wtorek, 3 lutego 2026

AMM with Sachiko M are Testing!


AMM, jedna z dwóch najważniejszych formacji muzyki swobodnie improwizowanej (wszyscy znamy nazwę tej drugiej!), od ponad trzech lat definitywnie jest już grupą w stanie spoczynku. Szczęśliwie jednak wciąż trafiają do nas nowe albumy z niepublikowaną dokumentacją fonograficzną wielkiej historii, jaką stworzyli Eddie Prévost, John Tilbury i Keith Rowe (wymieniając tylko te najważniejsze postaci).

Tym razem do naszych odtwarzaczy trafia nagranie sprzed ponad 20 lat, dokonane w formule formacja+, które dokumentuje dość nietypowe dla AMM spotkanie z dźwiękami syntetycznymi. W roli gościa japońska artystka Sachiko M pracująca na poręcznym zestawie kabli, które określone tu zostały mianem sinewaves, co w wolnym tłumaczeniu oznacza fale sinusoidalne.

W ujęciu historycznym moment, w którym odbył się pewien londyński koncert, to sytuacja dla AMM dość trudna. Po latach muzykowania w składzie trzyosobowym z zespołu odchodzi Keith Rowe i nie jest to pożegnanie na warunkach ugodowych, ale raczej efekt sporu artystycznego. Nie jesteśmy pewni, czy w grudniu 2004 roku AMM był jeszcze ansamblem trzyosobowym, czy już tylko duetem. Innymi słowy, nie wiemy i nie rozstrzyga tego rozbudowane albumowe credits, czy koncert Prevosta, Tilbury’ego i Sachiko M rzeczywiście odbył się z użyciem wiekopomnej nazwy AMM, czy jedynie pod szyldem ich nazwisk. Ów drobny dylemat z perspektywy ponad dwóch dekad, jakie minęły od powstania nagrania, nie ma oczywiście większego znaczenia. Taka sobie kronikarska ciekawostka. Dość zatem tych dywagacji, zajrzyjmy do środka albumu, który trwa godzinę zegarową i całe siedem minut.

  


Szmer miasta i syczenie sinewaves, to aura inicjacji. Wielkie oczekiwanie na pierwsze akustyczne dźwięki instrumentalne trwa kilka długich chwil. I oto są - błysk talerza i szum z klawiatury, jeszcze przed wydaniem pierwszej frazy przez pianistę. Przez moment można odnieść wrażenie, że wszystko, co słyszymy, to jedynie odgłosy miasta. Wychodzenie z mroku ciszy i zaniechania zajmuje muzykom jeszcze kilkadziesiąt sekund, by nie rzec kilka minut. Całość migocze na bezgwiezdnym niebie, niczym elektrownia atomowa pozbawiona mocy.

Po upływie dziesięciu minut scenę zaczynają opanowywać frazy, które można nieśmiało uznać za zaczyn pewnej narracyjnej linearności. Rezonujące talerze śpiewają, z klawiatury sączy się sekwencja leniwych fraz, a na dalekim backgroundzie pojawiają się drobne, elektroniczne zgrzyty, niczym syntetyczny komentarz do sytuacji akustycznej. W tle nieustannie żyje miasto, słyszymy karetkę na sygnale. Tymczasem na scenie zaczynają panoszyć się nowe, tajemnicze dźwięki, przypominające szarpanie na struny, które prawdopodobnie są elementem bębna Prevosta. Po dwudziestej minucie akcje artystów zdają się niespodziewanie przybierać na intensywności. Głuche uderzenia, trzaski, szmery, piski i otarcia – minimalistyczny post-industrial w dobie ograniczenia dostaw energii. Japonka wciąż szumi, incydentalnie podsyłając elektroakustyczne komentarze. Z czasem opowieść staje się mroczną kołysanką, która szuka schronienia w ciszy. Jej linearność zdaje się zaskakiwać.

