Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sophie Angel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sophie Angel. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 czerwca 2017

Benjamin Duboc – powieść wielowątkowa z kontrabasem w roli tytułowej


Benjamin Duboc, francuski improwizujący kontrabasista (wiek średni w rozkwicie), powoli wydeptuje już sobie stałe miejsce na Trybunie Muzyki Spontanicznej. Nie dziwi to jednak absolutnie nikogo, albowiem muzyk to doprawdy doskonały.

Nie dalej jak kilkanaście dni temu udowadniałem – mam nadzieję, skutecznie – iż czegokolwiek muzyk ten nie tknie się w ostatnich latach, to efekt fonograficzny budzi niekłamany podziw (przynajmniej Pana Redaktora). W tym akurat przypadku dowodem rzeczowym były płyty popełnione w ramach ekscytującej francuskiej wytwórni Dark Tree Records. Tu trop dla przypomnienia.

Jeśli zatem powiedziało się A, czas najwyższy powiedzieć B. Jak Benjamin! W trakcie ostatnich dwóch tygodni, w tempie karabinu maszynowego, przetoczyło się przez odtwarzacze redakcji kolejnych kilkanaście płyt z udziałem Duboca, zarówno autorskich, jak i tych bardziej współtwórczych. Dzięki temu dynamicznemu procesowi śmiało możemy dziś przystąpić do omówienia kilku z nich, zaś szczególny nacisk położymy na pewien trójpak. Zresztą od niego zaczniemy.


Primare Cantus/ Śpiew pierwotny – trzy dowody na poparcie tezy otwarcia

Od lipca 2010 do lutego 2011 roku, Benjamin Duboc poczynił sześć rejestracji studyjnych (w każdym razie, bez oklasków), w przeróżnych konfiguracjach personalnych, także w wersji solowej. Po kilku miesiącach, nagrania wyedytowane aż na trzech dyskach, ujawnił światu Ayler Records pod intrygującym tytulem Primare Cantus. Data publikacji nie była prawdopodobnie przypadkowa, albowiem dokładnie w roku 2011 nasz bohater … obchodził czterdzieste urodziny. Nie tylko zresztą ta okoliczność stanowi o wyjątkowości trójpaku. Decyduje o tym przed wszystkim zawarta na nim muzyka. Bez zbędnych kalkulacji dzieło Śpiewu Pierwotnego określić można mianem opus magnum francuskiego kontrabasisty (oczywiście z gruntownym zastrzeżeniem – jak do tej pory!).




Dysk pierwszy. Duboc, sam na sam ze swoim kontrabasem, przez 42 minuty snuje monumentalną, minimalistyczną opowieść o meandrach niskich częstotliwości. Wykorzystuje głównie dolny fragment kontrabasu (jak rozumiem, poniżej progu), traktowany smykiem. Ten dość wąski rejestr instrumentu uzupełnia wyższymi dźwiękami, będącymi skutkiem tarcia strun i generowania wibracji otworem gębowym. Jakkolwiek opis procesu sugeruje, iż mamy do czynienia wyłącznie z dźwiękami akustycznymi, wytrawne ucho recenzenta doszukać się potrafi kosmetycznych amplifikacji. Prawdziwa symfonia rozedrganego minimalizmu. Repetycja wibracji. Wibracja repetycji. Prawdziwy śpiew pierwotny z głębi ziemi, zaiste przeklętej. Determinacja, cierpliwość, posłuszność wobec przyjętej strategii działania. Około 20 minuty, w tej zwartej strukturze dźwięku, doszukać się można syndromu… rytmu. Jakby spirala maszyny na moment zatrybiła, ale i tak stanowi to jedynie ornament, źdźbło trawy na wielkiej łące. Drobiny nowych dźwięków pojawiają się nie częściej niż raz na kilka minut, choć z czasem (w proustowskim niemalże ujęciu!) dron narracji jakby pęczniał. Pod sam koniec ulega wszakże skromnego rozwarstwieniu, by krok po kroku dreptać do finału, delikatnie się eskalując. Finał zaś stanowi ostre uderzenia smyka w zapocony gryf! Primare Cantus - piękne, jakże duże wyzwanie dla odbiorcy.

Dysk drugi.  Trzy skromne duety Duboca z muzykami, z którymi współtworzy on swoją sztukę niemal na co dzień. Swoiste Brothers in Arms.

Na początek Jean-Luc Petit (saksofon tenorowy i barytonowy; nie należy mylić go z Julienem Petitem, saksofonistą znanym ze współpracy z Herbem Robertsonem, w ramach Space Cadets). Trzy zwarte, nieprzegadane opowieści. Sonorystyka saksofonu w opozycji do rwania strun i demolowania pudła rezonansowego. Dynamiczny smyk w opozycji do jurnego galopu saksofonu, wprost z krwawiącej dyszy. Drapieżny drumming Duboca, trochę wulgarnych macanek na boku ze strony Petita. Gdy baryton szeleści i drży jak niedotarty dwusuw, kontrabas rwie się ku akordowej eskalacji. Po jej wystudzeniu, cedzi emocje przez gęste sito, na szczęście durszlak pęka od nadmiaru dźwięków.

Duet drugi, to spotkanie z perkusistą, tu bardziej perkusjonalistą (small drum kit, rzeklibyśmy) Didierem Lasserre. Epizod pierwszy to krótkie talerzykowe fajerwerki, zdobione łamanymi strunami kontrabasu. Jakby wstęp do epizodu drugiego, który śmiało kandydować może do najlepszego odcinka trójpaku. Drżenie, rezonans, metatrans. Wyjątkowej urody post-elektronika bez kabli! Pulsacja, histeryczno-oniryczne talerzykowanie. Wielowymiarowy dron, który przepoczwarza się w kilkunastominutową perłę dźwiękową. Wyjątkowe! Finał tego duetu, jakby w opozycji do poprzedniego fragmentu. Ostre, kanciaste riffy i sonoryzm perkusjonalii – szczoteczkowanie, szuranie, trochę więcej konwencjonalnego drummingu w dostojnym tempie.

Czas na trzeci duet. Saksofon tenorowy i jego właściciel - Sylvain Guérineau. Cztery miniatury o silnie jazzowej strukturze. Tenor jest powabny, płynie bez kantów, gdyż akurat tych w nadmiarze serwuje nam kontrabasista. Duża amplituda dynamiki tej rejestracji, muzykom zdarza się brnąć przez improwizację nawet w tempie balladowym.

