wtorek, 21 września 2021

Hung Mung! The Place Of Dead Roads!


Barcelońska formacja, której nazwa sławi imię chińskiego boga chaosu Hung Mung, debiutowała fonograficznie w styczniu ubiegłego roku. Działo się to na srebrnym krążku kompaktowym w naszej krajowej, iberyjskiej serii wydawniczej. Owa płyta, to jednak ledwie początek góry lodowej! Dziś, u progu jesieni kolejnego roku grupa dostarcza nam już swoje … ósme wydawnictwo (wszystkie kolejne dostępne jedynie w plikach elektronicznych w zacnych szeregach Discordian Records). W tak zwanym międzyczasie grupa udanie koncertowała w Polsce, na poznańskim Spontanicznym Festiwalu, a u progu nowego roku rozrosła się już na stałe z tria do rozmiarów kwartetu.

Nagrania z najnowszej płyty The Place Of Dead Roads pochodzą dokładnie z tej samej sesji, w trakcie której powstały nagrania do poprzedniego albumu The Art Of Chaos. Jeśli pierwszy rzut dźwięków z owej płodnej sesji studyjnej jawił się nam jako całkiem dynamiczny, o tyle ten najnowszy tonie w półmroku zmysłowych, jakże powolnych improwizacji. Oto Hung Mung i jego dźwiękowe yang & ying.

 


Pierwsza improwizacja tkana jest z drobnych, niemal filigranowych fraz, które budzą się do życia doposażone w sporą porcję echa. Muzycy prowadza skromne gry rozpoznawcze, badają wzajemnie swoje skłonności do kreacji. Syczące tło, będące zapewne efektem pracy syntezatora, ślamazarna, post-rockowa gitara, równie ślimaczy tryb pracy perkusji i saksofon, który zdaje się brzmieć niczym zepsuta sygnałówka. Na tym etapie utworu pęcznieje głównie flow kreowany przez syntetykę, sprawiając, iż cała opowieść zaczyna pachnieć post-industrialnie. Niewielkiej porcji oliwy do ognia dolewają także udane dialogi tejże syntetyki z budującym coraz większe emocje saksofonem. Całość przypomina wszakże mroczną meta balladę, zatopioną w brzmieniach post-rocka i matowej elektroniki.

Druga opowieść przenosi nas na kilka minut do świata typowych dla sceny barcelońskiej fake sounds. Mnożą się pytania, kto odpowiada za dany dźwięk, w jakich okolicznościach powstaje dźwięk kolejny. Coś stuka, coś rezonuje, coś szumi i oddycha czerstwym, brudnym powietrzem. Ślimacze tempo improwizacji wcale nie sprzyja ocenie zastanej sytuacji fonicznej. Ów niemal programowy brak dynamiki zdaje się być efektem dużej konsekwencji i determinacji muzyków w budowaniu swobodnej improwizacji. Pozostaje nadstawiać uszu i zastanawiać się, kto kryje się za tymi coraz bardziej frapującymi dźwiękami. Zatrważająco piękny dysonans poznawczy dobrze koreluje tu z niemal medytacyjnym charakterem całej improwizacji. Frazy budowane na zaciągniętym hamulcu ręcznym wydają się smakować nam równie dobrze, jak salwy ekspresji, którymi ten skład raczył nas na swojej poprzedniej płycie, powstałej wszak tego samego dnia.

W trzeciej improwizacji muzycy na moment opuszczają jaskinie złych mocy i wyjątkowo powolnych narracji. Intensywnie drżące perkusjonalia i nieśmiało podśpiewujący saksofon czynią duetowe wprowadzenie. Po niedługiej chwili pozostałe instrumenty także wchodzą w ów tygiel niespodzianek – elektronika syczy, a gitara znajduje garść całkiem jazzowych zagrywek. Tempo opowieści wydaje się być bardziej żwawe, a nowe porcje ekspresji znaczą kolejne fazy utworu. Na finał tej części dramatu gitara łapie pod koła nieco rockowych emocji, a syntezator nabiera niespodziewanej taneczności. Utwór ostatni na powrót wtłacza nas do mrocznej komnaty dramaturgicznej powolności. Pierwsze dźwięki być może pochodzą ze strony perkusjonalii, być może są jednak efektem pracy syntezatora. Dźwięki saksofonu giną w głuchej przestrzeni echa. Flow ponownie przechodzi w tryb niezobowiązującej medytacji. Uroczy suspens, niemal rytualne zawieszenie narracji, która leniwie czeka na tak zwany ciąg dalszy. Opowieść wydaje się zmierzać delikatnie ku górze, tak przynajmniej stara się frazować saksofon. Gitara najpierw broczy po kolana w dark ambiencie, potem ślimaczy się post-rockowymi frazami. Garść niespodzianek serwuje perkusjonalny arsenał dźwięków niemożliwych. O tło znów udanie dba syntezator, który także teraz nie ma zamiaru wychodzić przed szereg i ciągnąć improwizację za uszy. Woli pozostawać w tyle i siać dramaturgiczny niepokój. Oto, jak Martwe Drogi zdają się jakże uroczo odwzorowywać mroczną stronę Sztuki Chaosu. Ostatnie dźwięki toną w ciemnościach, płyną długimi strumieniami, które zmierzają donikąd.

 

Hung Mung The Place Of Dead Roads (Discordian Records, DL 2021). Liba Villavecchia – saksofon altowy, Diego Caicedo – gitara elektryczna, El Pricto – syntezator modularny oraz prictar (utwór 4), Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w lutym 2021 roku, Heartwork Recordings, Barcelona. Cztery improwizacje, łącznie: 36 minut bez kilku sekund.



czwartek, 16 września 2021

Skerebotte Fatta! Kyaness! Crunch! DWBH! Duo Libertaire! I/O! Il Sogno! The September Summary as good, as always!


Dobrej muzyki improwizowanej nigdy za dużo! Tak przynajmniej zdają się myśleć artyści i ich szaleni wydawcy (czasami, to te same osoby!). Nowe dźwięki płyną do nas wyjątkowo szerokim korytem, zatem nie pozostaje nam nic innego, jak zaprezentować comiesięczną zbiorówkę świeżych recenzji jeszcze świeższych płyt!

