w Stambule, a zaraz potem zanurzamy po czubek nosa w kolejnym sezonie Twin Peaks. Ostatni odcinek podróży pokonujemy w dużym skupieniu. To rodzaj modlitwy, a może poranne przekomarzania z ukochaną osobą - wszystko rozpływa się tu w onirycznej mgle.



Sounding Society  Homecoming Medley or Society Into Sound (Gotta Let It Out, CD 2023)

AliceCPH, Kopenhaga, kwiecień 2021: Tomo Jacobson – kontrabas, midi ribbon, gypsy rose, Rasmus Kjær Larsen – melotron, nord lead, Ylenia Fiorini - gongi, inne uzdrawiające instrumenty oraz Szymon Pimpon Gąsiorek – perkusja, rożek barytonowy, OP-Z, shruti box. Jedna improwizacja w czterech częściach, niespełna 40 minut.

Tomo Jacobson i Szymon Gąsiorek powracają! Już nie jako duet Wood Organisation, ale w tkance czteroosobowej i opowieści bogatej w wydarzenia, intrygująco kwaskowej i niebanalnie zinstrumentalizowanej. Jeśli wersja duetowa budziła pod piórem recenzenta drobne ambiwalencje, to Brzmieniowe Towarzystwo godzi je wszystkie i definitywnie zasługuje na wysoką ocenę. Album z długim tytułem, to czterdzieści bezbolesnych minut liquid trip po bezdrożach ponadgatunkowej improwizacji.

Na delikatnie rozmytą w czasie i przestrzeni aurę otwarcia składa się tu szum elektroakustycznych urządzeń w pozie stand-by, brzęczące struny kontrabasu, perkusjonalne świecidełka i bogate, ambientowe tło. Klimat neo-hippisowskiej post-psychodelii w leniwej strudze zachodzącego słońca. U progu drugiej odsłony nieprzerwanego strumienia dźwięków pojawia się wyraźny sygnał basu do aktywizowania działań kreatorskich. Odzew początkowo tli się niemal metafizycznymi wątpliwościami, ale po chwili aktywizują się perkusjonalia, które płyną całą szerokością sceny, tworząc niekończącą się przestrzeń filuternego drum’n’bass. W tle dzieje się wiele ciekawego, a na froncie bas wchodzi w stadium dość ożywionej improwizacji. Spowolnienie narracji jest tu przy okazji początkiem trzeciej części. Bas milknie na moment, a nowe rozdanie smakować zaczyna tłustą, afrykańską polirytmią. Pojawia się barytonowy rożek i kolejne plejady intrygujących dźwięków. Kwartet przypomina teraz małą orkiestrę, która systematycznie nabiera dynamiki. Wejście w ostatni epizod wyznacza tu fazę elektronicznego zamętu i zabawy w post-syntetyczną usterkowość. Opowieść przez moment lewituje. Szczęśliwie powraca bas i w mgnieniu oka porządkuje dramaturgię. Jego groove jest mięsisty i ciągnie opowieść mimo pasywnej postawy perkusjonalii. Pojawiają się syntezatorowe melodie płynące z jasnej strony księżyca. Końcowe trzy minuty improwizacji unaoczniają trud skutecznej finalizacji. Garść slapstickowych akcji pozwala jednak artystom osiągnąć zamierzony koniec tuż przed upływem czterdziestej minuty.



Àlex Reviriego  Leukolenos (Crystalmine Records, kaseta/DL 2023)

Barcelona, okoliczności domowe, jesień-zima 2020: Àlex Reviriego - Yamaha Electric Organ, Dreadbox NYX, inne urządzenia elektroniczne. Siedem utworów, 42 minuty.

Reviriego znamy przede wszystkim jako niezwykle kreatywnego kontrabasistę, ale czasy pandemii mają swoje prawa. Otóż w zaciszu domowym, w trakcie pierwszego lockdownu, muzyk zbudował swoją pierwszą w pełni elektroniczną ekspozycję. Instrumentalną bazą jego prac są tu elektryczne organy, których barwy brzmieniowe zdają się nie mieć końca, a całość narracji zgrabnie uzupełniają wielowątkowe elektroniczne zdobienia. Muzyk tym nagraniem nie wywołuje rewolucji w gatunku, ale jego nieprzegadanej opowieści słucha się z niekłamaną przyjemnością.

Pierwszą opowieść budują dwa wątki – siarczysty dron post-noise i śpiewne, szare tło ambientowe. Dramaturgia rośnie tu z każdą pętlą narracyjną, sprawiając, iż nagranie w fazie finalnej świetnie nadaje się na soundtrack do haloweenowego horroru. Dla przeciwwagi drugi epizod szyty jest krótkimi, niemal usterkowymi frazami. Pojawiają się basowe wtręty, a gęsto usianym incydentom post-hałasu towarzyszy wysoko zawieszony, pulsujący background. Całość nabiera z czasem posmaku minimal electro. W trzeciej części muzyk powraca do długich pasaży dźwiękowych. Organowy ambient formuje się tym razem w soczysty chill-out. Czwarta opowieść przypomina nieco pieśń otwarcia - dwa powłóczyste wątki, dużo szorstkich braw i coraz mroczniejszy klimat. Na zakończenie wszystko zostaje skomentowane czystymi frazami organów. Na początku kolejnej części znów mała plądrofonia - potem opowieść buduje się długimi frazami, które zdobią małe porcje siarczystego hałasu. Przedostatnia narracja wydaje się być wyjątkowo nerwowa. Pulsacje i usterki kreują tu klimat, w którym nie ma nadziei na światełko w tuneli. Wreszcie finał albumu, bardziej stonowany, to melodyjne farewell, z czystą barwą organów i wysokimi pasmami ambientu.



wtorek, 2 czerwca 2020

Cheetham & Wilkinson! Dunning & Webster! Windisch! López & Bass! Orins! Dalibert! Frey! Jacob & Thorn! A Melting Pot Of A New Creation in Music!


Koniec pandemicznego maja i początek równie dotkliwego czerwca, to z pewnością dobry moment na zbiorówkę recenzji płyt, które w ostatnich tygodniach przeturlały się przez odtwarzacze redakcji.

Jaki dziś klucz wyboru? Absolutna różnorodność, niczym w dziecięcym kalejdoskopie! Zaczniemy w piekle free jazzu, przejdziemy przez czyściec eksperymentów, open jazzu, latynoskiego free improv, solowych ekspozycji pianistycznych, tudzież komponowane … instalacje dźwiękowe, by zakończyć naszą szaloną podróż w niebie post-kameralnego … avant popu!

