piątek, 28 stycznia 2022

Almeida, Gibson, Melo Alves, Trilla & Vicente as Dog Star!


Pięciu szalonych muzykantów, przyjaciół i kompanów od niejednej sytuacji, spotkało się w małym studiu nagraniowym na krańcu świata przy okazji sesji nagraniowej trójki z nich, czynionej na potrzeby  pewnego renomowanego wydawcy. Pierwszego dnia muzykowali we trzech, drugiego dnia doszedł ten czwarty, a gdy trzeciego dnia pojawił się ostatni z nich, wiedzieli już, że muszą zagrać pełnym kwintetem, choćby po to, by sprawić sobie noworoczny prezent. Po pierwszym secie, który przeciągnął się do niemal dwóch kwadransów, wiedzieli już doskonale, iż to spotkanie nie może skoczyć się na jednej improwizacji. Zostali tam na dłużej. I dobrze się stało!

 


Otwarcie zafundowali sobie po portugalsku leniwe i wypełnione całą masą wolnej przestrzeni na wypadek każdego zdarzenia fonicznego. Z mgły ciszy jako pierwszy wyłonił się dron budowany przez perkusistów. Zaraz potem dwa dęte kocury zaczęły wydawać z siebie pierwsze parsknięcia. Tło zaś wypełniało się basowymi burknięciami, którym początkowo bliżej było do akustycznego przesteru, niż do muzycznego frazowania. Dźwięki całej piątki szybko jednak zaczęły lepić się w magmę rezonujących fraz, przy okazji generując plejady fake sounds, w tworzeniu których każdy z ich jest przecież mistrzem nad mistrzami. Puentą fazy otwarcia okazał się zaś smyczek, który pojawił się na gryfie kontrabasu i podjął próbę budowania pierwszych zrębów narracji właściwej.

Po niedługim czasie, gdy wszyscy zeszli już do samego dołu, na wyjątkowo nisko ugiętych kolanach, pierwsza etiuda mogła być uznana za zakończoną, albowiem przestrzeń studia wypełniły niemal wyłącznie drżące talerze. Ciąg dalszy rodził się jednak niemal samoczynnie. Trębacz i saksofonista gaworzyli na stronie, perkusiści siłowali się na ręce i drżeli, całość zaś lamentowała i formowała się w post-industrialne plamy oleju. Znów tym, który szukał zbędnego ładu i równie nieoczekiwanego porządku okazał się kontrabasowy smyczek, poszukający zagubionych melodii z dzieciństwa.

Tuż przed upływem dwudziestej minuty wiele wskazywało na to, iż nadchodzi długo oczekiwana przerwa na kawę. Zdanie odrębne wyrazili jednak obaj perkusiści i opowieść zaczęła się na nowo! Drżącym ściegiem, głębokim rytmem i kontrabasem, który nie odpuszczał. Gdy pod ten strumień zimnego powietrza podłączyły się oba dęciaki, improwizacja eksplodowała ogniem dawno niespotykanym w tej części świata. Wielkie crescendo, huśtane porywami zimowego, oceanicznego wiatru zmiotło jednak wszystkich z pokładu, a jedynym tłem stała się milcząca cisza.

Drugą, dość zwartą czasowo historię rozpoczęły dwie perkusje. Dzwonki, rezonujące talerze, a po chwili cicha trąbka, nieśmiała, pełna obaw o los świata i zalotny, rozśpiewany saksofon sopranowy, skory do tańca i dynamicznych swawoli. A gdzie kontrabas? Siedział pod miotłą i skrupulatnie budował smyczkowy dron. Potrzebował kilku głębszych oddechów, by porwać kwintet na niemal free jazzowe wzniesienie. Po krótkiej ciszy, bez pytania innych o zdanie, tenże sam kontrabas barokowym skowytem rozpoczął część trzecią. Tymczasem reszta muzykantów stała pod ścianą i bawiła się w small jokes, taką grę na małe pola, z główną rolą trąbki, która wzniosła efektownie brwi ku niebu. Leniwa ballada snułaby się tu zapewne do samej kolacji, gdyby nie kontrabas, który trybem pizzicato postanowił podgrzać atmosferę capstrzyku. Trąbka i saksofon dołożyły do rodzącego się ognia pełne garście preparowanych dźwięków. No i perkusje, prawdziwe byki ze złotymi rogami! Zabawa zaczęła się na całego i trwałby do białego rana, gdy nie zmyślna koda zaserwowana przez dęciaki.

Ostatni epizod zaczęli na raz, bez zbędnych ceregieli. Z melodią, dynamiką i śpiewem na ustach. Coleman pod rękę z Aylerem stali z boku i bili brawa wszystkimi kończynami! Ta improwizacja tylko pozornie pięła się jednak ku górze. Pierwsze nerwy wyszły spod strun kontrabasu, który zaczął dzielić kwintet na podgrupy tematyczne. Najpierw saksofon z perkusją! Ale jazda! Potem kontrabasowe, niemal rockowe przełomy! Także duet dęty, eksplodujący free jazzem! No i smyczek, który zdawał się podkręcać atmosferę samym spojrzeniem! W międzyczasie dwie perkusje stanęły na sztorc i także ruszyły w duetowe tango! Nie musiało upłynąć wiele sekund, by w tym tyglu emocji zrodził się finałowy galop, kreowany już definitywnie przez wszystkich uczestników szalonej ceremonii! Ostatnie 120 sekund, to burza, która mogłaby nigdy nie przeminąć, gdyby nie kolektywny rozsądek wszystkich. Skończyli na raz, tak, jak epizod ten zaczęli.

 

Dog Star (Almeida/ Gibson/ Melo Alves/ Trilla/ Vicente) Dog Star (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, CD 2021). Gonçalo Almeida – kontrabas, Yedo Gibson – saksofon sopranowy, altowy i tenorowy, Pedro Melo Alves i Vasco Trilla – perkusja i instrumenty perkusyjne, Luis Vicente – trąbka. Nagrane 10 stycznia 2021, Sound Innovation Studios, Povoa De Além, Portugalia. Cztery improwizacje, łączny czas – 60:24.

 

Uwaga! Autor recenzji jest współwydawcą tej płyty!



wtorek, 25 stycznia 2022

Agustí Fernández & Sarah Claman! Dandelion!


Doświadczony mistrz gatunku improvised & prepared piano i młoda adeptka improvised and prepared violin spotkali się ubiegłej wiosny w pięknej Barcelonie po raz drugi w swym artystycznym życiu. Znów zapałali do siebie najgorętszym z uczuć i zaśpiewali, co im w duszy gra najpiękniej!

 


Na początku zaproponowali nam burzę z piorunami! Piszczące pod naporem smyczka struny skrzypiec, tuż obok nich struny piana dewastowane dłońmi, a może i innymi ostrymi przedmiotami. Pierwsza opowieść jest dynamiczna, po malarsku impresjonistyczna, gęsta, wręcz klaustrofobiczna. Kawalkada zdarzeń, zmysłowy rollercoaster – bolesny śpiew skrzypiec i fortepianowy atak serca. Druga część stawia na preparowane subtelności o kanciastych krawędziach. Zgrzyty, tarcia przedmiotu i przedmiot, skrzypiące włazy do głębokiej krypty. Deep inside very close to the strings! Agresywna dynamika idzie tu wprost z wielkiego pudła rezonansowego piana. Skrzypce próbują łapać oddech, ale ta sztuka udaje im się dopiero w połowie batalii. Wszystko zdaje się rzęzić i budzić trwogę. Czarne piano bez większego problemu dociera do ściany akustycznego hałasu.

Trzeci epizod nie może nie wziąć głębokiego oddechu, czerpiąc moc z postępującej ciszy. Minimal piano wprost z wystudzonej klawiatury daje ukojenie, ciche, mrużące oczy skrzypce - cień nadziei. Dead ballad tkana jest z samych drobiazgów, pełnych boleści, ale i zadumy. Chwilę potem, już w czwartej części, na wyimaginowanej scenie rodzi się nowe życie! Zwinny post-jazz oblepiony klasycznymi grepsami hasa po klawiaturze, obok rozhuśtane i śpiewne skrzypce, gotowe na każde rozwiązanie, nie mogą ustać w miejscu. Dynamika jak błysk słońca, po gołych klawiszach, po soczystych strunach skrzypiec! Opowieść zagęszcza szyki i wpada w kompulsywny galop. Nostalgiczne ukojenie zakończenia brzmi tu niemal ironicznie.

Piąta odsłona spektaklu dzieje się w małym zakładzie przemysłowym. Suwnice i taśmy przesyłowe piana, niewypolerowane, szarpane struny skrzypiec. Kolejna historia tkana z drobiazgów, nie stroni od czystych fraz mimo gigantycznie rozszerzonych technik wydobywania dźwięku. Skrzypce piszczą i gwiżdżą, niczym stado waszek w locie wznoszącym, piano lekkie jak pasikonik, śmieje się do rozpuku. Szósty epizod nie trwa długo. Dwa tryby pizzicato, zdobione czarnymi kontrapunktami. Minimal walk on the moon, call & responce! Wreszcie siódma opowieść, perła w koronie, improwizowany orgazm! Inside, very dark piano i skrzypiące struny. Głucha cisza, za kotarą której może już trwać dobrze zakrapiany bal wampirów! Z nieokreślonej przestrzeni płyną chmury rezonansu. Fear of music! Ból i drżenie, i tysiące innych, równie literackich skojarzeń. Narracja rozkwita martwą melodią, to śpiew przez łzy, który prowadzi do niespodziewanej kulminacji. Klawisze fortepianu boleśnie frazują konweniując z echem całego świata, struny skrzypiec cierpią z radości chwili.

 

Agustí Fernández & Sarah Claman Dandelion (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, CD 2021). Agustí Fernández – fortepian, Sarah Claman – skrzypce. Nagrane 18 maja 2021 roku, Studio Rosazul, Barcelona. Siedem improwizacji, łączny czas – 44:04.

 

Uwaga! Autor recenzji jest współwydawcą tej płyty!




piątek, 21 stycznia 2022

Mark Holub! Anthropods!


Czas na pierwszą recenzję płyty wydanej już w nowym, równie szalonym jak poprzednie, roku 2022! Do roli introduktora nowych wrażeń muzycznych wybieramy amerykańskiego perkusistę Marka Holuba, który rezydując w Wiedniu powołał do życia nie pierwszy swój ansambl. Przygotował dla niego kilka kompozycji i puścił się wraz z czwórką austriackich przyjaciół (doposażonych w skrzypce, wiolonczelę, klarnet basowy i saksofon tenorowy) w wir … swobodnych improwizacji. Fantastycznych momentów spotkanie z płytą Anthropods dostarczyło całe mnóstwo, ale już w preambule recenzji docenić można kunszt kompozytorki muzyka, jego dbałość o formę i metody budowania dramaturgicznego napięcia. Dodajmy, iż światowa premiera albumu miała miejsce dokładnie wczoraj!

 


Początek Antropodów (Antropoidów?) wydaje się nad wyraz kameralny, ale od startu doposażony w bardzo gęstą strukturę dźwiękową. Small drumming pęcznieje, stymulowany całą plejadą short-cuts ze strony instrumentów strunowych. Z kolei zadaniem dętych jest stylowe kontrapunktowanie zastanej rzeczywistości, które uznać możemy na prezentację tematu. Druga opowieść kroczy do nas tanecznych krokiem, z bystrze repetującą melodyką. Muzycy dość szybko wkraczają tu w gęstwinę improwizacji, nad wyraz swobodnych i wciąż dość kameralnych. Wymiana poglądów zdaje się mieć formę call & responce, a sam temat kompozycji tli się w tle i po czasie, istotnie zagęszczony, staje się głównym przedmiotem zainteresowania wszystkich artystów. Ekspresja rośnie, głównie dzięki niemal rockowym riffom podsekcji cello & violin. Faza open games nakierowanych na improwizację, to kwintesencja tego numeru, który na koniec niemal zionie ogniem free music!

Trzecia odsłona płyty przypomina klimatem i brzmieniem pieśni radykalnej, żydowskiej serii wydawniczej Johna Zorna z lat 90. ubiegłego stulecia. Bogata struktura, połamane frazy, ciągłe zmiany trybu narracji. Całość szybko przepoczwarza się tu w bystre, jakże kolektywne impro. Skrzypce mają efektowne solo, a perkusja do pary z cello grają jazz-rockowe przełomy. Kolejna opowieść zdejmuje nogę z gazu. Urocza powolność kreowana jest przez szum perkusyjnych szczoteczek, drżące struny spoglądające ku post-barokowi i molowe melodie dętych. Piąta piosenka jest żwawa, pachnie równie dobrze kameralistyką, jak i jazzem. Dynamiczne pląsy perkusji budują przestrzeń dla indywidualnych popisów improwizatorskich, realizowanych ponownie nie bez użycia metody call & responce.

Szósta opowieść, najdłuższa na płycie, rozwija się powoli. Najpierw dęte drony bogacone strunowym pizzicato i perkusja przyczajona na zapiecku. Całość efektownie rozkwita, ale kierunek improwizacji wydaje się dalece kameralny. Temat kompozycji rodzi się na po dłuższej chwili, znów pachnie semicką nostalgią, ale jest wewnętrznie bardzo nerwowy. Na koniec rozkwita bukietem smakowitej free music! Tuż potem następuje drobna etiuda, grana niemal całkowicie pod dyktando zapisów kompozycji. Temat jest śpiewny (można śmiało tańczyć!), a faza rozwinięcia klejona z drobnych, zmysłowych fraz. Ósma kompozycja stawia na preparowane dźwięki, ale narracja trzymana jest w ryzach rytmu perkusji. Najpierw to marsz, potem coraz gorętszy półgalop. Wreszcie zakończenie tej smakowitej płyty, zdaje się, że całkowicie improwizowane, przez to wyjątkowo urocze. Spokojne dęciaki, perkusyjne preparacje, zawieszone w próżni oczekiwań strunowce. Wielki finał wydaje się pozbawiony tematu, a wieńczy go zmyślna koda, definitywnie w klimatach kameralnych.

 

Mark Holub  Anthropods (Discus Records, CD 2022). Mark Holub – perkusja, kompozycje, Clemens Sainitzer – wiolonczela, Irene Kepl – skrzypce, Susanna Gartmayer – klarnet basowy oraz Jakob Gnigler – saksofon tenorowy. Dziewięć utworów, niemal pełna godzina zegarowa, czas i miejsce nagrania nieznane.



wtorek, 18 stycznia 2022

Santos Silva, Gibson & Trilla – Fish Wool in Cerkno! *)


Naprawdę wiele wskazuje na to, iż muzycy z Półwyspu Iberyjskiego stają się powoli niemal stuprocentowymi gwarantami jakości w szeroko rozumianej, europejskiej muzyce improwizowanej. Każdy rok dostarcza nowych dowodów rzeczowych w sprawie, w czym zasługa zarówno krajowych wydawców, jak zagranicznych wielbicieli muzyki z tamtej części świata. Dodatkowo zaś, jeśli na jednej scenie renomowanego festiwalu w słoweńskim Cerkno stają Susana Santos Silva, Vasco Trilla i Yedo Gibson, wyposażeni w trzeźwą trąbkę, kosmiczne perkusjonalia oraz roztańczony saksofon, to możemy być pewni, że będzie naprawdę dobrze!

 


Koncert na dysku kompaktowym podzielony został na cztery części, z których pierwsza, ponad 20-minutowa, zdaje się mówić wszystko o muzyce tria, kreatywności jej twórców, a także jej definitywnej ponadgatunkowości. Otwarcie jest całkiem dynamiczne – posadowione na przeciwległych flankach instrumenty dęty zanoszą się śpiewnym rechotem, niczym para jurnych koni, środkiem zaś płynie aktywna, pełnowymiarowa perkusja. Od razu w głowie odbiorcy rodzą się skojarzenia ze słynną Konferencją Ptaków Dave’a Hollanda i nie jest to mylny trop! Trzeba wszakże od razu zaznaczyć, iż Fish Wool, mimo swego oczywistego potencjału, nie jest tu skore do ucieczek w obszar niczym nieskrępowanego free jazzu. Dużo w tej muzyce powietrza, dramaturgicznego suspensu, a także niemałych obszarów ciszy, która dzieli fragmenty często zmieniającej się, swobodnie improwizowanej narracji. Artyści bez zmrużenia oka zmieniają tu free jazzowy napęd na post-kameralną zadumę, a w momentach, gdy Gibson zaczyna wysoko śpiewać na sopranie, stają się kapelą niemal neo-folkową, roztańczoną, wesołą, skorą go figli i okazjonalnych przyśpiewek.

Rozbudowana, wielominutowa narracja dzieli się także na epizody grane w duetach (zwłaszcza dętych – choćby efektowna polifonia w okolicach 12 minuty), a także krótkie, ale wybornie treściwe odcinki solowe (choćby ten trębacki już po 6 minucie). Do rozbudowanych, dętych dialogów swoje dokłada, jak zwykle nad wyraz kreatywny Trilla. W procesie improwizacji wspomaga go cała armia dzwonków, elektrycznych robaczków, tudzież innych tajemniczych przedmiotów, zdolnych niemal samodzielnie budować narrację. Dodajmy, iż każdy z artystów świetnie realizuje się także w drobnych, wyciszonych, preparowanych dźwiękach. A pierwszy odcinek koncertu, niechybnie z woli drummera, łapie na zakończenie zmysłowy, prawdziwe free jazzowy wiatr pod skrzydła, gaśnie jednak dalece kameralnymi metodami.

Kolejne dwa fragmenty koncertu są nieco krótsze, w dużej mierze budowane przez filigranowe, często post-folkowe peregrynacje Gibsona. Najpierw jego sopran tańczy na tle dronowej ekspozycji perkusjonalii. Dysonans tej sytuacji scenicznej jest doprawdy pozorny. Ta część narracji przypomina wystudzoną balladę, z objęć której muzycy wychodzą kilkoma bardziej ekspresyjnymi okrzykami. Finał drugiej części grany jest bez trąbki, z frazami płynącymi wprost z gardła saksofonisty. Trzecia improwizacja, najkrótsza, to kolejny popis Gibsona. Preparuje on dźwięki, gra bez ustnika, rechocze i rzęzi. Narracja tkana jest tu z drobiazgów, także szelestu wytłumionych perkusjonalii.

Finałowa część koncertu rozpoczyna się niebywałą, solową ekspozycją Santos Silvy. Artystka zaczyna ją na poziomie mechaniki dysz, potem zaś uruchamia całe plejady oddechów i przedechów, chwilami nieźle przy tym hałasując. Jej partnerzy wracają na kilka chwil, by podprowadzić opowieść pod krótki, ale bardzo tajemniczy epizod Trilli. Muzyk wydaje dźwięki prawdopodobnie z instrumentu strunowego, który brzmi niczym pozytywka. Narracja wraca na zasadniczy tor znów nie bez post-folkowych naleciałości. Nim koncert dobiegnie końca, czeka na nas jeszcze błyskotliwa przebieżka instrumentów dętych po całkiem niezłym wzniesieniu, a zaraz potem, tuż po powrocie perkusji, znów ledwie po dwóch, trzech mocniejszych oddechach, improwizacja dmie w rogi i strzela free jazzowymi petardami. Rozhuśtana melodyka finału pachnie tu Albertem Aylerem, w czym zasługa całej trójki tych niesamowitych artystów.

 

Fish Wool feat. Susana Santos Silva, Yedo Gibson & Vasco Trilla Live In Cerkno (Fundacja Słuchaj!, CD 2021 *). Susana Santos Silva – trąbka, Yedo Gibson – saksofon sopranowy i tenorowy, Vasco Trilla – perkusja. Nagrane na żywo, w trakcie 24-edycji Festiwalu Jazz Cerkno, 18 maja 2019 roku. Cztery improwizacje, czas trwania – 52:36.

 

PS. Edycja nagrania z Cerkno napotkała tym razem na kilka drukarskich chochlików. Nazwisko pochodzącego z Brazylii saksofonisty, to bez wątpienia Gibson, zaś sam koncert, wbrew opisowi na okładce płyty, odbył się w roku 2019, nie zaś 2018, wszakże definitywnie na 24-edycji tego festiwalu. Po wiarygodne dane warto zajrzeć na stronę festiwalową www.jazzcerkno.si

 

 *) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, bodaj w tygodniu ubiegłym



piątek, 14 stycznia 2022

Spinifex & Bugpowder! Tobias Klein’ new deals, both with Jasper Stadhouders!


Na leniwy, piątkowy wieczór przygotowaliśmy dwie … całkiem dynamiczne propozycje muzyczne! Obie z Holandii, choć dość niemieckie w ujęciu personalnym, obie do śpiewania i tupania nogami! Międzynarodową formację Spinifex znamy na tych łamach doskonale, wiemy zatem, iż świetnie łączy ona free jazz-rockową ekspresję z melodiami inspirowanymi estetyką bliskiego i dalekiego wschodu. Z kolei kwartet Bugpowder, który zdaje się debiutować nie tylko przed obliczem redakcji, proponuje nam pokaźny pakiet kompozycji Ornette Colemana, głównie z okresu harmolodycznego, niekiedy czyniąc z nich rockowe, czy też post-punkowe evergreeny!

Oba wspomniane składy łączy dwójka muzyków - niemiecki saksofonista i klarnecista Tobias Klein oraz nasz ulubiony, zachodnioeuropejski szarpidrut Jasper Stadhouders, który w drugiej z przywołanych formacji szefuje główne gitarze basowej, ale z jednym, jakże wspaniałym wyjątkiem. A zatem, bez zbędnej zwłoki przystępujemy do rzeczy - zapraszamy na odczyt, a potem odsłuch, życząc wszystkim dalece dynamicznego weekendu w ciężkich, powolnych czasach nieustającej zarazy!

 


Spinifex  Beats The Plague (Trytone, CD 2021)

Lipiec ubiegłego roku, miejsce zwane po holendersku Kortrijk i szóstka muzyków w okolicznościach studyjnych: Tobias Klein – saksofon altowy, Gonçalo Almeida – gitara basowa, Philipp Moser – perkusja, Jasper Stadhouders – gitara, John Dikeman – saksofon tenorowy oraz Bart Maris – trąbka. Jak zawsze w przypadku Spinifex, muzycy improwizują na bazie kompozycji własnych (tu z jednym wyjątkiem), dzieląc obowiązki w zakresie pisania scenariuszy pomiędzy wyobraźnie alcisty, basisty, gitarzysty i trębacza. Łącznie, to dziewięć opowieści, które trwają 64 i pół minuty.

Wiele wskazuje na to, iż ponadgatunkowy, multi-estetyczny Spinifex nagrał najbardziej dynamiczną, by nie rzec agresywną płytę w swej całkiem już długiej historii. No, ale skoro ma ona Zwalczyć Plagę, nie może być inaczej! A jej start zdaje się mówić wszystko o niecnych zamiarach samych muzyków! Poczyniony na raz, gęstą fakturą sfuzzowanego basu, z jazz-rockowymi emocjami i melodyjną solówką trąbki. Pierwszy taniec Spinifexa wydaje się płynąć po złote runo w dość europejskim stylu. Druga opowieść, jedna z dwóch ponad dziesięciominutowych, to bodaj opus magnum tej płyty. Otwarcie przypada w udziale solowej gitarze, która początkowo brzmi wręcz akustycznie. Śpiew w ustach wszystkich rodzi się powoli i chętnie przy tym opiera na preparowanych frazach. Dęciaki dmią zdecydowanie molowo, sekcja rytmu szuka semickiego tętna. Kilka rockowych przejść, ekspresyjna wolta tuti grande, a w ramach wisienek na torcie efektowne solo gitarzysty, a potem basisty. Trzecia historia trwa ledwie minutę i jest punkową eksplozją w najlepszym z możliwych wydaniu.

Na starcie czwartej części wita nas hard-rockowa sekcja i stado rozśpiewanych instrumentów dętych. Grają temat obcego autorstwa (dalekowschodniego?), ale emocje zdają się tu stać okrakiem na obu stronach temperamentnego Atlantyku! Agresywny, hałaśliwy numer pięknie rozpływa się w połamane frazy improwizacji, delikatnie spowalniając w drugiej części, która koncentruje się na ogrywaniu ciekawego tematu melodycznego. Piąta opowieść zaczyna się zalotnie brzmiącą gitarą, z którą przekomarzają się saksofony i trąbka. Masywne ciosy sekcji rytmu szybko stawiają wszystkich do pionu, ale opowieść ma jeszcze kilka dysonujących ze sobą faz – zarówno hałas i grzmoty, jak i post-swingowa, spokojna wymiana uprzejmości, w finale zaś w pełni kolektywna eksplozja improwizacji. Szóstkę otwiera z kolei perkusja, która wznieca ostrą, jazz-rockową przebieżkę. Swoje do ognia dokłada tenor! Zaraz po nim następuje jazzowe interludium z wystudzoną gitarą i altem, a chwilę potem pionujący atak sekcji rytmu z dętymi riffami. Zwieńczenie utworu topi się w zmysłowych preparacjach, głównie gitary i basu.

Set ostatnich trzech kompozycji otwiera kolejna minutowa, jakże punkowa petarda. Sekcja grzmi, a dęte wpadają w krótkotrwałą ekstazę. Czas na ósmą opowieść, którą podobnie jak drugi temat, stawiamy na piedestale całej płyty. Zaczyna ją kłębiący się tenor, szukający zwady w towarzystwie perkusji. Reszta załogi zaczyna riffować fakturą dużo bogatszą niż estetyka punkowa sprzed chwili. Temat jest nad wyraz śpiewny, taneczny, ale też silny każdym swym elementem. Tu królem polowania staje się zdecydowanie gitara. Najpierw skacze w ogień, potem goi rany zmysłową solówką. Swoje dorzuca też fuzz basu, a zakończenie kompozycji tonie w ognistych emocjach. Finałowa opowieść, to wielominutowa, złożona stylistycznie narracja. Najpierw spokojna gitara i basowe pulsacje, potem dęte fanfary. Marszowe tempo sprzyja budowaniu bystrych interakcji, nie brakuje też jazzowego i jakże funkowego posmaku, a nawet afrykańskiej polirytmii. Doskonałe solo gitary, to w tej sytuacji naturalna konsekwencja działań wszystkich artystów. Płyta kończy się zmyślną kodą, graną na rockowo, przy milczącej aprobacie instrumentów dętych.

 


Bugpowder  Cage Tennis (Trytone, CD 2021)

Czas na zapowiadany cover-band Ornette Colemana w składzie: Tobias Klein – saksofon altowy i klarnet basowy, Jeroen Kimman – gitara i bas, Jasper Stadhouders – bas i gitara oraz Tristan Renfrow – perkusja. Dziesięć kompozycji Colemana z lat 70. i 80., ale także z 60. (cytując zapisy okładki!), trwa 41 i pół minuty. Nagrane chyba w Holandii, w roku nieznanym, zapewne 2021.

Wiele cech, którymi chwilę temu obdarzyliśmy muzyczne ekspozycje Spinifexa, zdają się dobrze pasować także do Bugpowdera – zatem dynamika, śpiewność, taneczny rytm (choć, jak to u Colemana mocno powykręcany), rockowa ekspresja, no i nade wszystko dużo zabawy! Muzycy podchodzą do klasyków mistrza free jazzu i harmolodyki z bystrym szacunkiem, ale i krewką ochotą na to, by dobrze brzmieć i zmyślnie pohałasować, zatem z dramaturgicznym zębem, nigdy na kolanach! Temat kompozycji podaje na ogół cały skład, improwizacje są zwarte, choć rozhuśtane, co do zasady krótkie i zazwyczaj realizowane kolektywnie. Druga piosenka, to prawdziwy harmolodic dead dance – tu temat gra bas z altem, a wokół kłębią się rockowe spiętrzenia. Trzeci epizod otwiera bas i gitara w duecie. Perkusja dodaje rytm, a saksofon adekwatną melodykę. Każdy muzyk uczestniczy tu w realizacji wspólnych zadań, ale ma też swoją małą strefę wpływów. Wszystko wszakże trybi, jak w na najlepszym zegarku. Kolejny niedługi temat płynie hc-punkowymi emocjami, zdaje się być uroczo pokomplikowany sekcją rytmu, która pracuje w poprzek nurtu głównego. Z kolei piąty, niemal klasyczny hymn Colemana obudowywany jest eksperymentami na gitarowych pick-upach. Solowa ekspozycja gitary pasuje tu jak ulał, podobnie jak basowe szaleństwa, czynione na dużej dynamice.

Drugą część płyty otwiera temat o bardzo funkowej rytmice. Metra wydają się tu być mocno niestandardowe, a na etapie rozwinięcia dużo smaku dodają post-psychodeliczne salwy altu i królującej tu niepodzielnie gitary. Siódmy temat, kluczowy w ujęciu dramaturgicznym, to rozpoznawalny na całym świecie Song For Che (tu autorem jest oczywiście Charlie Haden). W rolę narracyjnego przywódcy wciela się tu Stadhouders, który zamienia bas na akustyczną gitarę. Buduje intro, w którym klasyk free jazzu brzmi niczym rockowy evergreen! Klein sięga w tym utworze po klarnet basowy i kreuje bardzo molowy, rzewny nastrój. Drumming zdaje się tu płynąć wysokim wzgórzem, a na gryfie basu pojawia się smyczek. Kolejny numer otwiera perkusja, która czeka na funkowy bas i rozśpiewany duet gitary i altu. Tempo efektownie rośnie, a cała opowieść uroczo gmatwa się pod solową ekspozycją gitary. Dziewiąty utwór początkowo stawia na suspens. Gęsty, kłębi się w sobie i czeka, co los przyniesie. Semi-romantyczny nastrój zabijają tu efektowne, gitarowe pasma pick-upowej syntetyki, jest także kolejne doskonale solo basu, jazzowe incydenty gitary i jedyne na płycie solo perkusji. Ostatnia kompozycja trwa niewiele więcej niż dwie minuty. Szybko, na temat, z gęstą strugą zmysłowej harmolodyki.