Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gabby Fluke-Mogul. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gabby Fluke-Mogul. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 czerwca 2023

The Relative Pitch’ spring outfit: Scott Fields! Glass Triangle! Likht! Melting Mind!


Czas najwyższy na wiosenny pakiet nowości amerykańskiego Relative Pitch Records! Cztery albumy, każdy wydaje się zupełnie inny, zatem nudy nie uświadczymy!

Dla każdego coś miłego: rozbudowany skład Scotta Fieldsa, który nie pierwszy raz zaskakuje artystycznym rozmachem, trans-atlantyckie trio Glass Triangle w obsadzie niemal gwiazdorskiej, mocno doposażone w łobuzerskie obiekty, zgrabny duet skrzypiec i perkusjonalii, wreszcie włoska (choć z Francji) porcja wyjątkowo hałaśliwej ściany dźwięku! Welcome!



 

Scott Fields Ensemble Sand

Alte Feuerwache, Kolonia, luty 2022: Axel Lindner i Carolin Pook – skrzypce, Annegret Mayer-Lindenberg – altówka, Katharina Hoffmann i Scott Roller – wiolonczele, Jonas Gerigk i Miles Perkin – kontrabasy, Tal Botvinik, Sergio Sorrentino i David Stackenäs – gitary elektryczne, Daniel Agi i Norbert Rodenkirchen – flety, Frank Gratkowski – klarnet, Salim Javaid – saksofon altowy, Matthias Schubert – saksofon tenorowy, Udo Moll – trąbka, Matthias Muche – puzon, Melvyn Poore – tuba, Shiau-Shiuan Hung i Arturo Portugal – instrumenty perkusyjne, Tamara Lukasheva, Hanna Schörken i Sophie Tassignon – głosy oraz Scott Fields – dyrygentura i kompozycje. Dziewięć utworów, 73 minuty.

Dwudziestu instrumentalistów, trzy głosy kobiece i dyrygent, to aktorzy dzieła nazwanego Piasek. Towarzystwo międzynarodowe, pod wodzą amerykańskiego gitarzysty, muzykuje w niemieckiej Kolonii, realizując dalece epickie przedsięwzięcie. Składa się nań dziewięć modularnie skonstruowanych, mozaikowych kompozycji, często wyposażonych w melodie i niekiedy skrajne tonacje, pozostawiających wszakże sporo przestrzeni dla improwizacji. Całość zgrabnie spina iście matematyczna precyzja kompozytora. Nagranie chwilami przypomina naszą ulubioną braxtonowską złożoność, czasami zdaje się być skoczne, meta melodyczne, niczym nagrania Henry Threadgilla. Gdyby tylko z prawie pięciu kwadransów nagrania usunąć kilka przesłodzonych, post-kameralnych momentów ze śpiewem, wyszłaby płyta niemalże doskonała.

Album otwierają wystudzone, wibrafonowo brzmiące perkusjonalia, także głos, smyczki, mała gitara i filigranowe dęciaki. Kameralny nastrój zostaje tu zburzony prądem gitar elektrycznych. Drugi utwór jest skoczny, melodyjny, doposażany wtrętami post-barokowymi, tudzież urokliwymi preparacjami instrumentów dętych i strunowych. Trzecia narracja bazuje na wielogłosie, zwinnie kontrapunktowanym instrumentalnie. Do kameralnie strwożonej narracji swoje dokładają tu gitary i flety. W kolejnej opowieści prym wiodą tuba i flety. Roztańczoną opowieść wzmacniają orkiestrowe, iść braxtonowskie przełomy. W drugiej fazie nagrania do głosu dochodzą saksofon i perkusja, dzięki czemu scenę opanowuje gęsty klimat post-jazzu. Piątą, dość spokojną opowieść otwierają z kolei gitary. Znów sporo wokali i ciekawe, nisko podwieszone pasaże strunowe. Gdy do gry wchodzi tuba i wibrafonowe brzmienia, nagranie ciekawie rymuje się z braxtonowską koncepcją Ghost Trance Music. Szósty utwór stawiamy na czele listy ulubionych momentów albumu. Dużo ekspresji na starcie (flety!), sporo gry na małe pola i udane akcje wokalne. Jest faza swobodnie improwizowana, ciekawy dwugłos śpiewu i gitarowe pasaże, wreszcie dynamiczna finalizacja, realizowana prawdopodobnie całym zestawem instrumentalnym. Siódemka, to krótki odpoczynek przy chyboczących się frazach strunowych i głosowych. Ósma narracja, to kolejne albumowe crème de la crème. Smyczki, frazy grane pizzicato, wielogłos i dużo dobrej mocy w niskich partiach. Dźwięki preparowane i ekspresja gitar elektrycznych, wreszcie bogate zakończenie, nie bez jazzowych wtrętów. Ostatnia opowieść na starcie zdaje się być pożegnalną balladą, ale niespodziewanie nabiera formę bogato instrumentalizowanego strumienia dźwiękowego granego unisono. Z czasem zaczyna to przypominać koncepcję Sustained Piece Johna Stevensa. Ostatnia prosta pełna jest zaskakujących wydarzeń, ale skłania się ku bardziej kameralnym incydentom.



 

Glass Triangle Blue and Sun-lights

Figure 8 Recording, Nowy Jork (?), czas akcji nieznany: Zeena Parkins – harfa elektryczna, obiekty, Mette Rasmussen – saksofon, obiekty, głos oraz Ryan Sawyer – perkusja, obiekty. Dziesięć utworów, 51 minut.

