piątek, 4 września 2026

Mandhira de Saram, Steve Beresford & John Edwards play Felix!


String trio, to naturalna konfiguracja instrumentalna dla muzyki kameralnej, współczesnej, ale także, co oczywiste, improwizowanej. Na jednej z najnowszych płyt krajowej FSR Records zatytułowanej Felix odnajdujemy szczególną wersję takiego tria – skrzypce, kontrabas i preparowany fortepian, którego struny zdają się stanowić ważny element tej intrygującej układanki.

Jesteśmy w Londynie, w sercu jego impro sceny, w klubie Vortex pomieszczonym w niebanalnej dzielnicy Dalston. Na scenie Steve i John, dwie legendy nie tylko londyńskiej sceny i dużo od nich młodsza Mandhira, artystka od pewna czasu silnie związana ze stolicą Zjednoczonego Królestwa i wszelkimi przejawami jego muzycznych wspaniałości. Przed nami pięćdziesiąt minut akustycznej rozkoszy.

  


Koncert składa się z trzech kilkunastominutowych opowieści i niespełna trzyminutowego encore. Pierwsza improwizacja rodzi się w tyglu drobnych, strunowych dźwięków, ale po niedługiej chwili wyłania się z niego niezobowiązująca, post-jazzowa ekspozycja pianisty wprost z klawiatury. Okazuje się, że to jedynie skromne interludium, albowiem artyści dość sprawnie powracają do kreowania preparowanych, dobrze skorelowanych fraz. Momentami ich akcje są bardzo filigranowe, pełne subtelnego uroku. Smyczki ślizgają się po strunach, czasami nucą stłamszone melodie, z kolei na dnie fortepianu pojawia się kilka niezidentyfikowanych dźwięków - być może w rękach pianisty znajdują się przedmioty nieoznaczone w albumowym credits. Narracja charakteryzuje się teraz dużą zmiennością – balansuje od dna ciszy po sufit głośnych, niekiedy brawurowych fraz. Puentą pierwszej, najdłuższej improwizacji jest zaskakująco intensywny, niemal free jazzowy szczyt.

Drugą opowieść inicjuje skrzypaczka, momentami traktująca smyczek niczym perkusyjną pałeczkę. Tymczasem struny kontrabasu zgrzytają, a spod palców pianisty dochodzą kolejne zagadkowe, także perkusjonalne frazy. Opowieść nabiera rumieńców, to jakby free chamber na sterydowym wspomaganiu. Mysie ślizgi, kocie piski i zaskakująca kontra z klawiatury fortepianu. W połowie utworu muzycy wchodzą w mrok bardzo wyciszonych medytacji. Przez moment jakby stali w miejscu i pytali o drogę. Szczęśliwie pianista, znów z klawiatury, szyje coś bardziej żwawego. Tańczy oparty na strunowych pląsach partnerów, czyniąc zakończenie tej odsłony albumu dalece intrygującym.

Początek trzeciej części ponownie inicjuje skrzypaczka. Z backgroundu docierają kolejne tajemnicze frazy piana, a z gryfu kontrabasu zaczepne szarpnięcia. Improwizacja na kilka chwil przebiera klasycznie kameralne szaty, a potem znów dociera do podziemia szyjąc nam być może najpiękniejszy fragment całego koncertu. Anonsowany bis przynosi niespodziewanie dużo wydarzeń. Najpierw czyste frazy skrzypiec i fortepianu, potem garść całkiem radosnych podskoków. Wreszcie przejście w tryb dość mrocznej, ale już pożegnalnej melodyki, która ozdabia kontrabas w trybie pizzicato. Ostatnie frazy dostarczają klawisze piana.

 

Mandhira de Saram, Steve Beresford & John Edwards Felix (FSR Records, CD 2026). Mandhira de Saram – skrzypce, Steve Beresford – fortepian oraz John Edwards – kontrabas. Nagrane w The Vortex, Londyn, styczeń 2025. Cztery improwizacje, 49 minut.

 

*) Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.com i tamże została pierwotnie opublikowana

 

 

wtorek, 1 września 2026

Joanna Mattrey, Camila Nebbia, Camilo Ángeles & Violeta García are Heavy Handed!


Nowojorski The Relative Pitch Records dostarcza cztery premiery w miesiącu (w sierpniu nawet pięć!) i nic nie wskazuje na to, by ową imponującą regularność zatracił.

