Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ute Kanngiesser. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ute Kanngiesser. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 stycznia 2024

Eddie Prévost’ 80th: AMM & Special Quartet!


Eddie Prévost – najznamienitszy ze znamienitych perkusistów i perkusjonalistów muzyki improwizowanej - obchodził późną wiosną 2022 roku osiemdziesiąte urodziny. Z tej okazji nasza ulubiona rudera w Londynie, słynne Cafe Oto, zorganizowała w cztery kolejne soboty lipca urokliwe wieczorki taneczne wypełnione po brzegi swobodnymi improwizacjami, realizowanymi w różnych składach, niemal każdorazowo z udziałem wspaniałego jubilata.

Po roku z okładem trafia do nas pełna dokumentacja fonograficzna tych koncertów. Cztery płyty w poręcznym formacie CD (z ukochanym logo Matchless Recordings; można kupować pojedynczo lub jako box z rabatem) radują nasze serca niebywale, także dlatego, iż jeden z elementów zestawu dokumentuje … ostatni koncert legendarnej formacji AMM. O okolicznościach tego koncertu pisaliśmy na tych łamach niemal zaraz po wydarzeniu. Zatem przypomnijmy, iż planowany, ostatni koncert tria odbył się niestety w składzie dwuosobowym, gdyż najstarszy z grona, wówczas ponad 85-letni pianista nie mógł ze względów zdrowotnych dotrzeć tego dnia do Cafe Oto. Niejako w ramach rekompensaty, artysta dograł parę miesięcy później kilkunastominutowy set solowy, który na srebrnym krążku uzupełnił trwającą prawie godzinę improwizację Eddiego Prévosta i Keitha Rowe’a.

Zapraszamy na skupiony odczyt i odsłuch ostatniego koncertu AMM oraz pewnego równie smakowitego kwartetu. Pozostałe dwa albumy z urodzinowego boxu omówimy zdawkowo w dalszej części tekstu. Tamże wskażemy także dwa kolejne albumy wydane przez Matchless, które zdają się być udanym uzupełnieniem (a może rozwinięciem) nagrań z lipca 2022, a szczególnie koncertu kwartetowego.



 

Last Calls

Prévost i Rowe improwizowali w duecie z pewnością nie jeden raz, ale pod szyldem AMM świat zna tylko jedno takie nagranie. Ukazało się ono pod koniec … lat 70. ubiegłego stulecia pod zabawnym tytułem It Had Been An Ordinary Enough Day In Pueblo, Colorado. W ostatnią sobotę lipca 2022 nasi dzielni i jakże legendarni improwizatorzy zaczęli swój występ w typowy dla AMM sposób, a zatem w zupełnej i niezwykle skupionej ciszy. Sam przebieg wydarzeń był zaś taki, jak opisano poniżej.

Najpierw drobną symfonię rezonującego talerza prezentuje Eddie. Jego partner dołącza do gry po około 90 sekundach śląc pierwsze szelesty i subtelne, elektroakustyczne zgrzyty ze swojego pulpitu dowodzenia. Opowieść dość szybko wchodzi w fazę rozśpiewanych dronów, które zdają się być wyjątkowo zgodne w aspekcie brzmieniowym. W 5 minucie Rowe rozpoczyna spektakl sampli. Na początek proponuje szczyptę baroku, potem nawet czegoś na kształt muzyki dawnej. Narracja toczy się dość spokojnym strumieniem, z jednej strony wydaje się być niebywale minimalistyczna, zwłaszcza po stronie Rowe’a, z drugiej potrafi zassać drobne strzępy hałasu, frazy śmiało zasługujące na miano post-industrialnych, co jest na ogół efektem działań Prevosta. Od post-barokowych medytacji po gęstsze, bardziej intensywne interakcje. W okolicach 20 minuty wyraźnie słyszymy frazy fortepianu. Sprawcą zajścia nie jest z pewnością nieobecny tego dnia Tilbury, to najprawdopodobniej efekt użycia kolejnego sampla. Dodajmy, iż w dalszej części koncertu ów pianistyczny wtręt będzie pojawiał się dość często i definitywnie zdobił szlak improwizacji.

