Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karin Johansson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karin Johansson. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 czerwca 2026

The June’ Round-up: Amado! Transition Unit! Xatarata! Westgaard & Maneri! Sonic Waves! Bagnasco! Safiullin! Devereaux! Kaučič & Cigana!


Najwyższy czas rozpętać czerwcową zbiorówkę recenzji! W tyglu ognistych recenzji równie groźnych improwizacji odnajdziecie dziewięć nowych albumów, jak zawsze z całego świata!

Zaczynamy bardzo jazzowo, po portugalsku - dwa konkretne ciosy nie bez udziału gości zagranicznych. A w dalszej kolejności - krakowski baryton zanurzony w latynoamerykańskiej elektronice, dwa wątki skandynawskie, pierwszy kameralny, drugi dronowo-ambientowy, spora garść gitarowych eksperymentów z różnych zakątków globu - akustycznych, elektrycznych, a nawet nieco bardziej hałaśliwych, bo z domieszką krwi japońskiej, wreszcie na finał tańce perkusjonalne z bliskiego południa Europy, co by ukoić nasze zszargane nerwy.

Zapraszamy do nieba i piekła muzyki improwizowanej!

  


Rodrigo Amado/ Joe McPhee/ Kent Kessler/ Chris Corsano Wailers (European Echoes Archive Series, CD 2026)

Namouche Studios, Lizbona, październik 2019: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy i altowy, bird water whistle (kanał lewy), Joe McPhee – saksofon tenorowy (kanał prawy), Kent Kessler – kontrabas oraz Chris Corsano – perkusja. Sześć utworów, 49 minut.

Kwartet This Is Our Language, który konsumuje wymienione w tytule recenzji nazwiska czterech wybitnych postaci sceny free jazzowej, to jedno z najciekawszych zjawisk gatunku drugiej dekady bieżącego millenium. Z racji wieku jednego z nich nie jest już aktywną formacją, szczęśliwie Amado, główny organizator tego przedsięwzięcia, doszukał się w swoich archiwach niepublikowanej wcześniej sesji kwartetu, jak miała miejsce siedem lat temu w najbardziej znanym lizbońskim studiu nagraniowym.

Na krążku odnajdujemy sześć utworów, które trwają od sześciu do dziesięciu minut. Klamrą nagrania jest dynamiczne, kwartetowe otwarcie z uroczymi dialogami tenorzystów i takież zakończenie z nutą aylerowskiej melodyki. W utworach pomiędzy formacja bardzo często rozbija się na tria w konwencji tenor plus sekcja rytmu, a utwór czwarty grany jest wyłącznie przez Amado, Kesslera i Corsano. Tu Portugalczyk inauguruje improwizację na gwizdku, a soczyste expo prezentuje wyjątkowo na saksofonie altowym. Co by się wszakże nie działo pod sklepieniem studia nagraniowego, jakość narracji i poszczególnych improwizacji budzić winna respekt każdego fana free jazzowych, ognistych przebieżek. Szczególnie dobrze udramatyzowany jest odcinek piąty. Otwiera McPhee, dołączą Corsano, potem szybka kontra Amado z Kesslerem na smyczku. W połowie ekspozycji intrygujące solo perkusisty, a potem wystudzony, prawdziwie kameralny finał osnuty wokół smutnej melodii.

  


Transition Unit Sheets of Sound (Phonogram Unit, DL 2026)

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, Belgia, grudzień 2024: José Lencastre – saksofon altowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Dirk Serries - archtop guitar. Siedem improwizacji, 39 minut.

Portugalskie trio z nazwą własną powraca albumem, który zdaje się być nakierowany na publiczność kształconą w historii jazzu i swingu, nie koniecznie zaś w paradygmatach swobodnej improwizacji nasyconej adekwatną dawką ekspresji. Mimo wielkiego szacunku dla dokonań tych artystów, nie możemy zataić faktu, iż nowy album Transition Unit zanudził grono redakcyjne niemal do bólu.

Pierwsza improwizacja sadowi się w okolicach wystudzonej kameralistyki, dla odmiany ta druga sięga po atrybuty jazzu i nie boi się delikatnie swingować. Artyści dobrze czują się w estetyce leniwej ballady, a w trzecim utworze wręcz chłoną medytujący charakter całej narracji. Pod koniec tej odsłony albumu, a także w kolejnej muzycy przypominają sobie, że dobre tempo i ekspresja frazowania potrafią służyć każdej opowieści. Niestety dwie kolejne improwizacje tego nie potwierdzają. Album wieńczy najdłuższa, ponad 8-minutowa historia, która stawia na minimalizm, nawet post-klasycyzm, ale przewrotnie niesie w sobie dużo jakości zaszytej w nerwie trwogi, jaka zdaje się drążyć ten wątek płyty.

 


Xatarata Kiss and Drum (Antenna Non Grata, LP 2026)

DTS Studio, Kraków, grudzień 2022: Paulina Owczarek – saksofon barytonowy oraz Federico Reuben - laptop/ live coding. Jedenaście utworów, 40 minut.

Improwizowane spotkania instrumentu dętego i elektroniki, to zjawiska występujące from time to time w ekosystemie gatunku. Ten duet, to jednak sytuacja wyjątkowa – z jednej strony moc saksofonu barytonowego, z drugiej nieograniczony świat elektroniki, tu generowanej z poziomu akademickiego, zarówno z racji naukowych proweniencji artysty, jak i zastosowanych metod badawczych (kodowanie, live processing, systemy interaktywne i algorytmiczne etc.). Zwał, jak zwał Xatarata, to produkt osobny.

Jak już dojdziemy do tego, która strona winyla jest pierwsza, a która druga, zagłębiamy się w jedenastu krótkich formach improwizowanych, trwających od trzech do sześciu minut. Każda z nich ma swoją dynamikę, narracyjną szorstkość, ale też dziką niekiedy taneczność i fikuśnie pokręconą melodykę. To rodzaj intensywnego spaceru po zgliszczach tradycyjnych narracji. Owczarek buduje melodie, czasami krzyczy, preparuje instrument, a gdy trzeba śpiewa niczym pijany słowik na pierwszej randce. Ze strony Reubena mamy stan permanentnej zmiany. Jest drum’n’bassowy rytm, są krótkie strzały spod ramienia, post-perkusjonalne erupcje, wreszcie niekończące się drobne frazy układające się w jakże logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Muzyk nie wkracza do jaskini hałasu, ale jest obecny na każdym etapie tej muzycznej łamigłówki. Paulina i Federico grają razem od lat i wbrew teoriom klasyków ich kolektywne improwizacje ciągle zyskują na jakości, a poziom interakcji osiąga kosmiczny poziom.

  


Hein Westgaard & Mat Maneri Chamber (Gotta Let It Out, LP 2025)

Kopenhaga, lipiec 2024: Hein Westgaard – gitara elektryczna (1-4), akustyczna (5-7) oraz Mat Maneri – altówka. Siedem improwizacji, 58 min.

W naszej dzisiejszej opowieści czas na kameralne wystudzenie. Znamienity nowojorski altowiolinista Mat Maneri lubi improwizować w Europie, a zwłaszcza w Danii pod sztandarami Gotta Let It Out, labelu prowadzonego przez Tomo Jacobsona. Tu dobieramy go do pary z duńskim gitarzystą Heinem Westgaardem, którego inne nagranie opisywaliśmy nie dalej, jak w majowej zbiorówce.

Album zwie się po prostu Chamber i zdaje się, że trudno o bardziej adekwatną nazwę. Jego początek obiecuje bardzo wiele – frazy szarpane ze strun i wyskubywane z samego dna pudeł rezonansowych lepią się w post-melodyjne, niekiedy rzewne opowieści z drobną kulminacją pod koniec utworu. W kolejnych odsłonach albumu króluje tytułowa kameralistyka, emocje trzymane są na uwięzi i nie brakuje fraz niemal klasycznych, które świetnie sprawdziłyby się na urodzinowym przyjęciu znanej persony lokalnej socjety. Szczęśliwie w dwóch ostatnich utworach muzycy odnajdują w sobie więcej energii, woli życia, wchodzą w ciekawsze interakcje, nawet w trakcie finałowej, dogorywającej pieśni niesionej szumem otaczającego świata.

  


Nils Wohlrabe/ Karin Johansson/ Hasse Westling Sonic Waves (Outer Disk, CD 2026)

Elementstudion, Gothenburg, czas nieznany: Nils Wohlrabe – gitara, elektronika, Karin Johansson – fortepian, także preparowany, toy piano oraz Hasse Westling – kontrabas. Pięć utworów, 46 minut.

Pozostajemy w Skandynawii, kierujemy się na północ i dość radykalnie zmieniamy estetykę. Przed nami mroczna przygoda dziergana dark ambientową gitarą podrasowaną elektroniką, preparowanym na ogół fortepianem i kontrabasem traktowanym w skończonej liczbie przypadków smyczkiem. Opowieść jest więcej niż smakowita, ujmująco trzyma klimat pozornie rozmarzonej, ale bardzo groźnej eskapady. Miewa drobne chwile słabości, gdy piano i kontrabas szukają jazzu. Szczęśliwie dość szybko porzucają ten mętny trop.

Szum szorstkiego ambientu, dron basu i hałaśliwe niekiedy akcje inside piano tworzą gęstą, mulistą narrację, która udanie inicjuje album. W kolejnej części pojawiają się rezonujące frazy, które lepią się do świergoczącej, filigranowej elektroniki. Na strunach piana odbywają się rytualne tańce, które zostają spuentowane dźwiękami wprost z klawiatury, ale umoczonymi w gęstym pogłosie. W części trzeciej anonsowane próby jazzowego frazowania, które mroczne, ambientowe tło dusi w zarodku. Część kolejna jest bardzo intensywna, przypomina kołowanie śmigłowca nad wojenną pożogą. Trzy instrumenty budują tu wyjątkowo jednorodną strugę złych mocy. Sam finał płyty jest odrobinę delikatniejszy. Frazy gitary są wyjątkowo lekkie, słyszymy także akustyczne dźwięki, dla których nie jesteśmy w stanie wskazać źródła pochodzenia. Pianistka zaczyna wewnątrz, kończy na zewnątrz, kontrabasista snuje mięsiste preparacje, a gitarzysta tonie w błękitnym ambiencie.

  


Luciano Bagnasco Momentos en el absurdo (dForma_discos, DL 2026)

Argentyna, luty 2026: Luciano Bagnasco – gitara akustyczna. Trzy improwizacje, 30 minut.

Dokonania tego argentyńskiego gitarzysty śledzimy na bieżąco, wiemy zatem, iż onegdaj preferował on raczej gitarowe szaleństwa skąpane w dużej dawce prądu, a od pewnego czasu bliżej mu do suchych, preparowanych brzmień akustycznych. I taka jest też jego najnowsza solowa płyta. Jedna długa i dwie krótkie improwizacje, a w nich moc kreacji i improwizowanego piękna.  

