Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Udo Schindler. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Udo Schindler. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 stycznia 2023

The January’ Round-up: Wallace! Stopmobil! Spinningwork! Duet Obustronny! Luchansky & Ovchinnikov! MUC! Lamp Of(f)! Bröndum & Gärdin! Yom Gagatzi!


W nowy rok wchodzimy z przytupem! Minęło ledwie kilka dni z nową datą, a już czeka na Was świeża, pachnąca zbiorówka recenzji płyt z naszą ukochaną muzyką improwizowaną! Dziś na redakcyjnej patelni dziewięć smakowitych dań - niemal wszystkie datowane oczywiście na szalony rok miniony, ale czeka na nas też jedna produkcja z datą 2023!

Rozstrzał stylistyczny, jak to na trybunowej zbiorówce na ogół bywa, kosmiczny – dźwięki trudne do ogarnięcia jednym uchem, intrygujące, stawiające pytania o granice gatunków i bezkreśnie ponadnarodowe!

Zaczynamy dwiema pozycjami, które ledwie kilka dni temu zostały okrzyknięte jednymi z 50 Powodów, Dla Których Warto Zapamiętać rok 2022! Nie wymagają zatem jakichkolwiek dodatkowych rekomendacji. Pierwsza płynie do nas z Brooklynu, druga z dalekiego Buenos Aires. Potem czas na free jazz z Newcastle, swobodną, post-jazzową improwizację z Warszawy i garść bardzo swobodnie improwizowanych dźwięków z Sankt Petersburga. W tzw. dalszej kolejności czekają – swobodna kameralistyka z Monachium, jazz z Groningen, elektroakustyczna improwizacja ze Sztokholmu, wreszcie splitowy winyl z Jerozolimy, który nie trzyma już definitywnie jakichkolwiek ram gatunkowych i estetycznych. Zatem witamy w piekle pięknej improwizacji! Obyśmy tam zostali przez cały, jakże siermiężnie zapowiadający się rok 2023!



 

Eli Wallace  Pieces & Interludes (Infrequent Seams, CD/LP 2022)

Brooklyn, Nowy Jork, czas akcji nieznany: Eli Wallace – fortepian, także preparowany. Dwa utwory (kompozycje i improwizacje), 47 minut.

Nowojorski pianista na swoją pierwszą solową płytę przygotował cztery tzw. kawałki i trzy interludia. Zgrabnie wszystko polepił w dwie długie opowieści, oblał sosem swojej bezgranicznej kreatywności i postawił słuchacza przed drobnym dylematem – czy bardziej zachwyca tu bezmiar dźwięków preparowanych, których arsenał pod palcami Wallace’a zdaje się nie mieć granic, czy też definitywnie ujmuje konstrukcja dramaturgiczna całości, którą czyta się jak literacki strumień świadomości lub ogląda jak perfekcyjnie zrealizowany thriller, budzący emocje od pierwszej do ostatniej sekundy. Tego muzyka znamy już z kilku wyśmienitych produkcji, ale tym albumem jednak nas zaskoczył. W kategorii prepared piano solo (mimo niebywałej, kobiecej konkurencji!), bez wątpienia killer roku!

Pierwsza historia trwa tu ponad 27 minut. W jej fazie początkowej drżenie basowych strun, przypominające gitarowy motyw, buduje rytmiczną pętlę, na której osadza się cała narracja. Muzyk kreuje także rozbudowane, mroczne tło, które ściele się preparowanymi, krótkimi frazami. Wszystko lepi się tu w dudniący, nerwowy dron, który smakuje post-industrialnie, przypomina małą burzę z piorunami. Potem odzywa się masywny dzwon, którego brzmienie bliskie jest przesteru i przenosi nas w obszar szeleszczącego rezonansu. Artysta w akustyce fortepianu odnajduje teraz frazy brzmiące na poły syntetycznie. Jego struny niekiedy wręcz śpiewają. Faza pierwszego interludium ma delikatny posmak ambientu, muzyk korzysta także z klawiatury, ale wcale nie łagodzi zbudowanych do tej pory emocji. Stawia na strunach lub w ich pobliżu przedmioty, które drżą lub wprawiają w drżenie owe struny, a wszystko przypomina kamyszki tańczące w metalowej misce. Strumień nowego wątku muzyk buduje z drobiazgów, które lepi w zwoje nerwowych fraz. Jego machina dźwięku przypomina teraz rozbudowany, wielopoziomowy zestaw perkusjonalny, którego dzieło kona w oparach matowego echa, zupełnie nie z tej części realnego świata. Druga historia trwa około 20 minut. Jej początek, to niemal dewastacja fortepianowych strun. Wszystko doposażone jest tu w metaliczne echo, ucieka w mrok, syczy i rezonuje, przypomina pracujące suwnice kolejowe. Pod koniec siódmej minuty nagła zmiana nastroju – rytmiczne inside & outside piano brzmi niczym zepsuty klawesyn. Ów jakże psychodeliczny post-barok przechodzi potem w fazę minimalizmu, a na finał muzyk powraca do narracji perkusjonalnej. Szepcze nam do ucha - fortepian, to taka śpiewająca perkusja.



 

Stopmobil  La máquina de fabricar caprichos (Discordian Records, DL 2022)

Estudio Libres, Buenos Aires, sierpień 2022: Jorge Torrecillas – saksofon altowy i tenorowy, Luciano Bagnasco – gitara elektryczna, Carolina Rizzi – fortepian, Omar Grandoso – fortepian, Pablo Vazquez – kontrabas oraz Marcelo von Schultz – perkusja. Dziewięć improwizacji, 52 minuty.

Barceloński Discordian powraca po kilkumiesięcznej przerwie nagraniem doprawdy wyśmienitym! Swobodnie improwizujący, argentyński sekstet w dość niestandardowym zestawie instrumentalnym (dwa fortepiany!) buduje tu post-jazzową, wolną od gatunkowych naleciałości narrację, która w wielu momentach intrygująco kojarzy się z epokowym Karyobin Spontaneous Music Ensemble. Skupiona, piękna opowieść, która nie szuka dzikiej ekspresji, woli długie, nocne rozmowy o domniemanym szczęściu.

W pierwszej opowieści zachwyca nas nastrój delikatnego wstępu i moc rozwinięcia, nie bez udziału kameralnego smyczka. To tu gitara brzmi nad wyraz baileyowsko i budzi intrygujące skojarzenia z klasykiem. W drugiej odsłonie gitara schodzi na pozycje post-ambientowe, a narracją rządzą drobne, preparowane frazy pozostałych uczestników podroży. Trzecią część otwierają symultanicznie improwizujące fortepiany. Swobodna, dość leniwa narracja ma tu momenty ekspresyjnych wolt, by na koniec posmakować wytrawnego free jazu. Następna część od razu skacze w ogień emocji! Ostra jazda ze smyczkiem! Piąta improwizacja na zasadzie kontraktu, to ocean drobnych, preparowanych fraz. Z kolei szósta odsłona znów kąpie się w przeręblu free jazzowych namiętności. Saksofon krzyczy na froncie, rwie włosy z głowy, ale improwizacja niepodziewanie skacze w głęboką ciszę. Po chwili znów eksploduje, by za moment zgasnąć. Takie to up & down kreuje tu dramaturgię całości, którą wieńczy kameralny śpiew piana i kontrabasu. W siódmej opowieści oddychamy oparami dźwiękowych subtelności ze strony każdego z instrumentów. Z kolei ósma improwizacja, to jedna z perełek zestawu. Na starcie trochę drobnych, ale nerwowych fraz, potem władanie narracją przejmuje smyczek, które śle zarówno długie, jak i krótkie meta melodie. Powolny, niemal śmiertelny kolektyw szumów, strunowych szorowań i dętych westchnień mieni się nie tylko czarno-białymi barwami. Ostatnia część dość długo trzyma się kameralnego sznytu – preparowane fortepiany, smyczek, dęte i gitarowe ornamenty. Ale wszystko do czasu – zakończenie albumu kipi od emocji, które gotują nam pianiści.

 


Tom Ward/ Cath Roberts/ Olie Brice/ Johnny Hunter  Spinningwork (New Jazz and Improvised Music Recordings, CD 2022)

The Black Swan, Newcastle, wrzesień 2021: Tom Ward – saksofon altowy, Cath Roberts – saksofon barytonowy, Olie Brice – kontrabas oraz Johnny Hunter – perkusja. Sześć kompozycji, 52 minuty.

Brytyjski free jazz młodego (może już trochę średniego) pokolenia ma się świetnie! Kwartet, jaki napotykamy na tym albumie, to artyści, którzy wspaniale czują się w ogniu improwizacji, ale na ogół lubią ją prowadzić w oparciu o pewne scenariusze (tu akurat nazywane kompozycjami, których autorstwem muzycy dzielą się dość kolektywnie). Pomysły mają przeróżne – czasami kreują coś na kształt tematu, który zdaje się być głównie pretekstem do skoku w żar improwizacji, innym razem nadają utworowi pewną strukturę dramaturgiczną, która sprawia, iż ekspozycja dzieli się na naprzemiennie kreowane, duetowe pasma ekspresji. W ramach reasumpcji nie sposób wszakże nie zauważyć, iż całe nagranie kipi od emocji i mniej lub bardziej spektakularnych improwizacji.

Pierwszy utwór zaczyna się bardzo kameralnie. Dęte grają rozpoznawcze, na poły melodyjne dźwięki, a sekcja rytmu buduje podwaliny pod dalszy rozwój narracji. Po kilku pętlach wszyscy z gracją wchodzą w fazę kolektywnych, tudzież solowych improwizacji, a kończą utwór meta relaksacyjnymi, jakże kameralnymi wytłumieniami. Druga część dzieli się na wspomniane wcześniej duety. Najpierw kontrabas z altem, potem perkusja z barytonem i perkusja z kontrabasem, a na koniec bystry dialog dęciaków. W trzeciej opowieści pojawia się smyczek, a dronowa narracja płynie w kłębach mroku. Po serii westchnień kwartet przebiera free jazzowe barwy i dzieli się swoimi wybuchowymi emocjami. Czwarta odsłona realizowana jest bardzo kolektywnie, czuć w niej posmak swingu i melodyjności obu saksofonów, płynących swobodnym strumieniem na łamiącym się rytmie kontrabasu i perkusji. A stempel jakości stawia tu zdecydowanie baryton. Piąta kompozycja opowiada o tym, jak zmysłowe chamber saksofonów, oparte o rozśpiewany smyczek, szuka jazzu. Gdy kontrabas przejdzie w tryb pizzicato, narracja rusza w improwizowaną podróż. Dużo dzieje się tu znów w podgrupach, a narrację spina powrót smyczka. Finałowy utwór stawia na dynamikę, emocje i wyjątkowo soczyste improwizacje. Ekspresyjny, post-rockowy wstęp, duetowa eksplozja free jazzu na alt i perkusję, wreszcie fikuśne interludium na baryton i kontrabas pod smyczkiem. Artyści do ostatniego dźwięku trzymają tempo, wyjątkowo udanie reasumując ów jakże smakowity album.