Pierwszy pianistyczny kontrapunkt zostaje urokliwie skomentowany rezonującym dronem z talerza, który zdaje się stać niemal w miejscu. Odpowiedzią Rowe’a drobna porcja post-gitarowych sprzężeń. Tymczasem w tle sączy się intrygujący ambient, raz po raz doprawiany kolejnymi, drobnymi, niekiedy dość zaskakującymi samplami. W okolicach 30 minuty artyści koncentrują się na ekspozycjach dronowych, nie brakuje szumów i szelestów, a nawet dźwięków dętych. Po kolejnych kilku minutach dostajemy się w chmurę fal radiowych, które komentowane są ostrymi, rezonującymi akcjami perkusjonalii. Jest i wysamplowany pomiot wprost z operowej sceny! Po 40 minucie muzycy wchodzą w strefę mroku. Dźwięki piana powracają jak mantra, talerze szeleszczą i drżą. Gdy drony Prevosta zdają się nabierać mocy, Rowe komentuje je hymnem post-klasyki. W okolicach 50 minuty narracja staje w miejscu i być może czeka już na niechybną śmierć. Rowe podsyła drobne incydenty elektroakustyczne, Prevost przystępuje zaś do fazy finalizacji, która staje się kolejnym pasmem błyszczących, niemal rozśpiewanych talerzy w stadium głębokiego rezonansu.

Pianistyczny bonus Tilbury’ego, tu nazwany po prostu Post-Script, toczy się w leniwej, minimalistycznej estetce typowej dla tego pianisty. Pojedyncze dźwięki klawiszy, fortepianowe młoteczki, cisza, drobne trzaski i szelesty będące zapewne efektem poruszania się samego muzyka. Wraz z upływem czasu kilkunastominutowej improwizacji można odnieść wrażenie, że muzyk rozrzedza strumień dźwięków, spowalnia go, wpada w zadumę i cieszy się coraz dłuższymi odcinkami ciszy.

AMM Last Calls (Matchless Recordings, CD 2023). Keith Rowe – gitara, elektronika (pierwszy trak), Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne (pierwszy) oraz John Tilbury (drugi). Cafe Oto, Londyn, 30 lipca 2022 (pierwszy) oraz nagranie domowe, Deal/ Kent (drugi), 18 stycznia 2023. Dwie improwizacje, 66 minut.



 

The Art Of Noticing

Dwie tygodnie wcześniej, w trzecią sobotę lipca 2022, na scenie Cafe Oto improwizował intrygujący kwartet w składzie: John Butcher na saksofonach, Marjolaine Charbin na fortepianie, Ute Kanngiesser na wiolonczeli oraz nasz zacny jubilat na instrumentach perkusyjnych. W składzie awizowana była także skrzypaczka Jennifer Allum, albowiem niniejszy koncert miał stanowić kontynuację pewnego nagrania kwintowego, uwiecznionego na płycie kilkadziesiąt miesięcy wcześniej. Skończyło się wszakże na kwartecie, który na długie minuty przyniósł nas do świata królewskiego minimalizmu AMM, na straży którego zdali się stać saksofonista i perkusjonalista, z kolei pianistka i wiolonczelistka czyniły wiele, by pryncypia legendy gatunku były w urokliwy sposób kwestionowane, trochę w poprzek oczekiwaniom tłumu zgromadzonego w londyńskim klubie.

Początek koncertu toczy się definitywnie pod dyktando wspominanych wyżej oczekiwań – drony saksofonu i smyczka, rezonujący talerz i minimalistyczne frazy piana. Po kilku minutach następuje jakby delikatne rozedrganie faktury narracji. Pianistka rozsiewa zalążki rytmu, wiolonczelistka repetuje na poły dynamiczną frazę. Improwizacja urokliwe chybocze się na delikatnym wietrze i wielokrotnie przebiera formę zmyślnych interakcji w podgrupach, najczęściej duetach. Najpierw piano ostrzy sobie klawisze na krawędzi talerza, potem saksofon (w tym secie tenorowy) preparuje, mając wsparcie w postaci pizzicato wiolonczeli. Powrót do kwartetu, to plejady szumów, szmerów i tajemniczych post-dźwięków. Kolejne duo, to połączone siły cello i talerza, zadania którego po niedługim czasie przejmuje inside piano. Ocean subtelności płynie coraz szerszym strumieniem, w którym jest także miejsce na incydent duetowy saksofonu i perkusjonalii, uformowany w gęsty dron. Sam finał pierwszego seta zostaje zaś oddany w ręce pianistki i wiolonczelistki.

