wtorek, 7 kwietnia 2026

Ward & Nadien in Voracity!


Brytyjski gitarzysta i klarnecista Alex Ward, to stały bywalec tych łamów, zatem bez zbędnych introdukcji przystępujemy do omówienia jego najnowszego albumu. Tym razem poczynionego w duecie z młodszym o dekadę drummerem Jamesem Paulem Nadienem.

Jak zwykle w przypadku Alexa dostajemy impro-rockowe eksplozje na gitarze elektrycznej i swobodnie improwizowane, post-kameralne zawijasy na klarnecie. Sam miód, istotnie wardowska klasyka. Świetnie w tym tyglu jakości odnajduje się młody perkusista.

  


Pierwsza odsłona albumu, to prawdziwy dynamit. Prawie kwadrans soczystych emocji nasączonych mocnym prądem gitary i wszędobylską, zwinną circle drums. Gęsta narracja miewa tu chwile okazjonalnego wystudzenia, ale to raczej psychodeliczne podskoki na jednej nodze, niż zagłębianie się w meandrach ciszy. Duet na wydechu to już czysta ekspresja, animal power. Tuż przed końcem muzyków dopada drobna, oniryczna flauta, która okazuje się jedynie pretekstem do spazmatycznego zakończenia.

Dwa kolejne utwory bazują na zwinnym klarnecie. Od subtelnych short-cuts po perwersyjne zaklinanie stada jadowitych węży. Perkusja jest tu zawsze pod ręką, świetnie kontrapunktuje, gdy trzeba dolewa do baku kolejne porcje oktanów. Połamane tańce z fikuśną melodyką nie mają zatem końca. W połowie pierwszej z klarnetowych opowieści mamy przystanek, podczas którego dźwięki pławią się w rezonansie. Po chwili muzycy odzyskują wigor, idą w tango, ale nie przestają kołysać się na silnym wietrze. Trzecia na płycie, a druga klarnetowa historia jest zwarta w formie i stawia na dynamikę interakcji. Tu szczególnie urokliwe wydaje się samo zakończenie - z galopu wprost w ciszę pojedynczych fraz.

W czwartej improwizacji powraca gitara i do pary z dynamiczną perkusją rozstawia nas po katach. Najpierw brzmi jak bas, potem jak fussion jazzowa petarda, w końcu kona o ogniu ponadgatunkowych konotacji. Stylistycznie muzycy zaczynają od niemal 2stepowego punka, a kończą w chmurze gitarowych i perkusjonalnych preparacji. Na wielki finał albumu powraca klarnet. Pierwsze dźwięki docierają z głębin ciszy, są delikatne, ale preparowane, brudne, zakurzone. Artyści znów zaklinają węża, otaczają go oparami mglistej psychodelii. Opowieść nabiera dynamiki sukcesywnie. Najpierw perkusista (ciągle preparując), potem klarnecista budują tempo, które dość szybko jednak gubią. Odnajdują ukojenie w chmurze rezonansu, a potem niemal ciszy. Kameralny powrót do aktywności trwa tu parę chwil i wieńczy album kilkoma radosnymi podskokami.


Alex Ward & James Paul Nadien Voracity (Copepod, DL 2026). Alex Ward - gitara (utwory 1, 4), klarnet (2, 3, 5) oraz James Paul Nadien – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Londynie, sierpień 2025. Pięć utworów, 57 minut.

 

 

piątek, 3 kwietnia 2026

Ewen, Smith & Walter play without the title!


W bogobojny dla niektórych piątek wrzucamy do odtwarzacza wyjątkowo gorące nagranie. Sandy Ewen na gitarze elektrycznej, Damon Smith na kontrabasie i Weasel Walter na instrumentach perkusyjnych, to amerykańskie trio, które śmiało zasługuje na miano power, choć rozumiane bardzo pokrętnie i raczej niestandardowo. Zapowiada się naprawdę niebagatelna przygoda. Bierzemy głęboki oddech i odlatujemy!

