wtorek, 25 sierpnia 2026

Crawford, Foster, Malmendier & Škrijelj did a Faux pas!


Jak doskonale wiemy, Emilie Škrijelj i Tom Malmendier, muzykujący razem jako Les Marquises, prowadzą także label eux sæm publikujący intrygującą muzykę improwizowaną, na ogół z ich osobistym udziałem. Śledzimy te albumy od zarania owej zacnej inicjatywy.

Zatem równie doskonale wiemy, iż Emilie i Tom, poza rejestracją nagrań w duecie, chętnie wchodzą w kolaborację z innymi artystami, dokładnie z całego świata.

Dziś spotykamy ich na Brooklynie, gdzie pichcą smakowite danie kwartetowe z gitarzystą Webbem Crawfordem (prawdopodobnie debiut na Trybunie) i dobrze rozpoznawalnym w naszych stronach saksofonistą Michaelem Fosterem. Z dużą radością zaglądamy do kompaktowej dokumentacji tego spotkania.

  


Początek albumu nie jest pozbawiony znamion gry wstępnej, typowej dla formacji kleconych ad hoc. Szmery, szelesty, drobne obcierki i skrzypienia osnute poświatą elektroakustyki, jaką dostarcza Emilie, tym razem pozbawiona akordeonu, a jedynie grająca z talerza. Zręby bardziej linearnej narracji inwokuje aktywny saksofon, wsparty na perkusyjnych szczoteczkach i basowych plamach gitary. Na etapie rozwinięcia sporo do ognia dolewa frakcja syntetyczna, który brzmi niemal perkusyjnie. Otwarcie drugiej improwizacji jest ciche, ale podskórnie nerwowe. Muzycy preparują, drżą, ich frazy gęstnieją, nabierają niemal post-industrialnej tekstury. Wszystko zdaje się zgrzytać zębami, aż do momentu, gdy sygnał do ataku daje saksofon. Najdłuższa opowieść na albumie w drugiej fazie staje się bardzo intensywna, przypomina post-nuklearny free jazz!

Trzecia odsłona, to ledwie kilkadziesiąt zgrzytliwych sekund skonsumowanych głównie przez gitarę i sample z gramofonu. W czwartą część artyści wchodzą niesieni coraz silniejszymi podmuchami rezonującego wiatru. Głęboko oddychają, szukają brzmieniowych pikanterii, wydają się być ukierunkowani na budowanie post-free jazzowego szczytu. Dynamika idzie tu nade wszystko od Toma i Emilie, ale akcje Webba i Michaela są świetnie z nimi skorelowane. Po osiągnieciu imponującego szczytu narracja wyjątkowo urokliwie opada w ramiona ciszy.

Start ostatniej improwizacji wydaje się emocjonalnie zrównoważony. Błyszczą perkusjonalia, coś ciekawego dzieje się na gitarowych przetwornikach, tuba szemra, a na talerzach szeleści. W głębi tej mikstury niechybnie czai się hałas, ale ma problemy z wydostaniem się na powierzchnię. Opowieść wydaje się rozedrgana, nerwowa, znów odrobinę post-industrialna, ale wraz z upływem minut zaczyna przygasać. Śmierć maszyn zwiastuje porywisty wiatr od morza. Saksofon melodyjnie rezonuje niosąc ostatnie frazy farewell song.

 

Crawford/ Foster/ Malmendier/ Škrijelj Faux pas (eux sæm, CD 2026). Webb Crawford – gitara, Michael Foster - saksofon, Tom Malmendier – perkusja oraz Emilie Škrijelj – turntable. Nagrane w Phantom Ear Studio, Brooklyn, Nowy Jork, maj 2025. Pięć improwizacji, 40 minut.



piątek, 21 sierpnia 2026

Cristiàn Alvear play Sin título #30 & Singularidad #1!


