Cztery premiery w miesiącu to edytorski rytuał nowojorskiego The Relative Pitch Records. Na tych łamach, mimo usilnych starań całej jednoosobowej redakcji, nie dajemy rady opisać adekwatnymi słowami każdego wydawnictwa. Ale przynajmniej się staramy.
Dziś czas na trzy nowości majowe i jedną kwietniową. Przed
nami duża porcja soczystego jazzu, zarówno komponowanego (Marta Warelis!), jak
i swobodnie improwizowanego (uwaga szczególnie na Skandynawów!). Kilka znanych nazwisk,
mnóstwo dobrego grania, a każdy album dostarczony w formie poręcznego dysku kompaktowego.
Welcome bardzo gorąco!
Marta Warelis Still Life with Lemons
Bimhuis, Amsterdam, październik 2024: Marta Warelis –
fortepian, syntezator, kompozycje, Ben LaMar Gay – trąbka, elektronika, Ab
Baars – klarnet, saksofon tenorowy, Karen Ng – klarnet, saksofon altowy,
Ingebrigt Håker Flaten – kontrabas oraz Frank Rosaly – perkusja, gongi. Sześć
utworów, 49 minut.
Nasza ulubiona polska pianistka jest rezydentką
amsterdamskiej sceny free jazz/ free impro od ponad dekady. Ale dopiero teraz zaprezentowała
się jako band leaderka, kompozytorka, artystka, która wraz z piątką przyjaciół zagrała
koncert firmowany jedynie swoim imieniem i nazwiskiem. Trzy instrumenty dęte incydentalnie
inkrustowane elektroniką, kuta żelazem sekcja rytmu, wreszcie ona sama na
fortepianie i syntezatorze. Opowieść w sześciu odcinkach warta każdej sekundy
naszej wzmożonej uwagi.
Nagranie otwiera samotna, minimalistyczna ekspozycja Warelis
na fortepianie, która zdaje się konsumować wszelkie walory jej twórczości w tym
obszarze. Sekcja rytmu wchodzi do gry po trzech minutach, potem swoje dokładają
radośnie i swobodnie usposobione dęciaki. Opowieść niesie basowy groove
i wszechobecna melodia. Druga odsłona ma bardziej kameralny charakter, pojawia
się smyczek i akcje inside piano. Trzecia silniej sytuuje się estetyce
post-jazzu, a w momencie kulminacji godna jest miana fire music. W
czwartym utworze otrzymujemy coś w rodzaju elektroakustycznej medytacji, w
piątej zaś trzyminutowy dialog dwóch klarnetów. Album zamyka rozbudowana kompozycja
inicjowana perkusjonaliami i inside piano, rozwijana smutną melodyką ballady,
a finalizowana post-aylerowskim, free jazzowy tańcem, w wysokim, definitywnie bardziej
optymistycznym locie.
Cath
Roberts & Olie Brice Setpieces
s10c,
SET Lewisham Retail Park, London, styczeń 2025: Cath Roberts – saksofon barytonowy i altowy oraz
Olie Brice – kontrabas. Sześć, 37 minut.
Przed nami danie definitywnie pure jazzowe. Saksofon barytonowy
do pary z kontrabasowym arco lub saksofon altowy z kontrabasowym pizzicato.
Także drobna dawka wariantów mieszanych. Dwie świetnie nam znane postaci londyńskiej
sceny jazzowej, tej szczególnie swobodnie improwizowanej. Bez specjalnych fajerwerków,
z dbałością wszakże o odpowiednią dramaturgię i dobrą zabawę.
Jazzowy, zadziorny baryton w konfrontacji z kameralnie usposobionym,
kontrabasowym smyczkiem otwiera album, a w części trzeciej zgrabnie go
kontynuuje. Taki duet potrafi kąsać, a elementem dominującym bywa niespodziewanie
drugi z instrumentów. Kolejna improwizacja baritone & arco wydaje
się jeszcze ciekawsza, bardziej nasączona emocjami i zaskakująco melodyjna. W utworze
drugim i piątym ma miejsce anonsowane spotkanie altu z jazzowym pizzicato.
W tej konwencji angielski duet sprawie wrażenie mniej wyrazistego, bardziej przewidywalnego.
W pozostałych dwóch odsłonach baryton zmaga się z szarpanym kontrabasem.
Tu artyści generują jeszcze większą porcję melodii, szczególnie w tubie dużego dęciaka.
Finałowa improwizacja jest balladą, w trakcie której barytonowe frazy na wdechu
moszczą się na drgających strunach kontrabasu i kreują zaskakującą jakość.
