Czas na lipcową zbiorówkę recenzji. Dziś osiem albumów i tradycyjnie multigatunkowy tygiel improwizacji. Tym razem sporo prądu i elektroniki, ale także szerokie spektrum fraz akustycznych, czasami wprost z wielkomiejskiej ulicy!
Zaczniemy w Berlinie, potem czekają nas dwa spotkania portugalskie,
krótka wycieczka do Buenos Aires, mroczna otchłań Belgii i aż trzy wątki krajowe
– jeden ulepiony z surowej akustyki, drugi z małego prądu, a trzeci z meandrycznej
elektroakustyki. Od koloru do
wyboru! Very Welcome!
Spinors Masual
(Evil Rabbit, CD 2026)
Morphine Raum, Berlin, czerwiec 2023: Alex Nowitz -
głos, elektronika, Sukandar Kartadinata – gitara elektryczna, elektronika oraz Matthias
Bauer – kontrabas. Cztery improwizacje, 45 minut.
Głos wspomagany ręczną elektroniką, niebanalnie
frazująca, obleczona kablami gitara z prądem i kontrabas najchętniej traktowany
smyczkiem tworzą tu opowieść pełną niespodzianek, zarówno brzmieniowych, jak i
narracyjnych. To dramat w trzech długich aktach i jednym bardzo krótkim, który
przykuwa uwagę od pierwszej do ostatniej sekundy.
Po równie szemranym, jak gadanym otwarciu muzycy budują linearną
opowieść, która startuje z pozycji post-jazzowej, ale szybko ucieka w oniryczną,
post-psychodeliczną balladę. Po kilku minutach narracja staje się jednak zaskakująco
dynamiczna, uformowana w dron, który pulsuje mrokiem, usiany usterkową niekiedy
elektroniką. Druga opowieść balansuje od mrocznej ciszy inicjacji po wybuchy ekspresji,
tu godne doprawdy muzyków z dalekiego wschodu. Smyczek tańczy jak oszalały, gitara
plecie psychodeliczne melodie, a głos deliberuje w estetyce niemalże operowej. Samo
zakończenie śmiało zasługuje na miano bardzo głośnego. Pulsująca preparacjami trzecia,
miniaturowa odsłona udanie podprowadza pod finałową ekspozycję. Tu także artyści
potrzebują chwilę, by od elektroakustycznych dywagacji przejść do narracyjnych konkretów.
Na etapie rozwinięcia króluje basowy groove, który niesie dwa strumienie
elektroniki, tej post-gitarowej i tej post-wokalnej.
Made of
Bones & Luís Vicente Jardim Vertical (Profound Whatever, DL
2026)
No
Estúdio Profound Whatever, Pesinho, styczeń 2026: Duarte Fonseca – perkusja, João Clemente –
gitara, Nuno Santos Dias - Waldorf zarenbourg oraz Luís Vicente – trąbka.
Dziesięć utworów, 57 minut.
Dobrze opakowana przetwornikami gitara elektryczna, kwaśny
instrument klawiszowy i punktowa perkusja, to narzędzia pracy tria Made Of
Bones, które zdaje się być idealne do tworzenia psychodelicznego, nieco
onirycznego fussion, czerpiącego zarówno z jazzu, jak i rocka. Trio lubi
muzykować z gośćmi - po incydencie z saksofonistą Jose Lencastre, czas na improwizacje
z trębaczem Luisem Vicente.
Album składa się z dziesięciu odcinków, ale po prawdzie
większość z nich łączy się w bardziej rozbudowane sekwencje zdarzeń. Powolna,
leniwa narracja, niczym pochód umarlaków na granicy przemieniana, jest tu
punktem otwarcia każdej opowieści. Muzycy dokładają step by step kolejne
elementy, dzięki czemu większość utworów na etapie rozwinięcia osiąga poziom
wzmożonej intensywności. Bazowe trio trzyma się swoich reguł gry, buduje
delikatnie upalony strumień dźwięków, w którym poczucie upływającego
czasu bywa sprawą bardzo indywidualną. Z kolei kreatywność trębacza, zwłaszcza w
fazie preparacji sprawia, iż raz po raz improwizacje osiągają stan istotnie intrygujący.
