piątek, 20 lutego 2026

The February’ Round-up: Flora! Parallel Realities! Made of Bones! Studio of Electroacoustic Improvisation! Gallio! Fiaschi! Serries! Kołacki!


Dużo Portugalii, kilka dźwięków z kraju pozbawionego flagi, akcenty szwajcarskie, belgijskie i nasze krajowe. Trzy porcje jazzu zabarwionego rockiem i fussion, elektroakustyczne improwizacje, miniaturowe kompozycje z głosem, saksofonowe eksperymenty w duchu muzyki współczesnej, a na koniec smuga gitarowego ambientu i wielowymiarowej, niepokojącej elektroniki. To wszystko zapewnia lutowa zbiorówka recenzji, moment, na który na tych łamach czekamy szczególnie.

Zapraszamy do lektury, odsłuchu płyt i zakupów!

 


Marcelo dos Reis’ Flora Our Time (JACC Records, CD 2025)

Academia de Música CNM/ Estúdios Mó, marzec 2025: Luís Filipe Silva – perkusja, Miguel Falcão – kontrabas oraz Marcelo dos Reis – gitara, kompozycje. Pięć utworów, 52 minuty.

Trio Flora gościło jesienią w Polsce, zagrali kilka ognistych koncertów, które bardzo nam się podobały. Chwilę potem pojawiła się druga płyta formacji, która kontynuuje gitarowe eksploracje podparte dynamiczną sekcją rytmu. Jeśli pierwszy album Flory sytuował się w okolicach open jazzu, ten drugi zdaje się pełnymi garściami sięgać po estetykę i ekspresję rockową, jazz-rockową, nie stroniąc od wycieczek w kierunku fussion i wytrawnego power trio.

Album zawiera pięć rozbudowanych, przeważnie kilkunastominutowych ekspozycji. Swobodna gitara i ekspresyjny groove basu oraz perkusji bez trudu kreują narrację nasączoną dużą porcją improwizacji. Tempo jest zmienne, podobnie techniki fazowania, nie brakuje także przestrzeni na indywidualne prezentacje. Druga odsłona raczy nas rozbudowaną introdukcją opartą na brzmieniu kontrabasowego smyczka. Na etapie rozwinięcia trio wpada w półgalop, by ostatecznie skonać w chmurze krwistego rocka. Trzecią opowieść rozpoczyna sekcja rytmu, która nadaje jej wyjątkową dynamikę, a jej zwieńczenie śmiało sytuuje Florę w pozycji power trio. W czwartej części mamy gitarową balladę, która po fazie medytacji nabiera zniewalającego rozpędu. Wreszcie finał płyty, szyty bluesem i funkiem, z intrygującym, ambientowym interludium przypominającym solowe albumy gitarzysty. Repetytywne zakończenie znów opływa rockowymi atrybutami.

 


João Lencastre Parallel Realities II (Timbuktu Records, CD 2025)

Timbuktu Studio, Lizbona, czas nagrania nieoznaczony: João Lencastre - perkusja, elektroniczne instrumenty perkusyjne, Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian, Pedro Branco – gitara oraz João Hasselberg – bas, elektronika. Osiem utworów, w tym trzy kompozycje lidera, 45 minut.

Nagrania autorskie tego portugalskiego perkusisty (tak, jak i jego brata saksofonisty) śledzimy na bieżąco. Powrót kwintetu Parallel Realities, który tworzy śmietanka iberyjskich improwizatorów, to kolejna okazja do intrygujących przeżyć muzycznych. Ta jazzowa formacja bazuje na ogół na kompozycjach lidera, ale rośnie w jej dziele udział utworów określanych jako improwizacje. Cieszy nas to w dwójnasób.

Kameralne otwarcie szyte akustyką, ale delikatnie barwione elektroniką, szybko przepoczwarza się tu w open jazzową narrację z dużą dawką melodii, drobnym spiętrzeniem i soczystą puentą z posmakiem fussion. Artyści w kolejnych utworach zarówno zaglądają w mroczne zakamarki, snują tajemnicze intrygi, jak i na pełnej swobodzie taplają się w oceanie post-jazzu. Szczególnie udana jest najdłuższa, trzecia ekspozycja, która rodzi się w potoku nisko osadzonych, preparowanych fraz, potem siłą jazzowych argumentów wyłania się z mgły i snuje smakowite improwizacje, w których najbardziej intryguje saksofon tenorowy brzmiący niczym potężny baryton. Podobne klimaty zdaje się prezentować utwór siódmy, z kolei w piątym nie brakuje elementów niemal klasycznie uformowanej kameralistyki. Album wieńczy miniatura osadzona na ciekawym groove i efektownie zakończona.

 


Made of Bones with José Lencastre Jardim Botânico (Whatever Profound, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieoznaczone: Duarte Fonseca – perkusja, João Clemente – gitara elektryczna, José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy, Nuno Santos Dias - waldorf zarenbourg. Trzynaście utworów, 60 minut.

Słowo się rzekło, sięgamy po nagranie Lencastre’a saksofonisty - tym razem w roli gościa na najnowszym albumie formacji Made of Bones. Pozostajemy w klimatach open jazzowych, ale zdecydowanie zagłębimy się w soczystym fussion, niekiedy silnie psychodelicznym, budowanym nade wszystko gitarą z prądem i instrumentem klawiszowym zwanym waldorf zarenbourg. Mimo, iż albumowe track list pokazuje aż trzynaście odcinków, album ulepiony jest ledwie z czterech, pięciu rozbudowanych utworów. W stadium dynamicznym ocieka kwasem i emanuje jakością, we fragmentach bardziej balladowych zdaje się być odrobinę przegadany. Być może zredukowany do trzech kwadransów kąsałby na każdym kroku.

