poniedziałek, 30 września 2019

Webster, Trilla & Dymny! Oleszak & Turner! Spontaneous Live Series and its new editions!



Koncertowa seria wydawnicza, realizowana przez Trybunę Muzyki Spontanicznej pod nazwą własną Spontaneous Live Series, została zainaugurowana wiosną bieżącego roku płytą o numerze katalogowym 001 – Witold Oleszak with Luis Vicente and Vasco Trilla Live at 1st Spontaneous Music Festival. Kilka redakcyjnych słów o jej zawartości można sobie przypomnieć dokładnie w tym miejscu.

Nagranie powyższe wspominało pierwszą, majową edycję Festiwalu w roku 2018. Już w najbliższy czwartek startuje edycja trzecia, nazwana New Wave Of Impromptu, a w tej właśnie chwili przypomnimy sobie … edycję drugą, która pod nazwą własną Drumming Now! odbyła się w listopadzie 2018 roku. Pomogą nam w tym kolejne płyty serii koncertowej, pod numerami 002 i 003. Poniżej garść redakcyjnych impresji na temat obu płyt. Informujemy, że autor niniejszego tekstu oraz strony, którą właśnie wybraliście w wyszukiwarce internetowej, jest ich wydawcą, zatem czytacie i słuchacie na własną odpowiedzialność, najlepiej po … uprzednim zakupieniu obu krążków. Od czwartku w poznańskim Dragonie, a w piątek także w Pawilonie, będzie to zresztą fizycznie możliwe.




Colin Webster & Vasco Trilla with Michał Dymny Live at 2nd Spontaneous Music Festival (Spontaneous Live Series 002, CD 2019). Credits: Colin Webster – saksofon altowy, Vasco Trilla – perkusja i perkusjonalia, w drugim secie także Michał Dymny – gitara elektryczna. Łącznie 53 i pół minuty, zarejestrowane w Dragonie 9 i 10 listopada 2018 roku.

Set pierwszy – duet. Suche oddechy saksofonu, a w tle test sprawności zestawu perkusyjnego – swawolne rozpoznanie walką, rodzaj łaskotania po piętach, znaczą pierwsze w życiu spotkanie sceniczne Szkota i Katalończyka. Na złapanie wspólnego, free jazzowego flow potrzebują ledwie kilkudziesięciu sekund. Zegar dobrej dynamiki bije równomiernie. Galop, wilczy taniec altu w powłoce wielowymiarowego drummingu staje się faktem już po 120 sekundach. Pierwszy break for silence ma miejsce po 7 minucie – zmysłowy rezonans talerzy i cisza na samym dnie tuby. Szelest małych robaczków Trilli brzmi tu niczym wystrzał armatni. W połowie seta swoje bystre solo ma alt, po czym, już z pomocą perkusji, obaj artyści budują nowy, gęstszy strumień dźwięków. Nabierają mocy z błyskiem w oku. Jeszcze tylko kilka istotnych zmian w tempie narracji i set dobija do ostatniego dźwięku.

Set drugi – trio. Na wejściu garść preparacji gitary i saksofonu. Małe frazy, rezonans talerzy – mgława, ale zmysłowa rozbiegówka. Kind of impro ambient! Wątek buduje Dymny, koledzy lepią się do niego, niczym stado szarańczy. Dobra akcja jest ich udziałem niemal po ułamku sekundy. Po 4 minucie woda już wrze w kociołku! Zadziorny alt, mocny drumming i półrockowa gitara, która za moment - po drobnym uspokojeniu - złapie pomiędzy strunami siarczyste pasma dubowej psychodelii. Kolejną fazą seta jest budowanie onirycznego klimatu – Vasco uruchamia armię swoich małych przedmiotów, Michał szuka drugiego dna pudła rezonansowego, a Colin pływa ze śpiewem na ustniku po nieboskłonie kamienicy. Barokowe bogactwo! Po 13 minucie sekwencja dramaturgiczna zdaje się zakreślać pętlę. Zmysłowe small talks w podgrupach mroku i ambientu, psycho przestery na kablach, błysk talerzy. Po czasie dobry moment na free jazzową kipiel odnajdujemy w duecie gitary i saksofonu. Vasco powraca mocą swych perkusjonalnych świecidełek, a finał seta osiąga gęstość ciekłego ołowiu.




Witold Oleszak & Roger Turner Live at 2nd Spontaneous Music Festival (Spontaneous Live Series 003, CD 2019). Credits: Witold Oleszak – fortepian, preparowany fortepian, Roger Turner – perkusja i perkusjonalia. Łącznie niespełna 33 minuty, zarejestrowane w Dragonie 10 listopada 2018 roku.

Delikatny stukot młoteczków fortepianu, które z mozołem szukają głęboko umieszczonych strun. Posępna cisza uśpionych klawiszy. Po prawej stronie przestrzeni fonicznej trwa sprawdzanie gramatury skromnego zestawu perkusyjnego. Małe kroki, krótkie koincydencje dramaturgiczne. Mrok i precyzja każdego ruchu. Muzycy brną ku słońcu, niczym saperzy na polu minowym. Nie przeszkadza im to sukcesywnie rozgrzewać muskuły i zmysły kreacji. Oleszak preparuje i rezonuje, Turner z kocią zwinnością dba o niuanse brzmieniowe i narracyjne szczegóły. Nic tu nie umyka uwadze partnera, nawet w bardziej dynamicznych mikro próbach.  Muzycy świetnie się imitują, czuć w każdym dźwięku, iż znają się perfekcyjnie, że to bracia, choć z różnych matek. Budują opowieść z filigranowych fragmentów, dźwięków, których źródła pochodzenia nie są do końca znane. Które z nich są dziełem pianisty, które perkusjonalisty, to jedynie pytania retoryczne. Po 10 minutach są już przecież jednym, improwizowanym ciałem.

W dalszym toku opowieści pojawiają się frazy grane na pełnym oddechu, z klawiszy, z werbla i talerzy. Są i dźwięki z samego dna fortepianu, zmysłowe podrygi czystych szczoteczek perkusyjnych bez kontaktu z glazurą naciągów, oliwienie młoteczków, głaskanie i liczenie strun, szorowanie i czyszczenie talerzy na matowy połysk, wreszcie dźwięki suchych dzwonków. W drugiej fazie drugiej części seta muzycy brną w taniec, niczym para wiecznych kochanków, którym nie jest dane ostateczne spełnienie. W trzeciej części muzycy zdają się rozkładać pojedyncze dźwięki na elementarne molekuły. Nie stronią od dialogu w estetyce call & responce, czy też minimalistycznej repetycji. Na finał Witek decyduje się na spacer po zupełnie martwych już klawiszach, Roger toczy swoje małe, skrupulatne gierki. Plastry rezonansu, szum i spiekota podróży w poszukiwaniu ostatniego dźwięku, aż można śpiewać do fortepianu.


*****

Colin Webster i Witold Oleszak będą gośćmi wspomnianej wyżej trzeciej edycji Festiwalu, od 3 do 6 października 2019 roku w Poznaniu. Każdy z nich pojawi się na scenach festiwalowych aż czterokrotnie.




sobota, 28 września 2019

Serries, Webster & Lisle! Kodian Trio strikes for the III time!



Już za kilka dni, na finał pierwszego dnia New Wave Of Impromptu – 3.Spontaneous Music Festival, w poznańskim Dragonie zagra Kodian Trio. Dirk Serries (gitara elektryczna), Colin Webster (saksofon altowy) i Andrew Lisle (perkusja) świętować będą ukazanie się trzeciego studyjnego albumu formacji. Nim to nastąpi, winniśmy zatem bezwzględnie poznać jego zawartość. Handlowa premiera płyty III, którą dostarcza Trost Records (CD), przypadała na 27 września, czyli na wczoraj. Pięć soczystych improwizacji, 49 minut i jedna sekunda (nagranie dokonane w Holandii, White Noise Studio, Winterswijk, w roku ubiegłym).




Aura otwarcia spektaklu, która będzie też jego aurą zamknięcia, a w tak zwanym międzyczasie permanentną aura całego nagrania – to dynamiczny, agresywny, jakże kolektywny free jazz. Gitara z post-rockowym zębem, pełnokrwisty drumming i zagotowany od pierwszego zadęcia, masywny saksofon altowy, to elementy składowe tej niebywałej gry.

Od pierwszej sekundy wchodzimy do tej rzeki umoczeni po samą szyję, od razu w główny jej nurt. Napotykamy muzyków, którzy świetnie reagują na siebie, z wysokim poziomem reaktywności, niesionych niemałym bagażem wspólnych doświadczeń. Dopiero w szóstej minucie muzycy odnajdują pierwszą chwilę oddechu, mikro przestrzeń na łyk czegoś mocniejszego, by po chwili ponownie ruszyć na podbój wszechświata – krew, pot i wielka radość! Drugą opowieść rozpoczyna imitacyjna zabawa gitary i altu. Pełna zgoda, co do poziomu intensywności przekazu, zostaje osiągnięta w ułamku chwili. Wchodzi perkusja i koło zamachowe tej niebywale energetycznej maszynerii zostaje puszczone w ruch. Narracja jeszcze bardziej nabiera cielesności i błyskotliwej szorstkości. Pod koniec czwartej minuty na gryfie gitary dzieją się już prawdziwe szaleństwa, czemu sprzyja wyjątkowo kompulsywny drumming. Obok roztańczony alt śpiewa kolejne partie piekielnej arii - sięga szczytu, a ogień całej narracji płonie już niezwykle wysoko. Ostatnie dwie minuty przynoszą pozorne spowolnienie, które skomentowane zostaje pasażem fonii, która wytrzymuje jedyne taki epitet - hard rock attack!

Trzecia część, najbardziej rozbudowana, trwająca blisko kwadrans, zaczyna się perkusyjną introdukcją. Usadowieni na przeciwległych flankach – gitarzysta i alcista – wgryzają się umiejętnie w rytm serwowany przez perkusistę, czystym wrzaskiem swoich dobrze już rozgrzanych instrumentów. W czwartej minucie pojawiają się pierwsze, nieco spokojniejsze przebiegi, które dodatkowo eksponują mistrzowską klasę wszystkich muzyków. W ciszę schodzą ostatecznie po kolejnych dwóch minutach. Gitara zdaje się szukać ambientowego mroku, alt tłumi emocje i buduje małe, dronowe ekspozycje, wokół pada grad talerzy. Dźwięki wręcz dotykają zewnętrznej powłoki ciszy. Po 12 minucie trio perfekcyjnie wychodzi w bardziej dynamiczną ekspozycję, choć gitara nie opuszcza ambientowej przestrzeni. Finałowa eskalacja smakuje wyjątkowo.