Legenda nowojorskiej awangardy, kompetentny, post-rockowy drummer często muzykujący z Nate’em Wooleyem i skandynawska, jakże gorąca postać ekspresyjnego saksofonu zagrali ze sobą nie po raz pierwszy. Ich poprzednia płyta podobała nam się, zatem sięgając po nową liczyliśmy na dalszy krok w kreowaniu ciekawych, improwizowanych sytuacji. W ocenie niżej podpisanego tak się jednak nie stało. Poszczególne utwory mają mnóstwo intrygujących rozwiązań na wejściu, natomiast w toku narracji okazuje się, że muzyków rozsadza nadmiar pomysłów. Często zmieniają tempa, żonglują stylistykami, pod drodze gubiąc umiejętność budowania zwartej dramaturgii. I jeszcze można odnieść wrażenie, że w wielu momentach pośród muzyków nie ma zgody, co do poziomu ekspresji, z jaką wykonują dany utwór, czy nawet jego fragment. W potoku powyższych ambiwalencji skupmy się zatem na fragmentach, dla których warto jednak po tę płytę sięgnąć.

W pierwszym utworze szczególnie intrygująco brzmi harfa, która przypomina gitarę pracującą na dubowym pogłosie. Narracja dość szybko zaczepia się tu o rytm i mimo licznych zmian w zakresie frazowania, zwłaszcza harfy, udanie realizuje zamysł dramaturgiczny. W drugiej odsłonie pojawia się posmak nowojorskiego Downtown typowy dla lat 90. ubiegłego stulecia. Stylowy post-jazz kreowany wieloma metodami. W trzeciej części artyści sięgają po atrybuty godne free jazzu i czują się w tej roli całkiem swobodnie. Bardzo zmysłowa wydaje się czwarta opowieść, mroczna, post-ambientowa, pełna rezonansu i post-gitarowych flażoletów harfy. W piątej części, szczególnie w fazie początkowej, flow budują drony i preparacje. Ostatnia z tych kategorii dźwiękowych bogaci narrację także w utworze siódmych i dziewiątym, gdy harfa efektownie frazuje na gitarowych pick-upach. Końcowa opowieść trwa ponad dziesięć minut i konsumuje ambiwalencje wyartykułowane w poprzednim akapicie. W fazie środkowej osiąga interesujący poziom dynamiki i zdaje się być najlepszą częścią utworu.



 

Nava Dunkelman & Gabby Fluke-Mogul Likht

GSI Studios, Manhattan, Nowy Jork, czas akcji nieznany: Nava Dunkelman – instrumenty perkusyjne oraz Gabby Fluke-Mogul – violin. Jedenaście improwizacji, 44 minuty.

Skrzypce i perkusja (tu zwana, nie wiedzieć czemu, skromnym percussion), to nieczęsty duet w muzyce swobodnie improwizowanej. Dlatego lubimy takie sytuacje! Dużo emocji, ekspresji, niekiedy folkowych, niekiedy wręcz rockowych, kilka momentów kameralnego zatrwożenia (z dużą dawką dźwięków preparowanych!) i dużo naprawdę dobrego muzykowania. Co ciekawe, recenzentowi podobają się szczególnie utwory parzyste!

Artystki wchodzą w album z przytupem– ekspresyjny drumming i rozhuśtane skrzypce, wsparte gardłową melorecytacją. Druga narracja stawia na delikatność i dużą frywolność w sposobie budowania dramaturgii, z kolei trzecia – bardzo rozciągnięta w czasie – syci się różnymi emocjami. Nie brakuje w niej suspensu, brudnych, preparowanych fraz, nieco lamentu w skrzypcowym zaśpiewie i dalece ekspresyjnego finału. Czwarta improwizacja, to pierwsza z tych wyjątkowo udanych sekwencji parzystych – tu z dynamiką godną rockowego bandu! Piąta odsłona, to miniatura, zgrabny przerywnik, podczas gdy szósta stawia na mechanikę tarcia i rezonujące metale. Siódma część, to garść post-folkowych emocji realizowanych prostymi metodami, z kolei ósma, to filigranowe perkusjonalia i skrzypcowe zgrzytanie zębami, pełne boleści, posadowionych dość blisko ciszy. W części dziewiątej skrzypce śpiewają i łkają, a perkusjonalia świszczą jak czmiele. Wreszcie dziesiąta opowieść, chyba w tej konfiguracji najpiękniejsza. Początek syci się estetyką muzyki dawnej, przypomina ukrzyżowanie grzeszników. Dźwięki balansują na linie i budzą egzystencjalną niemalże grozę. Finałowa improwizacja zdaje się być repryzą gemu otwarcia. Dynamika, soczysty drumming, skrzypcowe riffowanie i post-folkowe emocje.

   


 

Melting Mind At Grnd Zero

Lyon, październik 2019: Virginia Genta – amplifikowany i procesowany saksofon sopranowy, Michele Mazzani – gitara elektryczna i elektronika, David Vanzan – elektronika oraz Matteo Poggi – elektronika. Jeden utwór, 31 minut.

Włosi we francuskim Lyonie zagrali dziewięćdziesięciominutowy set. W pierwszej jego sekundzie zbudowali elektroniczną ścianę dźwięku, inkrustowaną przetworzonym rykiem saksofonu, tudzież gitary i trwali w niej (najprawdopodobniej) aż do ostatniej sekundy swego performance’u. Nie mamy w tym zakresie stuprocentowej pewności, albowiem muzykom udało się zarejestrować jedynie 31 minut tego egzystencjalnego wrzasku. Nagrywali koncert na kasecie magnetofonowej i … zapomnieli przełożyć ją na drugą stronę.

