poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Julien Desprez & Theo Ceccaldi at Jazz Em Agosto! The French Apocalipse Now!



Zgodnie z zapowiedzią z ubiegłego tygodnia, Trybuna śle skromną relację z pobytu redakcji na jednym dniu największego portugalskiego festiwali jazzowego, Jazz Em Agosto, który każdego lata odbywa się w pięknej Lizbonie.

Festiwal, jak co roku zdominowany był przez muzyków amerykańskich, którzy zgodnie z mottem imprezy, dzielnie stawiali opór (Resistance), my zaś bystro poszukiwaliśmy wykonawców z tej strony oceanu, którzy także na każdą edycję festiwalu bywają tu zapraszani.

Dzień portugalski udał się doskonale, niestety z przyczyn niezależnych od redakcji, odbył się bez naszego udziału. Najpierw solowy występ gitarzysty Abdula Moimeme (dwie gitary na stole i moc elektroniki), potem zaś kwartet z udziałem Ricardo Toscano (saksofon), Rodrigo Pinheiro (fortepian), Miguela Miry (wiolonczela) i Gabriela Ferrandiniego (perkusja). Jak wieść gminna niesie, a sami muzycy potwierdzają, koncert udał się niezmiernie, zatem ze zniecierpliwieniem czekamy na nagrania nowej formacji. W tym gronie nowym dla nas muzykiem zdaje się być saksofonista, który postrzegany dotąd raczej jako muzyk mainstreamowy, tu wypuszczony na pole bardzo swobodnej improwizacji, wypadł ponoć doskonale (na poparcie mych słów warto sięgnąć po relację zamieszczoną na Free Jazz Blog).




Na dzień francuski redakcja dotarła już w komplecie! Najpierw, w Sali Auditorio 2 (pod dachem), jeden z naszych trójkolorowych faworytów – gitarzysta Julien Desprez, zaprezentował nowe trio o nazwie Abacaxi. W jego składzie także Max Andrzejewski na perkusji (muzyk z Berlina) i Jean François Riffaud na gitarze basowej.  Muzycy zagrali trzy długie improwizacje z tytułami (łącznie niemal 50 minut), którą nazwać można - całkowicie legalnie - ekstremalnie powykręcaną dramaturgicznie, w pełni improwizowaną wariację na temat … ciężkiego rocka. Muzycy wykorzystywali nie tylko instrumenty, ale także improwizowali ze światłem stroboskopowym, które gasło i rozbłyskiwało zgodnie z meandrami gęstej narracji, rockowymi riffami, tudzież brutalnymi zmianami tempa i sposobu artykulacji dźwięków. Niebywały (jakże doskonały) występ tria, to oczywiście skutek świetnych działań artystycznych wszystkich muzyków, ale nie sposób nie wskazać mistrza ceremonii w osobie Despreza. Grał całym ciałem, jego gitara wydawała dźwięki, jęczała, charczała, wyła i drżała ze strachu. Była chwilami dość nieludzko traktowana przez muzyka, uderzana, wyginana i przystawiana do podłogi. Muzyk miał też pod stopami (tylko dwiema, dodajmy, co nie jest takie oczywiste w kontekście dynamiki i intensywności koncertu) zestaw gitarowych przetworników, po których chwilami niezwykle ekspresyjnie skakał. Pełną moc triu dawał niemiecki drummer, niezwykle energetyczny muzyk, precyzyjny i grający w punkt niczym saper, tudzież mistrz połamanych hc-punkowych zwarć. Najspokojniejszy w tym gronie basista też dokładał do ognia, zrywał podłogę, ale nie stronił od klimatycznych pasaży wyważonego … noise. Pierwsze dwa utwory łamały wszelkie konwencje stylistyczne (drugi zwał się Mainstrean Disaster!), były gęste i naładowane treścią. Trzeci, najdłuższy, rozpoczął się w podobnej estetyce, ale po kwadransie uciekł w dark-ambientową powłokę i przez wiele minut cudownie wybrzmiewał. Dodajmy, iż w jego trakcie muzycy improwizowali także z użyciem zasilania, grając zmysłowe riffy raz to z prądem, a raz bez niego, surową akustyką niemal pustych przebiegów. Kapitalny koncert!




Po dwóch godzinach oczekiwania w pobliskich barach, przyszedł czas na koncert wieczoru, który na ogół odbywa się na scenie amfiteatralnej. Nie inaczej było też 8 sierpnia. Na scenie szóstka muzyków pod wszystko mówiącą nazwą Freaks! Szefem tego przedsięwzięcia, kolejny doskonały francuski muzyk, skrzypek Theo Ceccaldi. Kolejny tego dnia band, który w muzycznym DNA ma wpisaną estetykę rockową, punkową, tudzież psychodeliczną. Mocna jak dąb sekcja rytmiczna (ultra dynamiczny perkusista Etienne Ziemniak i najstarszy w tym gronie, gitarzysta basowy Stephane Decolly), świetny gitarzysta (Giani Caserotto), choć nieco schowany w tle, no i front – dwa saksofony (tenor – Quentin Biardeau oraz alt naprzemiennie z barytonem – Mathieu Metzger) i na samym środku, kipiący emocjami skrzypek. Muzycy grali długie kompozycje, które tuż po podaniu często niezwykle zgrabnego i zabawnego tematu, przeradzały się w długie sety improwizacji w podgrupach, dobrze zaplanowane dramaturgicznie i wyśmienicie rozegrane. Pomiędzy nimi punkowe i free jazzowe interludia. Nikt, po obu stronach sceny, nie nudził się na tym koncercie choćby przez ułamek sekundy. Sześciu wyśmienitych improwizatorów i niemal kongenialny skrzypek, który był w stanie zagrać dosłownie wszystko. Od ckliwych melodii, do których pośpiewywał sprośne (tak myślę) teksty, po pełne furii, fussion jazzowe eksplozje. Na finał dwa bisy i standing ovation! Bez cienia wątpliwości!

niedziela, 18 sierpnia 2019

Vasco Trilla! We're starting the second decade! An Interview!