Drugi set trwa kilka minut dłużej i zdaje się obfitować w większą liczbę ekspresyjnych wydarzeń. Wygląda na to, że duch AMM na wiele minut udaje się do garderoby, by nie zakłócać interakcji realizowanych tu bardzo często w pełnym kwartecie. Początek jest dość mroczny, upstrzony dużą liczbą fraz preparowanych, z drobną kulminacją, podczas której wszystkie instrumenty wydają się śpiewać jednym głosem. Emocje płyną z samego dna saksofonu sopranowego, z gibkiej klawiatury piana, z repetujących strun cello i niemilknącej symfonii wielkiego talerza. Bywa, że kwartetowa ekspozycja nabiera tu nawet free jazzowych rumieńców. Ekscesy duetowe stanowią teraz rzadkość, ale ich uroda nie słabnie – choćby w momencie, gdy rezonujące talerze czynią wiele, by temperować ekspresyjne akcje pianistki. Pod koniec pierwszego kwadransa narracja tonie w ciszy, którą współtworzą szelesty, szumy, być może także świst wachlującego powietrze smyczka. Zdaje się, że duch AMM wrócił już z garderoby i na powrót zarządza sytuacją sceniczną. Jeszcze tylko drobne, dronowe wzniesienie i narracja na długie minuty zostaje oddana w ramiona dygoczącego minimalizmu. Incydenty nasączone większą nerwowością pojawiają się już teraz jakby przez przypadek. Opowieść toczy się dość leniwie, a na horyzoncie zdają się być widoczne napisy końcowe. Finalizacja seta znów staje się udziałem duetu – tym razem pianistki i zacnego jubilata.

John Butcher, Marjolaine Charbin, Ute Kanngiesser, Eddie Prévost The Art Of Noticing (Matchless Recordings, CD 2023). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Marjolaine Charbin – fortepian, Ute Kanngiesser – wiolonczela, Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne. Cafe Oto, Londyn, 16 lipca 2022. Dwie improwizacje, 62 minuty.

 

*****

       

Urodzinowe koncerty zainaugurowane zostały w drugą sobotę lipca 2022, gdy scenę Cafe Oto opanował imponujący tentet, składający się z sześciu saksofonów (m.in baryton Alana Wilkinsona i tenor Toma Chanta), fortepianu Veryana Westona, kontrabasu Marcio Mattosa, gitary elektrycznej N.O.Moore’a i perkusji naszego jubilata. Ów prawdziwie free jazzowy capstrzyk mieni się wszystkimi kolorami tęczy i niesie ogrom emocji, tu wszakże odrobinę przewidywalnych. Koncert zaczyna sekstet dęty, potem mamy dwa tria dęte, wreszcie na scenę wkracza tentet, który najpierw intonuje gromkie Sto lat dla jubilata, w potem zanurza się w trwającą ponad kwadrans, ekspresyjną free jazzową improwizację. Dokumentacja tego koncertu zawarta została na albumie A Company Of Others.

Z kolei w czwartą sobotę lipca na scenie pojawił się jeszcze większy skład, niestety tym razem pozbawiony jubilata. Piętnastu muzyków, w większości mniej nam znanych, wykonało osiem improwizacji - najpierw był to septet, potem dwa tria, duet, trzy kwartety i na koniec sekstet. Sceną Cafe Oto rządziło wówczas bardzo urozmaicone instrumentarium, zarówno akustyczne, jak i elektroniczne, głosy damskie, ale też odrobina chaosu i artystycznej nadkreatywności. Jeśli zdecydujecie się na zakup całego boxu, ta płyta w niczym wam nie zaszkodzi, jeśli jednak mielibyście nabyć jedynie album Widdershins, to śmiało możecie z tego zrezygnować. Dodajmy jeszcze, iż wszystkie cztery albumy w boxie dostępne są pod tytułem A Bright Nowhere – complete series.