Dziś słodka siódemeczka! Gatunkowy melting pot - garść free jazzu, dużo swobodnej improwizacji, szczypta zmyślnych reinterpretacji Monka, odrobina elektroniki, która dobrze wspiera akustyczne frazy, wreszcie duża porcja zmysłowej post-psychodelii. W gronie artystów zarówno nasi dobrzy znajomi, jak i czereda muzyków, którzy na łamach Trybuny debiutują.

Zaczynamy po polsku, bo definitywnie warto! Potem szwedzka Grecja, brytyjski konkret, dużo Francji, Portugalia, a na koniec międzynarodowe trio z Danii z ważnym akcentem polskim!

Zapraszamy na odczyt, potem odsłuch, a finalnie na zakupy! Kupujcie płyty z muzyką improwizowaną, traktujcie to, jak bardzo ważny obowiązek!

 


Skerebotte Fatta  Appaz (For Tune Records, CD 2021)

Zaczynamy od dobrze nam znanego duetu, który tworzą saksofonista Jan Małkowski oraz perkusista Dominik Mokrzewski. Muzycy swoją nową płytę nagrali pod koniec listopada 2020 w warszawskim studiu WerMik. Zamieścili na niej sześć swobodnych, free jazzowych ... kompozycji własnych, których tytuły to nazwiska ich ognistych idoli, pisane wspak. Całość trwa 39 minut z sekundami.

Duet warszawskich muzyków zdaje się być bardzo konsekwentny na swojej drodze artystycznej. Muzycy nie wywarzają bram, nie rozciągają … rozszerzonych technik wydobywania dźwięków ponad miarę zdrowego rozsądku. Grają swoją, duchową, niemal spirytualną odmianę free jazzu, która czerpie garściami z historii gatunku, ale też nadają jej własny, jakże indywidualny sznyt. Być może, to zasługa niebywałej cierpliwości w budowaniu ekspresyjnych narracji, dużej melodyjności i rytualnego, prostego, ale jakże uroczego bębnienia. Na tej swobodnej, niemal lekkiej, ale jakże ognistej płycie (fire music, to bardzo dobry trop!) muzyków stać chyba na wszystko. Także na to, by free jazzowa ekspresja nie była tu celem samym w sobie, a jedynie środkiem do osiągniecia bardziej złożonych zamierzeń dramaturgicznych.

Płytę otwiera bystra ballada, inspirowana Brötzmannem, początkowa dalece wystudzona, pod koniec kipiąca emocjami, masywnym rytmem i niebanalną melodyką. Druga historia, to pieśń dla RayD (Dickaty’ego), budowana wysoko zawieszonym saksofonem i niemal rytualnym drummingiem. Z kolei Ayler stawia na śpiewność i taneczność. Emocje buduje zmyślnie wybijany rytm i melodyjny brud rodzący się w tubie dęciaka. Kolejna inspiracja to … Zappa. Minimalistyczna, bardzo spirytualna narracja nabiera mocy nie bez udziału krótkiej, solowej ekspozycji perkusji. Muzycy skaczą tu w ogień po długich przygotowaniach i jakże uroczą płoną! Następny jest Braxton, który w wersji warszawiaków wydaje się być zaskakująco prostą narracją. Saksofon leni się przez cały utwór, perkusja dla kontrastu idzie w półgalop. Szósty Lloyd rodzi się w ciszy, a pełnego blasku nadają mu rozbrykane perkusjonalia. Saksofon po fazie kolejnego lenistwa rozpala tu ogień jakże krwistego zakończenia. Finał płyty, to popis perkusisty, który buduje filigranowy, jakże nerwowy flow godny tytułowego Benninka. Saksofon pozostający nieco w tle, na sam koniec wypuszcza całe połacie melodyjnych, tanecznych fraz wprost z sopranowej, małej tuby.

 


Oda Dyrnes & Zoe Efstathiou  Kyaness (Alkekung Records, LP 2021)

Po ognistych, męskich frazach czas na kobiece, jakże zmysłowe improwizacje, których dostarczają - grecka pianistka Zoe Efstathiou i norweska wiolonczelistka Oda Dyrnes. Nie znamy daty, ani dokładnego miejsca (prawdopodobnie Szwecja) rejestracji sześciu swobodnych improwizacji, pełnych pięknych, niemal wyłącznie preparowanych dźwięków. Wiemy natomiast, iż płyta Kyaness trwa niespełna 32 minuty.

Od początku spektaklu dłonie obu kobiet spoczywają na strunach, które drżą i produkują dźwięki, tworzące strumień gesty, kanciasty, odrobinę jednak leniwy, doposażony plejadą kobiecych, dalece niemęskich subtelności. Artystki szorują struny, układają na nich dziwne, nieznane przedmioty, lubią klimat dobrze wentylowanego zakładu szlifierskiego. Pięknie dbają o niuanse, ale wcale nie stronią od zachowań noszących znamiona dynamicznych. Ich konsekwencja i determinacja sprawiają, że permanentnie molestowane struny zaczynają śpiewać, jęczeć, głęboko oddychać i w bojaźni budować zmysłową improwizację. Choćby w trzeciej części, gdy mała zabawa w dobrze skorelowane ze sobą short-cuts przeistacza się w działania niemal mechaniczne - masywne szarpnięcia i subtelne uderzenia, testy rozciągliwości strun, a pośród nich nieco przypadkowy dźwięk fortepianowego klawisza.

Piąta improwizacja wydaje się w tym niedługim zestawie muzycznych historii kluczowa, trwa bowiem ponad dziesięć minut i składa się z trzech części, wydzielonych sekundowymi porcjami ciszy. Najpierw garść półdźwięków z piana, bardzo filigranowych, wzbogacona matowym brzmieniem szarpanych strun cello. Kolejny wątek budowany jest przez jakże kameralny suspens – cello stęka, a piano drży nie tylko preparowanymi dźwiękami. Wreszcie trzeci wątek - dwie bystre przebieżki po strunach piana i wiolonczeli, ale prowadzone w różnych tempach. Pierwszy z instrumentów pięknie tu śpiewa czystym rezonansem. Ostatnia improwizacja, niezbyt długa, rodzaj płytowego resume – skromne zabawy z echem i rezonującymi strunami, które aż gwiżdżą z zadowolenia. Zupełnie tak samo, jak recenzent!