Wywiad przeprowadzony na potrzeby jazzarium.pl i tamże pierwotnie opublikowany


Vasco Trilla, znakomity kataloński perkusista, improwizator, człowiek, który wyniósł perkusjonalia na szczyt rankingu najbardziej kreatywnych instrumentów swobodnej improwizacji, wydał właśnie w Polsce swoją ... dziesiątą i jedenastą płytę! To świetna okoliczność, by sam muzyk wszystkie je przypominał, opowiedział o swoich silnych związkach z Polską, naszymi muzykami i wydawcami.

Ale nie o ilość tu wszakże idzie, a o jakość. Każda z tych płyt tak bardzo różni się od siebie, iż śmiało (korzystając z udostępnionych linków do bandcampa), każdy ułożyć sobie może własną, niezwykle oryginalną playlistę nagrań Vasco Trilli na drugą część lata, a może także całą jesień.

Z muzykiem rozmawiałem drogą elektroniczną w czerwcu i lipcu br.




Witaj Vasco. Nie wiem, czy wiesz, ale właśnie ukazała się Twoja dziesiąta płyta wydana w Polsce! Chciałbym porozmawiać z Tobą o nich wszystkich. Ale zacznijmy może od tego, jak Polska - oddalona od Barcelony i Lizbony o tysiące kilometrów - pojawiła się w Twoim życiu, zarówno muzycznym, jak i ... co dla niektórych nie jest tajemnicą, także w życiu prywatnym. Opowiedz nam o tym.

Dzień dobry!! Kurcze, nawet tego nie wiedziałem!!! Dziesięć płyt, to całkiem sporo, czuję się bardzo wdzięczny polskim wydawnictwom za wiarę w moją muzykę i silne jej wspieranie.

Moje związki z Polską są w sumie całkiem głębokie, ponieważ grałem tam wiele razy i mam tam wielu przyjaciół, zarówno muzyków, jak i spoza tego grona. Jako muzyk współpracowałem i nagrywałem, jeśli mogę wymienić – z Mikołajem Trzaską, Rafałem Mazurem, Michałem Dymnym, Arturem Majewskim, Jackiem Mazurkiewiczem, Piotrem Mełechem, Pauliną Owczarek, Tomkiem Gadeckim, Witoldem Oleszakiem i wieloma innymi.

Myślę, że Polska ma niesamowitą i bardzo silną tożsamość kulturową. Kiedy studiowałem historię sztuki na uniwersytecie, bardzo mnie zainteresowało polskie i rosyjskie kino, także muzyka. Filmy Wojciecha Jerzego Haasa, Andrzeja Wajdy, Andrzeja Munka, Jerzego Kawalerowicza, Krzysztofa Kieślowskiego i wielu innych miały bardzo silny wpływ na moją estetykę, także muzyka kompozytorów, takich jak wczesny Penderecki i Lutosławski. W literaturze - Gombrowicz, Witkacy (szczególnie „Nienasycenie”), Bruno Schulz należą do moich ulubionych pisarzy wszechczasów.
Śledzę też na bieżąco ekstremalną scenę metalową w Polsce, absolutnie genialną, z zespołami takimi, jak Decapitated, Mgła, Kriegsmachine i wiele innych.

Miałem szczęście występować w całym kraju, odwiedzając zarówno dobrze, jak i mniej znane miasta. Jeśli więc dobrze pamiętam, grałem w Warszawie, Wrocławiu, Krakowie, Lublinie, Katowicach, Kazimierzu Dolnym, Kaliszu, Poznaniu, Gdańsku, Sopocie, Gorzowie Wielkopolskim, Bydgoszczy, Łodzi i Zielonej Górze.

Jestem za to bardzo wdzięczny i mam nadzieję, że znów przyjadę tu jesienią, mam pewne plany, których nie mogę na razie zdradzić ... ale chyba odwiedzę Was jeszcze w tym, 2019 roku !!!!!!
Niebawem pojawią się dwa nowe nagrania, które są wydawane właśnie teraz lub jeszcze tego lata w Polsce. Nobject „X-Rayed” (Martin Kuchen, Rafal Mazur), podwójny album ukazuje się właśnie w trakcie tworzenia tego wywiadu (Fundacja Słuchaj!). A także kolejny - „Dog / Hum / Brain” (Jacek Mazurkiewicz, Piotr Mełech) - potrójny album, który ukaże się w Multikulti w najbliższej przyszłości.

Również moja ukochana Spontaneous Music Tribune Series wyda dwa ekscytujące nowe tria - Hung Mung i TNT - pod koniec 2019 roku.

Ową dziesiątą płytą jest "Sumpflegende", nagranie poczynione przez trio Phicus z gościnnym udziałem szwedzkiego saksofonisty Martina Küchena. To trio to chyba ważny element twoich muzycznych aktywności, mam rację? Przybliż nam tę grupę i ideę jej powstania.

Tak, Phicus jest obecnie jednym z moich głównych projektów. To projekt, w którym naprawdę chcieliśmy pracować jako grupa, w sposób bliższy zespołowi rockowemu niż triu free jazzowemu, z próbami nagraniowymi, które odbywają się co tydzień i dużą ilością pracy poświęconej poszukiwaniu własnego głosu jako trio. Główna idea tego trio pochodzi od Ferrana Fagesa. Prawdopodobnie była to reakcja na to, co działo się na scenie Barcelony w tamtym momencie, gdy nie można było znaleźć żadnych stabilnych grup, innych niż Duot. Czuliśmy więc potrzebę rozwoju naszej wspólnej sprawy w dłuższej perspektywie, mając w sobie dużo determinacji.