Szwajcarski label Insub Records odwiedzamy regularnie i coraz chętniej zanurzamy się w odmętach współczesnej muzyki komponowanej. Dziś dwie kompozycje na gitarę solo, wzbogaconą garścią tajemniczych dźwięków pochodzących chyba nie tylko z nagrań terenowych. I żeby było ciekawiej, przenosimy się na drugą półkulę, do domowego studia pewnego artysty z Chile.

Skupiamy wzrok, koncertujemy słuch i odpływamy w siną dal!

  


Pierwszy utwór trwa prawie dwa kwadranse i jest budowany z dużym szacunkiem dla każdego dźwięku. Na początku tworzą go dwa wątki minimalistycznych, gitarowych fraz, doposażone odpowiednią przestrzenią dla swobodnego wybrzmiewania. Ta specyficzna, filigranowa medytacja delikatnie narasta, stymulowana niemal niedostrzegalnym upływem czasem, który zdaje się być tu pojęciem względnym, nadającym otoczeniu zadziwiającą nieistotność.

Po pięciu minutach słyszymy nową frazę, ale ta gaśnie szybciej niż poprzednie. Dłużej za to wybrzmiewa niesiona matowym, nieco syntetycznie brzmiącym echem. Przypomina uderzenia w gong. Po kolejnych kilku minutach rzeczone echo zaczyna pulsować i nabierać zdecydowanie post-akustycznej poświaty. Przed upływem dwóch kwadransów główny wątek narracji przejmują subtelne gitarowe flażolety. Po niedługiej chwili dołączają do nich repetujące, delikatne pasmo basowe i niezidentyfikowany, elektroakustyczny szum z backgroundu, który z każdą pętlą zdaje się coraz głębiej pulsować. Recenzent zaczyna mieć wrażenie, że jego słowa są tej muzyce zupełnie niepotrzebne. Ona trwa, niczym wielominutowe medytacje AMM. Finał utworu wydaje się doposażony odrobiną zaskakującej dynamiki i aurą syntetyczności. Umiera nagle, bez słowa komentarza. 

Druga kompozycja trwa niespełna kwadrans, ale jej wydarzeniami możnaby obdzielić kilka innych, znacznie dłuższych. Szczególnie dobitnie pokazuje to pierwszych dziewięć minut. Początek lepi się z wysoko zawieszonych fraz gitary, repetytywnych plam czegoś definitywnie syntetycznego i pulsującego, basowego pasma. Potem w grze pojawiają się także ludzkie głosy. W tak zwanym międzyczasie sam wątek gitarowy zaczyna intrygująco uciekać w dubową poświatę. Nagranie zdaje się mieć ciekawą, na poły rytmiczną teksturę. Jakbyśmy z oddalonego pomieszczenia słyszeli dźwięki przypominające klasykę berlińskiego post-techno spod znaku Basic Channel. Całość staje się mroczna, ale nie przestaje pulsować. Po upływie rzeczonej dziewiątej minuty powraca gitarowy flow, który pamiętamy z pierwszego utworu. Uformowana jakby na nowo opowieść toczy się leniwą struga, a potem zaczyna układać do snu, choć jej wnętrze nie przestaje pulsować i skwierczeć. W końcu przestrzeń nagrania opanowuje struga ambientu, która gaśnie nagle, jak ktoś wyłączył światło.

 

Cristiàn Alvear Sin título #30 - Singularidad #1 (Carrasco - Astaburuaga) (Insub Records, CD 2026). Cristiàn Alvear – gitara elektryczna, sin tones & field recordings, Nicolás Carrasco i Santiago Astaburuaga – kompozycje. Nagrane we własnym studiu domowym, Santiago, Chile. Dwa utwory, 42 minuty.



wtorek, 18 sierpnia 2026

Butcher, Edwards & Sanders as Last Dream of the Morning play Sharp Illusion!