Pierwsza odsłona albumu trwa prawie siedemnaście minut i mamy w niej wszystko – od niemal post-klasycznego otwarcia, przez fazę abstrakcyjnego impro, po wielowątkowe preparacje, gdy obcierki na pudle rezonansowym aż śpiewają. Muzyk brnie tu od szczegółu do ogółu, a galopada na finał dowodzi nie tylko wspaniałej kreatywności, ale także niemal wirtuozerskich umiejętności technicznych. W drugiej części, ledwie czterominutowej, muzyk zgłębia tajniki gitarowej ballady, której enigmatyczność i matowe brzmienie przypominają chill-outowe akcje Dereka Baileya. Ostatnia historia pachnie tumanami kurzu z westernowych historii kowbojskich. Od delikatnych flażoletów, przez taniec upstrzony drobnymi ornamentami, realizowanymi także na sporej dynamice, po puentę, która wraca do metod artykulacji zapoczątkowanych na starcie improwizacji.

  


Salavat Safiullin Step By Step (Extra Notes, DL 2026)

Miejsce nieznane, 2023: Salavat Safiullin – gitary elektryczne, elektronika, samplery, syntezatory. Jeden utwór, 33 minuty.

Tym razem na dźwiękowej wokandzie stawiamy dwie gitary elektryczne, dwa samplery i sporą garść kabli. Za ich sterami ledwie jeden artysta. Jego mroczna, dronowa, definitywnie niebanalna opowieść trwa niewiele ponad dwa kwadranse, choć śmiało mogłaby sycić naszą potrzebę fonicznego niepokoju dalece dłużej i nic nie straciłaby na atrakcyjności.

Na starcie nagrania wita nas elektroakustyczny dron, który migocze na skraju długiego tunelu. Narrację stanowią tu dwa, nawet trzy wątki, które wzajemnie się uzupełniają. Pulsacje, drobne zgrzyty i usterki, wreszcie mroczne plamy czegoś zdecydowanie nieprzyjaznego z odrobiną zdewastowanej melodyki. Opowieść nie ma płycizn, nie eskaluje też do poziomu hałasu. Sączy się, jak krew z głębokiej rany. W połowie na dłuższą chwilę przepoczwarza się w stojący, migotliwy dron. Ważnym wydarzeniem dramaturgicznym drugiej części albumu jest pojawienie się elektrycznego smyczka, który drażni glazurę gitarowego gryfu. Po fazie elektronicznych pulsacji narracja sięga po mroczny ambient, a w swej schyłkowej fazie zdobiona jest akustycznym dźwiękiem szorowanych strun.

  


Max Devereaux, hayashipooo & nameBYnames Live at Environmentog, Osaka – 04.10.2024 (New Wave of Jazz, DL 2026)

Environmentog, Osaka, październik 2024: Max Devereaux – gitara elektryczna, przetworniki, efekty, radio, hayashipooo – elektronika, głos oraz nameBYnames – elektronika, wizualizacje. Dwa utwory, 38 minut.

Dalece nietypowe nagranie, jak na estetykę oraz gatunkowe i personalne konotacje labelu Dirka Serriesa. Pewien amerykański gitarzysta oprzyrządowany w dodatkowe, elektryczne i elektroakustyczne akcesoria w towarzystwie dwóch japońskich elektroników pod pseudonimami koncertuje w tamtejszej Osace. Nie jest to album, które zostanie z nami na dłużej, ale jak ktoś lubi gitarę uwikłaną w duże porcje prądu i kabli, tudzież elektronikę, która podsyła akcenty rytmiczne i post-rytmiczne, ten jest w domu i czeka go należna porcja przyjemności z odsłuchu.

Nagranie składa się z dwóch kilkunastominutowych improwizacji, ale zdaje się, że w formule na żywo stanowiły one jedną ścieżkę. Pierwsza z nich wydaje się ciekawsza w fazie początkowej, szytej okruchami ledwie co inicjowanych akcji, szmerami, odgłosami otoczenia i mikro slajsami delikatnie pijanej gitary. Potem improwizacja wchodzi w stadium rytmiczne, a do obrazu całości dokładają się wszyscy uczestnicy spektaklu. W trakcie drugiej części koncertu muzycy nade wszystko szukają potencjalnych źródeł hałasu. W opowieści mniej jest rytmu, więcej metalicznych zgrzytów, elektronicznych usterek i gitarowych zapętleń. Klimat dubowy miesza się tu z post-rockowymi implozjami gitarzysty. Finałem jest pełna zgoda osiągnięta w chmurze urokliwego zgiełku.

  


Zlatko Kaučič & Francesco Cigana Kako Klicati Zmaja (Dissipatio, CD 2026)

Circolo Nadir, Padwa, styczeń 2023: Zlatko Kaučič i Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty. Dziesięć improwizacji, 48 minut.

Na finał naszej zbiorówki perkusjonalne łaskotki! Słoweńsko-włoski szczyt perkusyjno-perkusjonalny, w trakcie którego muzycy korzystają z podobnego arsenału artystycznych środków wyrazu. Dbają o perfekcyjne brzmienie, budują spójną, duetową opowieść z rozwagą i zachowaniem narracyjnego umiaru. Przez pół albumu sycą nasze uszy drobiazgami i dramaturgicznymi detalami, czyniąc swoisty rytuał pojednania. W drugiej części przepoczwarzają się w bystrych drummerów, którzy znów wspólnymi siłami sięgają po afrykańską polirytmię, a nawet rockową ekspresję. Stuprocentowy chill-out dla wymagających.

Perkusjonalny rytuał rozpoczyna się od pojedynczych uderzeń w metalicznie brzmiące akcesoria perkusjonalne. Toczy się gra na małe pola, w pełnej symbiozie dramaturgicznej. Czasami tyka zegar, czasami zaśpiewa ptak. Delikatnie rezonujące talerze, subtelnie drżące werble, filigranowe tańce po krawędziach. W piątej odsłonie artyści zaczynają stawiać na drumming i w kolejnych epizodach będą ów trend kontynuować i rozwijać. Ostatnie trzy opowieści, to już swobodny taniec, z rytmem i melodią, którą sami nucimy pod groove dostarczany przez obu. Szukamy afrykańskich korzeni, nie zapominamy o spuściźnie rockowego bębnienia. Kres osiągamy przy pełnej akceptacji i ponadgatunkowej refleksji.




 

piątek, 22 maja 2026

The Relative Pitch’ fresh four: Warelis! Roberts & Brice! Quagmire & Bothen! Foster, Weber & Griener!


Cztery premiery w miesiącu to edytorski rytuał nowojorskiego The Relative Pitch Records. Na tych łamach, mimo usilnych starań całej jednoosobowej redakcji, nie dajemy rady opisać adekwatnymi słowami każdego wydawnictwa. Ale przynajmniej się staramy.

Dziś czas na trzy nowości majowe i jedną kwietniową. Przed nami duża porcja soczystego jazzu, zarówno komponowanego (Marta Warelis!), jak i swobodnie improwizowanego (uwaga szczególnie na Skandynawów!). Kilka znanych nazwisk, mnóstwo dobrego grania, a każdy album dostarczony w formie poręcznego dysku kompaktowego. Welcome bardzo gorąco!

  


Marta Warelis Still Life with Lemons

Bimhuis, Amsterdam, październik 2024: Marta Warelis – fortepian, syntezator, kompozycje, Ben LaMar Gay – trąbka, elektronika, Ab Baars – klarnet, saksofon tenorowy, Karen Ng – klarnet, saksofon altowy, Ingebrigt Håker Flaten – kontrabas oraz Frank Rosaly – perkusja, gongi. Sześć utworów, 49 minut.

Nasza ulubiona polska pianistka jest rezydentką amsterdamskiej sceny free jazz/ free impro od ponad dekady. Ale dopiero teraz zaprezentowała się jako band leaderka, kompozytorka, artystka, która wraz z piątką przyjaciół zagrała koncert firmowany jedynie swoim imieniem i nazwiskiem. Trzy instrumenty dęte incydentalnie inkrustowane elektroniką, kuta żelazem sekcja rytmu, wreszcie ona sama na fortepianie i syntezatorze. Opowieść w sześciu odcinkach warta każdej sekundy naszej wzmożonej uwagi.

Nagranie otwiera samotna, minimalistyczna ekspozycja Warelis na fortepianie, która zdaje się konsumować wszelkie walory jej twórczości w tym obszarze. Sekcja rytmu wchodzi do gry po trzech minutach, potem swoje dokładają radośnie i swobodnie usposobione dęciaki. Opowieść niesie basowy groove i wszechobecna melodia. Druga odsłona ma bardziej kameralny charakter, pojawia się smyczek i akcje inside piano. Trzecia silniej sytuuje się estetyce post-jazzu, a w momencie kulminacji godna jest miana fire music. W czwartym utworze otrzymujemy coś w rodzaju elektroakustycznej medytacji, w piątej zaś trzyminutowy dialog dwóch klarnetów. Album zamyka rozbudowana kompozycja inicjowana perkusjonaliami i inside piano, rozwijana smutną melodyką ballady, a finalizowana post-aylerowskim, free jazzowy tańcem, w wysokim, definitywnie bardziej optymistycznym locie.

  


Cath Roberts & Olie Brice Setpieces

s10c, SET Lewisham Retail Park, London, styczeń 2025: Cath Roberts – saksofon barytonowy i altowy oraz Olie Brice – kontrabas. Sześć, 37 minut.

Przed nami danie definitywnie pure jazzowe. Saksofon barytonowy do pary z kontrabasowym arco lub saksofon altowy z kontrabasowym pizzicato. Także drobna dawka wariantów mieszanych. Dwie świetnie nam znane postaci londyńskiej sceny jazzowej, tej szczególnie swobodnie improwizowanej. Bez specjalnych fajerwerków, z dbałością wszakże o odpowiednią dramaturgię i dobrą zabawę.

Jazzowy, zadziorny baryton w konfrontacji z kameralnie usposobionym, kontrabasowym smyczkiem otwiera album, a w części trzeciej zgrabnie go kontynuuje. Taki duet potrafi kąsać, a elementem dominującym bywa niespodziewanie drugi z instrumentów. Kolejna improwizacja baritone & arco wydaje się jeszcze ciekawsza, bardziej nasączona emocjami i zaskakująco melodyjna. W utworze drugim i piątym ma miejsce anonsowane spotkanie altu z jazzowym pizzicato. W tej konwencji angielski duet sprawie wrażenie mniej wyrazistego, bardziej przewidywalnego. W pozostałych dwóch odsłonach baryton zmaga się z szarpanym kontrabasem. Tu artyści generują jeszcze większą porcję melodii, szczególnie w tubie dużego dęciaka. Finałowa improwizacja jest balladą, w trakcie której barytonowe frazy na wdechu moszczą się na drgających strunach kontrabasu i kreują zaskakującą jakość.