„Sumpflegende” to trzeci album Phicusa, pierwszy to „Plom”, wydany przez Multikulti -Spontaneous Music Tribune, a drugi to współpraca z rosyjską saksofonistą (z elektroniką) Ilią Belorukovem, płyta wydana w Rosji przez Intonema.

Na potrzeby tego albumu chcieliśmy współpracować ze szwedzkim saksofonistą Martinem Kuchenem, z którym Ferran i ja współpracowaliśmy już w przeszłości. Postanowiliśmy zaprosić go na kilka koncertów do Hiszpanii, a nagrywaliśmy w tym samym studio, w którym powstał „Plom”. To współpraca, która ma plany na najbliższą przyszłość, więc miejmy nadzieję, że w przyszłym roku będziemy mogli koncertować i nagrywać!


Niedawno mieliśmy zarezerwowane na dwa dni studio, aby nagrać nasz drugi album jako trio i mogę powiedzieć, że jesteśmy bardzo podekscytowani materiałem, który mamy, więc bądźcie gotowi na następny rozdział!!!

Wróćmy zatem do początku twoich muzycznych przygód związanych z Polską. To była płyta "Tidal Heating" z Michałem Dymnym i Rafałem Mazurem, a jeszcze wcześniej duet z Michałem, ale wydany w renomowanej brytyjskiej FMR Records ("Cave Canem"). Dymny to twój ważny partner. Opowiedz o tamtych nagrań, ale także o tych nowych, których dokonaliście na początki kwietnia tego roku.

Z Dymnym znamy się już od jakiegoś czasu, graliśmy wiele razy, z różnymi muzykami, zarówno w Polsce, jak i w Barcelonie. Jest wspaniałym muzykiem i od początku nawiązaliśmy bardzo ścisłe relacje. Nagraliśmy płytę „Cave Canem” dla FMR, także trio, o którym wspomniałeś, z Rafałem Mazurem dla Not Two i trio z Tomem Chantem dla Discordian Records. Podczas mojej ostatniej wizyty w Krakowie graliśmy w trio razem z Luisem Vicente, z którym koncertowałem także jako duet, a przedtem nagrywaliśmy duet z Michałem, który uważam za bardzo interesujący. Wspólnie dążymy do doskonałości w muzyce, więc mam nadzieję, że wkrótce zostanie on wydany.


Potem na Twojej drodze artystycznej pojawił się Mikołaj Trzaska. Przyjechał do Barcelony w kwietniu 2016 roku. To chyba było Wasze pierwsze spotkanie?

Nie, z Mikołajem spotkaliśmy się rok wcześniej na festiwalu Musica Privata w Łodzi. Grałem w duecie z Yedo Gibsonem, a Mikołaj robił tam warsztaty, no i w końcu zagraliśmy tam razem jako zespół. Wtedy wpadłem na pomysł, żeby coś z nim zrobić i przy pomocy Macieja Lewensteina zorganizowaliśmy występy, zarówno na festiwalu jazzowym w Vic, jak i klubie Jamboree w Barcelonie, gdzie nagraliśmy album, który później został wydany przez Macieja Karłowskiego w jego Fundacji Słuchaj! („Catapulta de pols d'estrelles”). Potem zagraliśmy też kilka koncertów w Polsce i mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości zagramy ich trochę więcej!


Nim przejdziemy do omówienia tego, co wydarzyło się edytorsko w Twoim polskim życiu muzycznym na przestrzeni ostatnich dwu i pół roku, winniśmy wyjaśnić jeszcze nazwę Tatvamasi.

Skontaktowałem się z Tatvamasi przez mojego przyjaciela Steve'a Feigenbauma z Cuneiform Records, który wydał jeden z ich albumów (pierwszy – przyp. autora). Napisałem do Grzegorza Lesiaka i od tej pory rozpoczęliśmy bardzo fajną współpracę. Zorganizował koncert dla mnie i Yedo Gibsona, kiedy koncertowaliśmy w Polsce. Skończyło się graniem wspólnego setu z zespołem, który później stał się oficjalnym albumem Tatvamasi. Myślę, że są bardzo interesującym zespołem z wyjątkowymi pomysłami, a przede wszystkim - świetnymi ludźmi. Moja ostatnia u nich wizyta z Luisem Vicente była niesamowicie miła, przesiadywaliśmy wspólnie i próbowaliśmy wszystkich domowych przysmaków i bimbrów! Nie mogę się doczekać, kiedy znów będę w Lublinie!!!


Dokładnie 18 marca 2016 roku zarejestrowałeś z przyjaciółmi z Barcelony niesamowitą sesję nagraniową. Powstał kwartet, który za nazwę przyjął jedną z rosyjskich rzek. Dokładnie rok później, w barcelońskim Klubie Magia Roja odbyła się premiera płyty.

Völga, to projekt stworzony przez Fernando Carrasco, który miał klarowny pomysł na to, by grać improwizowaną muzykę dronową. Zagraliśmy koncert w Magia Roja i od tego momentu postanowiliśmy traktować zespół jako projekt i nagrać nasz pierwszy album. To był dla nas wyjątkowy album, który także rozpoczął serię Spontaneous Music Tribune, więc jesteśmy z niego naprawdę dumni. Oficjalna prezentacja płyty odbyła się oczywiście w Magia Roja, rok po nagraniu. Völga jest teraz zawieszonym przedsięwzięciem, ale Alex (Reviriego – przyp. autora) i Fernando robią fajny projekt o nazwie L’ocell.


Być może wiemy to tylko my dwaj, ale pierwszą płytą w serii Trybuny Muzyki Spontanicznej miał być Twój duet z Yedo Gibsonem, który ostatecznie ukazał się kilka miesięcy później jako "Antenna". Gibson, temat rzeka, niebywały muzyk i wspaniały człowiek. Opowiedz o nim, o Waszej przyjaźni i muzyce.

