Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joshua Abrams. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joshua Abrams. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lipca 2018

Lazro! McPhee! Abrams! Séguron! Taylor! A Pride Of Lions on the Bridge!


The Bridge Sessions, to transatlantycka inicjatywa powołana do krzewienia przyjaźni francusko-amerykańskiej w obszarach jazzu i muzyki kreatywnej. Od ponad trzech lat łączy ona w kwartety, kwintety lub sekstety, muzyków z krajów usytuowanych po przeciwległych stronach Wielkiej Wody, zapraszając ich na jednorazowe sesje nagraniowe lub koncerty. Celem spotkań jest na ogół podjęcie czynności związanych z uprawianiem muzyki improwizowanej.

Dwie pierwszej edycje Pomostowych Sesji nie umknęły uwadze redakcji. Płyty Sonic Communion oraz The Sync zyskały wiele ciepłych słów na tych łamach. Pierwsza prezentowała w akcji Jean-Luca Cappozzo, Bernarda Santacruza i Joëlle Léandre po stronie francuskiej, zaś Douglasa R. Ewarta  i Michaela Zeranga - po amerykańskiej. Na kolejnej, dwie niewiasty z Europy (Eve Risser, Sylvaine Hélary) zwierały szeregi z dwoma przystojniakami z Ameryki Północnej (Fred Lonberg-Holm, Mike Reed).

Trzecia płyta For Views of a Three Sided Garden (na niej m.in. Rob Mazurek i Julien Desprez) przetoczyła się nam przez odtwarzacz, ale nie zostawiła po sobie zwerbalizowanych wspomnień (czytaj: nie zachwyciła Pana Redaktora). Kolejne płyty (4-7) nie stały się już udziałem naszych narządów słuchu - dla chętnych i złaknionych informacji stosowne źródło wiedzy: https://thebridgesessions.bandcamp.com/




Najnowsza pozycja The Bridge Sessions nosi zatem numer ósmy. Od razu dodajmy, iż przynosi naprawdę ciekawą porcję muzyki. Zwie się dumnie A Pride of Lions, a firmowana jest przez pięciu nie byle jakich improwizatorów. Na saksofonie barytonowym i tenorowym - Daunik Lazro, na saksofonie tenorowym i pocket trumpet - Joe McPhee, na kontrabasach – Joshua Abrams (także guembri) i Guillaume Séguron, zaś na perkusji – Chad Taylor (także mbira). Koncert zarejestrowano 30 stycznia 2016 roku we francuskim Tours. Trwa blisko 50 minut i choć jest podzielony na pięć części, jest nieprzerwanym ciągiem improwizowanych dźwięków (dodajmy dla porządku, iż w trakcie ostatniego utworu zacytowana została pieśń Alberta Aylera Mothers). Zaglądamy do środka, bo zdecydowanie warto!