 


Hutch Demouilpied/ Matt Hutchinson/ Sue Lynch Crunch (Empty Birdcage Records, DL 2021)

Teraz na 27 minut przeniesiemy się do londyńskiego Vortexu, by odczytać nagranie swobodnie improwizującego tria w składzie: Hutch Demouilpied – trąbka i flety, Matt Hutchinson – fortepian oraz Sue Lynch – saksofon tenorowy i klarnet. Trzy części zarejestrowane zostały w czerwcu 2019 roku, w ramach świetnie nam znanej imprezy Mopomoso (album dedykowany jest pamięci Johna Russella).

Muzycy wchodzą w swobodną improwizację z marszu, bez specjalnych przygotowań mentalnych – abstrakcyjne piano wprost z klawiatury, saksofonowe przedechy i trąbka, która brzmi niczym lamentujący głos kobiecy. Wszystko w tej improwizacji dobrze się zazębia - narracja bystrze skacze od zmysłowego chamber po ekspresję free jazzu. Dynamikę dostarcza tu na ogół pianista, ekspresję saksofonistka, a trębacz robi swoje, stojąc na stronie i zawadiacko zaczepiając przechodniów. W momentach, gdy opowieść staje się bardziej kameralna, dostajemy także drobną porcję preparowanych dźwięków. Finał pierwszej improwizacji jest dynamiczny, nie bez fajerwerków.

Na początku drugiej opowieści pojawia się flet i klarnet. Najpierw sekwencja drobnych preparacji, syczących fraz i gołe struny piana. Szczególnie dobrze dzieje się na osi flet-klarnet. Narracja pnie się na swój szczyt, po czym leniwie przygasa dając okazję dysponentom dętych instrumentów na powrót do saksofonu i trąbki. Tym razem droga nie wiedzie na szczyt, ale broczy w meandrach rzewnych pieśni post-żałobnych. Muzycy nabierają jednak mocy, czasami nawet wzajemnie na siebie pokrzykują. Mimo rosnącej ekspresji nie gubią jednak głęboko zaszytej w sercach melancholii i pewnego rodzaju dramaturgicznej zadumy. Wraz z upływem czasu improwizacja staje się coraz bardziej nerwowa, a dźwięki coraz krótsze, bardziej urywane. Pod koniec trąbka znów mówi ludzkim głosem i zabiera trio na ostatnie wzniesienie. Finał koncertu, to kilkuminutowe encore grane klawiszami piana, trąbką i saksofonem. Takie zmyślne post-jazzy-chamber, rodzaj artystycznego podsumowania, nie bez klasycyzujących fraz fortepianu. Narracja znów wybiera się na wzniesienie, ale droga doń wydaje się dość wyboista.

 


DWBH  Don’t Worry Be Happy (Intrication, CD 2021)

Pod wyżej wskazaną nazwą własną odnajdujemy świetnie nam znanego trębaczka austriackiego Franza Hautzingera, jego życiową partnerkę, francuską wokalistkę i klarnecistkę Isabelle Duthoit oraz dwóch francuskich muzyków, których spotykamy po raz pierwszy, ale … dziś nie ostatni - Pascala Brecheta na gitarze elektrycznej oraz Thierry’ego Waziniaka na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Dodajmy, iż dwaj ostatni są tu także wydawcami, w ramach nowego labelu z muzyką improwizowaną. Zamieszczona na albumie dalece swobodna improwizacja podzielona została na siedem części z tytułami i trwa łącznie 62 minuty (miejsce i czas akcji nieznane).

Płyta o jakże wesołym tytule zaczyna się z wysokiego C, wbija w fotel i naprawdę dużo obiecuje w zakresie tak zwanego ciągu dalszego! Od pierwszego dźwięku kolektywna, zwarta, gęsta narracja – trębackie preparacje, drobiazgi na gitarowych przetwornikach, bystry, lekko zawieszony drumming i głos, przypominający świergot upalonego wróbla, który po czasie zdaje się zlewać z klarnetowymi frazami, także dbającymi o poziom brzmieniowej dyfuzji. Muzycy kreują dynamikę ekspozycji, a także stymulują nasze emocje w stopniu ponadnormatywnym. Ekspresja sięga chwilami freejazzowego wzniesienia, a głos, który zdaje się mieć tu sto twarzy, w każdej chwili zdolny jest zaskoczyć i dodatkowo ubarwić tę krwistą improwizację.

Kwartet bystrych improwizatorów niestety nie jest w stanie utrzymać tak wysokiego poziomu intensywności do końca płyty. Każda z kolejnych sześciu improwizacji pełna jest intrygujących, chwilami naprawdę udanych dźwięków, ale też każda z nich wydaje się być delikatnie przegadana i po prostu zbyt długa. Dobrze nam znana teoria, iż swobodna improwizacja winna trwać nie więcej niż 40 minut, i tu znajduje swój jakże praktyczny wymiar. Niemniej warto podkreślić, iż bardzo nam się podoba to, co wyczynia Duthoit ze swym głosem (choćby część trzecia) i zadziornym klarnetem (część czwarta), walory Hautzingera są nam powszechnie znane, z kolei Waziniak dobrze dba o dramaturgię, często trzyma narrację w trybie suspended, nigdy nie proponuje nazbyt wielu dźwięków. Wreszcie Brechet, gitarzysta silnie siedzący w jazzie i fussion, być może w kilku momentach mógłby bardziej poskramiać swoją kreatywność. Reasumując – gdyby płyta zakończyła się tuż po czwartej, prawie 16-minutowej improwizacji, chwilami skrzącej się pikantnym, elektroakustycznym posmakiem, nikt by nam tym nie stracił.

