Najwyższy czas ma marcową zbiorówkę! Osiem nowych albumów, tyleż wykwintnych i ciętych jak brzytwa recenzji! To nasz ulubiony moment w codziennym, trybunowym znoju pisarskim!
Ponadgatunkowy tygiel improwizowanych emocji czeka na Wasz odczyt,
a albumy na odsłuch po stosownych zakupach. Zaczniemy od mistrzów heavy jazzu,
którzy dziś śmiało zasługują na miano syntetycznych post-metalowców, czyli Dead
Neanderthals, prawdziwy kwiat holenderskiej post-młodzieży. Potem czeka nas swobodnie
improwizowana wizyta w Berlinie, ale spotkanie cokolwiek amerykańskie, w
dalszej kolejności wątki holendersko-niemieckie, japońsko-amerykańskie, francuskie,
choć z ziemi nam ojczystej, estońskie, a na koniec pakiet dobrego jazzu z kraju,
który od czterech lat nie ma flagi.
Welcome
to heaven and hell of improvised music!
![]() |
Dead
Neanderthals Evocations/ DEMO MMXXV (Bandcamp’ self-release, DL
2025/26)
White Noise Studio, Nijmegen, Holandia: Otto Kokke –
syntezator oraz Rene Aquarius – perkusja. Łącznie pięć utworów, 39 minut.
W życiu pewne są trzy rzeczy – śmierć, podatki i … sylwestrowa
ep-ka Kokke i Aquariusa! A tym razem nawet dwie ep-ki, albowiem do
dwóch grudniowych, długich opowieści, kilka dni później artyści dołączyli
jeszcze trzy krótkie muzyczne petardy.
Pierwsze dwa wielominutowe utwory, to ortodoksyjny minimalizm
- jednostajny beat perkusji i stojąca plama skwierczącego, sfuzzowanego
niczym gitara syntezatora. To dwie martwe ballady, które zdają się przygasać z
każdym kolejnym, monotonnym uderzeniem perkusji, ale to przygasanie trwa w nieskończoność.
Efekt wbija nas w fotel i wywraca perspektywę dnia aż do jego marnego końca.
Trzy krótsze utwory z DEMO sytuują się intrygująco blisko estetyki rockowej.
Niczym walec brną do przodu, mają zdecydowanie bardziej urozmaiconą dramaturgię.
Blisko im do doom metalu, we wnętrzach którego mości się tajemnicza, zła
melodia, jak ten głos z offu, który wieńczy trzecią z nich.
Devin Gray,
Andrea Parkins & Frank Gratkowski Hz of Gold (Rataplan
Records, CD 2026)
Lowswing
Studios, Berlin,
maj 2021: Andrea Parkins – elektronika, akordeon, wurlitzer, Frank Gratkowski –
saksofon, flet, klarnet oraz Devin Gray – perkusja, instrumenty perkusyjne, herz.
Jedenaście utworów, 45 minut.
Przed nami dalece intrygujące spotkanie berlińskie, poczynione
w dwóch trzecich siłami amerykańskimi. Mniej nam znany drummer w roli
inicjatora wydarzenia, które zaistniało w okolicznościach studyjnych prawie pięć
lat temu i dwie legendy muzyki kreatywnej z obu stron Wielkiej Wody. Album
dostarcza dużo zmyślnie pokomplikowanej akustyki, która raz za razem dostaje
się w szpony elektroniki, a także … psychodelicznego wurlitzera.
Pierwsze trzy opowieści trwają prawie dwadzieścia minut i zdają
się konstytuować jakość całego przedsięwzięcia. Od dronowej, powłóczystej, post-ambientowej
ekspozycji budowanej pomrukami klarnetu basowego, plamami akordeonu i głęboko
osadzonym drummingiem, po nerwowe post-ballady topione w onirycznej flaucie.