Czwarta opowieść znów zaczyna się kolektywnie, ale stadium wysokoenergetycznego dynamizmu nie jest jeszcze udziałem muzyków. Ślą sobie wzajemnie małe zadziory, ich dyskusje dźwiękowe śmiało można określić naszym ulubionym terminem call & responce. Gitara smakuje post-rockowymi psychodelikami, perkusja i alt też świetnie czują się w takiej sferze bytowania. Narracja buduje się bardzo zwinne, zdaje się mieć jednak nieco więcej powietrza pomiędzy dźwiękami, zwłaszcza w porównaniu do dwóch pierwszych odcinków. Po czasie pełnowymiarowy, jazz-rockowy drumming kreuje realia improwizacji, pozostałe zaś instrumenty zwinnie dokładają do ognia. Rytm, metafizyczny śpiew werbla i tomów, koło zamachowe w pełnym galopie – tak oto Andrew Lisle chce być zapamiętany z III-ej płyty! W 7 minucie mocną ekspozycję proponuje Serries, Webster komentuje ją twardą stroną dysz swojego saksofonu. Czas na pieśń zamknięcia, którą inaugurują, nie pierwsze już dziś, zwinne imitacje gitary i altu. Perkusja po chwili wahania, dołącza się z dużą dawką energii wewnętrznej. Mocny flow całości zdobią urywane frazy i niedopowiedziane komentarze. Gaz dociskany do deski, iskrzy sypią się spod kół! W 5 minucie drobne hamowanie, bystry dialog altu i perkusji, a w ramach riposty – metaliczna kipiel gitary. Fire music till death, mine or yours! Do utraty tchu, cytując kolejnych klasyków!


czwartek, 26 września 2019

Rodrigo Amado & Dirk Serries at Jazzblazzt!



Końcówka sierpnia ubiegłego roku, holenderska miejscowość Neeritter, a na scenie tamtejszego klubu Jazzblazzt nasi ulubieńcy – Rodrigo Amado na saksofonie tenorowym i Dirk Serries na gitarze, najpierw elektrycznej, potem zaś akustycznej. Muzycy zagrają dwa sety, które po roku udostępni brytyjski Raw Tonk Records na kasecie zatytułowanej… Jazzblazzt. Odsłuch całości zajmie nam 55 minut i 17 sekund.




Skromne podmuchy wiatru, wprost z chłodnej jeszcze tuby saksofonu tenorowego, w zabawie w pytania i odpowiedzi z gitarą, która kreuje małe fonie o brzmieniu, które może być zarówno efektem szarpania za struny gitary elektrycznej, jak i akustycznej. Uprzedźmy przebieg wypadków – w pierwszym secie, to jednak gitara z prądem. Już po kilkudziesięciu sekundach portugalski saksofonista nabiera w usta pełną garść soczystej ekspresji i rozpoczyna taniec na linie, wszystko czyniąc ze zwinnością baletnicy. W tubie free jazzowy posmak, który z pewnością nie stanowi tu dla nikogo zaskoczenia. Gitara świetnie komentuje ten stan rzeczy. W 5 minucie w owej tubie pojawia się drobna ekspozycja solo, w którą gitara wgryza się sprawdzoną metodą call & responce. W 8 minucie muzycy wchodzą w obszar dark silence – ciepłe oddechy tuby i dyskretne piłowanie strun. Po kolejnych trzech minutach muzycy ponownie są już w pełnym gazie, nawet skorzy do hałasowania w ramach małego konkursu piękności. Free Jazz Blast as well! W 16 minucie muzycy realizują udany pomysł na join stream, by po chwili ponownie zejść do obszaru ciszy – pogłos gitary, slow flow saksofonu, improvised post dark ambient. Kolejny etap, to cool jazzowa, balladyzująca ekspozycja Amado, aż Serries milknie z wrażenia. Ten drugi powraca z kolejną porcją ambientu, potem zaś, za obopólną zgodą, muzycy wspólnie gaszą płomień nie bez drobnego, samoeskalującego się interludium. Brawo!

Drugi set rozpoczynają pojedyncze uderzenia saksofonu o nieistniejący pulpit sterowniczy. Gitara prycha suchymi strunami akustycznymi, wchodzi wprost do tuby saksofonu i plecie z nim niemal klasyczne, stevensowskie search & reflect! Surowa akustyka aż lśni od wewnętrznego ognia. W 6 minucie Amado zaczyna miłośnie zawodzić, niczym kojot na rykowisku, wskutek czego obaj muzycy bez chwili zawahania skaczą w … jazzowy tygiel powściągliwości. W 10 minucie znów są w fazie ballady, która nabiera wszakże mocy i rośnie niczym grzyby po deszczu. Po kolejnych minutach jest już żywiołowym tańcem nad uroczą przepaścią. Równie dynamiczny jest … powrót do stanu ballady, czyniony na suchych nozdrzach i gładkich strunach pod zwinnymi palcami. Muzycy zdecydowanie nie śpieszą się z podejmowaniem jakichkolwiek decyzji dramaturgicznych – Rodrigo gra ciszą, Dirk repetuje jednym dźwiękiem. Po chwili jego solowa, w pełni minimalistyczna ekspozycja zdaje się otwierać finałową fazę koncertu. Saksofon powraca oddechowymi para frazami i świetnie wgryza się w gitarowy flow. Całość gęstnieje i nabiera mocy – bystry taniec na rozgrzanym dachu. Koniec ostateczny osiągany jest długimi podmuchami powietrza i filigranowym stepem gitary.


****

Przypominamy, iż Dirk Serries jest gościem głównym rozpoczynającego się dokładnie za tydzień 3.Spontaneous Music Festival - New Wave Of Impromptu! Zapraszamy serdecznie do Poznania!



poniedziałek, 23 września 2019

Henrik Olsson! Hand of Benediction!



Skandynawia – wbrew klimatycznym uwarunkowaniom – od zawsze dostarcza światu muzyki jazzowej i improwizowanej dużo emocji, a katalog wybitnych nazwisk rośnie step by step. Dziś trzy nowe postaci, przynajmniej z perspektywy Trybuny! I płyta, która od pierwszej do ostatniej sekundy kipi pomysłami i zrywa z nas wszelkie estetyczne i gatunkowe przyzwyczajenia.

A oto nasi bohaterowie - Henrik Olsson na gitarze elektrycznej i bowed psaltery (cokolwiek to jest), Jeppe Skovbakke na elektrycznym basie i kontrabasie oraz Rune Lohse na perkusji. Band zwie się Hand of Benediction, a w pięknym dziele autorskim wspomagają go: Julie Kjær na flecie i klarnecie basowym (utwór 5 i 7) oraz Kristian Tangvik na tubie (utwór 7). Płytę dostarcza doskonale nam znany, duński label Barefoot Records (CD, 2019), a całość odsłuchu zajmie nam 34 minuty i 12 sekund.




Dźwięczna gitara, jak bałałajka podłączona do prądu wysokiej mocy lub wiosło gitarzysty Interpol, nafaszerowanego LSD dobrej jakości. Solowe, urocze intro multiplikujących się pasm gitarowych, echo i powiew wilgotnego powietrza. Wygląda na to, że ta płyta nie mogła zacząć się lepiej.

Druga opowieść toczy się z rockowym nerwem - połamany rytm, czerstwa melodyka i brudna tonacja, posmak wyrafinowanego noise. Ekspansywne solo gitary, które sprawia, że znów mamy wrażenie, iż w bandzie jest więcej tego rodzaju instrumentów. Trzecia część – garść sampli na wejściu, brzmienie podobne do syntezatora. Gitara znów pędzi rwanymi, rockowymi frazami, a sekcja trzyma ją na barkach mocnym uściskiem. Bogata instrumentacja całości, łamanie szyku ekspozycji, basowe palcówki i głos z sampla. Improwizacja zdaje się toczyć tu na wielu płaszczyznach – sposobów artykulacji dźwięku, formy i struktury zadanych meta kompozycji, wreszcie przebiegu dramaturgicznego całości. Czwarta część kieruje nasze zmysły postrzegania w kierunku amerykańskiej szkoły awangardowej gitary – pachnie tu Markiem Ribotem czy Eugene’em Chadbourne'm. Rock chory na potrzebę ciągłej zmiany, permanentnej improwizacji, nieustannej zmiany formy i natężenia emocji. Nerwowe ruchy wzdłuż, nerwowe w poprzek – a poziom jakości pikuje ku samej górze. W tej grze równie nieprzewidywalna wydaje się być gitara basowa.

Piąta piosenka przynosi drobną zmianę. W grze pojawiają się instrumenty dęte, które rysują ciepłe, niemal bajkowe intro. Brzmienie syntezatorów w towarzystwie niespokojnej, dubowej gitary po 90 sekundach uruchamia wajchę free improv. Szczypta plądrofonii i gitarowych preparacji na dokładkę. Szósty utwór ponownie rusza z rockową werwą, pachnie funkiem aż na kilometr. Poziom kreacji bucha ogniem, dramaturgiczne adhd bierze nas w błyskotliwe tango z drobinkami harshu na wybrzmieniu! Brawo!

Siódemka znów sięga po pomoc ze strony gości. Prawdziwie filmowe, ilustracyjne intro, które po niedługim czasie przekształca się w rockowy tygiel do pary z improwizującą tubą! I znów pachnie dobrym Markiem Ribotem. Ósma lekko dedynamizuje narrację – spokojna gitara na pogłosie, rodzaj meta ballady podszytej niepokojem o nasze wspólne jutro. Zmiana goni tu zmianę, bas proponuje ciekawą ekspozycję, gitara w niczym mu nie ustępuje – gęsta lawa z akcentami upalonego syntezatora.

