wtorek, 7 lipca 2026

Lauro, Pruvost & Orins in Dans-sons as we are!


Logo francuskiego labelu Circum-Disc, to gwarancja jakości, a jeśli pośród wykonawców odnajdujemy Petera Orinsa, jakże bystrego perkusistę i przy okazji kustosza wydawnictwa, to możemy mieć pewność, że wchodzimy do wyjątkowej gry.

Nie inaczej jest w przypadku krążka Dans-sons as we are, na którym niepowtarzalny drumming Orinsa splata dęte frazy trąbki i saksofonu altowego. To przygoda tylko pozornie post-jazzowa, dużo w niej bowiem świetnie ulepionych, niemal dronowych ekspozycji, które kąsają w pełni akustycznym, niepowtarzalnym brzmieniem.

  


Album składa się z pięciu opowieści, z których trzecia i piąta trwają po kilkanaście minut i w dużej mierze decydują o kosmicznej jakości całego przedsięwzięcia. Z kolei ta pierwsza trwa niespełna pięć minut i uroczo posadawia nasze receptory słuchu w aurze nagrania. Tętniące życiem small percussion, wokół których wiją się niespokojne, dęte pomruki – na ogół preparowanej trąbki, zazwyczaj post-melodyjnego saksofonu. Całość zdaje się stanowić, przefiltrowany przez doświadczenia eksperymentalnej muzyki współczesnej, wyrafinowany free jazz. W drugiej odsłonie każdy z muzyków śle plejady drobnych, preparowanych dźwięków. Czujemy mrowienie w kręgosłupie, wiemy, że z tej mąki będzie chleb. Coś rezonuje, coś szeleści, drży i ociera się o siebie, podszyte nerwem tajemniczej dynamiki. Z czasem oba dęciaki zaczynają czysto frazować, a delikatnie stymulowana dynamiką opowieść osiąga stadium niemal taneczne.

Trzecia improwizacja sprawia wrażenie mrocznej medytacji. Dużo w niej szemranych fraz i tajemniczych zakamarków.  Z jednej strony dron niskich częstotliwości (zapewne z trąbki), z drugiej szumy i szmery z saksofonu, a wszystko osadzone na matowym, ledwie słyszalnym deep drummingu. Opowieść delikatnie narasta, na jej powierzchni zaczynają mościć się drobne, akustyczne inkrustacje, głównie perkusyjne. Owo wielkie chrobotanie, tudzież rozdygotanie w końcu osiąga stadium melodyjnej, post-jazzowej eksplozji. Czwarta historia najbliższa wydaje się klasyce czegoś, co moglibyśmy określić mianem free jazzu, rozumianego bardzo po colemanowsku. Dwa dęciaki śpiewają, perkusja tańczy wokół nich, a potem wystawia je na działanie silnych wiatrów.

Finałowa opowieść, to kolejny poemat piękna zwartej, dobrze unerwionej ekspozycji. Saksofon i trąbka dmą na wdechu, perkusjonalia szumią w post-rytmie. Owa nieco hydrauliczna, medytująca opowieść brzmi bardzo matowo, jakby spektakl odbywał się za wielką, teatralną kotarą. Całość dość szybko nabiera post-industrialnej szorstkości. Z dronowej ekspozycji raz po raz wydobywają się drobne, preparowane frazy każdego z instrumentów – piski, melodyjne zawodzenia, stękania i omdlenia. Drive tej historii w końcu wchodzi w urokliwe stadium dogorywania, stanowiąc być może najpiękniejszy fragment nagarnia.

 

Audrey Lauro Christian Pruvost Peter Orins Dans-sons as we are (Circum-Disc, CD 2026). Audrey Lauro – saksofon altowy, Christian Pruvost – trąbka oraz Peter Orins – perkusja. Nagrane w la malterie, Lille, Francja, luty 2025. Pięć improwizacji, 45 minut.

 

 

piątek, 3 lipca 2026

El Pricto & Trilla as General Ludd proclaime Neo-Luddism!


We are not against tools. We are against the religion of tools. Dokładnie tymi słowami rozpoczyna się manifest Neo-Luddism, zawarty w piętnastu punktach i stanowiący werbalną esencję najnowszego nagrania duetu General Ludd.

Rzeczony duet El Pricto i Vasco Trilli początkowo był mariażem silnie amplifikowanego saksofonu altowego i perkusji, dziś to kooperacja tejże perkusji z syntezatorem modularnym. Świetnie pamiętamy, iż General Ludd był gościem pandemicznej edycji Spontaneous Music Festival, na którym oba wątki instrumentalne duetu zostały dotkliwie zeprezentowane dragonowej publiczności.

