piątek, 27 marca 2026

The March’ Round-up: Dead Neanderthals! Hz of Gold! Kneer & van Veenendaal! Veins of Rain! Beliah! MMBTUPM! Petyaev & Petyaev!


Najwyższy czas ma marcową zbiorówkę! Osiem nowych albumów, tyleż wykwintnych i ciętych jak brzytwa recenzji! To nasz ulubiony moment w codziennym, trybunowym znoju pisarskim!

Ponadgatunkowy tygiel improwizowanych emocji czeka na Wasz odczyt, a albumy na odsłuch po stosownych zakupach. Zaczniemy od mistrzów heavy jazzu, którzy dziś śmiało zasługują na miano syntetycznych post-metalowców, czyli Dead Neanderthals, prawdziwy kwiat holenderskiej post-młodzieży. Potem czeka nas swobodnie improwizowana wizyta w Berlinie, ale spotkanie cokolwiek amerykańskie, w dalszej kolejności wątki holendersko-niemieckie, japońsko-amerykańskie, francuskie, choć z ziemi nam ojczystej, estońskie, a na koniec pakiet dobrego jazzu z kraju, który od czterech lat nie ma flagi.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Dead Neanderthals Evocations/ DEMO MMXXV (Bandcamp’ self-release, DL 2025/26)

White Noise Studio, Nijmegen, Holandia: Otto Kokke – syntezator oraz Rene Aquarius – perkusja. Łącznie pięć utworów, 39 minut.

W życiu pewne są trzy rzeczy – śmierć, podatki i … sylwestrowa ep-ka Kokke i Aquariusa! A tym razem nawet dwie ep-ki, albowiem do dwóch grudniowych, długich opowieści, kilka dni później artyści dołączyli jeszcze trzy krótkie muzyczne petardy.

Pierwsze dwa wielominutowe utwory, to ortodoksyjny minimalizm - jednostajny beat perkusji i stojąca plama skwierczącego, sfuzzowanego niczym gitara syntezatora. To dwie martwe ballady, które zdają się przygasać z każdym kolejnym, monotonnym uderzeniem perkusji, ale to przygasanie trwa w nieskończoność. Efekt wbija nas w fotel i wywraca perspektywę dnia aż do jego marnego końca. Trzy krótsze utwory z DEMO sytuują się intrygująco blisko estetyki rockowej. Niczym walec brną do przodu, mają zdecydowanie bardziej urozmaiconą dramaturgię. Blisko im do doom metalu, we wnętrzach którego mości się tajemnicza, zła melodia, jak ten głos z offu, który wieńczy trzecią z nich.

  


Devin Gray, Andrea Parkins & Frank Gratkowski Hz of Gold (Rataplan Records, CD 2026)

Lowswing Studios, Berlin, maj 2021: Andrea Parkins – elektronika, akordeon, wurlitzer, Frank Gratkowski – saksofon, flet, klarnet oraz Devin Gray – perkusja, instrumenty perkusyjne, herz. Jedenaście utworów, 45 minut.

Przed nami dalece intrygujące spotkanie berlińskie, poczynione w dwóch trzecich siłami amerykańskimi. Mniej nam znany drummer w roli inicjatora wydarzenia, które zaistniało w okolicznościach studyjnych prawie pięć lat temu i dwie legendy muzyki kreatywnej z obu stron Wielkiej Wody. Album dostarcza dużo zmyślnie pokomplikowanej akustyki, która raz za razem dostaje się w szpony elektroniki, a także … psychodelicznego wurlitzera.

Pierwsze trzy opowieści trwają prawie dwadzieścia minut i zdają się konstytuować jakość całego przedsięwzięcia. Od dronowej, powłóczystej, post-ambientowej ekspozycji budowanej pomrukami klarnetu basowego, plamami akordeonu i głęboko osadzonym drummingiem, po nerwowe post-ballady topione w onirycznej flaucie. W szprychach akustycznych instrumentów często panoszy się elektronika, także w formie live proccesingu. W pierwszej fazie albumu Parkins często sięga po elektryczne klawisze i udanie reasumuje wyczyny partnerów posmakiem fussion jazzu. Z akordeonu, z którym kojarzymy ją z dawnych lat, częściej korzysta w drugiej połowie albumu. Gratkowski tradycyjnie pracuje na trzech instrumentach, z których bodaj flet wchodzi w najbardziej zaskakujące intrygi. O dramaturgię całości najczęściej dba Gray, który bywa tu świetnym aktorem drugiego planu, ale też chętnie inicjuje akcje zaczepne, szczególnie w początkowych fazach utworów. Finałowa odsłona bazuje na melodii klarnetu basowego, która przypomina filmowe dokonania pewnego artysty z naszej części świata.

