Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matthew Shipp. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matthew Shipp. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 października 2023

The Relative Pitch Records’ fresh outfit: Parker! Swell! Allemano & Dörner! Gjerstad & Shipp! Colonna! Foster!


Nowojorski The Relative Pitch nie odpuszcza w generowaniu nowych sytuacji wydawniczych choćby na ułamek sekundy! Nowe albumy leją się jak z rogu obfitości, a twarde dyski recenzenckich komputerów trzeszczą w szwach.

W okresie od czerwca do połowy października label dostarczył piętnaście nowych płyt z muzyką improwizowaną, a w stadium pre-order czekają już cztery nowości listopadowe.

Jednoosobowej redakcji Trybuny Muzyki Spontanicznej trudno jest ogarnąć słowem tak dużą porcję muzyki, nawet, gdy jest ona w skończonej liczbie przypadków naprawdę interesująca. Zatem dziś pochylamy nad sześcioma płytami, tymi, obok których nie sposób przejść bez słowa komentarza - solowymi dokonaniami Evana Parkera (sprzed lat!) i Steve’a Swella, dwoma smakowitymi duetami – jednym kanadyjsko-niemieckim, drugim norwesko-amerykańskim, wreszcie pewnym włoskim kwartetem i amerykańskim trio. Tym albumom poświecimy dziś sporo miejsca. Pod koniec zaś tekstu nastąpi szybkie wylistowanie pozostałych dziewięciu albumów, które są już po światowej premierze (niektóre opatrzymy słowem komentarza).

So, welcome!



 

Evan Parker NYC 1978

Environ, Nowy Jork, październik 1978. Evan Parker – saksofon sopranowy i tenorowy. Sześć improwizacji, 68 minut.

Po niepublikowane nagranie koncertowe boga swobodnej improwizacji sięgamy niemal dokładnie 45 lat po jego rejestracji w nowojorskim klubie Environ. Wiosną tamtego roku Parker wydał wiekopomne Monoceros, jesienią koncertował w Ameryce Północnej. W połowie października odnajdujemy go w doskonałej formie, jego saksofon sopranowy (incydentalnie także tenorowy) brzmi wyjątkowo soczyście, a sama rejestracja została zrealizowana naprawdę porządnie, jak na kanony analogowych lat 70. ubiegłego stulecia. Pisaliśmy już na tych łamach, iż Parker wielokrotnie zmieniał historię gatunku, ale być może jego największy wkład w rozwój swobodnej improwizacji, to właśnie nagrania solowe, szczególnie te sopranowe. Reasumując – NYC 1978, to jedna z najważniejszych płyt ostatnich lat, niezależnie od tego, jak długo musieliśmy czekać na opublikowanie tego nagrania. 

Na nowojorski koncert składają się cztery kilkunastominutowe epopoje sopranowe i dwa kilkuminutowe interludia na tenorze. Pieśń otwarcia, to parkerowski klasyk – cyrkulacyjny oddech wprawia jego sopran w opętańczy taniec, który zdaje się nie mieć początku, ani tym bardziej zakończenia. Sound jest głęboki, delikatnie zabrudzony. Owa mantra nieskończoności dźwięku staje się udziałem Anglika także w dalszej części koncertu, ale tu, na jego starcie, jest szczególnie intensywna. Z kolei w trzeciej części sopranowa opowieść początkowo powstaje z krótkich, niemal urywanych fraz. Muzyk rysuje małe pętle, którym nadaje dość chropowaty sound, a na finał wpada w oddech cyrkulacyjny brzmiąc niemal post-barokowo. Piąta odsłona jest wyjątkowo filigranowa, budowana na dużej wysokości i niebywałej dynamice. W drugiej fazie tej improwizacji Parker na chwile przystaje, coś tam do siebie gada i znów rusza w tango. Ostatnia improwizacja przypomina spacer pasikonika po polnej łące. Delikatna, stepowa opowieść nabiera wszakże rumieńców dzięki melodyjności i rosnącej intensywności. Na zakończenie muzyk sięga po cyrkulację, którą wieńczy sekwencją luźnych oddechów. Dwie improwizacje na saksofonie tenorowym budowane są drobnymi frazami (część druga) lub ekspozycjami bardziej masywnymi, dronowymi (część czwarta). Zdaje się, że dają muzykowi niezbędne chwile wytchnienia pomiędzy sopranowymi eksplozjami.



 

Steve Swell For Rhina P. Espaillat

Czas i miejsce akcji nieznane: Steve Swell – puzon i trąbka kieszonkowa. Osiem improwizacji, 41 minut.

Solowa płyta amerykańskiego puzonisty powstała jak najbardziej współcześnie, choć nie wiemy dokładnie kiedy. Przynosi osiem wyjątkowo zgrabnych i dobrze zaplanowanych improwizacji. Ta pierwsza trwa ponad 18 minut i jest tu daniem głównym, pozostałe siedem udanie ją uzupełniają. Dodajmy, iż niezależnie od stosowanych technik wydobywania dźwięku z instrumentu dętego, blaszanego, Swell perfekcyjnie dba o dramaturgię, a każda jego ekspozycja ma swój rytm i dalece linearną, przemyślaną narrację.

Pierwsze kilka minut improwizacji otwarcia można określić mianem ciężkich narodzin pierwszego dźwięku puzonu. Szumiące powietrze, które łapie rezonans drżącej tuby, ciężko pracujące wentyle i oddychający muzyk, który co pewien czas wpada w dłuższy, na poły cyrkulacyjny oddech. Swell pierwsze bardziej śpiewne, zwarte frazy ze szczyptą melodii, wydaje po upływie siódmej minuty. Każda decyzja artysty, każdy wydobywany dźwięk ma tu swoje miejsce i jest realizowany z dużą pieczołowitością. Od nostalgicznych westchnień po taneczne, melodyjne podrygi, ze sporą wszakże porcją efektownie preparowanych fraz. Kolejne siedem improwizacji trwa po kilka minut i zdaje się prezentować różne stadia dekonstrukcji puzonowych odgłosów. Najpierw, to improwizacja dalece mechaniczna, jakby coś w tubie było precyzyjnie ugniatane. W kolejnej części tuba jest już zamknięta, a instrument jęczy w bólach. W części czwartej pojawiają się akcenty perkusjonalne i pocieranie metalu o metal. W części piątej garść matowych śpiewów … kieszonkowej trąbki. W części szóstej plejada szumów i przedechów, jakby ktoś zaciskał pętlę na szyi artysty. Przedostatnia opowieść smakuje post-industrialnie, wszystko w niej ze sobą rezonuje. Końcowa improwizacja chce być łabędzim śpiewem, ale skutecznie zablokowana tuba wydaje bukiety zmęczonych, spreparowanych odgłosów. Półśpiewne szemranie domyka ten jakże wyśmienity album.



 

Lina Allemano & Axel Dörner Aphelia

Studioboerne45, Berlin, wrzesień i listopad 2019: Lina Allemano – trąbki oraz Axel Dörner – trąbki. Osiem kompozycji/ improwizacji, 46 minut.

Berlińskie spotkanie trąbek, to chyba coś więcej niż dialog. Albumowe credits używa liczby mnogiej zarówno w odniesieniu do instrumentarium Kanadyjki, jak i Niemca, co więcej, wnikliwy odsłuch nagrania definitywnie pozwala stwierdzić, iż w wielu momentach narracji słyszymy więcej niż dwie trąbki. Samo nagranie broni się tu każdym dźwiękiem, choć zdaje się, że w wielu momentach zostało precyzyjnie zaplanowane i niekiedy odegrane jak spod batuty. Improwizacja oczywiście króluje, ale nie tylko ona stanowi tu o jakości trębackiego szczytu.

Początek nagrania zdaje się być odegrany wedle precyzyjnego scenariusza. Dwie, a nawet trzy trąbki płyną tu wspólnym strumieniem o niemal orkiestrowej sile rażenia, momentami brzmiąc niczym dekonstrukcja słynnego Concerto de Aranjuez. Utwór kończy wielosekundowa cisza, która jest częstym zabiegiem dramaturgicznym na tej płycie. Dwa kolejne utwory (połączone) bazują na dźwiękach preparowanych. Każda z trąbek frazuje teraz inaczej - jedna bywa sucha, inna wilgotna, jedna pracuje na wentylach, inna kreuje bardziej mechaniczne sytuacje foniczne. Pojawiają się także nieśmiałe akcenty perkusjonalne lub frazy przypominające syreny alarmowe. Kolejne dwie ekspozycje (także połączone), to niemal zwierzęca symfonia wyjców i kojotów, spuentowana strumieniami szumów i dronów. Druga z tych opowieści trwa wiele minut i w swej końcowej fazie syci narrację wieloma smaczkami brzmieniowymi. Artyści wchodzą tu niekiedy w bardzo gwałtowne interakcje. Opowieść piątą wieńczy trzyminutowe pasmo ciszy. Część szósta jest wysoko zawieszonym dronem, który przypomina nalot dywanowy, z kolei dwie ostatnie odsłony powracają do koncepcji preparowania dźwięku. Oba odcinki wyposażone są w dużą dawkę ekspresji – pierwszy karmi się tu dźwiękiem, drugi nieskończonymi pokładami szumów.



 

Frode Gjerstad with Matthew Shipp We Speak

Park West Studios, Brooklyn, Nowy Jork, listopad 2022: Frode Gjerstad – saksofon altowy, Bb clarinet oraz Matt Shipp – fortepian. Osiem improwizacji, 46 minut.

Norweski saksofonista i klarnecista, muzyk wielu talentów, wieloletni partner Johan Stevensa, swoje 75. urodziny świętował m.in. w Nowym Jorku. W pewnym zacnym studiu nagraniowym dokonał definitywnie udanej sesji nagraniowej w towarzystwie jakże uznanego pianisty z tamtych ziem. Dziś nagranie trafia w nasze ręce i uszy, a dwie konstatacje winny paść jeszcze przed umówieniem zawartości krążka We Speak. Po pierwsze - dawno nie słyszeliśmy Gjerstada w tak dobrej formie, po drugie - po raz kolejny możemy przekonać się, iż pianistyka Shippa bywa nieznośnie powtarzalna.