Z czysto muzycznego punktu widzenia nie da się o tym nagraniu wiele napisać. Gigantyczna porcja hałasu, w której raz na milion sekund można usłyszeć dźwięki, które być może nie są efektem działań elektroniki, a pochodzą z tuby saksofonu, czy też gryfu gitary. To wielki zakład przemysłowy w płomieniach, gdzie zarówno natura już martwa, jak i ta, jeszcze żywa dokonuje swojego żywota. Kto wskaże, czym 12 minuta nagrania rożni się tu choćby od 24 minuty, liczyć może na sowitą nagrodę. Pozostaje zatem być szczęśliwym, iż Włosi zapomnieli przełożyć kasetę na drugą stronę.



 

piątek, 16 grudnia 2022

The Relative Pitch’ fresh stuff: Pulverize the Sound! Voutchkova & Reid! BeingFive! Mattrey & Fluke-Mogul! Mines!


Nowojorski label Relative Pitch Records śmiało staje w szranki rywalizacji o miano najpłodniejszego wydawcy post-pandemicznego roku 2022! Trybuna Muzyki Spontanicznej stara się w tym zacnym wyścigu uczestniczyć na bieżąco, ale tak się jakoś dzieje, że na ogół pozostaje w delikatnym niedoczasie. Dziś zapraszamy na odczyt i odsłuch czterech nowości listopadowych i jednej październikowej, a na bandcampie labelu czekają już trzy nowości grudniowe. Ale po kolei …

W poniższym zbiorze recenzji odnajdujemy wyłącznie w pełni improwizowane nagrania! Na początek bardzo znany trębacz w trio, któremu bez ryzyka popełnienia błędu możemy dokleić etykietę working band, potem dwie równie rozpoznawalne mistrzynie strunowych improwizacji, pewien bardzo atrakcyjny personalnie kwintet, a na koniec już same szalone improwizatorki – duet strunowy i śpiewająca, samotna kontrabasistka. Jak zawsze w przypadku RPR emocje i rozstrzał estetyczny gwarantowane! Welcome!



Pulverize the Sound  Black

Czas i miejsce akcji nieznane: Peter Evans – trąbka, Tim Dahl – bas elektryczny i mikrofon oraz Mike Pride – perkusja, glockenspiel i dodatkowe instrumenty perkusyjne. Siedem improwizacji, 47 minut.

Zgodnie z informacją zawartą na bandcampie, dość regularnie współpracujące ze sobą trio o nazwie własnej po raz pierwszy serwuje nam w pełni improwizowany materiał. Efekt jest bardziej niż udany, choć bas elektryczny, trąbka na pogłosie i nieskomplikowana perkusja mogłyby sugerować prosty skok w otchłań fussion jazzu. Tak się jednak nie dzieje, albowiem muzycy w każdym momencie albumu postępują wbrew jakimkolwiek schematom. Nie gnają do przodu, nie szukają prostych, jazz-rockowych zagrywek. Nieustannie plączą się w zeznaniach, bystrze improwizują (zwłaszcza bas), ciągle szukają drugiego dna (trąbka) i kompletnie w nosie mają budowanie linearnych, dynamicznych ekspozycji (perkusja). Bez wątpienia Black, to jedna z najlepszych płyt w tegorocznym katalogu Relative Pitch, a może i także w kategorii open.

Już na starcie wiemy, iż będzie to bardzo gęsta, solidnie naoliwiona narracja. Basowe pętle i przełomy, frazy szyte tuż nad powierzchnią, ale także na wysokości, trąbka na intensywnym pogłosie, która szuka idealnej tekstury i perkusja, która permanentnie sprawdza brzmienie wszystkich elementów zestawu. Budowaniu emocji sprzyja tu siarczyste brzmienie, a najciekawiej w utworze otwarcia dzieje się wtedy, gdy muzycy tłumią pokrętną dynamikę i na stojaka szukają psychodelii niemal w każdym dźwięku. W drugiej części dość szybko znajdują coś na kształt rytmu, ale zdaje się on być dalece połamany. Bas skrzy się tu mocą silnego rocka, perkusja skłania ku punkowym pętlom, a rozśpiewana trąbka jako pierwsza rozsiewa kwaśny odczyn. Trzecia improwizacja trwa ponad trzynaście minut i muzycy znajdują tu czas na każde rozwiązanie. Balladowy, akordowy wstęp, kłęby brudnych fraz i perkusjonalne zdobienia zamiast ataku furii. Potem bas i trąbka idą swobodnie w tango, ale przy wsparciu jedynie stopy na bębnie basowym. Wreszcie dostajemy się w wir urokliwych strzępów dubowego brzmienia i garści rockowych repetycji. Czwarta część śmiało zasługuje na miano dirty dancing i bodaj jako jedyna charakteryzuje się stałym, dynamicznym drive’em perkusji. W trakcie piątej odsłony artyści znów przebywają drogę od wolnego, leniwego wstępu do efektownych, wręcz hałaśliwych didaskaliów, śląc nam porcję rockowych emocji, perkusyjne solo i trębackie okrzyki. W szóstej części muzycy w skupieniu sprawdzają akustykę pomieszczenia, pięknie pracują z echem i kreują narrację dysonansem poszczególnych jej elementów. Wreszcie finałowa rozgrywka, ponad dziesięciominutowa. Start nietypowy, bardzo minimalistyczny, szyty drobnym frazami. Do frontalnego ataku muzycy przystępują dopiero w połowie nagrania, niosąc dalece rockowy sztandar zwycięstwa. Zupełnie niespodziewanie ostatni numer na płycie okazuje się być najbardziej dynamicznym i hałaśliwym. W drugiej części kapitalne frazy szyje basista, która brzmi niczym Jaco Pastorius po ostatecznym przedawkowaniu. Muzycy utrzymają tu tempo i wielkie emocje do samego końca.



 

Biliana Voutchkova & Tomeka Reid  Bricolage III (DL)

Werkhalle Wiesenburg, Berlin, sierpień 2021: Tomeka Reid – wiolonczela oraz Biliana Voutchkova – skrzypce, głos. Trzy improwizacje, 28 minut.

