piątek, 27 stycznia 2023

Hung Mung! Live at Dragon!


Ich drogi życiowe i artystyczne zbiegły się w pięknej Barcelonie dobre kilkanaście lat temu. Jeden dotarł do katalońskiej stolicy z Kolumbii, drugi z Wenezueli, ten trzeci mieszka tu od zawsze, choć po ojcu jest półkrwi Portugalczykiem. Grywali razem w tysiącach projektów, zarówno tych avant-rockowych, jak i jazzowych, improwizowanych czy nawet post-klasycznych. Ale o tym, by stworzyć trio pomyśleli dopiero pod koniec drugiej dekady XXI wieku. Nazwę zaproponował Wenezuelczyk, który w dziedzinie werbalnej i tytularnej zawsze wiódł prym. Przyjęli nazwę od chińskiego boga wojny i wysłali swoje pierwsze studyjne eksploracje wprost na skrzynkę mailową pewnego wydawcy w dalekiej … Polsce.

Potem sytuacja stała się już bardzo dynamiczna. U progu roku 2020 pojawiła się pierwsza płyta (na jakże fizycznym nośniku, w pewnej iberyjskiej serii spontanicznej), na której ostatecznie znalazł się materiał koncertowy. W tymże samym roku, już w pewnym barcelońskim net labelu, ukazało się kilka kolejnych płyt tria, które bywało incydentalnie poszerzane do postaci kwartetu.

Jesienią rzeczonego roku trio zawitało do Polski i zagrało ognisty koncert na Spontanicznym Festiwalu, po czym rozrosło się na stale do kwartetu (doszedł pewien Katalończyk), albowiem Wenezuelczyk zrezygnował z gry na saksofonie i postanowił zająć się wyłącznie manipulowaniem kablami syntezatora modularnego. Grupa w kwartecie upubliczniała kolejne tytuły.

Dziś rzeczony, jedyny polski koncert barcelońskiej formacji, po raz ostatni w trio, po raz ostatni z Wenezuelczykiem grającym na saksofonie altowym, trafia do nas w formie discordiańskich plików. Przy okazji stanowi już ich dziesiątą płytę! Słuchamy, przywołujemy wspomnienia i skaczemy do góry z emocji!

Panie i Panowie - El Pricto, Diego Caicedo i Vasco Trilla, czyli Hung Mung na żywo z Dragona!



 

Pierwsza odsłona spektaklu trwa około dziesięciu minut. Początkowo przypomina małą kołysankę dla niezbyt grzecznych dzieci – talerzowe lamenty, gitarowe pick-up’y w stadium wstępnego rozruchu, pełne trwogi saksofonowe oddechy. Z biegiem kolejnych sekund artyści i ich instrumenty nakręcają się jak spirale Big Bena! Pricto dronuje na równi pochyłej free jazzu, Trilla sukcesywnie rozbudowuje drumming, a Caicedo szuka drobin hałasu na gryfie gitary. Po trzech minutach improwizacja jest już perwersyjnie głośna i gęsta - świdry altu, kreatywny chaos gitary i połamany rytm perkusji. Atmosfera robi się urokliwie free jazzowa, albowiem wszyscy idą już na szczyt, a gitara, jakby mimochodem, zaczyna smakować krwistym post-rockiem. Po ósmej minucie w zwoje tłustej improwizacji, która delikatnie traci na dynamice, wkręcają się pierwsze frazy syntezatora.

Drugi akt trwa dwadzieścia minut z sekundami i zdaje się być prawdziwym mięsem tego koncertu! Muzycy budzą się w mroku i szumie gitarowego wzmacniacza i syntezatora. Perkusjonalia szeleszczą i delikatnie drżą. Posmak post-industrialu leje się drobną strugą po podłodze, w tle unosi się chmura czerstwego, syntetycznego ambientu. Mglisty szum i głęboki drumming w połowie siódmej minuty zmieniają tu szaty. Gitara plecie teraz chill-outowe androny, drżą talerze, a syntezator zagęszcza front robót. W okolicach dziesiątej minuty Vasco zaczyna rozbudowywać swój perkusyjny flow. Diego zdejmuje maskę improwizującego gitarzysty i buduje jak najbardziej czarny strumień gitarowego post-metalu. Pricto obudowany kablami sieje z kolei dramaturgiczny niepokój. Narracja gęstnieje w mgnieniu oka i zaczyna zionąć ekspresją, po czym grzęźnie w oparach szarego dymu. Gitara jednak nie zwalnia i wsparta na plamie syntetyki ucieka wprost do nieba. Support perkusji też zdaje się tu być bezcenny. Dwie, trzy minuty przed końcem muzycy wpadają w kłębowisku kurzu i post-gitarowego, szorstkiego ambientu. Ciężko oddychając kończą swój szalony trip.

Czas na koncertowy bis! Potrwa on niemal dziesięć minut. Artyści zaczynają żwawo i nad wyraz kolektywnie. Gitara początkowo pracuje bardzo basowym strumieniem, perkusja krąży wokół własnej osi, a syntezator szuka usterek na łączach. Z jednej strony gitarowe riffy, z drugiej post-jazzowe zawijasy. Flow gęstnieje tu z każdą sekundą, syci się rytmiką rock-steady, kołysze na silnym wietrze i łapie dynamikę pełnymi garściami. Nikt nie zdejmuje nogi z gazu. Ostre, rwane i szarpane frazy syntetyki, gitarowe wycieczki do wszechświata post-metalu i perkusyjne zasieki. Finalizacja takiego tygla emocji nie wydaje się prosta – muzycy walczą wytrwale z materią narracji, aż w końcu hamują wprost w oklaski publiczności, tudzież salwy własnego rozbawienia.

 

Hung Mung Live at Dragon (Discordian Records, DL 2023). El Pricto – saksofon altowy i syntezator, Diego Caicedo – gitara elektryczna oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, 9 października 2020, Dragon Social Club, Poznań, Degenerative 4th Spontaneous Music Festival. Trzy improwizacje, 41 minut.



wtorek, 24 stycznia 2023

The Relative Pitch’ December outfit: Malfon! Voutchkova & Surak! Abdou!


Nowy rok już w rozkwicie, a my ciągle buszujemy w ubiegłorocznych złogach świeżych płyt! Dziś czas na ponadnormatywnie płodny amerykański label The Relative Pitch. Jego trzy grudniowe nowości przynoszą nam dwie solowe ekspozycje saksofonowe (męską, jakże szorstką oraz damską, jakże kojącą nerwy) i performatywny duet na skrzypce, dźwięki otoczenia i śpiewające obiekty przeróżne.

Bez zbędnej zwłoki zaglądamy do środka trzech albumów, dwóch kompaktowych i jednego wirtualnego. Jak zwykle moc wrażeń przed nami! A geograficznie - Barcelona, Berlin i … bliżej nieokreślone francuskie suburbia.



Don Malfon  Mutable (CD)

Bellvitge, Barcelona, maj 2022: Don Malfon – saksofon altowy i barytonowy. Osiem utworów, 40 min.

Kataloński saksofonista zdaje się podążać dalece przemyślaną drogą rozwoju artystycznego. Nie rzuca się w wir każdej improwizacji, dobrze dobiera partnerów (także tych renomowanych) i wytrwale pracuje, by co kilka, kilkanaście miesięcy dostarczać nam nową płytę. Jego pierwsza solowa ekspozycja ukazała się dwa lata temu w labelu lokalnym i była niczym nieskrępowaną podrożą w głąb preparowanych, saksofonowych dźwięków barytonu. Nowa płyta pokazuje innowacyjność i kreatywność tego muzyka jakby w innym świetle. Malfon serwuje nam tu zmyślną dramaturgię, dużo pracuje samym instrumentem, bawi się jego mechaniką, intensywną fizycznością samej materii, a nade wszystko daje nam popis wykonawczej wirtuozerii. Dodajmy, iż obok barytonu w nagraniu pojawia się także saksofon altowy, choć po prawdzie jego brzmienie w procesie intensywnych dekonstrukcji czasami niczym nie różni się od barytowego charczenia. Definitywnie bardzo mocny punkt w katalogu RP na koniec roku!

Na starcie pierwszej improwizacji muzyk wydycha z płuc ogromne ilości suchego powietrza. W tubie saksofonu coś brzęczy i post-perkusyjnie rezonuje. Brzmienie jest szorstkie, zdecydowanie agresywne, ale na swój sposób melodyjne. Rodzaj saksofonu rozpoznajemy dopiero po kilku pętlach narracyjnych. Baryton buduje tu opowieść, która ma swój wewnętrzny, choć nieoczywisty rytm. W końcowej fazie ekspozycji zdaje się, że muzyk używa jedynie ustnika. Druga improwizacja, to podróż definitywnie mechaniczna. Pracują dysze, muzyk szuka akustyki samego korpusu instrumentu, wszystko tu drży i wysyła rezonujące dźwięki. Chwilami przypomina to zabawy Vasco Trilli metalowymi przedmiotami na perkusyjnym werblu. Pewnie znów coś znajduje się w samej tubie, ale jeśli jest tam tylko powietrze, to muzyka winniśmy od dziś określać mianem czarnoksiężnika. Saksofonista buduje tu kilka wątków jednocześnie, bywa, że jego instrument brzmi niczym puzon albo trąbka. Mechanika, wulkanizacja, pulsacje - prawdziwie akustyczne techno! Kolejne improwizacje stawiają na bardziej zwięzłą, niekiedy enigmatyczną formę. Trzecia, to pakiet rezonujących, nieco wystudiowanych fraz, które udanie szukają pokrętnej melodyki, z kolej w czwartej wszystko brzmi, niczym charczące płuca gruźlika. Muzyk pracuje długim oddechem, w końcu niemal cyrkulacyjnie, a brudne brzmienie kreuje dodatkowe emocje. W piątej odsłonie dostajemy się w wir czystego powietrza, a saksofonista kreśli delikatnie swingujące, post-freejazzowe frazy. W szóstej części powraca do formuły dronowej. Narracja płynie tym razem wysokim wzgórzem, wydaje się lekka, bardzo delikatna, jak na kanony tego albumu i tego artysty. Jeśli pierwsze dwie improwizacje uznać tu jesteśmy skłonni za najlepsze momenty płyty, to siódma część zdaje się reasumować wątki obu tych opowieści. Instrument Malfona zamienia się tu w szlifierkę, tokarkę, spawarkę, a nawet zepsuty silnik elektryczny. Prawdziwy pokaz możliwości brzmieniowych prostego instrumentu dętego! Końcowa improwizacja toczona jest bliżej ciszy. Długie, spokojne pociągnięcia pędzlem, relaksacyjny oddech, ale niemal post-industrialne brzmienie. Nastrój całości zdaje się być jednak bardziej oniryczny niż mroczny. Akustyczne niespodzianki czają się bowiem w każdym zakamarku tej narracji.



 

Biliana Voutchkova & Jeff Surak  The Truth About the Key (DL)

Berlin (ulice miasta oraz studio Liebig12), lipiec 2022: Biliana Voutchkova – skrzypce, głosowe deskrypcje, obiekty oraz Jeff Surak – magnetofony kasetowe, amplifikowane obiekty. Trzy utwory, 39 minut.

Kolejny, choć wcale nie ostatni epizod cyklu DUOS2022 bułgarskiej skrzypaczki zrealizowany został w Berlinie, w dwóch nieco odmiennych sytuacjach dramaturgicznych. Z jednej strony, to tzw. akcje partyzanckie w mieście, gdzie artyści zbierali ciekawe odgłosy otoczenia, z drugiej spotkanie studyjne, w trakcie którego zarejestrowali wiele frapujących dźwięków instrumentalnych i post-instrumentalnych. Potem jeszcze tylko bystry mix tego wszystkiego i album już gotowy. Składa się z dwóch krótkich odcinków i części zasadniczej. Ta ostatnia trwa prawie pół godziny i w swej drugiej fazie zdominowana została przez … muzykę. To definitywnie najlepszy fragment całej płyty.

Z okolicznościami ulicznymi stolicy Niemiec wita nas syrena alarmowa. Kalejdoskop field recordings zdaje się być tu niezwykle barwy i bogaty. Do żyjącego miasta, które jest tu dominantą wydarzeń dodawane są dźwięki skrzypiec, rejestrowane w różnych sytuacjach akustycznych, a także głos Biliany, która prowadzi dialogi z samą sobą lub napotykanymi spacerowiczami. Narracja jest wszakże spójna, ma swój wewnętrzny rytm, a zdobi ją plejada dźwięków elektroakustycznych, których źródeł możemy się jedynie domyślać. Drugi utwór wnosi do zastanej sytuacji narracyjnej intrygującą rytmikę, która zdaje się burzyć tajemniczy, oniryczny klimat pierwszej części, a także równie zaskakującą melodykę. Owe kilkanaście minut dwóch pierwszych odcinków albumu ma definitywnie charakter performerski, ale jego dramaturgia sprawia, iż nawet na moment nie gubimy tu koncentracji. Trzecia odsłona bazuje głównie na dźwiękach skrzypiec Biliany i szerokiego akcesorium Jeffa. Tu także pojawiają się inkrustacje field recordings, ale mają one charakter zdecydowanie incydentalny. Narracja syci się dźwiękami strunowymi, głosem i masą intrygujących, elektroakustycznych fonii. Skrzypce chętnie wypadają w post-barokowy taniec, sycą się brudnym, post-ulicznym brzmieniem, a pozostałe dźwięki dostarczane za pomocą magnetofonu i przeróżnych obiektów idealnie ubarwiają rwaną, nerwową narrację. Szczególnie piękny wydaje się fragment z okolic dwudziestej minuty – tu skrzypce efektownie frazują na tle gęstego pasma szumów. Na ostatniej prostej zdaje się, że słyszymy nawet dwa wątki skrzypcowe.




Sakina Abdou  Goodbye Ground

Nagrania domowe, Francja, od kwietnia do czerwca 2022: Sakina Abdou – saksofon. Siedem utworów, 43 minuty.

Francuzka saksofonistka, którą znamy także z roli artystki barwiącej dęte frazy swojego instrumentu elektrycznymi i elektroakustycznymi preparacjami, zaprasza na swoją solową ekspozycję, którą wypełniać będą wyłącznie dźwięki czystego saksofonu. Album zdaje się mieć trzy zasadnicze części. Najpierw Abdou sięga do swoich jazzowych korzeni, potem, w najdłuższej opowieści, szuka brudnych, preparowanych fraz, wreszcie zabiera nas na pięcioczęściową podróż, w trakcie której dzieje się niekiedy niezbyt wiele, a poza skończoną liczbą przypadków konstytucją tej impro/ kompozycji jest zasada wielokrotnego powtarzanie fraz.

Pierwsza część albumu, to czysto brzmiące, niekiedy wręcz post-hardbopowe, melodyjne, na ogół spokojne frazy saksofonu, sięgające także po klimat brzmieniowy i narracyjny, który zdałby się być ścieżką dźwiękową do klasyka cinema noir. Dużo ciekawego przynosi druga opowieść – brudne, szorstkie, czasami hałaśliwe brzmienie i improwizacja (kompozycja?), która poszukuje zarówno dynamicznych, gęstych komplikacji, jak i uspokajających westchnień post-kameralistyki. Taka mozolnie budowana, dualna narracja stanowi tu oś wydarzeń dramaturgicznych. Artystka trzyma się wytyczonego szlaku i nie stroni od konceptualnej niemal repetycji. Trzecia historia, która trzyma się melodyki, jest spokojna i nie stroni od post-jazzowych inkrustacji, zdaje się stanowić wprowadzenie do części czwartej, która szyta jest zdecydowanie gęstszym ściegiem. Abdou dyktuje tu stabilne tempo, ale syci narrację zadziornymi, bardziej emocjonalnych frazami. Z kolei piąta część budowana jest początkowo głównie krótkimi, urywanymi dźwiękami. Potem nagranie dostarcza nieco więcej ekspresyjnych sytuacji, nabiera wręcz pewnej meta taneczności. W szóstej odsłonie artystka najpierw nuci post-melodię, jakby półgębkiem, potem wydłuża oddech i pracuje niemal cyrkulacyjnie, po raz pierwszy na albumie rzadziej sięgając po figurę dramaturgiczną zwaną powtórzeniem. Finałowa impro-kompozycja trwa prawie dziesięć minut, a zaczyna się dronowym frazowaniem. Saksofon oddycha, szumi, czasami szyje narrację drobinami dźwięku. W dalszej części saksofonistka stawia na większą kreatywność, podnosi nieco poziom dynamiki, a na sam koniec serwuje na garść naprawdę mocnych oddechów. 

 



piątek, 20 stycznia 2023

Crispell, Fonda & Sorgen as Dreamstruck With Grace In Mind *)


Żyją na świecie artyści, którzy są niczym Król Midas. Czego by się tknęli, złoto leje im się z rąk. Amerykańska pianistka Marylin Crispell zdaje się być taką osobą. Wieloletnia partnerka artystyczna Anthony’ego Braxtona, pianistka, która piękne albumy nagrywała choćby z Barry Guyem, do tego prawdziwa artystka wyzwolonego jazzu – otwarta na improwizację, wyjątkowa stylowa, świetnie zorganizowana na klawiaturze, ale także w trybie inside piano, na ogół daleka od wulkanów ekspresji, typowych dla adeptów fire music, przez to jeszcze bardziej atrakcyjna w odbiorze.

Dziś wraca do nas z nagraniem w klasycznym trio, w towarzystwie muzyków równie wyśmienitych -kontrabasisty Joe Fondy i perkusisty Harveya Sorgena. Artystów poznajemy w bukiecie jedenastu kompozycji, które śmiało nazwać możemy rodzajem scenariuszy dla swobodnej improwizacji. Dodatkowo wszystkie one dowodzą, iż trio śmiało zasługuje nam miano mistrza krótkiej, zwięzłej formy. Crispell na album dotargała trzy notacje, Fonda cztery, trzy utwory podpisane są przez wszystkich, zatem możemy uznać je za niepredefiniowane improwizacje, a jeden utwór jest solową ekspozycją perkusyjną, zatem jego autorstwo przypisujemy Sorgenowi.



Początek albumu, to krótka opowieść, którą zaliczyć możemy właśnie do owych niepredefiniowanych narracji. Minimal step, kolektywna meta melodia ze smyczkiem i małe perkusjonalia – subtelna, nieco abstrakcyjna, stonowana, na klawiaturze całkiem liryczna improwizacja. Kolejne dwa utwory (wedle scenariuszy kontrabasisty), to dynamiczne ekspozycje, nie tylko tytularnie nawiązujące do estetyki Ornette’a Colemana. Zadziorne, czupurne melodie, prowadzone w gęstym szyku, zdobione krótkimi, niezobowiązującymi ekspozycjami solowymi, głównie kontrabasisty. Czwarty utwór zdecydowanie zaliczyć winniśmy do tych dłuższych, nieco spokojniejszych, które stwarzają sporą przestrzeń na fortepianowe opowieści. Początek bardzo melodyjny, wręcz romantyczny. Liryczne klawisze, rozśpiewany, choć wcale nie subtelny kontrabas i precyzyjna, nieprzegadana perkusja budują narrację bez zbędnego pośpiechu, ale i bez niepotrzebnych dźwięków. Oto opowieść dla tych, którzy nie potrzebują ekspresyjnych szczytów, by czerpać wielką radość z muzyki improwizowanej. Na wytrwałych czeka tu jeszcze soczyste, lekko rozhuśtane solo kontrabasu, które wieńczy ponad siedmiominutową narrację. Po nim następuje solowa improwizacja perkusisty, która dla odmiany nie budzi w nas specjalnych emocji, chyba niepotrzebnie uformowana w osobny utwór.

Rzeczone emocje są z nami na powrót w szóstej części. Narracja budowana z suspensem, ale wyjątkowo nerwowa. Krótkie, sygnalne dźwięki, które szukają zaczepki, bystra gra na małe pola z oceanem brzmieniowych i dramaturgicznych niuansów, do tego garść preparacji na gryfie kontrabasu. W następnym nagraniu do zadanych emocji dochodzi jeszcze zadziorna dynamika. Kilka definitywnie wirtuozerskich pasaży podsyła nam tu pianistka, a nagranie finalizuje się w trakcie perkusyjnego solo. Ósma opowieść śmiało pretenduje do miana najpiękniejszego na płycie. Dalece abstrakcyjne frazy piana są tu błyskotliwe kontrapunktowane smyczkowymi boleściami i chmurą rezonujących talerzy. 

Trzy ostatnie opowieści niosą nam moc post-klasycznych, zadumanych fraz pianistki, które napotykają na różnorodne reakcje kolegów. W pierwszej z nich melodia stoczyć musi zażarty bój o przetrwanie z dynamicznie usposobionymi kontrabasem i perkusją. Nostalgia zderza się tu z czupurnością, a zwycięzcami okazują się wszyscy, łącznie z cierpliwymi słuchaczami. Dziesiąta ekspozycja jest dość zwarta w formie, pełna wszakże ekspresji i narracyjnych kantów. Wreszcie finał, na poły balladowy, trochę rezolutny, całkiem melancholijny. Bezdyskusyjnie podany nam z tytułową gracją, nie tylko na myśli.

 

Dreamstruck - Marilyn Crispell, Joe Fonda, Harvey Sorgen With Grace In Mind (Fundacja Słuchaj!, CD 2022). Marilyn Crispell – fortepian, Joe Fonda – kontrabas oraz Harvey Sorgen – perkusja. Nagranie z 26 czerwca 2021 roku, Nowy Jork, Area 52 Studios, Saugerties. Jedenaście kompozycji, 48:23.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana



poniedziałek, 16 stycznia 2023

Evan Parker X-Jazz Ensemble! A Schist Story!


Nie stawaj przed innymi, graj tylko wtedy, gdy masz coś ważnego do dodania w kontekście tego, co jest właśnie grane; nie rób niczego na siłę, sprawiaj, by całość swobodnie płynęła. Zmieniaj kierunek tylko wtedy, gdy sytuacja sceniczna wydaje się niezdefiniowana, ale nie z twojego punktu widzenia, ale kolektywu. (…) Nie myśl za dużo, wykazuj atencję i słuchaj. Słuchanie jest priorytetem. (…) Pilnuj natężenia dźwięku i dynamiki, używaj tylko koniecznych fraz, ani więcej, ani mniej, jesteś tylko drobnym elementem globalnej koncepcji; działaj w korespondencji z innymi, ze świadomością, że jesteś istotnym fragmentem całości *).

Mniej więcej tymi słowami Evan Parker rozpoczynał każdy dzień tygodniowego warsztatu, jaki realizował z improwizującymi muzykami z Portugalii, latem 2012 roku w górzystych okolicznościach iberyjskiej przyrody. Zwieńczeniem tygodnia pracy był finałowy koncert, którego dokumentacja fonograficzna właśnie do nas trafiła. Pytanie, czy warto było na nią czekać całą dekadę, jest oczywiście jedynie retoryczne. Z dzisiejszego punktu widzenia nie sposób nie skonstatować, iż dla portugalskiej sceny muzyki improwizowanej było to jedno z ważniejszych wydarzeń w definitywnie historycznym wymiarze. Bez zatem dalszych introdukcji sprawdźmy, cóż działo się w trakcie spektaklu, który trwał niewiele ponad trzy kwadranse, a na scenie jednoczył brytyjską ikonę improwizującego saksofonu (tu także w roli dyrygenta) i piętnastu portugalskich adeptów, zarówno tych bardzo już wtedy doświadczonych artystycznie, jak i niemal młokosów. Zauważmy, iż większość z tych lokalnych muzyków, to dziś czołowe postacie europejskiej muzyki improwizowanej.



Improwizowana opowieść ma zdecydowanie kameralną introdukcję. Altówka kreśli melodyjny flow, który komentowany jest innymi dźwiękami strunowymi (w tym gitary akustycznej) oraz spokojnymi frazami trąbki. Krok za krokiem narracja delikatnie nadyma się i rozrasta, by po wybiciu 5 minuty utonąć w elektronicznym backgroundzie i blasku rezonujących talerzy. Pierwsze dźwięki dostarczają teraz gitary elektryczne, które udanie konweniują z elektroniką. Opowieść gęstnieje i w okolicach 10 minuty chłonie pierwsze dźwięki saksofonów – najpierw sopranowego, potem tenorowych. Nie wspina się jednak na szczyt, ale wpada w objęcia śpiewnych, spokojnych podmuchów saksofonu, inkrustowanych strunowymi i perkusjonalnymi drobiazgami. Jedna z gitar elektrycznych kreśli teraz dźwięki, pod które podłącza się saksofon. Jazzowy posmak zachęca inne instrumenty do włączania się w budowanie gęstego, po chwili już ogniście free jazzowego łańcucha zdarzeń. Zakończenie pierwszego kwadransa koncertu grane jest już chyba całą orkiestrą i kipi od emocji.

Po osiągnieciu punktu przegięcia improwizacja rozlewa się szerokim korytem wyłącznie intrygujących fraz. Strunowce fermentują, trąbka dmie na wszystkie strony, swoje dokłada też elektronika. Ale po kilku minutach flow przygasa i wielka orkiestra przystępuje do kreowania nowego wątku. Bazy rytmicznej szuka tu gitara akustyczna, wytrwale pracuje harfa i delikatna elektronika. Powrót saksofonów oznacza tu duży zastrzyk energii. Tempo jest jednak umiarkowane, co sprzyja podłączaniu się kolejnych ośrodków dźwiękowych. Intensywność rodzi się tu wszakże na flankach, kreowanych przez dobrze już rozgrzane perkusje. W mgnieniu oka narracja osiąga stadium Orchestra Tutti! Piękny szczyt w ułamku sekundy przekształca się w … jazzowe trio z saksofonem tenorowym, bystrze doposażone w emocje kontrabasowym smyczkiem.

W okolicy 25 minuty koncert zaczyna się jakby od nowa. Znów altówka, garść strunowych zdobień i trąbka. Kilka brudniejszych fraz dokłada teraz cello, reszta pracuje w trybie short-cuts, umoczona w elektronicznym sosie. Kilka bystrych fraz ślą także saksofony, przy czym każdy z nich zdaje się pracować w innym trybie. Kolejne wzniesienie pokonywane jest głównie dzięki inicjatywie watahy instrumentów strunowych, a udane lądowanie następuje wprost w objęcia małych perkusjonalii i gitar z prądem. Narracja znów zatem szuka nowych rozwiązań, leniwie nadyma się i rośnie w siłę serią wzajemnych kontrapunktów. Wszystko sprzyja teraz ekspozycji saksofonu sopranowego. Ten z energią przystępuje do dzieła, tło zaś pęcznieje dzięki gitarom i perkusjom. Prawdziwie free jazzowe uniesienie wieńczy tu swój żywot po 34 minucie.

Improwizację czeka teraz drobne wytłumienie, ale odbywa się ono w inny niż dotychczas sposób. Gitara akustyczna buduje bowiem delikatne, ale definitywnie rytmiczne tło, które z jednej strony pozwala na chwile wytchnienia dla każdego, z drugiej nie pozwala umrzeć całej opowieści. Kilka urokliwych fraz harfy, dużo kreacji ze strony elektroniki i wielobarwne pochody gitar elektrycznych, to elementy składowe nowego wątku. Gdy do piętrzenia narracji przystępują także perkusje, wiemy już doskonale, iż orkiestra zaczyna wznosić się na finałowe wzgórze. Swoje dokładają teraz saksofony, a w grze uczestniczą już na pewno wszyscy zgromadzeni na scenie. Całość niesie się sporym hałasem, ma niemal post-industrialny posmak i pięknie gaśnie wraz z wybiciem 40 minuty, wprost w ramiona melodyjnych fraz strunowych. Słyszymy trąbkę, gitarę akustyczną (ze smyczkiem!) i wszystko to, co budowało improwizację na samym początku koncertu, a także w jego środkowej części. Kameralne rozchełstanie jest teraz efektem zwinnych onomatopei wiolonczeli i altówki, dźwięków elektrycznych gitar, harfy, trąbki i nisko zawieszonych, kontrabasowych smyczków. Kolektywny strumień emocji, tuż po wybiciu pełnych trzech kwadransów, wpada w objęcia rzęsistych oklasków.

 

Evan Parker X-Jazz Ensemble A Schist Story (JACC Records, CD 2022). Evan Parker – dyrygentura i saksofon, Miguel Mira – wiolonczela, João Camões – altówka, Angelica Salvi - harfa, Luís Vicente – trąbka, Marcelo dos Reis – gitara akustyczna, Hugo Antunes i José Miguel – kontrabasy, Miguel Carvalhais i Travassos – elektronika, Luis Lopes i Gonçalo Falcão – gitary elektryczne, João Lobo, João Pais Filipe i Gabriel Ferrandini – perkusje, Rodrigo Amado, João Martins i Pedro Sousa – saksofony. Nagranie koncertowe, 18 sierpnia 2012 roku, Casa da Cultura da Sertã, Schist Villages, Portugalia. Jedna improwizacja, 46:04.

 

*) cytuję za słowami albumowego credits



piątek, 13 stycznia 2023

A New Wave Of Jazz’ fresh outfit: Dandelion! The Art Of Crashing! Good To Be Back In Reality! Stochastic Regions!


Belgijski label A New Wave Of Jazz pracuje równo i wytrwale, każdego roku dostarczając miłośnikom wolnej improwizacji kilka łakomych kąsków. Dokonania stajni Dirka Serriesa śledzimy od początku jej istnienia, zatem nasi Czytelnicy znają każdą płytę wydaną z logo NWOJ.

Dzisiejsze spotkanie obejmie dwie jesienne premiery kompaktowe wydawnictwa, a także dwie kasetowe świeżynki, które światło dzienne ujrzały pod koniec lata zacnego roku ubiegłego. Na czterech albumach odnajdujemy jedno trio i aż cztery duety, albowiem druga z kaset ma charakter splitowy, zatem na każdej ze stron tego wyśmienicie nobliwego i jakże archaicznego, tudzież nieporęcznego nośnika pomieszczono różne nagrania. Szefa labelu znajdujemy na nagraniu trzyosobowym (tu definitywnie najciekawszym, które bez trudu trafiło na naszą coroczną listę rzeczy wartych zapamiętania) oraz na dwóch ostatnich duetach. Poza nim, na omawianych płytach zagrają dla nas sami dobrzy znajomi - z Wielkiej Brytanii, Belgii, Holandii i … Portugalii.



Dandelion by Jackson, Serries & Vanderstraeten

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, październik 2021: Tom Jackson – klarnet, Dirk Serries – gitara akustyczna oraz Kris Vanderstraeten – instrumenty perkusyjne, perkusja. Pięć improwizacji, 42 minuty.

Dość jeszcze młody Anglik i dwóch doświadczonych (nawet bardzo) Belgów proponuje nam nagranie niezwykłe. Na lewej flance bardzo kreatywny klarnecista, którego znamy z wielu ciekawych albumów, muzyk wszakże nie nastawiony na eskalowanie ekspresji, to raczej wyczulony na niuanse post-kameralista. Po prawej stronie gitarzysta, tu w wersji akustycznej, a zatem skory do intrygującego pętlenia narracji, nieustannie wystawiający partnerów na nowe i niełatwe zadania. Po środku zaś weteran swobodnego percussion & drums (dokładnie w tej kolejności), który zdaje się być głównym strategiem tej improwizacji, muzykiem, który permanentnie sieje zdrowy ferment i wtłacza narrację w coraz bardziej urokliwe sytuacje sceniczne. Dodajmy, iż album jest fantastycznie skonstruowany pod względem dramaturgicznym. Każda kolejna improwizacja zdaje się tu zagęszczać emocje i nieść nas coraz większym wzniesieniem.

Początek nagrania to gromada drobnych fraz – pisków, delikatnych obtarć, trzasków, szmerów i szelestów. Akustyczny mikro świat, który szybko gęstnieje i przyjmuje postać tzw. narracji właściwej, pełnej ciekawych zakamarków i zwinnie pokonywanych zakrętów. Wszystkie frazy, akcje i towarzyszące im bystre reakcje zdają się tu do siebie pasować niemal idealnie – od szczegółu do ogółu i z powrotem! Druga opowieść zaczyna się na stojąco – coś rezonuje, ktoś wzdycha. Po kilku głębszych oddechach narracja rusza jednak z kopyta i dość szybko zyskuje na dynamice. Zadziorne frazy gitary, wycofana melodyka klarnetu i wielopalczasty drummer, który z wyjątkową gracją pociąga za sznurki. Trzecia improwizacja faluje niczym wzburzony ocean. Najpierw budowana ze sprytnych short-cuts, potem oparta na zwinnych interakcjach. Pierwszym, który ciągnie narrację na wzniesienie jest dobrze już rozgrzany klarnet. Emocje rosną jak w dobrym filmie kryminalnym. Nie brakuje też fazy rezonująco-śpiewającej, szczególnie w parze klarnet-perkusja. Ten pierwszy ma tu nawet krótkie, w pełni samotne solo. Rozbudowana czasowo narracja wchodzi w fazę beauty falling down dopiero po dziesiątej minucie. Zdobi ją szczególnie garść tajemniczych, elektroakustycznych dźwięków, zapewne ze strony perkusjonalisty. Czwarta odsłona stawia na frazy permanentnie preparowane. Klarnetowe gwizdy, smyczkowe akcje na gryfie gitary i kacze gdakanie perkusjonalisty. Muzycy zaskakują nas tu na każdym korku – rozkołysane śpiewy, dynamiczne podskoki i stado koni w galopie – wszystko brzmi niczym soundtrack do filmu przygodowego. Na starcie ostatniej części albumu dostajemy dźwięki wprost z werbla, których pochodzenia możemy się jedynie domyślać. Rozrywane struny gitary i klarnecie popiskiwanie, to kolejne elementy tej układanki. Muzycy formują się w zwarty, na poły rytmiczny szyk. Emocje skaczą tu do samego nieba, tempo eskaluje, ekspresja eksploduje! Na moment zwalniają, by schylić się po drobne, niemal zjawiskowe dźwięki, po czym skaczą na powrót w piekło niekończących się, całkiem tanecznych podrygów. Po siódmej minucie zdejmują nogę z gazu i zaczynają preparować. Klarnecista śpiewa teraz na smutno, gitarzysta liczy struny, a perkusista przestawia przedmioty na werblu, obiera je ze skóry, zdaje się, że także … nakręca. Bardziej energetyczne frazy powracają tu na ostatniej prostej, genialnie reasumując całe spotkanie.



 

The Art Of Crashing by Costa & Ernsting

Studio SanteBoutique, Holandia (?), 2020: Hugo Costa – saksofon altowy oraz Philipp Ernsting – perkusja. Sześć improwizacji, 49 minut.

Portugalskiego saksofonistę i holenderskiego perkusistę znamy z dwóch formacji trzyosobowych – Albatre (z basem Gonçalo Almeidy) i Anticlan (z gitarą Josue Amadora). Tym razem postanowili pomuzykować jedynie w duecie, z góry zakładając, iż formuła free jazzu będzie dla nich najodpowiedniejsza. Świetnie sobie w zadanej estetyce poradzili, dodatkowo mając w zanadrzu sporo nie do końca jazzowych doświadczeń z obu wymienionych grup, wnieśli do tygla dość spodziewanych emocji fire music całe mnóstwo niuansów dramaturgicznych, brzmieniowych onomatopei, a nade wszystko dużo zwyczajnej, jakże bezcennej kreatywności.

Pierwsza odsłona albumu, to miniaturowa narracja budowana niemal wyłącznie frazami saksofonowymi. Costa oddycha, lekko rezonuje, śle kilka post-jazzowych pętli na tzw. dobry początek. Kolejne trzy improwizacje trwają po dziesięć i więcej minut, zdają się być prawdziwym mięsem tego ognistego splotu wydarzeń dźwiękowych. Narracja saksofonu budowana jest dość pieczołowicie, step by step ku niebu/ piekłu stylowej, jakże emocjonalnej opowieści. Z kolei perkusja od startu szyje gęstym, tłustym, niebywale ekspresyjnym ściegiem. W wielu momentach można odnieść wrażenie, jakby strugę rytmicznej, wielowarstwowej narracji prowadziły przynajmniej dwa zestawy perkusyjne. Muzycy idą tu w ogień free jazzu, jak w ramiona ulubionej kochanki, czują się komfortowo w gęstym strumieniu improwizacji. Aktywność drummera sprawia wszakże, iż to saksofonista ma tu więcej sposobności, by czasami zwolnić, zadąć w róg nieco bardziej zadumanym tembrem, czy wysłać w świat kilka rezonujących fonii. W tej akurat ekspozycji najciekawiej dzieje się chyba wtedy, gdy w dynamicznej narracji muzycy pozostawiają dźwiękom więcej przestrzeni, budują frazy na lekkim wydechu i mimo dynamicznej sytuacji, donikąd nie gnają. Improwizacja umiera tu pod ciężarem pustych, saksofonowych dysz i oddechu upoconej perkusji. Zresztą efektowna finalizacja, to silna strona także kolejnych improwizacji. Trzecią z nich otwiera perkusyjna introdukcja. Alt wkracza do gry soczystymi dronami po kilkudziesięciu sekundach. Tempo jest tym razem umiarkowane, a wiele saksofonowych fraz ma tu bardzo melodyjną bazę. Potem gęsty ścieg drummerski jeszcze się … zagęszcza i improwizacja zionie ogniem niczym wataha smoków. Czwarta opowieść trwa ponad kwadrans, jest zatem budowana bardzo nieśpiesznie i z dużą rozwagą dramaturgiczną. Saksofon zaczyna swingowym stepem, z kolei perkusista sprawia wrażenie konia, który ubija ziemię pod kopytami. Z tej nieoczywistej sytuacji scenicznej artyści kreują piękną opowieść. Znów to drummer jest tym, którego ciągnie do ognia, saksofonista skupia się raczej na leniwym czerpaniu radości z chwili obecnej. Narracja nabiera tu niemal rytualnego drive’u, cieszy ucho każdą frazą. Pod koniec najpierw zalewa nas ogniem ekspresji, potem doskonale tłumi się pod presją coraz wolniejszego stepu perkusji i dętego pisku opon. Dwie finałowe improwizacje trwają po kilka minut i pokazują duet w nieco innym świetle. Najpierw czeka nas meta ekspresyjna ballada z niemal coltrane’owskim sznytem. Drummer kręci tu pętle, saksofonista śpiewa z lekką zadumą, dronuje, nie stroni od drobnych preparacji. Narracja faluje, nadyma się i kurczy. Ostatnia improwizacja od pierwszego dźwięku stawia na dynamikę, dęte pokrzykiwania, ale i pewien perkusyjny suspens. Artyści tańczą wokół własnej osi i z gracją kończą swe dzieło.



Good To Be Back In Reality by Webster & Grigg

Peckham Road Studios, Londyn, styczeń 2022: Colin Webster – saksofon altowy oraz Matthew Grigg – gitara, amplifikator. Osiem improwizacji, 53 minuty.

Webster i Grigg znają się bardzo dobrze, ale nie nagrali jeszcze razem tysiąca płyt. Jednak ich nowa produkcja sprawia wrażenie, jakby całe życie grali tylko ze sobą. Upichcili nam bowiem bardzo zwarte, ciasne i gęste improwizacje, w trakcie których naczelnym celem stało się szukanie wzajemnych podobieństw, tudzież zachowań imitacyjnych, nie zaś eskalowanie brzmieniowych dysproporcji pomiędzy ognistym altem, a elektryczną gitarą zaplątaną w zwoje kabli i przetworników.

Otwarcie sesji nie trwa tu zbyt długo. Kilka drobnych westchnień z obu stron i od razu krok ku narracji usianej dźwiękami, realizowanej w tempie, nastawionej na szybkie interakcje. Strumienie fonii budowane są tu nie tyle ekspresyjnymi frazami, ile preparowanymi, które zdają się łatwiej odnajdować brzmieniowe podobieństwo. Z jednej strony trochę akustycznych trzasków i szmerów, z drugiej dużo hałaśliwych nutek wypełnionych prądem. Druga odsłona prowadzona jest początkowo w bardziej umiarkowanym tempie. Tu muzycy łapią kontakt na poziomie dramaturgicznych subtelności. Tkają samonakręcającą się narrację z drobinek rozbitego szkła. Potem chwytają więcej powietrza w płuca i gonią za ochłapami ekspresji, tu dość mrocznej i nieoczywistej, ale nasączonej pokrętną melodyką. W trzeciej części dyskutują w oparach ciszy za pomocą short-cuts – drobnych parsknięć tuby i zgrzytania strun. Z czasem nabierają jednak mocy, intensywności, lepią się w jedną strugę post-noise. Czwarta improwizacja wydaje się na tle poprzedniej niemal filigranowa. Dostajemy więcej czystych fraz, a niektóre figury narracyjne zdają się być niemal wirtuozerskie. W kolejnej części artyści stawiają na drony i szukają przeciwieństw - ciepły vs brudny, rezonujący vs sprzęgający. Dość sprawnie nabierają gęstości, ale w połowie utworu stają się tylko szumem w tubie i szelestem gitarowego amplifikatora. Potem serwują sobie bitwę na śnieżki – rwane, wychłodzone, ale ekspresyjne. Szósta część powraca do konwencji filigranowej. Trochę wytłumionych śpiewów, trochę polerowanych strun, jęki i zdrobnienia - wszystko przypomina tu upiorną kołysankę dla łobuzów. Siódma opowieść dowodzi, iż kontrast jest dobrą metodą budowania dramaturgii. To ostry skok w bezmiar ekspresji – charcząca tuba i silnie sfuzzowana gitara, a wszystko realizowane w imponującym tempie. Wreszcie końcowa improwizacja, dużo spokojniejsza, ale nasycona brudnymi, sprzęgającymi się dźwiękami obu instrumentów. Wielka, post-industrialna smuga cienia! Saksofon buduje drony, gitara szuka hałasu. W połowie ekspozycji delikatny stopping, oddech w chmurze rezonansu, a potem już tylko finałowe śpiewy altu i kilka zgrabnych, posuwistych ruchów na gryfie gitary.



Stochastic Regions by Serries, Mobin & Stokart

Border Lab, Orlean, Francja i domowe studio, Belgia, od marca do listopada 2021: Dirk Serries – gitara archtop oraz Anton Mobin – prepared chamber (strona pierwsza); Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, marzec 2022: Dirk Serries – amplifikowana gitara archtop oraz Quentin Stokart – gitara, amplifikator (strona druga). Łącznie piętnaście improwizacji, 52 minuty.

Angielskie określenie chamber ma bardzo wiele znaczeń. W muzyce zwykliśmy odnosić je do stylistyki kameralnej, jako wszakże rzeczownik może być rozumiane także jako pomieszczenie. Anton Mobin, to artysta, który swoje dźwiękowe spektakle zwie prepared chamber. Znamy już kilka jego ujawnień, po prawdzie do dziś jednak nie wiemy, jakimi metodami produkuje on dźwięki, z których konstruuje swoje improwizacje. Tu dostajemy jego dzieło, które jest efektem postprodukcyjnego zderzenia z akustycznymi improwizacjami gitary. Mobin znów czyni tu cuda, dodatkowo retorycznie pytając, gdzie kończy się dźwięk akustyczny, a gdzie zaczyna jego przetworzona, syntetyczna forma. Z kolei na drugiej stronie kasety … intelektualnie odpoczywamy. Tym razem gitara akustyczna zostaje delikatnie amplifikowana, a towarzyszy jej druga gitara, także korzystająca z drobnego wzmocnienia. Słuchajmy zatem obu opowieści nad wyraz uważnie!

Pierwsza strona kasety składa się dziewięciu na ogół krótkich epizodów. Każdy z nich jest gęsto naładowany dźwiękami zwanymi prepared chamber, pozornie akustycznymi, których pochodzenia możemy się jedynie domyślać oraz dźwiękami, które dość łatwo przypisać możemy gitarze akustycznej. Serries pracuje tu w typowy dla siebie sposób – rysuje fikuśne pętle, zgrzyta zębami, kreuje pół riffy, którym nie brak bluesowego posmaku. Cała reszta jest dziełem Mobilna, a ich opisanie zgrabnym, choć odrobinę zrozumiałym językiem graniczy niemal z cudem. Potok skojarzeń odbiorcy zdaje się nie mieć tu końca. Część dźwięków to rwane, wręcz szarpane fonie, inne płyną dłuższymi strumieniami, na poły kameralnymi (a jednak chamber!), jeszcze inne zakwalifikować możemy jako post-perkusyjne. Bardzo często mamy wrażenie, że przebywamy w zakładzie szlifierskim, w którym nie brakuje szumów, szelestów, zgrzytów i trzasków, przesuwających się suwnic, całych plejad rezonujących fraz, tudzież innych meta industrialnych fonii. Czasami słyszymy fale radiowe, innym razem ktoś przesuwa po podłodze ciężką donicę. Bywa, że rękach szaleńca znajduje się balon, który ugniatany z dużą siłą nie chce jednak pęknąć. Ów wielobarwny i nieskończony świat post-akustyki na ogół wchodzi w zdrowe interakcje z żywym instrumentem.  I to zdaje się być naczelną wartością pierwszej strony kasety.

Druga strona nie wymaga już od nas ciągłego nadstawiania uszu i zadawania pytań. To sześć zgrabnych improwizacji na dwie gitary. Początek tej historii jest dość filigranowy. Drobne frazy z gitar najpierw ledwie szumią mocą wzmacniacza, potem zdają się sycić nieco większą porcją prądu. Slajsy, mikro riffy i drobne zakręty, odrobina charczących preparacji i post-westernowe pasaże małych melodii. W kolejnej części dominują preparacje, w trzeciej zaś niemal rockowe riffowanie. W czwartej artyści wracają do wymiany dźwiękowych subtelności. Każdy z nich snuje tu dość linearną narrację, nie ma zatem potrzeby, by wchodzili w bardziej intensywne interakcje. Pod koniec tej części najpierw obie gitary nabierają siarczystości, potem zadumanego mroku. Piąta improwizacja wydaje się być szczególnie urokliwa. Serries szoruje tu struny, z kolei Stokart snuje akustyczne drony. W dalszej części nagrania pojawiają się smyczki, które generują dodatkowe porcje ekspresji. Finałowa improwizacja budowana jest z drobnych dźwięków, czasami zadziornych, czasami dość obłych, doposażonych w melodię i niekiedy sporą dawkę emocji. W połowie utworu muzycy odnajdują ciszę i na jej poziomie udanie finalizują opowieść.