 


Pierwsza z siedmiu improwizacji jest najdłuższa, trwa ponad kwadrans i bodaj jako jedyna miewa chwile wytchnienia, zdjęcia nogi z gazu, próby łapania dramaturgicznego dystansu. Tak, czy inaczej kontrabas stawia tu stemple własną krwią, gitara tonie w onirycznej chmurze czegoś, co w ułamku sekundy może stać się paliwem atomowym, a perkusja (tu zwana perkusjonaliami, nie wiedzieć czemu) krąży wokół niczym szarańcza i zawłaszcza przestrzeń gęstej, jak wulkaniczna lawa narracji. Muzycy doskonale kontrolują jednak poziom intensywności. Gdy tylko zbliżają się do stadium hałasu, biorą głęboki oddech i pochylają się nad pojedynczym dźwiękiem, bo w tej demonicznej narracji liczy się każdy szczegół, a każdy fraza zdaje się pasować do pozostałych, jak elementy puzzle’a.

W drugiej opowieści muzycy przechodzą suchą stopą od porcji szumów i chropowatych szelestów do ekspozycji o niemal post-industrialnym posmaku. Ów kolektywny spazm sprawia, iż bywają tu momenty, gdy nie jesteśmy w stanie wskazać źródła danego dźwięku. W trzeciej części, mimo, iż gra spoczywa na brzmieniu smyczka, narracja staje się jeszcze bardziej intensywna – ciało w ciało, bez chwili zastanowienia, czy przestrzeni na refleksje. Perkusja wpada w galop, gitara sprzęga suchym powietrzem, kontrabas bliski jest noise possition. W kolejnej ekspozycji, tu huśtawce definitywnie mrocznych emocji, panoszą się porcje szmerów, metalicznych obcierek, czy prądu, który ścieka z gryfu gitary. Muzycy skaczą sobie do gardeł, ale wciąż pozostają w przyjacielskich relacjach.

Gdy wydaje się, że wszystko już wiemy o tym albumie, w części piątej i szóstej artyści dokładają nowe elementy, sprawiające, iż nasz dotychczasowy, duży już zachwyt przybiera jeszcze bardziej monstrualne rozmiary. Piątą przypowieść otwiera rozwibrowany, wysoko posadowiony smyczek. Jego melodia boli, podobnie jak kolejne spazmy perkusji. Gitara tonie w post-psychodelii, pozornie jest tu najmniej dotkliwym fonicznie atrybutem improwizacji. Tempo rośnie, każdy zakręt grozi śmiercią lub trwałym kalectwem. W szóstej części smyczek kreuje nowy gatunek muzyczny – to heavy barok! Artyści brną teraz w gęstym mule bagiennym, a każda akcja wymaga kolejnego napięcia mięśni. Przez moment zastygają w mrocznej mgle, to chyba najpiękniejszy moment tego albumu. To cisza, która buzuje post-hałasem. Nie po raz pierwszy perkusja sprawia jednak, że improwizacja dostaje kolejne życie.

Ostatnia opowieść w fazie początkowej wydaje się zagadkowo delikatna, wręcz spokojna. Muzycy z mozołem kręcą kolejne spirale narracji, jakby toczyli wielki kamień pod niekończącą się górę. Smyczek śpiewa żałobną pieśń pozostając w pozycji na kolanach, gitara krzyczy wraz z nim, a perkusja dynamicznie dygocze z emocji. Ostatnie dwadzieścia sekund płyty, to oddech konania.

 

Ewen/ Smith/ Walter Untitled (Balance Point Acoustic, CD 2026). Sandy Ewen – gitara, Damon Smith – kontrabas oraz Weasel Walter – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Cloud Recordings, Collinsville, USA, listopad 2025. Siedem improwizacji, 62 minuty.

 

 

wtorek, 31 marca 2026

LDL in the eerie glow of jellyfish!


