Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Susana Santos Silva. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Susana Santos Silva. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 czerwca 2026

Susana Santos Silva & Vasco Trilla in Mu and Shin!


Susana Santos Silva i Vasco Trilla spotkali się pewnego jesiennego wieczoru w Barcelonie i postanowili pomuzykować. Ona przyniosła trąbkę i być może garść dodatkowych przedmiotów (tu nie mamy pewności), on swój bazowy small drum kit i zapewne słynną, magiczną walizkę z urządzeniami do wydawania dziwnych dźwięków.

Okoliczności studyjne miejsca zwanego La Isla dawały im pełne spektrum brzmieniowych możliwości. Oni wszakże wybrali aurę tajemniczości, szorstkiego, matowego sounds i fundamentalną wolę zaprzeczenia temu, co w warstwie fonicznej może przynieść zetknięcie prostego instrumentu dętego blaszanego oraz armii przedmiotów i obiektów post-perkusjonalnych.

 


 

Susana i Vasco formują swój dramat w dwóch prawie dwudziestominutowych aktach. Oba mają formę dronowych strumieniu multifonii, w strukturze których nie zawsze jesteśmy w stanie odseparować frazy trąbki od tego, co pichci perkusjonalista. Początek pierwszego aktu lepi się z szumów i szmerów, które powstawać mogą zarówno na werblu, jak pod naciskiem wentyli. Struga fonii jest tu jednym, żyworodnym stworem, który kąsa każdą frazą. Całość jest mroczna, ale niekiedy dość oniryczna, budowana z majestatem celebracji każdego oddechu. Z czasem akcje trąbki stają się odrobinę bardziej linearne i płyną nad powłoką multi-percussion. W połowie utworu muzycy sugerują nowe wątki. Jest szczypta dętej melodii, słyszymy też coś, co brzmi jak cytra. Finałowa faza pierwszej improwizacja grana jest na wielkim wydechu, zawiera też drobne, solowe interludium Susany, skomentowane głęboko matowym, dochodzącym wprost z piwnicy small drummingiem. Na ostatniej prostej wieją wielkie wiatry, zarówno z trąbki, jak i zapewne gumowej rurki przytkniętej do glazury werbla.

Aura otwarcia drugiej improwizacji wydaje się cokolwiek nerwowa. Trąbka prycha, werbel drży pod naciskiem łokcia, szumi wiatr, a okolica zdaje się być nieprzychylna romantycznym spacerom po zmroku. Wszystko trzeszczy, bulgocze, terkocze i stuka. Wokół wiją się strumienie śpiewnego rezonansu. W tym zaskakującym, niemal industrialnym tyglu zdarzeń słyszymy nagle dźwięk fletu. Ale to pewnie złudzenie foniczne. W środkowej fazie improwizacja zdaje się kołysać od progu ciszy do przednówka hałasu. Muzycy głęboko oddychają, dobywają dźwięki niczym z głębin afrykańskiego buszu. Tymczasem Vasco realizuje krótki rytuał wyniesienia, a Susana po chwili odpoczynku inauguruje strugę trębackich preparacji. Opowieść nabiera teraz bardziej zwartej formy –  akcji trąbki towarzyszy ekspozycja drummingowa. Emocje rosną, do gry wchodzą robaczki tańczące na werblu, a tembr trąbki unosi się coraz wyżej. Po efektownej, niemal hydraulicznej kulminacji improwizacja przygasa zdobiona piękną, pożegnalną melodią blaszaka i tajemniczym, onirycznym tłem przypominającym brzmienie instrumentu klawiszowego nasyconego odrobiną prądu.

 

Susana Santos Silva & Vasco Trilla Mushin (Defkaz Records, LP 2026). Susana Santos Silva - trąbka oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Nagrane w La Isla, Barcelona, wrzesień 2024. Dwie improwizacje, 39 minut.



 

wtorek, 19 maja 2026

Martin Küchen' Angles 11! Tell them it´s the sound of freedom!


Twórczość szwedzkiego saksofonisty Martina Küchena wydaje się miejscowić na dwóch, pozornie odległych od siebie biegunach. Z jednej strony swobodna improwizacja na saksofonie sopranowym i sopranino, na ogół w małych składach, najlepiej duetach, z drugiej jazzowa i free jazzowa kompozycja najchętniej uprawiana w wieloosobowych formacjach. Na potrzeby tej drugiej okoliczności powstała onegdaj orkiestra Angles, która w zależności od liczby uczestników danego spektaklu zostaje dodatkowo ocyfrowana.

Dziś przed nami edycja Angles 11, bo tyluż artystów uczestniczyło w nagraniu albumu Tell them it´s the sound of freedom. W ujęciu instrumentalnym mamy trzy perkusje, piano fendera, wibrafon, kontrabas, skrzypce pod drobnym prądem, dwie trąbki i dwa zestawy saksofonów. Na tapecie trzy rozbudowane, kilkunastominutowe kompozycje szefa stada, oparte na rytmie, melodii, swobodnej instrumentacji i pewnym oczywistym dla określonej grupy słuchaczy sznycie post-hipisowskim. Doskonałe nagranie, które zachęca do wspólnej zabawy, specyficznego tańca i fenomenalnie buduje nastrój na nadchodząca jesień.

 


Pierwsza opowieść toczy się w dość leniwym tempie. Łagodny kontrabas, rytmiczne uderzenia perkusji, fenderowskie, ciepłe brzmienie, dęte inkrustacje, w fazie rozwoju utworu wchodzące w intrygujące dialogi i wielogłosy. Całość przypomina wielki chór, który odprowadza na miejsce pochówku najlepszego przyjaciela, który opuścił ten padół ziemski ewidentnie z uśmiechem na twarzy. Temat kompozycji zdaje się być podawany w nieskończoność, faza solowych improwizacji (głównie basu i wibrafonu) jest dla odmiany krótka, adekwatna dramaturgicznie. Utwór ma też swoją kodę, która niesie smutek, udanie kontrapunktowany durową melodyką skrzypiec.

Druga opowieść śmiało mogłaby znaleźć się na ścieżce dźwiękowej remake’u słynnego klasyka filmowego Desperado. Latynoska rytmika, bogata, melodyjna aranżacja, huczna zabawa do zmroku do bladego świtu. Wszyscy tańczymy i śpiewamy, nikt nie podpiera ścian. Opowieść usiana jest intrygującymi interludiami – niekiedy to oniryczne, tudzież smutne westchnienia, innym razem dysonujące zwarcia piana, saksofonów i trąbek, tu pozbawione rytmicznej bazy. Dużo zgiełku, dramaturgicznych kontrapunktów, z ekspozycjami solowymi na ogół o charakter kolektywnym.

Początek finałowej kompozycji oddany zostaje trójce drummerskiej. Otwarcie jest dość minimalistyczne, pełne brzmieniowych smaczków i subtelnych preparacji. Na etapie rozwinięcia myśli kompozytorskiej tempo jest umiarkowane, a melodie zwarte, odrobinę czupurne. Rozwichrzona, bardzo swobodna podróż jedenastoosobowego ansamblu ma swoje niebanalne punkty zwrotne. Raz jest to solowa ekspozycja skrzypiec wsparta na wibrafonie, innym razem zaskakująca, swingująca wolta, która śmiało mogłaby zdobić kolejny odcinek przygód Ala Capone. Powrót do tematu, tuż po eksplozywnym antrakcie perkusji, porządkuje narrację, po czym wznieca kolejny ogień tańca. Zdaje się, że teraz każdy dęciak dokłada trzy grosze do obrazu całości. Kolektywny, melodyjny spazm wieńczy ów smakowity album.

 

Martin Küchen Angles 11 Tell them it´s the sound of freedom (FSR Records, CD 2025). Johan Berthling – kontrabas, Alex Zethson - Fender Rhodes, Juno 106, Mattias Ståhl – wibrafon, saksofon sopranowy, Konrad Agnas, Michaela Antalova i Kjell Nordeson – perkusje, Susana Santos Silva i Magnus Broo – trąbki, Josefin Runsteen – amplifikowane skrzypce, Eirik Hegdal – saksofon barytonowy i altowy oraz Martin Küchen – saksofon tenorowy i sopranowy, kompozycje. Nagrane na żywo w BAS, Sztokholm, kwiecień 2022. Trzy utwory, 38 minut.


*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została (a może nie?) pierwotnie opublikowana



 

piątek, 13 września 2024

Gonçalo Almeida and States of Restraint!


Powiedzieć o nim, że jest człowiekiem renesansu, albo królem Midasem, który czego się tknie w złoto zamienia, to jakby nic nie powiedzieć.

Portugalski kontrabasista Gonçalo Almeida doskonale czuje się w każdej konwencji gatunkowej, w każdej z nich ma znaczące dokonania artystyczne udokumentowane pięknymi albumami. Doom metal, punk & noise impro rock, free jazz, swobodna kameralistyka, what ever you want!

Ale takiej płyty, jak States of Restraint jeszcze w jego wykonaniu nie słyszeliście. Album zawiera muzykę precyzyjnie przez Almeidę skomponowaną, która zdaje się być … oceanem swobodnej ekspresji. Skrzy się dźwiękami, które płyną do nas podobnym kanałem wrażliwości niemal przez trzy kwadranse, przy bliższym jednak poznaniu, zagłębieniu w ich pokrętną fakturę, okazują się być wyjątkowo oryginalne i niepowtarzalne. Ale dość już tych introdukcji - odpalamy kompaktowy krążek i odpływamy!



 

Pierwsza opowieść zasadza się na dronie kontrabasowego smyczka i pokrewnej strudze dźwiękowej generowanej przez trąbkę, którym towarzyszy drummingowa ekspozycja na dzwonkach, gwarantująca nerwową dynamikę i dramaturgiczną linearność. Dziesięciominutowa epistoła raz po raz traci moc i restartuje z delikatnie zmodyfikowanym konceptem brzmienia i frazowania. Do smyczka dolepia się elektronika, tembr pracy kontrabasu pnie się ku górze, z kolei trąbka wybiera odwrotny kierunek. Całość nie przestaje być jednorodnym, wielkim, rozedrganym dronem. Ta definitywnie mroczna liturgia dźwięku mogłaby trwać w nieskończoność. 

Druga opowieść nie ma już tak zwartego, uwarunkowanego dynamiką kierunku rozwoju. Szyta jest drobnym frazami, które wchodzą w nieustanne interakcje. Trąbka i smyczek preparują, perkusjonalia szeleszczą talerzami. Dużo tu wolnej przestrzeni i lewitacyjnych oddechów. W drugiej fazie utworu powracają dzwonki, które dodatkowo stymulują proces wzajemnych interakcji. W trzeciej odsłonie powracamy do estetyki dronowej. Tu narracja prowadzona jest w spokojniejszym, mniej nerwowym trybie. Wytłumiona, lekka barwiona elektroniką opowieść koncertuje się teraz na dramaturgicznych niuansach i brzmieniowych zdobieniach. Smyczek nabiera post-barokowych barw, czasami bije po strunach, przypominając dogorywające serce w stanie agonii. Pod koniec utworu emocje zdecydowanie rosną, głównie za sprawą gęstniejącego, niemal sfuzzowanego brzmienia basu.

Czwarta część łączy doświadczenia narracyjne wszystkich poprzednich odcinków. Jest rytualna, celebrowana, zasadzona na matowym, głębokim brzmieniu dudniących perkusjonalii i wystudzonych dronach smyczka i trąbki. Wszyscy frazują tu jednak w niemal pogrzebowym tempie. Opowieść nabiera incydentalnie kameralnego charakteru, choć wokół nieustannie pulsuje elektroniczny background. W drugiej fazie kompozycji narracja pęcznieje, popadając w śmiertelną taneczność.

