piątek, 12 czerwca 2026

The June’ Round-up: Amado! Transition Unit! Xatarata! Westgaard & Maneri! Sonic Waves! Bagnasco! Safiullin! Devereaux! Kaučič & Cigana!


Najwyższy czas rozpętać czerwcową zbiorówkę recenzji! W tyglu ognistych recenzji równie groźnych improwizacji odnajdziecie dziewięć nowych albumów, jak zawsze z całego świata!

Zaczynamy bardzo jazzowo, po portugalsku - dwa konkretne ciosy nie bez udziału gości zagranicznych. A w dalszej kolejności - krakowski baryton zanurzony w latynoamerykańskiej elektronice, dwa wątki skandynawskie, pierwszy kameralny, drugi dronowo-ambientowy, spora garść gitarowych eksperymentów z różnych zakątków globu - akustycznych, elektrycznych, a nawet nieco bardziej hałaśliwych, bo z domieszką krwi japońskiej, wreszcie na finał tańce perkusjonalne z bliskiego południa Europy, co by ukoić nasze zszargane nerwy.

Zapraszamy do nieba i piekła muzyki improwizowanej!

  


Rodrigo Amado/ Joe McPhee/ Kent Kessler/ Chris Corsano Wailers (European Echoes Archive Series, CD 2026)

Namouche Studios, Lizbona, październik 2019: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy i altowy, bird water whistle (kanał lewy), Joe McPhee – saksofon tenorowy (kanał prawy), Kent Kessler – kontrabas oraz Chris Corsano – perkusja. Sześć utworów, 49 minut.

Kwartet This Is Our Language, który konsumuje wymienione w tytule recenzji nazwiska czterech wybitnych postaci sceny free jazzowej, to jedno z najciekawszych zjawisk gatunku drugiej dekady bieżącego millenium. Z racji wieku jednego z nich nie jest już aktywną formacją, szczęśliwie Amado, główny organizator tego przedsięwzięcia, doszukał się w swoich archiwach niepublikowanej wcześniej sesji kwartetu, jak miała miejsce siedem lat temu w najbardziej znanym lizbońskim studiu nagraniowym.

Na krążku odnajdujemy sześć utworów, które trwają od sześciu do dziesięciu minut. Klamrą nagrania jest dynamiczne, kwartetowe otwarcie z uroczymi dialogami tenorzystów i takież zakończenie z nutą aylerowskiej melodyki. W utworach pomiędzy formacja bardzo często rozbija się na tria w konwencji tenor plus sekcja rytmu, a utwór czwarty grany jest wyłącznie przez Amado, Kesslera i Corsano. Tu Portugalczyk inauguruje improwizację na gwizdku, a soczyste expo prezentuje wyjątkowo na saksofonie altowym. Co by się wszakże nie działo pod sklepieniem studia nagraniowego, jakość narracji i poszczególnych improwizacji budzić winna respekt każdego fana free jazzowych, ognistych przebieżek. Szczególnie dobrze udramatyzowany jest odcinek piąty. Otwiera McPhee, dołączą Corsano, potem szybka kontra Amado z Kesslerem na smyczku. W połowie ekspozycji intrygujące solo perkusisty, a potem wystudzony, prawdziwie kameralny finał osnuty wokół smutnej melodii.

  


Transition Unit Sheets of Sound (Phonogram Unit, DL 2026)

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, Belgia, grudzień 2024: José Lencastre – saksofon altowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Dirk Serries - archtop guitar. Siedem improwizacji, 39 minut.

Portugalskie trio z nazwą własną powraca albumem, który zdaje się być nakierowany na publiczność kształconą w historii jazzu i swingu, nie koniecznie zaś w paradygmatach swobodnej improwizacji nasyconej adekwatną dawką ekspresji. Mimo wielkiego szacunku dla dokonań tych artystów, nie możemy zataić faktu, iż nowy album Transition Unit zanudził grono redakcyjne niemal do bólu.