Kolejny epizod projektu Biliany DUOS2022 przynosi spotkanie z artystką amerykańską, która nie wymaga jakichkolwiek rekomendacji. Zatem dwie mistrzynie strunowego i preparowanego free improv, bardzo zwarta zabudowa dźwiękowa i kongenialne interakcje. Oczywiście z miejsca padamy na kolana, w ostatniej dosłownie chwili zadając pytanie – dlaczego ich berlińska improwizacja nie trwa nawet dwóch kwadransów!?

Artystki zaczynają swoją opowieść w głębokiej krypcie. Smyczki posadowione na gryfach wiolonczeli i skrzypiec wydają pierwsze, półprzytomne dźwięki, pełne martwego post-baroku. Suspens wisi nad nimi jak ołowiane sklepienie. Struny, niczym szorstkie ślizgawki, niosą oba smyczka wysoko ku górze. Jeden z nich pracuje w trybie minimalistycznym, ten drugi w … post-minimalistycznym. Aż piszczą z zachwytu, a może bardziej ze strachu. Ich frazy zdają się być na poły melodyjne, ale rozhuśtane niewidocznym wiatrem, pełne trwogi i boleści. Owa elokwentna post-chamber story w początkowanej fazie kilkunastominutowej improwizacji boi się nabrać wigoru, obie Panie wolą bowiem tonąć w bezmiarze zmysłowych preparacji i czekać na nadejście niemożliwego. W końcowej części utworu na obu gryfach pojawia się jednak pewnego rodzaju dynamika, frazy nabierają czystości, a cała narracja delikatnej zadziorności. Początek drugiej opowieści lepi się z samych drobiazgów. Nerwowe, preparowane dźwięki, zarówno te brudne, jak i czyste, konfrontujące bystre pizzicato i leniwe arco. Panie nieśmiało decydują się na swobodny taniec, budują uroczy, dość już gęsty flow, niepozbawiony akcentów percussion. Na starcie trzeciej części znów stają w delikatnej opozycji – jedna uderza w struny, druga wydaje post-barokowe westchnienia. Mrok zaszyty tu jest w każdym zakamarku strumienia dźwiękowego. Artystki ledwie dotykają strun, jak płynęły po tafli fonii niczym pozbawione ciężaru właściwego owady. Owa nieznośna lekkość improwizacji buduje niebywałą jakość. Tymczasem obie schodzą bardzo nisko na kolanach, a ich struny dygoczą filigranowymi emocjami. W fazie końcowej improwizacji Biliana dodaje kilka dźwięków wprost z gardła, z jednej strony kreując dodatkowy suspens, z drugiej biorąc w nawias ironii wyjątkową mroczność tej części albumu. Temperament obu Pan stawia teraz czoło ich minimalistycznej metodzie twórczej. Ostatnie frazy lepią się w nostalgiczny dron, nasycony gasnącymi emocjami.



 

Dimitriadis, Dörner, Freedman, Parkins & Williams  BeingFive

Czas i miejsce akcji nieznane: Yorgos Dimitriadis – instrumenty perkusyjne, elektronika, Axel Dörner – trąbka, elektronika, Lori Freedman – klarnet, klarnet basowy, Andrea Parkins – akordeon, amplifikowane obiekty, elektronika oraz Christopher Williams – kontrabas. Pięć improwizacji, 50 minut.

Jeśli w muzyce improwizowanej lubimy zjawiska predefiniowane, tudzież odrobinę konceptualizmu, ta płyta zdaje się być dla nas stworzona. Kwintet w dalece frapującym składzie personalnym (prawdziwa mieszanka rutyny z młodością!) serwuje nam cztery pomysły na improwizacje. W pierwszej części zdaje się łączyć wodę z ogniem, skacze z kwiatka na kwiatek, snuje coś na kształt elektroakustycznej narracji o poziomie zmienności godnym najlepszych, ponadgatunkowych pomysłów Johna Zorna. Potem ucieka w świat swobodnej kameralistyki i dalece tłumionych emocji, dzieląc ów wątek na dwie części (drugą i czwartą na krążku). W dalszej kolejności proponuje nam wielominutowy ciąg miniatur porozdzielanych porcjami ciszy, wreszcie na koniec zabiera w jeszcze dłuższą, dronową opowieść, która przy okazji staje się bardzo efektownym podsumowaniem płyty. Cały album budzić może nieco ambiwalencji (choćby z uwagi na matowe, subdoskonałe brzmienie), zdecydowanie intryguje jednak na każdym etapie swojego rozwoju.

Pierwszą improwizację, która trwa ponad dwanaście minut kreuje dysonans. Z jednej strony kameralne pląsy kontrabasu i klarnetu, z drugiej elektroakustyczny tumult budowany zapewne siłą całego kwintetu. Narracja płynie od drobnych subtelności po zbiorową histerię o industrialnym posmaku. Podobają nam się szczególnie mgliste pasma akordeonu, krzyki klarnetu basowego i smyczkowe piłowanie strun. Drugą opowieść budują wyłącznie drobne frazy, lepione w całość na silnie zaciągniętym ręcznym. Jeśli ktoś tu stawia na większą porcję ekspresji, jest nim perkusjonalista. Po stronie atutów odnajdujemy kilka bardziej żwawych fraz preparowanej trąbki i rozśpiewanego klarnetu.  Środkowa część albumu to anonsowane wcześniej miniatury. Kilkunasto- lub kilkudziesięciosekundowe fragmenty wyjęte prawdopodobnie z długiej improwizacji, często realizowane w podgrupach. Bezdźwięczne interwały pomiędzy nimi budzą spore wątpliwości, co do idei takiego rozwiązania dramaturgicznego. W czwartej odsłonie powracamy do wątku kameralnego, zapoczątkowanego w części drugiej. Na froncie walki o tłumione emocje klarnet basowy i trąbka. Całość szyta jest nerwowym ściegiem, ale zdaje się być także dość minimalistyczna w zakresie użytych środków wyrazu. Wiele rekompensuje tu finałowa, ponad czternastominutowa ekspozycja dronowa. Zaczyna się w głębokiej ciszy, tamże też się kończy, ale w międzyczasie dostarcza nam moc wrażeń i jakości. Początkowo wydaje się być budowana głównie z dźwięków akustycznych, z czasem nabiera siarczystości i elektryczności, aż po granice post-industrialu. Ma swoje fazy intensywności, a końcowe odliczanie zaczyna się dziewięćdziesiąt sekund przed końcem. Po wydaniu ostatniego tchnienia dysk serwuje nam jeszcze prawie dwadzieścia sekund ciszy.