Wystartujemy w Zjednoczonym Królestwie Najlepszej Muzyki, w gronie samych znajomych, potem czeka nas jednak garść nowych nazwisk - wątki niemieckie, argentyńskie, francuskie, szwajcarskie i kanadyjskie. Pod względem stylistycznym będziemy skakać z kwiatka na kwiatek, zgodnie z zamierzchłą maksymą – dla każdego coś miłego!




Andrew Cheetham & Alan Wilkinson  The Vortex Of Past Time (A New Wave Of Jazz, CD 2020)

Wbrew tytułowi płyty, naszej podróży nie zaczynamy w londyńskim Vortexie, ale w Manchesterze, w miejscu zwanym Queen's Ark Audio. Jest koniec kwietnia 2017 roku, są z nami: Andrew Cheetham – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Alan Wilkinson – saksofon barytonowy, altowy, klarnet basowy i … głos.  Cztery improwizacje, 54 minuty.

Wybuchowy, ognisty koncert paternalistycznego free jazzu składa się w dwóch zasadniczych części i tyluż znacznie krótszych dogrywek. Międzypokoleniowy duet brytyjski, z którym śmiało można konie kraść, jest tu w stanie zadowolić nas w każdym momencie. Pilny (świetnie słucha), dokładny (zawsze zna ilość krawędzi swojego zestawu), niezwykle dynamiczny i bardzo kreatywny dramaturgicznie drummer (doskonale odnajduje momenty, by przyspieszyć narrację) oraz wyśmienity saksofonista, być może najciekawszy barytonista sceny brytyjskiej, świetnie sprawdzający się zarówno w dynamicznych, jak i tych bardziej melodyjnych momentach (imponuje masywnością dźwięku, ale także pewną zwiewnością, lekkością narracji, także wtedy, gdy w dłoniach dzierży klarnet basowy). Innymi słowy – sam miód, nie tylko dla wielbicieli surowego mięsa!

Początek pierwszego seta, to otwarcie pełną gębą – od startu rosnące tempo zdrowego drummingu i zalotny, masywny, ale jakże śpiewny saksofon barytonowy, który rytmicznym parskaniem buduje melodykę free jazzu. Już po dwóch, trzech minutach muzycy idą w tango i nie biorą jeńców. Gdy po siedmiu minutach stopują, po wykreowaniu kilku dronów w rezonansie, bez zbędnej zwłoki budują nową opowieść, równie smakowitą. Obaj świetnie panują nad emocjami i tempem narracji, przez co improwizacji nie brakuje dramaturgicznych niuansów. Równie wyrazisty jest drugi set, w którym Wilkinson sięga po klarnet basowy. Znów wielki instrument w rękach tego muzyka potrafi skakać do samego nieba, śpiewać i miłośnie (tu, także semicko) zawodzić.  Czasami wpada w taniec prawdziwie nieujarzmionego zwierza, pomrukuje jak niedźwiedź, ale muzyk w każdej sekundzie kontroluje jego zachowania. Szczególnie ekspresyjna jest końcówka seta. Duet nabiera dynamiki niesiony niemal post-rockową repetycją. Ogień narracji bucha pełnym blaskiem, flow niczym dzikie kuropatwy w locie wznoszącym.

Tak zwane dogrywki pokazują nieco bardzo wytłumiony pokaz soczystego free jazzu. W trzeciej części Wilkinson stawia na saksofon altowy i ekspresyjne gardłotoki. Cheetham świetnie korzysta z talerzy, preparuje dźwięki, buduje perkusyjne drony. Równie stabilny emocjonalnie jest ostatni fragment koncertu. Powraca klarnet basowy, opowieść toczy się dostojnie, ale entuzjazm improwizatorów nie gaśnie nawet na moment. Na finał oba instrumenty pną się ku górze - mantra błyszczących talerzy i zdrowa histeria klarnetu. Piękny finisz!




Graham Dunning & Colin Webster  Terrain (Raw Tonk, LP 2020)

Chcieliśmy do Londynu? Here it is! Graham Dunning – perkusyjny werbel i obiekty oraz Colin Webster – saksofon altowy i barytonowy. Okoliczności studyjne Sound Savers, lipiec roku 2018, czas trwania – 38 minut bez piętnastu sekund.

Terrain, to dziewięć improwizowanych pomysłów na to, jak z pozornie akustycznych instrumentów wydobywać tajemnicze dźwięki, które w wielu momentach sprawiać będą wrażenie, jakby w drodze do naszych uszu przepuszczane były przez bliżej nieokreślone moce amplifikujące. Metodą wszakże podstawową działań muzyków będzie preparowanie (zniekształcanie) dźwięków za pomocą różnych technik i … przedmiotów. Ponieważ wykonawców mamy w tym wypadku znakomitych, efekt ich pracy nie może nas nie zadowolić, choć w wielu momentach, dla mniej obytych słuchaczy, muzyka zawarta na płycie może stanowić pewnego rodzaju challange.

Opowieść zaczyna rozkołysany werbel, który brzmi bardzo szorstko, mechanicznie, jakby z odrobiną prądu zaplątanego pomiędzy strunami naciągu. Obok saksofon barytonowy, który skwierczy i miarowo prycha. Narracja szyta jest gęstym ściegiem, chwilami dynamiczna, niepozbawiona agresywnych dźwięków. Działania obu artystów świetnie skomunikowane, nie unikające wzajemnych imitacji – tak tu, w pierwszej opowieści, tak i w kolejnych ośmiu. W drugiej odsłonie muzycy serwują nam drony wilgotnego powietrza, przesycone elektroakustyczną poświatą. Colin sięga po saksofon altowy, być może dmie w werbel, zaś Graham zdaje się mieć w zasięgu wzroku smyczek (ale to wiadomość niepotwierdzona). Produkcja dźwięków nadakustycznych trwa w najlepsze. Trzecia część stawia na kolektywny drumming, realizowany zarówno przy udziale werbla, jak i dysz saksofonu. W kolejnej odsłonie posmak post-industrialu - muzycy pracują jak dwie maszyny parowe (Colin dekonstruuje dźwięki, w sposób, jaki znamy z jego solowej płyty Hiss), a w jeszcze kolejnej – ugniatanie tajemniczych przedmiotów na powierzchniach płaskich i prychy, które po czasie osiągają stan masywnych dronów.

Szósta odsłona, i znów mechanika stosowana - wiertarki, świdry i młoty pneumatyczne. Przy okazji saksofon zdaje się po raz pierwszy zahaczać o drobiny dźwięków bardziej typowych dla instrumentu dętego drewnianego. W następnej części chwila odpoczynku – muzycy i ich przedmioty oddychają, szumią, a potem skwierczą i przypominają drummerskie szczoteczki. W ostatnich dwóch improwizacjach powracają akcenty perkusyjne, wspomagane saksofonowymi zaśpiewami. Colin cudownie charczy, Graham drży na granicy hałasu. Najpierw muzycy stawiają na intensywność przekazu, potem delikatnie zdejmują nogę z pedału gazu i popadają w finałową mantrę.




