Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Don Dietrich. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Don Dietrich. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 stycznia 2019

Brom! New Monuments! Dead Neanderthals! Webster! Quam! Nazary-Ex-Stadhouders! Birchall! How the noise could smell calm!


Uwaga, przed nami siedem płyt, które mogą zabić! Intensywnością przekazu, poziomem hałasu i … jakością artystyczną!

Niektórzy muzycy młodzi i bezczelni, inni doświadczeni, ale niezmanierowani. Na ich płytach będzie głośno, niepokornie, frywolnie i anarchistycznie. A na koniec szczypta minimalistycznego slajsu na nylonowych strunach… gitary, albowiem to ona wystąpi dziś w roli głównej. Czasami nie będzie jej w ogóle na scenie, ale wtedy inne instrumenty udowadniać będą, iż potrafią hałasować nie gorzej niż zakurzone wiosło upalonego rockowca, podłączone pod linię wysokiego napięcia!

Naszą dzisiejszą podróż zaczniemy w Moskwie, potem odwiedzimy Nowy York, holenderski Nijmegen, Londyn, Paryż, Amsterdam, by na koniec powrócić do stolicy Zjednoczonego Królestwa. Moc piorunujących (i zapewne szatańskich!) wrażeń przed nami!




Brom  Sunstroke (Trost Records, LP 2018)

Słowo się rzekło, zaczynamy na ostro! Wrzący tygiel muzycznych emocji, zanurzony po kolana w historii fussion jazzu i hardcore punk, wysmarowany po czubek głowy estetyką noise, zakochany w improwizacji i braku jakichkolwiek zahamowań gatunkowych (uwaga! będziemy grać także standardy!), innymi słowy – Brom! Moskiewskie studio DTH, czerwiec 2017, a nim trójka muzyków: Dmitry Lapshin na gitarze basowej, Anton Ponomarev na saksofonie altowym oraz Yaroslav Kurilo na perkusji. Formacja istnieje już wiele lat, ostatnio tworzy ją kwartet muzyków, jednakże krążek Sunstroke (siedem utworów, 47 minut bez kilku sekund) powstał w trio.

Elementy składowe tej niebywałej mieszanki, to gitara basowa i perkusja, które tworzą twardą jak skała sekcję rytmiczną - samozwańczy szwadron śmierci, a także saksofon, ostry niczym brzytwa rockowej gitary. Pierwszy z wymienionych instrumentów buduje bazę rytmiczną każdej narracji, prowadzi orszak muzykantów, dyktuje warunki, nie stroni wszakże od melodii i zwinnego, jazzowego frazowania, pełnego synkop i aranżacyjnych niuansów. Saksofon oscyluje, co prawda między krzykiem, a wrzaskiem, ale w wielu momentach razi precyzją i wyrafinowaniem godnym Johna Zorna. Brom, to przykład noise free jazz-rocka, precyzyjnego niczym klasycy amerykańskiego hardcore punk sprzed dwóch czy trzech dekad (pamiętacie Minutemen, czy Victims Family?). Narracja większości utworów przypomina konsystencją ciekły ołów, wulkaniczną lawę, która nigdy nie zastyga. Pełna jest wszakże melodyki, śpiewności i ani przez moment jarzmo tej muzyki nie ogranicza naszych zdolności percepcyjnych.

Po pieśni otwarcia, którą można nazwać prawdziwym trzęsieniem ziemi, dostajemy się w szpony klasyka Dizziego Gillespie (Tuna) i śpiewamy motyw przewodni, dotkliwie kalecząc się przy porannym goleniu. Bass stawia zasieki, maltretuje oryginał, zmienia tempo, kruszy strukturę rytmiczną, rwie do przodu na złamanie karku. Saksofon śle bogate, niemal rockowe riffy, po czym, wypełniony jazzem po sam brzeg tuby, zwinnie improwizuje. Równie dosadnie wbija nas w fotel czwarty utwór (Queue), ponad dziewięciominutowy. Znów pełni spazmów, śpiewamy melodyjny motyw, jakbyśmy spotkali rozbawionego Petera Brotzmanna w ciemnych zakamarkach berlińskiego metro, kilkadziesiąt lat temu. Stalowe riffy, deathmetalowe brzmienia i orzeźwiające synkopy! Taniec, zabawa i krew na rękach! Bez wątpienia Brom zaprowadzi nas wprost do piekła, równie skutecznie, jak dobre dragi i piękne kobiety!