Joanna Mattrey & Gabby Fluke-Mogul  Oracle

GSI Studios, Manhattan, Nowy Jork, czas akcji nieznany: Joanna Mattrey – altówka, stroh violin oraz Gabby Fluke-Mogul – skrzypce. Osiem improwizacji, 41 minut.

Dwie młode, anarchizujące i radykalne muzycznie improwizatorki (cytuję za bandcampem, ale i potwierdzam poprzednimi doświadczeniami odsłuchowymi!) zapraszają na kompulsywny meeting instrumentów strunowych, deprawowanych wyjątkowej jakości kreacją, w której odnajdujemy mnóstwo tropów stylistycznych, kilka niebanalnych technik wydobywania dźwięków i cały ocean artystycznej bezczelności, eksplodującego temperamentu i niezaprzeczalnego wdzięku!

Pierwsza improwizacja trwa ponad dziesięć minut i stawia poprzeczkę jakości na niebotycznym poziomie! Najpierw mała eksplozja z post-rockowym posmakiem, potem minimalistyczne gry z delikatnym, folkowym zaśpiewem, potem kilka kroków po udeptanej post-klasyce. Z jednej strony narracja przypomina drobne resume doświadczeń artystycznych Kronos Quartet, z drugiej pokazuje … post-punkowy pazur. Trochę tu żałobnych śpiewów i kilka post-tanecznych podrygów w ramach pikantnej przyprawy. Trzy kolejne improwizacje są dalece enigmatyczne, ale zdają się oddziaływać niczym prosty sierpowy. Najpierw punkowe piłowanie strun, generujące strzępy acoustic noise, potem duża porcja starczego pojękiwania, wreszcie epizod, który z jednej strony stawia basowe stemple, z drugiej bliski jest emocji muzyki dawnej, która niechętnie staje z grobu, by ostatecznie popaść w kompulsywny półgalop. Szósta improwizacja znów trwa ponad dziesięć minut. Zaczyna się w oparach bardzo emocjonalnych preparacji. Artystki pracują tu z głuchym echem studia nagraniowego i budują efektowny suspens. Ciągnie je ku bardziej ekspresyjnym i dynamicznym akcjom, ale ostatecznie nie decydują się na puszczenie hamulców i umierają w wyjątkowo pięknej ciszy. Siódma odsłona kreowana jest początkowo szumiącymi dronami. W dalszej części artystki stawiają na dysonans – z jednego strony czyste frazy pizzicato, z drugiej gęsta struga zabrudzonego brzmienia. Powrót do dronów jest też okazją do pohałasowania. Końcowa improwizacja koncertuje się na preparowanych pomrukach, akcentach percussion i ekspresyjnych, smyczkowych ślizgach po gryfach.



 

Kelsey Mines  Look Like

Czas i miejsce akcji nieznane: Kelsey Mines – kontrabas, głos. Sześć improwizacji, 50 minut.

Dwie pierwsze płyty w dzisiejszym zestawie postawiły nas na baczność, po czym kazały upaść na kolana. Dwie kolejne intrygowały nieprzerwanie w trakcie odsłuchu. Ostatnia z analizowanych dziś nowości napotkać winna jednak na kilka krytycznych uwag recenzenta. Kontrabas solo i śpiew, tudzież mantryczna wokaliza, to całkiem dobry pomysł na niedługi album, ale Amerykanka sprawia wrażenie, jakby posiadała zasoby kreatywności na nie więcej niż kilkanaście minut improwizowanej narracji.

W pierwszej piosence artystka kreuje unisono głosu i kontrabasowego smyczka, jakby podawała temat przewodni spirytualnego evergreena. Brzmi post-barokowo, a tonacja jej narracji wydaje się w takim samym stopniu molowa, jak i durowa. Potem sięga po pizzicato i estetykę minimalistyczną. Z czasem zaczyna nucić melodię, jakby odbywała właśnie poranną toaletę. Emocje rosną tu wprost proporcjonalnie do zbytniej pewności siebie młodej kontrabasistki i wokalistki. Kolejne opowieści zbudowane są na podobnym schemacie. Artystka improwizuje, ale jej głos zdaje się głównie podążać za dźwiękami kontrabasu lub wtórować jego narracji. Ta ostatnia z jednej strony wydaje się być swobodną improwizacją, ale z drugiej przypomina nutki zapamiętane w gotującej się od emocji głowie. Gdy artystka pracuje smyczkiem i nie skąpi nam dynamiki, opowieść zdecydowanie zyskuje na jakości, gdy jednak waha się i dywaguje nad każdą frazą, cierpliwość słuchacza wystawiona zostaje na dużą próbę. Zdecydowanie najciekawiej prezentuje się ostatnia odsłona albumu. Kelsey śpiewa nad smyczkiem, kreuje chropowaty, dość wysoko podwieszony flow, syci go dużą porcją emocji i ekspresji, a cała ekspozycja sprawia wrażenie swobodnie improwizowanej. Pod koniec serwuje nam jeszcze kilka tanecznych podrygów, po czym urokliwie przygasa.



piątek, 10 czerwca 2022

The Relative Pitch’ new outfit: Child Of Illusion! Geometry of Trees! Voutchkova & Bordreuil! Grimal! Koketsu! Fluke-Mogul!