Po upływie trzeciej dziesiątki minut w rolę wodzireja wciela się Tilbury. Staje się bardziej aktywny, ale jego post-klasyczna melodyka ujmuje łagodnością i delikatnością. Prevost komentuje feerią talerzy i nagle trio osiąga lokalny szczyt intensywności. Akustyka goreje, grzmi, złorzeczy, a towarzyszy jej post-akustyczny szmer, który incydentalnie przypomina efekty działania live proccesingu. Słyszymy też dźwięki, które przypominają sample generowane przez nieobecnego Keitha Rowe. Upływ trzech kwadransów koncertu stawia muzyków na delikatnym rozdrożu. Z jednej strony szukają ciszy, z drugiej wyrywają się z zaskakującymi frazami, w czym szczególnie aktywny jest pianista. Pewna dramaturgiczna powtarzalność w opozycji do nadciągającej, mrocznej ciszy.

Ostatnie kilka minut, to powrót fraz strunowych, bicie dzwonów i subtelny hałas z talerzy. I kilka fraz zaskakująco basowych, być generowanych przez Prevosta, a może jednak przez Sachiko. Końcowe kilkadziesiąt sekund, to już definitywnie krok ku śmierci improwizacji. Pojedyncze frazy z klawiatury, szum sinewaves i rezonujące talerze w locie opadającym.

 

AMM with Sachiko M Testing (Matchless Recordings, CD 2025). Sachiko M – sinewaves, Eddie Prévost - tam tam, bęben strunowy i inne instrumenty perkusyjne oraz John Tilbury – fortepian. Nagrane w Londynie, grudzień 2004. Jedna improwizacja, 67 minut

 

 

piątek, 30 stycznia 2026

When John Butcher was away!


Jak wszyscy świetnie pamiętamy, brytyjski saksofonista John Butcher był rezydentem ósmej edycji poznańskiego Spontaneous Music Festival w październiku 2024 roku. Na deskach Dragona zagrał czterokrotnie – solo, w duecie, trio oraz prowadząc formację Dragon 10. Dwa ostatnie spektakle zostały w roku ubiegłym upublicznione na poręcznych dyskach kompaktowych - jedno w Zjednoczonym Królestwie, drugie w naszym cudownym kraju.

W pierwszych dniach stycznia nowego roku tenorowa część występu solowego z Poznania stała się fragmentem nowej solowej płyty Butchera. Tym razem wydawca jest amerykański, a my z nieskrywanym entuzjazmem zasiadamy do odsłuchu i odczytu jego zawartości.

 


Tenorowa ekspozycja z Dragona trwa kwadrans i otwiera album. Jego drugą zasadniczą część stanowi improwizacja sopranowa (także kilkunastominutowa) zarejestrowana w Oslo na festiwalu Blow Out kilka miesięcy później. Pozostałe dwadzieścia kilka minut płyty wypełnia sześć krótszych rejestracji, powstałych w różnym czasie i w różnych miejscach na świecie. Pośród nich odnajdujemy słynne eksperymenty saksofonisty z feedbackiem, amplifikacją czy nakładaniem na siebie ścieżek. Mamy impro transkrypcję nagrania Dereka Baileya, a także fragment koncertu zarejestrowany przez publiczność, a potem udostępniony artyście. Niektóre utwory mają dedykacje. Innym słowy, emocji i jakości nie brakuje w jakimkolwiek momencie albumu.

Dragonowy tenor brzmi na płycie jeszcze dosadniej niż w wersji na żywo. Wspaniały kwadrans szorstkich melodii, zawadiackich pętli czynionych na sporej dynamice i intrygujących, onirycznych wdechów na etapie tłumienia emocji. W drugiej części improwizacji muzyk na krótko wpada w oddech cyrkulacyjny, a potem definitywnie uspakaja się. Jego flow staje się filigranowy, rozedrgany, pełny typowych dla artysty ptasich tremoli. Sopranowa opowieść z Oslo płynie lekko zabrudzonym, półpreparowanym strumieniem. To migotliwa, rezonującą porcja dźwiękowych niespodzianek. Dużo w niej melodii, pewnej ulotnej taneczności, realizowanej długodystansowym oddechem cyrkulacyjnym. Sam finał jest minimalistyczny, pięknie ginie we wszechobecnej ciszy.