 

Anna Jędrzejewska & Piotr Dąbrowski  Duet obustronny (Torf Records, DL 2022)

Miejsce nieznane (Warszawa?), sierpień 2022: Anna Jędrzejewska – fortepian oraz Piotr Dąbrowski – perkusja. Cztery improwizacje, 58 minut.

Duet obustronny, to nie pierwsze już spotkanie Jędrzejewskiej z perkusistą - świetnie pamiętamy choćby Copy of Pianodrum. Tym razem na jej artystycznej drodze staje Dąbrowski, a ich wspólne muzykowanie nastawione jest na estetykę open jazzową. W wielu momentach wydaje się być dalece post-klasyczne, chwilami syci się porcją ognistych emocji, w innym momentach ucieka w niemal post-rockową melodykę. Narracja wydaje się być odrobinę przegadana w swej fazie schyłkowej, a to, co najlepsze prawdopodobnie dzieje się w trakcie pierwszej improwizacji, najdłuższej na albumie, trwającej prawie dwadzieścia minut.

Skupiony początek inside piano i szeleszczących perkusjonalii dość szybko zyskuje formę klawiszowej narracji, którą wspiera subtelny drumming. Muzycy pracują na dużej swobodzie, donikąd nie gonią, zdają się czerpać radość z każdej chwili wspólnego muzykowania. Ich flow bywa przyozdabiany post-rytmicznymi krzywiznami, incydentalnie nabiera post-romantycznego posmaku i dramaturgicznej zadumy. Szczypta minimalizmu, narracyjna powściągliwość i dobrze skrywana nerwowość sprzyjają budowaniu jakości całej improwizacji, nawet w fazach bardziej dynamicznych, tudzież z lekka tanecznych. Druga opowieść wydaje się być nastawiona na działania bardziej energiczne. Najpierw prym wiedzie tu perkusista, który szyje grubym ściegiem. Potem stery narracji przejmuje pianistka, która buduje bogatą w wydarzenia improwizację, dość konsekwentnie stawia na melodię i rytm, śmiało sięgając po estetykę godną najlepszych dokonań Radiohead. Początek trzeciej odsłony wiele obiecuje. Rozbudowane plamy dźwiękowego inside piano, rezonujące talerze i ciekawy suspens dramaturgiczny. Opowieść formuje się w zgrabną kołysankę, której daleko jednak do niewątpliwie oczekiwanego wzrostu dynamiki. Na zakończenie pianistka sięga po neoklasyczne frazy, których niebanalna uroda zdaje się łagodzić drobne ambiwalencje recenzenta. Ostatnia improwizacja budowana jest z drobiazgów. Przesycona smutkiem, ale również porcjami zadumanych uśmiechów, znów z post-klasycznym sznytem, na końcu zdobiona delikatnie preparowanymi dźwiękami fortepianu.



Vladimir Luchansky & Vitaliy Ovchinnikov  Language Of Mismatch (Extra Notes, Kaseta/DL 2022)

Vavilov Loft, Sankt Petersburg, lipiec 2022: Vladimir Luchansky – saksofon altowy oraz Vitaliy Ovchinnikov – gitara elektryczna, obiekty. Trzy improwizacje, 36 minut.

Duet saksofonu i gitary z niewielką domieszką elektroakustycznych wtrętów, będących efektem użycia tzw. obiektów, to przykład swobodnej improwizacji, która balansuje na granicy naprawdę wysokiej oceny, ale miewa momenty, gdy luki w kreatywności stara się uzupełniać jazzowym, dość schematycznym frazowaniem. Nie zmienia to faktu, iż początek tego niedługiego albumu obiecuje naprawdę wiele, a garść dobrych konotacji z najlepszymi, brytyjskimi wzorcami gatunkowymi stanowić może podwaliny pod udaną przyszłość duetu z Sankt Petersburga.

Gitarowe frazy z domieszką elektroakustyki i smukłe, na poły preparowane wydechy z tuby saksofonu, to aura pierwszej improwizacji. Brzmienie obu instrumentów jest dość surowe, ale świetnie sprawdza się w praktyce, zwłaszcza w kilku bardziej ekspresyjnych momentach. Czuć sznyt brytyjskiego free improv, dużą swobodę w kreowaniu narracji, a muzycy udowadniają także, iż są w stanie kleić intrygującą opowieść z samych drobiazgów. Zakończenie utworu zwiastuje nadejście jazzu, szczęśliwe jest ono jednak wyciszone. W drugiej odsłonie muzycy jeszcze bardziej skupiają się na dźwiękowych subtelnościach, świetnie na siebie reagują, niemal w formule call & responce, bogacąc improwizację elementami szorstkiego ambientu gitary i saksofonowymi zaśpiewami. Najpierw szukają u siebie różnic, potem łączą się w imitacyjnym strumieniu narracji, który żyje ciągłymi zmianami. W trzeciej opowieści frazowanie gitary jest bardziej przewidywalne, silnie nasączone jazzem, a oddechy saksofonu w wolnych tempach też nie wróżą niczego ciekawego. Szczęśliwie ta faza nagrania ma swoje free jazzowe spiętrzenie, kilka bardziej dynamicznych przebiegów, dzięki którym odbiorca bez trudu dociera do końca albumu.



MUC Chamber Art Trio  Resilient Perspectives (...A Real Fact) (FMR Records, CD 2022)

arToxin, Monachium, grudzień 2021: Udo Schindler – saksofon altowy, sopranino, klarnet basowy, Sebastian Gramss – kontrabas oraz Gunnar Geisse - gitara laptopowa (w utworach 1, 2 i 4). Pięć improwizacji, 52 minuty.

Niemiecki multiinstrumentalista dęty Udo Schindler śmiało pracuje na miano jednego z najpłodniejszych improwizatorów współczesnej Europy. Redakcyjne pióro nie jest już od dawna w stanie nadążać za kolejnymi produkcjami, ale od czasu do czasu zdarza nam się pochylić nad jego nowym nagraniem. Dziś trio znane z portfolio artysty (choć tym razem pod nazwą własną), które zabiera nas na frapującą podróż po meandrach swobodnie improwizowanej kameralistyki. Emocji jest sporo, ale nie brakuje, jak to często na albumach Schindlera, momentów delikatnie przegadanych. Nagranie sieje wszakże dużo artystycznego fermentu, zwłaszcza w momentach, gdy z laptopowej gitary płyną dźwięki … wielkiej orkiestry symfonicznej, tudzież zgrabne, fortepianowe pasaże.

Początek koncertu dobrze wprowadza nas w kameralny klimat i w pełni uzasadnia nazwę własną formacji. Drgające struny, prychające dysze i sporo niespodzianek brzmieniowych ze strony gitary. Kontrabas pracuje w obu trybach, ale częściej korzysta z dobrodziejstw techniki arco, saksofony i klarnet sięgają zarówno po frazy śpiewane, jak i drobne, nienachalne preparacje, a gitarowe sample zdolne są tu zaproponować każdy dźwięk. Pierwsza improwizacja zdaje się być szczególnie udana, gdy muzycy idą na wymianę krótkich, rwanych fraz lub gdy tempo intrygująco rośnie. W drugiej części Schindler najwcześniej korzysta z klarnetu basowego, przez co opowieść nabiera bardziej mrocznego klimatu. Gitara dba o emocje, raz frazuje jak … gitara, innym razem jak klawesyn lub matowo brzmiący fortepian. W trzeciej i piątej odsłonie improwizacja prowadzona jest tylko przez saksofon i klarnety do pary z kontrabasem, który nie stroni od jazzowego pizzicato. Pod nieobecność wszechmogącej gitary bywa, że improwizacja traci tu ducha walki, ale na sam koniec śle nam dużo dobrego za sprawą kontrabasowego smyczka i melodyjnego saksofonu altowego. Z kolei w części czwartej, granej pełnym składem, dobrych emocji jest chyba najwięcej. Smyczek rwie włosy z głowy, gitara zionie niemal rockową ekspresją, a w tubie dętego instrumentarium pojawiają się jakieś przedmioty, dzięki czemu całe trio charczy jak stado gruźlików, a narracja toczy się między hałasem, a mroczną ciszą.



 

Lamp Of(f)  Too Much Light For My Eyes (ZenneZ Records, CD 2022)

PCC Studio oraz Il Sole in cantina, Groningen, Holandia, czas akcji nieznany: Stanimir Lambov – gitara, fx, kompozycje, Gabriele Bertossi – gitara basowa, kompozycje oraz Ruggero Di Luizi – perkusja, instrumenty perkusyjne, kompozycje. Jedenaście utworów, 49 minut.

Z gitarzystą Stanimirem Lambovem zetknęliśmy się przy okazji jednej z jego poprzednich płyt, silnie osadzonej w estetyce post-rockowej i ambientowej. Tym razem przed nami trio, którego nazwa zdaje się być parafrazą jego nazwiska, a którego muzyka zakotwiczona jest w łagodnym, jazz-rockowym idiomie. Materiał zgromadzony na albumie bazuje na kompozycjach własnych, które sięgają także po cytaty z synkopowanej klasyki. Muzycy na każdym z utworów pozostawiają piętno własnej kreacji, ale album jako całość nie jest porcją dźwięków, która szczególnie intryguje. Jazz środka dla mniej wymagających? To chyba dobry kierunek myślenia.

Początek płyty, to kilkudziesięciosekundowe nagranie w formie dynamicznej, rockowej piosenki. Potem narracja wkracza w obszar jazz-rockowej łagodności, balladowych temp i …. całkiem udanych ekspozycji solowych. Nie sposób nie dodać, iż każdy dźwięk podany tu jest z dużą dbałością o brzmienie. Szczególnie dobitnie słyszymy to w trakcie czwartego utworu, gdy Lambov sięga po gitarę akustyczną, a temat, to niemal klasyczna bossanova z Copacabany. Także utwory piąty, ósmy i dziewiąty brzmią zupełnie jak jazzowe klasyki, ale co ciekawe, lista kompozytorów na okładce albumu nie wykracza poza nazwiska muzyków tworzących trio. Szósta część jest dość nietypowa, buduje ją kobiecy głos recytujący po francusku i ambientowe pasma gitary, a całość przypomina soundtrack do melodramatycznego filmu. W siódmej odsłonie odnotowujemy udane improwizacje realizowane na sporej dynamice. W części dziesiątej intryguje nas rockowe otwarcie - niestety po paru pętlach dynamika siada, a słodycz post-ballady zaczyna wieść prym. Kończąca album jedenasta kompozycja, to minuta z sekundami, wypełniona funkowym motywem i rapowanym tekstem.



 

Lars Bröndum & Per Gärdin  Fractal Symmetry, Hum and Toot (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Fylkingen oraz Elektronmusikstudion, Sztokholm, 2022: Per Gärdin – saksofony oraz Lars Bröndum - syntezatory modularne, theremin, organy oraz inne urządzenia elektroniczne i elektryczne. Trzy utwory, 60 minut.

