Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Theo Ceccaldi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Theo Ceccaldi. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 sierpnia 2021

Chamber 4! Dawn to Dusk!


Zapraszamy do portugalskiej Coimbry na koncert będący częścią ubiegłorocznej edycji Festiwalu Jazz ao Centro. Rzecz działa się w październiku, w trakcie drugiej fali pandemii, zatem nie mamy pewności, czy muzykom na scenie towarzyszyła jakakolwiek żywa publiczność. Wydawca nam tej niewiedzy nie koryguje, albowiem nagranie pozbawione zostało w trakcie edycji oklasków, o ile takowe miały miejsce.

Sami artyści zasłużyli w każdym razie na całe morze gromkich oklasków, z pewnością nawet na emocjonalne standing ovation. Tworzą bowiem jedną z najważniejszych formacji współczesnej muzyki improwizowanej, który bazuje na rozwiązaniach bliskich estetyce swobodnej kameralistyki, co sugeruje jej jakże adekwatna nazwa – Chamber 4! Swoim trzecim wydawnictwem płytowym zdają się ów status intensywnie podkreślać.

Przed nami, być może także przed obliczem publiczności zgromadzonej w obiekcie sakralnym Antiga Igreja do Convento S. Francisco, pojawia się czterech doskonale nam znanych muzyków z Francji i Portugalii: Théo Ceccaldi na skrzypcach, Luís Vicente na trąbce, Valentin Ceccaldi na wiolonczeli oraz Marcelo dos Reis na gitarze akustycznej. Trzy swobodne improwizacje w procesie edycji przybrały postać dźwiękową, która trwa łącznie niespełna 41 minut. Krążek w wygodnym formacie CD dostarcza JACC Records, a zwie się on Dawn to Dusk.

 


Pierwsza improwizacja trwa prawie 25 minut, muzycy zdają się zatem mieć mnóstwo czasu na budowanie narracji. Budzą się do życia bardzo leniwymi, delikatnymi, jakże drobnymi, post-balladowymi frazami. Skrzypce i wiolonczela spokojnie łkają, trąbka melodyjnie zawodzi, a gitara powtarza pojedynczy akord budując pierwszą meta dynamikę tego wieczoru. Portugalskie saudade z francuskim posmakiem wydaje się idealnie komponować z naszymi oczekiwaniami, co do początkowej fazy kameralnego koncertu, prowadzonego – póki co! – w bardzo wolnym tempie. Garść pierwszych trębackich preparacji, kilka żwawszych ruchów cello, wszystko wszakże podane z rzewnym, smutnym zaśpiewem, pełnym melancholijnego ukołysania. Z czasem opowieść nabiera intensywności dzięki niebanalnym frazom trąbki, post-rockowemu drylowi gitary i gęstniejącemu chamber Francuzów, z których jeden gra pizzicato, a drugi arco. W efekcie, w okolicach 12 minuty, flow osiąga stan względnego galopu, po czym efektownie traci moc i spływa do koryta smutku po upływie kwadransa. Kolejne fragmenty improwizacji, to zwinny, bardzo minimalistyczny duet skrzypiec i gitary, potem zaś kolektywne poszukiwanie nieco bardziej zadziornych fraz - swoista wymiana poglądów, coś na kształt real-time' call and responce. Dużo piękna, ale i emocji dodają w tym właśnie fragmencie skrzypce. Nim ta rozbudowana opowieść wygaśnie, dostajemy jeszcze krótkie duo trąbki i gitary, niezwłocznie wsparte agresywnymi riffami cello. Finałowa dynamika zmysłowo resumuje opowieść i stylowo ginie w ciszy.

Druga improwizacja, dla odmiany, trwa niespełna sześć minut. Jest zwarta, nerwowa, jakby muzycy czegoś się obawiali, jakby niecierpliwie spoglądali w niebo. Najpierw gitara, potem drżąca wiolonczela, wreszcie bystre short-cuts trąbki i skrzypiec. Muzycy szukają tu dynamiki, ale niespodziewanie gubią jej parametry i zaczynają błąkać się w melancholii iberyjskiego zaniechania. Pięknie śpiewa trąbka, akompaniują jej cello i skrzypce, a gitara frazuje post-klasycznie. Całość dogorywa bardzo subtelnie.

Finałowa improwizacja, blisko dwunastominutowa, rodzi się w jakże kameralnych, znów delikatnie portugalskich klimatach. Melodyjny smutek, przeciągle frazy i … gitarowa dyscyplina chwili. Łagodne dźwięki zdają się podprowadzać narrację pod zmysłowy głos … Teresy Salgueiro! Muzycy nie każą sobie jednak czekać na rozwój madredeusowych skojarzeń. Pierwsze oznaki fermentacji strumienia dźwiękowego docierają do nas ze strony cello, które brudzi swoje brzmienie. W sukurs idą prychające frazy trąbki. Każdy z muzyków dokłada coś od siebie, zarówno w zakresie emocji, jak i kreatywności. Nie brakuje zwinnych, kocich ruchów. Post-Madredeus wystawia swój rockowy pazur i akcja nabiera rumieńców! Dynamika idzie znów od strony gitary, ale także od bojowo nastawionych skrzypiec. Muzycy nie potrzebują dużo czasu, by osiągnąć fazę galopu z fajerwerkami. Gitara frazuje kwaśnym Velvet Underground, co dodatkowo wzmaga emocje na scenie. Narracja zaczyna umierać mniej więcej dwie minuty przed końcem nagrania. Mistrzowska dramaturgia - przeciągnięte frazy, repetytywne riffy gitary i improwizacja gasnąca niemal do poziomu pojedynczych dźwięków. 

 

 

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Julien Desprez & Theo Ceccaldi at Jazz Em Agosto! The French Apocalipse Now!


Zgodnie z zapowiedzią z ubiegłego tygodnia, Trybuna śle skromną relację z pobytu redakcji na jednym dniu największego portugalskiego festiwali jazzowego, Jazz Em Agosto, który każdego lata odbywa się w pięknej Lizbonie.

Festiwal, jak co roku zdominowany był przez muzyków amerykańskich, którzy zgodnie z mottem imprezy, dzielnie stawiali opór (Resistance), my zaś bystro poszukiwaliśmy wykonawców z tej strony oceanu, którzy także na każdą edycję festiwalu bywają tu zapraszani.

Dzień portugalski udał się doskonale, niestety z przyczyn niezależnych od redakcji, odbył się bez naszego udziału. Najpierw solowy występ gitarzysty Abdula Moimeme (dwie gitary na stole i moc elektroniki), potem zaś kwartet z udziałem Ricardo Toscano (saksofon), Rodrigo Pinheiro (fortepian), Miguela Miry (wiolonczela) i Gabriela Ferrandiniego (perkusja). Jak wieść gminna niesie, a sami muzycy potwierdzają, koncert udał się niezmiernie, zatem ze zniecierpliwieniem czekamy na nagrania nowej formacji. W tym gronie nowym dla nas muzykiem zdaje się być saksofonista, który postrzegany dotąd raczej jako muzyk mainstreamowy, tu wypuszczony na pole bardzo swobodnej improwizacji, wypadł ponoć doskonale (na poparcie mych słów warto sięgnąć po relację zamieszczoną na Free Jazz Blog).




Na dzień francuski redakcja dotarła już w komplecie! Najpierw, w Sali Auditorio 2 (pod dachem), jeden z naszych trójkolorowych faworytów – gitarzysta Julien Desprez, zaprezentował nowe trio o nazwie Abacaxi. W jego składzie także Max Andrzejewski na perkusji (muzyk z Berlina) i Jean François Riffaud na gitarze basowej.  Muzycy zagrali trzy długie improwizacje z tytułami (łącznie niemal 50 minut), które nazwać można - całkowicie legalnie - ekstremalnie powykręcaną dramaturgicznie, w pełni improwizowaną wariacją na temat … ciężkiego rocka. Artyści wykorzystywali nie tylko instrumenty, ale także improwizowali ze światłem stroboskopowym, które gasło i rozbłyskiwało zgodnie z meandrami gęstej narracji, rockowymi riffami, tudzież brutalnymi zmianami tempa i sposobu artykulacji dźwięków. Niebywały (jakże doskonały) występ tria, to oczywiście skutek świetnych działań artystycznych wszystkich muzyków, ale nie sposób nie wskazać mistrza ceremonii w osobie Despreza. Grał całym ciałem, jego gitara wydawała dźwięki, jęczała, charczała, wyła i drżała ze strachu. Była chwilami dość nieludzko traktowana przez muzyka, uderzana, wyginana i przystawiana do podłogi. Muzyk miał też pod stopami (tylko dwiema, dodajmy, co nie jest takie oczywiste w kontekście dynamiki i intensywności koncertu) zestaw gitarowych przetworników, po których chwilami niezwykle ekspresyjnie skakał. Pełną moc triu dawał niemiecki drummer, niezwykle energetyczny muzyk, precyzyjny i grający w punkt niczym saper, tudzież mistrz połamanych hc-punkowych zwarć. Najspokojniejszy w tym gronie basista też dokładał do ognia, zrywał podłogę, ale nie stronił od klimatycznych pasaży wyważonego … noise. Pierwsze dwa utwory łamały wszelkie konwencje stylistyczne (drugi zwał się Mainstrean Disaster!), były gęste i naładowane treścią. Trzeci, najdłuższy, rozpoczął się w podobnej estetyce, ale po kwadransie uciekł w dark-ambientową powłokę i przez wiele minut cudownie wybrzmiewał. Dodajmy, iż w jego trakcie muzycy improwizowali także z użyciem zasilania, grając zmysłowe riffy raz to z prądem, a raz bez niego, surową akustyką niemal pustych przebiegów. Kapitalny koncert!