Tak, to prawda, „Antenna” miała być pierwsza, ale trochę się spóźniliśmy z miksowaniem i masteringiem, a ostatecznie wydaliśmy ją kilka miesięcy później, jak powiedziałeś.
„Antenna” to drugi album tego duetu, pierwszy wydany został w Belgii, w wytwórni El Negocito. Został nagrany w studiu Scratch Built w tych samych dniach, w których nagraliśmy album „Chain” (NoBusiness Records) - trio z Hernani Faustino.


Z Yedo spotkaliśmy się 5 lat temu w Barcelonie i od tego czasu staliśmy się naprawdę dobrymi przyjaciółmi i wspólnie wykonaliśmy wiele projektów muzycznych. Kiedy mieszkał w Holandii, byliśmy częścią zespołu Boi Akih, z którym koncertowaliśmy w Brazylii, Chinach i Europie.
Niebawem będziemy mieli więcej albumów - Fish Wool, trio z Susaną Santos Silva, które zostało nagrane w Coimbrze i wkrótce zostanie wydane przez JACC. Także drugi album Chain jest w trakcie miksowania.




Myślę, że odkąd się poznaliśmy, prawdopodobnie zagraliśmy razem z Yedo ponad 100 koncertów. Ostatni z Fish Wool w Cerkno Jazz Festival w Słowenii, w maju tego roku. Przyszłość przyniesie nam jeszcze więcej wspólnych przedsięwzięć!!!

Po tych wszystkich latach jesteśmy jak bracia i czujemy to szczególnie, gdy gramy w duecie, gdzie pod względem muzycznym zbudowaliśmy bardzo silne relacje! Możecie więc spodziewać się jeszcze więcej muzyki Yedo Gibson & Vasco Trilla w następnym sezonie!!! Z niecierpliwością czekamy na to!!!!!!

Razem nagraliśmy także album L3 z Luisem Vicente ....


… Tak, oczywiście, nie zapominamy o trio L3. To być może jedna z bardziej bezkompromisowych płyt w twojej dyskografii, a już na pewno w Spontanicznej serii.

L3, to pomysł Yedo Gibsona, by grać muzykę teksturalną i awangardową, z naciskiem na poziom głośności. Poszliśmy zatem do pięknego Namouche Studios w Lizbonie i nagraliśmy sesję, która ukazała się na albumie serii Spontaneous Music Tribune. Myślę, że to naprawdę wyjątkowy album, jeśli chodzi o instrumentację i muzykę, którą nagrywaliśmy ... bardzo bezkompromisowy, jak mówisz, mam nadzieję, że uda nam się zrobić drugą część w kolejnych miesiącach.




Przy okazji L3 wspomnieliśmy Luisa Vicente. Wasza tegoroczna duetowa płyta ma doskonałe recenzje, choćby na Free Jazz Blog. To przy okazji chyba pierwsza płyta muzyka z Barcelony wydana przez ... portugalski Clean Feed. Zabawna sytuacja.

Po graniu z Luisem w różnych projektach, zdecydowaliśmy się zagrać kilka koncertów jako duet w Barcelonie i to całkiem nieźle zadziałało. Zrobiliśmy więc nagranie, tutaj w Barcelonie z wielkim Ralphem Lopinsky. Następnie wysłaliśmy je do Marcelo Dos Reisa, aby zrobił miks i mastering albumu. Wiosną zagraliśmy razem sporo koncertów w Hiszpanii, Portugalii, Francji i Polsce. Album został bardzo dobrze przyjęty przez krytyków, a koncerty okazały się całkiem udane. 12 września odbędzie się prezentacja albumu „A Brigher Side of Darkness” w Lizbonie, w klubie Sabotage.
Myślę, że masz rację, że ja jestem pierwszym Barcelończykiem, który nagrał płytę dla Clean Feed i naprawdę mam nadzieję, że nie będę tym ostatnim!

Wróćmy do płyt wydanych w Polsce. Nobject to nowe trio, ale starzy znajomi - Martin Kuchen i Rafał Mazur. Jak powstał ten skład? Czy planujecie go kontynuować? Pierwsza płyta „X-Rayed” wróży bardzo dobrze tej konfiguracji personalnej. Dwa koncerty na dwóch krążkach, choć jeden ... bez publiczności.

Uwielbiam to trio !! Graliśmy razem w różnych konstelacjach, jako Phicus koncertowaliśmy i nagrywaliśmy z Martinem, a mniej więcej w tym samym czasie Martin i Rafał wydali album „Baza” jako duet. Więc pomysł, by grać jako trio był dość naturalny. Już w momencie, gdy zagraliśmy po raz pierwszy, poczuliśmy, że chcemy mieć stały zespół. Zrobiliśmy dwie trasy po Polsce, gdzie rozwinęliśmy nasze brzmienie jako trio, a następnie, dzięki Pawłowi Sokołowskiemu z łódzkiego festiwalu Musica Privata, udało nam się nagrać dwie sesje, jedno nagranie na żywo i sesję studyjną, obie w tym samym miejscu zwanym Art Inkubator. Album został nagrany, zmiksowany i zmasterowany przez Rafała Drewnianego.


Naszym zamysłem jest oczywiście kontynuować to trio, już teraz próbujemy zarezerwować kilka koncertów na jesień i wiosnę 2020 roku!!

W tym roku narodziła się nowa, koncertowa seria Trybuny Muzyki Spontanicznej "Spontaneous Live Series". Na pierwszym wydawnictwie oczywiście Trilla! A na nim dwa różne sety Witka Oleszaka, pierwszy z Luisem Vicente, drugi z Tobą, oba z ubiegłorocznego, majowego Festiwali Muzyki Spontanicznej. Opowiedz o Twojej wspólnej muzyce z Witkiem.