W trakcie godzinnej ekspozycji poziom ekspresji konsekwentnie faluje. Muzycy chętnie spinają pośladki i cedzą nasączone emocjami frazy, po czym z równą swobodą delektują się powolnością i pozorną relaksacyjnością. Saksofon broni tu barw jazzowych, ale potrafi też zadąć i wywrzeszczeć swój free jazz. Anonsowana psychodelia, w połączeniu z odpowiednim poziomem niemal rockowej dynamiki, szczególnie smakuje w utworze piątym, a chwilę potem w szóstym zostaje ubarwiona iście funkową motoryką. W siódmej części intryguje duet elektrycznego piana i perkusji, a w ósmym pasmo deep ambientu z wysoko posadowionym krzykiem saksofonu. Album zostaje efektownie spuentowany trzynastym odcinkiem. Kolektywny, ekspresyjny jazz-rock raduje nas tu do ostatniej sekundy.

 


Studio of Electroacoustic Improvisation Metal Boxes/ Amplifire (Extra Notes, DL 2025)

Radio House, Spb, grudzień 2022 (pierwsza część, studio), F5, listopad 2021 (druga część, koncert): Andrey Popovskiy - metal boxes (1), gitara elektryczna, efekty (2), Vitaliy Ovchinnikov - metal boxes (1), gitara elektryczna, efekty, Vladimir Luchansky - metal boxes (1), Salavat Safiullin - metal boxes (1), Alexander Markvart - gitara elektryczna, efekty (2),Boris Shershenkov - gitara elektryczna, efekty (2). Dwie improwizacje, 39 minut.

Jeśli lubimy zgiełkliwy post-industrial, choćby w klimatach wczesnych nagrań legendarnego AMM, to propozycja płytowa Studio of Electroacoustic Improvisation zdaje się być skrojona specjalnie dla nas. Gitary elektryczne, metalowe skrzynki z przetwornikami i elektroakustyczne efekty kreują tu urokliwy hałas – pierwszy set pozornie uporządkowany, zrodzony w okolicznościach studyjnych, drugi efektownie chaotyczny, niemal field recordingowy, będący zapisem koncertu. Nie bez przyczyny ten album stał się jednym z 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025.

Syczące amplifikatory, zgrzyty, małe sprzężenia gitar i post-elektroniczne plamy lepią się w siarczysty dron, który skutecznie wypełnia czasoprzestrzeń pierwszej improwizacji. Całość pulsuje, wydaje się mroczna, okazjonalnie niczym wielka maszyneria przemysłowa nabiera podskórnego rytmu, bywa, że przeistacza się we flautę brudnych dźwięków. O ile część studyjna okazuje się dość masywna, definitywnie industrialna, o tyle część koncertowa, choć tworzona niekiedy z przypadkowych zdarzeń fonicznych, wydaje się lżejsza, bardziej stonowana. Dużo w niej dźwięków, które sprawiają wrażenie, jakby nie były efektem działań artystów – jesteśmy w małym zakładzie produkcyjnym, słuchamy kroków i niemych rozmów zmęczonych robotników. To jakby aura zanikającego hałasu po punkowym koncercie. Finał jest jednak bardziej dotkliwy – kończymy w rzeźni, zasłuchani w harsh elektronikę.

 


Christoph Gallio, Gertrude Stein Stone Is A Rose Is A Stone Is A Stone, Yet Dish (Hat Hut Records ezz-thetics, CD 2025)

Hardstudios, Winterthur, maj 2022: Sonia Loenne – głos, Christoph Gallio – saksofon sopranowy i altowy, kompozycje, Vito Cadonau – kontrabas, Flo Hufschmid – perkusja, instrumenty perkusyjne, Gertrude Stein - słowa. Sześćdziesiąt dziewięć utworów, 36 minut.

Sytuacja dramaturgiczna na tym albumie jest nietypowa. Centralne miejsce zajmuje tu minimalistyczna poezja Gertrudy Stein, rodzaj gry w skojarzenia przy użyciu ledwie kilku słów. Za warstwę muzyczną odpowiada post-jazzowy kwartet, który ilustruje warstwę werbalną – śpiewem i dźwiękiem. Formę narzuca poezja, zatem album zawiera wyłącznie miniatury, które trwają od siedmiu sekund do minuty i kilkudziesięciu sekund (owa minuta jest przekraczana ledwie w czterech przypadkach). Narracja jest zatem rwana, podporządkowana dramaturgii poezji.

Poezja Stein jest każdorazowo śpiewana, uzupełniana wyartykułowaniem kolejnego numeru utworu, z rzadka barwiona czymś więcej niż swingującą melodią. Akompaniament jazzowego tria bywa na ogół dynamiczny, jest precyzyjnie zadekretowany, a przestrzeń na ewentualne improwizacje minimalna lub nie ma jej wcale. Saksofon altowy Gallio wyrusza na free jazzową przebieżkę bodaj dwukrotnie, ledwie na kilkanaście sekund. Swoje dokłada smyczek i rezonujący talerz, ale to także krótkie incydenty. Płyta jest niezbyt długa, ale potrafi być nużąca. Brakuje emocji (jakże daleko tu do ekspresji kilkusekundowych miniatur Naked City Johna Zorna), suspensu, próby rozbudowania muzycznej wypowiedzi. Pozostaje warstwa werbalna – wydaje się, że nieco ciekawsza, niż ta dźwiękowa.