  


Nowe, trzecie już ujawnienie GL składa się z dziewięciu opowieści. Sześć z nich to soczyste, kilkuminutowe petardy lepione z mięsistej syntetyki i masywnej perkusji, trzy pozostałe to oniryczne, ambientowe miniatury, tworzone w dużej mierze przez post-perkusyjne akcesorium Trilli. Te ostatnie stanowią tu część trzecią, szóstą i ósmą.

Otwarcie albumu jest dość spokojne. Modular Pricto chrobocze, palce Trilli stukają na matowej glazurze werbla, a resztę strumienia narracji stanowi zastygająca lawa drobnych skwierczeń i post-akustycznych usterek. Wraz z rozwojem akcji scenicznej rośnie bogactwo fraz syntetycznych i tempo roboty stricte drummerskiej. Drugi utwór wchodzi w wyższe stadium hałasu. Syntezator krzyczy i rozdaje ciosy, a circle drums podnosi i tak już wysokie ciśnienie, kreując rodzaj upiornego tańca. Po jakże zasadnym w tej sytuacji interludium muzycy zapraszają w głąb swojej wizji artystycznej. Vasco preparuje perkusyjne akcesoria, Pricto szumi i zawistuje nadchodząca burzę. To podróż od obopólnej medytacji po soczyste plamy elektroniki i radosne podskoki perkusji.

Piąta opowieść do obrazu całości dodaje dubowe, syntetyczne echo i jeszcze większą zadziorność perkusji. Co ciekawe, na etapie puenty narracja robi się podejrzanie filigranowa. Po kolejnym interludium czeka nas dawka pozornej relaksacji – znów trochę dubowych struktur, rodzaj rozkołysania zdobionego drummingiem po talerzach. W połowie najdłuższego utworu muzycy łapią wiatr w żagle i zaczynają aspirować do miana mistrzów elektroakustycznego noise. Modular brzmi jak psychodeliczna gitara, perkusja stepuje aż miło. Po ostatniej, wysoko zawieszonej miniaturze Trilli następuje finałowe rozdanie. Prowadzone w nieco wolniejszym tempie, jakby muzycy broczyli w gęstym mule. Zgrzyty, stemple perkusji, syntetyczne okrzyki. Rodzaj post-industrialnej modlitwy o deszcz na wielkiej pustyni. Tu puenta okazuje się zaskakująca taneczna.

 

General Ludd Neo-Luddism (Discordian Records, DL 2026). El Pricto – syntezator modularny oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w The Golden Apple, Barcelona, marzec 2026. Dziewięć utworów, 45 minut.



 

 

 

wtorek, 30 czerwca 2026

Webster, Pándi & Cargill in Chewed Up And Spat Out!


Wnikliwi poszukiwacze medialnych plotek wiedzą być może, iż brytyjski saksofonista Colin Webster będzie główną postacią, zbliżającej się milowymi krokami, dziesiątej edycji pewnego spontanicznego festiwalu w zachodniej części naszego pięknego kraju.

Z kolei jego dobry kolega z Londynu Matt Cargill, najczęściej obsługujący wybuchową elektronikę, będzie wraz ze swoją flagową orkiestrą Sly & The Family Drone gościem letniego cyklu koncertowego w tymże samym dużym mieście, na jednym z głównych jego placów.

Nie tylko z uwagi na te wydarzenia sięgamy dziś po kasetę, na której wspomniani artyści, podparci żelazną ręką węgierskiego perkusisty Balázsa Pándiego, dziergają dla nas wielobarwne płótno soczystego hałasu opartego ma brzmieniu saksofonu barytowego, ciężkiej syntetyki i masywnego drummingu. Będzie głośno, ale to chyba oczywiste.

  


Pierwsze dwa utwory trwają mniej więcej po pięć minut i stanowią rodzaj wprowadzania do gry. Saksofon i elektronika zgrzytają zębami, perkusja szuka rytmu, toczy pętle, ale donikąd się nie spieszy. Całość nasączona jest szorstką, tajemniczą melodyką. Muzycy spoglądają w kierunku ściany dźwięku, ale nie decydują się na kolejny krok. W drugim z utworów solą akcji wydaje się masywny, syntetyczny dron basu, wokół którego panoszy się spazmatyczny baryton i perkusja, która w zasadzie stąpa w miejscu, akcentując kolejne meta septymy uderzeniami po talentach.