Wracając jeszcze na moment do albumu kwartetowego, którym zachwycaliśmy się kilka akapitów wcześniej - dwie najnowsze pozycje w katalogu Matchless Recordings pięknie uzupełniają to nagranie. Pierwsza płyta, to duet jubilata z francuską pianistką Marjolaine Charbin (The Cry Of A Dove Announcing Rain), druga zaś, to spotkanie Prevosta z Johnem Butcherem (Unearthed). Oba albumy godne są każdej sekundy swojego bardzo długiego trwania (odpowiednio 77 i 78 minut) i polecamy je bez wchodzenia w zupełnie zbędne w tym wypadku szczegóły. Album piano & percussion wydaje się być kolejną, jakże udaną reinkarnacją idei AMM (w obu setach szczególnie wyróżniają się wspaniałe, dronowe, wyciszone i jakże minimalistyczne pasaże), z kolei album sax & drums zdecydowanie sytuuje się w estetyce free jazzu, chwilami spokojnego, chwilami dalece ekspresyjnego. W każdym razie, w drugim z omawianych przypadków Eddie Prevost nie miażdży krawędzi swojego wielkiego talerza, ale uprawia rasowy, temperamentny drumming.

 

Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań omówionych w niniejszym tekście.

 

 

piątek, 18 lutego 2022

John Butcher in trios and quartets! A new stuff never stops!


Jeden z absolutnych faworytów redakcji, angielski saksofonista John Butcher, dosyła nowe nagrania światu muzyki improwizowanej niemal nieustannie. Na łamach Trybuny staramy się o nich pisać na bieżąco, ale i tak, na początku każdego roku, sporządzać musimy coś na kształt dogrywki i w szybkiej zbiorówce opisywać płyty saksofonisty, o których nie zdążyliśmy napisać w trakcie mijającego roku.

Nie inaczej jest u progu roku 2022! Co więcej, nawet pobieżna analiza dyskografii Johna wskazuje, iż już sam styczeń przyniósł pięć kolejnych wydawnictw (wszystkie za sprawą pewnego labelu z Luksemburga!). Zatem dzisiejsza opowieść o nowych płytach z udziałem saksofonisty nie jest bynajmniej formą podsumowania starego, ale raczej ostrym wejściem w nowy rok. Za moment pochylimy się nad dwoma z owych pięciu luksemburskich nowości, potem sięgniemy po … kolejną nowość z roku bieżącego, a pięcioodcinkową recenzję zepniemy dwoma nagraniami opublikowanymi zdecydowanie w roku minionym, na obu znajdując rejestracje dźwiękowe, które na publikację czekały ładnych kilka lat.

Nim nadstawimy oczy i uszy nad porcją, jak zawsze w wykonaniu Johna, wspaniałej muzyki, zauważmy, iż wszystkie tria i kwartety dziś prezentowane, to swobodna improwizacja realizowana przez kolektywne składy, zatem na każdej z nich Butcher jest jednym z kilku twórców tej demokratycznej porcji dźwięków. Fakt dalece oczywisty na polu free improvised music, ale godny przypominania przy każdej okazji.

 


Beins/ Butcher/ Dafeldecker  Induction (Ni-Vu-Ni-Connu, LP/DL 2022)

Przegląd najnowszych dokonań Johna Butchera (tradycyjnie korzystającego z saksofonu tenorowego i sopranowego) zaczynamy od tria poczynionego w towarzystwie austriackiego kontrabasisty Wernera Dafeldeckera oraz niemieckiego perkusjonalisty Burkharda Beinsa. Dwie niemieckie rejestracje z czerwca 2019 roku (KM28, Berlin oraz KulTurnhalle, Lipsk), podzielone na jedną długą i trzy krótsze improwizacje, trwają tu łącznie 42 minuty.