Dysk trzeci. Dwie rozbudowane narracje i field recordingowy epizod. Najpierw duet z gitarzystą Pascalem Battusem. Od razu zastrzeżenie: Pascal nie będzie grał na gitarze, a jedynie używał przystawki gitarowej, przetwornika, który został tu zdefiniowany jako guitar pickup. Dostajemy się zatem w otchłań quasi elektronicznych (elektrycznych!) poszukiwań narracyjnych punktów zaczepienia. Kontrabas jedzie smykiem w bardzo niskim rejestrze. Jest chyba lekko amplifikowany, co udanie konweniuje z gitarowymi zgrzytami, strojnymi trzaskami na kablach i gałkach potencjometrów. Rodzaj dość subtelnego noise’u. Duboc robi swoje i nie wchodzi początkowo w czupurne zwarcia. Trochę minimalistycznego wyciszenia, z którego wyłania się skoczny, zmutowany drumming strunowca, zwinnie kontrapunktowany przez szmery z przetwornika gitarowego (z kajetu recenzenta: sonorystyczne ach!). Temu ostatniemu trudno zaimponować w spokojniej narracji. Dużo ciekawiej dzieje się w drugiej połowie nagrania, gdy muzycy postanawiają brnąć w estetykę przesterowanego noise’u. Zgiełk, konkretny hałas, eskalowanie narracji – to właściwy kierunek! Duboc zdziera skórę ze strun kontrabasu, krew tryska po oczach – ogień! Piękna, kolektywna nawałnica z piorunami, z delikatnie wpisanymi w dramatyzm sytuacji scenicznej, repetycją i ograniczaniem środków wyrazu.

Po burzy z piorunami, tuż przed erupcją wulkanu, czas na szczyptę wyciszającego, choć odrobinę egzystencjalnego field recordingu autorstwa Benjamina.  Szum miasta, skowyt deszczu. Pasaż drwiącej z siebie natury dźwięku (z kajetu recenzenta: ciekawe, ile tu dołożono na etapie postprodukcji).

Finał trójpaku! A jak finał, to koniecznie trio! Sophie Agnel na fortepianie, Christian Pruvost na trąbce, Benjamin Duboc na kontrabasie. Od samego początku dynamika spotkania jest dalece konkretna. Muzycy kolektywnie brną w delikatnie onirycznym, trochę psychodelicznym nastroju (będzie się działo!). Wszystkie instrumenty brzmią niemal podobnie. Współczesna kameralistyka, ale na ostrym speadzie. Tuż po pierwszym wytłumieniu emocji, minimalistyczne pasaże każdego z muzyków, pełne mikrozdarzeń akustycznych - ochłapy sonorystyki, noise’owe akcenty. Intrygująca eskalacja, jakby wprost z głębi ziemi, z bardzo niskiego pułapu. Aż trudno uwierzyć, że przed nami produkują się wyłącznie akustyczne instrumenty. Pruvost jest nieznośne elektroakustyczny, dmie lewą powierzchnią płuc, uprawia sztuczki magiczne. Agnel gniecie struny fortepianu, chyba już na nich leży. Duboc drży całym ciałem, subtelnie zaznacza rytm, chlaszcząc pudło kontrabasu kijem bejsbolowym. Muzyka konkretna, dalece konkretna! Eksplozywne, czupurne, stanowczo wyjątkowe zwieńczenie urodzinowego trójpaku. Jaki piękny hałas! Preparacje pianistki, szaleństwa trębacza, smykowe implozje kontrabasisty. Krzyk instrumentów (trąbka!). Wybrzmienie następuje na obolałym gryfie kontrabasu, ze skomlącym smykiem, który całkowicie zatracił poczucie rzeczywistości. What a game!




Jeśli przebrnięcie przez solową część Primare Cantus okaże się, dla niektórych z nas, zadaniem ponad siły, mam dobrą wiadomość.  W kwietniu 2013 roku, Benjamin rejestruje płytę solową. Zwie ją St. James Infirmary (Improvising Beings, 2014). Nagranie poczynione w obiekcie sakralnym, zatem z gwarancją wspaniałego brzmienia niejako w pakiecie. Dwie rozbudowane opowieści, które diametralnie różnią się od eksperymentu Pieśni Pierwotnej. Pierwszą śmiało pomieścić możemy w jazzowej estetyce. Frazy, akordy, improwizacje i szczypta melodii. Niebanalny pokaz kompetencji muzyka. Opowieść druga jest bardziej różnorodna stylistycznie. Łatwiej powiedzieć, czego tu nie ma. Bogactwo narracji, technik improwizatorskich, po części także rodzaj podręcznika dla adeptów kontrabasu.  Można ten właśnie fragment solowych ekspozycji Duboca określić mianem jego the best of. Rodzaj portfolio, które dołącza do CV, w trakcie procesu aplikowania o etat w najlepszej orkiestrze świata. Piękne, głębokie, choć nie zawsze czyste brzmienie.


Double-Basse – duet z dolin

Świat niskich częstotliwości, to naturalna fauna i flora dla faceta, który rwie grube struny kontrabasu. Pomysł na duet z klarnetem kontrabasowym zdaje się w tej sytuacji rozwiązaniem oczywistym. Partner zwie się Jean-Luc Petit (muzyk przywołany kilka akapitów wcześniej, tym razem jednak na innym dęciaku). Panowie przyjęli nazwę Double –Basse, której adekwatność nie budzi jakichkolwiek wątpliwości.




Spotkanie studyjne (? – w każdym razie bez oklasków), poczynione w kwietniu 2013r. dokumentuje doskonała płyta This Is Not Art (Clean Feed Records, 2015). Dwie rozbudowane, całkowicie wyzwolone improwizacje, toczone wszakże w dużym skupieniu i bez popisów indywidualnych. Niczym J.S.Bach dogorywający w ogniu piekielnym, z głosami potępienia w tle i śmiercią w oczach. Duboc nie dość, że brzmi monumentalnie, to gra z bywałą atencją i tyczy piękny szlak dla postękiwań nielekkiego dęciaka. Demoluje struny kontrabasu ołowianym smykiem, płynie po nich lub ordynarnie gwałci je histerycznym drummingiem. Muzyka trwa onirycznymi pasusami, jest metaforyczna i wciąż stawia znaki zapytania. Sonorystyczna zaduma, szczypta kreatywnej zasady imitacji, to główne elementy składowe konstruktywnych utarczek obu muzyków. Tytuł wszak zobowiązuje! Brzmienie kontrabasu jest czyste, lśniące, ale dalekie od barokowego stroju Barry’ego Guya. Tembr strunowca jest matowy, szorstki, lubi chlastać po twarzy, gdy za blisko podejdziesz. Petit w pierwszej części pozostaje raczej w ukryciu, nie jest nadmiernie ekspresyjny i jedynie komentuje wyczyny Duboca. W części drugiej staje na środku sceny i robi wszystko, by zadać kłam opinii recenzenta.


Kwintet Nuts i duetowe uzupełnienie

Kolejna perła w dorobku Benjamina, to ulotny, nietypowy i ciekawy personalnie kwintet, ukrywający się pod nazwą Nuts i łączący w sobie dwa pokolenia muzyków improwizujących z … trzech kontynentów.

Dwa zestawy perkusyjne (Didier Lasserre i Makoto Sato) przyczajone delikatnie w tle, na przeciwległych flankach. Bliżej naszych uszu, także szeroko rozstawione dwa zestawy dęciaków (Itaru Oki i Rasul Siddik). Na samym zaś środku Benjamin Duboc i jego wyjątkowo ogromny kontrabas. Muzyka jest swobodnie improwizowana, mnóstwo w niej komunikatywnej i niebanalnej sonorystyki z dęciaków, jazzowy drive bębnów, które pozostają w ciągłym zwarciu i kontrabas, który rządzi, niepokoi, rozrywa przestrzeń akustyczną koncertu swym gigantycznym soundem. Jest sam, ale chwilami brzmi tak potężnie, masywnie, jakbyśmy słyszeli, co najmniej trzy takie instrumenty. Skojarzenia z włoskimi płytami Billa Dixona z lat 90. jak najbardziej zasadne, zwłaszcza, iż zaciąg dęty gra przede wszystkim na trąbkach i flugelhornach (okazjonalnie także flety, inne drobne reeds i preparacje). Muzyka bywa dynamiczna, nie brakuje w niej jednak szczypty niesentymentalnego liryzmu i progresywnych chwil artystycznego zaniechania.