 


Cosim Fiaschi unveil / unfold (Insub, CD 2025)

Nagrane w czerwcu 2025, w miejscu nieoznaczonym: Cosimo Fiaschi – saksofon sopranowy. Dwa utwory, 27 minut.

Jeśli sięgamy po nagrania szwajcarskiego labelu Insub, to znak, że wkraczamy w nieskończoną otchłań intrygującej, eksperymentalnej muzyki współczesnej. Tym razem dwie kompozycje na saksofon sopranowy. Narracja jest w pełni akustyczna, skoncentrowana na unikalnych metodach frazowania i … oddychania.

Pierwsza odsłona albumu, to dęty dron zbudowany z szumu i rezonansu. Narracja ma kilka warstw, jest definitywnie multifoniczna, a tajemnicą pozostaje sposób, w jaki muzyk w czasie rzeczywistym jest zdolny budować tego typu narrację. Obok strumienia dźwięków dobywanych z instrumentu słyszymy także oddech artysty. Ta drżąca pulsacja w połowie ekspozycji napotyka ciszę, po czym bez trudu odradza się i brnie dalej w bezkres opowiadania. Z czasem pojawiają się strzępy melodii, narracja ma też drobną kulminację. Drugi utwór jest bardziej minimalistyczny, to rodzaj dętego dialogu z ciszą. To kropla wody, która zdaje się drążyć skałę. Po pewnym czasie opowieść przepoczwarza się w rodzaj gasnącej medytacji.

  


Dirk Serries Zonal Disturbances III (Zoharum, CDS 2025)

Studio domowe, październik 2024: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty. Cztery utwory, 64 minuty.

Dirk Serries od lat prowadzi dwubiegunowe życie artystyczne - z jednej strony swobodnie improwizuje, na ogół na gitarze akustycznej, z drugiej kleci niekończące się dark ambientowe opowieści na gitarze elektrycznej. W tej drugiej dziedzinie zdawało się, że powiedział już wszystko, gdy niespodziewanie kilkanaście miesięcy temu powziął projekt, który nazwał Zonal Disturbances. Po części pierwszej (edytowanej tylko w digitalu), dwie kolejne ukazały się już na kompaktowych dyskach za pośrednictwem krajowego wydawcy. Album drugi całkowicie słusznie uznaliśmy na jeden z 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025. Teraz sięgamy po trzeci epizod nowej serii.

Znów tylko gitara elektryczna i przetworniki, ale efekt finalny zdaje się być inny niż dotychczas. Nagranie, to bowiem gęstą masą gitarowego wyziewu – brudne, sfuzzowane frazy, soczyste sprzężenia i mnóstwo niespodzianek, które czają się na każdym zakręcie długich, kilkunastominutowych opowieści. Ta historia nie przestaje mieć formy dark ambientu, ale staje się być może czymś, co winniśmy określić mianem dark industrial. Obrazuje to szczególnie pierwsza odsłona, która jest gruboziarnistym dronem, chropowatym, brzmiącym bardzo syntetycznie, przypominającym niekiedy estetykę laptopowego Endless Summer Fennesza sprzed ponad dwóch dekad. W kolejnej opowieści muzyk do szorstkiej, ambientowej bazy dodaje zgrzyty, drobne elektroniczne usterki, a całość zdaje się być medytacją umierającego gruźlika. Trzecią część buduje brzmieniowa dychotomia – plaster gęstego, gitarowego fuzza w opozycji do plamy soczystego ambientu. Wreszcie finałowa ekspozycja – tu ambient zostaje doposażony w gitarowy przester, który z czasem nabiera tajemniczej melodyki, przypomina śpiew przez zaciśnięte zęby, kojący szmer.

 


Rafał Kołacki Echo Grało (Antenna Non Grata, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieoznaczone: Rafał Kołacki – kompozycja, wszystkie dźwięki. Jeden utwór, 58 minut.

Albumowe credits nie zawiera spisu instrumentarium, ale śmiało możemy powiedzieć, iż Kołacki w zasadzie nie sięga tu po akustyczne rozwiązania. Buduje wielowątkową, syntetyczną opowieść, którą dramaturgicznie gmatwa łącząc wszystko w jeden, prawie godzinny strumień narracji.

Początek jest mroczny, nieco oniryczny, tylko incydentalnie masywny. Śmiało mógłby stanowić soundtrack do filmowej opowieści o losach lovecraftowego Cthulhu. Dużo ciekawego dzieje się tu w tle – słyszymy ludzkie głosy, bijące dzwony, trochę tajemniczego field recordingu. Po pewnym czasie w tyglu zdarzeń pojawia się element rytmu – rodzaj czerstwego, połamanego drum’n’bass. Kolejne fazy opowieści moglibyśmy określić mianem ambientu z basowymi stemplami i … płaczem dziecka, a nawet harsh electronics. Jeszcze przed trzydziestą minutą w grze pojawia się także cisza, która buduje dramaturgię przez kilka kolejnych chwil. Najciekawiej zdaje się prezentować ostatnie 15-20 minut nagrania, gdy Kołacki buduje swoistą post-ambientową flautę, rodzaj niekojącej medytacji, której kierunek jest trudny do wskazania. Na etapie finalizacji opowieść zaczyna pulsować, jest niespokojna, jakby świadoma tego, że stawia pytania, na które nie udziela odpowiedzi.

 

 

 

wtorek, 17 lutego 2026

Trio Sowari at LMC 2005!


