Ubiegłotygodniowa prezentacja najnowszego albumu Reinholda Friedla wywołała w gronie redakcyjnym coś na kształt recenzenckich wyrzutów sumienia. Oto bowiem jedna z najważniejszych postaci europejskiej muzyki kreatywnej ostatniego ćwierćwiecza bywa na tych łamach traktowana nie tyle po macoszemu, co sukcesywnie pomijana.
Trybuna Muzyki Spontanicznej, jak powszechnie wiadomo,
to głos improwizującego ludu miast i wsi, stąd zainteresowanie, tudzież czas poświęcany
sztuce, dla której improwizacja jest jedynie jedną z wielu metod pracy nie
zawsze są należyte. Wiele wskazuje na to, że w najbliższej przyszłości sytuacja
ta nie ulegnie zmianie, ale … z ogromną przyjemnością zapraszamy dziś na krótki
przegląd dokonań formacji Zeitkratzer (często pisanej z małej litery). Reinhold
Friedl jest jej szefem, naczelnym kompozytorem, czasami dyrygentem, także pianistą,
muzykiem improwizującym, artystą szukającym w pudle rezonansowym wielkiego instrumentu
strunowego drugiego, jakże piekielnego dna.
Zeitkratzer tworzy na ogół stała grupa artystów, z których większość
świetnie znamy ze sceny muzyki improwizowanej i szeroko pojętego wykonawstwa
muzyki współczesnej, z saksofonistą i klarnecistą Frankiem Gratkowskim oraz perkusjonalistą
Maurice’em de Martinem na czele. W zestawie podstawowych narzędzi pracy muzyków
odnajdujemy zazwyczaj dwa-trzy instrumenty dęte, trzy-cztery strunowe, perkusjonalia
i preparowany fortepian lidera.
W repertuarze zespołu jesteśmy w stanie odnaleźć każdy
gatunek – rock, jazz, noise, muzykę ludową, elektronikę, także tę taneczną (np.
Kraftwerk), piosenki avant-popowe, a nawet serbskie pieśni bojowe. Oczywiście
nie brakuje palety wybitnych kompozytorów muzyki współczesnej, częściej wszakże
tych, których moglibyśmy zaliczyć do grona pionierów minimalizmu. Stale jest tu
obecny Iannis Xenakis, który zdaje się być z perspektywy lat artystycznym guru
dla Friedla i Zeitkratzer. Albumy formacji często wypełniają kompozycje samego Friedla,
a także incydentalnie Franka Gratkowskiego. Poniżej listujemy nagrania, które z
perspektywy piszącego te słowa wydają się definitywnie najciekawsze, a które
winny także przypaść do gustu miłośnikom muzyki improwizowanej, zatem stałemu
elektoratowi Trybuny.
Zacznijmy wszakże od tego, co najświeższe na półce z napisem
Zeitkratzer. Ich najnowsze dokonanie, to cykl pięciu … winylowych
pięciocalówek zatytułowanych Abkratzen, które dostarcza jeden z
najważniejszych dla dorobku Friedla i zespołu wydawców, czyli krajowy Bocian
Records. Każda z płyt zawiera po dwa dwuminutowe utwory, które są fragmentami ścieżki
dźwiękowej do bliżej nam nieznanego, chyba fabularnego filmu Horses Are The
Survivors of the Heroes. Dwie pierwsze płyty są dostępne na
bandcampie wydawcy, trzecia jest już wyprodukowana, a dwie kolejne czekają na ów fakt edytorski. Natomiast ostatni pełnowymiarowy album grupy wypełnia kompozycja Gillesa
Sivilotto Handmade, zaprezentowana zarówno w wersji elektronicznej
(dwukrotnie), jak i akustycznej, a także w interpretacji wokalnej Isabelle
Duthoit.
Na dobry początek naszego krótkiego overview wrzućmy
do odtwarzacza (w tym wypadku kompaktowego) album zatytułowany Kore.
Tradycyjnie dla Friedla i formacji materiał kompozytorski stanowi jedynie drogowskaz,
rodzaj prawdopodobnego scenariusza zdarzeń, do jakich może dojść w trakcie
procesu twórczego, a nie twarda, niepodlegająca dyskusji notyfikacja
kompozytora. Tantiemy autorskie zbiera tu pianista, a kompozycja stanowi rozwinięcie
pomysłu, jaki przeświecał autorowi dekadę wcześniej i zarejestrowany został na
albumie Xenakis [a]live! Materiał inspirowany eksperymentalnymi nagraniami
z taśmami greckiego kompozytora (szczególnie Persepolis), tu zaprezentowany
w czterech kilkunastominutowych odsłonach, stanowić ma swoisty hommage Friedla
dla Xenakisa. Aparat wykonawczy jest dziewięcioosobowy, a każdy z akustycznych instrumentów
poddany zostaje procesowi amplifikacji. Efektem jest gęsto ustrukturyzowany dron
wzmocnionej akustyki, który przypomina wielkie zgrzytanie zębami, chętnie
sadowi się w pobliżu estetyki noise i post-industrial, a zarejestrowany został w
okolicznościach koncertowych. Wspaniałe nagranie!