Kolejna parzysta pieśń (Hematoma, znów ponad 9 minut) zabiera nas przed oblicze ciemnej strony mocy. Narracja istotnie spowalnia, smakuje niczym heavy ambient. Po paru minutach mantrycznie narasta. Dramaturgiczna finezja muzyków serwuje nam po chwili kolejne spowolnienie, szmer szczoteczek i gitarowe pasaże niczym Bill Frisell! A saksofon, po kolejnym tej nocy orgazmie, tańczy już chyba swój ostatni taniec. To jednak nie koniec emocji – na sam finał dostajemy Mingus 30’C, kolejny porażający klasyk. Swingujący noise rock! Na wejściu tylko drum’n’bass. Potem kilka nutek z saksofonu i zabójcze solo perkusji. Basówka komentuje na przesterze. Niechybnie idziemy w ostatnie tango! *)




New Monuments  New Earth  (Pleasure Of The Text Records, CD 2018)

Z Moskwy, najszybszym dżambodżetem, przenosimy się do Nowego Jorku! Ben Hall na perkusji (trap set), Don Dietrich na saksofonie tenorowym (plus elektronika) i C. Spencer Yeh na skrzypkach (także elektronika). Na krążku New Earth znajdujemy pięć improwizacji z niebanalnymi tytułami (patrz: niżej) - łącznie 65 minut i kilkadziesiąt sekund (brak danych dotyczących miejsca i czasu nagrania).

Trio Nowe Pomniki winniśmy znać choćby z ich poprzedniej płyty, którą wydał krajowy Bocian Records (Long Pig). Ekspresja, konstruktywny hałas, moc kompulsywnych emocji, rzec można, klasyka nowojorskiego, improwizowanego noise. Znów dźwięki twarde jak skała, zwiewne niczym obłok postnuklearny. Saksofon, który operuje na granicy percepcji naszego słuchu, pełen energii, wrzasku i zdrowego hałasu, dobrze wspomagany elektroniką, która działa tu zarówno jako wzmacniacz i dekonstruktor żywego dźwięku, jak i twórczy partner w procesie budowania brzmienia całej improwizacji. Perkusja stylowa, progresywna, z założenia prosta, podszyta punkowymi skreczami. Wreszcie skrzypce, zanurzone w elektronice i plątaninie kabli, tu w rękach doprawdy wyjątkowego muzyka, którego bywalcy tej strony winni kojarzyć z doskonałymi nagraniami Nate’a Wooleya i jego Seven Storey Mountain.

Zaczynamy wszakże od Starych Pomników. Narracja budowana tu jest poprzez, umieszczone na przeciwległych flankach, drony żywych i syntetycznych dźwięków, centralnie punktowanych niezwykle dynamiczną i w pełni żywą maszyną perkusyjną. Drony kompulsywne, acz akustycznie separatywnie (absolutnie komfortowy odsłuch!) gnają na zatracenie, mając za plecami całą historię free jazzu, a być może, epokowy Machine Gun w szczególności. Spazmy skrajnie agresywnej fonii, świetnie jednak konsumujące jazzowy temperament Dietricha i post-elektroniczną wrażliwość Yeha. Muzycy mają także odrobioną lekcję z klasyki plądrofonii (szczególnie skrzypek). W trakcie Białych Włosów, Które Krwawią Na Pomarańczowo narracja delikatnie zdejmuje nogę z gazu, a my głębiej zanurzamy uszy w elektronice. Grube warstwy dźwiękowej politury: modular noise ze strony skrzypka, saksofonista przyczajony, szuka nowych brzmień na najgrubszym z kabli. Drummer, niczym bicz wodny, konsekwentnie trzyma partnerów w szyku dramaturgicznym. Trzecią opowieść (Wesołe Kopulatory) zaczyna saksofon, który rży niczym koń z poderżniętym gardłem. Obok doom drumming i zwarcia na kablach. Rodzaj psychodelii tuż po przedawkowaniu! Zamazany obraz muzycznych kopulacji, wrzask połyskliwej elektroniki. Dietrich po przebiciu się na powierzchnię, dmie w róg, niczym Brotzmann podniesiony do ósmej potęgi.

Wymiotując Czyimś Ciałem, to z kolei przykład elektroakustycznego mariażu saksofonu i skrzypiec, toczonego w dość wysokich częstotliwościach. Orgazm Yeha ma taneczny wymiar, aż Dietrich ryczy z podziwu. Gdy obaj Panowie rozpoczynają solowe ekspozycje (doskonałe!), dostajemy się w obszar rażenia prawdziwej wojny światów! Moment, w którym kompulsywna meta akustyka góruje nad chwilowo uśpioną elektroniką. Nie mniej dosadny artystycznie jest sam finał tej niebywałej płyty – Sygnał. Mroczny, bardzo spokojny start, niczym pierwsze kadry wysokogatunkowego horroru. Z czasem pętla fonii zaciska się na naszych szyjach. Skrzypce płyną rockową, psychodeliczną lawą (brawo!), a saksofon, zatopiony w białym szumie elektroniki, intensywnie szuka drogi ucieczki. Finał płyty jest ekstatyczny i grzmi w naszych uszach jeszcze wiele minut po ustaniu ostatniego dźwięku.