Pierwsza improwizacja sadowi się w okolicach wystudzonej kameralistyki, dla odmiany ta druga sięga po atrybuty jazzu i nie boi się delikatnie swingować. Artyści dobrze czują się w estetyce leniwej ballady, a w trzecim utworze wręcz chłoną medytujący charakter całej narracji. Pod koniec tej odsłony albumu, a także w kolejnej muzycy przypominają sobie, że dobre tempo i ekspresja frazowania potrafią służyć każdej opowieści. Niestety dwie kolejne improwizacje tego nie potwierdzają. Album wieńczy najdłuższa, ponad 8-minutowa historia, która stawia na minimalizm, nawet post-klasycyzm, ale przewrotnie niesie w sobie dużo jakości zaszytej w nerwie trwogi, jaka zdaje się drążyć ten wątek płyty.

 


Xatarata Kiss and Drum (Antenna Non Grata, LP 2026)

DTS Studio, Kraków, grudzień 2022: Paulina Owczarek – saksofon barytonowy oraz Federico Reuben - laptop/ live coding. Jedenaście utworów, 40 minut.

Improwizowane spotkania instrumentu dętego i elektroniki, to zjawiska występujące from time to time w ekosystemie gatunku. Ten duet, to jednak sytuacja wyjątkowa – z jednej strony moc saksofonu barytonowego, z drugiej nieograniczony świat elektroniki, tu generowanej z poziomu akademickiego, zarówno z racji naukowych proweniencji artysty, jak i zastosowanych metod badawczych (kodowanie, live processing, systemy interaktywne i algorytmiczne etc.). Zwał, jak zwał Xatarata, to produkt osobny.

Jak już dojdziemy do tego, która strona winyla jest pierwsza, a która druga, zagłębiamy się w jedenastu krótkich formach improwizowanych, trwających od trzech do sześciu minut. Każda z nich ma swoją dynamikę, narracyjną szorstkość, ale też dziką niekiedy taneczność i fikuśnie pokręconą melodykę. To rodzaj intensywnego spaceru po zgliszczach tradycyjnych narracji. Owczarek buduje melodie, czasami krzyczy, preparuje instrument, a gdy trzeba śpiewa niczym pijany słowik na pierwszej randce. Ze strony Reubena mamy stan permanentnej zmiany. Jest drum’n’bassowy rytm, są krótkie strzały spod ramienia, post-perkusjonalne erupcje, wreszcie niekończące się drobne frazy układające się w jakże logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Muzyk nie wkracza do jaskini hałasu, ale jest obecny na każdym etapie tej muzycznej łamigłówki. Paulina i Federico grają razem od lat i wbrew teoriom klasyków ich kolektywne improwizacje ciągle zyskują na jakości, a poziom interakcji osiąga kosmiczny poziom.

  


Hein Westgaard & Mat Maneri Chamber (Gotta Let It Out, LP 2025)

Kopenhaga, lipiec 2024: Hein Westgaard – gitara elektryczna (1-4), akustyczna (5-7) oraz Mat Maneri – altówka. Siedem improwizacji, 58 min.

W naszej dzisiejszej opowieści czas na kameralne wystudzenie. Znamienity nowojorski altowiolinista Mat Maneri lubi improwizować w Europie, a zwłaszcza w Danii pod sztandarami Gotta Let It Out, labelu prowadzonego przez Tomo Jacobsona. Tu dobieramy go do pary z duńskim gitarzystą Heinem Westgaardem, którego inne nagranie opisywaliśmy nie dalej, jak w majowej zbiorówce.

Album zwie się po prostu Chamber i zdaje się, że trudno o bardziej adekwatną nazwę. Jego początek obiecuje bardzo wiele – frazy szarpane ze strun i wyskubywane z samego dna pudeł rezonansowych lepią się w post-melodyjne, niekiedy rzewne opowieści z drobną kulminacją pod koniec utworu. W kolejnych odsłonach albumu króluje tytułowa kameralistyka, emocje trzymane są na uwięzi i nie brakuje fraz niemal klasycznych, które świetnie sprawdziłyby się na urodzinowym przyjęciu znanej persony lokalnej socjety. Szczęśliwie w dwóch ostatnich utworach muzycy odnajdują w sobie więcej energii, woli życia, wchodzą w ciekawsze interakcje, nawet w trakcie finałowej, dogorywającej pieśni niesionej szumem otaczającego świata.

  


Nils Wohlrabe/ Karin Johansson/ Hasse Westling Sonic Waves (Outer Disk, CD 2026)

Elementstudion, Gothenburg, czas nieznany: Nils Wohlrabe – gitara, elektronika, Karin Johansson – fortepian, także preparowany, toy piano oraz Hasse Westling – kontrabas. Pięć utworów, 46 minut.