Klawisz z gitarą idą tu na ogół pod rękę, rola perkusji często sprowadza się do
wytyczania szlaku podroży, ale bywa, że w efemerycznej flaucie improwizacji
potrafi wzbudzić nowe życie. Album po wystudzonym, onirycznym otwarciu swoją kulminację
zdaje się przeżywać w trakcie ósmego, najdłuższego utworu, który balansuje od psychodelicznej
ballady do żwawej post-jazzowej przebieżki. Wieńczące płytę dwie ostatnie odsłony,
to błysk melodii i kojący ambient.
Jorge Nuno A
Ilha Revisitada (Thödol Records, CD 2026)
Lizbona oraz Terceira (utwory 3-5), czas nieznany: Jorge
Nuno – gitara. Trzynaście utworów, 39 minut.
Z tym portugalskim muzykiem znamy się świetnie. Kiedyś lubował
się w gitarowej psychodelii, teraz częściej siada samotnie ze swoim
instrumentem i opowiada nieme historie o życiu. Jego druga płyta solowa
przynosi aż trzynaście takich opowieści – ciągle pachnie w nich rockiem i
post-bluesem, choć szyte są delikatnymi frazami gitary akustycznej.
Album otwierają wystudzone gitarowe flażolety, które pachną
dawno zapomnianą prerią dzikiego zachodu. Estetyka bluesa i rocka dają
szczególnie znać o sobie w kolejnych, niekiedy dość dynamicznych przebieżkach
po gitarowym gryfie. Nuno szoruje struny, szarpie je i ślizga się po nich, a
potem puentuje wszystko porcją wystudzonych, ale na ogół dość melodyjnych fraz.
W piątej opowieści artysta wpada w repetytywny taniec czyniąc ów fragment bodaj
najciekawszym momentem albumu. Potem na długo zapada w otchłań gitarowego minimalizmu.
Owe narracyjne slow motion ma swój niezaprzeczalny urok, ale zdaje się, że
po kilku utworach zaczynami już tęsknić do ekspresji, jaką muzyk serwował w pierwszej
części albumu. Ta dobra energia szczęśliwie powraca, a sam proces zaczyna się w
połowie dziewiątego utworu. Album wieńczy minimalistyczny taniec, który nie nosi
jednak znamion pożegnania. Nuno wróci do nas z pewnością całkiem niedługo.
Torrecillas/ Vázquez/ von Schultz Physis (Plus
Timbre, DL 2026).
Estudio Libres, Buenos Aires, Argentyna, Luty 2025:
Jorge Torrecillas – saksofon tenorowy i altowy, Pablo Vázquez – kontrabas, głos
oraz Marcelo von Schultz – perkusja. Dziewięć utworów, 32 minuty.
Czas na argentyński free jazz. W roli improwizatorów nasi
dobrzy znajomi z Buenos Aires, z których dwóch mieliśmy nawet okazję gościć w
spontanicznych progach Poznania w czasach przedpandemicznych. Trio, które gra
dla nas Physis nie eksperymentuje, nie szuka nadmiernie rozszerzonych technik,
ani nie kąsa szczególnie wymyślną dramaturgią. Gra swoje, co byśmy przez to nie
rozumieli. I gra bardzo kompetentnie.
Krótkie, dobrze sformatowane improwizacje introdukowane są najczęściej
przez perkusję i kontrabas. Saksofon wchodzi zazwyczaj na gotowe, syci flow
jazzową melodią, a gdy trzeba ostro dmie intrygująco brudnym brzmieniem. Raz po
raz artyści dorzucają coś nowego do typowego jazzowego tygla. W drugim utworze
czujemy posmak ethno, a dużo dobrego wnosi kontrabasowy smyczek. Początek
czwartej części grany jest przez basistę, ale efekt jest istotnie perkusjonalny.