Po dwóch godzinach oczekiwania w pobliskich barach, przyszedł czas na koncert wieczoru, który na ogół odbywa się na scenie amfiteatralnej. Nie inaczej było też 8 sierpnia. Na scenie szóstka muzyków pod wszystko mówiącą nazwą Freaks! Szefem tego przedsięwzięcia, kolejny doskonały francuski muzyk, skrzypek Theo Ceccaldi. Kolejny tego dnia band, który w muzycznym DNA ma wpisaną estetykę rockową, punkową, tudzież psychodeliczną. Mocna jak dąb sekcja rytmiczna (ultra dynamiczny perkusista Etienne Ziemniak i najstarszy w tym gronie, gitarzysta basowy Stephane Decolly), świetny gitarzysta (Giani Caserotto), choć nieco schowany w tle, no i front – dwa saksofony (tenor – Quentin Biardeau oraz alt naprzemiennie z barytonem – Mathieu Metzger) i na samym środku, kipiący emocjami skrzypek. Muzycy grali długie kompozycje, które tuż po podaniu często niezwykle zgrabnego i zabawnego tematu, przeradzały się w długie sety improwizacji w podgrupach, dobrze zaplanowane dramaturgicznie i wyśmienicie rozegrane. Pomiędzy nimi punkowe i free jazzowe interludia. Nikt, po obu stronach sceny, nie nudził się na tym koncercie choćby przez ułamek sekundy. Sześciu wyśmienitych improwizatorów i niemal kongenialny skrzypek, który był w stanie zagrać dosłownie wszystko. Od ckliwych melodii, do których pośpiewywał sprośne (tak myślę) teksty, po pełne furii, fussion jazzowe eksplozje. Na finał dwa bisy i standing ovation! Bez cienia wątpliwości!

czwartek, 27 września 2018

Joëlle Léandre! Strings Garden or … Even Forest!


Zapraszam na podróż w poszukiwaniu piękna w muzyce improwizowanej. Długą, blisko 150 minutową! Dotarcie do celu i satysfakcja z odsłuchu gwarantowana!

Kontrabas do pary z … kontrabasem, wiolonczelą i skrzypcami! Strunowy Ogród dostarcza na trzech białych dyskach Fundacja Słuchaj! W istocie rzeczy – słuchaj i nie ustawaj!




49:37, Joëlle Léandre & Bernard Santacruz  Trees

Joëlle Léandre - kontrabas, kanał prawy i Bernard Santacruz - kontrabas, kanał lewy. Sześć tytułowych Drzew; nagrane w Paryżu, 9 kwietnia 2016 roku.

Dwa niezwykle groźne strunowce stoją u Twoich drzwi. Stroszą pióra, drżą na granicy akustycznego przesteru. Palce muzyków zdają się gubić paznokcie. Stąd szybka decyzja Leandre o przejściu na narrację smyczkową. Od startu full beauty of strong strings! Z rockowym niemalże temperamentem! Opowieścią rządzi stan permanentnej zmiany. Moc sprawcza jest udziałem Joëlle. To Ona określa zasady współpracy, przewodnictwa, inspiracji i stosowane techniki artykulacji. Drugi odcinek, dla przeciwwagi, rozpoczyna krótkim intro Bernard. Delikatny komentarz z prawego smyka dociera do nas po 90 sekundach. Spokojny flow dość szybko nabiera rumieńców – dynamiczny dyskurs pizzicato vs. smyczek. Jeśli na początku wzajemnie pyskowali, teraz więcej ze sobą rozmawiają. Na finał odrobina sonore spod strun Santacruza. Trzeci – barokowe rozpoczęcie ze strony Leandre. Partner wraca do gry po prawie 3 minutach. Ten dialog znów nabiera agresywności wraz z upływem czasu. Trochę tańca, trochę szturchańców. Recenzent zauważa, iż zachowania lewej flanki są dość przewidywalne. Próba niebanalnego intro kolejnej części, to jakby wyjście naprzeciw tym ambiwalencjom. Leandre komentuje pięknym, wysokim smykiem. On gra martwy jazz, ona żyje w świecie baroku i śpiewa zalotnie. Po podkręceniu dynamiki, kontrast estetyczny zaczyna narastać. Bernard ledwie akompaniuje, Joelle zaś czyni spektakl. I znów ten pierwszy jakby słyszał utyskiwania recenzenta. Bierze smyczek i kroi piękne pasaże. Leandre chwyta go za nogi w drugiej minucie i błyskotliwie imituje. W dalszej części goni na złamanie karku. Finał  odcinka jest wszakże obopólnym sukcesem. Last part – szczypta sonorystyki po prawej, kind of percussion po lewej. Potem moc intrygujących turbulencji. Choć Bernard znów powraca do roli akompaniatora, finał płyty jest jej najlepszym momentem. Zmysłowe pętle i drobiny hałasu na ostatniej prostej.


45:26, Joëlle Léandre & Gaspar Claus  Leaves

Joëlle Léandre - kontrabas, kanał prawy, Gaspar Claus – wiolonczela, kanał lewy. Siedem Liści; nagrane Les Lilas, 1 lipca 2016 roku.

W gemie otwarcia dwa uroczo klasycyzujące smyki. Cello zdaje się smakować barokiem, kontrabas zdecydowanie średniowieczem. Piękna wojna epok, głośna, zatrważająca, zmysłowo skontrastowana akustycznie. Ujmująca dramaturgią, epicka, diabelnie romantyczna. Pełna ekspresji godnej stadionowych mistrzów rocka! Po takim wejściu w temat, drugi Liść nie może nie być kojącym płatkiem róży. Muzycy plątają się po strunach, mutują brzmienie, szukają rozwiązań sonorystycznych, prowadzą mikrodialogi. Świetna komunikacja – Gaspar, to partner pełną gębą! Wyluzowana Leandre już coś tam nuci pod nosem. Piękna strunowa robotyka! Trzeci fragment otwierają niskie, ale dość śpiewne pasma. Kontrabas idzie w imitacje, przeto brzmi jak wiolonczela. Szeroki strumień dźwięków, trochę jak repetycja pierwszego utworu, ale w wyższym paśmie, z dozą pokrętnego klasycyzmu. Cello jest w formie! Na dowód, prolog odcinka czwartego. Pizzicato po obu stronach, kontrabas groźny, współcześnie ustrukturyzowany. Dynamicznie, z mocą molowych akcentów. Ponury pozytywizm zgiełku i chaosu. Wonderful! Piątego Liścia muzycy poszukują we wzajemnych imitacjach. Wspólne zadziory, romantyczne biczowanie gryfów, rodzaj akustycznego apogeum. Na wybrzmieniu ballady dla półśpiących niewiast z dobrego domu. Szósty odcinek szybuje niezwykle wysoko. To sprawka Gaspara. Kontrabas słodzi palcami. Małe popisy, kto tu bardziej bywa błyskotliwy. Sonorystyka i inne dźwięki ze znakiem zapytania. Smyk goni smyka, rowling on! On szczytuje, Ona nie ma zamiaru być gorsza! Na finał małe szmery, delikatne szumy, groza o poranku, głos kobiecy, ciągłe narastanie. Zwieńczenie pięknej drogi  – posmak industrialu, gospel, mantra, Pociągi Reicha, krzyk kobiet złotego wieku, kosmos muzyki!


46:09, Joëlle Léandre & Theo Ceccaldi  Flowers

Joëlle Léandre – kontrabas, kanał … lewy (wbrew opisowi płyty), Theo Ceccaldi – skrzypce,  kanał prawy. Dziewięć Kwiatów, nagrane w Warszawie, 15 października 2017.

Kontrabas zaczyna niskim smykiem, skrzypce posadowione dużo wyżej, w zwinnym tańcu free improve, znamionującym klasę dostępną dla niewielu. Płynne ruchy, kocia zwinność. Leandre bardziej postawna i zasadnicza, ale równie precyzyjna.  Dialogi, imitacje, swawole tyczą szlak pierwszego utworu. Drugi zaczyna się na wysokich, barokowych skrzypcach. Kontrabas brzmi jak małe cello. Kameralistyka na przestrzeni dziejów – puszysta, jedwabna narracja. Trzeci odcinek zaczyna się pizzicato po obu stronach. Skromny walczyk, Pan przytuli Panią, jakże filigranowa rozgrywka. Kolejny fragment grzmi mocnym smykiem na upoconym gryfie kontrabasu. Skrzypce, niczym smuga rozpływającego się piękna, długie pasaże, wprost z nieczynnej dziś filharmonii. Piąty odcinek wyznacza nastanie sonorystyki. Płynne ruchy, zmutowane brzmienie u Theo (brawo!). Błyskotliwe narastanie, eksplozja akustycznej urody! Zdaje się, że opus magnum całego boxu! A przed nami jeszcze cztery opowieści! Kolejny fragment, to jakby kontynuacja. Theo na suchym gryfie czyni cuda, smyk Joelle idzie za nim krok w krok. Zwarcia, pyskówki, wzdychające violin, kontrabas szybujący wysoko! Głośno, kilka naprawdę brudnych dźwięków! Siódmy Kwiat znów szuka rozwiązań dalekich od tonalności, melodyki i oczywistej formy. Ciche przebiegi, polerowanie strun, mikrofazy. Kołysanka dla nadpobudliwych, może nawet ostra huśtawka. Eskalacja tyczy szlak wspaniałości. W ósmym powraca filharmonia, ale jest już tak upalona, że powoduje ciarki na plecach recenzenta. Modulowane, post-psychodeliczne pasaże. Energia kipi, dynamika galopuje. Gdy tracą impet, schodzą na sucho w pojedyncze frazy. Majstersztyk! Wreszcie finał – na gryfie kontrabasu grasuje Dzika Banda! Theo rusza z samego dna. Molowe meta drony, eksplozja łabędzia! Leandre bije coś na kształt rytmu, Ceccaldi opowiada nieudane historie miłosne z wieloma punktami zwrotnymi. Łzy leją się strumieniami. I tak na przemian, raz rytm, raz płacz. Aż zgasną światła!



wtorek, 30 maja 2017

Pedra Contida! Chamber 4! – Marcelo Dos Reis e Amigo em Progressao Agressiva! *)


Na scenie muzyki improwizowanej Portugalia w permanentnym gazie! Dziś dwie nowe płyty stamtąd właśnie, dla których wspólnym mianownikiem będzie doskonały gitarzysta Marcelo Dos Reis. Nie zabraknie jego muzycznego przyjaciela Luisa Vicente (dla przypomnienia drobny zarys osiągnięć obu muzyków odnajdziecie dokładnie w tym miejscu ), a także … dwóch braci z niedalekiej Francji. Jedną płytę wydano w Anglii, a nagrano w Portugalii, drugą wydano w Portugalii, a nagrano we Francji, bo jak świetnie wiemy, świat jest tylko jeden, dodatkowo arbitralnie wspólny dla nas wszystkich.