Julius Windisch Quartet  Chaos (Hout Records, CD 2020)

Kilka milowych kroków na wschód i jesteśmy w Berlinie, na studyjnym spotkaniu z kwiatem międzynarodowej, jazzowej młodzieży! Julius Windisch – fortepian, autor wszystkich dziewięciu kompozycji, Sölvi Kolbeinsson – saksofon altowy, Felix Henkelhausen – kontrabas oraz Max Santner - perkusja. Ponieważ ilość traków już znamy, dodajmy jedynie, iż całość trwa niepełne 42 minuty.

Chaos, to dobrze zaprogramowany, bardzo kolektywny, spójny open jazz, którego słucha się bardzo dobrze, który w kilku momentach potrafi naprawdę przykuć uwagę, dobrze przy tym korzystając z doświadczeń gatunkowych. Być może świetny tytuł płyty obiecuje trochę zbyt wiele, ale czas spędzony w Chaosie zdecydowanie należy zaliczyć do czasu nieutraconego. Po stronie ewidentnych atutów nagrania należy postawić, przewijające się niemal przez całą płytę, niezmiernie pokomplikowane, intrygujące metrum. Linia rytmu, kierunek narracji pełen jest niebanalnych zakamarków, dramaturgicznych kantów, czasami tańczy jak pijany we mgle i nie akceptuje jakichkolwiek dróg na skróty. Szczególnie dobrze Quartett realizuje się w bardziej dynamicznych nagraniach, gdy posmak całości, w tym zaśpiew saksofonu altowego, przynosi jakże miłe skojarzenia z estetyką na poły sterowanej improwizacji spod pióra Tima Berne’a.

Wszystkie atuty płyty zdają się konsumować przede wszystkim dwa utwory – pierwszy, tytułowy i ostatni, gdy muzycy tuż przed fajrantem, puszczają wodze fantazji i kreacji, prezentując przynajmniej dwie, trzy swobodne ekspozycje solowe (kontrabas i alt w pierwszym szeregu), wprowadzając wreszcie do kwartetowej opowieści odrobinę konstruktywnego Chaosu. Nawet w utworach bliższych jazzowej balladzie (choćby drugi i szósty), nie przestaje intrygować owe nieparzyste, powykręcane metrum. Ciekawie dzieje się w kompozycji czwartej (wstęp w estetyce tanecznej polirytmii), a także w kompozycji siódmej, gdy muzycy zaczynają nieśmiało preparować dźwięki swoich instrumentów, a perkusjonalia rozbłyskują lekkością i zmysłowością. Chaos zawiera wiele dobrych znaków na przyszłość dla tej grupy muzyków. Póki co, życzymy im więcej performatywnej swobody, mniej programowania własnych zachowań i spoglądania w kierunku zapisów na pięciolinii. Do dzieła!




Chanco a Rayas  Chanco a Rayas (TVL Records, DL 2019)

Porzucamy Europę i lądujemy w argentyńskim Rosario! Luty 2018 roku, miejsce zwane Centro Cultural Parque de España. Jedenaście odcinków swobodnej improwizacji proponują nam: Rocío Giménez López na fortepianie i Luciana Bass na gitarze elektrycznej. Muzyka pozostanie z nami przez niemal 43 minuty.

Już opis pierwszej improwizacji Chanco & Rayas powie nam niemal wszystko o niezwykle intrygującej zawartości całej płyty. Acid guitar z odpowiednią dawką prądu i przestrzennego pogłosu, zdolna do każdego szaleństwa, choć lekka i wyluzowana, obok czysto brzmiące piano sprawdzające glazurę czarnych i białych klawiszy, czasami wyrachowane, ale tylko pozornie uporządkowane. Gitara rozmarzona w post-rocku, piano zatopione w open jazzie, niepozbawione kameralistycznego posmaku. Muzycy świetnie się słyszą, dobrze na siebie reagują, choć stoją na wyimaginowanej scenie w dużym od siebie oddaleniu. Jest rytm, jest dynamika, są spowolnienia i chwile emocjonalnej zadumy. Dobra dramaturgia całości jest sprzymierzeńcem muzyków i dźwięków, jakie wydają. Osią opowieści wydaje się być swoisty dysonans w zakresie brzmienia obu instrumentów, które przybywając z separatywnych galaktyk, znajdują wspólny język w ułamku sekundy.

Szukając najlepszych momentów płyty, znajdujemy je równie szybko! W trzeciej części nieparzyste metrum piana sieje ferment, gitara dla niepoznaki skomle zaś małe nutki w błękitnym ambiencie. W czwartej natrafiamy na minimalizm i filigranowe fonie, które sączą się cienką strużką krwi, z odrobiną jazzu pomiędzy strunami. W piątej części muzycy nie kryją swej fascynacji dla konstruktywnego preparowania dźwięków. W tle sączy się mała elektronika, z cylindra czarnoksiężnika wyłaniają się tajemnicze sample, a gitara znów szuka dobrego kwasu. W siódmej części repetycja zdaje się być pretekstem do niemal tanecznej narracji. Dźwięki pętlą się i tarmoszą wzajemnie bystrym post-jazzem. W kolejnej - mała zabawa w call & responce! W dziewiątej części, najdłuższej – dużo wydarzeń! Deep minimal piano, plamy gitarowej amplifikacji, gołe struny i ćwierćtony, sample i cisza, która grzmi wokół. Gitara pnie się dronem ku górze, piano płodzi małe frazy, skąpane w zachodzącym słońcu. Jeszcze tylko parędziesiąt sekund tanecznego, solowego fortepianu i finałowa ballada, którą Argentynki żegnają się z nami, z mocnym postanowieniem szybkiego powrotu. Bo warto!




Stefan Orins  Summer’s Hope (Circum-Disk, CD 2020)

Czas pogłębić wątek pianistyczny w dzisiejszej zbiorówce i na dłuższą chwilę pozostać w towarzystwie fortepianu solo. Najpierw wątek pełen emocji, potem wątek pozornie z niej wyzuty, choć być może równie wartościowy. Zaczynamy od francuskiego pianisty Stefana Orinsa (świetnie na tych łamach znamy jego brata Petera, perkusistę!). Efekt trzech pracowitych, jeszcze przedpandemicznych dni Stefana Orinsa w domowym zaciszu (marzec roku ubiegłego), to dwanaście kompozycji (szkiców dla improwizacji?), których odsłuch zajmie nam mniej więcej godzinę zegarową, a których tytuł zdaje się być nade wszystko pobożnym życzeniem w czasach współczesnej nam zarazy.