Quagmire & Christer Bothén Rörane
Rörane Studio, Bottna, Szwecja, czas nieznany:
Christer Bothén – klarnet basowy i kontrabasowy oraz Quagmire: Nina de Heney –
kontrabas, Karin Johansson – fortepian, także preparowany, cytra oraz Henrik
Wartel – perkusja. Pięć utworów, 38 minut.
Ten szwedzki impro meeting zdaje się przynosić największą
w zestawie relatywnych nowości radość z odsłuchu. Preparowane piano i perkusjonalia,
dużo dawka niskich, kontrabasowych częstotliwości, mroczne tło i zmysłowe westchnienia
najcięższych odmian klarnetu. Śmiało wchodzimy do tej pieczary dźwięków i
kompletnie nie mamy ochoty na drogę powrotną.
Pierwsza improwizacja trwa prawie dwadzieścia minut i definitywnie konstytuuje wartość artystyczną albumu. Pomruki klarnetu kontrabasowego, szorstkie plamy inside piano, matowy blask talerzy i dudniące struny kontrabasu lepią się w dron, nerwowo rozkołysany, incydentalnie unoszący się ku górze siłą narracji z fortepianowej klawiatury. W połowie nagrania improwizacja nabiera post-jazzowego, a potem kameralnego posmaku. I jeszcze wisienka na torcie – melodyjny dialog klarnetu i kontrabasowego smyczka w ramach wyrafinowanej puenty. O połowę krótsza druga improwizacja kontynuuje budowanie mrocznego, preparowanego post-ambientu. Całość drży, ale jest też doposażona w ulotną i zaskakującą dynamikę. Trzy kolejne odsłony albumu trwają po mniej więcej cztery minuty i stanowią kolejne dowody w sprawie. Dwa pierwsze utrzymane są w estetyce dronowej, ale wydają się jeszcze bardziej nerwowe – artyści dygoczą tu z zimna i trwogi (co udanie podkreśla brzmienie cytry). Ostatni utwór bardziej przypomina linearną, post-jazzową ekspozycję, z klarnetem basowym w roli wiodącej na etapie rozwinięcia i definitywnie samotnej (jakże minimalistycznej) na etapie finalizacji.
Michael
Foster, Christian Weber, Michael Griener Selections from the Gutter
Alte
Kita Schöneweide, Berlin,
maj 2025: Michael Foster – saksofony, Christian Weber – kontrabas oraz Michael
Griener – perkusja. Sześc utworów, 62 minuty.
Na zakończenie dzisiejszego przeglądu nowojorskich nowości
czas na soczysty, swobodnie improwizowany jazz, któremu etykietę free przyszyć
można bez ryzyka popełnienia błędu. Amerykański saksofonista w towarzystwie
niemieckiego kontrabasisty i perkusisty (nazwiska świetne znane Czytelnikom tych
łamów) snują sześć rozbudowanych opowieści, improwizując kolektywnie, stawiając
dobro ogółu ponad partykularne interesy, niosąc dużą jakość niemal w każdej frazie.
Wszystko tu świetnie trybi pod względem dramaturgicznym, może jedynie samo nagranie
– biorąc pod uwagę jego intensywność – jest odrobinę zbyt długie.
Saksofonista najczęściej pokonuje tu drogę od szorstkiego, preparowanego
otwarcia przez ekspozycję melodii, po niekiedy free jazzowy szczyt (jak choćby
w czwartej, najbardziej intensywnej odsłonie). Kontrabasista z kolei sieje ferment
niemal na każdym kroku. Frazuje jazzowym pizzicato, ale równie często sięga
po smyczek czyniąc dużo dobrego zarówno w wymiarze kameralnym, jak i
post-jazzowym. Jego styl gry znamionuje permanentna zmienność. Perkusista rzadziej
wychodzi na front, ale zawsze jest na miejscu, świetnie trzyma flow,
choć jego rola nie kończy się na budowaniu szkieletu drummingowego. Wyłączając
trzecią, ledwie dwuminutową opowieść, wszystkie pozostałe to dramaty z intrygującą
inauguracją, zwinnym rozwinięciem, post-kameralnym interludium i zmysłowym,
niekiedy bardzo energetycznym zakończeniem. Na szczególną uwagę zasługuje piąta
część, która początkowo szyta jest drobnym, niemal filigranowym ściegiem granym
na wydechu, potem nabiera niezbędnego rozmachu, a spuentowana zostaje paradą
selektywnych short-cuts.