Orzeszki (Nuts) pozostawiły po sobie, jak dotąd, dwa wydawnictwa. Pierwsze zwie się
L'Atelier Tampon​-​Ramier (Sans Bruit, 2008 – nagranie dostępne jedynie w plikach) i jest rejestracją pierwszego koncertu kwintetu, jaki miał miejsce w Paryżu, we wrześniu 2007r.  (tytuł płyty, to nazwa klubu, który gościł Nuts). Druga zaś, to Symphony For Old And New Dimensions (CD Ayler Records, 2009). Nagranie z lutego 2009r. z Le Carré Bleu, w Poitiers (gdzieś we Francji).

Pełnoprawne uzupełnienie dwóch smakowitych płyt kwintetu Nuts, stanowić może płyta duetu, który jest jego… podzbiorem. Benjamin Duboc i Itaru Oki (trąbka, flugelhorn, flet) w grudniu 2009r. w Paryżu, zarejestrowali kolejny wartościowy artystycznie materiał, który edytorsko udostępniła nam francuska inicjatywa wydawnicza Improvising Beings pod tytułem Nobusiko (2010). Osiem drobnych, improwizowanych perełek z japońskimi tytułami, do wiecznej eksploracji. Skupienie, dbałość o niuanse, akustyczna perwersja.


Ogniste Trio The Fish plus duet na dokładkę

Czas na drobną epistołę z nieco głośniejszymi, mniej subtelnym dźwiękami. Tu głównym partnerem kontrabasisty będzie saksofonista altowy, Jean-Luc Guionnet. Wraz z perkusistą Edwardem Perraudem muzycy funkcjonują pod nazwą własną The Fish, mają także za sobą epizod duetowy.

Nazwisko alcisty może niektórym z nas kojarzyć się z innym triem, The Ames Room (Clayton Thomas, Will Guthrie), które kilkakrotnie gościło w Polsce na koncertach. Rybia muzyka jest równie ekspresyjna, stanowi bowiem przykład absolutnie bezkompromisowego free jazzu. Gdy Guionnet na początku koncertu wkłada do ust lufę swojego karabinu, to wyciąga ją wraz z wybrzmieniem ostatniego dźwięku. Gra narowiście, z głębokim zadęciem, często stosuje repetycję. Być może nie jest to ulubiony rodzaj ekspresji Pana Redaktora, ale i to ma swoją wartość. Na tle gęstej powłoki saksofonowych erupcji, odnaleźć można w niemal klinicznym stanie doskonałą robotę kontrabasisty, tu dodatkowo, w bystrej kooperacji z jakże kompetentnym drummerem. I tak też słuchałem obu płyt The Fish, a czas płynął wartko i stosunkowo kreatywne.




Pierwsza ekspozycja płytowa tria, to podwójne wydawnictwo Live At Olympic Café & Jazz À Mulhouse (Ayler Records, 2007). Dysk pierwszy, to dwa sety z paryskiego koncertu, z grudnia 2005r, zaś drugi – jednosetowy incydent z Moulhouse, z sierpnia 2006r. Trwająca łącznie 110-minut, ekspresyjna petarda zaspokoi gusta każdego wielbiciela gatunku. Osobiście bardziej podoba mi się młodsze nagranie tria. Myślę o krążku Moon Fish (Clean Feed Records, 2012). Trzy kwadranse tego koncertu (dane szczegółowe niedostępne) zdają się być bardziej zwarte narracyjnie, mniej przegadane. Być może o walorach tego akurat nagrania decyduje także zrównoważony emocjonalnie czas jego trwania.




W kontekście słów, jakie padły w odniesieniu do muzyki The Fish, zupełnie zaskakujące okazuje się wspólne nagrania Duboca i Guionneta w duecie. Panowie wchodzą do całkowicie innej bajki. W listopadzie 2005r. w Paryżu realizują nagranie, które trafia na krążek W (Amor Fati, 2008). Trwająca niespełna 41 minut improwizacja opiera się na akustycznie destruktywnej sonorystyce bardzo suchego altu i drapieżnego, traktowanego głównie smykiem, kontrabasu. Dramaturgicznie pozostajemy w stylistyce niezwykle minimalistycznej, a istotnym atrybutem narracji jest cisza, która często oddziela od siebie duetowe ekspozycje. Muzycy w wielu momentach płynną wspólnie, stosując bardzo konsekwentnie zasadę imitacji. Odniesienie do szeroko rozumianej muzyki współczesnej też nie jest tu złym tropem. Niełatwe w odbiorze, konsekwentnie prowadzone, bardzo konkretne w brzmieniu nagranie, które intryguje ponadnormatywnie. Szkoda, że jak dotąd nie doczekaliśmy się ciągu dalszego tego duetu.


Inne epizody, damsko-męskie

Ponieważ nasza wielowątkowa powieść o muzyce Benjamina Duboca urosła już do rozmiarów trudno przyswajalnych z ekranu telefonu, czy nawet komputera, czas najwyższy zmierzać ku końcowi. A zatem na koniec skromne zajawki innych, także ciekawych przygód muzycznych kontrabasisty z Francji.

Le Retour D’Ulysse (Promenade) (Improvising Beings, 2015). Duet Duboca z francuską saksofonistą Alexandrą Grimal (tenor, sopran). Długie, dwupłytowe wydawnictwo zawiera chwilami dość ciepłe i na ogół niebanalne improwizacje (także jedną kompozycję Johna Coltrane’a). Duboc gra na swoim doskonałym poziomie, ilość fajerwerków tryskających z gryfu kontrabasu, jak zwykle imponuje. Grimal nie zawsze jest jednak w stanie utrzymymać poziom, zaproponowany przez partnera. Szczególnie dzieje się tak, gdy sięga po saksofon tenorowy. Gdyby płyta miała wymiar trzech kwadransów broniłaby się zdecydowanie lepiej.




There Starts The Future (Ayler Records, 2009). Choć na tej płycie, formalnie Benjaminowi przypada jedynie rola sidemana, nie sposób przez chwilę nie pochylić się nad tym doskonałym nagraniem. Firmuje je Abdelhai Bennani Trio. Francuski saksofonista, marokańskiego pochodzenia, gra wyjątkowo interesująco, nie dominuje, jak to ma w zwyczaju wielu saksofonistów w trio, świetnie wchodzi w improwizowane interakcje z kontrabasistą i tym trzecim, perkusistą Edwardem Perraudem. Ta trzyosobówka ma konkretnie demokratyczny strój, każdy z muzyków do free jazzowej konstrukcji dokłada swoje trzy gorsze. Płyty słucha się wyśmienicie, zwłaszcza drugiej jej części, gdy nasz bohater ewidentnie przejmuje rolę lidera tej eskalacji. Na końcu gra już prawie sam, a jego partnerzy mogą jedynie głośno wzdychać z wrażenia.