Dziewiątka wita nas dubową powłoką. Słodka, zaczepna gitara i kolejny, pewnie … dziewiąty już pomysł, jak bystrym gitarowym trio zawładnąć nami przez dłuższą chwilę. I znów się udaje – po 3 minucie garść sampli dodaje całości pikanterii, podobnie, jak posmak post-elektroniki i czerstwego ambientu. Wreszcie pieśń zamknięcia – powrót mocnego basu i ekstremalnie rozimprowizowanej gitary. Narracja gęsta, ciasna i smolista, połamany rytm, a na ostatniej prostej inteligentne rozkładanie strumienia dźwiękowego na proste elementy składowe. Niespełna 35 minut minęło właśnie w mgnieniu oka – a wrażeń tyle, że dwutomową powieść można by napisać.



sobota, 21 września 2019

Fear Falls Burning! Still in the flame! Play at Higher Volume!



Belgijski gitarzysta Dirk Serries jest na tych łamach odmieniany przez wszystkie przypadki od dawien dawna. Za niedługi już czas zawita do Polski, będzie gościem specjalnym trzeciej edycji Spontaneous Music Festival, która – nie bez powodu – przyjęła nazwę własną New Wave Of Impromptu.

Obok improwizowanych, tak swobodnych, jak i predefiniowanych występów, Serries zagra także, specjalnie na potrzeby poznańskiego wydarzenia, solowy set ambient. Czytelnicy Trybuny znają także i tę sferę muzycznych zainteresowań Belga, wiedzą doskonale, iż to, co dziś zwykło się nazywać muzyką dark-ambient ma własny pomnik wykuty w skale przez tego właśnie artystę.

Dziś w ramach przygotowań do zbliżających się koncertowych ujawnień gitarzysty, proponujemy całkiem rozbudowane overview jego dokonań pod szyldem Fear Falls Burning.


Intro

Fear Falls Burning, nazwa własna zaczerpnięta z Fausta Goethego, swój artystyczny żywot rozpoczęła w roku 2005, a zakończyła w 2012. Po tym okresie przez lata rosły już tylko archiwa muzyczne projektu, ale całkiem niespodziewanie, wiosną bieżącego roku, pojawiła się nowa płyta Function Collapse (Consouling LP 2019, pisaliśmy o niej dokładnie tutaj!)





Doskonałym wprowadzeniem do muzyki Fear Falls Burning, w każdym niemal wymiarze tego wydarzenia artystycznego, jest rozbudowane liner notes do czteropłytowego boxu The Vinyl Masters.

Muzyka gitarowa Serriesa, uprawiana pod szyldem FFB, wyrwana jest z rockowego kontekstu, zdaje się sprawiać wrażenie antidotum na znużenie uprawianą przez niego, niemal przez trzy dekady, muzyką elektroniczną, laptopami i całym tym e-sztafażem lat 90. ubiegłego stulecia. Dirk nigdy nie czuł się gitarzystą w pełnym tego słowa znaczeniu, używał tego instrumentu od początku w inny, quasi elektroniczny sposób, koncertując się na kreowaniu rozbudowanej formy dramaturgicznej. Z drugiej strony muzyka dronowa, czy noise nigdy nie była jego celem. Raczej interesował go powolny proces budowania tonacji, pasma melodycznego, like a slowly envolving tune, bardziej tworzenie harmonii niż dronowa dewastacja. Podłączyć gitary do przetworników, przetworniki do miksera, a potem przekazać wszystko do strefy amplifikacji – i poczekać, co dostanie się na wyjściu.

Konsekwentny, permanentny proces budowania z małych, pozornie prostych fraz, niebywałych kompozycji narracyjnych i dramaturgicznych, prześledzimy za moment wspólnie, sięgając po najważniejsze wydawnictwa opatrzone logotypem Fear Falls Burning. Zaczniemy od rozbudowanego bloku stricte solowych ekspozycji gitarowych, które powstały w latach 2005-2007. W kolejnym rozdziale pochylimy się nad pięciopłytowym zestawem duetów Serriesa z innymi artystami (choć w żadnym przypadku tworzonymi jednocześnie), by na koniec omówić dwa być może najbardziej wartościowe albumy FFB, w których gitarzysta sięga po pomoc perkusistów, a nawet basistów i w jednym przypadku … black metalowego wokalisty!


Wykuwanie skały/ Forging rocks

Nim przejdziemy do omówienia pierwszego okresu Fear Falls Burning, słowo o instrumentarium, jakie stosuje w nim Dirk Serries. Na ogół sytuacja sceniczno-studyjna wygląda następująco: muzyka tworzona jest w czasie rzeczywistym, nagrywana na dwie ścieżki, niepoddawana potem jakimkolwiek działaniom postprodukcyjnym. Muzyk używa dwóch gitar elektrycznych (Ibanez Prestige & Epiphone Les Paul standard plus), które dostarczają dźwięki do kilku urządzeń (contemporary Boss, Danelectro, Marshall, Electro-harmonix and Line 6 effects). Innymi słowy – gitara, miksowanie w czasie rzeczywistym plus amplifikacja. Jakie to proste, nieprawdaż?

Przegląd zaczynamy od pierwszej płyty Fear Falls Burning, czyli He Spoke In Dead Tongues (Projekt/Ikon 2CD 2005, bandcamp 2013). Zawiera ona dziewięć opowieści, które trwają łącznie 146 minut, przy czym dwie najbardziej rozbudowane - po trzydzieści kilka minut każda.




Pierwszą opowieść rozpoczynają łagodne pasma gitarowe, płynące zabrudzonym strumieniem, tworzące coś na kształt loopa. Po 4 minucie zdają się one rozlewać w szersze pasma, jakby dekonstruowane live na stole mikserskim. Drugą konstruuje groźny, niemal harshowy riff gitarowy, który repetuje. Wokół niego tworzą się ambientowe tła, tak niskie, jak i wysokie. Z czasem motyw główny, niczym natrętny loop, nabiera siarczystości, tło zaś gęstnieje i notorycznie pulsuje. Trzecia opowieść, to gitarowe pętle rysowane na dużym pogłosie, z echem, które zbliża nas do estetyki dub-guitars. Po niespełna trzech minutach następuje dominacja post-elektronicznych dronów lepkiego ambientu. Czwarta, i znów kontrast – masywny, zgiełkliwy riff gitarowy, obudowany pasmami pulsujących dronów. Po pewnym czasie do zabawy włączą się drugi riff, bardziej dubowy – rodzaj zmutowanego post-rocka. Czas na piątą opowieść, pierwszą z owych dwóch rozbudowanych form. Narracja toczy się z niemal brylantową niespiesznością. Dużo napowietrzonego ambientu, powolne gitarowe loopy, mnóstwo echa i szmeru pustej przestrzeni. Jest i posmak psychodelii, drugie dno narracji – wszystko zmysłowe i bezczelnie piękne. Niebogobojna mantra upalonego slow ambient. A na finał – rytm i repetycja czystego brzmienia gitarowego.

Dysk drugi otwierają dwie zdarte klisze gitarowe, jednak czysta, druga brudna jak noc – koegzystencja dysonansu estetycznego. Po chwili są już w troje, po czym gasną pod strumieniem post-syntetyki amplifikatorów. Siódma opowieść rodzi się na samym dnie ciszy, ledwo żywym ambientem. Narracja budowana jest tu z epickim rozmachem – kilka przenikających się wątków, z dużą dawką syntetycznych strumieni dźwiękowych, którym towarzyszy jedynie wspomnienie gitarowego brzmienia. Mrok, niepokój, dronowa gramatura całości. Ósma część, i znów dubowa gitara, lekka jak puch, a w tle siarczysty skowyt amplifikatora. Powolna, budowana w zupełnej ciemności, kolejna ponad półgodzinna mantra. Narracja snuje się, jak wąż czarnoksiężnika. Przed 10 minutą spiralna gitara dodaje kilka nowych akcentów – coś na kształt quasi jazzowej frazy, odrobina post-psychodelii. Niezwykle bogata dramaturgia, raz dominuje post-syntetyka, innym razem powraca gitarowy flow. Na finał dwupłytowego He Spoke… pulsujący, gitarowy dub. Repetycja dwóch metronomów, czereda małych dronów i motyw gitarowy, który nie daje za wygraną. Wysokie pasma syntezatorowe i brudna gitara z nutą psychodelii. Jak fale oceanu, inside & outside, przerwane gwałtownym wyłączeniem wtyczki z gniazda zasilania. Plug out!

Drugi krążek First By A Whisper, Then By A Storm (Ikon CD 2005, Tonefloat LP 2007, bandcamp 2013), przynosi w wersji winylowej cztery utwory, w kompaktowej osiem, a w bandcampowej edycji rozszerzonej aż czternaście. Oczywiście nasze ucho nadstawiamy nad tą ostatnią wersją. Odsłuch całości – na którą składają się tym razem głównie krótsze formy narracji - zajmie nam ponad 138 minut.




Otwarcie jest dość nietypowe – mikrozwarcie na gryfie gitary i garść ciszy, powtarzane kilkukrotnie. W komentarzu siła harmonicznego akordu gitary. Wszystko pięknie rozlewa się w ocean dźwięków, by równie stylowo zgasnąć. Druga część, to dubowa, gitarowa pulsacja, która stanowi zaczyn narracji. Mechanika repetycji zwrotnej, w powłoce mrocznego ambientu, który po czasie płynnie przechodzi do trzeciej opowieści, którą kreują wysokie pasma dronów na ultra pogłosie. Zdaje się, że demony wciąż są wśród nas, a pogrobowcy z drugiej części konają w bólach. Na wybrzmieniu garść soczystego noise! Czwarta historia, to dwa ciche strumienie gitarowe i basowy pulsar outside & inside. Wyjątkowo powolne, ambientowe lenistwo. Dla odmiany piąta, to rodzaj zmutowanych melodii z gitarowego fuzza, które rosną jak na drożdżach, hałasują, by po paru minutach przekształcić się w dialog masywnych ścian dźwięków. Kolejna część trzyma się mocy – harsh and strong guitar! Mgławy ambient w tle, który wiedzie całość bez chwili ciszy wprost w opowieść siódmą – clearly, gently & slowly as well! Dubowa gitara wyłania się z krypty, tuż za nią kolejne gitarowe wątki, które tworzą pasmo niezmutowanych fraz, po czym łączą się w jedną rzekę dźwięków, zupełnie odartych z rockowej powłoki. W taki sposób upływa nam historia numer osiem.