Pozostałe utwory, uzupełniające danie główne, doskonale poszerzają ofertę saksofonisty. Tonące w feedbacku, oniryczne strumienie akustyki, przypominające strwożony taniec na rozgrzanym dachu, stanowią opowieść drugą. W części czwartej Butcher spokojnym tembrem przypomina nam jedną z flagowych improwizacji Baileya, z kolei w odsłonie piątej żeni akustyczne i amplifikowane brzmienia sopranu, a całość przypomina strumienie fonie płynące z głębokiego, betonowego tunelu. Jeszcze ciekawsza wydaje się szósta opowieść – dedykowana zarówno Eliane Radigue (w formie posuwistych, filigranowych dronów), jak i Lesterowi Youngowi (po zwinnym, zaskakującym przejściu w cool jazzowe frazowanie). Po osiemdziesięciosekundowej feerii saksofonowej multifonii, w ostatnim numerze dedykowanym Joe McPhee, muzyk powraca do czystego, płynnego frazowania na tenorze. Ów kilkuminutowy passus sprzed lat zdaje się być idealną klamrą spinającą album. Doskonale sprawdziłby się jako bis do dragonowej eksplozji z roku 2024.

 

John Butcher Away, I was (Relative Pitch, CD 2026). John Butcher – saksofon tenorowy, sopranowy, także amplifikowany, z użyciem feedbacku lub multiplikacji. Nagrane w różnych miejscach i czasie, od roku 2008 do roku 2025. Osiem utworów, 50 minut.




wtorek, 27 stycznia 2026

The Shrike Records’ two fresh: Transgressive Coastlines! Drawn!


Londyński Shrike Records dba o dobry humor miłośników freely improvised music i systematycznie dostarcza nowych wydawnictw. Koniec roku przyniósł dwa tytuły – solowy projekt gitarowy i post-jazzowy kwartet. Ten drugi z drobnym dysonansem poznawczym, albowiem okładka sugeruje wydanie płyty w roku 2025, z kolei oficjalna premiera na bandcampie miała miejsce w pierwszych dniach stycznia 2026 roku.

W niczym to nie przeszkodziło Trybunie, by album owego kwartetu zaliczyć do grona 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025!

 


Caroline Kraabel/ Pat Thomas/ John Edwards/ Steve Noble Transgressive Coastlines (CD 2025/26)

The Vortex Jazz Club, Dalston, Londyn, kwiecień 2025: Caroline Kraabel – saksofon, głos, Pat Thomas – fortepian, John Edwards – kontrabas oraz Steve Noble – perkusja. Trzy improwizacje, 59 minut.

Cztery znamienite postaci londyńskiej sceny free jazz/ free impro, koncertowa sytuacja w słynnym Vortexie, prawie godzina improwizacji w definitywnie post-jazzowym klimacie. To oczywiście nie mogło się nie udać, ale wcale nie musiało szczególnie nas zaskoczyć, jeśli znamy dokonania tych artystów na przestrzeni kilku ostatnich dekad. A jednak album Transgressive Coastlines, to istotne wydarzenie roku ubiegłego, nie tylko na scenie brytyjskiej.

Każda z wielominutowych części tego koncertu ma specyficzną dramaturgię. Szczególnie udana wydaje się odsłona otwarcia, budowana z mozołem, niestroniąca od minimalizmu, skupiona na szczególe, pojedynczym dźwięku, daleka od free jazzowych wybuchów nie do końca kontrolowanej ekspresji. Pierwsze dźwięki, to ledwie strzępy, drobne preparacje, szelest saksofonu i talerzy, odgłosy z dna fortepianu. Kameralny suspens od razu buduje jakość, a chwile, gdy pod pręgieżem kontrabasowego pizzicato, opowieść wynurza się z mroku zdają się być ledwie incydentami. Mistrzynią ceremonii tej części spektaklu jest Kraabel, która umiejętnie dawkuje dęte frazy i ubarwia je akcentami głosowymi. Opowieść ma zmienne tempo, dostarcza kilka intrygujących zagęszczeń, smakołyków spod kontrabasowego smyczka, tudzież dialogów saksofonu najpierw z rzeczonym smyczkiem, potem z fortepianem. Finał stawia na dynamikę, ale nie brakuje w nim intrygujących didaskalii.