 


Meinrad Kneer & Albert van Veenendaal The Munderkingen Sessions / Part 2 (Evil Rabbit, CD 2025)

Secret House Studio, Amsterdam, Luty 2024: Meinrad Kneer – kontrabas oraz Albert van Veenendaal – fortepian. Siedemnaście utworów, 48 minut.

Niemiecki kontrabasista i holenderski pianista to starzy dobrzy znajomi, którzy raz na jakiś czas wracają do siebie i klecą intrygujące, duetowe opowieści. Na swój nowy album przygotowali ich aż siedemnaście – trwających od niewiele ponad minutę do niespełna pięciu. Każdorazowo mają ciekawy pomysł na improwizację, zadaną technikę frazowania, tudzież niebanalną puentę. Być może pomysłów jak na jeden album jest tu zbyt dużo, być może niektóre wątki dramaturgicznie wartoby rozwinąć w dłuższe formy. Całość wszakże tylko nieznacznie przekracza trzy kwadranse i daje się lubić w każdym momencie.

Artyści otwierają i zamykają album w podobnym klimacie budowanym post-klasycznym, melodyjnym pianem i kameralnym, kontrabasowym smyczkiem, nasączonym odpowiednią dawką emocji i śpiewnej artykulacji. W tak zwanym międzyczasie zdają się szyć swoje opowieści dwutorowo. Z jednej strony post-jazzowe narracje, mające na ogół dobre tempo, zwinne improwizacje i pewną zdrową taneczność, z drugiej, najczęściej w utworach parzystych, preparowana kameralistyka. Pianista jest bardzo oszczędny w formule inside piano, ale wydaje się przez to szczególnie precyzyjny i kreatywny. Kontrabasista ze smyczkiem pod pachą, to prawdziwy mistrz suspensu i brzmieniowych subtelności. Szczególnie urocze pod tym względem są improwizacje szósta i dwunasta, doposażone tajemniczym i nieskrywanym skutkiem.

 


Masayo Koketsu & Nava Dunkelman Veins of Rain (Relative Pitch, CD 2026)

GSI Studios, Nowy Jork, kwiecień 2023: Masayo Koketsu – saksofon altowy oraz Nava Dunkelman – instrumenty perkusyjne. Dziewięć improwizacji, 45 minut.

Czas na japońskie spotkanie w zdecydowanie nowojorskich okolicznościach. Saksofonistkę poznaliśmy całkiem niedawno z bardzo udanej płyty solowej, z kolei perkusistka, to artystka wielu talentów i stylistycznych proweniencji, szczególnie dobrze sytuująca się w okolicznościach duetowych. Panie stawiają na kontrolowany open jazz, zdają się przejawiać sporą skłonność do autorefleksji i dramaturgiczną niezgodę na jakikolwiek pośpiech.

Artystki, szczególnie w początkowej fazie albumu, plotą swoje opowieści z zastygłych, ale gęstych i niekiedy lepkich melodii oraz szumu perkusjonalii, które okazjonalnie łapią rezonans i przechodzą do fazy wystudzonego drummingu. Bodaj w piątej opowieści z drobiazgów konstruują intrygę, która niespodziewanie smakuje nieśmiertelnym Aylerem. Ów zaczyn czegoś bardziej energetycznego pcha improwizację na tory nieco większej ekspresji. Teraz wystarczy ledwie krok, by z pozycji medytujących oddać się bez reszty wirowi czegoś, co okazjonalnie przybiera formę całkiem soczystego free jazzu. Nie inaczej dzieje się w trakcie ostatniej, ponad dziesięciominutowej opowieści - od rytuału smutnej melodii i talerzowego renesansu, po w pełni kontrolowany wybuch ekspresji, spuentowany szczyptą czegoś odrobinę folkowego.

  


Sebastien Beliah Tout corps vibrant (Bandcamp’ self-release, CD 2026)

Ambasada Muzyki Tradycyjnej, Warszawa, lipiec 2025: Sébastien Beliah – kontrabas, talerz, harmonika, grzechotka. Dziesięć utworów, 38 minut.

