Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szilárd Mezei. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szilárd Mezei. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 lipca 2023

Mezei, Csanyi & Trilla! Look In To My Eyes, I​’​m Watching You!


Fundacja Słuchaj zaprasza na długą, swobodnie improwizowaną podróż po bezdrożach Serbii i Węgier. Skrzypce, kontrabas i zestaw perkusjonalnych świecidełek, to narzędzia dźwiękowe tejże przygody. Spędzimy ją w towarzystwie doskonałych instrumentalistów, których znamy i szanujemy z przeróżnych okazji, zatem radość i metafizyczny niemal spokój ducha będą z nami od pierwszej do ostatniej sekundy. Jeśli macie wolne prawie dwie i pół godziny, nie możecie ich lepiej spożytkować.

Koncertowy album zawiera nagrania z czterech koncertów – trzech serbskich, jednego węgierskiego. Mieści w sobie cztery rozbudowane, wielominutowe improwizacje i cztery krótsze, które być może stanowiły bisy lub są ekstraktami z pozostałych części danego spektaklu.



Pierwszy koncertowy epizod trwa prawie dwa kwadranse i zdaje się konsumować wszelkie walory improwizacji w trio skrzypce-kontrabas-perkusjonalia. Swobodne ślizgi po gryfie Mezeia, kontrabasowe stemple pizzicato i długie smugi smyczkowego wzdychania Csynyia, wreszcie armia dźwięków, jakie generuje Trilla moszczący się w swym umiarkowanie rozbudowanym siedzisku perkusjonalisty. Narracja bywa tu gęsta, ale nie przestaje być zaskakująco frywolna, czasami pachnie post-jazzem, innym razem kłębi się w chmurze post-kameralnej zadumy. Każdy wątek narracyjny stwarza tu mnóstwo przestrzeni dla każdego z artystów, z czego szczególnie chętnie korzysta perkusjonalista, którego umiejętność budowania z drobiazgów efektownej i emocjonalnej narracji znamy przecież doskonale. Ów hipisowski spleen sprzyja tu niemal każdej sytuacji dramaturgicznej. Zdaje się, że najpiękniej bywa, gdy skrzypce urokliwie, niemal post-folkowo śpiewają, smyczek na gryfie kontrabasu trzeszczy, a Trilla łączy oba wątki kolejnym capstrzykiem cudów na werblu. Muzycy równie dobrze radzą sobie w momentach ekspresyjnych spiętrzeń, gdy niezwykle im blisko do free jazzu, ale ten scenariusz realizują stosunkowo rzadko. Chętniej uciekają w bezmiar spokojnych, rezonujących fraz. Dwie kolejne improwizacje stanowią dogrywkę do seta pierwszego, trwają po sześć minut z sekundami. Pierwszą wypełnia kameralny smyczek, dronowe szumy perkusjonalii i ogromne połacie dramaturgicznej ciszy. W części kolejnej dominuje echo, rezonująca przestrzeń i skrzące się w tej fonicznej aureoli plejady post-akustycznych short cuts. Na koniec ceremoniał gongów przekształca się w filigranowe tango.

Czwartą i piątą część dysku wypełnia muzyka z kolejnego koncertu. Najpierw wielominutowy set zasadniczy, który w fazie początkowej wydaje się całkiem dynamiczny i ekspresyjny w kontekście całości albumu. Rozśpiewane skrzypce, wielowymiarowy drumming i kontrabas, który rzewne arco po czasie porzuca dla jurnego pizzicato. Improwizacja ma tu wyjątkowo urokliwą sekwencję środkową, skupioną na frazach preparowanych i drobnych dialogach w podgrupach. Końcowa część nagrania, to powrót do post-jazzowego frazowania, wypełniony śpiewem skrzypiec i fantastycznym tłem budowanym perkusjonalnym rezonansem. Ostatnie dźwięki, to z kolei post-kameralna retoryka smyczków. Dogrywka drugiego koncertu budowana jest na dużej wysokości. Przypomina beztroski taniec swobodnych smyczków, bogacony uderzeniami small sticks.