Otwarcie trzeciej części, która trwa nieco dłużej niż poprzednie, jest hałaśliwe, kompulsywne, ale przypomina dreptanie w mulistym bagnie. Elektronika brzmi niczym sprzęgająca się gitara, spleciona z barytonowymi podmuchami gorącego powietrza. Z czasem flow robi się istotnie gęsty i tłusty, niczym sfermentowana grochówka. Drobnym wytchnieniem zdaje się być czwarta opowieść. Medytujące drony post-noise pozwalają na chwile oddechu po obu stronach nieistniejącej sceny. Baryton prycha obleczony plastrem przesterowanej syntetyki, perkusja toczy się wartkim strumieniem, ale intrygująco filigranowym. Całość po pewnym czasie zastyga w lawie dogorywającego space-rocka.

Ostatnia część trwa dwanaście minut i pięknie reasumuje potencjał tego nagrania. Początkowo przypomina demoniczną post-balladę, która po perkusyjnym intro i kilku głębokich, dętych wydechach czeka na aktywację elektroniki. Gdy ów fakt w końcu ma miejsce, saksofon wrzuca szósty bieg, perkusja zarysowuje szlak rytmu, a opowieść nabiera definitywnie noise’owej soczystości. W drugiej fazie nieznacznie tłumi się, przechodząc w stan nerwowego rozdygotania. Brzmi post-industrialne, ale w dawno nieczynnej fabryce. Jeszcze tylko kilka akcji w podgrupach i nerwowych spazmów dęciaka, by całość osiągnęła stan śmiertelnego końca.

 

Colin Webster/ Balázs Pándi/ Matt Cargill Chewed Up And Spat Out (Raw Tonk Records, Kaseta 2026). Colin Webster – saksofon tenorowy, barytonowy, Balázs Pándi – perkusja oraz Matt Cargill – elektronika. Nagrane w Hackney Road Studios, Londyn, czerwiec 2019. Pięć utworów, 38 minut.



piątek, 26 czerwca 2026

Okuda, Müller & Hall hidden in ³√!


Międzynarodowe trio Okuda Müller Hall – Rieko Okuda (Japonia), Matthias Müller (Niemcy) i Samuel Hall (Australia) – gra swobodnie improwizowaną muzykę, która dzięki wspólnemu, silnemu poczuciu formy, często brzmi tak, jakby została skomponowana.

Rzadko zaczynamy werbalne ekspresje na tych łamach od cytatu z albumowego credits, ale to, co powyżej, tak trafnie wpisuje się w idee tego trzyosobowego spotkania, że postanowiliśmy pójść na łatwiznę i zacząć recenzję cudzymi słowami. Ale dalej już tylko trybunowe, post-ekspresyjne wynurzenia, którym przyświeca myśl przewodnia – Pierwiastek Trzeciego Stopnia, to jeden z lepszych albumów, jaki dostarczył gatunek w roku opatrzonym liczbą 2026.

 


W trakcie pięciu dobrze skrojonych opowieści muzycy zdają się przebywać swobodną drogę od medytacji do konwulsji free jazzu, wszystko czyniąc z gracją i nakreśloną na wstępie dbałością o formę. Otwarcie, to naturalny splot szumu z dętej tuby, szelestu drobnych przedmiotów na werblu i szorowanych tajemniczymi obiektami strun fortepianu. Puzon zawiesza oddech w nieskończoność, piano i perkusja kreują martwy taniec, który zdaje się mieć rytm, ale o dość metafizycznym charakterze. Z czasem opowieść narasta, rozlewa się szerokim korytem fraz wprost z klawiatury, niesiona naturalną skłonnością puzonu i perkusji do kreowania bardziej linearnej struktury improwizacji.

Opowieści parzyste są tu nad wyraz krótkie, ale dramaturgicznie dosadne. Ta druga bazuje na matowym drummingu, wentylowych preparacjach i tanecznym, granym z klawiatury rozkołysaniem. Z kolei czwarta nasycona jest aurą stonowanego post-jazzu. Akcje z klawiatury, szmery i szelesty dęto-perkusjonalne, ale w konkluzji rytm, śpiew i taniec.

Utwory trzeci i piąty trwają po kilkanaście minut i są poematami dramatycznymi o niepodważalnym uroku osobistym. Ten trzeci w fazie prenatalnej jest zlepkiem onirycznych, rwanych dźwięków, syconych śpiewem puzonu, dygotem strun i drżeniem perkusjonalii. Całość wydaje się z jednej strony tajemniczo ludyczna, z drugiej zaskakująco relaksacyjna. Na etapie rozwinięcia piano atakuje frazami inside, puzon staje się wielkim loopem, a perkusja stawia stemple i wskazuje kierunek dalszej drogi. W ramach dodatkowych atrakcji mamy post-romantyczny pasus z klawiatury zwieńczony piękną, minimalistyczną repetycją. Po tak udanie skonstruowanym interludium artystom nie pozostaje już nic innego, jak oddać się czystej ekspresji free jazzu.