Free Unfold Trio (Amor Fati, 2006). Jeśli pragniecie posłuchać bardzo wytrawnego i kompetentnego tria jazzowego z fortepianem, to trafiliście idealnie. Duboca wspiera tu Didier Lasserre na perkusji i Jobic Le Masson na fortepianie. Nagranie poczynione na festiwalu w Bordeaux, w 2006 roku. Pod tym szyldem muzycy popełnili także incydent studyjny – Ballades (Ayler Records, 2009).




Entropy/ Enthalpy (Rouge Art, 2015). Podwójne wydawnictwo firmowane przez jednorazową formację The Turbine! (wykrzyknik stanowi część nazwy tego składu). Zapewne dla wielu fanów, silnie zapatrzonych w improwizowaną muzykę anglosaską, było to jedyne, jak dotąd, spotkanie z muzyką Duboca. Bardzo poważny zaciąg amerykański (Hamid Drake, William Parker, Harrison Bankhead) sprawia, że to najbardziej znane z nagrań naszego dzisiejszego bohatera. Znane, nie znaczy dobre. Dla mnie to wyjątkowo nierówna płyta. W wielu fragmentach gra podwójnej sekcji rytmicznej prowadzi donikąd. Są ekscytujące fajerwerki, pokazy sztucznych ogni, popisy indywidualne, tylko dobrej muzyki jak na lekarstwo. Z tego za długiego wydawnictwa, moją uwagę przykuwa jedynie blisko 30-minutowy free jazzowy pokaz emocji, gdy kwartet dwóch basistów i dwóch perkusistów wspiera świetnym flowem, francuski saksofonista Lionel Garcin (nazwisko do zapamiętania).



Ogromne podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań !


piątek, 20 stycznia 2017

Daunik Lazro – duet współczesny, trio archiwalne plus suplement edytorski


Daunik Lazro, 71-letni francuski saksofonista, zasługuje na naszą uwagę permanentnie i byłby zapewne gościł na tych łamach niemal każdego tygodnia, gdyby nie drobny fakt, iż wydawnictwa z jego personaliami nie są zjawiskiem występującym często w faunie i florze muzyki improwizowanej.

Z tym większą radością informuję, iż znalazłem przynajmniej dwa powody, by pochylić się nad muzyką Lazro, zachwycając się przy okazji jego kunsztem improwizatorskim. Najpierw będzie to owoc bardzo świeżej współpracy z pewną pianistką, potem zaś przaśne trio z kontrabasem i puzonem, powstałe w czasach, gdy Pan Redaktor uczęszczał był do liceum, a w kraju nad Wisłą niepodzielnie panował kult czerwonego, a także … zielonego koloru.

Naszą dzisiejszą opowieść zakończy nagranie z równie zamierzchłej epoki, co prawda bez Daunika Lazro, ale za to z udziałem muzyków, którzy wraz z saksofonistą popełnili w/w trio. A wszystko to w ramach inicjatywy wydawniczej Fou Records, która wyprodukowała te trzy krążki.


Marquerite d’Or Pale

Saksofonistę (tenor i baryton) i jego rodaczkę, pianistkę Sophie Agnel, spotykamy na koncercie w… Moskwie. Centrum Kultury DOM, które onegdaj gościło choćby kwartet Anthony’ego Braxtona, to miejsce owego spotkania, zaś czerwiec ubiegłego roku – atrybut czasu. Muzycy rejestrują materiał z oklaskami, który podzielony na sześć fragmentów, opatrzonych tytułami, trafia dziś do nas za pośrednictwem Fou Records. Podpisany dwojgiem imion i nazwisk, dysk zwie się Marquerite d’Or Pale (2016).




Avec Ki. Od progu tej opowieści narracja jest niezwykle wyważona i prowadzona w formie bardzo swobodnej i nieśpiesznej wymiany zdań. Choć pianistka lubi trochę na starszego kolegę nakrzyczeć, a jego baryton nie unika interpersonalnej szorstkości, to nie musimy w trakcie odsłuchu tego nagrania obawiać się negatywnej reakcji otoczenia, które nie rozumie, na czym polega fenomen muzyki spontanicznej. Agnel ewidentnie dobrze czuje się w minimalistycznej estetyce Johna Tilbury, hołubi ten specyficzny rodzaj ekspresji, ale do sonorystycznych batalii z zawsze groźnym Lazro jest doskonale przygotowana.

Avec Ka. Fortepian brzmi tu niczym lekko niedostrojony klawesyn. Tenor pięknie szoruje po jego czarnej glazurze. Połysk gwarantowany! Narracja wciąż w tempie mistrzów minimalizmu i entuzjastycznego wycofania, ale gęsta i ewidentnie bez pustych przebiegów (Lazro!).

Cat’s Shoe. Okazuje się, że dźwięki można dobywać z instrumentu w jeszcze wolniejszym tempie. Muzycy prawie nie dotykają swoich instrumentów. Lazro jest subtelny i odrobinę zalotny, Agnel skupiona na pojedynczych mikrodźwiękach, przezornie nie zwraca na niego uwagi. Niespodziewana, acz drobna eskalacja emocji, jest smakowicie pieprzna i nawet trochę hałaśliwa.

Ma-Ox-An. Sonorystyka najwyższego lotu! Sophie poleruje struny, drga, rwie dźwięki i trwa w swoim akustycznym spektrum, niczym duet AMM razem wzięty. Daunik oplata ją – pająk w zalotach – modularnym tripem, mając ciszę za sprzymierzeńca (z gardła dobywa chrobot, jako element wspierający ekspresję wypowiedzi). Dopada nas szczypta agresji i kolokwialnej dysharmonii. I trafna konstatacja recenzenta - podstawową metodą twórczą tego duetu jest aktywne skupienia się na niuansach dźwiękowych i ich współzależności przestrzennej.

Bbystro! Rozwichrowanie, chaos, dym, ogień i krew! Niepokojący, ponadnormatywnie dynamiczny fragment, który skutecznie rujnuje nostalgiczny nastrój tej improwizacyjnej bitwy. W mniej niż 4 minuty muzycy przebiegają więcej kilometrów, niż w trakcie pozostałych pięciu części. Lazro ponownie zgłasza akces do panteonu najwybitniejszych współczesnych saksofonistów free improv.

Ochi Chornye. Finałowym fragmentem wracamy do tempa narracji, wyznaczonego w odcinkach 1-4. W środkowej części muzycy wpadają na moment w niezobowiązujący galop (zwinna palcówka na klawiszach vs. zdzieranie dna tenoru). Dość szybko dopada nas cisza, która wybrzmiewa gromkimi oklaskami.