Solowa propozycja francuskiego artysty, od lat związanego z polską sceną muzyczną, to ciekawy przykład kontrabasowej improwizacji wzbogaconej multiinstrumentalną powłoką folkowej taneczności, bardzo swobodnej pod względem narracyjnym i artystycznie bezpretensjonalnej. Album jest krótki, zwarty, dobrze udramatyzowany, zbudowany z siedmiu kilkuminutowych opowieści z treścią i trzech kilkudziesięciosekundowych miniatur zwanych tu Gamelan-interlude.

Beliah od startu buduje tu dwa wątki – używa perkusyjnego talerza, wzbudzając rezonans, a potem kreując drummingową narrację i jednocześnie frazuje na strunach kontrabasu, stosując obie techniki gry, ale częściej sięgając po smyczek. Szybko włącza do dobrze zaplanowanej improwizacji atrybut rytmu i zdaje się być mu wierny do końca albumu. Gdy trzeba schodzi nisko na kolanach, bywa, że radośnie tańczy ze smyczkiem. Nie stroni od kameralnych rozwiązań, lubi minimalizm, zdecydowanie nastawiony jest na wyrazistość muzycznego przekazu. Najciekawiej robi się w drugiej połowie albumu. W szóstej części masywne pizzicato brzmi jak kroki nieznajomego, a filmowość momentu podkreśla melodia harmonijki. W siódmej odsłonie rolę odpowiedzialnej za rytm niepodziewanie przejmuje grzechotka. W ósmej smyczek skacze po strunach, a całość przypomina urokliwą repetytywność Different Trains Reicha. W dziewiątej części drobne zaskoczenie – rozśpiewany smyczek sięga po niemal post-barokową estetykę. Album wieńczy pożegnalna, na poły relaksacyjna, melodyjna opowieść utrzymana w stylistyce post-jazzu.

 


MMBTUPM Meditation Music Beyond The Unsleeping Psychopathic Mind (Hidden Harmony, LP 2026)

Threshold Studios, Hamilton, Ontario, Kanada, czas nieznany: Annie Shaw – instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Sarah Good - instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Nadah El Shazly - instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Adam Kinner – saksofon tenorowy, Connor Bennett – saksofon sopranowy, Devin Brahja Waldman - syntezator, saksofon altowy, Vicky Mettler – gitara, Alexei Orechin – gitara, Daniel Gélinas – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Philippe Melanson - perkusja, instrumenty perkusyjne. Cztery utwory, 41 minut.

Formacja odpowiedzialna za ten album śmiało może startować w konkursie na najdłuższą nazwę (szczęśliwie używa też skrótu). Jej nagranie zarejestrowano w Kanadzie, wydawcą jest estoński label (debiut na Trybunie), a towarzystwo muzyków definitywnie międzynarodowe – oto współczesny świat muzyki kreatywnej! Tak trzymać!

Na płycie zamieszono cztery improwizacje, budowane leniwie, z dbałością o bogatą instrumentację, których klimat doskonale opisuje sam tytuł albumu i nazwa grupy. A zatem rodzaj medytacji, klejonej warstwa po warstwie, od onirycznej, elektroakustycznej flauty uformowanej w swobodny dron, po rozbudowaną, linearną opowieść, która ma swój rytm niesiony saksofonowym śpiewem i intrygujący, post-psychodeliczny background armii instrumentów klawiszowych i syntezatorów. Szczególnie ciekawie brzmi to w drugiej i trzeciej odsłonie. W tej drugiej kwaśne klawisze i nieco demoniczna wokaliza, niekiedy multifoniczna, wyprowadza nas na otwartą przestrzeń, w której bylibyśmy zginęli bez wieści, gdy nie rytm i dęciak doprowadzający do szczęśliwego zakończenia. W trzeciej, najdłuższej opowieści na miano najciekawszego momentu albumu zasługuje wielominutowa, ambientowa plama szyta najpierw wokalizami, a potem zachrypniętymi saksofonami. Od zbiorowego lamentu, po kojące repetycje gitar.

  



Peter Petyaev The Burning Love of God (for Himself) (Bandcamp’ self-release, DL 2026)

ROMT Recordings Studio, lipiec 2024: Peter Petyaev – saksofon tenorowy, barytonowy I sopranowy, Ksenia Savchenko – kontrabas oraz Eugene Pechenkin – perkusja. Jedenaście utworów, 44 minuty.

