wtorek, 3 listopada 2026

Dominic Lash and his Traditions!


Kolejny bohater ostatniego, spontanicznego festu i jego najnowsza płyta! Trzymamy się jesiennej tradycji na Trybunie i definitywnie nam z tym dobrze!

Brytyjski kontrabasista i gitarzysta, wytrawny improwizator, ale także kompozytor Dominic Lash, to artysta niewymagający w tym miejscu jakichkolwiek introdukcji. Z radością prezentujemy jego najnowsze, trzypłytowe dzieło, które zdaje się podsumowywać artystyczne działania muzyka w perspektywie jego dwudekadowej aktywności artystycznej. Przekornie muzyk ten zbiór nazywa Tradycje, choć rozumie je nade wszystko jako kontynuacja wątków historycznych gatunku, które nieustannie towarzyszą jego muzycznej działalności. Zatem z jednej strony kreatywna kameralistyka, z drugiej free jazz, z trzeciej muzyka współczesna, komponowana, która bez cienia żenady czerpie ze wszystkiego, co fonicznie otacza artystę. A zatem Traditions, to trzy różne płyty, w sumie cztery okoliczności nagraniowe, kwiat brytyjskiej (także hiszpańskiej i szwajcarskiej) improwizującej socjety i ponad trzy godziny frapujących dźwięków.

   



Otwierający album duet Lasha z madryckim saksofonistą Ricardo Tejero, to niemalże klasyka w palecie gatunkowej Brytyjczyka. Choć sięga on tu po gitarę elektryczną, jest wyciszony, kameralnie usposobiony, nastawiony na koherentną wymianę nieinwazyjnych dźwięków. Oczywiście emocji nie brakuje, zwłaszcza w sytuacjach, gdy post-kameralna liryka staje się niespodziewanie soczystym post-jazzem, zabarwionym incydentalnie porcjami niemal post-rockowej psychodelii. Nie mniej muzycy najlepiej czują się tu chyba w formule mrocznej ballady, a estetyka minimalizmu udanie spina ich improwizatorskie wyczyny. Pierwszy album uzupełnia trwająca ponad 24 minuty improwizacja na trzy instrumenty smyczkowe – wiolonczelę, kontrabas i skrzypce. The Imaginary String Trio rysuje tu intrygującą, podszytą nerwem kreacji kameralistykę, która zdaje się być równie śpiewna i rzewna, jak nerwowa i zastawiona konfrontacyjnie.

Drugi album wypełniają kompozycje Tony’ego Oxleya przygotowane na sekstet, który wykonuje wedle aranżacji Lasha jego autorski … septet. Dobrze znane z historii gatunku utwory zyskują tu ciekawą interpretację. Notacja kompozytorska wydaje się dość precyzyjna, wszakże obszar na improwizacje jest przeogromny, podobnie jak kreatywność indywidualna i zespołowa. Co najbardziej być może intryguje, muzykom w londyńskim Café Oto udało się uzyskać brzmienie godne pionierskich lat gatunku, tych jeszcze pod koniec lat 60. ubiegłego stulecia. Cztery długie utwory nie unikaj tu dłużyzn, ale efekt całości musi cieszyć ucho każdego fana free impro jazzu. Szczególnie trzeci utwór, który do połowy wydaje się nieco nazbyt rzewną kameralistyką, po wejściu perkusji zostaje zdominowany przez kreatywny free jazz, a potem oddany niemal wyłącznie w ręce Marka Wastella, którego perkusyjna i perkusjonalna, wielominutowa ekspozycja jest najsilniejszym momentem całego albumu.