John Butcher, John Edwards i Mark Sanders, brytyjskie legendy sceny free jazz/ free impro, niemal dokładnie dwa lata temu zagrali koncert na jazzowym festiwalu w Lublinie. Takie wydarzenie nie mogło ujść uwadze bystrego krajowego wydawcy, który bez zbędnej zwłoki dostarczył nam fonograficzną dokumentację tego wyjątkowego wydarzenia.

Anglicy, którzy na potrzeby tego tria zwykli używać nazwy Last Dream of the Morning, na scenie lubelskiego Centrum Kultury zagrali godzinny set podzielony na cztery opowieści, z których trzecia trwa prawie dwa kwadranse.

  


Koncert rozpoczęli od small talks, jakby improwizowali ze sobą po raz pierwszy w życiu. Tuba tenoru metalicznie drży, smyczek głaska struny, perkusyjne pałeczki łaskoczą glazurę werbla i tomów. Spirala narracji nakręcana jest z należytą pieczołowitością, z kunsztem wykwalikowanego lutnika, z dbałością o detale brzmieniowe i dramaturgiczne niuanse. Anglicy pierwszy, niezbyt stromy szczyt pokonują w okolicach dziesiątej minuty. Puentę utworu szyją zaś z drobnych, rwanych fraz posyłanych wprost w pierwsze tego wieczoru oklaski publiczności.

Druga opowieść wydaje się bardziej kameralna, częściej osadzona na kontrabasowym smyczku, szyta sopranową frasobliwością. Niekiedy jest dość mroczna, kiedy indziej zaskakująco post-barokowa. Po drobnym szczycie osiada na nieskończonej jak zawsze kreatywności Edwardsa i jego tradycyjnej pieśni arco & pizzicato in one step. Nim utwór dokona swojego żywota napotykamy jeszcze na krótkie, drum’n’bassowe duo i całkiem nerwowe zakończenie.

Trzecia opowieść, jak się rzekło, jest tu tą najdłuższą. Jej pierwsze dziesięć minut, to swobodne dywagacje na temat istoty dźwięku, potencjału subtelnych interakcji. Minimalizm, dęte drony, perkusjonalne detale, gra na jednej strunie. Czyste frazy i brudne preparacje. Gdy opowieść nabiera w końcu pewnej linearności, tempo jest umiarkowane, a wzniesienia drobne i pokonywane zazwyczaj z kocią zręcznością. Butcher najpierw pracuje tu na tenorze, potem sięga po sopran i mając oparcie w rytmicznie usposobionym smyczku wynosi improwizację - nie bez oddechu cyrkulacyjnego – na zdecydowanie większe wzniesienia. Finał utworu jest jednak zaskakująco kameralny.

Koncertowe encore trwa niespełna cztery minuty. Ma pożegnalną nutę, lepi się z drobnych fraz i kilku niespodziewanych podskoków, a napotyka na oklaski publiczności jeszcze przed wybrzmieniem ostatniego dźwięku. Chyba się zatem podobało.

 

Last Dream of the Morning feat. John Butcher, John Edwards, Mark Sanders Sharp Illusion (FSR, CD 2025). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, John Edwards – kontrabas oraz Mark Sanders – perkusja. Nagrane na żywo w Centrum Kultury, Lublin, lipiec 2024. Cztery improwizacji, 58 minut.

 

*) niniejsza recenzja powstała dla portalu jazzarium.com i tamże została pierwotnie opublikowana



 

piątek, 14 sierpnia 2026

Florian Stoffner and bijou!


Z nagraniami szwajcarskiego gitarzysty Floriana Stoffnera jesteśmy na bieżąco od przynajmniej dekady. Uwielbiamy jego duety, tria, tudzież większe formacje, ale w sytuacji solowej odnajdujemy go bodaj po raz pierwszy.