 


Duo Libertaire  Hint Of Monk (Intrication, CD 2021)

Dwóch Francuzów z poprzednio omawianej płyty zostaje z nami. Thierry Waziniak (perkusja, instrumenty perkusyjne) oraz Pascal Brechet (gitara) zapraszają tym razem na bardzo swobodne … reinterpretacje utworów Theloniusa Monka. Jedenaście części, 45 minut z sekundami, miejsce i czas nagrania ponownie nieznane.

Frywolna, jazzowa gitara, która zna doskonale historię gatunku i równie swobodna perkusja, podobnie jak na poprzedniej płycie, dobrze dbająca o dramaturgię spektaklu, często bazująca na intrygującym suspensie. Muzycy płyną strumieniem monkowskich melodii, udanie je cytując lub sugerując dalece luźne z nimi skojarzenia. Bystrze łapią dynamikę i przewrotną melodykę tak charakterystyczną dla kompozycji amerykańskiego pianisty. Budują opowieść, która mogłaby być świetnym soundtrackiem do filmów noire lub starej, francuskiej Nowej Fali. Ich interpretacje Monka zdają się być pokrętnie abstrakcyjne, jak i definitywnie proste niemal w tej samej frazie. Kreują narrację, którą z całą pewnością zaliczyć winniśmy do jazzowego chill-outu, niepozbawioną jednak nerwu improwizacji, wszak to ona jest głównym narzędziem pracy obu Francuzów.

W trzecim utworze proponują swoją autorską impresję, która wydaje się być kolejnym monkowskim evergreenem. Ciekawie brzmią w piątej odsłonie, gdy talerze zaczynają rezonować, a gitara śpiewa swobodnymi flażoletami. W interpretacji jednej z najlepszych melodii Monka Trinkle Tinkle artyści stosują przewrotne metrum i świadomie uciekają od oryginalnej konstrukcji rytmicznej. W końcowych piosenkach gitarzysta koncentruje się na eksponowaniu tematu (czego na ogół nie czynił w pierwszej części płyty), perkusista zaś swawoli na całego. Ot, taki taniec wyzwolonych bikiniarzy!

 


I/O: Carlos Santos & Ulrich Mitzlaff  Studies on Colour Field Modulation (Creative Sources, CD 2021)

Czas na obiecaną Portugalię! Studio w podlizbońskim Algés - Orquestra de Câmara Portuguesa (OCP), wrzesień ubiegłego roku, a w nim dwóch muzyków: Carlos Santos – elektronika i obiekty oraz Ulrich Mitzlaff – violonczello (połączenie skrzypiec i wiolonczeli) i obiekty. Panowie improwizują w dwóch częściach, a całość trwa niewiele ponad 35 minut.

Swoją jakże błyskotliwą przygodę elektroakustyczną muzycy rozpoczynają w mgławicy szumów i szmerów. Opowieść z jednej strony pachnie niemal field recordingiem, z drugiej zaś jest zapewne efektem działań elektroniki i być może live processingu. Po niedługiej chwili domyślamy się, iż część dźwięków dociera do nas wprost z gryfu strunowca. Pojawiają się akcenty percussion i dźwięki smyczka, który ociera się o struny. Tworząca tło elektroniczna poświata zdaje się brzmieć w tym momencie nad wyraz akustycznie. Miztlaff raz za razem wrzuca do strumienia narracji nowe elementy, a praca Santosa sprawia, iż słyszymy dwa, a nawet trzy wątki narracji generowane przez instrument strunowy, pozostające na różnym etapie elektroakustycznego rozwoju. Z czasem rośnie też ilość drobnych, pure elektronicznych dźwięków. Artyści bardzo udanie zarządzają tu dramaturgią. Ich opowieść wspina się na drobne wzniesienia, czasami pogrąża się w melancholijnych dolinach, ale nigdy nie nudzi. Opowieść budują zarówno drobne, szarpane frazy pizzicato, jak i długie, barwne drony multiplikowanego arco, brzmiące niczym chłodny ambient. Na koniec mamy jeszcze samplowane ludzkie glosy i post-barokowe frazy strunowca, płynące w onirycznej aurze elektroniki.

Druga improwizacja w swej początkowej fazie wydaje się być nad wyraz filigranowa. Kreują ją smyczek, który delikatnie pociera o struny i być może także o pudło rezonansowe oraz niemal imitacyjne dźwięki elektroniki. Całość przypomina spacer po zamglonym lesie, tuż przed świtem. Po pewnym czasie frazom strunowca udaje się wydostać na powierzchnię elektronicznej narracji. Uroczo piłowane struny zaczynają swoją pieśń pożegnalną. Oto mroczna post-elektronika dobywana wprost z pajęczastego strunowca, który zdaje się mieć nieskończoną ilość macek. Na finał rzeczona elektronika lepi się w intrygujący dron, a violoncello kreśli smugi cienia.

 


Il Sogno  Graduation (Gotta Let It Out and Auand Records, CD/2LP 2021)

Na standardowej płycie kompaktowej, wedle osiągnięć współczesnej techniki, mieści się mniej więcej 79 minut i 57 sekund muzyki. Trio Il Sogno zdaje się, że pomieściło na swojej nowej płycie niemal dokładnie tyle dźwięków. W każdym razie mamy na niej piętnaście impro kompozycji utrzymanych w duchu łagodnej psychodelii i całkiem bystrego fussion jazzu. Poznajmy muzyków: Emanuele Maniscalco – wurlitzer, syntezator, Tomo Jacobson – kontrabas oraz Oliver Laumann – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie z października 2019 roku, zarejestrowane we włoskiej Brescii i jej Teatrze Wielkim.