W ostatniej improwizacji mamy pozornie podobny zabieg dramaturgiczny. Wystudzone otwarcie, pełne preparowanych fraz, faza arktycznych podmuchów i wichrów, post-rytmiczny dygot i krótka, gęsta od dźwięków kulminacja. Potem muzycy zanurzają się w otchłani ciszy, szepczą, wznoszą ciche modlitwy, ale nie wracają już na wojowniczą ścieżkę ekspresji. Cedzą minimalistyczne dźwięki, medytują, głęboko oddychają aż po kres tej niezwykłej podróży.

 

Okuda/ Müller/Hall ³√ (Unit Records/Zeta Edition, CD 2026). Rieko Okuda – fortepian, Matthias Müller – puzon oraz Samuel Hall – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Morphine Raum, Berlin, marzec 2024. Pięć części, 40 minut.



 

wtorek, 23 czerwca 2026

Susana Santos Silva & Vasco Trilla in Mu and Shin!


Susana Santos Silva i Vasco Trilla spotkali się pewnego jesiennego wieczoru w Barcelonie i postanowili pomuzykować. Ona przyniosła trąbkę i być może garść dodatkowych przedmiotów (tu nie mamy pewności), on swój bazowy small drum kit i zapewne słynną, magiczną walizkę z urządzeniami do wydawania dziwnych dźwięków.

Okoliczności studyjne miejsca zwanego La Isla dawały im pełne spektrum brzmieniowych możliwości. Oni wszakże wybrali aurę tajemniczości, szorstkiego, matowego sounds i fundamentalną wolę zaprzeczenia temu, co w warstwie fonicznej może przynieść zetknięcie prostego instrumentu dętego blaszanego oraz armii przedmiotów i obiektów post-perkusjonalnych.

 


 

Susana i Vasco formują swój dramat w dwóch prawie dwudziestominutowych aktach. Oba mają formę dronowych strumieniu multifonii, w strukturze których nie zawsze jesteśmy w stanie odseparować frazy trąbki od tego, co pichci perkusjonalista. Początek pierwszego aktu lepi się z szumów i szmerów, które powstawać mogą zarówno na werblu, jak pod naciskiem wentyli. Struga fonii jest tu jednym, żyworodnym stworem, który kąsa każdą frazą. Całość jest mroczna, ale niekiedy dość oniryczna, budowana z majestatem celebracji każdego oddechu. Z czasem akcje trąbki stają się odrobinę bardziej linearne i płyną nad powłoką multi-percussion. W połowie utworu muzycy sugerują nowe wątki. Jest szczypta dętej melodii, słyszymy też coś, co brzmi jak cytra. Finałowa faza pierwszej improwizacja grana jest na wielkim wydechu, zawiera też drobne, solowe interludium Susany, skomentowane głęboko matowym, dochodzącym wprost z piwnicy small drummingiem. Na ostatniej prostej wieją wielkie wiatry, zarówno z trąbki, jak i zapewne gumowej rurki przytkniętej do glazury werbla.

Aura otwarcia drugiej improwizacji wydaje się cokolwiek nerwowa. Trąbka prycha, werbel drży pod naciskiem łokcia, szumi wiatr, a okolica zdaje się być nieprzychylna romantycznym spacerom po zmroku. Wszystko trzeszczy, bulgocze, terkocze i stuka. Wokół wiją się strumienie śpiewnego rezonansu. W tym zaskakującym, niemal industrialnym tyglu zdarzeń słyszymy nagle dźwięk fletu. Ale to pewnie złudzenie foniczne. W środkowej fazie improwizacja zdaje się kołysać od progu ciszy do przednówka hałasu. Muzycy głęboko oddychają, dobywają dźwięki niczym z głębin afrykańskiego buszu. Tymczasem Vasco realizuje krótki rytuał wyniesienia, a Susana po chwili odpoczynku inauguruje strugę trębackich preparacji. Opowieść nabiera teraz bardziej zwartej formy –  akcji trąbki towarzyszy ekspozycja drummingowa. Emocje rosną, do gry wchodzą robaczki tańczące na werblu, a tembr trąbki unosi się coraz wyżej. Po efektownej, niemal hydraulicznej kulminacji improwizacja przygasa zdobiona piękną, pożegnalną melodią blaszaka i tajemniczym, onirycznym tłem przypominającym brzmienie instrumentu klawiszowego nasyconego odrobiną prądu.

 

Susana Santos Silva & Vasco Trilla Mushin (Defkaz Records, LP 2026). Susana Santos Silva - trąbka oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Nagrane w La Isla, Barcelona, wrzesień 2024. Dwie improwizacje, 39 minut.