W niektórych momentach trio wpada w galop, ale nie jest on masywny, czasami wydaje
się wręcz filigranowy. Szczególnie udane są improwizacje siódma i ósma. Pierwszą
z nich prowadzi duet sax & drums osadzony w melodyce aylerowskiej,
który jest nieustannie kontrapunktowany agresywnie usposobionym smyczkiem. Taka
wymiana zdań stanowi oś dramaturgiczną utworu. Z kolei ósemka, to narracja tkana
z drobnych, minimalistycznych fraz każdego z instrumentów, także bez użycia siły,
czy forsowania nadmiernej ekspresji. Album domyka niespełna minutowa ekspozycja
pełna rytmu, radosnej energii, daleka od oczekiwanej w takich momentach farewell
song.
Dirk
Serries & Asmus Tietchens Die Regeninsel (Attenuation
Circuit, CD 2026).
Czas i miejsce nieznane: Dirk Serries – gitara elektryczna,
efekty oraz Asmus Tietchens – processings. Sześć utworów, 46 minut.
Dark ambientowe płyty Serriesa znamy doskonale, nieomal się
na nich wychowaliśmy. Najnowsza propozycja belgijskiego gitarzysty rozwija ten zamysł
dramaturgiczny (nie po raz pierwszy) o elektroniczne procesowanie tego, co dostarcza
samotna gitara elektryczna. Efekt zjawiska, to mroczne, gitarowe drony
zanurzone w poświacie grozy, otchłaniach iście lovecraftowego niepokoju.
Ta podróż jest bardzo niebezpieczna, szczęśliwe jednak każdy z odcinków zdaje
się mieć nieco łagodniejszą, jakby odseparowaną od zasadniczej sytuacji dramatu
puentę.
Od pierwszej sekundy nagrania gitarowy dark ambient zostaje
osadzony w przestrzeni, która rezonuje jeszcze bardziej mrocznym, wielowarstwowym
pogłosem. Puls jest jednostajny, tembr z czasem zniekształca się, co potęguje zjawisko
niepokoju. Druga i piąta opowieść zdają się pochodzić od jednej matki. To gitarowa
melodia systematycznie dewastowana syntetyczną powłoką brudu, obleczona łagodnym,
matowym pulsem, który dociera z głębokiego offu. Ów proces osiąga
incydentalnie stadium noise’owe. Trzecia opowieść wydaje się bardziej
oniryczna. Szyty na kilka sposobów ambient brzmi tu wyjątkowo syntetycznie, syczy
niczym wygłodniały wąż boa. Z kolei w czwartej odsłonie punktem wyjście są zniekształcone
frazy, brzmiące jakby pochodziły z uszkodzonego odbiornika radiowego. Na etapie
rozwinięcia flow wydaje się tu bardzo gęsty, przypomina marsz w błocie
po kolana. Dla odmiany finałowa narracja zostaje posadowiona dość wysoko.
Gitarowy ambient wydaje się śpiewny i zlany z porcją syntetyki. Aura grozy schodzi
na background, ale cały czas kąsa niepokojem. I tu końcowy konsensus
nosi znamiona mrocznej łagodności.
Kamil Szuszkiewicz, Mateusz Rybicki, Dawid Kosiarkiewicz,
Paweł Sokołowski Poem 11, series 1 (Monaural Poetry, LP 2026)
Różny czas, różne miejsca: Kamil Szuszkiewicz – trąbka,
Mateusz Rybicki - klarnet, Dawid Kosiarkiewicz – saksofon barytonowy, Paweł
Sokołowski, saksofon altowy. Cztery solowe improwizacje, 25 minut.
Patryk Zakrocki and Marcin Olak Poem 12 Openphonic Hat
(Monaural Poetry, LP 2026).
Galeria Projekt Café, Warszawa, czas nieznany: Marcin Olak -
gitara elektryczna, akustyczna, efekty oraz Patryk Zakrocki – gitara
elektryczna, obiekty. Sześć utworów, 23 minuty.
Analogowo rejestrowana, wycinana seria płyt
winylowych Patryka Zakrockiego nabiera rozpędu. Dziś zaglądamy na edycje jedenastą
i dwunastą.
