czwartek, 19 lipca 2018

Lazro! McPhee! Abrams! Séguron! Taylor! A Pride Of Lions on the Bridge!


The Bridge Sessions, to transatlantycka inicjatywa powołana do krzewienia przyjaźni francusko-amerykańskiej w obszarach jazzu i muzyki kreatywnej. Od ponad trzech lat łączy ona w kwartety, kwintety lub sekstety, muzyków z krajów usytuowanych po przeciwległych stronach Wielkiej Wody, zapraszając ich na jednorazowe sesje nagraniowe lub koncerty. Celem spotkań jest na ogół podjęcie czynności związanych z uprawianiem muzyki improwizowanej.

Dwie pierwszej edycje Pomostowych Sesji nie umknęły uwadze redakcji. Płyty Sonic Communion oraz The Sync zyskały wiele ciepłych słów na tych łamach. Pierwsza prezentowała w akcji Jean-Luca Cappozzo i Joëlle Léandre po stronie francuskiej, zaś Douglasa R. Ewarta, Bernard Santacruza i Michaela Zeranga - po amerykańskiej. Na kolejnej, dwie niewiasty z Europy (Eve Risser, Sylvaine Hélary) zwierały szeregi z dwoma przystojniakami z Ameryki Północnej (Fred Lonberg-Holm, Mike Reed).

Trzecia płyta For Views of a Three Sided Garden (na niej m.in. Rob Mazurek i Julien Desprez) przetoczyła się nam przez odtwarzacz, ale nie zostawiła po sobie zwerbalizowanych wspomnień (czytaj: nie zachwyciła Pana Redaktora). Kolejne płyty (4-7) nie stały się już udziałem naszych narządów słuchu - dla chętnych i złaknionych informacji stosowne źródło wiedzy: https://thebridgesessions.bandcamp.com/




Najnowsza pozycja The Bridge Sessions nosi zatem numer ósmy. Od razu dodajmy, iż przynosi naprawdę ciekawą porcję muzyki. Zwie się dumnie A Pride of Lions, a firmowana jest przez pięciu nie byle jakich improwizatorów. Na saksofonie barytonowym i tenorowym - Daunik Lazro, na saksofonie tenorowym i pocket trumpet - Joe McPhee, na kontrabasach – Joshua Abrams (także guembri) i Guillaume Séguron, zaś na perkusji – Chad Taylor (także mbira). Koncert zarejestrowano 30 stycznia 2016 roku we francuskim Tours. Trwa blisko 50 minut i choć jest podzielony na pięć części, jest nieprzerwanym ciągiem improwizowanych dźwięków (dodajmy dla porządku, iż w trakcie ostatniego utworu zacytowana została pieśń Alberta Aylera Mothers). Zaglądamy do środka, bo zdecydowanie warto!

Start koncertu wyznacza dialog kontrabasów, ze znaczącym udziałem smyczków. W 2 minucie zdecydowanym ruchem do gry wchodzi drummer, od razu pokazując szeroki wachlarz swych artystycznych kompetencji. Po kolejnych paru chwilach i stosownym wytłumieniu, pierwsze, bardzo wyważone i dostojne dźwięki wydaje saksofon barytonowy. Rzewnie zawodzi, czuć sonorystyką u nasady dysz. W tle niebywałe tło, tworzone przez aktywne kontrabasy. Drummer jest równie pobudzony i niesie tembr saksofonu aż po nieboskłon (czy też sufit sali koncertowej). W 8 minucie do gry wkracza kieszonkowa trąbka, a cała już sekcja robi z nią dokładnie to samo! Przypomina się cudowna płyta Bila Dixona z trzema kontrabasami! Free jazz improve na kosmicznym poziomie! Na wybrzmieniu – sonore trąbki i smyczki kontrabasów. Płynnie zaczyna się drugi odcinek tej przygody, którego początek wyznacza zmiana instrumentu u Abramsa – melodyjna, afrykańska guembri rzuca improwizacje na zupełnie nowe tory. Taneczny ferment zostaje zasiany! Rytm wytycza reguły gry, w tle tarmosi się tenor. Narracja smakuje Garbarkiem, ale szczęśliwie, tym z lat 70. i 80. ubiegłego stulecia. W 7 minucie saksofony robią krok w bok i skutecznie burzą sielski nastrój zabawy. Rygor free jazzu zostaje skutecznie narzucony. Komentarz trąbki, z pełną akceptacją na ustach! Dynamika nagrania rośnie, krew pulsuje coraz szybciej, słychać w jak świetnej dyspozycji jest dziś Lazro. McPhee – także, zwłaszcza gdy podłącza się pod eskalację z saksofonem tenorowym. Wióry lecą, bo i rozbudowana sekcja rytmiczna wie, jak zachować się w takim momencie. Znów płynnie, niemal mantrycznie przechodzimy do trzeciej części podróży. Powraca rytm, wręcz polirytmia. Kolejny przeskok od free do tanecznego etho-jazzu odbywa się w doskonały sposób. Africa Coltrane’a kłania się w pas! Brawo! Śpiewy, krzyki, nawoływania! Baryton nie potrafi nie pójść w soczyste tango. Tenor idzie z nim w jednej parze. Obaj brzmią cudownie i pchają całą narrację w kierunku wybuchowej ekspozycji, która ma za patronów wszelkich bogów free, z Albertem Aylerem na czele. Wtem odzywa się mbira i jednym pociągnięciem pędzla uspakaja całe towarzystwo na scenie. Ponownie afro ferment zbiera obfite żniwo, za nic mając wysiłki obu saksofonistów. W 8 minucie do głosu powracają dwa kontrabasy. Mbira w tle, ciągle tyczy szlak rytmiczny, budując małą, solową ekspozycję, wyznaczając przy okazji start części czwartej koncertu. Silny głos w dyskusji perkusisty, który przejmuje rolę prowadzącego rozgrywkę. Ostry krok w kierunku mocnej, drummerskiej polirytmii. Africa drums! Podłącza się trębacz, potem tenorzysta. Ostry drive całej sekcji nie może ujść ich uwadze – zatem kolejna free jazzowa galopada staje się naszym udziałem. Dęte dialogi w estetyce Ornette’a Colemana, przy wtórze hymnicznego Aylera. 6 minuta i sonorystyczny stopping! Wykonanie perfekcyjne! Dęciaki zostają same na scenie i pięknie rozmawiają. Na to wszystko wraca guembri i snuje nową, niską linię melodyczną. Afryka ze snów! Delikatny tenor! Tak, zdecydowanie wkroczyliśmy już w ostatnią część koncertu. Ciągle jesteśmy na Czarnym Ładzie. Drummer stawia rytm na sztorc i to reszta musi się dostosować. Taniec godowy tylko z udziałem sekcji rytmicznej (guembri!). Oto jak free jazzowy bal zdominowała estetyka afrykańska, ale na tym przyjęciu nie ma niezadowolonych gości. Finałowe pięć minut – dęciaki snują molowe rozbiegówki, które wcale nie wróżą ciszy. Free jazz, który głośno śpiewa! A dołem płynie rytm surowej Afryki. Wybrzmienie na skomlących smykach! Smakowita uczta!


