wtorek, 30 czerwca 2026

Webster, Pándi & Cargill in Chewed Up And Spat Out!


Wnikliwi poszukiwacze medialnych plotek wiedzą być może, iż brytyjski saksofonista Colin Webster będzie główną postacią, zbliżającej się milowymi krokami, dziesiątej edycji pewnego spontanicznego festiwalu w zachodniej części naszego pięknego kraju.

Z kolei jego dobry kolega z Londynu Matt Cargill, najczęściej obsługujący wybuchową elektronikę, będzie wraz ze swoją flagową orkiestrą Sly & The Family Drone gościem letniego cyklu koncertowego w tymże samym dużym mieście, na jednym z głównych jego placów.

Nie tylko z uwagi na te wydarzenia sięgamy dziś po kasetę, na której wspomniani artyści, podparci żelazną ręką węgierskiego perkusisty Balázsa Pándiego, dziergają dla nas wielobarwne płótno soczystego hałasu opartego ma brzmieniu saksofonu barytowego, ciężkiej syntetyki i masywnego drummingu. Będzie głośno, ale to chyba oczywiste.

  


Pierwsze dwa utwory trwają mniej więcej po pięć minut i stanowią rodzaj wprowadzania do gry. Saksofon i elektronika zgrzytają zębami, perkusja szuka rytmu, toczy pętle, ale donikąd się nie spieszy. Całość nasączona jest szorstką, tajemniczą melodyką. Muzycy spoglądają w kierunku ściany dźwięku, ale nie decydują się na kolejny krok. W drugim z utworów solą akcji wydaje się masywny, syntetyczny dron basu, wokół którego panoszy się spazmatyczny baryton i perkusja, która w zasadzie stąpa w miejscu, akcentując kolejne meta septymy uderzeniami po talentach.

Otwarcie trzeciej części, która trwa nieco dłużej niż poprzednie, jest hałaśliwe, kompulsywne, ale przypomina dreptanie w mulistym bagnie. Elektronika brzmi niczym sprzęgająca się gitara, spleciona z barytonowymi podmuchami gorącego powietrza. Z czasem flow robi się istotnie gęsty i tłusty, niczym sfermentowana grochówka. Drobnym wytchnieniem zdaje się być czwarta opowieść. Medytujące drony post-noise pozwalają na chwile oddechu po obu stronach nieistniejącej sceny. Baryton prycha obleczony plastrem przesterowanej syntetyki, perkusja toczy się wartkim strumieniem, ale intrygująco filigranowym. Całość po pewnym czasie zastyga w lawie dogorywającego space-rocka.

Ostatnia część trwa dwanaście minut i pięknie reasumuje potencjał tego nagrania. Początkowo przypomina demoniczną post-balladę, która po perkusyjnym intro i kilku głębokich, dętych wydechach czeka na aktywację elektroniki. Gdy ów fakt w końcu ma miejsce, saksofon wrzuca szósty bieg, perkusja zarysowuje szlak rytmu, a opowieść nabiera definitywnie noise’owej soczystości. W drugiej fazie nieznacznie tłumi się, przechodząc w stan nerwowego rozdygotania. Brzmi post-industrialne, ale w dawno nieczynnej fabryce. Jeszcze tylko kilka akcji w podgrupach i nerwowych spazmów dęciaka, by całość osiągnęła stan śmiertelnego końca.

 

Colin Webster/ Balázs Pándi/ Matt Cargill Chewed Up And Spat Out (Raw Tonk Records, Kaseta 2026). Colin Webster – saksofon tenorowy, barytonowy, Balázs Pándi – perkusja oraz Matt Cargill – elektronika. Nagrane w Hackney Road Studios, Londyn, czerwiec 2019. Pięć utworów, 38 minut.



piątek, 26 czerwca 2026

Okuda, Müller & Hall hidden in ³√!


Międzynarodowe trio Okuda Müller Hall – Rieko Okuda (Japonia), Matthias Müller (Niemcy) i Samuel Hall (Australia) – gra swobodnie improwizowaną muzykę, która dzięki wspólnemu, silnemu poczuciu formy, często brzmi tak, jakby została skomponowana.

Rzadko zaczynamy werbalne ekspresje na tych łamach od cytatu z albumowego credits, ale to, co powyżej, tak trafnie wpisuje się w idee tego trzyosobowego spotkania, że postanowiliśmy pójść na łatwiznę i zacząć recenzję cudzymi słowami. Ale dalej już tylko trybunowe, post-ekspresyjne wynurzenia, którym przyświeca myśl przewodnia – Pierwiastek Trzeciego Stopnia, to jeden z lepszych albumów, jaki dostarczył gatunek w roku opatrzonym liczbą 2026.