W trakcie sesji Frode częściej sięga po saksofon altowy. Bywa w tych sytuacjach bardzo kreatywny, bazuje na świetnym, nieco chropowatym brzmieniu, jest zadziorny, udanie prowokuje Matta do masywniejszych ekspozycji, a duetowa improwizacja nabiera free jazzowego sznytu. Gdy w grze uczestniczy klarnet, opowieści częściej nabierają kameralnego charakteru. Pianista, jak to ma w zwyczaju, nie stroni od post-klasycznych pasaży, które stosuje równie chętnie, jak intensywne przebieżki po czarnej stronie klawiatury. Warto podkreślić, iż w trakcie dłużnych narracji, jak choćby w części czwartej, norweski muzyk sięga zarówno po saksofon, jak i klarnet. Szósta improwizacja sprawia wrażenie zbudowanej na dużych emocjach i w pełni kolektywnej. Muzycy są tu wyjątkowo czujni, a pianistyczna narracja intrygująco mroczna. Najspokojniejszą częścią płyty wydaje się siódma improwizacja, w której powtarzalność pianistycznych fraz wydaje się być dość dotkliwa. Ostatnia improwizacja skutecznie kruszy jednak ambiwalencje recenzenta. Jest gęsta, rozkrzyczana, świetnie podsumowana altowymi lamentami i zasadnymi dramaturgicznie repetycjami piana.  



 

Colonna, Marraffa, Spera & Zanotti Red Planet

Area Sismica, Forli, Włochy, lipiec 2020: Marco Colonna – saksofon barytonowy i sopranowy, Edoardo Marraffa – saksofon tenorowy i altowy, Fabrizio Spera – perkusja, instrumenty perkusyjne, smyczek oraz Marco Zanotti – perkusja, instrumenty perkusyjne, kalimba. Pięć improwizacji, 59 minut.

Czterech włoskich artystów, wedle słów wydawcy w ramach pierwszego spotkania w tym układzie personalnym, odnajdujemy tu w swobodnej, post-jazzowej improwizacji zrealizowanej tuż po pierwszym covidowym lockdownie. Dwaj saksofoniści na wysokim poziomie kreatywności, zarówno w układzie duetowym, jak i solowym oraz dwaj perkusiści z dalece rozbudowanym zestawem instrumentalnym, niekiedy zbyt zapatrzeni w rytm i linearność swoich ekspozycji. Koncert, na który składa się set główny (trzy części w jednym strumieniu, czwarta w ramach dogrywki) i bis, toczy się na różnych poziomach intensywności. Od free jazzu do niemal post-folkowych ekspozycji. Z czwórką Włochów warto zatem spędzić czas od pierwszej do ostatniej sekundy albumu Red Planet.

Pierwsze trzy części koncertu trwają tu pełne 40 minut. Start jest spokojny, ze wszystkim elementami tzw. gry rozpoznawczej. Czuć rytuał rytmicznej narracji, którą kreują wszyscy uczestnicy spektaklu i duże skupienie ze strony dęciaków w zakresie wyznaczania nowych ścieżek i ciekawych zakrętów. Muzycy równie dobrze czują się w post-rytmicznych medytacjach, jak i w dynamicznych, niemal ognistych pasażach. W pierwszej części o wielu sprawach (także rytmicznych) decyduje tu saksofon barytonowy, w części drugiej prym zdaje się wieść saksofon sopranowy, który syci improwizację dużą dawką melodyki. W części trzeciej muzycy tracą dynamikę i sięgają do akcenty post-folkowe. Perkusiści chętnie budują tu dźwięki preparowane, nie gubiąc przy tym struktury rytmicznej całej ekspozycji. Na koniec tej części w muzyków wstępuje duch niemal colemanowskich, free jazzowych emocji. Z kolei w części czwartej improwizacja nabiera niekiedy brotzmannowskiego temperamentu. Bis, to typowa farewell song, zbudowana na delikatnym rytmie, pokreślonym brzmieniem kalimby. W ramach podsumowania dużo dobrego spotyka nas ze strony obu saksofonistów.




Michael Foster's The Ghost Vanished Pleasures

Pioneer Works, Red Hook, Brooklyn, Nowy Jork, styczeń 2023: Michael Foster – saksofon tenorowy i sopranowy, Jared Radichel – kontrabas oraz Joey Sullivan – perkusja, instrument perkusyjne. Dziewięć utworów, 66 minut.

Kolejna mocna pozycja w letnich premierach RPR! Post-jazzowe trio, które z jednej strony świetnie radzi sobie w swobodnych improwizacjach, wypełnionych mnóstwem preparowanych smakołyków, z drugiej jest w stanie konstruować bystre, nieprzegadane improwizacje mając na wejściu temat z melodią i zgrabnym pomysłem dramaturgicznym. Do tego dodać winniśmy świetny warsztat każdego z artystów i dużą kreatywność w sferze improwizacji. Szczególnie podobać się może kontrabasista, który wiele narracji, nawet tych ognistych, free jazzowych prowadzi na smyczku. Tytuł płyty nawiązuje do filmu Dereka Jarmana, okładka zaś stanowi deklarację lidera tria, co do jego sympatii dla undergroundowego ruchu gejowskiego. Nie ma to z punktu widzenia muzyki dużego znaczenia, ale sprawia, że Foster zdaje się być autentyczny w tym, co robi, nie tylko jako bardzo dobry instrumentalista.

Album otwiera swobodna improwizacja, pełna intrygujących dźwięków, uformowana w efektowne crescendo. W drugiej opowieści mamy z kolei śpiewny temat podany przez alt i bas, wyprowadzony na efektowną, free jazzowa prostą. Trzecia narracja zdaje się łączyć walory i stylistyki dwóch pierwszych utworów. To bystre free bazujące na kameralnie usposobionym smyczku kontrabasowym. Kolejne dwa odcinki otwiera kontrabasista, za każdym razem stosując odmienne środki wyrazy. Muzycy świetnie się tu czują w formule post-balladowej, której atrybuty gubią w procesie kolektywnej improwizacji. W kolejnych opowieściach przeplatają się wątki preparowanych, swobodnie kreowanych sytuacji i melodyjne tematy, ukrwione mocą wzajemnych interakcji. W najdłuższej, ósmej części mamy wszystko, co na tym albumie najlepsze. Szczególnie podobać się tu może post-barokowa ekspozycja kontrabasu. Saksofonista porcjuje nam emocje wyjątkowo udanie, bywa równie wyrazisty na tenorze, jak i na sopranie, któremu potrafi nadać prawdziwie dziką ekspresję. Album wieńczy pożegnalna opowieść, toczona w pogrzebowym tempie, ale nasycona dużą porcją saksofonowych szumów, a potem post-aylerowskich melodii i post-barokowych zdobień smyczka. No i drummer, o którym piszemy najmniej, bo on zawsze jest tam, gdzie być powinien.

 

*****

Pośród pozostałych premier lata i wczesnej jesieni dostrzegamy album szwedzkiego duetu bBb, prowadzonego od pewnego już czasu przez saksofonistę Martina Küchena i puzonistę Ola Rubina. Album zwie się Animal Quotes i przynosi porcję improwizowanych dźwięków podaną w sposób dalece performatywny. Szwedzi świetnie się tu bawią, nam trochę brakuje dramaturgii, ale trzeba przyznać, że w stosunku do poprzednich nagrań duetu, album pod względem brzmieniowym zrobiony jest bardzo porządnie.

Kolejny duet, to spotkanie saksofonistki Silke Eberhard i pianistki Céline Voccia. Płyta nazywa się Wild Knots i przynosi siedem zgrabnych improwizacji, którym bliżej do free jazzu niż zadumanej kameralistyki, choć opowieść przynosi mnóstwo dramaturgicznych subtelności.

Duet rodzinny Dietrichów Catch the Leaves, to spotkanie saksofonisty Dona i jego córki, wiolonczelistki Camille. Nagranie, to niespodziewanie spora porcja hałasu, co jest skutkiem zarówno metod wydobywania dźwięków przez muzyków, jak i bardzo bootlegowej jakości samego nagrania.

Z kolei kwartet dowodzony przez pianistkę i kompozytorkę Yvonne Rogers (Seeds), to nagranie bardzo bliskie jazzowego main-streamu i przeznaczone dla mniej wymagającego odbiorcy. W składzie poza liderką odnajdujemy tu kontrabasistę, perkusistę i wokalistkę.

Pozostałe albumy w omawianym dziś zestawie nowości, to solowe improwizacje. Wszystkie one prezentują młodych, bardzo mało znanych artystów z całego niemal świata. Każdy z nich wymaga być może jeszcze artystycznego szlifu i obycia w świecie totalnej improwizacji, tudzież w bezkresie kreowania dźwięków coraz bardziej wymyślnymi technikami rozszerzonymi, ale doprawdy każdy z prezentowanych albumów godny jest naszej uwagi. Nam najbardziej przypadł do gustu klarnetowy spektakl, pełen zadziornych fraz i bystrych preparacji, w wykonaniu Madison Greenstone, zatytułowany bardzo zasadnie Resonance Studies in Ecstatic Consciousness. Pozostałe albumy, to saksofonistka Kyle Jessen (Primitive), kolejna saksofonistka, tu dodatkowo wspierająca się feedbackiem, Camila Nebbia (Una ofrenda a la ausencia), multiinstrumentalistka Maria Valencia (Compendio de Alofonías Abisales) oraz trębacz Benjamin Vergara (The Impossibility of a Single Sound).  



 

piątek, 26 lutego 2021

Matthew Shipp & Evan Parker! Leonine Aspects!


Panowie Shipp i Parker spotykają się na srebrnym dysku bodaj po raz trzeci. Pierwszy jest legendą amerykańskiego free jazzu, drugi legendą wszystkiego, co wartościowe w muzyce swobodnie improwizowanej po tej stronie Atlantyku od ponad pół wieku.