Muzycy zgromadzeni na berlińskiej scenie znają się doskonale, ale do pierwszych dźwięków podchodzą z dużym respektem. Małe perkusjonalia, powiewy suchego powietrza z tuby saksofonu, drżenie kontrabasu i wielka chmura rezonansu, jaka tworzy się pomiędzy trzema akustycznymi ośrodkami dźwięku. Muzycy budują emocje stojąc w miejscu, zatrwożeni wielką niewiadomą tego, co może się wydarzyć. To prawdziwa ceremonia oczekiwania! Pierwsze bardziej energiczne ruchy zdają się być dość nerwowe, ale bez trudu budują rytmiczne podwaliny bardziej zwartej narracji. Dźwięki każdego z instrumentów są nieustanie preparowane, stąd improwizacja dość szybko nabiera post-industrialnego posmaku. Czasami wszystko brzmi tu perkusjonalnie, innym razem przypomina rytmiczny ruch zepsutych maszyn włókienniczych. Gęsta zabudowa strumienia dźwiękowego jest efektem zarówno dużej kreatywności muzyków, jak i skupienia, tudzież dużej cierpliwości w budowaniu kolejnych akapitów opowieści. W okolicach 15 minuty na scenie pojawia się moc, dzięki której improwizacja wchodzi na wyższy poziom intensywności i dynamiki. Wszystko tu rytmicznie burczy, krzyczy i lamentuje. Piękny moment!

Na drugą stronę winyla przenosimy się do Lipska, gdzie czekają na nas trzy bardziej zwarte czasowo opowieści. Początek pierwszej wyznacza gong, który długo wybrzmiewa w samotności. W tle słychać cichy smyczek, a zaraz potem efektowny wybuch rezonujących talerzy. Nie jesteśmy pewni, czy w tym tyglu zdarzeń fonicznych ma także udział saksofon. Dopiero, gdy smyczek podejmie się roli wiodącej słyszymy już definitywnie dźwięk sopranowego dęciaka. Narracja przypomina rytualny przemarsz przez opuszczone miasto. Wszystko tu ze sobą rezonuje, tworzy symfonię strachu, która dość szybko znajduje posmak ciszy. Muzycy zdają się powtarzać pewne sekwencje czynności, jakby trasa ich improwizacji była gdzieś zapisana, wyryta w przydrożnej skale. Trzecia opowieść trwa niewiele ponad trzy minuty. To misterna, prawdziwie filigranowa plecionka dźwięków. Szlak podróży tyczy kontrabasowy smyczek, nieustannie rezonują talerze, a mistrzem ceremonii zdaje się być saksofon, który wydaje dziwne, tajemnicze, wysoko zawieszone dźwięki. Początek czwartej części, a trzeciej w Lipsku, niewiele zmienia w akustycznym obrazie całości. Wielka chmura rezonansu łączy się tu z kłębowiskiem szumów, tworząc prawdziwy festiwal fake sounds. Po kilku zakrętach opowieść nabiera bardziej rozpoznawalnego brzmienia. Narrację ciągnie za sobą, jak wór ziemniaków, nerwowy saksofon tenorowy. Smyczek boleśnie traktuje struny, a na werblu toczą się wielkie bitwy małych przedmiotów. Improwizacja skrzy się pomysłami, ale jej intensywność faluje niczym wzburzone morze. Najpierw plejady małych, rwanych dźwięków, a na linii kontrabas – saksofon bystra praca w trybie call & responce. Potem kilka powtórzeń i krok w kierunku dłuższych fraz, bardziej spójnych, ale zaskakujących brzmieniowo. Opowieść zbliża się do ciszy, ale nie stroni od bardziej hałaśliwych fraz. Tonie w renesansie i powtórzeniach, przypominając współczesne dokonania brytyjskiej legendy gatunku AMM. Narracja powoli staje się jednym, wielkim dronem. Przed jej końcem czeka nas jeszcze małe wzniesienie i grad pomysłów saksofonisty, który maci spokój zakończenia. Na ostatniej prostej frazy dęciaka przypominają ptasie tremolo.

 


Butcher/ Lehn/ Robair  Shaped & Chased (Ni-Vu-Ni-Connu, LP/DL 2022)

Kolejne trio dobrych (by nie rzec, bardzo dobrych) znajomych i znów Berlin (ausland, listopad 2019 roku). Obok saksofonisty, wyposażonego w tenor i sopran, spotykamy tu Gino Robaira - elektronika, obiekty, instrumenty perkusyjne oraz Thomasa Lehna - syntezator analogowy. Znów cztery improwizacje (znów jedna długa i trzy krótsze), znów 42 minuty (ale tym razem bez parunastu sekund).