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrania!


środa, 18 lipca 2018

RyokoSam! Kage Cometa! La Rastres! A Journey In Search Of Lost Time! *)


Wciąż debatujecie nad nowymi, jak zawsze epokowymi nagraniami Matsa Gustafssona czy Kena Vandermarka? Zastanawiacie się, ile doskonałych płyt z blondynką nagra jeszcze Peter Brotzmann? A może rozpływacie się nad histo(te)rycznym powrotem do free jazzu Dave’a Hollanda? Nie macie poczucia straty czasu?

Trybuna Muzyki Spontanicznej przygotowała dla Was prawdziwą odtrutkę! Trzy płyty młodych, zapewne zupełnie nieznanych muzyków z dalekich krajów! Poczytajcie, potem kupcie płyty (Bandcamp!) i posłuchajcie! Jakość podróży w poszukowaniu utraconego czasu gwarantowana!




RyokoSam  Gold-cut Square Voice (Raw Tonk Records, CD 2018)

Szalony duet złożony z japońskiej saksofonistki Ryoko Ono i brytyjskiego freaka Sama Underwooda, który będzie grał na instrumentach stworzonych … przez siebie (bliższych szczegółów brak!). Sami muzycy określają swoje dzieło dźwiękowe jako all noises produced by (bez komentarza!). 10 traków, 36 minut z sekundami. Brak danych, co do miejsca i czasu powstania nagrania.

W pierwszym odcinku spotyka nas buńczuczny saksofon altowy, silnie free jazzowy, z nutką zaśpiewu Ornette’a Colemana na samym brzegu tuby. Obok silny podmuch jednotonowej tuby. Akustyczny dron, który zrywa podłogę, a na koniec wpada w charkot i kompulsywne drżenie. W drugim zdaje się, iż mamy do czynienia z instrumentem dętym, który po dłuższej chwili odsłuchu sprawia jednak wrażenie instrumentu perkusyjnego, którego krawędź jest drastycznie pocierana. Szumy i dzikość serca saksofonistki. Duch oświeconego industrialu. Gęste po sam sufit. W trzecim wkraczamy w rozległy obszar elektroakustyki, oczywiście tworzony przez nieokreślone źródła dźwięku. Rodzaj bębna, który jest silnie amplifikowany i wydaje dość jednostajny rytm. Może to być także efekt korelacji rąk artysty i strun kontrabasu. Maszyna pracuje, a saksofon zgłębia dokonania współczesnej sonorystyki. Czwarty odcinek istotnie gwałci nasze narządy percepcji. Ostry saksofon i urywane dźwięki elektroniczne, generowane w wysokim rejestrze. Jakby pracowało dla nas jakieś zepsute urządzenie zasilane prądem. Ryoko szybuje i kreśli pętle. Ma lekko upalone brzmienie, czym przypomina epokowe For Alto Anthony’ego Braxtona (sposobem gry także!). No i piąty fragment – coś na kształt instrumentu perkusyjnego. Obok saksofon, który płynie tym razem długimi pasażami. Odrobinę monotonne, rzecz można kolokwialnie – repetytywne. Pętla za pętlą, w pełni akustycznie. Szósty – w rękach Sama ląduje gumowa zabawka dziecięca. Szczypta elektroakustyki na backgroundzie. Ale kto tu wydaje dany dźwięk? Który z nich pochodzi z dęciakia, który z duszonej zabawki dmuchanej? Ryoko chyba mocno preparuje, może gra na samym ustniku… Harsh electronic in sonore environment! Siódmy odcinek rozpoczyna ostry, znów jakże braxtonowski alt. Obok pulsują mikrodrony, niczym z zepsutego odbiornika radiowego. Hałas komentowany niemal balladowym free jazzem. Popisowa ekspozycja Ryoko, chyba najlepszy moment płyty. Kolejna (ósma) opowieść startuje niezwykle wysokim altem. Pod nim grzmiący smyk dużej mocy. Może to gitara zakotwiczona we wzmacniaczu, w każdym razie jakieś struny pod napięciem. W dziewiątym alt płynie jeszcze wyżej. W tle amplifikator, który pluje elektroakustycznym sosem. Eskalacja, pulsacja, wegetacja. Milknie i ponownie eksploduje. Ryoko zdaje się kolejny raz szczytować. Noise for ever, prawie 5 minut, najdłuższy fragment. Na finał powrót rwanej, szarpanej mieszanki żywego i syntetycznego dźwięku. Alt spokojniejszy, już chyba widzi tablicę z napisem koniec. Muzycy mają się ku sobie, zgrabnie imitują dźwięki współpartnera (wszakże w estetyce stosunku przerywanego). Rodzaj upiornej meta ballady na ostatniej prostej.