Znamienici szwajcarscy improwizatorzy, saksofonista Urs Leimgruber i pianista Jacques Demierre, współpracują ze sobą od lat, a szczególną atencją darzą kooperacje trzyosobowe. Najbardziej w tej formule uznane albumy poczynili z amerykańskim kontrabasistą Barre Philipsem. Równie spektakularne z austriackim mistrzem analogowej elektroniki Thomasem Lehnem. To drugie trio zwie się LDL, a jego najnowszą płytę dostarcza amerykański Relative Pitch Records.

 


Improwizacja otwarcia trwa mniej niż pięć minut. Każdy dźwięk dobywa się tu z ciszy, jest filigranowy i niezobowiązujący, zarówno ten z wnętrza szpinetu, jak i dna saksofonowej tuby, czy pojedynczego kabla syntezatorowa. Muzycy przypominają zgraję pasikoników, które upajają się górskim słońcem.

Wejście w drugą część koncertu nosi już znamiona działania bardziej energicznego. Artyści wciąż dbają o szczegóły, o urok każdej frazy, ale energia wewnętrzna pcha ich ku bardziej intensywnym akcjom. Każdy na swój sposób preparuje instrument, choć całość wydaje się pozostawać zaskakująco przejrzystym strumieniem fonii. Pianista sięga do strun szpinetu, elektronik tańczy jak baletnica, choć jego akcesoria wydają się najmniej podatne na kreowanie ulotnych fraz. Saksofonista wyciąga głowę ku niebu, śpiewając całkiem melodyjnie. Z czasem owo dramaturgiczne rozkołysanie nabiera intensywności - najpierw przybywa masy, potem rośnie tempo. W coraz gęstszej magmie elektroakustyki sopran miewa problemy, by przebić się przez ogrom dźwięków, jakie produkują szpinet i syntezator. Tymczasem w połowie ekspozycji natrafiamy na śródlądową flautę, w trakcie której najbardziej delikatna zdaje się być … elektronika. Po powrocie na łono ekspresji szczególnie urokliwie frazuje pianista - wprost z klawiatury nuci demoniczny post-barok. Instrumenty lepią się teraz do siebie, najpierw tworząc strugę gęstego post-ambientu, potem dzieląc się na bardziej separatywne ośrodki fonii. Rozbudowana i hałaśliwa improwizacja zostaje perfekcyjnie ugaszona niemal do pojedynczego dźwięku.

Trzecia, najdłuższa opowieść w fazie prenatalnej jest mroczna, lepiona z szumu, dętych pomruków i rezonujących obłoków. Ze stoickim spokojem artyści zawiązują pierwsze akcje zaczepne, intensywniej oddychają, zaczynają wpadać w drobne turbulencje. Wejście na szczyt jest szybkie, całkiem efektowe, podobnie jak droga powrotna, która bez udziału saksofonu przebiera intrygujące, perkusjonalne barwy. Powrót dętego do gry zostaje podkreślony dźwiękami głosowymi, które zdają się również dochodzić z wnętrza instrumentu. Mniej więcej w połowie improwizacji muzycy, nieustannie kołysząc się na wietrze, dostarczają kilku zaskakujących dźwięków, które trudno przypisać komukolwiek z nich. W fazie schyłkowej utworu saksofon sugeruje melodię, ale szpinet i syntezator zgłaszają zdanie odmienne. W efekcie trio znów wspina się dramaturgiczne wzniesienie, po czym strumieniem short-cuts osiąga szczęśliwy finał podróży.

 

LDL (Urs Leimgruber, Jacques Demierre, Thomas Lehn) The Eerie Glow of Jellyfish (Relative Pitch, CD 2026). Urs Leimgruber – saksofon sopranowy, Jacques Demierre - amplifikowany szpinet oraz Thomas Lehn – syntezator analogowy, sound processing. Nagrane w trakcie Kaleidophon Festival, Ulrichsberg, Austria, kwiecień 2024. Pięć improwizacji w trzech częściach, 48 minut.

