Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Giovanni di Domenico. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Giovanni di Domenico. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 września 2023

Akira Sakata & Entasis oraz Ido Bukelman w poznańskim Dragonie na początek drugiego półrocza Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Spontaneous Live Series, cykl koncertowy organizowany przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club, powraca po letniej przerwie z przytupem. Do Poznania zawita bowiem legenda światowego free jazzu, najbardziej krewki spośród japońskich mistrzów saksofonu, Akira Sakata. To niebywale wydarzenie już w drugą niedzielę września!

Weteran scen światowych (78 wiosen na karku) bywał już w ostatnich latach zaliczany do muzycznych emerytów (zdrowie nie zawsze dopisywało), ale sił fizycznych i mentalnych zdolności do kreowania nowych dźwięków ciągle mu nie brakuje. W Poznaniu muzyk pojawi się w znakomitym towarzystwie artystów dużo od niego młodszych, ale usposobionych definitywnie ponadgatunkowo, gwarantujących nam free jazzowy drive najwyższych lotów. Włoski keybordzista i pianista Giovanni di Domenico sprawdza się zarówno w pure jazzowych, akustycznych narracjach, jak i w pełni ognistych, psychodelicznych tripach kreowanych na elektrycznych instrumentach klawiszowych. Obok niego grecki gitarzysta Giotis Damianidis, którego impro-rockowe inklinacje winny gwarantować nam prawdziwe eksplozje mocy. Skład kwartetu uzupełnia ekspresyjny, dynamiczny perkusista, świetnie już znany ze scen krajowych, także Dragona, Serb Aleksandar Škorić. Muzycy wystąpią pod nazwą własną Entasis.



W roli równie ponadgatunkowego suportu wystąpi berliński gitarzysta Ido Bukelman, który zaprezentuje set solowych improwizacji na gitarze. Ten oryginalny multiinstrumentalista przez lata praktyki i ogrom scenicznego doświadczenia wyrobił swój charakterystyczny i unikatowy styl improwizacji. Mocno ekspresyjny i bardzo wyrazisty.

Czeka nas w Dragonie wyjątkowo gorący wieczór, w sam raz na podsumowanie odchodzącego lata. Lektura obowiązkowa dla wszystkich fanów free jazzu i nie tylko!

Dodajmy, iż poznański koncert kwartetu Entasis jest ich jedynym występem w Polsce. Dzień wcześniej muzycy grają natomiast w Berlinie. Z kolei Bukelman będzie gościem dziewiętnastej edycji Mózg Festival w Bydgoszczy, zagra tam 7 września, a w sobotę 9 września będzie gościem łódzkiego klubu Ignorantka.

 

Spontaneous Live Series Vol. 49

10 września 2023r., Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3

19.00 Ido Bukelman – gitara solo

20.00 Entasis

Akira Sakata – saksofony

Giovanni Di Domenico – fortepian

Giotis Damianidis – gitara elektryczna

Aleksandar Škorić – perkusja

Bilety są dostępne online: https://tiny.pl/ccj42

 

https://elnegocito.bandcamp.com/album/h-ry-ji

https://akirasakata.bandcamp.com/

https://en.wikipedia.org/wiki/Akira_Sakata

https://www.idobukelmanmusic.com/

 

W ramach uzupełnienia powyższych informacji dodajmy, iż kolejny koncert cyklu spontanicznego odbędzie się 22 września. Zagra wówczas Flamingo Trio w składzie: Chris Heenan – klarnet kontrabasowy, Adam Pultz Melbye – kontrabas oraz Christian Windfeld – instrumenty perkusyjne i obiekty.

A już w pierwszy weekend października odbędzie się siódma edycja Spontaneous Music Festival. O jego szczegółach opowiemy wkrótce.


Patronem medialnym Spontaneous Live Series jest Radio Afera!



wtorek, 8 sierpnia 2023

Pray For Your Prey by di Domenico, Almeida, Pándi & Damianidis!


Włoch, Portugalczyk i Węgier debiutowali cztery lata temu pod nazwą własną Cement Shoes. Ich debiutancka płyta Opus Caementicium powstała w warunkach studyjnych Brukseli. Zapewne wtedy zagrali także kilka koncertów. Przynajmniej na jednym z nich uczynili to w kwartecie, z udziałem pewnego greckiego gitarzysty. Ów koncert trafia dziś do nas za pośrednictwem greckiego wydawcy, pomieszczony na czarnym krążku. Nie trwa nawet dwóch kwadransów, ale zdolny jest zmiażdżyć nasze receptory słuchu pięknym, kwaśnym, rozdygotanym, pełnym emocji, efektownie rozimprowizowanym post-fussion. Rozhuśtane piano Fendera, post-punkowy bas elektryczny, masywna perkusja i silnie unerwiona rockowymi spazmami gitara elektryczna. Prawdziwy ogień! Welcome to!



Opowieść rodzi się w mrocznym echu piana i gitary, ledwie sugerowanego drummingu i ambientowych plam basu. Kwaśny posmak rocka, delikatnie synkopowane pętle basu - wszystko z czasem nabiera tu masy i improwizowanej bezwładności. Muzycy nie wpadają jednak w sidła nadekspresji, świetnie dawkują nam emocje. Piano wybiera drogę wzgórzem onirycznego brzmienia, gitara najpierw pokazuje spektrum swoich możliwości, dopiero potem ciśnie na gaz. Bas tymczasem systematycznie rysuje pierwsze ślady bardziej linearnej narracji, z kolei perkusja perfekcyjnie dba o dynamikę i moc kwartetowego przekazu. W prawdziwe tango idą dopiero po piątej minucie. Flow jest tu gęsty, definitywnie psychodeliczny, ale wcale nie stawia na eskalację poziomu głośności. Druga improwizacja rodzi się w smudze kurzu, szumów i szmerów grzejącego się amplifikatora. Gitarowe struny początkowo giną w gęstym echu, potem zdają się jednak łapać kontakt z rzeczywistością. Spokojny, acz nerwowy strumień fonii nabiera tu masy dzięki intensywnej pracy basu i gitary. Ten pierwszy szuka melodyki, ta druga odpowiedniego poziomu kwasowości. Obrazu dopełnia coraz bardziej zuchwałe piano. Narracja cudownie pętli się, a kontakt z podłożem gwarantują twarde reguły gry sekcji rytmu.

Na starcie trzeciej opowieści pracują gitarowe i basowe pick-up’y. Piano mruczy pod nosem i cedzi dźwięki przez zaciśnięte zęby. Bas stawia na brudne brzmienie, a perkusja na rockowo konstruowaną strukturę rytmiczną, której nie brakuje jednak synkopowanych zdobień. Fussion rock & jazz rusza w marsz po złote runo. Gitara też brudzi brzmienie, a fender łapie kolejne garście ciepłego kwasu. Środkiem sali miarowo przemieszcza się sekcja rytmu, a posadowione na flankach gitara i piano dają do wiwatu. Koncert zdaje się teraz osiągać szczyty swojej ekspresji. Ostatnia improwizacja też stawia na zagęszczony szyk bojowy, ale toczy się w nieco bardziej ospałym tempie. Na początek ambientowe piano, gitara zagubiona w pogłosie i dalece wyważony drumming. Bas pracuje na drugim plamie, snuje zwinne, dość delikatne pętle. Narracja nabiera mocy, ale toczy się na dość dużej wysokości. Piano szuka tu oniryzmu, a gitara porzuca rockowe szaty dla kolejnej dawki powabnej psychodelii. Opowieść bardziej płynie niż galopuje. Bas burczy i trzyma się bliżej podłogi, perkusja dba o rosnącą dynamikę. Oleista improwizacja gaśnie tu wyjątkowo stylowo – w mrok piana, w palenisko gitary, w blask perkusyjnych talerzy.

 

Giovanni di Domenico, Gonçalo Almeida, Balázs Pándi & Giotis Damianidis Pray For Your Prey (Defkaz Records, LP 2023). Giovanni di Domenico – fender Rhodes, Gonçalo Almeida – bass elektryczny, Balázs Pándi – perkusja oraz Giotis Damianidis – gitara. Nagranie koncertowe, Bruksela 2017. Cztery improwizacje, 28 minut z sekundami.



czwartek, 27 czerwca 2019

Tetterapadequ! bRack Again!


Z radością odnotowujemy powrót na rynek muzyczny net-labelowego Cylinder Recordings, inicjatywy wydawniczej portugalskiego kontrabasisty Gonçalo Almeida, która od czasu do czasu wydaje też coś na nośniku czysto fizycznym, w tym przypadku na - odchodzącej nieco do lamusa - płycie kompaktowej. Tak jest właśnie w omawianym dziś przypadku.

Kwartet o tajemniczej nazwie Tetterapadequ na tych łamach znany jest doskonale, niewykluczone, że wszystkie jego dotychczasowe płyty były tu recenzowane. W rzeczywistości ciągłych upałów w tej części świata, Panu Redaktorowi nie chce się jednak szukać linków, zatem chętnych do lektury poprzednich tekstów o kwartecie odsyłamy do tagu Gonçalo Almeida.

Dwóch Włochów zamieszkałych w Belgii i dwóch Portugalczyków zamieszkałych w Holandii (no prawie…)! Why not! Daniele Martini – saksofon tenorowy, Giovanni di Domenico – fortepian, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz João Lobo – perkusja. Nagranie studyjne z lipca 2016 roku, z Brukseli. Pięć utworów (all music by), trzy kwadranse muzyki bez czternastu sekund. Płyta zwie się bRack Again, co brzmi ciekawie zarówno w języku angielskim, jak i … polskim. Przed nami niebywale demokratyczny kwartet, który zdaje się funkcjonować artystycznie na pograniczu gatunków, ale do jazzu, czy free jazzu jest mu zdecydowanie najbliżej. Jedyną zaś dopuszczalną formą wszelkich aktywności dźwiękowych jest dla niego improwizacja.