Zgodnie z zapowiedzią sprzed kilka dni, zapraszamy na szybki overview kolejnych nowości amerykańskiego labelu Relative Pitch Records. W dzisiejszym zestawie trio, kwartet, duet i aż trzy płyty solowe autorstwa zarówno muzyków uznanych w historii gatunku, jak i tych, których dane personalne zapisujemy w naszych podręcznych kajetach po raz pierwszy.

Jak to często bywa w katalogu RPR, na nowych albumach odnajdujemy sporo wątków kameralistycznych. Jedne bywają rozszarpywane free jazzowymi emocjami, inne uciekają niekiedy w minimalistyczną muzykę współczesną, a jeszcze inne nie stronią od eksperymentów brzmieniowych i naszych ulubionych dźwięków preparowanych, które zwykliśmy czasami nazywać fake sounds. W podgrupie zaś płyt solowych napotykamy sporo wykwintnej improwizacji, także dobrze radzącej sobie w obrębie nieco czystszego frazowania. Aż chciałoby się rzec: dla każdego coś miłego, ale nie przesadzajmy z tego typu metaforyką, wszak wciąż płyniemy gęstą strugą prawdziwie improwizowanych dźwięków.

 


Khimaira by Child of Illusion (CD)

Khimaira, Sztokholm, czerwiec 2018: Chris Pitsiokos – saksofon altowy, Susana Santos Silva – trąbka, Torbjörn Zetterberg – kontrabas. Jedna improwizacja, 42 minuty.

Druga już wspólna płyta w dorobku Amerykanina, Portugalki i Szweda zdaje się świetnie konsumować wszystkie cechy, jakimi w preambule tej zbiorówki określiliśmy nagrania pochodzące z RPR. Zatem sporo kameralnej zadumy i skupienia, pokaźne pokłady free jazzowych emocji, czasami zmysłowo tłumionych, wreszcie kilka garści dźwięków preparowanych, głównie ze strony trębaczki. I jak to na nagraniu koncertowym bywa, w każdym zakamarku sceny kryje się jakaś brzmieniowa niespodzianka.

Początek nagrania przypomina dramaturgiczny koncept. Krótkie frazy, sporo ciszy i cierpliwe oczekiwanie na ciąg dalszy. Usytuowany po środku kontrabas dość szybko bierze się za porządkowanie sytuacji scenicznej i zaczyna raz za razem rozdawać karty. Pięknie frazuje smyczkiem, zabierając całe trio w zakamarki ciszy i budując napięcie filigranowymi ruchami. Tak czyni choćby w okolicach 20 minuty, a jeszcze efektowniej w okolicach 30 minuty. W pierwszej fazie koncertu częściej pracuje w trybie pizzicato i syci wtedy opowieść garściami post-jazzu. Saksofon i trąbka posadowione na flankach często wchodzą w kontekst udanych interakcji, aczkolwiek prawdziwy ogień rozsadza im serca bodaj raz, mniej więcej po upływie kwadransa. Dodajmy jeszcze, iż pióro recenzenta zadrżało także w okolicach 26-28 minuty, gdy wszyscy muzycy udanie formowali swoje strumienie dźwiękowe w drony. Wreszcie samo zakończenie koncertu, definitywnie ponadgatunkowe. Muzycy, mimo podążania w kierunku balladowej finalizacji, niespodziewanie wspinają na kolejny ekspresyjny szczyt, udanie wieńcząc to niezwykle wartościowe spotkanie we troje.

 


Geometry of Trees by Reid, Kitamura, Bynum, Morris (CD)

Firehouse 12 Studios, New Haven, lipiec 2021: Tomeka Reid – wiolonczela, Kyoko Kitamura – głos, Taylor Ho Bynum – kornet, Joe Morris – gitara. Osiem improwizacji, 64 minuty z sekundami.

Amerykański kwartet, po części o delikatnie zarysowanych korzeniach azjatyckich, zabiera nas w najdłuższą podróż spośród tych, nad którymi dziś się pochylamy. Buduje swoją opowieść z drobiazgów, częściej stawiając na zaniechanie niż zagranie zbędnego dźwięku, na ogół płynie swobodnym, dalece post-kameralnym strumieniem. W niektórych momentach sięga też po atrybuty bardziej jazzowe (szczególnie wokalistka), a wtedy wyobraźnia recenzenta widzi już edytorski nóż, który ponadgodzinną, bardzo dobrą płytę przycina do trwającej mniej więcej trzy kwadranse płyty doskonałej.