Letnia Nadzieja, to pełna uroku, dramaturgicznego napięcia i chwilami sporego rozmachu, post-jazzowa, czasami post-kameralna, opowieść na jednoosobowy fortepian. Muzyk w jej trakcie definitywnie preferuje eksplorację klawiatury ponad próby preparowania dźwięków w głębinach pudła rezonansowego największego z akustycznym instrumentów. W trakcie godziny nagrania tak wiele czyni z mistrzowską klasą, dramaturgiczną precyzją, niebywale kreatywnie improwizuje, stawia celne pytania i znajduje prawidłowe odpowiedzi, iż bez problemu wybaczamy mu kilka neoklasycznych wycieczek do krainy nudy, które serwuje nam w niektórych momentach drugiej części płyty.

Zlustrujmy zatem niezbywalne atuty tego nagrania. Początek płyty stawia na jazz, dynamiczny, swobodny, z taylorowskim sznytem emocji, niepozbawiony wszakże kameralnej zadumy. Stefan korzysta z całej klawiatury, żadna kombinacja dźwięków nie stanowi dla niego niespodzianki. Sięga od czasu do czasu po preparacje, czyni to wszakże jedynie w momentach uzasadnionych dramaturgicznie (choćby w introdukcji drugiego utworu). Świetnie radzi sobie w dynamicznych momentach, równie skuteczny jest w subtelnych, filigranowych pasażach. W trzeciej części decyduje się na zabawę z ciszą, a dźwięki zaczynają przypominać źdźbła trawy unoszone szelestem porannego wiatru. W czwartej części – dla odmiany – zaprasza nas na post-barokowy taniec po klawiaturze ze stępionym ostrzem, gdy lewa ręka daje muzyce rytm, a prawa tonie w pełnych niepokoju wątpliwościach. W szóstej części deep piano po czarnych klawiszach pobudza do życia białych odpowiedników, zaś w dziewiątej, jakże filigranowej części, jakby na przekór tezie z poprzedniego akapitu, zaczyna się samo dobro – czarny klawisz wybrzmiewa, biały rwie frazy jak ceratę. W kolejnej części oba kolory klawiatury zdają się prowadzić ze sobą dialog godny Dawida i Goliata, a dramaturgia rośnie w ułamku sekundy. Na finał płyty najpierw wzrost emocji i dynamiki, kilka nerwowych, zmysłowych ruchów, a potem bardziej klasycyzujący, bezceremonialny przegląd czystości wszystkich elementów klawiatury.




Melaine Dalibert  Anastassis Philippakopoulos: piano works (Elsewhere, CD 2020)

Jesteśmy we Francji (Saint Maugan, Bretania, lipiec 2019), szeroko nadstawiamy uszu, przed nami bowiem spektakl skomponowanych, drastycznie minimalistycznych utworów fortepianowych. Wykonawcą jest pianista Melaine Dalibert (znamy się!), autorem zaś kompozycji Anastassis Philippakopoulos. Tych ostatnich na płycie jest dwanaście, a całość odsłuchu zajmie nam niespełna 35 minut.

Drobne dźwięki z pojedynczych klawiszy, które rezonują matowo brzmiącym echem. Czasami łączą się w smukłe konstelacje dwóch, trzech, maksymalnie czterech dźwięków. Gdy słuchasz ich uważnie, a nic nie rozprasza twojego pierwotnego postanowienia, zaczynasz oddychać inaczej - wolniej, głębiej, być może z perspektywy tafli morskiej, którą bez trudu odnajdujesz na okładce płyty. Równoprawnym uczestnikiem nagrania jest, co oczywiste, cisza, która wypełnia kilometry przestrzeni pomiędzy dźwiękami lub sekwencjami dźwięków. Ona brzmi, ona gra, ona oddycha, ale nastrój daleki jest od romantycznych schematów. To bezkres ciszy egzystencjalnej, istniejącej razem z dźwiękami, których tworzenie zdaje się być niezwykle kreatywnym mozołem. Repetycja formy, mantra nieskończonej/ niekończącej się opowieści.

Po siedmiu częściach opowieści Piano Piece, muzyk i kompozytor proponują nam pięcioczęściową historię Five Piano Pieces. Narracja zdaje się nabierać tu nieco życia – czarny klawisz konstruuje dialog z wysoko zawieszonym białym klawiszem, a urywany dźwięk wydaje się wyjątkowo hałaśliwy dla odbiorcy zatopionego w letargu pierwszych siedmiu części płyty. Kolejne odcinki proponują nam sekwencję nawet czterech dźwięków, a opowieść zaczyna przypominać subdynamiczny spacer gołymi stopami po porannej rosie, a zatem znamiona podjęcia czynności ruchu zostają tym samym wyczerpane. W utworze finałowym gęsta repetycja dwu-, a nawet trójdźwięków doprowadza nas na skraj finałowej ciszy. Bierzemy głęboki oddech i definitywnie zasypiamy.




Jürg Frey  Echo. Trio. Fragile. Eyot (A New Wave Of Jazz, CD 2020)

Jeśli stan letargu, pewnego rodzaju medytacji, jaki udało nam się osiągnąć podczas odsłuchu poprzedniej płyty, pragniemy utrwalić po wsze czasy, dobrym sposobem będzie blisko 75-minutowa podróż dźwiękowa, która metody twórcze Philippakopoulosa skutecznie udoskonala. Tu autorem zjawiska będzie szwajcarski kompozytor Jürg Frey. Cztery kompozycje/ nagrania/ dźwiękowe instalacje z lat 1997-2014, wykonane przez różnych muzyków w różnych momentach dziejów tego świata (2009-2019).

Dzieło otwarcia Paysage d’échos (2009) wykonuje sam kompozytor, generujący minimalistyczne fonie na trzech instrumentach, którymi są harmonika, melodica i fortepian. Choć dźwięków tu jak na lekarstwo - wszechobecna cisza rządzi i dzieli – to w wielu momentach docierają do nas jednocześnie dźwięki z trzech źródeł, stąd wniosek, iż muzyka nie jest wykonywana w pełni na żywo, a raczej ma formę dźwiękowych instalacji (co zresztą potwierdza opis płyty). Ów minimal & spiritual dead sounds trwa niemal pełne 20 minut, dobrze buduje nastrój, ale pozbawia nas dramaturgicznej puenty, czyniąc całe przedsięwzięcie pewnego rodzaju sztuką dla sztuki. Ta skromna uwaga dotyczy po prawdzie wszystkich kompozycji na omawianej płycie.