Dead Neanderthals  Gestation (bandcamp, DL 2018)

Gdy życie rosło w jej wnętrzu, zastanawiała się, jak dostało się do środka (z opisu płyty Gestation/ Ciąża)

Czas na chwilę wytchnienia? Zapomnij! Nowa, sylwestrowa epka (to już tradycja!) naszych ulubionych Dead Neanderthals czeka na odczyt i odsłuch! Otto Kokke – saksofon i syntezator oraz René Aquarius – perkusja i syntezator. Osiemnastominutowy potok dźwięków na poły żywych, na poły syntetycznych. Jesienna, studyjna rejestracja.

Monotonna doom metalowa perkusja, a obok niej dwa syntezatorowe pasma fonii, płynące zwartymi strumieniami. Być może jedno z nich, to saksofon podłączony pod linię wysokiego napięcia, ale recenzent nie ma pewności. Jeden dron, ten niższy, drży i pohukuje, drugi, nieco wyższy, śle pozdrowienia z samego łona matki. Plotą urozmaicone opowieści, wszakże nade wszystko repetują. Oto jakby ciąg dalszy historii, która toczy się na kolejnych epkach Dead Neanderthals, udekorowanych tajemniczymi okładkami, każda z bliżej nieokreśloną częścią ludzkiego ciała. Jak na muzyczne kanony duetu, Ciąża toczy się nad wyraz spokojnie i raczej unika hałaśliwych eskalacji, być może nawet – zachowując proporcje - jest nieco chill-outowa! Pełna zadumy, smutku i transcendentalnego strachu przed życiem.

Z minuty na minutę pasma syntezatorów skrupulatnie, choć ledwo dostrzegalnie narastają. Ściana dźwięku jednak nie kruszeje. W 10 minucie narracja zostaje doładowana nowym, jeszcze niższym pasmem. Płynny epicki kolos toczy się dalej, jak zwykle w przypadku DN, z żelazną konsekwencją. W 15 minucie z trzeciej galaktyki dociera do nas heavy-harshowy krzyk wciąż żywego saksofonu, który buduje intrygującą ekspozycję. A napięcie wciąż rośnie, aż po kres 17 minuty! Nagranie kończy pulsujące, kilkudziesięciosekundowe, syntezatorowe wybrzmiewanie. **)




Colin Webster  Hiss (Raw Tonk Records, Cassette 2018)

Czy solowa płyta na saksofon altowy i barytonowy może dziś dla nas stanowić ratunek, dać chwilę niezbędnego odpoczynku? Recenzent wkłada to pytanie do przegródki – retoryczne! Soundsavers Studio, Londyn i kolejny ulubieniec redakcji, Colin Webster. Na pierwszej stronie kasety Hiss użyje altu, na drugiej zaś barytonu. Łącznie 24 minuty z sekundami (uwaga! to bardzo ważna wiadomość dla mniej tolerancyjnych akustycznie).  

Oto przed nami potok harsh electronic noise made by acoustic magic! Podmuch powietrza z tuby saksofonu zostaje poddany kompresji, a następnie czynności określanej przez muzyków i realizatorów dźwięku jako equalling. Syk szumu, oddech wampira, dron lodowatego powietrza z rozgrzanej tuby – to efekt powyższych działań. Choć charakter dźwięku, jaki słyszymy tego nie sugeruje, recenzent jest pewien, że ustnik saksofonu znajduje się w posiadaniu absolutnie żywej postaci, która wdmuchuje weń powietrze z własnych płuc. Altowy dron fonii przypomina nalot dywanowy wojny sześciodniowej. Szczęśliwie muzyk nie stosuje oddechu cyrkulacyjnego.

Hiss, to po solowych płytach Alexa Reviriego i Christiane Bopp (patrz: lista the best 2018!), kolejna skrajnie nowatorska plyta, która ewidentnie pcha muzykę ku nieustannemu rozwojowi, tu pokazując przy okazji, jak niesamowitym instrumentem może być drewniany dęciak, a moc akustyki, jaką produkuje, zdewastować może bez trudu narząd słuchu każdego fana zaawansowanej noise elektroniki.

Monotonny flow narracji, będący skutkiem artystycznej konsekwencji i determinacji muzyka, na stronie barytonowej przyjmuje postać dwuelementową. Jakbyśmy słyszeli dwa, niezależne od siebie komponenty – górny, silnie szumiący i dolny, równie ekspresyjnie drżący. Są i momenty masywnych przegięć fonii. Po czasie dolna warstwa przymiera, a w naszych uszach pozostaje już czysty biały harsh szum, który zdaje się nie mieć końca. Prawdziwie dewastujące, ale i oczyszczające zjawisko przedmuchiwania wielkiej rury, prowadzącej na samo dno piekła lub na skraj tego samego nieba ***).