Enfances 8 janv. 1984

Tytuł płyty wskazuje precyzyjnie, kiedy powstało nagranie, o którym teraz nakreślimy kilka zwinnych epitetów. Zatem cofamy się w czasie o prawie 33 lata i miękko lądujemy w paryskim Teatrze Dunois. Na scenie Daunik Lazro, dobywający dźwięk z saksofonu altowego (to jego ulubiona maszyna onegdaj!), Joëlle Leandre z kontrabasem (i głosem!), a także George Lewis, zasadniczo na puzonie, odpowiedzialny także za inne zabawki dźwiękowe. Całość improwizacji podana nam zostaje w dziesięciu odcinkach i potrwa blisko godzinę. Wydawnictwo Fou Records zwie się Enfances 8 janv. 1984, a jest z nami w tej formie edytorskiej od roku ubiegłego. Istotne zastrzeżenie – blisko 21 minutowy wyciąg z tego koncertu wydany był już wiele lat temu na podwójnym winylu Sweet Zee (hat ART, 1985), firmowanym jedynie nazwiskiem saksofonisty (poddany krytycznej i entuzjastycznej egzegezie na Trybunie, bodaj w czerwcu 2016).




Na owe dziesięć utworów składa się siedem improwizowanych miniatur (niektóre nieznacznie przekraczają 1 minutę) i trzy dłuższe epizody, z których jeden – blisko 20 minutowy – stanowi kluczowy fragment płyty nie tylko w wymiarze czasowym, ale przede wszystkim artystycznym.

Odcinki krótkie zaliczyć można do muzyki improwizowanej w edycji… kabaretowej. Humor, groteska, delikatnie francuski posmak i feeling, trochę zabawy w dźwięki z łazienki (patrz: instrumentarium Lewisa). O ile Lazro trzyma tu fason i dmąc w alt zdecydowanie bliski jest konkretu, o tyle Leandre i Lewis świetnie się bawią (publiczność chyba też), a wokalne popisy kontrabasistki mają wręcz wodewilowy wymiar -  rozmowy, dialogi, przekomarzania, żarty i podszczypywanie. Narracja jest rwana, cząsteczkowa i nie w każdym fragmencie łechta ego wymagającego recenzenta. Prawdziwie krwisty kawałek free improv trafia do nas dopiero w trakcie dwóch najdłuższych części koncertu (które przy okazji stanowią jego środkową część). W trakcie wielominutowych improwizacji muzyka tego tria ewidentnie zyskuje na wartości. Doskonale odnajduje się wtedy Lazro, pięknie i jakże precyzyjnie improwizuje Lewis (przypominają się jego ekscytujące improwizacje w kwartecie Anthony’ego Braxtona z drugiej połowy lat 70.), Leandre rzeźbi swoje najlepiej jak umie (a umie wszystko!), jej zadęcie operowe ma dramaturgiczny sens i jest po prawdzie ekstremalnie piękne w każdym wymiarze (niczym na LP Paris Quartet, także z udziałem Lazro, płycie z tego samego okresu).

Koncert jako całość, to jednak trochę przysłowiowy groch z kapustą. Momenty ekscytujące, przeplatane są chwilami zawieszenia narracji, oczekiwania na mannę z nieba, która jednak nie opada. Gra i zachowanie Leandre jest wręcz brawurowe. Jej pewność siebie na scenie budzi szacunek, ale nie stanowi chyba dobrej przywary w tym gatunku i nie podnosi artystycznej wartość nagrania. Lewis, otoczony zabawkami dźwiękowymi, przypomina Misia Yogi na parkowej wycieczce. Na tym tle absolutną gwiazdą koncertu jawi się Lazro – zachwyca techniką gry, wyobraźnią improwizatorską, wspaniałym, szorstkim i matowym brzmieniem instrumentu.

Wieńcząc odsłuch płyty stosowną refleksją, nie sposób nie usłyszeć, iż zaprezentowany, blisko godzinny koncert jest oczywiście wspaniałym dokumentem z epoki, ale jeśli mielibyśmy zachwycić się nim od pierwszej do ostatniej minuty, winien zostać poddany krytycznej selekcji (nożyczki!). Wydaje się, że w rozmiarze winylowym byłaby to doskonała płyta.


28 Rue Dunois Jullet 1982

Cofnijmy się o kolejne kilkanaście miesięcy. Jest lato 1982 roku, ponownie (?) gościmy na deskach paryskiego Teatru Dunois. Znów Joëlle Leandre (kontrabas, głos) i George Lewis (tylko puzon!), do których dokooptowano na kilka koncertów creme de la creme europejskiego free improv, czyli Dereka Baileya (gitara) i Evana Parkera (saksofon tenorowy i sopranowy). Od dwóch lat jest z nami dokumentacja tych muzycznych incydentów, w postaci dysku 28 Rue Dunois Jullet 1982 (Fou Records, 2014), firmowanego nazwiskami muzyków, ułożonymi w kolejności alfabetycznej. Do naszych uszu docierają dwa rozbudowane sety (pierwszy, trzyczęściowy – 36 min, drugi, dwuczęściowy – 42 minuty).

Wszelkie atrybuty piękna improwizacji, jakie zwykliśmy przypisywać tej czwórce muzyków na przestrzeni dziesięcioleci, tu, w trakcie tych prawie 80 minut muzykowania, odnajdują swoją rację bytu. Bailey improwizuje zarówno akustycznie, jak i elektrycznie (nawet częściej), Leandre kreuje niskie częstotliwości z gracją skowronka (udziela się także wokalnie – klasa światowa!), Lewis dmie w wielki puzon z precyzją znaną z kwartetu Braxtona (znów!), zaś Parker częściej sięga po sopran i używa go na sposób, który szybko kieruje nasz zmysł kojarzenia na najlepsze nagrania Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa, z jego właśnie udziałem.




O ile set pierwszy toczy się na ogół w żwawym tempie i raczy nas co chwilę perełkami kooperacji, czynionymi na wysokim poziomie wzajemnej empatii, o tyle set kolejny zaczyna się… niezwykle spokojnie, niemal na pograniczu ciszy, a marszrutę improwizacji drążą jedynie instrumenty Baileya i Parkera. W pamięci od razu wyświetlają się nam obrazy wszystkich ich duetowych spotkań, które mimo bardzo szorstkiego charakteru ich wzajemnych relacji, eksplodowały na ogół genialną muzyką. Przy okazji warto zauważyć, iż większość interakcji w tej akurat zabawie w niezwykle swobodną improwizację toczy się wokół gitarzysty, on skupia uwagę pozostałych muzyków, niczym mentor i ten ze starszyzny (metrykalnie uzasadnione). W zasadzie każdy fragment rozpoczyna Bailey skromną i zdyscyplinowaną introdukcją, pod którą podłączają się nieśpiesznie pozostali muzycy. Przy czym Parker robi to z kocią zwinnością, zaś Leandre i Lewis raczej w pozycji uzurpatorów. Wszakże jako całość kwartet czyni dźwięki niezwykle zmysłowo i dalece kompatybilnie. Piękna muzyka! Dobrze, że w końcu do nas trafiła. Radości nie pomniejsza w jakimkolwiek stopniu, subdoskonała jakość dźwięku na całej płycie.

****

Fou Records, to francuski, stosunkowo młody label, założony przez … weterana francuskiej muzyki improwizowanej Jean-Marc Foussata, muzyka, kompozytora, producenta, prawdziwie szarej eminencji francuskiej awangardy kilku ostatnich dekad. Katalog wytwórni obejmuje głównie muzykę, tworzoną przez francuskich improwizatorów, a póki co, zawiera około 20 pozycji. Warty jest wszakże uważnego śledzenia, co w tym miejscu Trybuna śmiało deklaruje.