Dylan Fujioka/ Patrick Shiroishi/ Paco Casanova  Kage Cometa (FMR Records, CD 2018)

Czyżby moment na odrobinę sztuki wysokiej? W każdym razie udajemy się ... do Muzeum Sztuki Współczesnej w Los Angeles (marzec 2017). W jednej z sal napotykamy na trójkę lokalnych**) muzyków - Patricka Shiroishi, który zagra na saksofonie altowym i sopranowym, Dylana Fujiokę, który zagra na perkusji oraz Paco Casanovę, który obsługiwać będzie bliżej nieokreślone instrumenty klawiszowe. Jedna opowieść, niemal 39 minut.

Od startu towarzyszy nam szum sali, pomruki oczekiwania, niczym w filharmonii. Improwizacja rodzi się na powierzchni instrumentu klawiszowego. Dość szybko nabiera odpowiedniej gęstości, szorstkości i płynności. Warstwa na warstwie, dźwięk obok dźwięku. Do gry sposobi się drummer, opukując werble i tomy, sprawdzając glazurę talerzy. Tymczasem saksofon już od kilku chwil wtóruje na stronie. Narracja płynie szerokimi pasażami, smakuje soczystym dark ambientem. Bogata faktura całości. W 7-8 minucie wyłania się z tego całkiem jazzowa ekspozycja, oparta na brzmieniu elektrycznego piana. Klimat wyrafinowanego fussion i zapach dobrej trawy, który unosi się w muzealnej salce. Casanova permanentnie sięga po nowe rozwiązania. Nie znamy dokładnie jego instrumentarium, ale zdaje się być dość różnorodne. Saksofon Shiroishiego, póki co, zabiera głos dość nieśmiało i raczej dba o estetyczny background. Co innego Fujioka – szybko wchodzi w interakcje, jest wyjątkowo aktywny i w każdej sytuacji ma dobry pomysł na ciąg dalszy. Po 10 minucie poziom komunikacji w trio osiąga już optymalny poziom. Świetne reakcje, niebanalne koincydencje. Saksofon i keyboard coraz częściej śpiewają jednym głosem i niosą narrację kolorowym wzgórzem. Perkusja zaś zdaje się tu być kołem zamachowym, dynamizującym improwizację i stymulującym do działania. Tuż przed 20 minutą narracja ponownie rozlewa się szerokim strumieniem i istotnie zwalnia. Fussion ambient? Casanova robi dobry krok w kierunku onirycznej psychodelii, aż palce lizać! Rusza nowa narracja, budowana na krwistym dronie niskiej elektroniki. Repetycja w tej sytuacji zdaje się być najwłaściwszym środkiem wyrazu. W międzyczasie swobodna ekspozycja drummera, trochę na zasadzie kontrapunktu. Na scenie kipi od emocji i zwrotów dramaturgicznych. W 25 minucie pojawia się spora dawka melodyjnych, quasi balladowych mikroekspozycji. Dużo przyjaźni na linii saksofon – klawisze. Tuż potem improwizacja dostaje kolejne życie – aktywny saksofon, pełny zdrowego free jazzu, a w tle coś na kształt fortepianowego pasażu, ze spora dawką rytmu tuż pod palcami muzyka. Obok czujny, bojowy perkusista. Muzycy ochoczo brną w eskalację. Czynią to brawurowo, nie podejmując złych decyzji. 35 minuta przynosi kolejny moment wytchnienia. Znów psychodelia zdaje się być skutecznym orężem Casanovy. Sopran tańczy tuż obok, wije się wokół własnej osi. Na sam finał porcja smacznej melodyki, aylerowskiego zaśpiewu, hipnotycznej narracji, która błyskotliwie wybrzmiewa. Oklaski!





Miguel A. García/ Fernando Ulzion/ Matías Riquelme  La Rastres (Discordian Records, DL 2018)

Na finał naszego dzisiejszego ognistego trójpaku, porcja improwizowanej elektroakustyki z Bilbao! Luty bieżącego roku, Larraskito Studio, a w nim trójka muzyków: Miguel A.García – elektronika, Fernando Ulzion – saksofon altowy i sopranowy oraz Matias Riquelme – wiolonczela. Sześć fragmentów z tytułami, niewiele ponad 25 minut.

Od pierwszych dźwięków czujemy swąd urządzeń elektrycznych, szumy i szmery charakterystyczne dla zwoju kabli, pulpitu i dygoczących z zimna, żywych instrumentów, które też przecież mogą być zaplątane w historie z prądem, czy różnego rodzaju wzmacniaczami. Mikrozdarzenia w tubie altu, ślady sonorystyki zatopione w brutalnych okolicznościach elektroakustycznych. Zdaje się, że jedynie wiolonczela ma odwagę from time to time dobywać się z siebie czyste, akustyczne dźwięki. Obok skwierczy bowiem biały szum, który dopiero na koniec dopuszcza do głosu saksofon i drobinki smyka na gryfie. W kolejnym fragmencie elektronika w permanentnym natarciu. Żywi jednak nie dają na wygraną, stosując hałas i kilka niebanalnych rozwiązań fonicznych, doprowadzają do elektroakustycznej równowagi. Udane pasaże cello i drony saksofonu. Na finał elektroniczna burza z piorunami. Trzeci budzi nas modulowanym skwierczeniem, syczeniem na kablach i czymś, co fonicznie kojarzyć moglibyśmy z samplami. Saksofon i wiolonczela starają się grać głośno, gdyż po prawdzie nie mają innego wyjścia. Gdy tylko udaje im się wyjść na powierzchnię, jakość improwizacja rośnie w postępie geometrycznym. Na finał znów giniemy w elektronice (basowy dron). Czas na odcinek czwarty – wiolonczela pętli się na gryfie, repetuje i łapie prąd każdą struną. Ciekawa interakcja z syntetyką. Strunowiec dominuje dramaturgicznie, ale nie jest w stanie zawłaszczyć całej przestrzeni. Na finał nieco więcej dynamiki, jakby elektronika wpadała w delikatną psychodelię. Piąty fragment wyrasta hałaśliwie spod strun wiolonczeli. Gęsta, murowana narracja. Sporo emocji w tubie saksofonu, ale wszystko dzieje się jakby za zasłoną elektroniki. Bez wątpienia płyta budowana jest z perspektywy tego, co czyni ze swą elektroniką Garcia. Nie brakuje interesującej akustyki, ale filtrowana jest ona, a nawet dekonstruowana na kablach, także z odrobiną plądrofonii. Finałowy track ma numer sześć – ciąg dalszy gęstej, intensywnej improwizacji. Grzmoty elektroniki i jęki akustyki. Sopran gotuje się z nadmiaru pomysłów, które nie zawsze znajdują uznanie przy pulpicie sterowniczym. Tu dron z prądem porządkuje scenę i wyznacza kierunek finałowej rozgrywki. Ostatnie dźwięki topią się w białym hałasie.



