wtorek, 12 maja 2026

Georg Graewe & Sonic Fiction draw Banding Patterns!


Georg Graewe, niemiecki pianista, kompozytor, improwizator, człowiek wielu talentów prowadzi nie od dziś własny band, który zwie się Sonic Fiction. Choć artystę tego znamy z wielu free jazzowych uniesień (temperamentu nigdy mu nie brakowało), w rzeczonym ensemble bardziej koncentruje się na współczesnej kompozycji, która równie dużo czerpie z post-jazzu, jak i muzyki definitywnie kameralnej.

Szczególnym przykładem takiego podejścia do muzyki jest ostatnia płyta Sonic Fiction, nagrana w intrygującej formule kwartet+. Fortepian lidera, klarnety Franka Gratkowskiego, perkusja Gerry’ego Hemingwaya, altówka Laury Strobl, a w roli gościa Earl Howard obsługujący subtelną, nienachalną elektronikę i okazjonalnie dmiący w saksofon altowy. Danie wyszło z tego przepyszne, zatem bez zbędnej zwłoki posłuchajmy i poczytajmy.

  


Na album składa się sześć kilkuminutowych, dobrze udramatyzowanych opowieści i trzyczęściowy, trwający prawie kwadrans finał. Kameralne otwarcie nisko brzmiącego piana, klarnetu i perkusyjnych talerzy dość szybko przekształca się w ruchliwą akcję zaczepną dzięki rozkołysanej altówce i oplatającej akustykę strudze filigranowej elektroniki. Całość wydaje się dość precyzyjnie zadekretowana, ale jednocześnie pozostawia sporo przestrzeni każdemu artyście w indywidualne podejście do dyrektyw kompozytorskich. Druga historia na starcie wydaje się jeszcze delikatniejsza, pleciona z wyjątkowo krótkich fraz, ale ledwie po kilku pętlach zwinnie przepoczwarza się w zwarty, niemal free jazzowy galop. W tym tyglu zdarzeń świetnie odnajduje się altówka, która soczystymi preparacjami bez trudu odnajduje dialog z bardziej masywnymi instrumentami. Utwór trzeci daje chwile kameralnego wytchnienia, wszystko zdaje się tu być pod pełną kontrolą, ale emocji i jakości, i tym razem nie brakuje.

Z kolei otwarcie czwartej części jest nerwowe, świetnie ulepione drummingiem i elektroniką. Po kilku bardziej intensywnych wdechach flow studzi się i uwalnia przestrzeń na kolejną garść altówkowych smakołyków. W piątym utworze pierwsze frazy pochodzą z samego dna każdego z instrumentów. Szmery, preparacje, głębokie wdechy i szum elektroniki. Na szczyt wiedzie tu wszystkich klarnet basowy, ale zaraz po nim nadpływa głęboka dolina soczystego ambientu, okraszona niemal post-klasycznymi frazami fortepianu. W kolejnej opowieści rządzą dwa interesujące duety, które stają w delikatnej opozycji. Najpierw piano i basowy klarnet w pozie kameralnej, potem altówka i saksofon altowy w opcji free impro. Puentą jest post-jazz podany w definitywnie atrakcyjnym tempie.

Album wieńczy trzyczęściowa opowieść początkowo osnuta wokół brzmienia altówki, delikatnie multiplikowanej elektroniką. Potem do gry wchodzi minimalistyczne piano i strwożony klarnet basowy. Wszystko grane jest na wdechu, dzięki czemu zyskuje na czysto akustycznym pięknie. Tym razem rolę dramaturgicznego kontrapunktu pełni smuga syntetycznie brzmiącego ambientu. Pojawiają się molowe melodie, ale i kilka nerwowych reakcji. Zakończenie albumu animuje porcja wielowymiarowych, multiinstrumentalnych preparacji. Altówka śpiewa, wtóruje jej równie melodyjna elektronika. Opowieść nosi znamiona farewell song, ale wydaje się zaskakująco nerwowa, szarpana, pełna niepokoju. Emocje studzi w końcu oniryczne tło elektroniki i kameralne lamenty altówki.

