wtorek, 28 kwietnia 2026

Vasco Trilla is going Up North!


Niemal dokładnie dwa lata temu Vasco Trilla, nasz redakcyjny, jakże spontaniczny ulubieniec, spędził dwa pracowite w dni w Szwecji. Zagrał koncert solowy, a kolejnego dnia wraz z grupą lokalnych przyjaciół dokonał pewnych rejestracji studyjnych. Powstała z tego płyta niezwykła, nie tylko w wymiarze czysto dźwiękowym, ale także wydawniczym. Pomieszczono bowiem na niej nagranie duetu, dwóch różnych składów trzyosobowych, wreszcie solowe nagranie mistrza no drumming percussion z Barcelony. A całość, także niespodziewanie dla samego Vasco, opatrzono na okładce jedynie jego danymi personalnymi.

Nagranie jest także szczególne w wymiarze stylistyczno-estetycznym. Cztery utwory zostały tu określone mianem kompozycji, co nie jest bynajmniej pomysłem chybionym. Każdy z nich ma pewien koncept i dobrze zaplanowaną dramaturgię, a jeśli mielibyśmy szukać zgrabnego wytrychu gatunkowego, moglibyśmy przy ryzyku popełnienia błędu nazwać całość kreatywną muzyką współczesną. Zwał, jak zwał, Up North to jedna z najlepszych płyt w bogatym już dorobku Trilli.

  


Pierwsze dwie ekspozycje trwają tu po około 10 minut, dwie kolejne po prawie dwadzieścia. Ceremonia otwarcia spoczywa na barkach masywnie brzmiącego, bardzo nisko osadzonego kontrabasowego smyczka. Flow przypomina drżenie wielkiego stwora, a wkład samego perkusjonalisty na tym etapie podróży jest trudny do zdefiniowania. Być może preparowane akcje na werblu (drżące i szeleszczące) są tu elementem składowym kontrabasowego zdzierania podłogi. Narracja wydaje się względnie stabilna, ale systematycznie narasta, dość szybko osiągając post-industrialną gęstość. W tym tyglu tajemniczych zdarzeń być może słyszymy coś na kształt melodii, ale nie możemy być tego do końca pewni.

Drugą odsłonę, obok percussion, buduje też lekki saksofon i klawesyn. Ta opowieść jest delikatna, wysoko zawieszona, brzmi niczym post-folk przefiltrowany przez neogotycką wrażliwość. To celebracja zimowego poranka, której pozorna niespieszność zdaje się być z czasem stymulowana pierwszym przejawem rytmu, tu generowanego przy użyciu metronomu. Na etapie finalizacji opowieść wpada w tryb wyjątkowo minimalistyczny.

W trzeciej części zostaje z nami saksofonista, a na scenę powraca kontrabasista. To trio buduje opowieść wyjątkowo mozolnie - na starcie przypomina szorstki ambient, który z czasem nabiera coraz mroczniejszych barw. Dźwięki bardziej typowe dla saksofonu pojawiają się dopiero w drugiej połowie utworu. Jeśli wcześniej dęciak jest akcji, to jedynie trzeszczy, szeleści i rzęzi. A może po prostu milczy. Perkusjonalia i kontrabas budują gęstwinę fonii, której skład nie jest do końca rozpoznawalny. Wszystko drży, pulsuje, rezonuje, ciężko oddycha. Klimat post-industrialny ciągnie opowieść do przodu, aż do anonsowanego już momentu, gdy do gry wchodzi melodyjnie frazujący dęciak. To oniryczne migotanie, które z czasem nabiera aury, jaką zdążyliśmy poznać w trakcie drugiego utworu. Zaklikanie węży melodiami z głębokiej puszczy.

Ostatni utwór albumu, to solowa ekspozycja percussion. Vasco otwiera ją i kończy uderzeniami dzwona. Buduje typową dla siebie opowieść, której kulminację tworzy szalona armia silniczków elektrycznych, panoszących się na werblu. Efektem jest ściana dźwięku wsparta rytmem metronomu. Ta narracja wiedzie od sacrum do profanum i nie pozostawia estetycznych wątpliwości, co do preferowanego kierunku. Po upływie kwadransa zgrabnie przechodzi w stadium falling down, aż do ostatniego dźwięku dzwona.

 

Vasco Trilla Up North (Creative Sources, CD 2026). Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne, Martin Küchen – saksofony (utwory 2, 3), Vilhelm Bromander – kontrabas (1,3) oraz Alex Zethson – klawesyn (2). Nagrane w Studio Spegeln (utwory 1-3) oraz na żywo w Mötesplats Mariatorget (4), Szwecja, maj 2024. Łącznie 58 minut.



piątek, 24 kwietnia 2026

Cyril Bondi & d'incise as Diatribes in four celebration trios!


Cyril Bondi i d'incise, filary kreatywnej sceny szwajcarskiej, kompozytorzy, improwizatorzy, element sprawczy wyjątkowej Insub Meta Orchestra, animatorzy labelu Insub Records, pracują razem od 20 lat. Zaczynali jako duet Diatribes i przy okazji owej zacnej rocznicy do tej nazwy powracają.

Artyści rozpoczynali swoją przygodę ponoć od noise electronic improvisation, dziś są głównie kompozytorami i wykonawcami minimalistycznej muzyki współczesnej. Poniżej zaprezentują nam się w czterech jubileuszowych, trzyosobowych ekspozycjach, które z jednej strony noszą miano kompozycji, z drugiej śmiało nawiązują dramaturgicznie do improwizowanych początków ich współpracy.

W roli gości jubileuszowych wydawnictw (dwóch na CD, dwóch na kasetach) odnajdujemy skrzypaczkę Clarę Levy, wiolonczelistę Stefana Thuta, saksofonistę Jean-Luc Guionneta i operatorkę hurdy-gurdy Lise Barkas, przy okazji grającą także na bagpipes. Cztery bardzo różne opowieści - meta neo-folk, post-jazz, elektroakustyka, instrumentalne nagrania terenowe – to tropy, które winny przykuć naszą uwagę. To także nic nieznaczące drogowskazy, albowiem wysokiej jakości muzyka kreatywna w ogóle takich nie potrzebuje. Zapraszamy do odczytu i odsłuchu!

 


L'apport: Ke ya me transí

Zaczynamy diatrybowy przegląd od studyjnego nagrania tria złożonego ze skrzypiec, wibrafonu i elektroniki. Na bazie zapomnianej pieśni sefardyjskiej muzycy toczą tu post-improwizowane dysputy. Topią się w żalu, umierają, rodzą na nowo, skomlą i opłakują nieistniających zmarłych. Od czasu do czasu sieją rytmiczny zamęt, który trzykrotnie stanowi dramaturgiczne interludium tej niebywałej opowieści.

Delikatny skowyt skrzypiec, oniryczne plamy wibrafonu i szemrząca, wijąca się po podłodze elektronika tworzą tu aurę otwarcia. Ów łabędzi śpiew konającego przyjmuje najczęściej formę luźnego, rozwarstwiającego się drona. Niekiedy panoszą się w nim ochłapy melodii, których autorem nie jest jedynie skrzypaczka. Anonsowane rytmiczne interludia budzą niepokój, ale też nadzieję, która gaśnie równie szybko, jak się wznieciła. Ścieżki dźwiękowe trzech instrumentów od czasu do czasu multiplikują się. Nie wiemy, czy to efekt post-produkcji, czy może instrumentalnej zręczności wykonawców. Ten gęstniejący potok smutku i żalu zostaje ciekawie podsumowany po ostatnim rytmicznym kontrapunkcie. Muzycy serwują nam wtedy porcję drobnych, zwinnych dźwięków, które wchodzą w intrygujące interakcje. Ich po części minimalistyczny tryb dobrze koreluje z panującą wokół ciszą. Na końcowej prostej opowieść tonie w umierającej melodii, w powtórzeniach, które zdają się nie mieć końca.

 


L'apport: Lâ dèchigeâ

Tym razem nasi bohaterowie (wyposażeni w shruti box i laptopa) spotykają na wysokości 1.700 metrów wiolonczelistę i w raz nim budują cichą, minimalistyczną opowieść, której zadaniem wydaje się nade wszystko niezakłócanie akustyki otoczenia, kreowanego przez szemrzące owady, przelatujące ptaki, szum wiatru, plusk wody i inne odgłosy szwajcarskiego pogórza.

W warstwie instrumentalnej docierają do nas stłamszone, ukradkowe melodie wiolonczeli i shruti box oraz cienka, syntetyczna warstwa drobnych zdarzeń fonicznych płynąca zapewne z laptopa. Całość wydaje się ceremoniałem wyczekiwania, a może bardziej egzystowania w obliczu nienachalnej przyrody. Drobne ekspozycje, dźwięk za dźwiękiem, bez specjalnych interakcji. Posmak folkowy jest tu oczywisty, podobnie jak medytacyjny wymiar nagrania. Czasami narracja lepi się w bardziej zwarty dron, ale na tyle cichy, byśmy słyszeli dźwięk przelatującego owada. Ostatni kwadrans tej opowieści wydaje się bardziej mroczny, jakby odrobinę intensywniejszy. Ale to może tylko złudzenie foniczne.

 


L'apport: An awkward position

Trzecie spotkanie, to dobrze zaplanowana improwizacja z udziałem doskonale nam znanego francuskiego saksofonisty. Diatrybowe narzędzia pracy, to w tym wypadku perkusja i elektronika. Sześć niedługich epizodów, które śmiało sytuują się w obrębie szeroko rozumianego post-jazzu.

Artyści rozpoczynają swoją przygodę w definitywnie minimalistycznym kontekście. Szyją narrację drobnymi, elektroakustycznymi frazami, z których część nie daje się precyzyjnie przypisać konkretnemu instrumentowi. Bazują na strzępach linearności, dbają o każdy szczegół dramaturgiczny. W kolejnych ekspozycjach dodają nowe elementy. Bywa, że frazują bardziej intensywnie, zwłaszcza, gdy saksofon wchodzi w post-jazzowe zwarcia z perkusją. Elektronika, brzmiąca na ogół analogowo, staje najczęściej w roli kontrapunktującej i szukającej niebanalnej zagrywki. W trzeciej odsłonie pojawia się wyraźny ślad rytmu, w kolejnej dominuje filigranowy rezonans. Piąty epizod, to trzy różne wymiary akcji perkusjonalnych, z kolei finał szyty jest cokolwiek pożegnalną melodyką, zwieńczony zaś zostaje efektownym dronem na pełnym wydechu.

 


L'Apport: Apprendre la manière

Na koniec zostawiamy sobie prawdziwy smakołyk. Znów strzęp folkowej melodii, tym razem francuskiej, staje się tu przedmiotem tortur czynionych perkusją, metalofonem, elektroniką, ale nade wszystko lirą korbową i dudami. To szalony, niemal rytualny taniec, które osiąga różne poziomy intensywności, czy stadia dramaturgii, ale nie przestaje być czymś, w czym można całkowicie się zatracić. Wspaniałe nagranie!

Album składa się z dwóch prawie półgodzinnych części i kilkudziesięciosekundowej kody. Początkowa faza pierwszej opowieści zdaje się być wielkim loopem gęsto frazującej liry korbowej (brzmiącej niczym bluesowa gitara), wybijanego na werblu, folkowego rytmu i plam elektroniki, która także dekonstruuje zadaną melodię. Pomiędzy pętlami narracji pojawiają się plastry ciszy, które wraz z rozwojem sytuacji scenicznej ustępują jednak pola poszarpanej, dzikiej, transowej taneczności. Muzycy pastwią się nad melodią, tłuką ją jak mięso na kotlety, a nogę z gazu zdejmują dopiero pod koniec pierwszej odsłony albumu. Druga jego część kontynuuje rytuał niszczenia. Najpierw postawa artystów wydaje się bardziej agresywna, potem nieco łagodniejsza, ale jeszcze bardziej rytmiczna. Melodia nie poddaje się jednak, choć chwilami skrzeczy niczym zarzynana świnia, bo po krótkim, ambientowym interludium, już w końcowej fazie utworu zwycięża – wszyscy zaczynają wtedy śpiewać używając swoich instrumentów w jakże pokrętny sposób, doładowani nową porcją energii. Album domyka koda, która przypomina drżącą od ruchów tektonicznych magmę, nasyconą dodatkową porcją elektroniki, znanym już wcześniej rytmem i melodią, która płynie szerokim korytem aż po ostatni dźwięk.

 

L'apport: Ke ya me transí (Kaseta 2026). Cyril Bondi - wibrafon, d'incise - elektronika oraz Clara Levy - skrzypce. Nagrane w Insub. studio, Genewa, Szwajcaria. Jeden utwór, 40 minut.

L'apport: Lâ dèchigeâ (CD 2026). Cyril Bondi - shruti box, d'incise - niepodłączony laptop, obiekty oraz Stefan Thut – wiolonczela. Nagranie terenowe u podnóża Sé Blanc (~1700m), okolice Barmaz, Góry Wallis, Szwajcaria. Jeden utwór, 50 minut.

L'apport: An awkward position (CD 2026). Cyril Bondi – perkusja, d'incise – elektronika oraz Jean-Luc Guionnet – saksofon. Nagrane w Bodeek, Molenbeek, Belgia. Sześć utworów, 36 minut.

L'Apport: Apprendre la manière (Kaseta, 2026). Cyril Bondi - perkusja, metallophone, d'incise – elektronika oraz Lise Barkas - hurdy-gurdy, bagpipe. Nagrane w Insub. studio, Genewa, Szwajcaria. Trzy utwory, 54 minuty.

Wszystkie wydawnictwa: Insub Records.



 

wtorek, 21 kwietnia 2026

Dafeldecker, Phillips & Joh in Simultan!


W kolejny wiosenny wtorek sięgamy po album z bogatych zasobów bandcampowych austriackiego, rezydującego w Berlinie multiinstrumentalisty, Wernera Dafeldeckera, muzyka, którego winniśmy nade wszystko kojarzyć w formacją Polwechsel i zgrabnie preparowanym kontrabasem.

Dziś zasłuchujemy się w nagraniu, w którym artysta ten wykorzystuje wyłącznie elektronikę i taśmy, a towarzyszą mu pianista Simon James Phillips oraz, jedynie w pierwszym utworze, perkusjonalista Morten Joh. Skupiona improwizacja dobrze zdefiniowana pod postacią kompozycji, kameralny mrok, okazjonalny minimalizm i niewyczerpalne źródła kreatywności. Trzydzieści pięć minut dramaturgicznych konkretów. Zapraszamy!

  


Inicjacja pierwszego utworu grzęźnie w mroku – subtelności inside piano i dźwięki pojedynczych klawiszy, szmer elektroniki i drobna akustyka płynąca z glazury bębna basowego. Tło narracji wydaje się oniryczne, jakby trochę nierealne. Minimalistyczny chamber, który sadowi się w metafizyce post-ciszy. Całość zdaje się być skupioną, trochę niepokojącą celebracją oczekiwania. Z czasem spod klawiatury fortepianu zaczyna wkłuwać się post-klasyczna melodia Simona, która elektroakustykę Wernera i preparacje Mortena bierze w nawias dramaturgicznych didaskalii. W połowie utworu mroczne tło zaczyna formować się w coraz groźniej brzmiący dron, dzięki czemu akcje na froncie zaczynają nabierać rumieńców. Owe delikatnie spiętrzenie nie trwa jednak długo. Muzycy wracają do swojego ulubionego minimalizmu, strzępów melodii i snucia egzystencjalnych dywagacji.

Druga odsłona albumu grana jest w duecie. Bardziej przypomina lewitację. Rezonujące frazy, które być może powstały w pudle fortepianu, ale dawno już o tym zapomniały oraz oniryczna post-elektronika, która zaczyna dostarczać także coś na kształt dźwięków otoczenia, tudzież coraz pokaźniejszej palety field recordings. Narracja jest teraz dość filigranowa, niesiona chmurami ambientu, które wypełniaj tło. Jednak z czasem akcji zaczyna przybywać, a piano jest w stanie nawet zasugerować repetycję, która nosi znamiona rytmu. Ze strony elektroniki dostajemy pakiet drobnych usterek (także perkusjonalnych) i subtelnych sprzężeń, które wprowadzają intrygującą nerwowość w poczynania artystów. Muzycy nie przestają lewitować, a na ostatniej prostej dorzucają jeszcze garść nieokreślonych, ale definitywnie akustycznych zdarzeń fonicznych.

 

Werner Dafeldecker, Simon James Phillips, Morten Joh Simultan (Bandcamp’ self-released, DL 2025). Simon James Phillips – fortepian, Werner Dafeldecker - elektronika, tape delay oraz Morten Joh – bęben basowy (w utworze pierwszym). Czas i miejsce nagranie nieznane. Dwa utwory, 35 minut.




piątek, 17 kwietnia 2026

Lazro, Léandre & Lovens play a drama For Baritone Sax, Double Bass and Drumset!


Premiera albumu za tydzień, ale my piszemy o nim na Trybunie już dziś! Cofamy się na osi czasu o trzynaście lat, lądujemy w przepięknych okolicznościach wiosennego Paryża, a na scenie znaczącego przybytku kultury lokalnej odnajdujemy trójkę wspaniałych improwizatorów, legendy gatunku, artystkę i artystów, o których można opowiadać w nieskończoność. Słuchamy 40-minutowego seta swobodnych, równie post-jazzowych, jak post-kameralnych improwizacji, zgodnie z tytułem zrealizowanych za pomocą saksofonu barytonowego, kontrabasu i perkusji.

Panie i Panowie, Daunik Lazro, Joëlle Léandre i Paul Lovens!

  


Koncert, który jest nieprzerwanym ciągiem dźwięków (podzielonym na cztery odcinki) rozpoczyna leniwy duet sax & drums. Kontrabas, od pierwszej frazy osadzony na smyczku, wchodzi do gry po kilku pętlach narracji, sprawiając, że sytuacja dramaturgiczna od razu nabiera rumieńców. Smyczek piłuje, saksofon groźnie wzdycha, talerze perkusyjne intensywnie szeleszczą. Ścieg improwizacji zagęszcza się, ale muzycy from time to time spowalniają i biorą głęboki, kameralny oddech, studząc emocje na post-melodyjnym smyczku. Incydentalnie trio łapie intrygujące tempo, które często rodzi się na perkusyjnym werblu. Przez niedługi moment flow opiera się na warczącym barytonie i basowej bazie szytej trybem pizzicato.

Już po zmianie numeru tracku na dysku improwizacja wpada w krótkotrwały rytm, dzięki szarpnięciom za struny i dętemu prychaniu. Całość nabiera pewnej rubasznej taneczności, a dość szybko rozpływa się ambiencie niedługiego relaksu. Nie brakuje bardziej śpiewnych, melodyjnych fraz, także lamentów i smyczkowych zdobień. W dalszej kolejności muzycy dostarczają nieco więcej ekspresji, przez moment pod postacią ostro frazującego duetu drum’n’bass. Tę część koncert wieńczy melodyjna ballada, bazująca na imitacji saksofonu i kontrabasu.

W trzeciej, najkrótszej partii doświadczamy klimatu definitywnie post-kameralnego. Od głębokiego wydechu, po grę na małe pola, nie bez odrobiny zadumy. Wejście w finałową, najdłuższą część szyte jest kontrabasowym, leniwym pizzicato i dźwiękami perkusjonalnych dzwonków. Komentarz saksofonu jest melodyjny, ale bardzo smutny. Sygnał do niedługiej eskalacji daje teraz perkusista. Kilka radosnych podskoków i szybkie nurkowanie w kameralne, rezonujące przestrzenie. Po kilku minutach nowy wątek szyje kontrabasistka, szarpiąc za struny w niemal bluesowym pochodzie. Po powrocie do smyczka, wszystko zaczyna kołysać się na lekkim wierze. Uśpione chamber zdobi intrygujący chrobot barytonu. Ostatnie minuty koncertu, to udana próba finałowej eskalacji. Piękne wyjście z głębokiej pieczary w ogień dopiero co rodzącego się poranka.

 

Lazro, Léandre & Lovens For Baritone Sax, Double Bass and Drumset (The Relative Pitch Records, CD 2026). Daunik Lazro – saksofon barytonowy, Joëlle Léandre – kontrabas oraz Paul Lovens – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Les temps du corps, Paryż, maj 2013. Jedna improwizacja podzielona dla komfortu odsłuchu na cztery części, łącznie 40 minut.




wtorek, 14 kwietnia 2026

Butcher & Trilla at MMI!


Po raz kolejny wracamy na ubiegłoroczną edycję monachijskiego Festiwalu MMI. Przed nami drugi set trzeciego dnia, a na scenie brytyjski saksofonista John Butcher i kataloński perkusjonalista Vasco Trilla. Aż trudno uwierzyć, że tych dwóch wybitnych artystów improwizuje ze sobą po raz pierwszy w życiu. Set trwa tradycyjne na tej imprezie trzy kwadranse i znów łechta nasze receptory słuchu miodem płynącą, soczystą improwizacją.

  


Koncert inauguruje dronowa ekspozycja, szyta szmerem z werbla i rezonującą porcją dętych podmuchów. Wszystko zdaje się szeleścić, drżeć, pulsować, coraz ciężej oddychać. Tenorzysta wyprowadza garść melodii, z kolei perkusjonalista reaguje czymś, co brzmi jak pocieranie smyczkiem metalowej powierzchni. Tylko pisk i rezonujący skowyt. Wraz z wybiciem dwunastej minuty muzycy grzęzną w ciszy, czym wieńczą pierwszy wątek spektaklu.

Kolejny inicjuje Trilla budując drumming najpierw samymi dłońmi, potem już pełnoprawnymi akcesoriami perkusyjnymi. Butcher swoim tradycyjnym tremolem wbija się w coraz gęstszą fakturę rytmu, a improwizacja brnie w post-jazzowe tango. Jeszcze przed upływem dwudziestej minuty akcja dramatu śmiało zasługuje na miano free jazzowej erupcji.

Z głębokiej ciszy dętych szmerów i trzeszczenia glazury werbla rodzi się trzeci akt koncertu. Saksofon wpada w ptasie migotanie, choć na scenie wciąż towarzyszy nam jego tenorowa odmiana. Perkusjonalia mienią się efektownym blaskiem, a my słyszymy dodatkowy dźwięk, który brzmi definitywnie elektroakustycznie. Prawdopodobnie to efekt dmuchania plastikową rurką w werbel. Saksofon efektownie imituje ten dźwięk, sprawiając, iż scenę opanowuje teraz dęty duet. Po niedługim czasie artyści zgrabnie przechodzą do eksploracji dźwięków, które moglibyśmy nazwać pre-industrialnymi. Akcje są głośne, zaczepne, zawadiackie. Wszystko drży, migocze, wpada w strzelisty rezonans.

Kolejna faza koncertu, to swoista wymiana coraz większej porcji szumów. Znów inicjuje Vasco, a John bez trudu wchodzi w jądro tego tajemniczego zdarzenia fonicznego. W międzyczasie na werblu zaczynają mościć się typowe trillowe robaczki, które szybko budują akustyczną ścianę dźwięków. Odpowiedzią saksofonisty jest pierwsza bardziej rozbudowana akcja na sopranie.

Po drobnym spiętrzeniu, w okolicach trzydziestej minuty, muzycy przechodzą do wymiany uprzejmości prowadzonej wyjątkowo minimalistycznymi metodami. Z jednej strony dęta melodia, z drugiej nowa odsłona drummingu, tu czynionego po krawędziach i innych metalowych obiektach. Tempo tymczasem rośnie, a emocje zdają się być coraz gorętsze. Do bardziej istotnego spiętrzenia jednak nie dochodzi, o czym decyduje zmysł dramaturgiczny Trilli, który feerią dzwonków tłumi narrację, a ta jeszcze przed upływem czterdziestej minuty niespodziewanie gaśnie.

To jednak nie koniec koncertu. Ostatnie cztery minuty to rodzaj multimedialnej dogrywki. Saksofonista dosyła garść nowych dźwięków, perkusjonalista z kolei coś, co przypomina brzmieniem cytrę. Muzycy kołyszą się na delikatnym wietrze, drżą, szeleszczą, aż do momentu, gdy Butcher, nie przestając grać, wchodzi ze sceny. Publiczność klaszcze bardzo głośno.

 

John Butcher & Vasco Trilla Munich 2025 - Day 3 Set 2 (MMI Festival, DL 2026). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Nagrane w trakcie MMI Festival, Einstein Kultur, Monachium, maj 2025. Jedna improwizacja, 44 minuty.