Graduation jest po prawdzie nagraniem niebywale długim, ale wiele wskazuje na to, iż przyjęta przez muzyków koncepcja stylistyczna broni się tu od pierwszego dźwięku do owej osiemdziesiątej minuty. W każdym razie pomyślunku i kreatywności nikomu nie brakowało w trakcie tej żmudnej, chwilami wyczerpującej podróży. Już początek kreśli nam ramy wydarzenia – kontrabasowy smyczek, który po introdukcji zamienia się w żywe, srebrzyste pizzicato, cały arsenał środków pianisty, który niemal od startu rysuje tu linię melodyczną, często kreując dwa, a nawet trzy wątki narracyjne, wreszcie perkusja, która robi to, co do niej należy, czyli dba o właściwy kierunek podróży. Muzycy pośród tysiąca pomysłów i melodii, jakie przewijają się przez całe nagranie, raz za razem wrzucają do tygla narracji pałkę dynamitu, siejąc niepokój, szyjąc improwizacje dalece nerwowym ściegiem. Śmiało uciekają wtedy w psychodelię, tudzież frazy pełne tajemniczości, stawiające dramaturgiczne znaki zapytania. Tak dzieje się choćby w utworze drugim i zwłaszcza piątym, który jest długą, ponad dziesięciominutową, poszarpaną i jakże stylową, niemal stuprocentową improwizacją. Dużo kreatywnej nerwowości odnajdujemy także w utworze czternastym.

Il Sogno lubi też zaskakiwać niemal biesiadną melodyką, nie boi się struktur rytmicznych idealnie nadających się do tańca i śpiewania. W takiej estetyce pozostaje trzecia piosenka, a zwłaszcza niemal wodewilowe zakończenie, lekkie jak puch pod spódnicą korpulentnej baletnicy. Wszakże chlebem powszednim tej edycji tria jest fussion jazz. W tej stylistyce utrzymana jest większość kompozycji, w tych ramach świetnie pracują wszelkie klawiatury, jakich używa pianista, a sekcja kontrabasu i bystrej perkusji płynie strumieniem pełnym wyłącznie udanych fraz. Tu za przykłady mogą posłużyć kompozycje numer cztery, sześć, siedem, czy dziewięć. Podoba nam się także kompozycja dziesiąta, która smakuje dark ambientem. Z kolei jedenastka świetnie zmieściłaby się na soundtracku do serialu wszechczasów, czyli lynchowego Twin Peaks.

 


wtorek, 14 września 2021

Matthias Müller, Ricardo Tejero & Vasco Trilla in Implositions!


Magia powtarzających się cyfr ma być może szczególną rację bytu w przypadku rzeczy tak ulotnej, jak muzyka swobodnie improwizowana. Nagranie, nad którym głęboko się dziś pochylamy powstało w dniu, którego data składała się wyłącznie z dwójek i zer (20.02.2020), gdy u progu pokrętnej rzeczywistości stała światowa zaraza. Dziś, gdy słuchamy go na kompaktowym krążku, tudzież w formacie plików elektronicznych, nie ma to już takiego znaczenia, ale magia – jakkolwiek rozumiana – z pewnością z tymi dźwiękami została na dłużej.

Niemiecki puzonista Matthias Müller za moment kończy 50 lat i na początku października zagra na Spontanicznym Festiwalu w Poznaniu. Saksofonista Ricardo Tejero w naszym kraju jeszcze nie muzykował, ale dźwięki jego instrumentu znane są choćby z płyty wydanej w pewnym krajowym, a jakże iberyjskim labelu. Perkusjonalista Vasco Trilla na Spontanicznym Festiwalu grywał tysiące razy, aczkolwiek nie zagra w tym roku. Jego dorobek płytowy u polskich wydawców niedługo dobije do dwudziestu tytułów. Najnowsza płyta wspomnianej wyżej trójki improwizatorów (pierwsze spotkanie w takim zestawie personalnym) trafia do nas jednak dzięki wydawcy amerykańskiemu.

 


Nagranie zaczyna się w mrocznym klimacie nieokreślonych z imienia dźwięków. Szeleszczące perkusjonalia, szumiące, długie frazy puzonu i saksofonu tworzą powłokę dźwięków, na bazie której może powstać narracja właściwa, ale wcale nie musi. Wentyle tańczą, dysze oddychają, dźwięki zestawu drummerskiego rezonują same z sobą i wszystkim wokół. Flow leniwie, ale systematycznie pęcznieje, ale też czerstwieje. Muzycy bawią się swoim dźwiękami, robią wiele, byśmy mieli problem z dokładnym wskazaniem źródła ich pochodzenia. Wszystko dzieje się tu bez pośpiechu, a wiele zachowań nosi znamiona dalece kontrolowanych. Artyści wolą budować dronowe i ambientowe struktury dźwiękowe niż szukać dramaturgicznych wzniesień, czy nadmiernie eskalować dźwięk swojego instrumentu. W środkowej fazie pierwszej improwizacji intuitywna komunikacja pomiędzy dęciakami sprawia, iż płyną one niemal jednorodnym strumieniem fonii, który trwa niczym stevensowskie sustained piece. Trilla buduje w tle chmurę ambientu, która nabiera mocy, jak szare niebo tuż przed burzą. Uruchamia swoje ulubione przedmioty plastikowe i metalowe, które tańczą na coraz gorętszym werblu. Puzon i saksofon zaczynają skrzeczeć, a narracja zaczyna piąć się na wzniesienie, poganiana coraz intensywniejszymi frazami budowanymi przez perkusjonalia. Zakończenie tej historii smakuje niemal industrialnie – najpierw muzycy sięgają ściany dźwięków, potem gasną rezonującymi oddechami dętych i metalowymi obcierkami perkusji.

Druga część na starcie przypomina rytuał wolnej inicjacji. Perkusjonalne dzwonki, dęte pomruki, talerze w ciszy oczekiwania. Koncepcja budowania narracji zdaje się być podobna do tej, która wykreowała pierwszą improwizację. Flow gęstnieje i zaczyna przypominam stado czmieli w locie godowym. Trzy strugi mroku i meta hałasu! Trilla na moment milknie, po czym wraca ze swoim latającym robactwem i rozpoczyna proces unoszenia się ku górze. Tejero i Müller stroszą pióra, prychając na siebie wzajemnie. Opowieść po osiągnieciu drobnego szczytu spada w dół rezonującej przestrzeni, w świat chill-outowych dronów, która sieją jednak duży niepokój i nie dają prostych odpowiedzi na trudne pytania.

