piątek, 23 października 2026

Timothée Quost & LIKΣN play La Toute Multiple!


Powracamy do wątków spontanicznego festiwalu, który rył na berety jeszcze trzy tygodnie temu. Dziś okazja niejako podwójna – najnowsza płyta francuskiego trębacza Timothée Quosta opisana zostanie przez nas dokładnie w dniu jej światowej premiery.

Dzieło wielowymiarowe, ponadgatunkowe, doskonale żeniące współczesną kompozycje, muzykę improwizowaną i te jakże ulubione przez trębacza dźwięki otoczenia. Bardzo zapraszamy!

  


Za kształt artystyczny albumu odpowiada nonet. W warstwie instrumentalnej, to siedem różnych instrumentów dętych drewnianych i blaszanych, stół mikserski wyposażany w feedback, a także osoba dyrygenta, która czuwa na odpowiednim wykonawstwem kompozycji Quosta. Ważnym elementem gry są tu nagrania terenowe (uliczne), które stanowią całość pierwszego utworu, a także są częścią dramaturgii najdłuższej, szóstej odsłony (połączona z siódmą trwa ponad 25 minut).

Po ulicznym otwarciu przenosimy się w bezmiar dętych fraz. Pierwsza z instrumentalnych części albumu wydaje się bardzo nerwowa, zdecydowanie mroczna, szyta dętymi wydechami, które nakładają się na siebie i wraz z elektroakustycznymi zdobieniami tworzą ujmujący ekosystem dźwiękowy. W trakcie utworu pojawia się także rytm rysowany przez jeden z dęciaków. Kolejna część albumu jest nieco spokojniejsza. Nadal w jej wnętrzu skrzą się emocje, ale całość przypomina cedzoną przez zaciśnięte zęby medytację, która czasem nabiera wiatru w żagle niesiona tajemniczą melodyką. Na zakończenie pojawiają się multiplikujące się wokale, których źródła pochodzenia nie wskazuje albumowe credits.

Kolejne dwa utwory są nieco krótsze. Ten pierwszy ma rytm szyty stepami tuby i ma bardzo perkusjonalny charakter. Ten drugi, to rodzaj kameralnej zadumy watahy dętych, które wchodzą w dialogi przyjmując bardzo minimalistyczną strategię działania. Kontrapunkty tuby wprawiają, że flow niespodziewanie narasta.

Wreszcie wielki finał albumu, zbudowany zarówno z silnie eksponowanych, zwłaszcza w pierwszej części, nagrań terenowych, jak wielowątkowej, dętej dyskusji. Akustyka ma tu w sobie dużo pokrętnej dynamiki, wszakże stół mikserski sprawia, iż opowieść raz za razem napotyka na intrygujące rafy dramaturgiczne. W połowie utworu czeka nas mroczne interludium, po którym do gry chodzi rytm, który po płynnym przejściu do utworu siódmego rządzi i dzieli na wyimaginowanej scenie. Wciąż powracają jednak tajemnicze wokale, które niczym grecki chór zalewają nas potokiem pytań retorycznych.

 

LIKΣN La Toute Multiple (Carton Records, CD/2LP 2026). Quentin Coppalle - flet & piccolo flet, Ariane Bacquet – obój, rożek angielski, Xavière Fertin - Bb clarinet, Loïc Vergnaux – klarnet basowy, Jean Wagner – rożek francuski, Timothée Quost – trąbka, kompozycja, Fanny Méteier – tuba, Paul Alkhallaf - mixing desk, feedback & no input oraz Léo Margue – dyrygent. Nagrane w le phare à lucioles, czas nieoznaczony. Siedem utworów, 55 minut.



wtorek, 20 października 2026

Centrifugal Quartet feat. Jeb Bishop, Mia Dyberg, Antonio Borghini & Michael Griener play Industry!


Najpierw było Centrifugal Trio, bazujące na brzmieniu puzonu, kontrabasu i perkusji. Potem pomysłodawca przedsięwzięcia, Jeb Bishop, wpadł na niebanalny pomysł, by formułę ansamblu rozbudować do kwartetu, a elementem dodatkowym uczynić soczyste, ale lekkie brzmienie saksofonu altowego.