Na sam koniec dzisiejszej opowieści, wracając jeszcze do Daunika Lazro, trzeba koniecznie odnotować fakt ukazania się jego koncertu w trio z Evanem Parkerem i Joe McPhee Seven Pieces (Live At Willisau 1995) (Clean Feed Records). Dysk ten stanowi wspaniałe uzupełnienie innego koncertu tego tria, który jest z nami już od dwóch dekad – wydany przez label Vand’oeuvre bez tytułu, jedynie z nazwiskami muzyków (1996). To koncert z… tej samej trasy koncertowej, poczynionej przez trzech gigantów saksofonu w maju 1995.


Natomiast w maju roku 2016 Daunik Lazro koncertował w Słowenii wraz z Joe McPhee. Dokumentacja fonograficzna dostępna jest po tytułem The Cerkno Concert (Klopotec, 2016).


środa, 17 lutego 2016

Clean Feed - nieoczywisty wybór z katalogu wytwórni


Tony Malaby's Tamarindo Trio   Somos Agua

Tony Malaby – niebywale kompetentny saksofonista z Nowego Jorku - towarzyszy naszym free jazzowym podróżom od lat. Nie rzadko w cieniu, nie zawsze na pierwszej linii frontu. Być może nigdy nie zaliczymy go do grona geniuszy tenoru, tudzież sopranu, jakkolwiek w kaście wyjątkowo sprawnych rzemieślników umieszczamy go od dawien dawna. Tamarino to pomysł  muzykowania w trio z przyjaciółmi, na bazie wcześniej zarysowanych pomysłów na stosunkowo swobodne improwizacje (po prawdzie pierwsza edycja tej formacji dokonała się w kwartecie, z udziałem samego Wadady Leo Smitha). 



A przyjaciół Malaby ma wyjątkowych. Kontrabasista William Parker nie wymaga jakichkolwiek rekomendacji (prywatnie z ogromną radością odnajduję go świetnej formie na Samos Aqua), zaś Nasheet Waits, jego partner w dziele dopełniania muzycznej przestrzeni, precyzyjny i oszczędny drummer nieco młodszego pokolenia, niebawem także wejdzie na podobny Parkerowi poziom naszej muzycznej akceptacji. Siedem odcinków muzycznych, które śmiało umilą Wam niejedną trudną chwilę codziennej egzystencjalnej tułaczki.


Angles 9 Injuries

Pilnym słuchaczom, tudzież wnikliwym obserwatorom katalogu portugalskiego Cleen Feed nazwisko Martina Kuchena, szwedzkiego alcisty i tenorzysty jest z pewnością nieobce, być może całkiem często poświęcają oni wolne od codziennego znoju chwile na eksplorację jego muzyki. Angles to formacja, w której Kuchen realizuje się przede wszystkim jako kompozytor (wszak znamy wiele jego absolutnie free improv ujawnień). Rzeczone Angles miało już kilka edycji, ta z dodaną w tytule „dziewiątką” jest drugą. I bez zbędnych wstępów bezczelnie zaripostuję – absolutnie najlepszą! 



„Dziewiątka” nie bez kozery – za muzyczny efekt końcowy odpowiada dziewięciu instrumentalistów, w tym w większości doskonale nam znani skandynawscy muzycy. Sekcja Berthling-Werliin to baza dla zaiste rockowych peregrynacji Matsa Gustafssona pod tytułem wykonawczym Fire, trąbka Magnusa Broo towarzyszy nam do lat przy okazji piekielnie precyzyjnej mainstreamowej maszyny Atomic, a i nazwiska pozostałych Anglesów nie są nam zupełnie nieznane (łącznie dwa instrumenty harmoniczne, pięć dęciaków i sekcja – tak dla porządku). Ale do rzeczy! Jeśli lubicie jasno i sprawnie zarysowany temat (jeden z tych, który całkiem serio chcielibyście zanucić przy porannym goleniu, po upojnej nocy z najlepszą z Waszych kochanek lub kochanków), temat, który dewastowany niczym nieograniczoną wyobraźnią kompetentnych improwizatorów skutecznie zryje i przeczyści Wasze przedmóżdże, a potem pozwoli przeżyć kolejny dzień korporacyjnej śmierci za życia, to Injuries (mimo, iż tytuł brzmi złowieszczo!) sprawi, że trafiliście pod właściwy adres. Piękna płyta! Uwaga – można tańczyć, zwłaszcza przy I’ve been lied to! I koniecznie dokładnie przyjrzyjcie się czarno-białym zdjęciom na okładce i sugestywnemu liner notes samego Kuchena: Większość z nas pozostaje obok, nie idziemy, nie możemy, pozostajemy w miejscu, większość z nas pozostaje…


Peter Brötzmann / John Edwards / Steve Noble   Soulfood Available

Ostatni żyjący mohikanin free jazzu – Peter Brotzmann, 74 lata na karku - ma się świetnie i to nie jedyna dobra wiadomość, jaka dociera do nas przy okazji odsłuchu koncertu jego tria na Festiwalu w Lubljanie w roku 2013 (kolejna udana kooperacja tegoż festiwalu i portugalskiego Clean Feed). Szczęśliwie – przynajmniej  dla niżej podpisanego – Brotzmann ostatnimi czasy bardzo chętnie w trakcie swych koncertowych podróży korzysta z brytyjskiego zaciągu improwizatorów. 



To bodaj trzecia już jego płyta z udziałem sprawnego i błyskotliwego perkusisty Steve’a Noble’a (m.in. płyta w duecie), a druga z udziałem jednego z absolutnie ekstraklasowych brytyjskich basistów - Johna Edwardsa (poprzednia w kwartecie, także z udziałem wibrafonisty Jasona Adasiewicza). Sam fakt uczestnictwa w dziele Brotzmanna tak kompetentnych kompanów powoduje, iż omawiany krążek winien bezkompromisowo trafić do Waszych odtwarzaczy (a i często do nich powracać). Co prawda w grze samego Petera (tenor, alt, klarnet i tarogato) nie odnajdujemy już od dawna niczego, czego byśmy się nie spodziewali, jednakże energia serca i pot na karku naszego bohatera z racji wieku winny budzić coraz większy szacunek. I niech tak już pozostanie po kres jego dni. Koncert trwa blisko godzinę i nie ma w nim zbędnych dialogów.


Adam Lane Full Throttle Orchestra  Live In Ljubljana

Jeśli lubicie stare bopowe orkiestry, a nawet – w głębokiej tajemnicy przed rodziną i przyjaciółmi - po nocach zasłuchujecie się w prastare swingowe petardy wypuszczone spod pachy Duke’a Ellingtona, mam dla Was naprawdę dobrą wiadomość. Od dziś nie będziecie musieli kryć się z prawdziwą miłością Waszego życia, co więcej, jak każdy ponowoczesny obywatel ponowoczesnego świata będziecie mogli dygotać bioderkami przy absolutnej świeżynce. 