Wbrew sugestiom płynącym z preambuły dzisiejszej zbiorówki, duet szwedzkich improwizatorów nie proponuje nam elektroakustycznych zabaw w okolicach ciszy. Przed nami gęsto nasycony dźwiękami flow brzmień elektronicznych, podawanych w intrygujących konfiguracjach rytmicznych i brzmieniowych, świetnie skorelowany z akustycznymi strumieniami saksofonowych improwizacji. Te ostatnie płyną na ogół spokojnymi pasażami, ale chętnie wchodzą też w bystre interakcje ze światem kreatywnej elektroniki. Być może ten album jest odrobinę za długi, ale jak mawiają niektórzy - nie ma zbyt dużych lub zbyt małych obrazów malarstwa współczesnego.

Początek pierwszej improwizacji (każda trwa tu kilkanaście lub więcej minut) należy do dwóch syntetycznych wątków – jeden snuje się ambientowym strumieniem, niekiedy dość mrocznym, drugi skwierczy małymi, elektroakustycznymi usterkami. Na tym tle ściele się flow saksofonu sopranowego, który pracuje na dużej swobodzie. Linearna narracja ma tu swoje całkiem efektowne spiętrzenie w środkowej części utworu, a przygasa w płomieniach kojącego chill-outu. Druga improwizacja najpierw skupia się na drobnych, niekiedy filigranowych frazach saksofonu i dość stabilnej porcji płynnej elektroniki. Ta ostatnia śle nam sporo mrocznych klimatów, szczególnie w drugiej części ekspozycji. Po pewnym czasie w strukturze narracji pojawia się rytm, który zdaje się dodawać siły eksplozywnej wypowiedzi saksofonu altowego. Trzecia, najdłuższa część rozwija się dość leniwie, początkowo w klimatach wręcz onirycznych. Sopran pracuje we własnym, dość spokojnym tempie, a elektronika snuje się wokół niego i delikatnie pulsuje - rozrasta się na szerokość, podczas gdy dęciak raczej wspina się na palce. Tym razem środkowa część ekspozycji przenosi nas w okolice bliskie ciszy. Po upływie kwadransa, skrupulatnie budowana opowieść zaczyna kierować się na drobny szczyt. Zakończenie albumu jest z jednej strony bardzo śpiewne i melodyjne, z drugiej rozkołysane powłoką elektronicznego rytmu.



 

Yom Gagatzi/ The Institute of Ongoing Things  Yom Gagatzi/ TIOOT (Raash Records, LP 2023)

Jerozolima (prawdopodobnie), 2011 (strona pierwsza): Uri Katzenstein – głos, instrumenty dmuchane i perkusyjne, Binya Reches – elektronika, bas, Ohad Fishof – instrumenty obręczowe i klawiszowe, głos oraz 2018 (strona druga): Binya Reches – zither i elektronika, Ishai Adar – maszyny dźwiękowe, obiekty, dzwonki i syntezator, Ohad Fishof – elektronika, obiekty dźwiękowe, flet i głos. Odpowiednio sześć i cztery utwory, łącznie około 45 minut.

Album poświęcony jest przedwcześnie zmarłemu Uri Katzensteinowi, jerozolimskiemu artyście wielu proweniencji (architektowi, twórcy filmowemu, muzykowi). Pierwsza strona czarnego krążka zawiera nagrania z jego udziałem z roku 2011, zmiksowane współcześnie. Druga zaś strona, to dźwiękowy materiał przygotowany na okoliczność wystawy/ ekspozycji podsumowującej jego dorobek artystyczny, jaka odbyła się w Amsterdamie, a której Uri nie dożył, albowiem zakończył ziemskie życie na dwa miesiące przed jej otwarciem. O ile pierwsza część nagrania jest wydarzeniem czysto muzycznym, elektroakustycznym, niezwykle bogatym w wydarzenia, o tyle część druga, to raczej performance, słuchowisko, słowno-dźwiękowy tribute dla zmarłego.

Nagranie z roku 2011, to na poły improwizowana, elektroakustyczna opowieść budowana w dużej mierze strumieniami syntetycznych dźwięków, które sycą się estetyką post-electro, odrobiną elektroniki usterkowej i ambientowej. Narracja bywa ciekawie inkrustowana dźwiękami bardziej żywego akcesorium, takiego jak bas, perkusjonalia, instrument dęty, czy gitara (choć ta ostatnia nie pojawia się w albumowym credits). W nagraniu nie brak także wokali i wokaliz, a w części końcowej także sporej ekspozycji w klimatach ethno, której brzmienie przypomina góralskie kobzy. Całość bywa gęsta, trochę kalejdoskopowa, niekiedy przeładowana pomysłami. Druga strona winyla jest dużo spokojniejsza, sporo w niej onirycznego klimatu. Początek należy do damskiego wielogłosu, potem pojawia się głos męski, który recytuje tekst o zmarłym, a być może także teksty jego autorstwa. Opowieść budowana jest bardzo pieczołowicie, składa się zarówno z fraz post-elektronicznych, jak i post-akustycznych. W drugiej fazie tej części albumu artyści budują całkiem zgrabną, elektroakustyczną narrację, która gubi zamysł pośmiertnego capstrzyku i zaczyna formować się w interesującą opowieść czysto muzyczną. Nie brakuje w niej slapstickowych fraz, brzmień organowych, a także intrygującej powłoki rytmicznej.



piątek, 8 lipca 2022

Udo Schindler! Three Of a Perfect Pair!


Niemiecki saksofonista, klarnecista, muzyk prawdziwie multiinstrumentalny, Udo Schindler kończy w tym roku 70 lat i zdaje się obchodzić tę zacną rocznicę w sposób niebywale huczny. Nowe nagrania sypią się jak z rogu obfitości, nie sposób ich wszystkich ogarnąć jedną parą receptorów słuchu, ani tym bardziej, opisać wszystkie zgrabną i pokrętna metaforyką Pana Redaktora. Ale ponieważ jubileusz, to rzecz ważna, redakcja zwarła szyki i przygotowała dla swych ukochanych Czytelników skromny wybór nowości artysty.

Zapraszamy na odczyt i odsłuch trzech duetów. Dwa z nich popełnione zostały w towarzystwie szczególnie na tych łamach hołubionych, swobodnie improwizujących kontrabasistów – Petera Jacquemyna i Meinrada Kneera, trzecia zaś powstała w wyniku kooperacji z pianistą Michelem Wintschem, muzykiem niezwykle intrygującym, który z pozycji wyciszonego kameralisty potrafi w ułamku sekundy przejść na pozycję dyktującego warunki gry. Na tle tych muzyków nasz jubilat wypada doprawdy imponująco. Sięga po cały arsenał instrumentów dętych, nie tylko drewnianych, ale także blaszanych i brnie w swobodne strumienie dźwiękowe z gracją godną nie jednego jubileuszu.

So, welcome to the world of Udo!



 

Fragile Eruptions with Peter Jacquemyn

Album zawiera dwa różne koncerty, a otwierające go sześć improwizacji tworzy pierwszy z nich. Na wejściu dostajemy się w mroczne opary prychającego, dużego klarnetu i zapętlonego smyczka kontrabasowego. Od pierwszej frazy akcje są zadziorne, dynamiczne, z pewną ulotną tanecznością. Od noise acoustic po upalone post-chamber! W kolejnej części intrygujący posmak industrialu - preparacje, krótsze lub dłuższe drony i pierwszy raz gardłowy śpiew kontrabasisty. Przy okazji mały dysonans - dęciak wydaje się być delikatny, kontrabas zaś skrzy się mocą i wielokolorową poświatą. W trzeciej odsłonie pojawia się instrument blaszany, nisko zawieszony, dość niedelikatny w brzmieniu – mruczy i syczy na wprost smyczka, która pracuje bardzo nisko na nogach. Dwa niedźwiedzie walczą tu o względy ukochanej, ale po chwili spoglądają ku niebu i postanawiają wybrać się na wspólną przebieżkę. Czwarta improwizacja budowana jest w trybie pizzicato i wyśpiewywana przez duży klarnet. Pachnie tu szybkim jazzem, a temperatura nagrania systematycznie rośnie, mimo dość czystego frazowania z obu stron. Finał ginie w uroczych drobiazgach. W piątej odsłonie muzycy prezentują nam dość fizjologiczne dźwięki. Czujemy nieprzyjemny zapach i śpiew cedzony przez zaciśnięte zęby. Dużo imitacji, wzajemnych przekomarzań, a także gardłowe jodłowanie. Ostatni antrakt pierwszego koncertu syci się mrocznym klimatem, nisko zawieszonymi frazami smyczka i dużego klarnetu. I tu narracja pnie się ku grze i dobrze eskaluje emocje, na zakończenie lepiąc się w jeden strumień dźwiękowy.

W trakcie drugiego koncertu muzycy zamieniają się stronami. Kontrabas schodzi na lewo, dęciaki okupują stronę przeciwną. Początek należy od intensywnie post-barokowego smyczka i saksofonu, który syczy zimnym powietrzem. Kontrabasista wpada tu w furię, saksofonista trzyma jednak dystans. Są i modlitwy, i pijackie zaśpiewy. Potem muzycy delikatnie tłumią emocje, ale nie przestają być niebezpieczni. W drugiej części dość długiej improwizacji bystry tryb pizzicato sprawia, iż całość zionie ogniem free jazzu. Peter zbiera tu same laury, gra całym ciałem i budzi realną trwogę! W kolejnej części Udo serwuje nam festiwal zaskakujących dźwięków. Nie wiemy, jakiego używa instrumentu, może nawet więcej niż jednego! Bas wpada w pętle, ciężko oddycha i szuka melodii. Z dętych znaków zapytania wyłania się w końcu śpiewny saksofon. Narracja łyka dużo jazzu w żagle, znów szczyptę jodłowania i drobnych preparacji. Dziewiąty trak na dysku, to ledwie miniatura - żale wielkopostne i dęte rezonanse. A tuż po nich opus magnum albumu! Nisko zawieszony smyczek, blaszane pomruki i zaśpiewy. Kontrabasista znów idzie w tango - śpiewa barok, dewastuje struny i buduje drony, pod które podczepia się zasapany blaszak. Wrzaski, jęki i kocie skomlenia, what a game! Ostatnia improwizacja musi leczyć rany. Post-barokowy, ale brudny smyczek i popiskujący saksofon w pozie lamentu. Pod sam koniec spod pach artystów dobywa się delikatny swąd free jazzu.



 

Mit.Gegen.Sprech with Meinrad Kneer

Kolejny duet z kontrabasistą stawia na bardziej kameralne frazy, nieco temperuje emocje, ale dzięki temu, w niektórych momentach, wydaje się być jeszcze smakowitszy. Początek niemal post-klasyczny – zrównoważony klarnet i wytłumiony smyczek budują cierpliwie spokojną, ale wewnętrznie emocjonalną opowieść. W drugim epizodzie pojawiają się drobne naleciałości jazzowe, wynikające zarówno z trybu pracy kontrabasu, jak i charakteru dętych podmuchów. Tymczasem klarnet basowy bierze sprawy w swoje ręce i daje nam mały koncert preparowanych dźwięków. Z kolei rozhuśtany kontrabas stawia na permanentne zmiany, dzięki czemu improwizacja mieni się wszelkimi kolorami tęczy, zwłaszcza, gdy w grze pojawia się smyczek. Post-barok, dronowe imitacje, drobne wzniesienie i finałowa, rozległa dolina. W trzeciej odsłonie do gry wkracza kornet, którego głębokie westchnienia zdobione są smyczkowymi preparacjami. Narracja pnie się ku górze z dużą swobodą, pełna urokliwego brzmienia. W kolejnej części powraca klarnet basowy i open jazzowe frazy kontrabasu, pojawiają się także akcenty percussion. I tu emocje rosną, a nastroje muzyków robią się całkiem taneczne. Krzyczą na siebie i swawolą.