Ostatnia część albumu zdaje się być repryzą części pierwszej. Powracają dynamiczne dzwonki i kompulsywne drony kontrabasu i trąbki. Sam smyczek wydaje się być tu opatulony strugą skrzącej się elektroniki. Narracja ma swoje fazy, drobne restarty i stałe modyfikacje w zakresie brzmienia, szczególnie kontrabasu. Ten ostatni z każdą pętlą tej szalonej opowieści nabiera siarczystości, wpadając w trans traconej melodyki. Flow płynie swobodnie aż do martwego zakończenia dzięki stabilnej ekspozycji dzwonkowego drummingu.


Gonçalo Almeida States of Restraint (Clean Feed Records, CD 2024). Gonçalo Almeida – kontrabas, elektronika, kompozycje, Susana Santos Silva – trąbka oraz Gustavo Costa – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Sonoscopia, Porto, lipiec 2023. Pięć utworów, 45 minut.



wtorek, 23 stycznia 2024

Mats Gustafsson’ back to acoustic: Gush! Ensemble E! Hydros 9!


Wnikliwi Czytelnicy Trybuny zauważyli być może, iż ostatnimi czasy legenda free jazzu i muzyki improwizowanej, szwedzki saksofonista Mats Gustafsson pojawia się tu jakby rzadziej. Nie wynika to bynajmniej z faktu, iż artysta wydaje mniej albumów, tudzież jest mniej aktywny koncertowo. To raczej konsekwencja tego, iż artysta od dłuższego czasu koncentruje się na graniu … głośnej i na ogół obudowanej elektroniką muzyki, która systematyczne oddala się od naszego ulubionego freely improvised music. Szanujemy każdy wybór artystyczny, jakkolwiek w tym przypadku od dawna mamy poczucie pewnej straty dla współczesnego wizerunku gatunku.

Z tym większą radością donosimy, iż Gustafsson zaprezentował jesienią ubiegłego roku aż trzy nowe albumy, które zdają się zwiastować powrót do idei akustycznego (lub prawie akustycznego) muzykowania. Co więcej, jednym z przejawów tej wspaniałej tendencji jest fonograficzne odrodzenie się jednej z najważniejszych formacji europejskiego free jazzu lat 90., czyli formacji Gush, którą Mats współtworzy z kolejnymi wybitnymi obywatelami Królestwa Szwecji – pianistą Stenem Sandellem i perkusistą Raymondem Stridem. Do gushowej reinkarnacji dodać trzeba jeszcze dwie orkiestry (Ensemble E i Hidros 9), które pod wodzą Matsa dostarczyły nam jesienią mnóstwo bardzo dobrych wrażeń muzycznych. I jakby było mało, wszystkie albumy, które dziś omówimy, zostały nagrane w Polsce!



 

Gush 30 (Not Two Records, 3CD 2023)

Alchemia, Manggha, Kraków, listopad 2018: Mats Gustafsson – reslide sax, saksofon sopranowy, tenorowy, barytonowy, flet, Sten Sandell – fortepian, głos, Raymond Strid – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz goście: Christine Abdelnour – saksofon altowy (utwory od 2-2 do 2-5), Jörgen Adolfsson – saksofon altowy (3-2, 3-6), Anders Nyqvist – trąbka (1-3 do 1-5), Philipp Wachsmann – skrzypce (2-1, 2-5), Sofia Jernberg – głos (1-2 do 1-5), Sven-Åke Johansson – recytacja (3-3, 3-4), Peter Söderberg – gitara, lutnia (3-2, 3-5). Łącznie siedemnaście improwizacji, 157 minut.

Gush świętował w Krakowie trzydzieste urodziny niemal dokładnie pięć lat temu. Fonograficzna dokumentacja wydarzenia trafia do nas dopiero teraz, ale warto było na nią bezwzględnie czekać. Trzy wieczory, trio bazowe i siódemka gości, która wchodzi w improwizowane interakcje z jubilatami w trakcie kilkunastu improwizacji. W dwóch przypadkach goście improwizują także sami ze sobą.

Dysk pierwszy przynosi sześć improwizacji – trio saute, kwartet z wokalistką, kwintet z wokalistką i trębaczem (w trzech utworach) i duet gości, pomieszczony pomiędzy pierwszą, a drugą improwizacją rzeczonego kwintetu. Początek Gustafssona, Sandella i Strida, to bukiet wyważonego post-jazzu, w pół kroku do estetyki free, ale i dwa kroki od zgrzebnej post-balladowości. Wszystko doposażone dużą porcją brzmieniowych i dramaturgicznych subtelności. Mats korzysta najpierw z tenoru, potem z sopranu, Sten pracuje głównie na klawiaturze, a Raymond sięga po jak zawsze szeroką paletę drums & percussion. Po dojściu wokalistki Jernberg improwizacja bardziej skupia się na dźwiękach preparowanych, dobrze pracuje z ciszą, a jej puentę stanowi drobna eksplozja emocji. Z kolei w kwintecie narracja do całego arsenału użytych technik rozszerzonych dodaje dużo jazzu i czystych, trębackich fraz Nyqvista. Trzy improwizacje kwintetu, to zarówno gra na małe pola, moc brzmieniowych atrakcji (z barytonem i inside piano), kontrolowana ekspresja na wydechu, jak i spora liczba jazzowych akcji w podgrupach. W części przedostatniej szczególnie podobać się może ekspresyjne duo saksofonu i perkusji. W finałowej odsłonie trzeba też odnotować pojawienie się fletu. Dysk uzupełnia niezbyt długa improwizacja wokalistki i trębacza. Sporo tu dźwięków preparowanych, ale także momentów dramaturgicznego rozdroża.

Drugi dzień urodzin, czyli dysk drugi, to pięć improwizacji - trio ze skrzypkiem, trzy krótkie akcje tria z saksofonistką, wreszcie finał wieczoru zrealizowany w kwintecie. Gush grywał onegdaj z Wachsmannem, przyjmował wtedy nazwę Gushwachs! Tu kwartet zagłębia się w subtelnościach akcji kameralnych – śpiewne skrzypce, emocjonalny flet, inside piano i perkusyjne zdobienia. W fazie środkowej muzycy sięgają niemal po estetykę folkową, na koniec zaś raczą nas sporą dawką ekspresji. Improwizacje z Abdelnour, to ocean saksofonowych, niekiedy minimalistycznych preparacji wsparty prawie niedostrzegalnym akompaniamentem pianisty i perkusisty. To bez wątpienia crème de la crème całych urodzin, ze szczególnym uwzględnieniem klasy saksofonistki. Dysk wieńczy rozbudowana improwizacja kwintetu. Spokojny początek budowany czystymi frazami, potem dość szybka wspinaczka na szczyt, w fazie środkowej didaskalia drobiazgowych, preparowanych brzmień (z fletem, a także urokliwymi frazami altu i skrzypiec), wreszcie bardzo ekspresyjne zakończenie, niestety z prawie niesłyszalną w tumulcie free jazzu alcistką.

Dzień trzeci, finałowy, to sześć improwizacji – trio bazowe, duet gości (gitara i saksofon altowy), dwie miniatury tria z recytatorem, a na koniec dwa kwartety – najpierw z gitarą, potem z altem. Otwarcie tria zbudowane jest na kontraście – mroczny, filigranowy początek i ekspresyjna puenta, z pewnością najgłośniejszy moment urodzinowej trzydniówki. Mats zaczyna na tenorze, kończy na flecie, a ekspresyjne solo prezentuje pianista. Duet gości – gitarzysta Söderberg i alcista Adolfsson – to minimalistyczna zabawa na wdechu, trochę dronów i narracyjnych pętli, dość wszakże mało ekspresyjna ekspozycja. Z radością witamy ponownie na scenie Gush, które najpierw serwuje nam dwie krótkie opowieści z głosem. W roli narratora … perkusyjna legenda gatunku, czyli Sven-Åke Johansson! W pierwszej części gość używa języka szwedzkiego i zdaje się głosić jakiś manifest, w drugiej części opowiada ciekawą historię używając języka angielskiego. Trio świetnie mu akompaniuje, jakby zostało stworzone trzy dekady temu tylko po to, by przygrywać trupie teatralnej. Urodzinową dokumentację wieńczą kolejne dwa kwartety. Ten z gitarzystą zdaje się być lekki niczym Jezioro Łabędzie, ten drugi z alcistą sięga po melodie, a także frazy preparowane. Pierwszy nie stroni od dynamiki na etapie rozwinięcia, drugi przyobleka się w szaty farewell song, po czym dość niespodziewanie eksploduje mocą pełnokrwistego free jazzu.



 

Mats Gustafsson & Ensemble E EE Opus One (Trost Records, CD 2023)

Festiwal Kody, Lublin, maj 2022 (koncert) oraz Polskie Radio, Warszawa, wrzesień 2022 (dogrywki): Helga Myhr – skrzypce, Sylwia Świątkowska – biłgorajska suka, Susana Santos Silva – trąbka, Maniucha Bikont – głos, tuba, Daniel Formo – organy, fortepian preparowany, Arne Forsén – fortepian preparowany, klawikord, instrumenty perkusyjne, Mats Gustafsson – saksofon barytonowy, flet, spilåpipa, dyrygentura. Jeden utwór, 48 minut.

Opus One, to z jednej strony efekt fascynacji muzyką folkową Gustafssona i jego rozbudowana kompozycja - mozaika motywów i akcji w podgrupach, którą artyści starają się łączyć w strumień zwartej opowieści, z drugiej niebanalny zamysł pozwalający zebrać intrygujący, międzynarodowy aparat wykonawczy. Połączenie brzmień typowo folkowych i preparowanych fraz dętych, tudzież pianistycznych wypada doprawdy intrygująco, a wiele epizodów trzeba uznać za definitywnie wartościowe. Udanie skonstruowane elementy składowe nie zawsze budują tu jednak linearną opowieść, innymi słowy bywa, że brakuje efektu synergii, a dramaturgia czterdziestu ośmiu minut koncertu napotyka na drobne mielizny.

Początek koncertu jest dalece kameralny, budowany minimalistycznymi akcjami, pełnymi rozwagi i determinacji nieczynienia zbyt pochopnych ruchów. Powolna opowieść jest kontrapunktowana zarówno dętymi frazami free impro, jak i folkowymi plamami melodii. Na tym etapie podobać się może szczególnie śpiew płynący na bazie strunowych ekspozycji. Kolejne wejście dętych i piana przypomina już małą burzę z piorunami. Po jej dość sprawnym ugaszeniu (okolice 12 minuty) kilka samotnych chwil mają onirycznie brzmiące organy. Następne fazy koncertu zdobią akcje piana i perkusjonalii oraz ponownie folk płynący ze strun. W okolicach 25 minuty muzykuje już chyba cały septet, ale aura pozostaje folkowa. Narracja kołysze się od incydentalnych, ale akustycznie dosadnych akcji free impro do folkowych epizodów z dobrze zarysowaną linią narracji. Swoje dokłada tu tuba, która stara się łączyć estetycznie obie frakcje ansamblu. Po 35 minucie dostajemy wyjątkowo urokliwy passus wokalny, dla którego kameralny akompaniament kreuje kilku strumieni dźwiękowych. Po zejściu w ciszę opowieść startuje od nowa. Dużo w niej teraz nerwowych, rwanych fraz, generowanych przez obie frakcje (szczególne brawa dla strunowców!). Narracja zdaje się być jednocześnie taneczna i smutna, delikatnie oniryczna. To drugie zapewnia choćby duet organów i piana doposażony kilkoma głębszymi oddechami fletu. Samo zakończenie koncertu trwa kilka minut i wydaje się być odrobinę niedopracowane – z jednej strony folkowa zgrzebność, z drugiej post-jazzowy background i porcja fraz preparowanych. Ostatnia prosta zostaje pozostawiona samotnie wybrzmiewającej, biłgorajskiej suce.