W końcówce lat 90. ubiegłego stulecia brytyjski skrzypek, multiinstrumentalista i eksperymentator Phil Durrant wydał solowy album oparty na brzmieniach syntetycznych, który zatytułował Sowari. Kilka lat później, już na początku nowego millenium, wykorzystując tę nazwę rozpoczął muzykowanie z niemieckim perkusjonalistą Burkhardem Beinsem i szwajcarsko-francuskim saksofonistą Bertrandem Denzlerem, nadal wykorzystując brzmienia elektroniczne.

Muzycy tę trzyosobową kooperację podtrzymują do dziś. Występowali ostatnio choćby na 60. urodzinach Beinsa. Mają w dorobku trzy albumy wydane na fizycznych nośnikach, a od ostatniej jesieni także czwarty, dostępny w plikach elektronicznych, a dostarczony przez niezmordowany szkocki label Scatter Archive. Dodajmy, iż w drugiej połowie bieżącego roku winien ukazać się ich piąty album, który anonsuje londyński Shrike Records.

Dziś sięgamy po ową digitalną nowość z jesieni ubiegłego roku, która zawiera londyński koncert tria z roku … 2005. To jedna, trwająca ponad dwa kwadranse improwizacja – spokojna, niemal szemrana, intrygująco szumiąca, niekiedy niezwykle filigranowa, wytwornie elektroakustyczna od pierwszego do ostatniego dźwięku.

  


Otwarcie koncertu łączy w sobie szmery i drobne zgrzyty instrumentalne z foniczną aurą otoczenia, niczym realizowanymi na żywo nagraniami field recordings. Słyszymy otarcia na zestawie percussion, szelest powietrza w tubie saksofonu i drobne plamy elektroniki. Ważnym elementem tego etapu spektaklu są plamy ciszy, które zdają się wyznaczać kolejne restarty narracji. Pierwsze bardziej linearne opowieści trwają po kilkadziesiąt sekund, a potem grzęzną w mrocznej, gęstej ciszy. Owa mikrobiologia dźwięku wciąż uzupełniana jest foniami z otoczenia, dochodzącymi jakby z poczekalni, a może baru. Wszystko staje się teraz szmerem, mniej lub bardziej intensywnym. Elektronika łapie frazy z saksofonu, z kolei perkusjonalia koncentrują się na budowaniu czegoś bardziej powtarzalnego. Gdy na czoło pochodu sforuje się Durrant, improwizacja wydaje się odrobinę oniryczna, ale to jedynie chwile. Tak, czy inaczej, zmiana goni tu zmianę, nie brakuje niespodzianek i nie do końca wiadomo, kto odpowiada na dany dźwięk. Ciągle jednak skupienie w post-ciszy jest zjawiskiem częstszym, niż próba dźwiękowej eksterminacji.

Szczególnie szemrany, filigranowy odcinek koncertu trwa pomiędzy dziesiątą, a piętnastą minutą. Potem muzycy próbują klecić bardziej zwartą opowieść z ochłapów dźwięków. Przez moment wszystko staje się jednym strumieniem wydychanym z wielkiej tuby. Drobna intensyfikacja sprawia, że przez kilka chwil narracja przybiera szaty historii mikro industrialnej. Po dwudziestej minucie artyści formują coś na kształt drona, który sytuują na krzywej wznoszącej. Ląduje on w chmurze szumu, która wydaje się wypełniona jedynie akustyką. Całość z czasem wpada w jednostajny ruch drgający, ale nad wyraz filigranowy. Przed upływem trzydziestej minuty narracja dzieli się na bardziej separatywne akcje – słyszymy wyraźnie elektroakustyczny pisk, prychanie saksofonu i drobne frazy rezonujących perkusjonalii. Potem następuje chwila ciszy, po której artyści postanawiają nas zaskoczyć – gdy wszyscy oczekują końcowej porcji szumu, improwizacja nadyma się, nabiera zaskakującej intensywności, zdaje się być ostatnim oddechem wielkiego, konającego stwora.

 

Trio Sowari (Burkhard Beins, Bertrand Denzler, Phil Durrant) LMC 2005 (Scatter Archive, DL 2025). Burkhard Beins – instrumenty perkusyjne, obiekty, Bertrand Denzler – saksofon tenorowy oraz Phil Durrant - sampler, syntezator, preparacje. Nagrane w trakcie LMC Festival, Bridewell Theatre, Londyn, listopad 2005. Jedna improwizacja, 33 minuty.




 

piątek, 13 lutego 2026

Biliana Voutchkova in A Far Within & Little Sae!


Bułgarska skrzypaczka Biliana Voutchkova, jedna z naszych zdecydowanych faworytek sceny free impro, popełniła na przełomie roku dwa wyśmienite albumy. Jeden z nich zdążył jeszcze trafić na listę 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025, ten drugi nie dał rady, ponieważ jest styczniową nowością, ale w kontekście podsumowania roku 2026 zdaje się mieć kolosalne szanse.

Zapraszamy do odczytu i odsłuchu obu wydawnictw - najpierw medytujące, dronowe string trio, potem duet z live processorem. Same smakołyki!

  


Isidora Edwards, Biliana Voutchkova & Zosha Warpeha A Far Within (Relative Pitch, CD 2026). Isidora Edwards – wiolonczela, Biliana Voutchkova – skrzypce oraz Zosha Warpeha - hardanger d'amore. Nagrane w Bard College Studio, wrzesień 2025. Cztery improwizacje, 52 minuty.