Petyaev-Petyaev Incomparable Greatness (No Name 666, DL 2026)

Vintage Records Studio, maj 2023: Peter Petyaev – saksofon, Pavel Petyaev – gitara (1-4), Victor Konovalov – klarnet, trąbka (3-5), Maxim Bezhenov – saksofon (2-5), Slava Burlakov – instrumenty klawiszowe, Ivan Bashilov – bas elektryczny (2-4) oraz Piotr Talalai – perkusja. Pięć utworów, 49 minut.

Na zakończenie marcowej zbiorówki podwójna porcja wytrawnego jazzu. Za obie odpowiada ten sam artysta - w pierwszej pławi się w spuściźnie free jazzu i fire music, w drugiej sięga po atrybuty kwaśnego fussion. Oba danie strawne, dobrze doprawione, a czas płynie przy nich wartko i definitywnie nienudną strugą.

Szczególnie udany wydaje się album nagrany w trio. Dedykacje dla legend gatunku, szorstki, wyrazisty sound saksofonu i świetna robota sekcji rytmu, która gra w poprzek, ma w nosie tradycję i iskrzy kreatywnością na każdym kroku – zwłaszcza, gdy w dłoniach kontrabasistki ląduje dobrze naostrzony smyczek. Pośród klasyków najbardziej do gustu przypaść może hommage dla Brotzmanna, a zaraz potem dla Wrighta, w każdym przypadku z drobną estetyczną woltą. Na koniec lider przedsięwzięcia dedykuje utwór bratu, a potem samemu sobie. Ten rodzaj autoironii dodaje smaku całemu albumowi.

Z rzeczonym bratem saksofonista tworzy ansambl Petyaev-Petyaev i w nieco bardziej rozbudowanym składzie (incydentalnie nawet septetowym) rusza na podbój elektrycznych odłamów gatunku. Każda z pięciu wielominutowych ekspozycji ma tu swoją wyszukaną dramaturgię. W pierwszej panoszą się rockowe naleciałości, w drugiej zaskakuje meta balladowe otwarcie, które na etapie rozwinięcia, szytego łamanym rytmem, przenosi nas do świata rozhulanego free jazzu. W trzeciej części rządzą aż trzy dęciaki, które wpadają w kwaśne turbulencje. Najbardziej smakowita zdaje się być czwarta odsłona, którą ciągnie do ognia free jazzu soczysta ekspozycja saksofonu. Z kolei w ostatniej opowieści podobać się może efektowne otwarcie, które spoczywa wyłącznie na dętym instrumentarium.

 

 

wtorek, 24 marca 2026

Malfon, Kravanja & Warelis at MMI!


Powracamy na ubiegłoroczny, monachijski MMI Festival. Tym razem sięgamy po drugi set dnia drugiego, gdy scenę Einstein Kultur opanowali saksofonista Don Malfon, ponownie pianistka Marta Warelis oraz skrzypaczka Ana Kravanja. Koncert znów trwa trzy kwadranse i przynosi moc uroczych, jakże swobodnych improwizacji.

  


Początek nagrania jest mroczny, wystudzony, wypełniony rezonującymi podmuchami z tuby saksofonu, drobnymi uderzeniami po strunach piana i ulotnymi frazami skrzypiec. Całość zdaje się delikatnie pulsować - we wnętrzu improwizacji tli się jakaś pozorna nerwowość, ale czuć także oddech nostalgii, wyczulenia na pojedyncze dźwięki. Opowieść z czasem nabiera wigoru, tu niesiona bardziej linearną, uporządkowaną ekspozycją wprost z klawiatury fortepianu. Wokół panoszą się strzępy melodii i rezonującego śpiewu, które nadają całości sonicznej atrakcyjności. Preparowane frazy dęciaka i skrzypiec uciekają pod nieboskłon, szczęśliwie każdorazowy powrót na klawiaturę piana porządkuje opowieść i pozwala jej łapać kontakt z podłożem.

Nim upłynie kwadrans muzycy wpadają nie pierwszy, nie ostatni raz tego wieczoru, w rodzaj swobodnego rozhuśtania. Tańczą, kołyszą się na wietrze, nie czują presji, by ich improwizacja nabierała szczególnie intensywnego charakteru. Chwilami niemal lewitują w mroku zastygającej mgły. Tuba szemra, inside piano podryguje, a skrzypce ślą plejadę drobnych akcji w trybie pizzicato. Wraz z wybiciem trzeciej dziesiątki minut w artystów zdaje się wstępować duch walki. Zaczynają hałasować, a ich zaskakujący intensywnością post-industrial, noise chamber, jakkolwiek by tego nie nazywać, daje wszystkim, tym po obu stronach sceny i tym przed odtwarzaczami, mnóstwo radości i satysfakcji. Efekt całości wzmaga dysonans poznawczy – za nic w świecie nie jesteśmy w tym momencie w stanie wskazać źródła danego dźwięku. Jakbyśmy słyszeli paradę dziecięcych zabawek szytą niemal folkowych tańcem.