Pierwsze dźwięki na płycie, to dzieło Robaira, który przypomina, iż bywa nie tylko kreatywnym elektronikiem, ale nade wszystko zwinnym perkusistą! Na starcie słyszymy także echo analogowej elektroniki, a po chwili bystry najazd tenorowych pomruków, pełnych energii, a nawet znamion agresywności. Gęste otwarcie nie oznacza tu marszu na wysokie wzgórze, albowiem artyści dość szybko zanurzają się w onirycznej otchłani preparowanych fraz dętych i elektroakustycznych szumów i skwierczeń. Butcher jednak nie odpuszcza i znów wznosi opowieść na wyższy poziom ekspresji. Świetne interakcje towarzyszą tu każdej akcji zaczepnej, są zaś efektem zarówno doskonałej komunikacji, jak i kreatywności każdego z muzyków. Budują oni swoją opowieść na dużym luzie, na każdym kroku znajdując okazje do subtelnych, małych zagrywek, mimo, iż flow saksofonu raz za razem oplątywany jest smugami syntetycznych fonii. Post-industrialny rezonans, incydenty fake sounds, głównie ze strony Robaira, ale także pełne kiście syntezatorowych plam Lehna, który wciąż zaskakuje minimalizmem, z jakim buduje swoją improwizację. Narracja w drugiej części 20-minutowego seta nie stroni od ekspozycji dronowych i całkiem efektownych ekscesów post-freejazzowych.

Druga strona winyla i trzy krótsze historie. Pierwszą otwiera perkusjonalista i serwuje nam garść urokliwych szczegółów brzmieniowych swojego bogatego instrumentarium. Tuż obok tli się dęciak, który brzmi nad wyraz syntetycznie i syntezator skoncentrowany na generowaniu chmury szumów. Opowieść łapie ciekawą dynamikę z woli perkusji, determinującej saksofon i syntezator do wyciskania siódmych potów. Kolejną improwizację kreują na wstępie obiekty wałęsające się po glazurze werbla. Tenor podaje tu czysty, freejazzowy sound, ale opowieść dość szybko chowa się w powłoce elektroakustycznych subtelności. Na koniec znów emocje biorą gorę, znów za sprawą wyjątkowo dziś aktywnego tenorzysty. Ostatnia część płyty rozbudzana jest przez ciche drony każdego z artystów, kreujące na poły syntetycznie brzmiącą balladę, pełną wszakże mroku i znaków zapytania. Oniryczne pląsy z ciszą, wystudzony sopran i coś na kształt drummingu, który ciągnie narrację ku światłu. Syntezator pracuje spokojnie, zdaje się być dziwnie nostalgiczny. Finał tej doskonałej płyty znów stawia na dynamikę, rozsiewaną przez rozgrzany saksofon, bystre perkusjonalia i kolejny raz wyjątkowo filigranową pracę analogowego syntezatora.

 


Hannah Marshall/ John Butcher/ Mandhira De Saram/ Douglas Benford  A Spanner In The Poetry Machine (Douglas Benford Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Opuszczamy już Niemcy i na odsłuch trzech kolejnych płyt przenosimy się do Zjednoczonego Królestwa. Londyńskie Hundred Years Gallery, luty 2019 roku i kwartet w składzie: Hannah Marshall - wiolonczela, Douglas Benford – harmonium i obiekty, Mandhira De Saram – skrzypce oraz nasz bohater i jego dwa dęciaki. Dwie długie improwizacje, łącznie 53 i pół minuty.

Początek pierwszej improwizacji rodzi się z drobnych, na ogół preparowanych fraz, które formują się w dronowe pasaże dalece kameralnej ekspozycji. Narracja w typie stand by jęczy strunami, wzdycha tubą saksofonu i lśni elektroakustycznym, fermentującym posmakiem, który zdaje się generować harmonium i podczepione pod nie tajemnicze obiekty. Opowieść buduje się na kilkupoziomowym dysonansie – frazy czyste lub preparowane, spokojne odgłosy lub nerwowe konwulsje, cisza lub na poły hałaśliwe incydenty. Improwizacja nie jest wszakże pozbawiona mrocznych i zagubionych w ciszy przestojów, które burzą dramaturgię koncertu. Butcher - operujący w tym secie głównie na sopranie - co pewien czas stara się zakłócać ów marazm narracyjny, wybudzać z letargu pozostałych uczestników spektaklu, którzy koncertują się raczej na budowaniu zmysłowego i nieco tajemniczego backgroundu.