Równie intensywny i bliski estetycznie Kore jest album
zatytułowany Duft. Muzycy biorą tu warsztat Handmade Gillesa
Sivilotto (jak się okazuje, nie po raz ostatni) oraz kompozycję Franka Gratkowskiego
Estuaria. Szczególnie intryguje pierwszy utwór, który jest pochodem preparowanych
dźwięków strunowych i dętych, a sprawia wrażenie swobodnej improwizacji dziewięcioosobowego
ansamblu, systematycznie wiercącego wielką dziurę w naszych receptorach słuchu.
Utwór podpisany przez Gratkowskiego jest spokojniejszy, stanowi strugę płynnej,
nieco medytującej akustyki. Kolejny pomnikowy album w dorobku formacji, wydany
na trwającym niespełna dwa kwadranse czarnym krążku przez Bociana!
Jeśli szukamy nagrań najsilniej nawiązujących do estetyki
noise, zawierających porcje kompulsywnego, jakże pięknego hałasu, sięgnąć winniśmy
po kolejny krótki winyl wydany przez Bociana (tu w tajemniczej
kooperacji z Musica Genera!). Album Saturation zawiera na
pierwszej stronie kompozycję Monochromy Zbigniewa Karkowskiego, co
stanowi wystarczającą rekomendację gatunkową, a na stronie drugiej friedlowski Xenakis
Alive I. Mroczne, siarczyście brudne, surowe brzmienie wzmaga tu użycie analogowego
samplera, który uzupełnia tradycyjne, akustyczne brzmienie pozostałych instrumentów,
które wykuły w skale to niesamowite nagranie.
Jeśli Zeitkratzer gra kompozycję Kaspera T. Toeplitza, to
wiemy, że estetyka noise znów zagości w naszych uszach! Podwójny, kompaktowy
album Agitation/ Stagnation zawiera nagranie koncertowe z krakowskiego
Festiwalu Sacrum Profanum, ale w formie dalece niestandardowej. Pierwsza płyta
zawiera 37-minutowy zapis koncertu, druga zaś jego elektroniczne odbicie (wedle
opisu electronic score), trwa zatem dokładnie tyle samo, co żywe
nagranie. Albumowe credits sugeruje, by obu płyt … słuchać jednocześnie.
Formacja rozrasta się tu do tentetu, w składzie którego odnajdujemy samego kompozytora
wcielającego się w rolę dyrygenta (po społu z Friedlem), a także mącącego akustyczną
florę formacji porcją intrygującej elektroniki. Dodajmy, iż album dostarcza oczywiście
Bocian!
Czas na wielki gabaryt! Najpierw sięgnijmy po kompozycję Friedla
zatytułowaną Krafft, która została wykonana siłą podwójnego
zespołu. Z jednej strony dziewięcioosobowy Zeitkratzer, z drugiej francuska załoga
Ensemble 2e2m, także złożona z dziewięciu artystów. Nad wykonaniem dzieła czuwa
dyrygent Pierre Roullier. Instrumentarium obu formacji jest akustyczne, do tego
niemal bliźniacze – trzy dęte, cztery strunowe, perkusjonalia i fortepian. Kompozycja
Friedla ma definitywnie monumentalny charakter, zdaje się być rytmicznym
oddechem wielkiego stwora. Frazy osiemnastu instrumentów, grane na ogół unisono,
tworzą tu gęstą strugę dźwięków, która balansuje pomiędzy filharmonicznym spazmem,
a post-kameralnym samouspokojeniem. Całość trwa niewiele ponad dwa kwadranse, jest
rejestracją koncertową z Paryża, dostępną w formacie CD. Dodajmy, iż w trakcie
komponowania Krafft pianista wykorzystał specjalnie oprogramowanie
stymulujące losową sekwencję zjawisk fonicznych.