Ostatni dysk wypełnia pięćdziesięciominutowe nagranie oktetu złożonego z instrumentów strunowych, dwóch klarnetów, tyluż gitar elektrycznych, ale także garści nagrań terenowych, umiejętnie wplatanych w opowieść. Ta niezwykła podróż zaczyna się od kameralnego szelestu akustycznej orkiestry, który barwi dialog kontrabasowego smyczka i klarnetu. Mniej więcej w okolicach dziesiątej minuty strumień narracji zaczyna pęcznieć, sycić się coraz brudniejszymi frazami, w których rozpoznajemy dźwięki gitar, wzmacniaczy, a także ferment czegoś definitywnie elektroakustycznego. Flow narasta, by po kolejnych dziesięciu minutach uformować się w gęsty, hałaśliwy dron, który skrzy się emocjami i dźwiękowymi niespodziankami. Ów dron pęcznieje przez kolejne kilkanaście minut, całkowicie zawłaszczając ekosferę nagrania i pojemność naszych receptorów słuchu. Dopiero po czterdziestej minucie z tego tygla prądu, elektroniki i dogorywającej akustyki zaczynają wyłaniać się bardziej separatywne frazy. Ostatnie kilka minut nagrania, to garść zaskoczeń. Najpierw agresywna dyskusja strun i klarnetów, potem niemal free jazzowe duo kontrabasowego pizzicato i klarnetu. Samo zakończenie, to piękna dronowa agonia.


Dominic Lash Traditions (Spoonhunt, 3CD 2026).

For Twos and A Three (CD 1). Ricardo Tejero – saksofon altowy, Dominic Lash – gitara elektryczna. Nagrane w Cambridge, maj 2023 (utwory 1-4,6-8); The Imaginary String Trio: Bruno Guastalla – wiolonczela, Dominic Lash – kontrabas oraz Philipp Waschmann – skrzypce. Nagrane w Oxfordzie, listopad 2025 (utwór 5). Łącznie 64 minuty

Four Compositions for Septet (CD 2). The Dominic Lash Ensemble plays Tony Oxley: Raph Clarkson – puzon, Charlotte Keeffe – trąbka, flugelhorn, Dominic Lash – kontrabas, aranżacje, Andrew Lisle – perkusja, Rachel Musson – saksofon tenorowy, Alex Ward – gitara elektryczna oraz Mark Wastell – perkusja, elektronika. Nagrane w Londynie, styczeń 2025. Cztery utwory , 78 minut.

Construction (CD 3). Consorts: Seth Cooke – cymbal feedback, Angharad Davies – skrzypce, Dave Fowler – perkusja, Matthew Grigg – gitara elektryczna, amplifikator, Dominic Lash – kontrabas, feedback gitarowy, nagrania terenowe, N.O. Moore – gitara elektryczna, Heather Roche – klarnet basowy oraz Alex Ward – klarnet, amplifikator. Nagrane w Cambridge, grudzień 2024. Jeden utwór, 50 minut.



piątek, 30 października 2026

Aranda, Malfon & Yamasaki as MAY!


Muzykę improwizowaną artystów z Półwyspu Iberyjskiego świat wydaje już od dość dawna, choć jakoś szczególnie intensywniej od mniej więcej dekady. Dziś nagranie muzyków z tamtej części globu w nowojorskiej Relative Pitch zdaje się być codziennością. I to wspaniała wiadomość!

Pianistka Irene Aranda pod szyldem MAY skrzyknęła intrygujące trio z udziałem jednego z naszych ulubieńców, saksofonisty Dona Malfona, a także japońskiej wokalistki Ami Yamasaki. Swobodna improwizacja bazująca w dużej mierze na technikach rozszerzonych jest tu bazą, ale nie zamyka korytarzy stylistycznych tej trójki. Od eksperymentalnej post-kameralistyki, po post-jazzowe hulanki. I jeszcze ten wspaniały moment, gdy dopiero w czwartym utworze uświadamiasz sobie, że z saksofonem i głosem improwizuje tu jednak piano, a nie extended percussion – bezcenny!

  


W pierwszej części albumu improwizacje są nieco krótsze, potem rozciągają się na prawie 8-10 minut. Forma jest tu ważna, ale nie determinuje wyboru artystek i artysty. Szemrany początek jest całkiem mroczny, ale precyzyjny. Drobne interakcje, cierpliwe wyczekiwanie na ruch partnera, ale też szybko odkryty potencjał ekspresji, tudzież bezmiar rezonującej melodyki każdego z trzech ośrodków dźwięku. W trzeciej części po rozhuśtanym początku narracja wpada w urokliwą medytację. W czwartej pojawia się po raz pierwszy dźwięk fortepianowych klawiszy, dzięki czemu opowieść nabiera dodatkowego kolorytu.