 


W trakcie pięciu dobrze skrojonych opowieści muzycy zdają się przebywać swobodną drogę od medytacji do konwulsji free jazzu, wszystko czyniąc z gracją i nakreśloną na wstępie dbałością o formę. Otwarcie, to naturalny splot szumu z dętej tuby, szelestu drobnych przedmiotów na werblu i szorowanych tajemniczymi obiektami strun fortepianu. Puzon zawiesza oddech w nieskończoność, piano i perkusja kreują martwy taniec, który zdaje się mieć rytm, ale o dość metafizycznym charakterze. Z czasem opowieść narasta, rozlewa się szerokim korytem fraz wprost z klawiatury, niesiona naturalną skłonnością puzonu i perkusji do kreowania bardziej linearnej struktury improwizacji.

Opowieści parzyste są tu nad wyraz krótkie, ale dramaturgicznie dosadne. Ta druga bazuje na matowym drummingu, wentylowych preparacjach i tanecznym, granym z klawiatury rozkołysaniem. Z kolei czwarta nasycona jest aurą stonowanego post-jazzu. Akcje z klawiatury, szmery i szelesty dęto-perkusjonalne, ale w konkluzji rytm, śpiew i taniec.

Utwory trzeci i piąty trwają po kilkanaście minut i są poematami dramatycznymi o niepodważalnym uroku osobistym. Ten trzeci w fazie prenatalnej jest zlepkiem onirycznych, rwanych dźwięków, syconych śpiewem puzonu, dygotem strun i drżeniem perkusjonalii. Całość wydaje się z jednej strony tajemniczo ludyczna, z drugiej zaskakująco relaksacyjna. Na etapie rozwinięcia piano atakuje frazami inside, puzon staje się wielkim loopem, a perkusja stawia stemple i wskazuje kierunek dalszej drogi. W ramach dodatkowych atrakcji mamy post-romantyczny pasus z klawiatury zwieńczony piękną, minimalistyczną repetycją. Po tak udanie skonstruowanym interludium artystom nie pozostaje już nic innego, jak oddać się czystej ekspresji free jazzu.

W ostatniej improwizacji mamy pozornie podobny zabieg dramaturgiczny. Wystudzone otwarcie, pełne preparowanych fraz, faza arktycznych podmuchów i wichrów, post-rytmiczny dygot i krótka, gęsta od dźwięków kulminacja. Potem muzycy zanurzają się w otchłani ciszy, szepczą, wznoszą ciche modlitwy, ale nie wracają już na wojowniczą ścieżkę ekspresji. Cedzą minimalistyczne dźwięki, medytują, głęboko oddychają aż po kres tej niezwykłej podróży.

 

Okuda/ Müller/Hall ³√ (Unit Records/Zeta Edition, CD 2026). Rieko Okuda – fortepian, Matthias Müller – puzon oraz Samuel Hall – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Morphine Raum, Berlin, marzec 2024. Pięć części, 40 minut.



 

wtorek, 23 czerwca 2026

Susana Santos Silva & Vasco Trilla in Mu and Shin!


Susana Santos Silva i Vasco Trilla spotkali się pewnego jesiennego wieczoru w Barcelonie i postanowili pomuzykować. Ona przyniosła trąbkę i być może garść dodatkowych przedmiotów (tu nie mamy pewności), on swój bazowy small drum kit i zapewne słynną, magiczną walizkę z urządzeniami do wydawania dziwnych dźwięków.

Okoliczności studyjne miejsca zwanego La Isla dawały im pełne spektrum brzmieniowych możliwości. Oni wszakże wybrali aurę tajemniczości, szorstkiego, matowego sounds i fundamentalną wolę zaprzeczenia temu, co w warstwie fonicznej może przynieść zetknięcie prostego instrumentu dętego blaszanego oraz armii przedmiotów i obiektów post-perkusjonalnych.

 


 

Susana i Vasco formują swój dramat w dwóch prawie dwudziestominutowych aktach. Oba mają formę dronowych strumieniu multifonii, w strukturze których nie zawsze jesteśmy w stanie odseparować frazy trąbki od tego, co pichci perkusjonalista. Początek pierwszego aktu lepi się z szumów i szmerów, które powstawać mogą zarówno na werblu, jak pod naciskiem wentyli. Struga fonii jest tu jednym, żyworodnym stworem, który kąsa każdą frazą. Całość jest mroczna, ale niekiedy dość oniryczna, budowana z majestatem celebracji każdego oddechu. Z czasem akcje trąbki stają się odrobinę bardziej linearne i płyną nad powłoką multi-percussion. W połowie utworu muzycy sugerują nowe wątki. Jest szczypta dętej melodii, słyszymy też coś, co brzmi jak cytra. Finałowa faza pierwszej improwizacja grana jest na wielkim wydechu, zawiera też drobne, solowe interludium Susany, skomentowane głęboko matowym, dochodzącym wprost z piwnicy small drummingiem. Na ostatniej prostej wieją wielkie wiatry, zarówno z trąbki, jak i zapewne gumowej rurki przytkniętej do glazury werbla.