Migotliwe pasma małych gitar otwierają opowieść numer dziewięć. Post-elektronika w gęstej mgle, która po paru minutach zanurza się w fonii generatorów większych mocy. Prymat syntetyki nad gitarą, który trwa majestatycznie aż do ostatniego dźwięku. Kolejna opowieść, to ledwie cztery minuty, które wypełnia gitarowy slow motion. Jednak już jedenasta część budzi nas z letargu dronami gęstej post-syntetyki. Echo ambientu, wielowarstwowa, powietrzna narracja. Jakby gitara nie była tu zaczynem wszystkiego - trochę post-dubu i równie efektowne wybrzmiewanie. W dwunastej części powraca migotliwy ambient, znany już z części dziewiątej – po czasie dominacja post-gitarowego drona z basowym tłem, jakby kolejne stadium błyskotliwego upadku, który zdaje się nie mieć końca. Wreszcie na finał całego zestawu – dwa miksy dziewiątej części, dokonane przez Aidana Bakera. Dwa odbicia tej samej historii, ale estetycznie odległe od siebie niczym galaktyki. Pierwsze, jakby jazgot suchej przestrzeni bezgranicznego kosmosu, dron w dronie, życie po życiu. Drugie - masywny, coraz bardziej intensywny potok brudnych, usterkowych fonii post-gitarowych, który płynie jak lawa, gorąca i tłusta. Na wybrzmieniu garść zgrzytów i mikro plądrofonii.

Czteropłytowy box CD The Vinyl Masters (Tonefloat LP 2006-07, 4CD 2014), zgodnie z nazwą, zawierający remastery nagrań upublicznionych wcześniej na czarnych krążkach (każdy z bonusem koncertowym, czasami także studyjnym), omawiamy w kolejności, w jakiej płyty zostały posadowione w tejże edycji, a zatem niezgodnie z szykiem pierwotnym.




Jako pierwsza - The Carnival Of Ourselves (blisko 68 minut, w tym bonus: 28 minutowy koncert z Hamburga). Nagranie otwiera pulsujący dron gitary, smagły riff i drżąca baza. Repetytywna narracja, jakże dociekliwie konstruowana pod względem dramaturgicznym. Na obu flankach, w tak zwanym międzyczasie, budują się pasma mgławego ambientu. Po kilku minutach ich struktura ulega zagęszczeniu, glazura fonii zdaje się nabierać porowatości. Jeszcze przed upływem kwadransa, pojawiają się akcenty chaotycznej para-psychodelii, co znacząco podnosi poziom tajemniczości całej ekspozycji. Na finał części pierwszej wszystko zlewa się do jednego strumienia i zmysłowo przygasa, aż do momentu wyjęcia wtyczki z gniazda zasilania. Druga część toczy się na sporym pogłosie – guitar in slowly dub, delikatna, stylowa melodia, która z czasem rozlewa się w lepki ambient. Powiewność i strukturalna lekkość początku ekspozycji pęcznieje, matowieje, wręcz czernieje wewnętrznym niepokojem. Szeroki strumień lawy o temperaturze pokojowej zalewa przestrzeń i bezskutecznie szuka zakończenia. Nim ono ostatecznie nastąpi, nasze uszy wypełni jeszcze dron z harshowym posmakiem. Koncertowy dodatek kreują dźwięki wysnute z niemal całkowitej ciszy. Po chwili budzą się kolejne pasma - dron, który zdaje się tańczyć i podśpiewywać, a także następny element, również pozbawiony basowej podbudowy. Narracja toczy się nad wyraz leniwie, budowana dźwiękami gitary, które brzmią niczym elektronika, trochę jak soundtrack do surrealistycznej fantastyki. Po 20 minucie ów kolokwialny ambient pęcznieje drobinkami brudnej fonii.




Jako druga - I'm One Of Those Monsters Numb With Grace (prawie 74 minuty, w tym bonus: studyjne nagranie, ponad 34 minuty). Początek zdobi bardzo rozwarstwiona, syta narracja, budowana na zasadzie dysonansu – harshowy akord, który pulsuje z dołu do góry, a w tle dwa drony czystego ambientu. Po 10 minucie na czwartego do brydża wchodzi kolejny agresywny akord. Po kwadransie wszystkie strumienie zlewają się w jedną masywną ścianę czystego ambientu, która zdaje się nie mieć końca. Druga część oryginalnego winyla rodzi się z ciszy – dwa, trzy wątki czytelnej, ale lejącej się przez ręce gitary. Po kilku minutach basowy dron kruszy ulotność chwili. Mutacja zdaje się tu gonić mutację – po 13 minucie całość nabiera post-elektronicznego brzmienia, ze szczyptą hałasu i gitarowej psychodelii. W finale bardzo demoniczne, piękne repetycje gęstych dronów. Dodatek studyjny kreują bardzo delikatne pasma gitary, które po czasie tłamsi mocno sfuzzowany akord. Znów popłoch zdaje się siać pulsar basowy i garść mokrej post-elektroniki, które zmysłowo koegzystują. Bukiet fonii, sunący całą dostępną przestrzenią, tysiące wątków, one man orchestra!




Jako trzecia - Woes Of The Desolate Mourner (69 minut, w tym bonus: 49 minutowy koncert z Utrechtu). Pierwotny winyl był ledwie siedmiocalówką, tu dostajemy pełną wersję nagrania, 20 minut z sekundami (także koncert, Nijmegen). Na wejściu wysoki, syntezatorowy flow, który rozbłyska i gaśnie. Po chwili dostaje brata bliźniaka do towarzystwa, a potem basową macochę do kruszenia oporu. Po 6 minucie mamy już stojący, masywny dron zabrudzonej fonii, która niezwykle długo i drobiazgowa wybrzmiewa, by ostatecznie zakończyć swój żywot repetycją surowej gitary. Bonusowy koncert, to już prawdziwa epopeja. Jedna gitara repetuje na żywo, drugą stanowi zgrzytliwy loop, środkowa zaś czystą fonią buduję płynną melodię, jakże charakterystyczną dla FFB. Potem dzieje się już naprawdę wiele, nowe wątki, akcenty harsh, ale nad wszystkim zdaje się panować owa piękna melodia. W połowie koncertu zupełnie nowa narracja – doom garage guitar is dancing! W tle rodzi się strzelisty, wielowątkowy ambient z odrobiną brudu. Fonia wyje jak stado wygłodniałych kojotów, potem także plaster przesteru. A na samym końcu zostaje tylko pierwotny loop.




Jako czwarta - The Rainbow Mirrors A Burning Heart (prawie 71 minut, w tym bonus: 33 minutowe nagranie studyjne). Pierwszą stronę winyla kreuje na starcie wysoki, masywny dron gitary, któremu towarzyszy adekwatnie intensywne tło – krzyk post-gitarowej elektroniki. Gęsta całość, trochę wbrew ogólnie stosowanym metodom twórczym, zdaje się po czasie rozlewać w nawet pojedyncze elementy składowe. Po 12 minucie zwrot w kierunku siarczystego, bogatego brzmienia. Blok fonii trwa w najlepsze – zdaje się,  że to najbardziej dronowy fragment całego post-winylowego boxu. Drugą stronę otwiera cisza gitarowego rezonansu, lekka jak piórko. Potem scenę ogarnia pasmo syntezatorowe, a po kolejnych dwóch minutach strumień solidnego harshu, a także gitarowy fuzz, którego volume rośnie w szybkim tempie. Ogień opanowuje scenę, metaliczny ambient z akcentami noise. Epicka dronautyka! Po kwadransie piękne wygaszanie partiami dźwięków. Bonus studyjny – cichy, niemal balladowy ambient, rodzaj chill-outu wyjątkowo smukłej urody. Narracja narasta kwieciście i pęcznieje różnymi składnikami – dwa gitarowe slide’y repetują na flankach, reszta dronów hasa po całej przestrzeni. Po 24 minucie gitary przygasają, pozostała fonia staje w miejscu, krzyczy i repetuje. Po pewnym czasie dociera do naszych uszu gigantyczny loop, który pulsuje. Na ostatniej prostej modulowany, post-gitarowy dron tańczy nad swoim grobem, niczym zdarty winyl z zapaskudzoną igłą.

W trakcie procesu eksploracji dorobku Fear Falls Burning lądujemy w … garażu. Jesień roku 2005 plus studyjna dogrywka w styczniu roku następnego. Powstaje nagranie, które pierwotnie nazwane zostaje The Amplifier Drone, zaś w digitalnej reedycji otrzymuje tytuł Echoes On Dead Air (Tonefloat LP 2006, bandcamp 2013), co stanowi zbitek tytułów utworów z pierwowzoru. Słuchamy wersji drugiej, bogatszej o jeden fragment. Całość trwa 50 minut z sekundami.




Płytę wypełniają silnie sfuzzowane pasma gitarowe z filigranową dawką melodyki, innymi słowy amplifikowane drony (drony ze wzmacniacza, tłumacząc dosłownie tytuł nagrania). Rockowy posmak garażowej surowizny, przyczajone tygrysy porykujące z lenistwa. Na ogół kilka pasm fonii, podawanych jednocześnie, gęstych jak ołów, które bezskutecznie poszukują ambientowej nostalgii, tak charakterystycznej dla formuły FFB. W trzeciej części kilka incydentalnych gitarowych sprzężeń, które brzmią niczym Steve Vai, zamroczony po nokautującym ciosie rywala. Trochę estetyki umierającego w mrocznych konwulsjach rocka. Nieco łagodniejszy wymiar ma część piąta, w trakcie której ambientowej powłoce tła towarzyszą strumienie niepohamowanych melodii, jakby znany rockowy band zagubił się na pogrążonej mrokiem plaży. Na tym tle najciekawiej prezentuje się finałowa, blisko 12-minutowa ekspozycja, którą tworzy gigantyczny loop, tworzony przez gitarowy fuzz, rodzaj mechanistycznego industrial, który brzemiennie trwa. Echa w martwym powietrzu – rodzaj eksperymentu, raczej dla zaprzysięgłych fanów.

Kolejny winyl, który w cyfrowej reedycji doposażony zostaje w dodatkowe utwory, zwie się When Mystery Prevades The Well, The Promise Sets Fire (Tonefloat LP 2007, bandcamp 2013). Poza bazowym materiałem zawiera bonusy wcześniej dostępne na kompilacjach, a także jeden premierowy utwór. Całość trwa 63 i pół minuty, i wbrew składankowemu charakterowi, zawiera bardzo spójną i jednorodną wypowiedź artystyczną Serriesa.