Po upływie drugiego kwadransa czas na drobne wystudzenie. Znów dźwięki wpadają w rodzaj rozhuśtania. Malfon wibruje, śpiewa falsetem i na moment obejmuje władanie sceną w parze z Kravanją, która zaczyna hałasować. Po niedługiej chwili powraca Warelis i przywraca na scenie ład i porządek – oczywiście znów przy pomocy klawiatury. Jeszcze tylko kilka samotnych fraz skrzypiec i można przystąpić do efektownej finalizacji. Gęsty, soczysty post-jazz osiąga imponującą intensywność, sprawiając, iż zakończenie koncertu, to jego najgorętsze chwile.

 

Don Malfon, Ana Kravanja & Marta Warelis Munich 2025 - Day 2 Set 2 (MMI Festival, DL 2026). Don Malfon – saksofon altowy, Ana Kravanja – skrzypce, głos oraz Marta Warelis – fortepian. Nagrane w trakcie MMI Festival, Einstein Kultur, Monachium, maj 2025. Jedna improwizacja, 45 minut.




piątek, 20 marca 2026

Butcher, Warelis & Sigil at MMI!


Festiwal MMI od dekady łączy katalońską muzykę improwizowaną i … niemiecką publiczność. Edycja ubiegłoroczna zebrała na monachijskiej scenie nie tylko muzyków z Barcelony, ale także rozbudowaną reprezentację innych części Europy, tworząc międzynarodowy tygiel, który śmiało pomieściłby się w estetyce … poznańskiego Spontaneous Music Festival.

Monachijska impreza od pewnego czasu posiada stronę bandcampową, na której prezentuje nagrania festiwalowe (kolejne powinowactwo z polską imprezą!). W poprzednich latach organizatorzy publikowali jedynie wybrane nagrania, a czasami tylko ich fragmenty. Edycja 2025 stanowi pod tym względem pewien przełom, albowiem mmifestival.bandcamp.com sukcesywnie udostępnia kolejne festiwalowe sety.

Jak do tej pory zaprezentowano siedem koncertów, czyniąc to w ujęciu chronologicznym – set po secie, dzień po dniu. Dziś pochylamy głowę i nadstawiamy uszy nad setem drugim dnia pierwszego, a na scenie witamy brytyjskiego saksofonistę Johna Butchera, polsko-holenderską pianistkę Martę Warelis i katalońskiego drummera Joni Sigila (przy okazji młodszego brata Dona Malfona). Jesteśmy zatem w gronie najbliższych przyjaciół i zapraszamy na trzy kwadranse definitywnie wytrawnej freely improvised music.

  


Łagodna introdukcja szyta jest ciepłym brzmieniem klawiatury piana, rozmarzonym oddechem saksofonu tenorowego i filigranowym drummingiem. Muzycy bez zbędnej zwłoki zawiązują post-jazzową intrygę. Frazują precyzyjnie, trzymają dobre tempo i w mgnieniu oka dostają się na pierwsze pełnokrwiste, free jazzowe wzniesienie. Równie szybko łapią kameralną trwogę, a nawet ocierają się o ciszę. Po fazie drobnych, preparowanych fonii wracają na drogę mięsistej eskalacji i wieńczą pierwsze kilkanaście minut koncertu dobrze kontrolowanym uniesieniem.

Drugi kwadrans koncertu upływa pod znakiem częstym zmian dramaturgii i metod frazowania. Narracja okazjonalnie przebiera też formę akcji w podgrupach. Najpierw lekki jak piórko duet piana i perkusji. Powrót saksofonu znamionuje tu kolejną, raczej krótkotrwałą eskalację. Po niej eksploduje cisza bogacona filigranowymi frazami inside piana, a także szumem z tuby i glazury werbla. Po kilku amorficznych cmoknięciach narracja staje się męskim duetem, który po dwudziestej trzeciej minucie zamienia improwizację w pokaźny plaster ciszy.