Witek to fantastyczny muzyk! Bardzo osobisty, granie z nim jest dla mnie niezwykle łatwe. Za każdym razem, gdy z nim grałem, to był rodzaj magii, za każdym razem byłem wyrzucany poza schemat i odkryłem nowe rzeczy.


Mam nadzieję, że będę mógł więcej razy grać i nagrywać z mistrzem Witkiem! Jego koncert z Rogerem Turnerem na drugim Spontaneous Music Festival, w listopadzie ubiegłego roku, był naprawdę imponujący! Chcę więcej Witka w moim życiu!!!

W naszej rozmowie nie może nie paść nazwa Low Vertigo. Jak doszło do tego szalonego projektu, ekstremalnie mocnej muzyki, ale przez to jeszcze bardziej fascynującej? No i debiutancki koncert (przy okazji promujący płytę) oczywiście w Polsce, w Dragonie.

Low Vertigo pojawił się, ponieważ wszyscy trzej jesteśmy bardzo zainteresowani muzyką metalową i dzielimy wspólną pasję do muzyki powolnej, zniekształconej („slow distorted music”). Więc chcieliśmy zagrać improwizowany album doom-metal-jazzowy.


Gonçalo Almeida ma wspaniałe, zniekształcone brzmienie na basie elektrycznym, w zasadzie to on jest rdzeniem tego trio, jego potężny dźwięk i pomysły.

Z Diego rozmawialiśmy już jakiś czas o stworzeniu albumu doom-jazzowego, próbowaliśmy z El Pricto i Iloną Schneider, ale nie udało nam się niczego nagrać i stworzyć zespołu na stałe. Rozmawiając z Goncalo zdaliśmy sobie sprawę, że wiele rzeczy działa na nas w podobny sposób, dlatego postanowiliśmy zrobić kilka koncertów w Barcelonie. Zrobiliśmy koncert w duecie na bazie tego samego pomysłu, co Low Vertigo - GOVA.

Zorganizowaliśmy sesję nagraniową na następny dzień po koncercie duetu i tak narodziło się Low Vertigo. Mam nadzieję, że uda nam się przekształcić ten projekt w stały zespół i nagrać nowy album !!




Vasco, ostatnie pytanie, a właściwie dwie nazwy do wyjaśnienia - TNT i Hung Mung. Co to za stwory?

TNT jest akronimem od nazwisk - Tejero, Nastesjo i Trilla. Trio składa się z Ricardo Tejero, wspaniałego saksofonisty z Madrytu, który kiedyś mieszkał w Londynie, także Johannesa Nastesjo, szwedzkiego kontrabasisty, mieszkającego w Malmo.

Hung Mung to trio z pewną historią. El Pricto, Diego Caicedo i ja, znamy się od dawna i graliśmy razem setki razy, zarówno rzeczy improwizowane, jak i skomponowane materiały. I wreszcie nastąpił ten pierwszy raz, kiedy zdecydowaliśmy się nagrać coś w tym trio, więc nie trzeba dodawać, że jest to dla nas specjalny album!
Oba zespoły mają ze sobą coś wspólnego – ich debiutanckie albumy ukażą wkrótce w serii Spontaneous Music Tribune.

W uzupełnieniu tego niebywałego katalogu nagrań Vasco w Polsce, na koniec naszej rozmowy dodam, iż w ramach "Spontaneous Live Series" w październiku, na trzeciej edycji Festiwalu Muzyki Spontanicznej w Poznaniu, premierę będzie miała płyta, na której znajdziemy dwa wspólne sety Trilli z brytyjskim saksofonistą Colinem Websterem (ten drugi także z udziałem Michała Dymnego na gitarze), zarejestrowane w klubie Dragon w listopadzie ubiegłego roku. Także wtedy ukazać się winna duetowa płyta z polskim gitarzystą Pawłem Doskoczem.

Dziękuje za rozmowę Vasco!


środa, 14 sierpnia 2019

Küchen, Mazur & Trilla! Nobject X-Rayed!



Trybuna Muzyki Spontanicznej niniejszym ogłasza bezwarunkowy powrót z kolejnych iberyjskich wakacji. Nowe teksty już wkrótce (w tym także krótka impresja z jednego dnia lizbońskiego festiwalu Jazz Em Agosto), a dziś w ramach rozgrzewki, reprint recenzji, jaka powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została opublikowana bodaj w ubiegłym tygodniu.


Współpraca szwedzkiego saksofonisty Martina Küchena i katalońskiego perkusisty Vasco Trilli niewątpliwie zacieśnia się. Ledwie w kilka tygodni po doskonałej płycie Phicus+ Martin Küchen Sumpflegende, w nasze ręce trafia płyta tria Nobject, w którym obu wspomnianych muzyków wspiera Rafał Mazur, grający tradycyjnie na akustycznej gitarze basowej. Dla obrazu całości współpracy wyżej wymienionych artystów wspomnieć należy, iż ostatniej jesieni ukazała się płyta Baza, dokumentująca duetowe spotkanie … Küchena i Mazura.

Dziś wszakże interesuje nas podwójny dysk tria Nobject, zatytułowany bardzo energetycznie X-Rayed, a wydany przez Fundację Słuchaj!. Zawiera on nagrania z szóstej edycji łódzkiego festiwalu Musica Privata, która odbyła się jesienią ubiegłego roku. Dysk pierwszy (niespełna 40 minut) zawiera trzy swobodne improwizacje, zarejestrowane … bez udziału publiczności, dysk drugi zaś - 30 minutowy występ z udziałem tejże publiczności. Zaglądamy do środka, bo bezwzględnie warto!