Farida Amadou / Timothée Quost / Tom Malmendier  QUAM! (Raw Tonk Records, CD 2018)

Czas na stuprocentowych debiutantów na łamach Trybuny! Pozostajemy przy późnojesiennych premierach Raw Tonk i co ważne - przy kilka chwil towarzyszyć nam będzie nieco spokojniejsza muzyka (oczywiście z pewnymi wyjątkami!). Trio w składzie: Farida Amadou na elektrycznym basie, Timothée Quost na trąbce (plus mikrofon i mikser) oraz Tom Malmendier na perkusji. Kwiecień 2017, Paryż i sześć dalece swobodnych improwizacji, łącznie 41 i pół minuty.

Na wejściu w proces improwizacji odnajdujemy muzyków zatopionych w akustycznej i elektrycznej sonorystyce – szmer studia nagraniowego, drżące perkusjonalia, sucha tuba trąbki, macanki na gryfie basówki czynione kobiecą ręką, rozcieranie szorstkich powierzchni płaskich. Muzycy ciekawie budują sieć dźwięków, stopniowo podnosząc poziom głośności. Bas dudni i drży, trąbka szumi niczym wielki wentylator w trakcie tropikalnego upału, perkusja czuwa i robi swoje. Zmysłowy poemat swobodnej improwizacji. Realizacja Drugiego Tytułu zajmuje muzykom dokładnie 69 sekund – gęste zwarcia, ciało w ciało, odrobina konstruktywnej agresji i przykład na to, że trąbka i bas elektryczny potrafią się zwinnie imitować. Trzeci Tytuł znów odpalony zostaje w klimatach deep sonore. Farida snuje spokojny walking, daje nawet kilka wyższych dźwięków. Obok Timothée i tłusta pajęczyna trębackich nieoczywistości (doskonałe!). Perkusista Tom opowiada swoją historię niemal w zupełnej ciszy. Cała trójka zmysłowo szeleści, czyniąc mnóstwo molekularnych interakcji. Po 10 minucie mała eskalacja, po kolejnych trzech cuda na gryfie – metal o metal. Prawdziwie epicka improdrama. Po 16 minucie nawet garść jazzowych zachowań, rodzaj powykręcanego fussion funk! Bijąca stopa i całusy trąbki, aż do 20 minuty! Brawo!

Czwarty odcinek trwa … 9 sekund, słyszymy głównie talerze. Piąty zaś mało dyskretnie przypomina nam o ogólnym charakterze dzisiejszej zbiorówki – noise power fussion! Trąbka brzmi jak gitara, może jak przepalony syntezator, a bas gotuje się w 100 stopniach Celsjusza. Potem jest i harsh noise, i elektroakustyczna pulsacja blaszaka, wreszcie charkot basu i wciąż bijąca stopa. Jakże gęsta historia! Na finał bystre uspokojenie, szukanie rozwiązań akustycznych i tajemniczo zagubionej ciszy. Dużo przestrzeni, czasu i głębokich oddechów. Finał pełen emocji i odrobiny szaleństwa ze strony trębacza.




Jason Nazary/ Terrie Ex/ Jasper Stadhouders  Live at Space is the Place (Doek Raw, DL 2018)

Amsterdam klub Space is The Place, listopad 2016. Na scenie dwaj gitarzyści z prądem – Terrie Hessels, świetnie znany nam z punkowego The Ex, oraz równie poważny gracz, bardziej wszakże na scenie free jazz/ free improv, Jasper Stadhouders (w niektórych momentach grał będzie także na gitarze basowej). Towarzyszy im na perkusji Jason Nazary. Muzycy będą dość swobodnie improwizować przez 35 minut i 32 sekundy.

Oddajemy się we władanie dwóch elektrycznych gitar, spętanych w post-rockową improwizację, wspieranych zwinnym, free jazzowym drummingiem. Będzie hałas, będą emocje, nie zabraknie wszakże chwil wyciszenia i poszukiwania, głęboko zaszytych pomiędzy strunami, pokładów niebanalnej gitarowej sonorystyki.

Od startu czujemy, że muzycy świetnie się czują ze sobą na scenie, tryskają prawdziwie koncertowym, rockowym temperamentem. W 4 minucie, po stronie Hesselsa, słyszymy połacie bardzo basowych dźwięków, ale to wciąż gitara, która szuka dna swojego brzmienia, przy okazji frazując na jazzowo. Pierwsze poważne tłumienie emocji następuje w okolicach 7 minuty, by po niedługim czasie, znów uderzyć w dzwon i bez trudu eksplodować na nowo. Gitarzyście prowadzą błyskotliwy dialog ponad gatunkowymi podziałami. Są jednocześnie agresywni i zmysłowo oniryczni. Drummer trzyma środkowe pasmo i kontroluje przebieg wydarzeń bardzo komunikatywnym bębnieniem. W 12 minucie Jasper sięga po gitarę basową, wchodzi w dynamiczny dialog z perkusją, po czym kreśli bystrą i technicznie doskonałą ekspozycję solową. Muzycy stopują po 20 minucie – duża echa i pogłosu po stronie Jaspera, rytmiczne parskania po stronie Terrie’ego. W tej improwizacji dzieje się naprawdę dużo, choćby po kolejnych pięciu minutach, świetny duet Terrie i Jason, pod który podłącza się Jasper silnie rozciągając struny i wchodząc w niełatwą dramaturgicznie imitację. Im dalej brniemy w ten koncert, tym bardziej nam się podoba. Na finał znów porcja niskich dźwięków (i to z flanki Terrie’ego!), także skuteczne poszukiwanie ostatniego dźwięku, niepozbawione nieco kokieteryjnej nieśmiałości. ****)