Dużo ciekawiej dzieje się w secie drugim. Początek też skrzy się drobiazgami – pojedynczymi odgłosami strun, metalicznym rezonansem płynącym z obiektów i echem, które szczególnie ciekawie konweniuje tu z brzmieniem strunowców. Swoje czyni saksofon, tym razem głównie tenorowy, który bez zbędnej zwłoki staje na czele pochodu i nadaje improwizacji bystry drive pozbawiony kameralnych zaniechań i wątpliwości. Opowieść ma w sobie więcej życia, ale nie unika samozawieszających się fraz, które łapią ciszę, niczym lep zagubione muchy (choćby w okolicach 8 minuty). Inicjatywa ustawodawcza znów pozostaje w rękach saksofonu. Tło strun i harmonium buduje tu czyste, kameralne frazy, bądź jątrzy nerwowymi szarpnięciami za struny. W okolicach 18 minuty muzycy dyskutują metodą call & responce, nadającą całości zdrowy posmak w pełni kolektywnej improwizacji. Znów tym, który zaprasza do stołu jest saksofonista. Pod koniec opowieść rozpływa się w drony i kieruje na drobny, finałowy szczyt. Tenor zdobywa go z podniesionym czołem, strunowce, pełzające tuż zanim, nerwowo podrygują.  

 


John Russell/ John Butcher/ Dominic Lash  But Everything Now Left Before It Arrived (Meenna, CD 2021)

Na osi czasu cofamy się aż do grudnia 2010 roku i lądujemy w szkockim Glasgow (GIO Fest III, CCA). Na scenie John Russell na gitarze akustycznej, Dominic Lash na kontrabasie i John Butcher na tenorze i sopranie. Muzycy raczą nas pięcioma swobodnymi improwizacjami, które łącznie trwają 40 minut.

Zaczynają dłuższymi dźwiękami saksofonu i kontrabasowego smyczka, którą zdobią mikro frazy gitary. Ciche, mroczne chamber z zabrudzonym brzmieniem, kreowane dalece ograniczonymi zasobami. Muzycy potrzebują ledwie jednego ukradkowego spojrzenia, by zaserwować nam kilka bardziej dynamicznych i groźnych sytuacji dźwiękowych. Ale dziś, na tej scenie donikąd się nie spieszą! Jak dzikie kocury szczerzą zęby, ale pozostają na swoich stanowiskach. W roli największego mąciciela świetnie czuje się smyczek. Drugą opowieść inicjują post-klasyczne frazy strunowe, dobrze skomentowane wysoko osadzonym saksofonem. Improwizacja powstaje z drobiazgów, które łapią ciekawą dynamikę i wdrapują się na niewielkie wzniesienie. Z kolei trzecia część początkowo wydaje się dość abstrakcyjna w brzmieniu. Narrację prowadzi w nieznanym kierunku kontrabasowe pizzicato. Szczęśliwie bystry sopran ogarnia dramaturgię narracji i proponuje małą wspinaczkę, która okazuje się całkiem okazałym, imponującym brzmieniowo crescendo. Świetnie czuje się w tej konwencji gitara, a kontrabas udanie sięga po smyczek. W dalszej części ekspozycji ten ostatni powraca do trybu pizzicato i syci improwizację post-jazzowym posmakiem, nie odbierając jej ciekawej dynamiki.