Tym razem los (kierowany bystrym strumieniem kreatywności organizatorów) zetknął ich we francuskiej Miluzie (Théatre de la Sinne), w ramach Festival Météo, jaki odbył się latem 2017 roku. Wybitny pianista i równie wyjątkowy saksofonista zagrali długi set zasadniczy, który potem skwitowali zwinnym encore. Całość obcowania z ich sztuką - jakże wysokich lotów! - zajmie nam dokładnie 55 minut i 10 sekund. Dysk dostarcza Rouge Art Records, a datowany jest już na rok 2021.



Muzycy, jak przystało na wytrwanych lisów scenicznych, proponują stosunkowo łagodne otwarcie koncertu. Ciepły tembr saksofonu tenorowego, wystudzone klawisze post-klasycznego fortepianu. Pierwszy stopień dynamiki łapią wspólnie, ale – póki co – donikąd się nie śpieszą. Pracują na dużej swobodzie, dobrze szukają dramaturgicznych punktów zaczepienia i narracyjnych kantów (zwłaszcza Shipp), incydentalnie wpadają w krótkie, bardziej żwawe przebieżki. Pierwszym, który milknie jest Parker, pozwalając Shippowi na fortepianowe solo. Powrót saksofonu następuje dość szybko, ale tembrem dalece zadumanym. Siła spokoju, która nie musi jednak długo szukać pretekstu do narracyjnej intrygi. Opowieść toczy się dość wartko, bez sekundy nudy. Muzycy potrafią docisnąć, uderzyć w mocniejsze tony, a po ułamku sekundy sunąć niespodziewanie lekkim strumieniem dźwięków, niezależnie od poziomu dynamiki. Innymi słowy - perfekcyjnie sterują dramaturgią (tu znów duży plus, szczególnie po stronie pianisty). 

Tuż przed 14 minutą mamy kolejne solo pianisty, bardzo wystudzone, z zejściem niemal do gołych strun. Parker sięga po saksofon sopranowy, zaczyna ekspozycję znów odrobinę zadumany, ale wszystko wskazuje na to, że trzyma w tubie garść spektakularnych zadziorów. Piękny moment, który po chwili podprowadza nas pod jeszcze bardziej efektowną ekspozycję, czyli cyrkulacyjny popis solowy saksofonisty. Przez lata wielu nauczyło się już kopiować technikę Brytyjczyka, ale wciąż nikt nie czyni tego równie spektakularnie. Shipp powraca na placach, ale niezwykle zwinnych i bystrych, a po chwilowej wymianie serdeczności, przystępuje do kolejnej solowej przebieżki. Tym razem jest ona pełna post-kameralnych abstrakcji, które liczyć mogą na komentarz prychających dysz saksofonu. Artyści zwinnie szukają teraz tempa, ale równie skutecznie odnajdują ciszę i chwile na dramaturgiczną zadumę. Nim wybije 30 minuta zdążą jeszcze pójść na szybka akcję – piano podaje bystry rytm, a sopran skacze w ułamku sekundy do samego nieba! Kolejny stopping zdaje się trafiać idealnie w punkt. Shipp znów serwuje nam kilka pętli solowej ekspozycji, i po raz kolejny zdaje się zadziwiać recenzenta umiejętnością temperowania swoich pianistycznych natręctw – muzyk sprawia dziś wrażenie, jakby postanowił przed koncertem nie zagrać ani jednego zbędnego dźwięku. Uprzedźmy przebieg wypadków – uda mu się do samego końca tego ekscytującego spektaklu!

Chwilę potem Parker powraca do saksofonu tenorowego i proponuje nam kolejny, cyrkulacyjny, samotny pasaż dźwiękowy. Shipp ripostuje przytupem czarnych klawiszy, a emocje same skaczą do góry! Muzycy wciąż dziś lepią nowe sytuacje, dźwiękowe koincydencje, choć elementy składowe ich prac zdają się być nam doskonale znajome. Wybuchają ekspresyjnymi salwami, nie szczędzą nam ekspresji, ale owe momenty napięcia fantastycznie zdobią pauzami, dramaturgicznym spowolnieniem, garściami meta refleksji. Świetnie na siebie reagują, nie mają jakichkolwiek przestojów, podejmują wyłącznie dobre decyzje na scenie. Elegancko i stylowo zbliżają się do końca koncertu. W 45 minucie znów krótkie, bystre solo pianisty, potem kilka uroczych półdźwięków tenoru i drobna, ale wyrazista eksplozja emocji. Set zasadniczy zasypia przy samotnych dźwiękach, lekkich jak puch klawiszy fortepianu.

Na bis Parker powraca do saksofonu sopranowego. Razem z pianistą skaczą po łące, wspinają się na drobne pagórki, chętnie ześlizgują się na samo dno. Całkiem dynamiczny finał z małym, dramaturgicznym peakiem.

 

 

wtorek, 11 lutego 2020

Nate Wooley! What If the Battle Pieces are going on?!


Stos z płytami datowanymi na zabawny rok 2020 rośnie w tempie geometrycznym! Ale redakcja Trybuny wciąż jeszcze pamięta o tych, wydanych w zamierzchłym roku 2019. Dziś kolejny odcinek, dodajmy - na pewno nie ostatni.

Nasz alterglobalny bohater, amerykański trębacz Nate Wooley, w ciągu minionych dwunastu miesięcy nie próżnował. Kilka pozycji wydawniczych z jego istotnym udziałem szczerze na tych łamach omówiliśmy (choćby doskonałe płyty kwartetu From Wolves To Whales), o kilku nie wspomnieliśmy raczej z braku czasu niż powodów artystycznych (mocny akcent w trzecim i czwartym odcinku Strings Ivo Perelmana). Dziś natomiast, w ramach deseru, proponujemy odczyt i odsłuch dwóch jesiennych premier z udziałem Wooleya. Pierwsza, to czwarty już odcinek serialu Battle Pieces (choć trzeci nie znalazł jak dotąd wymiaru edytorskiego, chyba, że coś nam umknęło), druga, to duet z naczelnym pianistą free jazzu z Wielkiego Jabłka – Matthew Shippem.




‎Nate Wooley  Battle Pieces 4  (Relative Pitch Records, CD 2019)

Sylvie Courvoisier na fortepianie, Ingrid Laubrock na saksofonach, Matt Moran na wibrafonie oraz Nate Wooley na trąbce. Koncert zarejestrowany w nowojorskiej Roulette, w grudniu 2018 roku. Jeden trak, 46 minut z sekundami.

Łagodna, bopowa trąbka podaje zgrabny strzęp melodii, cichy wibrafon pulsuje, sucha tuba saksofonu prosi o łyk wody, a pojedyncze dźwięki czarnych i białych klawiszy fortepianu tańczą bez jakiegokolwiek pośpiechu – oto aura, w której możemy damsko-męską batalię zacząć na dobre! Predefiniowana improwizacja, która snuje się po concerthallu z gracją wyuzdanej baletnicy, przykład post-jazzowej kameralistyki, kreowanej przez doświadczonych muzyków, którzy świetnie wiedzą, o co w tym wszystkich chodzi. Mają wybitnie wyostrzony zmysł słuchu, dobrze na siebie reagują, nie miewają złych pomysłów w sensie dramaturgicznym, czynią swoje powinności w duchu dalece wyzwolonej demokracji. Nie stronią od zadziorów i spięć pełnych akustycznej doniosłości, przy okazji budują narrację naładowani zdecydowanie większą dawką emocji, niż to pamiętamy z odcinka pierwszego i drugiego. Ich instrumenty wydają wyłącznie udane dźwięki, nawet w intymnych sytuacjach, przepełnionych spokojnymi frazami i kameralistyczną zadumą.

W początkowej fazie koncertu dużo dźwięków serwuje nam saksofonistka. Pozornie ciepła w brzmieniu, ale za to diabelnie niebezpieczna w czynach. Po 11 minucie odnotowujemy bystry duet saksofonu i wibrafonu, w klimacie czerstwego post-jazzu. W komentarzu trębacz proponuje repetytywny szum, którym stymulował będzie improwizację przez dłuższą chwilę. W nieodległym tle pojedyncze, ostre dźwięki fortepianowych strun zdobią opowieść minimalistycznym sznytem. Kolejna faza, to pianistyczne solo, wcale nie kameralne, ale dalece ogniste! Trąbka szumi, saksofon drży, a wibrafon bierze sprawy w swoje ręce i też ma bardzo udane, solowe pięć sekund. Przed upływem 21 minuty, w oparach wielowarstwowego szumu, narracja gaśnie aż do poziomu ciszy. Restart wydaje się być wyjątkowo zmysłowy, wyjście z cienia smakuje mistrzowską akustyką. Dynamiczna narracja jazzy & chamber as well powraca po kilku minutach. Kwartet płynie szerokim strumieniem, pojawiają się incydenty w duetach (tak damskim, jak i męskim). Tę fazę koncertu wieńczy solowa ekspozycja trębacza, którą komentuje ulotne chamber partnerów, powolne, łagodne i piękne.

W okolicach 30 minuty spektaklu kwartet znów nabiera dynamiki i intensywności. Świetne zmiany daje Wooley, chwilami aż warczy z emocji. Tuż obok niego błyskotliwie repetuje Laubrock. Wyjątkowo stylowy zdaje się być także krótkotrwały duet fortepianu i trąbki. Muzycy w tym akurat momencie prawdopodobnie posiłkują się pewnymi scenariuszowymi skryptami, śpiewają niemal jednym głosem. Rolę finałowego wodzireja bierze na siebie wibrafon. Klimaty chamber wydają się królować niepodzielnie na ostatniej prostej. Melodyjne piano i delikatnie preparowany saksofon idealnie wklejają się w zadaną teksturę improwizacji. Wooley dmie w zamkniętą trąbkę w ramach zabawnego komentarza. Całość gaśnie w tempie umiarkowanym, niemal przez pełne dwie minuty. Ostatnie dźwięki, to minimalistyczna repeta wibrafonu.