When prophecy fails. Ciche pomruki z tuby saksofonu tenorowego, półmrok glazury werbla, mięsistość strun gitary basowej, choć pozbawionej świeżego prądu, to jednak niebywale energetycznej – sytuacja otwarcia wydaje się w pełni rozpoznana. Zmysłowe intro tkane z plam ciszy – kropelkowy dęciak, zwinna gitara i smukła perkusja z kołowrotkiem. Narracja szyta z mozołem, ale bez zgrzytania zębami, raczej w poczuciu dużej swobody niż nadmiernego spinania pośladków. W 5 minucie muzycy mają już moc po swojej stronie. Ciągną ku górze gęsty flow ciepłego powietrza, nie zapominając o niskich partiach dźwiękowych. Na sam finał otwarcia - galop w pełnej krasie.

Willfull blindness. Basowe intro tuż po parasolem talerzy, obok smutne sopranino, które rzuca bluzgi. Narracja kołysząco-tłocząca z zaszytą pod skórą repetycją. Po 150 sekundach Rafał włącza masywny drive, Vasco skacze za nim, niczym wypłoszony kocur, a Martin step by step rwie opowieść ku wzniesieniu. Po 4 minutach instynktowne spowolnienie, rezystancja, sonorystyka i preparacje. Armia małych robaczków na werblu dostaje prądu, saksofon i bas wchodzą w skromną imitację - jak cudnie im się to wszystko układa w wymiarze dramaturgicznym. Po 9 minucie turbodoładowanie, znów Mazur daje do wiwatu, kreując dla kolegów prawdziwie epickie zakończenie odcinka.

Malevolent ghosts. Tenor powraca i szumi, niczym upalony wentylator, struny prychają, Vasco rezonuje z zaświatów. Narrację buduje nadaktywny basista, który czyni same cuda na gryfie, saksofon gaworzy na boku, perkusja plecie sieć ambientu. Masywna, ale powolna opowieść, która gęstnieje z nadmiaru ciepła, by po chwili rozlać się szerokim strumieniem, wszak nikomu tu się nie śpieszy. 8 minuta - muzycy zdają się szukać zwary i są w tym bardzo skuteczni. Kolejnym krokiem krótka, ale zmysłowa, solowa ekspozycja perkusisty z metalowymi przedmiotami tańczącymi na werblu. Gdy Martin i Rafał wracają z szybkiego papierosa, trio nabiera mocy, a szykiem zdaje się dowodzić filigranowe sopranino. Pętle ekspresji, muzycy nakręcają się wzajemnie, jak sprężyny zegarka, a maszyna brnie po złote runo. W połowie 14 minuty nagły stopping! Czyszczenie dysz saksofonu, polerowanie strun i metalowych powierzchni płaskich. Znów doskonałą zmianę daje Mazur, kto wie, czy nie gra tu swojej płyty życia (of course, till now!). Po 17 minucie - wystarczy jedno mrugnięcie okiem, by trio zmysłowo zatraciło się w galopie. Gaszenie płomienia odbywa się na rozgrzanym do czerwoności gryfie gitary.

The flood that never came. Szum kropel powietrza w tubie, krótkie przebieżki po gryfie, rezonans talerzy – muzycy z mozołem budują pierwszy zakręt nowej historii. Narracja wije się kompaktowo, role podzielone, emocje na krzywej wznoszącej. Na wejściu do narracji właściwej, szczypta oniryzmu i suchego ambientu. Bez pośpiechu. Ale już po 5 minutach pierwsza eksplozja emocji ze strony bass & drums. Komentarz sopranino po kilkudziesięciu sekundach – w punkt! 8 minuta – flow gęsty, akcja goni reakcję, muzycy brną ciało w ciało, kierunek – erupcja mocy. Po kilku minutach tłumią emocje i wchodzą w intrygujące mac… z ciszą. Dobrze im z nią do twarzy! Cała trójka niemal jednocześnie wpada w rezonans, jakby pod ich stopami nagle powstało silne pole magnetyczne. Wzajemne imitacje w blasku oniryzmu - saksofon egzystencjalnie pokrzykuje, bas grzmi, perkusja staje się jednym, wielkim talerzem. Dzwoneczki, robaczki, wibratory i smyczek na gryfie – specjalność zakładu! Vasco dokłada do ognia, sam brzmi, jak wielka orkiestra post-symfoniczna. Smukłe dźwięki saksofonu i basu podkreślają jakość kreacji Katalończyka. Finałowa część 30-minutowego seta budowana jest krok po kroku, bez poganiania. Saksofon bierze na barki dramaturgiczny core, potem silnie wspiera go bas. Po 26 minucie wszystkie karty zostają już odkryte – galop po wieczną chwałę i zachwyt recenzenta dzieje się na naszych oczach! Potem już tylko gaszenie płomienia na szorstkim tomie, no i oklaski. To właśnie na nie czekaliśmy prawie 70 minut. Brawo!



poniedziałek, 29 lipca 2019

Trevor Watts & Stephen Grew! Let It Be – Live in Liverpool!



Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże opublikowana sometimes ago.


Brytyjski saksofonista Trevor Watts w lutym tego roku obchodził 80 urodziny. Kim jest dla nurtu free jazz/ free improv, ile nagrał doskonałych płyt, wiedzą wszyscy, którzy choć trochę zdają sobie sprawę z tego, co dzieje się w tym wspaniałym gatunku muzycznym.

Muzyk, mimo dalece dojrzałego wieku (czy tylko Kobietom nie wypada zaglądać w metrykę?), wciąż pozostaje w imponującej formie, zarówno muzycznej, jak i fizycznej. Dowodzą tego koncerty, na których raz za razem pojawia się w Polsce, jak i płyty, które systematycznie nagrywa. Te chyba najciekawsze wydawnictwa dostarcza ostatnio Fundacja Słuchaj! Let It Be - duet z pianistą Stephenem Grew, to bardzo wyrazisty dowód na poparcie wszystkich wyżej postawionych tez. Koncert nagrany w ubiegłym roku w Liverpoolu składa się z trzech części, trwa 51 minut i tyleż sekund. Z ogromną przyjemnością zapraszamy do zapoznania się z jego zawartością.




