piątek, 23 lipca 2021

This Is Our Portuguese Language: Amado! Vicente! Madeira! Garfo! The Selva! Dos Reis!


Słowo się rzekło, kontynuujemy naszą portugalską opowieść, wypełniającą dwudziesty dziewiąty tydzień kolejnego roku wiecznej zarazy! Po soczystej petardzie Sinister Hypnotization, nie dalej jak w minioną środę, dziś zapraszamy na sześć kolejnych świeżych albumów muzyków portugalskich (nie bez udziału gości zagranicznych), z dźwiękami powstałymi na ogół na południowo-zachodnim krańcu Starego Kontynentu (z jednym wyjątkiem).

Zaczniemy z grubej rury, amerykańskim kwartetem naszego ulubionego portugalskiego saksofonisty (po prawdzie, w perspektywie ostatniej dekady lat, chyba najlepszym working bandem tego świata w kategorii całkowicie wyzwolonego free jazzu), potem zaprezentujemy dwa tria naszego ulubionego trębacza z Lizbony, pierwsze całkowicie autorskie, drugie - istotnie kolektywne. Po wzięciu krótkiego oddechu czeka na nas kolejny trębacz z pięknej stolicy Portugalii i pewien kwartet o dość komiksowej nazwie, wreszcie na finał muzycy znani i lubiani, ale w dość nietypowych odsłonach – elektronicznej i … niemalże pop-rockowej!

 


Rodrigo Amado This Is Our Language Quartet   Let The Free be Men (Trost Records, CD/LP 2021)

Międzynarodowy i dalece wielopokoleniowy kwartet This Is Our Language miał do tej pory w dorobku dwa albumy studyjne (nagrane w Lizbonie w latach 2012 I 2016), teraz - niejako w uzupełnieniu palety możliwości tego składu - dostajemy nagranie koncertowe, nie zarejestrowane jednak w trakcie ostatniej trasy grupy w 2019 roku, ale dwa lata wcześniej, w kopenhaskim klubie Jazzhouse. Za krążek Let The Free be Men odpowiada kwartet w składzie: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Joe McPhee – trąbka kieszonkowa, saksofon sopranowy (i nie tylko, jeśli ucho recenzenta nie szwankuje), Kent Kessler – kontrabas oraz Chris Corsano – perkusja. Muzycy zagrają dla nas krwisty free jazz, który bazuje na pełnej improwizacji i jak zawsze uczynią to w sposób mistrzowski. Ich kolejna perła w koronie trwa 44 minuty i kilkanaście sekund.

Na koncercie w Kopenhadze pojawiamy się chyba lekko spóźnieni, trafiamy bowiem dokładnie w moment, którym solowe expo rozpoczyna perkusista. Po kilka chwilach podłącza się kontrabasista, który delikatnie preparuje dźwięk. Dęciaki odzywają się dopiero w połowie czwartej minuty. Śpiewają kolektywnie, dając sobie także po kilkadziesiąt sekund na indywidualne wybuchy emocji. Ramy gatunkowe wykłute są tu w skale od pierwszej sekundy. Joe zaczyna trąbką, ale dość szybko przechodzi na sopran. Sekcja rytmu oczywiście robi swoje, trybem narracji podkreślając walory każdego z incydentalnych solistów. W trakcie expo tenoru, dla przykładu, efektownie swinguje. Druga improwizacja rodzi się w tubie tenoru, który efektownie dyskutuje ze smyczkiem kontrabasu. W tle pięknie rezonują talerze, które lepią się z zastanymi dźwiękami. Kameralne intro zgrabnie przepoczwarza się w jazzową balladę, by w odpowiednim momencie przejść kolejną metamorfozę i zaatakować free jazzowym drive’em. Na finał Joe znów pięknie śpiewa, a Rodrigo szczypie go po policzkach zadziornymi frazami.

Trzecią opowieść śmiało możemy nazwać szczególnie udanym epizodem. Zaczyna go dron dużego dęciaka (brzmi jak didgeridoo!), który pozostali komentują z dużym spokojem, dodając całej opowieści mnóstwo smaczków i pikantnych detali (choćby za sprawą smyczka!). I tu improwizacja nabiera dynamiki, a okrasą całości zdają się być dęte dialogi (trąbki i tenoru), czynione w klimatach godnych Ornette’a Colemana – dużo ognia i równie tyle molowej nostalgii. Finałowa improwizacja trzyma poziom poprzedniczek. Ponownie zaczyna się niemal na poziomie ciszy, pracuje rezonansem, szumi ciepłymi oddechami. Początkowo gra dla nas jedynie trio (bez tenoru), które częstuje nas bardzo jazzowym flowem (i znów piękną trąbką!). Balladowy klimat po kilku minutach zostaje uroczo zdewastowany przez powracający tenor, które śle zaczepne frazy na prawo i lewo. Kwartet rozbłyskuje i gna do mety bez zbędnych ceregieli. Jeszcze tylko powrót sopranu i kolejna bystra ekspozycja. Finał z adnotacją recenzenta: more typical free jazz, but also beauty!

 


Luís Vicente Trio  Chanting In The Name Of (Clean Feed Records, CD 2021)

Pozostajemy w klimatach wolnego jazzu i zapraszamy do świata kompozycji Luisa Vicente (trąbka). Nasz ulubieniec z Lizbony zdaje się stawać do walki w takiej roli bodaj po raz pierwszy. Do wykonania swego dzieła zaprosił wyjątkowo kompetentnych muzyków: Gonçalo Almeidę (kontrabas) oraz Pedro Melo Alvesa (perkusja i instrumenty perkusyjne). Sesja nagraniowa miała miejsce na początku stycznia br. w miejscu zwanym Soundinnovation Studios. Wykonanie pięciu kompozycji Luisa trwa 46 minut z sekundami.

Portugalczycy proponują nam jazz pełną gębą – z dobrymi, melodyjnymi tematami, wyśmienitymi improwizacjami, a także, każdorazowo, zgodnie z regułami gatunku, efektywnymi codami, które wieńczą dzieło. Pierwszy temat nie mógł nie powstać nad brzegiem lizbońskiej Tejo! Melancholijny, śpiewny, definitywnie zanurzony w smutku saudade! Narracja z jazzowym zębem, stwarzająca mnóstwo przestrzeni dla bardzo swobodnych improwizacji. Druga opowieść zdaje się już całkowicie stawiać na improwizację, ale ma swoją strukturę i dobrze skrojoną dramaturgię. Kolektywna, bardzo otwarta gra, nie bez akcentów preparowanych, z improwizacjami prowadzonymi niemal równolegle przez wszystkich muzyków. Są fragmenty grane w duetach, są momenty post-barokowej urody spod kontrabasowego smyczka, wreszcie zróżnicowana dynamika całości. W trzeciej części Almeida kontynuuje wątek barokowy, z kolei Vicente śpiewa romantyczną piosenkę, a w tle rezonują talerze. Wszystko do wesołego płaczu i smutnej radości! I tu przestrzeń dla improwizacji zdaje się nie mieć końca i dopiero kolejna zgrabna coda przywołuje muzyków do porządku.

Czwarta opowieść swinguje całą szerokością lizbońskiej ulicy! Temat grany jest kolektywnie, uroczo piętrzony ciekawą dynamiką kontrabasowego pizzicato. Skoczny, wręcz zalotny flow po czasie niesie na swych barakach fantastyczne solo trąbki z efektownymi preparacjami (specjalność zakładu Pana Vicente!). Garść rytmicznych kantów dokłada Almeida, czyniąc ów post-colemanowski temat perłą całej płyty. Finałowa kompozycja startuje z głębi ciszy. Trąbka podaje delikatny, ale znów niezwykle melodyjny temat. Ballada saudade płynie leniwie, ale kłuje smutkiem po oczach. Bogata instrumentacja sprzyja nabieraniu intensywności. Kolejne doskonałe solo trąbki, potem zejście w dół świetnie pracującymi szczoteczkami perkusyjnymi i szybkie, basowe podejście pod finałową codę. To świetne nagranie muzycy kończą, jak zaczynali – ze śpiewem na ustach!

 


João Madeira/ Mário Rua/ Luís Vicente  Trio (Madeira’ bandcamp, DL 2021)

Kolejne swobodnie jazzujące trio w naszej portugalskiej zbiorówce (tym razem płytowe credits nie wspomina o kompozycjach), to João Madeira na kontrabasie, Mário Rua na perkusji i ponownie Luis Vicente na trąbce. Nagranie z grudnia 2020 roku, poczynione w warunkach domowych, składa się z czterech improwizacji, trwających łącznie 42 i pół minuty.

Collective Free After Jazz! Dokładnie taki napis mógłby pojawić się na koncertowym plakacie anonsującym to nowe, doskonale trio z Portugalii. Muzycy stawiają na improwizację, ale ani przez moment nie zapominają o budowaniu dramaturgii, strukturze rytmicznej i muskularnym brzmieniu swych instrumentów. Nic wszakże nikomu nie ujmując, osobą, która pociąga tu najczęściej za improwizacyjne sznurki zdaje się być kontrabasista. Ciągnie trio ku niebu, spada z nim do samego piekła, szarpie na prawo i lewo, ale nade wszystko buduje fantastyczny flow. W pierwszej części jego instrument potrafi brzmieć delikatnie jak wiolonczela, w kolejnej ryje bruzdy w ziemi, niczym młot pneumatyczny, z kolei na samym końcu tej szalonej opowieści przypomina sound amplifikowanej gitary akustycznej. Jak sytuacja tego wymaga, muzyk sięga po smyczek, ale w tej roli wcale nie jest post-kameralnym kolorystą, częściej wciela się w post-rockowe zwierzę, które strzela riffami, jak z kałasznikowa.

Pierwsze trzy improwizacje trwają do dziesięciu minut. Budowane są nieśpiesznie, często stwarzają mnóstwo swobody trębaczowi, który bez trudu zasypuje flow pomysłami i zmysłową kreatywnością. Po rozpoznawczej grze otwarcia, w drugiej i trzeciej opowieści trio potrzebuje ledwie kilku pętli narracyjnych, by wpaść w konwulsyjny, niemal mantryczny drive, który nie stawia jednak na dynamikę, a na kreowanie intensywności przekazu. Muzycy nie stronią od dobrze rozumianej melodyjności, choć bardziej przypominają w tej roli rozjuszone koguty niż smutne, nadrzeczne ptaki, znajdują także wiele momentów na zmyślne preparacje (tu szczególnie trębacz). Ostatnia improwizacja trwa prawie siedemnaście minut. Po fazie spokojnych pląsów, opowieść cudownie pęcznieje – bas pogrubia linię narracyjną, trąbka skrzeczy i wzmaga emocje, a drummer perfekcyjnie stymuluje dynamikę. Po pewnym spowolnieniu ten ostatni dostaje wiele minut wyłącznie na solową ekspozycję. Sam finał budowany jest wedle zasady od ogółu do szczegółu, wieńczy go zaś kolektywna repetycja basowych dronów i trębackich śpiewów.

 


Garfo  Garfo (Clean Feed Records, CD 2021)

Po płytę kwartetu Garfo sięgamy przede wszystkim z uwagi na nasze rosnące zainteresowanie postępami w rozwoju zawodowym młodego lizbońskiego trębacza João Almeidy. Tym razem odnajdujemy go w towarzystwie muzyków zupełnie nam nieznanych, domniemujemy, iż równie młodych jak nasz bohater. Rzeczony kwartet uzupełniają: Bernardo Tinoco – saksofon tenorowy, João Fragoso – kontrabas oraz João Sousa – perkusja. Muzycy na potrzeby sesji studyjnej (Lizbona, grudzień ubiegłego roku) przygotowali dziesięć pure jazzowych kompozycji, których autorstwem podzielili się nad wyraz sprawiedliwie. Krążek bez tytułu własnego trwa niepełne 43 minuty.

Jeśli w mainstreamowym jazzie odnajdujemy coś, co mogłoby istotnie zaciekawić wielbiciela swobodnej improwizacji, to z pewnością mogłyby to być zgrabne, melodyjne tematy, żwawe tempo i emocje bystrych improwizacji. W produkcji młodych Portugalczyków, w wielu momentach ich debiutanckiej płyty, tych elementów definitywnie brakuje. Muzycy zdają się grać na zaciągniętym hamulcu ręcznym, powstrzymują swoje emocje niczym ikony cool jazzu, a na bardziej ekspresyjne improwizacje pozwalają sobie ledwie kilka razy. Dokładnie raz, góra dwa razy, na taką wycieczkę wypuszcza się saksofonista, podobnie perkusista i kontrabasista. Jedynym muzykiem, który stara się wnosić więcej do obrazu całości, zarówno w kolektywnych, jak i solowych ekspozycjach jest trębacz. Dba o interesujące frazy, ciekawe dźwięki, nie stroni od preparacji i nie boi się pójść na drobną wymianę ciosów z partnerami.

Muzycy dobrze sobie radzą w bardziej dynamicznych kompozycjach, które skutecznie mieszczą się estetyce Ornette’a Colemana (choćby w utworze pierwszym i dziewiątym). Do grona pozostających w mniejszości udanych utworów z pewnością warto zaliczyć utwór piąty, który nie dość, że ma dobre tempo, to jeszcze fazę improwizacji okrasza ciekawymi dialogami instrumentów dętych. Bardziej niż intrygujący zdaje się być utwór siódmy, gdy muzycy pozwalają sobie na dużo improwizacyjnej swobody, nie boją się łamać fraz i brudzić brzmienia swoich instrumentów, a sam temat utworu podają dopiero na samym jego zakończeniu. Wreszcie przywołany już utwór dziewiąty, ze świetnym, solowym popisem trębacza, niezłymi pasażami saksofonu i ową dynamiką, która zdaje się na tej płycie ratować Garfo w kilku trudniejszych momentach.

 


The Selva + Machinefabriek  Barbatrama (Shhpuma Records, CD 2021)

Po czterech jazzowych lub około jazzowych nowościach, czas na zapowiadane wolty stylistyczne. Najpierw The Selva - trio, które poznaliśmy najpierw w odsłonie free chamber, potem muzycy swoim pracom dźwiękowym postanowili nadać nieco rockowej ekspresji, by obecnie, na trzeciej płycie, oddać akustyczne dźwięki w ręce jednego z najlepszych elektronicznych procesorów muzycznych tej części świata, Rutgera Zuydervelta, którego znamy od lat pod szyldem artystycznym Machinefabriek. Za wkład akustyczny odpowiedzialni tu są: Ricardo Jacinto – wiolonczela, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Nuno Morão – perkusja. Dźwięki powstały jesienią 2019 roku, najpierw w Sao Gregorio/ Caldas Da Rainha, potem zapewne w studiu elektronicznego magika. Całość uformowana została w dziewięć części i trwa niespełna 37 minut.

Całkiem niedawno pisaliśmy na tych łamach o innym akustycznym trio z udziałem Almeidy (Hydra Ensemble), intuicyjnie improwizującym z elektroniką, za którą odpowiedzialny był również Zuydervelt. Przy okazji wielu ciepłych słów, album zaliczyliśmy do definitywnie udanej kooperacji żywych i syntetycznych dźwięków. W przypadku Selvy nie ma już mowy o tego rodzaju elektroakustycznej równowadze sił. Tu elektronika dominuje, przy okazji dzieląc album na dwie podgrupy utworów: dwie absolutnie wyśmienite dłuższe opowieści, którym poświecimy więcej miejsca poniżej i garść warsztatowych sprawek lub fragmentów, które sprawiają wrażenie elektronicznych miksów tego, co muzycy zagrali na swoich akustycznych instrumentach. W tym podzbiorze album winien się raczej nazywać Machinefabriek mixing The Selva.

Wracając wszakże do plusów płyty. Utwór piąty trwa ponad osiem minut. Budują go delikatnie mutowane, akustyczne frazy cello i kontrabasu, traktowanych smyczkami, budujące zmysłowy, post-barokowy klimat. Narracja bazuje na kreatywnym minimalizmie, nie stroni od dobrze wykorzystanej repryzy, dba o niuanse brzmieniowe, buduje sieć dźwięków, które czasami przypominają nawet klawisze fortepianu, a pośród nich pojawia się także intrygująca melodia. Ciekawie w tej części pracuje perkusja, która nie stroni do rytmu, a nawet sięga po para rockowe grepsy. Na finał strunowce pięknie śpiewają, a elektronika kreuje tło podkreślające jakość akustycznych dźwięków. Podobnie udanym zdaje się być utwór numer siedem. Tutaj strunowe sprzężenia i urocze brudy komponowane są z ambientowym tłem elektroniki. Całość wydaje się brać w nawias typową narrację i dążyć ku niemal metafizycznym frazom i elektroakustycznym zaskoczeniom. Nie brakuje lirycznych westchnień i znów świetnej roboty perkusisty. Utwór gaśnie w pięknym dark ambiencie. Po stronie plusów śmiało też możemy zapisać dwa ostatnie, już znacznie krótsze utwory. Oba fragmenty intrygująco uwypuklają akustykę kontrabasu i wiolonczeli, które chętnie kooperują z elektroniką i nie boją się jej figlarnych, dalece syntetycznych wymiarów.

 


Marcelo Dos Reis  Glaciar (Miria Records, CD 2021)

Na finał portugalskiej sagi największe zaskoczenie. Muzyk świetnie nam znany, od lat przez nas hołubiony, Marcelo dos Reis (tu gitara elektryczna, akustyczna, głos i efekty), postanowił nagrać dla nas (a może nade wszystko dla siebie) album z muzyką po części skomponowaną, niemal relaksacyjną, a już na pewno chill-outową. Muzyk, który pierwsze kroki muzyczne stawiał jako frontman zespołu rockowego, tu zdaje się nam o tym fakcie przypominać. Sama muzyka, choć nie rwie nam trzewi, zdaje się być delikatnie piękna, soczyście uspakajająca, na swój sposób szczególna. Muzyk ubrał tę opowieść w dwie suity (łącznie dziewięć części; dźwięki powstałe w Academia de Música CNM), które trwają 41 i pół minuty.

Pierwsza suita konsumuje aż pięć utworów zaznaczonych na krążku. Muzyk zaczyna w delikatnej, płynnej, niemal ulotnej estetyce tajemniczych gitarowych dronów, którym wszakże daleko do dark ambientu, raczej dobrze kojarzą się nagraniami brytyjskiej stajni 4AD, sprzed niemal czterech dekad. Muzyk stawia na prostotę, gra gitarowymi akordami, którym dodaje efektownego pogłosu, korzysta z flażoletów, a całą narrację buduje niezwykle skrupulatnie. Drąży skałę i ma na horyzoncie plan finału, do którego dotrze za jakiś czas. Po drodze historia nie skąpi mu dramaturgicznych mielizn, gdy potrafi brzmieć niczym Mike Oldfield, ale też uwypukla chwilami niemal wirtuozerskie umiejętności techniczne Portugalczyka. Ostatnia część suity, definitywnie najciekawsza, budowana jest z efektownym suspensem. Muzyk żongluje emocjami, dba o zaskoczenia, mnoży wątki (znów nie bez wspomnień w klimatach 4AD) i dociera do kresu tej części podróży, którą wyznacza najpierw wokaliza, a potem regularny śpiew z tekstem, którego motyw przewodni, to I found my time.

Druga opowieść składa się z czterech części. Muzyk wystawia swoją gitarę na wielogatunkowe wpływy, brzmi jak basówka, klei się z dźwiękami akustycznymi, dobrze szuka pogłosu, ale bywa, iż przypomina wygładzoną wersję Pata Metheny. Rockowe powtórzenia, stylistycznie mielizny, ale i cały ocean zmysłowego chill-outu, to atrybuty kolejnej części. W ósmej opowieści gitara brzmi dość nietypowo, jakby z posmakiem mauretańskim, jeśli ucho recenzenta dobrze kieruje jego zapętlonymi myślami. Ostatni, najdłuższy utwór wiele wszakże rekompensuje i definitywnie stawiamy go na pozycji najlepszego fragmentu tej zaskakującej płyty. Flow ma basową bazę, budują go zadziorne frazy gitary i post-rockowy niemalże drive. Muzyk snuje wątki, na bazie których prowadzi swobodną, nieco jazzującą improwizację.



środa, 21 lipca 2021

Luís Lopes: Quartet from Lisbon & Berlin in Sinister Hypnotization!


Dwudziesty dziewiąty tydzień pandemicznego roku 2021 kolegium redakcyjne Trybuny Muzyki Spontanicznej postanowiło poświęcić muzyce improwizowanej z Portugalii. Jak zwykle powodów decyzji tego zabawnego gremium jest bardzo wiele, ale w większości są one ogólnie znane. Warto choćby zwrócić uwagę na fakt, iż zacny portugalski label Clean Feed Records obchodzi w tym roku swoje 20 urodziny. Być może właśnie dlatego, w swoim późnowiosennym koszu nowości, znalazł on miejsce dla wielu portugalskich produkcji. Jak to zwykle bywa, ilość nie zawsze idzie w parze z jakością, ale przestrzeni dla dobrej lub bardzo dobrej muzyki improwizowanej w palecie świeżynek nie zabrakło.

Nasz przegląd portugalskich nowości podzielimy na dwa sety. Najpierw odczytamy jedną płytę, ale z grona premier zdecydowanie najciekawszą, a potem - już w następnej opowieści - pochylimy się nad kolejnymi sześcioma nowościami. Dodajmy, iż w tym tygodniu nasze receptory wzroku i słuchu koncentrować się będą nie tylko na produkcjach rzeczonego Clean Feed, albowiem – jak świetnie wiemy! – improwizowana muzyka portugalska wydawana jest na całym świecie. A zaczynamy już dziś, od Złowrogiej Hipnotyzacji! Brawa już za sam tytuł!

 


Spektakl dźwiękowy wykreowany przez na poły portugalski, na poły niemiecki kwartet, złożony z elektrycznej gitary, piana Fendera, bezprogowego kontrabasu i bystrej, progresywnej perkusji musi nosić znamiona wydarzenia pełnego hałaśliwych i jakże psychodelicznych emocji! Lizbońsko-berlińska idea Luísa Lopesa wszystko nam to gwarantuje, ale nadaje też swej nielinearnej narracji tak efektownej gęstości, iż burza braw, to najmniejsza dolegliwość, jaką winni napotkać muzycy za swoje dzieło. Od razu zatem zaznaczmy – oto nasz kolejny pewniak na grudniową listę the best of 2021!

Płytę otwiera ledwie minutowa gra rozpoznawcza – amplifikowany smyczek na gryfie kontrabasu, który żłobi bruzdy, małe frazy gitary, stojące w miejscu pętle gęstego piana i aktywny circle drumming. Dynamika rodzi się tu oczywiście z woli perkusisty. Cały background wypełnia kontrabas, który brzmi masywnie niczym sfuzzowana gitara basowa. Druga kompozycja, która nosi znamiona całkiem swobodnej, ale zapewne częściowo zaplanowanej improwizacji, z miejsca stawia stemple i zasieki, kłębi zadziorne wątki, uprawia pewien rodzaj kolektywnej jazdy po prąd! Piano brzmi jak psychodeliczna gitara, sama zaś gitara zdaje się parskać nieco łagodniejszymi frazami, ale też niesie w sobie prąd wysokiej mocy. Bas i perkusja pracują, jak maszyna śmierci. Narracja klei do siebie wszystkie dźwięki, które tłoczą się niemal ciało w ciało, bez milimetra wolnej czasoprzestrzeni i brną definitywnie w kierunku ściany dźwięku. Gitara pachnie zmutowanym post-Baileyem, piano rży, a sekcja rytmu czyni swoje, raz za razem szukając dodatkowej mocy w meta rockowych przełomach. Stal, inne metale ciężkie, wulkany emocji, katarakty zdarzeń. Po czasie ów cudowny chaos sytuacyjny zdaje się porządkować rytm, który powstaje pod palcami silnych dłoni niezmiennie aktywnego perkusisty. Jego akcje kreują platformę, po której sunie bardzo efektowna ekspozycja fenderowskiego piana.

Trzeci utwór, ponad trzynastominutowy, zdaje się być kluczem do tytułowej Hipnotyzacji. Pierwsze minuty płyną nieco spokojniejszym strumieniem hałasu - rozkołysane, kolektywne frazy brzmią niczym mroczna wersja Return To Forever! Matowe, suche ochłapy dźwięków łączą się w stylowe, lekko wytłumione post-fussion. W tle kolejne pętle rysuje doskonały tego dnia kontrabas, który wspina się na wzgórze, po czym spada na twarz, nie tracąc jednak rezonu. Po umiarkowanym spowolnieniu właśnie ów instrument kreśli nam piękną ekspozycję solową, wspierając się na onirycznym akompaniamencie piana i talerzowych preparacjach. Uśpiona od dłuższej chwili gitara czeka jednak na sygnał do ataku. Po wybiciu siódmej minuty basowy drive wypuszcza ją na efektowne, niemal rockowe expo. W tle kwaśne strugi dźwiękowe generuje piano. Po upływie dziesiątej minuty kwartet pracuje już w trybie galopu – smukłe eksplozje, ogniste fajerwerki, srebrzyste iluminacje, what ever you want! Na zakończenie utworu uwagę skupia na sobie nade wszystko kontrabas, który szaleje na przetwornikach – true monster magnet! Po niedługiej chwili opowieść gaśnie w mrocznym ambiencie utraconego tchu.

Czwarta improwizacja, znów ubrana w szaty kompozycji, otwiera się duetem perkusji i silnie amplifikowanego basu. Flow at stand by, w tle echo piana. Gra na małe pola, oddechy, westchnienia, wybrzmiewające dźwięki, filigranowe sprzężenia, małe preparacje. Krótki festiwal fake sounds szybko podprowadza nas do ostatniej części płyty. Ta stawia na moc i krwiste emocje od pierwszej sekundy! Na czele orszaku złoczyńców gitara i piano, stemplowane hc-punkowymi przełomami sekcji rytmu i śmierci. Flow gęstnieje, przeklejony do podłogi mimo pęczniejącego drummingu. Zdaje się, że w tym momencie sprzężenia dźwiękowe produkują już wszystkie instrumenty. Post heavy-jazz chyli się ku hałaśliwej katastrofie. W połowie piątej minuty kontrabas sprawia wrażenie, jakby rychtował nam nowy rytm, piano zalotnie brzęczy, a perkusja sugeruje wzrost aktywności. Muzycy mnożą pytania, ale stoją po pas w kwaśnych, rockowych emocjach. Power Quartet na ostatniej prostej stawia na dynamikę. I to jest kolejne mistrzowskie pociągnięcie!

 

Luís Lopes Lisbon Berlin Quartet Sinister Hypnotization (Clean Feed Records, CD 2021). Luís Lopes – gitara elektryczna, Rodrigo Pinheiro – piano Fendera, Robert Landfermann – kontrabas (w wersji bezprogowej z dodatkowymi efektami) oraz Christian Lillinger – perkusja. Nagrane w Butterama Recording Center, Berlin, 5 maja 2018 roku. Pięć kompozycji (dwie pierwsze gitarzysty, kolejne całego kwartetu), łączny czas trwania 37 minut i 29 sekund.

 

piątek, 16 lipca 2021

Jacob Anderskov! Spirit of the Hive!


Uwielbiamy na tych łamach intrygującą muzykę improwizowaną graną dużym aparatem wykonawczym. Zawsze wtedy szczególnie intensywnie interesują nas metody kreowania spektaklu dźwiękowego, a nade wszystko - sterowania procesem improwizacji. Mimo preferowania działań niepredefiniowanych, cenimy sobie artystów, którzy proces improwizacji starają się bardzo prezencyjnie … skomponować.

Wiele wskazuje na to, iż autorski projekt duńskiego pianisty Jacoba Anderskova zalicza się do ostatniego z przywołanych wyżej wariantów. A zatem kompozycja, która steruje zachowaniami muzyków na wstępie, potem efektownie wytycza ramy dla ich improwizacji, by w ostatecznym rozrachunku pozwolić wykonawcom naprawdę na wiele i bezceremonialnie ogłosić triumf improwizacji. Śmiało skonstatujmy już teraz, iż Jacobowi udało się na płycie Spirit Of Hive osiagnać nie tylko wszystkie założone cele, ale także dostarczyć nam doprawdy wyśmienite nagranie.

 


Poznajmy muzyków, który wykonają koncepcję artystyczną Duńczyka. Są to: Anders Banke, Francesco Bigoni, Calum Builder, Maria Dybbroe, Carolyn Goodwin i Matthias Sigurdsson – klarnety i flety, Nils Davidsen – wiolonczela, Tomo Jacobson i Asger Thomsen – kontrabasy, Halym Kim – perkusja oraz Jacob Anderskov – kompozycja i dyrygentura. Cztery utwory (trzy krótsze wypełniają pierwszą stronę winyla, czwarta, najdłuższa - drugą stronę), łącznie 40 minut bez kilku sekund. Wydawcą płyty jest duński ILK Music Records.

Nie jesteśmy, co prawda magazynem muzyki współczesnej, która koncept i teoretyczne założenia kompozytora traktuje równie wyniośle, jak samą muzykę, ale winniśmy odbiorcom kilka słów tzw. wprowadzenia. Anderskov z jednej stroni inspiruje się tu architekturą Gaudiego (tak przynajmniej zeznaje w opisie płyty), z drugiej zaś - nade wszystko – zanurza się w świecie zwierząt i tam szuka zasadniczych bodźców artystycznych. Kompozytor zdaje się odnosić tentet muzyków do struktury owadziego roju, który żyje absolutnie własnym, pełnym chaosu, ale jednak … uporządkowanym życiem, i który w swej biologicznej determinacji gotowy jest podjąć wszelkie aktywności zapewniające bezpieczeństwo stadu. Autor koncertuje się nad podglądaniu życia ptaków, pszczół, nietoperzy i robaków, każdej z tych grup dedykując kolejne kompozycje. Sprawdźmy zatem, jak Duch Roju zaczyna bezkrwawe panowanie nad naszymi narządami słuchu.

Birds. Ptasi koncert rozpoczyna wataha lekkich, wysoko podwieszonych dęciaków, które śpiewają nostalgiczne frazy, delikatnie zalotne, ale także odrobinę niepokojące, zwłaszcza, iż w tle coś intensywnie szumi. Crazy chamber in front of the impro battle? Narracja płynie wysokim wzgórzem, ale czuć już oddech kontrabasów, które szykują się do efektownego kontrapunktu. Nadciągają niczym letnia burza i pozostawiają przy życiu jedynie skromny klarnet. Opowieść nabiera nieco filharmonii w usta i nadyma się klasycyzmem. W dalszej części grę z kartki prowadzi flet, ale w tle trwa już piękną impro demolka. Na sam finał wszyscy muzycy dostają już przyzwolenie na efektywne harce.

Bees. Kolejny raz, to sekcja dęta dostaje do wykonania akt otwarcia. Flety i klarnety, znów wysoko podwieszone, tańczą jak pijane owady, które topią się w kwiecistym nektarze. W tle szeleszczące szczoteczki drummerskie i burczące basy, które szykują się do wzmożenia aktywności. Owo nerwowe środowisko owadzie powoli prze do przodu - część instrumentów leci zgodnie z wytycznymi z ośrodka dowodzenia, pozostali zaś skaczą na boki i zgłaszają intrygujące zdania odrębne. Swoboda wykonawcza rośnie, emocje po obu stronach sceny także. Po kilku pętlach na czoło pochodu wysforowuje się jeden z klarnetów i śpiewa smutną piosenkę. Samowyzwalające się chamber kroczy ku górze, by w połowie narracji zmienić jednak metody pracy. Szyk zostaje uformowany na nowo i tentet dalece marszowym krokiem podąża w nieznanym kierunku. Plejada improwizowanych fraz pozostaje jednak pod czujną opieką dyrygenta, który co rusz wypuszcza kontrolne kontrapunkty śpiewane z pięciolinii.

Bats. Wysokie krzyki dętych, niczym nietoperze w znoju godowym, błyszczące talerze i bęben, w roli cerbera ładu i porządku – intro tej kompozycji stawia na pewien dysonans emocjonalny! Smyczki – delikatnie posadowione na backgroundzie - zdają się być nad wyraz nerwowe i niecierpliwie. Ewidentnie szukają zwady, po czym natrafiają na dęty kontrapunkt, który stawia ich do pionu. Improwizacja zagęszcza swoją strukturę, ale sięga po coraz krótsze, niemal filigranowe frazy. Oto dziesięciu muzyków zaczyna bawić się w naszą ulubioną zabawę improwizacyjną – call & responce!

Bugs. Początkowe kilka minut finałowej opowieści należy do sekcji instrumentów dętych, tym razem doposażonych w prawdziwe armaty – jurne i gotowe na wszystko klarnety basowe, wydające groźne pomruki, ale i niepokojący szczebiot. Frazy grane na wdechu, frazy grane z okrzykiem na ustach. Flora dźwiękowa przypomina stado złowrogich sępów, które krążą nad konającą ofiarą. Czy w tym tyglu zła swój udział mają także kontrabasy i wiolonczela? Potrzebujemy jeszcze kilku chwil, by na tak postawione pytanie odpowiedzieć twierdząco. Pierwszy przystanek następuje po szóstej minucie. Do życia przywraca nas dron na wdechu i szeleszczące perkusjonalia. Po niedługiej chwili w małą histerią wpadają flety, a reszta instrumentów otwiera szeroko oczy ze zdziwienia. Szczęśliwie wszyscy uczestnicy tej zabawy, bez zbędnej zwłoki, nabierają pewnego dystansu do siebie, a w rolę kojącego emocje wciela się klarnet basowy. Kolejna próba dramaturgicznej intrygi kończy się w dwunastej minucie równie efektownym stoppingiem. Dęte wyruszają na nowy szlak, podobnie czynią smyczki, a kierunek podróży zdecydowanie wskazywany jest przez ośrodek dowodzenia. W ramach przestrzeni lotu muzycy mają jednak do dyspozycji spory obszar do zagospodarowania pięknymi improwizacjami. W tej roli szczególnie efektownie prezentują się klarnety. Flow formuje się sukcesywnie, ale artyści nie mają tu jednej metody pracy – czynią raz za razem drobne wtręty dramaturgiczne, śmiało powraca posmak stylowego chamber, a kolejne porcje doskonałych kontrapunktów dostarcza perkusja. W pewnym momencie z owego pięknego chaosu chwili wyłania się duet wiolonczeli i perkusji. W tle towarzyszą im spokojne komentarze dętych i rezonujące talerze. Finał tej niezwykłej epopei stawia na umiarkowanie, ale mnoży też znaki zapytania i kreuje egzystencjalną trwogę chwili. Muzyka umiera głębokimi dronami smyczków.



wtorek, 13 lipca 2021

Evan Parker Quartet! All Knavery & Collusion!


Wielopokoleniowy kwartet brytyjskich wyjadaczy free jazz & improv – Evana Parkera, Alexandra Hawkinsa, Johna Edwardsa i Paula Lyttona - zbudowany jest mocą artystów, którzy grali ze sobą miliony razy w przeróżnych konfiguracjach, być może jednak w takim akurat zestawie personalnym muzykujących po raz pierwszy. Ich podróż, zamieszczona na płycie All Knavery & Collusion, składa się z sześciu krótkich i bardzo krótkich improwizacji oraz jednej rozbudowanej części, stanowiącej niemal połowę czasu nagrania. Oto czwórka muzyków, którzy kochają swobodną improwizację, ale uwielbiają też stać po kolana w historii jazzu, nie tylko tego ekstremalnie ekspresyjnego, któremu zwykliśmy dodawać przedrostek free.

 


Jakby na dowód tez zawartych w preambule recenzji, swój studyjny koncert muzycy zaczynają bardzo łagodnymi, pure jazzowymi frazami. Narrację budują w pełni kolektywnie i będzie to ich naczelną zasadą tego dnia. Znajdują – rzecz jasna - czas na solowe ekspozycje, ale stanowić one będą wyjątki od reguły podstawowej. Swoją pierwszą opowieść tworzą bez nerwowych ruchów, dbając o szczegóły, łapiąc pierwszy drive (z perkusji, of course!) po kilku narracyjnych pętlach. Muzyka zagęszcza się, ale nic nie traci ze swojej pierwotnej frywolności. Drugą opowieść kreuje nade wszystko basista (nawet tytuł utworu podkreśla ów fakt). Introdukcja wisi na smyczku, pod którego sążniste drony podczepiają się pozostałe instrumenty - dźwięki fortepianu wprost z klawiatury (i tak będzie tu zawsze), wysycony dobrym oddechem saksofon tenorowy, no i bystre, pozostające w nieustannym ruchu akcesoria perkusyjne. Narracja szybko łapię dynamikę, ale pozostawia dużo przestrzeni na indywidualne frazy, a także wybrzmiewanie niemal pojedynczych dźwięków. Drugi numer po części buduje też ciekawy kontrast masywnego kontrabasu i wyjątkowo subtelnej pianistyki. Trzecia improwizacja, to ledwie dwie minuty grane niemal wyłącznie przez saksofonistę i pianistę, przy czym temu drugiemu przypada głównie rola akompaniatora. Czwartą improwizację otwiera duet basu i piana. Ten pierwszy melodyjnie pulsuje w trybie pizzicato, te drugie dbają o drobiazgi dramaturgiczne. Open jazzowa narracja nie korzysta tym razem ze wsparcia saksofonu. Kolejna krótka opowieść kreowana jest na wstępie przez minimalistyczne piano. Saksofon tenorowy włącza się po czasie plejadą stosowanych naprzemiennie long & short cuts. Perkusja i bas płyną bardzo spokojnie, a tym, który mąci ów filigranowy porządek okazuje się właśnie ten, który zaczął całą intrygę - jakże bystry pianista.

Bez zbędnej zwłoki kwartet Brytyjczyków ląduje w ponad 24-minutowej ekspozycji głównej tego dnia. Początek znów bardzo spokojny, niemal mainstreamowy. Opowieść nabiera mocy trybem kolektywnym, z dużą dbałością o detale, z posmakiem dobrego jazzu, który wcale nie musi eksplodować nadmiernymi emocjami. Kwartet jazzowy, ale na wskroś przesiąknięty tembrem tenoru i perkusji, duetu, który znamy z historii gatunku, jako ten niemal najważniejszy. Dynamika i swoboda rodzą się tu niemal samoczynnie, bo i muzycy parametry te mają zapisane w genach kreatywności. Efektowne basowe melodyjki snuje też kontrabasista, który początkowo wydaje się pozostawać w tle tej historii, ale i on wedrze się w nurt główny improwizacji, podobnie, jak knujący intrygi pianista. Cała improwizacja zdaje się mieć w tej fazie nagrania wyjątkowo spektakularną strukturę wewnętrzną. Opowieść nie gna bezrefleksyjnie do przodu, jak trzeba zwalnia, dzięki czemu rośnie przestrzeń dla solowych ekspozycji, choćby basu i piana. Ten drugi instrument proponuje nam naprawdę imponujące expo jeszcze przed pierwszym stanowczym stoppingiem, który następuje dokładnie w 10 minucie utworu. Po ułamku sekundy ciszy swoje bezoddechowe solo rozpoczyna tenorzysta. Pozostali muzycy wracają do gry z czułą empatią i bez jakiegokolwiek pośpiechu. Słyszymy rezonujące talerze, pianistyczny ambient, wreszcie smyczek na kontrabasie, który na moment zostaje nawet sam na scenie. Po upływie kwadransa kwartet powraca do swojej kolektywnej aktywności i dość szybko osiąga odpowiednią dynamikę. Muzyków znów jednak coś zatrzymuje. To kolejna potrzeba solowej ekspozycji przy wsparciu ciszy. Tym razem, to pianista gada sam ze sobą i snuje piękne frazy, nie bez klasycznego posmaku, wsparte po chwili szelestem perkusyjnych szczoteczek. Subtelne pizzicato i ciepły oddech tenoru kreują klimat zakończenia, niczym coda w jazzowej kompozycji. Ale metę owej długiej improwizacji kwartet osiąga dopiero po kolejnym małym spiętrzeniu, zaistniałym niemal wyłącznie z woli perkusisty. Improwizacja gaśnie na raz, jak za dotknięciem czarodziejskiej batuty.

Ostatnia część nagrania, to kilkuminutowa, bardzo jazzowa ekspozycja, po raz drugi tego dnia budowana bez udziału tenorzysty. Spokojna, zmysłowa rozbiegówka, która narasta bardzo leniwie, ale osiąga na moment niemal epicki rozmach, wypełniony dużą porcją emocji. Po wybrzmieniu ostatniego dźwięku nie słyszymy braw, na które muzycy z pewnością zasłużyli, wszak jesteśmy jedynie w studiu nagraniowym, a tam na ogół nie wpuszcza się publiczności, zwłaszcza w czasach covidowych.

 

Evan Parker Quartet All Knavery & Collusion (Cadillac, CD/LP 2021). Evan Parker – saksofony, Alexander Hawkins – fortepian, John Edwards – kontrabas, Paul Lytton – perkusja. Nagrane 21 czerwca 2019 roku, Rimshot Studios Ltd., Wielka Brytania. Siedem improwizacji, niepełne 53 minuty.



piątek, 9 lipca 2021

Diego Caicedo & Live at Dragon! And some news about 5. Spontaneous Music Festival and Spontaneous Live Series!


Czwarta, zdegenerowana edycja poznańskiego Festiwalu Muzyki Spontanicznej odbyła się w roku ubiegłym niemal u progu drugiej fali pandemii zła. Kolejna edycja tegoż przedsięwzięcia artystycznego planowana jest na pierwsze trzy dni października tego roku i wszyscy mają wielką nadzieję, iż zdąży przed … czwartą falą wiecznej zarazy.

Dziś przy okazji wspominania o Festiwalu chcemy sięgnąć po pierwszą dokumentację foniczną czwartej jego edycji, jaka została oficjalnie opublikowana! To solowy koncert gitarzysty Diego Caicedo, który otworzył trzeci dzień ubiegłorocznego zlotu zakochanych w swobodnej improwizacji, a który dziś dostępny jest dla świata w plikach elektronicznych na bandcampie artysty. Dokładnego adresu szukajcie na końcu dzisiejszej opowieści. A tuż przed jej końcem, dla tych, którzy cierpliwie przeczytają relację Pana Redaktora z odsłuchu nowej płyty Caicedo, garść informacji o piątej edycji Festiwalu, a także o nowościach płytowych, jakie towarzyszyć będą tej imprezie, oczywiście zawierających kolejne nagrania z poprzedniego roku. Najpierw jednak zatopmy się w dźwiękach gitary elektrycznej. Dodajmy, iż koncert odbył się dokładnie 9 października 2020 roku w poznańskim Dragonie, w wersji albumowej składa się z dwóch improwizacji, które trwają łącznie 35 minut i 40 sekund.

 


Muzyk zaczyna swój występ na samym dnie ciszy. Pierwsze długie, ambientowe frazy docierają do nas z głębokiej, niemal martwej przestrzeni, z mrocznej strefy dźwiękowego niebytu. Delikatne strugi fonii noszą znamiona dźwięków pochodzących z gitary, ale być może nie bylibyśmy tego pewni, gdyby nie opis płyty. Muzyk kreuje efektowne pętle, swoiste dead loops, które kręcą się wokół własnej osi, zdają się oplatać nasze receptory słuchu z rosnącą troskliwością, a aura black ambientu brać w nawias wszelki kontakt z rzeczywistością. Po upływie piątej minuty w strumieniu martwych dźwięków zaczynają pojawiać się pierwsze gitarowe mikro sprzężenia, które przypominają krzyk. Jego energia kinetyczna rośnie, aż do momentu, gdy całkowicie zdominuje ciągnące się w nieskończoność plamy ambientu. Owa post-metalowa plądrofonia z czasem nabiera syntetycznego wymiaru i adekwatnej gęstości, po czym zaczyna poszukiwać pewnej struktury rytmicznej, godnej rockowych pierwowzorów. Dźwięki płyną wartkim, ale wciąż matowym strumieniem, aż do momentu, gdy zaczną przypominać umierający szczebiot hard-rocka, a nawet figurę stylistyczną godną death metalu w stanie agonii. Sam finał tej części ginie w hałasie przypominającym wielkie, ponadmiejskie metro. Także z tej plejady fonii Caicedo w mgnieniu oka jest w stanie zbudować zmysłowy loop, który niedługo potem efektownie gaśnie.

Druga improwizacja stawia nas na baczność od pierwszej sekundy. Czerstwe tempo i szary blask strumienia dźwięków, który płynie niczym gęsta struga krwi sącząca się z tygrysiej rany. Muzyka nabiera dynamiki, łamie sobie kark o dramaturgiczne przełomy, szuka drobnych, rockowych eskalacji. Owa prosta metaforyka narracji zdaje się być jednak permanentnie wtłaczana w poświatę mroku i dramaturgicznej desperacji. Można odnieść wrażenie, iż za rogiem tej opowieści czai się mocna sekcja rytmiczna, gotowa do startu. Skupiony gitarzysta nie dopuszcza jej jednak do głosu. Jego post-metalowy flow po upływie pięciu minut zaczyna systematycznie rozwarstwiać się, pękać w szwach, rozlewać coraz szerszym korytem, tracić dynamikę, ale wciąż pozostawać dalece intensywnym. Caicedo buduje kolejne loopy, których zadaniem jest przywrócić narracji odpowiednią gęstość, ale już w trybie masywnego, post-gitarowego ambientu. Mrok i trwoga, suspens i nieuchronność nieskończoności. Ta plejada wyjących, długich dźwięków zaczyna przypominać wielkie intro do epickiego koncertu black metalowego, gdy wszyscy, łącznie z publicznością, czekają na pierwszy gitarowy atak furii. Siła wewnętrznego krzyku i zewnętrznej czupurności. Opowieść znajduje dla siebie niewielki szczyt, po czym w połowie czternastej minuty wyrusza w drogę powrotną, w kierunku nicości, na samo dno ciszy, tam, gdzie ta martwa podróż miała swój początek. Po chwili oczekiwania muzyk dostaje jakże zasłużoną porcję oklasków od publiczności, o której istnieniu zapomnieliśmy w trakcie owych niemal 36 minut.

 

*****

 


Zgodnie zatem z anonsem zawartym na początku tego tekstu, z radością informujemy, iż 5.Spontaneous Music Festival odbędzie się w dniach 1-3 października 2021 roku w Klubie Dragon, w Poznaniu przy ul. Zamkowej 3. Ta edycja nie ma jeszcze nazwy własnej, ale znany już jest praktycznie zestaw muzyków, których gościć będziemy w tym roku. Wszelkie wszakże informacje oczywiście obarczone winny być klauzulą „o ile zaraza pozwoli”, zarówno w zakresie egzystencji całej imprezy, jak i w szczególności, co do obecności poszczególnych artystów.

Wśród gości, którzy przyjadą lub przylecą do Poznania z zagranicy, na deskach Dragona odnajdziemy najprawdopodobniej: portugalskiego gitarzystę Marcelo Dos Reisa, jego rodaka, wiolonczelistę Guilherme Rodriguesa, niemieckich artystów - puzonistę Matthiasa Müllera i perkusistę Christiana Mariena, meksykańskiego wibrafonistę i perkusistę Emilio Gordoę, wreszcie francuskie trio TOC, czyli perkusistę Petera Orinsa, klawiszowca Jeremiego Ternoya i gitarzystę Ivanna Cruza. Polska wataha improwizatorów będzie w tym roku bardzo kolorowa i jak zwykle niemała: saksofonistka Paulina Owczarek, pianistka Anna Jędrzejewska, wokalistka Małgorzata Zagajewska, perkusista Wojtek Kurek, wreszcie stali rezydenci festiwalowi, jego współgospodarze – pianista Witold Oleszak oraz gitarzysta Paweł Doskocz. Szczegółowy line-up na razie znajduje się w fazie prenatalnej, a o jego szczegółach informować będziemy na bieżąco na stronie facebookowej Spontaneous Music Festival, na falach internetowego Radia Kapitał (www.radiokapital.pl) *), a także, co właśnie czynimy, na łamach Trybuny Muzyki Spontanicznej, która obok Dragon Social Club jest współorganizatorem imprezy.

 

*****

 

Ubiegłoroczna edycja Festiwalu Muzyki Spontanicznej, mimo kilku turbulencji personalnych, zaowocowała wieloma ekscytującymi koncertami, które będą sukcesywnie pojawiać się na oficjalnych wydawnictwach. Jak zauważyliśmy powyżej, ów proceder rozpoczął Diego Caicedo. W dalszej kolejności planowane jest wydanie koncertu tria Hung Mung w ramach barcelońskiego labelu Discordian Records, a także tria Jasper Stadhouders/ Wojtek Kurek/ Paweł Doskocz (nagranie jest na etapie wyboru wydawcy na realnym nośniku). Natomiast na samej już nowej odsłonie Festiwalu, dokładnie 1 października 2021 roku, przewidziana jest światowa premiera kolejnych płyt z serii wydawniczej Spontaneous Live Serries. Pod numerem 006 znajdziemy dwa sety zagrane na ubiegłorocznym festiwalu przez puzonistę Matthiasa Müllera (kwartet i trio). Kolejne płyty, wszystkie w formacie CD, to: 007 – El Pricto i kompozycja Electric Guitar Quintet oraz 008 - Degenerative Spontaneous Orchestra dekonstruująca muzykę Chopina, Szymanowskiego i Karłowicza. Tu także trzymamy mocno kciuki, by wszystkie plany edytorskie zostały zwieńczone powodzeniem.

 

Na zakończenie obiecany adres do nowej płyty Diego Caicedo:

https://diegocaicedoleon.bandcamp.com/album/diego-caicedo-live-at-dragon

 

*) Kolejna audycja Spontaneous Music Radio, już 19-a, emitowana będzie na wskazanej stronie internetowej w najbliższą niedzielę, 11 lipca, o godzinie 18.00