Mats Gustafsson Hidros 9 Mirrors (Trost Records, CD 2023)

Avant Art Festival, Warszawa, 2022 - Soliści: Anders Nyqvist - trąbki (slide, piccolo), Colin Stetson – amplifikowany saksofon basowy, Hedvig Mollestad – gitara, Per-Åke Holmlander – tuba, Jerome Noetinger - tape machine, Dieb13 – gramofony; NyMusikk Trondheim: Eira Bjørnstad Foss – skrzypce, Matilda Rolfsson – bęben basowy, Lars Ove Fossheim – gitara, Michael F. Duch – bas, Øyvind Engen – wiolonczela, Kyrre Laastad – perkusja i elektronika, Nicolas Leirtrø – bas, Daniel Formo – organy, fortepian preparowany, Ida Løvli Hidle – akordeon; Avant Art Ensemble: Teoniki Rożynek – skrzypce, Dominika Korzeniecka – bęben basowy, Szymon Wójcik – gitara, elektronika, Rafał Różalski – bas, Magdalena Bojanowicz – wiolonczela, Qba Janicki – perkusja i elektronika, Paweł Romańczuk – bas, Barbara Drażkov – organy, fortepian preparowany, Zbigniew Chojnacki – akordeon; Mats Gustafsson – dyrygentura, kompozycja na dwa identyczne, 9-osobowe zespoły kameralne, czterech solistów, tape machine oraz gramofony. Dziewięć części, 77 minut.

Druga z prezentowanych dziś orkiestr, to zdecydowanie bardziej epickie przedsięwzięcie – dwa niemal bliźniacze instrumentalnie nonety (jeden norweski, drugi polski), czterech improwizujących solistów, dwóch elektroakustycznych instalatorów na taśmach i gramofonach, wreszcie dyrygujący, tym razem pozbawiony instrumentu Gustafsson. Dźwięki koncertu wypełniają prawie całą nominalną pojemność dysku kompaktowego i dzielą się na dziewięć opowieści – od Intro po Outro, poprzez odpowiednio: Lustra, Cienie, Echo, Refleksje i ponownie, ale w lustrzanym odbiciu: Echo, Cienie i Lustra. Znów mnóstwo wrażeń fonicznych i dramaturgicznych, znów podobna uwaga, jak przypadku Ensemble E – ekscytujące niekiedy epizody, na ogół w podgrupach (często nawet w duetach!), nie zawsze łączą się w zwartą, równie intrygującą całość.

Opowieść, zgodnie z tym, co powyżej, można porównać do piramidy. Od otwarcia, poprzez wystudzone, w pełni kontrolowane epizody w podgrupach (bardziej akustyczne Mirrors i Shadows, bardziej elektroakustyczne Echoes), po szczytowe w tym wypadku Reflections, gdzie akcji i emocji jest najwięcej, aż po drogę powrotną, stanowiącą konstruktywną repryzę drogi na szczyt, niekiedy szczęśliwie doposażoną w większą dawkę żywiołowości i improwizowanych mini eskalacji. Bardzo bogate instrumentarium, gigantyczny, 25-osobowy skład generuje w trakcie koncertu mnóstwo dźwięków i sytuacji scenicznych, ale pomiędzy zadanymi tematami pojawia się dużo chwil ciszy, momentów zaniechania i nadmiernej kontroli narracyjnej. Fragmenty nagrania, gdy wykorzystywany jest cały aparat wykonawczy można policzyć na palcach jednej ręki. Tak rzecz się ma w kulminacyjnym, piątym epizodzie, który, tu bez zaskoczenia, jest najciekawszym fragmentem koncertu. Budowanym skrupulatnie, płynącym szerokim spektrum dźwiękowym, uformowanym na pewnym etapie w jakże ekscytujące crescendo. Dużo ciekawych, elektroakustycznych zdarzeń przynoszą obie części Echa, dostarczające wielu brzmieniowych niespodzianek. Na drugim biegunie atrakcji śmiało można usytuować obie części Mirrors, długie, łącznie trwające ponad dwa kwadranse, nadmiernie doposażone w momenty dramaturgicznego zastoju. Nie sposób zatem uniknąć konstatacji, iż orkiestra płynie zbyt często na zaciągniętym ręcznym i szkoda, iż precyzyjne ramy multi-kompozycji nie zostały w procesie wykonawczym nieco poluzowane, a muzycy puszczeni, w skończonej liczbie przypadków, na improwizacyjny żywioł.



wtorek, 27 września 2022

Biliana Voutchkova’ DUOS2022: Susana Santos Silva and Joanna Mattrey!


Artystyczny pomysł Biliany Voutchkovej na rok bieżący nazywa się DUOS2022 i jak nie trudno wydedukować, jest zbiorem duetów artystki, które skrzętnie publikuje korzystając z gościnności amerykańskiego labelu Relative Pitch Records. Nagrania bułgarskiej skrzypaczki ukazują się w formie plików elektronicznych w miarę systematycznie. Dziś czeka nas prezentacja dwóch kolejnych duetów – z portugalską trębaczką Susaną Santos Silva i amerykańską altowiolinistką Joanną Mattrey. Przypomnijmy, iż pierwsze dwa duety ukazały się na wiosnę, a partnerami skrzypaczki byli perkusista Michael Zerang i wiolonczelistka Leila Bordreuil.

Dodajmy przed odczytem i odsłuchem, iż Biliana będzie gościem szóstej edycji Spontaneous Music Festival, który rozpocznie się w czwartek, 6 października w poznańskim Dragonie.



 

Bagra with Susana

Jak to zgrabnie określiła skrzypaczka w albumowym liner notes, artystki z dużą energię weszły do studia nagraniowego i na jednym oddechu zagrały dwie długie, bogate w wydarzenia improwizacje. Klasa obu Pań jest powszechnie znana, ale trzeba dodać, iż w trakcie ich pierwszego muzycznego spotkania poziom synergii i wzajemnej komunikacji przyjął wartości doprawdy ekstremalne. Efekt po prawdzie kładzie nas na kolana i wyznacza najlepszy, jak dotychczas, epizod cyklu DUOS2022!

Od samego początku pierwsza, ponad 30-minutowa improwizacja charakteryzuje się całkiem dynamicznymi parametrami. Smyczek ślizga się po strunach, trąbka rytmicznie oddycha, a narracja zdaje się być równie śpiewna i melodyjna, jak i zadziorna, odrobinę bezczelna. Artystki doskonale panują nad dramaturgię. Ślą nam kameralne drony, sycą improwizację preparacjami, ale prowadzą opowieść niemal tanecznym krokiem. Gdy trzeba, wdychają opary pogłosu i płyną wysokim wzgórzem. Chętnie tkają pajęczynę dźwięków z drobnych fraz, ale nie boją się też dłuższych pociągnięć pędzlem. Gdy Susana przez moment zostaje sama i szuka trudniejszych fraz, riposta Biliany, to efektownie rezonujące struny i zmysłowe westchnienia. Gdy ta druga szyje kilka samotnych, rzeżących sekwencji, ta pierwsza ucieka w błękitny ambient. Narracja ma tu także swoją urokliwą fazę szumów i szelestów, niemal imitacyjnych w brzmieniu. W środkowej fazie seta artystki fundują nam kilka zaskakujących fonii – głosy, pogwizdywania, granie na samym ustniku i … brzmienie inside piano! Odnajdują także ciszę płynąc imitacyjnymi dronami. Samo zakończenie pierwszej improwizacji zdaje się być delikatnie slapstickowe – słyszymy dźwięki czegoś, co przypomina pozytywkę, posuwiste szorowanie strun matowym smyczkiem, a także głosy, których pochodzenia nie jesteśmy w stanie zdiagnozować.

Druga improwizacja trwa prawie 25 minut, a budowana jest z ogromnym pietyzmem, dbałością o niuanse brzmieniowe i co do zasady, w trybie zdecydowanie mniej dynamicznym. Garść short-cuts, mgliste pulsacje, dźwięki stojące w miejscu, jak wojsko w trakcie hymnu. Narracja właściwa rodzi się tu niemal samoczynnie, nabiera pewnych cech rytmicznych, ale wciąż prowadzona jest w bezpośrednim towarzystwie ciszy. Artystki szukają ekspresji, ale toną w powodzi efektownych drobiazgów. Znów pojawiają się dźwięki piana, najpierw w formule inside, potem także wprost z czarnej klawiatury, także tygrysie westchnienia, świszczące wentyle i obiekty na strunach. W połowie seta na moment stajemy w gęstej ciszy. Potem natrafiamy na coraz bardziej niespodziewane zdarzenia. Jakbyśmy słyszeli okarynę, kilka tajemnic dokłada też budujące tło piano. Zupełnym jednak zaskoczeniem jest moment, w którym Susana i Biliana, mając do dyspozycji czysto brzmiącą trąbkę i całą klawiaturę fortepianu zaczynają frazować cool-jazzowo! Ballada o piątej nad ranem po czasie intrygująco gubi wątki i podprowadza nas pod piękną, finałową ekspozycję. Tu obie Panie śpiewają smutną melodię, którą barwią odrobiną zabrudzonych fraz. Na ostatniej prostej słyszymy już tylko oddechy trębaczki i stukanie smyczka o gryf martwych skrzypiec.



Like Thoughts Coming with Joanna

Drugi z duetów powstał, przynajmniej na poziomie konceptualnym, wedle zupełnie innej recepty niż into one breath. Skrzypaczka i altowiolinistka zagrały na potrzeby tego albumu sporo wyciszonych fraz, generowanych jakby na wdechu, skupionych i bardzo często wykorzystujących brudne, matowe dźwięki. Dodatkowo okraszone one zostały dość rozbudowanym wątkiem field recordings, jakie Biliana zarejestrowała w ogrodzie znajomych, usytuowanym w mieście, gwarantującym zatem mnogość doznań fonicznych, które mogły intrygująco skorelować się z duszącymi improwizacjami dwóch instrumentów strunowych. Oto konceptualna improwizacja, której odsłuch wymaga skupienia i z pewnością wytłumienia emocji chwili.

Pierwsza odsłona albumu trwa ponad siedemnaście minut i zdaje się być wyznacznikiem jakości całej ekspozycji, złożonej z akustycznych dźwięków instrumentalnych i odgłosów otoczenia. Początkowo artystki serwują nam drobne fragmenty dźwiękowe, każde odmiennie instrumentalizowane, które przedzielane są odgłosami ogrodu, miasta, ptactwa i innych materii ożywionych i nieożywionych. W dalszej części nagrania najpierw proponują nam kilka urokliwych pasaży granych w estetyce post-baroku, a może nawet post-renesansu. Potem przechodzą do fazy dźwięków preparowanych, cały czas sprawiając wrażenie, iż szukają kontraktu fonicznego z odgłosami natury, jakby były częścią tego środowiska akustycznego. Jęki, piski i lamenty czasami przypominają tu zgraję dachowców, która czeka na ludzkie zainteresowanie. Na starcie drugiej części dźwięki altówki i skrzypiec przypominają zabawę w uderzanie sztućcami o kuchenny stół, na którym drżą metalowe naczynia. Artystki fundują nam teraz plejady zniekształconych dźwięków, czasami wręcz nieprzyjaznych, ale podają je w trybie niemal medytacyjnym, sprawiając, iż szorstkość dźwięków zostaje tu wzięta w dramaturgiczny nawias. Przypominają śpiew przez łzy, słowa cedzone przez zaciśnięte zęby.