Ostatnią improwizację otwierają syczące tuby puzonu i saksofonu. Perkusjonalia snują mały rezonans drżącym werblem. Drony czerstwego ambientu rodzą się teraz jakby samoczynnie, bez udziału sprawczego samych muzyków. Instrumenty zostały wprawione w ruch drgający i być może same kreują ową pokrętną rzeczywistość foniczną. Garście mechaniki użytkowej – piski, pojękiwania, narzekania, rezonujące tło, pomruki wygłodniałych brzuchomówców. Opowieść na moment zdaje się stać na rozdrożu. Pomocną dłoń wyciąga teraz Trilla i kreśli zmysłowy deep drumming, który zdaje się tyczyć szlak dalszej improwizacji. Najpierw post-industrialne zaśpiewy, potem zejście do jaskini short-cuts. Plejada preparowanych dźwięków płynie teraz na rytmicznej strukturze budowanej przez repetujący puzon. Improwizacja gaśnie w strugach rezonującego ambientu dętych westchnień i błyszczących talerzy.

 

Implositions (Orbit577 Records, CD 2021). Matthias Müller - puzon, Ricardo Tejero - saksofon, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Nagrane 20 lutego ubiegłego roku, Golden Apple Studios, Barcelona. Trzy improwizacje, czas trwania - 41:30.



 

piątek, 10 września 2021

Are You Spontaneous? 5. Spontaneous Music Festival 2021 - kick off at October 1st!


“Spontaneous representing a challenge because life seems to dictate that you are not supposed to be spontaneous … to be that honest

John Stevens, współzałożyciel i główny twórca Spontaneous Music Ensemble

 

Czy jesteście spontaniczni? Czy jesteśmy spontaniczni? To pytanie, jakie zadają nam i sobie organizatorzy piątej edycji Festiwalu Muzyki Spontanicznej, jaki odbędzie się w poznańskim Dragon Social Club od 1 do 3 października 2021 roku.

Na wyżej postawione pytanie będą szukali odpowiedzi także muzycy zaproszeni na Festiwal. Tych razem będzie ich piętnastu, przybędą z różnych zakątów Europy i Polski, wyposażeni w najprzeróżniejsze atrybuty - tysiące wad i setki tysięcy zalet. Jako ludzie, jak muzycy, jako współtowarzysze trzydniowej, improwizowanej podróży po bezdrożach muzyki szalonej, jedynej w swoim rodzaju, muzyki, która ze wszystkich sztuk świata być może ma najmniejszy problem z twierdzącą odpowiedzią na pytanie zadane w tytule tegorocznej edycji Festiwalu.



Poznańska impreza po raz kolejny nie proponuje nam znanych nazwisk, wciąż bowiem szuka powiewu młodości, posmaku nieokreśloności, odrobiny wspomnianego już szaleństwa, wszystkiego, co nowe i zaskakujące. W tym roku szczególnie stawia na społeczny charakter relacji na muzycznej scenie Dragona. Zatem nade wszystko składy ad hoc, czyli pierwsze spotkania muzyków i specjalne projekty festiwalowe, które mają dokładnie taki sam cel – budować nowe relacje międzyludzkie, szukać synergii wynikającej ze spotkania muzyków, który choć nie znają się zbyt dobrze, mają na tyle otwarte głowy i są na tyle kreatywni, iż efekt takiego spotkania może wyłącznie zachwycać. 

Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club, główni prowodyrzy kolejnego spontanicznego incydentu festiwalowego, w pierwszej kolejności zapraszają nas na dwa duże projekty muzyczne, przygotowane specjalnie na potrzeby tego wydarzenia. Pierwszy z nich poprowadzi (a może lepiej powiedzieć - zainspiruje do działania i sam weźmie w nim udział jako instrumentalista) portugalski wiolonczelista Guilherme Rodrigues. Ten pomysł będzie próbą przetransferowania berlińskiego projektu Red List Ensemble na ziemię poznańską. Wieloosobowy ansambl złożony będzie ze wszystkich muzyków, jacy obecni będą pierwszego dnia festiwalu i swoim koncertem tenże dzień zakończy. Dodajmy, iż portugalski wiolonczelista będzie obecny na scenie Dragona przez wszystkie dni festiwalowe.

Z kolei drugi dzień festiwalowy zwieńczy koncert specjalnego projektu poznańskiego pianisty Witolda Oleszaka. Muzyk na tę okoliczność przygotowuje notację graficzną, wedle przykazań której improwizować będą pozostali muzycy, a której szczegóły owiane są na razie tajemnicą. Tu również skład orkiestry zostanie skompilowany z muzyków, którzy tego dnia będą obecni na scenie Dragona. W tym wypadku być może będzie to skład nawet kilkunastoosobowy.

Ostatni dzień festiwalowy także będzie miał swoją dramaturgiczną kulminację. To jubileuszowy koncert formacji Superimpose, którą tworzą muzycy berlińscy – puzonista Matthias Muller i perkusista Christian Marien. Artyści świętują w tym roku 15-lecie działalności, a ich specjalny poznański koncert uświetnią swoją obecnością także Witold Oleszak i portugalski gitarzysta Marcelo Dos Reis.

To właśnie rzeczony Portugalczyk będzie kolejną atrakcją festiwalowej trzydniówki. Zagra każdego dnia, zarówno w składach ad hoc, wspomnianych wyżej orkiestrach, jak i wystąpi solo, prezentując swój nowy, dość awangardowy, jak na kanony muzyki spontanicznej (albowiem po części komponowany) projekt Glaciar. Dodajmy, iż to wydarzenie otworzy cały Festiwal.

W trakcie drugiego dnia festiwalu zagra francuskie trio TOC, które tworzą – Jeremy Ternoy (piano elektryczne), Ivann Cruz (gitara) i Peter Orins (perkusja). Francuzi kochają psychodelię, dobrego rocka, ale nade wszystko uwielbiają improwizować. Ich występ z pewnością będzie najgłośniejszym momentem imprezy.