Pozostajemy w Skandynawii, kierujemy się na północ i dość radykalnie zmieniamy estetykę. Przed nami mroczna przygoda dziergana dark ambientową gitarą podrasowaną elektroniką, preparowanym na ogół fortepianem i kontrabasem traktowanym w skończonej liczbie przypadków smyczkiem. Opowieść jest więcej niż smakowita, ujmująco trzyma klimat pozornie rozmarzonej, ale bardzo groźnej eskapady. Miewa drobne chwile słabości, gdy piano i kontrabas szukają jazzu. Szczęśliwie dość szybko porzucają ten mętny trop.

Szum szorstkiego ambientu, dron basu i hałaśliwe niekiedy akcje inside piano tworzą gęstą, mulistą narrację, która udanie inicjuje album. W kolejnej części pojawiają się rezonujące frazy, które lepią się do świergoczącej, filigranowej elektroniki. Na strunach piana odbywają się rytualne tańce, które zostają spuentowane dźwiękami wprost z klawiatury, ale umoczonymi w gęstym pogłosie. W części trzeciej anonsowane próby jazzowego frazowania, które mroczne, ambientowe tło dusi w zarodku. Część kolejna jest bardzo intensywna, przypomina kołowanie śmigłowca nad wojenną pożogą. Trzy instrumenty budują tu wyjątkowo jednorodną strugę złych mocy. Sam finał płyty jest odrobinę delikatniejszy. Frazy gitary są wyjątkowo lekkie, słyszymy także akustyczne dźwięki, dla których nie jesteśmy w stanie wskazać źródła pochodzenia. Pianistka zaczyna wewnątrz, kończy na zewnątrz, kontrabasista snuje mięsiste preparacje, a gitarzysta tonie w błękitnym ambiencie.

  


Luciano Bagnasco Momentos en el absurdo (dForma_discos, DL 2026)

Argentyna, luty 2026: Luciano Bagnasco – gitara akustyczna. Trzy improwizacje, 30 minut.

Dokonania tego argentyńskiego gitarzysty śledzimy na bieżąco, wiemy zatem, iż onegdaj preferował on raczej gitarowe szaleństwa skąpane w dużej dawce prądu, a od pewnego czasu bliżej mu do suchych, preparowanych brzmień akustycznych. I taka jest też jego najnowsza solowa płyta. Jedna długa i dwie krótkie improwizacje, a w nich moc kreacji i improwizowanego piękna.  

Pierwsza odsłona albumu trwa prawie siedemnaście minut i mamy w niej wszystko – od niemal post-klasycznego otwarcia, przez fazę abstrakcyjnego impro, po wielowątkowe preparacje, gdy obcierki na pudle rezonansowym aż śpiewają. Muzyk brnie tu od szczegółu do ogółu, a galopada na finał dowodzi nie tylko wspaniałej kreatywności, ale także niemal wirtuozerskich umiejętności technicznych. W drugiej części, ledwie czterominutowej, muzyk zgłębia tajniki gitarowej ballady, której enigmatyczność i matowe brzmienie przypominają chill-outowe akcje Dereka Baileya. Ostatnia historia pachnie tumanami kurzu z westernowych historii kowbojskich. Od delikatnych flażoletów, przez taniec upstrzony drobnymi ornamentami, realizowanymi także na sporej dynamice, po puentę, która wraca do metod artykulacji zapoczątkowanych na starcie improwizacji.

  


Salavat Safiullin Step By Step (Extra Notes, DL 2026)

Miejsce nieznane, 2023: Salavat Safiullin – gitary elektryczne, elektronika, samplery, syntezatory. Jeden utwór, 33 minuty.

Tym razem na dźwiękowej wokandzie stawiamy dwie gitary elektryczne, dwa samplery i sporą garść kabli. Za ich sterami ledwie jeden artysta. Jego mroczna, dronowa, definitywnie niebanalna opowieść trwa niewiele ponad dwa kwadranse, choć śmiało mogłaby sycić naszą potrzebę fonicznego niepokoju dalece dłużej i nic nie straciłaby na atrakcyjności.