 

Sonic Fiction Special feat. Earl Howard Banding Patterns (Random Acoustic, CD 2026). Earl Howard – elektronika, saksofon altowy, Frank Gratkowski – klarnety, Laura Strobl – altówka, Georg Graewe – fortepian oraz Gerry Hemingway – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Kolonii, marzec 2025. Dziewięć utworów, 49 minut.



 

piątek, 8 maja 2026

The May’ Round-up: Villavecchia! Shachar! Memphis Metaphysics! En Quartet! Totoabas! Suncuts! Serries! Gorokhov!


W kwietniu zabrakło na Trybunie miejsca na nasze ulubione danie – comiesięczną zbiorówkę recenzji płyt z całego świata. Szczęśliwie w maju taka przestrzeń pojawia się już w drugim tygodniu wiosennego periodu.

Na ruszt rzucamy osiem albumów, które nadspodziewanie silnie osadzone są w idiomie post-jazzowym. Aż cztery takie płyty staną się za chwilę naszym udziałem. Potem będziemy eksperymentować z dęciakami, zrobimy prawdziwy hard-punkowy łomot, a przygodę zakończymy w odmętach wielobarwnego ambientu.

W ujęciu geograficznym zaczniemy od naszej ukochanej Katalonii, w dalszej kolejności czekają nas wątki duńsko-amerykański i polski, które dopełnią optykę jazzową. Zapowiadany eksperyment będzie czeski, choć pod sztandarami francuskimi. Potem już tylko międzynarodowe power trio, belgijska gitara i wątek z kraju bez flagi w definitywnie nieoczywistej stylistyce.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Liba Villavecchia Trio Eclipse Aciago (Self-released, CD 2025)

La Casamurada, Barcelona, luty 2024: Liba Villavecchia – saksofon altowy, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne oraz Alex Reviriego – kontrabas. Sześć utworów, 37 minut.

To czwarta już płyta tria, które nie przestaje zaskakiwać i intrygować. Free jazzowe kompozycje lidera są tu jak zawsze punktem wyjścia do swobodnych improwizacji, ale całość trzyma dramaturgię, jak najlepszy thriller, w którym nie ma zbędnych akcji, ani słów rzucanych na wiatr. Dodatkowo Liba udostępnia coraz więcej przestrzeni młodszym partnerom, dzięki czemu trio zyskuje na jakości z każdym kolejnym utworem. Zauważmy, iż połowa z nich tym razem wypełzła spod pióra Reviriego i to nie pierwsza dziś dobra wiadomość.

Saksofon altowy Liby lubi wysoko zawieszone, soczyste melodie. Kontrabas Alexa, który chętnie stawia masywne stemple, w mgnieniu oka, traktowany smyczkiem staje się narzędziem kameralnego suspensu. Perkusja Vasco idzie tuż obok, nie boi się prostego, niemal punkowego beatu (jak w części czwartej), a gdy trzeba eksploduje armią małych, chroboczących przedmiotów na werblu (w tejże samej historii). Większość utworów ma dość spokojną narrację, a free jazzowa erupcja realizuje się w jedynie w drugim z nich. Trzecia i szósta odsłona, to części tej samej pięknej, urokliwie martwej ballady smaganej batem doom stepu sekcji i rzewnym śpiewem altu. Szczególnie dużo emocji dostarcza piąta historia, początkowo rozedrgana, osnuta wokół dętej melodii, po przejściu kontrabasu w tryb arco staje się kameralną perełką z równie zaskakującą, bluesową puentą.  

  


Yeonathan Shachar Appli'd Motion (Discordian Records, DL 2026)

La Isla, Barcelona, wrzesień/ październik 2025: Yeonathan Shachar – gitara elektryczna, kompozycje, Luis Erades – saksofon altowy i tenorowy, Asaf Shchori – kontrabas oraz Soren Alcaraz – perkusja. Sześć utworów, 29 minut.