David Birchall  Dusk + Tongues EP (Vernacular Recordings, CD + DL 2018)

Oto dobiegliśmy do końca naszej wyjątkowo dziś dynamicznej zbiorówki. Na sam koniec prawdziwy chill-out przy akustycznych dźwiękach gitary z nylonowymi strunami! Brytyjski gitarzysta David Birchall (znamy się z wielu mniej subtelnych wcieleń) zaprasza nas do własnego domu na gitarowe, improwizowane piosenki bez słów, wykonywane samotnie o zmierzchu. A tuż potem - na deser - kilka bardziej absorbujących intelekt gitarowych opowieści - z prądem, elektroniką, a nawet szczyptą plądrofonii.

Najpierw wszakże rzeczony Dusk i siedem historyjek, łącznie 40 minut. Delikatne, czyste, nylonowe struny, spokojne, minimalistyczne akordy, czas na wybrzmienie i spore połacie ciszy pomiędzy dźwiękami. Mały pokój, chwilami otwarte okno, ciche oznaki życia na zewnątrz. Filozofia relaksu, zadumy, poszukiwania drugiego dna muzyki improwizowanej. Czynności wykonywane przez artystę wyłącznie dla siebie, jakby nieco przez przypadek udostępnione szerszemu odbiorcy. Rodzaj akustycznej terapii dla umęczonych rzeczywistością zastaną receptorów słuchu. Każda z piosenek wydaje się inną, choć wszystkie są do siebie niezwykle podobne.

Krótka płyta Tongues przenosi nas do zupełnie innego, choć również domowego świata. Gitara, przetworniki, pick-upy, mbira, moc elektroakustycznych generatorów dźwięku, zapewne także domowy laptop (pięć opowieści, łącznie 17 minut). Preparacje, kind of guitar sonore, szczypta mikroelektroniki. Opowieść tkana z małych dźwięków, mikro dewastacji, pętli i niemiarowych zniekształceń. Intrygujące puzzle post-rocka, post-improwizacji, post-elektroniki… Druga historia syci nasze uszy niebanalną plądrofonią, łamanymi półdźwiękami, w pełni syntetycznymi. Trzecia stawia na dekonstrukcję akustycznego brzmienia gitary, szmery i rezonanse. Czwarta, to gitarowy ambient, piękna miniaturka. Finałowy fragment znów szuka zadziorów i dewastuje dźwięk - sample, szmery, kind of electronic noise. Naprawdę udana wprawka, taka mała wycieczka w nieznane – David, we are waiting for more!




*) Kwartet BROM zagra niebawem trzy koncerty w Polsce – w Krakowie 11 lutego, we Wrocławiu 12 lutego, a w poznańskim Dragonie 13 lutego: https://www.facebook.com/events/367512687315254/


***) free downloading available! https://rawtonkrecords.bandcamp.com/album/hiss

****) free downloading available! https://doekraw.bandcamp.com/album/live-at-space-is-the-place





czwartek, 22 grudnia 2016

Fred Lonberg-Holm! Adam Gołębiewski! Red Trio! Gerard Lebik! Piotr Damasiewicz! New Monuments! Blip! – późnojesienna BOCIANia inwazja


Słowo się rzekło (kilka tygodni temu), kobyłka u płotu! Tym razem ptasia przesyłka docierała do mnie chyba jedynie krajowymi okowami, zatem już u progu finalnego miesiąca roku, nowa muzyka tryumfalnie zagościła w domowych odtwarzaczach, przy okazji także, rozdziewiczając gramofon produkcji niekrajowej.

Cechy, którymi obdarzyłem płyty z poprzedniej paczki z Bocian Records, w przypadku tej nowej, zdecydowanie nie tracą racji bytu. Każda płyta trzyma wysoki poziom artystyczny, dodatkową będąc bardzo oryginalnym i osobnym głosem w nurcie współczesnej muzyki improwizowanej.

Skupmy zatem naszą przedświąteczną uwagę na kolejnych pięciu płytach z katalogu wytwórni, zaczynając ów przegląd absolutną i dalece smakowitą świeżynką.