*) ang. Podróż w poszukiwaniu utraconego czasu.

**) nie ma pełnego przekonania co do tego faktu - dane personalne muzyków zdecydowanie z obszaru multikulti - nie mniej saksofonista był już gościem na tych łamach i co do niego, mamy pewność, iż jest kalifornijskim rezydentem

piątek, 13 lipca 2018

Parker! Guy! Lytton! Again at the Vortex!


Evan Parker, Barry Guy i Paul Lytton - bez wątpienia najwybitniejsze trio europejskiej muzyki swobodnie improwizowanej – po pięciu latach przerwy *) powraca z nowym wydawnictwem!

Dzieje się tak dokładnie w rok po tym, jak wszyscy muzycy tej wyjątkowej formacji, dumnie wkroczyli w ósmą dziesiątkę życia (po prawdzie, Evan uczynił to już cztery lata temu). Dziś, gdy czytacie te słowa, mija zaś prawie dokładnie dwa lata od momentu powstania nagrania, które na owej nowej płycie pomieszczono.

A zatem oczywiście Londyn, oczywiście klub Vortex (ulubiona miejscówka Parkera) i … dane personalne założyciela klubu, Davida Mossmana, w tytule wydawnictwa.

Nie będę wyliczał, która to już płyta w dorobku tria, dociekliwych odsyłam do skromnej monografii Evana Parkera i rozdziału poświęconego współpracy z Barry Guyem i Paulem Lyttonem. Oto stosowny skrót.

Czy coś winniśmy jeszcze wiedzieć, nim zajrzymy do środka CD Music For David Mossman - Live At Vortex London? Poza faktem, iż wydawcą jest szwajcarski Intakt Records (cztery utwory, 61 i pół minuty)? Może tylko konstatację recenzenta, która zapewne odkrywa wszystkie karty – ta płyta jest po prostu doskonała!




Opowieść pierwsza. Kontrabas rozgrzewany przez Guya ostrymi szarpnięciami strun, tuż obok głaskanie werbla przez Lyttona i Parker, który milczy i czeka na swój moment. Duet szybko łapie odpowiedni rytm, garściami łyka pokrętną dynamikę. Rodzaj free jazzowej ekspozycji gołej sekcji, w oczekiwaniu na solistę. Ale w wypadku tych wspaniałych muzyków, nic nie jest oczywiste. Imponująca energia facetów, którym ktoś niespodziewanie odjął pół wieku życia i dodał skrzydeł! W 4 minucie skromne hamowanie i wejście Parkera na tenorowym. Spokojne, delikatne podmuchy wprost z tuby, szum z ustnika. Trio potrzebuje jednak ledwie parunastu sekund, by nabrać mocy i ruszyć po pierwsze tego wieczoru złote runo. Czujemy, że Panowie są dziś w doskonałej formie, zarówno fizycznej, jak i mentalnej. Już po kilku minutach wszystkie pajęczyny w Vortexie zostają zerwane ze ścian! Gęsta, soczysta, jakże energetyczna chwila, której trwanie nie ustanie do samego końca koncertu. Parker i Guy rozmawiają w sobie tylko znanym języku. Niemal pół wieku wspólnych przygód na scenie, a oni wciąż mają sobie coś ciekawego do powiedzenia, zawsze znajdą nowy wątek. Moc i siła, to podstawowe parametry pieśni otwarcia. A Lytton? Płynie wartkim strumieniem na podwyższonym wskaźniku drummerskiego adhd. Brawo!

Opowieść druga. Start łudząco podobny do poprzedniego. W roli głównej kontrabas i zwinne palce Guya. Jakaż rozgrzewka na gryfie! Agresywnie, frywolnie, bezczelnie! To w zasadzie solo, bo Lytton tylko puka w talerzyk, jakby chciał przypomnieć, że siedzi tuż obok szalejącego kontrabasisty. Na wejście Parkera znów czekamy do 4 minuty. Tu jego tenor płynie bardziej głęboko, narracja zdaje się być nieco zawieszona w czasoprzestrzeni, chybocze się, kolebie, jakby stąpała po cienkim lodzie. Moc idzie jednak wraz z nim. Tuba na jednym oddechu drży i wypuszcza nowe porcje ognistej lawy! Pierwsze hamowanie dopiero po 7 minucie. Drobinki sonorystyki, zwiastujące początek nowej historii. Muzycy wzajemnie dopingują się, motywują, w efekcie czego, pod koniec 10 minuty, doświadczamy już klasycznej, błyskotliwej, pełnej niuansów galopady free improv.