Przed nami dwie płyty, które dla obu składów personalnych wymienionych w tytule dzisiejszej opowieści, są … drugimi oficjalnymi ujawnieniami fonograficznymi. Kto pamięta debiutanckie krążki (link w akapicie powyżej), ten może przy okazji podywagować nad niewątpliwym progresem artystycznym, jaki jest udziałem tych wciąż młodych muzyków improwizujących z południowego zachodu Europy.

Jeśli esencją muzyki improwizowanej jest ciągły rozwój, otwartość na świat, umiejętność asymilowania najprzeróżniejszych wpływów i inspiracji, tudzież brak artystycznych zahamowań, to płyty Amethyst i City Of Light są w tym zakresie, niczym wzorce z Louvre!




Pedra Contida/ Contained Stone, czyli ten, który ma …. kamień we wnętrzu

Czas i miejsce zdarzenia: 21 listopada 2015r., Salão Brazil, Coimbra.

Ludzie i przedmioty: Angélica V. Salvi – harfa, Miguel Carvalhais – komputer, Nuno Torres – saksofon altowy, Marcelo Dos Reis – gitara elektryczna, João Pais Filipe – perkusja, perkusjonalia.

Co gramy: Muzyka swobodnie improwizowana, bez adnotacji o działaniach przedprodukcyjnych, all music by the musicians.

Efekt finalny: pięć odcinków muzycznych z tytułami, 40 minut i kilka sekund - wszystko dostępne od bardzo niedawna na CD Amethyst (FMR Records, 2017). Podmiotem wykonawczym jest Pedra Contida.

Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Scree. O ile poprzednia płyta tego kwintetu (Xisto) bazowała na materiale skomponowanym, zawierała zarówno fragmenty incydentów studyjnych, jak i koncertowych, to dysk, który właśnie odpaliliśmy, zawiera zdecydowanie bardziej jednorodną, koncertową i w pełni improwizowaną muzykę. Bardzo spokojny, kobiecy wstęp na harfie niech nie zmyli czujności wielbicieli krwistych narracji, wprost z buchającej pomysłami wyobraźni, jakże kompetentnych improwizatorów. To jedynie pozór, wstęp, może zachęta dla mniej wprawionych (po prawdzie wiele płyt z udziałem Dos Reisa opiera się na podobnym zamyśle). Tu, we fragmencie otwarcia, Angelica i jej harfa bez zbędnej zwłoki dynamizują swoje poczynania. Gitara Marcelo pulsuje, znacząc teren from time to time akordami basowymi. W tak zwanym międzyczasie towarzyszą nam trzaski z komputera Miguela, które nienachalnie dopełniają przestrzeń foniczną koncertu. Muzycy nieco tłumią emocje (saksofon Nuno delikatnie sonoryzuje) i zbierają siły na dalszą część spektaklu. Brzmienie wszystkich akustycznych uczestników tego spotkania jest czyste, na delikatnym pogłosie. Gitara sugeruje rytm i utrzymuje nerw narracji, która płynie w lekkim transie. Instrumenty ckliwie wybrzmiewają, tarzając się drobinkach hałasu generowanych na kablu (z kajetu recenzenta: Pedra - niebywała muzyczna hybryda, swoiście ponadgatunkowy twór).

Chalk. Ten fragment zaczyna się dalece dynamiczniej - kolektywną, wolną, krytycznie wyzwoloną improwizacją o delikatnie jazzowych korzeniach (saksofon!). Gitara z prądem jest zadziorna, ale ma dość subtelny sound. Brak klasycznego instrumentu basowego sprawia, że ma ona podwójne zadanie do wykonania. Elektronika cały czas akcentuje swoją obecność, ale robi to z taktem i wdziękiem uroczej baletnicy, narowiście uzupełniając działania żywych. Harfa włącza się do dyskusji po 5 minucie. Znów jest wyważona, niepreparowana, pięknie zlewa się z trzaskami komputerowymi i rytmiką gitary, która brzmi niemal akustycznie. Pozostałe instrumenty także kleją się do rytmu, intrygująco i kolektywnie współistniejąc na jego barkach. Stopa perkusji pod kuratelą Joao bije i krwawi, niczym serce porzuconego kochanka. Saksofon delikatnie eskaluje emocje. Gitara pętli się i iskrzy. Jakby mimochodem, niespodziewanie, cały kwintet popada w galop. Harfa nieoczywistymi dźwiękami zdobi finał utworu.

Agate. Muzycy, tkwiąc w twórczym zaniechaniu, realizują wstęp do tej części płyty stojąc na palcach. Akordy gitary tyczą szlak, niczym wytrawny kontrabas ze skromną amplifikacją. Drobinki kurzu z kabla. Wycofana harfa. Muzyka leje się jak woda, nieustannie przelewana ze szklanki w szklankę. Fajerwerki pojedynczych dźwięków.

Obsidian. Ta opowieść pokazuje pazury, oblepione zasuszoną krwią. Angelica dłubie w strunach, Marcelo robi dokładnie to samo. Oboje są post-zgrzytliwi. Komputer Miguela przypomina o swoim istnieniu, trochę rozrabia na boku. Joao drumminguje (jedna stopa!) hiperdynamicznie (być może jest wsparty backgroundem elektronicznym). Bieg spraw jest zwarty, wręcz ciasny, wytrwanie prokreacyjny. Saksofon Nuno plecie w wysokich rejestrach niestworzone historie, ale nie jest nachalny. Finał mieni się oparami sonorystyki.

Touchstone. Angelica stawia harfę w stan mikropreparacji. Miguel na obu flankach multiplikuje incydenty akustyczne. Nuno i Marcelo mają sprawę do siebie, delikatnie plumkają. Joao zdziera ołów ze swego wielkiego talerza, brzmi niczym waltornia. Skupienie, brak pośpiechu, interakcje odrobinę w klimatach call & response. Próba odejścia w sonorystykę, porzucona w pół zdania. Muzycy brną dalej w tę opowieść trochę w poszukiwaniu ciszy. Marcelo gryzie struny, Nuno wybrzmiewa. Finał zastaje wszystkich uczestników, po obu stronach sceny, w lekkiej konsternacji. 40 minuta wybiła z hukiem. To już? Jaka szkoda…. (z kajetu recenzenta: być może zbyt dużo samokrytyki muzyków na etapie selekcji materiału na płytę). Te dźwięki równie wyśmienicie broniłyby się w okolicach godziny zegarowej, ... albo i dwóch.




Współczesna Banda Czworga

Czas i miejsce zdarzenia: 28 kwietnia 2016r., koncert w ramach Le Soirées Tricot Festival, Paryż.

Ludzie i przedmioty: Marcelo Dos Reis – gitara akustyczna, gitara preparowana, głos, Luis Vicente – trąbka, Théo Ceccaldi – skrzypce, głos, Valentin Ceccaldi – wiolonczela, głos.

Co gramy: Muzyka swobodnie improwizowana, bez adnotacji o działaniach przedprodukcyjnych, all music by the musicians.

Efekt finalny: trzy części bez tytułów, 50 minut muzyki, od kilka dni dostępne na CD City Of Light (Clean Feeds Records, 2017). Podmiotem wykonawczym jest Chamber 4 (na debiutanckiej płycie był to jej tytuł, zaś podmiotem wykonawczym czwórka muzyków, wymieniona z imienia i nazwiska).

Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Pierwszy. Skoro kameralistyka, to spokojne na wstępie pasaże skrzypiec i wiolonczeli nie dziwią nawet odrobinę. Gitara podaje cięte akordy, trąbka na rozwidleniu dróg, delikatnie gwałci nostalgiczny tembr strunowców, nakłania do rozpostarcia skrzydeł. Czmiele przekomarzania w aurze niemal klasycznie brzmiącej gitary. Narracja eskaluje się drobnymi szczegółami akustycznymi. Free post-chamber startuje do lotu, w trakcie burzy, która nic dobrego nie znamionuje. Na szczęście groza nie jest tu amplifikowana. Zaśpiewy muzyków (trochę inicjacyjne) intrygująco zakleszczają się pomiędzy galopujące od chwili struny. Trąbka sonoryzuje na sucho, a skrzypce i wiolonczela są czyste jak łza. Gdy Marcelo opukuje pudło rezonansowe gitary, wspomaga go wytrawnie wiolonczela (z kajetu recenzenta: kosmiczne umiejętności techniczne całej czwórki muzyków!). Oto bije rytm świata! Wybrzmienie realizuje się w strumieniu interakcji trąbki i jednego ze strunowców… Oto i Drugi rusza z galopem (bez sekundy pauzy!). Ciekawa zmiana strategii improwizacji, jakże intuitywna i płynna. Na szóstym biegu! Wyciszenie po tej iście rockowej eskapadzie ma cierpki smak - lizanie ran, pojękiwania, stękanie i nieco separatywne pasaże grane unisono, trochę na usprawiedliwienie. Wiolonczela zjeżdża do piwnicy, gitara preparuje, tłumiona trąbka Vicente rzewnie wspomina złote czasy Milesa Davisa z końca lat 50. Klimat robi się oniryczny, tajemniczy. Genderyczna wokaliza Dos Reisa wkleja się w tryby narracji w idealnym momencie! Jeden ze strunowców jakby się lekko amplifikował. Muzycy budują dron, jak przeprawę promową po trzęsieniu ziemi (piękny moment!). Dźwięki narastają, muzycy dobywają wrzaski ze spoconych gardeł. Tarcie, gwałt, ogniska zapalne, wodotryski ciepłej, świeżej krwi. Iskry lecą ze strun, trębacz się zapowietrza, kwili z bezradności. Wyczekiwanie na nowy kierunek improwizacji jest czerstwe i podszyte agresją. Muzycy stanowczo skłaniają się już ku galopadzie (Marcelo! Valentin!). Ponury, wampirzy, szybki rytm, który wygasa równie efektownie, jak się zaczął.