Fred Lonberg-Holm/ Adam Golebiewski  Relephant (Bocian Records, CD 2016)

Na płytę tego duetu ostrzyłem moje recenzenckie siekacze od momentu, gdy stałem się dobrowolnym świadkiem doskonałego koncertu tych muzyków w poznańskim Dragonie, dokładnie dwa lata temu (ślad po nim odnajdziecie na Trybunie). Głód oczekiwania od tamtej chwili, podsycał także odsłuch płyty, którą Ci dwaj muzycy popełnili … w kwartecie (z Piotrem Mełechem i Witoldem Oleszakiem Divided by 4).




Teraz przede mną nagranie powstałe jeszcze wcześniej niż ów koncert – w maju 2013r., także w Dragonie – które z bocianią zwinnością, raczy nas 35 minutową ekspozycją dalece frapujących i istotnie swobodnych improwizacji, w wykonaniu wiolonczelisty (wspomagającego się tradycyjnie elektroniką) i perkusisty, perkusjonalisty, cymbalisty, a także operatora przedmiotów różnych. Ta muzyczna opowieść podzielona została na cztery części (każda wyposażona w osobliwy tytuł).

Od pierwszego dźwięku dostajemy się w wir sonorystycznego zwarcia dwóch muzyków i ich naelektryzowanych instrumentów. Macanki, tarcia, zgrzyty i zdzieranki w gęstym, jak świeży miód, tyglu pomysłów i wzajemnych inspiracji. Jeśli tylko wiolonczela unika tradycyjnego frazowania (czyli prawie zawsze), trudno nam wskazać prawidłowo na źródło dźwięku. Ta iście szatańska zabawa ma swój rytm, swoją dramaturgię, jest ekspresyjna, wulgarna i krwista. Odnosimy wrażenie, że na scenie jest duża orkiestra, nie zaś dwóch, w sumie dość niepozornych mężczyzn, wyposażonych jedynie w kilka strun i parę bębnów. Dzieje się tak wiele, że przydałaby się dodatkowa para uszu (słuchając tej muzyki na koncercie, mając do dyspozycji sprawne oczy, percepcja była odrobinę ułatwiona). Mnóstwo dźwięków i incydentów akustycznych, szmery na kablach i surrealistyczne przepięcia energetyczne. Gołębiewski ma sto pomysłów na sekundę, jak zainspirować starszego kolegę. Łyżeczkowanie, talerzykowanie, polerowanie - wszystkie przedmioty w rękach Adama stają się agresywne. Prawdziwa dzikość serca! Fred swobodnie nadąża, gra swoje i jeszcze pręży muskuły! Fragment drugi stanowi delikatne, elektroakustyczne interludium. Adam nie daje się zwieść próbie zasygnalizowania rytmu i ochoczo narusza trzeci fragment opowieści. Muzycy zacieśniają skalę akustycznego zwarcia, szorują się wzajemnie, zakładają dramatyczny suples. Próba oswobodzenia ma klimat świątecznej wigilii w domu dla obłąkanie chorych. Niespodziewanie robi się jednak z tego bombastyczne Halloween. Depresyjny finał fragmentu wieńczy prawdziwa wojna światów. Na sam już koniec płyty dopada nas turpistyczna wersja trwania dźwięku w estetyce późnego AMM, która zwinnie przeradza się w udaną próbę odszukania konstruktywnej – na przekór całemu światu – nieoczywistej puenty. Doskonałe!


Red Trio + Gerard Lebik + Piotr Damasiewicz  Mineral (Bocian Records, LP 2015)

Oto przed nami migawki z trasy koncertowej portugalskiego Red Trio, poczynionej w roku 2014, z gościnnym udziałem Gerarda Lebika (saksofon) i Piotra Damasiewicza (trąbka). Piszę migawki, bo fragmenty dwóch koncertów (Kraków, Wrocław), zgrabnie usadowione na dwóch stronach czerwonego winyla, trwają łącznie… 22 minuty. Szczęśliwie, to jedyna ambiwalencja dotycząca tego wydawnictwa.




Epizod krakowski zaczyna nienatarczywa narracja kwintetu, akustycznie dewastowana jednak przepięciami energetycznymi Hernaniego Faustino na kontrabasie. Krajowy zaciąg instrumentalny sunie zgrabnym, sonorystycznym dwugłosem. Standardowa enigmatyczność edytorska Bociana sprawia, iż nie jesteśmy raczeni opisem wykorzystywanych środków wyrazu, wszakże wprawne uchu i szczypta doświadczenia recenzenta, pozwalają wskazać, iż pierwszy z polskich muzyków dmie w saksofon tenorowy i nie używa – jakże częstej w jego przypadku – elektroniki. Damasiewicz ciekawie rwie akustykę koncertu, wgryzając się w narrację kolegów interesującym pasażem wielodźwięków, zaś Lebik trzyma odpowiedni poziom emocji, mając oparcie w agresywnej sekcji rytmicznej. Może jedynie Rodrigo Pinheiro na fortepianie wciąż szuka argumentu, by w tym tyglu improwizacyjnym skutecznie zatrybić. Pod koniec pierwszej strony, Ferrandini (perkusja) i Faustino biorą sprawy w swoje ręce, rżną scenę na nierówne połowy i dynamizując poczynania całego kwintetu, gonią ku udanej eskalacji, która spełnia się wytłumioną ciszą.