Początek piątej improwizacji oddycha wraz z ciszą. Preparowane, delikatne frazy płyną ze strony obu muzyków. Smyczek ledwie muska struny, w tubie klarnetu świszcze zimne powietrze. Kontrabasista pociąga tu za sznurki, klarnecista woli smutne kwilenia na stronie. W drugiej części tej urokliwej ekspozycji pojawia się nieco humoru i taneczności, a w trybem pizzicato narracja pokonuje w niezłym tempie całkiem efektowne wzniesienie. Szósta improwizacja zaczyna się na samym dnie. Drobne, tajemnicze frazy - z jednej stronie końskie rżenie, z drugiej barokowe lamenty. Narracja z czasem pęcznieje, rogowacieje, leje się coraz szerszym korytem. W siódmej, dość krótkiej opowieści powraca kornet i jazzowy step kontrabasu. Niezłe tempo improwizacji sprawia, że dość szybko docieramy do ostatniej części, najdłuższej, definitywnie najbardziej efektownej. Zaczyna ją smyczek, który snuje się po podłodze. W tubie klarnetu basowego dygocze powietrze. Narracja kreuje niebywały suspens, a klimatem blisko jej do muzyki dawnej! Ocean drobiazgów eksploduje tu czystą urodą. Smyczek pnie się ku górze, dęciak płynie w poprzek głównego nurtu. Niektóre dźwięki przypominają tu gregoriańskie śpiewy, choć płyną niebywale głęboką doliną. Wszystko zaczyna narastać, lepić się w jeden dron. Muzycy wydają się całkowicie wyswobodzeni z jarzma jakichkolwiek konwencji. Piękne zakończenie albumu!



 

Le Démon De L'Analogie with Michel Wintsch

Trzeci z prezentowanych dziś duetów, to kolejny krok w kierunku wyważonej kameralistyki – otwartej, swobodnej, ale doskonale panującej nad naszymi emocjami. A także wspólna cecha z poprzednimi albumami – z każdym utworem jakość improwizacji rośnie i znów finał jest tym, co najlepsze, definitywnie intrygujące po ostatni dźwięk. Samo otwarcie koncertu (na płycie podanego jednym strumieniem fonii) wydaje się dość delikatne, smukłe, wyciszone – post-klasyczne piano i ciepłe podmuchy z tuby klarnetu, trochę wewnętrznej rytmiki i zatrwożonego śpiewu, pod koniec już saksofonowego. W kolejnej części kilka preparowanych fraz, jakby zajawka tego, co może zdarzyć się w przyszłości. Narracja przypomina tu morskie fale, kategorycznie stroni jednak od zbyt banalnych rozwiązań. Tuż potem trochę kameralistyki uprawianej w pobliżu ciszy, a po niej kolejna zmysłowa ekspozycja. Delikatne, filigranowe piano buduje tu szlak, po którym płynie zaniepokojony losem świata saksofon. Emocje falują, raz sycą się smutkiem, innym razem szukają efektownych wzniesień.

Piąta narracja dość krótka w formie, dalece wysublimowana w brzmieniu. Tylko rezonujące podmuchy z tuby klarnetu i akcenty percussion, ale radości z odsłuchu ogrom. Kolejna improwizacja schodzi w dół, pełna jest mroku i niedopowiedzeń, ale w drugiej fazie nabiera pewnej dynamiki i podprowadza nas pod dwie ostatnie części, zgodnie z anonsem, definitywnie najpiękniejsze na całym albumie. W siódmej części saksofon i głęboko zanurzone w mroku inside piano kreują suspens mając za plecami echa post-jazzowych fraz. Z jednej strony mikro eskalacje, z drugiej pełna gama kolorów fortepianowej klawiatury. Kierunek podroży wszakże wspólny dla obu artystów – kind of free jazz!  Wreszcie dwuminutowy finał, jakże nerwowy splot zdarzeń – rytm piana i klarnetowe plejady zadziornych westchnień. Improwizacja brzmi niczym klekot mew i gaśnie z wyjątkowym urokiem.

 

Udo Schindler & Peter Jacquemyn Fragile Eruptions [LowToneStudies#7] (FMR Records, CD 2022). Udo Schindler – klarnety, saksofony i instrumenty blaszane oraz Peter Jacquemyn – kontrabas i głos. Nagrania koncertowe – 98th Salon für Klang+Kunst oraz Galerie arToxin, Monachium, 28 i 29 listopada 2019 roku. Jedenaście improwizacji, 62 minuty.

Udo Schindler & Meinrad Kneer Mit.Gegen.Sprech (Self-released, DL 2022). Udo Schindler – klarnety i kornet oraz Meinrad Kneer – kontrabas. Nagranie koncertowe - 94th Salon für Klang+Kunst, Monachium, 28 lipca 2019 roku. Osiem improwizacji, 48 minut.

Udo Schindler & Michel Wintsch Le Démon De L'Analogie (FMR, CD 2022). Udo Schindler – klarnety i saksofony oraz Michel Wintsch – fortepian. Nagranie koncertowe - 67th Salon für Klang#Kunst, Monachium, 30 września 2016 roku (lub 2015). Osiem improwizacji, 42 i pół minuty.

 

piątek, 25 września 2020

Roberts & Bonney! Charlatan! Orcutt! Staraya Derevnya! Schindler! Tapscott! The September summary with many flavors!


Muzyka! Muzyka! Muzyka! Ów cudowny strumień nowych dźwięków nie ma końca, a upiorna Covidiada miast tępić zapędy artystów i wydawców, proces ten zdaje się radykalnie stymulować!

Dzisiejsza zbiorówka świeżutkich recenzji równie młodych płyt bez myśli przewodniej, raczej opowieść z cyklu improwizacja nie jedno ma imię! Zaczynamy swobodną improwizacją, która szuka swych korzeni poza jazzem, której bliżej do elektroakustyki codziennego życia koncertowego, dalej garść post-jazzu z rockowymi emocjami, potem krok w kierunku rozchełstanej post-americany i krautrockowej psychodelii, także wątek kameralnej improwizacji w duetach, wreszcie na finał klasyk czarnego, bardzo duchowego free jazzu sprzed lat niemal czterdziestu pięciu.

Marszrutę zaczynamy w Zjednoczonym Królestwie, potem dwa akcenty amerykańskie, w tym jeden z … Warszawy, duża porcja dźwięków brytyjsko-izraelskich, śpiewana po rosyjsku, wątek niemiecki i na koniec ponownie Ameryka, ale bardzo afrykańska. Zapraszamy do zwiedzania wspaniałego świata muzyki improwizowanej.



Cath Roberts & Alex Bonney  ‎Live at HYG  (Open Ear Music, DL 2020)

Zaczynamy od kolejnego przyczynku do dyskusji o wyższości dźwięków akustycznych nad syntetycznymi (lub odwrotnie). Wygodnie zasiadamy w londyńskiej Hundred Years Gallery, jest przedpandemiczny luty 2020, a na scenie meldują się: Cath Roberts (saksofon barytonowy) i Alex Bonney, który najpierw będzie nam towarzyszył w poświacie usterkowej elektroniki, potem sięgnie także po trąbkę (kieszonkową), a w wielu momentach będzie dobywał dźwięki z obu źródeł jednocześnie. Swobodna improwizacja potrwa 30 minut i 39 sekund.

Krótki koncert podzielić można na kilka faz. Najpierw mamy typową dla free impro grę wstępną – saksofon prycha po barytońsku, elektronika sączy się wokół niego, mając wymiar głównie syczący i usterkowy, po części także plądrofoniczny, przypomina zepsuty odbiornik radiowy. Około 7 minuty do gry włącza się trąbka. Syntetyka przez kilka chwil płynie jeszcze siłą rozpędu, po czym milknie i koncert przechodzi w swoją najlepszą, w pełni akustyczną część, którą buduje konstruktywny i niebanalny dialog dwóch instrumentów dętych. Muzycy stawiają na dobry smak, nie zaś rozwiązania siłowe, nie brakuje w ich rozmowie pewnego posmaku nostalgii typowej dla Petera Brötzmanna i Joe McPhee.

Elektronika powraca w okolicach 17 minuty w zupełnie innej postaci - śle odrobinę wulgarne, basowe pulsacje. Gdy już zostaną one odpowiednio zaprogramowane, Bonney powraca do trąbki i narracja płynie dość wartkim strumieniem z dwóch żywych i jednego syntetycznego źródła dźwięku. Dużo ciekawego wnosi do gry trębacz, który zmyślnie preparuje, a także saksofonistka, która prowadzi dialog z elektroniką, ale trzyma ją w ryzach dramaturgicznych. Sam finał przypomina drobne rozdroże. Mnożą się znaki zapytania i retoryka braku pomysłu na zakończenie. Szczęśliwie ostatnie dźwięki należą do trąbki, która zasilana prądem zmiennym mechanicznie wybrzmiewa.

 


Charlatan  Charlatan  (Eschatology Records, DL 2020)

Teraz szybki skok przez wielką wodę i spotkanie studyjne z muzykami, których zapewne niewielu z nas zdążyło dotychczas poznać. Trio Charlatan tworzą: Ben Cohen – saksofon tenorowy i sopranowy, Dustin Carlson – gitara oraz Tim Cohen – perkusja. Osiem improwizacji, 42 minuty z sekundami.  Nagranie z grudnia 2017 roku (najprawdopodobniej Nowy Jork).

Trójka młodych amerykańskich muzyków zaprasza nas na definitywnie niebanalną podróż po świecie ponadgatunkowej improwizacji, jakkolwiek tej, która lubi post-jazzowe synkopy i rockowy temperament. Zaczynają z przytupem, niesieni progresywnym drummingiem oraz jazzowym frazowaniem saksofonu i gitary. Bardzo kolektywnie tworzona opowieść zagęszcza się, nabiera rockowego posmaku, a potem zmysłowo zapętla, niczym Television w Marquee Moon, a nawet Velvet Underground w Sister Ray. Druga opowieść ma kilka faz. Najpierw jest freejazzową balladą na solowego dęciaka, potem minimalistyczną etiudą gitarową, wreszcie bystrym finałem w postaci kilku smagnięć batem po perkusyjnych talerzach. W trzeciej części rock mocno miesza się z jazzem, chwilami brzmiąc jak wczesne tria Jima Blacka. Bez trudu, w trakcie rozbiegu, zaczyna pachnąć dobrą psychodelią. W czwartej opowieści - zmysłowe psycho slow motion, aż palce lizać!