 


Quagmire & Christer Bothén Rörane

Rörane Studio, Bottna, Szwecja, czas nieznany: Christer Bothén – klarnet basowy i kontrabasowy oraz Quagmire: Nina de Heney – kontrabas, Karin Johansson – fortepian, także preparowany, cytra oraz Henrik Wartel – perkusja. Pięć utworów, 38 minut.

Ten szwedzki impro meeting zdaje się przynosić największą w zestawie relatywnych nowości radość z odsłuchu. Preparowane piano i perkusjonalia, dużo dawka niskich, kontrabasowych częstotliwości, mroczne tło i zmysłowe westchnienia najcięższych odmian klarnetu. Śmiało wchodzimy do tej pieczary dźwięków i kompletnie nie mamy ochoty na drogę powrotną.

Pierwsza improwizacja trwa prawie dwadzieścia minut i definitywnie konstytuuje wartość artystyczną albumu. Pomruki klarnetu kontrabasowego, szorstkie plamy inside piano, matowy blask talerzy i dudniące struny kontrabasu lepią się w dron, nerwowo rozkołysany, incydentalnie unoszący się ku górze siłą narracji z fortepianowej klawiatury. W połowie nagrania improwizacja nabiera post-jazzowego, a potem kameralnego posmaku. I jeszcze wisienka na torcie – melodyjny dialog klarnetu i kontrabasowego smyczka w ramach wyrafinowanej puenty. O połowę krótsza druga improwizacja kontynuuje budowanie mrocznego, preparowanego post-ambientu. Całość drży, ale jest też doposażona w ulotną i zaskakującą dynamikę. Trzy kolejne odsłony albumu trwają po mniej więcej cztery minuty i stanowią kolejne dowody w sprawie. Dwa pierwsze utrzymane są w estetyce dronowej, ale wydają się jeszcze bardziej nerwowe – artyści dygoczą tu z zimna i trwogi (co udanie podkreśla brzmienie cytry). Ostatni utwór bardziej przypomina linearną, post-jazzową ekspozycję, z klarnetem basowym w roli wiodącej na etapie rozwinięcia i definitywnie samotnej (jakże minimalistycznej) na etapie finalizacji.

  


Michael Foster, Christian Weber, Michael Griener Selections from the Gutter

Alte Kita Schöneweide, Berlin, maj 2025: Michael Foster – saksofony, Christian Weber – kontrabas oraz Michael Griener – perkusja. Sześc utworów, 62 minuty.

Na zakończenie dzisiejszego przeglądu nowojorskich nowości czas na soczysty, swobodnie improwizowany jazz, któremu etykietę free przyszyć można bez ryzyka popełnienia błędu. Amerykański saksofonista w towarzystwie niemieckiego kontrabasisty i perkusisty (nazwiska świetne znane Czytelnikom tych łamów) snują sześć rozbudowanych opowieści, improwizując kolektywnie, stawiając dobro ogółu ponad partykularne interesy, niosąc dużą jakość niemal w każdej frazie. Wszystko tu świetnie trybi pod względem dramaturgicznym, może jedynie samo nagranie – biorąc pod uwagę jego intensywność – jest odrobinę zbyt długie.

Saksofonista najczęściej pokonuje tu drogę od szorstkiego, preparowanego otwarcia przez ekspozycję melodii, po niekiedy free jazzowy szczyt (jak choćby w czwartej, najbardziej intensywnej odsłonie). Kontrabasista z kolei sieje ferment niemal na każdym kroku. Frazuje jazzowym pizzicato, ale równie często sięga po smyczek czyniąc dużo dobrego zarówno w wymiarze kameralnym, jak i post-jazzowym. Jego styl gry znamionuje permanentna zmienność. Perkusista rzadziej wychodzi na front, ale zawsze jest na miejscu, świetnie trzyma flow, choć jego rola nie kończy się na budowaniu szkieletu drummingowego. Wyłączając trzecią, ledwie dwuminutową opowieść, wszystkie pozostałe to dramaty z intrygującą inauguracją, zwinnym rozwinięciem, post-kameralnym interludium i zmysłowym, niekiedy bardzo energetycznym zakończeniem. Na szczególną uwagę zasługuje piąta część, która początkowo szyta jest drobnym, niemal filigranowym ściegiem granym na wydechu, potem nabiera niezbędnego rozmachu, a spuentowana zostaje paradą selektywnych short-cuts.

 

 

 

wtorek, 18 lutego 2025

The February’ Round-up: Saarbrücken! Hémisphère! Confidence of One! Corps et Biens! Binus! Fix it! Just Friends! Krew! Świtanie! Other Worlds!


Minęła połowa lutego, a my wciąż nie zdołaliśmy wygrzebać się z albumów, jakie ujrzały światło dzienne w dawno minionym roku 2024. Na potrzeby kolejnej, comiesięcznej zbiorówki recenzji nazbieraliśmy dziesięć świeżynek z muzyką improwizowaną - od free jazzu poczynając na kompulsywnym synth&drums kończąc.

W tak zwany międzyczasie czeka ogrom swobodnej improwizacji, która lubi brudne i tłuste dźwięki, trochę eksperymentów i ekspozycji na poły konceptualnych, wreszcie garść jazzu i nuta folku. Wystartujemy w niemieckim Saarbrücken, ale po portugalsku i amerykańsku, potem przeniesiemy się do Szwecji, pobędziemy czas jakiś na ziemi niczyjej, kolejne tropy odnajdziemy w Zjednoczonym Królestwie oraz Serbii, wreszcie kilka istotnych chwil spędzimy w okopach matki-polki, by dokonać żywota w całkiem nam bliskiej Holandii.

So, welcome to heaven and hell of improvised music!



 

Luís Lopes Humanization 4tet Saarbrücken (Clean Feed, CD 2024)

Saar Free Jazz Fest, Saarbrucken, październik 2021: Luís Lopes – gitara elektryczna, Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Aaron Gonzalez – kontrabas oraz Stefan Gonzalez – perkusja. Trzy utwory, 44 minuty.

Piąta płyta Humanization 4tet niczym nie zaskakuje, ale to być może największa jej siła. Zawiera trzy kilkunastominutowe ekspozycje, z których każda jest sumą kilku wątków, zarówno tematów podpisanych przez Lopesa, jak i barwnych, świetnie wkomponowanych w to melodii Arthura Blythe’a. Wszystko polepione w dynamiczne, pełne ekspresji, free jazzowe songi, których naczelną wartością są doskonałe improwizacje, zarówno solowe, jak i kolektywne (te drugie w przewadze). Mieliśmy okazję gościć ten kwartet w Dragonie, w trakcie tej samej trasy. Zdaje się, że niemiecki koncert jest jeszcze lepszy.

Otwarcie albumu jest dynamiczne, usiane szorstkimi, ekspresyjnymi akcjami gitary i saksofonu, pięknie osadzonymi na gęstej, tłustej sekcji rytmu, która nie notuje pustych przebiegów. Coś na kształt tematu pojawia się tu dopiero po pięciu minutach. Improwizacje są krótkie, świetnie posadowione w dramaturgii całości. Gitarzysta nie szczędzi nam rocka, saksofonista ekspresji fire music. Drugi utwór w fazie początkowej bazuje na dysonansie dynamiki – leniwy marsz saksofonu i gitary, nieco bardziej żwawa akcja basu i perkusji. Ekspresja faluje – od delikatnych, balladowych fraz, po wybuchy soczystego free. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty muzycy wchodzą w dynamiczny tryb posiłkując się tematem Blythe’a, a improwizację do poziomu nieba wynosi saksofonista. Trzecią odsłonę koncertu inicjuje urocza, free jazzowa melodia klasyka. Swoje kilka chwil ma basista, który soczyste solo okrasza głosem i ponownie ekspresyjny saksofonista. Finał albumu należy do gitarzysty, który spowalnia opowieść, łapie mnóstwo psychodelii i wprowadza kwartet w dubowe, rozhuśtane klimaty.




Paul Jarret, Karin Johansson & Donovan Von Martens Hémisphère (Havtorn Records, CD 2024)

Skogen Studio, Österbymo, Szwecja, czas nieznany: Paul Jarret – gitara, także preparowana, Karin Johansson – fortepian, także preparowany oraz Donovan Von Martens — kontrabas. Trzynaście utworów, 52 minut.

Na ten francusko-szwedzki album warto zwrócić szczególną uwagę. Sytuacja jest tu z trybunowego punktu widzenia ulubiona – bliżej nam nieznani artyści (poza pianistką) serwują prawdziwy improwizowany smakołyk. Trzynaście swobodnych akcji, ogrom barwionych mrokiem dźwięków preparowanych, a wszystko szyte intrygującą dramaturgią, każdorazowo nasączoną wewnętrzną, nerwową rytmiką. Nie sposób przy tej muzyce zmrużyć oko.

Rozdygotane akcenty percussion (zapewne ze strun), zapracowany smyczek, frazy z klawiatury i wnętrza pudła rezonansowego, wreszcie wybudzająca się z głębokiego snu gitara, to elementy składowe, które łapią wspólny, rytmiczny mianownik i w pocie czoła budują zgrabną opowieść. W jej kolejnych epizodach pojawiają się filigranowe, gitarowe sprzężenia, rezonujące, metaliczne zgrzyty, akustyczne trzaski, tudzież minimalistyczne plamy piana. Szmer dramaturgicznego niedopowiedzenia zdaje się wszystko spajać w naturalny ciąg przyczynowo-skutkowy. Okazjonalnie artyści frazują czystym tembrem (w czwartej, siódmej i ósmej odsłonie), niekiedy łapią w szprychy drobiny amplifikacji (gitara w dziewiątej części?). Zdaje się, że szczególnym pięknem emanują w dwunastej opowieści – struny rezonują, z dna piano dochodzą mroczne westchnienia, a smyczek lepi wszystko w nisko osadzony dron. Album wieńczy szemrana ballada, szyta dźwiękami dobywanymi z przestrachem, drżącymi powtórzeniami i klarownie wypowiedzianymi słowami pożegnania.



 

Mia Zabelka, Tungu & Stefan Strasser The Confidence of One Swimming Against the Current (FMR Records, CD 2024)

Czas i miejsca akcji nieznane: Mia Zabelka – skrzypce, głos, elektronika, Stefan Strasser – syntezator, piano, gitara elektronika oraz Tungu/ Sergiy Senchuk - field recordings, bas akustyczny, głos, sample. Siedemnaście utworów, 58 minut.