 

 

piątek, 27 marca 2026

The March’ Round-up: Dead Neanderthals! Hz of Gold! Kneer & van Veenendaal! Veins of Rain! Beliah! MMBTUPM! Petyaev & Petyaev!


Najwyższy czas ma marcową zbiorówkę! Osiem nowych albumów, tyleż wykwintnych i ciętych jak brzytwa recenzji! To nasz ulubiony moment w codziennym, trybunowym znoju pisarskim!

Ponadgatunkowy tygiel improwizowanych emocji czeka na Wasz odczyt, a albumy na odsłuch po stosownych zakupach. Zaczniemy od mistrzów heavy jazzu, którzy dziś śmiało zasługują na miano syntetycznych post-metalowców, czyli Dead Neanderthals, prawdziwy kwiat holenderskiej post-młodzieży. Potem czeka nas swobodnie improwizowana wizyta w Berlinie, ale spotkanie cokolwiek amerykańskie, w dalszej kolejności wątki holendersko-niemieckie, japońsko-amerykańskie, francuskie, choć z ziemi nam ojczystej, estońskie, a na koniec pakiet dobrego jazzu z kraju, który od czterech lat nie ma flagi.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Dead Neanderthals Evocations/ DEMO MMXXV (Bandcamp’ self-release, DL 2025/26)

White Noise Studio, Nijmegen, Holandia: Otto Kokke – syntezator oraz Rene Aquarius – perkusja. Łącznie pięć utworów, 39 minut.

W życiu pewne są trzy rzeczy – śmierć, podatki i … sylwestrowa ep-ka Kokke i Aquariusa! A tym razem nawet dwie ep-ki, albowiem do dwóch grudniowych, długich opowieści, kilka dni później artyści dołączyli jeszcze trzy krótkie muzyczne petardy.

Pierwsze dwa wielominutowe utwory, to ortodoksyjny minimalizm - jednostajny beat perkusji i stojąca plama skwierczącego, sfuzzowanego niczym gitara syntezatora. To dwie martwe ballady, które zdają się przygasać z każdym kolejnym, monotonnym uderzeniem perkusji, ale to przygasanie trwa w nieskończoność. Efekt wbija nas w fotel i wywraca perspektywę dnia aż do jego marnego końca. Trzy krótsze utwory z DEMO sytuują się intrygująco blisko estetyki rockowej. Niczym walec brną do przodu, mają zdecydowanie bardziej urozmaiconą dramaturgię. Blisko im do doom metalu, we wnętrzach którego mości się tajemnicza, zła melodia, jak ten głos z offu, który wieńczy trzecią z nich.

  


Devin Gray, Andrea Parkins & Frank Gratkowski Hz of Gold (Rataplan Records, CD 2026)

Lowswing Studios, Berlin, maj 2021: Andrea Parkins – elektronika, akordeon, wurlitzer, Frank Gratkowski – saksofon, flet, klarnet oraz Devin Gray – perkusja, instrumenty perkusyjne, herz. Jedenaście utworów, 45 minut.

Przed nami dalece intrygujące spotkanie berlińskie, poczynione w dwóch trzecich siłami amerykańskimi. Mniej nam znany drummer w roli inicjatora wydarzenia, które zaistniało w okolicznościach studyjnych prawie pięć lat temu i dwie legendy muzyki kreatywnej z obu stron Wielkiej Wody. Album dostarcza dużo zmyślnie pokomplikowanej akustyki, która raz za razem dostaje się w szpony elektroniki, a także … psychodelicznego wurlitzera.