W drugiej części płyty wyżej zarysowane wątki umiejętnie się przeplatają. Piąta część przypomina open jazzową balladę, którą tłamsi sznyt cierpienia, a która zwinnie nabiera dynamiki i serwuje nam równie ciekawe solo saksofonu. Szczególnie udany zdaje się być szósty odcinek, gdy muzycy stawiają na szeleszczące dźwięki wyłącznie udanych preparacji, z gitarą, jaką tą, która najbardziej przypada do gustu. Siódma opowieść znów powraca do spokojnej zabawy w stylowy jazz. Wreszcie efektowny finał, rodzaj post-aylerowskiego hymnu, zagranego z taneczną dynamiką, zębem free jazzu, i jak zawsze, rockowymi emocjami. W roli wisienki na torcie, świetne solo gitary.

 


Bill Orcutt  Warszawa (Endless Happiness, Kaseta 2020)

Po eksplozji młodości, czas na skupienie i siłę estradowego doświadczenia – Bill Orcutt na gitarze elektrycznej, wprost z ubiegłorocznego koncertu na krajowym Avant Art Festiwal (tytuł płyty zasadny!). Dwie, niedługie strony kasety, łącznie mniej niż 34 minuty.

W koncert wchodzimy przy odgłosach brzęczącego amplifikatora gitarowego. Muzyk proponuje kilka łagodnych, serfujących fraz gitarowych, z dużym echem, wonią przestrzeni i niczym nieograniczonej swobody. Całość upstrzona zdaje się być sznytem rockowego rozchełstania, nie bez posmaku i chytrych post-bluesowych zdobień. Choć wiele wątków za niczym tu nie goni, mamy wrażenie, że pod warstwą dźwięków aż kipi od emocji. Brzmienie jest nieczyste, a w trakcie koncertu muzyk zdaje się jeszcze dorzucać piasku w szprychy gitary. Narracja zagęszcza strukturę, pachnie zdrową, rockową psychodelią lat 60. ubiegłego stulecia. Czasami przypomina wieczorny, chill-outowy epizod na kolejnym, nieodbytym festiwalu w Woodstock. Na finał części powraca blues, kojący nerwy, dający upust cierpieniu.

Druga strona zaczyna się jakby odrobinę bardziej filigranowo. Szczypta nostalgii, definitywnie jednak nierelaksującej, trochę repetycji, dużo dobrego smaku. Z czasem narracja łyka z powietrza kilka zadziorów, pętli się i wpada w post-punkowy dryl o dużej dynamice. Muzyk dociera do punktu ciszy i zaczyna nowy wątek, który dobrze jest opisać językiem Szekspira - kind of post-psycho-blues or dirty post-americana. Narracja toczy się dość spokojnie, ale pełna jest udanych zdarzeń dźwiękowych. Na sam finał nabiera jednak tempa, znów nie stroni od post-punkowych fraz z dużą dawką temperatury wewnętrznej, wreszcie gaśnie w nad wyraz stylowy sposób, aż po samo dno ciszy.

 


Staraya Derevnya  Inwards Opened The Floor (Staraya Derevnya, CD 2020) & Staraya Derevnya with Hans Grusel's Krankenkabinet  ‎Still Life With Apples (Steep Gloss, Kaseta 2020)

Zapraszamy do świata psychodelicznego post- rocka, zatopionego w gęstym sosie elektroakustyki, pełnego improwizatorskiego rozwichrzenia i istotnych naleciałości całej historii krautrocka! Oto, zapowiadana w preambule tekstu, porcja dźwięków brytyjsko-izraelskich, śpiewana po rosyjsku! Formacja nazywa się Stara Wieś, a na jej czele stoi Gosha Hniu, odpowiedzialny za instrumenty perkusyjne, głosy (określane tu, jako krzyki i szepty), a także całą armię zabawek i przedmiotów elektroakustycznych. Na obu dziś prezentowanych albumach występują także: Ran Nahmias (wiolonczela, theremin), Amos Ungar (cymbały i sampler), Maya Pik (syntezator, melodica, flet i … kołyszące się krzesło) oraz Grundik Kasyansky (syntezator i obiekty). Na pierwszej z omawianych płyt (nagranej w londyńskim Cafe Oto, ale bez oklasków, z dogrywkami w kilku innych miejscach; 7 utworów, 47 minut) lista gości jest następująca: Yoni Silver (klarnet basowy – utwór 1), Tom Wheatley (kontrabas - 1, 2, 6, 7), Lior Lerman (krzyki i szepty - 1, 5, 6), Andrea Serafino (perkusja – 1) oraz Jonathan Shohet i Matthias Moos (radiowe interferencje – 7), a na drugiej (koncertowej; 2 utwory, 35 minut): Gretel Grusel i Hans Grusel (elektronika – wszystkie utwory) oraz Liz Allbee (trąbka, elektronika – 2).

Inwards Opened The Floor. Od pierwszej sekundy nagrania wchodzimy w gęstą magmę dźwięków, tonących w poświacie post-elektroniki, rodzącego się drummingu i sampli tańczących w post-rockowej scenerii. Obok repetytywna melorecytacja, skupiona na przekazie werbalnym (słuchamy poematu Artura Molewa). Rockowa powtarzalność, elektroakustyczny flow i fermentująca w każdym rogu sali improwizacja. Gościnnie występujące tu akustyczne instrumenty … żyją, ale tłumią oddech, miażdżone bezceremonialnością głównego nurtu narracji, który płynie swoim rytmem, ale niepodawanym na wprost, raczej zaszytym w dramaturgicznym nieładzie (perkusista jak najbardziej dokłada tu swoje, ale improwizuje, nie dba zaś o dynamikę). Druga improwizacja zdecydowanie stawia na podawany syntetycznym drummingiem rytm, mocno pracuje także kontrabas, a akcenty krautrocka rozbłyskują się w całej fakturze narracji. Piękne, repetytywne puzzle, garść psychodelii i kwasu tak dobrego, że palce lizać. Trzecią opowieść możemy ulokować w stylistyce post-techno, bystrze wybarwionego akcentami mrocznego ambientu i upstrzonego czymś na kształt ekstrawaganckiego post hip-hopu (armia głosicieli tekstu robi swoje!). W kolejnej części powraca prawdziwie rockowy drive, budowany jednak niezwykle syntetycznymi elementami. Oto krautrock, który szuka okazji do hałasowania. Zaraz potem znów sporo rytmu, basowych pochodów i improwizowanych zdobień, tym razem ze strony wiolonczeli, piana i syntezatorów. Szósta część przybiera na moment postać electro-popu (muzycy śpiewają!), ale zaraz wszystko ginie w zalewie elektroakustycznych improwizacji i kolejnej zmysłowej porcji krautrockowego hałasu. Wreszcie finał, który budzi się w oparach usterkowego ambientu. Muzycy szybko odnajdują rytm, ale nie gubią onirycznego mroku. Kilka dźwięków strunowych, szczególnie udanych ze strony kontrabasu, który repetuje meta rytm i cello, które swobodnie improwizuje.



Still Life With Apples. Klimat post-rockowej elektroniki sprzed dwóch dekad staje nam przed oczyma. Dubowa poświata przywołuje wspomnienie … Nu-Dub Players Friedmanna. Akcenty rocka plamią scenę, a syntetyczna struga dźwięków płynie po opuszczonym kosmodromie. Bas proponuje prosty, rockowy rytm, reszta instrumentarium robi jednak swoje i fermentuje w swobodnej improwizacji. Sample, loopy, repety i impro inkrustacje. Muzyka snuje się po podłodze i inteligentnie kasą zdrową psychodelią. Armia elektronicznych narzędzi zdaje się tu być w przewadze liczebnej, ale całość narracji zachowuje przyjemną równowagę elektroakustyczną. W połowie pierwszej strony kasety istotne spowolnienie i śmiały krok ku post-ambientowym plamom. Intrygujące percussion na pogłosie i rytm, który nie zanika, choć jego podstawowe narzędzia pracy (drums & bass) milczą. Swoje dokłada wataha syntezatorów, które płyną niezobowiązująco każdą wolną przestrzenią spektaklu. Po drugiej stronie kasety znajdujemy się bardzo płynnie (bo słuchamy plików!) – witają nas mgławice syntetycznego poranka. Pierwsza pętla basu pojawia się dopiero pod koniec trzeciej minuty (zdaje się, że słyszymy kilka kapel nowofalowych z lat 80. ubiegłego stulecia jednocześnie!). Zmutowane głosy i poświata dark ambient nie dają jednak za wygraną. Opowieść cudownie wije się między nogami i nie ma zamiaru przyspieszać. Znów chwila spowolnienia, małe rozdroże dramaturgiczne (improwizacja tak już ma…), ale już sam finał koncertu ocieka zmysłowym, syntetycznym, ale także żywym krautrockiem – słyszymy mocny drumming i … gitarę rozgrzaną do czerwoności (z sampla?). Bardzo stylowa opowieść, która śmiało mogłaby jeszcze trwać, dobija do brzegu.

 



Udo Schindler & Irene Kepl  Fabulierblättchen, Udo Schindler & Masako Ohta  ‎Music In Space  (Creative Sources, CD 2020)

Każdej zbiorówce recenzji dobrze robi … radykalna zmiana nastroju. Uciekamy zatem z gęstwiny psychodelicznych dźwięków w opary wyważonej emocjonalnie impro kameralistyki. O właściwy poziom emocji zadba niemiecki saksofonista i klarnecista (po prawdzie every reed man!) Udo Schindler. W zalewie swoich licznych produkcji muzyk dostarczył nam w ostatnich miesiącach dwa niezwykle smakowite kąski. Czas, by je poznać! Najpierw pochylimy się nad duetem ze skrzypaczką Irene Kepl (nagranie koncertowe z lipca ubiegłego roku: 7 części, niespełna 44 minuty), potem zaś nad duetem z pianistką Masako Ohta (także koncert, grudzień ubiegłego roku; 2 części, 43 minuty z sekundami).

Fabulierblättchen. Suche struny na szorstkim gryfie i delikatne pulsacje instrumentu dętego budują akustyczny ambient, który od pierwszego dźwięku emanuje urodą i dramaturgiczną zwiewnością. Skupiony, jakże filigrany impro chamber, czuły na niuanse brzmieniowe, tyczony szlakiem pozbawionym zakrętów i jakże zbędnych znaków zapytania. Skrzypce zdają się być zwinne niczym tygrysica, szukają zaczepki ostrymi pazurami, dęciak miałczy zalotnie jak kot. W kolejnym epizodzie pojawia się klarnet basowy, pełen chropowatości i intrygujących fraz. Skrzypce nie oddają pola i już w trzeciej części muzycy definitywnie wkraczają do krainy pięknych, niczym nieskrępowanych, dźwiękowych preparacji. Szepty i małe lamenty, piski i złowrogie pomruki. Narracja toczy się jednak bardzo spokojnie, z pewną kobiecą delikatnością. Trochę mechaniki przedmiotów, zgrzytania zębami, ale też wiele fraz na granicy ciszy, niezwykle molekularnych. Choćby w piątej części, gdy odpowiedzią na rwane frazy skrzypiec są klarnetowe mikro skrzeczenia. A już po chwili oba instrumenty imitacyjnie gwiżdżą! Tuż po tym epizodzie, muzycy zdają się wchodzić do krypty. Skrzypią i lamentują w mrocznych podrygach obumierającej kameralistyki. Schindler sięga po kornet dodając całości improwizacji dodatkowego smaczku. Ostatnia część podkreśla doskonałą komunikację w obrębie duetu – frazy call & responce (zapoczątkowane już wcześniej), zmysłowe pomruki (klarnet basowy!) i strunowe westchnienia. Brawo!