Opowieść trzecia, najdłuższa na płycie, zaczyna się dźwiękami generowanymi przez wszystkich muzyków. Modelowa komunikacja, niepoliczalne pokłady synergii, moc empatii. Podskórna telepatia. W języku wielbicieli – zero zaskoczeń, ocean szczęścia! Energia atomowa, młodzieńcza, zwierzęca fantazja! Temperatura improwizacji dawno przekroczyła dopuszczalną skalę. A Lytton? Im starszy, tym bardziej przesiąknięty energią kinetyczną power drummerów! Tytan werbli, tomów i bębna basowego. W 9 minucie indywidualny popis Guya, ale Lytton czyni dokładnie to samo. Aż kontrabas milknie na moment. Fire music! Tenor wraca odrzutowo po kilkudziesięciu sekundach. Krew na ścianach! Mehagodzilla u wrót miasta! Trio wchodzi na poziom energetyczny, który być może nie był ich udziałem od dekady, albo i dwóch! Jakby na potwierdzenie słów recenzenta, Parker kreśli zabójcze solo z drobnym wsparciem Guya. Wstrząsające wytłumienie następuje niespodziewanie - ocieka kroplami sonore i bogactwem perkusjonalnych ornamentów. I od razu, jakby nowa narracja, która płynie tak szerokim strumieniem, że aż strach zamoczyć nogi. Kontrabas na smyku, tenor w stanie permanentnej eksplozji. Ten, to dziś może góry przenosić! Raw Power! Tuż po nich kilkadziesiąt sekund dla Lyttona. Tu dzieje się już wszystko, co znamionuje szczyt. Kosmiczna moc i tylko dobre decyzje rozjuszonych 70-latków! Szatańskie cyrografy parafowane niechybnie!

Opowieść czwarta. Wyważony wstęp saksofonu, kontrabas i perkusja na spokojnie, ale z pokładami nowych sił z tyłu głowy. W okolicach 4 minuty muzycy zaczynają w piękny sposób nawoływać się do galopu. Płyną niczym niewykastrowane, młode byczki po zroszonej deszczem łące. Kontrabas grzmoci i sieje karkołomny ferment. Tenor tańczy, komentuje, grymasi. Znów burza z piorunami! Muzycy ponownie idą w tango, dostali w tej grze kolejne, nowe życia! W 10 minucie Lytton zostaje na moment sam. Jakby porządkował teren przed finałowym galopem. Po parudziesięciu sekundach atak! Rozbiegówka tej wyjątkowej płyty ocieka potem i ciepłymi płynami godowymi! Ci faceci zdolni są dziś do wszystkiego!



*) poprzednia płyta tria Live At Maya Recordings Festival (No Business Records) rzeczywiście ukazała się w roku 2013. Pamiętamy wszakże, iż w tymże czasie, a także nieco później, światło dzienne ujrzały nagrania tria w ramach Barry Guy New Orchestra’ Small Formations, wydane na dwóch fantastycznych wielopakach Not Two Records – Mad Dogs (2013) i Mad Dogs On The Loose (2014).




środa, 11 lipca 2018

Variable Geometry Orchestra! Ma'adim Vallis!


Czas i miejsce zdarzenia: pierwszy koncert – 25 listopada 2017 roku (O'Culto da Ajuda, Lizbona), drugi koncert – 5 stycznia 2018 roku (Damas, Lizbona).

Ludzie i przedmioty: Ernesto Rodrigues – dyrygent, valiha, rebec (instrumenty jedynie w koncercie 1), Armando Pereira – akordeon, Guillaume Gargaud – gitara akustyczna (1), Etienne Brunet (1), José Lencastre (1) i Nuno Torres – saksofon altowy, Bruno Parrinha – klarnet basowy, Guilherme Rodrigues, Miguel Mira i Ricardo Jacinto (1) – wiolonczela, Luiz Rocha - klarnet (1), Miguel Almeida – gitara klasyczna (1), Adriano Orrù (1), Bernardo Álvares (2), Hernâni Faustino (1) i João Madeira – kontrabas, João Valinho (1), Pedro Santo i Vasco Trilla (1) – perkusja, Fernando Sousa (1), Paulo Duarte (1) i Abdul Moimême – gitary elektryczne, Carla Santana i Carlos Santos – elektronika, Paulo Chagas – flet, obój, Manuel Guimarães (1), Silvia Corda (1) i Tiago Varela – melodica, André Hencleeday (1) – megafon, Monsieur Trinité - obiekty, Karoline Leblanc (1) – fortepian, Miguel Cabral (1) – violaika, Eduardo Chagas (1) i Fernando Simões (1) – puzon, Anna Piosik (2) i Luis Guerreiro (1) – trąbka, Gianna de Toni (1) – ukulele, Maria do Mar (2) – skrzypce, Maria Radich – głos.

Co gramy: dyrygowana swobodna improwizacja.

Efekt finalny: koncerty pomieszczone na dwóch dyskach, pod wspólnym tytułem Ma'adim Vallis, dostarcza Creative Sources (2018). Szóste wydawnictwo w dyskografii VGO trwa łącznie 78 minut bez pięciu sekund.




Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Conduction #47. Strunowa, filigranowa introdukcja, drobiny sonorystyki w tubach saksofonów. Dalece kameralny start, biorąc pod uwagę obecność niemal czterdziestu muzyków na scenie. Już w 3 minucie improwizacja, budowana wieloma dronami, narasta, grzmi i łomoce. Grozę sytuacji podkreśla praca perkusjonalistów i akordeonu. W tle podskórny nerw, chrobotanie syntetycznej materii dźwięku, zapewne dzieło sekcji elektronicznej. Tempo rośnie, fonia pęcznieje. W 7 minucie zwinna, saksofonowa ekspozycja w estetyce gorącego free, potem komentarz trąbki. Dęciaki, które zdają się być w mniejszości, dają sygnał, iż tego dnia skłonne są pohałasować. Opowieść płynie wartkim strumieniem, napotykając w każdym zakamarku stempel jazzu. Pierwsze hamowanie spotyka nas w 11 minucie – jakby powrót do klimatu strunowej introdukcji, ślady gitary akustycznej, a zaraz potem fortepianowe interludium z komentarzem klarnetu basowego. 14 minuta - nisko zawieszony dron rozpoczyna konstruowanie kolejnej, zapewne burzliwej ekspozycji. Elektronika wspierana smykami uczepionymi na samym dole gryfu kontrabasu? Tak, to jest możliwy scenariusz. Narracja gęstnieje, przybywa nietypowych, nieokreślonych dźwięków, szczypta plądrofonii. Bez akcentów jazzowych, mimo udziału saksofonów i puzonów, zdecydowanie w kierunku konstruktywnego hałasu. 23 minuta i stopping! Chmara strunowców czyni swoją powinność. Preparacje, jęki akordeonu, jakby spulchnianie gleby przed startem elektroakustycznej ekspozycji. Rodzi się prawdziwe królestwo rozchełstanego free improve z groźnymi pomrukami kontrabasu (ów?). Kameralistyka w stanie permanentnej multiplikacji. Szybki epizod, albowiem po 5 minutach znów zmiana kierunku po dość błyskotliwym hamowaniu. Klimat Warszawskiej Jesieni, koncert stroicieli, jakby narracja szyta z podartej partytury. Z tego kluczowego zaniechania tryska iście free jazzowa eksplozja. Kupą mości Panowie i Panie, cała historia gatunku trzyma za was kciuki! Jakże piękny moment! Tłumienie emocji toczy się w elektroakustycznym sosie, przy akompaniamencie głosu kobiecego i salwy filigranowych strunowców. 33 minuta - tym razem stado dęciaków snuje kilka separatywnych opowieści w klimatach niemal trzecionurtowych. Niektóre nutki nawet delikatnie swingują. Po 2-3 minutach nowy pomysł na rozwój improwizacji – suche, niskie pasaże, szmery, szumy, fonia z dna tuby, akcenty gitarowe. Narracja pęcznieje w tempie geometrycznym, zanosi się na burzę z piorunami. Szczypta spowolnienia w ramach zaskoczenia przeciwnika, potem znów krok do przodu. Na ostatniej prostej emocje biorą jednak górę. Zdaje się, że w tym momencie wszyscy muzycy dostali pozwolenie na grę.

Conduction #48. Noże i widelce, szmery i podmuchy, perkusjonalne intro. Mocny, jazzowy kontrabas organizuje porządek na scenie. Bardzo konkretny drive! Z drugiego rzędu, dęciaki w zwinnym komentarzu. Jakby przy okazji, rodzi się masywny background elektroniki. Ekspozycja trąbki, obok komentarze grane unisono, jakby z partytury. Wybrzmienie przychodzi dość szybko. Akordeon i elektronika robią stosowne echo. Narracja w błyskawiczny sposób pęcznieje, ale wisi w powietrzu, w oczekiwaniu na nowe wytyczne. Solo klarnetu basowego, przy wsparciu strunowców, które ostrzą sobie pazurki. Odrobina melodii pomiędzy strunami, punktowy flet. 11 minuta, to start nowej historii. Dużo strun w intensywnym tańcu. Zaraz potem pokrętne rytmicznie zabawy, które wieńczy free jazzowa eksplozja. Kobiece incydenty głosowe tuż po ostrym wyhamowaniu. I znowu ruszamy do przodu. Stan permanentnej zmiany, to zdaje się być element konstytuujący oba koncerty VGO. Intrygantem po raz kolejny zostaje sekcja strunowa, która w trakcie drugiego koncertu niepodzielnie panuje na scenie, czasami wręcz nie dopuszcza do głosu wygłodniałe dęciaki. W 17 minucie misternie budowana ekspozycja, pełna rubasznego rytmu, zostaje zgwałcona pokładami niskiej, bezkompromisowej elektroniki. Z mroku wyłania się kilka perkusyjnych incydentów, także parę dźwięków o nierozpoznanym źródle pochodzenia. Tygiel fonii w stanie wrzenia. Saksofony zdają się mieć moc, by pojawić się na samej górze. Tysiące pomysłów na sekundę. Improwizacja czasami wydaje się być nieco przeładowana inspiracjami. Bogate instrumentarium wciąż podpowiada nowe rozwiązania dramaturgiczne. Dyrygent musi mieć oczy dookoła głowy! 25 minuta, to wysoka ekspozycja trąbki, w dole zaś pasmo elektroakustyki, która po niedługiej chwili jest zdolna do przejęcia władzy. Ciekawy, niemal dark ambientowy fragment opowieści. Wejście sekcji dętej sieje zamęt! Jakby zbyt wielu muzyków chciało jednocześnie prowadzić narrację. 32 minuta i kilka saksofonów ma coś ważnego do powiedzenia. Mogą liczyć na niebanalny komentarz gitary i kontrabasu. Gęsto, chromatycznie, bez wyrwy akustycznej na cokolwiek więcej. W tle trębacze, którzy pragną iść po swoje. W 35 minucie ostatnie już dziś hamowanie – melodyjny saksofon i dynamiczne strunowce w ramach wsparcia. Niespodziewanie ekspozycja przybiera formę dość frywolnego walczyka, trochę w klimatach późnego Braxtona i jego Ghost Trance Music! Sam finał koncertu bardzo efektowny, intrygujący. Werbel wybija ostatnie dźwięki.



Poprzednio recenzowane płyty Variable Geometry Orchestra odnajdziesz dokładnie w tym miejscu

piątek, 6 lipca 2018

Riverloam Trio! Live at Alchemia!