Dziś sięgamy po nowość lipcową, zatem bardzo gorącą i do tego definitywnie szaloną. Kwartet niemal w całości żeński (nazwiska świetnie znane z katalogu labelu, ale nie tylko) dostarcza nam mnóstwo emocji, które szyją dwa instrumenty dęty i dwa strunowe, niektóre z soczystym uzupełnieniem FX-owym. Krwista kameralistyka miewa tu iście free jazzowe eksplozje, a jakość dzierży berło zwycięzcy od pierwszej do ostatniej sekundy. Wiele wskazuje na to, że nie zapomnimy o Heavy Handed w trakcie corocznego podsumowania sceny improwizowanej.

  


Pieśń otwarcia jest najdłuższym fragmentem albumu i mówi niemal wszystko o jego potencjale artystycznym. Kolektywny start z pełną mocą saksofonu tenorowego, nisko osadzonego fletu oraz drapieżnej altówki i takiejż wiolonczeli. Dęte skrzeczą, te strunowe zgrzytają zębami ugniatane mocą rąk i smyczków. Z czasem ta efektowna pożoga zdaje się tracić na intensywności. Pojawia się melodia, dość hałaśliwa, ale jednak na krzywej opadającej, garść preparacji i kilka rezonujących detali. Puenta jest niespokojna, ale zdecydowanie post-kameralna.

Dramaturgia kolejnej improwizacji jest podobna. Hałaśliwe struny i dęte eksplozje, które najpierw wchodzą w fazę siarczystych wydechów, a potem kameralnego rozśpiewania, bogaconego drobnymi amplifikacjami. W trakcie trzeciej odsłony krwawa bitwa trwa w najlepsze. Strunowce zaczynają na ostro, flet wije się w konwulsjach, a saksofon efektownie wzdycha. Kulminacja utworu ma miejsce podczas duetowego antraktu fletu i wiolonczeli, puenta zaś jest kwartetowa, tylko pozornie delikatniejsza. To free chamber, które bucha ogniem.

Pierwsza chwile oddechu przynosi czwarta improwizacja. Rezonujące podmuchy blisko ciszy, szczypta melodii, która szuka kolejnego pretekstu do eksplozji i finalizacja na pełnym wydechu. Kolejna część nie trwa nawet dwóch minut i zdaje się być zwarciem łagodnego fletu i agresywnie nastawionych strunowców. Szóstej improwizacji bliżej do kameralności czwórki, niż ekspresji pierwszych utworów. Przez moment można odnieść wrażenie, że każdy instrument wiedzie tu swoim szlakiem, dygocze na wietrze, ale pamięta o kwartetowej jedności. Ostatnia improwizacja na tle dotychczasowych szaleństw wydaje się spokojnym spacerkiem łagodnym wzniesieniem. Melodia dętych, spokojne frazy grane pizzicato, dyskusje bilateralne i drobne przekomarzania. Po miniaturowej eskalacji następuje wieńcząca album radosna, kolektywna radość.

 

Joanna Mattrey, Camila Nebbia, Camilo Ángeles & Violeta García Heavy Handed (Relative Pitch, CD 2026). Joanna Mattrey – altówka, Camila Nebbia – saksofon tenorowy, Camilo Ángeles - flet & FX oraz Violeta García - wiolonczela & FX. Nagrane w Jazzwerkstatt Bern, marzec 2024. Siedem improwizacji, 40 minut.



piątek, 28 sierpnia 2026

Matthias Muche and his Trombone are Alone!


Niemiecki puzonista Matthias Muche będzie gościem najbliższej edycji Spontaneous Music Festival. Zagra ze swoim macierzystym triem TON, będzie także uczestnikiem jednego z kwartetów kleconych, jak zwykle na tej pokrętnej imprezie, metodą ad hoc.

Muche nie stanie jednak na poznańskiej scenie samotnie z puzonem. Teraz, gdy słuchamy jego pierwszej solowej płyty, aż chciałoby się powiedzieć - jaka szkoda. Pozostaje nam zatem odsłuch albumu, który przynosi konceptualne, puzonowe wzdychanie, dobrze udramatyzowane, zwinnie ustrukturyzowane, intrygująco wzbogacone głosem z tekstem na początku i kościelnymi dzwonami na końcu nagrania. 

  


Album otwiera męski glos, który recytuje tekst zaczynając oczywiście od początku pierwszego zdania. Lekko dogłośniony puzon parska, próbuje odpalić silnik zdezelowanego motocykla. Narracja ma walory medytacji, choć jest na swój sposób nerwowa. Puzon zdaje się wchodzić w dialog z tekstem, bywa szorstki w obyciu, bywa także intrygująco melodyjny. Potrafi krzyknąć, potrafi zamilczeć. Elementami drugiego utworu są szum tuby, piskliwe salwy do samego do sufitu i cisza. Potem także melodyjne rozkołysanie i zabawy z echem. Muzyk łapie czystszy tembr, oddycha głębiej, szyje dłuższe frazy, ale cały czas kusi go, by szukać brudu i zadry. Na końcu jakby łapał rytm, nie wiadomo skąd nadciągający.