Początek pierwszego, rozbudowanego seta Rekolekcje/ Rekoneksje, to zamaszyste rozpoznanie walką, prowadzone w nieco klasycyzującej estetyce. Jak to bywa w przypadku duetu Watts-Grew (to już ich trzecia wspólna płyta), narracja od startu jest dynamiczna, każda akcja może liczyć tu na śmiałą reakcję, wszystko zaś odbywa się w znakomitej komunikacji. Dużo szybkich, zwinnych pasaży, cios za cios, wet za wet, tanecznie i z zawadiackim przytupem. Grew zdaje się grać całą klawiaturą, grzmi i co chwila popada w galop. Watts i jego alt, są z nim w każdej sekundzie, świetnie reagują, trzymają tempo, tryskają emocjami i niewątpliwą pogodą ducha. Power duo! Od czasu do czasu, na krótki moment zwalniają, by wziąć oddech, po czym ruszają w dalszą podróż – wyraziści, precyzyjni, elokwentni. Stephen jest młodszy od Trevora o ponad 20 lat, ale gdy staje w szranki swobodnej improwizacji z saksofonistą, zdaje się odmładzać go co najmniej o … 40 lat! Bez chwili wytchnienia, bez zaniechania, bez zbędnych dźwięków i z orszakiem wyłącznie dobrych decyzji dramaturgicznych. W 13 minucie zmysłowo spowalniają i na moment oddają się konsekwencjom stylistyki call & responce (któż lepiej niż Watts zna jej tajniki ?!). Po chwili – znów prą do przodu! Gęsty ścieg piana, ekspresyjny saksofon, ogień i prawdziwie młodzieńcza fantazja! Klasycyzujące piękno i precyzja w krótkich, niezbyt częstych,kojących wytłumieniach, wigor free jazzu, improwizacji totalnej, w dominujących tu momentach frywolnych galopad. Zwinne kociska o długach pazurach!  W 23 minucie znów biorą głębszy oddech i plotą dla nas garść niezwykle filigranowych ekspozycji. Sopran Wattsa wręcz śpiewa (kiedy on zdołał zmienić instrument?), klawisze Grew klaszczą w dłonie i śmieją się od ucha do ucha. Na ostatniej prostej 30 minutowego seta – kolejna kipiel!

Set drugi (kwadrans z sekundami), otwiera bardzo spokojna introdukcja czarnych klawiszy fortepianu, czyniona bardzo minimalistycznie. Towarzyszący jej szum w tubie czyni początek niebywale zmysłowym. Po chwili muzyka rozlewa się bardzo szerokim strumieniem – muzycy znów świetnie na siebie reagują. Grew stawia na intensywność przekazu, Watts na melodyjność fraz. W 6 minucie są już w definitywnym galopie. Gdy na ułamek sekundy tracą dynamikę, Grew plecie ciekawą rytmawkę, tuż pod kolejną bystrą ekspozycją Wattsa. W 11 minucie rodzaj zaskoczenia – słodka ballada dla zakochanych, którą pianista niesamowicie zgrabnie wyprowadza na free jazzową prostą. Potem wypuszcza Wattsa na małe solo, samemu czyniąc drobne preparacje na strunach. Kipiąca zmienność akcji, cud za cudem, a na finał … galopada.

Wreszcie i zapowiadany encore – piano tańczy całą szerokością klawiatury, zadziorny, lekko preparowany tembr saksofonu, jakże ekspresyjny, czyni swoją powinność – gęsty, smakowity deser. Grew aż kipi z emocji, ma szybkie palce niczym u rewolwerowca. Krew w głowie Wattsa buzuje, jak u 20 latka! On już się nigdy nie zmieni!


 ***

Trybuna Muzyki Spontanicznej udaje się na zasłużone wakacje. Kolejne teksty po 14 sierpnia. Pozdrowię od Was cudowną Lizbonę! Festiwal Jazz Am Agosto incydentalnie będzie moim udziałem!


piątek, 26 lipca 2019

Christine Abdelnour & Chris Corsano! Quand Fond La Neige, Où Va Le Blanc? That is a question!



Francuską saksofonistkę, o libańskich korzeniach, Christine Abdelnour znamy na tych łamach całkiem dobrze, choć na ogół z czasów, gdy występowała pod nazwiskiem Sehnaoui, była bowiem wtedy żoną jeszcze lepiej nam znanego gitarzysty Sharifa. Po prawdzie od tamtych czasów (niemal dekadę temu) nie była jakoś specjalnie aktywna na rynku wydawniczym muzyki swobodnie improwizowanej, ale nigdy o niej zapomnieliśmy (była choćby gościem ostatniej Krakowskiej Jesieni Jazzowej, w ramach jubileuszowych obchodów wielolecia formacji Gush). Dziś powraca do nas, uprzedźmy przebieg wypadków, z płytą absolutnie wyjątkową. Skomplikowany (pozornie) francuski tytuł nagrania widnieje w nazwie dzisiejszej opowieści. Partnerem saksofonistki w tym zacnym, artystycznym wydarzeniu jest amerykański drummer Chris Corsano, który był ostatnio gościem Trybuny dokładnie… trzy dni temu.

Nagranie studyjne z lata 2017 roku, dokonane w miejscu zwanym Audio Cue Tonlabor, zawiera dziewięć improwizacji z tytułami, które bezczelnie skutecznie przenoszą nas do świata preparacji dźwięku, wytrawnej sonorystyki i wszystkiego tego, co bezpowrotnie oddala nas od melodii, tonacji i tradycyjnego stroju instrumentów. Ostrzegamy – prawdziwe cacko z mocą niebanalnych, czasami trudnych dźwięków!