Trzeci. Parę sekund ciszy okazuje się zbawienne. Spokojne, ale nie delikatne pasaże ze strun (Marcelo już szuka zaczepki, zagina i kręci struny, jak tytoń na jointa). Na chwilę Luis zostaje sam. Strunowce wracają w mgnieniu oka i zaczynają chocholi taniec śmierci! Narracja jest rwana, trochę incydentów search & reflect. Filharmonia odpala jednak swoje stymulatory i szuka zaczepki w klimatach free improv. Wydarzenia snują się jedno po drugim i szukają swojej klepki. Nie brakuje wszakże pojedynczych zadziorów akustycznych (ach ten Marcelo, ciągle wkłada kij w szprychy). Pasaże ze strun gęstnieją, jak mleko na budyń. Dynamika rośnie, bo czuć finałem w powietrzu. Dźwięki są lepkie, przybrudzone potem. Łączą się w wielogłos, który z zamkniętymi oczami brnie ku zatraceniu. Free post-chamber rwie włosy z głowy, natarczywie wychyla się zza krat konwenansu i społecznie uzasadnionych reakcji na bodźce (z kajetu recenzenta: muzycy jakże zwinnie potrafią zmieniać kierunki improwizacji, każdy z nich doskonale reaguje na poczynania partnerów, świetnie słuchają jeden drugiego i mają oczy dookoła głowy). Nagle dopada nas wyciszenie. Wampir wstaje z grobu (ale sonorystyka!) i będzie udzielał końcowego błogosławieństwa. Marcelo na boku bębni złowieszczo i kompulsywnie. Wszyscy delikatnie rezonują. Ostatni dźwięk, cisza, wycięte oklaski. Koniec płyty.


*) to się chyba tłumaczy samo... 

piątek, 28 października 2016

Marcelo Dos Reis & Luis Vicente – As historias cruzadas ou seja o poder da variadade *)


Czas na kolejną opowieść eksplorującą nową muzykę, powstającą na Półwyspie Iberyjskim. Po stosunkowo rozbudowanych ficzersach o muzykach katalońskich (Trilla, Cirera), teraz uwagę naszą skierujmy ku Portugalii i dwóm młodym muzykom, którzy kreatywnie dewastują muzykę improwizowaną Starego Kontynentu kolejnymi doniosłymi i niebanalnymi płytami.

Personalia trębacza Luisa Vicente padły już na tej stronie niejednokrotnie. Gitarzysta Marcelo Dos Reis tą opowieścią definitywnie debiutuje na Trybunie. Tak się uroczo składa, iż w/w muzycy mają w dorobku kilka płyt popełnionych wspólnie, zatem nasza dzisiejsza historia będzie mogła mieć podwójnego bohatera. W przypadku drugiego z Portugalczyków, skupimy się nie tylko na jego dokonaniach artystycznych, ale także prześwietlimy jego inicjatywę wydawniczą Cipsela Records.


Marcelo i Luis – incydenty wspólne

Naszą double-man story zacznijmy od absolutnej świeżynki. Od całkiem niedawna jest z nami drugi krążek formacji Fail Better!, wydany na Litwie pod tajemniczym tytułem Owt (NoBusiness Records, Limited LP 2016). Pod przewrotną nazwą grupy ukrywa się piątka Portugalczyków, których nazwiska winniście natychmiast zapamiętać, albowiem będą w tym tekście powracać. A zatem - João Guimarães (saksofon altowy), João Pais Filipe (perkusja), José Miguel Pereira (kontrabas), Luís Vicente (trąbka) i Marcelo Dos Reis (gitara elektryczna). 44-minutowy czarny krążek, to dokumentacja koncertu, jaki miał miejsce w Salao Brazil w Coimbrze (to miejsce także proszę zapamiętać), w kwietniu 2014r.




Pięcioczęściowa opowieść, pomieszczona na dwóch stronach winyla, zaczyna się dość spokojnie. Muzycy kolektywnie pieszczą dźwięki, grają unisono, trochę na rozgrzewkę, pewnie także dla zmylenia tropów. Elektryczny Marcelo ciekawie dręczy swoją gitarę, maczając ją w nieco psychodelicznym sosie, przy okazji ewidentnie szuka swoich rockowych korzeni. Tytuł fragmentu (Former Times) dużo nam mówi o klimacie tej introdukcji. Pieśń druga (Sidereal) dynamizuje nam przekaz w sposób cokolwiek drastyczny. Felipe – niczym demiurg – bije ostry rytm, a muzyka pachnie transowym rockiem na kilometr, choć Marcelo nie hałasuje, a Fail Better! z całą pewnością nie jest kapelą jazz-rockową. Gitarzysta, jakkolwiek, rządzi tu niedemokratycznie i kształtuje rzeczywistość foniczną na swoją modłę. Saksofonista mógłby w tej opresyjnej sytuacji dodać coś więcej od siebie, ale być może to nie jest jego moment. Vicente zaś – w opozycji do całej reszty – pięknie sonoryzuje na boku. Wyciszony finał utworu staje się wszakże wyłącznym udziałem tych dwóch ostatnich. Trzeci numer In Between, to jakby kolektywne zwarcie w zagubionej synkopie, ballada zatraconych dusz, w trakcie której muzycy lepią się do siebie, jak muchy. Nastrój radykalnie zmienia ponownie perkusista, który wyznaczy ostre tempo i rytm nieznoszący sprzeciwu. Pozostali muzycy tańczą wokół niego i snują indywidualne opowieści, łącząc się we wznoszący wielodźwięk. Smak gitary budzi skojarzenia z… Ten Years After, którzy po sumiennie nakrapianym gigu, trafiają w garderobie na dwa zagubione dęciaki i każą im grać do kolejnej otwieranej flaszki. W nawiasach rytmu wszystkie chwyty są tu bowiem dozwolone. Circular Measure zdaje się nie mieć końca, a Marcelo postanawia nawet zmierzyć się z legendą Jimmy Hendrixa! Niechybnie czas na finał tej metaprzygody. Stellar w początkowej fazie opiera się na tańcu kontrabasu wokół własnej osi (ze smykiem pod rękę!), a potem, gdy pozostali muzycy wrzucają do tego wora swoje trzy gorsze, recenzenta stać już tylko na kolejne skojarzenie. Mahavishnu Orchestra i John McLaughlin, ale ten w najlepszym wydaniu!
Ta pełna emocji, eklektyczna podróż po obrzeżach upalonego rocka i zdeformowanych intuicją muzyków, krawędziach jazzu, w bezwzględnie improwizowanej formule (wedle idei all music created by the musicians), kończy się tak, jak chcielibyśmy, by kończył się dreszczowiec - happy endem.

Uwaga! Muzycy Fail Better! mają na tyle otwarte głowy, że jakakolwiek próba gatunkowej kwalifikacji Owt spali na panewce. Zatem odpuśćmy sobie!

Jeśli macie ochotę na więcej, proponuję wejść w posiadanie debiutanckiej płyty tej formacji, którą odszukacie w katalogu portugalskiej JACC Records, pod kolejnym udanym tytułem Zero Sum (2014). Zawiera koncert uczyniony w tym samym miejscu, czternaście miesięcy wcześniej. Personalia muzyków i użyte instrumentarium bez zmian.

Po ponadnormatywnej dawce emocji, czas na subtelny odpoczynek, moment, byśmy … naprawdę poczuli się lepiej (Feel Better!). Radykalną zmianę nastroju, instrumentów, po części nawet gatunku (to zresztą będzie light motive dzisiejszej historii), zapewni nam kolejna wspólna inicjatywa Luisa i Marcelo – Chamber 4. Po lekturze nazwy konotacja stylistyczna wydaje się oczywista, ale nie przywiązywałbym się do niej zbyt silnie. Cztery akustyczne instrumenty w rękach dwóch Francuzów – Theo Ceccaldiego (skrzypce, altówka) i Valentina Ceccaldiego (wiolonczela i głos) i tyluż naszych portugalskich bohaterów - Luisa Vicente (trąbka) i Marcelo Dos Reisa (gitara akustyczna, gitara preparowana i głos). Płyta zwie się właśnie Chamber 4 (FMR Records, 2015), a wnikliwi czytelnicy Trybuny winni pamiętać, iż trafiła ona na jej roczne podsumowanie, oczywiście w kategorii płyt najlepszych. Nagranie z maja 2013r. z Lizbony. Pięć fragmentów, 41 minut.




