czwartek, 22 października 2020

Alex Ward! The three of the perfect pairs!


Brytyjski klarnecista i gitarzysta Alex Ward ma na tych łamach stały abonament, a każda jego płyta jest szczegółowo omawiana i niemal w każdym przypadku kwitowana wytryskiem szczerych zachwytów.

W pandemicznych miesiącach artysta przygotował dla nas trzy nowe ekspozycje – wszystkie duetowe. Każda warta należytej uwagi, trzyma poziom adekwatny dla większości dokonań Alexa, czyli na ogół … kosmiczny. Realia nowej rzeczywistości sprawiają, iż dwie z trzech nowości docierają do nas jedynie w formie plików, ale pierwsza z dziś omawianych – także w formacie CD. Po wszystkie nagrania możecie sięgnąć (i kupić!!!) na stronie bandcampowej artysty. Pamiętajcie, by wspierać muzyków w czasach zarazy!

Najpierw Ward zaprezentuje się w duecie z gitarą (sam zagra tylko na klarnecie), potem w duecie z saksofonem sopranowym lub tenorowym (zagra na klarnecie i gitarze), wreszcie w duecie z saksofonem altowym (zagra tylko na gitarze). Enjoy!

 


(VU) by Pascal Marzan & Alex Ward (CD)

Na początek zapraszamy do londyńskiego Stowaway Studios na odsłuch dwóch sesji nagraniowych – ze stycznia i marca ubiegłego roku. Alex Ward na klarnecie oraz Pascal Marzan na 10-strunowej, mikrotonalnej gitarze akustycznej zagrają dla nas sześć swobodnych improwizacji, które potrwają łącznie niemal pełne 69 minut.

Delikatna gitara, łagodny, ale tajemniczy klarnet, budujący narrację niepozbawioną semickiej nostalgii, to aura otwarcia tej rejestracji. Nerw nadchodzącej dramaturgii wydaje się być jednak zaszyty niezbyt głęboko. Sieć dźwięków pleciona jest bardzo precyzyjnie, a po kilku pętlach nabiera już należytej gęstości. Gitara snuje glissandowe pasaże, klarnet patrzy w niebo i pięknie śpiewa, modulując swój tembr. W okolicach 6 minuty muzycy na chwilę schodzą w obszar ciszy zupełnej, po czym zaczynają kreować nowy wątek improwizacji z drobiazgów i filigranowych ochłapów dźwięku. Całość ma bystrą dramaturgię i wyjątkowo smakowite, akustyczne brzmienie. Na finał części muzycy dorzucają garść ekspresji, dobrego mięcha free impro. Druga historia budzi się do życia przy swawolnych łkaniach obu instrumentów. Flow ciągnie ku górze klarnet, gitara buduje zaś background rytmicznymi frazami … post-flamenco. Dużo powietrza, zadumy i kameralistycznego niepokoju. Na koniec – to już tradycja? – kilka bardziej dynamicznych przebiegów.

Kolejna improwizacja wycieka spod pięknie rozbrzmiewających strun gitary. Klarnet jest tuż obok, wije się wokół nich, niczym jadowity wąż. Ballada, która w połowie 5 minuty nabiera intrygującej dynamiki. Opowieść jest bardzo efektowna pod względem brzmieniowym, stanowczo uwypukla także kosmiczną jakość warsztatu obu muzyków, którzy nawet w galopie nie tracą nic ze swej precyzji. W drugiej części klarnet wpada w czeluść małego drona, preparuje dźwięki, a gitara syczy w tle meta akordami. W czwartej improwizacji muzycy od pierwszej sekundy stawiają na dynamikę i ekspresję. Nie stronią wszakże od drobnych preparacji, które czynione w żwawym tempie wydają się być jeszcze bardziej atrakcyjne dla ucha odbiorcy. W połowie kilkunastominutowej narracji muzycy schodzą w obszar ciszy, ale wcale nie tracą dynamiki (brawo!). Gdy ostatecznie zwolnią, klarnet zaczyna śpiewać, a gitara pulsować echem i pogłosem. Beauty slow motion doczeka się wszakże … dynamicznego zakończenia!

Piąta opowieść stawia na delikatność, przestrzeń, smukłe preparacje, liczenie strun i garść innych, onirycznych, jakże tajemniczych fraz. Muzycy równie szybko wchodzą w tryb dynamiczny, jak i zmysłowo zwalniają. Czasami efekt tłumienia emocji zamienia się w czerstwy szum (brawo!), innym razem kończy się suchym galopem. Zakończenie odcinka – tradycja! – stawia na dynamikę i niemal cyrkowe preparacje ze strony obu instrumentalistów. Wreszcie finałowa improwizacja (jeśli ta doskonała płyta ma jakąś wadę, to jest nią jej długość) – oniryczne, ledwie żywe półfrazy, mikroskopijne dźwięki. Śpiew ptaków i minimalistyczne riffy gitary. Muzycy budują sieć dźwięków, jak dwa zwinne pająki. Opowieść nabiera mocy (repety gitary!), tryska emocjami i na ostatniej prostej – jakaż to tradycja! – kipi dynamiką, imponuje tempem i … zmysłowymi preparacjami!

 


Proper Placement by Alex Ward & Sam Weinberg (DL)

Na osi czasu pozostajemy w marcu roku ubiegłego, ale przenosimy się na Brooklyn, by posłuchać duetu w składzie: Alex Ward na klarnecie i gitarze elektrycznej oraz Sam Weinberg na saksofonie sopranowym i tenorowym. Sześć dalece swobodnych improwizacji, 53 minuty bez paru sekund.

Zaczyna para małych ptaszków – klarnet i saksofon sopranowy, która bardzo efektownie otwiera płytę dwoma improwizacjami. Od startu muzycy plotą bardzo żwawy i niebanalny dialog. Świetnie na siebie reagują, a żadna akcja nie pozostaje bez kreatywnej reakcji. Nie brakuje zwinnych półmelodii, paru zadziorów i kilku kantów, ale narracja prowadzona jest w bardzo zdyscyplinowany sposób. Muzycy mogą pozwolić sobie na wszystko, ich technika użytkowa budzi bowiem respekt od pierwszego dźwięku. Pod koniec pierwszej części stawiają na imitacyjny rezonans, a potem na siebie pokrzykują. Druga opowieść zaczyna się w bardzo kameralistycznej estetyce. Potem tempo rośnie, a następnie spada i muzycy chwytają się dronowej, wytłumionej narracji. Na finał emocje skaczą ku górze – małe dęciaki warczą i skomlą z podkulonymi ogonami.

Trzecia opowieść sięga po duży kaliber – gitara z prądem i saksofon tenorowy! Alex funkuje, Sam podśpiewuje. Wet za wet, niedaleko od hałasu! Po drodze muzycy zanurzają się w małej psychodelii, sięgają po post-jazzowe grepsy. Początkowo nie forsują tempa, potem wręcz przeciwnie - wszak dobrej baletnicy nie przeszkadza jakikolwiek rąbek spódnicy. Gdy zejdą w echo ciszy, endorfiny recenzenta po prostu eksplodują. Gdy tempo rośnie na powrót, wraca też posmak dobrego rocka, trochę imitacji, a także eksperymentów na gitarowych pick-upach. Na finał mała eksplozja psychodelii. W czwartej części powraca duet małych ptaszków. Dialogi na cztery nogi, dynamicznie i nostalgicznie – faza prychania, faza zalotów i faza zadziorów, whatever you want! Kilka fraz metodą call & responce, na finał zaś partia rozchełstanego post-chamber z obłym posmakiem jazzu. Brawo!

W piątej improwizacji kombinacja, której jeszcze nie było - klarnet vs. tenor! Dialog prowadzony na zasadach, jak poprzednio, tyle, że odrobinę niżej, bo masa tenoru nie pozwala na zbyt wysokie skale (obyśmy się nie pomylili, tenże tenor zdolny jest do wszystkiego!). Dancing and singing, but not swinging! Wszystko realizowane tu jest w świetnej komunikacji, na dowód czego wspaniała imitacja na zakończenie traka. W szóstej, ostatniej improwizacji powraca masywny duet z części trzeciej. Otwarcie całkiem jazzowe (zwłaszcza gitary), potem pojawiają się jednak emocje rocka i free jazzu. Tygiel smaków, ocean wrażeń. Emocje małych ekspozycji - jakże efektowne resume doskonałej płyty.

 


Metallurgy by Sarah Manning & Alex Ward (DL)

Na ostatni duet powracamy do Zjednoczonego Królestwa, do świetnie nam znanej Hundred Years Gallery. Koncert zarejestrowano w maju 2017 roku, a głównymi aktorami byli: Sarah Manning na saksofonie altowym oraz Alex Ward na gitarze elektrycznej. Znów sześć improwizacji (!), niewiele ponad trzy kwadranse muzyki.

Saksofon płynie do nas na delikatnym pogłosie, gitara z prądem zdaje się silniej trzymać podłoża. Gra wstępna (to pierwsze spotkanie tych muzyków) na post-jazzową modłę, czyniona wszakże w tempie chamber slow motion. Gitara brnie ku ambientowi, saksofon kreśli dłuższe frazy. Druga improwizacja bardziej rwie dźwięki i od początku wszystko dzieje się tu nieco dynamiczniej. Dobre akcje, jeszcze lepsze reakcje, zadziorne frazy, bez wzajemnego przymilania się. Garść imitacji, a na finał mała kameralistyka z preparacjami.

Trzecia opowieść definitywnie w klimatach call & responce. Rwane frazy, które wręcz przypominają Flower Stevensa i Wattsa. Gitara pcha improwizację ku dynamice, saksofon zdaje się być nieco nieśmiały. Jakkolwiek pasaż szybkich akcji dobrze robi tej narracji. Finałowa, psychodeliczna medytacja, wbrew pozorom – także!  Czwarta część zaczyna się nieco balladowo. Dźwięki nabierają gramatury w jazzowy sposób, ale muzycy zdają się być dalece otwarci na każde rozwiązanie. Saksofon zerka w kierunku free, gitara też popuszcza lejce. Potem jeszcze kilka perełek z gryfu gitary i dalece zbyt łagodne wybrzmienie.

Przedostatnia opowieść wydaje się być dość abstrakcyjna. Spokojne frazy, które zaczynają się jednak zazębiać i bystrze na siebie reagować. Gdy muzycy wejdą w stadium bardziej dynamiczne, ciekawie brną w niebanalne imitacje. Ostatnia część koncertu stawia już na dużą swobodę i definitywny brak pośpiechu. Płynna, na poły ambientowa ekspozycja gitary, lenistwo saksofonu. Razem skomlą, miałczą i rzewnie śpiewają. Na finał garść pocałunków, ale i kilka zdań odrębnych, kreślonych na niezłej dynamice.

 


wtorek, 20 października 2020

Škrijelj & Malmendier in two different outfits! A new music by eux sæm!


Emilie Škrijelj i Tom Malmendier u progu nowego, jakże szalonego roku 2020 założyli edytorską inicjatywę eux sæm, z siedzibą we francuskim Metz. Z ich pierwszą produkcją Les Marquises mieliśmy już okazję zapoznać się na tych łamach. Nie szczędziliśmy wówczas ciepłych słów dla elektroakustycznej, swobodnej improwizacji na akordeon zaplątany w elektronikę i żywą perkusję. Dziś muzycy powracają z nowymi płytami labelu, tym razem jednak nagranymi osobno. Emilie zagra w trio (jakże pandemicznym!), a wcześniej Tom będzie improwizował w kwartecie! Dodajmy, iż obie płyty są dostępne na nośniku fizycznym (CD).

 


There or here and that by Eraslan/ Frith/ Malmendier/ Weil

Na początek zapraszamy do Strasbourga i studia nagraniowego NAC. W połowie listopada 2018 roku spotykamy tam czterech artystów. Oto oni: Anil Eraslan – wiolonczela (z amplifikacjami), Fred Frith – gitara elektryczna, Tom Malmendier – perkusja oraz Clara Weil – głos. Odsłuch sześciu swobodnych improwizacji zajmie pełną godzinę i 49 sekund.

Spektakl inaugurują rwane frazy wiolonczeli i dźwięki przypominające szeptany beatboxing, a wszystko zdaje się tonąć w elektroakustycznej poświacie. Obok szelest post-rockowej gitary i nabierającej dynamiki perkusji. Kwartet potrzebuje około minuty, by wejść na tor gęstej, utrzymanej w żwawym tempie, swobodnej i bardzo kolektywnej improwizacji. Kobiecy głos już teraz potrafi nakrzyczeć na wszystkich wokół, a podłączone pod zasilanie zmienne cello działa wedle zbliżonego scenariusza. Kołem zamachowym opowieści zdaje się być nade wszystko perkusista, zaś mistrzynią kreatywności owa Pani przy głosie, która skacze z kwiatka na kwiatek i wiele wskazuje na to, że jest w stanie zaproponować każde rozwiązanie dramaturgiczne. Na finał pierwszej części strumień dźwięków rozlewa się bardzo szerokim korytem – gitara znajduje psychodeliczną poświatę, a głos charczy, jak zepsuty odbiornik radiowy. Druga opowieść na wejściu stawia na preparowanie dźwięków. Najpierw trzy instrumenty, potem głos, który przypomina wygłodniałą po covidowej kwarantannie owcę na wybiegu. Kolektywny, demokratyczny spleen rządzi niepodzielnie rozwojem wypadków scenicznych. Po kilku pętlach flow gęstnieje do tego stopnia, iż wszyscy zdają się śpiewać zaplątaną meta melodię, każdy na swój sposób. Dużo fermentu sieje amplifikowane cello, które najpierw kąsa prądem, a potem zieje ogniem … post-electro. Jeszcze tylko kilka incydentów w podgrupach, a na finał mała kwartetowa eksplozja. Trzecia improwizacja wita nas paletą wyjątkowo czystych dźwięków, przynajmniej na tle poprzednich części nagrania. Wiolonczela spokojnie płynie, głos podśpiewuje, gitara delikatnie rzęzi, a deep drumming dopełnia obrazu jakże kameralnej ekspozycji. Po upływie trzech minut sygnał do wzrostu dynamiki daje oczywiście perkusja. Gitara nabiera rocka, głos pokrzykuje, po czym narracja schodzi w obszar przyciszonego śpiewu i łoskotu talerzy. Po niedługiej chwili gitara zaczyna dudnić jak bas, a swoje dokłada cello – akcja goni tu akcję, ale sama narracja wydaje się być niezwykle przestrzenna. Pojawiają się zabawy w pytania i odpowiedzi, znów klimat całości nabiera bardziej kameralnego charakteru i nie stroni od dłuższych fraz. Po czternastej minucie (uwaga, to najdłuższa sekwencja dźwięków na płycie!) muzycy brną w kierunku estetyki balladowej. Nim jednak wybrzmi ostatni dźwięk, zdążą jeszcze istotnie zmącić strumień narracji.

Czwartą część płyty rozpoczyna … lejąca się woda. Nie wiemy dokładnie, kto jest sprawcą tego incydentu. Gryf gitary grzmi złowieszczo, ale reszta instrumentów kreuje małe, filigranowe frazy, pełne niuansów brzmieniowych. Solidarna zabawa dźwięk na dźwięk toczy się w najlepsze. Z tego zbioru małych zdarzeń muzycy budują masywny dron. Szepty i krzyki, warknięcia i westchnienia. Akustyczne pląsy i elektryczne plamy. Piąta opowieść od startu stawia na dynamikę, ale opowieść płynie nad wyraz swobodnie i zdaje się być dość zwiewna. Garść niemal operowych dźwięków wprost z gardła, smyczki i small percussion w najkrótszej, trzy i półminutowej opowieści. Czas na finałową, rozbudowaną do pełnego kwadransa improwizację. Zaczynają ją drżące struny i migoczące perkusyjne świecidełka. Piszczący głos, przeciąganie liny - struna po strunie, pulsujące smyczki, lekka, ale zadziorna narracja, pełna dramaturgicznych subtelności. Akcja, reakcja, ale także garść dość łagodnych dźwięków. Intuitywne post-chamber zdaje się pięknie reasumować wysoką jakość całego nagrania. Cello rozmawia z głosem, raz językiem pacholęcym, innym razem niczym dwie operowe divy. Na przetworniku gitarowym buduje się pasmo syntetycznych, dość zaskakujących fraz. W połowie improwizacji muzycy włączają nieco bardziej dynamiczny tryb. Potem cudownie trwonią czas na rozchełstane call & responce, kilka preparowanych dźwięków, a nawet dubowe echo gitary. Bogaty w wydarzenia finał sięga także po mglisty ambient, głos scatem i szelest perkusjonalii. Opowieść zostaje zgaszona w mistrzowskim stylu, ale po takiej wyjątkowo udanej, godzinnej narracji, w ogóle nas to nie dziwi.

 


Distant Numbers by Loris Binot/ Lê Quan Ninh/ Emilie Škrijelj

Kolejna płyta nagrana została przez trzech artystów, ale każdy z nich pracował osobno, w innym miejscu i czasie (wszakże w trakcie pandemicznej wiosny roku bieżącego). Każdy przygotował jeden autorski, improwizowany materiał, który następnie był miksowany z utworami pozostałych muzyków. W różny sposób, w różnej kolejności. Efektem tych prac jest sześć kombinacji liczb 1,2 i 3. Dodatkowo stworzony został siódmy utwór, który jest konglomeratem indywidualnych traków każdego z muzyków. Uff…. zacznijmy od danych personalnych: Loris Binot – piano preparowane (część druga, nagrana w Metz), Lê Quan Ninh – surrounded bęben basowy (część trzecia, Jarnages) i Emilie Škrijelj – akordeon (część pierwsza, Scy-Chazelles). Całość trwa 35 minut i 37 sekund.

Przed nami nagranie, które nie powstało w czasie rzeczywistym, jest efektem pewnego rodzaju … improwizowanej post-produkcji, ale jakkolwiek skomplikowany nie byłby proces, jaki doprowadził do ostatecznego efektu (a także równie ułomny opis recenzenta), to, co dostajemy na płycie Distant Numbers brzmi, jak swobodna improwizacja realizowana definitywnie w … czasie rzeczywistym, do tego nad wyraz wartościowa artystycznie, ale o tym już poniżej.

Płyta zaczyna się zwinnym konglomeratem dźwięków i brzmień, którą mniej lub bardziej przypominają wielowymiarowe instrumenty perkusyjne. Po prawdzie, tak działo się będzie w wielu fragmentach tej niekolektywnej improwizacji. Coś masywnie drży, coś tańczy na strunach fortepianu, coś skrzypi, brzęczy i huczy. Świat preparacji, który choć nie korzysta z amplifikacji, chwilami smakuje elektroakustyką. Druga opowieść nie stroni od rezonansu, szumów, szelestów, całej palety dźwięków, które potrafią brzmieć w sposób dalece nierzeczywisty. W tym tyglu zdarzeń, od czasu do czasu, pojawia się jęczący akustyką akordeon i to właśnie ten instrument zdaje się tętnić najbardziej żywym dźwiękiem. Preparowany bęben basowy czasami przypomina grzmoty pioruna w otwartej przestrzeni kosmicznej, a preparowane piano – to wiemy pewnie najlepiej – potrafi zaskoczyć nasze narządy słuchu w każdym momencie. W trzeciej części dźwięki, jakie do nas docierają sprawiają wrażenie, jakby cała trójka artystów zamknęła się w pudle rezonansowym fortepianu. Wszystko drży do tego stopnia, że niemal … śpiewa.

Szczególnie udany wydaje się odcinek czwarty. Pulsująca meta elektroakustyka akordeonu nabiera posmaku suchego ambientu, rezonuje z resztą świata aż do uzyskania intrygującego efektu post-noise. Piano dostarcza dźwięków z samego swego dna, surrounded bass drum wypełnia zaś całą resztę jakże intensywnego odcinka improwizacji. Piąty epizod znów brzmi, jak zmutowana armia instrumentów perkusyjnych. Całość narracji nabiera maszynowego rytmu, brzmi niczym zdezelowana wiertarka. I znów akordeon zdaje się być tym ostatnim po stronie żywych uczestników tego niezwykłego spektaklu. Szósty epizod zdaje się oddychać – z glazury wielkiego bębna bucha powietrze niczym z tuby instrumentu dętego. Mechanika małego zakładu szlifierskiego - szorowanie, polerowanie, skrobanie, tłuczenie i ugniatanie! To zapewne także efekt maltretowania strun fortepianu i klawiszy akordeonu (ten ostatni zdaje się konać w mękach piekielnych!)! Wreszcie siódmy epizod, lepiący niezmiksowane dźwięki wygenerowane wcześniej przez muzyków. Zachowując odrobinę wyobraźni, można rzecz - tworzone symultanicznie. Perkusjonalne echo, preparacje fortepianu, drżenie akordeonu – powstaje gęsta narracja, który kipi aż po sam sufit, po czym błyskotliwie schodzi w ambient, by po chwili znów eksplodować krótkotrwałą porcją hałasu. Akustyczne morze szaleństwa w nieskończonej czasoprzestrzeni. Szkliste piano, błyszczący akordeon, szemrzący bęben basowy – recenzentowi kończą się już metafory, dobrze zatem, że ta fantastyczna płyta trwa tylko 35 i pół minuty.

 

 

sobota, 17 października 2020

Cecil Taylor & Tony Oxley! Birdland, Neuburg 2011!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana.

 

Cecil Taylor, to bez wątpienia ikona jazzu, free jazzu i szeroko rozumianej muzyki improwizowanej. Żył długo, pracował intensywnie, publikował obficie. Od ponad dwóch lat swoje niekończące się tyrady na rozgrzanej klawiaturze fortepianu grywa już jednak w czeluściach tajemniczej otchłani, którą niektórzy zwykli nazywać życiem wiecznym.

Jak w przypadku każdego uznanego artysty, koniec życia doczesnego nie oznacza końca życia twórczości, którą uprawiał. Wedle wskazań discogs.com w trakcie minionych dwóch lat Cecil doczekał się dwóch płyt kompilacyjnych i pięciu wydawnictw, zawierających nagrania (koncertowe) jeszcze dotąd niepublikowane. O podwójnym winylu nagranym z trębaczem Billem Dixonem (Duets 1992) pisaliśmy na wielu portalach w roku ubiegłym. Niemieckie labele dostarczyły także nagrania w trio z perkusistą Sunny Murrayem i dużą czeredą wokalistów (Corona, 1996), a także koncert z najbardziej aktywnym współpracownikiem pianisty na przestrzeni ostatnich trzech (czterech?) dekad – perkusistą Tony Oxleyem (Conversations with…, 2008). Ponadto pewien amerykański edytor zasilił dyskografię artysty koncertem solowym (Poschiavo, 1999).

 


Dziś zapraszamy na kolejną dogrywkę w epopei Cecil Taylor – życie i twórczość. Znów do pary z Tony Oxleyem, na koncercie w klubie Birdland, w niemieckim Neuberg, który odbył się w listopadzie 2011 roku. Nagranie, podzielone na dwie (w wersji elektronicznej na trzy) części, trwa w sumie równe 58 minut. Wydawcą CD jest Fundacja Słuchaj!, zatem śmiało możemy ogłosić wydanie pierwszej w Polsce płyty z muzyką Cecila Taylora! Niezwłocznie zaglądamy do środka!

Koncert otwiera Taylor, który zgrabnymi ruchami swoich bystrych palców stara się szukać dramaturgicznego szkieletu dla improwizacji. Używa sporo czarnych klawiszy, jest energiczny, ale też nigdzie się nie śpieszy, a jego opowieść ma w sobie dużo wewnętrznego spokoju. Więcej w niej akcentów post-romantycznych niż prób free jazzowego frazowania. Jego partner cierpliwie czeka na swoją kolej, sporadycznie dotyka talerza, a jedyne dźwięki, jakie naprawdę dostarcza, to skrzypienie jego krzesełka. Gdy po kilku minutach perkusista wchodzi do gry, narracja nabiera dynamiki i wyrazistości dramaturgicznej. Emocje czekają jednak na swoją chwilę, artyści bardziej cenią sobie bowiem rozsądek i umiar, jakkolwiek nic na świetnie nagłośnionej scenie klubu nie wskazuje, iż gra dla nas para dalece starszych jegomości, którzy w momencie nagrania mają łącznie 155 lat.

Taylor, jak to on, gada pomiędzy frazami, szczególnie tymi bardziej ostrymi, Oxley buduje zaś gęsty strumień jakże typowego dla niego, lekkiego drummingu. Po 10 minucie muzycy serwują nam kilka incydentów godnych ognistego free jazzu, które równie ekspresyjnie gaszą, by po chwili budować nowy wątek improwizacji. Obaj znają się świetnie, ich poziom kooperacji nie budzi jakichkolwiek zastrzeżeń, baa, ich komunikacja nie jest wyłącznie jednokierunkowa, co w przypadku amerykańskiego mistrza klawiatury nie bywało w ujęciu historycznym regułą. Z drugiej strony, któż potrafi tak słuchać Cecila, jak Tony?! Muzycy dbają o nasz czas, dobrze kreują świat dźwięków – nie brakuje szybkich galopad, nagłych zwrotów dramaturgicznych i młodzieńczych porywów namiętności. Równie często liczyć możemy na niuanse brzmieniowe, ładne, czyste i zmysłowe fazy krótkotrwałego ukojenia. Jakby dla podkreślenia dobrej formy dnia, w połowie pierwszego, zasadniczego seta koncertu, artyści proponują nam drobny antrakt taneczny, z posmakiem ragtime’owym. A zaraz po nim – żeby nie było! – krótkotrwały atak masywnego free jazzu i garść dobrego hałasu na talerzach. Opowieść w dalszej części toczy się warto, a wszystkie decyzje dramaturgiczne, rzecz jasna, zapadają na powierzchni klawiatury.  W okolicach 30 minuty natrafiamy na moment odrobinę nostalgicznych westchnień białych klawiszy, świetnie skomentowany zmysłowym głaskaniem glazury werbla. Posmak classic contemporary, który towarzyszy pianiście przed dłuższą chwilę, nawet w bardziej dynamicznym odcinkach. Zdaje się, że chwilami zapraszani jesteśmy tu na szybki kurs historii pianistyki, nie tylko tej jazzowej. Brzmieniowe drobiazgi dokłada Oxley, który, choć nie ma w planach przejmowania inicjatywy ustawodawczej, swoje dzieło realizuje z dużą klasą. Po wybiciu niemal pełnych trzech kwadransów, muzycy kończą pięknym stopem zasadniczą część koncertu.

Drugą jego część (nieco zbyt długą, by nazwać ją bisem) rozpoczyna wyjątkowo minimalistyczne piano. Łagodne, ciche i dziewiczo czyste w brzmieniu. Znów jakby mała lekcja klasyki. Oxley pierwszy dźwięk wydaje mniej więcej w połowie trzeciej minuty. Moc subtelności nie opuszcza wszakże klawiatury fortepianu. Taylor zaprasza Oxleya do małej wymiany myśli i kilku niebanalnych interakcji. Muzycy przez kilka chwil uprawiają coś na kształt call & responce, a efekty ich prac nie sposób nie uznać jednym z kluczowym i szczególnie udanych momentów całego koncertu! Tuż po nich Cecil zaczyna rysować nowe figury rytmiczne, szuka dynamiki, dobrze wspiera go Tony, a finał koncertu miast koić nasze emocje, zaczyna zionąć ogniem! Kilka bystrych palcówek, grzmoty z werbla i bębna basowego - ekspresyjna, końcowa kipiel gotowa! Burza oklasków po wybrzmieniu trzyma poziom emocji na scenie. Good job, Guys!

 


środa, 14 października 2020

Degenerative 4. Spontaneous Music Festival is done! The one and only miracle! The report!


Czwarta, prawdziwie zdegenerowana (nikczemna!) edycja Festiwalu Muzyki Spontanicznej w poznańskim Dragonie za nami. Wszyscy muzycy zagraniczni dojechali (oczywiście po zmianach w programie, jakie miały miejsce na tydzień przed imprezą), zaplanowanych jedenaście setów wybrzmiało niemal wyłącznie frapującymi dźwiękami (a w sumie było ich nawet dwanaście!), dopisała publiczność (oczywiście w zakresie, na jaki pozwalały pandemiczne obostrzenia), a w klubowym sejfie zaległ karton ze zdrowotnymi oświadczeniami muzyków, organizatorów i publiczności (składanymi każdego dnia). Obyśmy nigdy nie musieli do niego zaglądać!

 


Piątek, dziewiątego

Na piątek organizatorzy zaproponowali dwa składy ad hoc (pierwsze spotkania muzyków w danym składzie) oraz jeden bardzo pracowity working band. Rola otwierającego imprezę przypadła kwartetowi, który składał się z muzyków współtworzących od kilku już lat Poznańską Orkiestrę Improwizowaną - Ostapa Mańko (skrzypce), Michała Giżyckiego (klarnet basowy, saksofon tenorowy) i Michała Jońca (perkusyjny złom!) oraz stałego gościa sceny dragonowej, barcelońskiego perkusisty Vasco Trilli. Muzycy zaproponowali set swobodnej improwizacji w bardzo kameralnym wydaniu, z dużą ilością przestrzeni dla każdego pomysłu dramaturgicznego, tłumionymi emocjami i masą pięknie brzmiących, akustycznych fonii. Kwartet płynął na ogół kolektywnym strumieniem, czasami dzielił się także na duety, a sam finał – prawdziwie popisowy – stał się udziałem obu perkusjonalistów, którzy zabrali nas w niebywałą podróż po zakamarkach metalicznych, preparowanych dźwięków (jedna z uczestniczek koncertu poczuła się, jak w gęstym lesie!).

Tuż potem ad hoc trio, które efektownym setem wyznaczyło jeden z ważniejszych trendów festiwalu – jego ponadgatunkową różnorodność i permanentną zmienność akcji. Holenderski gitarzysta Jasper Stadhouders spotkał się tu z polskim muzykami - Wojtkiem Kurkiem (perkusja) i Pawłem Doskoczem (gitara). Muzycy zagrali niezwykle energetyczny set, pełen barw (gitarzyści zmieniali instrumenty, jak rękawiczki), zwrotów dramaturgicznych (perkusista doskonale kontrował bezczelne zachowania obu partnerów) i chwilami niemal rockowych emocji. Najlepsze wszakże momenty tria, to te, w trakcie których obaj gitarzyści korzystali z instrumentów akustycznych. Bardzo mocny moment festiwalu!

Na finał pierwszego dnia barcelońskie trio Hung Mung w składzie - El Pricto na saksofonie altowym i syntezatorze, Diego Caicedo na gitarze i Vasco Trilla na perkusji. Wyśmienity set składał się zdecydowanie z dwóch części. W pierwszej Pricto grał na saksofonie, a muzyka pięknie snuła się po scenie (choć całkiem dynamiczna) z delikatnym, free jazzowym stemplem. W drugiej części wenezuelski artysta sięgnął po syntezator i zaczął generować niskie, dronowe pasaże. W tej sytuacji rolę przodownika pracy przejął na siebie Caicedo, który pociągnął Hung Mung niemal w blackmetalową otchłań. Trilla, jak to ma w zwyczaju, doskonale wklejał się w obie koncepcje tria. Kolejny niezwykle emocjonujący koncert festiwalu.

 


Sobota, dziesiątego

W sobotę do grona muzyków festiwalowych dołączyła kolejna szóstka artystów. Aż trzech z nich przyjechało z Wrocławia. I to właśnie dwóch wrocławian rozpoczęło sobotnie zmagania z improwizacją. Duet Spoons & Bones, w osobach Piotra Łyszkiewicza (saksofon tenorowy i klarnet kontraltowy) oraz Huberta Kostkiewicza (gitara), zagrał zwarty, nieprzegadany set nieco abstrakcyjnych figur stylistycznych. Odrobina rezonansu, kilka minimalistycznych w formie dialogów - zbiór definitywnie dobrych reakcji, zwłaszcza tych z udziałem klarnetu kontraltowego.

Po niedługiej przerwie na scenie zameldował się kolejny nowy gość festiwalowy, prosto z Berlina, puzonista Matthias Müller. Do kwartetu ad hoc dołączyli – Wojtek Kurek i Vasco Trilla na perkusjach oraz El Pricto na saksofonie altowym. Zagrali półgodzinny set, który w subiektywnej ocenie recenzenta, uznać trzeba za absolutny festiwalowy peak! Bezceremonialnie wspaniała komunikacja (w tym gronie tylko barcelończycy dobrze się znają), perfekcyjna dramaturgia, popisowe transformacje puzonu z na poły rytmicznych, choć dość abstrakcyjnych fraz, w okolice ciężko oddychającej ciszy, świetne dialogi tegoż puzonu ze świecidełkami Trilli, no i błyskotliwe preparacje El Pricto, czynione jakby w cieniu tego konglomeratu wyjątkowych zdarzeń fonicznych. Wreszcie Kurek, który każdy z dwóch utworów kwartetu zaczynał w bezruchu, a potem włączał się do gry w sposób niebywale kreatywny. W drugiej części wszedł w nieco senną narrację pozostałych muzyków hiszpańskojęzyczną (?) melorecytacją, popartą rytmicznym deep drummingiem i zakasował wszystkich. Brawo!

Po dwóch setach improwizacji w pełni akustycznych i niestawiających sobie za cel epatowanie nadmiernym hałasem, nadszedł czas na jeden z dwóch specjalnych projektów festiwalowych - przygotowaną na prośbę organizatorów kompozycję El Pricto na pięć improwizujących gitar elektrycznych. Obok kompozytora i dyrygenta na scenie pojawili się: Jasper Stadhouders, Diego Caicedo, Paweł Doskocz, Michał Sember (kolejny gość z Wrocławia) i Hubert Kostkiewicz. Niemal godzinny set (czas trwania, to najprawdopodobniej jego jedyna wada) pełen emocji, gitarowych zgrzytów, przepięć mocy, rockowych riffów, zmyślnych preparacji i mniejszych lub większych eksplozji, świetnie prowadzony przez Wenezuelczyka, który targał narracją od lewej do prawej, od samego dołu, po ekspresyjną górę. Szczególnie ekscytujący moment, to słowotok Stadhoudersa w języku holenderskim, pełen humoru i teatralnych grepsów, który podprowadził kwintet i dyrygenta pod … cytaty z muzyki Eddie Van Halena, zmarłego niedawno boga gitary elektrycznej.

Finał sobotniego dnia przypadł w udziale słoweńskiej pianistce Kaji Draksler, która najpierw zagrała niemal półgodzinny set solowy, a potem, już z udziałem Szymona Pimpona Gąsiorka (perkusja, instrumenty perkusyjne i … nie tylko!), przeistoczyła się w Czajkę, która prowadzi kolektywny dialog z Puchaczem. Set solowy był wyjątkowej urody, nie tylko dlatego, iż koił nasze emocje i regenerował uszkodzone narządy słuchu po secie gitarowym. Kaja improwizowała do muzyki, którą odtwarzała z laptopa. Raz były to klasyczne, komponowane frazy, w innym przypadku fragmenty śpiewanej poezji, które znamy choćby z ostatniej płyty jej Oktetu. Efekt był imponujący - narracja precyzyjna, ale też pełna improwizowanej swobody. Gdy do gry dołączył Gąsiorek, opowieść nabrała jeszcze więcej … subtelności. Delikatne, acz zadziorne, bystre piano i nastawione na brzmieniowe niuanse perkusjonalia. Finał skrzył się doprawdy medytacyjnymi pasażami dźwiękowymi (Szymon sięgnął po instrument, który przypominał małe pudełko akordeonowe – czy to ma jakąś nazwę?). Finał dnia i znów duża wolta stylistyczna i emocjonalna. Degenerative Fest tak już ma!

 


Niedziela, jedenastego

Festiwalowa niedziela rozpoczęła się w niezwykle ciemnych barwach, a zakończyła prawdziwym festynem barw, pomysłów, radości i powszechnej wesołości, całkowicie wbrew covidowym realiom. Na początek Diego Caicedo na gitarze elektrycznej solo! Muzyk zabrał nas najpierw w mglistą czeluść dark ambientowej gitary, potem zrujnował nas emocjonalnie pasażami post-metalowej czerni, by na finał całkowicie utopić nas w post-industrialnych dronach. Muzyk preparował struny, budował elektroniczny background na gitarowych przetwornikach, często korzystał także z dźwięków zaprogramowanych kilka chwil wcześniej. Jedna gitara, jeden muzyk, mnóstwo wrażeń.

Tuż po gitarzyście Hung Mung na scenie pojawili się pozostali muzycy tej grupy – El Pricto (preparowany gitarowymi przetwornikami saksofon altowy i syntezator) oraz Vasco Trilla (perkusja), by pod nazwą własną General Ludd zaprezentować improwizację pełną gęstych, czerstwych, posklejanych ze sobą fraz, z których szczególnie udane były te post-dęte, meta gitarowe westchnienia Pricto. W połowie seta do muzyków dołączył Jasper Stadhouders na gitarze, a saksofon został zastąpiony przez syntezator. Muzycy w takowym ad hoc trio zagrali najgłośniejsze kilkanaście minut Degenerative Fest. Holender w jego trakcie pozrywał struny zarówno na gitarze elektrycznej, jak i amplifikowanej gitarze akustycznej. W końcu grał już na samym pudle rezonansowym gitary!

Po takiej dźwiękowej nawałnicy wszyscy zasłużyliśmy na przerwę (była dłuższa niż zwykle, gdyż Jasper musiał naprawić gitary!), a potem na set odrobinę bardziej subtelny dramaturgicznie i mniej dotkliwy fonicznie.  Wszystkie nasze oczekiwania zostały spełnione. Ad hoc trio w składzie – Jasper Stadhouders (amplifikowana gitara akustyczna i mandolina), Witold Oleszak (fortepian) i Matthias Müller (puzon) – zagrało ekscytujący set, który stawiał na komunikację, bezgranicznie barwne brzmienia, który nie szukał nadmiernych eskalacji i spiętrzeń dramaturgicznych, a raczej bystrych reakcji w estetyce call & responce. Recenzent czułby jeszcze większą przyjemność, gdyby fortepian był bardziej słyszalny (bądź gitara … mniej słyszalna), a sam koncert odrobinę dłuższy (muzycy postanowili zagrać ostatni dźwięk tuż po upływie 25 minuty).

Na finał zdegenerowanego festiwalu … Degenerative Spontaneous Orchestra po kierunkiem El Pricto! Na pulpicie dyrygenta … partytury Fryderyka Chopina, Emila Karłowicza i Karola Szymanowskiego. Na scenie muzycy pozbawieni owych partytur, zdani jedynie na gesty, jakie wydobywał z siebie dyrygent, po prawdzie, w tempie karabinu maszynowego. Od lewej strony sceny: Paweł Doskocz (gitara elektryczna), Witold Oleszak (fortepian), Ostap Mańko (skrzypce), Michał Giżycki (klarnet basowy), Matthias Müller (puzon), Paweł Sokołowski (sopranino; dodatkowy zaciąg łódzki!), Vasco Trilla (perkusja) i Diego Caicedo (gitara elektryczna). W ostatnim utworze do składu dołączył także Jasper Stadhouders, jako mandolinowy solista. Około 50 minutowy koncert dostarczył niebywałych wrażeń. Był oczywiście tyglem emocji, konglomeratem kolektywnej, swobodnej improwizacji i precyzyjnych, post-klasycyzujących pasaży (w roli cerberów gatunkowej czystości - Mańko i Oleszak!), rockowej furii (dwie gitary z prądem!) i drummerskiej skrupulatności. Bez wątpienia, wszyscy, po obu stronach sceny, poczuliśmy się cudownie zdegenerowani. Do zobaczenia za rok, jeśli dożyjemy….

 

 Zdjęcia telefonem własnym, bez praw autorskich


czwartek, 8 października 2020

Discordian Community Ensemble! Night Club Symphony!


Wszelkie znaki na niebie, ziemi i w samym piekle wskazują, iż jutro zaczyna się Degenerative 4.Spontaneous Music Festival 2020! Europa, Polska, Poznań, Dragon Social Club!

Któż lepiej nie wprowadzi nas w nastrój Festiwalu, jak El Pricto, jego definitywny headliner i Discordian Community Ensemble wykonujący kompozycję saksofonisty i przezeń dyrygowany!

Lądujemy w barcelońskiej Soda Acùstic i z radością przystępujemy do wysłuchania najnowszego koncertu Pricto i sztandarowej formacji jego diskordiańskiej sekty muzycznej, zatytułowanego Night Club Symphony.

 


First Movement – Instanti Estesi. Jazzowy, niemal swingujący wstęp, zdobiony rockowym hałasem i częstymi zmianami tempa (nawet trzy takty walczyka!) – typowa dla Pricto post-zornowska, bezczelnie ekspresyjna narracja toczy się wartkim strumieniem, bez zbędnych przystanków i dramaturgicznych znaków zapytania. Smyczkowe wtręty, rockowe przełomy, dęte przyśpiewki, trochę jazzu na twardo – gęsto, mocno, ale i lekko, i przewiewnie, cała uroda idei Discordian Community Ensemble w rozkwicie! Opowieść mocno sterowana z pulpitu ojca dyrektora, ale pozostawiająca odrobinę swobody na indywidualne stemple improwizacji (z czasem notacja kompozycji pozwala nawet na więcej). Bogactwo fonii i zwrotów narracyjnych, często realizowanych ze sporą dawką energii i mocy, chwilami w intrygująco post-rockowej poświacie (gitara Caicedo dba o poziom emocji!). W tym tyglu zdarzeń kompozytor przewidział także miejsce dla krótkotrwałej zabawy z ciszą (delikatny flet i nisko zawieszony smyczek na kontrabasie), a także kolejne akcenty post-swingowej przebieżki w nieznane. Na sam finał prawdziwa nawałnica, która nie stroni od fraz reggae i speed punka!

Second Movement - Un po 'più calmo. Emocje zostają stonowane, muzycy serwują nam dęto-strunową rozgrzewkę, zdobioną syczeniem i cmokaniem. Dużo dobrego dzieje się na gryfach akustycznych strunowców, a zapisy kompozytorskie zdają się zostawiać muzykom wyjątkowo dużo przestrzeni na harce i dramaturgiczne wolty. Dark chamber z minimalnym poziomem kontroli dyrygenckiej! Kilka spiętrzeń i równie efektownych wytłumień, po czym narracja wchodzi w fazę błyskotliwych preparacji (trąbka!). Jest też jakże uroczy dialog wiolonczeli i fletu, który doprowadza opowieść do finałowej fazy, granej pełnym składem, z ekspresją godną dużej orkiestry free-hippi-jazzowej.

Third Movement - Allegro incontrollato (forse troppo alcol). Startujemy kolektywnie, ekspresyjnie i nad wyraz głośno! Znów pachnie Zornem, a zwłaszcza jego Naked City. Opowieść skacze do sufitu i efektownie opada na samo dno (wiele dzieje się tu z woli i przyzwolenia gitary!). W roli dramaturgicznych mącicieli bystre strings, które ryją smyczkiem w głąb ziemi. Stemple mocy podaje cały skład, bez skrupułów tnąc powietrze ostrymi frazami granymi unisono. Od deep chamber do post-rocka, od delikatności cello, po wulgarną ekspresję gitary elektrycznej i … puzonu. W połowie kompozycji Caicedo włącza tryb niemal hardrockowy. Mocna perkusja i dęte komentarze dolewają oliwy do ognia. Kilka smagnięć batem, kilka repetycji i przez moment narracja przypomina zmutowane Bolero Ravela! Wątek zostaje jednak dość szybko porzucony, a opowieść zaczyna poszukiwać końcowych rozwiązań. Najpierw piękny dialog saksofonu i fletu na tle smyczków i gitary, a potem już globalna eksplozja czyniona metodą inside/ outside. Na ostatniej prostej kilka wybuchów ekspresji, garść drummingu i perfekcyjny koniec na raz.

 

Discordian Community Ensemble Night Club Symphony (Discordian Records, DL 2020). Ran Roger - flet, Don Malfon – saksofon altowy, Nicolas Rugolino - trąbka, Víctor Colomer - puzon, Amaiur González - tuba, Diego Caicedo – gitara elektryczna, João Braz - wiolonczela, Carlos Rodenas - kontrabas, Enric Ponsa - perkusja oraz El Pricto – kompozycja i dyrygentura. Koncert zarejestrowany we wrześniu 2019 roku, Nocturna Discordia #223, Soda Acùstic, Barcelona. Trzy utwory, niepełne 33 minuty.