Grand Orchestra, to już czyste, artystyczne
szaleństwo! Na scenie berlińskiego Domu Kultury Światowej, pewnego
letniego wieczoru 2011 roku, zebrano prawie sześćdziesięciu muzyków, pośród
których znaleźli się członkowie Zeitkratzer, szerokie grono ich gości, a także przedstawiciele
formacji The Berline Pipe Company oraz Tenor Drum. Niewykluczone, iż na scenie znaleźli
się także muzycy nieprofesjonalni. Kompozycja Friedla zwie się Grand Orchestra
for mixed orchestra and bagpipes, a pomieszczono ją na kompaktowym dysku w dwóch
niezatytułowanych częściach. Nagranie jest prawdziwie ekstatyczne, realizowane zazwyczaj
na pełnym wydechu, gęste jak wulkaniczna lawa i tylko w ścisłe określonych
interwałach czasowych mniej intensywne. Całość zdaje się być kolejną inkarnacją
The Great Learning Corneliusa Cardew, może też przywoływać w pamięci
nagrania Spontaneous Music Orchestra, zwłaszcza te, w trakcie których do
procesu wykonania utworu włączano muzyków amatorów, a także publiczność zgromadzoną
na koncercie. W momentach szczególnych eksplozji wątek prenatalnego free jazzu
i Globe Unity Orchestra też może okazać się ciekawym skojarzeniem.
Po takim wulkanie dźwięków i emocji zasłużyliśmy na dłuższe chwile
odpoczynku. W tym niecnym dziele pomocne okazać się mogą albumy wydane w ramach
serii Old School. Friedl zaaranżował cztery takie wydarzenia, a każde
z nich zawiera kompozycje innego mistrza/ klasyka/ legendy minimalizmu i
muzycznego eksperymentu - odpowiednio Jamesa Tenneya, Johna Cage’a,
Alvina Luciera i Karlheinza Stockhausena. W tym zestawie
szczególnie urokliwa wydaje się kolekcja trzech kompozycji Tenneya (w winylowej
reedycji - dwóch). To opowieść momentami niebywale medytacyjna, uformowana w
wielominutowe drony, których estetyka śmiało nawiązuje do akustycznych
kompozycji Eliane Radigue. W podobnym klimacie, choć nieco bardziej
tajemniczym, onirycznym odnajdujemy pierwszy fragment albumu z kompozycjami Johna
Cage’a. Z kolei w kolekcji utworów Alvina Luciera, w zasobach instrumentalnych
Zeitkratzera odnajdujemy obok tradycyjnych, akustycznych instrumentów tzw. obiekty.
Po kompozycje Karlheinza Stockhausena Friedl i Zeitkratzer sięgają
także na albumie Stockhausen: Aus Den Sieben Tagen, gdzie gościnnie
swoje wokalne możliwości prezentuje Keiji Haino. Japoński artysta, którego
znamy ze świeżego duetu z Friedlem, o którym pisaliśmy w ubiegłym tygodniu, w
tym nagraniu wydaje się nadspodziewanie spokojny, mniej demoniczny, raczej w nastroju
do nieco wytłumionej, dronowej kontemplacji. Album składa się z pięciu utworów,
z których szczególnie miło rozbujany wydaje się ten najdłuższy,
wieńczący album. Po stronie wykonawczej warto zaczynać, iż na liście plac znalazł
się muzyk odpowiedzialny za brzmienie - w tym wypadku jego wkład w ostateczny
kształt nagrania określono mianem acoustic noise.
Naszą opowieść o wybranych albumach Zeitkratzer kończymy
przywołaniem płyty wydanej w Polsce pod koniec pierwszej dekady obecnego wieku,
a zatytułowanej zeitkratzer play PRES Polish Radio Experimental Studio.
Na pierwszym krążku podwójnego wydawnictwa zamieszczone zostały klasyczne utwory
polskich kompozytów, którzy niemal siedem dekad temu współtworzyli Polish
Radio Experimental Studio – m.in. Eugeniusza Rudnika, Krzysztofa Knittela, czy
Bogdana Mazurka. Elektroniczne utwory, które na zawsze zmieniły obraz eksperymentalnej
muzyki współczesnej na drugiej płycie zestawu wykonywane są przez muzyków Zeitkratzera,
oczywiście w pełni akustycznym instrumentarium. Dla wielu przygoda z Friedlem i
jego formacją właśnie wtedy zaczęła się na dobre. Zawsze warto wracać do tego nagrania,
a może od niego rozpocząć swoją własną przygodę z tą muzyką.
Po szczegóły dyskograficzne prezentowanych albumów odsyłamy
na bandcampową stronę Zeitkratzer, a także Bocian Records. Wszakże by mieć pełny
ogląd zjawiska warto zajrzeć na niezastąpioną stronę discogs.com, bo chyba
tylko tam znajdziemy wykaz całego dorobku artystycznego formacji.