Matthew Shipp  & Nate Wooley  What If?  (Rogueart ‎, CD 2019)

Matthew Shipp na fortepianie oraz Nate Wooley na trąbce, studyjna rejestracja z Park West Studios, z czerwca ubiegłego roku. Panowie zagrali dwanaście kompozycji (all compositions by), które przy bliższym poznaniu wydają się być całkiem swobodnymi improwizacjami. Na skupiony odsłuch całości potrzeba dokładnie 55 minut i 4 sekundy.

Co, jeśli? to bez wątpienia kolejny przypadek swobodnej, improwizowanej kameralistyki, która estetyczne i stylistyczne korzenie ma głęboko osadzone w jazzie. Opowieść zaczyna się mocnym, tłustym flow, przy użyciu niemal wyłącznie czarnych klawiszy i rozhisteryzowanej trąbki, która skrzeczy niczym stado gołębi po sterydowej kuracji, wzmacniającej ich masę mięśniową. Od szczytującej ekspresji do niemal spirytualnej ciszy. Po tak efektownym intro, kolejne odcinki płyty wydają się być nieco spokojniejsze, a to, co najważniejsze zaczyna się od utworu ósmego. Nim jednak do niego dotrzemy, sprawdźmy, co dzieje się w tak zwanym międzyczasie.

Odcinek drugi, to minimalistyczne piano i luźno podwieszona trąbka, które budują narrację w cokolwiek pogrzebowym tempie, bez dramaturgicznej spiny, wypełnioną dużą ilością powietrza. Oczywiście, jeśli zachodzi taka potrzeba, opowieść natychmiast gęstnieje, a piano nie szczędzi nam dźwięków w jednostce czasu (w przypadku Shippa, rzecz jasna, bez zaskoczeń). Trzecia część wydaje się być bardziej kanciasta, stawiająca na kontrapunkty. Piano płynie zadziorami, trąbka ssie suche powietrze i prycha nim, niczym smok wawelski. Kolejna opowieść rodzi się z ciszy i popiołów – małe klawisze i długie, skrzeczące frazy trąbki. Piąta stawia na agresywne frazy, preparowanie dźwięków i hałas wielobarwnych klawiszy. Flow nabiera nieco chybotliwej dynamiki i stawia ów fragment po stronie najmocniejszych atutów nagrania. Szósty odcinek otwiera piano, które gra … post-ragtime - powykręcany, filigranowy rytm, obok wysoko podwieszona trąbka, popołudniowa rozmowa o życiu i świecie współczesnym. Siódma część płyty może uchodzić za jej trailer – śpiewna trąbka z akcentami sonore i czarne klawisze, które stawiają zasieki. Free chamber z meta melodią i odrobiną masy mięśniowej – typical what if.

Oto docieramy do rzeczonej ósemki, nazwanej Space Junk, która przy okazji jest najdłuższą historią na płycie. Na wejściu bystre reakcje w estetyce call & responce - urywane frazy w poszukiwaniu nowych dźwięków i rozwiązań dramaturgicznych. Muzycy wzajemnie przekomarzają się, stroszą pióra i swawolą bez umiaru. W połowie piątej minuty dokładają do ognia i błyskotliwie hałasują. Demony stają u bram – trąbka krzyczy, pod nią sunie walec czarnych klawiszy. Brawo! Dziewiąta historia szyta jest po raz kolejny dość gęstym ściegiem, zdobiona progresywnymi przebiegami obu instrumentów. Moc jest z nimi, szczególnie z kipiącą trąbką i jej rozszalałymi wentylami.  Zaraz potem rzeczony blaszak, zagotowany po brzegi, rozdaje całusy na prawo i lewo, a piano brnie w półgalop. Nate stawia stemple doskonałości, Matthew udowadnia, że … potrafi być subtelny i wyrafinowany, stosując wyłącznie białe klawisze. Pięknie wytracają tempo i znajdują ostatni dźwięk. Epizod jedenasty brzmi na klawiaturze nieco abstrakcyjnie. Trąbka podłącza się po kilkudziesięciu sekundach i zawadiacko cmoka. Narracja nabiera dynamiki, leje się szerokim strumieniem, po czym zastyga w filozoficznej zadumie. Na ostatnie prostej piano wydaje się nieco zbyt masywne. Wreszcie finał – trąbka dobrze preparuje suche dźwięki, czarne klawisze zawłaszczają przestrzeń nagrania, ale pełne są dramaturgicznych wątpliwości. Flow znów jest gęsty, ciągnie się od dołu do samej góry i z powrotem, niczym gotująca się lawa w zbyt wąskim przesmyku. Shipp puszcza salwy fonii niczym serie z karabinu maszynowego, Wooley z trudem utrzymuje się na powierzchni. Finał płyty, która być może, w tym akurat momencie, zasługiwałaby na coś więcej, muzycy osiągają wspólną repetycją.


piątek, 2 lutego 2018

Ivo Perelman! The Golden Gate to Eternity!


Jeśli we współczesnym free jazzie szukać mielibyśmy muzyka najbardziej pracowitego, wytrwałego, stale i pieczołowicie rozwijającego kompetencje improwizatora i dążącego konsekwentnie do celu, jakim jest znaczące zaistnienie w historii gatunku, to na miano takiego niestrudzonego wędrowca (Margin Walker!) najdobitniej zasługuje brazylijski saksofonista Ivo Perelman.

Rezydujący w Nowym Jorku muzyk od lat nagrywa, koncertuje i bywa zauważanym w gęstej pajęczynie bardzo dobrych muzyków jazzowych. Na tych łamach nie sięgaliśmy zbyt często po jego nagrania, bodaj tylko CD Soul, nagrany w kwartecie dwa lata temu, doczekał się kilku ciepłych słów.

Redakcja Trybuny ma wszakże wrażenie, że rok ubiegły wiele zmienił w dotychczasowej, powszechnej percepcji twórczości Perelmana. To niebywałe, ale muzyk w samej tylko stajni Leo Records wydał w roku 2017 aż 13 płyt. Fakt ten nie byłby może aż tak wyjątkowy, gdyby nie jakość nagrań zawartych przynajmniej na części z nich oraz poziom kunsztu improwizatorskiego, jaki stał się udziałem muzyka.

Leo Feigin zaordynował dla wszystkich tych wydawnictw złotą czcionkę, zarówno dla tytułów samych płyt, jak i personaliów muzyka. To chyba dobry pomysł. Rodzaj Złotej Bramy do krainy wiecznej, muzycznej nobilitacji.

Za moment nad dwiema pozycjami z tego bogatego zestawu, w ocenie redakcji, krytycznie doskonałymi (z udziałem Nate’a Wooleya!), zdecydowanie nadstawimy ucha, a pozostałe wylistujemy. A zatem najpierw Kamień Filozoficzny, a zaraz potem Octagon!

Dodajmy dla porządku, iż wszystkie nagrania, o których dziś wspominamy, powstały w okresie maj-czerwiec 2017 roku na Brooklynie, w studiu Parkwest (poza jednym wyjątkiem, zresztą informuje o tym sam tytuł).




Ivo Perelman/ Matthew Shipp/ Nate Wooley ‎ Philosopher's Stone

49:34, 10 improwizacji, all music by the musicians - saksofon tenorowy, fortepian i trąbka. Potencjometry ustawione, możemy startować!

Part 1.  Muzycy w ciągłym zwarciu. Wet za wet. Piano w roli stabilizatora, katalizatora, odpowietrznika. Czuwa nad dynamiką, tonacją, kreśli ramy. Sprawia, że szaleństwa, jakie rodzą się w tubach dęciaków, mają choć drobny kontakt z podłożem. Part 2. Tenor, który skowycze, trąbka, która szura i szumi, niczym zdezelowany klimatyzator, no i znów piano, jak cerber, pilnuje ładu i porządku, dające przyzwolenie (przy bardzo ograniczonych środkach wyrazu – Shipp minimalista? Niebywałe! – konstatuje po raz pierwszy dziś zachwycony recenzent). Tenor Ivo od startu brzmi zaskakująco, raz przypomina niski sopran, innym razem potrafi być rumiany, jak zdrowy alt. Narracja, która dostojnie kroczy, co chwila stawiając na sztorc emocje słuchacza krwistymi dialogami dęciaków. Tu, z lekką przewagą w półdystansie Wooleya (co, za sonore!). Dramaturgiczna równowaga wszakże trwa (Shipp!). Part 3. Rytm improwizacji bije sercem wewnętrznym, jest jednak permanentnie dewastowany wyobraźnią saksofonu i trąbki. Struktura narracji pęcznieje i ugina się pod ciężarem dialogu. Imitacja, która zdaje się być wyniesiona do rangi sztuki (telepatia, czy notatki przedprodukcyjne? – pyta dociekliwy recenzent). Taniec na linii, determinacja, skupienie, geniusz pojedynczych dźwięków. Piano gra krótkie interwały, stawia stemple, komentuje, dopowiada. Jego służebna postawa też winna budzić nasz podziw. Part 4. Upiorna ballada dla cierpiących inaczej. Free improv wg scenariusza? Albo metafizyka! Part 5. Narracja postawiona na ostrzu noża. Ciało w ciało. Trzy głowy, jedna hydra! Diabelska czołobitność. Korpulentna piękność. Krok w krok, przy akompaniamencie mistrza ceremonii, Shippa!