Rzewna, jękliwa i osobliwie piękna, współczesna kameralistyka, otwiera tę udaną przygodę. Muzycy w powolnej improwizacji dobrze się wzajemnie nasłuchują, zbierając siły na tak zwany ciąg dalszy. Szybko jednak odnajdują dramaturgiczną okoliczność na zdynamizowanie swoich poczynań, wpadają na siebie jak sroki przy żłobie, ekscytują się i szukają miejsca na indywidualne popisy. Marcelo zgrabnymi preparacjami wysyła kameralistyczny idiom do wszystkich diabłów i gra zaczyna się na poważnie. Cała czwórka pięknie skaluje emocje, dba o to, by jakikolwiek moment tych improwizacyjnych koincydencji nie był nadmiernie przegadany. Filharmonia dla poszukujących wrażeń nieoczywistych. A jeśli muzycy grają to fully improvised, to czapki z głów (formuła na okładce: all music by the musicians). Każdy z nich dobrze wygląda w smokingu, każdy ma jednak duszę ulicznego zakapiora. W kluczowym fragmencie nagrania, zwarte pasaże gigantycznie brzmiących, surowych, akustycznych instrumentów zlewają z wokalizami Valentina i Marcelo, realizowanymi w wysokich rejestrach. Piękny, krnąbrny, oniryczny finał. Koniecznie czekamy na więcej!

Zmieńmy po raz kolejny klimat. Może tym razem szczypta elektroakustyki? Sięgnijmy po dwie rejestracje koncertowe, zrealizowane w Lizbonie, w ramach improwizacyjnych spotkań UNLOAD. Dos Reis i Vicente bawią się tu dźwiękami w towarzystwie Marco Franco, który zazwyczaj grywa na perkusji, ale… nie w tym przypadku. W listopadzie 2012r. kreował on audiosferę koncertu kilkoma dziwnymi przedmiotami i silnie wspomagał się elektroniką, zaś w październiku roku kolejnego ciskał palcami w harmonium. Marcelo grywał na różnych gitarach i amplifikował kolejne podejrzane obiekty, a Vicente tradycyjnie trąbił. Eksperymentalna improwizacja w nieśpiesznych tempach, z delikatnie sugerowanym rytmem, inkrustowana przez Luisa i Marcelo wieloma ciekawymi dysonansami, broniłaby się świetnie w … tymże duecie. Bagaż elektryczny, jaki wnosi do tego spektaklu Franco nie jest w mojej ocenie udany. O ile starsze nagranie broni się choćby tym, że ów background jest nienachalny, o tyle nagranie drugie zdominowane jest onirycznym, modulowanym soundem harmonium, a cały urok kooperacji Vicente-Dos Reis ginie w niedosłuchu. W sumie, byłby z serii UNLOAD frapujący… duet. Zachęcam muzyków do spróbowania. Nagrania z obu koncertów są dostępne na bandcamp. com, do odsłuchu lub zakupu za grosze.

Wątek współpracy Luisa i Marcelo kończy, póki co, ich trio z udziałem kontrabasisty, którego już dziś poznaliśmy - José Miguela Pereiry. Formacja zwie się Frame Trio i wedle moich ustaleń nie doczekała się jeszcze debiutu fonograficznego. Jedynie na stronie trębacza można odsłuchać fragment wyważonej i skupionej improwizacji na trzy akustyczne instrumenty.


Marcelo muzykuje, Luis odpoczywa

Dajmy chwilę odpocząć trębaczowi i przyjrzyjmy się uważnie innym produkcjom gitarzysty, już bez udziału sprawczego tego pierwszego. Koniecznie winniśmy zawiesić ucho nad dwoma płytami, które światło dziennie ujrzały w jego własnej wytwórni Cipsela Records.

Na początek sprawdźmy krążek Flower Stalk (2015), firmowany przez strunowe trio Open Field i weterana amerykańskiego free jazzu, pianistę Burtona Greene’a. Zidentyfikujmy członków tria - José Miguel Pereira na kontrabasie (ponownie!), Marcelo Dos Reis na gitarze akustycznej (nylonowe struny), preparowanej gitarze i głosie oraz – uwaga, nowe nazwisko! - João Camões na altówce, perkusjonaliach i instrumencie dętym o nazwie mey. Dodajmy, że Greene także preparuje fortepian i używa perkusjonalii. Pięć improwizowanych fragmentów (all music by…), trwających 52 minuty, zostało zarejestrowanych w okolicznościach studyjnych w Lizbonie, w maju 2012r.




To nagranie także nie rozpoczyna się trzęsieniem ziemi. Muzycy raczej wgryzają się w klimat i polerują struny swoich instrumentów. Reis na gitarze, w zasadzie klasycznej, brzmi czysto i przejmująco, niczym pościel dziewicy przed pierwszym razem. Greene klawiszuje na boku i ma ochotę delikatnie narzucić konwencję tej zabawy dużo młodszym partnerom, ale ci nie bardzo chcą na to pozwolić. Kwartet rośnie kolektywnie w spirali wielodźwięku, choć każdy ma tu swój moment i nie stroni od hałasowania. Trzeci fragment zaczyna się nieco reinhardowsko, by nie rzec grapellowsko, ale hołd dla czasów minionych nie trwa długo. Niesieni porywamy wyobraźni, z lekkim uśmiechem na ustach, młodzi Portugalczycy pięknie uciekają w wir free improv, czemu wtóruje zgrabnymi preparacjami Greene. Fragment czwarty, przedostatni, to swoisty chill out na zaczerpnięcie powietrza i łyk zimnej wody – Greene w wersji solo. Zaraz po nim wielki finał. Zdystansowani, nieco utopijni w swej zadziorności, w chaosie szczęścia i erupcji nagromadzonych przez wieki emocji, muzycy ruszają na podbój naszych serc. Są zaczepni, czupurni, gotowi na konfrontację z każdym, pełni wewnętrznej, mnemonicznej agresji. Akustyczny nerw improwizacji budowany jest przez dochodzący z głębi nieokreśloności, nieziemski, pustynny głos Marcelo i zaskakujący barwą dęty pasaż mey, podawany przez João. Rytualny taniec godowy zupełnie bez przyczyny, w konwulsjach, doprowadza czterech mężczyzn do granicy końca tej niezwykłej płyty. Po wybrzmieniu, z offu słyszymy głos Greene’a, który … oszołomiony przebiegiem wypadków muzycznych, proponuje nazwać ten fragment Ancient Shit.

Open Field w wersji koncertowej możliwy jest do odsłuchu na bandcamp.com. Trzy fragmenty, trwające nieco ponad 20 minut, wprost z National Museum Machado de Castro. Wersja trzyosobowa, akustyczna. Uwaga dla niewyposażonych w odpowiednią ilość petrodolarów – można tę muzykę ściągnąć za darmo.




Sięgamy po kolejny krążek z Cipsela Records. Tym razem Concentric Rinds (2016) i Marcelo Dos Reis w duecie z Angelicą V. Salpi. Dwa strunowce (gitara i harfa) w wersji akustycznej i preparowanej oraz głos męski. Nagranie z Galerii w Porto, luty 2013r. Osiem fragmentów all music by the musicians, 43 minuty muzyki. Ten twór personalny powstał ponoć z inspiracji Evana Parkera, w trakcie muzykowania w większej grupie. Pozornie piękna i szkliście akustyczna, urokliwa muzyka, która początkowo odsyła nas do rzeczonej Galerii i każe cierpliwie czekać na to, co może się ewentualnie wydarzyć, ma zaszyty wewnętrzny nerw, rodzaj podskórnego niepokoju. Być może to właśnie po nią sięgnąłby David Lynch, gdyby sequel swojego epokowego Twin Peaks postanowił kręcić w Portugalii. Z każdą sekundą tej przewrotnej płyty ów nerw urzeczywistnia się, a subtelna narracja ustępuje delikatnym zaczepkom, drobnym uwagom na boku, bo przecież w każdym związku dwojga ludzi musi nadejść moment konfrontacji oczekiwań. Ta następuje w niezwykłym czwartym fragmencie – Marcelo traktuje gitarę dobrze naostrzonym smykiem, dobywając dodatkowo z gardła zmyślną wokalizę, która kontrapunktowana sepleniącą harfą, prowadzi nas na moralne zatracenie, niczym III Symfonia Góreckiego, grana na lekkim speadzie, niespodziewanie dla wszystkich, w dalekowschodnich czeluściach tego okropnego świata. Tu, zabawa dla grzecznych chłopców i panien z dobrego domu dawno się już zakończyła. Preparacje harfy i gitary nawarstwiają się i płoną niczym pochodnie zwiastujące klęskę … urodzaju. Finalny zgrzyt akustyczny, w klimatach współczesnego AMM, pozwala nam nabrać dystansu do tej przygody. Będzie co wspominać po powrocie do domu.




Zostawmy na chwilę w orbicie naszych zainteresowań nobliwą harfistkę, którą poznaliśmy w poprzednim akapicie. Oto bowiem do naszych elektronicznych odtwarzaczy wrzucamy nagranie Xisto (JACC Records, 2014), popełnione przez kwintet Pedra Contida. W jego składzie obok Angeliki i Marcelo, odnajdujemy znanego nam już João Pais Filipe na perkusji, a także Nuno Torresa na saksofonie altowym i Miguela Carvalhaisa obsługującego komputer. Marcelo gra na gitarze klasycznej, używa głosu i śpiewających kul (cokolwiek to jest), a także pełni tu rolę kompozytora części materiału. Tak się bowiem składa, że Xisto mieści w sobie cztery fragmenty skomponowane, improwizacje solowe, duetowe i w trio, a także na koniec kolektywną improwizację całego kwintetu. Jest niezwykle interesującą próbą odnalezienia muzyki współczesnej na polu swobodnej improwizacji, uzupełnionej o zebrane dźwięki otoczenia (zwykliśmy to określać mianem field recordings). Akustyczne brzmienia, delikatnie podrasowane przez szmerający background, upstrzone są ekscytującymi wokalami Marcelo. Smak muzyki dawnej zderza się tu wulgarnie z dewastującą wszystko wokół siebie nowoczesnością. Muzyka – nagrana w lipcu 2013, zarówno w okolicznościach studyjnych, jak i koncertowych – wychodzi z tego pozornie karkołomnego projektu obronną ręką. Ponownie - czapki z głów!