Druga kompozycja Streichtrio (1997) wykonywana jest przez trio smyczkowe: Angharad Davies - skrzypce, Johnny Chang – altówka oraz Stefan Thut – violoncelle. Znów koncepcja polega na wydawaniu krótkich dźwięków zatopionych w ocenie ciszy. Trzy strunowce, delikatnie preparowane, splecione w jednolity dron, brzmią doskonale, powodując, iż właśnie ten fragment płyty jest godzien naszej szczególnej uwagi, jednakże przy setnym powtórzeniu sekwencji dźwięków niekoniecznie łechta ono nasze endorfiny. W trzeciej części Equilibre fragile (2014) powraca Jürg Frey, który korzysta z bird pipes, których dźwięki znów docierają do nas przy zastosowaniu formuły instalacji. Efektem ponad 18-minutowa sekwencja ptasich nawoływań w obliczy cokolwiek martwej przyrody, tradycyjnie z ciszą w roli głównej. Na finał krążka Eyot (2004), a podmiotem wykonawczym Antonio Correa na fortepianie. Narrację buduje pojedynczy dźwięk czarnego klawisza, masywny i groźny, skonfrontowany z wysokim, delikatnym dźwiękiem klawisza białego. Mistrzem ceremonii pozostaje wszakże cisza.  




The Giving Shapes  Earth Leaps Up (Elsewhere, CD 2020)

Na finał dzisiejszych stylistycznych wolt, duet wokalno-instrumentalny, który moglibyśmy przewrotnie określić mianem post-chamber avant pop! Robyn Jacob śpiewa i gra na fortepianie, Elisa Thorn śpiewa i gra na harfie. Muzyka w formie piosenek z tekstem (do lektury na okładce płyty). Dziewięć kompozycji, 48 i pół minuty.

Niezaprzeczalnym i kardynalnym atutem albumu z piosenkami są oba wokale. Nie dość, że głosy są powabne, muzycy pięknie toczą najróżniejsze linie melodyczne, to jeszcze doskonale ze sobą współpracują w żmudnym procesie wokalnym. A już zdecydowanie najciekawiej jest wtedy, gdy miast śpiewać, zmysłowo wokalizują i fantastycznie nakładają na siebie warstwy fonii, które wzajemnie generują. Tak dzieje choćby w introdukcji utworu pierwszego, a także w ostatniej piosence na płycie.

Całość opowieści duetu pełna jest dramaturgicznej elegancji (z dala od schematu zwrotka i refren), szyku i pewnego scenariuszowego suspensu. W pewnych momentach recenzent czuł się, jakby słuchał ścieżki dźwiękowej do doskonałego filmu Petera Weira Piknik Pod Wiszącą Skalą!  Ów stylowy songwritting nie stroni od naleciałości etno, czasami sięga po bluesowe figury rytmiczne, a nade wszystko pozostaje błyskotliwie bezceremonialny i nie mający pretensji do reprezentowania jakichkolwiek ram stylistycznych. Z warstwy instrumentalnej bardzo podobać się może brzmienie harfy, która w kilku momentach sprawia wrażenie, jakby byłą akustyczną gitarą. Pełne ciepła, ale i zagadkowości jest piano. Niemal same atuty! Gdyby jeszcze pomiędzy struny i post-egzystencjalne tyrady werbalne wrzucić nieco więcej ognia i emocji, tudzież szczyptę improwizacji, byłby już prawdziwy majstersztyk. Zatem muzyka ku radości wszystkich, a skierowana szczególnie do tych, którzy w percepcji muzyki nazbyt silnie kierują się gatunkowymi uprzedzeniami.



wtorek, 28 maja 2019

Colin Webster! Still in a Constant Journey!


Brytyjski saksofonista Colin Webster w trakcie ostatnich kilku miesięcy dwukrotnie gościł w Polsce. Pozostawił po sobie piorunujące wrażenie, niejako potwierdzając, iż trwająca od dawna w gronie redakcyjnym fascynacja jego twórczością nie jest choćby odrobinę przesadzona. Już dziś uchylić możemy rąbka tajemnicy i dodać, iż muzyk gościć będzie u nas ponownie w październiku, gdy stanie się ważnym elementem artystycznym 3. Spontaneous Music Festival. Impreza, która odbędzie się, jak zawsze, w poznańskim klubie Dragon, stanie się także okazją do świętowania … pierwszej płyty Webstera, jaka ukaże się w Polsce (ale to, na razie, wielka tajemnica!).

Kolejne wydawnictwa Colina śledzimy oczywiście na bieżąco i nic nie umyka naszej uwadze. Dziś czas na dwa drobne incydenty (w wymiarze czasowym), wydane w formie downloadingu i kasety, przynoszące, jak zawsze, moc doskonałej muzyki w wykonaniu saksofonisty.  Najpierw trio w plikach, potem zaś duet na kasecie, ale na drugiej jej stronie, jak to na splicie – inny wykonawca.




Colin Webster/ Noah Punkt/ Mark Holub  2.26.B  (Otherunwise, DL 2019)

W przedostatni dzień lutego br. Colin Webster (saksofon altowy) i amerykański perkusista Mark Holub grali koncert w Poznaniu. Dzień wcześniej gościli zaś w Lipsku, w klubie Subbotnik. Właśnie wtedy zagrali set z udziałem niemieckiego kontrabasisty Noaha Punkta. Dziś możemy posłuchać tego 24 minutowego występu sięgając po nagranie 2.26.B.

Koncert startuje na ostro, bardzo jazzowym strumieniem dźwięków. Śpiewający alt z nutą swingu między dyszami, mocny tembr kontrabasu i postawnej perkusji. Od pierwszego dźwięku Webster bierze, co jego, po mistrzowsku – prawdziwy król nowoczesnego altu! Może sobie na wiele pozwolić, bo sekcja nie stawia specjalnych wymagań – tłucze jazzowe frazy z saperską precyzją, dobrze i gęsto akompaniuje. W 7 minucie udany stopping – szarpane palcami struny kontrabasu tyczą nowy szlak. Po niedługiej chwili Webster powraca i wraz z partnerami buduje nową opowieść - krótkie frazy saksofonu, zręczne lepione w gęstszy strumień, oparte na twardej bazie rytmu. Po 100 sekundach free jazzowa kipiel jest już udziałem wszystkich, po obu stronach sceny.

Kolejny przystanek muzycy fundują sobie w okolicach 15 minuty – alt milknie, sekcja kontynuuje zadanie. Webster wraca z nową pieśnią na ustach i decyduje się na dialog z perkusją. Noah łapie za smyczek i zwinnie to komentuje. Osiągnięcie stanu galopu jest kwestią kilkunastu sekund, choć flow zdaje się być zupełnie inny niż w pierwszej części występu. Eksplozywny moment notuje kontrabasista! Po dosłownie trzech minutach narracja ponownie staje w miejscu, ale muzycy nie milkną. Webster całuje gęste ochłapy powietrza i czeka na uderzenie sekcji. Tu małe zaskoczenie – Punkt chwyta za coś w rodzaju piszczałki i zaczyna tańczyć! Webster preparuje, a Holub progresywnie prze ku eskalacji. Nastrój zabawy nie opuszcza muzyków – saksofonista zdaje się grać na samym ustniku. Finałowa prosta skrzy się prostotą i komunikatywnością. Energetyczna petarda aż po ostatni dźwięk! Fire music!