Start koncertu wyznacza dialog kontrabasów, ze znaczącym udziałem smyczków. W 2 minucie zdecydowanym ruchem do gry wchodzi drummer, od razu pokazując szeroki wachlarz swych artystycznych kompetencji. Po kolejnych paru chwilach i stosownym wytłumieniu, pierwsze, bardzo wyważone i dostojne dźwięki wydaje saksofon barytonowy. Rzewnie zawodzi, czuć sonorystyką u nasady dysz. W tle niebywałe tło, tworzone przez aktywne kontrabasy. Drummer jest równie pobudzony i niesie tembr saksofonu aż po nieboskłon (czy też sufit sali koncertowej). W 8 minucie do gry wkracza kieszonkowa trąbka, a cała już sekcja robi z nią dokładnie to samo! Przypomina się cudowna płyta Bila Dixona z trzema kontrabasami! Free jazz improve na kosmicznym poziomie! Na wybrzmieniu – sonore trąbki i smyczki kontrabasów. Płynnie zaczyna się drugi odcinek tej przygody, którego początek wyznacza zmiana instrumentu u Abramsa – melodyjna, afrykańska guembri rzuca improwizacje na zupełnie nowe tory. Taneczny ferment zostaje zasiany! Rytm wytycza reguły gry, w tle tarmosi się tenor. Narracja smakuje Garbarkiem, ale szczęśliwie, tym z lat 70. i 80. ubiegłego stulecia. W 7 minucie saksofony robią krok w bok i skutecznie burzą sielski nastrój zabawy. Rygor free jazzu zostaje skutecznie narzucony. Komentarz trąbki, z pełną akceptacją na ustach! Dynamika nagrania rośnie, krew pulsuje coraz szybciej, słychać w jak świetnej dyspozycji jest dziś Lazro. McPhee – także, zwłaszcza gdy podłącza się pod eskalację z saksofonem tenorowym. Wióry lecą, bo i rozbudowana sekcja rytmiczna wie, jak zachować się w takim momencie. Znów płynnie, niemal mantrycznie przechodzimy do trzeciej części podróży. Powraca rytm, wręcz polirytmia. Kolejny przeskok od free do tanecznego etho-jazzu odbywa się w doskonały sposób. Africa Coltrane’a kłania się w pas! Brawo! Śpiewy, krzyki, nawoływania! Baryton nie potrafi nie pójść w soczyste tango. Tenor idzie z nim w jednej parze. Obaj brzmią cudownie i pchają całą narrację w kierunku wybuchowej ekspozycji, która ma za patronów wszelkich bogów free, z Albertem Aylerem na czele. Wtem odzywa się mbira i jednym pociągnięciem pędzla uspakaja całe towarzystwo na scenie. Ponownie afro ferment zbiera obfite żniwo, za nic mając wysiłki obu saksofonistów. W 8 minucie do głosu powracają dwa kontrabasy. Mbira w tle, ciągle tyczy szlak rytmiczny, budując małą, solową ekspozycję, wyznaczając przy okazji start części czwartej koncertu. Silny głos w dyskusji perkusisty, który przejmuje rolę prowadzącego rozgrywkę. Ostry krok w kierunku mocnej, drummerskiej polirytmii. Africa drums! Podłącza się trębacz, potem tenorzysta. Ostry drive całej sekcji nie może ujść ich uwadze – zatem kolejna free jazzowa galopada staje się naszym udziałem. Dęte dialogi w estetyce Ornette’a Colemana, przy wtórze hymnicznego Aylera. 6 minuta i sonorystyczny stopping! Wykonanie perfekcyjne! Dęciaki zostają same na scenie i pięknie rozmawiają. Na to wszystko wraca guembri i snuje nową, niską linię melodyczną. Afryka ze snów! Delikatny tenor! Tak, zdecydowanie wkroczyliśmy już w ostatnią część koncertu. Ciągle jesteśmy na Czarnym Ładzie. Drummer stawia rytm na sztorc i to reszta musi się dostosować. Taniec godowy tylko z udziałem sekcji rytmicznej (guembri!). Oto jak free jazzowy bal zdominowała estetyka afrykańska, ale na tym przyjęciu nie ma niezadowolonych gości. Finałowe pięć minut – dęciaki snują molowe rozbiegówki, które wcale nie wróżą ciszy. Free jazz, który głośno śpiewa! A dołem płynie rytm surowej Afryki. Wybrzmienie na skomlących smykach! Smakowita uczta!


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrania!


czwartek, 2 czerwca 2016

Dave Rempis – Aerofoniczny Gladiator


Amerykański saksofonista Dave Rempis – u progu piątej dziesiątki życia – zdaje się łapać oddech wyjątkowo wytrawnego gracza na scenie współczesnej muzyki improwizowanej.

Bez cienia wątpliwości wyzwolił się już spod jarzma, tudzież kurateli, zacnego Kena Vandermarka (ocena zależy od punktu widzenia), czemu daje wyraz swymi coraz ciekawszymi ujawnieniami autorskimi. Dodatkowo – podobnie jak jego kolega z The Vandermark 5, Tim Daisy – założył także 100%-owo własną wytwórnię płytową i od blisko trzech lat regularnie ujawnia za jej pośrednictwem swoje liczne, artystyczne aktywności. Label ów nazywa się Aerophonic Records i właśnie w tym momencie poświęcimy mu kilka, jakże należnych, chwil potężnego zainteresowania.