Na koniec tego rozdziału koniecznie odpalić winniśmy płytę formacji The Nap (nagranie dostępne tylko w formie plików na bandcamp, stąd ten fired up). Myślę o Non Rapid Eye Movement Sleep (Nap Music, 2012). Tu spotykamy już samych znajomych. Dos Reisowi, który gra na akustycznej gitarze, towarzyszy kontrabas Perreiry i perkusja Felipe. 45-minutowa relacja z koncertu z Aveiro (sierpień 2012). Mimo, iż muzycy grają w barze (co niestety słychać!), udaje im się – jak zwykle w przypadku formacji z udziałem Marcelo – uzyskać czyste, akustyczne, instrygujące brzmienie. Gitarzysta, choć gra cały koncert na jednym instrumencie, potrafi wydawać dźwięki niczym harfa lub banjo, kontrabas podąża za nim w rejestrach typowych raczej dla wiolonczeli i sonat Bacha, a perkusista lubi koncentrować się na dzwonkach i innych drobnych przeszkadzajkach. Jeśli jednak oczekiwalibyście po tym nagraniu świątecznych klimatów, to jesteście w ogromnym błędzie. Muzyka jest dynamiczna, zadziorna, pełna ekspresyjnych eskalacji i mikrowybuchów, a gdy na moment muzycy zatrzymają się w swej galopadzie, stać ich na skupioną i prawdziwie molekularną improwizację. Szkoda jedynie samego finału, gdy gadulstwo baru zaczyna być nieznośne i wyraźnie przeszkadza muzykom w dokończeniu dzieła. Marcelo moduluje swój dźwięk, chcąc zagłuszyć otoczenie, ale ostatecznie pozostaje mu -  i jego kompanom - opuścić scenę (zdecydowanie z podniesionym czołem!) i udać się na dobrze zmrożony napój chmielowy.


Luis muzykuje, Marcelo … na wakacjach

Jak już wspomniałem na wstępie tej historii, Luis Vicente jest częstym gościem na tych łamach. Przychylnym, by nie rzec entuzjastycznym okiem zlustrowaliśmy tu kilka jego płyt. Przypomnę zatem o płytach Clocks and Clouds (kwartet portugalski) i Twenty One 4tet (kwartet holenderski), a także o innym holenderskim kwintecie (m.in. Dickeman, Serries, Hagow), który koncertem Live at Zaal 100 dał nam asumpt do chwili pozytywnej refleksji. Wszystkie te recenzje można śmiało odczytać, klikając po prawej stronie Trybuny (zakładka Muzycy) na nazwisko portugalskiego trębacza.




My wróćmy wszakże do jeszcze innego krążka, który także gościł na tej stronie, a miało to miejsce przy okazji podsumowania najlepszych płyt roku 2015. Myślę o kwartecie Deux Maisons i jego wydawnictwie For Sale (Clean Feed). Za tą doskonałą improwizowaną zabawą stoją, obok trębacza, poznani już dziś bracia Ceccaldi (skrzypce, altówka, wiolonczela), a także perkusista Marco Franco. Muzycy, choć swą opowieść określili mianem muzyki skomponowanej, przez blisko trzy kwadranse zmyślnie improwizują, czerpiąc pełnymi garściami zarówno z muzyki współczesnej (Ceccaldi), jak i na wprost z muzyki jazzowej (Franco, Vicente). Jest odpowiednia dynamika, są udane zwarcia w podgrupach i stosowne kontrapunkty. Muzyce nie brakuje rytmu i drapieżnych solowych popisów, a wszystko grane jest czystym, kojącym zszargane nerwy, brzmieniem akustycznym.

Jeśli macie ochotę na dynamiczną jazdę z dobrze zarysowaną linią rytmiczną i melodyczną (śpiewający kontrabas), koniecznie sięgnijcie po trio Luisa Vicente, z udziałem Francesco Valente (ów kontrabas właśnie) i Oori Shaleva (perkusjonalia, tabla). Ich jedyna płyta zwie Outeiro (JACC Records, 2012) i przynosi jedenaście zwinnie wyimprowizowanych kompozycji, autorstwa wszystkich muzyków. Do tańca i do różańca. Smakowite, współczesne jazzowe muzykowanie, delikatnie nasączone klimatami folkowymi (tabla!).


Cipsela – niezbędne uzupełnienie

Czas finalizować naszą dzisiejszą, rozgadaną opowieść. Wróćmy jeszcze koniecznie do wydawnictwa Cipsela Records, które prowadzi Marcelo Dos Reis, odpowiedzialny w tym wypadku także za realizację nagrań, ich mastering i produkcję. To właśnie ów człowiek renesansu sprawia, że wszystkie nagrania, jakie dziś poznaliśmy, zwłaszcza te z udziałem gitarzysty, niezależnie od miejsca powstania, są doskonałe pod względem akustycznym. A katalog Cipsela to – po dwóch latach działalności – sześć pozycji. Dwie z nich poznaliśmy w rozdziale drugim, teraz przywołajmy cztery pozostałe, opatrując je drobnym komentarzem.




Carlos Zingaro  Live At Mosteiro de Santa Clara a Velha (2015) – solowy koncert nauczyciela każdego żyjącego muzyka improwizującego Portugalii! Okoliczności sakralne miejsca koncertu sprawiają, że nasze uszy płoną podczas odsłuchu, albowiem akustyka nagrania jest iście… boska (nie mogło być inaczej). Pięć różnych, improwizowanych fragmentów, a w każdym z nich Carlos odnajduje na gryfie swego instrumentu osobliwy punkt zaczepienia i wokół niego plecie piękne, zadziorne i niebanalne opowieści.




Daniel Levin/ Rob Brown  Divergent Paths (2015) – amerykańskie spotkanie koncertowe w Salao Brazil (2012r.), wyprodukowane przez Marcelo. Jak się domyślacie, wiolonczela Daniela brzmi konkretnie genialnie i po prawdzie alt Browna nie jest jej w tym incydencie z oklaskami … do czegokolwiek potrzebny. Trzy zwarte, dobrze opowiedziane improwizacje, które z pewnością znajdą wielu admiratorów po obu stronach oceanu (atlantyckiego!).




Joe McPhee  Flowers (2016) – solowy koncert (Coimbra, 2009r.) weterana free jazzu na płycie, do zakupu której nie trzeba zachęcać jakiegokolwiek fana tego gatunku. Jedynie ortodoksyjnym wielbicielom free improv, w obcowaniu z tym nagraniem, towarzyszyć może uczucie ambiwalencji. Mnie taka muzyka po prostu już nie kręci, ale … przyznam, w dynamicznych improwizacjach Joe ma klasę i to nie podlega dyskusji.




Joëlle Léandre / Théo Ceccaldi ‎ Elastic (2016) – wreszcie najnowsze wydawnictwo Cipsela. Ta płyta była już recenzowana na Trybunie, nawet całkiem niedawno. Dziś wracam do niej wszakże nie po to, by po raz kolejny nazwać ją doskonałym, wręcz wybitnym spotkaniem kontrabasu i skrzypiec, ale by… odszczekać swój błąd! Pisząc recenzję krążka Elastic bazowałem na odsłuchu streamingu zamieszczonego przez wydawcę na bandcamp.com. Płyta podobała mi się bardzo, jednakże dostrzegałem w tych zmyślnych, klarownych improwizacjach drobiny niedopowiedzeń i zawieszania narracji. Dziś mnie to nie dziwi, albowiem słuchałem … jedynie fragmentów nagrań. Mea culpa….

Thank You Marcelo for your attention and great music on Cipsela Records!



*) (portugalski): krzyżujące się opowieści, czyli potęga różnorodności 

sobota, 24 września 2016

Gjerstad, Roebke, Vicente, Dikeman, Almeida, Santos Silva, Previte, Rasmussen, Leandre, Cortex, Goldberg, Brötzmann, Knuffke, Lonberg-Holm - zbiorówka letnia, edycja druga


Czas goni nieubłaganie, kalendarzowa jesień za pasem, zatem nie pozostaje nam nic innego, jak sklecić drugą odsłonę letniej zbiorówki najświeższych recenzji, werbalnie poniewierających pachnące nowością, wydawnictwa muzyki improwizowanej.

Przypominam niewtajemniczonym w ten karkołomny proces, iż płyty po tak zwanym odsłuchu premierowym dostają na Trybunie wstępną, kolorową rekomendację (czerwone, żółte, zielone – patrz: prawy bok strony), a następnie trafiają na niniejszą zbiorówkę, gdzie wyrokiem nieznoszącym sprzeciwu, otrzymują ostateczną cenzurkę.


Luis Conde/ Fabiana Galante/ Frode Gjerstad  Give and Take (FMR Records, 2016)

Norweski weteran, Frode Gjerstad, nie zwalnia tempa. Ciągle w podróży, bywa, że koczuje na lotniskach, a jak opóźnienie samolotu jest kilkugodzinne, nie marnuje czasu i nagrywa płyty. Przykładem - recenzowana już na tych łamach płyta Mirrors Edges - poczyniona w Buenos Aires z klarnecistą Luisem Conte, pewnego jesiennego dnia, w godzinach przedpołudniowych. Dziś wraca ów parter (z lekko zmienionym nazwiskiem – przez „d”, ale to ten sam muzyk), a do roli trzeciego, na incydent studyjny zapisała się pianistka, Fabiana Galante (zapewne muzyk lokalny, ale nie daję stuprocentowej gwarancji). Przy okazji - jesteśmy ponownie w Buenos Aires.