Nowe otwarcie jest delikatne, szyte nade wszystko śpiewnym brzmieniem saksofonu sopranowego. Muzycy spinają się na place i niemal sięgają nieba, czyniąc to dalece tanecznym krokiem. Po kilku minutach improwizacja wchodzi w swoją najpiękniejszą fazę. Najpierw scenę opanowują samotne odgłosy z dętej tuby. To pokaz szemrzącej akustyki z ciszą, jako pełnoprawnym uczestnikiem spektaklu. Pianistka i perkusista wracają filigranowymi, preparowanymi strzępami fonii, jak bali się naruszyć równowagę fonicznego ekosystemu. Teraz całe trio zdaje się rezonować tajemniczą melodią, kreowaną plejadą short-cuts, jakbyśmy słyszeli upalone owady w tańcu godowym. Tymczasem improwizacja przeistacza się w plejadę minimalistycznych akcji podawanych w formie call and response. Wszystko delikatnie śpiewa i z czasem łączy się w jednorodną strugę pożegnalnej melodii. Koniec jednak nie następuje. Pianistka wrzuca do tygla zdarzeń post-klasyczne frazy wprost z klawiatury. Odpowiedzią saksofonisty jest kolejna porcja zrównoważonej melodii. Rezonują perkusyjne talerze. Oczekiwanie na ostatni dźwięk ubarwione zostaje rubasznym głosem z publiczności, który zdaje się, że świetnie znamy z innego, równie spontanicznego festiwalu.

 

John Butcher, Marta Warelis & Joni Sigil Munich 2025 - Day 1 Set 2 (MMI Festival, DL 2025). John Butcher – saksofon tenorowy, sopranowy, Marta Warelis – fortepian oraz Joni Sigil – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w trakcie MMI Festival, Einstein Kultur, Monachium, maj 2025. Jedna improwizacja, 45 minut.

 

 

wtorek, 17 marca 2026

Pascal Niggenkemper’ Ensemble Tuvalu goes d'une rive à l’autre!


Pascal Niggenkemper, kontrabasista o niemieckich korzeniach, ale francuskiej rezydencji, od pewnego czasu unika estetyki free jazz/ free impro, koncentrując się na zgłębianiu stylistyk, tudzież estetyk, którym trudno przypisać nazwę, a tym bardziej kierunek gatunkowy. Ale to w sumie świetna wiadomość! A dla zapominalskich trop – prawie trzy lata temu Trybuna omawiała sześciopak Pascala z muzyką niezwykle intrygującą, na ogół komponowaną, po części performatywną, okazjonalnie improwizowaną *).

Nowa podróż Pascala wydaje się definitywnie szalona. To krzyk artysty w obronie świata, który umiera, wyartykułowany wielobarwną muzyką, którą buduje akustyczny oktet, dźwiękowa instalacja, wreszcie konglomerat pieśni i poematów z historii dalekiego świata, ubranych w całkiem współczesne szaty.

Bohaterem dramatycznym albumu jest Tuvalu - polinezyjska wyspa na południowym Pacyfiku, w przyrodzie której szczególnie silnie ogniskuje się proces globalnej zmiany klimatu. Przewiduje się, że sztormy, erozja wybrzeża i wzrost poziomu morza sprawią, że w ciągu kilku dekad wyspa stanie się niezamieszkana, a kraj zniknie z mapy świata.

Ensemble Tuvalu, to oktet złożony z dwóch niemal bliźniaczych instrumentalnie kwartetów, a może jednak czterech duetów – kornetu i trąbki, dwóch klarnetów, dwóch akordeonów, wreszcie wiolonczeli i kontrabasu. Każdy z artystów używa też głosu.

Osiem akustycznych instrumentów, to nie jedyne narzędzia pracy muzyków. Wokół nich, w okolicznościach studyjnych, rozwieszono szesnaście kurtyn dźwiękowych, tworzących przestronną instalację wykonaną z metalu i paneli plastikowych, dodatkowo wyposażoną w wzbudzające rezonatory. Muzycy mogą je aktywować za pomocą pedałów, w ten sposób przekształcając brzmienie instrumentów i głosów w osobliwe akustycznie twory o drżącym, trzeszczącym i klekoczącym anturażu.

Album zawiera kompozycje Niggenkempera, które zdają się stanowić ledwie szkice wypełniane treścią poprzez improwizację i interaktywne akcje muzyków. Rzeczonych kompozycji jest jedenaście, a prawie każda z nich ma także swoją warstwę werbalną/ wokalną, skonstruowaną na bazie tradycyjnych tuwalskich pieśni i poematów. Wykonują je poszczególni członkowie zespołu, pochodzący z różnych, bardziej oczywistych rejonów świata (głównie Europy), transponując je na język im ojczysty. W sześciu przypadkach dramaturgię utworu budują instrumentalne improwizacje duetowe, przy czym duet klarnetów występuje w tej roli trzykrotnie. Dodajmy, iż wydawnictwo d'une rive à l’autre składa się z dwóch krążków. Opisanemu wyżej nagraniu studyjnemu (dostępnemu na CD) towarzyszy nagranie koncertowe dostarczone na płycie DVD.