Na starcie nagrania wita nas elektroakustyczny dron, który migocze na skraju długiego tunelu. Narrację stanowią tu dwa, nawet trzy wątki, które wzajemnie się uzupełniają. Pulsacje, drobne zgrzyty i usterki, wreszcie mroczne plamy czegoś zdecydowanie nieprzyjaznego z odrobiną zdewastowanej melodyki. Opowieść nie ma płycizn, nie eskaluje też do poziomu hałasu. Sączy się, jak krew z głębokiej rany. W połowie na dłuższą chwilę przepoczwarza się w stojący, migotliwy dron. Ważnym wydarzeniem dramaturgicznym drugiej części albumu jest pojawienie się elektrycznego smyczka, który drażni glazurę gitarowego gryfu. Po fazie elektronicznych pulsacji narracja sięga po mroczny ambient, a w swej schyłkowej fazie zdobiona jest akustycznym dźwiękiem szorowanych strun.

  


Max Devereaux, hayashipooo & nameBYnames Live at Environmentog, Osaka – 04.10.2024 (New Wave of Jazz, DL 2026)

Environmentog, Osaka, październik 2024: Max Devereaux – gitara elektryczna, przetworniki, efekty, radio, hayashipooo – elektronika, głos oraz nameBYnames – elektronika, wizualizacje. Dwa utwory, 38 minut.

Dalece nietypowe nagranie, jak na estetykę oraz gatunkowe i personalne konotacje labelu Dirka Serriesa. Pewien amerykański gitarzysta oprzyrządowany w dodatkowe, elektryczne i elektroakustyczne akcesoria w towarzystwie dwóch japońskich elektroników pod pseudonimami koncertuje w tamtejszej Osace. Nie jest to album, które zostanie z nami na dłużej, ale jak ktoś lubi gitarę uwikłaną w duże porcje prądu i kabli, tudzież elektronikę, która podsyła akcenty rytmiczne i post-rytmiczne, ten jest w domu i czeka go należna porcja przyjemności z odsłuchu.

Nagranie składa się z dwóch kilkunastominutowych improwizacji, ale zdaje się, że w formule na żywo stanowiły one jedną ścieżkę. Pierwsza z nich wydaje się ciekawsza w fazie początkowej, szytej okruchami ledwie co inicjowanych akcji, szmerami, odgłosami otoczenia i mikro slajsami delikatnie pijanej gitary. Potem improwizacja wchodzi w stadium rytmiczne, a do obrazu całości dokładają się wszyscy uczestnicy spektaklu. W trakcie drugiej części koncertu muzycy nade wszystko szukają potencjalnych źródeł hałasu. W opowieści mniej jest rytmu, więcej metalicznych zgrzytów, elektronicznych usterek i gitarowych zapętleń. Klimat dubowy miesza się tu z post-rockowymi implozjami gitarzysty. Finałem jest pełna zgoda osiągnięta w chmurze urokliwego zgiełku.

  


Zlatko Kaučič & Francesco Cigana Kako Klicati Zmaja (Dissipatio, CD 2026)

Circolo Nadir, Padwa, styczeń 2023: Zlatko Kaučič i Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty. Dziesięć improwizacji, 48 minut.

Na finał naszej zbiorówki perkusjonalne łaskotki! Słoweńsko-włoski szczyt perkusyjno-perkusjonalny, w trakcie którego muzycy korzystają z podobnego arsenału artystycznych środków wyrazu. Dbają o perfekcyjne brzmienie, budują spójną, duetową opowieść z rozwagą i zachowaniem narracyjnego umiaru. Przez pół albumu sycą nasze uszy drobiazgami i dramaturgicznymi detalami, czyniąc swoisty rytuał pojednania. W drugiej części przepoczwarzają się w bystrych drummerów, którzy znów wspólnymi siłami sięgają po afrykańską polirytmię, a nawet rockową ekspresję. Stuprocentowy chill-out dla wymagających.

Perkusjonalny rytuał rozpoczyna się od pojedynczych uderzeń w metalicznie brzmiące akcesoria perkusjonalne. Toczy się gra na małe pola, w pełnej symbiozie dramaturgicznej. Czasami tyka zegar, czasami zaśpiewa ptak. Delikatnie rezonujące talerze, subtelnie drżące werble, filigranowe tańce po krawędziach. W piątej odsłonie artyści zaczynają stawiać na drumming i w kolejnych epizodach będą ów trend kontynuować i rozwijać. Ostatnie trzy opowieści, to już swobodny taniec, z rytmem i melodią, którą sami nucimy pod groove dostarczany przez obu. Szukamy afrykańskich korzeni, nie zapominamy o spuściźnie rockowego bębnienia. Kres osiągamy przy pełnej akceptacji i ponadgatunkowej refleksji.