Osiem umiarkowanie dynamicznych fragmentów na delikatnie preparowane piano i dwa zestawy dęciaków. Część utworów nosi tytuł Give, część zaś Take, dając przy okazji tytuł całej płycie. Interesująco prezentuje się Fabiana, przy czym mam na myśli zarówno jej nieco szorstką, acz precyzyjną pianistykę, jak i … wygląd zewnętrzny (by jednak skonfrontować moją opinię z rzeczywistością, musicie zajrzeć na discogs.com, gdyż okładka CD takich wrażeń nie dostarczy). Saksofony i klarnety wchodzą w delikatne zwarcia, korzystając ze stonowanego tła fortepianowego. Typowa dla południowców nieśpieszność i brak determinacji, by cokolwiek działa się na już i nie było odpowiednio przemyślane.

Daleki jestem od wskazania tego krążka, jako przykładu doskonałego free improv, ale z odsłuchu czerpię sporo radości i przyjemnych doznań sonorystycznych (Frode trzyma formę!). Rekomendacja zielona nie podlega zatem dyskusji – high!


Jason Roebke Octet  Cinema Spiral (NoBusiness Records, 2016)

Opuśćmy Amerykę Południową na rzecz jej północnej siostry, by wysłuchać Oktetu amerykańskiego kontrabasisty Jasona Roebke. Z tym Panem znamy się nie od dziś, z kompanami jego Ósemki także. Pięć różnych blaszano-drewnianych dęciaków (Berman, Bishop, Stein, Ward i Jackson) i trzyosobowa sekcja z wibrafonem (Adasiewicz) i perkusją (Reed). Tak, tak, jesteśmy zdecydowanie w Chicago i wyłącznie wśród znajomych. Co ciekawe, w zasadzie ten sam skład muzyków grał na tegorocznym, doskonałym koncercie poznańskiego festiwalu Made In Chicago, jednakże pod szyldem Mike Reed’s Flesh And Bone .




Kinowa Spirala to przy okazji druga edycja tego składu. Siedem kompozycji autorstwa lidera, rozpisanych nutkami na osiem instrumentów, prowadzi nas w bardzo zróżnicowany świat nieoczywistych, acz bardzo jazzowych doznań. Mamy skupienie, konstruktywną ciszę, czy też udane kooperacje, będące skutkiem wzajemnej wrażliwości i wyczulenia na wyczyny współpartnerów. Nie brakuje bardziej dynamicznych i po części spontanicznych eskalacji dźwięków, choć przyznaję, że w proporcjach, które nie do końca stawiają mnie na baczność. Dużo grafiki na etapie przygotowań być może nieco temperuje zapędy tych doskonałych improwizatorów, ale podobnie jak w maju, w trakcie koncertu Flesh And Bone, kupuję ten pomysł na muzykę, bez względu na cenę i zdecydowanie pozostaję przy zielonej rekomendacji - high!


Twenty One 4tet (Luís Vicente/ John Dikeman/ Wilbert De Joode/ Onno Govaer)  Live At Zaal 100 (Clean Feed Records, 2016)

Zwartym podsumowaniem dokonania Kwartetu 21, rozpoczynamy bardzo rozbudowany blok recenzji ze znaczącym wątkiem portugalskim!

Ale najpierw rzeczony kwartet. Koncert z holenderskiego klubu Zaal 100 (miejsce, które co raz częściej pojawia się na mapie dobrych europejskich miejsc do grania), to zderzenie konstruktywnej trąbki Luisa Vicente z lokalnym zaciągiem jakże kompetentnych improwizatorów. Johna Dikemana na saksofonie gościliśmy już na łamach Trybuny niejednokrotnie, podobnie kontrabasistę Wilberta De Joode. Stosunkowo mniejszym doświadczeniem może się jedynie wykazać drummer Onno Govaer.




Trzy kwadranse niezwykle rzetelnego i energetycznego free jazzu, podane w czterech odcinkach. Muzycy specjalnie niczym nas nie zaskakują, ale ich warsztat, wyobraźnia, temperament i umiejętność wzajemnego słuchania sprawiają, iż kompulsywna ekspozycja koncertowa mija nam w atmosferze dzikiej przyjemności. Vicente znów na szkolną szóstkę, sprawna sekcja, może jedynie po stronie saksofonisty odrobina dziegciu… To już moja kolejna płyta z jego udziałem, a wciąż mam wrażenie, że słucham tego samego… Ekspresja i hałas, to nie jedyne dostępne środki wyrazu dla saksofonisty z aspiracjami. Także umiejętność, czy też chęć (?) wchodzenia w trwały dialog z gotowym na wszystko trębaczem, nie jest współmierna z moimi oczekiwania w ramach formuły kwartetu free.

Te drobne ambiwalencje nie zmieniają oczywiście oglądu całości. Koncert z Setki na zielono (high!).


John Dikeman/ Fred Lonberg​-​Holm/ Gonçalo Almeida/ George Hadow  Dikeman, Lonberg - Holm, Almeida, Hadow (Cylinder Recordings, 2015)

O Cylidrowym netlabelu portugalskiego kontrabasisty Gonçalo Almeidy pisałem już w osobnej opowieści. Teraz kolejna pozycja z katalogu wytwórni. Koncert z Poortegebouw (Rotterdam), hałaśliwego i źle nagłośnionego kwartetu, z udziałem Johna Dikemana (uwagi personalne, patrz: w recenzji powyżej), kolejnego młodego, holenderskiego drummera George’a Hadowa i świetnie nam znanego wiolonczelisty Freda Lonberga-Holma. Skład uzupełnia oczywiście Almeida na kontrabasie. Panowie ze strunami używają także amplifikacji i elektronicznych przetworników, co przy niedobrych parametrach akustycznych koncertu, wzmaga odczucie hałasu i prowadzi do dość banalnego dyskomfortu. Koncert trwa niespełna 33 minuty i być może stanowi to główną zaletę tego nagrania (dostępnego, dodajmy, jedynie z plikach elektronicznych).




Oczywiście wiele fragmentów tej freejazzowej (pełną gębą!) opowieści trzyma się pionu i skutecznie przyciąga uwagę słuchacza, ale rekomenduję ledwie na middle. Jednocześnie zachęcam tych czterech gentelmanów do ponownego spotkania z oklaskami, w zdecydowanie lepszych warunkach akustycznych (a i może z lepszym reżyserem dźwięku).


Roji  The Hundred Headed Women (Shhpuma Records, 2016)

Doprawdy nie wiem, czy Gonçalo Almeida przeszedł jakieś poważne załamanie nerwowe po rozstaniu z kobietą swojego życia, czy dopadł go kryzys wieku średniego, ale nagrał niezwykle… koszmarną płytę!




Gra tu na gitarze basowej, ostro sfuzowanej i nieziemsko przesterowanej (nota bene, podjąłem wiele prób, by tę muzykę odtworzyć w przyswajalnej akustycznie formie, niestety bez efektu). Towarzyszy mu drummer o ewidentnie … deathmetalowych umiejętnościach. W trzech numerach przez gigantyczną ścianę hałasu próbuje się przebić … też sfuzowana, trąbka Susany Santos Silvy, a gdy ona nie daje rady, do dzieła przestępuje cokolwiek głośny saksofonista, Colin Webster. Efekt jest w sumie dość smutny. Gdyby jeszcze tę muzykę (jaki koszmarny tytuł, przy okazji, no ale to chyba ten miłosny zawód) dało się posłuchać bez zgrzytów, rzężenia i dzikich pisków, to być może obroniłaby się w estetyce ekstremalnego, acz mocno psychodelicznego fussion. A tak, chcąc nie chcąc, pozostaje nam skwitować wysiłki czterech muzyków mało konstruktywnym epitetem - spora katastrofa!

Szkoda, bo w spokojniejszych momentach ta koślawa estetycznie muzyka trochę się broni. Pierwotna rekomendacja zamknęła się trzema znakami zapytania, ostateczna tapla się w powodzi, czerwonej jak krew, rzeki rozczarowania (low!).


Susana Santos Silva/ Christine Wodrascka/ Christian Meaas Svendsen/ Håkon Berre  Rasengan! (Barefoot Records, 2016)

Po Setce koślawych kobiet musimy koniecznie odreagować! Zostawmy na scenie nieco umęczoną, acz tym razem bezwzględnie czystą akustycznie, Susanę Santos Silvę i zaprośmy do zabawy trzy inne akustyczne (dzięki!!!!) instrumenty. Francuska pianistka raczej starszej generacji, potrafiąca przepięknie improwizować z wnętrza swego instrumentu i dwóch młodzieniaszków ze Skandynawii (Norwegii?), niebywale kompetentnych w zakresie operowania kontrabasem i skromnym zestawem perkusyjnym, czego dowodzi Rasengan! – niedługa, ale bardzo frapująca opowieść w estetyce free improv.




Bywają płyty przegadane, bywają nagrania urywane w pół słowa. Tu – w sierpniu ubiegłego roku w Cafe Mir, w Oslo – wszystko przebiegło w sposób właściwy i niebudzący wątpliwości nawet stetryczałego recenzenta takiego Jazz Forum (wyobraźcie sobie, że to dziwne pismo ciągle się ukazuje…). Nagranie trwa mniej niż 40 minut i generuje ogromną pazerność na coś jeszcze, ale w tym konglomeracie szeptów, krzyków, dysonansów i delikatnych przepięć energetycznych zachowano modelowe wręcz proporcje. Dlatego wydawnictwo duńskiej oficyny Barefoot dostaje ode mnie high!, tak zielone, jak lasy spowijające uroczą Maderę. Piękna płyta!


