wtorek, 10 marca 2026

Zeitkratzer! A short story from heaven to hell and back again!


Ubiegłotygodniowa prezentacja najnowszego albumu Reinholda Friedla wywołała w gronie redakcyjnym coś na kształt recenzenckich wyrzutów sumienia. Oto bowiem jedna z najważniejszych postaci europejskiej muzyki kreatywnej ostatniego ćwierćwiecza bywa na tych łamach traktowana nie tyle po macoszemu, co sukcesywnie pomijana.

Trybuna Muzyki Spontanicznej, jak powszechnie wiadomo, to głos improwizującego ludu miast i wsi, stąd zainteresowanie, tudzież czas poświęcany sztuce, dla której improwizacja jest jedynie jedną z wielu metod pracy nie zawsze są należyte. Wiele wskazuje na to, że w najbliższej przyszłości sytuacja ta nie ulegnie zmianie, ale … z ogromną przyjemnością zapraszamy dziś na krótki przegląd dokonań formacji Zeitkratzer (często pisanej z małej litery). Reinhold Friedl jest jej szefem, naczelnym kompozytorem, czasami dyrygentem, także pianistą, muzykiem improwizującym, artystą szukającym w pudle rezonansowym wielkiego instrumentu strunowego drugiego, jakże piekielnego dna.

 


Zeitkratzer tworzy na ogół stała grupa artystów, z których większość świetnie znamy ze sceny muzyki improwizowanej i szeroko pojętego wykonawstwa muzyki współczesnej, z saksofonistą i klarnecistą Frankiem Gratkowskim oraz perkusjonalistą Maurice’em de Martinem na czele. W zestawie podstawowych narzędzi pracy muzyków odnajdujemy zazwyczaj dwa-trzy instrumenty dęte, trzy-cztery strunowe, perkusjonalia i preparowany fortepian lidera.

W repertuarze zespołu jesteśmy w stanie odnaleźć każdy gatunek – rock, jazz, noise, muzykę ludową, elektronikę, także tę taneczną (np. Kraftwerk), piosenki avant-popowe, a nawet serbskie pieśni bojowe. Oczywiście nie brakuje palety wybitnych kompozytorów muzyki współczesnej, częściej wszakże tych, których moglibyśmy zaliczyć do grona pionierów minimalizmu. Stale jest tu obecny Iannis Xenakis, który zdaje się być z perspektywy lat artystycznym guru dla Friedla i Zeitkratzer. Albumy formacji często wypełniają kompozycje samego Friedla, a także incydentalnie Franka Gratkowskiego. Poniżej listujemy nagrania, które z perspektywy piszącego te słowa wydają się definitywnie najciekawsze, a które winny także przypaść do gustu miłośnikom muzyki improwizowanej, zatem stałemu elektoratowi Trybuny.

  


Zacznijmy wszakże od tego, co najświeższe na półce z napisem Zeitkratzer. Ich najnowsze dokonanie, to cykl pięciu … winylowych pięciocalówek zatytułowanych Abkratzen, które dostarcza jeden z najważniejszych dla dorobku Friedla i zespołu wydawców, czyli krajowy Bocian Records. Każda z płyt zawiera po dwa dwuminutowe utwory, które są fragmentami ścieżki dźwiękowej do bliżej nam nieznanego, chyba fabularnego filmu Horses Are The Survivors of the Heroes. Dwie pierwsze płyty są dostępne na bandcampie wydawcy, trzecia jest już wyprodukowana, a dwie kolejne czekają na ów fakt edytorski. Natomiast ostatni pełnowymiarowy album grupy wypełnia kompozycja Gillesa Sivilotto Handmade, zaprezentowana zarówno w wersji elektronicznej (dwukrotnie), jak i akustycznej, a także w interpretacji wokalnej Isabelle Duthoit.

  


Na dobry początek naszego krótkiego overview wrzućmy do odtwarzacza (w tym wypadku kompaktowego) album zatytułowany Kore. Tradycyjnie dla Friedla i formacji materiał kompozytorski stanowi jedynie drogowskaz, rodzaj prawdopodobnego scenariusza zdarzeń, do jakich może dojść w trakcie procesu twórczego, a nie twarda, niepodlegająca dyskusji notyfikacja kompozytora. Tantiemy autorskie zbiera tu pianista, a kompozycja stanowi rozwinięcie pomysłu, jaki przeświecał autorowi dekadę wcześniej i zarejestrowany został na albumie Xenakis [a]live! Materiał inspirowany eksperymentalnymi nagraniami z taśmami greckiego kompozytora (szczególnie Persepolis), tu zaprezentowany w czterech kilkunastominutowych odsłonach, stanowić ma swoisty hommage Friedla dla Xenakisa. Aparat wykonawczy jest dziewięcioosobowy, a każdy z akustycznych instrumentów poddany zostaje procesowi amplifikacji. Efektem jest gęsto ustrukturyzowany dron wzmocnionej akustyki, który przypomina wielkie zgrzytanie zębami, chętnie sadowi się w pobliżu estetyki noise i post-industrial, a zarejestrowany został w okolicznościach koncertowych. Wspaniałe nagranie!

  


Równie intensywny i bliski estetycznie Kore jest album zatytułowany Duft. Muzycy biorą tu warsztat Handmade Gillesa Sivilotto (jak się okazuje, nie po raz ostatni) oraz kompozycję Franka Gratkowskiego Estuaria. Szczególnie intryguje pierwszy utwór, który jest pochodem preparowanych dźwięków strunowych i dętych, a sprawia wrażenie swobodnej improwizacji dziewięcioosobowego ansamblu, systematycznie wiercącego wielką dziurę w naszych receptorach słuchu. Utwór podpisany przez Gratkowskiego jest spokojniejszy, stanowi strugę płynnej, nieco medytującej akustyki. Kolejny pomnikowy album w dorobku formacji, wydany na trwającym niespełna dwa kwadranse czarnym krążku przez Bociana!

  


Jeśli szukamy nagrań najsilniej nawiązujących do estetyki noise, zawierających porcje kompulsywnego, jakże pięknego hałasu, sięgnąć winniśmy po kolejny krótki winyl wydany przez Bociana (tu w tajemniczej kooperacji z Musica Genera!). Album Saturation zawiera na pierwszej stronie kompozycję Monochromy Zbigniewa Karkowskiego, co stanowi wystarczającą rekomendację gatunkową, a na stronie drugiej friedlowski Xenakis Alive I. Mroczne, siarczyście brudne, surowe brzmienie wzmaga tu użycie analogowego samplera, który uzupełnia tradycyjne, akustyczne brzmienie pozostałych instrumentów, które wykuły w skale to niesamowite nagranie.

  


Jeśli Zeitkratzer gra kompozycję Kaspera T. Toeplitza, to wiemy, że estetyka noise znów zagości w naszych uszach! Podwójny, kompaktowy album Agitation/ Stagnation zawiera nagranie koncertowe z krakowskiego Festiwalu Sacrum Profanum, ale w formie dalece niestandardowej. Pierwsza płyta zawiera 37-minutowy zapis koncertu, druga zaś jego elektroniczne odbicie (wedle opisu electronic score), trwa zatem dokładnie tyle samo, co żywe nagranie. Albumowe credits sugeruje, by obu płyt … słuchać jednocześnie. Formacja rozrasta się tu do tentetu, w składzie którego odnajdujemy samego kompozytora wcielającego się w rolę dyrygenta (po społu z Friedlem), a także mącącego akustyczną florę formacji porcją intrygującej elektroniki. Dodajmy, iż album dostarcza oczywiście Bocian!

  


Czas na wielki gabaryt! Najpierw sięgnijmy po kompozycję Friedla zatytułowaną Krafft, która została wykonana siłą podwójnego zespołu. Z jednej strony dziewięcioosobowy Zeitkratzer, z drugiej francuska załoga Ensemble 2e2m, także złożona z dziewięciu artystów. Nad wykonaniem dzieła czuwa dyrygent Pierre Roullier. Instrumentarium obu formacji jest akustyczne, do tego niemal bliźniacze – trzy dęte, cztery strunowe, perkusjonalia i fortepian. Kompozycja Friedla ma definitywnie monumentalny charakter, zdaje się być rytmicznym oddechem wielkiego stwora. Frazy osiemnastu instrumentów, grane na ogół unisono, tworzą tu gęstą strugę dźwięków, która balansuje pomiędzy filharmonicznym spazmem, a post-kameralnym samouspokojeniem. Całość trwa niewiele ponad dwa kwadranse, jest rejestracją koncertową z Paryża, dostępną w formacie CD. Dodajmy, iż w trakcie komponowania Krafft pianista wykorzystał specjalnie oprogramowanie stymulujące losową sekwencję zjawisk fonicznych.

  


Grand Orchestra, to już czyste, artystyczne szaleństwo! Na scenie berlińskiego Domu Kultury Światowej, pewnego letniego wieczoru 2011 roku, zebrano prawie sześćdziesięciu muzyków, pośród których znaleźli się członkowie Zeitkratzer, szerokie grono ich gości, a także przedstawiciele formacji The Berline Pipe Company oraz Tenor Drum. Niewykluczone, iż na scenie znaleźli się także muzycy nieprofesjonalni. Kompozycja Friedla zwie się Grand Orchestra for mixed orchestra and bagpipes, a pomieszczono ją na kompaktowym dysku w dwóch niezatytułowanych częściach. Nagranie jest prawdziwie ekstatyczne, realizowane zazwyczaj na pełnym wydechu, gęste jak wulkaniczna lawa i tylko w ścisłe określonych interwałach czasowych mniej intensywne. Całość zdaje się być kolejną inkarnacją The Great Learning Corneliusa Cardew, może też przywoływać w pamięci nagrania Spontaneous Music Orchestra, zwłaszcza te, w trakcie których do procesu wykonania utworu włączano muzyków amatorów, a także publiczność zgromadzoną na koncercie. W momentach szczególnych eksplozji wątek prenatalnego free jazzu i Globe Unity Orchestra też może okazać się ciekawym skojarzeniem.

  


Po takim wulkanie dźwięków i emocji zasłużyliśmy na dłuższe chwile odpoczynku. W tym niecnym dziele pomocne okazać się mogą albumy wydane w ramach serii Old School. Friedl zaaranżował cztery takie wydarzenia, a każde z nich zawiera kompozycje innego mistrza/ klasyka/ legendy minimalizmu i muzycznego eksperymentu - odpowiednio Jamesa Tenneya, Johna Cage’a, Alvina Luciera i Karlheinza Stockhausena. W tym zestawie szczególnie urokliwa wydaje się kolekcja trzech kompozycji Tenneya (w winylowej reedycji - dwóch). To opowieść momentami niebywale medytacyjna, uformowana w wielominutowe drony, których estetyka śmiało nawiązuje do akustycznych kompozycji Eliane Radigue. W podobnym klimacie, choć nieco bardziej tajemniczym, onirycznym odnajdujemy pierwszy fragment albumu z kompozycjami Johna Cage’a. Z kolei w kolekcji utworów Alvina Luciera, w zasobach instrumentalnych Zeitkratzera odnajdujemy obok tradycyjnych, akustycznych instrumentów tzw. obiekty.

  


Po kompozycje Karlheinza Stockhausena Friedl i Zeitkratzer sięgają także na albumie Stockhausen: Aus Den Sieben Tagen, gdzie gościnnie swoje wokalne możliwości prezentuje Keiji Haino. Japoński artysta, którego znamy ze świeżego duetu z Friedlem, o którym pisaliśmy w ubiegłym tygodniu, w tym nagraniu wydaje się nadspodziewanie spokojny, mniej demoniczny, raczej w nastroju do nieco wytłumionej, dronowej kontemplacji. Album składa się z pięciu utworów, z których szczególnie miło rozbujany wydaje się ten najdłuższy, wieńczący album. Po stronie wykonawczej warto zaczynać, iż na liście plac znalazł się muzyk odpowiedzialny za brzmienie - w tym wypadku jego wkład w ostateczny kształt nagrania określono mianem acoustic noise.

  


Naszą opowieść o wybranych albumach Zeitkratzer kończymy przywołaniem płyty wydanej w Polsce pod koniec pierwszej dekady obecnego wieku, a zatytułowanej zeitkratzer play PRES Polish Radio Experimental Studio. Na pierwszym krążku podwójnego wydawnictwa zamieszczone zostały klasyczne utwory polskich kompozytów, którzy niemal siedem dekad temu współtworzyli Polish Radio Experimental Studio – m.in. Eugeniusza Rudnika, Krzysztofa Knittela, czy Bogdana Mazurka. Elektroniczne utwory, które na zawsze zmieniły obraz eksperymentalnej muzyki współczesnej na drugiej płycie zestawu wykonywane są przez muzyków Zeitkratzera, oczywiście w pełni akustycznym instrumentarium. Dla wielu przygoda z Friedlem i jego formacją właśnie wtedy zaczęła się na dobre. Zawsze warto wracać do tego nagrania, a może od niego rozpocząć swoją własną przygodę z tą muzyką.

 

Po szczegóły dyskograficzne prezentowanych albumów odsyłamy na bandcampową stronę Zeitkratzer, a także Bocian Records. Wszakże by mieć pełny ogląd zjawiska warto zajrzeć na niezastąpioną stronę discogs.com, bo chyba tylko tam znajdziemy wykaz całego dorobku artystycznego formacji.

 

piątek, 6 marca 2026

Keiji Haino & Reinhold Friedl are truly, slightly, overflowing, whereabout of good will!


Artystyczne losy Reinholda Friedla, niemieckiego pianisty, kompozytora, band leadera, improwizatora, muzyka, który jako pierwszy użył określania inside piano, nie śledzimy na tych łamach szczególnie skrupulatnie. To oczywisty błąd, ale nie będziemy z tego powodu posypywać głowy popiołem, usprawiedliwiać się brakiem czasu, tudzież twierdzić, że internet nie jest z gumy.

Bez zbędnej zwłoki sięgniemy za to po jego najnowszą produkcję - duet poczyniony z wieloletnim współpracownikiem Keiji Haino (zwłaszcza w kontekście formacji Zeitkratzer), japońskim artystą ekspresyjnej, avant-rockowej gitary i równie ekspresyjnego, jak demonicznego głosu.

Dodajmy, iż nagranie możemy posiąść w formie poręcznej płyty kompaktowej lub pięknego, ale mniej przydatnego czarnego krążka. Pierwszą produkuje sam artysta, winyl z kolej poszerza bogate portfolio krajowego Bociana. Kompakt przynosi trzy utwory, winyl jedynie dwa pierwsze. A sam Haino używa w nich wyłącznie głosu.

  


Pierwszy utwór, to w warstwie werbalnej klasyk Strange Fruit, który w interpretacji Haino zdaje się być Koszmarem z Ulicy Wiązów, ostatnią drogą bohatera Jądra Ciemności, spirytualnym rytuałem śmierci. Haino szepcze, recytuje, melorecytuje, czasami nuci nieistniejącą melodię, innym razem krzyczy lub dobywa z gardła frazy, za które mógłby odpowiadać lovecraftowski Cthulhu, gdyby kiedykolwiek dano mu prawo głosu. Friedl pracuje we wnętrzu fortepianu, preparuje struny wszystkim, co wpadnie mu w ręce, a rozmach jego instrumentacji przypomina wielką orkiestrę symfoniczną, która po raz ostatni interpretuje Święto Wiosny Strawińskiego. Ten specyficzny akompaniament bywa wytłumiony, ale zawsze mroczny i nerwowy, jest też w stanie swobodnie osiągnąć stadium post-industrialnego hałasu. Na zakończenie kilkunastominutowej opowieści Haino mruczy pod nosem demoniczną kołysankę, kolejną inkarnację Rosemary’s Baby.

Druga opowieść rodzi się w gęstej ciszy. Tworzy ją szmer z gardła i samego dna pudła rezonansowego piana. Pierwsze frazy tego drugiego brzmią gamelanowo, cokolwiek to znaczy w zastanej sytuacji dramaturgicznej. Haino i Friedl lepią teraz dźwięki, które przypominają szum kolejki w lunaparku, która wjeżdża do jaskini z potworami. Emocje narastają wraz z każdym kolejnym etapem tej szalonej przejażdżki. Haino zaczyna krzyczeć, Friedl uruchamia moc czarnych klawiszy. Wielki niedźwiedź wyszedł z legowiska i wystawia swą posagową sylwetkę na działanie silnego wiatru. Opowieść staje się bardzo głośna, a następujące tuż potem uspokojenie wydaje się bardzo pozorne. Medytacja przy blasku mrożącego księżyca dobrze konotuje w ujęciu gatunkowym. Finał jest zaskakująco oniryczny, choć ciągle groźny, niebywale niepokojący.

Trzecia historia trwa tu ponad dwadzieścia trzy minuty. Początek przypomina wieczorną modlitwę. Struny drżą, głos deliberuje w wysokiej tonacji. Rodzaj ceremonialnego wyniesienia. Opowieść zastyga w mroku, ale już po chwili rozpoczyna się prawdziwe trzęsienie ziemi. Haino krzyczy wielosekundową strugą trwogi, dźwięki piana formują się w nieskończone drony. Te ostatnie przez chwilę przypominają silnik elektryczny, który nie daje się uruchomić. Wokalista podśpiewuje pod nosem, by po chwili mruczeć, jak demon z zaświatów. To Dolina Szaleństwa, parafrazując epokowe dzieło pisarza, którego nazwisko padło już w tej recenzji. Druga faza utworu przynosi jeszcze więcej zmian i zaskakujących rozwiązań. Haino parska, jodłuje, ponownie krzyczy, ale wszystko czyni jakby w bardziej radosnej tonacji, odnajdując na dnie gardła strzępy melodii. Friedl buduje akustyczny ambient i sięga po powtórzenia, które tworzą coś na kształt delikatnego rytmu. Ostatnia prosta, to ocean drżenia, jakby wielka metalowa konstrukcja miała za chwilę runąć w objęcia mrocznego oceanu. Gdy już otworzysz oczy, nie wykluczone, że poczujesz zapach napalmu o poranku.

 

Keiji Haino & Reinhold Friedl Truly, slightly, overflowing, whereabout of good will (Zeitkratzer Productions, CD 2025/ Bocian Records, LP 2026). Keiji Haino – głos oraz Reinhold Friedl – fortepian preparowany. Nagrane w Morphine Studios, Berlin, 2024/25. Trzy utwory, 55 minut (CD), dwa utwory, 32 minuty (LP).



wtorek, 3 marca 2026

Keeffe, Lisle & Serries in Intangible Construct!


Belgijskie wydawnictwo A New Wave Of Jazz otwiera nowy rok kolejnym smakowitym albumem z akustycznym free impro, prezentując go, podobnie jak kilka poprzednich, jedynie w digitalnej formule.

Na deskach brukselskiego studia nagraniowego trójka świetnie nam znanych artystów, którzy nie wymagają jakichkolwiek rekomendacji, choć trzeba zauważyć, iż trębaczka Charlotte Keeffe nie gości aż tak często na płytach labelu, jak jego szef, gitarzysta Dirk Serries i jej brytyjski kompan, perkusista Andrew Lisle. Słuchając tego albumu warto zapisać sobie w głowie, iż całkiem prawdopodobnym jest fakt, iż artyści ci jesienią wylądują na pewnym spontanicznym festiwalu w Polsce, w ramach dużej, definitywnie free jazzowej załogi.

Tu zagrali bardziej subtelnie, w pełni akustycznie, wyczuleni na każdy dźwięk, każdy niuans dobrze unerwionej dramaturgii zdarzenia. Definitely welcome!

  


Pierwsze dźwięki nagrania wyłaniają się ze szmeru, jakie dostarcza studyjne urządzenie, które być może jest wentylatorem, a może wzmacniaczem podpiętym pod akustyczną gitarę. Minimalistyczny początek, pewna powolność, drobne zawahanie, to tylko kilkudziesięciosekundowa poza, z której wyłania się nerw dobrze dociążonej emocjami narracji. Najpierw rozkołysanie, potem skok na głębszą wodę. Druga improwizacja trwa tu kilkanaście minut, a jej pierwszą połowę wypełnia balansowanie na granicy ciszy. Jesteśmy w pieczarze ledwie słyszalnego post-ambientu, gdzie każdy półdźwięk, czy mikrofaza zasługują na miano szczególnie urokliwej. Z tej magmy ciszy wyłania się wreszcie gitarowy akord, potem plama z trębackiego wentyla i uderzenie w krawędź werbla. Bardzo zmienna narracja szybko wyprowadza muzyków na ekspresyjne wzniesienie. Całość wieńczy krótkie solo perkusji.

Trzecią improwizację zaczyna ten, kto kończył poprzednią. Tu początek także jest żmudny, ale nasycony dobrze słyszalnymi frazami. Najpierw artyści osiągają pewną powtarzalność, dopiero potem cisną na gaz. W ogniu koherentnej wymiany ciosów odnajdują się wszakże dopiero pod koniec utworu, który trwa prawie dziesięć minut. Finałowa opowieść budowana jest z drobnego, dość lekkiego budulca, ale od startu ma specyficzną dynamikę. Chwilami to niemal zabawy w modelowe call and response. Kameralny posmak, dialog trąbki i gitary, wreszcie perkusja, która pracuje niczym metronom. Po krótkim epizodzie mrocznego i rezonującego spowolnienia improwizacja nabiera masy właściwej, płynąc strugą rzewnej, trębackiej melodii sączonej przez zaciśnięte gardło. Smyczek na gryfie gitary, to kolejna wisienka na tym smakowitym torcie.  

 

Keeffe, Lisle & Serries Intangible Construct (A New Wave of Jazz, DL 2026). Charlotte Keeffe – trąbka, Andrew Lisle – perkusja oraz Dirk Serries - archtop guitar. Nagrane w Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, Bruksela, kwiecień 2022. Cztery improwizacje, 33 minuty.



piątek, 27 lutego 2026

Adrian Northover & Marcello Magliocchi in quintet and trio!


Brytyjski saksofonista Adrian Northover i jego wieloletni, muzyczny kompan, włoski perkusista i perkusjonalista Marcello Magliocchi należą do wąskiego grona artystów, którzy w szczególny sposób kultywują tradycję swobodnych, filigranowych, molekularnych improwizacji, jakie objawił światu niemal sześć dekad temu the one and only John Stevens i jego Spontaneous Music Ensemble. Na łamach bloga, którego nazwa nie jest w tym kontekście przypadkowa, pisanie o muzyce Anglia i Włocha to prawdziwa przyjemność, ale i ustawowy obowiązek.

Dziś w pierwszej kolejności sięgniemy po nagranie The Runcible Quintet – formacji, która powraca do nas po raz czwarty (a nawet piąty). Potem zagłębimy się w dźwiękach pewnego włoskiego tria z intrygującym brzmieniem preparowanego akordeonu. Dodajmy, iż oba omawiane albumy zostały zakwalifikowane do 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025. A zatem sam miód, krew improwizacji, którą kochamy najbardziej. Zapraszamy do każdego dźwięku!

 


The Runcible Quintet Two (Bandcamp’ self-released, CD 2025)

John Marshall Hall, Christchurch, Blackfriars, Londyn, maj 2025: Neil Metcalfe – flet, John Edwards – kontrabas, Marcello Magliocchi – perkusja, Adrian Northover – saksofon sopranowy oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Pięć improwizacji, 51 minut.

Dwa instrumenty strunowe, dwa niebywale lekkie dęciaki i filigranowa perkusja, to instrumentarium The Runcible (w przypadku tej ostatniej, to raczej small drum kit, podobny ekwipunek, jakiego używał John Stevens). Kwintet zaczynał swe fonograficzne życie od płyty zatytułowanej Five, potem numeracja cofała się. Teraz artyści doszli do tytułu Two, ale zdaje się, że w międzyczasie, w formie drobniejszej ekspozycji, popełnili już nagranie One. Tak, czy inaczej ten kwintet, to jedna z najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły się swobodnej improwizacji na Starym Kontynencie w ostatniej dekadzie.

Muzycy od pierwszego dźwięku stawiają na kreatywny kolektywizm i od tej reguły odstąpią jedynie w najdłuższej, trzeciej opowieści. Zadziorna feeria żywej akustyki w stanie ciągłej interakcji, niekiedy całkiem intensywnej, to naczelna charakterystyka tej muzyki. Druga opowieść wydaje się jeszcze bardziej dynamiczna, ale zarazem intrygująco ulotna, jakby każda fraza dostawała skrzydeł i szukała nieboskłonu. Jeśli początek grany jest tu na wydechu, to rozwinięcie uznać można za głębokie westchnienie, a finalizację za kameralny wdech. Nie brakuje w tej opowieści zabaw z rytmem, choć nie jest to sytuacja typowa dla Runcible. W trzeciej, prawie 20-minutowej improwizacji, muzycy mają czas na wszystko – kolektywne podrygi, samotne ekspozycje (gitara, perkusja), a także igraszki w podgrupach – dęte dialogi na bazie percussion i takież z udziałem strunowców. W drugiej dziesiątce minut muzycy nadymają policzki i eksplodują porcją czegoś, co śmiało możemy określić mianem free jazzowej kulminacji, choć bez typowej dla gatunku masy właściwej. Czwarta opowieść zainagurowana zostaje przez kontrabasowe pizzicato, na barkach którego podróżują pozostałe instrumenty. Nie brakuje udanego spowolnienia i czystych fraz fletu, który od czasu do czasu staje w dramaturgicznej opozycji do preparowanych akcji pozostałych. Nie zmienia to faktu, iż zakończenie tej części albumu zasługuje na miano najgłośniejszego momentu całego nagrania. Ostatnia improwizacja niesie mnóstwo emocji, choć w fazie początkowej zdaje się być grana na intensywnym wdechu. Potem muzycy sięgają po detale, bawią się pojedynczą frazą. Brudne wyziewy dętych i ostre szarpnięcia za struny, to dysonans, który buduje tu dodatkową jakość. Po drobnym spiętrzeniu, ostatnie 120 sekund, to wielki wydech konającego, ale soczysty, jak wyciskana pierwszy raz cytryna.

 


Adrian Northover, Marcello Magliocchi & Domenico Saccente Over The Edge (FMR Records, CD 2025).

HiFi Record, Padwa, Włochy, kwiecień 2024 (utwory 1-11) oraz Compagnia Teatrale Deppostorie, Padwa, marzec 2025 (utwór 12, w wyniku błędu edytorskiego dostępny jedynie na bandcampie artystów): Marcello Magliocchi – perkusja, Domenico Saccente – preparowany akordeon oraz Adrian Northover – saksofon sopranowy. Dwanaście improwizacji, 42 minuty.

Adrian i Marcello od lat prowadzą trio z Bruno Gussonim (znamy tu wszystkie ich płyty), ale tym razem do improwizującej bandy zaprosili innego Włocha, bliżej nam nieznanego akordeonistę. Efekt tej kolaboracji zdaje się być wyśmienity, nie tylko z uwagi na intrygujące brzmienie instrumentu Domenico, ale nade wszystko z powodu jego wrażliwości artystycznej – kocich ruchów, delikatnego frazowania, dystyngowanych, szemranych podpowiedzi. Wszystko to doskonale koreluje z artystyczną wizją naszych dzisiejszych bohaterów.

Album zawiera dwanaście zwartych, trwających od niespełna jednej do sześciu minut, dobrze skonstruowanych improwizacji. Poza solowym zakończeniem (dostępnym tylko on-line) i dwoma, trzema przypadkami ekspozycji duetowych, wszystkie one konstruowane są kolektywnymi strumieniami dźwięków small drums & percussion, zadziornie brzmiącego saksofonu sopranowego i post-ambientowych, szeleszczących fraz akordeonu. Muzycy otwierają nagranie uformowani w szyk wznoszący, potem bawią się w rysowanie niekończących się didaskalii, które okazjonalnie zdobią bardziej melodyjnymi interakcjami. Dobrze czują się w chmurze szumów i szmerów, zawsze jednak ich opowieść tętni życiem, z uwagi na typową dla Marcello narracyjną aktywność. Czasami ponosi ich temperament, czasami grzęzną w mrocznych zakamarkach. Im dalej wszakże w las, tym lepiej! Ruchliwa akustyka ósmej odsłony bazuje na dźwiękach preparowanych saksofonu i perkusji, osadzonych na mrocznych plamach akordeonu. Dziesiąta opowieść to kompulsywny taniec saksofonu i perkusji, z kolei przedostatnia historia, tu najdłuższa, zdaje się być szczególnie dobrze udramatyzowana – rozbudowane otwarcie perkusji, długie pociągnięcia pędzlem akordeonu i saksofonowe zaklinanie węży. Każdy z muzyków pracuje tu w trochę innym tempie, ale całość zazębia się jak spirale najlepszego zegarka szwajcarskiego. Album wieńczy koncertowa ekspozycja perkusisty. Najpierw, to hałaśliwy taniec na talerzach, potem nisko osadzony drumming na dobrze rozgrzanym werblu.




wtorek, 24 lutego 2026

Magda Mayas' Filamental in Murmur!


Oktet berlińskiej pianistki Magdy Mayas powraca! To trzecie ujawnienie formacji złożonej z sześciu instrumentów strunowych (w tym inside piano) i dwóch dętych.

Artyści tworzący Filamental muzykują/ improwizują mając przed obliczem swej nieograniczonej kreatywności każdorazowo pewną ideę, zasianą przez Mayas. Czasami nosi ona miano kompozycji, czasami jest pojęciem bardziej abstrakcyjnym, nienotyfikowanym w jakikolwiek sposób. W przypadku pierwszego albumu inspiracją było dwanaście fotografii rzeki, w kontekście nowego albumu, to wizja ptaków w kolektywnym locie (szmerze), pozornie chaotycznym, a jednak uporządkowanym. Dodajmy, iż drugi album oktetu był nietypowy (pandemiczny), albowiem każdy z artystów nagrał swoją ścieżkę dźwiękową osobno, a potem ulepiono z nich zwartą, ośmiopodmiotową narrację.

Z radością sięgamy zatem po dokumentację foniczną owego ptasiego lotu, jak zwykle w przypadku Filamental pięknego, soczyście akustycznego, udramatyzowanego metodami, których do końca nie znamy. Zwinnie zadekretowana improwizacja – zapewne mocą zjawisk metafizycznych - zdaje się być konsekwentnie prowadzona ku krainie wiecznej szczęśliwości.

  


Opowieść od samego początku realizowana jest metodami kolektywnymi. Klarnet i saksofon swobodnie oddychają, wataha strunowców wydaje szereg nieartykułowanych dźwięków, tworząc szeleszczącą i pulsującą magmę tajemniczej, bezkresnej akustyki. Narracja obtoczona jest mrokiem, ma charakter dość filigranowy, a frazy bardziej masywne stanowią wyjątek. Kameralny charakter formacji szczególnie uwidacznia się w locie wnoszącym. Bywa z kolei bardziej korpulentny w momentach kontrolowanego opadania. Pierwszy taki przykład mamy już w 5 minucie. Ptaki w swobodnym locie, zmyślnie kierowane instynktem stadnym.

W okolicach 10 minuty narracja intrygująco rozwarstwia się, słyszymy niemal pojedyncze frazy, a cisza wokół głęboko oddycha. Potem flow nabiera pewnej masy właściwej, lepiony z szorowanych i stukanych odgłosów. Wewnątrz strumienia fonii pojawia się coś na kształt rytmu, ale dość szybko zanika. Na dnie szemrają dęciaki, górą płyną filigranowe strunowce. Całość przypomina przez moment mroczną lewitację.

Tuż przed upływem drugiej dziesiątki minut muzycy zaczynają formować dron podszczypywany stemplami z klawiatury. Proces jednak dość szybko rozwarstwia się, stawiając drobne znaki zapytania o kierunek dalszej drogi. Na czoło forsują się teraz preparowane, dość gęste frazy smyczkowe. Nim narracja zastygnie w ciszy (w okolicach 25 minuty), muzycy ślą ku nam jeszcze delikatne fonie zarejestrowane w trakcie spaceru po łące zroszonej poranną mgłą.

Po chwili rzeczonej ciszy rozpoczyna się konstruowanie nowego, bardziej uporządkowanego wątku. Strunowce znów sięgają nieba, dęciaki szorują glazurę podłoża. Muzycy bawią się w didaskalia, nie dbając nadmiernie o linearność opowiadania. Drżą, rezonują i szeleszczą, aż w końcu jednoczą siły i budują niezbyt strome podejdzie pod finał spektaklu. Smyczki skaczą po strunach, dęte szeleszczą i prychają. Ostatnią prostą rysują matowo brzmiące frazy z klawiatury piana, sprawiając, iż powolnej narracji udaje się doczołgać do końcowego dźwięku.

 

Magda Mayas' Filamental Murmur (Relative Pitch, CD 2026). Zeena Parkins – harfa, Rhodri Davies – harfa, Magda Mayas – fortepian, Aimée Theriot – wiolonczela, Anthea Caddy – wiolonczela, Angharad Davies – skrzypce, Christine Abdelnour – saksofon altowy oraz Michael Thieke – klarnet. Nagrane w Exploratorium, Berlin, wrzesień 2024. Jeden utwór, 38 minut.