Perkusyjne intro, klasycyzujące piano płynące całą szerokością klawiatury, ponętny tenor i traktowany smyczkiem kontrabas, któremu na wejściu przypada w udziale rola studzącego emocje - przykład niemal cool jazzowej narracji ze śladami upalonego baroku pomiędzy strunami. Wszystko w tym ansamblu świetnie jest ze sobą skomunikowane, każdy ruch i dźwięk liczyć może na celną reakcję. Kwartet po kolana zatopiony w kolektywnej improwizacji, nawet jeśli okrasza swój występ czymś na kształt ekspozycji solowych, to są one krótkie, zwarte i permanentnie komentowane przez pozostałych członków załogi. Przez większą część nagrania słyszymy wszystkich muzyków, a sytuacje, w których ktoś z nich milknie, należą do rzadkości (po prawdzie, czyni to na ogół jedynie saksofonista). Drugi utwór na płycie zaczyna się dość dynamicznie. Flow jest intensywny, bardzo stylowy, ale daleki od free jazzowego galopu. Świetną zmianę daje drummer, także pianista. Całość jakby delikatnie swingowała, wydaje się lekka jak piórko. To tu mamy ową chwilę bez saksofonu, który wchodzi na gry na koniec i wraz z preparującym perkusistą, porywa cały kwartet w krótkotrwały galop.

Trzecią opowieść – dla partycypacyjnej równowagi – rozpoczyna właśnie saksofonista. Narracja znów smakuje arystokratyczną stylowością i precyzją. Kontrabas dodaje małą ekspozycję pizzicato. Improwizacja toczy się warto, pełna jest wszakże dramaturgicznego skupienia, a każdy dźwięk zdaje być odpowiednio kontrolowany. Recenzent znów nie może nie zauważyć, jak muzycy doskonale słuchają się wzajemnie. W 5 minucie powraca smyczek, tym razem jednak nie tłumi emocji, ale wręcz je stymuluje – piano nabiera prędkości, a tenor zmysłowo pojękuje. Dwie minuty później sytuacja ulega zmianie – bas nabiera masy, a piano ucieka w zmysłowy ambient. Perkusja ma małą ekspozycję własną, a saksofon buduje drony na boku. Kalejdoskop pięknych wrażeń kończy opowieść.

Czwartą część, najdłuższą na płycie (ponad 16 min.), rozbudza kontrabas. Obok małe piano, bardzo delikatnie preparowane. Perkusja i saksofon wytrącają się z letargu po 100 sekundach. Znów precyzja cool jazzu staje się udziałem wszystkich muzyków. Improwizacja bystrze nabiera gęstości i tempa. Świetny moment odnotowuje saksofonista. Jazz pełną gębą, i na salony, i do katakumbowego klubu! Efektowny pasus piana pobudza kontrabas i perkusję do zdecydowanego galopu. Nie trwa on jednak długo. Tenor próbuje gasić już płomień narracji, ale okazuje się w tym dziele wyjątkowo nieskuteczny. Kontrabas wpada w trans, śle spod strun same smakołyki. Muzycy tak dobrze czują się na scenie, że w ogóle nie mają zamiaru kończyć. Piękny duet piana i perkusji na poparcie tezy recenzenta. Jest i smyczek, i saksofon powracający w ciszy. Wreszcie wybija 16 minuta utworu i piano mocnymi akordami obwieszcza finalizację. Smyczek zdobi ją kolejnymi złotymi inkrustacjami.

Po takich emocjach finał tej jakże frapującej płyty nie powinien już być nadmiernie rozbudowany. I tak też dzieje się w istocie rzeczy. Ciche piano, niespokojny tom perkusyjny, pulsujący kontrabas. Podmuchy z tuby wyprowadzają pianistę na ostatnią prostą. Ktoś burczy z głodu, inny szeleści perkusjonalną biżuterią. Tuż potem może już nastać tylko cisza.


piątek, 26 kwietnia 2019

Cement Shoes! Signs Of The Silhouette! Uivo Zebra! Tatvamasi! Like fiery rock is drowning in improvisation!


Dziś zapraszamy na dynamiczny spacer po górach skalistych, zwanych też w języku obcym rocky mountains. Ponieważ pozostaniemy jednak po naszej stronie Wielkiej Wody, a przywołana nazwa geograficzna ma sens jedynie metaforyczny, przekornie użyliśmy w poprzednim zdaniu małych liter, mając pełną świadomość popełnienia błędu ortograficznego.

Cztery prawdziwie ogniste, rockowe bandy, które kochają improwizację! Przed nami gitary pełne prądu wysokiej mocy, muskularni perkusiści, dynamiczne gitary basowe i typowa dla rocka zmysłowa emocjonalność!

Gdybyśmy zajrzeli muzykom do paszportów, to elementem dominującym w naszej opowieści byłaby zdecydowanie Portugalia. Wszakże nie zabraknie dziś także mocnego akcentu krajowego, którego pewne koneksje artystyczne mogą wskazywać na … zachodni skraj naszego przepięknego kontynentu! Naszą podróż zaczniemy jednak w … Brukseli, a w gronie muzyków nie odnajdziemy gitarzysty. Nie zmienia to jednak w jakikolwiek sposób przyjętych wyżej postanowień. So, Let’s Rock!




Cement Shoes  Opus Caemenicium  (Gaffer Records, CD 2019)

Oczywiście zaczynamy od prawdziwego trzęsienia ziemi! Zatem rzeczona stolica Belgii, okoliczności studyjne i trio o uroczej nazwie Cement Shoes, a w nim sami dobrzy znajomi: Giovanni Di Domenico na klawiaturze powszechnie znanej jako Fender Rhodes (to w miejsce tytułowej gitary), Gonçalo Almeida na elektrycznym basie oraz Balázs Pándi na perkusji. Sześć opusów, swobodnie improwizowanych (być może wedle wcześniejszych wytycznych), 40 minut i 52 sekundy.

Punkt startu wyznacza kwaśny dźwięk klawisza na pogłosie, dochodzący z oddali, mały, póki co, dość skromny drumming i dudnienie basówki – klimat jakby odrobinę surrealistyczny, post-kosmiczny. Narracja jest powolna, narasta w tempie ruchu żółwia po amputacji korpusu. Flow fendera zdaje się być dwutorowy, jakby w oczekiwaniu na nadejście płaszcza psychodelii – rezonans, pogłos, echo post-fussion post-rocka. W 5 minucie narracja zagęszcza się w niezwykle rockowy sposób – pętla narracyjna zdaje się mieć moc całkowicie wyzwolonej improwizacji, która czerpie z całej historii muzyki niepokornej – bas kreśli spirale w estetyce hc/noise, klawisz szlifuje kwaśny punk, a doom drumming dopełnia obrazu całości. Opowieść ciągnie oniryczny, ale i ognisty fender, który rzeźbi w dźwięku niczym trzech Hendrixów po wyjątkowo udanej nocy. Ta ekspresyjna fire music wybrzmiewa mokrym ambientem i płynnie przechodzi do kolejnego opusu. Tu introdukcja jest dalece spokojniejsza, ale jeszcze gęstsza, bardziej nasączona kwasami o nieznanym działaniu. Muzyka schodzi do piwnicy, głównie dzięki basiście, który wbija gryf w ubitą ziemię. Wszyscy muzycy, nisko na nogach, płyną po wieczne, ale i cudowne potępienie. Ta full psycho-acid drama gaśnie tuż po czwartej minucie.

Trzeci opus wybucha ścianą dźwięku gitary basowej, którą recenzent całkiem niedawno słyszał już na płycie Low Vertigo (muzyk wszak ten sam!). Fender skwierczy niczym przepalona gitara, perkusja idzie na całość. Brawo! Piękny, ciekły ołów! W 3 minucie bas znów kręci błyskotliwe pętle, a na klawiszu rodzi się już prawdziwa kipiel – free rock and fire! Na wybrzmieniu prawdziwy doom! Wejście w czwarty opus bardzo płynne, na delikatnie wystudzonej klawiaturze. Bas śpiewa wysoką melodię, drummer wyciera pot z czoła - romantyczny fragment jakże piekielnej całości. Narracja płynie soczystym fussion jazzem i nikt nie robi muzykom wyrzutów z tego powodu. Po paru chwilach fantastycznie się jednak dynamizuje – rock in! Gęsty ścieg kolektywnej, rockowej improwizacji. W 4 minucie bas rzuca wyzwanie wyjątkowo mocnym, niemal doom metalowym passusem, fender zdaje się krzyczeć z rozpaczy, perkusja zaś wbija stemple i nie bierze jeńców! Nagłe wytłumienie i … ambientowy klawisz niemal bezboleśnie przenosi nas do realiów piątego opusu.

Opus numer pięć, jeśli słowo się rzekło - progresywny drumming, coś na kształt solowej ekspozycji. Fender tli się w oddali, jakby go nie było, bas milczy aż do trzeciej minuty. Gdy ten ostatni jednak powraca, wszystko gotuje się z emocji i równie nagle kończy. Szósty, finałowy opus wyziera z gęstwiny sprzężeń, symfonii uszkodzonych przetworników dźwięku. Bas rezonuje amplifikatorem. Ośmiominutowa pieśń zamknięcia toczy się na naszych oczach. Fender szuka nowej drogi, gubi wątki i pętli się ze złości, jest już naprawdę gitarą dużej mocy. Narracja niczym harsh ambient pozwala nam zapomnieć o wszystkim, co przyjemne dla ucha. Z tego tygla nieoczywistości rodzi się zmysłowa ekspozycja post-post-fussion. Trochę jak Return to Forever, tuż po przedawkowaniu. Ściana dźwięku - bas kreśli kwaśne do bólu synkopy. Wszyscy razem pięknie tracą tempo i skutecznie szukają zakończenia.