Trzeci koncert relacjonują także dwie odsłony, długa i nieco krótsza. I znów wstępna faza improwizacji jest dalece dynamiczna. Dużo w niej emocji, energii i pewnej masywności, także w brzmieniu wszystkich instrumentów. Po niej toniemy w kłębowisku szumów, z których muzycy dość sprawnie przechodzą w niezwykle piękny strumień rzewnych, melodyjnych stepów pogrzebowych. Szybki powrót do post-jazzu i efektownych dźwięków preparowanych, realizowanych na sporej dynamice, daje improwizacji dużo dobrych emocji, które po kilku chwilach gasną rezonującą post-akustyką. Druga część budowana jest na ogół krótkimi interakcjami. Strunowce niezobowiązująco rozmawiają, a perkusjonalia rozpościerają wokół nich mgłę onirycznych, tajemniczych fonii.

Ostatni koncert zawarty w omawianym dwupaku ma nieco inną specyfikę. Pierwsze kilkanaście minut muzycy spędzają w dramaturgicznym letargu. Kameralne oddechy, rezonujący ambient i drobne post-dźwięki z obu gryfów. Owa mantra tłumionych emocji nabiera tempa po wielu pętlach, w których nie brakuje solowych ekspozycji, co nie było regułą poprzednich koncertów. W połowie nagrania Mezei przesiada się na fortepian, a narracja nabiera prawdziwego jazzowego wigoru. Końcowa faza koncertu, to solowa ekspozycja kontrabasu, post-folkowe zaśpiewy skrzypiec i rezonujący orszak perkusyjnych talerzy.                                                 


Szilard Mezei/ Zoltan Csanyi/ Vasco Trilla Look In To My Eyes, I’m Watching You (Fundacja Słuchaj!, 2CD 2023). Szilárd Mezei – skrzypce, fortepian (ostatni utwór), Zoltán Csányi – kontrabas oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Nagrania koncertowe z czterech lokalizacji: KC Lab, Nowy Sad, RCA, Magyarkanizsa, Samo Pivo, Subotica (wszystko Serbia) oraz Korzó Zeneház, Szeged (Węgry). Łącznie osiem improwizacji, 143 minuty.


*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, jakieś kilka tygodni temu

 

piątek, 26 maja 2017

Szilárd Mezei! Marina Džukljev! Vasco Trilla! – Still Now! Do We Still? Yes! Yes! We Still!


Czas i miejsce zdarzenia: ostatni dzień września i pierwszy dzień października 2016, Nowy Sad, Serbia. Brak szczegółowych danych. Nagranie sprawia wrażenie, iż powstało w okolicznościach studyjnych.

Ludzie i przedmioty: Szilárd Mezei – altówka, Marina Džukljev - fortepian, Vasco Trilla – perkusja i perkusjonalia.

Co gramy? Free improvisation, all music by the musicians, everything what you want…

Efekt finalny: siedem fragmentów z tytułami, godzina i jedna minuta nagrania, od kilku tygodni dostępne w formacie CD pod tytułem Still Now (If You Still) (FMR Records, 2017). Tytułem wykonawczym są wymienieni z imienia i nazwiska muzycy, ustawieni w kolejności, jak w tytule dzisiejszej opowieści.




Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

The Place Of No Escape. Bez wątpienia jesteśmy w Serbii, zatem w miejscu, z którego nie da się uciec lub jest to prawie niemożliwe. Vasco i jego wielki, tłusty wibrator perkusyjny uruchamiają spiralę improwizacji. Akordy Mariny dodają jej niezbędnej pikanterii – są dobitnie, mało subtelne i smoliste. Szilard poleruje struny, przygotowuje się do efektownego wejścia w miazgę interakcji. To pianistka gra pierwszą separatywną ekspozycję dźwiękową tego wieczoru. Wszyscy muzycy brzmią soczyście i elegancko. Narracja jest zwinna, chytra, niespokojna. Ekspresyjne szaleństwo na trzy głosy wieńczy pierwszy odcinek tej przygody.

Not True Still Now. Dynamicznie, z furią, w permanentnym zwarciu. Pełnokrwiście, symbiotycznie, a nawet hałaśliwie. Feeria barw, ekstremalnie czystych brzmień. Altówka iskrzy akustycznymi zadziorami, jest delikatnie przybrudzona, niewoskowana, acz odrobinę ckliwa. Fortepian zdaje się być nieco klasyczny w brzmieniu, ale na swój sposób szorstki. Perkusja zrywa kurz z zakamarków pomieszczenia i jest ekspresyjnie rockowa. Krwawy kolektywizm, w którym nikt nie ustępuję choćby na krok. Free as fuck! W trakcie finałowego wyciszenia Marina brzmi wręcz chopinowsko i jest niezwykle precyzyjna, a Vasco zakręcony jak pozytywka. Tytułowy fałsz nie kłuje po oczach.

