Dużo Portugalii, kilka dźwięków z kraju pozbawionego flagi, akcenty szwajcarskie, belgijskie i nasze krajowe. Trzy porcje jazzu zabarwionego rockiem i fussion, elektroakustyczne improwizacje, miniaturowe kompozycje z głosem, saksofonowe eksperymenty w duchu muzyki współczesnej, a na koniec smuga gitarowego ambientu i wielowymiarowej, niepokojącej elektroniki. To wszystko zapewnia lutowa zbiorówka recenzji, moment, na który na tych łamach czekamy szczególnie.
Zapraszamy do lektury, odsłuchu płyt i zakupów!
Marcelo dos
Reis’ Flora Our Time (JACC Records, CD 2025)
Academia
de Música CNM/ Estúdios Mó, marzec 2025: Luís Filipe Silva – perkusja, Miguel Falcão – kontrabas
oraz Marcelo dos Reis – gitara, kompozycje. Pięć utworów, 52 minuty.
Trio Flora gościło jesienią w Polsce, zagrali kilka ognistych
koncertów, które bardzo nam się podobały. Chwilę potem pojawiła się druga płyta
formacji, która kontynuuje gitarowe eksploracje podparte dynamiczną sekcją
rytmu. Jeśli pierwszy album Flory sytuował się w okolicach open jazzu,
ten drugi zdaje się pełnymi garściami sięgać po estetykę i ekspresję rockową,
jazz-rockową, nie stroniąc od wycieczek w kierunku fussion i wytrawnego power
trio.
Album zawiera pięć rozbudowanych, przeważnie kilkunastominutowych
ekspozycji. Swobodna gitara i ekspresyjny groove basu oraz perkusji bez trudu
kreują narrację nasączoną dużą porcją improwizacji. Tempo jest zmienne, podobnie
techniki fazowania, nie brakuje także przestrzeni na indywidualne prezentacje.
Druga odsłona raczy nas rozbudowaną introdukcją opartą na brzmieniu
kontrabasowego smyczka. Na etapie rozwinięcia trio wpada w półgalop, by ostatecznie
skonać w chmurze krwistego rocka. Trzecią opowieść rozpoczyna sekcja rytmu,
która nadaje jej wyjątkową dynamikę, a jej zwieńczenie śmiało sytuuje Florę w
pozycji power trio. W czwartej części mamy gitarową balladę, która po
fazie medytacji nabiera zniewalającego rozpędu. Wreszcie finał płyty, szyty bluesem
i funkiem, z intrygującym, ambientowym interludium przypominającym solowe
albumy gitarzysty. Repetytywne zakończenie znów opływa rockowymi atrybutami.
João Lencastre Parallel Realities II (Timbuktu
Records, CD 2025)
Timbuktu Studio, Lizbona, czas nagrania nieoznaczony:
João Lencastre - perkusja, elektroniczne instrumenty perkusyjne, Albert Cirera
– saksofon tenorowy i sopranowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian, Pedro Branco –
gitara oraz João Hasselberg – bas, elektronika. Osiem utworów, w tym trzy
kompozycje lidera, 45 minut.
Nagrania autorskie tego portugalskiego perkusisty (tak, jak
i jego brata saksofonisty) śledzimy na bieżąco. Powrót kwintetu Parallel
Realities, który tworzy śmietanka iberyjskich improwizatorów, to kolejna
okazja do intrygujących przeżyć muzycznych. Ta jazzowa formacja bazuje na ogół
na kompozycjach lidera, ale rośnie w jej dziele udział utworów określanych jako
improwizacje. Cieszy nas to w dwójnasób.
Kameralne otwarcie szyte akustyką, ale delikatnie barwione
elektroniką, szybko przepoczwarza się tu w open jazzową narrację z dużą
dawką melodii, drobnym spiętrzeniem i soczystą puentą z posmakiem fussion.
Artyści w kolejnych utworach zarówno zaglądają w mroczne zakamarki, snują
tajemnicze intrygi, jak i na pełnej swobodzie taplają się w oceanie post-jazzu.
Szczególnie udana jest najdłuższa, trzecia ekspozycja, która rodzi się w potoku
nisko osadzonych, preparowanych fraz, potem siłą jazzowych argumentów wyłania
się z mgły i snuje smakowite improwizacje, w których najbardziej intryguje
saksofon tenorowy brzmiący niczym potężny baryton. Podobne klimaty zdaje się
prezentować utwór siódmy, z kolei w piątym nie brakuje elementów niemal klasycznie
uformowanej kameralistyki. Album wieńczy miniatura osadzona na ciekawym groove
i efektownie zakończona.
Made of
Bones with José Lencastre Jardim Botânico (Whatever Profound, CD
2025)
Czas i miejsce nagrania nieoznaczone: Duarte Fonseca – perkusja,
João Clemente – gitara elektryczna, José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy,
Nuno Santos Dias - waldorf zarenbourg. Trzynaście utworów, 60 minut.
Słowo się rzekło, sięgamy po nagranie Lencastre’a
saksofonisty - tym razem w roli gościa na najnowszym albumie formacji Made of
Bones. Pozostajemy w klimatach open jazzowych, ale zdecydowanie
zagłębimy się w soczystym fussion, niekiedy silnie psychodelicznym,
budowanym nade wszystko gitarą z prądem i instrumentem klawiszowym zwanym waldorf
zarenbourg. Mimo, iż albumowe track list pokazuje aż trzynaście
odcinków, album ulepiony jest ledwie z czterech, pięciu rozbudowanych utworów.
W stadium dynamicznym ocieka kwasem i emanuje jakością, we fragmentach bardziej
balladowych zdaje się być odrobinę przegadany. Być może zredukowany do trzech
kwadransów kąsałby na każdym kroku.
W trakcie godzinnej ekspozycji poziom ekspresji konsekwentnie
faluje. Muzycy chętnie spinają pośladki i cedzą nasączone emocjami frazy, po
czym z równą swobodą delektują się powolnością i pozorną relaksacyjnością. Saksofon
broni tu barw jazzowych, ale potrafi też zadąć i wywrzeszczeć swój free jazz. Anonsowana
psychodelia, w połączeniu z odpowiednim poziomem niemal rockowej dynamiki, szczególnie
smakuje w utworze piątym, a chwilę potem w szóstym zostaje ubarwiona iście
funkową motoryką. W siódmej części intryguje duet elektrycznego piana i
perkusji, a w ósmym pasmo deep ambientu z wysoko posadowionym krzykiem
saksofonu. Album zostaje efektownie spuentowany trzynastym odcinkiem.
Kolektywny, ekspresyjny jazz-rock raduje nas tu do ostatniej sekundy.
Studio of
Electroacoustic Improvisation Metal Boxes/ Amplifire (Extra
Notes, DL 2025)
Radio
House, Spb,
grudzień 2022 (pierwsza część, studio), F5, listopad 2021 (druga część,
koncert): Andrey Popovskiy - metal boxes (1), gitara elektryczna, efekty
(2), Vitaliy Ovchinnikov - metal boxes (1), gitara elektryczna, efekty, Vladimir
Luchansky - metal boxes (1), Salavat Safiullin - metal boxes (1),
Alexander Markvart - gitara elektryczna, efekty (2),Boris Shershenkov - gitara
elektryczna, efekty (2). Dwie improwizacje, 39 minut.
Jeśli lubimy zgiełkliwy post-industrial, choćby w klimatach
wczesnych nagrań legendarnego AMM, to propozycja płytowa Studio of
Electroacoustic Improvisation zdaje się być skrojona specjalnie dla nas. Gitary
elektryczne, metalowe skrzynki z przetwornikami i elektroakustyczne efekty
kreują tu urokliwy hałas – pierwszy set pozornie uporządkowany, zrodzony w
okolicznościach studyjnych, drugi efektownie chaotyczny, niemal field
recordingowy, będący zapisem koncertu. Nie bez przyczyny ten album stał się
jednym z 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025.
Syczące amplifikatory, zgrzyty, małe sprzężenia gitar i
post-elektroniczne plamy lepią się w siarczysty dron, który skutecznie wypełnia
czasoprzestrzeń pierwszej improwizacji. Całość pulsuje, wydaje się mroczna,
okazjonalnie niczym wielka maszyneria przemysłowa nabiera podskórnego rytmu,
bywa, że przeistacza się we flautę brudnych dźwięków. O ile część studyjna
okazuje się dość masywna, definitywnie industrialna, o tyle część koncertowa,
choć tworzona niekiedy z przypadkowych zdarzeń fonicznych, wydaje się lżejsza,
bardziej stonowana. Dużo w niej dźwięków, które sprawiają wrażenie, jakby nie
były efektem działań artystów – jesteśmy w małym zakładzie produkcyjnym,
słuchamy kroków i niemych rozmów zmęczonych robotników. To jakby aura zanikającego
hałasu po punkowym koncercie. Finał jest jednak bardziej dotkliwy – kończymy w rzeźni,
zasłuchani w harsh elektronikę.
Christoph
Gallio, Gertrude Stein Stone Is A Rose Is A Stone Is A Stone, Yet Dish
(Hat Hut Records ezz-thetics, CD 2025)
Hardstudios, Winterthur, maj 2022: Sonia Loenne
– głos, Christoph Gallio – saksofon sopranowy i altowy, kompozycje, Vito
Cadonau – kontrabas, Flo Hufschmid – perkusja, instrumenty perkusyjne, Gertrude
Stein - słowa. Sześćdziesiąt dziewięć utworów, 36 minut.
Sytuacja dramaturgiczna na tym albumie jest nietypowa. Centralne
miejsce zajmuje tu minimalistyczna poezja Gertrudy Stein, rodzaj gry w skojarzenia
przy użyciu ledwie kilku słów. Za warstwę muzyczną odpowiada post-jazzowy
kwartet, który ilustruje warstwę werbalną – śpiewem i dźwiękiem. Formę narzuca poezja,
zatem album zawiera wyłącznie miniatury, które trwają od siedmiu sekund do minuty
i kilkudziesięciu sekund (owa minuta jest przekraczana ledwie w czterech
przypadkach). Narracja jest zatem rwana, podporządkowana dramaturgii poezji.
Poezja Stein jest każdorazowo śpiewana, uzupełniana
wyartykułowaniem kolejnego numeru utworu, z rzadka barwiona czymś więcej niż swingującą
melodią. Akompaniament jazzowego tria bywa na ogół dynamiczny, jest precyzyjnie
zadekretowany, a przestrzeń na ewentualne improwizacje minimalna lub nie ma jej
wcale. Saksofon altowy Gallio wyrusza na free jazzową przebieżkę bodaj dwukrotnie,
ledwie na kilkanaście sekund. Swoje dokłada smyczek i rezonujący talerz, ale to
także krótkie incydenty. Płyta jest niezbyt długa, ale potrafi być nużąca. Brakuje
emocji (jakże daleko tu do ekspresji kilkusekundowych miniatur Naked City Johna
Zorna), suspensu, próby rozbudowania muzycznej wypowiedzi. Pozostaje warstwa werbalna
– wydaje się, że nieco ciekawsza, niż ta dźwiękowa.
Cosim
Fiaschi unveil / unfold (Insub, CD 2025)
Nagrane w czerwcu 2025, w miejscu nieoznaczonym: Cosimo
Fiaschi – saksofon sopranowy. Dwa utwory, 27 minut.
Jeśli sięgamy po nagrania szwajcarskiego labelu Insub, to
znak, że wkraczamy w nieskończoną otchłań intrygującej, eksperymentalnej muzyki
współczesnej. Tym razem dwie kompozycje na saksofon sopranowy. Narracja jest w
pełni akustyczna, skoncentrowana na unikalnych metodach frazowania i …
oddychania.
Pierwsza odsłona albumu, to dęty dron zbudowany z szumu i rezonansu.
Narracja ma kilka warstw, jest definitywnie multifoniczna, a tajemnicą pozostaje
sposób, w jaki muzyk w czasie rzeczywistym jest zdolny budować tego typu
narrację. Obok strumienia dźwięków dobywanych z instrumentu słyszymy także
oddech artysty. Ta drżąca pulsacja w połowie ekspozycji napotyka ciszę, po czym
bez trudu odradza się i brnie dalej w bezkres opowiadania. Z czasem pojawiają
się strzępy melodii, narracja ma też drobną kulminację. Drugi utwór jest
bardziej minimalistyczny, to rodzaj dętego dialogu z ciszą. To kropla wody,
która zdaje się drążyć skałę. Po pewnym czasie opowieść przepoczwarza się w
rodzaj gasnącej medytacji.
Dirk
Serries Zonal Disturbances III (Zoharum, CDS 2025)
Studio domowe, październik 2024: Dirk Serries – gitara
elektryczna, efekty. Cztery utwory, 64 minuty.
Dirk Serries od lat prowadzi dwubiegunowe życie artystyczne
- z jednej strony swobodnie improwizuje, na ogół na gitarze akustycznej, z
drugiej kleci niekończące się dark ambientowe opowieści na gitarze elektrycznej.
W tej drugiej dziedzinie zdawało się, że powiedział już wszystko, gdy
niespodziewanie kilkanaście miesięcy temu powziął projekt, który nazwał Zonal
Disturbances. Po części pierwszej (edytowanej tylko w digitalu), dwie
kolejne ukazały się już na kompaktowych dyskach za pośrednictwem krajowego wydawcy.
Album drugi całkowicie słusznie uznaliśmy na jeden z 50 powodów, dla których
warto zapamiętać rok 2025. Teraz sięgamy po trzeci epizod nowej serii.
Znów tylko gitara elektryczna i przetworniki, ale efekt finalny
zdaje się być inny niż dotychczas. Nagranie, to bowiem gęstą masą gitarowego
wyziewu – brudne, sfuzzowane frazy, soczyste sprzężenia i mnóstwo niespodzianek,
które czają się na każdym zakręcie długich, kilkunastominutowych opowieści. Ta historia
nie przestaje mieć formy dark ambientu, ale staje się być może czymś, co winniśmy
określić mianem dark industrial. Obrazuje to szczególnie pierwsza odsłona,
która jest gruboziarnistym dronem, chropowatym, brzmiącym bardzo syntetycznie, przypominającym
niekiedy estetykę laptopowego Endless Summer Fennesza sprzed ponad dwóch
dekad. W kolejnej opowieści muzyk do szorstkiej, ambientowej bazy dodaje zgrzyty,
drobne elektroniczne usterki, a całość zdaje się być medytacją umierającego gruźlika.
Trzecią część buduje brzmieniowa dychotomia – plaster gęstego, gitarowego fuzza
w opozycji do plamy soczystego ambientu. Wreszcie finałowa ekspozycja – tu ambient
zostaje doposażony w gitarowy przester, który z czasem nabiera tajemniczej melodyki,
przypomina śpiew przez zaciśnięte zęby, kojący szmer.
Rafał Kołacki Echo Grało (Antenna Non Grata,
CD 2025)
Czas i miejsce nagrania nieoznaczone: Rafał Kołacki –
kompozycja, wszystkie dźwięki. Jeden utwór, 58 minut.
Albumowe credits nie zawiera spisu instrumentarium,
ale śmiało możemy powiedzieć, iż Kołacki w zasadzie nie sięga tu po akustyczne rozwiązania.
Buduje wielowątkową, syntetyczną opowieść, którą dramaturgicznie gmatwa łącząc
wszystko w jeden, prawie godzinny strumień narracji.
Początek jest mroczny, nieco oniryczny, tylko incydentalnie
masywny. Śmiało mógłby stanowić soundtrack do filmowej opowieści o losach
lovecraftowego Cthulhu. Dużo ciekawego dzieje się tu w tle – słyszymy
ludzkie głosy, bijące dzwony, trochę tajemniczego field recordingu. Po pewnym
czasie w tyglu zdarzeń pojawia się element rytmu – rodzaj czerstwego, połamanego
drum’n’bass. Kolejne fazy opowieści moglibyśmy określić mianem ambientu z
basowymi stemplami i … płaczem dziecka, a nawet harsh electronics.
Jeszcze przed trzydziestą minutą w grze pojawia się także cisza, która buduje dramaturgię
przez kilka kolejnych chwil. Najciekawiej zdaje się prezentować ostatnie 15-20
minut nagrania, gdy Kołacki buduje swoistą post-ambientową flautę, rodzaj niekojącej
medytacji, której kierunek jest trudny do wskazania. Na etapie finalizacji opowieść
zaczyna pulsować, jest niespokojna, jakby świadoma tego, że stawia pytania, na
które nie udziela odpowiedzi.
