Part 6. Znów muzycy brną łeb w łeb. Narracja pozbawiona incydentów solowych. Tu każdy jest bogiem, a wokół panuje patriarchalne równouprawnienie. Shipp w roli drummera? Wszystko mu się dziś udaje! Eskalacja goni eskalację, choć samo tempo improwizacji jest umiarkowanie marszowe (Matthew, jak Ty panujesz nad swoimi emocjami! – recenzent w akcie personifikowania swojego zachwytu). Na tle powszechnego geniuszu Wooleya, mistrz ciężkiej pracy organicznej – Perelman – stawia równie dobitne stemple doskonałości! Znów jego tenor idzie w podniebny rejestr i ryje beret całej armii recenzentów, którzy milkną w obliczu pytania retorycznego (czy na takim typie saksofonu można dobywać aż tak wysokie dźwięki?). Part 7. Albert Ayler is coming! Tłusta wariacja na temat Ghost z wyjątkowo rozszalałym pianistą. Są chwile, gdy Ivo gra więcej niż Nate, czy Matthew, ale to tylko incydenty. Shipp, pan dyrektor rozdaje cenzurki i pilnie obserwuje! Rytm, energia, raw power! W drugiej części tego odcinka prawdziwe expose pianisty. Ayler może być dumny! Wooley wpada w rynnę dronu i brzmi jak matka boska nieustającej pomocy! Perelman nie chce być gorszy! What a game, Masters! Na wybrzmieniu zachwyt nad ciszą, jak spowija klawiaturę fortepianu. Part 8. Tenor na solowym spacerze. Rzadki moment filozoficzny. Po chwili trąbka staje tuż obok, a konsekwencją kolejnej eksplozji może być jedynie obopólny orgazm. Sonore ścieka ze ścian! Nate przekracza właśnie kolejną granicę możliwości dobywania dźwięków z instrumentu blaszanego. Ivo ma podobne zamiary. Narracja płynie szerokim strumieniem, a kolana recenzenta zdają się być już zdarte do krwi, z uwagi na pozycję, w jakiej słucha tej płyty. Oba dęciaki znów grają tym samym dźwiękiem, wchodzą w siebie, jak w masło (ach, ten Bertolucci!). Finał najdłuższego utworu płyty wieńczy kolejna erupcja geniuszu trębacza. Part 9. Odrobina Aylera, w ramach repryzy Siódemki. Trochę przekomarzania, dość dynamicznego, jak na ten krążek. Piano in Rhythm and Sound! Melodyka siłą improwizacji? Szczypta patosu zamiast odpowiedzi. Ale ta improwizacja może sobie pozwolić nawet na to. Part 10. Tenor introdukuje samotnie. Higher than high! Trąbka wchodzi dopiero w trzeciej minucie tej niebywałej kody. Ballada pełna nostalgii, na życie i na śmierć! Ivo i Nate imitują się jak dwa kopulujące czmiele w locie symultanicznym. Brawo! A Shipp nie ma odwagi, by uderzyć w jakikolwiek klawisz. Milczy i słucha. Ostatnie dźwięki ociekają krwią sonorystyki i pokrętnie zaszytej w niej melodii. Wonderful!

What a fuck! – krzyczy recenzent w języku Szekspira, uświadamiając sobie, że być może najlepsza płyta, jaką słuchał w trakcie ostatnich nastu miesięcy, w ogóle nie trafiła na jego prywatny, coroczny top!




Ivo Perelman/ Nate Wooley/ Brandon Lopez/ Gerald Cleaver ‎ Octagon

49:16, 8 improwizacji, all music by the musicians – saksofon tenorowy, trąbka, kontrabas, perkusja. Czas start!

Part 1. Kontrabas stawia słupy graniczne (cóż za brzmienie!), tenor startuje z poziomu trzeciego piętra. Taka oto duetowa introdukcja Octagona. Smyk na strunach sprawia, że także lot Lopeza może być odpowiednio wysoki. Melodia wije się po dyszach, pląta wokół strun. Bez galopady, jakże dostojnym krokiem. Part 2. Tym razem słowo wstępne jest udziałem wyłącznie kontrabasisty, dodatkowo nucącego pod nosem sprośne melodyjki. Saksofon po paru chwilach dołącza, refleksyjnie plamiąc przestrzeń foniczną. Drummer pojawia się w 2 minucie. Ruszają! Tak, z taką sekcją, to można konie kraść! Po kolejnych 120 sekundach, ostre wejście notuje trębacz, dmąc w swą rurę, jak w kolejową sygnałówkę. Szorstki, bardzo zabrudzony sound. W międzyczasie sekcja rysuje coś na kształt rytmu. To marsz, noga w nogę. Być może akompaniament piana na poprzedniej płycie był nieco bardziej wyszukany – komentuje na boku recenzent. Dęciaki opowiadają na przeciwległych flankach, środkiem zaś brnie, niczym walec, rozdygotana para kontrabas – perkusja. Gęsto, ale ze świetnym brzmieniem. Na finał utworu cała narracja uroczo się gmatwa, a na dźwięki ostatnie sekcja zostaje już sama. Part 3. Intro perkusisty, tuż potem saksofon i kontrabas, a trębacz, co staje się już zasadą na tej płycie, wbiega w improwizację jako ostatni. Tempo ponownie bardzo stonowane. Historia toczy się nieśpiesznie, z dużą przestrzenią dla niuansów narracyjnych i improwizacyjnych. Tu na wszystko jest czas. Kilka uroczych, rozszarpywanych melodii, które wzajemnie się przenikają (błyskotliwy dialog Ivo i Brandona). Obok, na prawej, nieco wycofany Nate. W sumie ta ballada jakby wisiała w powietrzu, a kontakt z podłożem gwarantuje jej jedynie dobra robota Geralda na czerstwych werblach i kotłach. Ta rozmowa zdaje się nie mieć końca. Brawo! Part 4. Wspólny wstęp saksofonu i trąbki, to dramaturgicznie pewna nowość na płycie. Wooley zrywa kokon lenistwa i przystępuje do dzieła. Dialog delikatnie iskrzy, choć obu muzykom dość daleko do intensywności Kamienia Filozoficznego. Posmak melodyki Aylera, i na tym nagraniu odciska swoje piętno. Śpiew trąbki, zakręty saksofonu. Kontrabas dołącza dopiero w czwartej minucie. Wkłada do narracji spory balast niskich częstotliwości. Tuż potem rwie struny i daje doskonały podkład pod eskalację Ivo i Nate’a. Tak, to w sumie trzy popisowe ekspozycje. Emocje buzują! A drummer drąży skałę na obrzeżach bębna basowego.

Part 5. Improwizacja toczona jakby o dwa tempa szybciej. W okolicznościach Octagon, to niemal galopada! Na flankach zwinne imitacje i rekontry, w środku ogień palącej się sekcji. Ledwie 2 minutowa ekspozycja. Part 6. Wracamy do marszowego kroku. Ta akurat opowieść zdaje się być nieco bardziej konwencjonalna. Emocje stygną, melodii przybywa. Sekcja na poziomie wzroku. Jazzowy walking kontrabasu, który dynamizuje wszystko i wszystkich w pobliżu. Tenor podskakuje wysoko i daje kilka punktów dodatkowych do łącznej oceny za styl. Trąbka znów w przyczajeniu. Sekcja, nie po raz pierwszy, nie ostatni, wieńczy dzieło w samotności. Part 7. Czyżby dobre sonore?! O tak! Kontrabas ramię w ramię z trąbką, drapanki perkusjonalne, milczący saksofon (może delikatnie dyszy). Diabelski moment! Nate, jak cudownie, że się przebudziłeś! – mruczy pod nosem recenzent. Ivo wchodzi do gry po 90 sekundach. Melodyzuje porządkująco i trzyma fasadę narracji. Dużo energii i emocji. Dziki nerw kontrabasu. Whaw! To drummer napędza jednak ten dyliżans! W 6 minucie saksofon idzie ku górze i zdaje się być zwycięzcą tej eskalacji. Sekcja łapie synkopę i nie jest to łatwy moment tej opowieści. Tak dla improwizatora, jak i słuchacza, który chce przebywać z dala od oczywistości jazzowych rozwiązań. Od 9 minuty sekcja zostaje sama na scenie i przez pięć minut rzeźbi finał. Milczenie dętych, to chyba najlepszy komentarz. Part 8. Krótki, 150 sekundowy finał. Saksofon i smyczek na kontrabasie. Skowycząco, wyzywająco, trochę też sentymentalnie, ale w poprzek prostych skojarzeń. Na koniec zatem, tak jak na początku, tylko skromny duet, w ekspozycji, która jednak znacząco punktuje, zwłaszcza na tle wielominutowych męczarni sekcji w poprzednim odcinku. Final zastaje nas w lekkim niedosycie wrażeń.


****

W ramach suplementu, uzupełnijmy ofertę handlową Leo Records w zakresie płyt z wizerunkiem Ivo Perelmana, datowanych na złoty rok 2017.

Pośród kilkunastu płyt, o których wspominaliśmy w preambule tej powieści, największy poklask zyskało chyba duetowe wydawnictwo Live In Brussels. Podwójny dysk koncertowy popełniony przez saksofonistę w towarzystwie – co nie zaskakuje – Matthewa Shippa. Horda pismaków z całego światła maksymalnie ogwiazdkowała ten krążek, po czasie umieszczając go także na wielu listach najlepszych płyt roku. Ciało redakcyjne Trybuny nie podziela jednak entuzjazmu tłumu, zwłaszcza, gdy brukselski koncert skonfrontuje z płytami, na które wylał się przed momentem wartki strumień entuzjazmu Pana Redaktora.




90 minutowy koncert duetu, składający się z trzech setów i skromnego encore, oczywiście jest dobrą, a nawet bardzo dobrą płytą. Forma i dyspozycja dnia Perelmana nie budzi zastrzeżeń, Shipp gra swoje (czyli dużo), a narracja toczy się zwinnie i bezkonfliktowo. O, właśnie – bezkonfliktowo… Ta para muzyków zna się tak dobrze (patrz także niżej), że doprawdy nie jest w stanie czymkolwiek się zaskoczyć. Ta para muzyków potrzebuje krnąbrnego punktu odniesienia, osoby, która zasieje ferment i skłoni ich do większej kreatywności. Na Kamieniu Filozoficznym doskonale z tej roli wywiązał się Nate Wooley. Tu, w ramach duetu, na scenie L'Archiduc w stolicy Belgii, powodów do ekscytacji jest jakby mniej. Improwizacja prawdziwie iskrzy dla recenzenta dopiero pod koniec płyty, gdy dobrze rozgrzani muzycy potrafią wejść w ciekawsze i mniej przewidywalne interakcje. Tenor Perelmana zmysłowo szybuje ku niebu, zrywa pajęczyny na suficie, tworzy niebywałe ekspozycje. Reakcją Shippa są na ogół bardziej dynamiczne uderzenia w klawiaturę. Stać go na dużo więcej. Pierwsza z dziś omawianych płyt dowiodła tego w dwójnasób.