Ktoś kiedyś zgrabnie określił improwizacje Floriana mianem sekcji zwłok gitary. To upiorne porównanie przylgnęło do artysty, on sam czuje się nim bardzo dobrze, a jego najnowsza produkcja zdaje się potwierdzać przewrotną trafność tamtego określenia.

Album zatytułowany Klejnot zawiera sześć improwizacji, które trwają od niespełna trzech do ponad dziewięciu minut.

  


Gitarzysta rozpoczyna solową przygodę od rozgrzewki - sprawdza siłę strunowych naciągów, analizuje stopień wypolerowania glazury pudla rezonansowego, testuje brzmienie każdej struny. Pierwsze akcje inicjuje bardzo minimalistycznie, serwuje strzępy dźwięków, filigranowe flażolety, które pokazują matową głębię - zdaje się, że nie są już akustyczne, ale jeszcze nabrały znamion elektrycznych. Muzyk snuje fałszywe melodie z definitywnie prawdziwą precyzją. W końcu idzie w pijany taniec nie zważając na konsekwencje.

W drugiej odsłonie gitara ma już w sobie pierwsze pokłady prądu, ulega delikatnym sprzężeniom, rezonuje pierwszym, bardzo płaskim echem. Nabiera masy, zaczyna pokrzykiwać i charczeć. Niedługo potem zgrzyta, chrobocze, szuka dynamiki, pokrętnych, mikroskopijnych melodii. Palce ślizgają się po strunach, a te ocierają się o siebie pozostając w pokracznym rytmie. Puentą trzeciej improwizacji są drobne, elektryczne usterki.

Czwarta historia trwa tu najdłużej, budowana skrupulatnie, z dużą cierpliwością. Najpierw przypomina martwego bluesa granego po ciężkiej, ostro zakrapianej nocy. Najdrobniejszy wszakże dźwięk nasycony jest odpowiednią dawką prądu. Każda struna ma swoje brzmienie, każda może opowiadać własne historie. Każda też na swój sposób cierpi. Matowy blask piątej historii, splecionej z drobniutkich flażoletów dociera do nas jakby zza teatralnej kotary. To frazy pozbawione tlenu, to uwiezione struny, które chcą podejrzeć pierwsze promienie słońca.

Finałowa opowieść leje się przez ręce. Jest powolna, lepiona z filigranowych fraz, które łapią mikro sprzężenia, a potem odpływają w siną dal. Opowieść zaczyna pulsować, nabierać dubowej głębi. Nie jest pożegnalną kołysanką, choć bardzo chciałaby nią być.

 

Florian Stoffner bijou (Relative Pitch Records, CD 2026). Florian Stoffner – gitara. Nagrane w Bee Street Studio, czas nieznany. Sześć improwizacji, 32 minuty.




wtorek, 11 sierpnia 2026

Gilles Sivilotto played by zeitkratzer, Isabelle Duthoit and himself!


Sytuacja dramaturgiczna jest następująca – mamy francuskiego kompozytora, dwie wersje utworu Handmade, tworzonego/ wykonywanego za pomocą ruchu rąk okablowanych sprzętem elektronicznym oraz francuską wokalistkę i niemiecki nonet, którzy podejmują się realizacji dzieła w wersji akustycznej.

Jak to często bywa w przypadku muzyki współczesnej, dla złaknionych wiedzy werbalnej przygotowano szczegółowy opis procesu, szczęśliwe napisany … ręką kompozytora i zamieszczony na bandcampowej stronie albumu. My, jak zawsze, skupiamy się na samych dźwiękach.