Kolejna jazzowa oferta ze stolicy Katalonii, znów autorski projekt i dobrze uformowane kompozycje. W warstwie estetycznej posadowione w kulturze fussion jazzu, jakże charakterystycznego dla nowojorskiego Downtown sprzed trzech dekad. Ale i dziś słucha się tego naprawdę dobrze. Dodatkowo album jest zwarty w formie, co sprzyja bezkonfliktowemu odsłuchowi.

Temat pierwszego utworu jest bardzo precyzyjnie zadekretowany i rozpisany na role, dodatkowo nasączony ekspresją i estetyką godną najntisowego Johna Zorna. Śpiewny saksofon, zwinna gitara i sekcja rytmu, która zawsze jest na czas. W kolejnych odsłonach albumu do gry chętnie wchodzi kontrabasowy smyczek, ale daleki jest od kameralnych zapędów, potrafi wzniecić ogień lub intrygująco poszarpać zbyt łagodnie uformowaną narrację. W części trzeciej podobać się mogą akcje duetowe – najpierw sax & bass, potem guitar & drums. Końcowe dwa utwory płyną pod dyktando lidera i kompozytora. W piątym intryguje ambientowe intro, z kolei utwór finałowy, to wyłącznie dzieło gitarzysty, którego instrument brzmi po raz pierwszy semi-akustycznie i udanie deformuje coś klasycznie gitarowego.

  


Oswald/ Cheli/ Moses/ Edmiston/ Westgaard Memphis Metaphysics (Sonic Transmissions, CD 2025).

Memphis, Tennessee, Grudzień 2023: Ra Kalam Bob Moses – perkusja, Hein Westgaard – gitara elektryczna, Margaux Oswald – fortepian, Art Edmaiston – saksofon tenorowy oraz Kevin Cheli – instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 46 minut.

Oto historia niemal z dzikiego zachodu. Przyjaciele z Danii, Oswald i Westgaard, ruszają w podróż po bezkresach Ameryki i trafiają do Memphis. Tam, w domowych pieleszach drummera i mistyka Ra Kalama Boba Mosesa, nagrywają album, w którego produkcji uczestniczą także dwaj inni lokalni muzycy. Tytuły pięciu utworów odwołują nas do filozofii starożytnego Egiptu. Jest zatem duchowość, nie brakuje też bardzo swobodnych, osadzonych w etyce rytualnego free jazzu improwizacji.

Pierwsze trzy utwory mają zbliżoną dramaturgię. Otwarcie spoczywa na barkach perkusisty i perkusjonalisty, okraszone głosem tego pierwszego. Gitarzysta najpierw buduje groove, potem dodaje stylowe, jazzowe improwizacje. Rolą saksofonisty jest inicjacja melodii, a w dalszej kolejności zgrabna eskalacja i wynoszenie kwintetu na free jazzowe wzniesienia. Najciekawsze są tu wszakże akcje pianistki, zarówno w zakresie brzmienia i jak estetyki jej bardzo swobodnych pasaży. W wielu momentach narracja prowadzona jest w trio - każdorazowa z udziałem perkusji i perkusjonalii. Ostatnie dwie improwizacje bazują na balladowym flow, zdają się być pretekstem do wytłumionych medytacji, niepozbawionych jednak nuty zaskakującej psychodelii.

 


En quartet i Kamil Piotrowicz Live in Poznan (Torf Records, LP/DL 2026)

SARP Social Club, Poznań, sierpień 2023: Adam Jełowicki – trąbka, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon tenorowy, Mikołaj Nowicki – kontrabas, Piotr Dąbrowski – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz gościnnie Kamil Piotrowicz – fortepian. Jedna improwizacja podzielona na dwie części, 43 minuty.

Kolejna porcja rasowego free jazzu, tym razem bez nadmiernej filozofii i powtarzalnych rytuałów, nastawiona na ekspresję i moc kolektywnych spazmów.  