Signs Of The Silhouette  ‎Wigwam  (Bam Balam, LP 2019)‎

Teraz definitywnie na dłużej pozostaniemy w Portugalii! I to nie tylko po to, by świętować 45 rocznicę Rewolucji Goździkowej. Powodem naszych szczególnych zainteresowań będzie lizboński gitarzysta Jorge Nuno. Zawiesimy ucho i oko nad dwoma składami trzyosobowymi z jego udziałem, które brocząc po kolana w estetyce rockowej, ukochały żmudny proces improwizacji w sposób szczególny. Uwaga, przymiotnik kwaśny oraz rzeczownik psychodelia, będą w poniższych akapitach zdecydowanie nadużywane!

Najpierw szósta już płyta zespołu Signs Of The Silhouette, który tworzą, obok wspomnianego Nuno (gitara elektryczna), także André Calvário na gitarze basowej oraz Joao Paulo Entrezede na perkusji. Na płycie Wigwam dodatkowo wspomagani będą przez Makoto Kawabate na gitarze elektrycznej oraz Eduardo Vinhasa na syntezatorach. Warto dodać, iż stałym członkiem bandu jest też Miguel Cravo, odpowiedzialny na działania wizualizacyjne. Wydana na winylu płyta składa się z sześciu części z tytułami, trwa 48 minut i 3 sekundy.

Rockowy drive, sfuzzowany bas, gitarowa ściana mokrej psychodelii, równie gęstej i lepkiej, jak zmysłowej. Sekcja rytmiczna kroi przestrzeń bez chwili zastanowienia, podczas gdy gitara (czasami dwie) uprawiają acidowe szaleństwo, całkowicie zatracając się w procesie ekspresyjnej improwizacji. Zdaje się przy okazji, że japońska gitara ma dodatkowe porcje prądu. Muzyka smakuje ciężkimi dragami i wyjątkowo lekkimi myślami. Drugi epizod tłumi emocje po obu stronach wyimaginowanej sceny – lekka, ciekła narracja, echo, pogłos, filigranowa ekspozycja gitary, małe sprzężenia, puchowe ściany, piękne, dubowe inkrustacje.

Trzecią opowieść poznajemy w samym środku noise’owego zgiełku. Flow sekcji mocny jak walec drogowy, gitara zaś leży na plecach i cudownie rzeźbi w dźwiękach. Rockowa baza, improwizowana nadbudowa. Więcej emocji, mniej kwasu, rzekłby recenzent, gdyby natychmiast nie musiał zmienić zdania – po wyhamowaniu w okolicach 4 minuty, gitara tryska fajerwerkami, jej gryf ocieka brudem, anarchią, prawdziwie punkową nieoczywistością. Solowa ekspozycja Nuno płynie wyjątkowo wysokim wzgórzem. Mantra rocka, improwizacyjne zdobienia. Na ostatniej prostej przyspieszenie i zwolnienie, raz w dół, raz w górę! Czwarta historia pachnie zdrowym rock’n’rollem! Kwaśny marsz po swoje trzech, a nawet czterech kowbojów! Energia kosmosu, witalność, bezpretensjonalność, ale i zadziorność godna klasyków punk & new wave! Jedna gitara śpiewa, droga śle pociska i rozrabia na całego! Free acid impro rock!

Piąty odcinek od pierwszego dźwięku kłuje w oczy niebywałą urodą! Dub & crazy slow motion! Piękna mieszanka kwasów różnogatunkowych – gitara zdaje się pleść androny, bas szykować do drogi, a perkusja milczeć… W 5 minucie talerze leniwie budzą się do życia, bas rysuje linię melodyczną i doprowadza wszystkich do szczęśliwego zakończenia. Oto i szósta, finałowa ekspozycja – gęsty, energetyczny rock powraca – transowe drum’n’bass, zgiełk dwóch gitar, a może raczej gitary i syntezatora. Atak żywych, wyjątkowo hałaśliwych klonów – parafrazując klasyków. Koniec tej niebywale udanej płyty aż kipi energią, więcej w nim hałasu, niż samej psychodelii, nawet garść melodii na ostatniej prostej, ale w estetyce harsh rocka.




Uivo Zebra  ‎Uivo Zebra (Bocian Records, CD 2018) & Gancho (A Besta, Kaseta 2018)

Jorge Nuno i jego gitara elektryczna zostają z nami! Trio Uivo Zebra tworzą wraz z nim – świetnie nam znany kontrabasista Hernani Faustino, tu z instrumentem swojej młodości, czyli gitarą basową oraz João Sousa na perkusji. Trio debiutowało w roku ubiegłym dwoma wydawnictwami ( w tym jednym, wydanym w Polsce!), które za moment skwapliwie omówimy. Selftitled dysk zawiera pięć utworów, trwa 51 minut i 55 sekund, kaseta Gancho – trzy utwory, trwa 44 minuty i 38 sekund (nazwy wydawców z tytule podrozdziału). Choć muzycy nie precyzują tego na okładkach obu wydawnictw, grać będą muzykę improwizowaną opartą o schematy i rozwiązania typowe dla muzyki rockowej.

Zacznijmy od płyty wydanej przez Bociana. Pojedyncze dźwięki talerzy, dzwonków i dzwoneczków, głęboki drumming, preparacje wymieszane z ciszą na gryfie gitary – start Uivo Zebra czyniony jest w niemal dark ambientowych okolicznościach. Pogłos oczekiwania, echo zwiastujące wydarzenia, które dopiero nadejdą. W trakcie 4 minuty nagrania na horyzoncie pojawia się coś, co możemy uznać za rozpoczęcie tzw. narracji właściwej. Gitara skrzy się dubem, bas pulsuje, perkusjonalia pobrzękują – stuprocentowe impro w gemie otwarcia! Bas zdaje się podawać pierwszy rytm dopiero w 7 minucie, brzmi niezwykle masywnie, na jego tyle gitara sprawia wrażenie puchu unoszonego przez wiatr. Silny, rockowy drive - flying guitar i bas, który nie znosi pustki i cały czas, niezależnie od swojej wiodącej roli rytmicznej, plecie małe improwizacje na gryfie. Epickie, niemal 13 minutowe otwarcie, w finale którego gitara zdaje się osiągnąć poziom pełnej, artystycznej ekstazy.

Druga część startuje niezwykle kolektywnie, zwartym, nieco hałaśliwym, rwanym post-rockowym krokiem. Improwizowana sytuacja, z której wyjście podpowiada estetyka muskularnego hc/punk – gęsto, instynktownie, wyraziście! Bas i gitara snują swoje historie, perkusja naciska na obowiązki narracyjne – prawdziwy power noise! Kolejną część otwiera pulsująca gitara na pogłosie. Sekcja stara się stawiać zasieki i jest w tym niezwykle skuteczna. Narracja mimo to wydaje się nad wyraz spokojna. Po pewnym czasie rodzi się melodyjny wątek – rodzaj upalonego bluesa! Bas rzeźbi w poprzek toku myślenia tria, nieustannie zagęszcza narrację. Gitara tuż obok, from time to time, zdaniem odrębnym akcentuje swój psychodeliczny wymiar dźwiękowej nieskończoności. Spowolnienie sprawia, iż muzyka gęstnieje niemal do stanu magmy. Poszukiwanie zakończenia realizuje bystrym solowym popisem gitarzysta, podczas gdy goła sekcja gna na ostateczne zatracenie!

Czwarta część płyty – gitarowy hałas i sekcja, która brzmi niczym The Rolling Stones wiele lat temu! Wszystko szyte tu jest gęstym, rockowym ściegiem. Niczym Motorhead przepuszczony przez prasę hydrauliczną. Ciasne, dotkliwe, emocjonalne, prawdziwe – heavy rock & noise in impro hell! 8 minuta, to dynamiczny zwrot akcji – świetny pomysł! Na wybrzmiewaniu, tuż potem, dobra robota perkusisty i … upadek w kolejną gęstwinę dźwięków. Epicki, znów niemal 13 minutowy dramat! Tuż po jego wybrzmieniu czas na pieśń finałową: małe dźwięki, drobne pulsacje, gitara, bas i perkusja liżą rany -  jakże potrzebna chwila wytchnienia – po czym zbierają się do ostatniej posługi wobec słuchaczy. Gitara dubuje, bas improwizuje na niezadany temat, perkusja wpada w drobną, ale jakże uroczą kipiel. 3 minuta, rockowy motyw z basu budzi wszystkich do życia. Znów pachnie bluesem i wielokrotnie złamaną miłością. Slowly, but heavy! Gitara łapie psychodelicznego dryla, a sekcja brnie dalej bez udziwnień – toż to nawet mały galop! Widmo finału płyty bynajmniej nie tłumi emocji muzyków – dynamiczna perkusja, rockowy bas i gitara, która pętli się wokół własnej osi, snuje kolejną dobrą opowieść. I znów galop – historia rocka zna takie przypadki! Last minute – piękne gaszenie płomienia, głównie za sprawą, jak zwykle błyskotliwej gitary!