Druga improwizacja z miejsca stawia nas w innych okolicznościach – jest nerwowo, każda fraza pulsuje, a opowieść syci się mnóstwem drobnych zwarć. Po niedługiej fazie dark & slowly narracja osiąga istotny, niemal free jazzowy szczyt, potem tapla się w rezonansie wszystkiego, co zdolne jest wydawać metaliczny dźwięk. Powraca głos, swoje dokłada wszędobylski smyczek, akcje piana i perkusji są wyważone, zawsze adekwatne dramaturgicznie. Zakończenie znów jest bardzo żwawe, po części nawet taneczne. Ostatnią część koncertu inicjuje sekcja rytmu, która formuje zalążek rytmu, który będzie towarzyszył muzykom z różną intensywnością do końca nagrania. Ta opowieść ma fazę definitywnie kameralną, ma też moment zastoju w pozie smutnej melodii. W końcowej części głos, rytm i skłonność do repetycji budują dramaturgię godną zwieńczenia tego wyśmienitego albumu. A ostatnie frazy należą do smyczka i saksofonu.

 


Alex Ward Drawn (CD 2025)

Stowaway Studios, London, grudzień 2023: Alex Ward – gitara elektryczna. Sześć utworów, 43 minuty.

Dyskografia tego klarnecisty i gitarzysty jest bardzo bogata, także w wymiarze solowym. Album jaki tu omawiamy, to wedle słów samego artysty kontynuacja dwóch poprzednich solowych performansów na gitarę elektryczną, które udostępnił światu w czasach pandemicznych i post-pandemicznych. Nagranie jest nieprzerwanym ciągiem fonicznym, podzielonym/ potytułowanym na części dla wygody odbiorcy i może być prezentowane/ słuchane w … dowolnej kolejności.

Pierwszy utwór obiecuje naprawdę wiele. Minimalistyczne otwarcie z akcentami zarówno jazzowymi, jak i rockowymi stwarza bazę dla dynamicznego i ekspresyjnego rozwinięcia. Flow jest bogaty w wydarzenia, a zmiana goni tu zmianę. Po krótkim interludium, które zdaje się być onirycznym post-bluesem, spuentowanym garścią gitarowej elektroniki, w kolejnym utworze Ward powraca do tempa i emocji, jakie poznaliśmy w gemie otwarcia. W strukturze narracji pojawia się coraz więcej melodii. W drugiej fazie tego utworu muzyk schodzi na pozycję balladową, ubarwia opowieść drobną porcja zmysłowej psychodelii. I wiele wskazuje na to, iż dokładnie w tym momencie narracja traci moc kreacji i długoterminowo przekształca się w smutne, melodyjne, niekiedy dość leniwe akcje pozbawione pazura, jaki charakteryzował początek płyty. Ward zdaje się szukać dalszej drogi w zakamarkach gitarowej post-klasyki, okazjonalnie brudzi brzmienie, często zmienia wątki i skutecznie usypia słuchacza.

 

 

 

czwartek, 22 stycznia 2026

Barcelona still smells like teen spirit: Behenii! Grails! Música Fúnebre! Bilbao MMXXIII!


Kreatywna scena Barcelony ma w sercu Trybuny Muzyki Spontanicznej szczególne miejsce. Z tym większą radością donosimy o kolejnych nowościach muzyki improwizowanej i zjawisk jej bliskich powstałych w stolicy Katalonii.

Dziś czas na cztery świeże albumy - trzy pochodzące ze starego roku, jeden datowany już na roku bieżący. W roli podmiotów wykonawczych sami dobrzy znajomi - dwa tria z udziałem El Pricto pod sztandarami jedynego w swoim rodzaju Discordian Records, kolejne dwa z udziałem najbardziej niesamowitej sekcji rytmu świata współczesnego, czyli Alexa Reviriego i Vasco Trilli. Dodajmy, iż ten ostatni współtworzy także pierwsze z anonsowanym składów z El Pricto. Reasumując w ujęciu matematycznym – cztery tria, to jednak tylko dziewięcioro artystów. Takie cuda tylko w Barcelonie! Welcome!

 


El Pricto/ Don Malfon/ Vasco Trilla Behenii - Part II (Discordian Records, DL 2025)

The Golden Apple Studios, Barcelona, marzec oraz listopad 2025: El Pricto – syntezator modularny, Don Malfon – saksofon barytonowy, altowy oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Siedem improwizacji, 37 minut.