Historia kwartetów na dwa dęciaki i sekcje rytmu bez instrumentu harmonicznego ma swój początek w niepowtarzalnych dziełach Ornette Colemana. Dziś do tego wątku muzycznej narracji dopisujemy kolejną formację - Centrifugal Quartet. Ich koncertowe dzieło z Berlina składa się z czterech opowieści, z których każda kolejna jest dłuższa od poprzedniej – od sześciu minut na początek do prawie dwóch kwadransów na koniec.

  


Artyści rozpoczynają improwizowaną podróż kolektywnym strumieniem umiarkowanie spokojnych dźwięków. Pachnie post-jazzem obleczonym zwiewną powłoką wytrawnej kameralistyki. Z czasem akcja nabiera tempa - muzycy posuwają się marszowym krokiem mając pod kontrolą każdą frazę, tudzież rozliczne, dramaturgiczne zakamarki. Groove sekcji udanie koreluje tu z melodią i śpiewem dęciaków. Puenta utworu wydaje się z kolei odrobinę zbyt balladowa. Początek drugiej opowieści ma swoją dynamikę, swingowy anturaż i bardzo swobodne podejście do niemal każdej frazy. Szczególnie podobać się może smyczkowe interludium, które bierze w nawias jazzowe inklinacje pozostałych instrumentów. Być może to nowa tradycja, ale zakończenie utworu znów nosi znamiona ballady.

Kolejną przygodę – tu już ponad 20-minutową - inauguruje dęty duet. Sekcja wchodzi po dłuższej chwili porcją dość dynamicznej, swingowej ornamentyki. Kwartet dobrze kontroluje tempo, ale pomiędzy saksofonem i puzonem iskrzy coraz ciekawiej. Rozbudowana formuła utworu pozwala na kilka akcji w podgrupach – od solowego expose kontrabasu, przez preparowany duet sekcji rytmu, po sytuacje trzyosobowe. Finał? Oczywiście znów jest bardzo przytłumiony.

Ostatnia opowieść rodzi sie w znoju mrocznych, preparowanych fraz, z istotną rolą smyczka. Po sekwencji otwarcia sekcja rysuje zgrabny groove, a dęte tańczą i śpiewają. Tu również zostaje dużo przestrzeni na akcje w podgrupach, zarówno te bardzo kameralne, jak i te całkiem ekspresyjne. Pod koniec muzyce sugerują farewell song, ale gdzieś w środku kłębi się jeszcze finałowa porcja emocji. Kilka radosnych podskoków w swingującym tempie i łagodne opadanie.

 

Centrifugal Quartet feat. Jeb Bishop, Mia Dyberg, Antonio Borghini & Michael Griener Industry (FSR Records, CD 2026). Jeb Bishop – puzon, Mia Dyberg – saksofon, Antonio Borghini – kontrabas oraz Michael Griener – perkusja. Nagranie koncertowe, Industriesalon Schöneweide, Berlin, wrzesień 2022. Cztery utwory, 66 minut.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.com I tamże została pierwotnie opublikowana



piątek, 16 października 2026

Matthias Muche’ Bonecrasher play Densities!


Kontynuujemy spotkania z artystami, których spotkaliśmy w tym miesiącu na spontanicznym feście w Poznaniu.

Puzonistę Matthiasa Muche widzieliśmy w Dragonie w kwartecie ad hoc oraz macierzystej formacji T.ON. Dziś sięgamy na najnowsze nagranie jego dużej formacji Bonecrasher (tylko puzony i perkusjonalia), w której składzie odnajdujemy kolejnych muzyków, których pamiętamy sprzed kilkunastu dni – puzonistę Matthiasa Müllera i perkusjonalistę Etienne Nillesena.

Śmiało wkraczamy w świat współczesnej muzyki komponowanej, tu uformowanej w cztery smakowite opowieści, które skrzą się mnóstwem fantastycznych blaszanych brzmień i drgających membran. Za dwie z nich opowiada lider formacji, jedną przygotował Müller, a ta czwarta, to transkrypcja multitrackowej kompozycji solowej na puzon autorstwa nieodżałowanego Johannesa Bauera.