Muzycy otwierają koncert gęstym strumieniem fonii, nie siląc się na zbędne wprowadzenia. Nieskomplikowany groove, swobodna, melodyjna wymiana uprzejmości pomiędzy trąbką i saksofonem, wreszcie delikatnie zdystansowane piano, które jakby czekało na rozwój wypadków scenicznych. Improwizacja prowadzona na ogół kolektywnie tylko incydentalnie przyjmuje formę zabaw w podgrupach. Ważnym zdarzeniem dramaturgicznym jest pojawienie się smyczka na gryfie kontrabasu, który wprowadza intrygujący ferment, ale nie zmienia kierunku podróży całego kwintetu. Bardziej zdecydowana zmiana ma miejsce już na drugiej stronie czarnego krążka, gdy muzycy istotnie studzą narrację. Pojawia się gwizdek, minimalistyczne piano i takiż kontrabas. W międzyczasie do gry wchodzi klarnet basowy, który nadaje opowieści delikatnie kameralny sznyt. Powrót do bardziej dynamicznych poczynań inicjuje pianista. Zakończenie koncertu jest silnie jazzowe, nawet lekko swingujące.

  


Totoabas Winter Spawning (Circum-Disc/ 13 Raw, CD 2026)

Divadlo 29, Pardubice: Petr Vrba – trąbka, elektronika oraz Zdenek Zavodny – klarnet kontraltowy, bagpipes. Dwa utwory, 26 minut.

Po pokaźnej porcji jazzu czas na zapowiadane eksperymenty. Trąbka, elektronika, klarnet kontraltowy i dudy, to narzędzia pracy, dzięki którym artyści z Czech upletli dwa intrygujące zwoje narracji. Album jest bardzo krótki, zatem warto tu pochylić się na każdym źdźbłem dźwięku.  

Pierwsza opowieść zbudowana jest z klarnetowego prychania, które multiplikuje się, poddawane czemuś na kształt live processingu. Ów dęty wielogłos kreuje gęsty strumień fonii, który zawłaszcza pełne spektrum nagrania. W połowie utworu zaczyna pojawiać się elektronika – nie jest wcale subtelna, nie stroni od usterek i drobnych przesterów, wije się wokół coraz brudniejszych, klarnetowych zgrzytów, niczym wąż boa wokół ofiary. Całość, podrasowana elektroniczną repetycją, z czasem staje się masywna, hałaśliwa i intensywna. Najpiękniejszy już tu wszakże finał, grany długim, pociągłym, dętym wydechem, otulony elektronicznym post-ambientem. Drugi utwór, to dron naznaczony piętnem stylistyki Philla Niblocka. Trąbka i dudy, skąpane w szorstkim ambiencie, kreują wielowarstwową opowieść, w której z czasem wyraźnie słyszymy frazy poszczególnych instrumentów. Intensywność przekazu rośnie do poziomu noise’owego krzyku. Ostatnia prosta, to gęsta, obumierająca flauta.

 


Suncuts Collective Heliophobic Dream (Unit Records, LP/DL)

Biel, Szwajcaria, grudzień 2023: Anton Ponomarev – saksofony, elektronika, Maxime Hänsenberger – perkusja oraz Felipe Zenicola – bas elektryczny. Pięć utworów, 44 minuty.

A teraz obiecany punkowy łomot! Będzie głośno, będzie dosadnie, z dużą ilością prądu i ekspresji. Ściana dźwięku potężnie brzmiącej gitary basowej, 2stepowy, dynamiczny drumming i rozwrzeszczany saksofon. Suncuts nie bierze jeńców, to chyba oczywiste!