Aura otwarcia drugiej improwizacji wydaje się cokolwiek nerwowa. Trąbka prycha, werbel drży pod naciskiem łokcia, szumi wiatr, a okolica zdaje się być nieprzychylna romantycznym spacerom po zmroku. Wszystko trzeszczy, bulgocze, terkocze i stuka. Wokół wiją się strumienie śpiewnego rezonansu. W tym zaskakującym, niemal industrialnym tyglu zdarzeń słyszymy nagle dźwięk fletu. Ale to pewnie złudzenie foniczne. W środkowej fazie improwizacja zdaje się kołysać od progu ciszy do przednówka hałasu. Muzycy głęboko oddychają, dobywają dźwięki niczym z głębin afrykańskiego buszu. Tymczasem Vasco realizuje krótki rytuał wyniesienia, a Susana po chwili odpoczynku inauguruje strugę trębackich preparacji. Opowieść nabiera teraz bardziej zwartej formy –  akcji trąbki towarzyszy ekspozycja drummingowa. Emocje rosną, do gry wchodzą robaczki tańczące na werblu, a tembr trąbki unosi się coraz wyżej. Po efektownej, niemal hydraulicznej kulminacji improwizacja przygasa zdobiona piękną, pożegnalną melodią blaszaka i tajemniczym, onirycznym tłem przypominającym brzmienie instrumentu klawiszowego nasyconego odrobiną prądu.

 

Susana Santos Silva & Vasco Trilla Mushin (Defkaz Records, LP 2026). Susana Santos Silva - trąbka oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Nagrane w La Isla, Barcelona, wrzesień 2024. Dwie improwizacje, 39 minut.



 

piątek, 19 czerwca 2026

Laurent Güdel sustained in State Music!


Szwajcarski Insub Records dostarcza nam nieustannie intrygujących, muzycznych i około muzycznych doznań. Z pespektywy łamów zaprawionych w eksploracji muzyki improwizowanej często wychodzić musimy z tzw. strefy komfortu i nurzać się w odmętach dźwięków uporządkowanych kompozycji, skrojonych niekiedy konstytucyjnym minimalizmem lub nietypowym zestawem instrumentalnym. Ale jesteśmy twardzi, nieustępliwi i coraz chętniej sięgamy pod dokonania artystów związanych z labelem, silnie ukorzenione w komponowanej muzyce współczesnej.

Dziś zapraszamy na rodzaj wycieczki po starych studiach nagraniowych, tych eksperymentalnych, nastawionych na muzykę elektroakustyczną. Nie będziemy w słynnym polskim Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia, ale odwiedzimy podobne miejsca w Szwecji, Holandii, Grecji i Stanach Zjednoczonych. Przed nami sześć rozbudowanych kompozycji, pomieszczonych na trzech winylowych krążkach, wykonanych na instrumentach lub urządzeniach elektronicznych (rzecz można … instrumentach z epoki). Autorem albumu jest Laurent Güdel, który z jednej strony zdaje się wcielać w role kustosza, który oprowadza nas po muzeum, z drugiej strony sprawia wrażenie dziecka, które cieszy się, bo raz za razem napotyka na coraz ciekawsze zabawki. Elektroniczne i elektroakustyczne brzmienia towarzyszą nam przez prawie 90 minut, nie nużą choćby przez moment, są dobrze udramatyzowane, a ilość ciekawych dźwięków rośnie tu w tempie geometrycznym, powodując, iż obcowanie ze State Music wydaje się definitywnie czasem udanie spożytkowanym.

  


Na dobry początek instrument (urządzenie?) zwane Buchla w wersji 100 i 200. Toniemy w filigranowych, mrocznych frazach, gęsto usianych w strudze analogowej elektroniki. Od onirycznych pulsacji, przez szmery i syntezatorowe plamy, po wyjątkowo matowo brzmiące medytacje z odrobiną głęboko skrywanej melodii. W kolejnym utworze w użyciu jest serge modular system, generujący elektroakustyczne, drobne fonie płożące się po gęstej, mrocznej fakturze wypełniającego tło ambientu. Rodzaj pajęczyny dźwięków, niekiedy niepokojącej, innym razem migotliwej i na swój sposób kojącej.