Grono gości zagranicznych uzupełni, w trakcie ostatniego dnia festiwalu, meksykański perkusista i wibrafonista Emilio Gordoa. Jedno z najgorętszych nazwisk młodej europejskiej sceny improwizowanej, muzyk rezydujący na stałe w Berlinie, zaprezentuje się w dwóch składach ad hoc.

Zaprezentowany wyżej, jakże intrygujący zestaw muzyków zagranicznych uzupełnią na festiwalowych deskach Dragona muzycy polscy - reprezentanci i reprezentantki szeroko rozumianej sceny eksperymentalnej oraz improwizowanej, młoda fala muzyków awangardowych z bogatym już dorobkiem artystycznym oraz uznaniem na lokalnej i zagranicznej scenie. Obok wspominanego Witolda Oleszaka zagrają: Paulina Owczarek (saksofony), Anna Jędrzejewska (fortepian), Małgorzata Zagajewska (wokal), Wojtek Kurek (perkusja), Michał Giżycki (saksofon i klarnet basowy) oraz Paweł Doskocz (gitara). Muzycy zaprezentują się zarówno w składach ad hoc, jak i będą ważnymi uczestnikami dużych projektów orkiestrowych.

 

Piątek 01.10.

19.00 Marcelo Dos Reis – solo performance

20.00 Copy Of Pianodrum

21.00 Guilherme Rodrigues’ Red List Ensemble – spontaneous edition


Sobota 02.10.

18.00 Ad Hoc Quartet

19.00 Ad Hoc Quartet

20.00 TOC

21.00 Witold Oleszak’ Graphic Music For Chamber Orchestra


Niedziela 03.10.

18.00 Ad Hoc Trio

19.00 Ad Hoc Trio

20.00 Ad Hoc Trio

21.00 The Superimpose’ Birthday Party


Link do filmu promocyjnego:

https://youtu.be/mMF25jYo1fA

Spontaneous Music Festival: https://www.facebook.com/spontaneousmusicfestival/

Wydarzenie: https://www.facebook.com/events/250719357053535/?ref=newsfeed

Dragon Social Club: https://www.facebook.com/KLUB.DRAGON.POZNAN/

 

Patroni medialni: Jazzarium.pl, Polish-Jazz

 

Bilety do nabycia na:

https://www.kupbilecik.pl/

Karnet 140 zł - https://tiny.pl/9t15j

Bilet na dzień I 50 zł - https://tiny.pl/9t15j

Bilet na dzień II 60 zł - https://tiny.pl/9tnml

Bilet na dzień III 60 zł - TBA

 

wtorek, 7 września 2021

José Lencastre in Quartet and Duo! Also short memories from Jazz Am Agosto!


Dokonania portugalskiego saksofonisty José Lencastre’a śledzimy na łamach Trybuny na bieżąco. Cenimy jego pracowitość, skrupulatność i konsekwencję w budowaniu artystycznego wizerunku oraz ten rodzaj skromności, która sprawia, iż każdorazowe spotkanie z jego muzyką niesie sporo radości, ale nigdy nie grozi dźwiękowym przesytem.

Powodem do dzisiejszego spotkania z muzyką Lencastre’a są oczywiście jego nowe płyty, ale także pewne sympatyczne spotkanie koncertowe, jakie miało miejsce w trakcie tegorocznej edycji lizbońskiego Festiwalu Jazz Am Agosto.

Wspomniane nowe płyty, to kolejna pozycja w dyskografii flagowego okrętu saksofonisty – Nau Quartet, a także duetowe nagranie z perkusistą João Sousą. Oba nagrania jak zwykle zanurzone w jazzie, ale stawiające na improwizację, jako główną i najważniejszą metodę pracy.

Najpierw wszakże przywołajmy owo spotkanie koncertowe. Główna scena najważniejszego festiwalu jazzowego w Portugalii, sobotni wieczór i komplet publiczności (oczywiście wedle norm covidowych), czyż dla muzyka pokroju Lencastre’a – artysty już ze sporym dorobkiem artystycznym, ale ciągle zaliczanego do grona improwizującej młodzieży - może wydarzyć się coś bardziej nobilitującego? Saksofonista zaprezentował się w kwartecie Anthropic Neglect, który debiutował płytowo w roku bieżącym krążkiem dla Clean Feed Records (fakt ów nie umknął naszym recenzenckim mackom!), a którego skład uzupełniają równie nam znani muzycy z tamtej części świata - Jorge Nuno na gitarze elektrycznej, Felipe Zenícola na gitarze basowej, wreszcie João Valinho na perkusji. Kwartet zagrał efektowną, gęstą improwizację, w relacji do nagrania studyjnego - bardziej ekspresyjną i chwilami mniej mroczną. Warto przy tej okazji zwrócić uwagę, iż nasz dzisiejszy bohater grał nie tylko na saksofonie altowym (dotąd znamy tylko takie jego ujawnienia), ale także na saksofonie tenorowym. Bystry, improwizujący dęciak w towarzystwie psychodelizującej gitary, doprawdy fantastycznej pracy basisty i jakże kompetentnego drummingu pozostawił w pamięci Pana Redaktora wyłącznie miłe wspomnienia. Kolektywna, usiana niespodziankami dramaturgicznymi, improwizowana opowieść, to coś, co cenimy sobie w sposób szczególny! Równie intrygująca była też późnowieczorna pogawędka z muzykami, już po zakończeniu spektaklu. Po prawdzie – umówiliśmy się na koncert w Polsce, w bliżej nieokreślonej przyszłości post-covidowej.




José Lencastre Nau Quartet + Pedro Carneiro  Thoughts Are Things (Phonogram Unit, CD 2021)

Najnowsze nagranie Nau Quartet zarejestrowano na początku marca bieżącego roku, w portugalskim Algés, w miejscu zwanym OCP - Orquestra de Câmara Portuguesa. Stali członkowie formacji: José Lencastre – saksofon sopranowy i tenorowy, Hernâni Faustino – kontrabas, Rodrigo Pinheiro – fortepian i João Lencastre – perkusja oraz w charakterze gościa, Pedro Carneiro – marimba. Cztery improwizacje trwają łącznie 49 minut z sekundami.