Epizod wrocławski wita nas bardziej przestrzennym dźwiękiem sali koncertowej (czyżby Impart?). Saksofonista ładnie łamie estetykę improwizacji, szukając zagubionych dźwięków na samym dnie instrumentu. Trąbka Damasiewicza intonuje w delikatnie … bluesowym klimacie, lekko oparta na backgroundzie kontrabasu. Wyciszenie łapiemy w onirycznych pasażach, które generują wszyscy muzycy, trochę w oczekiwaniu na nadejście … nieoczekiwanego. Efektem drobna batalia na mikrodźwięki, molekularna wymiana poglądów, która wieńczy ów ułamek większej, koncertowej całości. Uczucie niedosytu karze odpalić ten krążek ponownie, w ułamek sekundy po jego zakończeniu!



Gerard Lebik/ Piotr Damasiewicz/ Gabriel Ferrandini veNN circles (Bocian Records, CD 2014)

Skoro po odsłuchu Red Trio w wersji po części krajowej, ciągle nam mało, szybko sięgnijmy po wydawnictwo, które zdecydowanie łączy się z wyżej omówionym w ujęciu personalnym, a stopień powinowactwa sięga 60%!

Na scenie (choć tu, raczej okoliczności studyjne) pozostaje Gerard Lebik, który tym razem wbił się w kable i będzie nas raczył dźwiękami elektronicznymi. Piotr Damasiewicz i Gabriel Ferrandini stoją, jak stali, zwarci i gotowi przy swych akustycznym instrumentach. Dostajemy jeden nieprzerwany ciąg dźwiękowy, trwający 41 minut i podzielony na cztery traki bez tytułów.




Wgryzamy się w tę płytę, ostro nadstawiając uszu. Docierają do nas szmery, zgrzyty, jęki (trąbka?), subtelne polerowania (perkusja?). Wszystkie te incydenty dźwiękowe są ledwie sugerowane, w maksymalnym stopniu… minimalistyczne. Nad całością dominuje – nie do końca przyjazna – elektronika. Mniej więcej w 10 minucie tego spektaklu, instrumenty akustyczne odzywają się nieco śmielej, aczkolwiek Damasiewicz wciąż przebywa w poczekalni i ma problem z oddaniem garderoby do szatni. Ferrandini zaczyna dość dynamiczne (jak na te okoliczności) werblowanie, mając spore oparcie w upalonym generatorze niskich częstotliwości. Modulowane zawodzenia budzą do życia także trębacza, który wchodzi w dyskurs poznawczy. Mruczy, jak niedźwiedź po śnie zimowym, jeszcze przed pierwszym śniadaniem, a potem śmiało sięga po krzyk, skutecznie zapętlając się w wehikule czasu. Gdyby zmienić tu elektroakustyczne proporcje w dostępie do przestrzeni dźwiękowej (na korzyść żywych!), gdyby warstwa martwa była bardziej poszatkowana dramaturgicznie … Cierpliwi będą jednak wysłuchani! Początek ostatniego traku to ewidentna próba przejęcia władzy przez instrumenty akustyczne. Prowodyrem zajścia jest Ferrandini, ale i Damasiewicz nie chce być uznany za dezertera. Drobna próba eskalacji, będąca konsekwencją tego salonowego przewrotu, wieńczy nagranie, jednak sukces akustyków na pyrrusowy charakter.


New Monuments  Long Pig (Bocian Records, CD 2015)

W dzisiejszej opowieści, z płyty na płytę, oddalamy się od prawdziwie akustycznych dźwięków. Czas teraz na torpedę dużego kalibru i istotnie gwałtowną eskalację hałasu. Przed nami Nowe Pomniki/ New Monuments!

C. Spencer Yeh (skrzypce i elektronika), Don Dietrich (saksofon i elektronika) oraz Ben Hall (mały zestaw perkusyjny) biorą nas w jasyr na prawie godzinę i w trakcie sześciu fragmentów, groteskowo zatytułowanych, zdewastują nas emocjonalnie, a potem puszczą wolno, kierowani nie do końca uzasadnioną potrzebą litości. Okoliczności bitwy mają charakter studyjny, a rzecz dzieje się w roku 2012, w Nowym Jorku.