Cztery rozbudowane improwizacje na wiolonczelę, skrzypce i ich wariację z tzw. epoki tworzą tu spójną dramaturgicznie opowieść, choć każda z nich wydaje się być szyta innymi metodami. Od medytujących, preparowanych fraz głębokiego umierania, po swawolne tańce, pełne lekkości i intrygującej precyzji, a wszystko nasycone brzmieniowym i narracyjnym pięknem.

Szczególną jakością kąsa pierwsza improwizacja. Pleciona ze strzępów rozedrganych post-melodii dobywających się z głębokiej krypty, dryfujących bez możliwości cumowania do jakiegokolwiek brzegu. Przypomina przeciągający się w czasie wschód słońca, barwiony posmakiem muzyki dawnej. Na koniec artystki wycofują się z obranej drogi, strwożone i pełne boleści. Druga opowieść zostaje zawieszona nieco wyżej, jest bardziej melodyjna, bogacona raz po raz czystymi frazami. Rodzaj rezonującej huśtawki. Tu artystki stają na palcach i sięgają nieboskłonu. Przypominają ptaki, które próbują wznieść się do lotu, ale coś sprawia, iż ciągle uwiązane są do podłoża. Z czasem pojawiają się większe emocje, a każda fraza łapie separatywne tempo. Puentą jest medytacja, próba samouspokojenia, przypomina zastygający post-barok.

W trzeciej, najkrótszej opowieści, artystki kreślą coś na kształt rytmu, głęboko ukrytego pod warstwami strunowych dźwięków. Jest melodia, posmak ancient music, plastry post-klasycyzmu. Każda z artystek zdaje się tu śpiewać swoją pieśń, ale każda zwraca głowę ku słońcu. Tu puentą jest struga umierających dźwięków, do ostatniego wydechu. Z kolei ostatnia improwizacja trwa ponad osiemnaście minut. Jej faza początkowa jest nerwowa, niemal perkusyjna, szarpana, osadzona na niskim pasmie jednego z instrumentów. Potem następuje hamowanie na kruszącym się lodzie i żmudne odbudowanie narracji. Wystudzony post-barok nabiera masy i tajemniczości. Podejście pod finał jest masywne, bardzo emocjonalne, ale samo zakończenie lekkie, wręcz filigranowe, łagodne, precyzyjne do ostatniej frazy.

  


Biliana Voutchkova & Giorgos Varoutas Little Sae (Underflow Records, CD 2025). Biliana Voutchkova – skrzypce, głos oraz Giorgos Varoutas - live sound processing. Nagrane w Underflow, Ateny, grudzień 2024. Siedem utworów, 48 minut.

Tylko skrzypce i glos Biliany uwikłane w chmurę elektroniki tworzonej na żywo przez Giorgosa, w ramach świetnie nam znanego zjawiska live proccesingu. Improwizacje mają tu zwartą strukturę, trwają od sześciu do dziewięciu minut. Pierwsza odsłona doskonale wprowadza w klimat nagrania – filigranowe smugi strunowych dźwięków, szept i podmuchy elektroniki niepozbawione akcentów rytmicznych. Tkanka improwizacja jest nerwowa, przypomina wystudzony drum’n’bass, trochę taniec na oblodzonej linie. W drugiej fazie czyste fazy skrzypiec toną w chmurze mrocznego ambientu.

W kolejnych improwizacjach artyści dokładają nowe elementy, każdorazowo tworząc dodatkowe porcje jakości. W drugiej części śpiewają grecką kołysankę, radośnie podskakując, w trzeciej sieją popłoch, potem studzą emocje wokalną mantrą. W czwartej, bodaj najpiękniejszej odsłonie, dźwięki, które rodzą się w ciszy eskalują, przypominając samobiczowanie. W piątej duża porcja melodii dostaje się w szprychy elektroniki i kona w męczarniach, przypomina rozmazane, dziecięce bohomazy. Przedostatnia część, to łabędzi śpiew, ulepiony w medytację w aurze Eliane Radigue. Wreszcie finał, perkusjonalny, z folkowym posmakiem, niczym spacer w Tybecie, w trakcie którego napotykamy na prawdziwą burzę z piorunami. Zakończenie koi emocje, daje dużo nadziei.

 

 

wtorek, 10 lutego 2026

Derek Bailey & Tony Bevan are the River Monsters!


Dwudziestego piątego grudnia 2025 roku minęła dwudziesta rocznica śmierci Dereka Baileya. Pisaliśmy o tym na Trybunie, a nawet uczestniczyliśmy w muzycznych odchodach tej rocznicy w londyńskim Cafe Oto, dokładnie w połowie grudnia.

Dziś sięgamy po archiwalne nagrania gitarzysty, które przez lata chomikowane były na różnych nośnikach fizycznych przez saksofonistę Tony’ego Bevana. Przekonwertowane na pliki elektroniczne zostały nam upublicznione – co oczywiste - 25 grudnia ubiegłego roku.

Jeden z utworów na albumie, ten najkrótszy, to list Baileya zapisany na kasecie i przesłany do Bevana. Muzyk improwizuje na gitarze akustycznej i opowiada o swoich spostrzeżeniach dotyczących okoliczności współpracy z saksofonistą. Jak zwykle nie bez jego siarczystego humoru. Wspomina między innymi, iż saksofon nie jest jego ulubionym instrumentem w kontekście improwizacji duetowej (co na to Evan Parker?!), ale tym bardziej docenia wkład Bevana w poszerzenie jego doświadczeń na tym polu. Odsłuchując cały album nie sposób nie zauważyć, iż rzadko który muzyk był w stanie zmusić Baileya do równie ognistych, soczystych, niekiedy wręcz free jazzowych improwizacji. Bevan dał radę, co czyni ów archiwalny zbiór jeszcze ciekawszym. Zapraszamy do środka!