Colin Webster & Graham Dunning/ Lärmschutz  Faux Amis Volume 1[FA#19]   (Faux Amis, Kaseta/DL 2019)

Parenaście miesięcy temu Webster i jeden z jego odwiecznych partnerów – Graham Dunning (instrumenty wszelakie, na ogół w konfiguracjach elektroakustycznych), zaproszeni zostali do nagrania wspólnej kasety z holenderskim triem Lärmschutz, na ogół realizującym swoje muzyczne fantazje na styku mocnej akustyki i noise'owej elektroniki (Ruter van Driel – puzon, elektronika, Stef Brans – gitara oraz Thanos Fotiadis – syntezatory i elektronika). Strona pierwsza kasety zawiera trzy improwizacje duetu (łącznie prawie 20 minut), strona druga - tyleż improwizacji tria (ponad 32 minuty). Ze stylistycznego punktu widzenia warto podkreślić, iż duet gra niemal w stu procentach akustycznie, trio zaś zdecydowanie stępiło swój hałaśliwy pazur i choć nie stroni od elektroniki, to stawia raczej na minimalizm i dba o niuanse brzmieniowe.

Najpierw zatem duet. Dunning bierze w dłonie jedynie skromny snare drum i bliżej niezidentyfikowane przedmioty, którymi będzie wydawał wyłącznie akustyczne dźwięki. Webster, obok altu, sięgnie też po saksofon barytonowy. Początek improwizacji jest głównie udziałem tego pierwszego. Colin akcentuje swoją obecność prychami z tuby po kilkudziesięciu sekundach – wciąga i wydmuchuje powietrze, cmoka, dmie i zipie, skacze z kwiatka na kwiatek. Ta swobodna podróż dźwiękowa smakuje elektroakustyką, choć jesteśmy niemal pewni, iż muzycy nie korzystają z urządzeń zasilanych prądem elektrycznym. Opowieść z minuty na minutę dynamizuje się, z tuby saksofonu zaczyna dobywać się coraz więcej dźwięków typowych dla … saksofonu. W 6 minucie drobne wytłumienie jest okazją do eksplozji urokliwych fraz Colina. Potem muzycy robią duży krok w gęste szumowisko i nabierają noise’owego powietrza. Saksofon brzmi tu równie masywnie, jak w trakcie ostatniej solowej płyty Webstera Hiss. Ripostą Dunninga jest industrialny ambient. Power harsh noise! Druga opowieść, już krótsza, zaczyna się stosunkowo spokojnymi frazami, choć o twardym, kanciastym brzmieniu. Tarmoszenie werbla, tłuczenie dysz – bukiet dźwięków tyleż urokliwych, co zaskakujących. Preparacje, garść rytmu, szmer oddechów - spirala samoeskalacji czyniona w błyskotliwej komunikacji. Grubo ciosany ambient wieńczy odcinek. Ten trzeci, ostatni, zdominowany został przez dźwięk niszczonych obiektów. Trzaski, łamane kości, rozrywane spoiwa. Obok saksofon małymi frazami szuka pretekstu do tańca. Kilka czułych dźwięków i finałowy, niemal jazzowy galop.

Przekładamy kasetę ma drugą stronę! Wita nas zmysłowy szum post-techno, rwane partie akustycznej gitary w improwizacyjnych pląsach i puzon, który z offu zawodzi po niedźwiedziemu. Repetycja elektronicznego tła tworzy oniryczny, ciekawy kontekst dla akustycznych improwizacji żywych instrumentów. Wraz z rozwojem sytuacji, te ostatnie zaczynają dominować na scenie. Ambientowe tło tli się pojedynczymi akordami meta piano, podczas gdy rozchełstane free improv gitary i puzonu szuka swych brytyjskich korzeni. Narracja zdaje się być lekka, chwilami wręcz filigranowa. Wybrzmiewanie pachnie zmysłową post-elektroniką. Druga opowieść rodzi się na rozszarpywanych strunach gitary, stawiającej pierwsze kroki z niemal blue-grassowym zaśpiewem. Tło syntetyki migocze i pulsuje rytmicznie. Puzon komentuje na wdechu. Sieć dźwięków tkana jest precyzyjnie, dość gęstym ściegiem. Gdy gitara oddaje nieco pola puzonowi, ten śmiało wychodzi przed szereg i snuje niebanalną opowieść o ulotności swobodnej improwizacji. Na finał elektronika przejmuje sterowanie procesem narracji, czego nie zapisujemy jednak po stronie autów całego nagrania. Odcinek trzeci znów intonuje gitara, której tym razem towarzyszą głośne przestery post-electro. Duet pełen kipieli i zgiełku, także hałasu. Gitara toczy boje z jarzmem syntetyki, może też liczyć na okazjonalne wsparcie puzonu. Po 4 minucie ciekawy moment – syntetyka podaje rytm, akustyka snuje tylko dobre opowieści. Znów przekonujemy się, jak cienka granica dzieli świetną elektronikę od … zbyt napastliwej jej wersji. Po 7 minucie dobrze brzmi duet puzonu i gitary, któremu udało się zagadać dźwięki z kabli. Te ostatnie przypominają sygnał alarmowy, a puzon grzmi mocą swoich blach. To zresztą on dostaje w udziale finalizację całości nagrania. Recenzent oczywiście kupuje obie strony kasety, nie tylko dlatego, że żadnej z nich nie da się kupić osobno.


wtorek, 15 stycznia 2019

A New Wave Of Jazz Kicks Again! Serries & Taylor! Tonus! Schiller & Genthon!


Seria wydawnicza A New Wave Of Jazz, prowadzona przez belgijskiego gitarzystę Dirka Serriesa, jest na tych łamach wnikliwie analizowana przy każdej nadarzającej się okazji. Z premierami płytowi, które za moment omówimy, doliczyliśmy się już 22 pozycji w katalogu, nie licząc kompaktowych reedycji nagrań wcześniej wydanych na winylach. Dokładnie wszystkie one zostały tu zrecenzowane, a skrótów do starszych tekstów szukajcie na końcu tej opowieści.