Po kilkudziesięciosekundowym, dziarskim wstępie artyści zagłębiają się w zmysłowej, minimalistycznej kameralistyce. Z rozwagą budują dramaturgię, raz za razem serwują nam brzmieniowe subtelności, a w trzeciej części nie szczędzą nam także smakowitych preparacji, szczególnie smyczkowych. Powolna, zrównoważona, bardzo demokratycznie kreowana improwizacja w czwartej i piątej części, które trwają łącznie niemal 25 minut, czyni jednak wiele, by nasz poziom entuzjazmu dla dokonań kwartetu delikatnie osłabł. Z jednej strony muzykom brakuje wigoru i emocji, z drugiej - szczególnie trębacz i wokalistka - zbyt często zagłębiają się w jazzie, nie kreując przy tym inspiracji do ciekawych interakcji ze strony partnerów. Szczęśliwie ostatnie trzy improwizacje dużo nam rekompensują. Ta szósta jest lekka, swobodna, ale zaczepna, bogato instrumentalizowana, a na finał gasnąca przy intrygującej powłoce rytmicznej. Siódma z kolei ma ciekawą konstrukcję. Niemal w połowie składa się z incydentów solowych (trąbka, gitara, wiolonczela - każdy muzyków nie trwoni tu choćby sekundy!), by po powrocie do formuły kwartetowej zaskoczyć nas kilkoma doprawdy ognistymi frazami. Finałowa improwizacja studzi nasze emocje niemal wyłącznie udanymi frazami. Wreszcie z gardła wokalistki słyszymy coś więcej, niż śpiew, czy jazzowe schematy, a samo zakończenie zmysłowo tonie w mrocznych, długo wybrzmiewających dźwiękach.

 


The Seventh Water by Biliana Voutchkova & Leila Bordreuil (DL)

Werkhalle/ Wiesenburg, Berlin, sierpień 2021: Biliana Voutchkova – skrzypce, Leila Bordreuil – wiolonczela. Cztery improwizacje, 35 minut z sekundami.

Kolejna propozycja w dzisiejszym zestawie także jest nad wyraz kameralna, ale zdaje się, że jedynie w wymiarze personalnym. Dwa instrumenty strunowe tym razem zabierają nas do świata dźwięków preparowanych, mechanicznych, ale nieustannie pięknych, wciągających nas najdłuższymi smyczkami świata wprost do mrocznej jaskini zaskakujących wydarzeń fonicznych. I co być może najważniejsze, na tle prezentowanych nowości, improwizacje Biliany i Leili pozbawione są choćby jednego zbędnego dźwięku. Tylko dobre pomysły, tylko zmyślne rozwiązania i pewna dramaturgiczna wstrzemięźliwość.

Początek stawia nas ostro do pionu – to gęste, siarczyście brzmiące drony, będące skutkiem masywnego szorowania strun tłustymi smyczkami. Długie lub bardzo długie frazy, niektóre pulsują, inne skomlą o łyk wody. Dla przeciwwagi druga, dość krótka improwizacja stawia na lekkość, pewną frywolność. Dźwięki przypominają nerwowo podskakujące owady, które plądrują łąkę z wiosennych słodyczy. Wszystko w dość molowym nastroju, z czasem nabiera psychodelicznego humoru. Prawdziwe cuda zaczynają się w trakcie trzeciej, najdłuższej opowieści. Z mroku suną do nas szmery, coraz bardziej soczyste szumy, które po kilku pętlach zaczynają nabierać dźwiękowej powłoki. Coś gwiżdże, coś śpiewa przez zaciśnięte zęby. Rozciągnięte w czasie frazy bywają tu delikatne, a cisza czai się za rogiem niczym zły szeląg. Pod koniec flow całkowicie pogrąża się w mroku akustycznego ambientu. Dopiero na ostatniej prostej artystki decydują się na efektowne spiętrzenie o post-industrialnym posmaku. Z kolei finałowa improwizacja stawia na niespodzianki. Tu pracują nie tylko struny, ale i pudła rezonansowe. Dźwięki sprawiają wrażenie, jakby płynęły z zatopionego gamelanu. Najpierw opowieść narasta, potem uroczo przygasa do pojedynczej frazy. Plejada szmerów i smukłych ćwierć-melodii prowadzi na finałowe wzniesienie, które obfituje w całkiem zadziorne interakcje.

 


Refuge by Alexandra Grimal (CD)

Castle of Chambord, Francja (?), wrzesień 2020: Alexandra Grimal – saksofon sopranowy. Osiem improwizacji, 53 minuty.

W przeciwieństwie do płyty poprzedniej, solowa propozycja francuskiej saksofonistki miewa kilka momentów, które zwinne ręce edytora mogłyby wysłać w wieczny niebyt, ale i tak śmiało możemy skonstatować, iż sopranowa przygoda w akustycznych przestrzeniach zamkowych zdecydowanie stanowić winna mocny punkt artystycznego portfolio Alexandry. Co ciekawe, owe chwile dramaturgicznego zawahania recenzent dostrzega w krótszych, końcowych improwizacjach, a to, co najlepsze na albumie odnajduje w dwóch pierwszych odsłonach, szczególnie w trakcie drugiej improwizacji, trwającej ponad kwadrans.

Pierwsza improwizacja otwierać mogłaby awangardowy festiwal muzyki barokowej. Lekka, swobodna narracja, niepozbawiona znamion melodyjności, czy wręcz taneczności, kilka garści melancholii, szczypta suspensu i udane poszukiwanie oddechu cyrkulacyjnego. Grimal nie jest w tej ostatniej kategorii długodystansowcem, lubi zasłuchiwać się w ciszy i szukać gęstego echa własnych pomysłów dramaturgicznych, na ogół bardziej niż udanych. Druga odsłona Refuge, to zaiste perła w zestawie. Artystka porzuca prostsze frazy, tapla się w mroku, pełno wokół niej ciszy. Jej saksofon nie śpiewa, bardziej szumi, mruży oczy i artykułuje wyłącznie suchymi sylabami. Muzyka przypomina wiatr o poranku, niekończącą się mantrę wyczekiwania na nową sekwencję dramatyczną. W kolejnych improwizacjach/ kompozycjach Francuzka powraca do czystych dźwięków. Jej narracja zdaje się przypominać soundtrack do spektaklu baletowego. W czwartej części pomysł opiera się na graniu jednej, maksymalnie dwóch fraz i pogrążaniu się w ciszy. Roztańczone obłoki dźwięków, grane na palcach długimi, czasami zmęczonymi oddechami, utrzymywanymi w ryzach koncepcji narracyjnej. W przedostatniej części opowieść zdaje się mieć nieco więcej życia, pewną ulotną dynamikę. Finałowa narracja, znów budowana raczej krótkimi frazami, pozwala, by cisza rządziła sceną, ale też uwalnia pokłady post-barokowej urody, którymi Grimal bogaciła swój pierwszy utwór na płycie.