Wszystko wskazuje na to, iż nagranie to powstało w trzech różnych miejscach i momentach naszej ciężkiej rzeczywistości. Każdy z artystów wyprodukował spore porcje dźwięków, a całość polepiono i zmasterowano w Ukrainie. Efekt końcowy wydaje się przedziwny. Pierwsza połowa albumu definitywnie przeładowana jest treścią, a ponadgatunkowy tygiel zdarzeń przyprawiać może o zawrót głowy. Jednakże po dziesiątym utworze muzycy zdejmują nogę z gazu, tłumią emocje, ograniczają artystyczne środki wyrazu i nagle nagranie łapie klimat, intrygującą dramaturgię i zdaje się zadowalać nawet najbardziej wybredne gusta.

Pośród pierwszych kilku utworów po brzegi nasyconych elektroniką, pulsem syntetycznej perkusji i niemal post-industrialnym zgrzytaniem zębami uwagę przekuć może nade wszystko szósta opowieść. W jej centralnym punkcie posadowiona zostaje skrzypaczka i jej niepowtarzalne, silnie preparowane frazy. Dobrze konstruowane, oniryczne tło tylko wzmaga efekt końcowy. Rzeczone, wytłumione, post-ambientowe tło powraca w utworze dziesiątym, zdominowanym jeszcze przez rozbrykaną elektronikę i elektrykę. W kolejnych częściach znów pojawiają się preparowane skrzypce, słyszymy coraz więcej intrygujących wątków elektroakustycznych. Jeśli nawet pasma syntetyczne wracają na front, podawane są z umiarem i dbałością o relacje z pozostałymi dźwiękami. Szczególnie podobać się może odcinek piętnasty, szyty ze strzępów fonii i doposażony minimalistycznym pianem. W kolejnej odsłonie akcje kreują pijackie śpiewy, które zdają się przedrzeźniać syntetyczną rzeczywistość. Finał albumu jest delikatny, w dużej mierze akustyczny, urokliwie repetytywny.



 

MouthWind Corps et Biens - Hommage à Robert Desnos (Creative Sources, CD 2024)

Lawrence’s studio, Oxford, listopad 2023: Jean-Michel Van Schouwburg – głos oraz Lawrence Casserley - signal processing instrument. Piętnaście utworów w siedmiu rozdziałach, 55 minut.

Corps et Biens, to album szczególny. Brytyjczyk Lawrence Casserley w swoim długim i jakże legendarnym życiu artystycznym performował dźwięki live processing wielu instrumentów i formacji, ale niezwykle rzadko czynił to mając na pulpicie wyłącznie ludzki głos. Ten ostatni dostarcza tu belgijski wokalista, artysta głosowy Jean-Michel Van Schouwburg, który także pretendować może do miana legendy gatunku, przynajmniej w wymiarze kontynentalnym. Album podzielono na piętnaście epizodów, uformowanych w siedem rozdziałów, a literacką inspiracją uczyniono poezje Roberta Desnosa. Definitywnie warto wczytać się w to nagranie!

Spektrum możliwości głosowych Belga zdaje się być równie rozlegle, jak jego kreatywność. I co może najistotniejsze, co sytuuje artystę poza standardem głosowych improwizatorów, to jego niebywałe poczucie humoru, dystans do siebie, artystyczna frywolność. Muzyk wydaje dźwięki całym ciałem, którego gardło i struny głosowe są ledwie efektownym zwieńczeniem. Mówi do nas, śmieje się, parodiuje, gdacze niczym Kaczor Donald, rzęzi, rży, zdolny jest naśladować każde zwierze. Sepleni, mruczy, podśpiewuje przy goleniu, buduje ambientowe wokalizy, intensywnie wącha zapachy przyrody i bzyczy niczym pszczoła. W tym szaleństwie świetnie odnajduje się Casserley, który wydaje się muzykiem wprost stworzonym do elektronicznej dekonstrukcji głosu. Świetnie wiemy, że Brytyjczyk snuje także swoje, separatywne opowieści - delikatne, ulotne, równie oniryczne, jak tajemnicze. Pozostaje jeszcze warstwa literacka tego smakowitego albumu, której eksplorację pozostawiam bardziej zaawansowanym, tudzież dysponującym czasem słuchaczom.




Ilia Belorukov & Sara Zlanabitnig Binus (kuda-org, DL 2024)

Novi Sad/ Sremski Karlovci, Serbia, czerwiec 2024: Ilia Belorukov – syntezator modularny, fluteophone oraz Sara Zlanabitnig – flety (inside & feedback), field recordings. Pięć utworów, 31 minut.

Instrumenty dęte, na ogół preparowane, garść nagrań terenowych i umiejętnie wykorzystywana elektronika analogowa, to elementy składowe tego albumu. Krótkiego, świetnie skonstruowanego, pokazującego, iż łączenie brzmień akustycznych i syntetycznych może być niebywale przyjemne dla ucha. Owe pięć improwizacji nagrano w trakcie aż trzech spotkań, w różnych okolicznościach przestrzennych. Nie zmienia to faktu, iż wszystko tu do siebie pasuje.

Pierwsza opowieść formuje się w dron inicjowany przez syntezator, ale lepiony także z odgłosów miasta, bijącego dzwona i flecich kołysanek. Czy tak mógłby brzmieć post-nowoczesny, wielkomiejski folk? W kolejnej części panuje oniryczna flauta, którą buduje zarówno subtelny modular i preparacje na flecim korpusie. Z czasem ta upiorna kołysanka zdaje się szukać warstwy rytmicznej. W opowieści trzeciej flet wpada w mantrę, z kolei syntetyka z drobnego pyłku na żakiecie staje się zgrzebnym inicjatorem rosnącej intensywności. Czwarta część, to nerwowa rytmika, zadziorne frazowanie i kojąca puenta poprzedzona flecią akupunkturą. Na starcie finałowej improwizacji można odnieść wrażenie, iż znajdujemy w kaczym stawie. Głosy natury są tak swojskie, a śpiew fletu kojący, iż akcja modularnego na etapie rozwinięcia wydaje się zupełnie zbyteczna.




Ilia Belorukov & Lauri Hyvärinen Fix it if it ain't Broken (NUNC.,DL 2024)

Novi Sad, Serbia, październik 2023: llia Belorukov – syntezator modularny, Lauri Hyvärinen – gitara elektryczna, przetworniki. Pięć utworów, 37 minut.

Kolejne spotkanie z improwizacjami Belorukova pozbawione jest brzmień akustycznych. Z jednej strony syntezator modularny, z drugiej gitara elektryczna, a raczej jej elektryczne i elektroniczne przetworzenia. Gęsty, muskularny i głośno dostrojony album.

Jeśli pierwszą improwizację moglibyśmy określić mianem swobodnej wymiany myśli, to drugą z pewnością bokserską wymianą ciosów. Gitarowe pick-upy vs. gęsto okablowany modular - ów pojedynek znamionuje moc niszczenia narracyjnych subtelności. Bywa, jak w części trzeciej, iż w tej walce syntezator może znaleźć się na pozycjach silnie defensywnych. Szczęśliwie dla mniej przygotowanego odbiorcy, jeszcze w tej odsłonie albumu jesteśmy w stanie dosłyszeć frazy definitywnie gitarowe, które stanowią udane wprowadzenie do czwartej improwizacji. Ta pulsuje głębią mroku, a drobne zgrzyty i ukąszenia łączą się w jednolity strumień narracji, który z czasem intrygująco stygnie, nabierając niemal akustycznego brzmienia. Końcowy epizod sprawia wrażenie albumowe résumé. Muzycy pokazują tu zarówno swojego subtelne oblicze, jak i pazury prawdziwych noise’ killerów.



 

Anna Gadt, Michał Giżycki & Cyprian Pakuła Just Friends (TORF Records, DL 2024)

SPATiF, Warszawa, lipiec 2024: Anna Gadt – głos, efekty, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon sopranowy oraz Cyprian Pakuła – perkusja. Trzy improwizacje, 46 minut.

To pierwsze spotkanie artystów w tym składzie i już wiemy, że nie ostatnie! Swobodnie improwizowana opowieść, dramaturgicznie skoncentrowana na dialogu wokalistki i klarnecisty basowego (w ostatniej opowieści – saksofonisty sopranowego), a zgrabnie osadzona na pulsie jazzowej perkusji. Album, to trzy historie, z których ta środkowa konsumuje dokładnie połowę koncertu. 

Po chwilach typowej dla formacji skleconych ad hoc gry inicjacyjnej, trio bierze się do pracy i formuje linearną opowieść, która szczególnego blasku nabiera w sytuacjach bardziej dynamicznych. Dodajmy, iż w fazach leniwego spowolnienia także nie przestaje przykuwać uwagi. Szerokie spektrum wokalistyki odnajduje tu doskonałego partnera w równie horyzontalnej kreatywności klarnecisty. O dobry nastrój obojga dba drummer, który trzyma rytm i udanie zdobi momenty artystycznego zawahania. W chwilach, w których wokalistka sięga po tzw. efekty, narracja nabiera posmaku fussion. Druga, najbardziej rozbudowana improwizacja zaczyna się od ekspozycji solowej Anny, którą na jazzowe ścieżki naprowadza Cyprian, a dętego błysku dodaje Michał. Po efektownym spiętrzeniu, mniej więcej w połowie utworu muzycy wchodzą do strefy leniwych eksperymentów, by ten fragment koncertu spuentować porcją zmyślnych, na poły melodyjnych interakcji. W końcowej odsłonie pojawia się anonsowany saksofon sopranowy. Tu opowieść najpierw kołysze się na falach wystudzonego oceanu, potem niesiona mocą wokalnych efektów osiąga stadium free, by zwieńczyć koncert perkusyjną solówką.



 

Piotr Damasiewicz & Kuba Wójcik Krew (L.A.S., CD 2023)

OFFCZART, maj 2023: Piotr Damasiewicz – trąbka, głos oraz Kuba Wójcik – gitara, elektronika. Trzy utwory, 34 minuty.

Potraficie wyobrazić sobie dźwięk, jaki wydaje krew krążąca w naszych żyłach? Czy to struga szeleszczącej wilgoci, czy raczej demoniczny, masywny dron jakże żywej syntetyczności? Damasiewicz i Wójcik postarali się wyjść naprzeciw naszym niezdefiniowanym wyobrażeniom.

Barwiony elektroniką, drżący strumień fonii nadpływa z mrocznej strony. W jego wnętrzu kłębi się mnóstwo mikrozdarzeń – czasami przypominają one frazy gitary, zdeformowanej trąbki, czy głosu, być może ludzkiego. Warstwy syntetyczne także wiodą tu aktywne życie. Opowieść systematycznie narasta, a pod koniec pierwszej części zostaje przyozdobiona elektroakustycznymi wtrętami, które prawdopodobnie są dźwiękami szpitalnej aparatury do przetaczania krwi. Po krótkim interludium z ciszą, dźwiękami rzeczonej aparatury i smyczka (?) narracja śmiało wchodzi w drugą, decydującą fazę. Oniryczne tło wypycha na front silnie syntetyczną strugę fonii. Zza mgły elektroniki po czasie wyłania się nerwowa gitara, głos i trąbka. Ta ostatnia najpierw charczy jak kołujący śmigłowiec, potem ucieka w echo i śpiewa. Zakończenie śmiało zasługuje na miano demonicznego. Oto nasze największe dobro, które pachnie mrokiem i strachem.