Na sam już finał dzisiejszej opowieści lista pozostałych złotych płyt Ivo Perelmana, wydanych w roku ubiegłym dla Leo Feigina. Redakcja jeszcze się nad nimi nie pochyliła, jakkolwiek całkiem możliwe, iż nastąpi to w pewnej perspektywie czasowej.

Ivo Perelman/ Matthew Shipp/ Joe Hertenstein (perkusja)  Scalene 

Ivo Perelman/ Matthew Shipp/ William Parker (kontrabas)/ Bobby Kapp (perkusja) ‎ Heptagon

Ivo Perelman/ Matthew Shipp/ Jeff Cosgrove (perkusja) ‎ Live In Baltimore


I to nie jest koniec! Uzupełnieniem powyższej kolekcji nagrań jest … 7 płyt wydanych jako seria The Art Of Perelman-Shipp. Duety, tria i kwartety. Po pełną listę tytułów wysyłam na www.discos.com. Miłej lektury!


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań.


niedziela, 8 stycznia 2017

Vandermark! Butcher! Marsh! Daisy! Dunmall! Laubrock! Dresser! Lee! Ho Bynum! Shipp! Dré Hočevar! McPhee! – zbiorówka późnojesienna, dość nowojorska


Podsumowanie roku 2016 w zakresie płyt najbardziej wartościowych - szczęśliwie - mamy już za sobą. Wybór nie był łatwy, a płyt, które skutecznie przykuły moją uwagę w trakcie minionych dwunastu miesięcy, naliczyłem około… pięćdziesięciu. Selekcja Złotej Szesnastki była zatem wyjątkowo trudna.

Teraz dokonajmy tradycyjnej zbiorówki recenzji płyt. Przed nami pozycje, które trafiły przed oblicze Pana Redaktora w listopadzie i grudniu, a których wydanie datowane jest oczywiście na rok bieżący. Wszystkie poniższe płyty nie doczekały się jeszcze choćby słowa komentarza na tych łamach, a jedynie niektóre z nich zaopatrzone zostały we wstępne rekomendacje, po premierowym odsłuchu (słabe, czerwone - low, średnie, żółte - middle, wreszcie dobre, zielone – high).


Ken Vandermark  Momentum 1: The Stone (Audiographic Records, 2016)

Nowy wielopak z muzyką sygnowaną nazwiskiem chicagowskiego saksofonisty Kena Vandermarka jest niewątpliwie wydarzeniem na scenie muzyki improwizowanej samej końcówki roku. Nie jest nim wszakże sam fakt wydania wydawnictwa wielopłytowego (tylko w rodzimym Not Two na policzenie takich edycji KV nie starczy palców u ręki), ale definitywnie muzyka na niej zawarta!

Styczeń roku ubiegłego, nowojorski klub The Stone i blisko tygodniowa rezydencja Kena, ucieleśniająca się dwoma koncertami dziennie. Wśród zaproszonych gości zarówno working bandy saksofonisty, jak i muzycy, z których stworzono ad hoc kilka pasjonujących personalnie składów. Zarejestrowano megatony dźwięków, z których KV, w ramach autorskiego wydawnictwa Audiographic, wydziergał uroczy sześciopak. Ku radości niżej podpisanego, na srebrne dyski trafiły wyłącznie nagrania formacji powstałych na potrzeby tygodniowej rezydencji saksofonisty.




Mniej więcej od dekady, na różnych łamach, także tu, staram się dowodzić tezy, iż potencjał twórczy Vandermarka, jako kompozytora i band lidera, dalece się wyczerpuje, a radość płynąca z odsłuchu jego muzyki jest mi dana jedynie w przypadku spotkań boleśnie improwizowanych. Momentum 1: The Stone dowodzi tego bezdyskusyjnie.

Dysk pierwszy. Na scenie iście konwulsyjny kwartet - Sylvie Courvoisier (piano), Chris Corsano (perkusja), Ingrid Laubrock (saksofon) i Ken Vandermark (saksofon, klarnet). Dwa siedemnastominutowe zwarcia, pełne improwizacyjnego szaleństwa, na granicy muzycznej agresji, bez słowa zbędnej refleksji. Muzyka iskrzy po sam dach klubu. W szczególnie dynamiczne pyskówki wdają się Laubrock i Vandermark. Próżno wskazać zwycięzcę, nikt tu bowiem nie odpuszcza (pazur Niemki jest ostro zakończony!).  W okolicznościach tej prawdziwie freejazzowej petardy świetnie odnajduje się pianistka, choć niewielu by ją o to podejrzewało. Corsano, wiadomo – to prawdziwy wojownik.

Dysk drugi. Po eksplozji ekspresji, moment nieco zadumanej improwizacji (jakkolwiek niepozbawionej konstruktywnej zadziorności). Mat Manieri (altówka), Joe McPhee (saksofon tenorowy) i Ken Vandermark (saksofon, klarnet).  Po duecie JMP/KV nie spodziewałbym się niczego zaskakującego, ale wpuszczenie między nich doskonałego altowiolinisty MM sprawia, że całość zwartej improwizacji w trójkącie nabiera lekkości i niesie nas ku dalece refleksyjnej przyjemności. Sześć zgrabnych opowieści perfekcyjnie wypełnia nam trzy kwadranse, dodatkowo w sposób niebudzący wątpliwości, co do końcowej rekomendacji.

Dysk trzeci. Na scenie ponownie kwartet na dwa saksofony, piano i perkusję. Obok KV, na drugim dęciaku Ned Rottenberg, na pianie Harvard Wiik, zaś na perkusji Tom Rainey. Ponad czterdziestominutowy występ w trzech odcinkach. Podobnie jak na pierwszym dysku, muzyka iskrzy się i spina na wielu płaszczyznach, jakkolwiek w stosunku do poprzedniego kwartetu, interakcja pomiędzy muzykami jest nieco mniej intensywna. Oczywiście dęciaki, przy konstruktywnym wsparciu piana i perkusji, osiągną stosowną eskalację, ale nie będzie ona miała smaczku doskonałej utarczki Laubrock-Vandermark. Eskalację – dodajmy - raczej w typie kupą mości panowie, niż w drodze kolektywnej improwizacji o niepoliczalnych płaszczyznach piękna.

Dysk czwarty. Bez wątpienia moment kluczowy tego wydawnictwa, a pewnie i całej rezydencji w The Stone. Oczywiście kwartet, tu w składzie: Ikue Mori (elektronika), Joe Morris (gitara), Nate Wooley (trąbka) i KV (to, co zawsze). Morris i Wooley potrafią w duecie czynić cuda, sam KV także ma w dorobku duety z tymi Panami. Do tego elektroakustyczny sos Mori, zawsze adekwatny i uzasadniony dramaturgicznie. Dostajemy jeden track, trwający trzy kwadranse. Cóż tu się nie dzieje… Nie starczyłoby całej zbiorówki, by opisać emocje iskrzące się na scenie. Bardzo swobodna improwizacja na dwa dęciaki, kompulsywną (również preparowaną) gitarę i elektronikę, dramatycznie wbija nas w fotel i każe prosić o więcej. Morris sięga nieba, pozostali muzycy są u jego stóp. Doskonałe!

Dysk piąty. Tym razem KV staje na scenie wraz Okkyung Lee na wiolonczeli i daje się oplątać podwójnym zwojem kabli i talerzy, za które odpowiedzialni są Christof Kurzmann i Marina Rosenfeld. Niespełna czterdziestominutowy track wypełnia nam uszy dość nieśpieszną narracją, która pozwala swobodnie i niebezrefleksyjnie przetrawić emocje z poprzedniego setu.

Dysk szósty, ostatni. Znów kwartet, tym razem po raz pierwszy z… kontrabasem. I to jakim? William Parker! A na dokładkę Steve Swell (puzon) i Paal Nilssen-Love (perkusja). Jeden długi fragment, jeden krótki. Uczta dla prawdziwych fanów free jazzu. Maszyna Parkera kręci tym kwartetem jak zwykle … niezwykle tanecznie, dęciaki plotą figlarne opowieści, a Paal dopełnia całości swym bezbłędnym i naddynamicznym drummingiem.

Kolor dla tego wydawnictwa może być tylko jeden (high!).


John Butcher/ Thomas Lehn/ Matthew Shipp  Tangle (Fataka Records, 2016)

Po opasłych tomach smakowitych improwizacji, przejdźmy płynnie do ostatniego wydawnictwa angielskiej Fataka Records. To już czternasta pozycja katalogowa tej bardzo ciekawej inicjatywy edytorskiej, nastawionej wyłącznie na incydenty free improvisation. A na pokładzie same znane pyski.

Jeden z naszych ewidentnych faworytów, brytyjski saksofonista John Butcher, ma już w tym katalogu płytę nagraną z amerykańskim pianistą Matthew Shippem (Fataka 2), a także trzyosobowe wystąpienie z Thomasem Lehnem (analogowa elektronika), w towarzystwie innego pianisty Johna Tilbury (Fataka 7).