Gancho - ten sam podmiot wykonawczy, być może także miejsce i czas. Startujemy z przytupem, na ostro – precyzyjna sekcja, gitara, który niczym skalpel, tnie krótkie, metaliczne frazy. Mniej rocka, więcej impro jazzu – notuje recenzent, ale sam nie jest do końca przekonany do swoich osądów. Oto bowiem gitara zaczyna swój uroczy, i jakże dla niej typowy, psycho-dance till death! W 4 minucie komplet muzyków czyni dramaturgiczną pętlę, niczym zahartowany w bojach noise band. Na tle poprzednio omówionego nagrania, tembr gitary basowej zdaje się być nieco delikatniejszy, także drumming, nawet w stanie kipieli, nie powoduje, iż ściany naszego salonu odsłuchowego zaczynają pękać. Za to gitara zdaje się mieć jeszcze więcej ognia w sobie. Na finał odcinka, gęsta kipiel w stabilnej dynamice, z gitarą, która płonie po nieboskłon i basem, który dogorywa w znoju improwizacji.

Cześć druga, najdłuższa, ponad 22 minutowa, rusza z kopyta dynamicznym drummingiem, ognistą gitarą (jakże by inaczej) i hardcorowym basem, który świetnie zna swoją rolę. Rockowy flow gaśnie jednak już po 120 sekundach – narracja rozlewa się szerokim korytem, a w niej cudna dubowa gitara, aktywna perkusja i perkusjonalia, bas na dorobku. Restart następuje po 30 sekundach i znów pcha trio w pełny galop - moc kwasu na obu gryfach! 6 minuta wyznaczy kolejne hamowanie, podczas którego sekcja łapie bluesowy flow, gitara tuż obok żyje zaś własnym życiem. Cała narracja zdaje rozpływać się w wyjątkowo słodkiej w tym momencie psychodelii. W 9 minucie bas mąci spokój, tnie punkowe riffy, a zaraz po nich jazzowe synkopy, jakby dawał nowe życie tej opowieści. Uroda kolektywnej improwizacji w rozkwicie! Ciąg dalszy stawia na jeszcze większe uspokojenie – bas kreśli małe pętle, gitara świeci na czerwono, perkusja czyni swoją powinność. Rodzaj chill-outu dla zaawansowanych. Po upływie kwadransa – eksplozja gitary! Trio rusza na kolejny podbój świata! Bystry recenzent notuje w kajecie: ta edycja Zebry mniej nastawiona jest na gęste zwarcia narracyjne, więcej w niej powietrza, luzu i swobody beztroskiego improwizowania. Finał tej części dostarcza jeszcze kilka tropów gatunkowych – szczypta noise, post-elektroniki i harshu. Why not! Rock ma swoje prawa!

Wreszcie finałowy kwadrans – zaczyna go wyjątkowo spokojna gitara, bas, który stąpa małymi frazami, niemal flażoletami, także drżenie talerzy, garść pogłosu i dubu. Muzycy zdają się serfować po niespokojnym oceanie, ale nie wykonują nerwowych ruchów. Wraz z rozwojem sytuacji, bas zaczyna grzmieć i dudnić, gitara przeciwnie – łagodna jak baranek. Rodzi się stabilny flow otwartego jazzu. W 6 minucie bas ogłasza kres tych relaksujących zabaw – jest rytm, jest ogień na gryfie gitary, możemy zatem startować z kolejną eskalacją. Ekspresyjny taniec i fajerwerki, kind of psycho-harsh-post-anything-rock! Ale tu tak naprawdę rządzi improwizujący bas – snuje motyw, łamie go i deprecjonuje, gitara zaś śpiewa na stojąco, a potem gna w kierunku napisów końcowych. Po drodze zdarza się jej jeszcze jedna eksplozja mocy (11 min). Ostatnia prosta jest niezwykle efektowna – fire and psycho as well!




Tatvamasi   Amor Fati (OBUH Records ‎, CD 2017)

Na potrzeby ostatniej płyty dzisiejszego zestawu, opuszczamy Portugalię (choć o niej nie zapominamy!) i przenosimy się do Lublina! Przed nami czwarta płyta kwartetu Tatvamasi, który na potrzeby nagrania Amor Fati, rozrósł się do septetu, a chwilami nawet do oktetu. A zatem skład bazowy: Grzegorz Lesiak – gitara elektryczna (kompozytor całości materiału, który za moment zdekonstruowany zostanie bystrymi improwizacjami), Tomasz Piątek – saksofon tenorowy, Łukasz Downar – gitara basowa i Krzysztof Redas – perkusja oraz goście: Anna Witkowska i Michał Ostrowski – skrzypce, Małgorzata Pietroń – wiolonczela i Wojcek Czern – elektronika oraz produkcja samego nagrania, w słynnym w kilku światach studiu nagraniowym w Regałowie. Sześć utworów, 40 minut bez 14 sekund. A co z tym zachodnim krańcem Europy? Poprzednia płyta Tatvamasi nagrana została w towarzystwie Yedo Gibsona I Vasco Trilli. Pisaliśmy o niej na tych łamach.

Coś mi się stało z Twoją głową. W klimat pieśni otwarcia wprowadza nas trzyosobowa sekcja strunowa, która z prawdziwie góralskim zaśpiewem pięknie podprowadza kwartet tubylców Tatvamasi, którzy jazz-rockowym nerwem zaczynają siać artystyczny popłoch. Zwinny temat, strongly strings, funkująca gitara, bystre harmonie wprost do śpiewania i tupania nogą. Wejście w świat improwizacji odbywa się na barkach gitary, która lubi psychodeliczne wycieczki. Niemniej bystry zdaje się być saksofon, który także lubi funkowe emocje. Skoro był temat i improwizacje, musi być też coda – znów smakuje tu wiatrem od gór! Dziwne rzeczy dzieją się w pudełku z zagadkami. Gitarowe intro, perkusjonalia z basem płyną dość ilustracyjnie, skromny saksofon. Gitara plecie mantrę, reszta pięknie improwizuje. Noszę klucze i świecę lampami. Temat ponownie zadaje sekcja strunowa – znów wydaje się być lekki, skoczny, frywolny, tu barwiony analogową elektroniką. Temat prowadzi też kwartet, co kardynalnie zagęszcza opowieść. Po przejściu w stan zmysłowego wytłumienia, leniwie docieramy do fazy improwizacji – najpierw saksofon, potem dochodzi gitara pełna zdrowego kwasu. Efektem tych wszystkich wydarzeń, nowy flow, któremu najbliżej do żywego, pełnowymiarowego jazz-rocka. Sekcja rytmiczna zdaje się prowadzić całą historię z saperską precyzją, którą pęknie podkreślają jakże śpiewne skrzypce i wiolonczela. Na wybrzmieniu te ostatnie nucą balladę, ale nie jesteśmy pewni, czy można jej słuchać przy dzieciach.

Zacne zajęcia wydają się nie mieć ani sensu ani końca. Zaczyna bas na ugiętych kolanach, z odrobiną preparacji. Saksofon szuka dna tuby, analogowa elektronika zagubionego kabla, jest też wielobarwne percussion – ta pieśń lśni mocą bardzo swobodnych improwizacji. Recenzent aż piszczy nad kajetem. Rockowy dryl narzuca po czasie dynamiczna perkusja. Reszta instrumentów wszakże wciąż miesza i mąci, dzięki czemu narracja budzi powszechną grozę i dramaturgiczny niepokój. Właściwy temat utworu być może jest naszym udziałem dopiero pod koniec 5 minuty. Why not! Życie to nie jest spacer po równinie. Tako rzeczą skrzypeczki i zapraszają do tańca w tonacji odrobinę molowej. Bas i gitara tworzą epicką introdukcję. Funk sekcji rytmicznej daje się nam we znaki po 45 sekundzie, ale tu zmiana stara się gonić zmianę. A może tak szczypta ciekłego metalu?? Nie, z powrotem funky as well! Trochę prawdziwie Zornowskiego eskalowania tempem zmian! Istotne spowolnienie spotyka nas po 4 minucie, ale nie trwa ono długo – znów dynamizacja, okraszona świetnym dialogiem saksofonu i gitary – brud, anarchia i psychodelia. Whaw! Dolina matczynych napomnień. Finał rodzi się pośród sekcji rytmicznej, która snuje niezobowiązujące slow motion. Pod ścieg narracyjny delikatnie, unosząc się na palcach, wchodzą skrzypce i wiolonczela. Taniec zwinnych świerszczy po łące zroszonej wiosennym deszczem. Piękne!




czwartek, 20 lipca 2017

Gonçalo Almeida & Ricardo Jacinto – The Selva and other separate stories *)


Wakacje w pełni, pogoda jak zwykle dynamiczna, przynajmniej w Europie Centralnej, czas zatem najwyższy pomyśleć o dalekich podróżach, wielkim i szalonym oceanie, tudzież plażach wielkości małym miast wojewódzkich.

Redakcja - w osobie Pana Redaktora - już prawie w samolocie do pięknej Lizbony, a w ramach umilenia oczekiwania na lot, szybki przegląd muzycznych smakołyków, rzecz jasna głównie z … Portugalii, ale ze znaczącym udziałem muzyków holenderskich, belgijskich, tudzież … włosko-belgijskich.

Zaczniemy od lizbońskiego tria Gonçalo Almeidy, doskonale nam znanego kontrabasisty portugalskiego, choć na ogół rezydenta holenderskiego (historie do przypomnienia - tu, i tu, i jeszcze tu). Potem poznamy zupełnie premierowy kwintet z jego udziałem, dwa kontrabasowe duety, a także jeden kwartet, tu w dwóch odsłonach. Na sam koniec opowieści dwie ciekawe pozycje z udziałem Ricardo Jacinto, portugalskiego wiolonczelisty, który tworzy wraz z Almeidą trio, wspomniane na wstępie tego akapitu. A zwie się ono malowniczo The Selva!