Jeśli pamięć recenzenta nie szwankuje, Live at Alchemia to trzecia edycja fonograficzna polsko-angielskiego tria Riverloam. Tworzą je - Mikołaj Trzaska (saksofon altowy, klarnet basowy), Olie Brice (kontrabas) i Mark Sanders (perkusja). Dwa poprzednie spotkania tych muzyków, uwiecznione na płytach, miały miejsce na początku tej dekady (2011, 2012), każdorazowo na terytorium Zjednoczonego Królestwa. To najnowsze, zgodnie z tytułem, odbyło się w krakowskiej Alchemii, latem ubiegłego roku. Przynosi sześć improwizowanych opowieści z tytułami, a trwa blisko 66 minut. Wydawcą jest Kilogram Records.




Od samego startu dociera do nas typowy dla Mikołaja Trzaski, altowy zaśpiew, pełny wewnętrznej taneczności i dobrze rozumianej, dramaturgicznej frywolności. Para Brice & Sanders, także bez niespodzianki – czujna, dokładna, adekwatna gra bez zbędnych dźwięków, zwłaszcza ze strony perkusisty. Kontrabas Brice’a ma tembr skalnego niedźwiedzia. Narracja szyta jest zwartym, gęstym ściegiem. Dla wytrawnego słuchacza free jazzu – bez jakichkolwiek zaskoczeń, prawdziwy ocean szczęścia. Między 7 a 10 minutą za prawdziwy wytrysk endorfin u recenzenta odpowiedzialny jest Brice. Dzielnie towarzyszy mu Sanders. Na galopujący finał pięknie powraca Trzaska.

Drugą opowieść muzycy toczą niezwykle delikatnie, zmysłowo i w niedalekiej odległości od szumiącej ciszy, która sączy się z samego dna tuby saksofonu. Narracja Trzaski jest lekka jak pawie pióro, asysta Brytyjczyków filigranowa. Piękny smyk na gryfie, mały drumming, czyniony w taki sposób, by nie spłoszyć ducha kreacji. Rzewnie, melodycznie, medytacyjnie. W okolicach 7 minuty znów kontrabasista zdaje się kraść show partnerom. Czyni cuda pół barokowym tembrem. To trio i w ogniu, i w ciszy radzi sobie doskonale. Trzaska nuci semicką pieśń pod nosem, całuje ustnik, oddycha bezgłośnie (klarnet!). Wybrzmiewanie całej trójki znów gotuje długopis w ręce recenzenta.

Po sekundzie ciszy na dysku, jakby ciąg dalszy poprzedniej opowieści. Jeszcze bliżej ciszy, kamienne tablice pełnej tajemniczych napisów oddychają swą semickością. Pieśń niemal mikrotonalna. Brice i Sanders znów stąpają na palcach, delikatnie krok za krokiem, stawiają kolejne stemple doskonałości. Trzaska wraca w okolicach 6 minuty, ma w ustach saksofon altowy i zaprasza wszystkich do tańca. Bierze narrację pod pachę i rusza w tango. Partnerzy jakby tylko na to czekali. Finałowa eskalacja kąsa urodą i poziomem determinacji każdego z muzyków.

Czwartą historię otwiera intro Trzaski. Chropowate, ale pełne wewnętrznej melodyjności. Klasyk gatunku, ze śpiewem na obrzeżach ustnika. Głos kontrabasu i perkusji, tym razem bardziej dosadny, ale znów perfekcyjnie adekwatny do zastanej sytuacji scenicznej. Narracja kroczy dostojnym krokiem, zdobi ją skromne solo Brice’a i talerzowa ekspozycja Sandersa. Mocny drive w oczekiwaniu na powrót altu. Nowy wątek w tej opowieści pełny jest zadumy, nostalgii, tanecznej zwiewności.

Przedostatni fragment koncertu otwierają wszyscy muzycy. Skaczący alt, gorący smyk, dosadnie na werblach i tomach. Brice i Sanders biegną na wysoką górę i doznają eksplozji. Trzaska świetnie komentuje, czai się z boku i ma tysiące uśmiechów na ustach. Po 4 minucie jakby przejmował stery tej narracji. Znów śpiewa, z radością goni ptaki po bezkresnym polu. Ekspozycja smakuje dobrą sonorystyką. Kanty, urywane frazy, zmiana goni zmianę. Tuż potem Sanders ma kilka chwil tylko dla siebie. Ogień! Powrót partnerów wyznacza szlak finałowego galopu.

Tę wyśmienitą płytę kończy 6 minutowa koda, która sumuje wszystkie atuty koncertu. Kolorowe szumy w tubie altu, precyzja i dosadność kontrabasu i zrośniętej z nim pępowiną perkusji. Moc kreacji i siła ekspresji nie opuszczają muzyków także na ostatniej prostej.


Recenzja napisana dla polish-jazz.blogspot.com i tamże pierwotnie opublikowana.


wtorek, 3 lipca 2018

Rodrigo Amado’ History of Nothing or Everything! Your choice!


Portugalski saksofonista Rodrigo Amado konsekwentnie buduje swoje miejsce w historii europejskiej muzyki free jazz/ free improve. Płyt bardzo dobrych, czy wręcz doskonałych z jego udziałem znamy całe mnóstwo. W gronie redakcyjnym systematycznie zachwycamy się choćby dokonaniami jego flagowej formacji Motion Trio, którą tworzy z wiolonczelistą Miguelem Mirą i perkusistą Gabrielem Ferrandinim.

Amado nie stroni także od nagrywania muzyki ze znaczącymi postaciami gatunku zza wielkiej wody. Trzy lata temu światowa scena jazzowa nie bez powodu wystawiała bardzo wysokie cenzurki płycie This is Our Language, wydanej przez krajowy Not Two Records. Nagranie pojawiło się na wielu rocznych podsumowaniach najlepszych nagrań.