Album składa się z pięciu ekspozycji w typie long-distance crash, trwających od siedmiu do jedenastu minut. Bas rusza w podróż w tumanach sprzęgającego się prądu wysokiego napięcia, perkusja bije stopą prosty beat i szybko osiąga kosmiczną prędkość, z kolei saksofon uderza w dzwon krzycząc pieśń złości i agresji. Otwarcia kolejnych utworów zdają się być nieco spokojniejsze, ale na etapie rozwinięcia każdorazowo dopada muzyków zew krwistej, świetnie unerwionej i udramatyzowanej galopady. W tym tyglu emocji słyszymy jednak dużo wirtuozerii, zwłaszcza ze strony świetnie nam znanego brazylijskiego basisty. Artyści znajdują chwilę oddechu dopiero w czwartej opowieści, która stwarza przestrzeń na ich wysublimowane popisy solowe. Finałowa pieśń ponownie wbija w fotel. Bas z perkusją szyją wyjątkowo gęsty rytm, dodatkowo wzmocniony elektroniką. Jeśli w tym kuble soczystych pomyj odnajdziemy brzmienie saksofonu, to musimy mieć wyjątkowo wytrawne ucho. To atak serca, którego prawdopodobnie nikt nie przeżyje.

  


Dirk Serries Live Oude Klooster Chapel 2025 (Bandcamp’ self-release, DL 2026)

Kapel Oude Klooster, Brecht, październik 2025: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty. Jeden utwór, 63 minuty.

Na tych łamach nie trzeba nikogo specjalnie zachęcać do odbywania sennych, mrocznych, ambientowych podróży w towarzystwie samotnej gitary tego belgijskiego artysty. Ta najnowsza jest nagraniem koncertowym, powstałym w świetnie nam znanym obiekcie w Brechcie. Ta akurat epopeja dźwiękowa Serriesa wydaje się wyjątkowo spokojna, dramaturgicznie wyważona, ale niesie też w sobie ziarno niemal egzystencjalnej wątpliwości, a nawet trwogi. Jest tradycyjnie piękna, niemal relaksacyjna, ale po ostatnim dźwięku pozostawia nas w stanie, który nie pozwala na spokojny sen.

Opowieść nadciąga z błogiej ciszy, leniwie płynie ciepłymi podmuchami powietrza, zdaje się koić nasze utrudzone zmysły mocą frasobliwej łagodności. Trwa, bo nie ma początku i nie będzie miała końca. Początkowo wydaje się lekka jak puch, z czasem zostaje doposażona dodatkowymi warstwami, niekiedy bardziej mrocznymi. W połowie zdaje się konać w kolejnej chmurze ciszy, ale odradza kroplami rozpaczy i strzępami tajemniczej nerwowości. Dopiero ostatni kwadrans niesie nadzieję, można bowiem odnieść wrażenie, że niektóre dźwięki stają się jakby bardziej jaskrawe.

 


Daniil Gorokhov Nocturne (Extra Notes, DL 2026)

Czas i miejsce akcji nieznane: Daniil Gorokhov - fortepian, sinewaves, dźwięki odnalezione, Marianna Domnikova – fortepian oraz Lada Uchaeva – ilustracje. Osiem utworów, 51 minut.

Na koniec naszej wielokolorowej zbiorówki na poły skomponowana, na poły improwizowana mroczna medytacja na fortepian, elektronikę analogową i garść tajemniczych, bliżej niezidentyfikowanych fonii. A wszystko z dużym znakiem jakości.

Album otwiera opowieść, która śmiało mogłaby stanowić soundtrack do horroru – mroczne frazy piana umoczone w strumieniu syczącej elektroniki. W kolejnych dwóch odsłonach rzeczona elektronika zdaje się dominować, ale zagubione frazy piana, zarówno z klawiatury, jak i wnętrza instrumentu, ciągle akcentują swoją obecność. W części czwartej, bodaj najciekawszej, odbywamy podróż od deep black ambient piano do niemal post-industrialnego rozgardiaszu. W piątym utworze intrygujący dysonans – stojący dron syntetyki i post-klasyczna melodia wprost z klawiatury. W części szóstej dźwięki piana opłukiwane są szumem przepływającej wody, z kolej w siódmej akcja opiera się wyłącznie na frazach akustycznych. Finałowa opowieść jest plejadą drobnych, szemrzących i skwierczących fonii, najpierw dość onirycznych, potem definitywnie mrocznych. Puentą utworu, jak i całego albumu jest tykający zegar. Nie wiemy tylko, komu jest tu odmierzany czas.