Trzecia narracja znów trwa kilkanaście minut. Otwierają ją odgłosy otoczenia – ptaki i nadlatujący helikopter. Strings wstają tu z grobu i otrzepują się z brudnej ziemi. Matowe, tłumione frazy zdają się kołysać na wietrze i czekać na swój nieuchronny kres. Pod koniec opowieści czeka nas jednak niespodzianka. Frazy instrumentalne nagle zostają całkowicie oczyszczone z dźwięków field recordings i zaczynają płynąć do nas wyjątkowo szerokim korytem. W czwartej części artystkom znów udaje się nas zaskoczyć. Wszystko ponownie pachnie naturą, a z gryfów strunowców docierają do nas niemal kuchenne dźwięki, metalowe, skrzypiące, całkowicie niemelodyjne. Narracja stawia na suspens i budzi niemal egzystencjalną trwogę. Nagle frazy skrzypiec i altówki dostają silnego pogłosu, jakby zerwał się wieczorny wicher i całość opowieści ulega dynamicznego przyspieszeniu. Ów szczyt albumowej ekspresji nie trwa długo, ale stawia intrygujący znak zapytania w kontekście całego albumu. Na koniec tej części pojawiają odgłosy rozmowy kobiety i mężczyzny. Podobne fonie są elementem składowym ostatniej opowieści. Tu dźwięki instrumentów wydają się być szczególnie wymęczone, jakby wytargane z pudeł rezonansowych wbrew woli artystek. Samo zakończenie przypomina balansowanie na linie. Jakby tylko ludzkie głosy stanowiły tu realny wymiar narracji.

 

Biliana Voutchkova & Susana Santos Silva Bagra (Relative Pitch Records, DL 2022). Susana Santos Silva – trąbka, obiekty, Biliana Voutchkova – skrzypce, głos, fortepian, instrumenty perkusyjne, obiekty. Zarejestrowane w Kanitz Studio, Berlin, Maj 2021. Dwie improwizacje, 56 minut.

Biliana Voutchkova & Joanna Mattrey Like Thoughts Coming (Relative Pitch Records, DL 2022). Joanna Mattrey – altówka, Biliana Voutchkova – skrzypce, field recordings. Zarejestrowane w Kanitz Studio, Berlin, Maj 2022. Pięć improwizacji, 45 minut.

 

 

piątek, 10 czerwca 2022

The Relative Pitch’ new outfit: Child Of Illusion! Geometry of Trees! Voutchkova & Bordreuil! Grimal! Koketsu! Fluke-Mogul!


Zgodnie z zapowiedzią sprzed kilka dni, zapraszamy na szybki overview kolejnych nowości amerykańskiego labelu Relative Pitch Records. W dzisiejszym zestawie trio, kwartet, duet i aż trzy płyty solowe autorstwa zarówno muzyków uznanych w historii gatunku, jak i tych, których dane personalne zapisujemy w naszych podręcznych kajetach po raz pierwszy.

Jak to często bywa w katalogu RPR, na nowych albumach odnajdujemy sporo wątków kameralistycznych. Jedne bywają rozszarpywane free jazzowymi emocjami, inne uciekają niekiedy w minimalistyczną muzykę współczesną, a jeszcze inne nie stronią od eksperymentów brzmieniowych i naszych ulubionych dźwięków preparowanych, które zwykliśmy czasami nazywać fake sounds. W podgrupie zaś płyt solowych napotykamy sporo wykwintnej improwizacji, także dobrze radzącej sobie w obrębie nieco czystszego frazowania. Aż chciałoby się rzec: dla każdego coś miłego, ale nie przesadzajmy z tego typu metaforyką, wszak wciąż płyniemy gęstą strugą prawdziwie improwizowanych dźwięków.

 


Khimaira by Child of Illusion (CD)

Khimaira, Sztokholm, czerwiec 2018: Chris Pitsiokos – saksofon altowy, Susana Santos Silva – trąbka, Torbjörn Zetterberg – kontrabas. Jedna improwizacja, 42 minuty.

Druga już wspólna płyta w dorobku Amerykanina, Portugalki i Szweda zdaje się świetnie konsumować wszystkie cechy, jakimi w preambule tej zbiorówki określiliśmy nagrania pochodzące z RPR. Zatem sporo kameralnej zadumy i skupienia, pokaźne pokłady free jazzowych emocji, czasami zmysłowo tłumionych, wreszcie kilka garści dźwięków preparowanych, głównie ze strony trębaczki. I jak to na nagraniu koncertowym bywa, w każdym zakamarku sceny kryje się jakaś brzmieniowa niespodzianka.

Początek nagrania przypomina dramaturgiczny koncept. Krótkie frazy, sporo ciszy i cierpliwe oczekiwanie na ciąg dalszy. Usytuowany po środku kontrabas dość szybko bierze się za porządkowanie sytuacji scenicznej i zaczyna raz za razem rozdawać karty. Pięknie frazuje smyczkiem, zabierając całe trio w zakamarki ciszy i budując napięcie filigranowymi ruchami. Tak czyni choćby w okolicach 20 minuty, a jeszcze efektowniej w okolicach 30 minuty. W pierwszej fazie koncertu częściej pracuje w trybie pizzicato i syci wtedy opowieść garściami post-jazzu. Saksofon i trąbka posadowione na flankach często wchodzą w kontekst udanych interakcji, aczkolwiek prawdziwy ogień rozsadza im serca bodaj raz, mniej więcej po upływie kwadransa. Dodajmy jeszcze, iż pióro recenzenta zadrżało także w okolicach 26-28 minuty, gdy wszyscy muzycy udanie formowali swoje strumienie dźwiękowe w drony. Wreszcie samo zakończenie koncertu, definitywnie ponadgatunkowe. Muzycy, mimo podążania w kierunku balladowej finalizacji, niespodziewanie wspinają na kolejny ekspresyjny szczyt, udanie wieńcząc to niezwykle wartościowe spotkanie we troje.

 


Geometry of Trees by Reid, Kitamura, Bynum, Morris (CD)

Firehouse 12 Studios, New Haven, lipiec 2021: Tomeka Reid – wiolonczela, Kyoko Kitamura – głos, Taylor Ho Bynum – kornet, Joe Morris – gitara. Osiem improwizacji, 64 minuty z sekundami.

Amerykański kwartet, po części o delikatnie zarysowanych korzeniach azjatyckich, zabiera nas w najdłuższą podróż spośród tych, nad którymi dziś się pochylamy. Buduje swoją opowieść z drobiazgów, częściej stawiając na zaniechanie niż zagranie zbędnego dźwięku, na ogół płynie swobodnym, dalece post-kameralnym strumieniem. W niektórych momentach sięga też po atrybuty bardziej jazzowe (szczególnie wokalistka), a wtedy wyobraźnia recenzenta widzi już edytorski nóż, który ponadgodzinną, bardzo dobrą płytę przycina do trwającej mniej więcej trzy kwadranse płyty doskonałej.

Po kilkudziesięciosekundowym, dziarskim wstępie artyści zagłębiają się w zmysłowej, minimalistycznej kameralistyce. Z rozwagą budują dramaturgię, raz za razem serwują nam brzmieniowe subtelności, a w trzeciej części nie szczędzą nam także smakowitych preparacji, szczególnie smyczkowych. Powolna, zrównoważona, bardzo demokratycznie kreowana improwizacja w czwartej i piątej części, które trwają łącznie niemal 25 minut, czyni jednak wiele, by nasz poziom entuzjazmu dla dokonań kwartetu delikatnie osłabł. Z jednej strony muzykom brakuje wigoru i emocji, z drugiej - szczególnie trębacz i wokalistka - zbyt często zagłębiają się w jazzie, nie kreując przy tym inspiracji do ciekawych interakcji ze strony partnerów. Szczęśliwie ostatnie trzy improwizacje dużo nam rekompensują. Ta szósta jest lekka, swobodna, ale zaczepna, bogato instrumentalizowana, a na finał gasnąca przy intrygującej powłoce rytmicznej. Siódma z kolei ma ciekawą konstrukcję. Niemal w połowie składa się z incydentów solowych (trąbka, gitara, wiolonczela - każdy muzyków nie trwoni tu choćby sekundy!), by po powrocie do formuły kwartetowej zaskoczyć nas kilkoma doprawdy ognistymi frazami. Finałowa improwizacja studzi nasze emocje niemal wyłącznie udanymi frazami. Wreszcie z gardła wokalistki słyszymy coś więcej, niż śpiew, czy jazzowe schematy, a samo zakończenie zmysłowo tonie w mrocznych, długo wybrzmiewających dźwiękach.

 


The Seventh Water by Biliana Voutchkova & Leila Bordreuil (DL)

Werkhalle/ Wiesenburg, Berlin, sierpień 2021: Biliana Voutchkova – skrzypce, Leila Bordreuil – wiolonczela. Cztery improwizacje, 35 minut z sekundami.

Kolejna propozycja w dzisiejszym zestawie także jest nad wyraz kameralna, ale zdaje się, że jedynie w wymiarze personalnym. Dwa instrumenty strunowe tym razem zabierają nas do świata dźwięków preparowanych, mechanicznych, ale nieustannie pięknych, wciągających nas najdłuższymi smyczkami świata wprost do mrocznej jaskini zaskakujących wydarzeń fonicznych. I co być może najważniejsze, na tle prezentowanych nowości, improwizacje Biliany i Leili pozbawione są choćby jednego zbędnego dźwięku. Tylko dobre pomysły, tylko zmyślne rozwiązania i pewna dramaturgiczna wstrzemięźliwość.

Początek stawia nas ostro do pionu – to gęste, siarczyście brzmiące drony, będące skutkiem masywnego szorowania strun tłustymi smyczkami. Długie lub bardzo długie frazy, niektóre pulsują, inne skomlą o łyk wody. Dla przeciwwagi druga, dość krótka improwizacja stawia na lekkość, pewną frywolność. Dźwięki przypominają nerwowo podskakujące owady, które plądrują łąkę z wiosennych słodyczy. Wszystko w dość molowym nastroju, z czasem nabiera psychodelicznego humoru. Prawdziwe cuda zaczynają się w trakcie trzeciej, najdłuższej opowieści. Z mroku suną do nas szmery, coraz bardziej soczyste szumy, które po kilku pętlach zaczynają nabierać dźwiękowej powłoki. Coś gwiżdże, coś śpiewa przez zaciśnięte zęby. Rozciągnięte w czasie frazy bywają tu delikatne, a cisza czai się za rogiem niczym zły szeląg. Pod koniec flow całkowicie pogrąża się w mroku akustycznego ambientu. Dopiero na ostatniej prostej artystki decydują się na efektowne spiętrzenie o post-industrialnym posmaku. Z kolei finałowa improwizacja stawia na niespodzianki. Tu pracują nie tylko struny, ale i pudła rezonansowe. Dźwięki sprawiają wrażenie, jakby płynęły z zatopionego gamelanu. Najpierw opowieść narasta, potem uroczo przygasa do pojedynczej frazy. Plejada szmerów i smukłych ćwierć-melodii prowadzi na finałowe wzniesienie, które obfituje w całkiem zadziorne interakcje.

 


Refuge by Alexandra Grimal (CD)

Castle of Chambord, Francja (?), wrzesień 2020: Alexandra Grimal – saksofon sopranowy. Osiem improwizacji, 53 minuty.

W przeciwieństwie do płyty poprzedniej, solowa propozycja francuskiej saksofonistki miewa kilka momentów, które zwinne ręce edytora mogłyby wysłać w wieczny niebyt, ale i tak śmiało możemy skonstatować, iż sopranowa przygoda w akustycznych przestrzeniach zamkowych zdecydowanie stanowić winna mocny punkt artystycznego portfolio Alexandry. Co ciekawe, owe chwile dramaturgicznego zawahania recenzent dostrzega w krótszych, końcowych improwizacjach, a to, co najlepsze na albumie odnajduje w dwóch pierwszych odsłonach, szczególnie w trakcie drugiej improwizacji, trwającej ponad kwadrans.