Pierwsze trzy opowieści trwają prawie dwadzieścia minut i zdają się konstytuować jakość całego przedsięwzięcia. Od dronowej, powłóczystej, post-ambientowej ekspozycji budowanej pomrukami klarnetu basowego, plamami akordeonu i głęboko osadzonym drummingiem, po nerwowe post-ballady topione w onirycznej flaucie. W szprychach akustycznych instrumentów często panoszy się elektronika, także w formie live proccesingu. W pierwszej fazie albumu Parkins często sięga po elektryczne klawisze i udanie reasumuje wyczyny partnerów posmakiem fussion jazzu. Z akordeonu, z którym kojarzymy ją z dawnych lat, częściej korzysta w drugiej połowie albumu. Gratkowski tradycyjnie pracuje na trzech instrumentach, z których bodaj flet wchodzi w najbardziej zaskakujące intrygi. O dramaturgię całości najczęściej dba Gray, który bywa tu świetnym aktorem drugiego planu, ale też chętnie inicjuje akcje zaczepne, szczególnie w początkowych fazach utworów. Finałowa odsłona bazuje na melodii klarnetu basowego, która przypomina filmowe dokonania pewnego artysty z naszej części świata.

 


Meinrad Kneer & Albert van Veenendaal The Munderkingen Sessions / Part 2 (Evil Rabbit, CD 2025)

Secret House Studio, Amsterdam, Luty 2024: Meinrad Kneer – kontrabas oraz Albert van Veenendaal – fortepian. Siedemnaście utworów, 48 minut.

Niemiecki kontrabasista i holenderski pianista to starzy dobrzy znajomi, którzy raz na jakiś czas wracają do siebie i klecą intrygujące, duetowe opowieści. Na swój nowy album przygotowali ich aż siedemnaście – trwających od niewiele ponad minutę do niespełna pięciu. Każdorazowo mają ciekawy pomysł na improwizację, zadaną technikę frazowania, tudzież niebanalną puentę. Być może pomysłów jak na jeden album jest tu zbyt dużo, być może niektóre wątki dramaturgicznie wartoby rozwinąć w dłuższe formy. Całość wszakże tylko nieznacznie przekracza trzy kwadranse i daje się lubić w każdym momencie.

Artyści otwierają i zamykają album w podobnym klimacie budowanym post-klasycznym, melodyjnym pianem i kameralnym, kontrabasowym smyczkiem, nasączonym odpowiednią dawką emocji i śpiewnej artykulacji. W tak zwanym międzyczasie zdają się szyć swoje opowieści dwutorowo. Z jednej strony post-jazzowe narracje, mające na ogół dobre tempo, zwinne improwizacje i pewną zdrową taneczność, z drugiej, najczęściej w utworach parzystych, preparowana kameralistyka. Pianista jest bardzo oszczędny w formule inside piano, ale wydaje się przez to szczególnie precyzyjny i kreatywny. Kontrabasista ze smyczkiem pod pachą, to prawdziwy mistrz suspensu i brzmieniowych subtelności. Szczególnie urocze pod tym względem są improwizacje szósta i dwunasta, doposażone tajemniczym i nieskrywanym skutkiem.

 


Masayo Koketsu & Nava Dunkelman Veins of Rain (Relative Pitch, CD 2026)

GSI Studios, Nowy Jork, kwiecień 2023: Masayo Koketsu – saksofon altowy oraz Nava Dunkelman – instrumenty perkusyjne. Dziewięć improwizacji, 45 minut.

Czas na japońskie spotkanie w zdecydowanie nowojorskich okolicznościach. Saksofonistkę poznaliśmy całkiem niedawno z bardzo udanej płyty solowej, z kolei perkusistka, to artystka wielu talentów i stylistycznych proweniencji, szczególnie dobrze sytuująca się w okolicznościach duetowych. Panie stawiają na kontrolowany open jazz, zdają się przejawiać sporą skłonność do autorefleksji i dramaturgiczną niezgodę na jakikolwiek pośpiech.