  


Siedemnastoczęściowa opowieść o Tuvalu ma mroczne, nerwowe otwarcie, łagodną, taneczną, post-folkową część środkową i spinający całość dramatyczny, zgiełkliwy, wręcz hałaśliwy, ale także po części taneczny finał. Zanurzymy się w niej po koniuszek nosa i ucha.

Po kilkudziesięciosekundowym, uroczo chaotycznym otwarciu, pełnym sprawiających wrażenie przypadkowych fraz instrumentów i głosów, muzycy uginają kolana i niesieni nisko osadzonymi smyczkami budują mroczny dron, który efektownie eskaluje. Napięcie potęguje także pierwsza ekspozycja głosowa. W trzeciej odsłonie z zastygłej modlitwy wyłania się dziki taniec. Cięte, dźwiękowe riposty i nerwowy wielogłos, to sedno tej opowieści. W kolejnej części napotykamy na chwilę mrocznego uspokojenia – struny drżą, tajemnicze szepty docierają z głębokiego lasu. Aurę kameralnego ambientu rozpraszają rozśpiewane klarnety, zwiastujące nadchodzącą burzę z piorunami.

Piątą opowieść biorą na swoje barki klarnety i akordeony, które kwilą po ptasiemu, komentowane mniej przyjaznymi frazami smyczkowymi. Narracja nabiera teraz podskórnego rytmu, pojawiają się okrzyki i zgrzytanie zębami. W kolejnych dwóch odsłonach muzycy przechodzą definitywnie do lżejszej, bardziej tanecznej, by nie rzec piosenkowej części nasączonej meta folkową estetyką. Po krótkiej introdukcji klarnetów pojawia się śpiew i niemal polirytmiczna taneczność. Łagodność chwili delikatnie kontrapunktują nerwowe akordeony posadowione na backgroundzie.

Począwszy od ósmej opowieści idylla pryska. Najpierw duet akordeonów w szybkiej, jakże emocjonalnej wymianie zdań, potem oktetowa zabawa w pytania i odpowiedzi, okraszona tekstem po japońsku. Kolejna porcje emocji wnosi preparowany duet trąbki i kornetu. Jedenasta opowieść zdaje się być kulminacją hałasu, chaosu i trudnych do opanowania spamów. Szczęśliwie scenę w mgnieniu oka opanowują śpiewacy i tancerze. Rytm jest teraz pokraczny, ale wydaje się nieść szczyptę ukojenia. W opozycji stają jednak dwa kolejne duety – najpierw kameralne, ale strwożone klarnety, potem głośne, zawadiackie cello i bas. Kolejna opowieści jeszcze podnosi temperaturę wydarzenia – struny dygoczą, ktoś krzyczy po niemiecku. Piętnasta opowieść stara się za wszelką cenę koić nerwy długą, teatralną recytacją. Ale emocje nie chcą nas opuścić. Artyści zdają się wyć, krzyczeć, choć brakuje im sił witalnych. Ostatni epizod wystukiwany jest na pudle rezonansowym kontrabasu, szyty dronami, rwanymi frazami, ostatecznie wpada w finałowy afrykański taniec. Śpiew niesie tu nie tylko ludzkie gardło, ale także lekki kornet. Czy końcowa, spokojna recytacja daje nam jakąkolwiek nadzieję?

Po powrocie do rzeczywistości sięgnijcie po obraz i dźwięki z koncertu. Tym razem dwanaście opowieści - tytuły podobne do tych z części studyjnej, ale atmosfera inna. Bardziej rytmiczna, kreowana bez dźwiękowej instalacji, ale kontrapunktowana w wielu momentach intrygująco brzmiącą analogową elektroniką. Publiczność cierpliwie słucha, choć przecież mogłaby się włączyć w ów zawrotny niekiedy taniec.