Atakuje nas od samego progu iście pomnikowa ściana dźwięku! Aura jest silnie psychodeliczna. Skrzypce przefiltrowane na kablach sterydową elektroniką, niczym gilotyna, tną wszystko, co napotkają na swojej drodze. Perkusista bije w werbel z siłą, od której zależy los żołnierzy w okopach kilku wojen światowych, głosząc powszechną zagładę. Saksofonista zaś ekspresyjnie rywalizuje ze skrzypkiem o miano lidera potencjometrów. Spektakl można skwitować tylko jednym wulgaryzmem – to deathmetal! Owa ściana dźwięku ma czysto fizyczny wymiar. Trzeba się z nią ordynarnie poprzepychać. Epitet noise brzmi w tych okolicznościach stanowczo zbyt zachowawczo. Kupując ten dryl, godząc się na konsekwencje, nakładamy na głowę czarci kaptur i całkowicie dobrowolnie szczytujemy. Okazuje się, że agresja, perwersja, czy turpizm potrafią być synonimami piękna w muzyce. A ostatecznym celem tej opowieści, na którą składają się nawarstwiające się eskalacje emocji, jest makabrycznie dosłowny, perfekcyjny dron, wobec którego tylko śmierć może być prawdziwym wybawieniem. Ekscytujące!

Wrzask, krzyk i permanentna desperacja w trakcie tej dźwiękowej orgii, wyznaczają podstawowe charakterystyki naszego współuczestniczenia w procesie. Elementami zaś decydującymi o improwizowanym charakterze całości, zdają się być przede wszystkim, poziom emocji (po obu stronach wyimaginowanej sceny!) i intensywność hałasu. Finał muzycy osiągają skrajnie upoceni, emocjonalnie transseksualni, acz moralnie uwzniośleni. Wybrzmienie całości ma smak koktajlu Mołotowa, podawanego doustnie.

Zdecydowanie warto odbyć tę podróż. Jeśli przetrwacie, kolejny raz może być jeszcze silniej oczyszczający i już prawdziwie zniewalający. Sam odbyłem już trzy takie tripy!


Blip  Dead Space (Bocian Records, CD 2012)

Na koniec należy nam się chwila konstruktywnego wygaszenia emocji. O dobry klimat dla kojenia nerwów zadbają dwaj Australijczycy -  Jim Denley, dalece doświadczony free improwizator (choćby ćwierć stulecia temu, nagrywał smakowite rzeczy z Johnem Butcherem i Chrisem Burnem), flecista i saksofonista (zagra także na … balonach) i Mike Majkowski, kontrabasista (także piszczałki i obiekty), który był już uczestnikiem poprzedniej, bocianiej opowieści (przy okazji płyty solowej). Studyjne spotkanie w Sydney miało miejsce latem 2011 roku.




Muzycy zapraszają nas do świata niemal akustycznego, choć nie zabraknie masowania naszych skroni poświatą udanej elektroniki. Denley będzie nas skutecznie zaskakiwać frapującymi incydentami, na swych dętych narzędziach, nie ustając w próbach zwrócenia na siebie uwagi. Majkowski, przyczajony bardziej z prawej strony, będzie trenował swój kontrabasowy, minimalistyczny dron, którego zdążyliśmy już poznać na płycie solowej. Te dwie opowieści będą się toczyć trochę, jakby obok siebie, a punkty styczne nie będą częste, ani oczywiste. Między muzykami słyszeć będziemy martwą przestrzeń, która zaboli, bo i muzyka wokół niej powstaje w bólach, minimalizm mając wpisany w swoje DNA. Bywa, że dźwięki są tu jedynie sugerowane, jakby słuchacz miało sobie resztę dopowiedzieć (dośpiewać?). Ten improwizowany świat w wymiarze mikro będzie nam skubał skronie przez 41 minut z sekundami. 

Sonorystyczne próby zaistnienia Denleya, chwilami zderzają się z dronami kontrabasu, który bywa traktowany suchym na wiór smyczkiem. Narracja ma charakter kropelkowy. W czwartym fragmencie, poniewierany moralnie Denley dokonuje cudów akustycznych na flecie (jego depnięcia budzą respekt), by zrobić jakiekolwiek wrażenie na kontrabasiście. Ten zaś, stosując najprostsze sposoby dobywania dźwięki, nie daje się zbić z tropu. Królestwo mikromuzyki panuje tu niepodzielnie (scenariusz tej opowieści jest jednak dość precyzyjny i nie przewiduje zmian repertuarowych). Jedynie fragment szósty upływa w klimacie dramaturgicznego rozgardiaszu, a do naszych uszu docierają pojękiwania, łaskotania i czułe, wzajemne drapanki muzyków. 

Choć każdy fragment Martwej Przestrzeni ma w tytule zakończenie, to na prawdziwy finał przejdzie nam czekać aż do części siódmej, gdzie znów koncepcja sonorystyka vs. dron będzie święcić tryumf. Denley popisowo żegna to nagranie drobną, dętą eskalacją, a Majkowski – zupełnie przy okazji – robi dodatkowy fakultet na perkusję. Na słowo końcowe saksofonista sięga do dna instrumentu (deep music?), są i balony, i … kontrabasowy dron. What ever you want!