Bylibyśmy zapomnieli: Christine zagra na saksofonie altowym, a Chris – poza akcesoriami perkusyjnymi – będzie też korzystał ze slide klarnetu (i to często!). Płyta trwa 55 minut i tyleż sekund, wydawcą CD jest amerykański Relative Pitch Records, a miała ona swoją premierę w kwietniu bieżącego roku.




Spektakl rodzi się w niemal industrialnym środowisku dźwiękowym – instrument przypominjący saksofon skwierczy mechanicznie, buduje małe, hałaśliwe drony, zdaje się mieć kilka separatywnych pasm fonii. Perkusja i wszystko, co do niej jest podczepione (klarnet?), gra silnym rezonansem, drży i trzeszczy w posadach, skrzy się wibrującymi talerzami. Mechanistyczna propedeutyka preparacji  – przed nami świat nieustających tajemnic. Recenzentowi trudno jest precyzyjnie zdefiniować źródła dźwięków, tonie w dysonansie poznawczym i jest mu w tym doprawdy wspaniale! Ów krytycznie challangowy odsłuch napina wszystkie mięśnie twarzy i skutkuje systematycznym uwalnianiem ogromnych pokładów endorfin. W połowie trzeciej minuty prawą flankę przestrzeni dźwiękowej opanowują zwoje szumów z tuby instrumentu dętego. Istnieje zatem pewne prawdopodobieństwo, iż to właśnie tam posadowiła się saksofonistka. Narracja wszakże toczy się dalej z wysoką intensywnością, niczym mała orkiestra symfoniczna na dużych sterydach, która na finał improwizacji otwarcia potrafi zmysłowo rozrzedzić się i zaprezentować więcej separatywnych fonii, które przypominają nam, iż na scenie mamy jedynie saksofon i perkusję.

Druga piosenka stawia nas na baczność! Prawdziwie imitacyjny taniec godowy dwóch upalonych świerszczy! Oba pasma fonii lepią się w jednorodny strumień. Metafizyka dźwięku, który zdaje się płynąć całą szerokością pomieszczenia, w którym znajdują się muzycy. Trzecia historia, to rodzaj obopólnego rezonansu i plastycznych dronów. Cudowna cisza post-hałasu. Powietrze szumi, muzycy szukają nowej porcji tlenu. Preparacje i sonorystyka na samym dachu dalekowschodniego wysokościowca. Znów garść imitacji, szukania wspólnego mianownika dla całej improwizacji. Outside and inside, z ciszy po korpulentny dźwięk i z powrotem. Klarnet Chrisa wkleszcza się pomiędzy saksofon, a elementy zestawu perkusyjnego i drży transcendentalnym niepokojem. Chwilowo Amerykanin przejmuje rolę magika nadrzędnego. Po 4 minucie, muzycy proponują więcej drummingu i brzmienia saksofonu, które sugeruje, iż być może składa się on jednak z tuby i dysz, które muzyk naprzemiennie otwiera i zamyka. Akcenty rytmiczne i kawałek złamanej melodii, to kolejne, acz krótkotrwałe zaskoczenia dramaturgiczne. W końcowej części drumming nabiera pustynnego posmaku, a saksofon podśpiewuje pod nosem.

Czwartą opowieść otwiera perkusja, która brzmi … niczym perkusja. Obok, w tubie altu, krople potu bulgoczą zamaszyście. Flow jest nerwowy, a dźwięki - co wydaje się w tym fragmencie płyty niemal niemożliwe – ciągle zaskakują. Szumiący rezonans chwyta za gardło, a potem kończy improwizację. I już piąty odcinek – w tubie znalazło się prawdopodobnie jakieś obce ciało, gdyż saksofon drży jak młot pneumatyczny. Pod nim wibrujący werbel czyni swoją powinność. Kolejny pik preparacji i wzajemnych imitacji. Dwa śpiewające stwory o dżdżystym poranku, ze słońcem, które z roztargnienia zapomniało wzejść i posmakiem napalmu. Mechanika rytmu skondensowanego – saksofon, klarnet, głuchy drumming. Fonia skacze ku górze, świdrująca, ptasia rewolta trwa w najlepsze. Szósty fragment – werbel w fazie preparacji, pusta tuba prosi o łyk wody, dysze klaszczą w ciszy. Na dnie muzycy szukają rytmicznego mianownika - moc aktywności po stronie Chrisa, szczypta lenistwa ze strony Christine. Pięknie gaszą ledwie tlący się płomień narracji.

Na wejściu w odcinek siódmy powraca smak gęstego industrialu, który siał popłoch na początku płyty. Dwa ogniska krzyczącej meta fonii. Gdy niespodziewanie gasną, na scenie tworzy się tęcza piękna. Król i Królowa nocy, z orszakiem wątpliwych pochlebców, kroczą wyjątkowo dostojnie. Ósma część i powrót do brzmień, jakich moglibyśmy oczekiwać po zgromadzonym instrumentarium. Aktywny drumming, bawole porykiwania saksofonu, free jazz pełen zdrowych emocji. Po paru okrążeniach, Christine powraca w zarosła preparacji, nabiera wody w usta i prycha. Po 4 minucie skromny galop, a potem zmysłowy stopping – muzycy łykają gorące powietrze wielkimi porcjami. Pieśń zamknięcia, czas już na nią. Tupot suchych dysz o pusty pokład, mały drumming, dęte mikrofrazy. Klarnet rezonuje z werblem (chyba), płomień imitacji znów żarzy się szeroką łuną. Kolejny krok w kierunku nieba. A po chwili czas na finałowe odliczanie – urywane porywy powietrza z tuby, cisza na tomach, powolny marsz w poszukiwaniu ostatniego dźwięku.