The Selva

Zapis studyjnej rejestracji, poczynionej w Lizbonie pod koniec ubiegłego roku i na początku bieżącego, wypełnia 47 minutowy krążek bez tytułu, który dostarcza nam Clean Feed Records. Pod nazwą płyty i jednocześnie formacji The Selva ukrywa się trójka muzyków - Gonçalo Almeida na kontrabasie, Ricardo Jacinto na wiolonczeli oraz Nuno Morão na perkusji. Dziewięć odcinków oznaczonych cyframi.




(I) Intro ma wyłącznie atrybuty perkusyjne, jakkolwiek duży w tym udział wiolonczelisty, istotnie pobudzonego od pierwszej sekundy. Perkusista płynie silnym drive’em jazzowym, kontrabas zaś w zasadzie milczy. (II) Strunowce mają wybitnie kameralny flow. Perkusja znów jest zadziorna. Pasaż wiolonczeli – dla odmiany - bardzo spokojny, wręcz dostojny, a brzmienie instrumentu wyjątkowe. (III) Pierwszy z dwóch długich, zdaje się zasadniczych fragmentów Selvy. Cisza, czynione na boku sonorystyczne szepty kontrabasu, wiolonczela szemrząca akordowo, niczym gitara. Brzmienie obu instrumentów jest barokowo bogate, ale intrygująco zabrudzone. Narracja toczy się gęstym ściegiem, przy czym wiolonczela lekko serfuje. Szybka zmiana kierunku podróży (all music by the musicians, dodaje recenzent) – kontrabas wpada w amok improwizacji, perkusja szczoteczkuje swingowo, a wiolonczela gra czyste, krystalicznie piękne pasaże w duchu kameralistyki dawnej. Ta ostatnia, mimo częstych zmian w trybie narracji, rządzi i rozdaje karty. Na finał, trwającej blisko kwadrans opowieści, strunowce snują podobne do siebie monologi wewnętrzne, a dobosz bębni wytrawnie (z kajetu recenzenta: ten ostatni, choć aktywny, na poziomie kreacji ustępuje operatorom obiektów strunowych). Smakuje delikatnym transem, mantrycznym zaśpiewem. (IV) Sonorystyczna ekwilibrystka wiolonczeli, przy wtórze energetycznej sekcji rytmicznej. (V) Jacinto, modus operandi tego tria, znów w poszukiwaniu nowych środków wyrazu. Almeida pętli się wokół pokaźnego gryfu kontrabasu, a Morão… bębni na sporym pogłosie. Akustyczne zadziory na obu zestawach strunowych. (VI) Akordy, plamy, znaki szczególne. Narracja smakuje zaangażowanym rockiem. Gatunkowy melting pot trwa w najlepsze! Z kajetu recenzenta: być może brakuje odrobiny perkusjonalii, w miejsce akcentów stricte perkusyjnych. Wiolonczela ponownie w błyskotliwym akustycznie stylu, ucieka w meta otchłań, w czeluść nieoczywistości (dodaje recenzent - poeta). Odpływa, jak statek bez portu docelowego, o kosmicznie pięknym soundzie. (VII) Drugi fragment kluczowy – zwinne palcówki na strunach, talerz i werbel w rezonansie, skupienie, oniryczne stadium zaniechania i konstruktywnej nieśpieszności (prawdziwie portugalskie … na wszystko mamy czas). Nikomu tu w głowie narowiste eskalacje, choć muzycy nie unikają drobnej dynamizacji (a może kęs sonore? pyta recenzent, bo nie wie, co dokładnie winien zanotować w swoim kajecie). Wiolonczela w mig odpowiada na potrzeby recenzenta! Kontrabas poleruje struny, a perkusja … bębni. (VIII) Strunowce dyszą, świszczą i świergolą, jakże to urocze! Piękne tańce dwóch nabrzmiałych smyków. (IX)  Dronowe pasaże silnie zabrudzonych instrumentów strunowych. Perkusja drży, rezonuje, dygocze. Moc akustycznych przesterów (najbardziej wyrazisty, po prawdzie, najlepszy moment tej bardzo dobrej płyty!). I znów pachnie wyszukaną psychodelią. Instrumentalne głosy z offu, stękanie, pomruki. Niech klimat finału tej opowieści wyznaczy jedynie słuszny kierunek muzycznego rozwoju tria The Selva!


Hightailing

Jeśli wciąż szukacie dowodów na to, że współczesna muzyka improwizowana jest ponadgatunkowym wrzącym tyglem, mam dla Was argument sto pięćdziesiąty dziewiąty. Nazywa się Bulliphant. Nie dalej jak w miniony poniedziałek, ukazała się debiutancka płyta kwintetu, który ukrywa się za tą szaloną nazwą (Bykosłoń!). Jej tytuł to Hightailing (Creative Sources, 2017), a zawiera dwanaście fragmentów, które w trakcie 41 minut udowodnią nam, że w dobrej muzyce nie ma złych pomysłów.




W okolicznościach miejsca zwanego De Singer, w miejscowości Rijkevorsel (Belgia? Holandia?) spotkało się całkiem niedawno pięciu muzyków: Bart Maris - trąbka i piccolo trąbka, Ruben Verbruggen – saksofon altowy i barytonowy, Thijs Troch – syntezator i elektronika, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Friso van Wijck – perkusja i perkusjonalia. Ważna informacja dla urzędu emigracyjnego – trzech pierwszych muzyków to Belgowie, zaś ten ostatni, to Holender.

Muzycy przytargali ze sobą taką ilość pomysłów na konstruktywne muzykowanie, że z pewnością wystarczyłoby ich na solidny dziesięciopak. Skończyło się na jednym, niedługim krążku. Jak się zatem domyślacie, intensywność przekazu wszystkich dwunastu utworów jest ponadnormatywna. Prześledźmy, cóż się działo w ich trakcie.

Na płycie mamy zarówno kilkudziesięciosekundowe etiudy i wariacje na temat w podgrupach, jak i pełnowymiarowe, eksplozywne ekspozycje dźwiękowe kwintetu, trwające na ogół od pięciu do ośmiu minut. Muzyka, choć improwizowana, była przed nagraniem z pewnością predefiniowana. Najprawdopodobniej działo się to z wykorzystaniem zeszytu nutowego. Dodajmy, iż autorem krótszych utworów jest przeważnie saksofonista, zaś za te dłuższe odpowiedzialność biorą kontrabasista, trębacz i perkusista.

Wśród krótkich form wypowiedzi odnajdujemy elementy jazzowego frazowania z twardo brzmiącą sekcją rytmiczną, tkanego także przy użyciu drobinek elektroakustycznych, zgrabne duety saksofonu i trąbki, niestroniących od wspólnych pasaży granych unisono, czy też dęte ekscesy trąbki, zapętlającej się w skwierczące zakłócenia z kabla. Natrafiamy na smakowite spotkanie mocnego kontrabasu z dzikiem saksofonem altowym, a także pełnowymiarowy, hardcore jazz-rockowy melanż pięciu ośrodków instrumentalnych.

Fragmenty dłuższe są dramaturgicznie poszarpane, kipią od interakcji i pomysłów na rozwój improwizacji. Drugi zaczyna się pasażem … kościelnych organów, co jest komentowane bez pytania tyradą free jazzowego, dętego sonoryzmu, z pokrętną, istotnie smakowitą melodyką, kojarzącą się raczej ze współczesną muzyką kameralną. Echa fenderowego post-fussion nie obce są i temu, i kilku innym fragmentom tej frapującej płyty. Szóstego otwiera modulowany dron, kreowany elektronicznie, na który powoli nakładają się mikrofale saksofonu i trąbki. Proces wyłaniania się czystych dźwięków z tego kotła piekielnego jest intrygujący! Ach, ten baryton! Kontrabas podkreśla smykiem dramatyzm sytuacji muzycznej. Narracja gęstnieje, jak ciepły budyń, a wybrzmiewa wytrawnym walkingiem Almeidy. Siódmy zaczyna się wręcz melancholijnie (trąbki ślini się do altu). Twarda jazzowa sekcja wchodzi po prawie dwóch minutach tego migdalenia i rozpoczyna się klasycznie freejazzowa, kwartetowa eskapada. Trębacz pichci wyśmienito solo, a wybrzmienie smakuje bardzo kameralistyczne. Dziewiąty dla odmiany, od pierwszego dźwięku gotuje emocje recenzenta. Nagranie jest bardzo free, ale czuje się pędzel aranżacji w tym kolektywnym zwarciu. Szukanie ciszy znów odbywa się w post-fussionowym pasażu syntezatora. Dziesiąty i jedenasty zdominowane są przez kompulsywną, agresywną elektronikę, której śmiało dotrzymują kroku żywe instrumenty. Finałowy fragment płynie wprost z serca czysto brzmiącej trąbki, która snuje opowieść puentująca tę niezwykle ciekawą płytę. Reszta instrumentów tworzy delikatne, niebanalne tło, które świetnie konweniuje z solowymi popisami trębacza (tu też czuć sznyt aranżu). Koniec płyty dopada recenzenta w stanie niedosytu. Play It Again!