O ile ta ostatnia płyta miała bardzo wyważony, stonowany i minimalistyczny charakter (kto słyszał Tilbury’ego grającego szybkie tempa, niech pierwszy rzuci kamieniem!), o tyle Tangle jest jej całkowitym przeciwieństwem. Muzyka tu zawarta jest głośna, dynamiczna i składa się z nieskończonej ilości spięć, zwarć i nie do końca konstruktywnych dyskusji, zawsze jednak w strefie silnie uwolnionej improwizacji. Shipp, freejazzowy pianista z natręctwami, gra oczywiście non stop i prawie nie dopuszcza kolegów do głosu. Lehn, zazwyczaj skupiony i wyciszony, dużej klasy specjalista w zakresie przykurzonych kabli, nie chce być tu gorszy i też pragnie pohałasować, a że ma w rękach same analogowe triki, efekt końcowy pozostawia sporo do życzenia. W tej głębokiej i ambiwalentnej czeluści, między Shippem a Lehnem, stara się odnaleźć swoje oblicze Butcher. To zdecydowanie nie jest jednak jego bajka. Cóż może zrobić? Próbuje przebić głośnym tembrem tenorowego saksofonu ten dramatyczny splot fortepianu i kablowego szmerostuku. Jest dzielny i nie brakuje mu zasobów, by wgryźć się w tę improwizację. Kosztuje go to jednak tak wiele sił, iż gubi gdzieś swój zwyczajowy artyzm, pomysł na muzykę.

Efekt końcowy mieni się zatem jedynie w kolorach żółtych (middle!), co jest zarówno skutkiem muzycznej zawartości krążka, jak prywatnie wysokich oczekiwań wobec improwizatorów klasy światowej, które nie zostały spełnione.


Tony Marsh/ Chefa Alonso Goodbye Red Rose (Emanem Records, 2016)

Emanem Records Martina Davidsona nie wydaje płyt zbyt często, a jak już tak się dzieje, to zwykle jest to reedycja, twórcze przypomnienie wydarzenia sprzed lat lub wiekowy rarytas. Zatem już sam fakt, że na krążku Goodbye Red Rose doświadczamy nowej muzyki, jest wydarzeniem samym w sobie.


Nagrania te mają już kilka lat, ale powstały w sumie całkiem niedawno (2008-9) i są publikowane po raz pierwszy. Pięć fragmentów zarejestrowano w Londynie, jeden w Hiszpanii. Miejsca nie dziwią, gdyż za muzykę zawartą na płycie odpowiada angielski perkusista Tony Marsh i hiszpańska saksofonistka Chefa Alonso. Pierwszej postaci nie trzeba chyba specjalnie przypominać. Nie ma go już z nami od czterech lat, stąd zapewne i sam pomysł wydania tych nagrań. Hiszpankę winniśmy kojarzyć m.in. z nagraniami London Improvisers Orchestra.
Ponad godzinny materiał koncertowy, mimo aż trzech różnych okoliczności powstania, jest niezwykle spójny muzycznie – stosunkowo dynamiczna, dość ekspresyjna improwizacja na dobre, jazzowe bębny i kompetentny saksofon sopranowy. Linearna narracja, brak spektakularnych zwrotów dramaturgicznych, sprawia, iż z jednej strony, płyty tej wyśmienicie się słucha, z drugiej jednak, już w połowie nagrania można zadać pytanie, co dalej? Reasumując – dla fanów Marsha lektura obowiązkowa i ciekawa pozycja w niezbyt jego bogatej dyskografii. Dla samej Chefy – jak dotąd najważniejsza płyta w życiu. Nam z tego wszystkiego wychodzi high!, ale z podpórką middle!

Wolter Wierbos/ Jasper Stadhouders/ Tim Daisy  Sounds In A Garden (Relay Recordings, 2016)

Jeśli w dzisiejszej zbiorówce mielibyśmy wskazać płytę, której najbliżej do trybunowej Złotej Szesnastki Roku, to z pewnością jest nią nowe wydawnictwo Tim Daisy’ego i jego własnego netlabelu Relay Recordings Dźwięki w Ogrodzie.

Amerykański saksofonista i jego label są stałymi gośćmy na tych łamach, w ramach okresowych zbiorówek i na ogół pobyty tutaj kończą w kolorach zielonych. Uprzedźmy wypadki – tak będzie i tym razem!




Niespełna 50-minutowa studyjna opowieść na perkusję, puzon i gitarę elektryczną (zamiennie stosowaną z gitarą basową). Dwupokoleniowy holenderski zaciąg mieni się barwami świetnej improwizacji, intrygującego, lekko upalonego brzmienia i smakowitej kooperacji. Puzonistę Wierbosa znamy od lat i cenimy (ja szczególnie - za partnerowanie Frankowi Gratkowskiemu w jego Kwartecie). Z młodym gitarzystą Stadhoudersem spotykamy się co raz częściej, a okoliczności stają się na ogół coraz przyjemniejsze (patrz: jedna z płyt na Złotej Szesnastce!). Muzyk to doprawdy wyśmienity, doskonale odnajdujący się w wielu formułach muzycznego improwizowania, a do tego obdarzony wyobraźnią i artystycznym tupetem godnym najwyższego uznania (już mu nawet wybaczę terminowanie w najgorszym projekcie Kena Vandermarka – Made To Break). A Daisy… robi swoje. Nie jest w mojej ocenie jakimś wyjątkowym drummerem, ale w roli kreatora ciekawych spotkań improwizatorskich, idzie mu coraz lepiej (do wglądu: pełny katalog Relay Recordings). Innym słowy – świetna płyta! High!


Paul Dunmall/ Liam Noble/ John Edwards/ Mark Sanders  Chords Of Connection (FMR Records, 2016)

Paula Dunmalla, brytyjskiego saksofonistę starszego pokolenia, cenimy na Trybunie niezmiennie. Pod koniec zacnego roku ’16 przypomina się nam ciekawym, klasycznym kwartetem jazzowym (sax z pełną sekcją rytmiczną). Para Edwards - Sanders była na tej stronie odmieniana już przez wszystkie przypadki. Pianista Liam Noble z pewnością tu debiutuje, choć nie jest muzykiem, który dopiero, co uciekł sroce spod ogona.




Trzyodcinkowa, improwizowana opowieść, głęboko osadzona w jazzowej, czy freejazzowej tradycji, niczym nas nie zaskakuje, ale daj boże każdej niezaskakującej płycie trzymać tak wysoki poziom artystyczny. W doskonałej formie odnajduję Dunmalla, który szczególnie w pierwszej części, dzierżąc w dłoni saksofon tenorowy, ryje nam berety dźwiękami, których bałby się sam John Coltrane (ogień!). Gdy w trakcie drugiej opowieści sięga po sopran, tradycyjnie ujawnia się nam w roli pięknego kolorysty. Gdy w kolejnej części wraca z tenorem, jest już uspokojony i snuje, z genialną jak zawsze sekcją, urocze zakończenie płyty. Sam Noble – przyznaję - niczym nie przykuł mojej uwagi w trakcie tego blisko godzinnego nagrania, ale zrobił swoje, czyli wytrawnie akompaniował kolegom. Rekomendacja - bez dyskusji - zielona (high!).


Ingrid Laubrock  Serpentines (Intakt Records, 2016)

Wróćmy do wątku nowojorskiego naszej dzisiejszej opowieści. Niemiecka saksofonistka średniego pokolenia, Ingrid, Laubrock, przy okazji stała nowojorska rezydentka, jest muzykiem niezwykle ambitnym i nad wyraz pracowitym. A że talentu jej nie brakuje, to coraz częstsze - w moim przypadku - sięganie po jej nagrania, niesie za sobą, rosnące w postępie geometrycznym, pokłady przyjemności.




Szczególnie dobitnym przykładem jest ostatnia jej autorska płyta Serpentines. Do studia zaprosiła doskonałych muzyków – Petera Evansa (trąbka), Craiga Taborna (piano), Sama Plutę (elektronika), Tyshawna Soreya (perkusja), Dana Pecka (tuba) i Miyę Masaoka (koto). Na krążku gramy pięć kompozycji Ingrid (pięknie słychać efekty częstego terminowania u Anthony’ego Braxtona!), które w dalece nieśpiesznych tempach są wytrawnie improwizowane przez kolektyw muzyków, pozostających w ewidentnie świetnej formie. Narracja jest niezwykle precyzyjna, prawdziwie molekularna, cierpliwa, ale zdecydowanie gęsto tkana. Nie brakuje ulotnych, delikatnie onirycznych momentów, które w trakcie rozwoju tego nagrania nabierają rumieńców i pozwalają na czerpanie niekłamanej radości z odsłuchu. Instrumentarium nie jest banalne, poziom ingerencji kablowej Pluty bardziej niż stonowany i na ogół uzasadniony dramaturgicznie. Mam zresztą wrażenie, że nic na tej płycie nie odbywa się bez pełnej akceptacji Laubrock. Akurat temu nagraniu robi to bardzo dobrze.

Rekomendacja high! bezdyskusyjna, wsparta obietnicą Pana Redaktora, by częściej i w bardziej pogłębione analizy muzyki Niemki, zapuszczać recenzenckie pióro.


Mark Dresser Seven  Sedimental You (Clean Feed Records, 2016)

Kolejna nowojorska opowieść dzisiejszej zbiorówki – niewymagający jakichkolwiek rekomendacji, kontrabasista Mark Dresser i jego Siódemka. W składzie – obok lidera i kompozytora całości materiału - Nicole Mitchell (flety), Marty Ehrlich (klarnety), Michael Dessen (puzon), David Morales Boroff (skrzypce), Joshua White (piano) i Jim Black (perkusja).




Kompetencje muzyków nie wymagają rekomendacji, sztyft kompozytorski wyłącznie udany (tu też uroczo słuchać wpływy Braxtona, z którym Dresser spędził pół życia), improwizacje na brawurowym poziomie, acz wedle precyzyjnej rozpiski lidera. Jeśli miałbym szukać łyżki dziegciu, to stwierdziłbym, iż całość jest odrobinę zbyt długa i w drugiej części stanowczo przegadana, przy wtórze nazbyt słodko brzmiących skrzypiec (nie znam tego muzyka, być może miał okienko w repertuarze tamtejszej filharmonii). I tak dobrze, że na kompaktowym nośniku wciąż nie mieści się więcej niż 79 minut muzyki…

Jakkolwiek do 50 minuty Sedimental You broni się niczym Boruc Fabiański na kolejnym mundialu, zatem radość z obcowania z tym dźwiękami jest ewidentnie wysoka. Jeśli lubicie doskonale zinstrumentalizowany jazz, z odrobiną artystowskiego zadęcia – to jest płyta najbardziej odpowiednia. Rekomendacja? Niech będzie high! z delikatną podpórką middle!