Odsłona piąta jest bardzo krótka, a o jej kształcie decydują agresywne frazy inside piano i extended sax. Ostatnie trzy utwory, to najdłuższe opowieści. Ta szósta wydaje się najciekawsza. Deep piano płynie tu z samego dna, saksofon z kolei drąży szczeliny w chmurach, frazy wokalistki także wydają się być dość wysoko posadowione. Puenta utworu bazuje na post-klasycznym frazowaniu pianistki. Także w trakcie dwóch ostatnich utworów Aranda częściej znajduje się po jasnej stronie mocy swojego instrumentu. Obie improwizacja są dość ekspresyjne, chwilami intrygująco agresywne, a bazują na definitywnie post-jazzowej estetyce. W końcowej odsłonie na front wysuwa się wokalistka, która prezentuje szerokie spektrum swoich możliwości, zarówno tych ekpseyrmentalnych, jak i stricte jazzowych.

 

Irene Aranda MAY (The Relative Pitch, CD 2026) . Don Malfon – saksofon, Irene Aranda – fortepian oraz Ami Yamasaki – głos. Nagrane w styczniu 2026, miejsce nieznane. Osiem utworów, 56 minut.




wtorek, 27 października 2026

Casserley, Marzan, Van Schouwburg & Wachsmann are Being!


Brytyjski label Bead Records, to gwarancja jakości od zarania tej inicjatywy, jeszcze w ósmej dekadzie ubiegłego wieku. Po reanimacji wydawnictwa w bieżącej dekadzie, już pod kierunkiem artystycznym norweskiego drummera Emila Karlsena, sytuacja nie uległa zmianie. Każda nowa, biała płyta, to smakowita porcja swobodnej improwizacji, na ogół okraszona odrobiną kreatywnej elektroakustyki.

Na najnowszej płycie BR odnajdujemy kwartet legendarnych już niemal postaci dla europejskiej sceny, zatem bez zbędnych introdukcji zagłębiamy się w dźwiękach, jakie pozostawili oni w trakcie dwóch koncertów – jednego londyńskiego, drugiego oxfordzkiego.

  


Incydent londyński trwa niewiele ponad dwadzieścia trzy minuty. Artyści budują tu niezwykle filigranowy ekosystem dźwięków strun, głosu i delikatnej, onirycznej poświaty live processingu. Snują swoją opowieść dość leniwie, z rzadka decydują się na dramaturgiczne spiętrzenia, dzięki czemu, jeśli już takowe następują, ich jakość i wartość dla obrazu całości wydaje się bezcenna. Definitywnie subtelna, mikrotonalna narracja, to najlepsze środowisko do tego kwartetu. W fazie środkowej doświadczamy wyjątkowo urokliwej fazy szumów i preparacji, po której następuje drobny szczyt, a potem wielominutowa, medytacyjna podróż w nieznane.

Koncert z Oxfordu, to historie trwające łącznie około trzydzieści cztery minuty. Pierwsza nich zaczyna się filigranowymi preparacjami, które pięknie roznosi po przestrzeni nagrania elektroakustyka live processingu. Ta iście diaboliczna kołysanka ma kilka intrygujących faz, gdy muzycy sięgają po dłuższe frazy, ale też nie stronią od charakterystycznego dla siebie poczucia humoru. Finał jest ekscytujący, najpierw wisi na pojedynczych dźwiękach gitary, potem skrzypiec.

Finałowa część albumu, po wstępnej fazie porannych ablucji, wydaje się najbardziej żwawą i energiczną fazą performansu czterech starszych Panów. Dużo interakcji, posuwistych, marszowych kroków, a także urokliwe interludium w postaci całkiem intensywnych akcji w stylistyce call and response. Druga część utworu zdaje się być podszyta pewną nerwowością. Od mrocznej kołysanki, po końcową prostą, którą znaczą radosne okrzyki i na poły taneczne podrygi.

