Czas na absolutną nowość francuskiego Circum-Disc, albowiem płyta, nad która się pochylamy ma światową premierę dokładnie dziś. Na wyimaginowanej scenie jedenastoosobowy ansambl pod zacnym kierunkiem kompozytora i pianisty Jérémie Ternoya wykonuje szalony marsz pod jakże intrygującym tytułem Wszystko zaczyna się od chodzenia.
W składzie formacji kwiat circumowej socjety, w tym wszyscy
członkowie zacnego TOC, który kochamy od lat z powodu każdej płyty, czy
koncertu. W ujęciu instrumentalnym - trzy dęciaki, kontrabas, gitara, dwie perkusje,
trzy głosy wraz z perkusjonaliami i podwójna klawiatura, zarówno akustyczna,
jak i być może elektryczna. Labelowe tagi podsuwają nam tropy gatunkowe - repetitive,
minimal & trance. I trudno się z nimi nie zgodzić. To szalony
marsz w równie szalonym rytmie, budowany niczym piramida, unerwiony jak kolejna
inkarnacja Different Trains Steve’a Reicha, a nawet bardziej! Murowany
kandydat do corocznej trybunowej listy powodów, dla których warto
zapamiętać rok.
Album stanowi nieprzerwany ciąg dźwięków, separowany na kompaktowym
dysku momentami zmian sposobu artykulacji, czy dochodzenia nowych instrumentów
do strumienia narracji. Trzyminutowe otwarcie, to filigranowe, minimalistyczne
i powtarzające się uderzenia w perkusyjne talerze i obręcze, pudło rezonansowe
fortepianu, być może także struny kontrabasu. Wszyscy są tu w kompulsywnym
rytmie od pierwszej frazy i pozostaną w nim do końca tej opowieści.
Elementem oznajmiającym start drugiej, prawie półgodzinnej części,
są pojedyncze, rytmiczne uderzenia na klawiaturę fortepianu. Z czasem akcje
piano i perkusjonalii zaczynają ulegać multiplikacji, a w tle ewokować matowy
ambient, zapewne z gitary. Od dziesiątej minuty swoją cząstkę pulsującego rytmu
generują też kontrabas i gitara, a po trzech kolejnych minutach instrumenty dęte.
Jednocześnie aura całości robi się spektakularnie dubowa. Ansambl pełnię szczęścia
osiąga jeszcze przed upływem dwudziestej minuty, gdy do gry wchodzą wysoko
zawieszone wokale. Wszyscy wpadają w trans dzikiego tańca. Na czoło forsuje się
dialog kontrabasu i euphonium, w tle swoje małe, afrykańskie melodyjki wygrywa saksofon.
Wokół zaczyna tworzyć się delikatny, zaskakująco jazzowy anturaż.
Na początku trzeciej odsłony warstwa rytmiczna zostaje nieco
przeformatowana. Tworzą ją teraz dwie masywnie pracujące perkusje, kwaśno brzmiące
klawisze i sfuzzowana gitara. Z każdą upływającą minutą wataha dętych zdaje się
płynąć coraz szerszym korytem. Całość nabiera defektywnie posmaku fussion.
Odłamem najsilniej repetującym są teraz rozśpiewane wokale. W czwartej partii
elementem dominującym wydają się basowe stemple. W piątej ansambl staje się już
wielką, psychodeliczną orkiestrą, która powtarza frazy jak mantrę, tańczy i nic
nie wskazuje na to, by kiedykolwiek przestała. Reich płonie w ogniu post-african
fussion!
Ostatni odcinek tej sagi trwa niespełna cztery minuty i jest
już samotną ekspozycją piana, które pozostaje na scenie w momencie, gdy reszta instrumentów
i głosów milknie. Fortepianowy rytm rozlewa się coraz szerszym korytem, aż znajduje
ujście – najpierw stygnie, potem umiera.
Jérémie
Ternoy Ça commence par la marche (Circum-Disc, CD 2026). Jérémie Ternoy
– fortepian, instrument klawiszowy, kompozycja, Nicolas Mahieux – kontrabas, Charles
Duytschaever – perkusja, Ivann Cruz – gitara, Peter Orins – perkusja, Maryline
Pruvost - głos, instrumenty perkusyjne, Kristof Hiriart - głos, instrumenty
perkusyjne, Sarah Butruille - głos, instrumenty perkusyjne, Vianney Desplantes –
euphonium, Christian Pruvost - trąbka, flugelhorn oraz Sakina Abdou – saksofon.
Nagrane w Studio Gil Evans (Amiens)
oraz Studio Ronchin, Francja. Opowieść
w sześciu odcinkach, 50 minut.