Artystki, szczególnie w początkowej fazie albumu, plotą swoje opowieści z zastygłych, ale gęstych i niekiedy lepkich melodii oraz szumu perkusjonalii, które okazjonalnie łapią rezonans i przechodzą do fazy wystudzonego drummingu. Bodaj w piątej opowieści z drobiazgów konstruują intrygę, która niespodziewanie smakuje nieśmiertelnym Aylerem. Ów zaczyn czegoś bardziej energetycznego pcha improwizację na tory nieco większej ekspresji. Teraz wystarczy ledwie krok, by z pozycji medytujących oddać się bez reszty wirowi czegoś, co okazjonalnie przybiera formę całkiem soczystego free jazzu. Nie inaczej dzieje się w trakcie ostatniej, ponad dziesięciominutowej opowieści - od rytuału smutnej melodii i talerzowego renesansu, po w pełni kontrolowany wybuch ekspresji, spuentowany szczyptą czegoś odrobinę folkowego.

  


Sebastien Beliah Tout corps vibrant (Bandcamp’ self-release, CD 2026)

Ambasada Muzyki Tradycyjnej, Warszawa, lipiec 2025: Sébastien Beliah – kontrabas, talerz, harmonika, grzechotka. Dziesięć utworów, 38 minut.

Solowa propozycja francuskiego artysty, od lat związanego z polską sceną muzyczną, to ciekawy przykład kontrabasowej improwizacji wzbogaconej multiinstrumentalną powłoką folkowej taneczności, bardzo swobodnej pod względem narracyjnym i artystycznie bezpretensjonalnej. Album jest krótki, zwarty, dobrze udramatyzowany, zbudowany z siedmiu kilkuminutowych opowieści z treścią i trzech kilkudziesięciosekundowych miniatur zwanych tu Gamelan-interlude.

Beliah od startu buduje tu dwa wątki – używa perkusyjnego talerza, wzbudzając rezonans, a potem kreując drummingową narrację i jednocześnie frazuje na strunach kontrabasu, stosując obie techniki gry, ale częściej sięgając po smyczek. Szybko włącza do dobrze zaplanowanej improwizacji atrybut rytmu i zdaje się być mu wierny do końca albumu. Gdy trzeba schodzi nisko na kolanach, bywa, że radośnie tańczy ze smyczkiem. Nie stroni od kameralnych rozwiązań, lubi minimalizm, zdecydowanie nastawiony jest na wyrazistość muzycznego przekazu. Najciekawiej robi się w drugiej połowie albumu. W szóstej części masywne pizzicato brzmi jak kroki nieznajomego, a filmowość momentu podkreśla melodia harmonijki. W siódmej odsłonie rolę odpowiedzialnej za rytm niepodziewanie przejmuje grzechotka. W ósmej smyczek skacze po strunach, a całość przypomina urokliwą repetytywność Different Trains Reicha. W dziewiątej części drobne zaskoczenie – rozśpiewany smyczek sięga po niemal post-barokową estetykę. Album wieńczy pożegnalna, na poły relaksacyjna, melodyjna opowieść utrzymana w stylistyce post-jazzu.

 


MMBTUPM Meditation Music Beyond The Unsleeping Psychopathic Mind (Hidden Harmony, LP 2026)

Threshold Studios, Hamilton, Ontario, Kanada, czas nieznany: Annie Shaw – instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Sarah Good - instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Nadah El Shazly - instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Adam Kinner – saksofon tenorowy, Connor Bennett – saksofon sopranowy, Devin Brahja Waldman - syntezator, saksofon altowy, Vicky Mettler – gitara, Alexei Orechin – gitara, Daniel Gélinas – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Philippe Melanson - perkusja, instrumenty perkusyjne. Cztery utwory, 41 minut.

Formacja odpowiedzialna za ten album śmiało może startować w konkursie na najdłuższą nazwę (szczęśliwie używa też skrótu). Jej nagranie zarejestrowano w Kanadzie, wydawcą jest estoński label (debiut na Trybunie), a towarzystwo muzyków definitywnie międzynarodowe – oto współczesny świat muzyki kreatywnej! Tak trzymać!