Pierwotna część płyty rozpoczyna się spokojnym, gitarowym ambientem, brodzącym w brudnych pasmach fonii, które cedzone przez gęste sito, multiplikują się. Pojawiają się także akcenty dub & percussion, które po czasie, wraz z zadaną bazą, przekształcają się w blue ambientową mgławicę, a następnie zmysłowo przygasają. Druga strona winyla bardziej stawia na brzmienia gitarowej syntetyki, która przypomina nagrania poprzedniego projektu Dirka, czyli vidnaObmana, znów ze zdobieniami perkusjonalnymi, w aurze post-dubu. Urody całości dodaje basowy motyw, który pojawia się w połowie strony. Bonusowe fragmenty trzymają klimat części winylowej – płynny dirty ambient, drobne sprzężenia, posmak żywej gitary, sfuzzowany dron, który stoi na straży porządku stylistycznego. Na zakończenie wszystkie te elektroakustyczne cuda zlewają się w jeden potok fonii. Ostatni fragment wydaje się być najspokojniejszy, choć i on z czasem nabiera gęstości, brudu i pulsacji – bijące serce post-elektroniki z samego dna zdewastowanego wzmacniacza.

Pierwotnie dziesięciocalówka, w edycji cyfrowej uzupełniona o dwa bonusy ze składanek różnych artystów, to nagranie We Slowly Lift Ourselves From Dust (A Silent Place LP 2007, bandcamp 2013) - łącznie niespełna 45 minut muzyki.




Otwarcie jest bardzo masywne – dron basowy, który zdaje się miażdżyć wszystko, co napotyka na swojej drodze. Narracja, mimo akcentów czystego ambientu, ma nieco klaustrofobiczny posmak. Fear Falls Burning, tytan siania niepokoju! Druga strona małego winyla wita nas, dla odmiany, bardzo łagodnym strumieniem gitary. Po czasie ambientowe pasmo nabiera nieco syntetycznego koloru, leniwie narasta i pęcznieje. Krainę łagodności narusza mikro usterka na prawej flance, jakby dysk został uszkodzony. Pierwszy bonus bazuje na estetyce gitarowego dubu, który pulsuje i skacze po wilgotnej łące. Chill-outowy ambient dla umęczonych życiem, który kończy się tajemniczym loopem. Ostatni fragment płyty otwiera beat post-techno, obok znów gitarowy dub i dodatkowa, sfuzzowana mikrofraza. Misternie skonstruowana, kilkuminutowa perełka, znów zakończona pętlą.


Nieustający ciąg kolaboracji/ An endless series of collaborations

Sięgamy po niezwykle efektowne wydawnictwo – pięć czarnych krążków, a na nim same duety! Once We All Walk Through Solid Objects (Tonefloat 5LP 2007, bandcamp 2014), to zbiór spotkań Serriesa z zaprzyjaźnionymi muzykami bardzo różnej proweniencji. Zaproszeni na okoliczność tego wydawnictwa goście (wskażemy ich jako tytuł wykonawczy, po szczegóły personalne odsyłamy już na discogs.com), przysłali swoją premierową muzykę, do której belgijski gitarzysta dograł własne partie instrumentalne, przy okazji modyfikując (post-produkując) materiał, z którym pracował. Zatem dwanaście nieco wirtualnych duetów (tyle zawiera reedycja cyfrowa, w oryginale dziesięć), trwających łącznie niemal 215 minut.




W reporterskim skrócie sprawdźmy, co dzieje w trakcie każdego z nich. Fear Falls Burning vs Bass Communion – syntetyczny, dubowy puls, gitara epoki post-techno i płynny, wytrwały ambient. W ramach wisienki na torcie dęty hałas, który przypomina upalone dudy. Drone in noise cierpliwie gaszony. Fear Falls Burning vs Final – siarczyste brzmienia post-gitarowe, rodzaj zmutowanej, dekonstruowanej ballady, która mechanicznie syntetyzuje swoje brzmienie. Zwycięzcą zdaje się być jednak żywy instrument. Fear Falls Burning vs Freiband – drżenie materii nieożywionej, echo głuchej ciszy i płaszcz syntetycznego ambientu, trwający bez końca. Fear Falls Burning vs Harvestman – drżący strumień gitarowego ambient wprost z ciszy zupełnej. Kilka warstw fonii, rock vs. ambients - walka, w której nie ma przegranych. Fear Falls Burning vs Birchville Cat Motel – strugi gitarowych sprzężeń, mroczne pasma post-syntezatorowej elektroniki. Zmysłowy, psychodeliczny soundtrack dla samobójców, symfonia klaustrofobii.  Fear Falls Burning vs Byla – pływające, sfuzzowane mikro dźwięki. Stojący dron wysokiej mocy, post-dubowa pulsacja, dźwięki … gitary klasycznej. Po czasie wszystko nabiera lekkości, a potem przyduszone zostaje do ziemi. Motywy uporczywie powtarzane aż po kres nagrania. Fear Falls Burning vs Aidan Baker – urywane frazy dwóch gitarowych potoków ambientu, swąd przetworników i amplifikatorów. Świszczące powiewy wychłodzonego powietrza, które gęstnieją aż do osiągnięcia stanu stałego. Fear Falls Burning vs Johannes Persson – pulsujące brudem mutanty gitarowych fonii, masywne, ciekłe. Posmak rockowego świata, z jego emocjami i intensywnością. Monumentalny mur dźwięków, którego nie sposób skruszyć. Fear Falls Burning vs Jefre Cantu-Ledesma – wyjątkowy mroczny chrobot gitarowych fuzzów, z dna ciszy po głuchą przestrzeń meta kosmosu. Kind of black ambient, medytacja zbiorowego przestrachu. Drżenie i szelest, bez nadziei na jakiekolwiek zakończenie. Bodaj najpiękniejszy moment całego zestawu duetów! Fear Falls Burning vs Stefano Pilia – płynna, zmysłowa narracja, more than ambient. Melanż żywego z syntetycznym narasta aż po ekstatyczny finał plug out! Fear Falls Burning vs Asmus Tietchens – tajemnicze strzępki fonii, deep ambient, jeśli kosmos szumi, to właśnie w ten sposób. Baśń ze środka ziemi, najbardziej cichy fragment całego zestawu. Fear Falls Burning vs Yellow 6 – dysonans fonii, jedna migocze na wietrze, druga tonie w czerstwym fuzzie. Gitara vs. gitara, która brzmi jak wysoko zestrojony syntezator. Leniwe pulsacje inside & outside wieńczą ponad trzy i półgodzinny zestaw duetów.

W uzupełnieniu imponującej porcji duetów, powracamy do kolaboracji z artystą, ukrywającym się pod pseudonimem Birchville Cat Motel. Płyta zwie się dość banalnie Fear Falls Burning & Birchville Cat Motel (Conspiracy CD 2007, bandcamp 2014), trwa 49 minut z sekundami i składa się z jednego traku.




Dialog dwóch gitar, z których jedna snuje palczastą opowieść, druga zaś przypomina zmutowany biały szum, który zaciska pętlę na szyi tej pierwszej. Z czasem całość przypomina kosmiczne sprzężenie mocy na palącym się przetworniku gitarowym. Gigantyczny strumień fonii okraszają from time to time grzmoty basowe. Gęstość przekazu rośnie w tempie geometrycznym – wielobarwna ściana dźwięku, której wszystkie elementy składowe, to odcienie mrozu. Raz na kilka minut pojawiają się nowe akcenty, ale giną one w czeluści drona. Być może najbardziej intensywna, demoniczna pozycja w dyskografii Fear Falls Burning wygasa drżącym, boleśnie rozwarstwiającym się strumieniem dźwiękowym. Nim zabrzmi cisza ostateczna, dociera do nas fonia przypominająca brzęczenie zepsutego urządzenia elektrycznego.


Spektrum poszerzone/ Widened spectrum

Jak domniemywać należy z rozbudowanego opisu, zawartego w boxie zremasterowanych winyli (patrz: wyżej), perkusja w koncepcji artystycznej Fear Falls Burning pojawiła się nieco przypadkowo, w rezultacie wspólnego, koncertowego spotkania Serriesa i rockowego bandu Cult Of Luna. Z dzisiejszej perspektywy nie ma to jednak kluczowego znaczenia. Dość powiedzieć, iż żywa perkusja (choć na ogół nie nagrywana równolegle z partią gitarową) pojawia się po raz pierwszy na płycie Frenzy Of The Absolute (Conspiracy  CD/2LP 2008), stając się przy okazji współsprawcą bodaj najciekawszego wydawnictwa w dorobku FFB (co ciekawe, tego samego zdania jest główny bohater naszej dzisiejszej, wielowątkowej opowieści). Płyta ma dwie edycje i co nie często spotykane, wersja winylowa zawiera więcej materiału (łącznie prawie 80 minut). Dodajmy, iż w rolę pierwszych perkusistów w dziejach Fear Falls Burning wcielili się Dave Vanderplas (dwukrotnie), Tim Bertilsson oraz Magnus Lindberg.




Słowo się rzekło, zatem płytę otwierają miarowe uderzenia w werbel i drżące talerze. Towarzystwo stanowią dwa dronowe pasma gitarowe, które wypełniają obie flanki czeluścią mrocznych emocji. Narracja zdominowana jest przez mantrę rockowego zestawu perkusyjnego, który bije niczym serce niebezpiecznego monstrum. Drony stoją obok, jak cerbery u bram piekła. Ale to one nabierają mocy i gęstości, a perkusja na kilka chwil milknie. Jej bystry powrót z zaświatów wzmacnia mroczny, niemal transcedentalny przekaz gitarowych strumieni. Drugą stronę winyla otwierają pasma płynnego black ambientu, garść metalicznych sprzężeń przetworników gitarowych i blask talerzy perkusyjnych (w tej części jedynie do tego ogranicza się rola drummera). Są i basowe akordy, które mącą flow narracji, ale nie zmieniają jej kierunku. Trzecia strona pulsuje post-gitarowym dronem, perkusja zaś milczy. Po czasie do gry wchodzą znów talerze, zatopione w rezonansie, a w połowie strony już miarowe uderzenia w werbel i tomy. Na tym tle szaleją, gotujące się w płynnej lawie, pasma gitarowe. Pełny rockowy drumming doprowadza tę część do końca. Nie jest to jednak koniec tej strony winyla. Po krótkiej ciszy włącza się ambientowe, spokojne pasmo fonii, już bez perkusji, przy okazji stanowiąc otwarcie części nagrania niedostępnej w wersji CD. Czwarta strona, to prawdziwa dronowa nawałnica. Siarczyste, gęste i niebezpieczne przy bliższym poznaniu, pasma fonii leją się z każdej strony sceny. Wyposażone w meta melodię demolują nasze uszy niemal zupełnie bez udziału perkusisty. Być może doświadczamy właśnie najgłośniejszego fragmentu dumnej historii Fear Falls Burning. Na wybrzmieniu docierają do nas dźwięki rezonujących talerzy (a jednak!) i rechot martwych przetworników gitarowych. Po ostatnim dźwięku cisza winyla niepokojąco skwierczy.