Po trzech latach skład, który zarejestrował ów krążek, powraca w pełnej krasie i prezentuje nam płytę o nieco prowokacyjnym tytule A History of Nothing. Od razu uprzedźmy wypadki – nagranie prezentuje jeszcze wyższy poziom, a to, co wyczynia na saksofonie tenorowym Portugalczyk w trakcie utworu Theory of Mind II (for Joe), w ocenie niżej podpisanego, na trwale zapisuje go w historii gatunku. A zatem, być może, tytuł płyty brzmieć winien jednak A History of Everything!




Dość wszakże wstępów, przejdźmy do muzyki nagranej w marcu ubiegłego roku w Lizbonie, w najbardziej adekwatnym miejscu dla rejestracji dźwięku bez oklasków, czyli Namouche Studios. Zacznijmy od wylistowania muzyków uczestniczących w nagraniu, albowiem nie są to postaci przypadkowe (wszyscy wymienieni na okładce płyty!) – na saksofonie sopranowym i trąbce piccolo Joe McPhee, na kontrabasie Kent Kessler, a na perkusji Chris Corsano. Rodrigo Amado, co już zostało powiedziane - na saksofonie tenorowym. CD wydany przez austriacki Trost Records zawiera pięć tytułów (wersja LP - tylko cztery, akurat brakuje tego być może najważniejszego, patrz wyżej), trwa 51 i pół minuty.

Legacies. Muzycy kwartetu rozpoczynają bardzo spokojnie i z dużą dyscypliną, oczywiście w ramach szeroko rozumianej estetyki free jazzowej. Będzie hołd dla legend, zatem z szacunkiem na ustach. Narracja sprawia wrażenie, jakby muzycy podawali z góry zaplanowany temat, choć nie czuje się znamion szczególnie precyzyjnej notyfikacji. Skupienie, wymiana dźwięków na flankach, gdzie posadowiły się saksofony. Sekcja usytuowana bardziej centralnie, zaczyna delikatnie sonoryzować. Sopran i tenor idą w parze, w obu przypadkach z zadumą i odpowiednią dawką nostalgii za czasami minionymi. Pierwszą indywidualną ekspozycją popisuje się Amado. Nie nadużywa ekspresji, klimat bliższy krnąbrnej ballady, niż skromnego choćby galopu. Reakcja McPhee pozostaje w tej samej estetyce. Dużo więcej ognia w ramach sekcji rytmicznej, która zdecydowanie nie zasypuje gruszek w popiele.

A History of Nothing. Po hołdach, czas na konkret! Zarys narracji konstruują oba saksofony. Bardzo swobodny już dialog. Wet za wet. Myśl  w pogoni za myślą. Tu akurat, to Amado zdaje się podążać za pomysłami McPhee. Taniec, emocje, drapieżność w obu tubach. Ekspozycja Portugalczyka ma kocią zwinność, muzyk ewidentnie płynie po swoje. Komentarz Amerykanina równie wyrazisty. Drive kontrabasu i perkusji, aż wióry lecą. Znów Amado zadaje pytanie w locie, a McPhee równie błyskotliwie odpowiada. Prawdziwie krwiste kawałki mięsa! Kwartet płynnie osiąga stan galopady. Konsekwencja w budowaniu dialogu i całej ekspozycji. Brawo! Świetna komunikacja, pełne kiście empatii, jakość nagrania na krzywej wznoszącej.

Theory of Mind II (for Joe). Tu pierwsze zdanie należy do Kesslera i Corsano. Fantastyczna rozgrzewka. Amado wchodzi dopiero pod koniec trzeciej minuty (uprzedźmy fakty: w tym utworze McPhee nie wyda ani jednego dźwięku). Tembr Amado solidnie rollinsonowski, niemal na krawędzi ballady, jaki próbował wystudzać entuzjazm sekcji. Napotyka na niebywałą ripostę ze strony Kesslera, który rozpala gryf do czerwoności. Smyk w pełnym ogniu! Drumming już z samego piekła! Amado milknie na kolejne kilkadziesiąt sekund. Wraca z taką energią u wylotu tuby, że sufit studia nagraniowego unosi się o kilka metrów. Swoboda, ekspresja, kosmiczna technika i trudny do opanowania wybuch kreatywności. W pełnym galopie Rodrigo Amado wchodzi na firmament free jazzu. Tak, to dzieje się dokładnie teraz!

Wild Flowers. Introdukcja małej trąbki, z furą sonorystyki na ustach. Soczyste całusy! Corsano zgłasza obecność po 90 sekundach, zaraz potem Kessler. Stąpają delikatnie po bardzo cienkim lodzie. McPhee zmienia instrument na sopran. Tempo spokojne, ale systematycznie narasta, bo sekcja rytmiczna stoi już po kolana w gorącej lawie. Na komentarz Amado czekamy aż do 5 minuty. Wchodzi z melodią na ustach i szczerzy zęby! Jazz sięga do swych prawdziwych korzeni. Na finał utworu wymiana uprzejmości obu saksofonów. Ich przyjaźń ewidentnie rozkwita! Melodia, taniec i dużo dramaturgicznego sprytu.

The Hidden Desert. Wstęp w rękach i nogach sekcji. Rodzaj ciekawej sonorystyki bez nadmiaru emocji. McPhee znów sięga po trąbkę i zaczyna grać coś na kształt upalonego bluesa, ale z ornamentami na talerzach i smyku. W 5 minucie podłącza się Amado, z dużym spokojem, krok za krokiem buduje nostalgiczny finał płyty. Nowy Jork, czwarta nad ranem, ballada dla tych, którzy mają ranną szychtę. Być może ta bardzo dobra płyta zasługiwałaby na bardziej ekspresyjny finał. Na ostatniej prostej kontrabas i perkusja grają dobitniej i bardziej zdecydowanie. Dęciaki wolą pozostać przy swoim.