Pierwsza improwizacja otwierać mogłaby awangardowy festiwal muzyki barokowej. Lekka, swobodna narracja, niepozbawiona znamion melodyjności, czy wręcz taneczności, kilka garści melancholii, szczypta suspensu i udane poszukiwanie oddechu cyrkulacyjnego. Grimal nie jest w tej ostatniej kategorii długodystansowcem, lubi zasłuchiwać się w ciszy i szukać gęstego echa własnych pomysłów dramaturgicznych, na ogół bardziej niż udanych. Druga odsłona Refuge, to zaiste perła w zestawie. Artystka porzuca prostsze frazy, tapla się w mroku, pełno wokół niej ciszy. Jej saksofon nie śpiewa, bardziej szumi, mruży oczy i artykułuje wyłącznie suchymi sylabami. Muzyka przypomina wiatr o poranku, niekończącą się mantrę wyczekiwania na nową sekwencję dramatyczną. W kolejnych improwizacjach/ kompozycjach Francuzka powraca do czystych dźwięków. Jej narracja zdaje się przypominać soundtrack do spektaklu baletowego. W czwartej części pomysł opiera się na graniu jednej, maksymalnie dwóch fraz i pogrążaniu się w ciszy. Roztańczone obłoki dźwięków, grane na palcach długimi, czasami zmęczonymi oddechami, utrzymywanymi w ryzach koncepcji narracyjnej. W przedostatniej części opowieść zdaje się mieć nieco więcej życia, pewną ulotną dynamikę. Finałowa narracja, znów budowana raczej krótkimi frazami, pozwala, by cisza rządziła sceną, ale też uwalnia pokłady post-barokowej urody, którymi Grimal bogaciła swój pierwszy utwór na płycie.

 


Fukiya by Masayo Koketsu (CD)

St-robo, Tokyo, Japonia, listopad 2021: Masayo Koketsu – saksofon altowy. Jedna improwizacja, 46 i pół minuty.

Porzucamy kameralne klimaty i sięgamy po free jazz! Japońska saksofonistka proponuje nam spektakl trwający ponad trzy kwadranse, w trakcie którego prezentuje bardzo szerokie spektrum możliwości generowania altowych strumieni dźwiękowych. Artystka częściej wszakże stawia na emocje niż sonorystyczne eksperymenty, czy też dźwięki preparowane. Podaje nam wszystko w jednym, długim secie, często korzysta z ciszy pomiędzy frazami, ale w ujęciu długodystansowym bywa, iż nie w każdym momencie jest nas w stanie przekonać do swojej koncepcji artystycznej. Nade wszystko jednak Koketsu bardzo często przypomina nam szorstkim, acz melodyjnym tembrem swojego altu … samego Petera Brötzmanna, i niech to pozostanie dla niej największym komplementem płynącym z tych kilku zdań recenzji.

Na starcie Masayo serwuje nam długie, chwilami ogniste frazy, które przedziela wątłymi plastrami ciszy. Raz jej alt przypomina silnik elektryczny, innym razy mały świder, czasami charczy, czasami piszczy, bywa też, że szumi i głęboko oddycha. Pełne portfolio możliwości i technik wydobywania dźwięków! Emocje przypominają tu na ogół wzburzony ocean, czasami jednak dygoczą z zimna, niczym wystudzony staw rybny. A wszystko artystka podaje nam tembrem pełnym wewnętrznej, czasami zadziornej melodyki, jakże bliskiej estetyce niemieckiego mistrza free jazzu. Tuż przed upływem pierwszego kwadransa saksofonistka łyka większą porcję ciszy i zaczyna pracować nieco delikatniej, często efektownie szumiąc. W dalszej fazie narracji bywa, że nieco eksperymentuje z brzmieniem, ale raczej nie dąży do umieszczania czegokolwiek w tubie i ścigania się z mistrzami rozszerzonych technik gry. W kolejnych etapach spektaklu mamy ciekawą formułę grania naprzemiennie dźwięków delikatnych i niezwykle ostrych, kilka podejść pod frazy preparowane, aż wreszcie, w trackie długiego zakończenia, napotykamy na niezmierzone strumienie zmysłowych, post-brotzmannowskich kołysanek.

 


Love Songs by Gabby Fluke-Mogul (CD)

GSI Studios, Manhattan, Nowy Jork, lipiec 2021: Gabby Fluke-Mogul – skrzypce. Siedemnaście kompozycji dla improwizacji, 36 minut.

Ostatnia z omawianych dziś nowości łączy w sobie wiele dobrych cech, jakie zaobserwowaliśmy w trakcie odsłuchu poprzednich płyt. Jest na swój sposób kameralna, choć zionie czasami ogniem niczym dobry free jazz, jest pełna niekłamanych emocji, ale bardzo zwarta w formie (nieprzegadana choćby przez ułamek sekundy), wreszcie świetnie dawkuje nam kolejne porcje ekspresji, nie zapominając przy tym o zgrabnej formie dramaturgicznej. To siedemnaście szalonych opowieści na gotujące się skrzypce, czasami wsparte pomrukami, czy nawet okrzykami samej artystki, której moc płynąca z rozgrzanych strun nie zawsze wystarcza do pełnej realizacji twórczej. 

W pierwszej improwizacji artystka prezentuje bardzo suche, płaskie brzmienie, jakby dźwięki skrzypiec zbierał jeden monofoniczny mikrofon. Ale już po kilka obrotach wokół własnej osi Gabby wpada w kompulsywne preparacje i zaczyna maltretować struny. Taka formuła krótkich, trwających niekiedy mniej niż dwie minuty opowieści, będzie jej towarzyszyła praktycznie w każdej impro-kompozycji. Skrzypaczka jednak nie popada w przesadę, nie dąży do budowania ściany dźwięku, cały czas z tył głowy zdaje się mieć artystyczny zamysł, by słuchacza zaintrygować, a nie zamęczyć. W kolejnych częściach pojawiają się akcenty folkowe, ale to znów jedynie dane na wejściu, które z czasem płoną złotym ogniem niebywałych wybuchów ekspresji. Przy okazji artystce nie można odmówić niemal wirtuozerskich umiejętności gry na skrzypcach. Bez trudu jest w stanie zwiększyć tempo narracji o kilkaset procent, równie efektownie zahamować i skończyć furiacką eksplozję ledwie jednym, subtelnym dźwiękiem. Potrafi kąsać niemal rockową ekspresję (choćby dziewiąta Love Song). Struny pod naporem jej kreatywności często niemal umierają, by po ułamku sekundy hasać po łące niczym pasikonik. Jedenasta cześć najpierw przypomina jęki konającego, po chwili brzmi niczym wrzask uzdrowiciela. Potem artystka zdaje się nieco wyciszać swoje buchające emocje, stawia na minimalizm, dba o niuanse brzmieniowe. Na finał jednak napina mięśnie na wdechu, po czym efektownie parska ogniem. What a game!



 

wtorek, 18 stycznia 2022

Santos Silva, Gibson & Trilla – Fish Wool in Cerkno! *)


Naprawdę wiele wskazuje na to, iż muzycy z Półwyspu Iberyjskiego stają się powoli niemal stuprocentowymi gwarantami jakości w szeroko rozumianej, europejskiej muzyce improwizowanej. Każdy rok dostarcza nowych dowodów rzeczowych w sprawie, w czym zasługa zarówno krajowych wydawców, jak zagranicznych wielbicieli muzyki z tamtej części świata. Dodatkowo zaś, jeśli na jednej scenie renomowanego festiwalu w słoweńskim Cerkno stają Susana Santos Silva, Vasco Trilla i Yedo Gibson, wyposażeni w trzeźwą trąbkę, kosmiczne perkusjonalia oraz roztańczony saksofon, to możemy być pewni, że będzie naprawdę dobrze!

 


Koncert na dysku kompaktowym podzielony został na cztery części, z których pierwsza, ponad 20-minutowa, zdaje się mówić wszystko o muzyce tria, kreatywności jej twórców, a także jej definitywnej ponadgatunkowości. Otwarcie jest całkiem dynamiczne – posadowione na przeciwległych flankach instrumenty dęty zanoszą się śpiewnym rechotem, niczym para jurnych koni, środkiem zaś płynie aktywna, pełnowymiarowa perkusja. Od razu w głowie odbiorcy rodzą się skojarzenia ze słynną Konferencją Ptaków Dave’a Hollanda i nie jest to mylny trop! Trzeba wszakże od razu zaznaczyć, iż Fish Wool, mimo swego oczywistego potencjału, nie jest tu skore do ucieczek w obszar niczym nieskrępowanego free jazzu. Dużo w tej muzyce powietrza, dramaturgicznego suspensu, a także niemałych obszarów ciszy, która dzieli fragmenty często zmieniającej się, swobodnie improwizowanej narracji. Artyści bez zmrużenia oka zmieniają tu free jazzowy napęd na post-kameralną zadumę, a w momentach, gdy Gibson zaczyna wysoko śpiewać na sopranie, stają się kapelą niemal neo-folkową, roztańczoną, wesołą, skorą go figli i okazjonalnych przyśpiewek.

Rozbudowana, wielominutowa narracja dzieli się także na epizody grane w duetach (zwłaszcza dętych – choćby efektowna polifonia w okolicach 12 minuty), a także krótkie, ale wybornie treściwe odcinki solowe (choćby ten trębacki już po 6 minucie). Do rozbudowanych, dętych dialogów swoje dokłada, jak zwykle nad wyraz kreatywny Trilla. W procesie improwizacji wspomaga go cała armia dzwonków, elektrycznych robaczków, tudzież innych tajemniczych przedmiotów, zdolnych niemal samodzielnie budować narrację. Dodajmy, iż każdy z artystów świetnie realizuje się także w drobnych, wyciszonych, preparowanych dźwiękach. A pierwszy odcinek koncertu, niechybnie z woli drummera, łapie na zakończenie zmysłowy, prawdziwe free jazzowy wiatr pod skrzydła, gaśnie jednak dalece kameralnymi metodami.

Kolejne dwa fragmenty koncertu są nieco krótsze, w dużej mierze budowane przez filigranowe, często post-folkowe peregrynacje Gibsona. Najpierw jego sopran tańczy na tle dronowej ekspozycji perkusjonalii. Dysonans tej sytuacji scenicznej jest doprawdy pozorny. Ta część narracji przypomina wystudzoną balladę, z objęć której muzycy wychodzą kilkoma bardziej ekspresyjnymi okrzykami. Finał drugiej części grany jest bez trąbki, z frazami płynącymi wprost z gardła saksofonisty. Trzecia improwizacja, najkrótsza, to kolejny popis Gibsona. Preparuje on dźwięki, gra bez ustnika, rechocze i rzęzi. Narracja tkana jest tu z drobiazgów, także szelestu wytłumionych perkusjonalii.

Finałowa część koncertu rozpoczyna się niebywałą, solową ekspozycją Santos Silvy. Artystka zaczyna ją na poziomie mechaniki dysz, potem zaś uruchamia całe plejady oddechów i przedechów, chwilami nieźle przy tym hałasując. Jej partnerzy wracają na kilka chwil, by podprowadzić opowieść pod krótki, ale bardzo tajemniczy epizod Trilli. Muzyk wydaje dźwięki prawdopodobnie z instrumentu strunowego, który brzmi niczym pozytywka. Narracja wraca na zasadniczy tor znów nie bez post-folkowych naleciałości. Nim koncert dobiegnie końca, czeka na nas jeszcze błyskotliwa przebieżka instrumentów dętych po całkiem niezłym wzniesieniu, a zaraz potem, tuż po powrocie perkusji, znów ledwie po dwóch, trzech mocniejszych oddechach, improwizacja dmie w rogi i strzela free jazzowymi petardami. Rozhuśtana melodyka finału pachnie tu Albertem Aylerem, w czym zasługa całej trójki tych niesamowitych artystów.

