wtorek, 11 maja 2021

Clor, Lesecq, Malmendier & Škrijelj! Nuits et Latitudes!


Rezydujący we francuskim Metz label eux sæm doczekał się na początku bieżącego roku swojego czwartego wydawnictwa, które jak zwykle przykuło naszą uwagę w stopniu ponadnormatywnym. Prowadzona przez muzyków - Emilie Škrijelj i Toma Malmendiera – inicjatywa edytorska koncertuje się wokół ich aktywności muzycznych, przynosi zaś w skończonej liczbie przypadków intrygujące improwizacje, które udanie łączą dźwięki żywych instrumentów z elektroniką. Ten ostatni wątek często pojawia się na łamach Trybuny w ostatnich dniach, a omawiana płyta, to kolejny dowód rzeczowy w sprawie. W ramach introdukcyjnej reasumpcji dodajmy wszakże już teraz – pozycja numer cztery, to najlepsza jak dotąd płyta w katalogu eux sæm!

 


Połowa grudnia ubiegłego roku, francuska Miluza i czworo muzyków w jednym miejscu i czasie, wbrew zakazom pandemicznym: Stéphane Clor (kontrabas i sampler), Armand Lesecq (elektronika) oraz edytorzy we własnych osobach - Tom Malmendier (perkusja) i Emilie Škrijelj (akordeon i sampler). Kwartet ma nazwę własną (Nuits), a płyta tytuł (Latitudes) - w formacie CD dostajemy zaś jeden, blisko 49-minutowy trak.

Nuits zapraszają nas na wyjątkowy, elektroakustyczny spektakl dźwiękowy, w którym aż roi się od naszych ulubionych fake sounds (innymi słowy – to, co słyszymy trudno jest na ogół skojarzyć z konkretnym instrumentem lub przedmiotem muzycznego użytku), który jednakowoż doskonale łączy syntetyczne frazy z brzmieniem - pozostających w stałej przewadze sytuacyjnej - realnych instrumentów. Już aura otwarcia obiecuje nam wiele – kontrabas dudni z post-rockowym zębem, a reszta obecnych na scenie urządzeń zdaje się szumieć i szeleścić splotem elektronicznych i perkusjonalnych dźwięków. Opowieść od początku jest gęsta i intensywna, ma swoją nerwową, wewnętrzną dynamikę, ale też wydaje się być wyjątkowo lekka, wręcz ulotna, bo nawet kontrabas nie utrzymuje tu zbyt silnego kontaktu z podłożem. Po niedługiej chwili w tle pojawia się chmura ambientu z nieznanego miejsca pochodzenia, która udanie konweniuje z pulsującym basem, drżącymi perkusjonaliami i nieinwazyjną, niemal filigranową elektroniką.

W 7 minucie puls basu gaśnie, a w jego miejsce pojawiają się nowe akcje, których celem jest kreowanie rytmicznej struktury narracji. Artyści i ich tajemnicze przedmioty kreślą teraz serię dronów, którą zdobi melodia najprawdopodobniej dostarczana wprost z samplera. Każdej akcji towarzyszy reakcja lub nowa akcja, a niespodzianki sypią się jak z rogu obfitości. Powraca basowa pulsacja, ale pachnie już bardziej syntetycznym brzmieniem, rodzą się kolejne preparacje po obu stronach elektroakustycznej barykady, jakkolwiek ten fragment płyty, to być może jedyna chwila, gdy dźwięki syntetyczne pozostają w przewadze liczebnej. Po wybiciu pierwszego kwadransa improwizacja po raz pierwszy zdecydowanie zdejmuje nogę z gazu i uroczo tłumi się w elektroniczne delikatności i akustyczne subtelności. Nowa porcja ambientu wydaje się płynąć tym razem z woli smyczka na gryfie kontrabasu. Flow schodzi w dół, a meta drumming (chyba nie tylko z perkusji) buduje dodatkowy suspens. Całość drga, szuka rytmicznej powłoki, jak chory tlenu pod respiratorem. Akustyka odzyskuje, utracone kilka chwil temu, miano przewodnika improwizacji. Rozkołysany smyczek tapla się w post-perkusjonalnym i ambientowym sosie z gracją baletnicy, a wszystko wokół niego zdaje się śpiewać i rzewnie zawodzić. Być może ta ostatnia sytuacja jest wynikiem działań akordeonu, który po raz pierwszy pokazuje swoje bardziej żywe oblicze. Opowieść z czasem gęstnieje szmerem perkusyjnych talerzy i mocą posadowionych niżej, bardziej syntetycznych fraz.

Gdy mija drugi kwadrans opowieść ponownie przygasa, tym razem jednak znajduje schronienie w strumieniu preparowanych dźwięków, realizowanych głównie przez osnute elektroniką perkusjonalia. Nowy wątek proponuje bas, który na poły rockowymi metodami stara się wybudzić improwizację ze stanu drobnych dylematów dramaturgicznych. Nisko osadzone repetycje, perkusyjne stymulacje i delikatna syntetyka spod akordeonu, to główne elementy, które tworzą improwizację w jej trzecim kwadransie. Ta część opowieści gaśnie w plejadzie dźwięków kreowanych przez preparowany bas i wyzbyty elektroniki akordeon, a także rezonujące talerze. Narracja umiera elektroakustycznym szumem spadających dźwięków.

Ostatnie wybudzenie improwizacji – już po upływie trzech kwadransów - tli się nowym pasmem ambientu, kontrabasowym smyczkiem i kolejną porcją rezonansu żywych perkusjonalii. Na koniec powraca także wątek pulsującej elektroniki. Całość nie traci jednak swojej subtelności, a artyści skutecznie dbają o to, by każdy dźwięk, bez względu na źródło swojego pochodzenia, efektownie wybrzmiewał. Finałowy dron smyczka, metafizyka milczących instrumentów i dzwonki - rytuał zakończenia zdaje się być równie fantastyczny, jak całe nagranie. Brawo!

 


piątek, 7 maja 2021

Cranes! Filamental! Mœrs Quartet! Ensemble X & Artblau! Vario 34-3! Five Free Chamber Pearls with german impro discipline!


Niemiecka muzyka swobodnie improwizowana ma się świetnie i stan ten utrzymuje się od ponad pięćdziesięciu lat. Nowych dowodów rzeczowych w sprawie przybywa z każdym rokiem, a w gronie redakcyjnym powstała nawet pewna teoria na ten temat. Cóż bowiem innego tak dobrze służy generowaniu niczym nieskrępowanej kawalkady dźwięków, jak dyscyplina wykonawcza artystów, a także ich bardzo dobry warsztat, wyuczony w całej masie świetnych szkół muzycznych. Te dwie, jakże istotne przywary muzycy niemieccy zapisane mają w swoich artystycznych kodach genetycznych!

Dziś pięć prawdziwych perełek z katalogu najnowszych płyt (z perspektywy kilkunastu miesięcy!), powstałych na zachód od Odry, zawierających muzykę improwizowaną stworzoną przez muzyków tam rezydujących, nie rzadko przy znaczącym udziale partnerów z innych, równie zacnych skupisk ludzkich! Zaczynamy od świetnie nam znanego duetu Superimpose, który przy okazji spotkania z francuską pianistką Eve Risser przyjął nazwę Cranes. Zaraz potem imponujący, międzynarodowy oktet pod światłym przywództwem pianistki Magdy Mayas. W dalszej kolejności czekają nas dwa nagrania z udziałem tubisty Carla Ludwiga Hübscha – najpierw bystry kwartet, a potem - na jednej płycie - dwa kilkunastoosobowe składy swobodnie improwizujące. A na sam koniec tej szalonej podróży, prawdziwa niespodzianka – nowa edycja słynnych spotkań improwizatorów Vario, prowadzonych przez wiolonczelistę i puzonistę Güntera Christmanna od ponad 40 lat! Dziś wersja 34-3 z udziałem samych legend gatunku!

Oj, zapnijcie dobrze pasy, bo odlecicie dziś wyjątkowo wysoko!  

 


Cranes: Matthias Müller/ Eve Risser/ Christian Marien  Formation < Deviation (Relative Pitch Records, CD 2021)

Berlin, magiczne miejsce zwane Studioboerne45, listopad 2017 roku i trójka muzyków: Matthias Müller – puzon, Eve Risser – fortepian oraz Christian Marien – perkusja. Dwa swobodnie improwizowane sety, trwające łącznie 41 minut z sekundami.

Otwarcie spektaklu dźwiękowego, który – uprzedźmy wypadki - istotnie nas zachwyci, wydaje się być nad wyraz delikatne. Struny piana błyszczą z oddali, werbel drży, a z tuby dużego blaszaka dobywają się podmuchy chłodnego powietrza. Sytuacja sceniczna od razu nabiera jednak pewnej wewnętrznej dynamiki i ładu dramaturgicznego. Posadowione na flankach piano i perkusja budują metafizykę rytmu - oba instrumenty brzmią chwilami niezwykle podobnie, aż trudno poznać, który z nich odpowiada za dany dźwięk. Środkiem narracji płynie puzon, który tańczy, śpiewa lub zalotnie prycha – czujny cerber rozkwitającej improwizacji. Perkusja stara się budować narrację, ale piano wciąż stawia znaki zapytania i kreuje suspens, który zdaje się chwilami krępować inicjatywę ustawodawczą pierwszego z wymienionych instrumentów. W dziewiątej minucie następuje pierwsze tego dnia wyhamowanie wprost w objęcia ciszy. Prawdziwe królestwo meta akustyki – rezonujące struny, moszczący się puzon, wyjątkowo głęboki drumming. Po czternastej minucie pojawia się pierwszy dźwięk klawisza fortepianowego, ale stanowi on tu jedynie ornament, nie zaś narzędzie budowania narracji. Na zakończenie opowieść nabiera gęstości, która podkreśla jej walory rytmiczne, a dodatkowo zasypuje nas jeszcze deszczem urokliwych fake sounds.

Drugi set zdaje się być początkowo budowany niemal wyłącznie ze strzępów dźwięku. Ktoś ledwie dotyka strun, ktoś opiera palce na wentylu, ktoś drży metalem perkusji. Po niedługiej chwili piano przechodzi do fazy preparacji, a puzon i perkusja lepią się w jeden strumień post-rytmu. Flow budowany jest wszakże na wdechu, w aurze kreatywnego zaniechania, skoncentrowany na ugniataniu dźwięków, które nie powinny wybrzmieć do końca. Tuż przed upływem ósmej minuty ta półmartwa narracja staje w miejscu, ugaszona do dźwięku pojedynczej struny i ambientowego post-drummingu. Sygnał do delikatnego wybudzenia daje puzon – kind of silence trance! Moc jednak dopada muzyków – struny piana świszczą, jak pociski wielkokalibrowe, puzon bucha, jak lokomotywa parowa, a perkusja zawłaszcza teren, niczym wojskowy śmigłowiec. Stopping nadchodzi dość niespodziewanie i przeradza się w rezonans, który zaczynać wyć, niczym syrena alarmowa. Ale to nie koniec cudów na dziś! Po niedługiej chwili meta drumming piana i puzonu płyną ku górze na szeleszczących talerzach - wszystkie dźwięki formują się w jeden strumień, która zaczyna incydentalnie hałasować. Tuż pod koniec siedemnastej minuty muzycy znów delikatnie hamują i oddają narrację w ręce zmutowanego brzmieniowo fortepianu. Pod jego klawiaturę podłącza się perkusja i taki właśnie duet wiedzie nas w nieznane przez dobrych kilka minut. Puzon wraca na wielki finał, który skrzy się – to już nie jest zaskoczenie! – efektowną, wewnętrzną rytmiką. Płomień narracji umiera pod presją wdechów puzonu i akcentów percussion na obu flankach.

 


Magda Mayas' Filamental  Confluence (Relative Pitch Records, CD 2021)

Przenosimy się do austriackiego Wels, na kolejną edycję Music Unlimited Festival, jaka odbyła się w listopadzie 2019 roku. Na spektakl skomponowanej improwizacji (dla której inspiracją było dwanaście zdjęć rzeki!) zaprasza nas autorka koncepcji i pianistka Magda Mayas. W oktecie, który podjął się karkołomnej próby improwizowania wedle wartkiego nurtu wodnego odnajdujemy kolejnych muzyków: Angharad Davies – skrzypce, Anthea Caddy i Aimée Theriot – wiolonczele, Rhodri Davies i Zeena Parkins – harfy, Michael Thieke – klarnet oraz last, but not least, Christine Abdelnour – saksofon. Muzyka sformowana jest w jeden trak, który trwa 49 i pół minuty.

Międzynarodowy (interkontynentalny!), prawdziwie gwiazdorski (a jakże!) oktet zaprasza nas na koncert konceptualnej, wyzwolonej kameralistyki, która od pierwszej do pięćdziesiątej minuty tonąć będzie w morzu fantastycznych dźwięków, na ogół niedefiniowalnych, co do źródła ich pochodzenia. Jeśli w trakcie odsłuchu recenzent wskaże na dźwięk konkretnego instrumentu, oznacza to jedynie tyle, iż pomylił się o skończoną liczbę przypadków. Od startu Konfluencji dostajemy się w nurt rezonujących fraz, półdźwięków tworzących delikatny, oniryczny dron – coś świszcze, coś szumi, ktoś delikatnie dotyka strun, ktoś inny oddycha własnymi płucami. Większość instrumentów wydaje długie, posuwiste dźwięki, część jednak bawi się w drobne incydenty polegające na tarciu lub szarpaniu przedmiotów muzycznego użytku. Wraz z zarysowaniem przez mikro piano ścieżki rytmicznego rozwoju narracji na scenie toczyć zaczyna się intrygująca historia, rodzaj sieci zazębiających się subtelności dźwiękowych, pogrupowana w małe spiętrzenia i rozlegle doliny. W okolicach 9 minuty otrzymujemy krótkie, samotne, post-perkusjonalne expose. Domniemujemy, iż sprawcą zdarzenia jest pianistka. Po krótkiej jednak chwili znów toniemy w oceanie delikatnych, preparowanych dźwięków akustycznych. Przestajemy zastanawiać się, kto wydaje dany dźwięk, dajemy się nieść strumieniowi nieoczywistych fraz. Z trudem zauważamy, iż w okolicach 17 minuty strunowce fundują nam mały peak ekspresji.

Po adekwatnym dla rozwoju sytuacji scenicznej spowolnieniu pogrążamy się dla odmiany w szeleście spadających papierków, tudzież frazach, które mógłby wydać tonący gamelan. Pojedyncze dźwięki zaczynają spacerować leniwie po scenie – akcje pizzicato i arco idą ramię w ramię, a wokół szumią dęciaki, niczym stuletnie topole na delikatnym wietrze. Z czasem owo dramaturgiczne lenistwo zaczyna jednak nabierać pewnej pokrętnej dynamiki, do tego stopnia, że w okolicach 30 minuty możemy powiedzieć, iż muzycy grają dość.. głośno. Ku naszej kolejnej radości, bystrze osiągają także stadium improwizacji czynionej metodą call & responce! Niskie wiolonczele i wysokie skrzypce mają tu kilka chwil niemal wyłącznie dla siebie. Ale zmiana go zmianę, a niemal każda minuta przynosi coś nowego, kolejną niespodziankę w zadanej od początku estetyce fake sounds. Narracja ponownie uspokaja się, dzięki czemu na piedestał może wdrapać się także klarnet. Opowieść ocieka smutkiem, stawia pytania i nie daje odpowiedzi. Wybicie 40 minuty wyznacza początek fazy nobliwych, ale nerwowych repetycji, a także daje życie plejadzie separatywnych akcji – piszczenia, parskania i piłowania. Wszystko wszakże wciąż ma tu swój wewnętrzny, pokręcony rytm i jakże kompulsywną logikę. W połowie 45 minuty czyste frazy harfy (kolejne zaskoczenie!) zdają się znamionować rozpoczęcie procesu gaszenia narracji. Deep piano repetuje, strunowce plotą ambientowe smugi cienia, klarnet i saksofon głośnio oddychają. Na ostatniej prostej szczególnie efektownie kona saksofon.

 


Debacker/ Zwißler/ Hübsch/ Nillesen  Live at Mœrs Festival '20 (Impakt-Koeln, DL 2021)

Słynny niemiecki festiwal w Moers miał swoją ubiegłoroczną edycję w trakcie pierwszej fali pandemii (czy z publicznością?), dokładnie w maju. Tamże spotykamy kwartet muzyków: Marlies Debacker – fortepian i clavinet, Florian Zwißler – syntezator, Carl Ludwig Hübsch – tuba i obiekty oraz Etienne Nillesen – mały zestaw perkusyjny, a dokładnym będąc extended snare drum. Dwie swobodne improwizacje, trwające łącznie 35 minut z sekundami.

Damsko-męski kwartet bez nazwy własnej zaprasza na zmysłową, bardzo kolektywną, ale i abstrakcyjną improwizację, broczącą ścieżkami post-chamber, która – to ważne! - używa dźwięków syntetycznych w sposób umiarkowany i adekwatny do sytuacji scenicznej. Koncert rozpoczyna się plejadą preparowanych dźwięków w formie short-cuts – pojedynczy klawisz piana, brzdęk werbla, burknięcie tuby, ultra delikatna pulsacja syntezatora. Opowieść na poły minimalistyczna, budowana na wdechu, pełna dramaturgicznego suspensu, ale też meta rytmu, który drży w otulinie fortepianowych strun. Nie brakuje w niej wątków realizowanych w formie pytań i odpowiedzi. Narracja z czasem gęstnieje. Niepozbawiona znamion dynamiki i ekspresji, zdobiona garściami tajemniczych dźwięków (syntezator lub obiekty tuby), bystrze konstruowana improwizacja potrafi tu zabrzmieć chwilami niemal industrialnie.  W ramach wisienki na torcie warto też odnotować intrygujący duet basowego pasma syntetyki i groźnych pomruków z tuby. Na finał ta ostatnia zaczyna bić rytm, buchać ciepłym powietrzem, niczym parostatek i nieść cały kwartet naprawdę efektownym wzgórzem.

Druga improwizacja rodzi się z preparowanych dźwięków, które lepią się w całość z dramaturgiczną precyzją. W zasadzie od początku zdaje się być masywna, pozbawiona subtelności brzmieniowych. Zatem już po kilku pętlach opowieść zaczyna wrzeć dobrymi emocjami, wzniecanymi kolejnymi mikro zdarzeniami w brzuchu syntezatora, wokół którego tli się ponownie industrialny posmak. Po 5 minucie wszystko efektownie przygasa i przechodzi w fazę metalicznego rezonansu – tkanego z drobiazgów akustyki i mgławic syntetyki, które płyną tu w pełnej synergii, stawiając kolejne stemple jakości. Z małych fraz muzycy sukcesywnie budują zwartą i całkiem gęstą opowieść. Znów tuba daje sygnał do eskalacji, tańczy i swawoli, a całość, zwłaszcza po 13 minucie, nabiera ekspresji godnej abstrakcyjnego post-free jazzu! Po niedługiej chwili tłumi się jednak w kameralne pasma dźwięków z klawiatury fortepianu i burczącej z zadowolenia tuby. Zakończenie tego doskonałego koncertu realizowane jest - oczywiście w pełni kolektywnie - ambientowym rezonansem, pełnym mroku i tajemniczości.

 


Ensemble X/ Artblau  Big Ensemble Improvisation (Carl Ludwig Hübsch’ bandcamp, DL 2020)

Tubista Carl Ludwig Hübsch zostaje z nami i zaprasza na spotkanie z dwoma dużymi składami improwizującymi, których jest członkiem, a także najprawdopodobniej osobą najbardziej sprawczą. Dodajmy od razu, iż wedle opisu płyty nagrania 14- i 10-osobowego składu powstały bez jakichkolwiek scenariuszy, wskazań, czy też autorskich koncepcji. Wieloosobowe pure free impro? Wszystko na to wskazuje, a zatem … duża dyscyplina wykonawcza i świetny warsztat muzyczny, czy tak? Patrz: wstęp do dzisiejszej opowieści!

Czas na poznanie danych personalnych aktorów obu spektakli. A zatem, Ensemble X: Tiziana Bertoncini - skrzypce, Xavier Charles - klarnet, Elisabeth Coudoux – wiolonczela, Nicolas Desmarchelier – gitara, Carl Ludwig Hübsch – tuba, katalizator, Harald Kimmig - skrzypce, Dirk Marwedel - saksofon, Matthias Muche - puzon, Ulrich Phillipp - bas, Christoph Schiller - szpinet, Angelika Sheridan - flet, Michael Vorfeld – instrumenty perkusyjne, Eiko Yamada –flet oraz Philip Zoubek – fortepian. Artblau: Carl Ludwig Hübsch - tuba, głos, Akiko Ahrendt - skrzypce, Elisabeth Coudoux - wiolonczela, Leonhard Huhn - saksofon, Angelika Sheridan - flet, Salim Javaid - saksofon, Matthias Muche – puzon, Philip Zoubek - fortepian, Constantin Herzog – bas oraz Etienne Nillesen – instrumenty perkusyjne. Oba składy zarejestrowały swoje nagrania w Kolonii - pierwszy w marcu, drugi w listopadzie 2018 roku. Album zawiera pięć części zasadniczych (pierwszą i ostatnią wykonuje Ensemble X, od drugiej do czwartej - Artblau) oraz zabawne encore, w trakcie którego słyszymy komentarz Hübscha reasumujący walory merkantylne albumu oraz ciężką pracę muzyka improwizującego, zwłaszcza w dużych formacjach.

Płytę otwiera swobodna improwizacja kilkunastoosobowego Ensemble X. Bystre, rwane frazy od początku płyną rozległym strumieniem, dość na razie abstrakcyjnie brzmiącego big orchestral chamber. Muzycy pracują w skupieniu, pełni dyscypliny (!), każdą decyzję podejmują z należytą ostrożnością, kreują suspens zarówno wydając dźwięki, jak i pozostawiając plamy ciszy. Samych dźwięków wszakże nie brakuje, bo orkiestra zdaje się pracować całym swoim arsenałem instrumentalnym. Nie trudno nie usłyszeć, iż frakcja dęciaków zdaje się mieć pewną przewagą nad strunowcami, i to nie tylko liczebną. Utwór gaśnie w zmysłowej mgle akustycznego ambientu.

Na kolejne trzy improwizacje zostajemy oddani w ręce dziesięcioosobowego Artblau. Sposoby budowania narracji także tu bazują na krótkich, dobrze skorelowanych ze sobą frazach, granych przez wszystkich muzyków, jakkolwiek już na starcie można usłyszeć, iż improwizacja częściej przebiera tu formę call & responce, niż miało to miejsce w trakcie improwizacji większego składu. W brzmieniu niektórych instrumentów częściej natrafiamy na akcenty preparowane. Wydaje się też, że same dźwięki efektowniej się tu do siebie lepią, a całość expose budzi nieco większe emocje. W tej części warto odnotować małą kulminację na zakończenie, gdy efekty pracy dziesiątki muzyków przybierają postać post-free jazzu, który płynie szczególnie dobitnie z klawiatury fortepianu, basu i perkusji. W trzeciej części kolejna plejada short-cuts zdaje się toczyć po równi pochyłej – popada w dramaturgiczne szaleństwa, by po chwili taplać się w kameralnej zadumie. Opowieść kreuje tu także wątek repetytywny, który umiejętnie eskaluje poziom emocji. Czwarta improwizacja prowadzi już nas na sam szczyt! Dęte, masywne frazy, pięknie kontrapunktowane strunowymi ornamentami i meta rytmem z piania, dość szybko nabierają ciekawej dynamiki i już po kilku pętlach śmiało dają się porównać do temperamentu Globe Unity Orchestra w jej najlepszych edycjach. Zakończenie utworu podkreśla jeszcze jego jakość – piękne wytłumienie wprost w objęcia repetytywnego post-chamber! Brawo!

Czas na powrót Ensemble X! Tym razem muzycy budują dłuższe frazy, wyciągają dźwięki do granic możliwości swoich płuc i wytrzymałości strun. Zdają się preparować improwizowany incydent, który śmiało możemy nazwać po stevensowsku sustained piece. Chcąc nie chcąc narracja dość szybko osiąga tu swój szczyt, po czym zaczyna być konstruowana od nowa, nie tylko z długich, ale także krótszych, bardziej nerwowych fraz. Owo chwilowe, emocjonalne rozhuśtanie zostaje bystrze uporządkowane przez małą eskalację, jaką realizują tuba i bas. W tym uroczym peaku czeka nas ocean akustycznych drobiazgów, ale emocji nie brakuje do ostatniego dźwięku. Ów wyjątkowo urokliwy i emocjonujący album kończy dwuminutowe outro, w trakcie którego tubista, definitywnie chyba w tym gronie najważniejszy, na tle pobrzmiewającej orkiestry kwituje w kilku zabawnych słowach całe wydawnictwo i … przekornie zaprasza na zakupy!

 


Vario 34-3  Free Improvised Music (Corbett vs. Dempsey, CD 2020)

Na koniec dzisiejszej kameralnej epistoły, pełnej swobodnej improwizacji wedle niemieckich wartości, zapowiadana niespodzianka. Günter Christmann pierwsze spotkania pod szyldem Vario realizował już w drugiej połowie lat 70. Na przestrzeni lat nazbierało się ich sporo, jakkolwiek ostatnie lata były na osi czasu zbiorem pustym. Tym większa zatem radość, iż w sierpniu 2018 roku Christmann zebrał na dwóch koncertach w Berlinie i Hanowerze jakże smakowity kwintet: on sam na wiolonczeli i puzonie (ten ostatni tylko w jednym utworze), Alexander Frangenheim na kontrabasie, Thomas Lehn pracujący z elektroniką (brzmiącą jak zawsze bardzo analogowo, ale jego praca została także określona jako live-electronic), Paul Lovens na instrumentach perkusyjnych oraz Mats Gustafsson na saksofonie sopranowym. Na krążku znalazło się dziewięć swobodnych improwizacji – w pięciu słyszymy cały kwintet, w dwóch tria i kolejnych dwóch duety. Całość tych elektroakustycznych wspaniałości trwa 49 minut i kilka sekund.

Pierwsze dwie części realizuje kwintet. Muzycy rysują plamy dźwiękowe, od startu tłocząc je w powłóczysty, ale zgrabny, niemal klasycznie brzmiący … swobodny post-chamber. Ciekawe dialogi melodyjnej wiolonczeli z zadziornym kontrabasem, bystre kontrapunkty pozostałych, w tym także ulotnej, nieinwazyjnej elektroniki szukającej matowego brzmienia, które nie kaleczyłoby zwiewności akustycznych strumieni dźwiękowych. Krótkie i długie frazy, wdechy i westchnienia, dobre reakcje, cięte riposty. Pięknie na tym tle jawi się sopran, który kwili urywanymi frazami, niczym instrument Trevora Wattsa w najlepszych dla Spontaneous Music Ensemble latach. Drugi pasus kwintetowy zagłębia się w szczegóły, szumi, szmera, dba o niuanse i perkusyjne ornamenty na strunach. Świetną robotę wykonuje perkusjonalista, który ów zwiewny potok nieoczywistości stara się po czasie formować w całkiem dynamiczną ekspozycję. Czas na trio basu, sopranu i perkusjonalii – muzycy stawiają wzajemne zasieki, reagują na siebie ze sporymi emocjami, płyną zwinnie od szczegółu do ogółu. Czwarta część, to duet elektroniki i bystrze preparowanego puzonu. Choć nie jest to takie proste, muzycy w tej ekspozycji starają się nade wszystko wzajemnie imitować. Efekt jest fantastyczny! Od ciszy pomruków po hałas akustycznych przesterów.

Na część piątą i szóstą znów powracamy do formuły pełnego składu. Najpierw morze wystudzonego chamber. Małe frazy arco, subtelne podrygi pizzicato, łagodny saksofon. Całość smakowicie rozkwita, zwłaszcza kontrabas pozostawiony na pastwę smyczka. Kolejna opowieść, to moment, któremu śmiało można przyznać miano najpiękniejszego na całej płycie. Zaczynają go samotne, melancholijne smyczki. Po kilku ważnych oddechach podłączają się talerze, prychający dęciak i echo syntetycznych zwarć i przepięć. Urokliwe chamber, ale podane bez jednego przesłodzonego dźwięku, na finał zmyślnie ekspresyjne!

Siódma część, to duet kontrabasu i elektroniki – grzmoty, złowieszcze echo, mokre plamy i smugi cienia. Znów elektronika szuka tu cech wspólnych z akustyką, a nie odwrotnie. Ósma improwizacja, to trio (saksofon, wiolonczela i perkusjonalia) i kolejny stempel doskonałości koncepcji preparowania subtelnych fraz na dramaturgicznym wdechu. Opowieść rysowana wyjątkowo cienką, delikatną kreską. Na finał powraca kwintet, który świetnie reasumuje całość dwóch koncertowych spotkań wyjątkowych muzyków. Kontrabas na uwięzi smyczka, mikro drumming, tło syntetyki, zalotny saksofon i perkusjonalne cello! Bystry suspens, szukanie rytmu, tłumienie emocji. Same smakołyki!

 

 

środa, 5 maja 2021

Hydra Ensemble and Voltas!


Jednym z wiecznie powracających tematów redakcyjnych dyskusji jest rola brzmień elektronicznych w żmudnym procesie swobodnej improwizacji. Na łamach Trybuny raz za razem dochodzi do małych wojen żywych i syntetycznych dźwięków, a recenzenckie emocje często kierują się ku deprecjonowaniu muzyki elektronicznej w kontekście improwizujących, w pełni akustycznych instrumentów. W naszej ultra subiektywnej ocenie elektronika, z racji swych nieograniczonych możliwości kreowania brzmień i struktur narracyjnych, często wiedzie prym w improwizacji, a sami artyści zdają się mieć dużo większe problemy z temperowaniem swoich namiętności niż operatorzy żywych instrumentów.

Dziś chcielibyśmy zaprosić do odczytu i odsłuchu płyty, która wydaje się idealnie godzić żywe, akustyczne dźwięki z intrygującą poświatą elektroniki. Tak właśnie, poświatą – do takiej roli sprowadzamy elektronikę, taka syntetyka podoba nam się najbardziej w zetknięciu z żywymi dźwiękami. Owa nieco złośliwa uwaga nie dotyczy jednak muzyki elektronicznej samej w sobie. Jeśli tylko ona rządzi sceną, nasza percepcja zjawiska jest zupełnie inna. Ale nie o tym dzisiejsza epistoła.

Zapraszamy do starego obiektu sakralnego w Rotterdamie, gdzie latem ubiegłego roku muzykowali artyści wyposażeni w trzy instrumenty akustyczne i jeden zestaw urządzeń, który dla uproszczenia nazwali electronics. Prawdziwie ekumeniczne towarzystwo – Portugalczyk Gonçalo Almeida na kontrabasie, Szwajcarka Nina Hitz i Chorwatka Lucija Gregov na wiolonczelach oraz Holender Rutger Zuydervelt (szerzej znany światu jako Machinefabriek) zatopiony w kablach. Artyści przygotowali dla nas sześć improwizacji, które trwają łącznie 45 minut z sekundami. Wydawcą płyty CD jest słoweński label Inexhaustible Editions (premiera miała miejsce w marcu br.).

 


Zakręty otwiera epicka, ponad 15-minutowa improwizacja, której dramaturgia rodzi się leniwie, w niemal minimalistycznej estetyce. Zaczyna kontrabasista, który dotyka struny smyczkiem lub delikatnie je szarpie. Po czym czeka, aż dźwięki ładnie wybrzmią. Po kilku chwilach na prawej flance coś zaczyna drżeć i wydawać pierwsze oznaki życia. Podobnie rzecz ma się na drugiej flance. Wiolonczelistki stawiają pierwsze kroki z dużą rozwagą – ich instrumenty skrzypią, dygoczą ze strachu, rysują małe drony, które lepią się z dużym dronem kontrabasu. Każdy z muzyków produkuje tu mikro preparacje, w początkowa rola elektroniki sprowadza się do wzmacniania strumienia dźwiękowego trzech strunowców. W połowie utworu czeka nas zmiana. Przez moment pozostajemy zatopieni w mgle ambientu. Wiolonczele schodzą do krypty i zaczynają pojękiwać. Kontrabas powraca z akcentami percussion. Zaczyna się nowa opowieść, odrobinę bardziej dynamiczna. Strings swobodnie tańczą, stojąc po kolana w gęstniejącym ambiencie. Syntetyka wybudza się z letargu i nerwowo skwierczy, zwiastując finał tego niebywałego kwadransa post-kameralnych emocji.

Kolejne cztery improwizacje są znacznie krótsze – trwają od trzech do sześciu minut. Druga zaczyna się od zmysłowego współistnienia obu sfer improwizacji – trzy swobodne smyczki i elektronika, która wstaje z kolan i przez moment hałasuje. W ramach reakcji obronnej strunowce wypuszczają się w cudowny, post-barokowy flow, którego jakość podkreśla minimalistyczne pizzicato kontrabasu. Kolejna opowieść budowana jest na dysonansie – elektronika skwierczy i pulsuje, struny oddychają i kreują małe, dronowe ekspozycje. Dramaturgia rośnie, choć dźwięków wcale nie przybywa. Piękne, nerwowe chamber z preparowanymi dźwiękami i zmysłową poświatą syntetyki. Część czwarta zmienia klimat. Wszystkie strunowce podrygują lekkimi, stylowymi ruchami, kreowanymi techniką pizzicato. Elektronika też stawia na drobne, rwane frazy. Całość narracji zdaje się unosić w powietrzu, a dźwięki strun rezonować delikatnie syntetycznym echem. Kolejna opowieść stawia na długie, efektownie brzmiące potoki dźwiękowe, posadowione nisko, niemal przy podłodze – uroczy post-barok z elektroniką, czającą się za rogiem.

Skąpani w cudownościach świetnie skonstruowanej, kameralnej elektroakustyki być może nie jesteśmy dobrze przygotowani na finał Zakrętów. Niemal 10-minutowa improwizacja, w trakcie której elektronika zaczyna pokazywać swoje nieco bardziej demoniczne oblicze. Narrację otwiera pizzicato kontrabasu, które napotyka na syntetyczne zasieki wielowątkowej, niemal stojącej w miejscu e-muzy. Wiolonczele zdają się być pełne niepokoju i egzystencjalnych wątpliwości – delikatnie, smutnie cmokają i pojękują. Oto opowieść, którą moglibyśmy nazwać electro chamber with jazz taste (ten ostatni atrybut z racji trybu pracy kontrabasu). Wszyscy aktorzy tej części widowiska szczęśliwie wchodzą we wzajemne interakcje, a sama syntetyka nie ma ambicji zdominowania sceny. Emocje jednak rosną, a dźwięki z kabli nie odpuszczają. Ostatnie frazy brzmią wyjątkowo zmysłowo. Po peaku elektroniki płyta umiera w poświacie czerstwego ambientu i rozleniwionych podrygów kontrabasu.

 


poniedziałek, 3 maja 2021

Valinho, Vicente, Dos Reis and Lucifora as Light Machina!


Ceremoniał otwarcia przypada w udziale samotnemu puzonowi. Duży blaszak kłębi się w sobie, podśpiewuje, stukają mu mechanizmy, a na dnie tuby rodzi się wątek, melodia strudzonego wędrowca, której ostrze zaczepnie kieruje się ku milczącym współtowarzyszom podróży. W połowie drugiej minuty syczeć zaczyna gitarowy amplifikator, a zaraz potem pierwsze, bardzo basowe dźwięki wydaje sama gitara. W tle pracują talerze, tworząc mgławice pięknych dźwięków. Zachowanie puzonu zwiastuje nadciągającą burzę, o tym samym zdają się świadczyć pierwsze frazy dostarczane przez trąbkę. Tak oto liquid quartet delikatnie żłobi koryto narracyjne - misterna plecionka perkusjonalii, gitarowy półtrans, ciche, relaksacyjne dialogi blaszaków. Dalszy przebieg pierwszej improwizacji bazuje na minimalistycznej gitarze, która trzyma meta rytm i kilku popisowych frazach trąbki. Narracja dociera na drobne wzniesienie i skrzy się rozkwitającą gitarą, skwapliwie wypełniającą przestrzeń, jaką pozostawił milczący puzon.

 


Kolejny etap podroży rozpoczyna się na suchym werblu. Obok pierwsze znaki życia dają preparowany puzon i gitara, która znów szuka niskich częstotliwości, a także trąbka, której wentyle syczą i delikatnie skrzeczą. Znów improwizacja budowana jest bardzo skrupulatnie, czasami z wyjątkowo drobnych elementów. Orszak owych frapujących dźwięków ciągnie ku górze puzon, a dobra robota gitary cały ich strumień istotnie zagęszcza. Nie bez znaczenia jest także matowe, ale pęczniejące tło perkusjonalii. Pikanterii całości dodają zmysłowe dialogi obu instrumentów blaszanych. W dalszej fazie kilkunastominutowej opowieści w rolę mąciciela dobrego nastroju wciela się gitara, która sieje ferment, brudzi brzmienie i sprawia, iż flow kwartetu, zwłaszcza po wybiciu szóstej minuty, można już określić jako całkiem głośny i intensywny. Zauważmy, iż to ekspresja bliższa rozimprowizowanego post-rocka niż ognistego free jazzu. Blaszaki kipią emocjami, gitara brzmi znów bardzo basowo, a nietypowo powykręcany drumming (przez moment pozostający nawet w solowej ekspozycji) dodatkowo eskaluje napięcie. Kolejne emocje nie karzą na siebie czekać - puzon i trąbka snują zmysłowe frazy na wydechu, a gitara dorzuca błyskotliwe ornamenty, godne post-klasycznego flamenco. W tym cudnym rozgardiaszu dramaturgicznym pojawia się także smyczek, który wynosi misterium niestandardowych zachowań scenicznych na jeszcze wyższy poziom. Rozłożysta, niemal epicka opowieść gaśnie z woli gitary, ale nim to nastąpi, dostajemy jeszcze garść wyjątkowo śpiewnych, blaszanych dźwięków.

Finałowa, najdłuższa pieśń Machiny Światła zaczyna się w tubach blaszaków. Puzon i trąbka kroczą spokojnym, ale intrygująco tanecznym krokiem. Bystrze łapią echo, zawłaszczają przestrzeń sali koncertowej niemal na wyłączność. Perkusja budzi się do życia po drugiej minucie, podrzucając garść dynamiki i całkiem sporo emocji. Opowieść pachnie tu post-free jazzem i czeka na przerwanie milczenia przez gitarę. Ta ostatnia wchodzi do gry dopiero pod koniec piątej minuty. Od razu rozstawia wszystkich po kątach brudnym, na poły rockowym, ponownie odrobinę basowym brzmieniem. Puzon zabiera się w tę przebieżkę (nawet przez moment błyskotliwie szczytuje), trąbka dla odmiany postanawia poczekać, cóż wyniknie z aktualnych wydarzeń scenicznych. Powraca dopiero w połowie dziewiątej minuty i śpiewa bolesne frazy, czyniąc to jakby o tempo wolniej niż reszta muzyków. W niczym to jednak nie przeszkadza, by tę fazę koncertu określić mianem całkiem ognistej. W połowie jedenastej minuty opowieść przygasa z woli gitary, która rysuje kilka post-klasycznych bohomazów, a w tle słyszymy świszczący wiatr z blaszanych tub i backgroundowy drumming. Klimat improwizacji zdaje się obracać o 180 stopni w dowolnej skali. Przez moment flow prowadzony jest przez gitarę jedynie w towarzystwie perkusji. Narracja pęcznieje, a powrót blaszanych łobuziaków ciekawie stygmatyzuje ją pewną wspólną, tajemniczą melodyką. Sam finał koncertu wydaje się być wyjątkowo rozchełstany, uroczo niestaranny, z gitarą, która szuka post-rockowych, meta psychodelicznych fraz, z perkusją, która płynie pełnym strumieniem mocy, wreszcie z przekrzykującymi się blaszakami. Końcowy ogień narracji zdaje się smakować jeszcze bardziej niż ten wcześniejszy, a ugaszony zostaje z saperską precyzją, niemal na raz.

 

Light Machina (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, CD 2021). João Valinho  - perkusja, Luís Vicente – trąbka, Marcelo dos Reis – gitara elektryczna oraz Salvoandrea Lucifora – puzon. Nagranie koncertowe, Salão Brazil, Coimbra, 1 marca 2020 roku. Trzy improwizacje, 41:22.

 

Uwaga! Autor recenzji jest współproducentem tej płyty!

 

piątek, 30 kwietnia 2021

Wilkinson & Serries! Ganga & Marogna! Gerard! Three new ones from A New Wave Of Jazz!


Belgijski label A New Wave Of Jazz, prowadzony przez gitarzystę Dirka Serriesa, od lat pracuje na markę jednego z najważniejszych wydawców europejskiej muzyki improwizowanej i jej bliższych lub dalszych okolic. Zauważmy wszakże, iż wbrew samej nazwie owej inicjatywy, wydaje się, że rzeczonego jazzu jest w niej akurat najmniej. Być może muzykiem, który tegoż jazzu sytuuje najwięcej na płytach labelu jest brytyjski weteran gatunku, Alan Wilkinson.

Wiosenna porcja nowości NWOJ dostarcza nam m.in. nagrań z udziałem rzeczonego saksofonisty (w duecie z dyrektorem wydawnictwa!), a także dwie płyty z udziałem muzyków, którzy w labelu debiutują.  Zapraszamy zatem na trzy świeże wypieki ze sporą porcją wysokogatunkowej śmietanki.

 


Alan Wilkinson & Dirk Serries  One In The Eye

Zaczynamy od spotkania znamienitych postaci europejskiej muzyki, przy okazji artystów, który razem grali na tyle dużo razy, iż ich doskonała wzajemna komunikacja nie powinna stanowić dla nas zaskoczenia. A zatem: Alan Wilkinson – klarnet basowy, saksofon barytonowy i altowy, także głos oraz Dirk Serries – gitara akustyczna. Dwa spotkania muzyków skomponowane na dwóch dyskach - pierwsze studyjne (Sunny Side w Anderlechcie, listopad 2019 roku), drugie koncertowe (Hundred Years Gallery w Londynie, styczeń 2020 roku) – łącznie 10 improwizacji, 92 minuty z sekundami.

Część studyjna, ośmioczęściowa, trwa niemal pełną godzinę zegarową i lśni całą paletą możliwości obu muzyków, a zwłaszcza saksofonisty, który korzysta z trzech instrumentów, ale jak doskonale wiemy, nade wszystko jest mistrzem barytonu, który w jego ustach potrafi brzmieć czasami jak … alt. Często w trakcie odsłuchu recenzent długo zastanawiał się, jaki saksofon gra dla nas te akurat piękne dźwięki. Muzycy proponują nam bardzo swobodne improwizacje, osadzone z jednej strony w jazzowych korzeniach, z drugiej - w post-baileyowskiej awangardzie. Pierwsze dwa utwory grane są przez Wilkinsona na saksofonie altowym. Artyści snują na ogół dość separatywne wątki, ale każdy wydawany dźwięk wchodzi w dobrą relację z działaniami interlokutora. Wzajemne imitacje są tu raczej rzadkością, ale kiedy do nich dochodzi, narracja bez trudu daje nam to, co najlepsze. W kolejnych dwóch częściach na studyjnej scenie pojawia się klarnet basowy. Najpierw muzycy kreują coś na kształt dead ballad, mruczą na siebie i stawiają sobie coraz ambitniejsze wyzwana. Gdy podkręcają tempo, wykazują się dużą swobodą dramaturgiczną i techniczną gibkością. W wielu momentach sięgają po preparowane dźwięki, zwłaszcza gitarzysta, który masywności dużego klarnetu stara się przeciwstawiać zwinność i bystrość granych przez siebie fraz.

W kolejnych trzech improwizacjach Wilkinson sięga po baryton i stawia kolejny stempel na zaświadczeniu, iż w tej dziedzinie próżno szukać mu konkurentów na Starym Kontynencie. W piątym utworze na zamglone drony barytonu Serries odpowiada systematycznym rozciąganiem, czy wręcz rozrywaniem strun. Muzycy serwują nam całą plejadę efektownych fonii, czyniąc ów utwór bodaj najlepszym momentem dwupaku. W następnej części baryton, dla odmiany, stara się być lekki, taneczny, frywolny i gotowy na każde wyzwanie. Opowieść toczy się od ekspresji free jazzu, po tłumione emocje post-chamber. Jest powolna śmieć, jest życiodajny, jurny galop. Pojawiają się wreszcie dźwięki wprost z gardła muzyka, które zlepione z frazami dęciaka tworzą foniczne realia jedyne w swoim rodzaju. Niedługo potem baryton sięga po naprawdę wysokie skale i uroczo śpiewa na tle gitarowych, bystrych przygrywek. Są, i niedźwiedzie pomruki i kocie piski – king of the baritone! Na finał części studyjnej Alan powraca do saksofonu altowego. Preparuje instrument, podczas gdy Dirk piłuje struny ostrymi krawędziami. Trochę śpiewu, kilka westchnięć i półgłosów, w tle minimalistyczna gitara. Na zakończenie intensywność gry znacząco wzrasta, a całość zdaje się pachnieć post-bluesem dla oszalałej garstki freaków.

Koncert zamieszczony na drugim dysku trwa niewiele ponad dwa kwadranse i składa się z dwóch epizodów. W pierwszym z nich Wilkinson sięga po klarnet basowy. Narracja od startu nabiera pewnej dramaturgicznej chybotliwości. Dęciak snuje się leniwie od pszczelego warkotu po ptasie zaloty, a lekka, zaczepna gitara, choć bardziej stabilna emocjonalnie, samymi preparacjami jest w stanie zawładnąć sceną. Opowieść ma kilka faz – najpierw, to ocean sprytnych subtelności i urokliwych short-cuts, potem przedmorze ciszy z lekkimi podmuchami dęciaka i strunami, które muzyk precyzyjnie szoruje, wreszcie wzgórza wzmożonej ekspresji, gdy narracja zdaje się intrygująco krążyć wokół meta rytmu budowanego przez repetujący klarnet. W drugiej części koncertu na scenie pojawia się nasz ulubiony baryton. Najpierw snuje efektowne drony na tle szeleszczącej gitary. Oczywiście pojawiają się dźwięki wprost z gardła saksofonisty. Śpiewne frazy, dramaturgiczne zadziory i cała masa gitarowych zasieków, które zwinnie kreują emocje i nie zostawiają dużo miejsca na zbyt refleksyjne zachowania. Muzycy posyłają nam kilka post-freejazzowych grepsów i większą dynamikę, która swoje maksimum lokalne zdaje się osiągać na sam koniec koncertu.

 


Arvind Ganga & Riccardo Marogna  Ballads From The Wrecked Ship

Kolejny dziś duet, to także gitara, ale elektryczna (z obiektami!) i dęciak - saksofon tenorowy i klarnet basowy (doposażone w elektronikę). W holenderskiej Hadze, w miejscu zwanym Helicopter, pod koniec listopada 2018 roku spotykamy dwóch intrygujących muzyków. Pierwszy, to nasz dobry znajomy Arvind Ganga, drugi zaś, to trybunowy debiutant Riccardo Marogna. Zagrają dla nas siedem swobodnych improwizacji, których odsłuch zajmie nam 41 minut i 47 sekund.

Ganga i Marogna zabierają nas do świata swobodnej improwizacji, która bazuje na żywych instrumentach, ale świetnie łączy ich dźwięki z plamami syntetyki i innymi zdobieniami, które może dostarczyć rozważnie wykorzystywana elektronika. Płyta jest bardzo ciekawie skonstruowana pod względem dramaturgicznym. Pierwsze trzy improwizacje zdają się stawiać na dość masywne, chwilami intensywne frazy (jakkolwiek muzycy rzadko puszczają wodze ekspresji lub tym bardziej hałasują), czwarta zaś część zbudowana jest niemal z samych syntetycznych dźwięków i stanowi intrygujący kontrapunkt. Ostatnie trzy improwizacje, choć budowane z tych samych elementów składowych, jak trzy pierwsze, wydają się na ich tle wyjątkowo filigranowe i tkane z samych niemal drobiazgów.

Pierwsza improwizacja kreowana jest przez syczący, preparowany saksofon, który po pewnym czasie ustępuje miejsca klarnetowi basowemu (trzymanie klimatu, to ważna rzecz dla tych muzyków) oraz gitarę z ołowianymi, szorstkimi, jakby niedostrojonymi strunami. Muzyka toczy się leniwie, ale gęsta jest od żywych dźwięków, a także udanych elektronicznych wstrętów, które podkreślają brzmienie dęciaka i gitary, czasami zaś wydają się być ich echem, efektem live processing. Druga część pogłębia jeszcze proces fonicznych dekonstrukcji, przypomina nerwowy dialog kochanków, pełen szumów, półfraz, strachu przed wypowiadaniem złych treści, tudzież elektrycznych oddechów i dętych wyziewów. Uwięziona psychodelia, strzępy ekspresji, które wybuchają jakby mimochodem. Kolejna część przypomina leniwego, martwego bluesa. Saksofon wchodzi do gry po niemal dwóch minutach i pośpiewuje zalotnie. Duetowe gorzkie żale, które dopiero pod koniec dodatkowo zdobione są plamami syntetycznych dźwięków. Anonsowana już wcześniej środkowa część płyty zbudowana jest z gitarowych przesterów i chwilami niemal plądrofonicznej elektroniki. Jedynie na sam koniec improwizacji dociera do nas dźwięk szorowanych strun i uderzania po metalowych powierzchniach.

Ostatnie trzy improwizacje kreowane są przez drobne, chwilami wręcz delikatne frazy. Część piąta nie korzysta ze wsparcia elektroniki. Żywe, spokojne frazy saksofonu i gołe, wychudzone struny gitary. Opowieść klei się z kantów i zadziorów, ale nie eskaluje natężenia dźwięku. Szósta opowieść, to gra na małe pola, którą zdobi intensywny pogłos. Preparowane dźwięki klarnetu basowego niesione są wartką poświatą elektroniki. Gitara także preparuje dźwięki, a na zakończenie nerwowo pulsuje. Wreszcie finał tej wyjątkowo smakowitej płyty - szum z tuby, gitarowe short-cuts, akcenty post-percussion, zapewne z wykorzystaniem metalowej obudowy dęciaka. Same drobiazgi, pikantne, efektowne szczegóły.

 


Pierre Gerard  Pieces Of Apparatus

Na koniec spotkania z nowościami NWOJ zapraszamy na improwizację na gitarę solo (opis płyty nie wskazuje na instrumentarium, jesteśmy zatem zdani jedynie na dobre ucho recenzenta) w wykonaniu Pierre’a Gerarda, muzyka, jak wieści liner notes, znanego lokalnie (czyli w Belgii), bardzo niszowego i dalece minimalistycznego we wszystkim, za co bierze się w dziedzinie działań artystycznych. Muzyk proponuje nam pięć długich improwizacji, które trwają łącznie 53 minuty, a które powstały w styczniu 2019 roku (miejsce akcji także nieznane).

Dla miłośnika improwizowanych emocji, tudzież strumieni niczym nieskrępowanej ekspresji, obcowanie z minimalistyczną muzyką Gerarda jest doprawdy dużym wyzwaniem. Obok chwilami specyficznie brzmiącej gitary (akustycznej z amplifikacją, elektrycznej, ale z małym prądem?) pełnoprawnym aktorem tego nad wyraz leniwego spektaklu (performansu?) jest także … cisza. Jeśli zliczyć wszystkie porcje ciszy umieszczone pomiędzy improwizacjami, a także w ich trakcie, z pewnością doliczylibyśmy się dziesięciu minut, jeśli nie więcej. Ale cóż, obowiązki recenzenta wzywają, zajrzyjmy do środka albumu Pieces Of Apparatus.

Drżąca gitara, która wydaje się nietypowo zestrojona, wydaje pojedyncze dźwięki, czasami lepi je w pół akordy, czasami w pełne akordy. Dźwięki wybrzmiewają i powracają w stanie nienaruszonym. Czasami to ledwie molekuły, drobinki, innym razem większe strzępy fonii, niepozbawione usterek, kiksów i celowych zniekształceń. Muzyk w tej minimalistycznej zabawie bywa udanym naśladowcą pewnych strategii improwizacyjnych Dereka Baileya, bywa także dalekim korespondentem post-folkowych bardów, którzy zagubili drogę na bezkresnej prerii. Wszystko wszakże realizuje na dużym luzie, jest w punkowym stylu niechlujny, nieprzywiązany nadmiernie do formy i ostatecznego kształtu improwizacji. Wraz z rozwojem leniwej sytuacji scenicznej w narracji Gerarda pojawia się coraz więcej ciszy, a jej plastry potrafią, zwłaszcza na początku danej części, trwać więcej niż minutę. Po dwóch kwadransach takiej lekcji cierpliwości, opowieść zaczyna nużyć. Przypomina muzykę, która zdaje się osiągać stan agonii. Dźwięki umierają lub powtarzają się z artystycznym uporem, godnym lepszej sprawy. Frazy przybierają coraz delikatniejsze, wręcz filigranowe formy, ale wiemy, iż Pierre Gerard mógłby je grać bez końca.