Dziś pochylimy nasze uszy i oczy nad trzema niezwykle świeżymi płytami (wszystkie w formacie CD), które swą światową premierę będą miał 19 stycznia br. Powrócimy do projektu Tonus, który zaistniał na trzech srebrnych krążkach jesienią ubiegłego roku, poznamy zupełnie nowe twarze w katalogu labelu, tu skwapliwie uprawiające …  muzykę komponowaną w stylistyce minimalistycznej, wreszcie bezceremonialnie uklękniemy przed dokonaniami pewnego swobodnie improwizującego duetu, którego płytę już dziś śmiało możemy ochrzcić mianem pierwszej kandydatki do listy best of the year 2019! Baa, nawet od niej zaczniemy naszą dzisiejszą opowieść!




Puncture Cycle

Doskonale nam znane Sunny Side Inc. Studio w brukselskim Anderlechcie, 2 czerwca ubiegłego roku: Benedict Taylor – altówka i Dirk Serries – gitara akustyczna. Dziewięć swobodnych improwizacji, 48 i pół minuty.

Muzycy zaczynają od zapasów ze strunami. Bystry, drapieżny i krótki start. Szarpanie, rwanie, rozciąganie strun gitary i dużo akustycznego brudu w nieco dłuższych pasażach altówki. Drugi fragment zaczyna się spokojniej, niczym gojenie ran po ostrym starcie. Dbałość o każdy szczegół ekspozycji. Serries wchodzi coraz głębiej w fakturę dźwięku, agresywniej wgryza się w glazurę strun. Ma bardzo suche, szorstkie brzmienie, kaleczy sobie palce niczym Derek Bailey za młodu. Altówka Taylora lubi jęczeć, ma w strunach głęboko zaszyte drobiny melodii, wszakże potrafi także szumieć i trzeszczeć. Muzycy świetnie się ze sobą komunikują, wzajemnie napędzają, depczą sobie po piętach. Narracja toczy się z dala od minimalizmu i repetycji, charakterystycznych dla jesiennych produkcji w ramach idei Tonus. Wszystko odbywa się w boskiej niemal akustyce. Na finał viola podśpiewuje pijackim flow. Początkowe dźwięki trzeciego odcinka zdają się być nieco bardziej agresywne, po męsku masywne, po prostu głośniejsze. Benedict ma ochotę już teraz pójść w tango, Dirk skupia się jednak nad konstrukcją całości i nie reaguje na zaczepki partnera. Po chwili altówka płynie już szerokim korytem, gitara także gęstnieje, a na finał rwą już razem w galopie. Czwarty – brudne jęki violi i próba wytrzymałości strun gitary na rozciąganie. Strunowe Królestwo w rozkwicie. Po chwili zabawy z ciszą i zawieszeniem narracji, szczypta minimalizmu na końcach placów, drżenie nieobecnego, budowanie mikrodronów. Molekularna improwizacja, a tuż po niej powrót do gęstego ściegu, charakterystycznego na trzech pierwszych części. Błyskotliwy technicznie, akustyczny meta noise. Start piątego odcinka ma miejsce na najmniejszych strunach obu instrumentów. Małe, delikatne historie toczą się aż do momentu znalezienia punktu zaczepienia. Kolejne przykłady niemal telepatycznego zrozumienia w duecie. Dialog na zadziory, viola brzmi prawie bluegrassowo, gitara także szuka gatunkowych konotacji. Dirk sugeruje rytm, Benedict chętnie zatańczy. Zejście w ciszę jest w tej sytuacji pewnym zaskoczeniem. Cuda na gryfie altówki, która przez chwilę zostaje sama na placu boju. Gitara czeka na rozwój wypadków, następnie szuka kurzu pomiędzy strunami. Sonorystyka zamykanej krypty grobowca umila nam ostatnie sekundy. Szósty fragment rodzi się czystymi dźwiękami gitary. Obok pętle altówki. Element repetycji wprowadza do nagrania nowy aspekt dramaturgiczny. Groźnie, agresywnie, ale i leniwie w trakcie najkrótszej części płyty. Siódma – kanty, zadziory, małe frazy, viola w skowycie, obok gryzienie strun gitary. Po chwili - posuwiste smugi cienia, cisza i dramaturgiczna repetycja, pomiędzy nimi sekundy hałasu i wytryski emocji. Ślizgawki, macanki, wybroczyny i szpety. Pozorna elektroakustyka, czyniona bez grama prądu. Najdłuższy odcinek serwuje nam dużą amplitudę drgań, emocji, intensywności przekazu. Na finał galop z fajerwerkami! Ósmy startuje przy wtórze jęków altówki, maltretowanej ciszą studyjnych okoliczności. Echo wprost z pudła rezonansowego. Pajęczyna gitarowych zadziorów, slajsy altówki. Instrumenty gadają jak bracia syjamscy. Wreszcie finał albumu – ostra gitara, viola niczym upalony chamber. Dużo emocji, brak ślimaczych zachowań. Tanecznie, dynamicznie, krwiście! Muzycy zdają się mieć sobie dużo do powiedzenia na podsumowaniu sesji nagraniowej. Strunowe szaleństwo! Obok bije dzwon. Komu? Zapewne nam! Dirk i Benedict uroczo wybrzmiewają przy jego posępnych dźwiękach.




Ear Duration

Taylor i Serries zostają z nami (ten drugi ma ze sobą także akordeon). W uzupełnieniu składu formacji Tonus, dołączają do nich: Graham Dunning na werblu (plus obiekty), Martina Verhoeven na fortepianie oraz Colin Webster na flecie i saksofonie altowym. Nagranie studyjne z Hackney Road, Londyn, 26 października ubiegłego roku. Trzy sety, poddanej procesowi predefinicji, muzyki improwizowanej, umieszczone na krążku nie chronologicznie (najpierw usłyszymy set drugi, potem trzeci, na końcu zaś pierwszy, przy okazji najdłuższy – łącznie wszystkie one pochłoną 62 minuty bez jednej sekundy naszego bezcennego czasu). Muzycy improwizują wedle werbalnych lub przekazywanych gestami, instrukcji gitarzysty. Kierując się słowami zawartymi w liner notes, można powiedzieć, że to przykład predefinicji, która miast pętać instynkt improwizatora, stara się kreować jego wyobraźnię, wyrywać ze strefy komfortu, która pozwala unikać typowych i wyuczonych zachowań w procesie swobodnej wymiany dźwięków, by nie rzec - pokonać pewien rodzaj artystycznego lenistwa.

