wtorek, 3 marca 2026

Keeffe, Lisle & Serries in Intangible Construct!


Belgijskie wydawnictwo A New Wave Of Jazz otwiera nowy rok kolejnym smakowitym albumem z akustycznym free impro, prezentując go, podobnie jak kilka poprzednich, jedynie w digitalnej formule.

Na deskach brukselskiego studia nagraniowego trójka świetnie nam znanych artystów, którzy nie wymagają jakichkolwiek rekomendacji, choć trzeba zauważyć, iż trębaczka Charlotte Keeffe nie gości aż tak często na płytach labelu, jak jego szef, gitarzysta Dirk Serries i jej brytyjski kompan, perkusista Andrew Lisle. Słuchając tego albumu warto zapisać sobie w głowie, iż całkiem prawdopodobnym jest fakt, iż artyści ci jesienią wylądują na pewnym spontanicznym festiwalu w Polsce, w ramach dużej, definitywnie free jazzowej załogi.

Tu zagrali bardziej subtelnie, w pełni akustycznie, wyczuleni na każdy dźwięk, każdy niuans dobrze unerwionej dramaturgii zdarzenia. Definitely welcome!

  


Pierwsze dźwięki nagrania wyłaniają się ze szmeru, jakie dostarcza studyjne urządzenie, które być może jest wentylatorem, a może wzmacniaczem podpiętym pod akustyczną gitarę. Minimalistyczny początek, pewna powolność, drobne zawahanie, to tylko kilkudziesięciosekundowa poza, z której wyłania się nerw dobrze dociążonej emocjami narracji. Najpierw rozkołysanie, potem skok na głębszą wodę. Druga improwizacja trwa tu kilkanaście minut, a jej pierwszą połowę wypełnia balansowanie na granicy ciszy. Jesteśmy w pieczarze ledwie słyszalnego post-ambientu, gdzie każdy półdźwięk, czy mikrofaza zasługują na miano szczególnie urokliwej. Z tej magmy ciszy wyłania się wreszcie gitarowy akord, potem plama z trębackiego wentyla i uderzenie w krawędź werbla. Bardzo zmienna narracja szybko wyprowadza muzyków na ekspresyjne wzniesienie. Całość wieńczy krótkie solo perkusji.

Trzecią improwizację zaczyna ten, kto kończył poprzednią. Tu początek także jest żmudny, ale nasycony dobrze słyszalnymi frazami. Najpierw artyści osiągają pewną powtarzalność, dopiero potem cisną na gaz. W ogniu koherentnej wymiany ciosów odnajdują się wszakże dopiero pod koniec utworu, który trwa prawie dziesięć minut. Finałowa opowieść budowana jest z drobnego, dość lekkiego budulca, ale od startu ma specyficzną dynamikę. Chwilami to niemal zabawy w modelowe call and response. Kameralny posmak, dialog trąbki i gitary, wreszcie perkusja, która pracuje niczym metronom. Po krótkim epizodzie mrocznego i rezonującego spowolnienia improwizacja nabiera masy właściwej, płynąc strugą rzewnej, trębackiej melodii sączonej przez zaciśnięte gardło. Smyczek na gryfie gitary, to kolejna wisienka na tym smakowitym torcie.  

 

Keeffe, Lisle & Serries Intangible Construct (A New Wave of Jazz, DL 2026). Charlotte Keeffe – trąbka, Andrew Lisle – perkusja oraz Dirk Serries - archtop guitar. Nagrane w Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, Bruksela, kwiecień 2022. Cztery improwizacje, 33 minuty.



piątek, 27 lutego 2026

Adrian Northover & Marcello Magliocchi in quintet and trio!


Brytyjski saksofonista Adrian Northover i jego wieloletni, muzyczny kompan, włoski perkusista i perkusjonalista Marcello Magliocchi należą do wąskiego grona artystów, którzy w szczególny sposób kultywują tradycję swobodnych, filigranowych, molekularnych improwizacji, jakie objawił światu niemal sześć dekad temu the one and only John Stevens i jego Spontaneous Music Ensemble. Na łamach bloga, którego nazwa nie jest w tym kontekście przypadkowa, pisanie o muzyce Anglia i Włocha to prawdziwa przyjemność, ale i ustawowy obowiązek.

Dziś w pierwszej kolejności sięgniemy po nagranie The Runcible Quintet – formacji, która powraca do nas po raz czwarty (a nawet piąty). Potem zagłębimy się w dźwiękach pewnego włoskiego tria z intrygującym brzmieniem preparowanego akordeonu. Dodajmy, iż oba omawiane albumy zostały zakwalifikowane do 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025. A zatem sam miód, krew improwizacji, którą kochamy najbardziej. Zapraszamy do każdego dźwięku!

 


The Runcible Quintet Two (Bandcamp’ self-released, CD 2025)

John Marshall Hall, Christchurch, Blackfriars, Londyn, maj 2025: Neil Metcalfe – flet, John Edwards – kontrabas, Marcello Magliocchi – perkusja, Adrian Northover – saksofon sopranowy oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Pięć improwizacji, 51 minut.

Dwa instrumenty strunowe, dwa niebywale lekkie dęciaki i filigranowa perkusja, to instrumentarium The Runcible (w przypadku tej ostatniej, to raczej small drum kit, podobny ekwipunek, jakiego używał John Stevens). Kwintet zaczynał swe fonograficzne życie od płyty zatytułowanej Five, potem numeracja cofała się. Teraz artyści doszli do tytułu Two, ale zdaje się, że w międzyczasie, w formie drobniejszej ekspozycji, popełnili już nagranie One. Tak, czy inaczej ten kwintet, to jedna z najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły się swobodnej improwizacji na Starym Kontynencie w ostatniej dekadzie.

Muzycy od pierwszego dźwięku stawiają na kreatywny kolektywizm i od tej reguły odstąpią jedynie w najdłuższej, trzeciej opowieści. Zadziorna feeria żywej akustyki w stanie ciągłej interakcji, niekiedy całkiem intensywnej, to naczelna charakterystyka tej muzyki. Druga opowieść wydaje się jeszcze bardziej dynamiczna, ale zarazem intrygująco ulotna, jakby każda fraza dostawała skrzydeł i szukała nieboskłonu. Jeśli początek grany jest tu na wydechu, to rozwinięcie uznać można za głębokie westchnienie, a finalizację za kameralny wdech. Nie brakuje w tej opowieści zabaw z rytmem, choć nie jest to sytuacja typowa dla Runcible. W trzeciej, prawie 20-minutowej improwizacji, muzycy mają czas na wszystko – kolektywne podrygi, samotne ekspozycje (gitara, perkusja), a także igraszki w podgrupach – dęte dialogi na bazie percussion i takież z udziałem strunowców. W drugiej dziesiątce minut muzycy nadymają policzki i eksplodują porcją czegoś, co śmiało możemy określić mianem free jazzowej kulminacji, choć bez typowej dla gatunku masy właściwej. Czwarta opowieść zainagurowana zostaje przez kontrabasowe pizzicato, na barkach którego podróżują pozostałe instrumenty. Nie brakuje udanego spowolnienia i czystych fraz fletu, który od czasu do czasu staje w dramaturgicznej opozycji do preparowanych akcji pozostałych. Nie zmienia to faktu, iż zakończenie tej części albumu zasługuje na miano najgłośniejszego momentu całego nagrania. Ostatnia improwizacja niesie mnóstwo emocji, choć w fazie początkowej zdaje się być grana na intensywnym wdechu. Potem muzycy sięgają po detale, bawią się pojedynczą frazą. Brudne wyziewy dętych i ostre szarpnięcia za struny, to dysonans, który buduje tu dodatkową jakość. Po drobnym spiętrzeniu, ostatnie 120 sekund, to wielki wydech konającego, ale soczysty, jak wyciskana pierwszy raz cytryna.

 


Adrian Northover, Marcello Magliocchi & Domenico Saccente Over The Edge (FMR Records, CD 2025).

HiFi Record, Padwa, Włochy, kwiecień 2024 (utwory 1-11) oraz Compagnia Teatrale Deppostorie, Padwa, marzec 2025 (utwór 12, w wyniku błędu edytorskiego dostępny jedynie na bandcampie artystów): Marcello Magliocchi – perkusja, Domenico Saccente – preparowany akordeon oraz Adrian Northover – saksofon sopranowy. Dwanaście improwizacji, 42 minuty.

Adrian i Marcello od lat prowadzą trio z Bruno Gussonim (znamy tu wszystkie ich płyty), ale tym razem do improwizującej bandy zaprosili innego Włocha, bliżej nam nieznanego akordeonistę. Efekt tej kolaboracji zdaje się być wyśmienity, nie tylko z uwagi na intrygujące brzmienie instrumentu Domenico, ale nade wszystko z powodu jego wrażliwości artystycznej – kocich ruchów, delikatnego frazowania, dystyngowanych, szemranych podpowiedzi. Wszystko to doskonale koreluje z artystyczną wizją naszych dzisiejszych bohaterów.

Album zawiera dwanaście zwartych, trwających od niespełna jednej do sześciu minut, dobrze skonstruowanych improwizacji. Poza solowym zakończeniem (dostępnym tylko on-line) i dwoma, trzema przypadkami ekspozycji duetowych, wszystkie one konstruowane są kolektywnymi strumieniami dźwięków small drums & percussion, zadziornie brzmiącego saksofonu sopranowego i post-ambientowych, szeleszczących fraz akordeonu. Muzycy otwierają nagranie uformowani w szyk wznoszący, potem bawią się w rysowanie niekończących się didaskalii, które okazjonalnie zdobią bardziej melodyjnymi interakcjami. Dobrze czują się w chmurze szumów i szmerów, zawsze jednak ich opowieść tętni życiem, z uwagi na typową dla Marcello narracyjną aktywność. Czasami ponosi ich temperament, czasami grzęzną w mrocznych zakamarkach. Im dalej wszakże w las, tym lepiej! Ruchliwa akustyka ósmej odsłony bazuje na dźwiękach preparowanych saksofonu i perkusji, osadzonych na mrocznych plamach akordeonu. Dziesiąta opowieść to kompulsywny taniec saksofonu i perkusji, z kolei przedostatnia historia, tu najdłuższa, zdaje się być szczególnie dobrze udramatyzowana – rozbudowane otwarcie perkusji, długie pociągnięcia pędzlem akordeonu i saksofonowe zaklinanie węży. Każdy z muzyków pracuje tu w trochę innym tempie, ale całość zazębia się jak spirale najlepszego zegarka szwajcarskiego. Album wieńczy koncertowa ekspozycja perkusisty. Najpierw, to hałaśliwy taniec na talerzach, potem nisko osadzony drumming na dobrze rozgrzanym werblu.




wtorek, 24 lutego 2026

Magda Mayas' Filamental in Murmur!


Oktet berlińskiej pianistki Magdy Mayas powraca! To trzecie ujawnienie formacji złożonej z sześciu instrumentów strunowych (w tym inside piano) i dwóch dętych.

Artyści tworzący Filamental muzykują/ improwizują mając przed obliczem swej nieograniczonej kreatywności każdorazowo pewną ideę, zasianą przez Mayas. Czasami nosi ona miano kompozycji, czasami jest pojęciem bardziej abstrakcyjnym, nienotyfikowanym w jakikolwiek sposób. W przypadku pierwszego albumu inspiracją było dwanaście fotografii rzeki, w kontekście nowego albumu, to wizja ptaków w kolektywnym locie (szmerze), pozornie chaotycznym, a jednak uporządkowanym. Dodajmy, iż drugi album oktetu był nietypowy (pandemiczny), albowiem każdy z artystów nagrał swoją ścieżkę dźwiękową osobno, a potem ulepiono z nich zwartą, ośmiopodmiotową narrację.

Z radością sięgamy zatem po dokumentację foniczną owego ptasiego lotu, jak zwykle w przypadku Filamental pięknego, soczyście akustycznego, udramatyzowanego metodami, których do końca nie znamy. Zwinnie zadekretowana improwizacja – zapewne mocą zjawisk metafizycznych - zdaje się być konsekwentnie prowadzona ku krainie wiecznej szczęśliwości.

  


Opowieść od samego początku realizowana jest metodami kolektywnymi. Klarnet i saksofon swobodnie oddychają, wataha strunowców wydaje szereg nieartykułowanych dźwięków, tworząc szeleszczącą i pulsującą magmę tajemniczej, bezkresnej akustyki. Narracja obtoczona jest mrokiem, ma charakter dość filigranowy, a frazy bardziej masywne stanowią wyjątek. Kameralny charakter formacji szczególnie uwidacznia się w locie wnoszącym. Bywa z kolei bardziej korpulentny w momentach kontrolowanego opadania. Pierwszy taki przykład mamy już w 5 minucie. Ptaki w swobodnym locie, zmyślnie kierowane instynktem stadnym.

W okolicach 10 minuty narracja intrygująco rozwarstwia się, słyszymy niemal pojedyncze frazy, a cisza wokół głęboko oddycha. Potem flow nabiera pewnej masy właściwej, lepiony z szorowanych i stukanych odgłosów. Wewnątrz strumienia fonii pojawia się coś na kształt rytmu, ale dość szybko zanika. Na dnie szemrają dęciaki, górą płyną filigranowe strunowce. Całość przypomina przez moment mroczną lewitację.

Tuż przed upływem drugiej dziesiątki minut muzycy zaczynają formować dron podszczypywany stemplami z klawiatury. Proces jednak dość szybko rozwarstwia się, stawiając drobne znaki zapytania o kierunek dalszej drogi. Na czoło forsują się teraz preparowane, dość gęste frazy smyczkowe. Nim narracja zastygnie w ciszy (w okolicach 25 minuty), muzycy ślą ku nam jeszcze delikatne fonie zarejestrowane w trakcie spaceru po łące zroszonej poranną mgłą.

Po chwili rzeczonej ciszy rozpoczyna się konstruowanie nowego, bardziej uporządkowanego wątku. Strunowce znów sięgają nieba, dęciaki szorują glazurę podłoża. Muzycy bawią się w didaskalia, nie dbając nadmiernie o linearność opowiadania. Drżą, rezonują i szeleszczą, aż w końcu jednoczą siły i budują niezbyt strome podejdzie pod finał spektaklu. Smyczki skaczą po strunach, dęte szeleszczą i prychają. Ostatnią prostą rysują matowo brzmiące frazy z klawiatury piana, sprawiając, iż powolnej narracji udaje się doczołgać do końcowego dźwięku.

 

Magda Mayas' Filamental Murmur (Relative Pitch, CD 2026). Zeena Parkins – harfa, Rhodri Davies – harfa, Magda Mayas – fortepian, Aimée Theriot – wiolonczela, Anthea Caddy – wiolonczela, Angharad Davies – skrzypce, Christine Abdelnour – saksofon altowy oraz Michael Thieke – klarnet. Nagrane w Exploratorium, Berlin, wrzesień 2024. Jeden utwór, 38 minut.



piątek, 20 lutego 2026

The February’ Round-up: Flora! Parallel Realities! Made of Bones! Studio of Electroacoustic Improvisation! Gallio! Fiaschi! Serries! Kołacki!


Dużo Portugalii, kilka dźwięków z kraju pozbawionego flagi, akcenty szwajcarskie, belgijskie i nasze krajowe. Trzy porcje jazzu zabarwionego rockiem i fussion, elektroakustyczne improwizacje, miniaturowe kompozycje z głosem, saksofonowe eksperymenty w duchu muzyki współczesnej, a na koniec smuga gitarowego ambientu i wielowymiarowej, niepokojącej elektroniki. To wszystko zapewnia lutowa zbiorówka recenzji, moment, na który na tych łamach czekamy szczególnie.

Zapraszamy do lektury, odsłuchu płyt i zakupów!

 


Marcelo dos Reis’ Flora Our Time (JACC Records, CD 2025)

Academia de Música CNM/ Estúdios Mó, marzec 2025: Luís Filipe Silva – perkusja, Miguel Falcão – kontrabas oraz Marcelo dos Reis – gitara, kompozycje. Pięć utworów, 52 minuty.

Trio Flora gościło jesienią w Polsce, zagrali kilka ognistych koncertów, które bardzo nam się podobały. Chwilę potem pojawiła się druga płyta formacji, która kontynuuje gitarowe eksploracje podparte dynamiczną sekcją rytmu. Jeśli pierwszy album Flory sytuował się w okolicach open jazzu, ten drugi zdaje się pełnymi garściami sięgać po estetykę i ekspresję rockową, jazz-rockową, nie stroniąc od wycieczek w kierunku fussion i wytrawnego power trio.

Album zawiera pięć rozbudowanych, przeważnie kilkunastominutowych ekspozycji. Swobodna gitara i ekspresyjny groove basu oraz perkusji bez trudu kreują narrację nasączoną dużą porcją improwizacji. Tempo jest zmienne, podobnie techniki fazowania, nie brakuje także przestrzeni na indywidualne prezentacje. Druga odsłona raczy nas rozbudowaną introdukcją opartą na brzmieniu kontrabasowego smyczka. Na etapie rozwinięcia trio wpada w półgalop, by ostatecznie skonać w chmurze krwistego rocka. Trzecią opowieść rozpoczyna sekcja rytmu, która nadaje jej wyjątkową dynamikę, a jej zwieńczenie śmiało sytuuje Florę w pozycji power trio. W czwartej części mamy gitarową balladę, która po fazie medytacji nabiera zniewalającego rozpędu. Wreszcie finał płyty, szyty bluesem i funkiem, z intrygującym, ambientowym interludium przypominającym solowe albumy gitarzysty. Repetytywne zakończenie znów opływa rockowymi atrybutami.

 


João Lencastre Parallel Realities II (Timbuktu Records, CD 2025)

Timbuktu Studio, Lizbona, czas nagrania nieoznaczony: João Lencastre - perkusja, elektroniczne instrumenty perkusyjne, Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian, Pedro Branco – gitara oraz João Hasselberg – bas, elektronika. Osiem utworów, w tym trzy kompozycje lidera, 45 minut.

Nagrania autorskie tego portugalskiego perkusisty (tak, jak i jego brata saksofonisty) śledzimy na bieżąco. Powrót kwintetu Parallel Realities, który tworzy śmietanka iberyjskich improwizatorów, to kolejna okazja do intrygujących przeżyć muzycznych. Ta jazzowa formacja bazuje na ogół na kompozycjach lidera, ale rośnie w jej dziele udział utworów określanych jako improwizacje. Cieszy nas to w dwójnasób.

Kameralne otwarcie szyte akustyką, ale delikatnie barwione elektroniką, szybko przepoczwarza się tu w open jazzową narrację z dużą dawką melodii, drobnym spiętrzeniem i soczystą puentą z posmakiem fussion. Artyści w kolejnych utworach zarówno zaglądają w mroczne zakamarki, snują tajemnicze intrygi, jak i na pełnej swobodzie taplają się w oceanie post-jazzu. Szczególnie udana jest najdłuższa, trzecia ekspozycja, która rodzi się w potoku nisko osadzonych, preparowanych fraz, potem siłą jazzowych argumentów wyłania się z mgły i snuje smakowite improwizacje, w których najbardziej intryguje saksofon tenorowy brzmiący niczym potężny baryton. Podobne klimaty zdaje się prezentować utwór siódmy, z kolei w piątym nie brakuje elementów niemal klasycznie uformowanej kameralistyki. Album wieńczy miniatura osadzona na ciekawym groove i efektownie zakończona.

 


Made of Bones with José Lencastre Jardim Botânico (Whatever Profound, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieoznaczone: Duarte Fonseca – perkusja, João Clemente – gitara elektryczna, José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy, Nuno Santos Dias - waldorf zarenbourg. Trzynaście utworów, 60 minut.

Słowo się rzekło, sięgamy po nagranie Lencastre’a saksofonisty - tym razem w roli gościa na najnowszym albumie formacji Made of Bones. Pozostajemy w klimatach open jazzowych, ale zdecydowanie zagłębimy się w soczystym fussion, niekiedy silnie psychodelicznym, budowanym nade wszystko gitarą z prądem i instrumentem klawiszowym zwanym waldorf zarenbourg. Mimo, iż albumowe track list pokazuje aż trzynaście odcinków, album ulepiony jest ledwie z czterech, pięciu rozbudowanych utworów. W stadium dynamicznym ocieka kwasem i emanuje jakością, we fragmentach bardziej balladowych zdaje się być odrobinę przegadany. Być może zredukowany do trzech kwadransów kąsałby na każdym kroku.

W trakcie godzinnej ekspozycji poziom ekspresji konsekwentnie faluje. Muzycy chętnie spinają pośladki i cedzą nasączone emocjami frazy, po czym z równą swobodą delektują się powolnością i pozorną relaksacyjnością. Saksofon broni tu barw jazzowych, ale potrafi też zadąć i wywrzeszczeć swój free jazz. Anonsowana psychodelia, w połączeniu z odpowiednim poziomem niemal rockowej dynamiki, szczególnie smakuje w utworze piątym, a chwilę potem w szóstym zostaje ubarwiona iście funkową motoryką. W siódmej części intryguje duet elektrycznego piana i perkusji, a w ósmym pasmo deep ambientu z wysoko posadowionym krzykiem saksofonu. Album zostaje efektownie spuentowany trzynastym odcinkiem. Kolektywny, ekspresyjny jazz-rock raduje nas tu do ostatniej sekundy.

 


Studio of Electroacoustic Improvisation Metal Boxes/ Amplifire (Extra Notes, DL 2025)

Radio House, Spb, grudzień 2022 (pierwsza część, studio), F5, listopad 2021 (druga część, koncert): Andrey Popovskiy - metal boxes (1), gitara elektryczna, efekty (2), Vitaliy Ovchinnikov - metal boxes (1), gitara elektryczna, efekty, Vladimir Luchansky - metal boxes (1), Salavat Safiullin - metal boxes (1), Alexander Markvart - gitara elektryczna, efekty (2),Boris Shershenkov - gitara elektryczna, efekty (2). Dwie improwizacje, 39 minut.

Jeśli lubimy zgiełkliwy post-industrial, choćby w klimatach wczesnych nagrań legendarnego AMM, to propozycja płytowa Studio of Electroacoustic Improvisation zdaje się być skrojona specjalnie dla nas. Gitary elektryczne, metalowe skrzynki z przetwornikami i elektroakustyczne efekty kreują tu urokliwy hałas – pierwszy set pozornie uporządkowany, zrodzony w okolicznościach studyjnych, drugi efektownie chaotyczny, niemal field recordingowy, będący zapisem koncertu. Nie bez przyczyny ten album stał się jednym z 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025.

Syczące amplifikatory, zgrzyty, małe sprzężenia gitar i post-elektroniczne plamy lepią się w siarczysty dron, który skutecznie wypełnia czasoprzestrzeń pierwszej improwizacji. Całość pulsuje, wydaje się mroczna, okazjonalnie niczym wielka maszyneria przemysłowa nabiera podskórnego rytmu, bywa, że przeistacza się we flautę brudnych dźwięków. O ile część studyjna okazuje się dość masywna, definitywnie industrialna, o tyle część koncertowa, choć tworzona niekiedy z przypadkowych zdarzeń fonicznych, wydaje się lżejsza, bardziej stonowana. Dużo w niej dźwięków, które sprawiają wrażenie, jakby nie były efektem działań artystów – jesteśmy w małym zakładzie produkcyjnym, słuchamy kroków i niemych rozmów zmęczonych robotników. To jakby aura zanikającego hałasu po punkowym koncercie. Finał jest jednak bardziej dotkliwy – kończymy w rzeźni, zasłuchani w harsh elektronikę.

 


Christoph Gallio, Gertrude Stein Stone Is A Rose Is A Stone Is A Stone, Yet Dish (Hat Hut Records ezz-thetics, CD 2025)

Hardstudios, Winterthur, maj 2022: Sonia Loenne – głos, Christoph Gallio – saksofon sopranowy i altowy, kompozycje, Vito Cadonau – kontrabas, Flo Hufschmid – perkusja, instrumenty perkusyjne, Gertrude Stein - słowa. Sześćdziesiąt dziewięć utworów, 36 minut.

Sytuacja dramaturgiczna na tym albumie jest nietypowa. Centralne miejsce zajmuje tu minimalistyczna poezja Gertrudy Stein, rodzaj gry w skojarzenia przy użyciu ledwie kilku słów. Za warstwę muzyczną odpowiada post-jazzowy kwartet, który ilustruje warstwę werbalną – śpiewem i dźwiękiem. Formę narzuca poezja, zatem album zawiera wyłącznie miniatury, które trwają od siedmiu sekund do minuty i kilkudziesięciu sekund (owa minuta jest przekraczana ledwie w czterech przypadkach). Narracja jest zatem rwana, podporządkowana dramaturgii poezji.

Poezja Stein jest każdorazowo śpiewana, uzupełniana wyartykułowaniem kolejnego numeru utworu, z rzadka barwiona czymś więcej niż swingującą melodią. Akompaniament jazzowego tria bywa na ogół dynamiczny, jest precyzyjnie zadekretowany, a przestrzeń na ewentualne improwizacje minimalna lub nie ma jej wcale. Saksofon altowy Gallio wyrusza na free jazzową przebieżkę bodaj dwukrotnie, ledwie na kilkanaście sekund. Swoje dokłada smyczek i rezonujący talerz, ale to także krótkie incydenty. Płyta jest niezbyt długa, ale potrafi być nużąca. Brakuje emocji (jakże daleko tu do ekspresji kilkusekundowych miniatur Naked City Johna Zorna), suspensu, próby rozbudowania muzycznej wypowiedzi. Pozostaje warstwa werbalna – wydaje się, że nieco ciekawsza, niż ta dźwiękowa.

 


Cosim Fiaschi unveil / unfold (Insub, CD 2025)

Nagrane w czerwcu 2025, w miejscu nieoznaczonym: Cosimo Fiaschi – saksofon sopranowy. Dwa utwory, 27 minut.

Jeśli sięgamy po nagrania szwajcarskiego labelu Insub, to znak, że wkraczamy w nieskończoną otchłań intrygującej, eksperymentalnej muzyki współczesnej. Tym razem dwie kompozycje na saksofon sopranowy. Narracja jest w pełni akustyczna, skoncentrowana na unikalnych metodach frazowania i … oddychania.

Pierwsza odsłona albumu, to dęty dron zbudowany z szumu i rezonansu. Narracja ma kilka warstw, jest definitywnie multifoniczna, a tajemnicą pozostaje sposób, w jaki muzyk w czasie rzeczywistym jest zdolny budować tego typu narrację. Obok strumienia dźwięków dobywanych z instrumentu słyszymy także oddech artysty. Ta drżąca pulsacja w połowie ekspozycji napotyka ciszę, po czym bez trudu odradza się i brnie dalej w bezkres opowiadania. Z czasem pojawiają się strzępy melodii, narracja ma też drobną kulminację. Drugi utwór jest bardziej minimalistyczny, to rodzaj dętego dialogu z ciszą. To kropla wody, która zdaje się drążyć skałę. Po pewnym czasie opowieść przepoczwarza się w rodzaj gasnącej medytacji.

  


Dirk Serries Zonal Disturbances III (Zoharum, CDS 2025)

Studio domowe, październik 2024: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty. Cztery utwory, 64 minuty.

Dirk Serries od lat prowadzi dwubiegunowe życie artystyczne - z jednej strony swobodnie improwizuje, na ogół na gitarze akustycznej, z drugiej kleci niekończące się dark ambientowe opowieści na gitarze elektrycznej. W tej drugiej dziedzinie zdawało się, że powiedział już wszystko, gdy niespodziewanie kilkanaście miesięcy temu powziął projekt, który nazwał Zonal Disturbances. Po części pierwszej (edytowanej tylko w digitalu), dwie kolejne ukazały się już na kompaktowych dyskach za pośrednictwem krajowego wydawcy. Album drugi całkowicie słusznie uznaliśmy na jeden z 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025. Teraz sięgamy po trzeci epizod nowej serii.

Znów tylko gitara elektryczna i przetworniki, ale efekt finalny zdaje się być inny niż dotychczas. Nagranie, to bowiem gęstą masą gitarowego wyziewu – brudne, sfuzzowane frazy, soczyste sprzężenia i mnóstwo niespodzianek, które czają się na każdym zakręcie długich, kilkunastominutowych opowieści. Ta historia nie przestaje mieć formy dark ambientu, ale staje się być może czymś, co winniśmy określić mianem dark industrial. Obrazuje to szczególnie pierwsza odsłona, która jest gruboziarnistym dronem, chropowatym, brzmiącym bardzo syntetycznie, przypominającym niekiedy estetykę laptopowego Endless Summer Fennesza sprzed ponad dwóch dekad. W kolejnej opowieści muzyk do szorstkiej, ambientowej bazy dodaje zgrzyty, drobne elektroniczne usterki, a całość zdaje się być medytacją umierającego gruźlika. Trzecią część buduje brzmieniowa dychotomia – plaster gęstego, gitarowego fuzza w opozycji do plamy soczystego ambientu. Wreszcie finałowa ekspozycja – tu ambient zostaje doposażony w gitarowy przester, który z czasem nabiera tajemniczej melodyki, przypomina śpiew przez zaciśnięte zęby, kojący szmer.

 


Rafał Kołacki Echo Grało (Antenna Non Grata, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieoznaczone: Rafał Kołacki – kompozycja, wszystkie dźwięki. Jeden utwór, 58 minut.

Albumowe credits nie zawiera spisu instrumentarium, ale śmiało możemy powiedzieć, iż Kołacki w zasadzie nie sięga tu po akustyczne rozwiązania. Buduje wielowątkową, syntetyczną opowieść, którą dramaturgicznie gmatwa łącząc wszystko w jeden, prawie godzinny strumień narracji.

Początek jest mroczny, nieco oniryczny, tylko incydentalnie masywny. Śmiało mógłby stanowić soundtrack do filmowej opowieści o losach lovecraftowego Cthulhu. Dużo ciekawego dzieje się tu w tle – słyszymy ludzkie głosy, bijące dzwony, trochę tajemniczego field recordingu. Po pewnym czasie w tyglu zdarzeń pojawia się element rytmu – rodzaj czerstwego, połamanego drum’n’bass. Kolejne fazy opowieści moglibyśmy określić mianem ambientu z basowymi stemplami i … płaczem dziecka, a nawet harsh electronics. Jeszcze przed trzydziestą minutą w grze pojawia się także cisza, która buduje dramaturgię przez kilka kolejnych chwil. Najciekawiej zdaje się prezentować ostatnie 15-20 minut nagrania, gdy Kołacki buduje swoistą post-ambientową flautę, rodzaj niekojącej medytacji, której kierunek jest trudny do wskazania. Na etapie finalizacji opowieść zaczyna pulsować, jest niespokojna, jakby świadoma tego, że stawia pytania, na które nie udziela odpowiedzi.

 

 

 

wtorek, 17 lutego 2026

Trio Sowari at LMC 2005!


W końcówce lat 90. ubiegłego stulecia brytyjski skrzypek, multiinstrumentalista i eksperymentator Phil Durrant wydał solowy album oparty na brzmieniach syntetycznych, który zatytułował Sowari. Kilka lat później, już na początku nowego millenium, wykorzystując tę nazwę rozpoczął muzykowanie z niemieckim perkusjonalistą Burkhardem Beinsem i szwajcarsko-francuskim saksofonistą Bertrandem Denzlerem, nadal wykorzystując brzmienia elektroniczne.

Muzycy tę trzyosobową kooperację podtrzymują do dziś. Występowali ostatnio choćby na 60. urodzinach Beinsa. Mają w dorobku trzy albumy wydane na fizycznych nośnikach, a od ostatniej jesieni także czwarty, dostępny w plikach elektronicznych, a dostarczony przez niezmordowany szkocki label Scatter Archive. Dodajmy, iż w drugiej połowie bieżącego roku winien ukazać się ich piąty album, który anonsuje londyński Shrike Records.

Dziś sięgamy po ową digitalną nowość z jesieni ubiegłego roku, która zawiera londyński koncert tria z roku … 2005. To jedna, trwająca ponad dwa kwadranse improwizacja – spokojna, niemal szemrana, intrygująco szumiąca, niekiedy niezwykle filigranowa, wytwornie elektroakustyczna od pierwszego do ostatniego dźwięku.

  


Otwarcie koncertu łączy w sobie szmery i drobne zgrzyty instrumentalne z foniczną aurą otoczenia, niczym realizowanymi na żywo nagraniami field recordings. Słyszymy otarcia na zestawie percussion, szelest powietrza w tubie saksofonu i drobne plamy elektroniki. Ważnym elementem tego etapu spektaklu są plamy ciszy, które zdają się wyznaczać kolejne restarty narracji. Pierwsze bardziej linearne opowieści trwają po kilkadziesiąt sekund, a potem grzęzną w mrocznej, gęstej ciszy. Owa mikrobiologia dźwięku wciąż uzupełniana jest foniami z otoczenia, dochodzącymi jakby z poczekalni, a może baru. Wszystko staje się teraz szmerem, mniej lub bardziej intensywnym. Elektronika łapie frazy z saksofonu, z kolei perkusjonalia koncentrują się na budowaniu czegoś bardziej powtarzalnego. Gdy na czoło pochodu sforuje się Durrant, improwizacja wydaje się odrobinę oniryczna, ale to jedynie chwile. Tak, czy inaczej, zmiana goni tu zmianę, nie brakuje niespodzianek i nie do końca wiadomo, kto odpowiada na dany dźwięk. Ciągle jednak skupienie w post-ciszy jest zjawiskiem częstszym, niż próba dźwiękowej eksterminacji.

Szczególnie szemrany, filigranowy odcinek koncertu trwa pomiędzy dziesiątą, a piętnastą minutą. Potem muzycy próbują klecić bardziej zwartą opowieść z ochłapów dźwięków. Przez moment wszystko staje się jednym strumieniem wydychanym z wielkiej tuby. Drobna intensyfikacja sprawia, że przez kilka chwil narracja przybiera szaty historii mikro industrialnej. Po dwudziestej minucie artyści formują coś na kształt drona, który sytuują na krzywej wznoszącej. Ląduje on w chmurze szumu, która wydaje się wypełniona jedynie akustyką. Całość z czasem wpada w jednostajny ruch drgający, ale nad wyraz filigranowy. Przed upływem trzydziestej minuty narracja dzieli się na bardziej separatywne akcje – słyszymy wyraźnie elektroakustyczny pisk, prychanie saksofonu i drobne frazy rezonujących perkusjonalii. Potem następuje chwila ciszy, po której artyści postanawiają nas zaskoczyć – gdy wszyscy oczekują końcowej porcji szumu, improwizacja nadyma się, nabiera zaskakującej intensywności, zdaje się być ostatnim oddechem wielkiego, konającego stwora.

 

Trio Sowari (Burkhard Beins, Bertrand Denzler, Phil Durrant) LMC 2005 (Scatter Archive, DL 2025). Burkhard Beins – instrumenty perkusyjne, obiekty, Bertrand Denzler – saksofon tenorowy oraz Phil Durrant - sampler, syntezator, preparacje. Nagrane w trakcie LMC Festival, Bridewell Theatre, Londyn, listopad 2005. Jedna improwizacja, 33 minuty.