Trzecia opowieść klei się dysonansem. Z jednej strony minimalistyczne westchnienia i cisza, z drugiej wulgarne parsknięcia. Brud leży tu obok czystego, wysoki dźwięk tuż nad niskim. Ostatecznie zapada konsensus – rodzaj repetytywnej pętli z głosem brzuchomówcy. Puentą jest jednak śpiew. W czwartej części muzyk sprawdza wydolność płuc. Dla równowagi posługuje się także ciszą. Buduje efektowne echo, potem łamie melodie na mocnym wydechu. W części finałowej biją dzwony. Puzon pozostaje z boku i nadyma się. Wdycha brud, wydycha czyste powietrze. Dzwony zdają się wpadać w spazm, puzon wręcz przeciwnie – zrelaksowany jak nigdy. Z czasem ten zantagonizowany duet zaczyna rozmywać się w potoku czegoś bardziej wspólnego. To dobry pomysł na pożegnanie. 


Matthias Muche Trombone Alone (col legno, CD 2026). Matthias Muche – puzon oraz gościnnie Anthony Moore – głos, tekst (pierwszy utwór). Nagrane w Zionskirche, Bielefeld, Niemcy, czerwiec 2025. Pięć utworów, 48 minut.




wtorek, 25 sierpnia 2026

Crawford, Foster, Malmendier & Škrijelj did a Faux pas!


Jak doskonale wiemy, Emilie Škrijelj i Tom Malmendier, muzykujący razem jako Les Marquises, prowadzą także label eux sæm publikujący intrygującą muzykę improwizowaną, na ogół z ich osobistym udziałem. Śledzimy te albumy od zarania owej zacnej inicjatywy.

Zatem równie doskonale wiemy, iż Emilie i Tom, poza rejestracją nagrań w duecie, chętnie wchodzą w kolaborację z innymi artystami, dokładnie z całego świata.

Dziś spotykamy ich na Brooklynie, gdzie pichcą smakowite danie kwartetowe z gitarzystą Webbem Crawfordem (prawdopodobnie debiut na Trybunie) i dobrze rozpoznawalnym w naszych stronach saksofonistą Michaelem Fosterem. Z dużą radością zaglądamy do kompaktowej dokumentacji tego spotkania.

  


Początek albumu nie jest pozbawiony znamion gry wstępnej, typowej dla formacji kleconych ad hoc. Szmery, szelesty, drobne obcierki i skrzypienia osnute poświatą elektroakustyki, jaką dostarcza Emilie, tym razem pozbawiona akordeonu, a jedynie grająca z talerza. Zręby bardziej linearnej narracji inwokuje aktywny saksofon, wsparty na perkusyjnych szczoteczkach i basowych plamach gitary. Na etapie rozwinięcia sporo do ognia dolewa frakcja syntetyczna, który brzmi niemal perkusyjnie. Otwarcie drugiej improwizacji jest ciche, ale podskórnie nerwowe. Muzycy preparują, drżą, ich frazy gęstnieją, nabierają niemal post-industrialnej tekstury. Wszystko zdaje się zgrzytać zębami, aż do momentu, gdy sygnał do ataku daje saksofon. Najdłuższa opowieść na albumie w drugiej fazie staje się bardzo intensywna, przypomina post-nuklearny free jazz!

Trzecia odsłona, to ledwie kilkadziesiąt zgrzytliwych sekund skonsumowanych głównie przez gitarę i sample z gramofonu. W czwartą część artyści wchodzą niesieni coraz silniejszymi podmuchami rezonującego wiatru. Głęboko oddychają, szukają brzmieniowych pikanterii, wydają się być ukierunkowani na budowanie post-free jazzowego szczytu. Dynamika idzie tu nade wszystko od Toma i Emilie, ale akcje Webba i Michaela są świetnie z nimi skorelowane. Po osiągnieciu imponującego szczytu narracja wyjątkowo urokliwie opada w ramiona ciszy.