Set 2. Muskany dłońmi werbel, drżące struny, szmery, szelesty, napięcia i przepięcia stuprocentowej akustyki. Moc małych dźwięków, prychania saksofonu, pojedynczych akordów piana - mikroakcje, mikroreakcje. Rozmowa półgębkiem, frazy wypowiadane krótkimi słowami. Z czasem programowa pasywność traci na sile, a w potoku narracji pojawiają się wyrazy dwu-, a nawet trzysylabowe, które zwinnie się komplikują, wchodzą w coraz tłustsze zwarcia. Ciekawe przeciąganie liny na gryfie altówki, podczas gdy zajęciem pozostałych zdaje się być specyficzne call & response. W 7 minucie, incydentalne, nanosekundowe salwy wprost z klawiatury, szorowanie werbla i skrawki melodii na małym strunowcu. Pajęczyna improwizacji zdaje się gęstnieć. Saksofon wydaje z siebie jednocześnie więcej niż jeden przedech. Moc kolektywnej zabawy w dźwięki w rozkwicie. Skojarzenie z Karyobin Spontaneous Music Ensemble dodaje radości licu recenzenta. Jesteśmy z dala od programowego minimalizmu Tonusa.

Set 3. Akord gitary, cisza, szmer werbla w oczekiwaniu na dźwięk. Echo nieistnienia, stukot z oddalenia, szum z tuby. Muzycy balansują na progu ciszy, ślą mikrofazy ledwie dostrzegalne gołym okiem. Sucha kipiel w tubie zwiastuje zmiany. Kolejny sygnał, to mocny akord piana – zdaje się, że to element najbardziej charakterystyczny dla poetyki Tonusa. Źdźbła sonorystyki spod wilgotnego werbla, półdźwięki z pudła rezonansowego gitary, pisk altówki, szmer niepokoju z tuby. W 7 minucie muzycy budują skwiercząco-szumiący wielogłos, który systematycznie, acz powolnie, rozkłada się na pojedyncze ekspozycje, które raz za razem wchodzą w niebanalne interakcje. Strumienie ciekawych i zaskakujących dźwięków, które w okolicach 11 minuty narastają i pętlą się, by po kolejnych kilku minutach, przejść w fazę elektroakustycznych ślizgawek po strunach, dyszach i innych powierzchniach płaskich. W komentarzu półdźwięki altowe i … akord piana, niczym cerber ładu i chaosu tej delikatnie sterowanej improwizacji.

Set 1. Bez zaskoczenia – akord piana, potem plama z altówki i nowe elementy – suchy flet i rezonujący akordeon. Brudne dźwięki strun, klejone do siebie interwałami ciszy. Znów akord piana, akord, akord… Szelest wody z obiektów Dunninga, symfonia małych dźwięków. Set ma konstrukcję minimalistyczno- repetytywną, budowaną wokół westchnień piana, długą w czasie, jakby idealnie pomieszczoną w kanonie twej idei muzykowania. Slow chamber in sonore. 9-10 minuta przynoszą incydentalne pasaże fletu i altówki, które zdają się być nieco dłuższe niż uprzednio. Obok, narracja budowana przez werbel i obiekty, sprawia nawet wrażenie dłuższej niż rok świetlny. Plastry elektroakustycznego miodu wydają się coraz bardziej rozłożyste i lepkie w dotyku, delikatnie nasączone życiem. Cały set, to skrajnie monotonny potok frapujących dźwięków, rodzaj wszakże dramaturgicznego spleenu, który nie ma zaszytego w sobie kierunku działania. Po 15 minucie dźwięki stają się uporczywie powtarzalne, bez istotnych zaskoczeń, jakich doświadczaliśmy w trakcie seta 2 i 3. Solą narracji wydają się tu być konstrukcje Dunninga, umieszczone na środku sceny, budowane poprzez szmer obiektów, które wchodzą w relacje dotykowe z naładowanym małym prądem werblem. Piano i akordeon stawiają stemple repetycji, wokół nich, na drugim i trzecim planie dzieją się małe dramaty, które – szczęśliwie – skutecznie absorbują naszą uwagę. Po 25 minucie w tej roli, from time to time, występują naprzemiennie flet i altówka. Schemat Tonusa nie akceptuje jednak większych porcji ekspresji.




zeitweise leichter Schneefall

Dwa pierwsze dni lutego ubiegłego roku, Bazylea, Atelier Klingentalstrasse, dwoje szwajcarskich muzyków: Christoph Schiller – spinet (mały, akustyczny instrument klawiszowy) i głos oraz Anouck Genthon – skrzypce. Siedem kompozycji, 27 minut. Przykład – być może – na wykorzystanie technik tonusowych w praktyce muzyki komponowanej w stylistyce minimalitycznej. Zbiór repetycji i wariacji na temat, z krytycznym aspektem ciszy, jako elementem środowiska dźwiękowego. A może alternatywna wersja muzyki barokowej?  Rodzaj eklektycznego eksperymentu? Twórczego redukcjonizmu? Pytania można mnożyć w nieskończoność. Zajrzyjmy wszak do środka – to mniej niż pół godziny.

Opowieść zapisana na czerstwych kartkach z pięciolinią, oparta jest na frazach spinetu i głosu, które z jednej strony generują interwał konceptualnej niemal ciszy, z drugiej wzbudzają skrzypce do posuwistych, małych ekspozycji, pełnych smagłych szarości. Muzyka jakby grana na baczność, realizowana wszakże w błyskotliwych okolicznościach akustycznych. Brzmienie strunowca jest czyste, surowe, niepobłogosławione. Spinet porusza się z dużą swadą, chwilami sprawia wrażenie, jakby był delikatnie preparowany. Wreszcie głos ludzki, który stawia stemple i wydaje certyfikaty jakości. Druga opowieść akcentuje nieco dłuższe opowieści, choć sam stelaż muzycznego konceptu pozostaje niezmieniony. Spinet brzmi tu akurat ubogo, jakby miał jedynie pojedyncze struny w pudle. Minimal chamber without fire! – notuje lekko ziewający recenzent. W trzeciej części skrzypce dodają coś od siebie, pół dodatkowej porcji dźwięku, incydentalny szelest strun. Spinet też minimalnie gęstszy, obok szczypta rechotu wprost z gardła. Przy okazji czwartej części kolejna refleksja – muzycy bardzo się kochają, ale jakby nie potrafili ze sobą rozmawiać. Koncept goni koncept, a uczucia umierają. Intrygujący mezalians wprost z pięciolinii. W trakcie piątej kompozycji recenzent doznaje swoistego deja vu. Czy ja już tego wcześniej nie słyszałem? Szósta część niesie odrobinę brudu w brzmieniu skrzypiec, akord spinetu nosi zaś znamiona delikatnego zadzioru. Ot, konceptualizm trudny do zdiagnozowania. Dwudziestą siódmą minutę osiągamy dość swobodnie, głównie dzięki wciąż pięknemu brzmieniu obu instrumentów. 


Poprzednie recenzje płyt A New Wave Of Jazz: