Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dominic Lash. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dominic Lash. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 sierpnia 2026

We Are Spontaneous! 10. Spontaneous Music Festival


(informacja prasowa)


„Spontaniczność stanowi wyzwanie, ponieważ życie zdaje się dyktować, że nie należy być spontanicznym… szczerze mówiąc” – powiedział John Stevens, współzałożyciel i główny twórca Spontaneous Music Ensemble.

Tymi słowami zapraszaliśmy w 2021 roku na piątą edycję Spontaneous Music Festival, której nazwa własna stanowiła rodzaj pytania retorycznego „Are You Spontaneous?”.

Dziś, otwierając dziesiątą edycję, mając w pamięci dorobek poprzednich lat, widząc każdego roku radość w oczach publiczności i pamiętając o satysfakcji artystów, którzy współtworzyli i współtworzą to wydarzenie, możemy z pełnym przekonaniem odpowiedzieć twierdząco na pytanie zadane pięć lat temu. Tak, jesteśmy spontaniczni. Jak zawsze wszyscy razem, muzycy, publiczność i organizatorzy. W pełni odpowiedzialni za własne słowa i czyny zapraszamy na „We Are Spontaneous! 10. SMF 2026”.

 


Jubileuszowa edycja Festiwalu kładzie szczególny nacisk na free jazzowe korzenie i muzyczną ekspresję, które stały u podstaw zawiązania tej inicjatywy pod koniec roku 2017. Tym samym oddaje cześć protoplastom gatunku, a nade wszystko tym, którzy ten pryncypialny wątek współczesnej muzyki awangardowej nieustannie kultywują i dbają o jego aktualny wizerunek oraz kondycję artystyczną.

Idąc tropem myśli, jakie cementowały pomysł na tegoroczną edycję SMF, w pierwszej kolejności zaprosiliśmy do uczestnictwa w wydarzeniu brytyjskiego saksofonistę Colina Webstera wraz z jego flagowym projektem artystycznym Large Ensemble, który łączy pokolenia londyńskiej i międzynarodowej sceny free jazzowej w osobach Cath Roberts i Sofii Salvo na saksofonach, trębaczki Charlotte Keeffe, Grahama Dunninga na elektronice, gitarzysty Matthew Grigga, kontrabasisty Johna Edwardsa oraz perkusisty Andrew Lisle’a. Sam Colin Webster będzie gościem festiwalu po raz trzeci i zagra dla nas aż czterokrotnie, każdego dnia tegorocznej edycji, zawsze w innym układzie personalnym, od solowego performance’u na amplifikowany saksofon, przez dwie formacje ad hoc, po finałowy występ Large Ensemble. Dodatkowo poprowadzi warsztat dla adeptów sztuki improwizacji. Nagrania Webstera z jego poprzednich bytności w Poznaniu dostępne są na trzech albumach serii Spontaneous Live Series, która od pierwszej edycji unieśmiertelnia muzykę wykonywaną na deskach Dragona.

Na festiwalowej scenie zaprezentują się też inne renomowane postacie europejskiej sceny free jazzowej – niemiecki saksofonista Stefan Keune oraz jego brytyjscy partnerzy, kontrabasista Dominic Lash i perkusista Steve Noble. Dla każdego z nich będzie to debiutancki show na naszej imprezie. Dodajmy, że Lash otworzy także festiwal setem solowym, dedykowanym zmarłej w tym roku francuskiej kompozytorce Éliane Radigue, a Keune wystąpi w międzynarodowym kwartecie w ramach jednej z formacji ad hoc.

Szeroko rozumiany idiom post jazzowej improwizacji zaprezentuje kolejne międzynarodowe trio: norweski perkusista Stale Liavika Solberg, amerykańska trębaczka Liz Allbee oraz brytyjski kontrabasista John Edwards. Norweski drummer będzie z nami na Festiwalu po raz drugi, poprowadzi też warsztat poświęcony rytmowi w improwizacji. Dla Johna i Liz będzie to debiut na festiwalu, choć nie na deskach samego Dragona.

Poszukującą scenę muzyki współczesnej, która sięga także po schematy kompozytorskie, reprezentować będzie trio TON. Tworzą je pochodzący z Niemiec puzonista Matthias Muche, kontrabasista Constantin Herzog oraz przybywający z Holandii perkusista Etienne Nillesen. Każdy z nich będzie na Festiwalu po raz pierwszy. Nillesen zagra też dla nas set solowy, a Muche będzie uczestnikiem jednego ze składów ad hoc.

Kwartet Trapeze, który tworzą niemiecki puzonista Matthias Müller, francuska saksofonistka Sakina Abdou, perkusista Peter Orins oraz szwajcarski turntablista Joke Lanz, wpisze się w nurt europejskiej sceny eksperymentalnej, łączącej brzmienia akustyczne i elektroakustyczne. Dla Müllera będzie to czwarta wizyta na Spontaneous Music Festival. Warto wiedzieć, że każdy z setów, które do tej pory wykonywał u nas, jest udokumentowany na oficjalnych wydawnictwach, na kasecie wydanej w Stanach Zjednoczonych oraz na pięciu albumach Spontaneous Live Series. Dodajmy, że Peter Orins wystąpi dodatkowo w jednym z kwartetów ad hoc.

Grono artystów zagranicznych uzupełni jak zawsze reprezentacja polskich wykonawców. W pierwszej kolejności zaprezentuje się free jazzowe trio Sundogs w osobach muzyków z Wrocławia, saksofonisty Mateusza Rybickiego i kontrabasisty Zbigniewa Kozery, oraz pracującego w Berlinie perkusjonalisty Samuela Halla. Sundogs wystąpią na scenie festiwalowej w kwartecie z gościem specjalnym, Colinem Websterem. Świetnie pamiętamy, że Rybicki współtworzył w roku 2022 festiwalowy Desarbres Ensemble, który wykonał minimalistyczną kompozycję Ferrana Fagesa, dostępną w digitalnej edycji Spontaneous Live Series.

Duet HAŁVVA tworzą artyści rodowodowo związani z Trójmiastem, pianista Kamil Piotrowicz oraz perkusista Jacek Prościński. Z tą multigatunkową, nieoczywistą stylistycznie formacją wystąpi gość specjalny, francuski trębacz Timothée Quost, którego doskonale pamiętamy z szóstej edycji festiwalu. Ich wspólny album „}}}}” został wydany w 2023 roku w angielskim labelu Waxing Crescent Records. Nadmieńmy, że Kamil Piotrowicz będzie współtworzył także jeden z kwartetów ad hoc.

Zestaw polskich uczestników Festiwalu uzupełni trójka muzyków: wrocławski eksperymentujący gitarzysta Michał Sember, którego pamiętamy z udziału w słynnym kwintecie gitarowym na Festiwalu w roku 2020, oraz artyści związani ze sceną poznańską – Maciej Maciągowski, syntezator modularny, i Adam Frankiewicz, taśmy i nagrania terenowe. Wszyscy oni będą ważnymi elementami składów ad hoc.

Prócz tego zapraszamy na wydarzenia towarzyszące. W ramach festiwalu odbędą się dwie projekcje filmu w Kinie Muza soundartowego „Conversations with Fuji”, którego współautorami są Adam Frankiewicz i Zofia Tomczyk, tworzący kolektyw Fields of Superorganisms. Wysłuchamy również performatywnego wykładu o improwizacji, który wygłosi Antoni Michnik. Dodatkowo zaplanowaliśmy dwa warsztaty dla osób chcących poszerzyć swoje kompetencje w zakresie muzycznej improwizacji, prowadzone przez zaproszonych gości: Colina Webstera oraz Ståle Liavika Solberga.


Poznań, SARP / Dragon Social Club / Kino Muza, 01–04.10.2026 


Koncerty:

01.10. SARP Social Club „Spontaneous Music Open Day” – wstęp wolny

19.00 Dominic Lash solo (kontrabas)

20.00 Sundogs: Mateusz Rybicki (saksofon), Zbigniew Kozera (kontrabas), Samuel Hall (perkusja) + Colin Webster (saksofon)

21:00 Stefan Keune (saksofon), Dominic Lash (kontrabas), Steve Noble (perkusja)

02.10. Dragon Social Club

19.00 Colin Webster solo (saksofon amplifikowany)

20:00 Ad hoc: Stefan Keune (saksofon), Michał Sember (gitara), Adam Frankiewicz (elektronika, taśmy), Peter Orins (perkusja)

21:00 HAŁVVA: Kamil Piotrowicz (instrumenty klawiszowe), Jacek Prościński (perkusja) + Timothée Quost (trąbka, elektronika)

22:00 Trapeze: Matthias Müller (puzon), Sakina Abdou (saksofon), Peter Orins (perkusja), Joke Lanz (gramofony)

03.10. Dragon Social Club

19:00 Etienne Nillesen solo (perkusja)

20:00 Ad hoc: Colin Webster (saksofon), Maciej Maciągowski (syntezator modularny), Kamil Piotrowicz (fortepian), Matthias Muche (puzon)

21:00 John Edwards (kontrabas), Liz Allbee (trąbka), Stale Liavik Solberg (perkusja)

22:00 Matthias Muche (puzon), Constantin Herzog (kontrabas), Etienne Nillesen (perkusja)

04.10. Dragon Social Club

19:00 Ad hoc: Stale Liavik Solberg (perkusja), Graham Dunning (elektronika), Michał Sember (gitara)

20:00 Ad hoc: Cath Roberts (saksofon), Adam Frankiewicz (elektronika, taśmy), Charlotte Keeffe (trąbka)

21:00 Ad hoc: Andrew Lisle (perkusja), Matthew Grigg (gitara), Maciej Maciągowski (syntezator modularny)

22:00 Colin Webster’ Large Ensemble: Colin Webster (saksofon), Sofia Salvo (saksofon), Cath Roberts (saksofon), Charlotte Keeffe (trąbka), Graham Dunning (elektronika), Matthew Grigg (gitara), John Edwards (kontrabas), Andrew Lisle (perkusja)

 

Wydarzenia dodatkowe:

Pokazy filmowe Rozmowy z Fujisan (PL) / Conversations with Fujisan (EN), Kino Muza – (Wkrótce więcej informacji o biletach!)

Premiera: 01.10.2026, godz. 17.00–18:30 (pokaz filmu plus Q&A), sala 3.

Drugi pokaz: 03.10.2026, godz. 17:00–18:30 (pokaz filmu plus Q&A), sala 3.

Rozmowy z Fujisan to film dokumentalny o słuchaniu świata poprzez nagrania terenowe. Dotyka krytyki konsumpcjonizmu krajobrazu oraz znaczenia drobnych gestów w dobie katastrofy klimatycznej. A. i Z. wyruszają na miesięczną rezydencję artystyczną do miasta Fujiyoshida w Japonii. Jako punkt wyjścia stawiają pytanie o to, jak możemy komunikować się z superorganizmami. Przyglądają się temu, co poetyckie i filozoficzne w kontakcie z nimi. Zabierają ze sobą archiwum nagrań by przedstawić je górze. Wyczekują i słuchają, trwając w skupieniu, aż nadejdzie odpowiedź. 

Warsztaty, Dragon Social Club – wstęp wolny (Wkrótce więcej informacji o zapisach!)

03.10.2026, godz. 11.00-12:00

Stale Liavik Solberg – warsztat poświęcony rytmowi w improwizacji. Zajęcia będą koncentrowały się na różnych sposobach odnoszenia się do muzyki i do siebie nawzajem w sytuacjach swobodnej improwizacji. Będziemy rozmawiać i wykonywać ćwiczenia, w których centralnymi elementami są słuchanie, przestrzeń (zarówno dawanie, jak i branie), forma oraz dynamika. W części praktycznej będziemy także tworzyć utwory z wykorzystaniem różnych technik, które pozwolą uczestnikom poznać strategie pracy z rytmem w kolektywnej improwizacji.

04.10.2026, godz. 11.00-12:30

Colin Webster – warsztat z technik improwizacji i pracy zespołowej, skoncentrowany na praktycznych narzędziach improwizacji, rozumianej jako proces twórczy oparty na dialogu, słuchaniu i reakcji na partnerów. Uczestnicy będą pracować nad budowaniem narracji muzycznej, świadomym wykorzystaniem własnego instrumentu, reagowaniem na zmiany struktury dźwiękowej oraz funkcjonowaniem w elastycznych zespołach improwizujących.

Wykład:

04.10. Dragon Social Club, godz. 14:00-15:30 – wstęp wolny

Antoni Michnik – „czas, miejsce, (interakcje) – półimprowizowany wykład o improwizacji”. Wystąpienie o charakterze performatywnym, wychodzące od tradycji Cage’owskiej, oparte o partyturę tekstową i zawierające kilka improwizowanych, niezdeterminowanych lub wariacyjnych sekcji.

 

Bilety:

Karnet na 3 dni: 200 zł normalny / 180 zł ulgowy*

Bilet na pierwszy dzień: 90 zł normalny / 70 zł ulgowy*

Bilet na drugi dzień: 90 zł normalny / 70 zł ulgowy*

Bilet na trzeci dzień: 90 zł normalny / 70 zł ulgowy*

* Po okazaniu ważnej legitymacji studenckiej, legitymacji uczniowskiej lub dowodu osobistego w przypadku 60+.

Bilety na koncerty do kupienia online >> więcej informacji wkrótce!

Bilety na seans filmowy w Kino Muza do kupienia online >> więcej informacji wkrótce!

 

Organizatorami Festiwalu są:

Fundacja Mały Dom Kultury, Trybuna Muzyki Spontanicznej, Dragon Social Club

Patronat medialny:

ImproSpot, Anxious Musick Magazine, Radio Afera, Radio Jazzkultura oraz Independent.pl

Partnerzy Festiwalu:

Estrada Poznańska, Moon Hostels & Apartments

 

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego, w ramach programu „Muzyka”, realizowanego przez Narodowy Instytut Muzyki i Tańca.

Dofinansowano ze środków budżetowych Miasta Poznania. #poznanwspiera



 

piątek, 2 stycznia 2026

The December/ January’ Round-up: Quartetics! Dooom Orchestra! Schneider & Serries! Marien! A Part! Nästy Lips! Carbon! Spinifex! Ternoy!


Grudniowa zbiorówka recenzji tym razem delikatnie opóźniona, ale początek stycznia to równie dobry moment, by poczytać co tam w muzyce improwizowanej piszczy. A tu, jak zwykle, dzieje się bardzo dużo dobrego!

Dziś dziewięć albumów, oczywiście datowanych jeszcze na rok 2025 (a jedna nawet na 2024), każdy z porcją dźwięków, które z pewnością znajdą swoich admiratorów. Naszą muzyczną podróż zaczynamy w Zjednoczonym Królestwie porcją post-jazzu podrasowanego live electronics, potem czeka na nas mocna orkiestra z Włoch, a w dalszej kolejności wrzący tygiel klimatów niemieckich, belgijskich, francuskich, skandynawskich, austriacko-polskich, także holenderskich, na finał wreszcie szczypta francuskiego, jazzowego main-streamu. Od koloru do wyboru, niech nam żyje Nowy Rok i stara muzyka!

 


Reuben/ Hanslip/ Lash/ Hession Quartetics (Bead records, CD 2025)

York, Anglia, maj 2019: Federico Reuben - laptop improvisation/ live coding, Mark Hanslip – saksofon tenorowy, Dominic Lash – kontrabas oraz Paul Hession – perkusja. Pięć utworów, 33 minuty.

Swobodnie improwizujące, jazzowe trio na saksofon, bas i perkusję, świetnie rozpoznawalne facjaty artystów z UK i … latynoska szczypta post-akustycznej tajemniczości. Laptop dekonstruuje (dekoduje?) frazy żywych instrumentów, kreując nieoczywiste rozwiązania dramaturgiczne i brzmieniowe, a typowe dla gatunku muzykowanie dostaje się w zupełnie nowy wymiar dźwiękowej czaso-przestrzeni.  

Pierwsze trzy utwory, to krótkie formy, przy czym te nieparzyste bazują na dynamice, a ta parzysta na smyczkowej flaucie. Brzmienie basu i perkusji jest rozmyte, permanentnie dekonstruowane, z kolei saksofon płynie na ogół czystym, akustycznym strumieniem. Ciekawym uzupełnieniem swingujących wątków są frazy barowego piano (zapewne rozsyłane z laptopa). Otwarcie trzeciej części brzmi niczym rasowe drum’n’bass. Dwie ostatnie improwizacje, to bardziej rozbudowane formy. Pierwsza z nich przypomina pijanego walczyka, granego rwanymi dźwiękami, gdzie dużo dobrego wnosi nieoczywiste frazowanie kontrabasowego smyczka. W ostatniej odsłonie powraca tajemnicze piano, z którym duet tworzy rozochocony saksofon. Rozhuśtane zakończenie, to także dzieło dobrze usposobionej sekcji rytmu, znów łaskotanej po piętach niebanalną elektroniką.

  



Dooom Orchestra Our Sea Lies Within II (Aut Records, CD 2025)

Onara Swamp Hall, Tombolo, lipiec 2023: Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty, Nina Baietta – głos, Jacopo Giacomoni – saksofon altowy, Francesco Salmaso – saksofon tenorowy, Agnese Amico – skrzypce, Francesca Baldo – skrzypce, Enrico Milani – wiolonczela, Sirio Nagro – gitara elektryczna, obiekty, Andrea Zerbetto – fortepian, Riccardo Matetich - tabla, obiekty, instrumenty perkusyjne, Marco Valerio – bas elektryczny oraz Andrea Davì – perkusja. Osiem utworów, 35 minut.

Z włoską orkiestrą o jakże intrygującej nazwie spotykamy się po raz drugi, ale sięgamy po nagrania dokładnie z tej samej sesji poczynionej w roku 2023. Znów to więcej niż ciekawa porcja dźwięków podana przez dwunastoosobowy ansambl, w którym dominują instrumenty strunowe, zarówno te z prądem, jak i akustyczne. Szefem przedsięwzięcia jest tu perkusista, zatem nie dziwi także znaczący udział drums & percussions. Osiem zgrabnie udramatyzowanych opowieści trwa niewiele ponad dwa kwadranse, warto zatem pochylić się nad każdą frazą.

Otwarcie albumu grane jest kolektywnie, niemal rytualnie, z dużą dozą aylerowskiej melodyki. Kolejne dwa utwory są połączone i pokazują jak duży skład płynnie przechodzi od post-kameralnej pianistyki i dętych westchnień do free jazzowego hałasu. Podobna sytuacja ma miejsce w łączonych utworach szóstym i siódmym. Tu muzycy najpierw skrupulatnie budują soczyście brzmiący, strunowo-wokalny dron, który smakuje wręcz balladowo, a potem po kolejny raz popadają w sidła free jazzu i cytują radosne, ale jakże elegijne frazy Alberta Aylera. W obraz całości świetnie wpisują się pozostałe utwory, bardziej filigranowe, budowane z troską o każdą frazę. Z kolei samo zakończenie przypomina męczeńską modlitwę i smakuje muzyką dawną. Ostatnia prosta, to jednak masywny … dooom!

 


Schneider Serries Schneider Serries #2 (Schneider Collaborations, CD 2025)

The Loundry Room, Hückelhoven, Niemcy, sierpień 2024: Dirk Serries - gitara oraz Jörg A. Schneider – perkusja. Sześć utworów, 33 minuty.

Najwyższy czas trochę pohałasować! I to w dobrym towarzystwie! Jak świetnie wiemy, belgijski gitarzysta Dirk Serries ma tysiące artystycznych twarzy, ale dość rzadko używa swego instrumentu, by zgłębiać niuanse soczystego … impro noise’ rocka! Najlepszym partnerem w tych niecnych zabawach bywa niemiecki drummer Jörg A. Schneider. Zgodnie z tytułem albumu, to ich drugie spotkanie, tym razem studyjne. Przynosi sześć muzycznych petard w sam raz na post-sylwestrowe rozkołysanie.

Schemat poszczególnych utworów jest podobny – wątek inicjuje sfuzzowana, charcząca gitara, która zdaje się stać w miejscu i wyć z dna piekła po dżdżysty nieboskłon. Wokół niej tańczy perkusja, silna, masywna, kłębiąca się w sobie, rzadziej wpadająca w typowy, rockowy galop. Brzmienie jest szorstkie, niekiedy wręcz siarczyste, a w toku narracji nie brakuje fałszywych fraz i nietonalnych sprzężeń. Najciekawiej jest chyba w trzeciej odsłonie, gdy introdukcja gitary przypomina gęsty dark ambient, a cała opowieść wydaje się dzięki temu nieco lżejsza. Po czwartej, definitywnie dynamicznej przebieżce, w piątej muzycy znów toną w mrocznej mgle. Gitara frazuje tu chyba najgłośniej, ale jej flow ucieka w silny pogłos. Na plamach siarczystego ambientu bazuje też ostatnia opowieść. Dużo w niej perkusyjnych przełomów i wyrafinowanej psychodelii. Jest też kilka istotnych zagęszczeń i drobnych eksplozji.

 


Christian Marien Quartett Beyond the Fingertips (MarMade Records, CD 2025)

Emil Berliner Studios, Berlin, maj 2025: Tobias Delius – saksofon tenorowy, klarnet, Jasper Stadhouders – gitara, Antonio Borghini – kontrabas oraz Christian Marien – perkusja. Jedem utwór łaczący kilka wątków, 33 minuty.

Jeśli mamy ochotę na rasowy jazz ze zgrabnie zarysowanymi tematami i wytrawnymi improwizacjami splątanymi soczystymi, swingującymi synkopami, to kwartet Mariena zaspokaja te potrzeby w stopniu zdecydowanie ponadnormatywnym. Osiem opowieści połączono tu w dwie long-distance story i nagrano za pierwszym podejściem w niewiele ponad dwa kwadranse.

Muzycy rozpoczynają swoją podróż dalece tanecznym krokiem. Pierwszy temat wydaje się radosny, podszyty funkującą gitarą, upstrzony okruchami swingu. W dalszej fazie ów temat jest ogrywany rytmicznie, a potem następuje faza rozwichrzonych, bardzo swobodnych improwizacji, zarówno kolektywnych, jak i solowych. W tak zwanym międzyczasie mamy kameralne interludia, pozbawione na ogół warstwy perkusyjnej oraz wyjątkowo smakowite preparacje, szczególnie kontrabasu i gitary. Druga historia, także podzielona na cztery odcinki, zaczyna się dość spokojnie ze znaczącym udziałem kontrabasowego smyczka. W tej części albumu gitara brzmi akustycznie, a frazy perkusji łapią niebanalne metra. Fazy improwizacji są więcej niż udane, niekiedy szyte plejadą drobnych, niemal filigranowych fraz. Sam finał płyty bogaty jest w interakcje, ale nie emanuje nadmiernymi wybuchami ekspresji. Szczególnie podobać się może tanecznie frazujący smyczek.

 


A Part (Thierry Waziniak, Marie Takahashi, Baptiste Vayer) Muted Songs (Intrication Label, CD 2024)

Czas i miejsce akcji nieznane: Thierry Waziniak – perkusja, elektronika, Marie Takahashi – altówka oraz Baptiste Vayer – głos, gitara. Cztery utwory, 45 minut.

Losy tego francuskiego labelu śledzimy na bieżąco, także dokonania perkusisty, który owe wydawnictwo koordynuje artystycznie. Tym razem trafiamy na nagranie definitywnie niezwykłe. Stanowi o tym zarówno skrzętna robota drummerska, jak i ta strunowa, czyniona na altówce i gitarze, w pierwszym utworze wparta także głosowo. Album zawiera cztery improwizacje – każda jest inna, na ich bazie bez trudu zbudować można cztery oddzielne albumy.

Pierwsza opowieść pleciona jest ze strzępów dźwięków - prawdziwie filigranowa, bazująca na interakcjach, śmiała kontynuacja wielkiej spuścizny Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa. W fazie schyłkowej, wsparta elektroniką i prądem, staje się masywna, smakuje rockiem na drobnym przesterze. Druga historia osnuta jest wokół dark ambientowej bazy. Pięknie narasta, jeszcze efektowniej popada w medytację. Ale i tu fala elektroniki niweczy niuanse dotychczasowej narracji. Trzecią opowieść otwierają zgrzytające z zimna struny altówki. Z czasem w potoku coraz powabniejszych fonii pojawia się zarówno gitarowa ekspresja, jak i wystudzone zdobienia. Jeśli którykolwiek z wątków tego wielobarwnego albumu niekoniecznie winien być rozwijany, to czwarta część, której w początkowej fazie brakuje dramaturgii. Szczęśliwie pod koniec flow zyskuje pewną linearność, co sprawia, że finał płyty także wart jest skupionego odsłuchu.

 


Jon Lipscomb & Johannes Nästesjö Nästy Lips Vol III (Bandcamp’ self-release, DL 2025)

Czas i miejsce akcji nieznane: Jon Lipscomb – gitara oraz Johannes Nästesjö - upright bass. Dwie improwizacje, 32 minuty.

Jedni z naszych faworytów na szwedzkiej scenie free impro (choć ten pierwszy, to Amerykanin) w duetowym, niekiedy dość eksplozywnym starciu. Nie wiemy, gdzie powstało nagranie i jakimi metodami zostało zarejestrowane, brzmi wszakże definitywnie punkowo, dzięki czemu przykuwa naszą uwagę w stopniu podwójnym. Dwa kwadranse takiego impro mięcha nie mogą ujść niczyjej uwadze.

Początek nagrania jest spokojny, szyty minimalistycznym pizzicato basu i plamami prądu z nagrzewającej się gitary. Muzykom najbliżej chyba do swobodnej kameralistyki inspirowanej post-jazzem. Dobrze czują się w sytuacji dynamicznej, ale i w leniwym pochodzie prezentują się okazale. W ósmej minucie na scenie pojawia się smyczek i staje się od razu elementem najbardziej kreatywnym. Narracja nabiera wewnętrznego rytmu, wpada w delikatny trans, a z gitary leje się stonowana psychodelia. Po krótkiej fazie zadumy artyści zagłębiają się w ciszy i być może ten moment, to ich najlepsze chwile tamtego wieczoru. Na starcie drugiej części szarpią za struny, popadają w kameralne boleści, ale też skowyczą mocą post-jazzu. Smyczek znów rozdaje karty, a całość zdaje się być równie post-barokowa, jak i krwiście … rockowa. Po niedługiej fazie brzmieniowych eksperymentów, w okolicach dziewiątej minuty, muzycy stopują i rozglądają się wokół, jakby szukali tablicy z napisem koniec. Gitarowe flażolety i szum z gryfu basu, to ostatnie fonie ich spektaklu.

 


Trio Carbon (Mia Zabelka/ Ola Rzepka/ Łukasz Marciniak) Black Heart (Setola di Maiale, CD 2025)

Przestrzeń Muzyki Współczesnej Hashtag Lab, Festiwal Ad Libitum, Warszawa, wrzesień 2024: Mia Zabelka – skrzypce, głos, Ola Rzepka – preparowane piano oraz Łukasz Marciniak – gitara elektryczna. Jeden utwór, 29 minut.

Niezmiernie miło jest wspominać udany koncert odsłuchując jego dokumentację fonograficzną na trwałym nośniku fizycznym. Taka sytuacja ma miejsce w przypadku nagrania pewnej austriackiej skrzypaczki i polskiego duetu, który zwykł używać nazwy handlowej Perforto. Koncert był krótki, takaż jest ta płyta, warto zatem skupić się na każdej frazie.

Artyści pierwsze akcje kleją z filigranowych dźwięków. Każdy zdaje się w coś uderzać, razem tworzą perkusjonalną symfonię otwarcia. Pojawiają się pierwsze preparacje piana i skrzypiec, z gitary sączy się strużka prądu, a całość przypomina brudne, jakże grzeszne post-chamber. Po sześciu minutach muzycy łykają porcję gorącego powietrza i nabierają masy. Wciąż skupiają się na drobiazgach, ale produkują coraz więcej dźwięków w jednostce czasu. W okolicach trzynastej minuty pojawia się głos, a gitara komentuje ów fakt porcją post-rockowej psychodelii. Na chwile schodzą w mrok, po czym znów wystawiają gorejące twarze ku słońcu. Kołyszą się na wdechu, medytują, ale cały czas dorzucają do ognia zaskakujące frazy. Już po upływie dwudziestej minuty dają kilka razy do wiwatu, po czym zaczynają spoglądać w stronę napisów końcowych. Jeszcze tylko mocny, kilkudziesięciosekundowy wydech i czas na zasłużone oklaski.

 


Spinifex Maxximus (TryTone Records, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Tobias Klein – klarnet basowy, saksofon altowy, Bart Maris - trąbka, John Dikeman – saksofon tenorowy, Jasper Stadhouders - gitara, Gonçalo Almeida - kontrabas, Philipp Moser – perkusja oraz gościnnie Jessica Pavone - altówka, Elisabeth Coudoux – wiolonczela, Evi Filippou – wibrafon, instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 70 minut.

Ze Spinifexem jesteśmy na dobre i na złe od lat, zwłaszcza od momentu ich fantastycznego koncertu na spontanicznym wydarzeniu w zachodniej Polsce. Albumy wydają regularnie, czasami poszerzając skład i nazywając się Spinifex Maxximus. Do nagrania najnowszej płyty doprosili dalece kameralnie usposobione towarzystwo, stąd i muzyka formacji uległa pewnemu przeobrażeniu. Nie jest krwiście jazz-rockowa, bywa częściej zadumana i melancholijna. No i nasz ulubiony portugalski artysta gra tym razem na kontrabasie, nie zaś na gitarze basowej.

Album zawiera wyłącznie wielominutowe kompozycje, które usiane są narracyjnymi i improwizacyjnymi zdobieniami, niczym komnaty Wersalu za czasów Ludwika XIV. Utwór otwarcia pachnie nawet trzecim nurtem, ale puenta zdaje się być free jazzowa. Na etapie dojścia podobać się mogą mnożące się, jakże kolektywne improwizacje. W drugim utworze warto zwrócić uwagę na dynamiczny, funkowy początek, z kolei w trzecim na świetnie wypolerowane ostrze kontrabasowego smyczka. W czwartej szczególnie lśni finałowy galop ozdobiony świetną ekspozycją gitary, a w piątej, odrobinę zbyt długiej opowieści, introdukcja smakuje wyrafinowanym dark chamber. Wreszcie finałowa kompozycja, tu kontrabasisty, dająca przewrotnym tytułem przyzwolenie na granie fałszywych nut, udanie podsumowuje ten niekiedy przeładowany pomysłami album. Szczególnie podobać się może jego zakończenie, które przywołuje w pamięci uroczo pogmatwaną rytmikę Ghost Trance Music Anthony’ego Braxtona.

  


Jérémie Ternoy Trio Survol à basse altitude (Circum-Disc, CD 2025)

Studio-Ronchin, maj 2025: Jérémie Ternoy – fortepian, Nicolas Mahieux – kontrabas oraz Charles Duytschaever – perkusja. Sześć utworów, 43 minuty.

Na koniec dzisiejszej przygody z nowościami album artysty, który od lat współtworzy wyśmienite trio TOC, gdzie na ogół grywa na elektrycznych instrumentach klawiszowych, siejąc psychodeliczne spustoszenie. Tu zaglądamy do albumu jego autorskiego tria, które stylistycznie sadowi się na obrzeżach jazzu środka. Z punktu widzenia wielbicieli soczystego free impro, to pozycja trochę zbyt przewidywalna, jakkolwiek może ona zadowolić fanów The Necks, do którego udanie nawiązuje szczególnie w dwóch pierwszych utworach.

Rzeczony początek albumu, to rytm szyty perkusyjnymi szczoteczkami, neoklasyczną melodyką piana i czupurnym kontrabasem, który chętnie staje w poprzek narracyjnej praworządności. Zdaje się, że często stosowana tu progresywna motoryka basu i perkusji, to jeden z ciekawszych walorów tego tria. Zdecydowanie więcej oczekiwalibyśmy od lidera, kompozytora i pianisty. Ten zdaje się czerpać radość z pławienia się w odmętach łagodnych melodii i niewyczerpujących, solowych ekspozycji. Dwa pierwsze utwory budzą tu doprawdy duże nadzieje, z kolei dwie ostatnie post-ballady grzebią je w muzycznym banale.

 

 


wtorek, 29 kwietnia 2025

Keune, Noble & Lash in Black Box!


Stefan Keune już drugi raz w tym miesiącu ląduje na Trybunie! Cieszy nas to ogromnie, bo uwielbiamy tego niemieckiego saksofonistę, a że nie wydaje on tysiąca płyt na rok, to każde z nim spotkanie raduje niejako w dwójnasób. Odrobinę ściszonym głosem możemy dodać, iż bieżący rok przyniesie więcej jego nowych nagrań.

Po amerykańskim spotkaniu w niemieckim Moers (pisaliśmy o nim dokładnie dwa tygodnie temu), czas na spotkanie angielskie w równie niemieckim Münster. Po preparowanej kameralistyce na lekkie odmiany saksofonu, kontrabas i post-ambientową gitarę elektryczną, czas na klasycznie free jazzowe trio na saksofon tenorowy, kontrabas i perkusję.

Keune muzykuje ze Steve’em Noble’m i Dominikiem Lashem od ponad dekady. Trio ma w dorobku winyl wydany na Litwie i kompakt edytowany w Zjednoczonym Królestwie. Pierwszy dokumentuje koncert z roku 2013, drugi z 2020. Dziś czas na … coś pomiędzy. Ich nowy album, to koncert zarejestrowany w roku 2017 - długi, dwusetowy, bezdyskusyjnie smakowity, a na tle wcześniej poznanych albumów jakby spokojniejszy – oczywiście definitywnie free jazzowy, ale bardziej zbilansowany emocjonalnie, nasycony długimi ekspozycjami, w trakcie których muzycy dają sobie czas i przestrzeń na wyważone, niekiedy wręcz zadumane improwizowanie. Album dojeżdża do nas tylko digitalnie za pośrednictwem niestrudzonej, szkockiej inicjatywy The Scatter Archive. Z ogromną przyjemnością zaglądamy do środka.



 

Pierwszy set koncertu składa się z trzech części, z których ta druga jest zdecydowanie najdłuższa i trwa ponad dwadzieścia minut. Gem otwarcia trwa z kolei dziewięć minut i jest być może najgorętszym, najbardziej ekspresyjnym fragmentem koncertu. Początek jest żwawy, bardzo energetyczny, grany w świetnym tempie – bujna, gęsta sekcja rytmu niesie na przyłbicy rozgrzany w ułamku sekund tenor. Akcja iskrzy, bulgocze, po pewnym czasie odrobinę łagodnieje, ale wcale nie traci dynamiki. W końcu jednak stopuje, tu wprost w krótkie, zwarte solo perkusji. Finałem improwizacji jest zgrabna koda grana na trzy głosy.

Drugą opowieść otwierają imitacyjnie brzmiący saksofon i perkusyjne talerze. Po chwili w kontrze pojawia się nisko osadzony smyczek. Muzycy rozkładają szeroko ramiona i z dużym spokojem klecą linearną opowieść. Tenor dygocze, perkusja gra z poziomu piwnicy, a masywny smyk wytycza szlak. Artyści mają wszystko pod kontrolą, cedzą nam emocje, dawkują ekspresję, raz po raz znajdując chwile na dramaturgiczne didaskalia, bądź krótkie ekspozycje solowe lub duetowe, na ogół podparte szemranym akompaniamentem. Po siódmej minucie wydaje się, że idą w ostre tango, ale nie trwa ono dłużej niż kilkadziesiąt sekund. Narracja ma zatem fazy wzlotów i upadków, ciągle wszakże podszyta jest rytmem, który nieustannie dostarcza niezastąpiony drummer. Z jednej strony w sercach kipi żar, z drugiej strony oczy spowija nuta nostalgii. Bardzo chcieliby sięgać nieboskłonu, ale coś ich powstrzymuje. Powstaje dzięki temu przestrzeń, w której każdy z artystów może sobie pozwolić na eksplorowanie niuansów brzmieniowych, na dramaturgiczne subtelności. Tę część koncertu spina urocza klamra – muzycy wieńczą ją strumieniem rezonujących fraz saksofonu i perkusyjnych talerzy, dokładnie tak, jak ją zaczynali.

Ostatni fragment pierwszego setu trwa pięć minut, a rola introduktora przypada perkusiście. Po chwili w grze są już smyczek i delikatnie frazujący saksofon. Opowieść zdaje się przyjmować formę dronową, ale akcje zaczepne nieustannie burzą pozorny ład strumienia dźwiękowego. Znów nie ma pogoni za czymkolwiek, jest efektowne rozdygotanie i całe mnóstwo fantastycznych interakcji. Finał zostaje osiągnięty na rezonującym wydechu.

Drugi set także składa się z trzech opowieści. Tym razem najdłuższa jest pierwsza z nich, trwa ponad dwadzieścia pięć minut. Jej początek usłany jest drobnymi frazami, które z trudem wyłaniają się z gęstej ciszy. Wszystko zdaje się ze sobą rezonować, zarówno saksofonowe piski, jak i gęstsze frazy pizzicato. Z owej swobodnej post-ballady muzycy wybudzają się dopiero po piątej minucie. Narracja raz po raz nabiera tempa i strzyże uszami, by po chwili popadać w dramaturgiczną zadumę, pięknie puentowaną rezonującymi talerzami i tubą saksofonu, tudzież smyczkową głębią. Muzycy preferują teraz grę na małe pola, świetnie ze sobą interferują, żadna fraza, nawet najbardziej leniwa nie pozostaje bez reakcji. Przez moment dostajemy brudne, soczyste solo kontrabasowego smyczka, a zaraz potem szemrane trio, które skutecznie szuka ciszy. Po upływie kwadransa zupełnie niespodziewanie muzycy napinają mięśnie i dają do wiwatu. Eksplozja mocy tradycyjnie trwa krótko i zamienia się w mgłę filigranowych fonii. Nim jednak improwizacja dobiegnie końca, dostajemy się w jeszcze w wir krótkotrwałego, niemal kompulsywnego spiętrzenia.

Ostatnie dwie odsłony koncertu, to pięciominutowe epizody. Pierwszy nich, to rozkołysana ballada osadzona na mięsistym smyczku i smoliście brzmiącym saksofonie, która nabiera dynamiki efektownie swingującym drive’em perkusji. Z kolei ta druga wydaje się w fazie początkowej nad wyraz dynamiczna i temperamentna. Oparta na smyczku, niesiona silnym tembrem saksofonu tenorowego, po niedługim czasie przekształca się w mroczną kołysankę, podszytą nisko frazującym drummingiem. Finał jest szemrany, ale niepozbawiony rytmu.

 

Stefan Keune, Steve Noble & Dominic Lash Black Box (Scatter Archive, DL 2025). Stefan Keune - saksofon tenorowy, Steve Noble – perkusja oraz Dominic Lash – kontrabas. Nagrane w Black Box, Münster, Niemcy, maj 2017 roku. Dwa sety, sześć improwizacji, 71 minut.



 

piątek, 25 kwietnia 2025

Alex Ward in two similar trios!


Czas na jedną z naszych ulubionych sytuacji – dziś słowami na Trybunie, w niedziele dźwiękami na deskach poznańskiego Dragona!

Klarnecista Alex Ward, kontrabasista John Edwards i perkusista Mike Gennaro będą gośćmi 73.edycji cyklu koncertowego Spontaneous Live Series i w niedzielę 27 kwietnia 2025 roku, punktualne o godzinie 20.00, zagrają w poznańskim klubie. Dodajmy, iż dzień później swoje intrygujące improwizacje zaprezentują przez łódzką publicznością, w klubie Ciągoty i Tęsknoty.

Artyści koncertami w Niemczech i Polsce promują nowe wydawnictwo, zatytułowane Activity, nad którym za moment pochylimy nasze recenzenckie macki. Nie będzie to wszakże nasza jedyna dziś opowieść. Sięgniemy także po inny nowy album Alexa Warda, nagrany również w towarzystwie kontrabasisty (tu Dominika Lasha) i perkusisty (tu Emila Karlsena).

Dla pełnej jasności zauważmy, iż hołubiony na tych łamach Ward na obu albumach improwizować będzie jedynie na klarnecie, a swój drugi ulubiony instrument, czyli gitarę elektryczną, tym razem schowa w szafie.

Zapraszamy do lektury, a potem na koncert!



 

Activity

Jesteśmy w słynnym londyńskim klubie Vortex, a muzycy zaprezentują nam trzy improwizacje, z których każda potrwa mniej więcej piętnaście minut.

Pierwszą z nich rozpoczynają kolektywnie, bez zbędnych introdukcji, tudzież przemówień motywacyjnych. Skłębione pomruki klarnetu, drobne szarpnięcia za struny kontrabasu i rozkołysany werbel tworzą bazę dla narracji, która w umiarkowanym tempie zazębia się. Emocje pozostają pod pełną kontrolą muzyków, a obszar do indywidualnych szaleństw wydaje się precyzyjnie wytyczony. Już w szóstej minucie, po kilku bardziej gwałtownych krokach, improwizacja wystudza się. Każdy z muzyków toczy teraz swoje mroczne, dronowe strumyczki ciepłej krwi. Efektowny powrót w objęcia ekspresji zarządza tu mięsiście brzmiący, nisko osadzony smyczek. Nim opowieść wyzionie ducha, mamy jeszcze krótki spacer w post-jazzowej aurze, podparty na kontrabasowym pizzicato i udane zakończenie, tu wsparte na repetującym smyczku.

Otwarcie drugiej gry jest bardzo spokojne, leniwe, lepione z drobnych fraz, nie bez udziału charakterystycznego dla Edwardsa arco & pizzicato in one note. Narracja łapie tempo, ale każdy z muzyków zdaje się inaczej pojmować jego znaczenie dramaturgiczne. Dronowe preparacje klarnetu, post-kameralny smyczek i najbardziej tu gotujący się drumming. Emocje rosną, dynamika także, choć kontrabasista zgłasza drobne votum separatum przeciąganym pizzicato, a potem swoją jakże smakowitą techniką mieszaną. Opowieść zatem stygnie i wchodzi w fazę post-barokowych westchnień. Klarnet zyskuje melodykę, perkusja szeleści, smyczek łka. Także i ta opowieść, z fazie finalizacji, zyskuje na emocjach, wszak Gennaro nigdy tu nie zasypia.

Początek ostatniej historii tkany jest z mikro zdarzeń, obleczonych grubymi plastrami ciszy. Muzycy zdają się sugerować kilka możliwych rozwiązań dalszej części improwizacji. Post-jazz z kameralnymi didaskaliami? A może nerwowa kołysanka? Albo dronowa medytacja w aurze dogasającego słońca? W efekcie nadmiaru pomysłów improwizacja przyjmuje szaty spokojnej, melodyjnej ballady. Potem klarnet i smyczek budują wystudzone drony, a perkusja stawia drobne stemple obecności. Finałowa faza koncertu mobilizuje artystów do większej aktywności. Klarnet wpada w histeryczną melodię, kontrabas i perkusja wyznaczają całkiem taneczną marszrutę. Opowieść nadyma się, a potem efektownie gaśnie, kolektywnie, aż po ostatni dźwięk każdego z muzyków.

 


Intent

Tym razem jesteśmy w Birmingham, gdzie na scenie miejscówki zwanej Centrala czekają na muzyków, podobnie jak miało to miejsce w poprzednim przypadku, klarnet, kontrabas i perkusja. Tu pierwsza improwizacja potrwa prawie dwa kwadranse, a druga kilka sekund ponad osiem minut.

Piskliwy klarnet szukający echa w rezonującej tubie, twarde struny kontrabasu, które za moment znajdą się pod władaniem smyczka i punktowe percussion, to atrybuty otwarcia, które pozwalają sformować muzykom definitywnie kameralne wejście w koncert. Już po kilka pętlach zyskują ekspresję godną miano free jazzowej, ale równie szybko zanurzają się w samotnym wyziewie klarnetu, wspartym na perkusyjnych obcierkach. Narracja jest płynna, niekiedy całkiem melodyjna, częściej przypomina rozhuśtane chamber, rzadziej post-jazzowe zagrywki inspirowane trybem pizzicato. Po kilku bardziej zwartych krokach ekspozycja zawisa na niedługą chwilę na basowej pulsacji, a potem przekształca się w kameralne, niemal lewitujące trio, pełne rezonansu i szemrzących szczoteczek perkusyjnych. Opowieść swobodnie unosi się na falach, okazjonalnie traktowana bystrym szarpnięciem za struny. Po upływie kwadransa syci się melodią budowaną wspólnie przez klarnet i smyczek, pięknie inkrustowaną drobnym percussion w estetyce Paula Lovensa. Potem nabiera rozmachu i zdaje się sygnalizować free jazzowe wzniesienie. Ostatnie dwa kroki przed końcem seta zasadniczego, to filigranowe wystudzenie okraszone dźwiękami wprost z ludzkiego gardła oraz piękna, dronowa finalizacja.

Albumowe encore inicjuje kontrabas dygoczący mocą wprawianych w ruch strun. Pracują szczoteczki, oddycha strwożony klarnet. Muzycy udają się teraz na zrównoważony emocjonalnie, delikatnie nostalgiczny spacer, bogacony szarpnięciami za stygnące struny. Pojawia się odrobina dynamiki, która bezpośrednio poprzedza zmysłowe zakończenie, budowane z drobnych, zanikających fraz.

 

John Edwards/ Mike Gennaro/ Alex Ward Activity (Copepod Records, CD 2025). Alex Ward – klarnet, John Edwards – kontrabas oraz Mike Gennaro – perkusja. Vortex Jazz Club, Londyn, lipiec 2023. Trzy improwizacje, 43 minuty.

Alex Ward/ Dominic Lash/ Emil Karlsen Intent (Copepod Records/ Spoonhunt, DL 2025). Emil Karlsen – perkusja, Dominic Lash – kontrabas oraz Alex Ward – klarnet. Centrala, Birmingham, wrzesień 2023. Dwie improwizacje, 37 minut.

 

 

wtorek, 4 lutego 2025

The Scatter Archive’ notes: Wastell! Moore & Prevost! Arch Quartet! Džukljev & Thieke! Lash, Sinton & Ward! Lash & Thomas!


Najwyższy czas zajrzeć na bandcampową stronę szkockiego net-labelu Scatter Archive! W porównaniu do naszej poprzedniej wizyty (bodaj lipcowej) odnajdujemy tu mnóstwo nowych albumów, publikowanych na ogół w tempie jeden na tydzień. Edycja wyłącznie w formie digitalnej ma swoje niezaprzeczalne walory – niskie koszty produkcji i możliwość szybkiego udostępnienia nagrań.

Spośród miliona nowych płyt, jakie zostały upublicznione w drugiej połowie roku 2024 na scatterowej stronie, do poniższego omówienia wybieramy sześć.




Mark Wastell Cello-Intern XVIII

Hundred Years Gallery, Londyn, lipiec 2023: Mark Wastell – violoncello. Pięć improwizacji, 32 minuty.

Marka Wastella spotykamy ostatnio głównie za sterami drums & percussion, ale świetnie pamiętamy, iż jego prymarnym narzędziem pracy jest wiolonczela. Muzyk w latach 2022-2024 grywał raz w miesiącu solowe ekspozycje w londyńskiej Hundred Years Gallery. Nie były to koncerty, nie były to próby. Artysta przez godzinę improwizował niezależnie od tego, co akurat działo się w Galerii. W nagraniu słyszymy zatem rozmowy i inne odgłosy codziennego życia tego miejskiego przybytku kultury. Brzmienie instrumentu jest bardzo surowe, a dźwięki zbierane były zapewne jednym mikrofonem.

Szorstki, jednostrumieniowy flow instrumentu, punkowe brzmienie i rockowy niemalże temperament artysty powodują, iż trwająca niewiele ponad dwa kwadranse opowieść w pięciu częściach kipi od emocji, jest niezwykle intensywna, z rzadka sięga po bardziej stonowane, kameralne frazy. Wastell syci narrację dużą dawką post-barokowej melodyki, ale tarza się z nią po podłodze lub wznosi na palcach i spogląda na zamglone, londyńskie niebo. Bywa delikatny jak w odsłonie drugiej, bywa drapieżny jak wygłodniały kocur w czwartej. Lubi mrok, choć nie unika ulotnej taneczności, zdarza się też, że jego instrument trzeszczy w posadach, jak w części trzeciej. W końcowej odsłonie pokazuje pewną żylastość post-barokowej estetyki, znów zdaje się urokliwie gorączkować, piszczeć i skowyczeć. Niesamowite nagranie!



 

N O Moore & Eddie Prévost Scratched Earth

Hundred Years Gallery, Londyn, październik 2024: N O Moore – gitara elektryczna, Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 24 minuty.

Tych dwóch artystów, mimo dzielących ich niemal dwóch pokoleń, ma w dorobku sporo wspólnych improwizacji, na ogół czynionych w triach i kwartetach. Tym razem, w urokliwych w okolicznościach HYG, spotykają się w duecie i w trakcie krótkiej ekspozycji decydują się nie zagrać ani jednego typowego, czystego dźwięku gitary, czy perkusji. Moore tonie w euforii amplifikacji, Prevost szyje na swoim wielkim talerzu niekończące się strumienie rezonansu. Bywa też, że obaj toną w oparach całkiem soczystego post-industrialu.

Już pierwsze dźwięki koncertu stawiają nas do pionu poziomem hałasu i intensywności. Gitarowy amplifikator furczy i rzęzi, a blask rezonującego talerza łączy niebo i piekło. Cała narracja zdaje się śpiewać, niczym pijana diwa operowa. Po pewnym czasie gitarowe preparacje zaczynają znajdować ujście w post-rockowej estetyce, z kolei akcje perkusjonalne nabierać pewnej taneczności. Opowieść trzeszczy, skrzypi i syczy, by po kilku chwilach zamienić się w ocean onirycznego ambientu. Na scenę raz za razem powraca też estetyka industrialna, ale jej wyskoki mają teraz charakter incydentalny. Koncert wieńczy … gitarowa melodia, które niesie się na dronowej strudze rezonansu.



 

Arch Quartet (Anna Homler, Tasos Stamou, David Leahy, Adrian Northover) Chummage

Arch 1 studios, West Ham, London, wrzesień 2014: Anna Homler – głos, obiekty, zabawki i urządzenia, Tasos Stamou – preparowana cytra, looper, David Leahy – kontrabas oraz Adrian Northover – saksofon sopranowy. Sześć improwizacji, 34 minuty.

Nagranie kwartetu muzyków, którzy odbyli sesję nagraniową przy okazji muzykowania z London Improvisers Orchestra, przeleżało się na czyimś twardym dysku całą dekadę, ale warto było czekać. Z jednej strony kontrabas i saksofon pod jurysdykcją artystów, których znamy i cenimy, z drugiej głos, cytra i garść elektroakustycznych zabawek ze strony tych mniej rozpoznawalnych, ale z pewnością wartych zapisania w naszych kajetach. To, co najlepsze na Chummage zdaje się dziać w pierwszej odsłonie albumu. W dalszych bywa, że nadmierna kreatywność elektroakustyków tłamsi walory brzmieniowe kontrabasu i saksofonu. W kontekście wszakże całości Arch Quartet wychodzi z tego obronną ręką.

Pierwsza improwizacja żywi się nade wszystko brzmieniem akustycznym, delikatnym pulsem drgających strun, ciepłym smyczkiem i frazującym molekularnie saksofonem sopranowym. Wokalistka najpierw cedzi dźwięki, potem rozpościera ramiona śpiewu z dalekowschodnim akcentem. Nieinwazyjne, rozdrobnione plamy elektroakustyki dodają całości odpowiedniego blasku. Począwszy od drugiej części owa dystyngowana równowaga pomiędzy tym, co akustyczne, a tym, co akustycznym być już przestało, ulega zachwianiu. Muzycy nie stronią od hałaśliwych incydentów, ale potrafią też pochylać się nad pojedynczym dźwiękiem. W kolejnych opowieściach wokalistka w folkowym zaśpiewie i cytrysta, który szuka brudu i zniekształceń, zaczynają dominować, a o tym, że wciąż jest z nami saksofonista przypominamy sobie dopiero po wielu minutach. Finałowa ekspozycja nieco ów rozchwiany obraz narracji porządkuje. Nisko osadzona introdukcja, zwinne, wielokierunkowe preparacje i głos, który płynie tembrem smyczkowej narracji. Na ostatniej prostej kwartet osiąga zaskakującą dynamikę i syci się mnóstwem udanych interakcji.



 

Marina Džukljev & Michael Thieke Motionless Pool

Kulturni Centar Vojvodine Miloš Crnjanski, Nowy Sad, Serbia, grudzień 2021: Marina Džukljev – fortepian, Michael Thieke – klarnet. Siedem improwizacji, 38 minut.

Mimo zalewu brytyjskiej muzyki improwizowanej, na łamach SA nie brakuje miejsca na spektakle kontynentalne. Pośród albumów drugiego półrocza na szczególną uwagę zasługuje album Serbki i Niemca. To doprawdy wyśmienite nagranie – z natury swej minimalistyczne, skupione na drobnych frazach, brzmieniowych i dramaturgicznych niuansach. Artyści zdają się nie wychodzić tu poza okowy swobodnej, chwilami wystudzonej kameralistyki, ale w każdym dźwięku, w każdym ruchu scenicznym czuć, jak wielkie emocje w nich drzemią.

Magię improwizacji otwarcia buduje, wprawiony w rezonans, pojedynczy dźwięk fortepianowego klawisza i suche powietrze wydychane z zimnej tuby klarnetu. Dogasające życie wytrawionej z emocji kameralistyki. W drugiej części muzycy odbywają niedługą podróż od ekspozycji perkusjonalnej na strunach i dyszach do rozśpiewanego, rezonującego strumienia zlepionych w jednej byt dźwięków inside piano i klarnetu. W trzeciej opowieści pojawia się leniwy rytm, który wiedzie w nieskończoność kolejne porcje delikatnych uderzeń po strunach i klarnetowych wyziewów. Czwarta improwizacja zdaje się kontynuować wątek części poprzedniej, ale sadowi się o trzy poziomy niżej. Prawdziwy zamęt sieją tu pojedyncze dźwięki klawisza. Kolejna odsłona, to celebracja, elegijne wyniesienia drobnych fonii z samego dna pudła rezonansowego i głębin klarnetowej tuby. Wszystko nabiera rezonującej poświaty i formuje się w jednorodną strugę akustycznego piękna. Przedostatnia improwizacja, to stygnący w bezruchu strumień matowych, wychłodzonych klawiszy i melodyjnego szumu z tuby. Z czasem wszystko nabiera pewnej soczystości, ale broczy po kolana w mrocznej mazi. W finałowej opowieści w dogorywające trzewia artystów wkrada się zaskakująca nerwowość. Szybkie oddechy, drapanie strun, szczypta hałaśliwego anturażu na moment kreują klimat niemalże post-industrialny. Jeszcze piękniejsze jest jego studzenie, wprost w objęcia ciszy zdobionej pojedynczymi dźwiękami. 



 

Dominic Lash, Josh Sinton & Alex Ward Lash.Sinton.Ward

Hundred Years Gallery, Londyn, lipiec 2024: Dominic Lash – kontrabas, Josh Sinton – saksofon barytonowy, flet altowy, głos oraz Alex Ward – klarnet, gitara elektryczna. Jedna improwizacja, 41 minut.

Lash i Ward, to artyści, których cenimy od lat, starając się nie marnować jakiejkolwiek okazji do obcowania z ich muzyką. Tu spotykamy ich w trio z saksofonistą i flecistą Sintonem, muzykiem zza Wielkiej Wody, które lubi improwizować z obywatelami Zjednoczonego Królestwa. Nagranie koncertowe charakteryzuje się sub-doskonałym brzmieniem, ale dobrze to koreluje z ponadgatunkową improwizacją, jaką serwują nam muzycy. Z jednej strony open jazz, szczególnie od Sintona, z drugiej rozhuśtana kameralistyka (gdy Ward gra na klarnecie), czy post-psychodelia (gdy ten sięga po gitarę), wreszcie Lash, który najlepiej czuje się w formule ekstremalnie kreatywnego arco & pizzicato in one note.

Koncert rozpoczyna się porcją leniwych, preparowanych dźwięków – od barytonowej doliny po klarnetowe wzniesienia, w oparach kontrabasowej różnorodności i głosu saksofonisty. Z czasem narracja przybiera formę nerwowych podskoków i free jazzowych spiętrzeń, ale bywa, że przypomina rozciąganie zwiotczałych mięśni w potoku kameralnych eksperymentów. Muzycy dobrze czują się w obu sytuacjach, choć częściej odnajdujemy ich w tej pierwszej. Tuż przed upływem drugiej dziesiątki minut Ward przesiada się na gitarę skutecznie redefiniując gatunkową estetykę spektaklu. Narracja staje nieco mniej intensywna, choć nadal jest gęsta i upstrzona ciekawymi zdarzeniami. Artyści ćwierkają jak wróbelki, by po chwili generować rozlegle strumienie ambientu i post-psychodelii, a potem na dłużej zastygnąć z rzewnej kameralistyce. Powrót do gry na dwa dęciaki i kontrabas odbywa się tu dość niespodziewanie, poprzedzony tajemniczymi frazami ze strony Warda (jeszcze gitara, czy już preparowany klarnet?). W końcowych fragmentach koncertu Sinton sięga po flet, a Lash koncertuje się na smyczkowym frazowaniu. Finalizacja jest melodyjna, istotnie rozciągnięta w czasie.



 

Dominic Lash & Pat Thomas Elements and Properties

Café Oto, Londyn, marzec 2023 (utwory 1,4) oraz Curious Ear in St Margaret's Church, Manchester, luty 2024 (2,3): Dominic Lash – gitara elektryczna, Pat Thomas – fortepian. Cztery improwizacje, 43 minuty.

Dominic Lash pozostaje na scenie, przesiada się jednak na gitarę elektryczną, co czyni ostatnimi laty bardzo chętnie. Cztery improwizacje, zarejestrowane na dwóch koncertach, czyni tu w zacnym towarzystwie Pata Thomasa wyposażonego wyłącznie w akustyczne instrumentarium. Ich wspólna opowieść najchętniej kieruje się ku free jazzowi, ale incydentalnie nabiera zaskakująco … bluesowego posmaku, zarówno ze strony rytmicznie uwarunkowanego pianisty, jak i niekiedy dość melodyjnie frazującego gitarzysty.

Skupione otwarcie bazuje na frazach inside piano i stłumionych, post-bluesowych introdukcjach gitary. Pierwsza improwizacja dość szybko wpada we free jazzowy tumult, sycony adekwatną porcją emocji. Druga opowieść, która stanowi niemal połowę płyty, mieni się intrygującą różnorodnością. Początek tkany jest z gitarowych plam psychodelii i post-klasycznej repetycji piana. Muzycy leniwie snują się po scenie, sięgają po atrybuty ballady, chętnie pochylają nad brzmieniowymi detalami, jakby zbierali siły na bardziej temperamentne resume. Pozostała część albumu, to dwie krótsze odsłony, oparte zarówno na ponadgatunkowej refleksyjności, jak i tanecznym pulsie pianisty i post-bluesowym, niemal rockowym frazowaniu gitarzysty. Końcowa część koncertu lepi się na starcie z drobnych, szumiących fraz, potem przybiera postać free jazzowego marszu, wreszcie kona w ciepłej melodyce.

 



piątek, 13 grudnia 2024

The Shrike Records’ collection: Hazard Calls! The Worm Turns! Fulcrum! Good Friday Plowshares Missile Silo Witness! If Only Silence Was Round!


Londyński Shrike Records z dumą wieńczy czwarty rok działalności edytorskiej. Dwadzieścia dwa albumy, a na nich śmietanka brytyjskiej sceny w swobodnych akcjach free impro (na ogół w premierowych zestawieniach personalnych), a także garść okazjonalnych gości z innych części świata. Bezmiar udanych koincydencji dźwiękowych, barwna, jakże konsekwentna linia graficzna (brawa dla Johna Trice’a) i organizacyjna koherentność (brawa dla Marka Daviesa) – wszystko to sprawia, że po ptasie albumy sięgamy zawsze z ogromną przyjemnością.

Dziś zanurzamy nasze receptory słuchu i wzroku w ostatnich pięciu albumach SR, które ukazały się od kwietnia do września bieżącego roku. Na kompaktowych dyskach sami dobrzy znajomi z ofertą swobodnego post-jazzu i mnóstwem ponadgatunkowych naleciałości, z kolei na winylach garść niespodzianek, zarówno personalnych, jak i brzmieniowych – to jakby rodzaj estetycznej awangardy w stosunku do wątku podstawowego wydawnictwa. 

So, welcome to Free London!



 

Alex Ward/ Dominic Lash/ Mark Sanders Hazard Calls (CD, 2024)

Alex Ward – klarnet, Dominic Lash – kontrabas oraz Mark Sanders – perkusja, instrumenty perkusyjne. Lake Street Community Centre, Oxford, kwiecień 2024. Pięć improwizacji, 62 minuty.

Tych artystów słyszeliśmy w tysiącu swobodnie (i nie tylko) improwizowanych konfiguracjach. Ward i Lash grają ze sobą niemal od kołyski, a cała trójka jest znakiem jakości tak wielu sesji nagraniowych i koncertów, iż nie sposób zreasumować tego w kilku słowach. Ich spotkanie z Oxfordu nosi wszakże sporo znamion wyjątkowości. W takim zestawieniu personalnym nie grywali często (jeśli w ogóle), dodatkowo Ward sięga tu jedynie po klarnet, a swą temperamentną gitarę elektryczną pozostawia na backstage’u. Między innym dzięki temu ich soczysta, jakże wytrawna improwizacja zyskuje silnie kameralny sznyt, często zatapia się w czupurnej liryce i chętnie porusza po oceanie wystudzonych emocji. W tej sytuacji scenicznej wszelkie spiętrzenia i drobne wybuchy ekspresji mienią się jeszcze piękniejszymi barwami.

Muzycy podzieli opowieść na pięć odcinków. Cztery pierwsze są kilkunastominutowe, ten ostatni nieco krótszy. Początek jest definitywnie kameralny, a tworzą go nerwowy klarnet oraz zawieszona w czasie i przestrzeni post-jazzowa sekcja rytmu. Narracja jest precyzyjna, nieśpieszna, choć demon free jazzu zdaje się być przyczajony w każdym jej zaułku. Balansuje na krawędzi ekspresji, lepi się z lamentów smyczka, skomleń klarnetu, drżących talerzy i czujnego, punktowego drummingu. Otwarcie drugiej historii tonie w rezonansie, którego porcje dokłada po kolei każdy z muzyków. Leniwa, wystudiowana post-ballada, poruszająca się wężowym krokiem, z czasem przekształca się w koherentny półgalop. Trzeci epizod introdukowany jest jeszcze precyzyjniej. Szum ciszy, szmer talerzy, roztargnione stemple basu w poszukiwaniu dramaturgicznego punktu zaczepienia. Improwizacja najpierw pęcznieje mocą pizzicato, dociera na drobny szczyt, po czym zwalnia niesiona nostalgią arco wprost w mrok wyrafinowanych preparacji. Puenta improwizacja jest na powrót dynamiczna, definitywnie efektowna.

Kolejna opowieść jest nerwowa od pierwszych sekund. Coś trzeszczy na werblu, klarnet prycha z irytacji, bas drży jak osika. Całość przypomina taniec na rozgrzanym dachu. Falująca ekspresja zostaje tu skutecznie stonowana post-barokowym interludium smyczka. W oparach ciszy o nasze emocje dba pogrążony w dronowej ekspozycji klarnet. Ostatnia historia jest najbardziej dynamiczną częścią albumu. Otwiera ją klarnecista pogrążony w oszczędnym rytmie. Podobnie zachowują się drummer i kontrabasista, a wszyscy przypominają roztańczone pasikoniki na wilgotnej, porannej łące. Tempo rośnie, a o wzrost ekspresji dbają nisko osadzony smyczek, klarnet uciekający ku niebu i ruchliwe, perkusyjne szczoteczki. Ów kompulsywny wyziew energii towarzyszy nam do ostatniego dźwięku.



 

Darin Gray/ Pak Yan Lau/ Steve Noble/ Alan Wilkinson The Worm Turns (CD, 2024)

Darin Gray – bas bezprogowy, preparacje, elektronika, Pak Yan Lau – fortepian preparowany, syntezator, toy piano, gong rods, elektronika, Steve Noble – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Alan Wilkinson – klarnet, klarnet basowy, saksofon altowy, głos. Cafe Oto, Londyn, maj 2023. Cztery improwizacje, 40 minut.

Oto sytuacja dość typowa dla SR - koncert muzyków, którzy wcześniej nie improwizowali w zadanej konfiguracji personalnej (z zastrzeżeniem „najprawdopodobniej”) zarejestrowany w londyńskim Cafe Oto. Niebanalny zestaw instrumentalny (niespodzianki możliwe w każdej sekundzie występu), ponadpokoleniowy zestaw artystów i wielokolorowy melanż stylistyk, estetyk i sytuacji dramaturgicznych. Kwartet rozpoczyna definitywnie w kłębach soczystego free jazzu i tamże koncert swój kończy, ale w tak zwany międzyczasie (część druga i trzecia) dzieją się rzeczy doprawdy niezwykłe, śmiało konstytuujące jakość całego przedsięwzięcia.

Rzeczone, free jazzowe otwarcie ewoluuje od agresywnych, ciętych short-cuts po ocean rozległych i ekspresyjnych wydechów. Bas daje na poły syntetyczny background, piano cielesność melodii, klarnet basowy chwile grozy, a perkusja precyzję narracyjną. Opowieść niesie się na ogół efektownymi wzniesieniami, ale nie unika kameralnych dolin. Wilkinson dokłada glos, a każdy z pozostałych garść brzmieniowych niuansów. Początek drugiej części obiecuje wiele i nie zawodzi. Perkusja inicjuje, inside piano zachęca do kooperacji, szeleszczą struny, elektronika snuje się po podłodze, a dęte pomruki dopełniają obrazu onirycznej trwogi sytuacyjnej. Po fazie wznoszenia i opadania improwizacja nabiera rumieńców, niesiona ekspresją klarnetu i porcją fraz preparowanych z każdego ośrodka dźwiękowego. Z czasem wszystko przepoczwarza się w strugę polirytmicznej narracji, niesionej niemal gamelanowym tembrem.

Start trzeciej opowieści trzyma się zadanej estetyki, choć tworzą ją filigranowe akcje inside piano i instrumentów perkusyjnych. Narracja formuje się w drony, w smudze których rozpoznać możemy jedynie brzmienie klarnetu basowego, reszta jest bowiem plejadą fonicznych zagadek. Opowieść balansuje teraz na krawędzi post-jazzu i abstrakcyjnej kameralistyki, okazjonalnie bywa bardzo ekspresyjna. Subtelna elektronika świetnie podkreśla wyśmienite akcje klarnecisty i multimedialnej w tej chwili pianistki. W fazie finałowej tej części koncertu towarzyszą nam dęte rozśpiewanie, smyczek na gryfie basu, szeleszczące inside & outside piano i perkusyjne, tudzież perkusjonalne stemple jakości. Zgodnie z anonsem na ostatnie sześć minut albumu muzycy powracają do estetyki free jazzu, tu lepionej z melodyjnych fraz saksofonu altowego i drżących z emocji basu, piana z klawiatury i perkusyjnej dynamiki. Improwizacja przez kilka chwil wydaje się dość przewidywalna, ale rozdygotany, emocjonalny finał wiele rekompensuje.



 

Rachel Musson/ John Edwards/ N.O. Moore/ Steve Noble Fulcrum (CD, 2024)

Rachel Musson – saksofon tenorowy, John Edwards – kontrabas, N.O. Moore – gitara elektryczna oraz Steve Noble – perkusja. Iklectik Arts Lab, Londyn, grudzień 2023. Dwie improwizacje, 58 minut.

Kolejny kwartet w zestawie shrike’owych nowości dostarcza już samo free jazzowe mięcho! Nie grozi nam wszakże odium przewidywalności, albowiem na scenie (bez oklasków) odnajdujemy czworo na tyle kreatywnych artystów, iż cokolwiek by nie zakiełkowało w ich szalonych głowach, efekt foniczny stawia nas do pionu i każe bez ustanku popadać w zadowolenie.

Umiarkowanie ekspresyjny początek tylko rozbudza oczekiwania. Bas i perkusja tyczą twardy szlak, dęciak swobodnie pokrzykuje, a gitara kłębi się w oparach amplifikacji. Podróż od wystudzonego post-jazzu do korpulentnego free nie trwa tu długo, a jedynym interwałem jest moment kameralnego oddechu w okolicach ósmej minuty. Opowieść pulsuje emocjami, raz za razem podsycanymi akcjami pizzicato & arco kontrabasisty. Dość szybko osiąga szczyt i przenosi ciężar odpowiedzialności na mantrujący smyczek. Tu narracja, wbrew pozorom, staje się jeszcze gorętsza! Zdaje się, że w tym kwartecie każdy może być ogniskiem zapalnym. Wyraźne uspokojenie ma miejsce dopiero po dwudziestej minucie. Muzycy pochylają się wtedy nad pojedynczymi frazami, a opowieść zyskuje tajemniczy, post-bluesowy posmak. Pojawiają się akcenty preparowane, szczególnie ze strony perkusisty i gitarzysty, dosyłających zgrzyty i ambientowe plamy. Finał pierwszego seta, który trwa dłużej niż dwa kwadranse, znów pełen jest kreatywnych akcji z każdej strony, odrobinę wszakże pozbawiony mocy, jaka dewastowała opowieść kilka chwil wcześniej.

Drugi set jest o kilka minut krótszy, w każdym wymiarze nieco inny od pierwszego. Inicjacja prowadzona kolektywnie skupia się na ciszy, szeleszczących przedmiotach, drobnych piskach i obcierkach. Nie brakuje brudu i fraz na poły dronowych. Narracja rozwija się tym razem bardzo powoli, ale konsekwentnie, głównie dzięki pieczołowitości drummera. Moc tym razem idzie nade wszystko od strony gitarzysty, który definitywnie wybudza się z letargu, w jakim przebywał przez dużą część pierwszej odsłony albumu. Muzyk wrzuca rockowy bieg i zaczyna taniec szaleństwa. Niesie kwartet na wzgórze, syci opowieść soczystą solówką godną stadionów świata. Po chwili kameralnego zawahania improwizacja płynie najpierw gęstą strugą power trio, a po powrocie saksofonu pełnowymiarowym power quartet! Następnie scena zostaje oddana na wyłączność saksofonistce. Gdy koledzy wracają, wraca też moc i prawdziwie free jazzowy ogień. W fazie finalizacji najpierw następuje jeszcze większe zagęszczenie, ale bez udziału perkusji, potem – na końcowe trzy minuty - improwizacja przyjmuje postać pożegnalnej post-ballady, której swobodny rytm wystukuje perkusista.



 

Bruce Russell & Thierry Monnier via Fermata Ark Good Friday Plowshares Missile Silo Witness (LP, 2024)

Bruce Russell – gitara, amplifikacje, elektronika, field recordings, rozmowy, tape machine, Thierry Monnier – gitara, amplifikacje, elektronika, Fermata Ark – post-produkcja, aranżacja, syntezatory, elektronika oraz Mark Wastell - tam tam (utwór 2), Dirty Electronics - elektronika (2). Lyttelton, Nowa Zelandia, luty 2020. Dane dotyczące miejsca i czasu post-produkcji nieznane. Cztery utwory, 45 minut.

Album o bodaj najdłuższym tytule w historii labelu zdaje się być także nagraniem najbardziej odległym od typowej dla SR estetyki. Dwie gorące, skąpane w ogniu artyleryjskiego ostrzału gitary elektryczne, słowo mówione, sporo elektroniki na wejściu, ale i etapie post-produkcji, międzynarodowe towarzystwo i jeszcze dalekie Antypody w ramach miejsca realizacji dźwięków bazowych. Dobry Piątek… bez wątpienia zasługuje na miano wydawnictwa szczególnego.

Z dziką i niebezpieczną aurą albumu zaznajamia nas głos z offu i syczenie amplifikatorów. Gitarowy zgiełk, który po chwili opanowuje szerokie spektrum nagrania płynie gęstym wzniesieniem i mulistą doliną, dodatkowo rozsiewany elektroniką realizowaną na żywo i zapewne tą post-produkcyjną. Od awangardy ciężkiego rocka, po abstrakcję swobodnej improwizacji. Sporo dzieje się także na backgroundzie, gdzie królują brzmienia elektroniczne, field recordings, głosy i samplowane komentarze. Incydentalnie pojawiają się akcenty rytmu, ambientowe rozwarstwienia, tudzież psychodeliczne, złowrogie pasma post-dźwięków. Tutaj the sky is not a limit! Przez moment uciekamy w chmurę ptasich igraszek, mówi do nas głos z tekstem, po czym wracamy do hałaśliwego pogorzeliska rocka. Zakończenie pierwszej strony winyla śmiało mogłoby stanowić soundtrack do głośnego w czasach zimnej wojny obrazu The Day After.

Drugą stronę krążka inicjuje gitarowa pętla, dość wysoko osadzona, zaciskająca się na szyi bezbronnej ofiary. W czwartym utworze, drugim na tej stronie, gitary zdają się frazować nieco lżejszym, odrobinę mniej brudnym tembrem. Z jednej strony zgliszcza prog-rocka, z drugiej kolejne stadium gitarowej fermentacji. Syntetycznie rozwarstwiająca się narracja przypomina teraz stłumiony krzyk, a nastrój monotonnej, ale narastającej grozy potęgują zniekształcenia i usterki. Zdaje się, że P.H.Lovecraft czułby się w takim środowisku, niczym ryba w wodzie. Samo zakończenie albumu jest tyleż ambientem, co hukiem kołującego myśliwca. Jeszcze tylko głos z offu dokłada ostatni komentarz.



 

Albert Newton (Charles Hayward/ John Edwards/ Pat Thomas) If Only Silence Was Round (LP, 2024)

Charles Hayward – perkusja, John Edwards – kontrabas oraz Pat Thomas – elektronika. Lewisham Arthouse, lipiec 2023. Sześć improwizacji, 47 minut.

Nawiązując od preambuły dzisiejszego omówienia - co może być awangardą w stosunku do swobodnej, atonalnej i upiornie nielinearnej improwizacji? Może połamane rytmicznie post-electro, może rozhuśtany fussion-funk, a może gęsta, niefiltrowana magma post-industrialu? Tajemniczy Albert Newton w trzech osobach – perkusisty, kontrabasisty i elektronicznego pianisty – podsyła nam pewien trop!

Start jest gęsty, grany masywnym kontrabasem, tu jak zwykle zawieszonym pomiędzy zwiewnym pizzicato, a turbulentnym arco, połamanym rytmem perkusji i elektroniką, która strzyka moczem jak złośliwy kocur, albo cedzi zwarte strumienie fonii, niczym post-romantyczny syntezator. Pod powierzchnią tej strugi korpulentnych dźwięków czai się coś bezczelnie funkowego, a nawet punkowego. Słuchać to doskonale w momentach, gdy narracja łapie rytm, gdy przyspiesza i wyswobadza się z uścisku gęstych, tłustych zapętleń. Bywa, że elektronika ucieka w wyższe pasma, tudzież atakuje pełnym spektrum hałasu. Akustyczna sekcja post-rytmu łapie wtedy definitywnie rockowy, tudzież post-rockowy flow. Na starcie trzeciej odsłony tempo na kilka chwil opada, a opowieść, która z pewnością nosi znamiona improwizacji, nasiąka mulistym, zgrzebnym post-industrialem. Z kolei zakończenie pierwszej strony winyla, czyli utworu czwartego, stawia na upiorną klimatyczność, przypomina soundtrack do niemego filmu o podboju kosmosu.

Druga strona, to dwie opowieści. Początek jest spokojny, by nie rzec minimalistyczny. Muzycy dość szybka łapią jednak rytm i uciekają w dalece taneczną ekspozycję. Potem dostają się w obszar spiętrzeń, turbulencji i silnego wiatru. Ale gdy ponownie wpadną w sidła rytmu, nie odpuszczą do samego końca. Opowieść nabiera jeszcze bardziej funkowego odczynu i syci się szczyptą psychodelii niesioną post-melodyjnym flow syntezatora. Po upływie kwadransa, już w trakcie drugiej części tej strony, narracja spowalnia, z trudem łapie oddech, ciężko dygocze. Do końca albumu króluje już leniwa melodia pchana filuternym post-rytmem.