Fox. Muzycy stają na baczność. Są stanowczy, zdeterminowani, pewni swego. Narracja jest dynamiczna - mocny chwyt instrumentów, silne uderzenia. Poziom adrenaliny powyżej stanu alarmowego, bez zbędnych subtelności i konwenansów, tylko na temat i ku słońcu. 200% demokracji, kreacji, prokreacji, dewiacji… Szilard i Marina niczym węgorze w podgrzanym stawie. Vasco stawia stemple i wyznacza trasę ich eskapady. Lis przebiegły!

Still Now (If You Still). Czas na nanosekundę relaksu. Szczypta sonoryzmu (Marina!), niezobowiązujące call & response. Vasco skrupulatnie sprawdza gramaturę swoich talerzy (jest OK!). Ten spokój jest jednak pozorny, bo eskalacją czuć w powietrzu, jak moczem niewykastrowanego kocura. Rozkołysane free improv z niewielką dozą mrocznej zadumy. Marina preparuje na ostro od pierwszej sekundy tytułowej historii. Szilard ślizga się po strunach, jak na deskorolce z uszkodzonym hamulcem. Pyskówki, zadziory, krew na podłodze, mokre plamy, trochę wysuszonej spermy. Altówka odpala paletę zjawiskowych fajerwerków, jest energetyczna, zdolna do wszystkiego, ocieka potem. Jakby Ayler wziął ją w objęcia i zbyt mocno przytulał. Orgazm multiplikowany, no i dzwonki na wybrzmienie. Uff….




Because Homework. Szilard preparuje altówkę, próbuje ją uspokoić po finale poprzedniego numeru. Jest diabelnie semicki w dotyku. Piano czyste jak łza, smutne i szkliste. Jakby cała Serbia opłakiwała ostatnie 25 lat historii bałkańskich, która nie mają w repertuarze udanych grymasów twarzy. Vasco milczy jak grób. Tylko świece zapalił. Krople smutku mają wielkość strusich jaj. Uroczy pasus! Vasco zaczyna rezonować na dużym pogłosie. Zupełnie dla niepoznaki, poleruje krawędzie, jest skupiony jak saper. Marina i Szilard są na granicy akustycznej ekstazy, zdobiąc siniakami na łokciach najpiękniejszy fragment tej płyty. Wspomnienia, jak zadanie domowe. Każdy musi je odrobić.

The Place Of Hope. A jednak… istnieje jakieś miejsce nadziei.  Altówka wychodzi na front, piano preparuje, perkusja czyni incydenty na obwodnicy. Krwista wymiana poglądów na nieznany bliżej temat. Trochę wzajemnego siłowania się z ulotną materią improwizacji. Narracja nawarstwia się jak kretowisko. Marina stempluje teren swoim płynem menstruacyjnym.

Escape, Of Course. Na finał potrzeba aż tuzina minut. Bo jest i okazja do … ucieczki, oczywiście. Znów od frontu, zwinna, nieco wulgarna eskalacja free! Energia ściekająca z gryfu altówki zmiata całe Bałkany ze zbrukanej ciepłym potem mapy Europy. Galopada, co się zowie! Gęste, krzyżowe, baa, ukrzyżowane interakcje. Sto dźwięków na sekundę. Rytm i upiorna melodyka. Marina gra motyw przewodni Magazynu Pegaz sprzed 30 lat… Szilard zawodzi, jak ustrzelony lis, Vasco jest czujny i ckliwy, niczym nietoperzyca, pozbawiona prawa do cieczki. Frazy altówki są pokrętnie słodkie, zwłaszcza na tle ordynarnych pasaży fortepianu i multifonicznych perkusjonalii. Muzycy chcieliby umrzeć, ale nie potrafią. Finał pieśni dopada ich tak zwinnie, w niezauważalny wręcz sposób, że nawet nie mają śmiałości protestować. Jakże naturalny jest ten proces. Rytm! Rytm! Rytm! Upalony, psychodeliczny, rezonujący.

Z kajetu recenzenta, tuż po wybrzmieniu ostatniego dźwięku: czyste, żywe, bolesne i szczere. Cztery synonimy piękna. Four synonyms of beauty.