8 Pictures

Czas na osiem obrazków z życia dwóch kontrabasów. Raoul van der Weide i Gonçalo Almeida ‎w roli operatorów największych instrumentów strunowych. Przy czym ten pierwszy, w istotnych dramaturgicznie momentach, będzie wspierał się wiolonczelą i manipulował obiektami różnymi. Nagranie studyjne, poczynione w 2015 roku w Rotterdamie, pierwotnie ukazało się pod tytułem Earcinema (Cylinder Recordings, 2015). Obecnie zatem mamy do czynienia z reedycją tego materiału. Płytę, która dostępna jest … jedynie w plikach, tym razem pod innym, jakże precyzyjnym tytułem 8 Pictures, dostarcza nam portugalski label Nachtstück Records (2017).




Mnogość stosowanych przez obu muzyków technik artykulacyjnych stanowić mogłaby bazę do pracy doktorskiej pracowitego muzykologa! Doskonałe brzmienie obu wioseł. Muzycy grają jakby naprzemiennie. Gdy pierwszy prowadzi jazzowy walking, drugi chwyta za smyczek i rżnie przepiękne pasaże w klimatach tak kameralnych, jak i psychodelicznych. Narracja jest niezwykle gęsta, a interakcje zadziorne. Muzycy stoją tak blisko siebie, że ich pot łączy się w jeden płyn ustrojowy (chwilami trudno zdiagnozować, który z nich wydaje, jakie dźwięki, albowiem potrafią scalać się w jeden ciąg zdarzeń akustycznych). Jeśli akurat w tym momencie nieco się popisują, to robią to z niebywałą klasą! Już od czwartego obrazka ich dźwiękowe marszruty intrygujaco się zazębiają, nie brakuje sonorystycznych incydentów, a improwizacja zdaje się być prawdziwie molekularna, szczegółowa, prowadzona w bardzo konkretnej dynamice. Dwugryfowe, kontrabasowe monstrum, podparte tylko odrobinę mniejszą wiolonczelą! Po precyzyjnym wytłumieniu, muzycy zwalniają tempo i brną w pasjonujący dialog w klimatach i estetyce muzyki dawnej. W trakcie piątego obrazka pasaż jednego strunowca wpada w sidła subtelnych akcji za progiem tego drugiego, ze znaczącymi akcentami perkusjonalnymi (z kajetu recenzenta: narracja obu muzyków jest niezwykle kompatybilna, obaj jadą środkowym pasmem i znów zlewają się w jeden potok dźwiękowy; mimo, że tworzą go głównie dwa kontrabasy, muzyka nie jest zdominowana przez niskie częstotliwości, przeciwnie – jest lekka, zwinna i przebiegła). Wciąż dominuje pewien narracyjny schemat – szybki walking vs. rozżarzony smyk na gryfie, który smaży wyraziste pasaże o niepoliczalnych połaciach piękna, z delikatnymi implikacjami w kierunku sonore. W siódmym obrazku muzycy dostarczają nam odrobinę innych dźwięków, być może będących skutkiem skromnych procesów amplifikacyjnych, czy też użycia obiektów różnych. Strój obu instrumentów pozostaje wszakże wysoki. Finałowy obrazek (najdłuższy) zaczyna się burczeniem, tarciem i szarpaniem nieposłusznych strun. Jakże intrygująca instrumentacja! Bogactwo wyobraźni! Tysiące pomysłów na sekundę! Dwa smyki w dawnej estetyce kreślą wyjątkowe płótno prawdziwie mistrzowskim pędzlem!


Live at Atelier Tarwewijk

Kontynuujemy wątek batalii kontrabasowych! Cofamy się o dwa lata, pozostajemy wszakże w Rotterdamie. Kwiecień 2013 roku, koncert w ramach inicjatywy kulturotwórczej Halloween in the Spring, a na scenie Wilbert de Joode i Gonçalo Almeida. Zarejestrowany materiał po roku udostępniony zostaje światu pod tytułem ‎Live at Atelier Tarwewijk (V 1​.​3) (Nachtstück Records, 2014). Panowie będą improwizować przez ponad 52 minuty, nieprzerwanym ciągiem dźwiękowym.




De Joode, kanał lewy, struny jelitowe. Almeida, kanał prawy, struny normalne. Muzycy, szeroko rozstawieni po kątach, zaczynają od zwinnych i niezobowiązujących palcówek po śliskich strunach. Już po kilku minutach, każdy z nich rozpoczyna proces poszukiwania nieoczywistych, indywidualnych rozwiązań sytuacji scenicznej, tak w zakresie technik artykulacyjnych, jak i sposobu prowadzenia improwizacji. Kontrabasy – podobnie jak na poprzednio omawianej płycie – mają stosunkowy wysoki strój i lubią pływać w przestrzeni koncertowej. Są ulotne, jak motyle. Mają piękny sound. Echa muzyki dawnej, a jakże, duże skupienie, a jakże. Transparentność i adekwatność. Po kwadransie muzycy biorą wielkie smyki w swe równie imponujące dłonie i zaczynają się prawdziwe emocje. Smyczkowy dancing! Choć tempo bardziej pogrzebowe. Brzmienie obu kontrabasów przyjemnie się zabrudza. Tli się, jak palenisko bez iskier, wstrząsająco urocze (trochę jak prażona kukurydza – dodaje zgłodniały recenzent). Pomysły artykulacyjne sypią się, jak z rękawa. I każdy jest udany! Kameralistyczne zacięcie Almeidy zbiera obfite żniwo. Gdy oba smyki miarowo uderzają w struny, recenzent gotowy już jest do osiągnięcia stanu wrzenia. Ta rozmowa ma wiele wątków i ogrom niedopowiedzeń. Nie każde słowo ma tu być wypowiedziane. Sztuka zaniechania, umiejętność temperowania emocji. Około 29 minuty De Joode otwiera wieko trumny, a Almeida szeleści ze strachu, miętoli się sam ze sobą (what a sound!). To wspaniałe, że muzycy nigdzie się nie śpieszą. A tyle mają do powiedzenia. Po 30 minucie nastrój kameralistyczny dopada już wszystkich, po obu stronach sceny. Minimal art of sound! Po 40 minucie instrumenty niemal milkną. Chcą nabrać dystansu. Wykluwają się z tego dwa soczyste drony. Zasada imitacji nie jest im obca. To też dowód na to, że słuchają się wzajemnie. De Joode na finał efektownie rezonuje. Jego jelitowe struny czynią cuda! Almeida też ma pomysł! Niedźwiedzie wybrzmienie wprost w objęcia piekielnej ciszy. Koniec z oklaskami.


Pangatuna & Chlopingle

Po serii płyt prawie wyłącznie na instrumenty strunowe, z pewnością zatęskniliście za choćby najskromniejszym dęciakiem. Here it is!

Kwartet nazywa się Tetterapadequ (ta nazwa nie kryje w sobie głębszych treści, to jedynie przestawione litery ze słowa kwartet i miejsca, w którym muzycy grali po raz pierwszy). Tworzą go: na kontrabasie Gonçalo Almeida, na saksofonach Daniele Martini, na fortepianie Giovanni Di Domenico, zaś na perkusji João Lobo. Zaciąg portugalski vs. zaciąg … włosko-belgijski (Daniele i Giovanni, to bowiem włoscy rezydenci Królestwa Belgii). Kwartet ma w dorobku trzy długie płyty i jeden minilongplay. O tym ostatnim pisaliśmy już na tych łamach.




Teraz pochylmy się nad wydawnictwem Pangatuna (For Tune, 2016), nie tylko dlatego, że jest dość świeżą płytą, do tego wydaną w Polsce, ale również z powodu rozbudowania kwartetu, na potrzeby tego akurat nagrania, do rozmiarów oktetu. Personalnie skład bazowy uzupełniają: na saksofonie altowym Audrey Lauro, na saksofonie barytonowym Grégoire Tirtiaux, na klarnecie Jordi Grognard oraz na flecie Quentin Manfroy. Nagranie poczyniono studyjnie w Brukseli, w grudniu 2015 roku. Cztery fragmenty z tytułami potrwają 46 minut (nie zaś 51, jak sugeruje opis płyty).

Pierwszy. Cały oktet podaje zgrabny temat (status: all music composed by the musicians), pięcioosobowy zestaw dęciaków dmie unisono, gęsto, ale dość delikatnie. Rzec można, jazz nieco temperowany, ale incydentalnie bardzo emocjonalny. Rodzaj szlachetnej muzyki mainstreamowej, która jednak myśli, prowokuje, poszukuje usilnie ciekawych sonorystycznie rozwiązań. Tłuste lejce tej trzódki trzyma zdecydowanie pianista. Konstruuje rytm, nadaje wewnętrzną dramaturgię, ustala zasady gry. W okolicach 9 minuty dopada nas cisza, która staje się istotnym punktem wyjścia do nowej podróży w kierunku świata kompetentnych improwizacji. Skupienie i odpowiedzialność za każdy dźwięk nadal pozostają atutami oktetu. W połowie utworu dodany kwartet zaczyna bardziej wyraziście akcentować swoją obecność, jakkolwiek z roli chóru komentatorów nie wyjdzie do końca tej płyty. Z pozornego letargu nieagresywnej narracji, wyrywa nas wybuch soczystej solówki na saksofonie tenorowym (z kajetu recenzenta: wciąż jednak zbyt dużo dyscypliny). Kwartet matka na wiele jednak gościom nie pozwala – pianista, odpowiedzialny cerber, dozorca. Twarda, sumienna realizacja scenariusza wydarzeń. Na finał najdłuższej części tej płyty (25 min) goście podejmują kolejną próbę twórczego zaistnienia i akustycznie aktywizują się. Mają wyraźnie apetyty na pasaże free. Dosadne akordy piana przywracają jednak ład i porządek. Drugi. Oktet w akustycznym rozkwicie. Orkiestra swinguje, jak mało kto. Dęta ferria barw. Po chwili wszystkich dopada moment smutnej zadumy, rodzaj onirycznego tańca w miejscu, bez odrywania nóg od podłogi, a emocje części drugiej kończą się. Trzeci. Kameralne intro kwartetu gości. Już razem, w oktecie, muzycy snują interesujące pasaże, definitywnie jednak z pięciolinii. Natrafiamy  jednak – uff!!! – na bardziej intensywne przepychanki, ewentualność skromnej eskalacji. Szybki powrót do nieekspresyjnych macanek w podgrupach gasi entuzjazm recenzenta. Mainstream z obietnicami, które nie zawsze zostają spełnione. Finał zgrzyta, przypominając recenzentowi, by się nadmiernie nie wymądrzał. Czwarty. Spokojny dancing, czwarta nad ranem, daleko do wolności, jazgot pościeli sterylnej poirytowaniem… Recenzentowi pozostają już tylko marne cytaty z przeszłości. Bez ekscytacji.