W szprychach akustycznych instrumentów często panoszy się elektronika, także w
formie live proccesingu. W pierwszej fazie albumu Parkins często sięga
po elektryczne klawisze i udanie reasumuje wyczyny partnerów posmakiem fussion
jazzu. Z akordeonu, z którym kojarzymy ją z dawnych lat, częściej korzysta w
drugiej połowie albumu. Gratkowski tradycyjnie pracuje na trzech instrumentach,
z których bodaj flet wchodzi w najbardziej zaskakujące intrygi. O dramaturgię całości
najczęściej dba Gray, który bywa tu świetnym aktorem drugiego planu, ale też chętnie
inicjuje akcje zaczepne, szczególnie w początkowych fazach utworów. Finałowa
odsłona bazuje na melodii klarnetu basowego, która przypomina filmowe dokonania
pewnego artysty z naszej części świata.
Meinrad Kneer & Albert van Veenendaal The Munderkingen
Sessions / Part 2 (Evil Rabbit, CD 2025)
Secret
House Studio,
Amsterdam, Luty 2024: Meinrad Kneer – kontrabas oraz Albert van Veenendaal –
fortepian. Siedemnaście utworów, 48 minut.
Niemiecki kontrabasista i holenderski pianista to starzy dobrzy
znajomi, którzy raz na jakiś czas wracają do siebie i klecą intrygujące, duetowe
opowieści. Na swój nowy album przygotowali ich aż siedemnaście – trwających od
niewiele ponad minutę do niespełna pięciu. Każdorazowo mają ciekawy pomysł na
improwizację, zadaną technikę frazowania, tudzież niebanalną puentę. Być może pomysłów
jak na jeden album jest tu zbyt dużo, być może niektóre wątki dramaturgicznie wartoby
rozwinąć w dłuższe formy. Całość wszakże tylko nieznacznie przekracza trzy kwadranse
i daje się lubić w każdym momencie.
Artyści otwierają i zamykają album w podobnym klimacie budowanym
post-klasycznym, melodyjnym pianem i kameralnym, kontrabasowym smyczkiem, nasączonym
odpowiednią dawką emocji i śpiewnej artykulacji. W tak zwanym międzyczasie zdają
się szyć swoje opowieści dwutorowo. Z jednej strony post-jazzowe narracje, mające
na ogół dobre tempo, zwinne improwizacje i pewną zdrową taneczność, z drugiej, najczęściej
w utworach parzystych, preparowana kameralistyka. Pianista jest bardzo oszczędny
w formule inside piano, ale wydaje się przez to szczególnie precyzyjny i
kreatywny. Kontrabasista ze smyczkiem pod pachą, to prawdziwy mistrz suspensu i
brzmieniowych subtelności. Szczególnie urocze pod tym względem są improwizacje szósta
i dwunasta, doposażone tajemniczym i nieskrywanym skutkiem.
Masayo
Koketsu & Nava Dunkelman Veins of Rain (Relative Pitch, CD
2026)
GSI Studios, Nowy Jork, kwiecień 2023: Masayo Koketsu
– saksofon altowy oraz Nava Dunkelman – instrumenty perkusyjne. Dziewięć
improwizacji, 45 minut.
Czas na japońskie spotkanie w zdecydowanie nowojorskich okolicznościach.
Saksofonistkę poznaliśmy całkiem niedawno z bardzo udanej płyty solowej, z
kolei perkusistka, to artystka wielu talentów i stylistycznych proweniencji,
szczególnie dobrze sytuująca się w okolicznościach duetowych. Panie stawiają na
kontrolowany open jazz, zdają się przejawiać sporą skłonność do autorefleksji
i dramaturgiczną niezgodę na jakikolwiek pośpiech.
Artystki, szczególnie w początkowej fazie albumu, plotą
swoje opowieści z zastygłych, ale gęstych i niekiedy lepkich melodii oraz szumu
perkusjonalii, które okazjonalnie łapią rezonans i przechodzą do fazy
wystudzonego drummingu. Bodaj w piątej opowieści z drobiazgów konstruują
intrygę, która niespodziewanie smakuje nieśmiertelnym Aylerem. Ów zaczyn czegoś
bardziej energetycznego pcha improwizację na tory nieco większej ekspresji.