RCJ (Luiz Rocha/ Diego Caicedo/ Marko Jelača)  Adeptus Exemptus (Discordian Records, 2016)

Kończąc wątek portugalski, najnowsza pozycja katalogowa… barcelońskiego netlabelu DR – trio RCJ. Odszyfrujmy ten skrót: Rocha - klarnecista z Brazylii (mieszka w Barcelonie), Caicedo - gitarzysta z Portugalii (?) i serbski po ojcu, acz kataloński z rezydencji, perkusista Jelaca.




Trzynaście uroczych opowieści w estetyce bardzo swobodnej improwizacji, z delikatnymi, jak na gatunek, pasażami klarnetu, nieco rozwichrzoną i maczaną w psychodelii gitarą elektryczną (ale bez rockowych sznytów) i kompetentną, stylową robotą perkusyjną. To drugi krążek tria (poprzedni dostępny też elektronicznie z DR). Nazwanie tej muzyki relaksacyjnym free improv, byłoby pewnie grzechem, ale osobiście dobrze mi się przy tej muzyce… odpoczywa. Nic na siłę, bez krzty pretensjonalności, choć także ze świadomością, iż rewolucja nie jest jeszcze naszym udziałem. Przyszłość pokaże, czy trop jest właściwy. High!


Bobby Previte & The Visitors  Gone (ForTune Records, 2016)

Jeśli dwie dekady temu lubiliście słuchać wytrawnego jazz-rocka/ nowoczesnego fussion, wprost z Nowego Jorku, jeśli w odtwarzaczach biegały krążki takich zespołów jak Lost Tribe, czy Weather Clear, Truck Fast, to kupujcie Gone bez straty czasy na lekturę tego omówienia.




Relacja z ubiegłorocznego, warszawskiego koncertu kwartetu doskonałego perkusisty, kompozytora i pełną gębą band lidera, Bobby Previte’a (to on kierował drugim z przywołanych wyżej zespołów), przynosi właśnie tę oczekiwaną porcję radości. Zgrabne tematy, udane harmonie, kompetentne improwizacje, nieprzegadane choćby na moment, wreszcie duża dyscyplina w kreowaniu muzycznego spektaklu. Dodajmy, że składu Gości dopełniają: Michael Kammers (saksofon tenorowy, organy, piano), Michael Gamble (gitara elektryczna) i Kurt Kotheimer (gitara basowa).

Dla mnie to oczywiście jedynie middle, ale dam podpórkę high, choćby w podziękowaniu za przyjemność i relaks, jaki daje odsłuch tego koncertu. Smakowite, jakkolwiek.


Silva/ Rasmussen/ Solberg  Free Electric Band (ForTune Records, 2016)

No i kolejna krajowa produkcja (intensywność, z jaką oficyna ForTune zalewa rynek muzyczny godna jest pochwały), ponownie relacja z incydentu koncertowego popełnionego z tej strony Odry (tym razem Wrocław), dwa lata temu i trio jednak dość szczególne.




Absolutny weteran free jazzu, Alan Silva, w czasach pionierskich gatunku głównie kontrabasista, od trzech dekad raczej sięgający po instrumenty klawiszowe i realizujący się także jako kompozytor dużych formacji muzycznych. Na okoliczność koncertu, który wypełnia ten krążek, zwarł szeregi ze skandynawskim zaciągiem młodzieży - Mette Rasmussen na altowym saksofonie i dobrze już nam znany (choćby z występów z Johnem Russellem) Ståle Liavik Solberg na perkusji. Sam Silva instrumentalnie produkuje się na syntezatorze. Ta trójka postanowiła przyjąć nazwę Free Electric Band. Odważna i w sumie trafna decyzja.

W trakcie trzech kwadransów koncertu, dzieje się naprawdę wiele. Jest atak, jest obrona, są chwile grozy i nostalgiczne momenty wyciszenia. Mette na szybkim alcie, wiele daje obrazowi całości, choć do zachwytów nad jej warsztatem i pomyślunkiem, z którym stykam się, czytając recenzje innych, na razie daleko. Silva bywa tu – jak ma w zwyczaju – dość barokowy (innymi słowy, sto pomysłów na minutę), ale dobrze kontrolowany kompetentnym drummingiem Solberga, nie broi zanadto.

Mimo początkowych wątpliwości, ta muzyka przy kolejnych odsłuchach zdecydowanie się broni, zwłaszcza po trzydziestej minucie, zatem rekomenduję na zielono (high!).


Joëlle Léandre/ Théo Ceccaldi  Elastic (Cipsela Records, 2016)

Portugalska inicjatywa wydawnicza i francuski duet damsko-męski na kontrabas i skrzypce. Skrzyżowanie dwóch pokoleń improwizatorów, w ramach domowego występu w roku ubiegłym, u niejakiego Albana Causse. Limitowana edycja, specyficzna szata edytorska i muzyka, która z jednej strony jest… absolutnie wspaniała (barokowe brzmienie i rezolutna improwizacja!), z drugiej zaś po jej odsłuchu w całości, czegoś mi brakuje. Sam nie wiem, czy chodzi o fragmenty niedopowiedzianej improwizacji, niczym zdania urywane w pół słowa, czy ewentualne zabiegi postprodukcyjne (ktoś ciął ten materiał?).




Z uwagi wszakże na oczywiste piękno tej muzyki, rekomenduję na zielono (high!) i zdecydowanie proszę o więcej muzyki tego niezwykłego duetu


Cortex  Live In New York (Clean Feed Records, 2016)

Czas zdynamizować nasz dzisiejszy odsłuch! Na scenie brooklyńskiego IBeam kompetentny i modelowy, jeśli chodzi o instrumentarium, kwartet freejazzowy - Thomas Johansson na trąbce, Kristoffer Alberts na saksofonach, Ola Hryer na kontrabasie, Gard Nilssen na perkusji. Zwarty, intensywny, chwilami stosownie zaczepny i lubiący nieprzegadane eksploracje sonorystyczne, dokument koncertowy, kończący się zdecydowanie przed czterdziestą minutą.




Mimo, iż w muzyce młodych Skandynawów nie ma specjalnych zaskoczeń, a kierunki improwizacji biegną wedle dawno wyznaczonych reguł gatunku, to tego koncertu słucha się naprawdę bardzo dobrze, zwłaszcza w tych codziennych chwilach, gdy nasze oczekiwania wobec rzeczywistości, nie tylko muzycznej, są odrobinę wygaszone.

Rekomendacja? Niech będzie high!, ale z delikatną podpórką middle, z uwagi na zasygnalizowany wyżej, niższy niż zwykłem oczekiwać, poziom nowatorstwa tej muzycznej propozycji.


The Out Louds (Ben Goldberg/ Mary Halvorson/ Tomas Fujiwara) The Out Louds (Relative Pitch Records, 2016)

Blok udanych i naprawdę frapujących pozycji naszej późnoletniej zbiorówki, zakończy urocze międzypokoleniowe spotkanie nowojorskie. Klarnecista Ben Goldberg, gitarzystka Mary Halvorson i perkusista Tomas Fujiwara – to muzycy, których zaprawionym słuchaczom muzyki improwizowanej przedstawiać chyba nie trzeba. Z Benem zetknąłem się dwie dekady temu, gdy z lubością eksplorowałem muzykę powstającą wokół postaci Johna Zorna. Ten klarnet zawsze brzmiał indywidualnie, a dzierżący go w rękach muzyk sprawiał wrażenie, że na wszystko ma czas.




Dziś, w ramach spotkania, które opatrzono podmiotową epitetem The Out Louds (bardzo trafnie zresztą), jeśli chodzi o Goldberga nic się nie zmieniło. Nadal jego grę wspaniale się słucha, a że i partnerów ma pierwszorzędnych, to w sumie po co szukać dodatkowego uzasadnienia dla oczywistego podsumowania tego krążka w estetyce zielonej (high!). Dodam jedynie, że studyjne spotkanie tej trójki na Brooklynie sprzed dwóch lat, zaowocowało aż jedenastoma fragmentami swobodnej improwizacji, dobrze wypalonymi na krążku Relative Pitch (a to ciekawa oficyna i onegdaj zapewne warto będzie poświęcić jej kilka słów).


Defibrillator & Peter Brötzmann  Conversations About Not Eating Meat (Border Of Silence Production, 2016)

Whit Dickey/ Kirk Knuffke  Fierce Silence (Clean Feed Records, 2016)

Michael Bisio/ Kirk Knuffke  Row For William O. (Relative Pitch Records, 2016)

Stirrup (Fred Lonberg-Holm/ Nick Macri/ Charles Rumback)  Cut (Clean Feed Records, 2016)


Słowo się rzekło, zatem przed nami już tylko krążki, które – każdy z trochę innych powodów – wrzucam u progu degresywnej jesieni, do dużego wora o skromnym tytule Szkoda Waszego Czasu.

Defibrillator? Elektroniczny puzon, kable i metalowy drumming plus dęta ściana dźwięku w wykonaniu Petera Brotzmanna. Za głośno i w sumie nie wiadomo, ku czemu ta inicjatywa artystycznie zmierza…I homeryckie iście pytanie, skąd w doskonałych muzykach improwizujących ta destruktywna potrzeba taplania się w hałasie?

Knuffke w dwóch duetach? Muzyk nagrywa wiele płyt, ciągle go pełno. Może zbyt wiele… Dickey i Bisio to świetni muzycy, ale w konfrontacji z czystym jak łza brzmieniem trąbki Kirka, nie wnoszą nic do naszej wiedzy o świecie współczesnym. Myślę, że monachijski ECM winien niezwłocznie wykonać telefon, a Knuffke natychmiast go odebrać. Jeśli ktoś gustuje w oczywistym jazzie, to jest to właściwy trop.

Stirrup? Melodia, rockowe frazy, beznamiętna sekcja. Rozumiem, że nawet tak wyśmienity muzyk jak FLH ma prawo nagrywać, co tylko chce. Ja – też mam prawo – nie lubić takiej muzyki.