 


Najpierw słuchamy kompozycji Handmade 3 w wersji elektronicznej. Początek przypomina szum wiatru, który hula na zewnątrz, a do nas dociera przez ledwie co uchylone okno. W potoku narracji zaczynają z czasem pojawiać się drobne zgrzyty, jakby elektroniczne muśnięcia, a wszystko wokół syczy, skwierczy i pęcznieje. Droga od masywnego spiętrzenia do filigranowego wyciszenia odbywa się tu niemal w kilka chwil, których upływ wydaje się niezauważalny. W drugiej fazie utworu narracja staje się z wolna strumieniem subtelnych, elektronicznych usterek. Niekiedy przypomina owady stąpające po rozgrzanej patelni, innym razem mamy wrażenie, że ktoś rozdziera papier, a może to dźwięk dogasającego pogorzeliska. W drugim utworze tę samą materię kompozytorką bierze na warsztat, a może wkłada do gardła, the one and only Isabelle Duthoit. Na początku … nie słyszymy specjalnej różnicy w stosunku do wersji elektronicznej. Z czasem nasze uszy wypełnia kosmos wokalnych możliwości Francuzki. Artystka mruczy z samego dna przełyku, ciężko oddycha lub świszczy jak gruźlik, skrzeczy, charczy, wydaje kocie piski – od mikro zgrzytów po wybuchy prawdziwe zwierzęcej ekspresji. Pod koniec utworu nawet melodyjnie pośpiewuje, to chyba przejaw autoironii, potem jeszcze gwiżdże i szeleści, aż w końcu umiera na suchoty. Doprawdy chciałoby się obu wersji Handmade 3 posłuchać jednocześnie.

Tymczasem na dysku ujawnia się kompozycja Handmade 2, najpierw w wersji akustycznej. Niepowtarzalny zeitkratzer, to tym razem cztery instrumenty strunowe, trzy dęte, fortepian i perkusjonalia. Otwarcie lepi się z drobnych, suchych, ledwie słyszalnych dźwięków szarpanych strun, szeleszczących dętych i percussion. Owa plejada dobrze zintegrowanych short-cuts dość sprawnie przepoczwarza się w rozedrgany dron, ale zaskakująco filigranowy – przypomina dziecięcy kalejdoskop w wersji monochromatycznej. Po niezbyt intensywnym spiętrzeniu narracja powraca do gry na małe pola. Teraz wydaje się leniwą flautą mikrobiotycznych prychów i skrzypień. Pojawiają się melodie inicjowane na wydechu, gaszone na wdechu. Całość nabiera jednak masy, zaczyna groźnie hałasować. Na finałowej prostej przypomina wielki, rozklekotany pociąg towarowy, który kończy bieg wyjątkowo precyzyjnym falling down.

Na koniec albumu dostajemy elektroniczną wersję utworu przed momentem performowanego przez niemiecki nonet. Wracają podmuchy wiatru, jakie znamy z początku płyty. Ale tu dość szybko stają się burzą z piorunami. Zmyślnie uformowany masyw górski rozpada się nagle na drobne, zanikające odpryski skalne. Flow budowany jest teraz jakby do nowa, ale przy użyciu kompulsywnego power electronics. Najpierw tylko incydentami noise, potem już pełnym spektrum dźwiękowym. W końcu słyszymy chyba ten sam pociąg towarowy, ale tym razem napędzany silnikami najnowszej generacji. A może to wielki rój owadów, który opada nad miastem. Ostatnie frazy tego niebywałego albumu, to mroczny, dość intensywny ambient, który umiera nagle po zwinnym cięciu skalpelem.

 

Gilles Sivilotto/ zeitkratzer / Isabelle Duthoit Handmade (Zeitkratzer Records, CD 2025). Gilles Sivilotto – kompozycje, handmade electronics (utwory 1 i 4), Isabelle Duthoit – głos (2), zeitkratzer (3): Frank Gratkowski – klarnety, Hild Sofie Tafjord – rożek francuski, Hilary Jefferey – puzon, Reinhold Friedl – fortepian, Maurice de Martin – instrumenty perkusyjne, Lisa Marie Landgraf i Burkhard Schlothauer – skrzypce, Nora Krahl - violincello oraz Ulrich Phillipp – kontrabas. Czas i miejsce nagrania różne. Cztery utwory, 50 minut.