Opowieść zaczyna swój żywot kolektywnym strumieniem dość łagodnych dźwięków. Saksofon pachnie zdrowym, swobodnym jazzem i sukcesywnie stymuluje flow, dodając mu dynamiki. Każdy z muzyków znaczy tu teren jakością, zarówno warsztatową, jak i kreacyjną. Dodanie do stałego składu kwartetowego marimby bynajmniej nie łagodzi brzmienia formacji, raczej stwarza dodatkową przestrzeń dla swobodnych improwizacji. Tempo pierwszej części zdaje się płynąć wartką sinusoidą – muzycy równie skutecznie stymulują emocje, jak i je studzą. Sporo zadziornych płynie z tuby saksofonu, jakby główny bohater tej historii sugerował, iż typowa dla niego dźwiękowa wstrzemięźliwość tu akurat nie ma racji bytu. I to właśnie dialog dęciaka z kontrabasowym smyczkiem zwinnie puentuję tę część nagrania. Kolejna zaczyna się z poziomu ciszy. Muzycy bawią się w urocze silent games, ze szczególnym naciskiem na wymianę poglądów na linii piano-marimba, które posadowione są na przeciwległych flankach przestrzeni dźwiękowej. Wciąż w roli głównego demiurga improwizacji pozostaje saksofon. Samo wszakże tempo rozwija się niezwykle leniwie. Kilka bardziej wyrazistych fraz z tuby ciągnie kwintet na drobne wzniesienie, które syci się klimatem main-streamowego Coltrane’a.

Wprowadzenie do trzeciej improwizacji spoczywa na barkach smyczka i saksofonu. W tle snują się mgławice piana i marimby. Kolejna swobodna, po portugalsku dalece nieśpieszna podróż w nieznane. Oś narracji zdaje się skupiać na dialogach fortepianu i saksofonu, delikatnie komentowanych przez kontrabas. Tym razem dynamika płynie ze strony piana i perkusji. Na moment saksofon milknie, a improwizacja nabiera cool-jazzowego posmaku. Powrót dęciaka nie stymuluje emocji, ale po chwili przekształca opowieść w zgrabne trio, bogacone delikatnymi frazami marimby. Bardziej żwawe tempo rodzi się w momencie powrotu piana. Po małym szczycie historia kończy się dźwiękami smyczka. Ostatnia opowieść tej jakże stylowej płyty stawia na łagodne frazy, minimalistyczne zachowania i nieeskalowanie nadmiernych emocji. Chwilami znów haczy o cool-jazzowe nastroje, a jeśli szuka dynamiki, to najczęściej znajduje ją pod kołami maszyny perkusyjnej. Muzycy pozostają tu wierni minimalizmowi, budują opowieść głównie krótkimi frazami. Ów dramaturgicznie poukładany lazy open jazz definitywnie szuka jednak ciszy. Sam proces gaszenia improwizacji trwa dość długo, jakby podkreślając artystyczną nieśpieszność muzyków i ich dużą cierpliwość narracyjną.

 


João Sousa & José Lencastre  Free Speech (self-bandcamp, DL 2021)

Kolejne nagranie z marca 2021, tym razem powstałe w Estudantina de São Domingos de Rana. Duet w składzie: João Sousa – perkusja i flet oraz José Lencastre – saksofon tenorowy i altowy, proponuje nam osiem improwizacji, dość silnie ustrukturyzowanych, trwających łącznie dwa kwadranse i kilkanaście sekund.

Duet Portugalczyków zdaje się być całkiem ciekawy, choćby z uwagi na fakt, iż dwukrotnie (w pierwszym i piątym utworze) proponuje nam dwa saksofony i perkusję! Istnieje zatem podejrzenie, iż jeden z nich został przez Lencastre’a dograny na etapie post-produkcji. Z kolei w utworze siódmym słyszymy saksofon i flet, ale tym razem bystre credits podpowiada nam, iż na cieńszym dęciaku gra Sousa, który w tym dokładnie momencie skutecznie porzuca grę na swym bazowym instrumencie. Na płycie mamy sześć rozbudowanych, ale poniekąd skomponowanych improwizacji oraz dwa niespełna minutowe interludia, które wydają się być post-rockową repetycją rytmu i saksofonowej melodii.

Album rozpoczyna właśnie owe duetowe trio. Dwa saksofony ogrywają rytm budowany przez perkusję, niczym klasycy amerykańskiego m-base. Narracja do tańca i śpiewania daje się lubić, mimo swojej narracyjnej powtarzalności. Z kolei drugi utwór jest specyficznie skonstruowany. Perkusja i saksofon naprzemiennie grają solowe frazy, aż do momentu, gdy zaczną wspólnie budować leniwego post-bluesa. Estetyka meta bluesowa prześwieca także trzeciej improwizacji. Post-rockowy, repetytywny drumming i saksofon, który trzyma się formuły open jazzu znów pozwalają nam nieco potupać nogą i zanucić frazę. Najciekawiej zdaje się dziać w piątej części. Znów słyszymy dwa saksofony, które przez pewien czas improwizują bez perkusji. Wejście drummera bynajmniej nie eskaluje tu emocji. Muzyka sączy się z tego rondla dość leniwie, nie bez udanych przekomarzań z ciszą. O ile szósta część nie wnosi nic nowego do formuły duetu, wręcz delikatnie przynudza, o tyle część siódma, ów duet fletu i saksofonu, także zapisujemy po stronie plusów tej niedługiej płyty. Dwa dęciaki prowadza spokojną grę, trochę się do siebie mizdrzą, trochę podśpiewują. Nie gubią wszakże rytmu, a całość ich ekspozycji pachnie przez moment rytualnym folkiem. Gdyby tylko dodać odrobinę więcej ognia we frazach obu instrumentów. Ta ostatnia uwaga tyczyć się może Free Speach, jako całości.