 

wtorek, 9 czerwca 2026

Wilkinson, Doskocz & Lisle and Fire in POZnań!


Poznańskie, jakże spontaniczne akcje improwizowane przyczyniły się w ostatnich latach do powstania niejednego międzynarodowego składu, który uroczo pożenił krajową moc twórczą z jej zagranicznym odpowiednikiem.

Oto kolejny przykład. Na kasecie wydanej w dalekiej Irlandii odnajdujemy dwóch pełnokrwistych londyńczyków - saksofonistę i klarnecistę Alana Wilkinsona i perkusistę Andrew Lisle’a oraz polskiego gitarzystę Pawła Doskocza. Tych dwóch ostatnich śmiało mogłoby być synami tego pierwszego, ale czy wiek w soczystej, free jazzowej improwizacji ma jakiekolwiek znaczenie?

Ich drogi zbiegły się zimą dwa lata temu, zaowocowały intrygującą trasą koncertową po Polsce, a fonograficznie dokumentują się nagraniem powstałym w trakcie ich pierwszego wspólnego koncertu - oczywiście w Poznaniu, oczywiście w Dragon Social Club, pod jak zawsze ognistymi sztandarami cyklu koncertowego Spontaneous Live Series.

  


Koncert składa się z dwóch długich, zdecydowanie ponad dwudziestominutowych improwizacji i jednej krótszej, niespełna dziesięciominutowej, umieszczonej na wydawnictwie pomiędzy tymi dłuższymi.

Muzycy rozpoczynają spektakl bez inicjacyjnych ceregieli. Ostro, kolektywnie z bystrym free jazzowym przesłaniem. W tej fazie nagrania podobać się może szczególnie koherentność brzmienia gitary i altu, która unaocznia się w strefie fraz wysokich. Z kolei perkusja trzyma kontakt z podłożem, buduje groove i sprawia, że całość gna do przodu z odpowiednią asekuracją. Już po pięciu minutach opowieść studzi się i przez kilka chwil dryfuje niesiona gitarowymi flażoletami, tworząc rodzaj psycho-ballady z dźwiękami preparowanymi, a także odgłosami z gardła saksofonisty. W stadium kolejnej galopady trio wchodzi po mniej więcej dwunastu minutach – kocie ruchy perkusji, free jazz dęciaka i rockowy temperament gitary lepią się w bardzo ekspresyjną strugę fonii. Po drobnym przesileniu narracja przepoczwarza się w duet sax & drums, a potem na krótką chwilę w plamę gitarowego ambientu. Na ostatnie kilka minut pierwszej odsłony na scenie pojawia się klarnet basowy, który daje dodatkowy impakt muzycznym pomysłom całej trojki. Najpierw groźnie mruczy, a potem zabiera wszystkich na zionącą ogniem i siarką przebieżkę. Nim utwór ostatecznie przygaśnie dostajemy jeszcze smakowity duet klarnetu i gitary.

W drugiej części starszy z Anglików pozostaje przy nisko brzmiącym dęciaku. Medytuje, zachęca kolegów do interakcji. Opowieść najpierw przypomina kolejną inkarnację psycho-ballady, potem niesiona klarnetowym ogniem pokonuje istotne wzniesienie. Wieńczy swój los w oparach gitarowych preparacji.

Trzecia opowieść przez wiele minut toczy się w mrocznych odmętach klarnetowej tuby, dark ambientowej gitary i rezonujących talerzy perkusyjnych. W stadium bardziej intensywne wprowadza trio akcja perkusisty, dodatkowo podkreślona ekspresją gitarzysty. Przez moment narracja jest duetem, co starszy z Anglików wykorzystuje do zmiany instrumentu na saksofon altowy. Po kilku definitywnie radosnych podskokach Wilkinson dorzuca frazy gardłowe, które nie pozostawia bez echa zarówno Doskocz, jak i Lisle. Niedługo potem muzycy przechodzą do fazy wystudzonej finalizacji z kolejną tego wieczoru szczyptą gitarowej psychodelii, a także repetycji.