Czas na ostatnią pozycję dyskograficzną Fear Falls Burning w przestrzeni czasowej, jaka wyznaczała working time dla tego przedsięwzięcia artystycznego. Podwójna dziesięciocalówka Disorder Of Roots (Tonefloat CD/2LP 2012) rozszerza wątek dodatkowego instrumentarium – znów spotykamy perkusistów: znanych z poprzedniej płyty Tima Bertilssona i Magnusa Lindberga oraz nowego Phila Petrocelliego, a w ramach kolejnych elementów składowych: grającego na gitarze basowej (z użyciem elektroniki) Franka Kimenaia oraz last but not least w ostatnim utworze, Michiela Eikenaara, który używa głosu. Podobnie, jak w poprzednim przypadku, wszystkie ścieżki dźwiękowe powstały niezależnie od siebie, w różnych okolicznościach i datach. Całość trwa 52 minuty i 4 sekundy – cztery strony winyla lub jedna edycji kompaktowej.




The Roots Rebellion. Rockowy swąd gitarowych pasaży, wielowątkowy ambient brudnych pasm fonii, wreszcie basowy pulsar zdobiący bogatą narrację – aura otwarcia nie mogła chyba być bardziej intrygująca. Strumienie dźwięków toczą się outside & inside – gitara, bas, elektronika w gęstym sosie tłustych i repetujących fonii. W 8 minucie nagłe przygaszenie opowieści stwarza pole dla perkusisty, który wchodzi do gry mocnym, slow doom rockowym ciągiem zdarzeń akustycznych. Całość zdaje się pęcznieć na potęgę i nabierać hałasu pod skrzydła. Virtue Of The Vicious. Perkusja i syczące z trwogi pasma gitary, kind of very deep ambient with drums. Po 90 sekundach bas zaczyna toczyć narrację właściwą – znów niemal heavy rockową z adekwatną warstwą brudu pomiędzy strunami. Druga opowieść, dla odmiany, z czasem zyskuje na wyrazistości, choć finalnie gitara nabiera garść rocka w usta, a wszystko zdaje się płynąć wyjątkowo siarczyście. Chorus Of Dissolution. Gitara z dna amplifikatora snuje rockowe wątki. Doom drums budzą się z mroku oczekiwania po około stu pięćdziesięciu sekundach. Gitara kroczy wraz z nimi bardzo dostojnie, rysuje meta melodyczne pętle. Wszystko zdaje się być jednak nieco przytłoczone owym full drummingiem. Bas staje się dobrze słyszalny dopiero w momencie, gdy perkusja zamilknie – żłobi wtedy głęboką rynnę, którą wypełniają masywne brzmienia. Wydaje się, że na finał wraz z gitarą odzyskują właściwym im rezon. I Provoke Disorder. Perkusja, slow ambient gitary i masywny bas, pozornie nic nowego, ale to właśnie wieńcząca dzieło pieśń, o jakże prowokacyjnym tytule, ostatecznie przykuje naszą uwagę do tego nagrania. Narracja toczy się tu wyjątkowo powolnie, niczym marsz pogrzebowy, który czeka na puentę. Rockowy posmak nasila się, truly dead blues! W połowie szóstej minuty do gry wpada intensywny black vocal i melorecytuje, wykrzykuje ważne, egzystencjalne treści. Blues nabiera metalowej magii. Bębny mantrycznie prowadzą orszak skazańców. Gdy głos milknie, reszta załogi buduje ekspansywną ścianę dźwięku, co dodaje narracji dodatkowej, niepokojącej głębi. Smak napalmu o poranku i powracające porykiwania demona. Finał ekscytuje, kryjąc dramaturgiczne niedostatki wcześniejszych faz nagrania. Nalot dywanowy mega dirty ambientu. Wreszcie Last minute – samotna gitara w kurzu niepotrzebnej fonii.


Koncertowe lustro/ Concert mirror

Wylistowane i w miarę szczegółowo omówione wyżej płyty nie wyczerpują – co oczywiste – przebogatej płytoteki pod nazwą Fear Falls Burning. Szczególnie warto pogłębiać dział kolaboracji i wsłuchiwać się w jego kolejne incydenty wydawnicze. Z pewnością sięgnąć należy do kilku wspólnych nagrań z formacją Nadja, która pierwotnie była jednoosobowym bandem kanadyjskiego gitarzysty Aidana Bakera, a od pewnego czasu jest duetem (na basie dołączyła Leah Buckareff).

Bezwzględnie wartym odsłuchu (i oglądu) jest także wielopłytowe wydawnictwo The Infinite Sea Of Sustain (Soleilmoon DVD 2006, bandcamp 2013). Pierwotnie zestaw, to konglomerat płyt DVD z koncertów FFB, w wersji zaś bandcampowej zawiera aż 21 różnych koncertów w wersji audio z lat 2005-2009 (poza jednym przypadkiem, solowych ujawnień Serriesa). W trakcie odsłuchu bardzo rozbudowanej całości (pojedynczy koncert trwa od 30 do 60 minut) napotkamy na wiele wątków, które pojawiały się już na studyjnych płytach. Tu, w wersji live, docenić możemy kunszt Serriesa w łączeniu ich w długie sekwencje koncertowe, znów perfekcyjnie wykreowane pod względem dramaturgicznym, zbudowane z małych elementów masywne, wielowątkowe konstrukcje dark-ambientowe. Tu znajdziecie je wszystkie: https://fearfallsburning.bandcamp.com/album/the-infinite-sea-of-sustain-expanded


Outro/ vidnaObmana

Na pożegnanie z niebywałą chmurą ambientu, jaką wyprodukował Serries pod szyldem Fear Falls Burning, sięgamy do jego … poprzedniego projektu vidnaObmana, w ramach którego już od wczesnych lat 80. ubiegłego stulecia, realizował muzykę tworzoną za pomocą instrumentarium elektronicznego.

W bieżącym roku muzyk udostępnił zremasterowaną wersję ostatniej płyty vidnaObmana, epickie, czteropłytowe wydawnictwo An Opera For Four Fusion Works. Każda z płyt zawiera elektroniczne rekonstrukcje i twórcze rozwinięcia muzyki, jaką dostarczyli do stołu mikserskiego Serriesa jego współpracownicy. Act One: Echoes If Steel zawiera dźwięki gitary akustycznej i elektrycznej, a także głosu postaci, jaka ukrywa się pod nazwą Dreams In Exile, Act Two: Phrasing The Air – brzmienie saksofonu sopranowego, na którym gra Bill Fox, Act Three: Reflection On Scale – dźwięki fortepianu Kennetha Kirschnera, zaś Act Four: The Bowing Harmony – głos Stevena Wilsona. Nagrania powstały w latach 2000-2004. W procesie przetwarzania przygotowanych przez współpracowników dźwięków, Dirk używa syntezatora, sięga po gitarę elektryczną (zatem krok pierwszy, by vidnaObmana mógł przekształcić się w … Fear Falls Burning!), smyczek elektroniczny i całą gamę przeróżnych narzędzi dodatkowych i przetworników dźwięków.

Efekt całości jest doprawdy niebywały – od niemal chill-outowych pląsów spokojnej gitary, przez oniryczny saksofon i kongenialne pasma minimalistycznego piana, po zabawy z głosem ludzkim. A wszystko skąpane w elektronicznym, post-syntetycznym sosie dramaturgicznej maestrii belgijskiego muzyka. Koniecznie sięgajcie po te dźwięki: https://vidnaobmana.bandcamp.com/album/an-opera-for-four-fusion-works

Gorąco zapraszamy na koncerty Dirka Serriesa w ramach New Wave Of Impromtu, 3.Spontaneous Music Festival, jaki odbędzie się w Poznaniu od 3 do 6 października 2019 roku.

Solowy, ekskluzywny koncert ambient odbędzie się 4 października w Sali Pawilon o godzinie 21.00. Przy okazji uwieńczy 51 urodziny muzyka!



wtorek, 17 września 2019

Daniel Thompson & Alex Ward! Up Toward The Floor!



Zachwytów nad brytyjską muzyką improwizowaną ciąg dalszy! Po dorastającej młodzieży (Sloth Racket), czas na dojrzałych mężczyzn, którzy śmiało wkraczają w wiek średni! Dwóch gitarzystów - pierwszy zagra na akustycznej, drugi na elektrycznej. Kto wie, być może ci akurat muzycy, to najbystrzejsze ogniwa ewolucji w zakresie wskazanego instrumentarium na ziemiach dumnego Albionu!

Daniel Thompson - gitara bez prądu, Alex Ward – z prądem! Co ciekawe, w trakcie odsłuchu okaże się, że brzmienia obu wersji najsłynniejszego wiosła świata nie będzie tak łatwo odróżnić od siebie. To kolejny dowód potwierdzający niebywałą klasę tychże muzyków. Na Trybunie wiemy o tym doskonale, albowiem dociekliwym egzegezom ich twórczości poświęciliśmy wyjątkowo dużo czasu.

Studyjne rejestracje z roku 2017 i 2019, docierają do nas w bystrych plikach elektronicznych pod tytułem własnym Up Toward The Floor (Copepod Records, bandcamp 2019). Płyta składa się z pięciu bardzo swobodnych improwizacji z tytułami. Odsłuch całości zajmie nam dokładnie 35 minut i 13 sekund.