 

Casserley/ Marzan/ Van Schouwburg/ Wachsmann Being (Bead Records, CD 2026). Philipp Wachsmann – skrzypce, Jean-Michel Van Schouwburg – głos, Pascal Marzan – dzięsięciostrunowa gitara mikrotonalna oraz Lawrence Casserley - signal processing instrument. Nagrane w The Vortex, Londyn, listopad 2024 (utwór pierwszy) oraz St. Alban’s Church Hall, Oxford, czerwcu 2025 (utwory drugi trzeci). Łącznie 56 minut.




 

piątek, 23 października 2026

Timothée Quost & LIKΣN play La Toute Multiple!


Powracamy do wątków spontanicznego festiwalu, który rył na berety jeszcze trzy tygodnie temu. Dziś okazja niejako podwójna – najnowsza płyta francuskiego trębacza Timothée Quosta opisana zostanie przez nas dokładnie w dniu jej światowej premiery.

Dzieło wielowymiarowe, ponadgatunkowe, doskonale żeniące współczesną kompozycję, muzykę improwizowaną i te jakże lubiane przez trębacza dźwięki otoczenia. Bardzo zapraszamy!

  


Za kształt artystyczny albumu odpowiada nonet. W warstwie instrumentalnej, to siedem różnych instrumentów dętych drewnianych i blaszanych, stół mikserski wyposażany w feedback, a także osoba dyrygenta, która czuwa na odpowiednim wykonawstwem kompozycji Quosta. Ważnym elementem gry są tu nagrania terenowe (uliczne), które stanowią całość pierwszego utworu, a także są częścią dramaturgii najdłuższej, szóstej odsłony (połączona z siódmą trwa ponad 25 minut).

Po ulicznym otwarciu przenosimy się w bezmiar dętych fraz. Pierwsza z instrumentalnych części albumu wydaje się bardzo nerwowa, zdecydowanie mroczna, szyta dętymi wydechami, które nakładają się na siebie i wraz z elektroakustycznymi zdobieniami tworzą ujmujący ekosystem dźwiękowy. W trakcie utworu pojawia się także rytm rysowany przez jeden z dęciaków. Kolejna część albumu jest nieco spokojniejsza. Nadal w jej wnętrzu skrzą się emocje, ale całość przypomina cedzoną przez zaciśnięte zęby medytację, która czasem nabiera wiatru w żagle niesiona tajemniczą melodyką. Na zakończenie pojawiają się multiplikujące się wokale, których źródła pochodzenia nie wskazuje albumowe credits.

Kolejne dwa utwory są nieco krótsze. Ten pierwszy ma rytm szyty stepami tuby i ma bardzo perkusjonalny charakter. Ten drugi, to rodzaj kameralnej zadumy watahy dętych, które wchodzą w dialogi przyjmując bardzo minimalistyczną strategię działania. Kontrapunkty tuby wprawiają, że flow niespodziewanie narasta.

Wreszcie wielki finał albumu, zbudowany zarówno z silnie eksponowanych, zwłaszcza w pierwszej części, nagrań terenowych, jak wielowątkowej, dętej dyskusji. Akustyka ma tu w sobie dużo pokrętnej dynamiki, wszakże stół mikserski sprawia, iż opowieść raz za razem napotyka na intrygujące rafy dramaturgiczne. W połowie utworu czeka nas mroczne interludium, po którym do gry chodzi rytm, który po płynnym przejściu do utworu siódmego rządzi i dzieli na wyimaginowanej scenie. Wciąż powracają jednak tajemnicze wokale, które niczym grecki chór zalewają nas potokiem pytań retorycznych.