 

Wilkinson / Doskocz / Lisle Trio in POZ (Fort Evil Fruit, Kaseta 2026). Alan Wilkinson – saksofon altowy, klarnet basowy, Paweł Doskocz – gitara elektryczna oraz Andrew Lisle – perkusja. Nagrane w Dragon Social Club, Poznań w ramach cyklu Spontaneous Live Series, luty 2024. Trzy improwizacje, 60 minut.

 

 

piątek, 5 czerwca 2026

L'apport: Insub.7tet calls Sound the alarm!


Pod koniec kwietnia br. zaprezentowaliśmy na tych łamach cztery albumy szwajcarskiego wydawnictwa Insub Records, które celebrowały dwudziestolecie współpracy dwóch najważniejszych postaci tamtejszej sceny, czyli Cyrila Bondiego i d’incise’a. Z tej zacnej okazji artyści przypomnieli dawną nazwę własną swojego duetu, czyli Diatribes.

Muzycy każdą z płyt nazwali L'apport, a ich zawartość stanowiły skomponowane improwizacje kolejnych składów trzyosobowych. Dziś dostajemy coś w rodzaju dogrywki, co podkreśla także zbliżona grafika okładki płyty. Rzeczona kompozycja powraca, tym razem wykonują ją jednak zjednoczone moce kolektywu Insub, artyści, którzy zazwyczaj stanowią część wielkiej Insub Meta Orchestry. Dodajmy, iż przedsięwzięcie ma charakter charytatywny, a sam album zawiera skupioną, dobrze udramatyzowaną kompozycję wykonywaną przez septet złożony z dwóch instrumentów dętych, dwóch głosów, skrzypiec, harmonium i elektroniki. To tylko 35 minut, ale całe mnóstwo radości z odsłuchu. Bardzo zapraszamy!

  


W trakcie rzeczonych dwóch kwadransów i kilku minut septet zdaje się wykonywać zbliżoną sekwencję akcji dźwiękowych. Dęty, wysoko zawieszony śpiew, niżej osadzone głosy, martwe skrzypce i zastygła fraza harmonium, zapewne wspieranego elektroniką, tworzą rodzaj szkieletu narracyjnego, na którym zasadza się akcja, początkowo minimalistyczna, leniwa, wręcz medytacyjna, w dalszej fazie bardziej zwarta, żwawa, niekiedy nasycona znaczącymi porcjami emocji. Co 7-8 minut muzycy zatrzymują się na kilka chwil, pogrążają się w ciszy, wyznaczając tym samym cztery akty wyrazistego, niekiedy mrocznego dramatu.

W pierwszym cyklu życia kompozycji intrygują frazy grane jakby niechcąco unisono, zazwyczaj z udziałem skrzypiec, saksofonu sopranowego i jednego z głosów. Wszystko zdaje się być pod pełną kontrolą muzyków, ich frazy są w skończonej licznie przypadków zwarte, ścisłe ze sobą skorelowane, bywa wszakże, że rozpływają się szerszym korytem. Najpiękniejsze chwile, to prawdopodobnie te, gdy septet zwiera szyk i wydaje z siebie głębokie, dronowe westchnienia. Aż do końca pierwszej ćwiartki stałym elementem gry zdaje się być jedynie plama harmonium.

Po kilku chwilach szemranej ciszy w okolicach ósmej minuty, muzycy wracają do plecenia pajęczyny interakcji. Pozostają w stadium konceptualnej modlitwy, ale raz za razem któryś z ośrodków dźwiękowych sieje narracyjny ferment, najczęściej czyni to elektronika. Pod koniec drugiego aktu całość wydaje się już silnie rozśpiewana, rozedrgana, na swój sposób ludyczna i post-melodyjna.

W trzecim akcie septet kroczy jakby bardziej zdecydowanie. Harmonium frazuje teraz w trybie zmiennym, przypomina brzmieniem akordeon. Akcje zazębiają, ale wciąż wydaje się, że oglądamy tę samą, opowiadaną od lat historię, choć sam film pozbawiony jest obrazu.