Czwarte ujawnienie dużego składu basisty zza wielkiej wody Adama Lane’a – Full Throttle Orchestra - da Wam tę niezaprzeczalną szansę! Bezkompromisowy, dynamiczny bas głównego bohatera (śmiało może zdzierać parkiet niczym onegdaj Bill Laswell w Kongresowej), cały czas w pełnym biegu, stosowna, motoryczna perkusja i sześć piekielnie swingujących dęciaków. Do tego sprawnie ułożone kompozycje (jest do czego tupać, jest co podśpiewać) i możemy już ruszać w szaleńczy taniec do bladego świtu. Dla koneserów i domorosłych erudytów ważna wiadomość budująca ego melomana – wśród swingmenów takie nazwiska jak Nate Wooley, Mat Bauder i Avram Fefer, a i dwie nieznane mi bliżej panny w kusych spodniczkach. Całość zarejestrowana na koncercie w Lubljanie w 2012r. Od początku do końca jest nam smakowicie i niechaj biodra wyniosą nas na wyżyny tanecznej samorealizacji. Migiem na parkiet!


Chicago / Sao Paulo Underground featuring Pharoah Sanders Pharoah And The Underground - Spiral Mercury.

Rob Mazurek, wywodzący się z New Jersey, potem osiadły w Chicago kornecista, ma w swym dorobku wiele cennych pomysłów muzycznych. Nie dalej jak dekadę temu przywrócił do świata żywych (aktywnych muzycznie) genialnego trębacza Billa Dixona (już wtedy po osiemdziesiątych urodzinach), mając za skuteczne narzędzie swój duży ansambl  Exploding Star Orchestra. Teraz jakby podobna inicjatywa. 



Zacny Pharoah Sanders, który uczył free jazzu samego Johna Coltrane’a, co prawda dobił dopiero do 75 urodzin, ale i tak mam wrażenie, że świat dawno już o nim zapomniał. A tu gra, ma się dobrze i zgrabnie znaczy tenorem potok smakowitej psychodelii z pogranicza nieśmiertelnego fussion i dekonstruowanego dobrą elektroniką kompetentnego swingu. A za ten niebywale strawny muzyczny sos odpowiada pozornie karkołomne połączenie dwóch najpoważniejszych inicjatyw muzycznych Roba spod szyldu Underground – zimą z perspektywy północnej półkuli raczej Sao Paulo, latem chyba jednak Chicago (nota bene muzyczne iskrzenie wynikające z połączenia walorów obu miast odbyło się w … pięknej Lizbonie). Całość w bardzo przystępny sposób każe nam traktować muzyczny relaks w absolutnie ponowoczesny i łechtający nasz muzyczny intelekt sposób. A zatem tylko kilka drobnych, niegroźnych społecznie wspomagaczy, a ograniczeniem dla Waszego wypoczynku może okazać się jedynie wyobraźnia.


Sophie Agnel / John Edwards / Steve Noble  Meteo

Sophie Agnel to nobliwa paryżanka, tuż u progu szóstej dziesiątki życia. Klasycznie wykształcona pianistka, która zdradziła filharmonię dla jazzu, by potem całkiem świadomie uciec w odmęty niczym nieskrępowanej swobodnej improwizacji, bo wszelkie schematy prowadzenia muzycznej narracji niechybnie zanudziłyby ją na śmierć. Dyskografii nie ma zbyt rozbudowanej, jakkolwiek nie sposób nie wskazać solowej płyty dla EMANEM Martina Davidsona, czy też drobnych incydentów w labelach nakierowanych na free improv o dalece niejazzowej proweniencji, takich jak angielski Another Timbre, czy francuski Potlatch.



A teraz powód naszej słownej tyrady na temat tej zdolnej preparatorki, skąd inąd całkiem nudnego instrumentu, jakim jest fortepian – wydane przez nasz ulubiony Clean Feed trio z genialną brytyjską sekcją John Edwards/Steve Noble (w tym miejscu nie wypada chyba przypominać dorobku obu Panów). Całość zwie się Meteo i jest muzyczną dokumentacją koncertu we francuskiej Miluzie w roku 2012 (tamtejszy festiwal muzyki improwizowanej zwie się … Meteo). Absolutnie swobodna improwizacja na preparowany fortepian (jeśli Sophie używa instrumentu w bardziej tradycyjny sposób, blisko jej do minimalistów, by przywołać choćby Johna Tilbury, który jednym dźwiękiem potrafi wzniecić niejeden improwizatorski pożar namiętności), kontrabas (często traktowany smyczkiem) i perkusjonalia (bardziej one niż przywołane w opisie „drums”). Choć mężczyźni są tu w przewadze, nieprzerwany ciąg improwizacji bywa momentami niezwykle subtelny (ale jak trzeba, hormony buzują, a Sophie potrafi pokazać tygrysią naturę). Nie sposób przejść obok tej muzyki bez należytej atencji. Chciałoby się słuchać wiecznie, choć wszyscy wiemy, że nie ma nic gorszego niż niekończące się, przegadane improwizacje. Tu nie mamy na to szans, bo w 39 minucie tej fascynującej płyty odtwarzacz nie jest chętny na kontynuowanie współpracy. Koniec koncertu…. Jaka szkoda! Odpalamy – bez zbędnej zwłoki - pod nowa….


Lotte Anker / Rodrigo Pinheiro / Hernâni Faustino  Birthmark

Nie pierwszy w ostatnim zestawie moich recenzji dla multikulti bloga, uroczy trójkącik „Pani kontra Dwóch Panów”. Po batalii o Kanał La Manche (patrz: Meteo), tym razem nieco wyciszona, drobna potyczka duńsko-portugalska. Ze stosunkowo spokojnym tembrem saksofonu Lotte Anker spotkaliśmy się już niejednokrotnie (zabawne, mimo to ciągle przekręcam jej imię i nazwisko – niech mi wybaczy ta subtelna córa Króla Duńskiego), panów znad Tagu też znamy nienajgorzej, wszak to fortepian (Rodrigo Pinheiro) i kontrabas (Hernani Faustino) nie bez kozery hołubionego RED Trio. Choć Lotte zdecydowanie lubi trójkąty z przystojnymi Panami (kilka ekspresyjnych ujawnień z amerykańskimi tuzami free - Tabornem i Cleaverem), to spotkanie jest ich pierwszym opublikowanym nagraniem (pewne studio w uroczej Lizbonie). 



Jeśli spodziewacie się zabójczych eskapad free improv w stylu przywołanego RED Trio, możecie poczuć się nieco zawiedzeni, jeśli jednak wolicie nieśpiesznie cieszyć ucho pełnymi koncentracji rozmowami trzech dobrze zestrojonych instrumentów akustycznych, bezwzględnie trafiliście pod dobry adres. Lotte nie lubi iść na skróty, Rodrigo i Hernani też wolą barwnie coś dopowiedzieć, iż skwitować kobiece zaloty sążnistym parsknięciem. Wyjątkowo dobrze się tego słucha, a snuć niezobowiązujące fantazje można w zasadzie bez ograniczeń.