Okkyung Lee/ Christian Marclay  Amalgam (Northern Spy Records, 2016)

Nasza ulubiona skośnooka wiolonczelistka (z Nowego Jorku rzecz jasna!) Okkyung Lee, mieszka ostatnio w londyńskim Cafe Oto i co rusz wrzuca nam do odtwarzaczy smakowite duety. Dziś czas na niespełna 40 minutowy meeting z facetem grającym z gramafonów, niejakim Christianem Marclayem.




Lee, w przeciwieństwie do Kolegi akapit wyżej, ma w artystycznym DNA zapisane srebrnymi literami bądź wstrzemięźliwa, zatem w trakcie odsłuchu tego koncertu, nie przyjdzie nam do głowy epitet przegadane.

Oczywiście granie z talerza nie każdemu ryje beret, zatem nawet wśród garstki czytelników Trybuny znajdą się malkontenci, którzy pomarudzą, ale ja śmiało kupuję ten szyt, choćby dlatego, że muzyka na nim zawarta leży od dwie wycieczki do Władywostoku od kompozytorskiego zadęcia kilku kolegów Lee z Wielkiego Jabłka. Drapieżnie, hałaśliwie, pyskato… Demonicznie, krwisto, pstrokato… Daję po twarzy zielonym (high!) i nie przyjmuję votum separatum.


Taylor Ho Bynum  Enter The PlusTet (Firehouse 12 Records, 2016)

A propos… nowojorskich kolegów Lee z kompozytorskim zadęciem. Kolejny gagatek nazywa się Taylor Ho Bynum. Trębacz i kornecistka, z którym znamy się jak łyse konie (ach ten Braxton!), zagnał do studia (rok temu dokładnie) czternastu wspaniałych muzyków (lista płac czyni buraczkowe wypieki na naszych licach!) i kazał im grać swoje wytrawne kompozycje. Baa, fragment pierwszy zaczyna z tak wysokiego C, że Pan Redaktor miał już ochotę zadąć w róg i obwieścić dzieło genialne. Euforia recenzenta nie trwała jednak długo. Manieryczny, jazzowy walking sekcji (wibrafon!), przywraca nas brutalnie do rzeczywistości. We fragmencie drugim mamy wrażenie, że jest czwarta rano i gra nam wyczerpana fizycznie (niedopita!) orkiestra Glenna Millera, a impreza odbywa się pod szczytnym hasłem właśnie co ogłoszonej prohibicji. Fragment trzeci finalny, mam już momenty, które próbują ratować tę płytę, ale niesmak pozostaje….




A na owej liście płac… Nate Wooley, Matt Bauder, Mary Halvorson, Steve Swell, Vincent Chancey, Ingrid Laubrock, Tomeka Reid, Jason Kao Hwang, Ken Filiano, Tomas Fujiwara, Bill Lowe…

Ta płyta miała prawo być doskonała. Stawiam żółte, lekko przegniłe middle! za zmarnowanie takiego potencjału artystycznego i poniekąd czasu tak wspaniałych muzyków.


Illegal Crowns  Illegal Crowns (Rogue Art, 2016)

Mimo ambiwalencji targających duszą Pana Redaktora, pozostańmy przy osobie Taylora Ho Bynuma. Tym razem kwartet Nielegalne Korony, który w trzech czwartych jest … oczywiście nowojorski (także Mary Halvorson i Tomas Fujiwara), zaś czwartym do brydża jawi się Kanadyjczyk (Benoit Delbecq), wszakże z Quebecu, zatem miejsce muzycznego spotkania tej czwórki – Paryż – jest na swój sposób uzasadnione.

Znów materiałem wyjściowym dla improwizacyjnych igraszek są kompozycje (każdy z czworga dołożył tu swoje). Narracja jest nieśpieszna, precyzyjna, jakkolwiek pierwsze wrażenie nie zwala z nóg. Brakuje szczypty dramatyzmu, wyższego poziomu ekspresji i tego czegoś, co nas do tej ekspozycji spróbuje przekonać.




Szczęśliwie w drugiej części tego studyjnego incydentu, do muzyki kwartetu wkrada się delikatny, podskórny nerw, który potrafi na pewien czas zawładnąć naszymi receptorami słuchu. Nie da się w tym miejscu ukryć, że … dzięki niemu Illegal Crowns – z trudem, bo z trudem – wychodzą obronną ręką z tego starcia. Gdybym potrafił cofnąć czas, tuż przed rejestracją tej sesji, zakradłbym się do komory odsłuchowej i bezczelnie podprowadził muzykom zwitki pięciolinii. Ciekaw byłbym efektu końcowego spotkania w takich okolicznościach.

Trochę na wyrost daje ostatecznie temu nagraniu high!, jakkolwiek muszę go podeprzeć niezobowiązującym middle!


The Core Trio Featuring Matthew Ship  The Core Trio Live Featuring Matthew Ship  (Evil Rabbit Records, 2016)

Uwaga! Kolejny zacny Nowojorczyk na scenie! Tym razem w delegacji, w teksańskim Houston. Matthew Shipp – bo o nim tu mowa -  zwiera koncertowe szyki z triem tubylców (?), którzy artystycznie funkcjonują pod nazwą The Core Trio (Seth Paynter na tenorze, Thomas Helton na kontrabasie i Joe Hertenstein na perkusji).

Ponad godzinna dokumentacja koncertowa podana nam jest w dwóch setach. Muzyka ma swój poziom ekspresji, śmiało posadowić się w może w szufladzie free jazz, są dramaturgiczne zwroty akcje, zgrabne pyskówki i garść intelektualnej wymiany podglądów na temat.




Jest tylko jeden drobny szczegół. Takich płyt słuchałem już tysiące. Shipp niczym nie zaskakuje, tradycyjnie gra bez przerwy, choć nie ma problemu z bilansowaniem natężenia dźwięków. Partnerzy, chwilami w pozycji wyczekującej, wobec tego, co zrobi lub pomyśli mistrz z New York City, grają swoje i nie męczą nas nadmiernym nowatorstwem użytych środków artystycznych.

Oczywiście taka muzyka znajdzie wielu admiratorów. Z jazzowego punktu widzenia jest to bezpieczna pozycja, a samo nazwisko Shippa może otworzyć kilka portfeli. Mnie wszakże nie rajcuje, zatem maluję koncert na żółto (middle!), bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia.


Dré Hočevar  Transcendental Within The Sphere Of Indivisible Remainder (Clean Feed Records, 2016)

Dré Hočevar, eksperymentator, perkusista, poszukiwacz rzeczy ulotnych, powraca w nieco rozbudowanym składzie. Jego artystyczna bezczelność i brak jakichkolwiek zahamowań estetycznych sprawia, iż nie sposób przejść wokół jego muzyki w pozycji zobojętnienie.

W zakresie generowania dziwnych dźwięków z kabli, prowodyra tego incydentu (odpowiada także za interakcję) wspomagają skutecznie Sam Pluta (żywy procesor) i Zack Clarke na syntezatorze. Zaciąg akustyczny jest pięcioosobowy (m.in. Mette Rasmussen na saxie, także piano, wiolonczela, trąbka i drugi saksofon), a całości składu dopełnia basista.




Jakże intelektualny tytuł obejmuje, swą nieco wyuzdaną literackością, blisko 49 minutowy, nie przerywany niczym zbędnym, jeden track. Scenariusz tej, w dużej mierze improwizowanej egzekucji dźwięku, nie jest nadmiernie rozbudowany i daje wszystkim muzykom sporo artystycznego luzu.

Jeśli tylko skłonności elektryków do generowania hałasu i eskalowania emocji, daje się w ramach tak dużego składu skutecznie poskramiać (a dzieje się tak zwłaszcza w drugiej części nagrania), to hocevarowa banda szaleńców pięknie płynie ku nieznanemu, improwizując w oparach bardziej niż ciekawej elektroakustyki.

Płyta jest nierówna, ale tupet i wspomniana już artystyczna bezczelność Dre i jego kompanów sprawia, iż Transcendentalny dostaje ode mnie mocne high! Nawet jeśli cenzurka jest odrobinę na wyrost, to konsekwencje biorę na siebie.


Joe McPhee & Ingebrigt Haker Flaten  Bricktop (Trost Records, 2016)

DKV Trio/ The Thing  Collider (Not Two Records, 2016)


Na sam koniec naszej dość obfitej (bo dwumiesięcznej) zbiorówki, dwie płyty muzyków i formacji, które znamy z pewnością lepiej niż zawartość własnych portfeli.

Duet weterana free jazzu, McPhee i postaci już niemal pomnikowej, jeśli chodzi o europejski, basowy wymiar tegoż gatunku, Hakera Flatena, jest rejestracją koncertową z Wisconsin, sprzed dwóch już prawie lat.

Połączone siły dwóch trzyosobowych, niemniej pomnikowych formacji wyżej wymienionego gatunku, DKV Trio i The Thing, to także ekspozycja koncertowa. Tym razem z krakowskiej Manghii, z roku 2014.

Z pewnością wielu z Was umieściło te płyty na swoich tegorocznych play listach, a wcześniej kupując ich kompaktowe edycje, doświadczyła sporego ślinotoku oczekiwania. Mnie osobiście na te płyty po prostu szkoda czasu. Przewidywalność posunięta do granic mojej akceptacji.

Ken Vandermark zaczął dzisiejszą opowieść naprawdę udanym sześciopakiem, pełnym ciekawych i odkrywczych dźwięków. Życzę mu u progu Nowego Roku, by nie ustawał w podobnych próbach (sam zapowiada już Momentum 2 i 3!), ale by jednocześnie przestał już odgrywać stare dźwięki, które słyszeliśmy tysiące razy.

Matsowi Gustafssonowi też tego życzę.

Joe McPhee i Ingebrigtowi Hakerowi Flatenowi życzę po prostu wszystkiego najlepszego!



W ogóle wszystkim tego życzę! Happy New Year!!!!