 

Piotr Damasiewicz Into the Roots Świtanie (L.A.S., CD 2024)

Polskie Radio Studio S4, Warszawa, marzec 2023: Piotr Damasiewicz – trąbka, organy, głos, instrumenty perkusyjne, Zbigniew Kozera – kontrabas, guimbri, Paweł Szpura – perkusja, Michał Żak – shawm, drewniany flet poprzeczny, hammered dulcimer, Katarzyna Karpowicz – koto, Alicja Krzeszowiak i Kamila Krzeszowiak – głosy, Paulina Kaźmierczak – głos, skrzypce, Krzysztof Ryt – pięciostrunowa altówka, Marek Ryt – bagpipes, fife, rożek francuski. Siedem utworów, 40 minut.

Damasiewicz zostaje z nami, ale jak to bywa w przypadku tego muzyka, gatunkowy klimat zmieniamy o sto osiemdziesiąt stopni. Uciekamy w estetyką folkową, które jest tu raczej metodą twórczą, a nie celem samym w sobie, raczej inspiracją do odbywania improwizowanych podróży niż budowaniem kolejnych jazzowych edycji folkowych evergreenów.  

Pierwsze trzy utwory stanowią dramaturgiczną całość. Od folkowej, melodyjnej introdukcji z psychodeliczną puentą, po świat transowej narracji bazującej na intensywnym brzmieniu organów. Do tego swobodne wokalizy i soczyste, dęte inkrustacje. Jeśli flet rozrywa tu początkową ludyczność, to trąbka koi emocje i szuka integracji. W warstwie etnicznej nie trudno dosłyszeć, iż dziarskie Tarty spoglądają tu w stronę dalekiej Japonii i równie odleglej Afryki. Kolejne dwa utwory kojarzą folkowy blask porannej zorzy i post-jazzową, improwizowaną opowieść. Ostatnie dwie części przenoszą nas w klimat transowej, ponadgatunkowej ekspozycji. Szóstą odsłonę świetnie unerwia perkusista, siódmą z kolei buduje niskie brzmienie organów i kontrabasowy groove. Finał pełen jest taneczności i melodyki, bystrze kontrapunktowanej psychodelicznym spleenem organów.




Dead Neanderthals Other Worlds (Bandcamp’ self-released, LP/DL 2024)

White Noise Studio, Holandia, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator, saksofon oraz Rene Aquarius – perkusja. Siedem utworów, 32 minuty.

Dokonania tej pary Holendrów śledzimy od zawsze, szczególnie ich tradycyjne, sylwestrowe ep-ki. Ostatnia z nich, nad wyraz rozbudowana jak na krótki metraż, doczekała się nawet edycji winylowej. Nagranie to z pewnością zaliczyć możemy do … najłagodniejszych przejawów brutalnego, brzmieniowego konceptualizmu, jaki uprawiają Kokke i Aquarius już od półtorej dekady. Cieszy jak zawsze, tym razem zaprasza także do tańca i gry w skojarzenia z muzyką … dyskotekową lat 70. i 80. ubiegłego stulecia.

Album jest tu nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, podzielonym na odcinki dyktowane tempem frazowania perkusji. Syntezatorowe otwarcie jest ciepłe, melodyjne, choć mroczne. Potem do akcji wkracza 2stepowa perkusja, który szyje ścieg godny zarówno ekspresji rocka, jak i dynamicznego electro. Oto new death disco, które smakuje estetyką muzyki tanecznej sprzed pół wieku. Kolejne, mroczne interludium poprzedza perkusyjny step, który jest spokojniejszy, jeszcze bardziej uwypuklający melodykę syntezatora, niespodziewanie wtłaczającą nas do kolejnej, tu już definitywnie noworomantycznej dekady. W czwartej części muzycy podkręcają tempo, a brzmienie syntezatora czynią bardziej szorstkim. W kolejnej puentę dyskusji narracyjnej stanowi melodyjna ekspozycja saksofonu, delikatnie schowanego w pogłosie. Ostatni epizod tego szaleństwa przynosi pasmo basowe, które nadaje całości silnie rockowy posmak, mimo braku gitarowego instrumentarium.

 

 

piątek, 22 marca 2024

The Scandinavian’ Round-up: Strid! Gjerstad! Fite! Westgaard! Kjorstad & Reijseger! Emmeluth! Gunnarson & Johansson!


Wygląda na to, że muzyka ze Skandynawii całkowicie zdominowała marcową zbiorówkę świeżych recenzji równie świeższych wydawnictw. W rolach głównych wystąpią dziś muzycy z Norwegii i Szwecji, a w tej najbardziej eksponowanej szwedzki perkusista i perkusjonalista, jeden z prawdziwych magów swobodnej improwizacji, Raymond Strid. Odczytamy i odsłuchamy aż trzy wydawnictwa z jego udziałem!

W zestawieniu prawdziwy kalejdoskop stylów i estetyk - od free jazzu, przez ocean swobodnej improwizacji, nagrania inspirowane kulturą celtycką, skomponowane i brawurowo wykonane przez żeński septet, po nagrania terenowe uroczo zlepione z preparowanym fortepianem. A w tak zwanym międzyczasie garść improwizowanej kameralistyki na wyjątkowo pięknie brzmiących instrumentach strunowych. Innym słowy, dla każdego coś miłego!




Frode Gjerstad & Raymond Strid OUT! Live at Café Mir, 2023 (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

Blow Out Festival, Cafė Mir, Oslo, sierpień 2023: Frode Gjerstad – saksofon altowy, klarnet oraz Raymond Strid – perkusja. Dwie improwizacje, 31 minut.

Potrójną przygodę ze Stridem zaczynamy od spotkania z weteranem norweskiego free jazzu, Gjerstadem, który w ostatnich latach znacząco osłabił swoją aktywność artystyczną, zatem album cieszy nas w dwójnasób. Bez zaskoczeń i dramaturgicznych niespodzianek, spora dawka dobrze skonfigurowanego free, z wiodącą rolą drummera, który potrafi wzniecać ogień nie używając do tego zbyt wielu narzędzi.

Koncert inicjuje perkusista, który nie musi czynić wiele, by alcista poderwał się do krzykliwego lotu i dorównał mu poziomem ekspresji. Dynamika, bystre interakcje, swobodna kontemplacja scenicznego doświadczenia, to najważniejsze atrybuty pierwszej fazy koncertu. Alcista w trakcie kilkunastominutowej opowieści dwukrotne milknie, dając więcej przestrzeni na perkusyjne ekspozycje, stwarzając także okazje na leniwie rozciągnie zwiotczałych mięśni. Po krótkiej chwili wraca, zawsze z nowym pomysłem na rozwój narracji i własne frazowanie. Norweg nie eskaluje napięcia, chętnie sięga po szeroki arsenał kocich lamentów, udanie syci perkusyjny flow drobnymi dawkami ekspresji. Strid trzyma improwizację mocno w garści i udanie stymuluje akcje partnera. Druga opowieść niesie ze sobą większą porcję spokojnych, bardziej zadumanych fraz, szczególnie ze strony Gjerstada. Szwedzki drummer czyni swoje z precyzją sapera, zdobiąc niemal każdą pętlę perkusjonalnymi inkrustacjami. Dynamiczny, niemal taneczny w końcowej fazie koncert zostaje urokliwie spuentowany melodią klarnetu.



 

Niklas Fite & Raymond Strid How it is (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

Norlings Rör, Heby, Szwecja, styczeń 2024: Niklas Fite - banjo, gitara akustyczna oraz Raymond Strid – perkusja, instrumenty perkusyjne. Cztery improwizacje, 30 minut.

Drugi duet Strida, to niemal przeciwległy biegun swobodnej improwizacji. Cicha, skupiona, bazująca na pojedynczych dźwiękach opowieść do użytku słuchawkowego. Subtelny, po części minimalistyczny gitarzysta, który częściej tu sięga po banjo i Strid, mistrz tego typu sytuacji dramaturgicznych. Temu akurat spotkaniu do artystycznej doskonałości brakuje może tylko nieco wyższego poziomu ekspresji w kilku momentach tego niedługiego nagrania.

How It Is, to improwizacja prawdziwe molekularna, niebywale drobiazgowa, jakby wyszła spod pióra Johna Stevensa i Spontaneous Music Ensemble. Tworzą ją plejady dźwiękowych drobiazgów, strzępy fonii, pojedyncze uderzenia w najbardziej delikatne elementy instrumentów. To opowieść wyjątkowo cicha, choć nasączona wewnętrznymi emocjami, delikatna, choć nieustannie rwana i szarpana, płynąca po obrzeżach strun i gryfu, ledwie muskająca krawędzie werbla i tomów, szeleszcząca błyskiem talerzy. Tu liczy się każdy niuans, a czasami także fakt niezagrania jakiejkolwiek frazy. W pierwszej i trzeciej improwizacji Fite korzysta z banjo. Strid ma pod ręką wszystkie perkusyjne akcesoria, ale używa je z podwójną ostrożnością, z dbałością o brzmienie każdej frazy. Improwizacja tej dwójki nie jest wcale minimalistyczna – tu potrafi dziać się naprawdę wiele, a dramaturgiczne spiętrzenia nie są wcale rzadkim zjawiskiem. Mimo to opowieść balansuje często na granicy ciszy, jest szmerem, szelestem, półdźwiękiem martwego flażoletu. W drugiej i trzeciej odsłonie nie brakuje dźwięków preparowanych, ale i one zdają się istnieć w czasoprzestrzeni narracji ledwie przez ułamki sekund. Album kończy krótka improwizacja, w której pojawia się szczypta melodii, tu jakby rozkładanej na czynniki pierwsze i drobny, post-klasyczny sznyt gitary zatopionej w leniwym mikro drummingu.



 

Hein Westgaard/ Katt Hernandez/ Raymond Strid The Knapsack, The Hat, and The Horn (Gotta Let It Out, CD 2024)

Gävle, Szwecja, czerwiec 2022: Hein Westgaard – gitara, Katt Hernandez – skrzypce oraz Raymond Strid – perkusja. Dziewięć improwizacji, 42 minuty.

Trzecia dziś płyta z udziałem Raymonda Strida przenosi nas definitywnie do świata swobodnie improwizowanej kameralistyki. Dwa akustyczne instrumenty strunowe i zestaw perkusyjny, którego akcje i interakcje posadowione zdają się być, dość niespodziewanie, bliżej estetyki pierwszego z omawianych dziś albumów.