 

LIKΣN La Toute Multiple (Carton Records, CD/2LP 2026). Quentin Coppalle - flet & piccolo flet, Ariane Bacquet – obój, rożek angielski, Xavière Fertin - Bb clarinet, Loïc Vergnaux – klarnet basowy, Jean Wagner – rożek francuski, Timothée Quost – trąbka, kompozycja, Fanny Méteier – tuba, Paul Alkhallaf - mixing desk, feedback & no input oraz Léo Margue – dyrygent. Nagrane w le phare à lucioles, czas nieoznaczony. Siedem utworów, 55 minut.



wtorek, 20 października 2026

Centrifugal Quartet feat. Jeb Bishop, Mia Dyberg, Antonio Borghini & Michael Griener play Industry!


Najpierw było Centrifugal Trio, bazujące na brzmieniu puzonu, kontrabasu i perkusji. Potem pomysłodawca przedsięwzięcia, Jeb Bishop, wpadł na niebanalny pomysł, by formułę ansamblu rozbudować do kwartetu, a elementem dodatkowym uczynić soczyste, ale lekkie brzmienie saksofonu altowego.

Historia kwartetów na dwa dęciaki i sekcje rytmu bez instrumentu harmonicznego ma swój początek w niepowtarzalnych dziełach Ornette Colemana. Dziś do tego wątku muzycznej narracji dopisujemy kolejną formację - Centrifugal Quartet. Ich koncertowe dzieło z Berlina składa się z czterech opowieści, z których każda kolejna jest dłuższa od poprzedniej – od sześciu minut na początek do prawie dwóch kwadransów na koniec.

  


Artyści rozpoczynają improwizowaną podróż kolektywnym strumieniem umiarkowanie spokojnych dźwięków. Pachnie post-jazzem obleczonym zwiewną powłoką wytrawnej kameralistyki. Z czasem akcja nabiera tempa - muzycy posuwają się marszowym krokiem mając pod kontrolą każdą frazę, tudzież rozliczne, dramaturgiczne zakamarki. Groove sekcji udanie koreluje tu z melodią i śpiewem dęciaków. Puenta utworu wydaje się z kolei odrobinę zbyt balladowa. Początek drugiej opowieści ma swoją dynamikę, swingowy anturaż i bardzo swobodne podejście do niemal każdej frazy. Szczególnie podobać się może smyczkowe interludium, które bierze w nawias jazzowe inklinacje pozostałych instrumentów. Być może to nowa tradycja, ale zakończenie utworu znów nosi znamiona ballady.

Kolejną przygodę – tu już ponad 20-minutową - inauguruje dęty duet. Sekcja wchodzi po dłuższej chwili porcją dość dynamicznej, swingowej ornamentyki. Kwartet dobrze kontroluje tempo, ale pomiędzy saksofonem i puzonem iskrzy coraz ciekawiej. Rozbudowana formuła utworu pozwala na kilka akcji w podgrupach – od solowego expose kontrabasu, przez preparowany duet sekcji rytmu, po sytuacje trzyosobowe. Finał? Oczywiście znów jest bardzo przytłumiony.

Ostatnia opowieść rodzi sie w znoju mrocznych, preparowanych fraz, z istotną rolą smyczka. Po sekwencji otwarcia sekcja rysuje zgrabny groove, a dęte tańczą i śpiewają. Tu również zostaje dużo przestrzeni na akcje w podgrupach, zarówno te bardzo kameralne, jak i te całkiem ekspresyjne. Pod koniec muzyce sugerują farewell song, ale gdzieś w środku kłębi się jeszcze finałowa porcja emocji. Kilka radosnych podskoków w swingującym tempie i łagodne opadanie.

 

Centrifugal Quartet feat. Jeb Bishop, Mia Dyberg, Antonio Borghini & Michael Griener Industry (FSR Records, CD 2026). Jeb Bishop – puzon, Mia Dyberg – saksofon, Antonio Borghini – kontrabas oraz Michael Griener – perkusja. Nagranie koncertowe, Industriesalon Schöneweide, Berlin, wrzesień 2022. Cztery utwory, 66 minut.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.com I tamże została pierwotnie opublikowana