  


Pierwsze dwie improwizacje trwają dwadzieścia minut i są najmłodszymi nagraniami w zestawie - pochodzą z jesieni 1999 roku. Gitara akustyczna i saksofon basowy prowadzą tu intrygujący dialog, chętnie wchodząc w coraz żywsze interakcje. Brzmienie jest szorstkie, ale na tle całego albumu definitywnie najbardziej czyste i selektywne. Improwizacje mają swoje istotne zagęszczenia, bywają też psychodelicznie rozbujane i zaskakująco filigranowe, zwłaszcza w drugim z utworów. Z kolei trzecia opowieść, to najstarszy fragment płyty (z 1988 roku), zrealizowany przez gitarę akustyczną i saksofon tenorowy. To rozmarzona impro ballada, która rośnie w oczach i na etapie finalizacji zionie ogniem. Po tym utworze natrafiamy na niespełna czterominutowy, kasetowy list Baileya, o który wspominaliśmy chwilę temu.

Pozostałe sześć improwizacji pochodzi w dwóch spotkań artystów, jakie miały miejsce w roku 1998. W obu przypadkach Bailey używa gitary elektrycznej, a Bevan saksofonu basowego. Improwizacje toczą się od szemranych, stonowanych introdukcji, przez rozbudowane, niekiedy intensywne wymiany zdań, aż po kompulsywne, definitywnie freejazzowe puenty. Brzmienie jest bardziej surowe, incydentalnie wpada w noise, często kroczy w bardzo żwawym tempie, balansując na graniczy przesteru. Szczególnie brudno brzmią ostatnie trzy fragmenty. Improwizacje saksofonu basowego zdają się tu mieć tysiące twarzy, a nowe wątki dramaturgiczne pojawiają się raz na kilkadziesiąt sekund. Gitara nie stroni od gęsto usianych dźwiękami reakcji za saksofonowe zaczepki, często wpada w histeryczne uniesienia. Tym, który lansuje tu permanentny wzrost ekspresji jest Bevan, ale Bailey nie pozostaje mu dłużny. Szczególnie udanie wypada ostatnia improwizacja, która obok chmury zdrowego hałasu przynosi też chwile wytchnienia, gdy pomiędzy dynamicznymi, pikantnymi frazami pojawia się dużo powietrza, niemało melodii i artystycznego dystansu.  

 

Derek Bailey & Tony Bevan River Monsters (Scatter Archive, DL 2025). Derek Bailey – gitara elektryczna, akustyczna, głos oraz Tony Bevan – saksofon tenorowy i basowy. Kolekcja nagrań archiwalnych przekonwertowanych z kaset, mini dysków i płyt cd-r – zarejestrowanych w Londynie,  1988/1998/1999. Dziesięć improwizacji, 68 minut.



 

piątek, 6 lutego 2026

Éliane Radigue! Asymptote Versatile and other acoustic stories!


Ta muzyka, to medytacja nad stanem niestabilności, to metafizyka chaosu i niepewności.

Tymi słowami, zawartymi w albumowym credits, Gascia Ouzounian zachęca nas do sięgnięcia po podwójne wydawnictwo Naldjorlak, które konsumuje dwa wykonania kompozycji Éliane Radigue na wiolonczelę solo. Podmiotem wykonawczym jest tu Charles Curtis, a oba koncerty (paryski i kalifornijski) dzieli czternaście lat.

Kompozycje, wykonania i krążące wokół tych tajemniczych słów podobne im określenia rzadko pojawiają się na blogu poświęconym muzyce improwizowanej. Sama francuska kompozytorka gości wszakże na Trybunie nie po raz pierwszy. Nie dalej jak kilka tygodni temu album Asymptote Versatile (1963-64) został autorytarnie uznany za jeden z 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025. Radigue jest tu rzecz jasna kompozytorką, a wykonawcą dwunastoosobowy ansambl dęto-strunowy pod artystyczną opieką świetne nam znanego walijskiego harfisty Rhodri Daviesa. Temu albumowi poświecimy kilka zdań w dalszej części naszej dzisiejszej contemporary story.

 


Éliane Radigue kilkanaście dni temu ukończyła … 94 lata (Happy Birthday!), od mniej więcej ćwierćwiecza jest niekwestionowaną królową awangardowej kompozycji współczesnej (jakkolwiek idiotycznie nie brzmi ów epitet), a jej dzieła zdają się wypełniać portfolia artystów i orkiestr całego świata, oczywiście tych, które w muzyce szukają odpowiedniego poziomu kreacji i czegoś więcej niż prostych melodii i równie zbytecznych tonacji. Nie będziemy dziś pisać biografii tej niezwykłej artystki – odsyłamy do sieci globalnej, coraz bardziej nowoczesnych generatorów AI, a także do krajowego czasopiśmiennictwa, które na okoliczność twórczości Francuzki zdołało popełnić kilka intrygujących tekstów.