Artyści budują tu bardzo szerokie spektrum dźwiękowe – post-klasycznie brzmiąca gitara, rzewne, melodyjne skrzypce i wszechobecna perkusja, która oplata strunowe frazy niczym gęsta pajęczyna. Pierwsza piosenka, umiarkowanie dynamiczna na starcie, na etapie rozwinięcia koi nas ciszą, minimalizmem, mikro preparacjami skrzypiec i rezonansem perkusyjnych talerzy. W kolejnym odcinku muzycy preferują grę na małe pola – trochę leniwie, odrobinę na wdechu, z dbałością o brzmieniowe subtelności. Tu etap rozwinięcia oznacza półgalop pięknie zdobiony perkusjonalnymi błyskotkami Strida. Kolejne dwie improwizacje bazują na dźwiękach preparowanych. Pierwsza skupia się na mechanice strun i perkusyjnych naciągów, druga formuje się w jękliwą post-balladę. W piątej odsłonie powraca dynamika, ale jest gustownie dawkowana. Od zadziornych, kanciastych interakcji po rzewne melodie. Na etapie finalizacji narracja ulega pewnemu zagęszczeniu, głównie za sprawą skupionego drummingu. W kolejnej części dostajemy mnóstwo filigranowych fraz, doposażonych w drobne melodie i porcję perkusyjnych niespodzianek. W podobnym klimacie powstaje siódma piosenka. Każdy z artystów porusza się tu z kocią zwinnością, a wszystko dzieje w intrygującym tempie. Ósma improwizacja zaskakuje – najpierw budują ją dźwięki preparowane, ale osadzone w pewnej rytmice, potem pojawia się melodia, wyszukana dynamika i frazy gitary wyciągnięte na wprost z filmu country & western. Album wieńczy minutowa ekspozycja osadzona na dramaturgicznym suspensie - kojącym, wielkim wydechu gitary, skrzypiec i perkusji.



 

Hans Kjorstad & Ernst Reijseger Gap of Ginn (Motvind Records, CD 2024)

Høyjord Stave Church, Norwegia, luty 2022: Hans Kjorstad – skrzypce, hardingfele, Indian harmonium oraz Ernst Reijseger – wiolonczela, shruti boxes. Dziewięć utworów, 41 minut.

Kolejny album skandynawskiej zbiorówki także bazuje na improwizacjach (z jednym wyjątkiem), ściele się wszakże urodą godną niemal klasycznie brzmiących opowieści post-barokowych. Piękna akustyka obiektu sakralnego, ciepłe, niekiedy nad wyraz kojące frazy, ale też dużo wewnętrznego niepokoju, dramaturgicznego fermentu będącego skutkiem kreatywności obu artystów. Jeden z nich jest muzykiem na tzw. dorobku, drugi legendą europejskiej muzyki improwizowanej. Efekt ich wspólnych prac jest dalece intrygujący, może jedynie zbyt wystudzony emocjonalnie w fazie końcowej.

Rezonujące, długie pociągnięcia smyczkiem kreują aurę otwarcia, w której nie brak zarówno melodyki folkowej, jak i post-barokowej. Rodzaj śpiewu przez łzy, w obliczu egzystencjalnych boleści. Zaraz potem czeka na nas kilka dźwięków z głębokiej krypty i szczypta intrygującej nerwowości. W strumieniu czystych fraz strings, które pną się ku górze, rodzi się blask niżej osadzonego, indiańskiego harmonium. W trzeciej odsłonie muzycy dostarczają garść zabrudzonych, mglistych fonii udanie wzbogacających kolorystykę ekspozycji. W części czwartej płyną w strudze post-baroku, z kolei w piątej ochoczo śpiewają na folkową modłę w niemal durowej tonacji. Tu obecność harmonium zaskakująco podkreśla aurę piosenki. Szósta improwizacja zdaje się być tą najpiękniejszą. Harmonium i smutno frazujące cello schodzą bardzo nisko na kolanach, wprost w mroczne odmęty. Puentą jest śpiew wiolonczeli, sycony półgardłowymi westchnieniami muzyka. Siódma część zdaje się pogłębiać klimat poprzedniczki, ale czyni to bardziej melodyjnie, choć harmonium skutecznie trzyma się tu ciemniejszych barw. W ósmej opowieści pizzicato wiolonczeli buduje rytmiczną bazę, skrzypce smutno zawodzą, ale cała opowieść ma całkiem taneczny wymiar. Końcowa opowieść budowana jest z drobnych, molowych fraz, syci się też pewnym dramaturgicznym zaniechaniem. To chyba tu brakuje muzykom nieco energii do życia. 



 

Signe Emmeluth Banshee (Motvind Records, LP/DL 2024)

Studio Paradiso, Oslo, maj 2023: Jennifer Torrence – perkusja, wibrafon, głos, Guro Skumsnes Moe – bas elektryczny, kontrabas, głos, Maja S. K. Ratkje – głos, elektronika, skrzypce, Heiða Karine Jóhannesdóttir Mobeck – tuba, elektronika, głos, Guoste Tamulynaite – fortepian, syntezator, głos, Anne "Efternøler" Andersson – trąbka, głos, Signe Emmeluth – saksofon altowy, elektronika, głos, kompozycje. Trzynaście utworów, 41 minut.  

Irlandzkie, starożytne inspiracje, kreatywny umysł kompozytorki i septet bystrych wykonawczyń, które równie dobrze radzą sobie z instrumentarium akustycznym, jak i elektronicznym, nie skapią nam także swoich walorów głosowych, to elementy składowe podzielonej aż na trzynaście części opowieści. Niektóre z nich trwają ledwie minutę lub dwie, inne są 5-6 minutowe, ale wszystkie świetnie budują dramaturgię i sprawiają, iż archetypiczny Banshee jest dalece udaną podróżą dźwiękową.

Album otwiera dobrze zaplanowana ekspozycja, dynamiczna na etapie rozwinięcia, podana pełnym wachlarzem instrumentalnym. Na poły taneczna, bogato instrumentalizowana, nasycona starożytnymi emocjami i jakże współczesną ekspresją. Już na tym etapie podróży poznajemy moc wokalnych eksplozji. Po serii miniatur granych w podgrupach przechodzimy do szóstej, najdłuższej opowieści. Na starcie dominuje tu elektronika, w dalszej fazie władze przejmują instrumenty akustyczne, które snują opowieść, jaka wyłania się z kameralnego suspensu. Po śladowej dawce post-jazzu pojawiają się historie numer osiem i dziewięć, także rozbudowane w wymiarze czasowym. Pierwsza nich zdaje się być repryzą utworu otwarcia, ta druga przenosi nas do świata kameralistyki i oferuje błyskotliwą sekwencję swobodnych improwizacji budowanych metodą call & responce. Utwór jedenasty kontynuuje estetykę free chamber pełną preparacji, dobrze zadanych pytań i jakże zwinnych ripost. Dwunastą opowieść kreują dysonanse brzmienia i dynamiki. Garść brudnych dźwięków, smagnięcia smyczkiem i septetowe kontrapunkty generują tu spore podkłady emocji. Album domyka melodyjny wielogłos, który niesie się po niebie wsparty delikatnym dronem smyczkowym.



 

Rosanna Gunnarson/ Karin Johansson I grunda vikar är bottnarna mjuka (Outerdisk, CD 2024)

Elementstudion, Gothenburg/ Värmdö, Szwecja, 2021/22: Rosanna Gunnarson – kompozycja, notacje graficzne, field recordings oraz Karin Johansson – fortepian preparowany. Dziesięć utworów, 46 minut.

Fortepian preparowany oblewany strumieniami nagrań terenowych, pozostających często w onirycznych, tajemniczych klimatach. Dużo smakowitych dźwięków, dobra dramaturgia, także pewien potencjał relaksacyjny, oczywiście dla tych, których cenią sobie niekonwencjonalne metody spędzania czasu wolnego. To w telegraficznym skrócie zawartość albumu o jakże intrygującym tytule W płytkich zatokach dno jest miękkie. Dziesięć opowieści podanych tu jest w jednym strumieniu dźwiękowym.

Kolejna skandynawska opowieść formuje dźwięki improwizowane fortepianu i żywe frazy otoczenia w medytującą kompozycję czasu i przestrzeni. Ta implozywna drama na każdym etapie podróży zdaje się mieć motyw przewodni. W fazie początkowej wątkiem dominującym jest lejąca się zewsząd woda i towarzyszący jej szum wiatru, tudzież odgłosy lasu dominujące nad przejawami życia miejskiego. Środkowa część albumu wydaje się być bardziej mięsista, doposażona w gęstsze, niekiedy wręcz industrialnie brzmiące frazy. Jest nerwowa, stygmatyzowana mrokiem i niedopowiedzeniami. Z kolei w końcowych częściach tej historii, niezależnie od innych wydarzeń, snuje się strumyczek fortepianowej melodii, filigranowy, podawany wprost z wychłodzonej klawiatury. Jeśli pierwsza faza albumu jest zaproszeniem do wyruszenia w drogę, a środkowa wzmaganiem się z niedogodnościami wynikającymi z pokonywania kolejnych etapów, to końcowa stanowi piękną reasumpcję, nasyconą pokaźną porcją emocji. W trakcie całego albumu frazy grane z klawiatury pozostają we względnej równowadze dramaturgicznej z akcjami inside piano, choć tych drugich w wymiarze ilościowym jest na pewno więcej. Pośród przeróżnych dźwięków każdej fazy opowieści nasze uszy sycą się pięknymi, rezonującym odgłosami płynącymi zarówno z wnętrza piana, jak i bliżej nieokreślonej rzeczywistości nieopodal. A najciekawiej jest chyba wtedy, gdy w ogóle nie potrafimy wskazać źródła danego dźwięku. 

 

 

 

piątek, 24 czerwca 2022

Dead Neanderthals! Perceptual Motion! Imbernon & Vega! Doce Fuegos! Serries! Rizoma! Diciotto! ORD! The Swinging June Round-up!


Ulubiona forma edytorska Trybuny, to rzecz jasna comiesięczna zbiorówka recenzji świeżutkich płyt! Epistoła jak zawsze starająca się pokazać, że świat jest jeden, nie istnieją w jego obrębie jakiekolwiek granice, a odmienny kolor, czy język są jedynie dowodem na cudowność tegoż świata i jego niezwykłą różnorodność! W enklawie muzyki kreatywnej, improwizowanej, czy jak ją zwał, zjawiska powyższe uwypuklają się jeszcze dosadniej! Cytując klasyka: One World it’s enough for all of us!