 

Fish Wool feat. Susana Santos Silva, Yedo Gibson & Vasco Trilla Live In Cerkno (Fundacja Słuchaj!, CD 2021 *). Susana Santos Silva – trąbka, Yedo Gibson – saksofon sopranowy i tenorowy, Vasco Trilla – perkusja. Nagrane na żywo, w trakcie 24-edycji Festiwalu Jazz Cerkno, 18 maja 2019 roku. Cztery improwizacje, czas trwania – 52:36.

 

PS. Edycja nagrania z Cerkno napotkała tym razem na kilka drukarskich chochlików. Nazwisko pochodzącego z Brazylii saksofonisty, to bez wątpienia Gibson, zaś sam koncert, wbrew opisowi na okładce płyty, odbył się w roku 2019, nie zaś 2018, wszakże definitywnie na 24-edycji tego festiwalu. Po wiarygodne dane warto zajrzeć na stronę festiwalową www.jazzcerkno.si

 

 *) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, bodaj w tygodniu ubiegłym



wtorek, 27 kwietnia 2021

Ikizukuri + Susana Santos Silva in an embrace of the Suicide Underground Orchid!


Dudniący bas elektryczny wzywa wszystkich na dźwiękowe rykowisko. W tym niecnym dziele wspiera go aktywny drumming, brzmiący niezwykle matowo, podający rytm w jakimś nieznanym metrum. W roli introdukcyjnej wisienki na torcie garść elektronicznych śmieci, które kaleczą flow, ale też stymulują żywe instrumenty do pierwszych mikro eskalacji. Po jednym okrążeniu do stawki biegnących dołącza bystry, zadziorny saksofon sopranowy, który zdaje się brzmieć, niczym alt tuż po przebyciu covidowej izolacji. Obrazu całości pieśni otwarcia dopełnia trąbka, która na tym etapie samobójczego spektaklu brzmi jeszcze nad wyraz czysto. Rośnie tempo, gęstnieje tekstura narracji – bas w roli niszczyciela żłobi kanał powietrzny, po którym coraz większą ławicą płyną dęciaki - roztańczone, rozbrykane papużki nierozłączki, skaczące z kwiatka na kwiatek i boleśnie nękające narządy słuchu przypadkowo napotkanych słuchaczy.



Druga porcja elektroakustycznej chłosty stawia nas do pionu od pierwszego dźwięku i w takim stanie pozostawia do samego końca – naszego lub jej. Bas rysuje hc-punkowe przełomy, circle drumming zdaje się jeszcze podkręcać gałkę potencjometru mocy, a dęciaki skrzeczą na silnym pogłosie, niczym upalone dobrym kwasem portowe mewy. Pre-noise’wy galop w progresie gna ku nieznanym wspaniałościom. Sopran i trąbka czynią swoje, niezależnie od sytuacji scenicznej – czyżby kolejna ważna w historii gatunku Konferencja Ptaków? Nim wybije koniec trzeciej minuty bas zaczyna mącić wodę i wyhamowuje bieg zdarzeń. Dęte łapią się ostrego pogłosu, jak tonący brzytwy i wobec perkusyjnego zaniechania, pozostają samotne na prerii i krzyczą wniebogłosy. Bas i perkusja wracają leniwie po 120 sekundach, i taki to duet postanawia zmiękczyć nas moralnie. Aura post-psychodelicznego fussion, z basem, który niczym rockowa gitara rysuje smugi cienia, oplata nas jak pajęczyna. Po kolejnych dwóch minutach magia chaosu pierwszych dźwięków powraca w formule nerwowej repetycji. Dęciaki giną w konwulsjach, przynajmniej na kilka sekund.

Kolejna porcja trucizny rozpoczyna się duetem zamaszystego bębnienia i skrzeczącego sopranu. Bas dołącza się z taneczną pętlą, trąbka pnie się zaś ku górze z gracją baletnicy. Opowieść znów jest gęsta i mroczna, ale dłonie rewolwerowców na cynglach nie czynią nerwowych ruchów. W tubach dętych potworów zdają się pojawiać mikro nutki nostalgii, niczym u wygłodniałych wampirów. Bas nie czyta tych fraz, tnie narrację na nierówne polowy i bez zmrużenia oka brnie przed siebie, ołowiany cyklop o dużym polu rażenia. Stawia zasieki z drutu kolczastego, po czym ginie w ciszy.

Stępione ostrza basu rozpoczynają czwartą historię, rysując post-jazzowe smugi naprzemiennie z post-rockowymi riffami. Dęciaki w lekkim, frywolnym tańcu, splecione wszystkimi kończynami, pokładają się leniwie na drżących membranach perkusji. Nim wybije pierwsza minuta wszyscy skaczą w ogień! Szczęśliwie to przepaść, która ma swoje dno. Hamowanie jest bystre i bardzo efektowne. Załoga zaczyna uprawiać piękne kombinacje z rytmem, dobrze też wariantuje poziom ekspresji i intensywności. Leniwe przeciągania lub bystre półgalopy, aż po ambientową śmierć dętych, poprzedzoną plejadą delikatnych fraz wpadających w oniryzm. Bas nie pozwala jednak zasnąć! Odradza się jak hydra, w morzu gitarowych sprzężeń. Towarzyszy mu poklask talerzy. Eksplozja jednak nie następuje. Opowieść gaśnie niczym stosunek przerywany.

Piąta improwizacja zdaje się czynić pozory ładu i panowania nad emocjami. Frywolne, niemasywne post-fussion, garść czystszych fraz, melancholijne kołysanie na falach spokojnego oceanu, choć czynione raczej z drugiej strony powierzchni wody. Coś śpiewa, coś kleci zdania podrzędnie złożone. Ale zło czai się za rogiem! Repeta basu nadciąga i sieje popłoch wśród ludzi i zwierząt. Piękne zdanie odrębne realizuje jednak trąbka. Wypuszczona w maksymalny pogłos daje tych kilka fraz, które zapamiętamy na zawsze. Efekt odejmuje mowę nawet basowi. Oto kolejna burza, która ostatecznie nie nadchodzi.

Pieśń zamknięcia także ma pragnienie, byśmy zapamiętali ją na dłużej. Najpierw kilka wprawek zabrudzonego piano - dźwięki zagubione w komputerze, w trakcie post-produkcji znajdują swoje miejsce w narracji właściwej. Pieśń staje jednak na baczność niesiona kolektywnym wrzaskiem wszystkich instrumentów. Post-metalowy bas, circle drumming na ołowianych tomach, zmutowana trąbka skąpana w radioaktywnym post-fussion. Po kilku pętlach galop w gęstwinach post-jazzu zwalnia, choć nie traci na intensywności. Na blisko 80 sekund dostajemy się w kolejny wir elektronicznej plądrofonii, która pokazuje, iż nasze uszy są dziś w stanie przeżyć naprawdę wiele. Jeśli słuchamy tej płyty z fizycznego nośnika, sprawdźmy koniecznie, czy nasze CD nie uległo całkowitemu zniszczeniu. W połowie piątej minuty normalny bas szczęśliwie powraca. Wraz z nim do życia przewrócona zostaje lśniąca trąbka i błyszcząca perkusja. Ale gdzie podział się sopran? Czy jest tylko echem trąbki, czy w międzyczasie dokonał już swojego żywota? Sekcja rytmu kreśli pętle i nie szuka wymówek. Powulkaniczny finał na dobrym kwasie!

 

Ikizukuri + Susana Santos Silva Suicide Underground Orchid (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, CD 2021). Julius Gabriel – saksofon sopranowy, Gonçalo Almeida – gitara basowa, Gustavo Costa - perkusja & electronic post production, Susana Santos Silva – trąbka. Nagrane w Porto, Sonoscopia, lato 2020. Sześć improwizacji, 39:27.

 

Uwaga! Autor recenzji jest współproducentem tej płyty!



niedziela, 4 kwietnia 2021

Dwie portugalskie nowości iberyjskiej serii Multikulti i Trybuny Muzyki Spontanicznej – Light Machina i Ikizukuri + Susana Santos Silva!


(Informacja prasowa)

 

Iberyjska seria wydawnicza z muzyką improwizowaną, prowadzona przez oficynę Multikulti Project i Trybunę Muzyki Spontanicznej, rozpoczęła właśnie piąty rok życia. Dodajmy, iż samo Multikulti Project kończy w tym roku 25 lat, a jego założyciel Tomasz Konwent całkiem niedawno obchodził bardzo okrągłe urodziny. Najlepszym sposobem, by należycie uczcić każdą z tych okoliczności, z pewnością mogą być nowe wydawnictwa płytowe.

Dokładnie na dzień 2 kwietnia 2021 roku zaplanowana jest światowa premiera dwóch płyt z muzyką powstałą na Półwyspie Iberyjskim, tym razem, w obu przypadkach w Portugalii – pierwsza w Coimbrze, druga w Porto.

 


Pod pozycją katalogową 023 poznańska inicjatywa wydawnicza proponuje nowy kwartet Light Machina, w którego szeregach odnajdujemy dwa doskonale rozpoznawalne nazwiska na europejskiej scenie muzyki improwizowanej – portugalskiego trębacza Luisa Vicente i jego rodaka, gitarzystę Marcelo Dos Reisa. Dla pierwszego z nich to już szósta obecność w Spontaneous Music Tribune Series, dla tego drugiego – dokładnie … druga. Obaj muzycy grali tu choćby w świetnie przyjętym przez krytyków i publiczność kwartecie Points. Czteroosobowy skład Light Machina uzupełniają bardzo młodzi, ale już rozchwytywani przez starszych muzyków, adepci swobodnej improwizacji – włoski puzonista Salvoandrea Lucifora oraz portugalski perkusista João Valinho. Na krążku bez tytułu muzycy proponują nam trzy chwilami niezwykle transowe, ale wyważone przez względem ekspresji improwizacje, dla których precyzyjne określenie konotacji gatunkowych zdaje się czynnością niewykonalną. Być może odnajdujemy tu więcej post-rockowych emocji niż free jazzowych grepsów, jakiekolwiek fani obu stylistyk winni w Light Machina dostrzec ważny przedmiot swoich zainteresowań. Nagranie zarejestrowano w trakcie koncertu, jaki miał miejsce trzynaście miesięcy temu w jednym z najważniejszych miejsc na mapie portugalskiej muzyki - Salão Brazil w Coimbrze.

W liner notes, napisanym przez António Branco, czytamy m.in.:

„(…) Słyszymy tu twórcze interakcje pomiędzy różnymi osobowościami muzycznymi, które dążą do wspólnego celu, bez narzucania się, ale i jakiegokolwiek osłabiania swojej pozycji. Czterej muzycy (plus cisza) oddają się krzyżowemu ogniu bodźców, akcji i reakcji, równoważąc dotychczasowe współsprawstwo ekscytacją związaną z budowaniem nowych relacji.  (…) W celu poszerzania możliwości instrumentów muzycy stosują różne techniki, które nie są celem samym w sobie, ale narzędziem do budowania dynamiki i atmosfery. Rezultatem jest ciągłe odkrywanie nowego i „coś”, czego na szczęście nie da się sklasyfikować, ani opisać słowami”.

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/light-machina

 


Jeśli w przypadku Light Machina wspominaliśmy o post-rockowych emocjach i braku gatunkowych punktów odniesienia, to cóż można rzec o formacji Ikizukuri??? Post-punkowa, wulgarna gitara basowa w rękach Portugalczyka Gonçalo Almeidy (jeśli pamiętamy Low Vertigo, świetnie wiemy, co nam grozi!), rockowa, ekspresyjna perkusja we władaniu kolejnego Portugalczyka Gustavo Costy (muzyk wrzuca do tygla emocjonujących zdarzeń także akcenty elektronicznej post-produkcji, a nawet strzępy plądrofonii!), wreszcie para rozgadanych instrumentów dętych, siejących popłoch potokami psychodelii, tu w rękach fachowców najwyższej klasy – niemieckiego saksofonisty Juliusa Gabriela (którego znamy choćby z dużych składów Barry’ego Guya, ale tu prezentującego bardzo odmienne oblicze) i portugalskiej trębaczki Susany Santos Silvy, która na fantastycznie zatytułowanej płycie „Suicide Underground Orchid” pełni rolę gościa na pełnych prawach wykonawczych.

Muzyka Ikizukuri stawia na emocje, buduje narrację opartą na rockowej pracy basu i perkusji oraz na paradygmacie permanentnej improwizacji saksofonu sopranowego i trąbki. Kreuje opowieść, która uzbrojona w post-elektroniczną poświatę, niespodziewanie prowadzi nas także na spotkanie z fussion jazzem, przywołując skojarzenia z muzyką, jaką Miles Davis grywał w pierwszej połowie lat 70. ubiegłego stulecia. Zresztą w tym potoku szalonych dźwięków każdy odnajdzie coś dla siebie. Dodajmy, iż nagrania powstały w roku ubiegłym w Porto, w klubie Sonoscopia.

W liner notes napisanym przez Margaridę Azevedo czytamy m.in. :

„Urodzona i wyhodowana w podziemiu - to główne cechy rzadkiej rośliny zwanej Suicide Underground Orchid, zupełnie takiej samej, jak to nagranie. Ikizukuri wnosi do tej płyty różnorodne nastroje: improwizację, free jazz, rock i metal. Susana Santos Silva stanowi zaś nowy składnik odżywczy, który karmi i rozwija potencjał tej samobójczej, podziemnej orchidei (…). Błędnym jest myślenie, iż w 2020 roku byliśmy tylko świadkami globalnego chaosu. Z przypadkowego spotkania narodziła się też ta płyta. Muzycy prowadzą tu płynny dialog, rozmawiają własny językiem, generują dźwięki, który obudzą nasze zmysły w 2021 roku.”

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/suicide-underground-orchid

 

 

wtorek, 14 lipca 2020

Amador! Santos Silva! Almeida! Vicente! Kneer! Zabelka! The Loneliness Of Solo Improvisers, next pandemic step!


Czasy pandemicznego lockdownu zdaje się, że wyniosły solową, jakże samotną, swobodną improwizację do rangi najważniejszego wydarzenia artystycznego świata zamkniętego w czterech domowych ścianach. Nagrania rodzą się jak grzyby po deszczu, muzycy z dnia na dzień stają się swoimi największymi wydawcami, a recenzenci ledwie nadążają z odsłuchem nowych nagrań. Podtytuł tych łamów Improwizowany przewodnik w czasach nadprodukcji dźwięków prawdopodobnie nigdy nie był tak bardzo aktualny.

Szczęśliwie ilość w wielu wypadkach idzie w parze z jakością. Baa, czasami rzeczywistość new normal wręcz pcha muzyków ku większym eksperymentom, ku przekraczaniu granic stylistycznych i estetycznych, ku poszukiwaniu naprawdę nowych dźwięków. Wielu improwizatorom doprawdy wychodzi to całkiem nieźle. Oczywiście są i tacy, którzy produkują przy tej okazji artystyczne gnioty, ale na nich opuszczamy zasłonę milczenia (lista słabych pandemicznych solówek do wiadomości redakcji).

Dziś skupimy się oczywiście tylko na dobrych przykładach, wszak w dobie frontalnej nadprodukcji muzyki absolutnie szkoda naszego czasu na marnotrawienie go na słabe nagrania. Sięgamy po sześć solowych płyt, z których aż trzy powstały już w czasach lockdownu (marzec i kwiecień), także w domowych pieleszach. Bezwzględnie każda warta jest naszej uwagi! Przy okazji – zupełnie niespodziewanie - w ramach tej zbiorówki czekają nas … małe mistrzostwa Portugalii na trąbkę solo! Zaczynamy jednak po holendersku i na gitarze, a po wspominanych mistrzostwach, zapraszamy jeszcze na dwa ujawnienia strunowe, z Niemiec i Austrii.





Josué Amador Composition 1960 #7 (self-released, CD 2020)

Dobra zbiorówka recenzji nie może nie zacząć się od prawdziwego trzęsienia ziemi! Josué Amador na gitarze akustycznej, wyposażonej w stalowe struny (steel strings), wykonuje wariację na temat Composition 1960 #7 autorstwa ojca kreatywnego minimalizmu La Monte Younga. Nagranie z kwietnia tego roku, bynajmniej nie domowe, ale studyjne (Rotterdam), i co najważniejsze – dokonane z użyciem tzw. mikrofonów binauralnych*). Czterdzieści minut z sekundami dronowej epopei, która być może zryje wam berety w sposób definitywnie trwały!  Przykład muzyki, której absolutnie nie da się opisać martwymi słowami, trzeba jej po prostu posłuchać (koniecznie w słuchawkach!). Ale spróbujmy słowami…

Od pierwszej nanosekundy nagrania natrafiamy na dron gorącego powietrza, płynącego wprost z pulsującego, ale przecież nieistniejącego amplifikatora, który zaciął się i spalił już wszelkie przewody. Dym i swąd będzie nam towarzyszył do końca tej niesamowitej podróży. Wokół coś brzęczy, rytmicznie szeleści, zdaje się, że zło idzie do nas szeroką ławą!  Technika rejestracji sprawia, iż jesteśmy w samym środku drona i nie ma dla nas jakiejkolwiek drogi ucieczki. Harsh-post-electronic-ambient! – recenzent bazgrze na marginesie strony swojego kajetu, ale zaraz potem ponownie sięga do zapisów credits – a jednak tylko steel-string acoustic guitar…

Słyszymy niemal trzy pasma fonii. Główny dron stoi na środku i nikogo nie przepuszcza. Mnóstwo rzeczy dzieje się na flankach – pulsary mocy tańczą z lewej do prawej i z powrotem, dużo zamieszania wprowadza echo i metaliczny rezonans. Wszystko poza wątkiem głównym drży, brzęczy, umiera ze strachu, jakby nad głową zawisł nam atomowy śmigłowiec. Monotonia nagrania jest pozorna, wszystkie bowiem elementy narracji żyją tu własnym, wewnętrznym życiem. Wątki poboczne rodzą się i umierają. W dwudziestej minucie doświadczamy czegoś na kształt delikatnego stoppingu – na prawej flance ktoś bije w post-elektroniczny dzwon, na lewej coś intensywnie chrobocze. Symfonia tajemnicy rozkwita! Z czasem flow zdaje się pęcznieć, nabierać prawdziwie niszczycielskich mocy. Ciśnienie rośnie! Pulsary rodzą się jeden po drugim i tańczą na całej szerokości naszej słyszalności – post-akustyczna polifonia w metafizycznym tańcu! Proces wybrzmiewania tego wulkanu emocji zaczyna się mniej więcej na cztery minuty przed końcem. Ostatnia minuta, to niemal zupełna cisza lub to, co zwykliśmy dotąd za ciszę uważać.




Susana Santos Silva  The Same Is Always Different (bandcamp, DL 2020)

Muzycznego trzęsienia ziemi ciąg dalszy! Przenosimy się do Porto i living roomu pewnego mieszkania, w którym czeka na nas trębaczka Susana Santos Silva. Kwiecień i maj this year, pięć ekstremistycznych prób preparowania dźwięku najprostszego instrumentu blaszanego. Wyłącznie udanych! Godzina dronowych emocji, a jakże! No i Susana, w formule tak radykalnej wypowiedzi artystycznej, jakiej jeszcze nie znacie.

Na dobry początek dwudziestominutowa pasja cierpiącej, skrzeczącej z bólu trąbki. Dron świszczącego powietrza, mały silnik wysokoprężny tuż przed wizytą u mechanika. Posmak post-elektroniki, swąd upalonej sierści rysia. Kreatywny minimalizm, który budzi emocje równe naszemu podziwowi dla wytrzymałości płuc artystki (domniemujemy, iż gramy 100% live!). Oddech okrężny, oddech nieśmiertelny. Pod koniec dźwięk, który przypomina zepsuty odbiornik radiowy. Całość gaśnie stylowo i z pełnym rynsztunkiem dramaturgii. Druga opowieść równie udanie… koi nasze zszargane nerwy – multifonia trąbek, jakbyśmy słyszeli przynajmniej trzy pasma. Cisza, spokój, urocze, acz monotonne wyczekiwanie na tak zwany ciąg dalszy. Szemrzące stado owadów znajduje punkt docelowy swojej podróży w rezonującej ciszy, tuż przed upływem ósmej minuty nagrania.

Trzecią historię budują ciężko pracujące wentyle trąbki. Świst wilgotnego powietrza, które ma problemy, by przedostać się poza jurysdykcję instrumentu. Bogactwo dronowej akustyki trąbki godne uwiecznienia nie tylko tymi słowami - od dźwięków lejącej się wody, po przesypujący się piasek pustyni. Oddech natury aż po najdrobniejszą strużkę fonii. Akcenty percussion i mechanicznej preparacji. Im dalej na tej płycie, tym lepiej, aż pióro recenzenta samo tańczy w dłoni – od spokojnego zefirka po prawdziwe wichry wojny. Brawo! Czwarta część, to znów kontrast. Susana proponuje estetykę ambientu – śpiew zakleszczony w obrębie blaszanego instrumentu, posmarowanego post-elektronicznym balsamem, rodzący się w samym gardle artystki. Wielowątkowa, nieco mosiężna, pozłacana gramatura dźwięku. Opowieść, która choć błyszczy w mroku, z czasem nabiera czerni, tajemniczości, by na finał rozpłynąć się aż po horyzont piekielnego nieba. Ostatni antrakt tej niezwykłej podróży – harsh & acoustic trumpet drone! Powietrze próbuje ucieczki po uszkodzonych wentylach. Boleść i drżenie tkwi u nasady ustnika, aż rodzi się w nim śpiew. Rodzaj trenu żałobnego nad losem dewastowanej rzeczywistości. Opowieść urywa się nagle, jakby ktoś wyłączył prąd całemu światu.




João Almeida Solo Sessions *​|​|​|​|  (self-released, CD 2020)

Z Porto przenosimy się do Lizbony, a na osi czasu cofamy do tegorocznego marca. Domowe pielesze zamieniamy na samotne ściany studia nagraniowego (Bairro das Colónias), gdzie na trąbce zagra dla nas (…wydobywał będzie przecudne, preparowane dźwięki!) João Almeida. Zdecydowanie najmłodszy z grona prezentowanych dziś portugalskich trębaczy proponuje nam osiem improwizacji, które potrwają łącznie 40 minut i 8 sekund.

Płyta, o wszystko mówiącym tytule Sesje Solowe, uzupełnionym wszakże o tajemnicze cztery kreski, zaczyna się od form krótszych, bystrych wprawek warsztatowych, bardzo ciekawie skonstruowanych dramaturgicznie, by w drugiej części zaproponować nieco dłuższe wypowiedzi artystyczne trębacza, z których przynajmniej dwie mogłyby być o kilka sekund krótsze.

Startujemy od akcentów percussion, powstałych poprzez dynamiczny kontakt ust i ustnika, z matowym pół echem i szorstkim posmakiem wyłącznie dobrych preparacji. Wentyle trąbki świszczą, wydają grzmoty, burczą, prychają, rozdają całusy, czasami nawet z języczkiem. Drobny popis artykulacyjny w pełni uzasadniony! Druga, jeszcze krótsza opowieść przypomina śpiew przez łzy. Wszystko wydaje się tu wibrować, czujemy zapach Milesa Davisa po dobrym kwasie. Trzecia, która przypomina trupie wyziewy, pełne mroku i chaosu, to garść wyjątkowo pięknych preparacji – prawdziwa magia hydrauliki blaszanych wentyli. Czwarta stawia na mikro frazy, cmokanie i szum wyjątkowo dźwięcznego powietrza.

W piątej części wyczuwamy zwiększoną wilgotność otoczenia. Trąbka przypomina małą maszynę ssąco-tłoczącą. W opowieści muzyka pojawiają się akcenty dynamiczne, nawet coś na kształt rytmu. Oddech jest szybki, dźwięki rżą niczym klacze tuż przed wieczornym kryciem. Suspens narracji czai się w zakamarkach repetycji. Szósta opowieść, to pierwsza z wcześniej wspominanych, nieco dłuższych form. Zaczynają ją drobne przyśpiewki ludowe - flow pulsuje, szuka rytmu i dynamiki. Muzyk tłoczy powietrze, stawia stemple, raz szybciej, raz wolniej, ale całość nie znajduje do końca punktu zaczepienia. Siódma część powraca do preparacji, jako najważniejszego narzędzia kreacji artystycznej – powietrze świszcze, jakby ktoś dezynfekował wentyle. Oddech szczura, chrobot chrząszcza i efektowne akcenty perkusyjne. Płytę wieńczy kolejna dłuższa ekspozycja. Rodzi się głęboko w tubie, a sam poród zdaje się być cesarskim cięciem. Moc ciekawych i niebezpiecznych dźwięków, ptasie zawodzenie i kocie repetycje. Krótka dłużyzna, ale już po 5 minutach poziom kreacji rośnie – Almeida szuka finałowej zadumy, prycha i podskakuje na rozgrzanych wentylach. Piękne zakończenie!




Luís Vicente  Maré (Cipsela, CD 2020)

Kontynuujemy wątek portugalskiej trąbki. Czas na ulubieńca redakcji - Luisa Vicente! Tym razem pandemiczny jest jedynie moment wydania płyty. Słyszymy bowiem na niej koncert zarejestrowany niemal trzy lata temu w Coimbrze (okoliczność opisana następującymi słowami: Convento de Santa Clara a Nova, Anozero - Bienal de Arte Contemporânea). Składa się z trzech części, które trwają niespełna 39 minut.

Koncert rozpoczyna matowy płacz trąbki, która zdaje się mieć nieco przytłumione brzmienie. Muzyk bez wątpienia znajduje się w dość dużym pomieszczeniu, jakkolwiek tembr jego blaszaka wskazuje na coś przeciwnego. Artysta pełen jest skupienia, prawdziwie portugalskiej powolności i dyktatu niegonienia za czymkolwiek. Opowieść charakteryzuje się niemal metafizyczną melodyką, która początkowo ukryta za parawanem narracji, szybko znajduje swoje ujście, nie bez udziału bardziej dynamicznych fraz i zwinnych pętli dramaturgicznych. Koncert dość szybko wchodzi w swoją drugą fazę. Tym razem Luis brudzi brzmienie instrumentu, bardziej koncertuje się na budowaniu długich pasaży, a melodykę pozostawia na dalszą część nagrania. Rysuje smugi cienia, toczy drobne strużki fonii, dyskutuje z pogłosem, zgłasza zdania odrębne. Najpierw wkracza w bardziej dynamiczną fazę, potem gaśnie i powraca do śpiewności początkowej fazy koncertu, a jego historia nabiera smutku, gorzkiego posmaku saudade.

Główna część koncertu znów rodzi się w melodii, równie matowej, jak przepełnionej pogłosem, jakby w dialogu z dźwiękiem, który odbija się od gramatury dużej przestrzeni sali koncertowej. Muzyk krok po kroku pnie się ku górze, a na jej szczycie znajduje odrobinę ciszy. Zaczyna na nią warczeć, pokrzykiwać, przekomarzać się. Szuka dramaturgicznej zaczepki, punktu, od którego mógłby zacząć na nowo swoją opowieść. Jest szybka sygnałówka i dłuższe pasaże z garścią wciąż powracającej melodyki. W połowie ponad 23-minutowej partycji muzyk decyduje się na pierwsze tego dnia preparowanie dźwięku. Pomysł wydaje się strzałem w dziesiątkę! Narracja nabiera mocy, improwizacja nadyma się, a flow skacze i podryguje, generując coraz ciekawsze dźwięki. Muzyk brnie wysokim wzgórzem, czasami jednak zagląda do krypty i gryzie czerstwą ziemię. Na koniec śpiewa drobne melodyjki, trochę niechcący głosząc ostateczny tryumf meta melodyki. Ostatnie dźwięki oddychają zdrowym oceanicznym blaskiem.




Meinrad Kneer  ‎Vocabularies (Evil Rabbit Records, CD 2020)

Kontrabas solo! Berlin, listopad ubiegłego roku. Trzynaście improwizacji (zwanych pokrętnie kompozycjami), 47 i pół minuty żywej, pełnokrwistej narracji, zarejestrowanej bez jakiegokolwiek wspomagania, wydanej bez post-produkcyjnych ulepszeń. Przed nami Meinrad Kneer i jego ognisty strunowiec!

Masywny, mechanistyczny smyczek na gryfie olbrzymiego kontrabasu produkuje nam piękny barok! Choć drapieżny i bezkompromisowy, to jednocześnie lekki i nad wyraz zmysłowy. Otwarcie płyty w klimatach terrific chamber dużo obiecuje! Druga odsłona stawia na pizzicato, post-jazzowe, precyzyjnie skonstruowane, kolejna gruntuje ów pomysł, choć bardziej stawia na minimalizm i … techniczne fajerwerki, przy okazji stawiając pierwszy stempel dobrej preparacji. W czwartej części powracamy do smyczka, który lśni barokiem i błotem pod stopami. Ekspresyjny śpiew od dołu do samej góry i z powrotem! Free chamber as well! W piątej – perkusyjne pizzicato, z pałeczkami pomiędzy strunami, szumem wiatru i szmerem niepokoju – one man orchestra! W szóstej schodzimy do krypty – smyczek nuci tren żałobny, rodzaj kołysanki dla spragnionych wiecznego mroku. Kolejny epizod, to kilka delikatnych szarpnięć za struny, zaś następny – zwinny taniec placów po strunach. Wszystko bardzo efektowne, czynione w tempie, z kocią zwinnością.

W dziewiątej opowieści powraca smyczek. Jęczy na gryfie, prosi o łyk wody. Mechanika pięknej akustyki, podróż wysokim wzgórzem, ale bez nadmiernej ckliwości. Kind of chamber after death! Smyczek niczym piękna baletnica zdaje się drwić z szatańskich zalotów – od ciszy po hałaśliwy jazgot! Dziesiątka, to dla odmiany antrakt bez smyka, z jazzem pomiędzy strunami, nie bez perkusyjnych plamień. Jedenastka kontynuuje technikę gry, buduje wszakże dramaturgiczny suspens. Raz wolniej, raz szybciej tańczy nie bez swingowej zwiewności. Dwa ostatnie epizody, to już bezwzględne panowanie smyczka! Najpierw garść swobodnego i siarczystego baroku. Mamy wrażenie, że włosie smyczka ciągnie się aż po nieboskłon. Moc wrażeń i emocji – pełne spektrum dźwiękowe akustycznego strunowca. Finał zdaje się stać w miejscu i powoli topić w bagiennym mule. Pełen lamentu, czerstwy strumień dźwiękowych wspaniałości. Deep & down harsh! Artysta buduje ołowiany dron i schodzi z nim ze sceny wprost do głębokiej piwnicy. Na ostatniej prostej wydaje jeszcze ze swego instrumentu kilka wysokich, ale zadziornych okrzyków. Odnajduje ciszę z wypiekami na twarzy. Brawo!




Mia Zabelka  Myasmo  (Setola Di Maiale, CD 2020)

Czas na ostatni epizod naszych pandemicznych solówek. Mia Zabelka na skrzypcach, z wykorzystaniem własnego głosu, w koncertowych ujawnieniach z lat 2018-19 – kolejno z Londynu, francuskiego Le Havre, Wiednia i norweskiego Tønsberg. Cztery swobodnie skomponowane improwizacje, łącznie 52 i pół minuty.

Zaczynamy w skąpych przestrzeniach londyńskiego Iklectik. Dźwięk wydaje się być zbierany jednym mikrofonem, brzmienie skrzypiec jest brudne, stłamszone, zatem niebywale intrygujące, mimo incydentalnie pojawiających się niemal basowych przesterów. Mia śle ostre, wysoko podwieszone frazy, czyniąc wszystko z minimalistycznym sznytem i odrobiną kameralnej zadumy. Wirtuozeria wykonania w punkowych okolicznościach brzmieniowych! Skrzypcom dość szybko towarzyszyć zaczyna głos artystki – improwizowany pół scat, szepty i kocie piski. W momentach, gdy osią dramaturgiczną staje się ów głos, strunowiec pięknie podkreśla wagę chwili akcentami post-perkusjonalnymi. Płyną do nas dźwięki pełne emocji, rzadko skoncentrowane na melodyce, pozbawione słodyczy, raczej bliższe agresji. Brzmienie całości sprawia, iż narracja momentami ociera się o akustyczny noise. Drugi koncert wprowadza więcej post-kameralnej powolności, samo brzmienie instrumentu zdaje się być czystsze i bardziej przestrzenne, choć nadal surowe. Faza wokalno-instrumentalna zaczyna się już w połowie czwartej minuty – zgrzyty na gryfie, pisk strun i wokalne całowanki, bliskie estetyki Billiany Voutchkovej. Czynione na dużej dynamice są doprawdy imponujące! Gdy Mia wchodzi w stan śpiewu, skrzypce kontrapunktują niemal z rockową ekspresją. Po 10 minucie możemy już mówić o małym hołdzie, składanym estetyce punk’s not dead!

Lądujemy w rodzinnym dla artystki Wiedniu. Na początku akcenty kreatywnego minimalizmu, wszakże nie bez ognia na gryfie i zadziornych fraz. Bogaty arsenał technik artykulacyjnych i improwizatorskiej wyobraźni. Przy okazji odnotowujemy najlepszą, jak dotąd jakość brzmienia skrzypiec. Faza gadulstwa przypomina salonowe pląsy i dworskie igraszki. Aura chamber wzmaga siłę śpiewu, który przypomina żałobny tren. Akcja zdaje się tu gonić akcję – szczególnie udana jest faza finałowa, stawiająca na bystre preparacje jakże czysto brzmiących w Wiedniu skrzypiec. Ostatni, norweski koncert - powraca brudny tembr strunowca. Trochę minimalizmu i na poły wokalnego zawodzenia. W tej fazie dużo zabawy – syczenie, miałczenie, charczenie i pokrzykiwanie. Tuż po niej – schemat dramaturgiczny zostaje zachowany – moment dłuższych, śpiewanych fraz. Bystre post-chamber do kielicha z czymś dobrze zmrożonym! W drugiej części utworu sporo nowych elementów – akcenty para taneczne, szorowanie strun w niemal industrialnej estetyce, a także faza minimalistyczna, poszukująca utraconej melodyki, poniekąd także brudnego brzmienia. Na samo zakończenie galopada myśli i dźwięków, nawet dość hałaśliwa, która kończy zbiór koncertowych epizodów na zadziorne skrzypce i zalotny głos damski.


*) Wikipedia: Nagrywanie binauralne – technika nagrywania dźwięku za pomocą dwóch mikrofonów, umożliwiająca słuchaczowi precyzyjną lokalizację w przestrzeni zarejestrowanych sygnałów akustycznych i tym samym stwarzająca dźwiękową iluzję przebywania w miejscu, w którym dokonywano nagrania. Bywa mylona ze stereofonią.