Zaczynamy od Behenii, krwistego połączenia brzmień syntezatora modularnego Pricto, preparowanych saksofonów Malfona i zwinnych akcji perkusyjnych i perkusjonalnych Trilli. Artyści debiutowali w tym układzie personalnym dwa lata temu, a ich nagranie śmiało uznaliśmy wówczas za dzieło doskonałe. Teraz wracają z nowym materiałem, znów osadzając go na dysonansie spazmów elektroakustycznego free jazzu i post-industrialnych medytacji. Album nie wnosi wiele nowego do wizerunku tria, zatem tym razem nie padamy na kolana, ale i tak nagranie zasługuje na naszą wieczną uwagę.

Klasycznym dla tego tria przykładem masywnego free jazzu jest druga opowieść, która lepi się ze skrzeku saksofonu altowego, punktowego drummingu i tłustych, basowych pasm syntezatora. W całkowitej opozycji do wspomnianej estetyki sytuuje się pierwsza i trzecia opowieść. Szczególnie podobać się może ta ostatnia, osadzona w gęstej mgle, ambientowa flauta doposażona groźnym echem. Z kolei improwizacje czwarta i piąta udanie żenią antypody estetycznych upodobań Barcelończyków. W pierwszej z nich początek jest dynamiczny, ale zaskakująco filigranowy. Na etapie finalizacji, granej na wdechu, muzycy zapraszają do dryfowania po szorstkich falach oceanu. Jeszcze bardziej zaskakująca wydaje się ostatnia historia. Z jednej strony eksplozje mocy osadzone na mięsistym brzmieniu modulara, z drugiej rozhuśtane, niemal balladowe interludia. Ów iście rockowy przekładaniec ma dalece udaną kulminację, z kolei końcowa prosta grzęźnie w gęstym, błotnistym ambiencie.

  


Nocturnal Crusaders Grails! (Discordian Records, DL 2026)

Soda Acoustic, Barcelona, grudzień 2025: El Pricto – syntezator modularny, Luis Erades – saksofon altowy, tenorowy (excalibur), barytonowy oraz Soren Alcaraz – perkusja, instrumenty perkusyjne. Sześć improwizacji, 39 minut.

Narzędzia pracy kolejnego tria są niemal identyczne, jak w przypadku Behenii. Foniczny efekt ich użycia jest jednak dość odmienny. Jeśli to pierwsze trio istotną część swoich ekspozycji osadza na grząskich połaciach post-dźwięków, o tyle Nocturnal Crusaders zdają się być pozbawieni tego typu brzmieniowych, tudzież dramaturgicznych subtelności i stawiają w ostatecznym rozrachunku na czerstwy hałas.

Już w pierwszej odsłonie muzycy jasno pokazują swoje definitywnie złe intencje.  Syntezator i saksofon krzyczą od progu, obrazu całości dopełnia koherentny atak perkusji. Podobać się tu może wszakże drobne interludium z szumem dobywającym się z tuby saksofonu barytonowego. W kolejnych trzech improwizacjach otwarcie za każdym razem osnute jest wokół mrocznych szumów, preparowanych fraz i zawieszonego w intrygującej próżni dramatyzmu narracji. W dalszej fazie każdej z tych części muzycy przystępują do ataku i nie zamierzają brać jeńców. Najciekawiej prezentuje się ostatnia z przywołanych historii. Długie, szemrane otwarcie, nie bez plam ambientu, głośna, gęsta faza zasadnicza i dalece mroczna puenta. Odsłona piąta zdaje się być repliką jedynki i stawia na konkret, z kolei końcowa improwizacja nieco zaskakuje - ma zrównoważone tempo, nie eskaluje hałasu, dobrze dawkuje emocje. Puenta albumu to jednak kompulsywny krzyk saksofonu i modularnego oparty na gęstym groove perkusji.

 


Markus Reuter/ Vasco Trilla/ Àlex Reviriego Música Fúnebre (Bandcamp’ self-release, DL 2025)

Czas i miejsce akcji nieznane: Markus Reuter – organy elektryczne (Philips Phillicordia), Àlex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla - flat bells. Jedna improwizacja, 31 minut.

Czas na ekspozycję dronową, inspirowaną dokonaniami Witolda Lutosławskiego, a zbudowaną (zdefiniowaną/ skomponowaną) przy użyciu elektrycznych organów pochodzących z czasów raczkującego fussion, kontrabasowego smyczka i posiadających niebywałe brzmienie flat bells, specyficznie nastrojonych dzwonów. Jedna improwizacja drąży nam tu zwoje mózgowe przez dwa kwadranse, mieni się wszelkimi kolorami mrocznych tęczy i mimo swego niekiedy medytacyjnego charakteru budzi niepokój i permanentnie intryguje.