  


Na starcie puzony leniwie budzą się do życia, nieśmiało formują dron, ale korzystają jeszcze z plastrów ciszy. Z czasem ich ekspozycja przyjmuje formę rezonującego strumienia, który drży, wydaje się delikatnie rozdygotany, a u jego podnóża snuje się ulotna warstwa śpiewających werbli Nillesena. Opowieść pęcznieje bez nadmiernego pośpiechu, sukcesywnie rozwarstwia się. Każdy z puzonistów ma do zagrania podobną frazę, ale i całkowitą dowolność w zakresie tempa, w jakim wydaje dźwięki. Całość przypomina rozblask porannego słońca, ale też metaliczny klangor w locie w wnoszącym.

W drugim utworze dyscyplina wykonawcza sprawia, iż założenia kompozytorskie są w pełni realizowane, a ekspresja czai się za wielką kurtyną. Najpierw pojedyncze westchnienia, rodzaj uporządkowanej gry w pytania i odpowiedzi. Także garść mikro melodii, które snują się wokół. Jęki, pokrzykiwania, wdechy i wydechy z czasem formują się linearna opowieść, która nabiera podskórnej taneczności, wzmagana rezonującymi akcjami wprost z werbli. Ta urokliwa kołysanka ma zaskakująco radosną, melodyjną puentę.

Trzecia odsłona, najkrótsza na płycie, to pokaz puzonowej mikrotonalności. Narracja ma tu wiele twarzy - początkowo wydaje się dość filigranowa, potem staje się uroczym glissandowym chórem. Incydentalnie bywa mroczna, przypomina ciemną stronę Święta Wiosny. A werble nieustannie śpiewają stawiając dramaturgiczne znaki zapytania.

Czwarta opowieść, choć stanowi interpretację solowej kompozycji na puzon, zdaje się mienić wszystkimi kolorami tęczy, jest epicka, definitywnie wielowątkowa. Od precyzyjnie skodyfikowanych wdechów i wydechów, po feerie radosnych okrzyków. W okolicach siódmej minuty napotykamy na wyjątkowe zjawiskowe interludium szumów i martwych westchnień puzonów, które idealnie lepią z dźwiękami werbli. W okolicach dziesiątej minuty narracja przybiera formę fanfarową, jakby Marsz Weselny łączył się z brzmieniem … nalotu dywanowego. W końcu radosna puenta, która kojarzy się bluesową biesiadą, choć wybrzmiewa w zdecydowanie mrocznej aurze.

 

Matthias Muche’ Bonecrasher Densities - for 12 trombones & percussion (ezz-thetics now series by Hat Hut Records, CD 2026). Matthias Muche, Matthias Müller, Adrian Prost, Carlotta Armbruster, Daniel Riegler, Jeb Bishop, Maria Trautmann, Matthias Schuller, Maximilian Wehner, Moritz Anthes; Moritz Wesp i Till Künkler – puzony oraz Etienne Nillesen – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Fattoria Musica, maj 2025. Cztery kompozycje: : #1/ #2 by Matthias Muche, #3 by Matthias Müller, #4 by Johannes Bauer. Łącznie 45 minut.



 

wtorek, 13 października 2026

Colin Webster, Camila Nebbia & Matthew Grigg play at ad-lib!


Pozostajemy na łamach Trybuny w towarzystwie artystów, który uczestniczyli w ostatnim zlocie spontanicznych szaleńców, jaki miał miejsce w pierwszy weekend października w Poznaniu.

Dziś sięgamy po najnowsze nagranie festiwalowego rezydenta, saksofonisty Colina Webstera i gitarzysty Matthew Grigga. Ten pierwszy zagrał na Spontaneous Music Festival każdego dnia imprezy, ten drugi jedynie w dniu ostatnim, ale za to dwukrotnie. Dodajmy, iż obaj współtworzyli kompulsywny Large Ensemble, który zwieńczył wydarzenie. Przed nami nagranie w trio, albowiem Anglikom towarzyszy argentyńska saksofonistka Camilla Nebbia.