Pascal Niggenkemper’ Ensemble Tuvalu d'une rive à l’autre (Subran Music, CD/DVD 2026). Ensemble Tuvalu: Ben LaMar Gay - kornet, głos, Louis Laurain - trąbka, głos, Mona Matbou Riahi – klarnet, głos, Joachim Badenhorst – klarnet, głos, Tizia Zimmermann – akordeon, głos, Artemis Vavatsika – akordeon, głos, Elisabeth Coudoux – wiolonczela, głos, Pascal Niggenkemper – kontrabas, głos, kompozycje, instalacja dźwiękowa oraz Jaumes Privat – słowa (w utworze piętnastym). CD nagrane w Südwestrundfun, Baden-Baden, DVD zarejestrowane na żywo w Tollhaus, Karlsruhe – oba wydarzenia w listopadzie 2024. Ścieżka audio - łącznie siedemnaście utworów, 65 minut. Ścieżka video - dwanaście utworów, około 60 minut.

 

*) https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/04/pascal-niggenkemper-renaissance-man.html

 


piątek, 13 marca 2026

Hannah Marshall in Grazing!


Wiolonczelistka Hannah Marshall jest aktywnym uczestnikiem brytyjskiej sceny muzyki improwizowanej od przynajmniej dwóch dekad. Grywała na każdej scenie, uczestniczyła w setkach, tysiącach muzycznych spotkań, zarówno w małych grupach, jak i słynnych, wielkich orkiestrach, z tą najważniejszą włącznie. Z występów na naszej ziemi winniśmy ją pamiętać z doskonałego koncertu u boku Trevora Wattsa na jednej z edycji warszawskiego Festiwalu Ad Libitum.

Marshall grywa też solo, choć tę ostatnią aktywność nieczęsto przekuwa w stosowne wydawnictwa płytowe. Tym większą zatem mamy radość z odsłuchu jej najnowszego solowego albumu (bodaj drugiego w ujęciu historycznym), który zawiera rejestracje dwóch koncertów, jakie odbyły się w londyńskim Cafe Oto – jednego pod koniec roku 2024, drugiego w trakcie wiosny roku 2025.

  


Koncert grudniowy Hannah otwiera zamaszystym szorowaniem strun silnie zakrzywioną cięciwą smyczka. Strumień fonii jest gęsty, wielobarwny, choć odrobinę szorstki, prawdziwie żywy, nieutemperowany. Artystka i jej instrument zdają się żyć każdą sekundą swojej fizycznej obecności, każdym dźwiękiem płynącym ze strun, pudła rezonansowego i ludzkiego ciała. Ekspresja, pewna czupurność, brak zgody na dramaturgiczne przestoje, skróty i uproszczenia, to naczelne charakterystyki tej historii. Ma ona swój wewnętrzny rytm, czasami koślawy, ale niezmiennie piękny, doposażony nerwowym oddechem. W drugiej fazie dwudziestokilkuminutowej improwizacji artystka i jej cello wpadają w rodzaj rozkołysania, nasycony nutą nostalgii, tudzież filozoficznej refleksji. Pojawia się też efektowna plejada flażoletów. Zmiana goni tu zmianę, albowiem już po chwili opowieść wpada w tryby rytmicznego tanga. Artystka zdaje się przez moment wisieć nad przepaścią, ale moc ekspresji i determinacji utrzymują ją na powierzchni. Narracja tymczasem przepoczwarza się w gęste drony, a sfinalizowana zostaje porcją post-barokowej, bardzo szorstkiej melodii.

Koncert kwietniowy inauguruje świst zimnego powietrza, jaki generuje smyczek próbujący wejść w fizyczny kontakt ze strunami i korpusem instrumentu. Hannah szoruje struny, aż nabierają blasku i zaskakującej śpiewności. Potem przechodzi do fazy efektownych preparacji – piłuje struny, zgrzyta zębami, piszczy jak leniwe kocisko. Po niedługiej chwili zawiesza smyczek wyjątkowo nisko i zaczyna generować gęste plamy dark ambientu. Wchodzi w tryb minimalistycznego pizzicato, po czym śpiewa post-barokiem, tu wyjątkowo głośno. Ostatnie kilka minut spektaklu najpierw przynosi porcje post-kameralnej łagodności, a potem wbrew oczekiwaniom, w defensywnym dysonansie, kolejne ekscesy szarpania za struny i szukania drugiego dna. Finałowa prosta eksploduje emocjami, szyta brudnym, rockowym temperamentem.

 

Hannah Marshall Grazing (Relative Pitch, CD 2026). Hannah Marshall – wiolonczela. Cafe Oto, Londyn, grudzień 2024 i kwiecień 2025. Dwie improwizacje, 49 minut.