Rempis i jego aerofoniczna flota już dwukrotnie obdarzona została kilkoma ciepłymi słowami na Trybunie. Pierwszym pretekstem był doskonały krążek kwartetowy From Wolves to Whales (AR 007), który omówiliśmy przy okazji podsumowywania rocznych dokonań ….Nate’a Wooleya, albowiem to właśnie ten wspaniały nowojorski trębacz był podstawowym kompanem Rempisa w tejże produkcji (sekcja: Pascal Niggenkemper/ Chris Corsano). Kolejną okazją na skromną porcję zachwytów nad muzyką kreowaną przez Dave’a, był jego incydent w trio pod równie skromnym tytułem Wistfully (ARd 002), poczyniony z Elisabeth Harnik i Michaelem Zerangiem (ten fakt odnotowaliśmy podsumowując nowości pierwszego trymestra roku bieżącego).




Najnowszym aerofonicznym wydawnictwem jest natomiast podwójny krążek Perihelion (AR 011), zawierający dwa domowe (zatem z Chicago) koncerty tria i tria plus, zrealizowane odpowiednio jesienią 2015r. i wiosną roku nam panującego. To już drugie spotkanie w ramach AR małego składu Rempisa, w którym swoje istotne trzy gorsze do ciekawego efektu finalnego dokładają Joshua Abrams (kontrabas, także inne instrumenty strunowe niskich częstotliwości) i Avreeayl Ra (perkusjonalia). Pierwszy z koncertów, trwający blisko trzy kwadranse, to stosunkowo swobodna improwizacja, silnie wszakże osadzona w estetyce freejazzowej, z właściwą jej dynamiką, zarysowanym kręgosłupem rytmicznym i rzecz jasna – jak to zwykle bywa w przypadku Rempisa – doskonałymi improwizacjami na saksofonach (tu: altowym i barytonowym). Szczególnie ciekawie robi się w okolicach połowy występu, gdy sekcja wpada w delikatny trans (pięknie brzmi kontrabas!), na tle którego Rempis snuje uroczy solowy popis w oparach lekko przydymionej psychodelii. Całość występu wieńczy wyciszona konwersacja na różne dodatkowe instrumenty o delikatnym posmaku etno.

Drugi krążek zestawu Perihelion, to koncert tria w wersji rozszerzonej. Przedmiotem owego poszerzenia składu (poniekąd jednak – podmiotem) znany nam dobrze, acz lekko zapomniany muzyk sceny chicagowskiej, pianista Jim Baker. Koncert toczy się także w bardzo otwartej formule freejazzowej. Trochę dziwnie brzmi piano/keyboard Bakera, gdyż mamy wrażenie, jakby instrument był słabo nagłośniony, albo …. ktoś zamknął go w szafie na czas koncertu i zapomniał otworzyć drzwi. Jest jak jest, całość nabiera jednak dzięki tej ambiwalencji nieco punkowego sznytu. Słucha się tego dobrze, serce samo rwie do lotu, jedynie tej psychodelii jakby mniej niż na pierwszym dysku. Dodajmy, iż premierowe wydawnictwo tego składu, to koncerty z roku 2013, zebrane na krążku Aphelion (AR 004).




Aerophonic Records, obok wydawania tradycyjnych płyt CD, których w katalogu jest obecnie jedenaście, od niedawna udostępnia także koncerty Rempisa jedynie w formie elektronicznej (oczywiście wszystkie edycje AR biegają w streamingu na stronie bandcamp, zatem każdy, w dowolnym momencie, może je swobodnie odsłuchiwać, nawet … przez telefon – wersja co prawda dla głuchych, ale poziom dostępności muzyki cieszy niezmiernie). W ramach upubliczniania ciekawej muzyki na elektroniczne odsłuchy/ zakupy czekają obecnie cztery tytuły, wśród nich m.in. trio z Harnik i Zerangiem (wyżej wspomniane), a także kwartet The Engines (Rempis/ Bishop/ McBride/ Daisy), znany nam wyśmienicie z wielu innych, bardzo kompaktowych płyt (w tym także dla rodzimego Not Two). Tu, pod tytułem Green Knights (ARd 001), odnajdujemy dwa koncerty z roku 2012 (łącznie prawie 2 godziny muzyki). Dwie najnowsze elektroniczne edycje AR, to natomiast trio Spectral i kwartet z udziałem m.in. gitarzysty Joe Morrisa.