Na płycie zamieszono cztery improwizacje, budowane leniwie, z dbałością o bogatą instrumentację, których klimat doskonale opisuje sam tytuł albumu i nazwa grupy. A zatem rodzaj medytacji, klejonej warstwa po warstwie, od onirycznej, elektroakustycznej flauty uformowanej w swobodny dron, po rozbudowaną, linearną opowieść, która ma swój rytm niesiony saksofonowym śpiewem i intrygujący, post-psychodeliczny background armii instrumentów klawiszowych i syntezatorów. Szczególnie ciekawie brzmi to w drugiej i trzeciej odsłonie. W tej drugiej kwaśne klawisze i nieco demoniczna wokaliza, niekiedy multifoniczna, wyprowadza nas na otwartą przestrzeń, w której bylibyśmy zginęli bez wieści, gdy nie rytm i dęciak doprowadzający do szczęśliwego zakończenia. W trzeciej, najdłuższej opowieści na miano najciekawszego momentu albumu zasługuje wielominutowa, ambientowa plama szyta najpierw wokalizami, a potem zachrypniętymi saksofonami. Od zbiorowego lamentu, po kojące repetycje gitar.

  



Peter Petyaev The Burning Love of God (for Himself) (Bandcamp’ self-release, DL 2026)

ROMT Recordings Studio, lipiec 2024: Peter Petyaev – saksofon tenorowy, barytonowy I sopranowy, Ksenia Savchenko – kontrabas oraz Eugene Pechenkin – perkusja. Jedenaście utworów, 44 minuty.

Petyaev-Petyaev Incomparable Greatness (No Name 666, DL 2026)

Vintage Records Studio, maj 2023: Peter Petyaev – saksofon, Pavel Petyaev – gitara (1-4), Victor Konovalov – klarnet, trąbka (3-5), Maxim Bezhenov – saksofon (2-5), Slava Burlakov – instrumenty klawiszowe, Ivan Bashilov – bas elektryczny (2-4) oraz Piotr Talalai – perkusja. Pięć utworów, 49 minut.

Na zakończenie marcowej zbiorówki podwójna porcja wytrawnego jazzu. Za obie odpowiada ten sam artysta - w pierwszej pławi się w spuściźnie free jazzu i fire music, w drugiej sięga po atrybuty kwaśnego fussion. Oba danie strawne, dobrze doprawione, a czas płynie przy nich wartko i definitywnie nienudną strugą.

Szczególnie udany wydaje się album nagrany w trio. Dedykacje dla legend gatunku, szorstki, wyrazisty sound saksofonu i świetna robota sekcji rytmu, która gra w poprzek, ma w nosie tradycję i iskrzy kreatywnością na każdym kroku – zwłaszcza, gdy w dłoniach kontrabasistki ląduje dobrze naostrzony smyczek. Pośród klasyków najbardziej do gustu przypaść może hommage dla Brotzmanna, a zaraz potem dla Wrighta, w każdym przypadku z drobną estetyczną woltą. Na koniec lider przedsięwzięcia dedykuje utwór bratu, a potem samemu sobie. Ten rodzaj autoironii dodaje smaku całemu albumowi.

Z rzeczonym bratem saksofonista tworzy ansambl Petyaev-Petyaev i w nieco bardziej rozbudowanym składzie (incydentalnie nawet septetowym) rusza na podbój elektrycznych odłamów gatunku. Każda z pięciu wielominutowych ekspozycji ma tu swoją wyszukaną dramaturgię. W pierwszej panoszą się rockowe naleciałości, w drugiej zaskakuje meta balladowe otwarcie, które na etapie rozwinięcia, szytego łamanym rytmem, przenosi nas do świata rozhulanego free jazzu. W trzeciej części rządzą aż trzy dęciaki, które wpadają w kwaśne turbulencje. Najbardziej smakowita zdaje się być czwarta odsłona, którą ciągnie do ognia free jazzu soczysta ekspozycja saksofonu. Z kolei w ostatniej opowieści podobać się może efektowne otwarcie, które spoczywa wyłącznie na dętym instrumentarium.