Do dzisiejszego tygla buzujących emocji wrzucamy dużo ognistych fraz, sporo niemal rockowych sekwencji z gitarą w roli głównej, a także porcję kameralnego free jazzu, kiść elektroakustycznych niespodzianek i kilka uroczych, skandynawskich piosenek dla niegrzecznych dziewczynek i takiż chłopców!

Zaczynamy w Holandii, pokazując, iż pewne nasze ulubione freak duo potrafi rozrosnąć się do kwartetu w intrygujących okolicznościach koncertowych! Potem skok na Półwysep Iberyjski i kilka gitarowych, ale przy tym jakże metaforycznych kanonad - pierwsza katalońska, dwie kolejne andaluzyjskie! Po nich lecimy do Brukseli na tłumiące nasze rozszalałe emocje improwizacje na gitarę akustyczną i to dość wiekową! W dalszej kolejności obiecany kameralny free jazz wprost z Argentyny, elektroakustyczne wariacje w wydaniu po części krajowym, a na final szwedzkie piosenki z tekstem, jakże daleko przesuwające granicę tego pokrętnego określenia!




Dead Neanderthals  IXXO (Burning World Records, LP 2022)

Roadburn Festival (scena Redux), Tilburg, Holandia, nagranie z edycji 2021 (jeśli pamięć nas nie myli, bez udziału publiczności): Aafke Romeijn, Jonge Woudloper, Otto Kokke – wszyscy instrumenty klawiszowe oraz Rene Aquarius – perkusja. Jeden utwór, 35 i pół minuty.

Dead Neanderthals, to formacja Otto i Rene, która z nieustannego powtarzania fraz uczyniła dzieło sztuki! Ta holenderska mantra zaczynała się kilkanaście lat temu w estetyce punk-rocka i heavy jazzu (ktoś jeszcze pamięta takie określenie?), potem zaś ekspresję saksofonu przełożyła na moc siermiężnego syntezatora. Czasami uroczo tapla się w mrocznych, niemal black metalowych koincydencjach, bywa też przekornie lekka, syntetyczna w formie i mniej zagadkowa w brzmieniu. Ubiegłoroczny Roadburn zaproponował nam ostatnią z tych wersji. I znów DN triumfują! Jednostajny beat żywej perkusji i trzy syntezatorowe pasma wystarczają, by już po kilka minutach mieć ochotę zostać tam w środku na dłużej (a może na zawsze?), a po wybiciu 36 minuty myśleć tylko o jednym: play it again!

Słowo się rzekło, nowe nagranie DN (tu w wersji IXXO), to jednostajny, rockowy rytm perkusji oraz trzy syntezatorowe pasma. Jedno stabilne, basowe, siarczyście brzmiące, które zamienia się w loop (i takim pozostaje do ostatniej sekundy), dwa pozostałe hasające po scenie z większą swobodą, czasami brzmiące niczym popromienny new romantic, innym razem formujące się w gęstą strugę ambientu. Wszyscy uczestnicy spektaklu nie przestają powtarzać swych fraz, wszak repetycja, to konstytucja koncepcji Martwych Neandertalczyków. Tempo nagrania jest stabilne, umiarkowanie szybkie, poziom intensywności na niezmiennym poziomie (czasami można odnieść wrażenie, że flow pęcznieje, a pasma ambientowe jakby szerzej rozpościerały skrzydła). W połowie seta mamy najważniejsze wydarzenie dramaturgiczne – perkusista zdejmuje nogę z gazu i trzyma rytm jedynie na talerzach. Bierze oddech, słucha, jak pracują syntezatory (a tam bez zmian!) i z nieznacznie zmodyfikowanym beatem rusza w dalszą podróż. Znów wydaje nam się, iż syntezatory nieznacznie zmieniają swoje pozycje strategiczne. Jedno wszak jest pewne - drummer urozmaica flow kilkoma rockowymi przejściami. Im bliżej końca czegoś, co końca nie ma, można odnieść wrażenie, iż brzmienie syntezatorów nabiera psychodelicznego posmaku. Całość ostatecznie gaśnie - najpierw umiera perkusja, a bas rozlewa się szerokim korytem. Potem martwe echo łapią gościnne syntezatory.



 

Nuno Rebelo/ Pablo Schvarzman/ Diego Caicedo  Perceptual Motion (Discordian Records, DL 2022)

Cykl koncertowy Nocturna Discordia, edycja #224, Soda Acústic, Barcelona, wrzesień 2019: Nuno Rebelo – gitara elektryczna (środek), Pablo Schvarzman – gitara elektryczna (kanał lewy), Diego Caicedo – gitara elektryczna (kanał prawy). Trzy improwizacje, 41 minut.

Początek katalońskiego, gitarowego summitu, to echo płynące z kabli i szum amplifikatorów. Narracja zostaje zawiązana jednak dość szybko i od startu stawiać będzie na różnorodność. Lewa strona pogrążona w mrocznym ambiencie, prawa w gitarowych eksperymentach, środkiem sceny rządzi zaś post-jazz i basowe figury geometryczne. Każdy ze strumieni ma swoją własną strukturę wewnętrzną - frazy na flankach szklą się rockowym blichtrem, pulsują i stroszą pióra, na środku dostrzegamy zaś więcej dbałości o obraz całej improwizacji. Mimo, iż artyści leją na struny dużo prądu, potrafią w ułamku sekundy tłumić emocje do brzmienia pojedynczej struny. Nie brakuje pick-upowych preparacji, dubowej poświaty, psychodelicznych smaczków i akcentów perkusjonalnych. Muzycy doskonale panują na dramaturgią, za nic nie chcą pohałasować, a my jesteśmy naprawdę im za to wdzięczni. Pierwszy, najdłuższy odcinek koncertu wysoko stawia poprzeczkę, a muzycy są zdolni utrzymać jej poziom do samego końca.

W dwóch kolejnych, nieco krótszych improwizacjach artyści serwują nam jeszcze więcej skupienia i dbałości o drobiazgi. Pracuje echo, pomysł goni tu pomysłem, a ich dźwiękowe efekty raz za razem zaskakują. Frazy post-bluesa i americany? Mroczne zagadki? Pulsujące drony post-gitarowej elektroniki? Niczego nam tu nie brakuje. W finałowej części wszyscy zdają się rozciągać struny i badać ich odporność na ból. Bliżej lewej flanki pojawia się smyczek, dużo siarczystego brzmienia leje się zaś prawą stroną. Trzy jakże odmiennie od siebie, gitarowe spirale narracyjne wieńczą fanatyczny wieczór wyjątkowo filigranowymi dźwiękami.



 

Imbernon & Mikel Vega  Eolian Dawn (Sentecia Records, CD 2022)

Kokkola, Finlandia, sierpień 2021: Jon Imbernon – gitara i efekty, Mikel Vega – gitara i efekty. Sześć improwizacji, 42 minuty.

Ponownie same gitary, tu w kooperacji fińsko-andaluzyjskiej i w rękach artystów mających duże doświadczenie w ciężkich i mrocznych odmianach rocka! To słychać od pierwszej do ostatniej sekundy nagrania, to sprawia też, iż sama improwizacja wydaje się być dalece intrygująca, a brzmienia kategorycznie niebanalne. I bodaj najcenniejszy walor tych gitarowych improwizacji – strugi oleistych, niekiedy post-rockowych fraz niemal bez przerwy kąpane są w dubowej poświacie. Echo tu pracuje, łagodzi obyczaje, ale czasami buja muzykami, niczym zburzony ocean.

Muzycy dbają o nasze emocje od samego początku! Najpierw strzygą uszami i zapraszają nas do środka swoją powolnością, pewną nieprzewidywalnością, oferując naprawdę dużo przestrzeni, ale i nieskrywaną prostotę niektórych rozwiązań dramaturgicznych. Gitarowe efekty pracują, muzycy incydentalnie decydują się na rockowe spiętrzenia, ale ich blask topi się w dubowym echu. Wolą raczej zagrać o jeden dźwięk mniej, niż o dwa za dużo. W drugiej części proponują nam garść zgrzytów i sprzężeń, nawet zbliżają się po poziomu hałasu i zioną post-industrialnymi wyziewami. W trzeciej drgają i pulsują, zanurzają się w mroku i produkują sporo elektronicznych fraz na wyjściu. W czwartej szukają melodii, są przy tym głęboko skupieni, wrażliwi na brzmieniowe niuanse. W piątej dubowe echo decyduje o ich wyjątkowo powolnych, wręcz leniwych ruchach. Całość narracji nabiera tu onirycznego posmaku i budzi przyjemne skojarzenia z estetyką wytwórni 4AD z odległych lat 80. ubiegłego stulecia, oferując dużo mrocznych, ale nie intensywnych doznań. Wreszcie finałowa koda, niepełne dwie minuty i … czyste szaleństwo! Muzykom puszczają hamulce i serwują nam porcję hałaśliwego, metalicznego, jakże efektownego wybuchu emocji! Ale i to robią z wyjątkowym smakiem! Brawo!



 

Doce Fuegos  Vita Brevis (Sentecia Records, CD 2022)

Nagrania domowe, Sevilla, od marca do czerwca 2020: Miguel Palou – skrzypce, mandolina, instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 30 minut i kilkanaście sekund.

Jeden muzyk, trzy instrumenty, domowe okoliczności pierwszego lockdownu i dużo pracy na etapie post-produkcji dają pod szyldem Doce Fuegos efekt bardziej niż intrygujący! Ponadgatunkowe, dobrze ustrukturyzowane improwizacje - każda zdaje się być odrobinę inna, każda ciekawie dawkuje nam emocje. Niektóre piosenki bywają rzewne, inne nerwowe, jeszcze inne gotują się od złych emocji i szczerzą kły.

Na początek skrzypce i delikatne, bijące mikroskopijny rytm perkusjonalia. Tu jakby folkowe inklinacje szukały artystycznego ujścia u podnóża … filharmonii. W drugiej części pojawia się mandolina i dobrze współpracuje z echem. Całość nabiera minimalistycznego sznytu godnego berlińskiego post-techno, a na dokładkę zdobią ją post-kameralne skrzypce. Trzecia opowieść przypomina oniryczną piosenkę w estetyce starego, dobrego 4AD! Dodatkowe inkrustacje strunowe udanie wspierają rozśpiewaną mandolinę. Kolejna narracja, to drobna porcja czystego frazowania ze strony skrzypiec. Folkowy barok? Skojarzenia recenzenta idą doprawdy w ciekawym kierunku! W piątej odsłonie najpierw pracuje mandolina, która walczy z obłokiem szumów. Potem do gry wchodzą barokowe, nieco przesłodzone skrzypce, które potykają się o post-perkusyjne zgrzyty i preparowane dźwięki. Finałowa narracja w początkowej fazie zdaje się być repryzą pierwszej opowieści. Molowa, zrezygnowana, smutna historia do opowiedzenia. Kolejny dysonans, wykreowany przez percussion, sprawia, iż skrzypce uciekają w czerstwe echo zakończenia.