Sama Radigue komponowanie dla innych artystów, szczególnie na instrumenty akustyczne, rozpoczęła dopiero w nowym milenium, po latach samowykonawstwa przy użyciu instrumentarium elektroakustycznego, głównie eksperymentowania z taśmami magnetycznymi i feedbackiem. Obszar twórczości akustycznej Éliane interesuje nas szczególnie i bez cienia wątpliwości godny jest uwagi także miłośników swobodnej improwizacji. Jej kompozycje nie są notyfikowane graficznie, to na ogół zbiór instrukcji, które kompozytorka przekazuje wykonawcom na etapie prób i długich rozmów na temat potencjału danego instrumentu i kreatywności samego muzyka. Efektem tego wszystkiego są niekończące się dronowe ekspozycje o walorach zdecydowanie medytacyjnych, śmiało wpisujące się w pojęcie deep listening, czyli tzw. głębokiego słuchania. To z całą pewnością strumienie fonii dedykowane do skupionego odsłuchu słuchawkowego. Tym wspanialej realizują się one w cichych, stonowanych, niekiedy mrocznych ekspozycjach na instrumenty akustyczne.

  


Takim właśnie nagraniem jest anonsowany wyżej album Asymptote Versatile (1963-64). Sześć instrumentów strunowych i tyleż dętych w rękach i ustach artystów, których znamy zarówno ze współczesnej sceny free impro, jak i wielokrotnego wykonawstwa kompozycji Radigue. Prezentowany na albumie utwór nie był zapewne pisany w kontekście instrumentarium akustycznego, zdaje się być przeto jeszcze bardziej intrygujący.

Koncert zarejestrowano na festiwalu muzyki współczesnej w brytyjskim Huddersfield ponad dwa lata temu. Wypełnia go jeden, ponad czterdziestominutowy minutowy strumień dźwiękowy, który niczym epistoła typowa dla legendarnego AMM nie ma początku, ani końca. Muzyka faluje jak wystudzony ocean, płynie dętymi wdechami i długimi strunowymi wydechami. Jest na swój sposób powtarzalna, stroni wszakże od minimalizmu, ma posmak medytacji, ale czynionej mocą wielkiej orkiestry. Narracja miewa chwile postoju i tonie wtedy w ciszy, ale to ledwie krótkie inteludia, które wynoszą opowieść na kolejne szczeble dramaturgicznego wtajemniczenia. W toku wielominutowej opowieści strumienie dęte i strunowe nakładają się na siebie, przenikają wzajemnie, interferują, niekiedy groźnie pomrukują. Szczególnie ciekawie robi się w sytuacjach, gdy dzieło kreacji biorą na swoje barki niskie dęciaki – klarnet basowy i basowy puzon. Dla tych ostatnich przeciwwagą są skrzypcowe uniesienia - wszystko wszakże pozostaje w stanie brzmieniowej i dramaturgicznej równowagi. Stabilny, dobrze kontrolowany finał poprzedza passus melodii, któremu mogliśmy śmiało nadać miano post-barokowej. Ostatnia prosta przypomina wielki wydech, choć czyniony w trwodze zaniechania. Ta piękna podróż, jak niemal każda z muzyką Radigue, mogłaby się nigdy nie kończyć.

Éliane Radigue Asymptote Versatile (1963-64) (Amgen, CD 2025). Xavier Charles – klarnet, Angharad Davies – skrzypce, Rhodri Davies – harfa, Julia Eckhardt – altówka, Bertrand Gauguet – saksofon altowy, Susan Geaney – flet basowy, Dominic Lash – kontrabas, Thierry Madiot – puzon basowy, Aonghus McEvoy – gitara, Hannah Miller – rożek francuski, Ailbhe Nic Oireachtaigh – altówka, Carol Robinson – klarnet basowy. Kompozycja Éliane Radigue, nagrane w trakcie Huddersfield Contemporary Music Festival, listopad 2023. Jeden utwór, 44 minuty.

 

*****

 

Jeśli pragniemy zanurzyć się w strumieniu jak najbardziej współczesnych kompozycji Radigue, tych po części medytacyjnych, minimalistycznych, budowanych z mozołem i wyjątkowo cierpliwie przez wąskie, zaufane grono wykonawców, winniśmy sięgnąć po cztery albumy zatytułowane Occam Ocean, a wydane w latach 2017-2021 przez francuski label Shiiin (niestety nieposiadający strony bandcampowej).

 


Album Occam Ocean 1 (pomieszczony na dwóch dyskach kompaktowych) zawiera pięć kompozycji w wykonaniu trojga artystów, którzy m.in. współtworzyli album omówiony kilka chwil wcześniej – Carol Robinson na instrumentach dętych, Julie Eckhardt na altówce i Rhodri Daviesa na harfie. Wydawnictwo zawiera trzy solowe wykonania, kobiecy duet i finałową ekspozycję współtworzoną przez całą trójkę. Szczególnie pięknie brzmi ostatni utwór zatytułowany Occam Delta II, bazujący na pulsujących, preparowanych frazach harfy, altówki i klarnetu basowego – dwadzieścia pięć minut nerwowej medytacji, której nie powstydziłby się żaden festiwal muzyki … swobodnie improwizowanej.

Kolejne dwie pozycje cyklu Occam Ocean śmiało rywalizować mogą o miano tych najpiękniejszych, najdobitniej obrazujących akustyczny wymiar muzyki Radigue. Wydawnictwo Occam Ocean 2 zawiera jedną, prawie godzinną kompozycję w wykonaniu francuskiej orkiestry ONCEIM, którą znamy także z dokonań na polu muzyki improwizowanej. Na czele 30-osobowej formacji stoi pianista Frederic Blondy, który tu wciela się jedynie w rolę dyrygenta. Kilka wykonań rzeczonej kompozycji na orkiestrę można obejrzeć na najpopularniejszym portalu z obrazkami. Okazuje się, iż zadanie Blondy’ego sprowadza się jedynie do obserwowania muzyków i dawania incydentalnie drobnych sugestii, co do poziomu natężenia dźwięku. Muzyka znów jest tu wielkim oceanem, delikatnie szarpanych przez strumienie instrumentów strunowych, dętych i perkusyjnych. Szczególnie efektownie brzmi, gdy prym wiodą te ostatnie.