W kolejnej opowieści muzyk określa swoje narzędzie pracy jako analog test & measurement equipment. Znów wątkiem głównym jest mroczny ambient i delikatne, filigranowe zdobienia, pulsujące i dodatkowo chwytające niepostrzeżenie drobiny rytmu. Ten fragment albumu ma też nerwową, bardziej emocjonalną fazę, spuentowaną plejadą urokliwych, elektroakustycznych usterek. W dwóch kolejnych kompozycjach w roli wiodącej występuje syntezator EMS Synthi 100, najpierw posadowiony na ziemi greckiej, potem wschodnio-amerykańskiej. Pierwszy z tych występów brzmi z jednej strony bardzo akustycznie, z drugiej minimalistycznie, ale bardziej syntetycznie, pozostając w intrygującym, zawieszonym w czasie klimacie wczesnych nagrań Eliane Radigue. To rodzaj medytującej repetycji. Drugi występ syntezatora EMS jest dla odmiany zgrzytliwy, napastliwy, wszystko w nim bulgocze i nasycone jest niespotykaną na tym albumie ekspresją. Wystudzony, ambientowy finał zdaje się komentować zbytek tych emocji. Ostatnia kompozycja skonstruowana jest przy użyciu urządzenia, które z jednej strony jest rezonatorem, z drugiej anteną, która ściąga dźwięki otoczenia. I rzeczywiście wydaje się, że spędzamy czas na nowojorskiej ulicy i zasłuchujemy się w jej brzmieniach. Ale to nie hałas, to raczej kontemplacja życia zastygłej cywilizacji.

 

Laurent Güdel State music (Insub.Records, 3LP 2026). Laurent Güdel – różne instrumenty i urządzenia elektryczne. Nagrane w latach 2019-2023 w Sztokholmie, Den Bosch, Atenach i Nowym Jorku. Sześć utworów, 87 minut.




wtorek, 16 czerwca 2026

Mayas & Denley on 19 January 2025!


Artystyczne losy niemieckiej pianistki Magdy Mayas oraz australijskiego saksofonisty i flecisty Jima Denleya śledzimy na tych łamach od zarania dziejów. I to zarówno w działaniach wspólnym, jak i tych osobnych. Jako duet Magda i Jim pracują razem od kilkunastu lat, znamy doskonale ich obie płyty wydane w nowojorskim Relative Pitch. Choć miejsca ich stałych rezydencji dzielą tysiące kilometrów, gdy tylko spotykają się, natychmiast wspólnie muzykują.

Przed nami ich spotkanie ze stycznia ubiegłego roku, które dostarcza - jedynie w wersji digitalnej – wydawnictwo Red Raw z Australii. Koncert trwa niewiele ponad dwa kwadranse, warto zatem skupić się nad każdym dźwiękiem.

  


Początek koncertu tworzą skromne, ledwie uformowane frazy matowo brzmiącego klawinetu i podmuchy z tuby dęciaka, doposażone klekotem dysz. Dźwięki lepią się do siebie jak małe stwory w tańcu godowym. Całość zdaje się mieć delikatny posmak ethno, jakby muzycy odbywali spacer po złowrogim lesie, za każdym drzewem którego czai się niespodzianka.

Ich opowieść od czasu do czasu nabiera pewnej intensywności, bywa wszakże równie często minimalistyczna, post-melodyjna, a nawet medytacyjna. Sporo dźwięków wydaje się bardzo tajemniczych, jakbyśmy nie do końca znali pełne instrumentarium Magdy i Jima. Trochę brakuje nam przekazu wizyjnego z ich koncertu. Niekiedy artyści toczą się niemal tanecznym krokiem, szukają melodii i marzą o dalekich podróżach. Magda w przestrzeni inside piano budzi niepokój, jest w stanie odnaleźć każdy dźwięk, z kolei na klawiaturze snuje martwe melodie, które ewokują egzystencjalne refleksje. Jim zdaje się pracować niekiedy na kilku instrumentach jednocześnie, a frazy saksofonu i fletu zlewają się w jedną tajemniczą strugę fonii.

W połowie koncertu Magda podaje melodię z klawiatury, a Jim tańczy wokół niej, niczym groźny wąż boa i śle pociągłe, nisko osadzone drony. Gdy Magda preparuje struny, Jim staje na palcach i kompulsywnie podryguje. Po dwudziestej minucie następuję antrakt fonii osadzonych wyjątkowo blisko ciszy. Najpiękniejszy moment koncertu skutkuje niespodziewanie dużą dawką emocji – klawinet zaczyna tańczyć, a flet kłębić się w konwulsjach. Chwilę potem Magda przechodzi w stan lewitacji, z kolei Jim pomrukuje niczym groźny zwierz.

Zakończenie koncertu tkane jest z drobiazgów, okazjonalnie dość melodyjnych, bardzo filigranowych. Jakby muzycy odnajdywali ulubioną melodię z dzieciństwa.

 

Magda Mayas & Jim Denley 19 January 2025 (Red Raw, DL 2026). Magda Mayas – fortepian preparowany, klawinet oraz Jim Denley – flet, saksofon. Nagrane na żywo w Australii (?), styczeń 2025. Jedna improwizacja, 32 minut.