 

Dirk Serries  Solo Acoustic Guitar Improvisations II/III (A New Wave Of Jazz, 2 LP 2021/22)

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, Bruksela, listopad i grudzień 2020: Dirk Serries – gitara akustyczna. Dwadzieścia sześć improwizacji, niespełna 70 minut.

Nasz ulubiony belgijski gitarzysta przeszedł doprawdy imponującą drogę artystyczną - od plądrofonicznej, młodzieżowej elektroniki, przez dronowy ambient gitary elektrycznej aż po improwizacje na akustycznych gitarach z tzw. epoki (tu z lat 50. ubiegłego stulecia). Choć dziś skupia się głównie na tych ostatnich, wciąż nie unika grania muzyki ambientowej i zdaje się, że obie pasje stymulują go do kreowania jeszcze ciekawszych procesów muzycznych. Muzyk w trakcie pierwszego roku covidowego nagrał w sumie trzy zestawy improwizacji na gitarę akustyczną. Pierwszy poznaliśmy u progu ubiegłego roku, teraz dostajemy dwie kolejne części, zebrane na podwójnym winylu. Reasumując jednym zdaniem – znów bez artystycznych zaskoczeń, ale jednocześnie, jak zawsze, efekt końcowy jedyny w swoim rodzaju!

Improwizacje Serriesa w takiej formule, to dużo minimalizmu i pewne drobne, rockowe, a nawet post-bluesowe naleciałości. Jego opowieści pozostają jakby w pół drogi do budowania zwartej struktury narracyjnej. W głowie zawsze jest plan, nie ma pogoni za czymkolwiek, jest skupienie i pewność każdego ruchu. Muzyk lubi szukać kantowi i zadziorów, bywa wtedy nawet dość dynamiczny (druga improwizacja), nie stroni też od preparacji, ale te stosuje zawsze z umiarem (czwarta, siedemnasta). Okazjonalnie pośpiewuje martwą wersję rockabilly (szósta), albo przeciąga struny i szuka szumu na gryfie (siódma), czy też snuje dłuższe frazy, co nie jest proste na strunach wysuszonych na wiór (ósma). Czasami znajduje rytm w bardziej basowych frazach (jedenasta), czasami jego instrument piszczy i rezonuje (dwunastka), innym razem definitywnie pragnie melodii i szuka jej na wszystkie sposoby (piętnasta). Nie stroni od riffów, także tych bardziej agresywnych (szesnasta), miewa balladowe nastroje, pełne szorstkich uczuć (osiemnasta), a jak sięga po smyczek, to snuje efektowną kołysankę dla wampirów (dziewiętnasta). Bywa, że jego frazy są ulotne, mikroskopijne (dwudziesta), albo lepią się poemat małych zgrzytów i mechanicznych trać (dwudziesta pierwsza). W opowieści dwudziestej trzeciej narracja znów zdaje się być wyjątkowo filigranowa, nie brakuje w niej ciszy, a brzmienie jest bardzo rozmyte, jakby na gryfie pojawiły się kawałki szkła. W dwudziestej piątej sceną znów rządzi smyczek, a struny cierpią prawdziwe katusze. Tenże sam smyczek kończy tę epopeję improwizowanych miniatur, rozmawia z ciszą i oddycha gasnącym echem.



 

Martin Proscia & Federico Solomiewicz  Rizoma (Neue Numeral Records, DL 2022)

Estudio Calle 5, Berazategui, Argentyna, grudzień 2021: Martín Proscia – saksofon barytonowy (utwory 1, 3, 6), sopranowy (4) i tenorowy (2, 5) oraz Federico Solomiewicz – kontrabas. Sześć improwizacji, niespełna 24 minuty.

Nagrania z muzyką improwizowaną z Argentyny trafiają do nas coraz częściej i to doprawdy wspaniała wiadomość! Wspomniany wyżej duet saksofonowo-kontrabasowy śle nam moc jakości, jaką znamy z innych opowieści tamtego zakątka świata, także powiew wyjątkowej świeżości i … dość krótką porcję intrygujących impro-koincydencji.

Gęsty strumień smyczkowego brudu, saksofonowa nawałnica z barytonowej tuby i drobne plastry ciszy – dwuminutowe otwarcie stawia nas na nogi i utrzymuje w tej pozycji do samego końca! W drugiej improwizacji pojawia się tenor, ale narracja toczy się wedle melodyjnych, post-barokowych fraz smyczka. Rozhuśtany dęciak najpierw ledwie oddycha, potem rzewnie śpiewa. Oba instrumenty wchodzą w serie urokliwych interakcji. W kolejnej części powraca baryton i buduje wspólnie ze smyczkiem pulsujący i świszczący dron gorącego powietrza. Narracja gęstnieje i pęcznieje, nadyma się jak free jazz zrywający swe kameralne korzenie. Emocje idą w górę, ale brzmienie obu instrumentów staje się bardziej osobne i czystsze. W czwartej części na niedługo pojawia się skoczny i melodyjny sopran, a towarzyszy mu delikatnie skonfundowany smyczek. Po kilku nawrotach sytuacja dramaturgiczna ulega odwróceniu. W piątym epizodzie jedyny raz kontrabasista frazuje pizzicato. Tenor zdaje się być zaintrygowany, ale jazzowa opowieść dość szybko znajduje swoje zakończenie. Finałowa, najdłuższa improwizacja, to prawdziwe crème de la crème tego mini albumu! Oba instrumenty wchodzą w nurt rzeki na raz. Smyczek skacze po strunach, baryton prycha i gwiżdże. Nerwowa, meta dynamiczna narracja łyka free jazz pełnymi garściami, ale nie jest pozbawiona dramaturgicznych i brzmieniowych subtelności. Saksofonista daje tu prawdziwy popis! W połowie nagrania smyczek zmienia tryb pracy na bardziej minimalistyczny. Reakcje saksofonu znów doskonałe! Improwizacja pnie się ku górze, przechodzi przez fazę szumów i lodowatych podmuchów, a kończy plejadą drobnych, urokliwych fraz! Brawo!

 


Diciotto  Dis-Connected (Jacek Chmiel’ bandcamp self-released, DL 2022)

Miejsce i czas akcji nieznane, być może Szwajcaria: Paride Guerra – perkusja, Jacek Chmiel - elektronika, zither. Cztery improwizacje, 29 minut z sekundami.

Połowa omawianego na tych łamach Bolka i Lolka Na Dzikim Zachodzie powraca, wyposażona jedynie w akcesoria do produkowania dziwnych dźwięków, ale za to w towarzystwie całkiem żywego perkusisty! Ich bystra, nieprzegadana, nade wszystko elektroakustyczna przygoda nosi wiele znamion dalece interesującej!

Pierwsze sekundy nagrania skwierczą mieszaniną elektroakustycznych mikro zdarzeń. Rezonuje talerz perkusyjny, obok tlą się piskliwe dźwięki i garść tych preparowanych, ale pochodzących z nieznanego źródła. Zgiełk oczekiwania na foniczne wydarzenia nie jest jednak nadmiernie dokuczliwy. Półpreparowany ambient na koniec zdobi tu mały drumming na dużym echu. W trakcie drugiej improwizacji początkowo obcujemy jedynie z akustycznymi frazami – przedmioty moszczą się na werblu, jakieś struny szeleszczą, a wszystko tapla się w echu niekończącej się przestrzeni. W połowie utworu pojawiają się niespodziewane dźwięki. Po chwili wiemy już, że to fale radiowego eteru niosą nam strzępy fonii. W tle pracuje wyjątkowo delikatna perkusja, do której z czasem doklejają się elektroniczne post-dźwięki. W trzeciej improwizacji muzycy cedzą frazy przez szczelnie zaciśnięte zęby. Dużo minimalizmu, ciszy i skupienia. Wszystko oddycha, zarówno akustyka, jak i elektronika. Celebracja dramaturgii trwa w najlepsze. Zauważmy, iż mikro frazy syntetyczne nie są tu w stanie zakłócić filigranowej, zmysłowej akustyki. Muzycy zdają się dotykać swoich instrumentów końcówkami paznokci, a w tle odradza się radio. Końcowa improwizacja trwa ledwie dwie minuty, wydaje się utkana jedynie z żywych fraz perkusji i zitheru.



ORD  Hemligheter på vägen (Havtorn Records, LP/CD 2022)

Elementstudion, Gothenburg, Szwecja, czas nieznany: Karin Johansson – fortepian, także preparowany, kompozycje i aranżacje, tekst jednego z utworów (większość, to poezje Tomasa Tranströmera), Jenny Willén – głos, śpiew, Niclas Rydh – puzon, Gunnel Samuelsson – klarnet basowy, saksofon tenorowy oraz Hasse Westling – kontrabas. Dziewięć utworów, 46 minut.

Album, którego tytuł możemy tłumaczyć jako Tajemnice w Drodze, to nagranie dość szczególne, zwłaszcza z punktu widzenia witryny, która lubuje się w muzyce swobodnie improwizowanej. Kompozycje szwedzkiej pianistki, to w dużej części zgrabnie zaaranżowane piosenki z tekstem, zaśpiewane lub wyrecytowane pięknym głosem, zdobione ciekawymi harmoniami, pewnym transcendentalnym smutkiem, ale i pełną zgodą na los doczesny. Muzyka balansuje między zmysłową kameralistyką, a wytrawnym jazzem, nie stroni wszakże od improwizacji! I tu tkwi sedno naszej rozprawki! Gdy kwintet (po prawdzie kwartet instrumentalny) przełącza tryb narracji na improwizacje, chwilami nad wyraz swobodne, nagranie robi się niebywale smakowite. Szkoda jedynie, iż fragmenty te pozostają w mniejszości na albumie, który trwa niewiele ponad trzy kwadranse.

W kontekście powyższych rozważań (czytaj: ambiwalencji), szczególnie udane momenty plyty, to choćby trzecia kompozycja. Smutna, nostalgiczna recytacja z pianem w tle przekształca się w mroczny, improwizowany suspens, budowany prychającym klarnetem basowym, puzonowymi westchnieniami i preparacjami piana. Podobnie dzieje się w części piątej. Tu pracuje także wokal, a w rolę mąciciela prawa i porządku wciela się saksofon tenorowy. Wreszcie szósta narracja, chyba top of the album! Bystry tembr kontrabasowego smyczka, pobudzone piano także w formule inside i wzdychający klarnet basowy kreują nerwową opowieść, którą resumuje świetnie improwizujący puzon. Podoba nam się także ósma kompozycja. Tu narracja dokonuje pewnej dramaturgicznej metamorfozy. Zaczyna się słodko i piosenkowo, kończy histerycznymi spazmami, pełnymi improwizowanych fraz, szczególnie ze strony kontrabasu.