Po trzeciej pauzie, która anonsuje akt czwarty dramatu, zjednoczone siły septetu widzą już jasno kierunek swojej podróży. Głośno śpiewają, ich flow syci się coraz większą dawką emocji. Z czasem wydechy stają się coraz dłuższe – harmonium i skrzypce drżą z emocji, głosy i dęciaki tonują je skrzętnie. Śmierć dramatu jest nagła, jakby ktoś odciął tę niewielką strugę prądu zmiennego, która trzymała przy życiu siedmioro zatrwożonych piechurów.

 

Insub.7tet L'apport: Sound the alarm (Insub Records, CD 2026). Antoine Läng – głos, Anouck Genthon – skrzypce, Christophe Berthet – saksofon sopranowy, Cyril Bondi – harmonium, kompozycja, d’incise – elektronika, kompozycja, Esther Vaucher – saksofon tenorowy, Natalie Peters – głos. Nagrane w Insub.studio, Genewa, Szwajcaria, grudzień 2025. Jeden utwór, 35 minut.

 

 

wtorek, 2 czerwca 2026

Albert Cirera & Wade Matthews know How The Rabbit Got Away!


Świetnie pamiętamy, iż kataloński saksofonista Albert Cirera szczególnie dobrze realizuje się w improwizowanych duetach. Jego seria „Chronicles” z poprzedniej dekady do dziś stanowi jedno z najbardziej wartościowych ujawnień free impro, jakie poznaliśmy w epoce post-millenialnej.

Z tym większą radością sięgamy po duet Alberta z elektroakustycznym mistykiem Wade’em Matthewsem. Sześć równie krwistych, jak ulotnych opowieści o metafizycznej kooperacji preparowanych saksofonowych tub i wielogatunkowych plam syntetyki przyprawionej porcją realnej akustyki.

  


Odcięty od dopływu powietrza saksofon sopranowy, osnuty post-ambientową kotarą, wije się po mulistym podłożu niczym wygłodniałe boa. Artyści trzymają nerwy na wodzy, nie eskalują poziomu dźwięku, mają szacunek dla ciszy i swoistego rodzaju kontemplacji. Frazy jednocześnie dygoczą i lewitują, nie przestają wszakże wchodzić w wyłącznie udane interakcje. Dęciak ciężko oddycha, elektroakustyka wydaje się bardziej żwawa, ma tysiące twarzy, ale nie przestaje być filigranowa. Pierwszą, trwającą prawie kwadrans opowieść wieńczy szum oceanu.

Kolejne historie trwają po siedem, osiem minut. Każda ma wyrafinowaną introdukcję, wielowątkowe rozwinięcie i zwinną finalizację, niepozbawioną figur retorycznych. Drugą improwizację otwierają mroczne, syntetyczne plamy, trzecią hydraulika saksofonowej tuby, kolejne zaś połączone siły intrygującej elektroniki i mechaniki maltretowanego instrumentu dętego. W części drugiej szczególnie urokliwa wydaje się faza imitowanego post-percussion, z kolei trzecia przypomina spacer po pogorzelisku. Czwarta opowieść, to zainscenizowana wizyta na oddziale intensywnej terapii, w trakcie migotania przedsionków. W piątej pojawia się dużo akcentów otaczającej przyrody - coś grzmi, woda leje się strumieniami, a taniec sopranu splata się tu z dźwiękami środowiskowej tajemniczości. Finałowa opowieść to rodzaj kołysanki z trupimi czaszkami w roli głównej. Wszystko zgrzyta zębami, w tubie saksofonu bulgoczą nieznane przedmioty, a niektóre frazy przypominają brzmienie wibrafonu. Na niespodziankę możemy tu liczyć do ostatniego dźwięku.

 

Albert Cirera & Wade Matthews How The Rabbit Got Away (Scatter Archive, DL 2026). Albert Cirera – saksofon sopranowy, tenorowy, preparacje oraz Wade Matthews - digital synthesis, field recordings. Nagrane w UnderPool Studio, Barcelona, listopad 2025. Sześć improwizacji, 50 minut.



 

piątek, 29 maja 2026

Jérémie Ternoy & Ça commence par la marche!


Czas na absolutną nowość francuskiego Circum-Disc, albowiem płyta, nad która się pochylamy ma światową premierę dokładnie dziś. Na wyimaginowanej scenie jedenastoosobowy ansambl pod zacnym kierunkiem kompozytora i pianisty Jérémie Ternoya wykonuje szalony marsz pod jakże intrygującym tytułem Wszystko zaczyna się od chodzenia.