Rezonujący ambient dzwonów, smuga swobodnie posadowionego, kontrabasowego smyczka i migotliwych organów od pierwszej sekundy zlewają się w dość jednorodny, nieco wystudzony dron. To opowieść, która zdaje się nie mieć zarówno początku, jak i końca. Smyczek potrafi zejść nisko na kolanach, dzwony unieść się ku niebu, a całą resztę zdolna jest wypełnić organowa plama, która z czasem delikatnie pęcznieje. Na ogół miewa więcej niż jedno pasmo przesyłowe, niekiedy przypomina wychłodzony kosmodrom. Ta specyficzna celebracja przybiera mroczne barwy, czasami przypomina kodę wielominutowej ekspozycji post-fussion. Niekiedy rozwarstwia się na trzy osobne strumienie fonii, by po niedługiej chwili znów stać się jednym ciałem. Dzwony nie przestają spoglądać ku wyżynom, kontrabas przez kilka chwil frazuje w trybie pizzicato, leniwie, minimalistycznie. Na zakończenie powraca smyczek i eksponuje modlitewny, jakże bolesny śpiew. Wszystko wokół systematycznie zastyga w mule szorstkiego ambientu.

  


Helena Bilbao MMXXIII (Blu-Rei Records, Kaseta 2025)

Ocuspinatti Fest, Bilbao, grudzień 2023: Clara Lai – instrumenty klawiszowe, Àlex Reviriego – kontrabas, kompozycje oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Pięć utworów, 27 minut.

Pozostajemy w towarzystwie Reviriego i Trilli, a sceniczny line-up uzupełniamy katalońską pianistką Clarą Lai, którą także znamy z wielu dokonań w obszarze muzyki improwizowanej tamtych ziem. W takim trio, ale po raz pierwszy pod nazwą własną Helena, muzycy prezentują się w wymiarze wydawniczym bodajże po raz drugi. Tym razem koncertują w Bilbao, w trakcie pewnej imprezy festiwalowej. Ewidentnie grają w barze, którego dźwięki (a także gwar rozmów) niczym wysublimowane field recordings stają się pełnoprawnym uczestnikiem zabawy. W repertuarze, utrzymane w klimatach post-jazzowych, kompozycje kontrabasisty, co nie możemy uznać za typowe dla tych artystów i ich dotychczasowych losów scenicznych.

Początek koncertu sugeruje, jakoby muzycy chcieli stać się częścią szumu i gwaru, jaki dochodzi z baru. Delikatne, ledwie słyszalne frazy budują powolną narrację. W drugiej części bas zarysowuje dramat swobodnym, jazzowym pizzicato, a całość lepi się w balladę podaną w intrygująco prostym metrum. Kolejnym zaskoczeniem są frazy smyczka o definitywnie post-klasycznym posmaku. W kolejnych trzech utworach, krótkich, nieprzegadanych, muzycy kontynuują ów post-jazzowy, łagodny, niekiedy dość melodyjny flow. W części czwartej zdają się być najbardziej intensywni, w części finałowej z kolei nieco nostalgiczni i nastawieni na minimalistyczną repetycję. Album nie trwa nawet dwóch kwadransów, ale po jego odsłuchu pozostajemy ze sporą dawką pytań, na które nie znajdujemy odpowiedzi.




 

wtorek, 20 stycznia 2026

Le GGRIL & DDK in Diffraction!


Czy stali Czytelnicy tych łamów potrzebują rozszyfrowania skrótów, jakie padły w tytule dzisiejszej opowieści? Ten pierwszy, to oczywiście wielka kanadyjska orkiestra improwizatorów z Quebecu, której losy śledzimy od dnia jej narodzin. A nasza do niej miłość eksplodowała szczególnie, gdy załoganci z Rimouski zagrali kilka lat temu wspaniały koncert na scenie poznańskiego Dragona. DDK, z kolei, to trio bardziej osadzone w estetyce kameralnej, ale z udziałem improwizatorów (szczególnie trębacza), których nazwiska zwykliśmy wymawiać dużymi literami.