Music In Space. Drugi duet Schindlera stawia na dłuższe improwizacje, intrygująco rozciągnięte w czasie i przestrzeni. Pianistka (używa także pleyel piano) prezentuje szerokie spektrum gatunkowe. Równie bystra jest w klawiszowych pasażach, pełnych jazzowego posmaku, jak i abstrakcyjnych potokach contemporary, potrafi być także skuteczna w wyważonych, minimalistycznych frazach post-chamber. Udo jest zawsze z nią, czasami niezwykle śpiewny (także na klarnecie basowym), ulotny, zwinny, ale jednocześnie zaczepny. W pierwszej, prawie półgodzinnej improwizacji szczególnie ciekawie robi się po upływie dwudziestej minuty, gdy muzycy stawiają za dramaturgiczny zgrzyt i przez moment szukają prawdziwie brudnych dźwięków. Druga improwizacja, trwająca niespełna kwadrans, co chwila zaskakuje. Najpierw pianistka ucieka w niemal klasyczny romantyzm, a jej partner buduje ciekawy dysonans, stawiając na preparowanie dźwięków. Napotykamy też na fazę post-ragtime'owych rytmów, upstrzonych dętym burczeniem, a nawet gwizdaniem samym ustnikiem. Na ostatniej prostej improwizacja przebiera postać wręcz taneczną. Udo cedzi dźwięki przez zęby, a Masoko śle kilka stylowych fraz wprost z fortepianowych strun.

 


Horace Tapscott With The Pan-Afrikan Peoples Arkestra  ‎Ancestral Echoes, The Covina Sessions, 1976  (Dark Tree, CD 2020)

Zapraszamy na podróż do prawdziwych, afrykańskich korzeni jazzu! W tym celu przenosimy się do … Kalifornii, a na osi czasu cofamy się do stycznia roku 1976. W studyjnych okolicznościach pewnego domu (sic!) spotykamy ponad 20 muzyków, którzy tworzyli wówczas The Pan-Afrikan Peoples Arkestra, kierowaną przez legendarnego pianistę jazzowego Horace’a Tapscotta (tu także w roli dyrygenta). Oto jego podopieczni: Gary Bias, Dadisi Komolafe, Michael Session (as), Amos Delone (bs), David Bryant, Marcus McLaurine (b), Moises Obligacion (cg), Ishmael Balaka, Ricky Simmons (dr), Adele Sebastian, Aubrey Hart (fl), Wendell C. Williams, Robert Watt (fh), Charles Chandler, James Andrews (ts), Fuasi Abdul-Khaliq (bcl, ts), Herbert Callies (acl), Lester Robertson (tb), Linda Hill (p), Jesse Sharps (ss), Steven Smith (tp), Red Callender (t) oraz Kamau Daáood (voc). Cztery kompozycje Tapscotta, 70 i pół minuty muzyki.

Ceremonia otwarcia sesji nagraniowej przypada w udziale oczywiście pianiście, któremu towarzyszy głos, który recytuje tekst poetycki (poniekąd jednak społeczno-polityczny), coś na kształt afroamerykańskiego roots statements. Po pewnym czasie narracja piana nabiera bluesowego posmaku, a nawet odrobinę gospel. W piątej minucie rusza do gry już cała orkiestra, która buduje gęsty, bogato zaaranżowany flow. Temat pełen żarliwej melodyki podaje wielka armia instrumentów dętych. Wraz z upływem czasu opowieść z jednej strony nabiera mocy, z drugiej pięknie się rozpływa w coraz szersze koryto. Temat wszakże pozostaje z nami, a na jego tle zaczynają pojawiać się pierwsze ekspozycje solowe, pełne swobodnego jazzu, czynione w artystycznej wolności. Najpierw trąbka, potem saksofon sopranowy niesieni są siłą i emocjami wielkiej orkiestry. Kolejna kompozycja bardziej nastawiona jest na klimat, mniej dynamiczna, osadzona w stylistyce main-streamu jazzowego. Tonacja wydaje się być odrobinę molowa, a temat podaje masywne piano i rozbudowana sekcja rytmiczna. Krwi do obiegu dźwięków dolewa jako pierwszy solista, którym bystrym saksofonem altowym podnosi ciśnienie spektaklu o poziom wyżej. Oto pełnowymiarowy jazz, który z czasem przyjmuje także barwy bluesowe.

Trzecia kompozycja, bystrym rytmem budowanym przede wszystkim intensywnymi bongosami, zdecydowanie przenosi już nas do Afryki. Kolejne udane solo na saksofonie, a potem także na puzonie (świetne, matowe brzmienie blaszka). Sporo miejsca kompozycja pozostawia także na solowy pasus szefa przedsięwzięcia. Ostatni utwór na płycie (niemal 30 minut) znów powraca do spirytualnej, niemal freejazzowej estetyki pierwszej części. Zaczyna się leniwie – spokojnym fortepianem i smyczkiem na kontrabasie. Potem dużo do powiedzenia mają flet i trąbka. African Roots’ Rhythm and Soul toczy się nieprzerwaną strugą. Wreszcie do głosu dochodzi saksofon tenorowy (doskonały Fuasi Abdul-Khaliq!), który wynosi muzykę na wyżyny emocji i sprawia, iż ostatnie kilka minut płyty jest jej zdecydowanie najlepszym momentem.

 


piątek, 10 maja 2019

Brighton! Comte, Petit & Fell! Serrato & Covarino! Taylor! Dikeman! Schindler! Górczyński! Cichocki! Orins! The May’ Reviews Summary!


Pierwsza dekada chłodnego maja (jak zawsze nad Wisłą, Odrą i Wartą), to dobry moment na gorącą zbiorówkę recenzji płyt świeżych i bardzo świeżych, które najprzeróżniejszymi kanałami dotarły do odtwarzaczy redakcji. Dziś bez specjalnej myśli przewodniej, po prostu do czytania, słuchania i … kupowania (nie zapominajmy, iż ten ostatni proces jest bardzo ważny dla muzyków i wydawców!).

Zaczniemy bardzo po brytyjsku, z mocą jakże pięknej i wyzwolonej improwizacji. Potem będzie poważny akcent free jazzowy, a po nim duży blok muzyki z użyciem głosu ludzkiego. Na finał odrobina dźwięków dla grzecznych dzieci, bo i one należą do wspaniałego świata muzyki! Startujemy w Londynie, potem francuskie Limoges, andaluzyjska Sevilla, powrót do Londynu, Nowy Jork, Monachium, akcentów krajowe (… także z Nowego Jorku) i francuski finał.




Ian Brighton  ‎Imaginings (FMR Records, CD 2018)

Na powrót brytyjskiego gitarzysty Iana Brightona do świata żywych czekaliśmy niemal ćwierć wieku. Ale gdy już powrócił, dość regularnie dostarcza nam nowych nagrań. Oto jedno z nich – studyjne spotkanie z przyjaciółmi (w każdym niemal przypadku - legendami gatunku!), w celu swobodnego improwizowania, poczynione ubiegłego lata w Londynie. Lista obecności jest następująca: Marcio Mattos - kontrabas, wiolonczela, elektronika, Neil Metcalfe – flet, Trevor Taylor – perkusjonalia, elektronika, Steve Beresford – fortepian, zabawki, Francois Carrier – saksofon altowy, Jon Seagroatt – saksofon sopranowy, klarnet basowy, Philipp Wachsmann – skrzypce, elektronika, wreszcie sam gospodarz – gitara elektryczna.  Płytę zaczynają dwa duety, potem mamy trio, kwartet, kwintet, sekstet, … oktet i na finał – występ solowy Brightona, który jako jedyny uczestniczy w każdej z ośmiu improwizacji (łącznie 63 minuty, bez sześciu sekund).

Dwa pierwsze duety bardzo udanie wprowadzają nas w klimat nagrania. Najpierw perkusjonalia, potem skrzypce, wraz z ciepłą, grającą płynnymi frazami gitarą, plotą spokojne, jakże molekularne, filigranowe opowieści. Użycie elektroniki jest nienachalne, wprowadza ciekawy dysonans elektroakustyczny – słyszymy choćby dźwięk pijanego wibrafonu, czy skrzypiec, którą brzmią niezwykle gitarowo. Niewątpliwie urokliwa jest praca samego Brightona – jego instrument śpiewa, snuje małe pętle, ślizga się po gryfie, buduje klimat skupionej improwizacji, która nieśpiesznie dostarcza nam moc wyłącznie przyjemnych doznań. Wszystko toczy się jednak z nerwem godnym mistrzów free improv, zatem wielbicieli ECM-owskiej nudy z pogranicza ciszy definitywnie odsyłamy pod inny adres. Kropelkowa muskulatura bystrych interakcji, to bowiem konstytucja sesji Imaginings! W odcinku granym we trzech (dochodzi wiolonczela), przekonujemy się, iż ta improwizacja skrzy się, co prawda kobiecą niemal delikatnością, ale jej sprawcą są prawdziwie męskie dłonie. W każdym kolejnym utworze do składu dochodzi dodatkowy muzyk, a narracja staje się coraz gęstsza, krytycznie kolektywna, z pięknymi inkrustacjami gitary, która czyni swoją powinność, nadto doskonale czuwa nad dramaturgicznym przebiegiem całości. W wersji kwintetowej skutecznie szukamy odblasku współczesnej kameralistyki, gdy soczysta akustyka osiąga stan symbiozy z delikatną syntetyką elektroniki.

Uroda improwizacji przybiera na sile w układzie sekstetu i oktetu – narracja skrzy się pomysłami, doskonałymi interakcjami, a idiom mistrzowskiej improwizacji spod znaku Spontaneous Music Ensemble pojawia się jako trwały element tej sesji nagraniowej (na myśli mamy zwłaszcza płytę Karyobin, która zresztą w roku ubiegłym obchodziła 50 urodziny). W ten gęsty flow post-stevensowskiej improwizacji błyskotliwie wplata się nasz główny bohater. Jest zwinny jak kot, czuje się w tej rzece, jakby żył w niej od zawsze. Muzyka smakuje chwilami psychodelią, pełna jest małych, drobnych fraz, które lepią się we wspaniałą, kolektywną, jakże improwizowaną kameralistykę. Na sam finał płyty dostajemy garść solowych dźwięków Brigthona – flying slow motion gently guitar! Granych na delikatnym pogłosie, ze szczyptą delayu, drobinkami dubu i swoistego poślizgu na strunach. Kosmos filigranowego dźwięku! Brawo!