Bruno Chevillon / Tim Berne   Old and Unwise

Nie czas to i miejsce właściwe dla tego, by czytelnikom tego bloga uzmysławiać, jak ważką postacią dla współczesnej muzyki improwizowanej jest nowojorski alcista Tim Berne. Wszakże Ci, którzy tego sobie jeszcze nie uświadamiają, niechże od tego momentu będą pewni, iż próżno na światowym firmamencie potęg saksofonu altowego szukać postaci bardziej wyrazistej i charakternej. Rozpoznawalny po pierwszej frazie, zadziorny i dalece niepokorny wojownik zgrabnego instrumentu dmuchanego, drewnianego. Zapewne to właśnie wyżej wymienione cechy jego osobowości spowodowały, iż u progu siódmej dziesiątki życia jego dyskografia nie jest bardziej rozbudowana. Ale zapewniam - perełek w niej pełno, szukajcie zatem Drodzy Przyjaciele dowodów na tę tezę przy pomocy globalnej sieci i paru zaprzyjaźnionych sklepów!  



Jedną z owych perełek niech będzie ten skromny duet z francuskim kontrabasistą Bruno Chevillonem (nazwać go sidemenem byłoby dalece niestosowne, ale po prawdzie dokonań pod własnym nazwiskiem nie posiada, a historycznie winniśmy go kojarzyć głównie z dokonaniami Louisa Sclavisa). Płyta o frapującym tytule „Starzy i Głupi/Niemądrzy” jest trochę jak dobrze schłodzone, czerwone, zdecydowanie wytrawne wino, z odrobiną siarczyn dla podtrzymania trwałości smaku. Nie każdej damie, nie przy każdej okazji warto zaproponować, ale z lekko przeintelektualizowaną panną w średnim wieku, z ambicjami dorównania Waszemu ego idźcie śmiało, a traficie bez pudła. Oczywiście nasz bohater z Nowego Jorku nagrał dziesiątki lepszych płyt, ale – co ciekawe – próżno wśród nich, zwłaszcza w ostatnim 20-leciu, znaleźć nagranie z użyciem kontrabasu (niezależnie od ilości współpartnerów). A zatem jeśli do tej pory jeszcze nie zrozumieliście moich drobnych aluzji – koniecznie posłuchajcie tej płyty!!!


Trumpets and Drums [Nate Wooley / Peter Evans / Jim Black / Paul Lytton]  Live in Ljubljana

Tytuł tego dalece udanego wydawnictwa ostentacyjnie mówi nam wszystko o instrumentarium użytym do nagrania, jak i okazji jego rejestracji. Dlatego niech rola recenzenta sprowadzi się do niuansów czysto dramaturgicznych, jak i drobnego resume w przedmiocie podmiotów lirycznych tego wydarzenia artystycznego. A zatem „Trumpets and Drums” to muzyczne zderzenie dwóch bodaj najciekawszych trębaczy tak zwanego młodego pokolenia rodem z Ameryki (Wooley i Evans), z nieco starszymi kolegami perkusistami, z czego jednego umieścimy w kategorii wieku średniego (Black), drugiemu zaś zdecydowanie przypiszemy status weterana (Lytton). Panowie nie konfrontują się nadmiernie, nie ma tu czterech narożników ringu, na którym gęsto leje się krew. Są udane próby dialogów i konstruktywnej kooperacji, a całość jest ewidentnie improwizowana bez śladu jakichkolwiek artystycznych uzgodnień przed wejściem na scenę Festiwalu w Lubljanie w roku 2012. By dopełnić sonorystyczny wymiar tego nagrania dodam, że Wooley używa wzmacniaczy do swej trąbki, zaś Black dodaje do swych igraszek perkusyjnych szczyptę elektroniki. 



Całość niespiesznie trwa blisko godzinę, a przez edytora została podzielona na „Początek” i „Zakończenie”. Niechybnie wypada koncert tego kwartetu odnieść do licznych spotkań pary Lytton/Wooley, także często dokumentowanych na płytach (Psi, No Business, Clean Feed). Słoweński incydent zasadniczo wpisuje się w idiom skąd inąd doskonałych ujawnień w/w duetu, ale jeśli miałbym łyżkę dziegciu wetknąć pomiędzy szpary w zębach naszych ulubionych trębaczy, to rzekłbym, że w momentach bardziej dynamicznych ujawnia się delikatny dramatyzm muzycznych pomysłów Jima Blacka. To jednak nie jest muzyk formatu pozostałych kolegów z kwartetu. Choć być może Ci z Was, którzy w czystym free improv dostrzegają pewne mankamenty, przy dynamicznych i cokolwiek rytmicznych  pasażach Blacka (wspomaganych silnie elektroniką) z lubością wykrzyczą: „Nareszcie coś się tu dzieje!”. Poprzestając na tej drobnej ambiwalencji polecam Trąbki i Perkusje oczywiście do permanentnego odsłuchu.


Mark Dresser Quintet  Nourishments

Powiedzieć o Dresserze, że jest jednym z najwybitniejszych współczesnych kontrabasistów jazzowych, to jakby nic nie powiedzieć. A zatem by nie popełnić w tym miejscu zbyt obszernej epistoły, dodam jedynie, że Marc Dresser przez pełną dekadę był członkiem bodaj najważniejszego working bandu Anthony’ego Braxtona (przy udziale Marylin Crispell i Gerry’ego Hemingwaya), który w latach 1985-95 doprowadził formułę improwizującego kwartetu na skraj geniuszu absolutnego (posłuchajcie choćby ostatnio wznowionego koncertu z Santa Cruz, 1993). Dresser ma w dorobku także wiele autorskich płyt, a ta przywołana w preambule recenzji jest tego cennym przykładem. Dla tych z Was, którzy lubią precyzję wypowiedzi, ład i porządek w procesie improwizacji „Nourishment” będzie ucztą niebywałą. 



Otóż bowiem do realizacji całkiem zgrabnie skomponowanych utworów Dresser dobrał wyjątkowo kompetentnych współtowarzyszy – na nowojorskiej scenie downtown od lat ich nazwiska zaspakajają apetyty najbardziej wybrednych jazzfanów. A zatem Rudresh Mahanthappa na alcie (znam bardziej szalonych saksofonistów, ale ten jest za to nad wyraz stylowy), Michael Dessen na puzonie, Denman Maroney na hyperpiano, no i last but not  least dwie perkusyjne potęgi tamtej sceny – Tom Rainey i Michael Sarin (grają wymiennie). Muzycy demokratycznie dzielą się swymi niewyczerpanymi pokładami ekspresji w żmudnym procesie transpozycji zamysłów kompozytorskich Dressera. Siedem kompozycji lidera (jedna wspólna z saksofonistą), sprawny aparat wykonawczy, precyzyjne i niepozbawione uroku improwizacje. Czegóż chcieć więcej w upalny wieczór, po ciężkim dniu stawiania oporu zgrzebnej codzienności? Być może nie jest to najbardziej odkrywcza płyta ostatnich lat, ale fakt ten nie wyklucza całkowicie bezpretensjonalnej przyjemności z słuchania tej muzyki, czego wszystkim jej nabywcom życzę.

Teksty powyższe powstały specjalnie dla bloga Multikulti Projekt i tamże zostały zamieszczone w roku 2015.