Koncert definitywnie nabiera wigoru w dwóch ostatnich częściach. Najpierw niemal klasyczne intro gitary i leniwe szarpanie za struny kontrabasu. Duet w tej formie ciekawie się pętli, budując bazę dla saksofonu. Ten pojawia się dopiero po trzech minutach i sprawdza perkusyjne możliwości swoich dysz. Gra prowadzona jest tu na dużym stopniu szczegółowości, a zdobią ją całe plejady preparowanych dźwięków. Po małej eskalacji narracja gaśnie w oparach szumów i pomruków. Ostatnia improwizacja trwa ponad 11 minut i rozwija się dość leniwie. Początkowo tworzą ją suche drony saksofonu i gitarowe riffy, pozbawione jednak dynamiki. Improwizacja toczy się od samego dołu do nieskończonej góry – z jednej strony smyczkowe i saksofonowe westchnienia, z drugiej gitarowe, bystre inkrustacje. Powstaje z tego niezłe kłębowisko emocji, ale muzycy decydują się na stopping i zejście na sam dół. W wyniku tych zaskakujących koincydencji wykształca się strunowy duet, którego ekspozycja skrzy się intrygującymi znakami zapytania. Powrót saksofonu wynosi narrację na najwyższy z możliwych poziomów! Szumy i piski, ocean drobnych fraz i całe morze ptasich okrzyków! Ślizgi po strunach i tajemnicze odgłosy w tubie! Na ostatniej zaś prostej radosne śpiewy dęciaka i efektowne szumowisko strun!

 


Jennifer Allum/ John Butcher/ Ute Kanngiesser/ Eddie Prévost  Sounds Of Assembly (Meenna, CD 2021)

Kolejny odkurzony koncert, to kwiecień 2013 roku i londyński przybytek oświaty i kultury Stanhope School. Czworo muzyków: Ute Kanngiesser - wiolonczela, Jennifer Allum - skrzypce, Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne oraz John Butcher i jego dwie rury. Pięć swobodnych improwizacji trwa ponad 48 minut.

Początek spektaklu, to typowa gra rozpoznawcza, drobne frazy klejone w pytania i odpowiedzi, sycone oddechem free chamber. Opowieść dość szybko wzbogacona zostaje wielkim, rezonującym talerzem Prevosta, którego brzmienie nie będzie nas opuszczać niemal do końca koncertu. I to właśnie ów talerz wybudza drgania drugiej improwizacji, a towarzyszą mu short-cuts pozostałych instrumentów. Sopran kwili tu jak sroczka, skrzypce i wiolonczela szarpią delikatnie za struny, a sama narracja stawia na razie na kreatywny minimalizm. Kolejna część kontynuuje zastaną estetykę dodając do niej więcej nerwowości i całe kiście preparowanych dźwięków, które budują mroczną, gęstą atmosferę spektaklu.

Podobnie, jak w przypadku poprzednio omawianej płyty, im dalej tu w las, tym robi się coraz ciekawiej! Czwarta improwizacja trwa prawie 19 minut i jest zdecydowanie daniem głównym. Najpierw echo talerza i syczący smyczek na krawędzi werbla, potem saksofonowe drony i strunowe preparacje. Po kilku minutach opowieść efektownie pęcznieje, nabiera free jazzowego ognia, budowanego dronami, ostrymi szarpnięciami za struny i coraz silniejszym rezonansem talerza. Cello i skrzypce zdają się tu ciągnąć ku światłu, saksofon i perkusjonalia zdecydowanie szukają mroku. Kwartet dzieli się na podgrupy, a nawet skromne incydenty solowe. Pod koniec ekspozycji muzycy powracają do mocy płynącej ze zjednoczonego składu i pichcą nam doprawdy imponujący finał, budowany najpierw rezonansem i preparacjami saksofonu, potem niemal wyłącznie smyczkowym piłowaniem. Piąta improwizacja, choć to wydaje się niemożliwe, podnosi poprzeczkę jakości jeszcze wyżej! Początek ma dość nerwową dynamikę, pełen jest dysonujących fraz, haczy też o mroczną kameralistykę. Po uzasadnionym spowolnieniu drżący talerz zdaje się ustawiać wszystkich po kątach. Poziom głośności pnie się ku górze, a muzycy kleją nam bodaj najbardziej intensywny fragment tego wieczoru. Znów kilka bystrych dialogów (choćby saksofonu i cello) i bardzo efektowne wybrzmiewanie po 8 minucie. Ale to nie koniec! Nim talerz zawyje po raz ostatni, muzycy proponują nam zmysłowe, dronowe spiętrzenie. Brawo!