Comte/ Petit/ Fell  Limoges (Bruce's Fingers, CD 2019)

Pozostajemy w obrębie przemożnych wpływów UK, ale przenosimy się do francuskiego Limoges. Intrygujące trio doświadczonych improwizatorów: Richard Comte – gitara elektryczna, Jean-Luc Petit – klarnet kontrabasowy, saksofon sopranowy oraz Simon H. Fell – kontrabas. Koncert całkowicie swobodnie improwizowany, z rzeczonego Limoges, odbył jesienią 2017 roku i trwał niemal pełne 42 minuty.

Aura otwarcia – najniższy z klarnetów plami raz słabiej, raz mocniej, kontrabas drży, traktowany wieloma technikami, zarówno smykiem, jak i palcami (uderzany, gnieciony, rwany i szarpany), wreszcie mała gitara z dawką adekwatnego prądu, subtelna, głośniejsza od wyjątkowo niskiej bazy jedynie od czasu do czasu. Narracja na ogół zwarta, kolektywna, pozostająca w stanie permanentnej zmiany, chwilami niebanalnie kameralna (najczęściej), w innych momentach – drapieżna, niemal free jazzowa (nieco rzadziej). Masywność dołu, filigranowość góry – jeśli patrzeć na cały proces generowania dźwięków w aspekcie spektralnym. Sporo kolektywnych podróży down and up, także inside and outside. Każdy z muzyków stosuje tu różne metody, by przykuć naszą uwagę. Petit na ogół grzmi klarnetem kontrabasowym, gdy zaś sięga po sopran, szybuje wysoko i pokazuje adekwatne kompetencje w zakresie swobodnej improwizacji. Comte najczęściej pozostaje w roli komentatora, spiętrzenia jego mocy bywają rzadkie, ale za to wyjątkowo bystre. Gdy ucieka w modulowany, wielobarwny ambient, potrafi zwrócić na siebie uwagę przez dłuższy czas. Wreszcie Fell – tu możemy liczyć na każde rozwiązanie. Nie dość, że ze smykiem potrafi zrobić wszystko, to jeszcze świetnie zdaje się czuwać na konstrukcją całości, nie pozwala na dłużyzny, ani na chwile dramaturgicznego przestoju.

Jeśli mielibyśmy wskazać najbardziej udane momenty tego świetnego koncertu, to nie sposób nie wspomnieć krótkiego fragmentu improwizacji, który toczył się pod dyktando śpiewnego, frywolnego, ale i bardzo precyzyjnego saksofonu sopranowego (19-26 minuta). Tuż po nim - zdecydowanie najspokojniejszy odcinek koncertu – matowy dron & ambient na gryfie kontrabasu, meta cisza wokół dysz klarnetu i gitarowy pogłos z odległej galaktyki. Jakże piękna akustyka! Po 31 minucie muzycy robią krok w kierunku otwartego jazzu – wchodzą w full contact, krzyczą na siebie, są drapieżni i nieprzewidywalni. Po wytłumieniu zaś swoje opus magnum czyni Comte – jest zwiewny jak piórko, ale nie dopuszcza do głosu kolegów, dyktuje przebieg narracji niczym Pan na włościach! Na sam finał płyty powraca saksofon sopranowy, nadając całej opowieści niemal metafizycznej lekkości i biorąc koncert w gigantyczny cudzysłów. Gitara najpierw milczy, a potem samodzielnie kreśli napisy końcowe.




Marco Serrato/ Francesco Covarino  Bestemmia (Raw Tonk, CD-r 2019)

Czas na duet Andaluzyjczyków, wydany wszakże w … Zjednoczonym Królestwie! Marco Serrato – kontrabas oraz Francesco Covarino – instrumenty perkusyjne. Rejestracja z Sewilli, poczyniona ubiegłoroczną wiosną. Sześć swobodnych improwizacji, 39 minut i 38 sekund.

Muzycy proponują nam podróż dość jednorodną, stylistycznie osadzoną we free improv, lubiącą rockowe emocje, ale szukającą inspiracji raczej we współczesnej, bardzo wyzwolonej kameralistyce (kontrabasista), tudzież w idiomie free jazzu (perkusjonalista), from time to time bogaconą zwinnymi preparacjami, tudzież garścią niezobowiązującego noise. W ramach wstępnej reasumpcji, uznać by można ten duet jako solową ekspozycję kontrabasu z akompaniamentem zwinnie improwizujących perkusjonalii. Choć recenzent nie psioczy nadmiernie, poziom interakcji pomiędzy muzykami mógłby być w niektórych momentach bardziej intensywny. W zakresie zaś kreatywności, więcej możnaby było oczekiwać od perkusjonalisty.

Wskazując wszakże pozytywy, których nie brak na krążku – już w pierwszym utworze kontrabasista szuka swojego brzmienia, maltretuje struny i pudło rezonansowe, dość szybko uzyskując ciekawy efekt foniczny. Takie zjawisko towarzyszy nam w zasadzie w każdym odcinku. W pierwszym strunowiec brzmi niemal jak upalone cello. W drugiej części, gdy kontrabasista sięga nie tylko po smyczek, ale chyba także po perkusyjne pałeczki, dostajemy bardzo intrygujący duet perkusjonalistów, pełen dobrych wrażeń i niebanalnych emocji. Garść preparacji sprawia, iż mamy wrażenie słuchania muzyki barokowej, ale nafaszerowanej sterydami. Dynamiczny i zadziorny jest flow czwartej opowieści – smyczek uczepiony strun plecie bystrą mantrę. Repetycja, siarczyste brzmienie obu instrumentów, a po chwili zejście w blue ambient, gdy smyczek wręcz śpiewa. W piątej części strumień dźwięków serwowany przez kontrabas smakuje rockową ekspresją, a koncert zdaje się mieć miejsce tuż po barokowej introdukcji – prawdziwa mieszanka wybuchowa! Finałowa pieśń także nie stroni od fake sounds – jakbyśmy weszli do zakładu szlifiersko-tokarskiego, potem odwiedzili warsztat mechaniki pojazdowej i wystawę silników niskoobrotowych. A w ramach last minute – drobiny czerstwej sonorystyki na samym dnie gryfu kontrabasu.




Benedict Taylor  Solstice (Nachtstück Records, DL 2018)

Jeśli tylko macie ochotę na spędzenie pięciu kwadransów z samotną altówką, to trafiliście pod dobry adres! Będzie z nami Benedict Taylor, który sprawi, iż czas poświęcony na odsłuch Solstice, będzie momentem niezwykłym. Cztery epickie opowieści, nagrane w bliżej nieokreślonych okolicznościach studyjnych w Londynie, w roku 2017.

Klimat otwarcia jest następujący – plątanina suchych strun i brudne, szczere brzmienie dźwięków dobywanych w skocznym rytmie, ale i z garścią hałasu, innymi słowy kind of chamber in industrial taste! Bajeczna technika wykonania, takaż kreatywność w budowaniu żmudnego procesu swobodnej, acz w wielu aspektach, zapewne zaplanowanej improwizacji. Narracja skrzy się dużą ilością dźwięków - smyczek skowycze, tańczy, swawoli, krzyczy, ale i uwodzi pięknymi pasażami. Drobne akcenty pizzicato, molekuły ciszy pomiędzy dźwiękami, rwane frazy, filigranowe zgrzyty – wszechświat akustyki altówki.  Zmiana zdaje się gonić zmianę – w zakresie techniki gry, tempa narracji, stosowanych skal i poziomu głośności. Także trochę popisywania się, być może na potrzeby indywidualnego portfolio, ale wszystko -z mistrzowską klasą.  Druga opowieść wtłacza do tej niesfornej historii elementy melodyki, niemal góralskiego zaśpiewu. Taylor, być może do perfekcji, opanował umiejętność niechodzenia na skróty, gmatwania sytuacji dramaturgicznej i wydobywania ze skromnego strunowca pokładów wyjątkowych dźwięków. Bogactwo fonii, skromność formy – jego altówka płonie, skowycze, piszczy, rozdziera szaty, mlaska, prycha i … pięknie śpiewa dowolnie zadaną techniką. Parafrazując językiem Szekspira – prepare & sonore, casual distortion and multiflow of as beauty as dirty sounds!

Trzecia opowieść stawia na modulowany sound altówki. Ta wyje do księżyca i plecie zmysłowe serenady. Raz jest siarczysta, innym razem czysta jak łza, jeszcze innym ckliwa i pełna emocji, chwilami nawet folkowych. Nie pytajcie proszę o to, co dzieje się, gdy altówka Benedicta poszukuje ciszy! W czwartej części muzyk serwuje nam spektakl upalonego baroku – śpiewa rzewnie na czele orszaku potępionych dźwięków. Narracja toczy się płynnie, nostalgicznie, ale i zadziornie. Rodzaj chamber na dobrych sterydach! W 13 minucie roztańczony smyczek schodzi do poziomu ciszy - altówka oddycha, szepce, szura gołymi stopami po porowatej podłodze. Smyk zdaje się mieć zwinność rosyjskiej baletnicy. Ta niezwykła płyta kończy się paletą wyjątkowo czystych barw, znów ze śpiewem na ustach, brnących posuwistym, tanecznym krokiem.




John Dikeman/ Brandon Lopez/ Onno Govaert  Those Impossible Creatures (Sonorus Records, Kaseta 2018)

Dobrze nam znane holenderskie trio Cactus Track, dwa lata temu w trakcie trasy po USA, na moment zagubiło gdzieś swego gitarzystę/ basistę, dzięki czemu pozostali muzycy znaleźli czas na studyjne spotkanie z amerykańskim kontrabasistą. Jego efekt dostajemy dziś na kasecie Those Impossible Creatures. W nowojorskim studiu znaleźli się zatem: John Dikeman — saksofon tenorowy (pamiętamy, iż to holenderski rezydent z amerykańskim paszportem!), Brandon Lopez — kontrabas oraz Onno Govaert — perkusja. Trzy tłuste, free jazzowe kawałki mięsa, niespełna 32 minuty.

Pierwsza, zasadnicza część nagrania rozpoczyna się spokojną, bluesową, delikatnie szarpaną niepokojem wewnętrznym narracją – mocny tembr kontrabasu, saksofon niczym pijany we mgle, brnie szerokim łukiem, ale pewny jest swoich ruchów, wreszcie bystra, trafiająca w punkt perkusja. Swobodny, lekko rozchełstany free jazz, który nabiera rozpędu, staje się masywny, czerstwy, symbiotyczny. Dużo dobrego czyni tu Lopez, który wciąż mąci flow opowieści, na boku kreśli swoje pętle i daleko mu do typowego frazowania dla takich, a nie innych okoliczności gatunkowych. From time to time daje wyraziste, choć krótkie popisy solowe. Dikeman, znamy się świetnie, lubi drobne kipiele, nie zwykł zdejmować nogi z gazu, gdy nie jest to bezwzględnie konieczne. Govaert, mistrz precyzji, zwinnie podąża za każdym z partnerów. Partie rozbujanego bluesa komentuje finałowa galopada.

W drugiej opowieści Lopez sięga po smyczek, a gra nabiera gęstości i dramaturgicznego suspensu. Z radością w grze muzyków dostrzegamy akcenty call & responce. Saksofon kipi i pogwizduje, kontrabas śpiewa, perkusja krąży wokół własnej osi, nieustannie gotowa do eskalacji.  Ostatni epizod przywraca warunki mocnego free jazzu. Walking kontrabasu nosi nawet znamiona swingu. Zwinna opowieść, ciało w ciało, choć odrobinę przewidywalna. Na finał muzycy powracają do bluesa, z którym zdaje się, że dziś jest im najwygodniej.