 

 

wtorek, 5 maja 2026

Hajstra is living in the no time!


Historia polsko-katalońskiej Hajstry sięga deszczowej jesieni roku 2017 i wydarzenia koncertowego związanego z poznańską rezydencją formacji Phicus z Barcelony. Gitarzysta Paweł Doskocz i perkusista Vasco Trilla muzykowali wtedy po raz pierwszy. Kilkanaście miesięcy później ponowili ów akt na innym spontanicznym wydarzeniu w stolicy Wielkopolski, a debiutanckiego albumu doczekali się jeszcze w czasach przedpandemicznych.

Kilka lat później Hajstra staje się triem, albowiem do Pawła i Vasco dołącza flecistka Zosia Ilnicka. Drugi album Hajstry rodzi się poza czasem i dziś jawi przed nami siłą każdej ze swych czterdziestu ośmiu minut! Zapraszamy najgoręcej!

  


Prześledźmy losy muzyków i dźwięków, jakie generują ze swoich instrumentów w trakcie owych ponad trzech kwadransów, delikatnie posiłkując się tytułami poszczególnych improwizacji.

Zmierzch, to mikrobiologia dźwięków. Szmery, szelesty, drgania i nanopulsacje łączą się w pajęczynę subtelnie rezonujących interakcji. Ich żywot jest krótki, albowiem narracja lepi się, póki co, z definitywnie filigranowych zdarzeń. Każde z nich ma dramaturgiczny sens, pozostaje w relacji do pozostałych. Aż po tajemniczy śpiew, który rodzi się pomiędzy instrumentami.

Świt tworzy hydraulika instrumentów dętych – ten pierwszy to flet, ten drugi, to prawdopodobnie plastikowa rurka doklejona do perkusyjnego werbla. Z dna pudła rezonansowego gitary dochodzą tajemnicze dźwięki, być może to zręby piosenki dającej nucić się przy goleniu. Z tuby fletu dochodzą nie tylko dęte fonie, ale także głosowe, tworząc jedno ciało, które snuje własną opowieść. Z trzewi gitary docierają plamy elektryczności, a spacer całej trójki staje się intrygująco nerwowy. Gdyby nie blask perkusyjnych talerzy, byłaby awantura. Na końcu rodzi się rytm, ale szybko umiera.

Popołudniowy rwetes zaczyna się tuż po nastaniu południa. Flet spogląda ku górze, gryf gitary drży, a na werblu wykluwają się chmary elektrycznego robactwa. Sprawy w swoje ręce bierze teraz gitarzysta. Chce rocka, krautbluesa, wszystkiego, co budzi emocje. Ta historia ma swój początek, rozwinięcie i niechybne zakończenie, zaskakująco taneczne. Po drodze jest jeszcze duet zlepiony z fletu, który w oceanie samotności napotyka na strzępy perkusjonalnych zdarzeń.

Ciężka noc. Tu każdy dźwięk boli. Zgrzyta przesterowany, obtarty, nadgniły. Gitara i percussion rezonują nad wyraz śpiewnie, każdy czyni to własnymi metodami. Flet pozostaje w kontrze, ale też łapie strzępy melodii. Na odchodnym leją się strugi wody. To przerwana tama, może rzęsisty deszcz.

O świcie, to tylko blada poświata właśnie co zakończonej nocy. Zagubiona, pożegnalna melodia, która mości się w elektryczno-akustycznych szumach. Na strunach gitary pojawia się rytm, flet ustami artystki zaklina węża, a perkusjonalia sprzęgają mocą akustyki drżącego werbla.

 

Hajstra In the no time (Tour de Bras, CD 2026). Zofia Ilnicka – flety, Paweł Doskocz – gitara elektryczna oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Poznaniu, listopad 2023. Pięć improwizacji, 48 minut.

 

 

piątek, 1 maja 2026

Joe Morris, Tyshawn Sorey & Peter Evans play Comprehensive!