W składzie formacji kwiat circumowej socjety, w tym wszyscy członkowie zacnego TOC, który kochamy od lat z powodu każdej płyty, czy koncertu. W ujęciu instrumentalnym - trzy dęciaki, kontrabas, gitara, dwie perkusje, trzy głosy wraz z perkusjonaliami i podwójna klawiatura, zarówno akustyczna, jak i być może elektryczna. Labelowe tagi podsuwają nam tropy gatunkowe - repetitive, minimal & trance. I trudno się z nimi nie zgodzić. To szalony marsz w równie szalonym rytmie, budowany niczym piramida, unerwiony jak kolejna inkarnacja Different Trains Steve’a Reicha, a nawet bardziej! Murowany kandydat do corocznej trybunowej listy powodów, dla których warto zapamiętać rok.

 


Album stanowi nieprzerwany ciąg dźwięków, separowany na kompaktowym dysku momentami zmian sposobu artykulacji, czy dochodzenia nowych instrumentów do strumienia narracji. Trzyminutowe otwarcie, to filigranowe, minimalistyczne i powtarzające się uderzenia w perkusyjne talerze i obręcze, pudło rezonansowe fortepianu, być może także struny kontrabasu. Wszyscy są tu w kompulsywnym rytmie od pierwszej frazy i pozostaną w nim do końca tej opowieści.

Elementem oznajmiającym start drugiej, prawie półgodzinnej części, są pojedyncze, rytmiczne uderzenia na klawiaturę fortepianu. Z czasem akcje piano i perkusjonalii zaczynają ulegać multiplikacji, a w tle ewokować matowy ambient, zapewne z gitary. Od dziesiątej minuty swoją cząstkę pulsującego rytmu generują też kontrabas i gitara, a po trzech kolejnych minutach instrumenty dęte. Jednocześnie aura całości robi się spektakularnie dubowa. Ansambl pełnię szczęścia osiąga jeszcze przed upływem dwudziestej minuty, gdy do gry wchodzą wysoko zawieszone wokale. Wszyscy wpadają w trans dzikiego tańca. Na czoło forsuje się dialog kontrabasu i euphonium, w tle swoje małe, afrykańskie melodyjki wygrywa saksofon. Wokół zaczyna tworzyć się delikatny, zaskakująco jazzowy anturaż.

Na początku trzeciej odsłony warstwa rytmiczna zostaje nieco przeformatowana. Tworzą ją teraz dwie masywnie pracujące perkusje, kwaśno brzmiące klawisze i sfuzzowana gitara. Z każdą upływającą minutą wataha dętych zdaje się płynąć coraz szerszym korytem. Całość nabiera defektywnie posmaku fussion. Odłamem najsilniej repetującym są teraz rozśpiewane wokale. W czwartej partii elementem dominującym wydają się basowe stemple. W piątej ansambl staje się już wielką, psychodeliczną orkiestrą, która powtarza frazy jak mantrę, tańczy i nic nie wskazuje na to, by kiedykolwiek przestała. Reich płonie w ogniu post-african fussion!

Ostatni odcinek tej sagi trwa niespełna cztery minuty i jest już samotną ekspozycją piana, które pozostaje na scenie w momencie, gdy reszta instrumentów i głosów milknie. Fortepianowy rytm rozlewa się coraz szerszym korytem, aż znajduje ujście – najpierw stygnie, potem umiera.

 

Jérémie Ternoy Ça commence par la marche (Circum-Disc, CD 2026). Jérémie Ternoy – fortepian, instrument klawiszowy, kompozycja, Nicolas Mahieux – kontrabas, Charles Duytschaever – perkusja, Ivann Cruz – gitara, Peter Orins – perkusja, Maryline Pruvost - głos, instrumenty perkusyjne, Kristof Hiriart - głos, instrumenty perkusyjne, Sarah Butruille - głos, instrumenty perkusyjne, Vianney Desplantes – euphonium, Christian Pruvost - trąbka, flugelhorn oraz Sakina Abdou – saksofon. Nagrane w Studio Gil Evans (Amiens) oraz Studio Ronchin, Francja. Opowieść w sześciu odcinkach, 50 minut.