Start ostatniej improwizacji wydaje się emocjonalnie zrównoważony. Błyszczą perkusjonalia, coś ciekawego dzieje się na gitarowych przetwornikach, tuba szemra, a na talerzach szeleści. W głębi tej mikstury niechybnie czai się hałas, ale ma problemy z wydostaniem się na powierzchnię. Opowieść wydaje się rozedrgana, nerwowa, znów odrobinę post-industrialna, ale wraz z upływem minut zaczyna przygasać. Śmierć maszyn zwiastuje porywisty wiatr od morza. Saksofon melodyjnie rezonuje niosąc ostatnie frazy farewell song.

 

Crawford/ Foster/ Malmendier/ Škrijelj Faux pas (eux sæm, CD 2026). Webb Crawford – gitara, Michael Foster - saksofon, Tom Malmendier – perkusja oraz Emilie Škrijelj – turntable. Nagrane w Phantom Ear Studio, Brooklyn, Nowy Jork, maj 2025. Pięć improwizacji, 40 minut.



piątek, 21 sierpnia 2026

Cristiàn Alvear play Sin título #30 & Singularidad #1!


Szwajcarski label Insub Records odwiedzamy regularnie i coraz chętniej zanurzamy się w odmętach współczesnej muzyki komponowanej. Dziś dwie kompozycje na gitarę solo, wzbogaconą garścią tajemniczych dźwięków pochodzących chyba nie tylko z nagrań terenowych. I żeby było ciekawiej, przenosimy się na drugą półkulę, do domowego studia pewnego artysty z Chile.

Skupiamy wzrok, koncertujemy słuch i odpływamy w siną dal!

  


Pierwszy utwór trwa prawie dwa kwadranse i jest budowany z dużym szacunkiem dla każdego dźwięku. Na początku tworzą go dwa wątki minimalistycznych, gitarowych fraz, doposażone odpowiednią przestrzenią dla swobodnego wybrzmiewania. Ta specyficzna, filigranowa medytacja delikatnie narasta, stymulowana niemal niedostrzegalnym upływem czasem, który zdaje się być tu pojęciem względnym, nadającym otoczeniu zadziwiającą nieistotność.

Po pięciu minutach słyszymy nową frazę, ale ta gaśnie szybciej niż poprzednie. Dłużej za to wybrzmiewa niesiona matowym, nieco syntetycznie brzmiącym echem. Przypomina uderzenia w gong. Po kolejnych kilku minutach rzeczone echo zaczyna pulsować i nabierać zdecydowanie post-akustycznej poświaty. Przed upływem dwóch kwadransów główny wątek narracji przejmują subtelne gitarowe flażolety. Po niedługiej chwili dołączają do nich repetujące, delikatne pasmo basowe i niezidentyfikowany, elektroakustyczny szum z backgroundu, który z każdą pętlą zdaje się coraz głębiej pulsować. Recenzent zaczyna mieć wrażenie, że jego słowa są tej muzyce zupełnie niepotrzebne. Ona trwa, niczym wielominutowe medytacje AMM. Finał utworu wydaje się doposażony odrobiną zaskakującej dynamiki i aurą syntetyczności. Umiera nagle, bez słowa komentarza. 

Druga kompozycja trwa niespełna kwadrans, ale jej wydarzeniami możnaby obdzielić kilka innych, znacznie dłuższych. Szczególnie dobitnie pokazuje to pierwszych dziewięć minut. Początek lepi się z wysoko zawieszonych fraz gitary, repetytywnych plam czegoś definitywnie syntetycznego i pulsującego, basowego pasma. Potem w grze pojawiają się także ludzkie głosy. W tak zwanym międzyczasie sam wątek gitarowy zaczyna intrygująco uciekać w dubową poświatę. Nagranie zdaje się mieć ciekawą, na poły rytmiczną teksturę. Jakbyśmy z oddalonego pomieszczenia słyszeli dźwięki przypominające klasykę berlińskiego post-techno spod znaku Basic Channel. Całość staje się mroczna, ale nie przestaje pulsować. Po upływie rzeczonej dziewiątej minuty powraca gitarowy flow, który pamiętamy z pierwszego utworu. Uformowana jakby na nowo opowieść toczy się leniwą struga, a potem zaczyna układać do snu, choć jej wnętrze nie przestaje pulsować i skwierczeć. W końcu przestrzeń nagrania opanowuje struga ambientu, która gaśnie nagle, jak ktoś wyłączył światło.

 

Cristiàn Alvear Sin título #30 - Singularidad #1 (Carrasco - Astaburuaga) (Insub Records, CD 2026). Cristiàn Alvear – gitara elektryczna, sin tones & field recordings, Nicolás Carrasco i Santiago Astaburuaga – kompozycje. Nagrane we własnym studiu domowym, Santiago, Chile. Dwa utwory, 42 minuty.