Zebrać na Brooklynie trzech wyśmienitych instrumentalistów i stworzyć z nich impro supergrupę nie jest aż tak trudne, biorąc pod uwagę populację miasta, tym bardziej liczbę muzyków, która na powyższe miano zasługuje.

Zatem lądujemy w jednym z tamtejszych studiów nagraniowych i zasłuchujemy się w godzinnej porcji soczystych improwizacji, dla których bazą jest open jazz, ale które wszelkie notyfikacje gatunkowe mają za nic, jak to zwykle bywa w przypadku muzyki naznaczonej piętnem wysokiej jakości.

Panie i Panowie, Joe Morris na kontrabasie, Tyshawn Sorey na perkusji i Peter Evans na trąbce!

  


Pierwsza improwizacja trwa ponad dwadzieścia minut. Od startu płynie w pełni kolektywnym strumieniem open jazzu – twardy drive basu, rozhuśtane frazy trąbki i ogarniający całość aktywny drumming. Muzycy frazują całkiem intensywnie, bardzo swobodnie, ale wydają się mieć wszystko pod pełną kontrolą. Prawdziwy bukiet wspaniałości rozpościerają przed nami w bardziej kameralnych interludiach. Bazując na smyczku kreują intrygujące, niekiedy gęste interakcje. Szczególnie udane wydaje się zakończenie utworu, gdy po upływie kwadransa muzycy znów zasadzają się na kameralnie brzmiącym smyczku i wkraczają do krainy mroku,  szyjąc długie, posuwiste frazy.

Kolejne trzy improwizacje trwają po kilkanaście minut, każdorazowo wyposażone w spokojne, wystudzone introdukcje. Najpierw klecą balladę, która łapie rytm i efektownie, na etapie rozwinięcia, popada w galop. Trębaczowi nie brakuje tu melodyki, a kontrabasiście narracyjnej różnorodności. Ale mistrzem polowania jest perkusista, który w drugiej fazie utworu gna na załamanie karku, frazując niemal punkowym 2stetem!

Trzecią improwizację otwierają szczoteczkowe frazy, rytm basu i dęta melodia. Tu narracja zdaje się być ulotnym walczykiem, który z czasem nabiera mocy i znów bardzo konkretnej dynamiki. Artyści śmiało osiągają free jazzowy poziom intensywności, a potem, na tylko trochę studzącym emocje smyczku, ślą nam kolejne porcje brzmieniowych wspaniałości. Brawura towarzyszy im do ostatniego dźwięku.

Finałowa improwizacja, to z kolei ocean preparowanych fonii, zwłaszcza w jej początkowej fazie. Coś rezonuje na werblu, dygocze pod trębackimi wentylami, na gryfie kontrabasu skrzypi i jęczy. Muzycy po raz kolejny odnajdują jednak melodię i rytm, a swój spektakl kończą w definitywnie post-jazzowym nastroju.


Joe Morris, Tyshawn Sorey & Peter Evans Comprehensive (FSR Records, CD 2025). Joe Morris – kontrabas, Tyshawn Sorey – perkusja oraz Peter Evans – trąbka, także w wersji piccolo. Nagrane w The Bunker Studio, Brooklyn, New York, styczeń 2025. Cztery improwizacje, 58 minut.


*) Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana.

 

 

wtorek, 28 kwietnia 2026

Vasco Trilla is going Up North!


Niemal dokładnie dwa lata temu Vasco Trilla, nasz redakcyjny, jakże spontaniczny ulubieniec, spędził dwa pracowite w dni w Szwecji. Zagrał koncert solowy, a kolejnego dnia wraz z grupą lokalnych przyjaciół dokonał pewnych rejestracji studyjnych. Powstała z tego płyta niezwykła, nie tylko w wymiarze czysto dźwiękowym, ale także wydawniczym. Pomieszczono bowiem na niej nagranie duetu, dwóch różnych składów trzyosobowych, wreszcie solowe nagranie mistrza no drumming percussion z Barcelony. A całość, także niespodziewanie dla samego Vasco, opatrzono na okładce jedynie jego danymi personalnymi.