Spotkanie osiemnastoosobowej orkiestry i tria, to ich pierwsze wspólne działanie w wymiarze scenicznym. Jako rzecze albumowe credits, ta zgraja wspaniałych muzykantów improwizowała wedle wskazań kompozytorskich, jakie na spotkanie w siedzicie Le GGRIL dotargali panowie DDK. Efekt ich prac, to ledwie dwa kwadranse, ale dzieje się w nich tak wiele, że można by tym obdzielić kilka wielopaków edytorskich.

Z kronikarskiego obowiązku dodajmy/ przypomnijmy, iż Diffraction, to jeden z 50 powodów dla których warto zapamiętać rok 2025. So, welcome!

  


Tajemnicze, skupione, dęte i strunowe wydechy pełne mocy i towarzyszące im wdechy zaskakującej trwogi, a wszystko poprzedzielane ułamkami dudniącej ciszy. Otwarcie koncertu od razu stawia nasze uszy na baczność i nie pozwala przegapić najdrobniejszego szczegółu dramaturgicznego. Orkiestra i trio tworzą tu jedno ciało wyposażone w bardzo bogaty arsenał sił i środków. Niewiele im trzeba, by zbudować ścianę hałasu, jeszcze mniej, by zmilknąć w bezdennej ciszy. Zagajenia gitar, westchnienia smyczków, dęte okrzyki tworzą tu imponujący wir zdarzeń, wszystko wszakże pozostaje pod pełną kontrolą zarówno kompozytorów, jak i aparatu wykonawczego.

Po kilku minutach zdaje się, że to pianista delikatnie wychodzi przed szereg i serią stempli z klawiatury nadaje nowy kierunek marszu. Muzyczny potwór w pozie kameralnego zadęcia szybko nabiera tu wiatru w żagle. W tle pracują strunowce, pozornie wystudzone, ale gotowe na każde szaleństwo. W okolicach dziesiątej minuty flow na moment zapada się w onirycznej ciszy. Sygnał do powrotu na powierzchnię emocji dają strunowce i wysoko podwieszone dęte, blaszane frazy. Piano wciąż zdaje się stawiać granice, ale reszta załogi intensywnie kontrapunktuje. Opowieść ma teraz fazę hałasu, a zaraz potem moment dętych wydechów, wspieranych pieśnią z klawiatury. Zmiana goni zmianę, a słuchacz nawet nie zauważa, że spektaklowi wybija dwudziesta minuta.

To wtedy orkiestra bierze głęboki oddech i zaczyna szyć nowy wątek. Monumentalne rozbłyski dętych i pasaże z klawiatury zdają się szyć teraz więcej dłuższych fraz, przeplatanych plejadami tajemniczych short-cuts. Znów pojawiają się nanosekundy ciszy i momenty dramaturgicznego zawahania. Muzycy zaciskają zęby, wpadają w okazjonalne eksplozje, ciągle mając pod kontrolą każdy dźwięk. W trakcie ostatnich trzech minut czuć już nerwowe wyczekiwanie na napisy końcowe. Strunowce grają krótkimi, dęte długimi podaniami. Wszędzie panoszą się okrzyki trwogi.

 

Le GGRIL & DDK Diffraction (Circum-Disc/ Tour de Bras, CD 2025)

DDK: Jacques Demierre – fortepian, kompozycja, Axel Dörner – trąbka, kompozycja oraz Jonas Kocher – akordeon, kompozycja. GGRIL: Robert Bastien – gitara elektryczna, Rémy Bélanger de Beauport – wiolonczela, Clarisse Bériault – obój, obiekty, Isabelle Clermont – harfa elektryczna, Sébastien Côrriveau – klarnet basowy, Olivier D'Amours – gitara elektryczna, Alexis Gagnier-Michel – wiolonczela, Mathieu Gosselin – saksofon barytonowy, Jonathan Huard – wibrafon, instrumenty perkusyjne, Pascal Landry – gitara klasyczna, Antoine Létourneau-Berger - ondes martenot, instrumenty perkusyjne, Éric Normand – bas elektryczny, Alexandre Robichaud – trąbka, Gabriel Rochette-Bériau – puzon oraz Catherine Savard-Massicotte – skrzypce. Nagrane w Desjardins-Telus, Rimouski, Quebec, październik 2023. Jeden utwór, 30 minut.