Pierwsza nich przynosi cztery solowe ekspozycje dęte, zrealizowane
w okolicznościach przyrody – w tunelu pod wiaduktem kolejowym, na akademickim dziedzińcu,
w bibliotece i otwartej przestrzeni okołoklubowej. Surowe brzmienie dęciaków, ciekawy
efekt pracy z echem, odgłosy codziennego życia przybytku publicznego. Baryton Kosiarkiewicza
zaczyna od delikatnego pomrukiwania, kończy niczym wielki zwierz w klatce,
który próbuje się wyswobodzić. Echo tuneli robi tu wrażenie. Z kolei sopran Sokołowskiego
snuje wytłumione melodie, które zdają łapać kontakt z powietrzem otwartej przestrzeni.
To samo czyni trąbka Szuszkiewicza, która dodatkowo niesie się matowym pogłosem.
Najbardziej intryguje w tym zestawie klarnet Rybickiego – lekki, frywolny,
trochę roztańczony, z każdą sekundą nagrania jakby bardziej wsłuchany w odgłosy
życia bibliotecznego.
Gitarowy duet Zakrockiego i Olaka, to z kolei melodyjna,
wręcz piosenkowa odsłona improwizacji. Bez wokalu, natomiast z dużą dawką
post-bluesa i rocka z zakurzonych klasyków westernowych. Krótki, sześcioodcinkowy
serial udanie buduje dramaturgię - zaczyna od tęsknych melodii z dalekich prerii,
potem sięga po porcje minimalistycznych fraz otumanionych drobnymi sprzężeniami,
a kończy dynamiczną ekspozycją obu gitar, które budują podwójny, basowy groove.
Chołoniewski, Figle, Pyzik & Przetacznik Kakofonie#15
(Bandcamp’ self-released, DL 2026)
Betel, Kraków, marzec 2026: Marek Chołoniewski - live
electronics, Mariusze Figle – syntezatory, Tomek Przetacznik - gitara oraz
Kazimierz Pyzik – wiolonczela. Trzy improwizacje, 41 minut.
Kakofonie, cykl krakowskich koncertów, które na
scenie klubu Betel łączą w intrygujące składy ad hoc krajowych muzyków improwizujących,
mają już ugruntowaną medialnie pozycję i pokaźną dźwiękową historię. Szczęśliwie
piętnasty incydent cyklu trafia do nas w formie dokumentacji fonicznej.
Zaglądamy do środka z dużym zainteresowaniem.
Dwa instrumenty strunowe, syntezator i instytucja live
electronics tworzą tu gęsty tygiel zdarzeń uformowanych w trzy kilkunastominutowe
odcinki czasowe. Początek koncertu pokazuje, iż artyści, spotykający się ze sobą
po raz pierwszy, potrzebują trochę czasu, by kierunki ich kreatywności zaczęły
ze sobą istotnie korelować. Pierwsza improwizacja sprawia wrażenie małego
koncertu życzeń. Każdy z muzyków prezentuje walory swojego instrumentarium, ale
interakcje pomiędzy nimi nie są jeszcze solą tej opowieści. Puentą zaś okazuje
się melodyjnie frazujące cello, które bez problemów radzi sobie z
drobnymi incydentami noise realizowanymi przez syntetyczną frakcję
kwartetu. W drugiej części muzycy zwierają szyki, a efektem jest linearna opowieść,
którą przy pewnej dozie poczucia humoru moglibyśmy określić mianem … avant
popu. Melodyjna wiolonczela, basowy rytm gitary i równie rozśpiewany tembr syntezatora!
Zdaje się, że dramaturgiczny konsensus muzycy osiągają ostatecznie w trzeciej
odsłonie. Na powierzchnię bogatego strumienia dźwiękowego forują się wiolonczela
i gitara, a elektroakustyczna otulina wzmaga efekt całości i sprawia, że improwizacja
nabiera artystycznych rumieńców aż do nagłego, jak za pociągnięciem skalpela,
zakończenia koncertu.