 

 

wtorek, 24 marca 2026

Malfon, Kravanja & Warelis at MMI!


Powracamy na ubiegłoroczny, monachijski MMI Festival. Tym razem sięgamy po drugi set dnia drugiego, gdy scenę Einstein Kultur opanowali saksofonista Don Malfon, ponownie pianistka Marta Warelis oraz skrzypaczka Ana Kravanja. Koncert znów trwa trzy kwadranse i przynosi moc uroczych, jakże swobodnych improwizacji.

  


Początek nagrania jest mroczny, wystudzony, wypełniony rezonującymi podmuchami z tuby saksofonu, drobnymi uderzeniami po strunach piana i ulotnymi frazami skrzypiec. Całość zdaje się delikatnie pulsować - we wnętrzu improwizacji tli się jakaś pozorna nerwowość, ale czuć także oddech nostalgii, wyczulenia na pojedyncze dźwięki. Opowieść z czasem nabiera wigoru, tu niesiona bardziej linearną, uporządkowaną ekspozycją wprost z klawiatury fortepianu. Wokół panoszą się strzępy melodii i rezonującego śpiewu, które nadają całości sonicznej atrakcyjności. Preparowane frazy dęciaka i skrzypiec uciekają pod nieboskłon, szczęśliwie każdorazowy powrót na klawiaturę piana porządkuje opowieść i pozwala jej łapać kontakt z podłożem.

Nim upłynie kwadrans muzycy wpadają nie pierwszy, nie ostatni raz tego wieczoru, w rodzaj swobodnego rozhuśtania. Tańczą, kołyszą się na wietrze, nie czują presji, by ich improwizacja nabierała szczególnie intensywnego charakteru. Chwilami niemal lewitują w mroku zastygającej mgły. Tuba szemra, inside piano podryguje, a skrzypce ślą plejadę drobnych akcji w trybie pizzicato. Wraz z wybiciem trzeciej dziesiątki minut w artystów zdaje się wstępować duch walki. Zaczynają hałasować, a ich zaskakujący intensywnością post-industrial, noise chamber, jakkolwiek by tego nie nazywać, daje wszystkim, tym po obu stronach sceny i tym przed odtwarzaczami, mnóstwo radości i satysfakcji. Efekt całości wzmaga dysonans poznawczy – za nic w świecie nie jesteśmy w tym momencie w stanie wskazać źródła danego dźwięku. Jakbyśmy słyszeli paradę dziecięcych zabawek szytą niemal folkowych tańcem.

Po upływie drugiego kwadransa czas na drobne wystudzenie. Znów dźwięki wpadają w rodzaj rozhuśtania. Malfon wibruje, śpiewa falsetem i na moment obejmuje władanie sceną w parze z Kravanją, która zaczyna hałasować. Po niedługiej chwili powraca Warelis i przywraca na scenie ład i porządek – oczywiście znów przy pomocy klawiatury. Jeszcze tylko kilka samotnych fraz skrzypiec i można przystąpić do efektownej finalizacji. Gęsty, soczysty post-jazz osiąga imponującą intensywność, sprawiając, iż zakończenie koncertu, to jego najgorętsze chwile.

 

Don Malfon, Ana Kravanja & Marta Warelis Munich 2025 - Day 2 Set 2 (MMI Festival, DL 2026). Don Malfon – saksofon altowy, Ana Kravanja – skrzypce, głos oraz Marta Warelis – fortepian. Nagrane w trakcie MMI Festival, Einstein Kultur, Monachium, maj 2025. Jedna improwizacja, 45 minut.