  


Nagranie koncertowe z Zachodniego Londynu jest krótkie, wypełnia jedynie pierwszą stronę czarnego krążka. Inauguracja wydaje się wyjątkowo wietrzna – tuby saksofonów syczą, elektryczna gitara szeleści. Ów soniczny strumień systematycznie nabiera masy właściwej, a w jego wnętrzu zaczynają pojawiać się pierwsze okruchy melodii. Saksofony ochoczo wchodzą w dialog, z kolei gitara szuka cienia i zaskakująco szybko przenosi się do sfery mrocznego ambientu. Bez zbędnej zwłoki narracja odradza się, ale jej wątki są na ogół krótkie - umierają i rodzą się niczym mityczne hydry.

W okolicach dziesiątej minuty trio ponownie odnajduje ciszę. Po chwili zadumy powstaje nowa opowieść, która zdaje się teraz płynąć z samego dna. Saksofony zaczynają skrzeczeć, gitara post-rytmicznie dygotać. Po kilku minutach improwizacja znów grzęźnie w mrocznym zaułku, zdobiona rezonującymi frazami obu saksofonów. Wilgotne, dęte podmuchy ścielą się na ambientowym podłożu. Pojawiają się melodie, tym razem bardziej wyraziste, ale też ujmująco szorstkie. Trio wspina się na finałowy szczyt i gaśnie nagle, jakby publiczność była tu jedynie iluzją.

 

Colin Webster, Camila Nebbia & Matthew Grigg ad-lib (Unknown Tongue, LP 2026). Colin Webster – saksofon barytonowy, Camila Nebbia – saksofon tenorowy oraz Matthew Grigg – gitara, amplifikator. Nagrane w ramach Improvised Music Concert Series Ad Lib, Londyn, Lipiec 2025. Jedna improwizacja, 24 minuty.



piątek, 9 października 2026

Etienne Nillesen in Twee!


Nie milkną echa spontanicznych, festiwalowych zmagań w Poznaniu. W głowie i uszach wciąż mamy tysiące wspaniałych dźwięków, jakie docierały do nas w trakcie czterech dni imprezy. Podobnie z obrazami, jakie zapisały się w pamięci.

Ten jeden był ze wszech miar szczególny. Jeden artysta, przed nim dwa werble, a w dłoniach dwie filigranowe pałeczki zakończone plastikowymi kulkami. Muzyk kręci nimi pętle wydobywając z glazury werbli niebywałe, dronowe ekspozycje, która wzajemnie się przeplatają, nie mając początku, ani tym bardziej końca.

Panie i Panowie, Etienne Nillesen!

  


Gdybyśmy tego nie widzieli na dragonowej scenie, być może nie uwierzylibyśmy, że najnowsza płyta tego artysty, to w pełni akustyczne przedsięwzięcie, zbudowane dokładnie tak, jak opisano powyżej.

Przypomina oniryczny, rezonujący śpiew ptaków o mrocznym poranku. Wszystko delikatnie wibruje, tworzy jednolity strumień fonii, który ma zmienną intensywność w zależności od siły nacisku pałeczki, a także z uwagi na fakt, iż incydentalnie muzyk śpiewa tylko jedną pałeczką. To prąd leniwej rzeki, którą kołysze wiatr. Dwie pętle rysowane na separatywnych werblach przenikają się wzajemnie, uzupełniają, niekiedy zaczepiają. Ta jednorodna, pozornie monotonna piosenka porywa nasze zmysły, a gdy zamkniemy oczy, jesteśmy w stanie odpłynąć z nią w drogę, z której nie ma powrotu.

Upiornie piękna medytacja ma posmak analogowej elektroniki, ale wiemy doskonale, że to tylko złudzenie. Ma też swój wewnętrzny rytm, jest wielkim powtórzeniem, minimalistyczną repetycją. Każda pętla kreśli ulotną mikro melodię, niczym fale oceanu niesionego wiatrem wodnego bezkresu. Trzydzieści pięć minut mija jak chwila zatracenia. Pozostaje jedynie wcisnąć klawisz repeat.

 

Etienne Nillesen Twee (Sofa Music, CD 2026). Etienne Nillesen - extended snare drums. Nagrane w Chamber Music Hall Deutschlandfunk, Kolonia, listopad 2025. Jeden utwór, 35 minut.