Na starcie wydawać by się mogło, iż przestrzenie studia nagraniowego Stowaway zgromadziły dwie reinkarnacje Dereka Baileya – jedną akustyczną, drugą elektryczną. Porównanie dla każdego free impro gitarzysty na pewno nobilitujące, ale my wiemy, iż tych facetów stać na więcej! Przed nami zwarta, reaktywna, bogata w dźwięki opowieść. Od pierwszej sekundy nagrania, muzycy wydają się być wzajemnie splątani strunami i gryfami obu gitar. Toczą się dumnie po parkiecie niczym jedno muzyczne ciało. Rozmowa na zwinne flażolety i puste akordy, to kluczowy moment pierwszej improwizacji. Stylistyczna dominacja minimalizmu, a na finalnym wybiegu, pętląca się galopada tylko dobrych dźwięków. Drugą część rozpoczyna skromna wymiana poglądów, dźwięk akustyczny odpowiada na dźwięk elektryczny i vice versa. Oba zdają się brzmieć niemal … identycznie! Skromne pogaduszki przy popołudniowej herbatce, delikatnie doprawionej wysokogatunkowym rumem. Po stu sekundach Panowie idą w stylowe tango, z dużą dawką dynamiki i wzajemnych uprzejmości. Garść indywidualnych opisów (Thompson!) i klasowe gaszenie płomienia narracji.

W ramach introdukcji do trzeciej improwizacji, duch Baileya zdaje się ponownie nawiedzać gitarzystów. Przy okazji zmieniamy datę sesji i jesteśmy już w roku 2019. Ward ma bardziej amplifikowane brzmienie, delikatnie brudzi parkiet szmerem ze wzmacniacza. Thompson idzie z nim ramię w ramię. Obaj świetnie na siebie reagują. Po stronie z prądem małe dawki post-psychodelii, po stronie akustycznej, zręczne piłowanie strun, tak charakterystyczne dla stylu Daniela, jakby muzyk pocierał struny jakimś metalowym przedmiotem. Na obu gryfach przejawy zwinnej preparacji, także akcenty filigranowych pasaży imitacyjnych, w efekcie których znów akustyka całuje elektrykę prosto w usta.

Czwarta piosenka przypomina balladę, która brodzi po kolana w mulistej rzece – głucha cisza zaniechania dynamicznych reakcji na dźwięk. Małe frazy, ciche, ale brzęczące fonie spływające z cienkich strun. Szczypta w pełni kontrolowanej psychodelii, odrobina dynamiki, ale wciąż w obrębie narracji, którą można by określić jako guitar slow motion. Po 4 minucie naturalnie spowolnienie opuszcza obu muzyków. Akcja, reakcja, wet za wet, a wszystko szyte wyjątkowo gęstym ściegiem, znów trochę imitacyjnie. Szukanie ostatniego dźwięku niespodziewanie pachnie dobrą kołysanką, oczywiście dla wyjątkowych łobuzów. Finałowa improwizacja rodzi się z dynamicznego piłowania strun. Początkowa delikatność w podejściu do problemu, szybko ustępuje nadchodzącej mocy i nabiera wręcz meta rockowej poświaty (Ward!). Jest chwila na odrobinę dyskusji w estetyce Baileya. Po czwartej minucie krok w kierunku onirycznych brzmień, także powrót do metalicznego żłobienia strun, tu już z obu stron. Na ostatniej prostej zmiana zdaje się gonić zmianę – imitacyjne zabawy w tanecznym dark blues! Wieńczące tę doskonałą płytę dźwięki rezonują i repetują.


czwartek, 12 września 2019

Sloth Racket! Dismantle Yourself!



Zjednoczone Królestwo muzyki wolnej i kreatywnej rządzi wszechświatem improwizacji od ponad pięćdziesięciu lat i nic nie wskazuje na to, by w ciągu kolejnych pięćdziesięciu coś się w tej materii miało zmienić. Trybuna konsekwentnie stawia na promowanie nowych zjawisk i nowych muzyków z tej części Drogi Mlecznej, z naszej perspektywy, położonej dokładnie po drugiej stronie Kanału La Manche.

Dziś band i nazwiska wcale nie nowe (dwie ich płyty były już tu recenzowane), ale po raz pierwszy zaprezentowane w solowej recenzji, wyposażonej w garść niekłamanych zachwytów nad muzyką realizowaną przez piątkę młodych Brytyjczyków.

Band zwie się Sloth Racket (po naszemu rzecz można – leniwa rakieta!), a w jego składzie: Cath Roberts – saksofon barytonowy (po prawdzie szefowa przedsięwzięcia, ona także firmuje muzykę, jako kompozytorka), Sam Andreae – saksofon altowy, Anton Hunter – gitara elektryczna, Seth Bennett – kontrabas oraz Johnny Hunter – perkusja. Ich piąta płyta zwie się Dismantle Yourself, wydana została przez kolejną brytyjską mikro inicjatywę Luminous Label (CD, 2019). Ładny, szary karton, literki naniesione chyba ręcznie (cała gama kolorów do wyboru) i dla fanów – papierowy fanzin, wydany tak, jak kilka dekad temu produkowano w tym kraju antyreżimowe ulotki – wygląda na sitodruk! Pięć kompozycji Cath (bez obaw, bardzo swobodnie improwizowanych!), 55 minut i 2 sekundy, zarejestrowanych na początku lutego br. w miejscu zwanym The Chairworks.




Spektakl zaczyna się przy wtórze, głośno akcentujących swoją obecność, gitary i saksofonu. Uderzenie fonii i garść ciszy, ponowienie i garść ciszy. Siarczyste intro, ciekawie zaprojektowane, zdecydowanie stanowiące wstęp do improwizacyjnych szaleństw. Po chwili bowiem kontrabas, perkusja i drugi saksofon wchodzą do gry i marszowym krokiem rysują narrację ostrym dłutem po kruszącej się korze. Powykręcana rytmika, raz za razem ekspresyjne mini pasaże każdego z członków bandu. Zdaje się, że w trakcie pisania scenariusza zaplanowana została przede wszystkim struktura opowieści, jej dramaturgia, nie zaś sam temat na pięciolinii do ogrywania w bezczelnych, jazzowych solówkach. Im dalej w las, tym zabawa coraz bardziej przypomina kolektywną, gęstą, jakże swobodną improwizację. Bardzo stylowy free jazz z post-rockowym posmakiem (gitary!). Drugą opowieść introdukuje kontrabas i perkusyjne talerze. Także spokojna gitara i mokry saksofon. Wszyscy plotą bluesa o trudnym poranku po wyjątkowej ciężkiej nocy. Jest i szczypta dobre sonorystyki za sprawą smyczka i tuby mniejszego saksofonu, który stara się budować tzw. narrację właściwą. Ale band niespodziewanie zbacza z kursu (będzie to czynił nad wyraz często) i proponuje nam oniryczny duet gitary i saksofonu. Świat muzycznych zaskoczeń i niespodzianek, po części, rzecz jasna, zaplanowanych przez Panią Roberts. Na finał tej pieśni koherentne free z umiarkowaną dawką melodii.

Temat kolejnego utworu jest wyjątkowo masywny i gęsty, jak lawa. Oba saksofony tańczą i śpiewają, gitara płynie niczym syntezator wysokiej mocy, sekcja zaś zrywa podłogę. Znów łamanie rytmu, piękny chaos sytuacyjny. Muzycy nie pierwszy raz wykazują się dużą łatwością w zakresie wprowadzania zmian, eskalowania emocji i ich niemal równoczesnego gaszenia. Są bardzo elastyczni, świetnie na siebie reagują, po części jest to zapewne efekt dobrego planowania procesu improwizacji! W 4 minucie kolejny świetny dialog saksofonu i gitary, w trakcie bardzo ognistego fragmentu płyty. Po chwili, równie błyskotliwe uspokojenie i zmyślne gierki w podgrupach. Po 7 minucie gitara nabiera w usta dużego łyku ambientu, towarzyszą jej w tej podróży talerze i smyczek.




Czwarta opowieść rodzi się z bólu estetyki minimalistycznej – gitara i alt ślą sobie serdeczności. Reszta wchodzi im w paradę po 2 minucie – dynamika, polot, duża lekkości i kolektywna swoboda. Świetne expo barytonu, jakby na przekór tezie i praktyce tej improwizacji, iż indywidualne popisy nie dość, że nie są tu celem, to na ogół nie są nawet środkiem do celu. Wyciszenie znów odbywa się pod światłym przewodnictwem coraz ciekawszej gitary. Faza dialogów, stylowego call & responce, bystre pizzicato kontrabasu, garść aylerowskiej śpiewności. Tuż potem zwinne przejście do półgalopu. Finalizacja jest udziałem rozjechanej gitary, tonącej w oparach zdrowej psychodelii. Piąta, ostatnia historia, budzi się do życia dzięki saksofonom, które kreślą unisono ramy nowej narracji. Sekcja daje background, całość rwie się do przodu, trochę jak dobry temat post-jazzowy. Rytm, gęstość i smak. Gitara pełna rocka, na barkach open jazzu. Jeden krok w głąb, jeden na zewnątrz. Baryton na czele orszaku kolektywnych eksplozji - gadające tuby saksofonów, ambient gitary, refleksyjny kontrabas i perkusyjne świecidełka. Po 9 minucie cała piątka nabiera free jazzowej dynamiki i szuka zakończenia mając żywego bluesa pomiędzy nogami.




wtorek, 10 września 2019

Ferran Fages & Vasco Trilla! Gestell! Journey to the heart of darkness!



Post-rockowy, gitarowy zgiełk, noise’owy background rozgrzanego wzmacniacza, aktywna, rozszalała perkusja, tańczące tomy i talerze – gęsta magma improwizacji, która zdaje się zakleszczać dźwięki do wewnątrz. Narracja, która rozpaczliwie krzyczy ołowiem strun i siłą gitarowego gryfu, jednomasztowca na wzburzonym oceanie.

Tytaniczna narracja dwóch bohaterskich Katalończyków już po kilku minutach, niemal niepostrzeżenie wytraca początkową moc, traci impet i wydaje się rozpadać na mniejsze elementy składowe. Strumień hałasu leje się w szczeliny skały i rozsadza ją od wewnątrz. Stemple drummingu są dotkliwe i z każdą sekundą coraz bardziej precyzyjne. Step by step till death of music.