Udo Schindler/ Jaap Blonk  ‎Hillside Talks (Relative Pitch Records, CD 2019)

Rozpoczynamy blok recenzji płyt z udziałem głosu ludzkiego! Na początek stały bywalec naszych zbiorówek, niemiecki multiinstrumentalista dęty i blaszany, Udo Schindler w towarzystwie Holendra Jaapa Blonka, który obok szeroko rozumianego głosu własnego, używać będzie także komputera. Na płycie odnajdujemy dziesięć kompozycji, które przy bliższym poznaniu okazują się dość swobodnymi improwizacjami. Odsłuch koncertowej rejestracji z roku 2017 (dwa wydarzenia) zajmie nam 53 minuty i tyleż sekund.

Udo, choć najczęściej sięga po instrumenty dęte drewniane (głównie klarnety), zaczyna swój występ na puzonie. Głos Blonka od początku zdaje się być zawadiacki, prowokacyjny, pełen czarnego humoru, a także młodzieńczej frywolności (niezależnie od metryki urodzenia). Przypomina Phila Mintona i to winno nam starczyć za całą rekomendację. Często i bardzo stylowo korzysta z komputera, który zarówno generuje separatywne fonie, jak i w niektórych momentach sprawia wrażenie, jakby angażował się w live proccesing dźwięków generowanych przez partnera, jak i własny głos. Wachlarz jego artystycznych środków wyrazu jest przeogromny i niech to też wystarczy nam za powód, by nad płytą Hillside Talks pochylić się z należytą starannością. Z obu stron napotykamy na fragmenty intrygująco preparowanych dźwięków, jak i sonorystycznego podejścia do specyfiki procesu swobodnej improwizacji.

W drugim odcinku komputer dostarcza nam, dużymi garściami, ciekawe dźwięki analogowej elektroniki. Łączy się ona ze strumieniem ustnych fonii, które opisywać można w nieskończoność – śpiew, który przechodzi w pisk, charkot, które zaczyna skomleć. Warto pochylić ucho nad mocą perkusyjnych ekspozycji, jaką serwują nam obaj na początku trzeciej części – tylko suche dysze i wilgotne usta, także plastyczne policzki i szkliwo zębów. Czwarty odcinek, to porcja wielokolorowego ambientu, a piąty - garść upoconych parsknięć z wielu źródeł. Szczególnie ciekawy zdaje się być odcinek numer siedem – Udo burczy po niedźwiedziemu zarówno niskim klarnetem, jak i własnym gardłem. Jaap podchodzi do niego na palcach i szeleści elektroniką. Narracja gęstnieje, nabiera epickiej mocy, polotu i zdrowej brawury! Królestwem preparacji i sonorystycznych igraszek jest zaś odcinek dziewiąty. Udo gada przez ustnik blaszaka, Jaap nuci przy goleniu i wsadza głowę w ekran komputera. Wreszcie sam finał płyty, który wydaje się jej najciekawszym epizodem – mamy wrażenie, że słyszymy dźwięki harfy, obok pulsuje niski dęciak, dziwna cisza i tajemnicze mrowienia w stopach. Na to wszystko wchodzi Jaap i głosem pijanego kloszarda, wspieranym akordami piano (?) i garścią plądrofonicznych grepsów, doprowadza nas do ostatniego dźwięku.




Michał Górczyński/ Sean Palmer/ Tomasz Wiracki  William's Things (Multikulti Project, CD 2018)

Wiersze Wiliama Blake’a, recytowane i śpiewane, oprawione muzycznie klarnetem kontrabasowym i minimalistycznym fortepianem. Sporo melodii i harmonii, garść improwizacji, bezapelacyjnie dobry smak kompozytora, wreszcie niezliczone pokłady pięknych dźwięków! Michał Górczyński - klarnet kontrabasowy, looper mobilny, kompozytor, Sean Palmer – śpiew, Tomasz Wiracki – fortepian oraz Nela Górczyńska - głos w looperze. Dziesięć wierszy, prawie 52 minuty dźwięków. Nagranie studyjne z roku 2018.

Szum semickiego klarnetu, echo cichej pustyni, potem drugi, a nawet trzeci klarnet wpuszczone w wir loopera. Skromne piano, ciepły głos. Niczym muzyka do ważnego egzystencjalnie filmu drogi, pełnego troski o losy świata i znikających tajemniczo postaci. Taniec, rytm i śpiew, to elementy konstytuujące kolejną opowieść. Klarnet płynie gęstym strumieniem, pełnym niespodzianek, bez prostych skojarzeń stylistycznych. W roli akompaniatora i komentatora udanie realizuje się pianista, który raczej szczędzi dźwięków niż ich nadużywa, co sprzyja jakości całej narracji. Głos ludzki, jak przystało na profesjonalnego aktora, jest w stanie zaproponować każde rozwiązanie stylistyczne i estetyczne – grzmi basowym tembrem, śpiewa chłopięcym głosem, głosi prawdy świata niczym kobieta zatroskana o jego losy.

Czwarta opowieść zbudowana jest na loopie, który się … zaciął. Minimalistyczne piano, spokojny, tajemniczy głos – poranny spacer w lekkiej mgle. Piąta brzmi niczym marsz pogrzebowy – niskie dźwięki klarnetu i głosu, wysokie pasaże piano, akcenty perkusjonalne. Groźny klarnet tańczy, tygrys śpiewa. Wnikliwy słuchacz zachwyci się tu także samymi słowami, ekspresją poszczególnych zwrotów i sekwencji literackich. Sporo emocji dostarcza pieśń siódma – zadziorny klarnet, a z ust aktora płynie coś na kształt beat-boxingu. Komentarz dęciaka wynosi ów epizod do miana najpiękniejszego na całej płycie. W finałowych częściach nagrania natrafiamy na moc repetycji, skupienia, zwinne mantry klarnetu, także barwę głosu, która recenzentowi kojarzy się z łagodnym odpowiednikiem Nicka Cave’a. Jeśli starczy wam wyobraźni i dobrej znajomości języka Szekspira, ta podróż może być wyjątkowa.




Kuba Cichocki  Live at Spectrum (Multikulti Project, CD 2018)

Na finał bloku wokalno-recytatorskiego, odrobina free-jazzowego performansu, metafizycznego ujęcia teatru i … droczenia się z publicznością! Polski pianista, nowojorski rezydent, Kuba Cichocki w towarzystwie Patricka Breinera (saksofon tenorowy), Seana Aliego (bas), Flina van Hemmena (perkusja) oraz … publiczności, która trzyma w rękach tajemnicze zabawki i wydaje dźwięki (tu: głośno rozmawia). Dodajmy, iż każdy z muzyków wyposażony został w zabawki dźwiękowe i recytować będzie mniej lub bardziej absurdalne teksty, na ogół zupełnie wyrwane z kontekstu sytuacyjnego. Całość spektaklu składa się z czternastu części, trwa mniej więcej trzy kwadranse, a wydarzyła się w nowojorskim klubie Spectrum w 2014 roku. Od razu zaznaczmy – ta płyta to challange dla słuchacza. Nie jest zwykłym free jazzowym koncertem, ba, w ogóle nie należy jej w tych kategoriach traktować. Zajrzyjmy do środka, by nie pozostać gołosłownym.

Jazz w wielkim mieście! Kwartet gra swingowy temat, jeden z muzyków donośnym głosem recytuje tekst, który sprawia wrażenie zapowiedzi programu publicystycznego na temat coming outu. Zaraz potem głos zabiera publiczność, która głośno debatuje o niczym. Kwartet próbuje przebić się z muzyką. Narracja nabiera mocy improwizacji i konsekwentnie zabija dźwięk baru. Kolejnym zadaniem kwartetu jest zdominowanie foniczne spikera, który zdaje się głosić prawdy objawione. Kolejny passus – już bez obcych akcentów - pokazuje kwartet w pełnej free jazzowej krasie, z mocą ekspresji i siłą kolektywnych improwizacji.

Kolejne odcinki tej epopei, to obok krótkich, filigranowych ekspozycji pianisty, dłuższe, trzy-, czterominutowe, improwizowane przygody w konwencji, jaką poznaliśmy już wcześniej. Szósta część przynosi - nie po raz ostatni - skojarzenie z kolażową muzyką Johna Zorna: krótkie, rwane frazy, dosadne kontrapunkty i dużo humoru. W ósmym - znów recytacja i dużo dobrych dźwięków zatopionych w teatralnych skeczach. Prowokacja i zabawa, trochę żartu z roli publiczności na koncercie. W jedenastej części - tekst po polsku o.. ośle! A na finał Bossa, ale nie nowa… Do gry wchodzi mnóstwo zabawek, zapewne także ze strony publiczności – rodzaj podsumowania tego zaskakującego performansu, podróży tyleż drażniącej i irytującej, co fascynującej i nasączonej ogromną ilości ciekawych free jazzowych fraz.




Julien Favreuille/ Christophe Motury/ Stefan Orins  Till Mina Vanner (Circum Disk, CD 2019)

Na finał naszej dzisiejszej zbiorówki, obiecana muzyka dla … grzecznych dzieci. Recenzentowi trudno powstrzymać się od pewnej dozy ironii, albowiem poprzednie tegoroczne premiery Circum-Disk za każdym razem zasługiwały na moc zachwytów i komplementów, ta zaś, zupełnie najnowsza, jest po prostu nudna. Ale niech nam muzycy wybaczą tę chwilę szczerości - Julien Favreuille na saksofonie tenorowym, Christophe Motury na fluegelhornie i sprawca całego zamieszania, kompozytor i pianista Stefan Orins (doceniamy wszakże fakt, iż swoje personalia umieścił na okładce na ostatnim miejscu).  Siedem utworów (nagranych … live at home), 41 minut z sekundami.

Niemal każda z części płyty, to słodkie melodie podawane unisono przez trójkę muzyków. Po stosownej introdukcji, muzycy kolektywnie tworzą wariacje na temat zadanej melodii. Czasami czynią to dość zgrabnie, jednak ich działania artystyczne na ogół nie noszą znamion improwizacji. Jeśli już któryś z muzyków zostaje wypuszczony na swobodne pole, jego ekspozycja rzadko ekscytuje, a poziom ekspresji przyjmuje na ogół wartości średnie. Dominuje spokojna, melodyjna narracja, pełna powtórzeń i grepsów jazzowych.

Na plus tym incydentom fonicznym trzeba zapisać, iż część z tematów Orinsa naprawdę urzeka swą melodyką i pewną ulotną metaforycznością. Szkoda, że tak zgrabne tematy nie zostają potem ubrane w szaty porządnej improwizacji. Muzykę, którą poza kilkoma, jakże krótkimi momentami semi spiętrzeń, zaliczyć możemy do rzewnego odłamu chill-outu. Żmudne oczekiwanie recenzenta na choćby ziarenko zaskoczenia wieńczy zaś ostatni dźwięk na płycie.