Spectral (AR 006), to przy okazji także tytuł pierwszego krążka, który Rempis nagrał z innym znakomitym amerykańskim saksofonistą, Larry Ochsem, w towarzystwie ciekawego trębacza Darrena Johnstona. Ten skład, to przykład bardzo ambitnej wycieczki Dave’a w świat free improvisation i pokaz sonorystycznego traktowania instrumentu dętego, drewnianego. Wybór Ochsa wydaje się wyjątkowo trafny. Panowie pięknie kooperują, zderzając brzmienie altu (Rempis) z soundem sopranu i tenoru (Ochs). W środku tych potyczek bardzo dobrze odnajduje się trębacz, który raz po raz inteligentnie puentuje dyskusje saksofonistów. Doskonała płyta, zawierająca kalifornijskie koncerty z roku 2012. Ciągiem dalszym tych spotkań jest najnowsza (przypominam, tylko w wersji elektronicznej) produkcja Neutral Nation (ARd 003), dokumentująca ubiegłoroczny koncert z Buffalo. A na nim – w opozycji do poprzedniego wydawnictwa - narracja prowadzona jest nieco spokojniej i bez epatowania pasażami w wysokich rejestrach.




Wreszcie kwartet, który już wywołałem dwa akapity wyżej, czyli chicagowskie spotkanie domowników (Rempis na alcie i barytonie, Tomeka Reid na wiolonczeli, Jim Baker na pianie) z kumplem z Nowego Jorku, Joe Morrisem na gitarze. Całość zwie się Nettles (ARd 004) i zawiera trwającą trzy kwadranse rejestrację koncertu z roku 2013. Muzyka delikatnie toczy się nam od ucha do ucha, a warunki gry dyktuje zdecydowanie Joe, który wyraźnie nie śpieszy się na ostatni autobus do domu. Rempis chciałby ów meeting nieco zdynamizować, ale Tomeka i Jim nie koniecznie chcą mu w tym pomóc. A efekt końcowy nie stymuluje nas bynajmniej do wydania 10 USD na lepszy format pliku. Do ewentualnego powrotu, w czasach większej posuchy w zakresie nowych dźwięków.




Także spotkanie Rempisa w trio z Jasonem Adasiewiczem (wibrafon) i Nate’em McBridem (kontrabas) toczy się w bardzo powolnym tempie. Alt i baryton Dave subtelnie ocierają się o powłokę wibrafonowych, nieśpiesznych drgań, a kontrabas wyraźnie stara się nie zagłuszać tej mimowolnej, ślimaczej narracji. Na żywym, srebrnym krążku zwie się to Boss Of The Plains (AR 002), a trio dodatkowo posiłkuje się nazwą Wheelhouse (koncert z roku 2010). Oj, zdecydowanie wolę Rempisa w wersji galopującej, freejazzowej torpedy. Nie tym razem.




Na zupełny już koniec naszej dzisiejszej mini prezentacji dokonań Dave’a Rempisa i jego Aerophonic Records, ciekawy kwartet saksofonowy, łączący bodaj cztery pokolenia instrumentalistów z Chicago. W skład bowiem Chicago Reed Quartet wchodzą – od najstarszego zaczynając – Mars Williams, Ken Vandermark, Dave Rempis i Nick Mazzarella. Nagrania koncertowe z roku 2014 ukazały się pod tytułem Western Automatic (AR 009). Trzech pierwszych panów prezentować w tym miejscu nie trzeba, tego zaś czwartego – na razie - też nie, gdyż jego dorobek artystyczny na ten moment jest bardziej niż skromny. Wszakże sam kwartet słucha się z niekłamaną przyjemnością. Jest rytm, jest dynamika, do tego świetne improwizacje, budowane na bazie ulotnych kompozycji każdego z muzyków. Czegóż chcieć więcej od takiej produkcji.




Poza wyżej omówionymi wydawnictwami, katalog AR uzupełniają: dwie produkcje The Rempis Percussion Quartet (tę formację znamy także z katalogu Not Two Records), krążek tria Ballister (z Fredem Lonbergiem-Holmem i Paalem Nilssenem-Love), duet z Timem Daisym, jak również – wydany jedynie na winylu – kolejny duet z Lasse Marhaugiem. Sami znajomi, w towarzystwie których czujemy się komfortowo. Stanowczo zapraszam do odsłuchu!