Occam Ocean 3, to trzy kompozycje oddane we władanie wyłącznie instrumentom strunowym i trójce artystek – Deborze Walker (violincello), Julii Eckhardt (altówka) i Silvii Tarozzi (skrzypce). Album otwiera duet violincello i skrzypiec, potem słuchamy solowej ekspozycji violincello, a nagranie wieńczy kompozycja na wszystkie trzy instrumenty. Utwór inaugurujący ten wyjątkowy album w pierwszej fazie opiera się na zlęknionym, na poły melodyjnym śpiewie obu strunowców, czynionym na prawdziwie egzystencjalnym wdechu. W dalszej fazie nagrania opowieść gęstnieje, by ostatecznie osiągnąć stan oleistej zawiesiny. Jeszcze efektowniej brzmi violincello w utworze drugim, który płynie z samego dna ciszy, pełen boleści i trwogi, nabierając z czasem intrygującej, niemal post-barokowej postaci. Finał grany w trio wystawia nas na doznania, z których trudno otrząsnąć się przez kilka kolejnych godzin.

Nieco innych wrażeń dostarcza nam Occam Ocean 4, gdyż bazuje na brzmieniach instrumentów dętych i głosu, a udział jedynego instrumentu strunowego ma charakter bardziej okazjonalny. Ponownie to rejestracja trzech kompozycji Radigue w wykonaniu trójki artystów – saksofonisty altowego Bertranda Gaugueta, wokalisty i altowiolinisty Yannicka Guedona (tu viola da gamba) oraz Carol Robinson, która frazuje na dętym instrumentarium. Ta opowieść wydaje się mniej płynna, bardziej obudowana frazami zatrzymanymi w kadrze i pulsująca niczym dawne, elektroakustyczne instrumentacje Radigue. Środkowy fragment albumu to ekspozycja wokalna (barytonowa), która sieje niepokój i wydaje się bardzo daleka od medytacyjnego charakteru większości akustycznych kompozycji Éliane. Sama w sobie intrygująco dopełnia paletę estetyczną Occam Ocean, ale z perspektywy trybunowego podsłuchiwacza wydaje się mniej interesująca.

 


Parę akapitów temu ustaliliśmy, iż celem dzisiejszej epistoły nie jest kreślenie biografii kompozytorki, zatem zatrzymajmy naszą uwagę jeszcze na trzech albumach z bogatego portfolio kompozycji na instrumenty akustyczne (lub prawie akustyczne).

Szczególną atencją warto otoczyć kompozycję Occam Delta XV, przygotowaną dla kanadyjskiego kwartetu smyczkowego Quatuor Bozzini (Clemens Merkel, Alissa Cheung, Stéphanie Bozzini, Isabelle Bozzini). Klasycznie zestawiony skład instrumentalny (podwójne skrzypce, altówka i wiolonczela) prezentuje na płycie dwa wykonania tej samej kompozycji. To niebywale emocjonalna, żarliwie smutna, urokliwie piękna strunowa opowieść/ medytacja, która w pierwszej wersji zdaje się być pełna życia, w drugiej niepodziewanie gaśnie i ewidentnie obumiera, choć zapewne oba wykonania powstały w oparciu o ten sam scenariusz zdarzeń wypracowany przez kompozytorkę i czwórkę muzyków, która także … gościła na naszej liście 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025 (w tym przypadku z kompozycjami Jürga Freya).

 


Do grona najznamienitszych kompozycji akustycznych Radigue z pewnością zaliczyć możemy album bez tytułu zawierający dwa utwory: Occam - Hepta I w wykonaniu Ensemble Dedalus i Occam XX w wykonaniu Ryoko Akamy. Szczególnie ten pierwszy wyzwala w niżej podpisanym prawdziwe eksplozje endorfin. Septet w składzie Deborah Walker (violincello), Didier Aschour (gitara), Pierre-Stephane Meuge (saksofon), Thierry Madiot (puzon), Christian Pruvost (trąbka), Cyprien Busolini (altówka) oraz Silvia Tarozzi (skrzypce) zaczyna swój występ w głębokiej ciszy i tam też go kończy, a w tak zwanym międzyczasie faluje/ pulsuje/ medytuje na delikatnie wzburzonym oceanie paletą równie soczystych, jak i niepokojących dźwięków dętych i strunowych, niejako konsumując wszelką jakość jaką dostarczają akustyczne kompozycje naszej dzisiejszej bohaterki. Album uzupełnia druga kompozycja, która wykonywana jest przez Ryoko Akamę na syntezatorze i może doskonale przenieść słuchacza do świata syntetycznych kompozycji Francuzki.

  


Na definitywne zakończenie dzisiejszej opowieści jeszcze jedna rekomendacja. Kompozycja Elemental II na gitarę basową i kłębowisko kabli w wykonaniu Kaspera T. Toeplitza. Nagranie rodzi się w gęstej chmurze elektronicznych szumów i drobnych zgrzytów, w dalszej fazie intrygująco ucieka w mroczny, post-gitarowy ambient. Znów skupienie, niepowtarzalne brzmienie i niekończąca się medytacja - balansowanie na linie, głębokie oddychanie i takież słuchanie. Najlepiej w dobrych słuchawkach.

 

Po szczegóły dyskograficzne albumów prezentowanych w drugiej części tego tekstu zapraszam na podstronę discogs.com dedykowaną Eliane Radigue.