 


Fukiya by Masayo Koketsu (CD)

St-robo, Tokyo, Japonia, listopad 2021: Masayo Koketsu – saksofon altowy. Jedna improwizacja, 46 i pół minuty.

Porzucamy kameralne klimaty i sięgamy po free jazz! Japońska saksofonistka proponuje nam spektakl trwający ponad trzy kwadranse, w trakcie którego prezentuje bardzo szerokie spektrum możliwości generowania altowych strumieni dźwiękowych. Artystka częściej wszakże stawia na emocje niż sonorystyczne eksperymenty, czy też dźwięki preparowane. Podaje nam wszystko w jednym, długim secie, często korzysta z ciszy pomiędzy frazami, ale w ujęciu długodystansowym bywa, iż nie w każdym momencie jest nas w stanie przekonać do swojej koncepcji artystycznej. Nade wszystko jednak Koketsu bardzo często przypomina nam szorstkim, acz melodyjnym tembrem swojego altu … samego Petera Brötzmanna, i niech to pozostanie dla niej największym komplementem płynącym z tych kilku zdań recenzji.

Na starcie Masayo serwuje nam długie, chwilami ogniste frazy, które przedziela wątłymi plastrami ciszy. Raz jej alt przypomina silnik elektryczny, innym razy mały świder, czasami charczy, czasami piszczy, bywa też, że szumi i głęboko oddycha. Pełne portfolio możliwości i technik wydobywania dźwięków! Emocje przypominają tu na ogół wzburzony ocean, czasami jednak dygoczą z zimna, niczym wystudzony staw rybny. A wszystko artystka podaje nam tembrem pełnym wewnętrznej, czasami zadziornej melodyki, jakże bliskiej estetyce niemieckiego mistrza free jazzu. Tuż przed upływem pierwszego kwadransa saksofonistka łyka większą porcję ciszy i zaczyna pracować nieco delikatniej, często efektownie szumiąc. W dalszej fazie narracji bywa, że nieco eksperymentuje z brzmieniem, ale raczej nie dąży do umieszczania czegokolwiek w tubie i ścigania się z mistrzami rozszerzonych technik gry. W kolejnych etapach spektaklu mamy ciekawą formułę grania naprzemiennie dźwięków delikatnych i niezwykle ostrych, kilka podejść pod frazy preparowane, aż wreszcie, w trackie długiego zakończenia, napotykamy na niezmierzone strumienie zmysłowych, post-brotzmannowskich kołysanek.

 


Love Songs by Gabby Fluke-Mogul (CD)

GSI Studios, Manhattan, Nowy Jork, lipiec 2021: Gabby Fluke-Mogul – skrzypce. Siedemnaście kompozycji dla improwizacji, 36 minut.

Ostatnia z omawianych dziś nowości łączy w sobie wiele dobrych cech, jakie zaobserwowaliśmy w trakcie odsłuchu poprzednich płyt. Jest na swój sposób kameralna, choć zionie czasami ogniem niczym dobry free jazz, jest pełna niekłamanych emocji, ale bardzo zwarta w formie (nieprzegadana choćby przez ułamek sekundy), wreszcie świetnie dawkuje nam kolejne porcje ekspresji, nie zapominając przy tym o zgrabnej formie dramaturgicznej. To siedemnaście szalonych opowieści na gotujące się skrzypce, czasami wsparte pomrukami, czy nawet okrzykami samej artystki, której moc płynąca z rozgrzanych strun nie zawsze wystarcza do pełnej realizacji twórczej. 

W pierwszej improwizacji artystka prezentuje bardzo suche, płaskie brzmienie, jakby dźwięki skrzypiec zbierał jeden monofoniczny mikrofon. Ale już po kilka obrotach wokół własnej osi Gabby wpada w kompulsywne preparacje i zaczyna maltretować struny. Taka formuła krótkich, trwających niekiedy mniej niż dwie minuty opowieści, będzie jej towarzyszyła praktycznie w każdej impro-kompozycji. Skrzypaczka jednak nie popada w przesadę, nie dąży do budowania ściany dźwięku, cały czas z tył głowy zdaje się mieć artystyczny zamysł, by słuchacza zaintrygować, a nie zamęczyć. W kolejnych częściach pojawiają się akcenty folkowe, ale to znów jedynie dane na wejściu, które z czasem płoną złotym ogniem niebywałych wybuchów ekspresji. Przy okazji artystce nie można odmówić niemal wirtuozerskich umiejętności gry na skrzypcach. Bez trudu jest w stanie zwiększyć tempo narracji o kilkaset procent, równie efektownie zahamować i skończyć furiacką eksplozję ledwie jednym, subtelnym dźwiękiem. Potrafi kąsać niemal rockową ekspresję (choćby dziewiąta Love Song). Struny pod naporem jej kreatywności często niemal umierają, by po ułamku sekundy hasać po łące niczym pasikonik. Jedenasta cześć najpierw przypomina jęki konającego, po chwili brzmi niczym wrzask uzdrowiciela. Potem artystka zdaje się nieco wyciszać swoje buchające emocje, stawia na minimalizm, dba o niuanse brzmieniowe. Na finał jednak napina mięśnie na wdechu, po czym efektownie parska ogniem. What a game!