Nagranie jest także szczególne w wymiarze stylistyczno-estetycznym. Cztery utwory zostały tu określone mianem kompozycji, co nie jest bynajmniej pomysłem chybionym. Każdy z nich ma pewien koncept i dobrze zaplanowaną dramaturgię, a jeśli mielibyśmy szukać zgrabnego wytrychu gatunkowego, moglibyśmy przy ryzyku popełnienia błędu nazwać całość kreatywną muzyką współczesną. Zwał, jak zwał, Up North to jedna z najlepszych płyt w bogatym już dorobku Trilli.

  


Pierwsze dwie ekspozycje trwają tu po około 10 minut, dwie kolejne po prawie dwadzieścia. Ceremonia otwarcia spoczywa na barkach masywnie brzmiącego, bardzo nisko osadzonego kontrabasowego smyczka. Flow przypomina drżenie wielkiego stwora, a wkład samego perkusjonalisty na tym etapie podróży jest trudny do zdefiniowania. Być może preparowane akcje na werblu (drżące i szeleszczące) są tu elementem składowym kontrabasowego zdzierania podłogi. Narracja wydaje się względnie stabilna, ale systematycznie narasta, dość szybko osiągając post-industrialną gęstość. W tym tyglu tajemniczych zdarzeń być może słyszymy coś na kształt melodii, ale nie możemy być tego do końca pewni.

Drugą odsłonę, obok percussion, buduje też lekki saksofon i klawesyn. Ta opowieść jest delikatna, wysoko zawieszona, brzmi niczym post-folk przefiltrowany przez neogotycką wrażliwość. To celebracja zimowego poranka, której pozorna niespieszność zdaje się być z czasem stymulowana pierwszym przejawem rytmu, tu generowanego przy użyciu metronomu. Na etapie finalizacji opowieść wpada w tryb wyjątkowo minimalistyczny.

W trzeciej części zostaje z nami saksofonista, a na scenę powraca kontrabasista. To trio buduje opowieść wyjątkowo mozolnie - na starcie przypomina szorstki ambient, który z czasem nabiera coraz mroczniejszych barw. Dźwięki bardziej typowe dla saksofonu pojawiają się dopiero w drugiej połowie utworu. Jeśli wcześniej dęciak jest akcji, to jedynie trzeszczy, szeleści i rzęzi. A może po prostu milczy. Perkusjonalia i kontrabas budują gęstwinę fonii, której skład nie jest do końca rozpoznawalny. Wszystko drży, pulsuje, rezonuje, ciężko oddycha. Klimat post-industrialny ciągnie opowieść do przodu, aż do anonsowanego już momentu, gdy do gry wchodzi melodyjnie frazujący dęciak. To oniryczne migotanie, które z czasem nabiera aury, jaką zdążyliśmy poznać w trakcie drugiego utworu. Zaklikanie węży melodiami z głębokiej puszczy.

Ostatni utwór albumu, to solowa ekspozycja percussion. Vasco otwiera ją i kończy uderzeniami dzwona. Buduje typową dla siebie opowieść, której kulminację tworzy szalona armia silniczków elektrycznych, panoszących się na werblu. Efektem jest ściana dźwięku wsparta rytmem metronomu. Ta narracja wiedzie od sacrum do profanum i nie pozostawia estetycznych wątpliwości, co do preferowanego kierunku. Po upływie kwadransa zgrabnie przechodzi w stadium falling down, aż do ostatniego dźwięku dzwona.

 

Vasco Trilla Up North (Creative Sources, CD 2026). Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne, Martin Küchen – saksofony (utwory 2, 3), Vilhelm Bromander – kontrabas (1,3) oraz Alex Zethson – klawesyn (2). Nagrane w Studio Spegeln (utwory 1-3) oraz na żywo w Mötesplats Mariatorget (4), Szwecja, maj 2024. Łącznie 58 minut.