Czym prędzej – w obliczu powyższych ambiwalencji – sięgnijmy po poprzednią płytę Tetterapadequ, nagraną w pierwotnym kwartecie. Odpalamy krążek Chlopingle (Creative Sources, 2015). Rejestracja bodaj z roku 2014. Trzy interwały z tytułami, mniej niż 40 minut muzyki.




Płytę rozpoczyna spokojna narracja, trochę w klimatach polskiego yassu, ze szczyptą niebanalnej sonorystyki, w skupieniu, z dużą ilością barwnych szczegółów. Tu wartością samą w sobie zdaje się być formuła tej narracji. Użyte środki są ewidentnie jazzowe, ale sama muzyka pachnie post-rockowym transem. I nic w tym spektaklu nie dzieje się przez przypadek. Po 8 minucie improwizacja ciekawie pętli się. Dużo do ognia dokłada Almeida, rwąc się do walki na smyku. Di Domenico preparuje, a Martini sunie zwinnymi alteracjami. W ostatnich minutach pierwszego fragmentu, dopada nas pełnowartościowa eskalacja, którą bez słowa sprzeciwu, określić możemy jako najmocniejszy fragment Chlopingle, a może i dorobku kwartetu w ujęciu historycznym. Część druga płyty wita nas wytrawną sonorystyką na osiem rąk (świetna robota, zwłaszcza kontrabasisty). Solowy popis pianisty też dobrze komponuje się z całością narracji. Na dokładkę udane pasusy wyczynia saksofonista, uroczo dmąc w sopran. Finałowy fragment ponownie dzieje się pod znakiem udanych incydentów akustycznych – piano stawia stemple, kontrabas jęczy, saksofon kreśli mikrozdarzenia, perkusja prawidłowo tyczy szlak podróży. Kwartet brnie i jątrzy. Kolektywnie, sumiennie, wzorowo.


Garden

Historię pod tytułem Niezwykłe przygody z życia kontrabasisty zostawiamy już dziś bez ciągu dalszego. Czas powrócić do intrygującego wiolonczelisty Ricardo Jacinto, którego poznaliśmy w trakcie odsłuchu tria Selva. Poznamy dwie płyty z jego udziałem, które są … diametralnie różne od siebie.

Najpierw Garden. Nagranie studyjne z Lizbony, poczynione ponad dwa lata temu przez trzech muzyków. Są to: Bruno Parrinha – saksofon altowy, sopranowy i klarnet, Ricardo Jacinto – wiolonczela i elektronika oraz Luís Lopes – gitara elektryczna. Płyta dostępna jest od ubiegłego roku, a wydana została przez Clean Feed Records. Siedem odcinków muzycznych – oznaczonych liczbami, które odwzorowują czas ich trwania - potrwa blisko godzinę zegarową. Spójrzmy, czym szczególnie ekscytował się recenzent w trakcie skupionego odsłuchu.




1351. Sucha, powolna, południowa sonorystyka. Dęciak prycha, wiolonczela szeleści, lekko sfuzzowana gitara wije się w cichym rejestrze. Gitara i wiolonczela (także pod prądem) szybko łapią płaszczyznę porozumienia i tulą się do siebie, jak syjamskie kociska! Na finał wszystko delikatnie sprzęga się i elektroakustycznie zaziębia. 1402. Oba strunowce są definitywnie plugged, snują się wokół dźwięków, które przypominają spacer potencjometrem po skali radioodbiornika. Narracja jest powolna, ale akustycznie inwazyjna. Zdaje się, że ta muzyka ma boleć. Saksofon też brudzi swój sound. Dwie skromne reinkarnacje gitary Jimmy’ego Hendrixa vs. saksofon sopranowy, który pragnie zaistnieć na ich tle. O tak, Luis Lopes lubi psychodelię, to wiemy nie od dziś! Oniryczny klimat dopada muzyków około 7 minuty tej najdłuższej na płycie ekspozycji. Robi się kwieciście – upalona wiolonczela, niedęty saksofon i mantryczna gitara. 555. Akustycznie, delikatnie, niezobowiązująco, nawet balladowo. Powolna narracja dwóch pierwszych części, tu niemal zatrzymuje się w miejscu, ale klarnet dmie uroczo. Zupełnie przy okazji, Lopes udowadnia, że jest w stanie banalnym z pozoru półdźwiękiem ukraść show partnerom. 516. Saksofon bierze sprawy w swoje ręce. Groźnie kontratakuje centralnym pasmem. Na flankach szumy i incydenty elektroakustyczne – przestery Luisa, brudny walking Ricardo. A elektronika robi swoje – recenzent ewidentnie słyszy cztery instrumenty! Każdy z muzyków jest brudny od błota i przeklina. Wiolonczela smakuje na rockowo, gitara bynajmniej, plecie opowieści kameralne. 1030. Muzycy snują się po kątach, prąd iskrzy im w dłoniach. Szukają porozumienia. Klarnet opowiada semickie historie. Wiolonczela płynie, a gitara jest podejrzanie oldfieldowska. Szczęśliwie narracja zapętla się i siarczyście emanuje niezgodą na proste rozwiązania. Nawet szczypta sonore! Prawdziwie piękny moment w wymiarze akustycznym! Suche macanki! Kto zagra subtelniej, ten dostanie rękę Królewny! Błyskotliwe zawody – opus magnum tej płyty! 744. Od startu elektroakustyczna eskalacja emocji! Gęsto, tłusto i narowiście! Kolejna porcja pozytywnej, wnikliwej psychodelii. Znów doskonały moment płyty! Lopes! Lopes! Lopes! – krzyczy w amoku recenzent. Wybrzmienie jest mistrzowskie! 221. Krwiste komentarze, dialogi polityczne, elektroakustyczne resume nagrania. Koniec przychodzi nagle i niegodny jest tak doskonałej płyty.


Harmonies

Na zakończenie naszej dzisiejszej dość długiej opowieści, chwila … chilloutowego wybrzmienia. Po serii silnie improwizowanych incydentów, czas na podłapanie odrobiny harmonii.

Nagranie studyjne z roku ubiegłego. W spotkaniu uczestniczą: Joana Gama - fortepian, Luís Fernandes – elektronika i Ricardo Jacinto – wiolonczela i elektronika. Przed nami ponad trzy kwadranse muzyki, która nosi znamiona skomponowanej, dodatkowo inspirowanej dokonaniami znanego kompozytora muzyki dość popularnej, jak na kanony Trybuny - Erica Satie. Płyta zwie się Harmonies (Shhpuma, 2016) i składa się z sześciu utworów.




Trzy składowe tej muzycznej przygody są dość separatywne, ale skonstruowana z nich muzyczna koncepcja jest spójna i dalece przyswajalna dla wielu. Jeśli elektronika, to wytrawna, progresywna, istotnie wysoko gatunkowa. Bez prostych skojarzeń i ciągot do ilustracyjności. Skupiona, rzetelna, bardzo dobra. Najlepsze berlińskie wzorce z lat 90. ubiegłego stulecia, te ze wspaniałej epoki post-techno, też maja tu rację bytu. Jeśli wiolonczela, wspomagana na kablach nie tylko w zakresie poszerzania brzmienia, ale także dekonstrukcji materiału wsadowego, to moc inspiracji do łamania tytułowej harmonii, do wchodzenia w elektroakustyczne zwarcia. Jeśli fortepian, to bardziej klasycyzujące, ilustracyjne pasaże wprost z klawiatury. Akurat te, dla tego recenzenta, chwilami zbyt słodkie i oczywiste.

Ricardo wchodzi do tej rzeki na trzeciego. Wnosi ferment i kusi los zmyślnymi dźwiękami spod strun wiolonczeli. Jego elektronika jest smakowita, nienatarczywa i świetnie komponuje się z silnym e-backgroundem Fernandesa. To serce i krew tego tria. Szczególnie ekscytującymi są utwory czwarty i piąty, dla których każdorazowo punktem wyjścia do snucia elektronicznej, wielowątkowej narracji jest akustyczny incydent na gryfie wiolonczeli. Choć improwizacja na Harmonies jest jedynie domniemana, to czas poświecony na odsłuch płyty eksplodował u recenzenta pokaźną porcją endorfin.