Teraz wystarczy ledwie krok, by z pozycji medytujących oddać się bez reszty
wirowi czegoś, co okazjonalnie przybiera formę całkiem soczystego free jazzu. Nie
inaczej dzieje się w trakcie ostatniej, ponad dziesięciominutowej opowieści - od
rytuału smutnej melodii i talerzowego renesansu, po w pełni kontrolowany wybuch
ekspresji, spuentowany szczyptą czegoś odrobinę folkowego.
Sebastien
Beliah Tout corps vibrant (Bandcamp’ self-release, CD 2026)
Ambasada Muzyki Tradycyjnej, Warszawa, lipiec 2025:
Sébastien Beliah – kontrabas, talerz, harmonika, grzechotka. Dziesięć utworów,
38 minut.
Solowa propozycja francuskiego artysty, od lat związanego z polską
sceną muzyczną, to ciekawy przykład kontrabasowej improwizacji wzbogaconej
multiinstrumentalną powłoką folkowej taneczności, bardzo swobodnej pod względem
narracyjnym i artystycznie bezpretensjonalnej. Album jest krótki, zwarty,
dobrze udramatyzowany, zbudowany z siedmiu kilkuminutowych opowieści z treścią
i trzech kilkudziesięciosekundowych miniatur zwanych tu Gamelan-interlude.
Beliah od startu buduje tu dwa wątki – używa perkusyjnego talerza,
wzbudzając rezonans, a potem kreując drummingową narrację i jednocześnie
frazuje na strunach kontrabasu, stosując obie techniki gry, ale częściej sięgając
po smyczek. Szybko włącza do dobrze zaplanowanej improwizacji atrybut rytmu i zdaje
się być mu wierny do końca albumu. Gdy trzeba schodzi nisko na kolanach, bywa,
że radośnie tańczy ze smyczkiem. Nie stroni od kameralnych rozwiązań, lubi
minimalizm, zdecydowanie nastawiony jest na wyrazistość muzycznego przekazu. Najciekawiej
robi się w drugiej połowie albumu. W szóstej części masywne pizzicato
brzmi jak kroki nieznajomego, a filmowość momentu podkreśla melodia harmonijki.
W siódmej odsłonie rolę odpowiedzialnej za rytm niepodziewanie przejmuje grzechotka.
W ósmej smyczek skacze po strunach, a całość przypomina urokliwą repetytywność Different
Trains Reicha. W dziewiątej części drobne zaskoczenie – rozśpiewany smyczek
sięga po niemal post-barokową estetykę. Album wieńczy pożegnalna, na poły relaksacyjna,
melodyjna opowieść utrzymana w stylistyce post-jazzu.
MMBTUPM Meditation
Music Beyond The Unsleeping Psychopathic Mind (Hidden Harmony, LP 2026)
Threshold
Studios, Hamilton,
Ontario, Kanada, czas nieznany: Annie Shaw – instrumenty klawiszowe,
syntezator, głos, Sarah Good - instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Nadah
El Shazly - instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Adam Kinner – saksofon
tenorowy, Connor Bennett – saksofon sopranowy, Devin Brahja Waldman - syntezator,
saksofon altowy, Vicky Mettler – gitara, Alexei Orechin – gitara, Daniel
Gélinas – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Philippe Melanson - perkusja,
instrumenty perkusyjne. Cztery utwory, 41 minut.
Formacja odpowiedzialna za ten album śmiało może startować w
konkursie na najdłuższą nazwę (szczęśliwie używa też skrótu). Jej nagranie zarejestrowano
w Kanadzie, wydawcą jest estoński label (debiut na Trybunie), a towarzystwo
muzyków definitywnie międzynarodowe – oto współczesny świat muzyki kreatywnej!
Tak trzymać!