W dziesiątej minucie tej szalonej opowieści gitara Ferrana zdaje się wkraczać już w specyficzny dla tego muzyka świat post-rocka, post-awangardy, post … wszystkiego. Gitarzysta plecie pajęczynę metalicznych kryształków czegoś, co jeszcze parę chwil temu nazwać mogliśmy dźwiękiem. Vasco tańczy na talerzach, wbija kolana w glazurę werbla, a posuwisty marsz ku wiecznemu zakończeniu toczy się na naszych oczach. Osłuchany meloman odnajduje w głowie kawalkadę stylistycznych skojarzeń, recenzentowi w tej kwestii najbliżej jest chyba do wczesnych nagrań Sonic Youth. W jedenastej minucie muzycy osiągają pierwsze stadium konsekwentnego minimalizmu. Gitara wręcz milknie, talerze pozostają zaś w meta rezonansie pełnym czegoś, co jeszcze parę chwil temu moglibyśmy nazwać rytmem. Po pewnym czasie gitara powraca sykiem lodowatego contemporary, jakże charakterystycznego dla wielu odłamów twórczości Fagesa – konsekwentne liczenie strun, badanie ich grubości i poziomu szorstkości. Matowe gongi metalowych przedmiotów tworzą aurę postępującego oniryzmu, a precyzyjne wskazanie źródła poszczególnych dźwięków wydaje się być coraz trudniejszym przedsięwzięciem. Muzycy bujają w obłokach, gubią wzrok, ale wewnętrzny meta rytm narracji toczy swój żywot pod stopami Trilli. Gitara – bijący zegar wszechświata, który liczy sekundy zapomnienia, perkusja – powłoka talerzowego bezkresu. W osiemnastej minucie akcenty para psychodelii na gryfie i perkusyjna cisza, która głęboko oddycha.

Oto, jak opowieść tria Phicus w wersji minus jeden wspaniale toczy się od ogółu do szczegółu. From small noise to big silence – tak nazywać by się mogła niesamowita droga, jaką przebywają dźwięki od pierwszej do ostatniej, trzydziestej siódmej minuty tego nagrania. Brzmienie gitary jedyne w swoim rodzaju i perkusja, która drży głuchym bębnieniem. Modulowany post-guitaring. Kreatywny minimal, gdzie znów każda struna traktowana jest z należytą pieczołowitością. Powolny, krystaliczny taniec degresywny. Nieustająca podróż w poszukiwania ostatniego dźwięku, po którym jest już jedynie pusta przestrzeń. Pierwsze jej stadium muzycy osiągają już w trakcie dwudziestej drugiej minuty. Instrumenty wydają z siebie pojedyncze dźwięki – talerz, miska, struna i duże porcje czerstwej ciszy. Metaliczny transcendentalizm umierających dźwięków. Ferran i Vasco dostarczają niemal identyczne porcje fonii, stają się niemal jednym dźwiękiem. Jeden akord, jedno uderzenie w talerz, dźwięk za dźwięk. Imitacyjna msza pogrzebowa, echo, rezonans, blask ciszy, który nie ma już koloru. To podróż do jądra muzyki. Rytualna inicjacja regresywna. Gdy cisza staje się muzyką, zegar odtwarzacza pokazuje ciąg zer.


Gestell, Raw Tonk Records (CD 2019). Ferran Fages – gitara elektryczna, Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Golden Apple Studio, Barcelona, 20 kwietnia 2018 roku.

piątek, 6 września 2019

Evan Parker, Matthew Wright, Adam Linson, John Coxon & Ashley Wales in Trance Map+! ‎Crepuscule In Nickelsdorf!



Z pewnością jednym z najważniejszych wydarzeń koncertowych bieżącego roku, z punktu widzenia miłośników muzyki improwizowanej, będzie obecność Evana Parkera i jego niezwykłego przedsięwzięcia artystycznego pod nazwą Electro-Acoustic Ensemble na 14. edycji warszawskiego Festiwalu Ad Libitum.

Koncert formacji już za pięć tygodni, a my dziś – znów w ramach celebrowania 75 urodzin artysty (jeszcze wiele odcinków przed nami!) – sięgamy po projekt Trance Map+, poszerzoną edycję duetu Trance Map, który onegdaj zaprezentował się na płycie o takim właśnie tytule (Psi Records, 2011). Duet ów zmyślnie łączył filigranowy strumień swobodnych improwizacji na saksofonie sopranowym z prowadzonym na żywo, elektronicznym procesowaniem dźwięków generowanych przez instrument dęty. Partnerem Parkera, który zasiadł za pulpitem komputera był wówczas Matthew Wright. Na wydanej dwa miesiące temu płycie, Trance Map poszerzony został do pięciu muzyków, którzy wyposażeni dodatkowo w kontrabas i cały arsenał urządzeń elektronicznych, zbudowali niezwykły spektakl elektroakustyczny.

Z muzykami spotykamy się na austriackim festiwalu Konfrontationen 2017 w Nickelsdorf. Na letniej, lipcowej scenie meldują się: Evan Parker – saksofon sopranowy, Matthew Wright – turntables, live sampling, Adam Linson – kontrabas i elektronika, Ashley Wales - elektronika oraz John Coxon – turntables, elektronika. Koncert, który stanowi jeden nieprzerwany ciąg dźwięków, podzielono na siedem części. Trwa w sumie 58 minut i 47 sekund, a wydawcą CD jest Intakt Records.




Oniryczna flora drżącej, szumiącej i syczącej elektroakustyki, gdzie wszystko, co żywe napotyka na koleiny elektroniki i wchodzi z nimi w niebanalne interakcje. Świat dźwięków wymieszanych, gdzie źródeł wielu fonii możemy się jedynie domyślać. Podmuch wiatru, echo skwierczących kabli, szum zwojów nerwowych, drobne usterki na łączach, półśpiew zmutowanych ptasich odgłosów, drobne pojękiwanie strun kontrabasu. Saksofon sopranowy leniwie budzi się do życia po upływie dwóch i pół minuty, kwili wyjątkowo łagodnymi frazami, jakby intonował pieśń inicjacyjną, która po niedługim czasie zaczyna pętlić się i nabierać szorstkości. Tło wokół zdaje się być coraz bardziej mgliste i nieinwazyjne. Gdy sopran wyrusza w pierwszy tego wieczoru taniec, towarzyszą mu cztery żywiołowe strumienie wybrzuszonej syntetyki. Gdy gaśnie, elektronika ciągnie narrację (przy okazji jesteśmy już w drugiej części), a w tle pojawiają się drobne zgrzyty kontrabasu, iskierki wyzwolonej syntetyki. Dźwięki saksofonu wprost po przetworzeniu, może też jego żywej odmiany, nabierają dynamiki na sporym pogłosie. Muzyka brzmi, jakbyśmy znaleźli się w ulu pełnym agresywnych pszczół. Po 5 minucie sopranista wpada w oddech cyrkulacyjny, a pióro recenzenta aż płonie z zachwytu nad akustyką tej właśnie chwili. Po wybrzmieniu, skromne akcenty percussion, drżenie kontrabasu i garść skrzącej się syntetyki, niczym dwadzieścia lat temu na post-technoidalnych płytach Jana Jelinka. Sample z wibrafonu ogłaszają start trzeciej części. Pomruki kontrabasu budują flow narracji, w tle kiście mokrej syntetyki. Sopran powraca po dłuższej chwili, rysuje pętle, podczas gdy okablowany blok wsparcia wpada w repetycje. Gęstości chwili dodaje smyczek na strunach kontrabasu. Sopran zdaje się multiplikować, zaś przestrzeń spektaklu rozciąga się wzdłuż i wszerz. Po 7 minucie mały peak kontrabasu, syntetyczny meta drumming i brzęk elektroniki, który zwiastuje kolejną część koncertu.

Na rozbiegówce dronowa, niemal epicka ekspozycja, pełna tajemniczości, bardzo nerwowa. Industrialny posmak chwili, meta taneczna syntetyka i sopran, który ponownie startuje po krótkim odpoczynku. Znów kreśli pętle, cyrkuluje i łyka elektroakustyczną poświatę. Flow szyty gęstym ściegiem, jakby nagle na scenie pojawiło się kilka nowych, akustycznych instrumentów, unoszonych na barkach syntetyki. Sopran w wersji żywej i samplowanej – piękny moment! Płynny start części piątej przy wtórze post-syntetyki. Saksofon, cichy, swawolny ptaszek, wokół bijące dzwony, syntetyka skwiercząca wyjątkowo analogowo, pasma pulsującego basu, wprost z gorących kabli. Dęciak nabiera zadziorności i stara się wchodzić w interakcje z każdym obiektem na scenie, czemu towarzyszą partie wzajemnych imitacji. Jest przy tym silnie dekonstruowany, zniekształcany absolutnie live. Po 6 minucie narracja zagęszcza się, znów akcenty perkusyjne, wielobarwne sample, tuż potem drżenie strun kontrabasu przepuszczone przez kable i dźwięki syntezatora w stanie spoczynku. Rodzaj sonorystycznych przygód w elektroakustycznych okolicznościach przyrody. Brawo! Na finał tej części prawdziwe królestwo kontrabasu i wielobarwny kalejdoskop sampli. Start części szóstej wyjątkowo wyznacza saksofon i owo niespełna czterominutowe interludium wypełnia dźwiękami niemal samotnie. W tle towarzyszy mu jedynie cichy ambient uśpionej elektroniki i skromne plastry sampli. Finałową część koncertu, bardzo rozbudowaną (ponad kwadrans) rozpoczyna dalekie echo sopranu i drżenie elektroniki. Parker wpada w zmysłowy taniec, potem towarzyszy mu także struga sopranowego live proccesing oraz poświata syntetyki. Wszystko zdaje się skwierczeć i jęczeć, potem zaś gęstnieć. Siarczysta biel metafizyki dźwięku! Duża zmienność akcji, finałowa nadaktywność wszystkich uczestników tego niebywałego spektaklu. Akcenty post-syntetyki, pasma post-ambient i post-techno, struny kontrabasu, meta perkusjonalia, basowe pulsary, sample i perfumy Królowej, wszystko na bogato! W 13 minucie sopran zaczyna zrywać swoje frazy, syntetyka sprzęga się i zieje ogniem na flankach. Loopy i ptasie porykiwania. Triumf niemal żywej syntetyki, która błyskotliwie gaśnie. Burza oklasków i wyzerowany licznik odtwarzacza kompaktowego.