Na płycie zamieszono cztery improwizacje, budowane leniwie,
z dbałością o bogatą instrumentację, których klimat doskonale opisuje sam tytuł
albumu i nazwa grupy. A zatem rodzaj medytacji, klejonej warstwa po warstwie,
od onirycznej, elektroakustycznej flauty uformowanej w swobodny dron, po rozbudowaną,
linearną opowieść, która ma swój rytm niesiony saksofonowym śpiewem i intrygujący,
post-psychodeliczny background armii instrumentów klawiszowych i syntezatorów.
Szczególnie ciekawie brzmi to w drugiej i trzeciej odsłonie. W tej drugiej kwaśne
klawisze i nieco demoniczna wokaliza, niekiedy multifoniczna, wyprowadza nas na
otwartą przestrzeń, w której bylibyśmy zginęli bez wieści, gdy nie rytm i dęciak
doprowadzający do szczęśliwego zakończenia. W trzeciej, najdłuższej opowieści
na miano najciekawszego momentu albumu zasługuje wielominutowa, ambientowa
plama szyta najpierw wokalizami, a potem zachrypniętymi saksofonami. Od
zbiorowego lamentu, po kojące repetycje gitar.
Peter
Petyaev The Burning Love of God (for Himself) (Bandcamp’
self-release, DL 2026)
ROMT
Recordings Studio,
lipiec 2024: Peter Petyaev – saksofon tenorowy, barytonowy I sopranowy, Ksenia
Savchenko – kontrabas oraz Eugene Pechenkin – perkusja. Jedenaście utworów, 44
minuty.
Petyaev-Petyaev
Incomparable Greatness (No Name 666, DL 2026)
Vintage
Records Studio, maj
2023: Peter Petyaev – saksofon, Pavel Petyaev – gitara (1-4), Victor Konovalov
– klarnet, trąbka (3-5), Maxim Bezhenov – saksofon (2-5), Slava Burlakov – instrumenty
klawiszowe, Ivan Bashilov – bas elektryczny (2-4) oraz Piotr Talalai – perkusja.
Pięć utworów, 49 minut.
Na zakończenie marcowej zbiorówki podwójna porcja wytrawnego
jazzu. Za obie odpowiada ten sam artysta - w pierwszej pławi się w spuściźnie
free jazzu i fire music, w drugiej sięga po atrybuty kwaśnego
fussion. Oba danie strawne, dobrze doprawione, a czas płynie przy nich wartko i
definitywnie nienudną strugą.
Szczególnie udany wydaje się album nagrany w trio. Dedykacje
dla legend gatunku, szorstki, wyrazisty sound saksofonu i świetna robota
sekcji rytmu, która gra w poprzek, ma w nosie tradycję i iskrzy kreatywnością
na każdym kroku – zwłaszcza, gdy w dłoniach kontrabasistki ląduje dobrze
naostrzony smyczek. Pośród klasyków najbardziej do gustu przypaść może hommage
dla Brotzmanna, a zaraz potem dla Wrighta, w każdym przypadku z drobną estetyczną
woltą. Na koniec lider przedsięwzięcia dedykuje utwór bratu, a potem samemu sobie. Ten rodzaj autoironii dodaje smaku całemu albumowi.
Z rzeczonym bratem saksofonista tworzy ansambl Petyaev-Petyaev i w nieco bardziej rozbudowanym składzie (incydentalnie nawet septetowym) rusza na podbój elektrycznych odłamów gatunku. Każda z pięciu wielominutowych ekspozycji ma tu swoją wyszukaną dramaturgię. W pierwszej panoszą się rockowe naleciałości, w drugiej zaskakuje meta balladowe otwarcie, które na etapie rozwinięcia, szytego łamanym rytmem, przenosi nas do świata rozhulanego free jazzu. W trzeciej części rządzą aż trzy dęciaki, które wpadają w kwaśne turbulencje. Najbardziej smakowita zdaje się być czwarta odsłona, którą ciągnie do ognia free jazzu soczysta ekspozycja saksofonu. Z kolei w ostatniej opowieści podobać się może efektowne otwarcie, które spoczywa wyłącznie na dętym instrumentarium.