*) ang. Selva i inne oddzielne opowieści


wtorek, 27 września 2016

Wooley! Antunes! Corsano! – trzy epizody zwieńczone trzema czarnym krążkami


Tydzień bez muzyki Nate’a Wooleya na tej stronie, to tydzień niemal stracony. O wyjątkowości muzyki i artystycznej osobowości nowojorskiego trębacza, przekonuję się na każdym kroku, czy to sięgając po jego kolejne nowe płyty, czy też w amoku wiecznego szperacza, odnajdując starsze nagrania, wszakże bezdyskusyjnie konstytuujące powyższe walory.

Dziś czas na opowieść o jego najnowszej, wydanej latem płycie Purple Patio, która zupełnie niespodziewanie przerodzi się w historię, mającą swe korzenie w słonecznym i ciepłym maju 2012 roku. Przy okazji, stanowić ona może przyczynek do retorycznych rozważań o pokrętnych losach edytorskich, zarejestrowanego materiału z muzyką improwizowaną.

Tak się bowiem składa, że wydawane sukcesywnie na przestrzeni ostatnich lat, winylowe płyty Nate’a Wooleya, poczynione wspólnie z kontrabasistą Hugo Antunesem i perkusistą Chrisem Corsano, zarejestrowane zostały w ciągu… niespełna trzech tygodni, właśnie w owym urokliwym, wiosennym miesiącu. Blok recenzji wszystkich owoców tej współpracy zaczniemy oczywiście od płyty najnowszej, także dlatego, że … powstała ona jako pierwsza!




Purple Patio!

Czas i miejsce zdarzenia: 12 maja 2012r, Portugalia (a jakże!), zamknięta przestrzeń studyjna, Sa Da Bandeira (prawdopodobnie w Porto).

Ludzie i przedmioty: Nate Wooley (trąbka), Hugo Antunes (kontrabas), Jorge Queijo (perkusja), Mario Costa (perkusja) i Chris Corsano (…perkusja). Dwóch jankesów nieco po czterdziestce, kontra trzech, o co najmniej dekadę młodszych, tubylców! Brzmienie imion i nazwisk wskazuje jasno who is who. Dla Nate’a i Chrisa to kolejna przystań ich współpracy (dotychczas jedynie w obrębie permanentnego wykonywania Seven Storey Mountain). Wątek zaś portugalski, to w życiu trębacza rzecz raczej nowa.

Jak gramy: Z perspektywy odsłuchu muzyki, bez dostępu do komentarza odautorskiego, trudno ocenić, czy muzycy dotargali na okoliczność tego spotkania jakieś notatki scenariuszowe, czy coś wcześniej uzgadniali, czy też zwyczajnie poszli na żywioł. Osobiście optowałbym za tym pierwszym rozwiązaniem.

Efekt finalny: Pięć improwizowanych fragmentów muzycznych, opatrzonych tytułami, które do dobrych sklepów muzycznych dostarcza litewski wydawca, posiłkując się tytułem Purple Patio (NoBusiness Records, LP 2016), sygnowanym nazwiskami pięciu muzyków, wymienionych w kolejności, jak akapit wyżej.

Subiektywne wrażenia: Niewątpliwie ów oryginalny skład instrumentalny znacząco wpłynął na charakterystykę tego nagrania. Trzy zestawy perkusyjne dość skutecznie wypełniają florę akustyczną studia, po prawdzie, w wielu momentach nie pozostawiając zbyt dużej przestrzeni dla trąbki (bez wspomagania) i kontrabasu. Gdy improwizacja przebiega w dynamicznym tempie, ich wyważona, ale konsekwentnie kolektywna gra determinuje efekt końcowy i zdaje się popadać w oczywisty jazzowy feeling. Jeśli jednak muzycy postanawiają nieco zwolnić, otwiera się przed nimi fascynująca perspektywa. Delikatne granie na talerzach i szczotkowanie membran bębnów, tworzy bowiem fantastyczne tło dla sonorystycznych igraszek trębacza, wspartych na twardym, cierpkim soundzie kontrabasu. Muzyka snuje się pod sufitem, niczym kulawy wąż, a nasze uszy płoną z radości. Po chwili znów popadamy w nieskromną galopadę trzech jurnych drummerów, którzy nie biorą jeńców. Wooley jednak nie daruje i konsekwentnie wgryza się w fakturę ich gry. Gdy udaje mu się przebić tę ścianę, udowadnia, iż być może jest największym trębaczem swych czasów.




Posh Scorch!

Czas i miejsce zdarzenia: 27 maja 2012r. Bruksela, Klub Les Ateliers Claus, nagranie z udziałem publiczności.

Ludzie i przedmioty: Nate Wooley (trąbka i amplifikacje), Hugo Antunes (kontrabas), Giovanni Di Domenico (piano Fendera, elektronika), Daniele Martini (saksofon tenorowy), Chris Corsano (perkusja). Do bazowej trójki dołączył włoski zaciąg belgijskich rezydentów, który znamy choćby z ostatnio recenzowanego na tej stronie wydawnictwa kwartetu Tetterrapadequ.

Jak gramy: Nuty? Nie! Scenariusz improwizacji? Jeśli w ogóle, to w bardzo ogólnym zarysie, być może taki, jaki bywa wykorzystywany w trakcie kolejnych wykonań Seven Storey Mountain.

Efekt finalny: Jeden fragment, trwający 37 minut i 16 sekund, podzielony na dwie części, z uwagi na wymagania winylowej edycji. Światu udostępnia belgijska inicjatywa wydawnicza, pod tytułem Posh Scorch (Orre Records, LP 2013), sygnowanym personalnie przez pięciu muzyków, w kolejności, jak wyżej. Płyta do kupienia na bandcamp w edycji fizycznej (zawiera voucher umożliwiający dostęp do plików mp3 oraz zapisu video z koncertu), także do ściągnięcia w jakości audio (cena jest wtedy relatywnie niższa).




Subiektywne wrażenia/ przebieg wydarzeń: Ta istotnie niebywała podróż muzyczna rozpoczyna się w oparach fenderowej mgły. W oczekiwaniu na dźwięki pozostałych instrumentów, słyszymy pomruki i westchnienia publiczności, która chyba czuje pismo nosem i wie, że będzie się działo. Trąbka, perkusja, kontrabas i saksofon (fonicznie od lewej do prawej) wchodzą delikatnie w konsystencję koncertu i pojedynczymi dźwiękami znaczą swoją obecność, przy pracującym skrajnie z prawej strony fenderze. Narracja ciągnie się dość leniwie, ale bardzo ciekawie pod względem akustycznym. Szczotkowanie i polerowanie glazury instrumentów zajmuje muzykom jeszcze kilka chwil, a czas umila im fender grający spokojnymi akordami. Ktoś skowycze z oddali (głos ludzki, czy jednak saksofon?). Głosy wszystkich instrumentów zaczynają się układać w swoisty wielodźwięk, który w aurze ledwie sugerowanej oniryczności, zaczyna systematycznie narastać. Głośno, coraz głośniej! Muzycy wzajemnie się poganiają i komplementarnie eskalują poziom emocji i ekspresji. Po jej wybrzmieniu, powraca palcówką fender, uspakajając wszystkich uczestników spektaklu. W międzyczasie krótkie solo realizuje kontrabas, a na to czeka już trębacz, który z tłumikiem między palcami rozpędza kolejną konstruktywną i dalece kolektywną galopadę, ze znaczącą rolą wierzgającego na wszystkie strony saksofonu. Wyciszenie tej erupcji po paru gorących pasusach, pozwala nam… obrócić winyl na drugą stronę. Muzycy są już dobrze rozgrzani, instrumenty palą im się w rękach, co czyni skutecznymi i pięknymi, liczne przekomarzania się wszystkich ze wszystkimi. Tu każdy jest bohaterem i każdy ma coś ważnego do powiedzenia. Mnogość nieoczywistych, nawet tajemniczych dźwięków spowija przestrzeń wokół naszych uszu. Muzyka gęstnieje. Fender pięknie improwizuje na tle rozjuszonej perkusji. I znów na ostro, i znów kolektywnie, po sam sufit salki koncertowej! A po chwili… znów zmysłowo, znów telepatycznie, niemal bezboleśnie muzycy odnajdują ciszę i ukojenie. Niespodziewanie rytm podaje trębacz, bekając z najgłębszych otchłani swego niedużego instrumentu. Czujemy w kościach, że zbliża się finał. Muzycy dolewają paliwa, nastrój robi się niemal industrialny i… pstryk. Gaśnie świeca ekscytacji, znów przy uroczej palcówce fendera… Czas iść do domu, a przedtem zafundować muzykom gigantyczną ścianę oklasków.




Malus!

Czas i miejsce zdarzenia: 28 i 29 maja 2012r. Brugia, Studio De Werf

Ludzie i przedmioty: Nate Wooley (trąbka, amplifikacje), Hugo Antunes (kontrabas, amplifikacje), Chris Corsano (perkusja, amplifikacje w jednym fragmencie).

Jak gramy: Opis wydawnictwa sugeruje muzykę skomponowaną przez wszystkich muzyków (być może w drodze improwizacji). Jeśli jednak przed wejściem do studia mieli oni w głowach jedynie ideę, by pięknie improwizować, to są ... geniuszami (w sumie, i bez tego za takich mogą się już powoli uważać).

Efekt finalny: Siedem fragmentów opatrzonych tytułami, o łącznym czasie trwania, zamykającym się w godzinie lekcyjnej. Winyl dostarczany ponownie pod flagą litewską i tytułem Malus (NoBusiness Records, 2014), sygnowanym trojgiem nazwisk.

Subiektywne wrażenia: W trakcie całego nagrania pozostajemy zdecydowanie we florze akustycznej, a amplifikacje Nate’a i Hugo są na tyle subtelne, że nie naruszają równowagi tego ekosystemu. Gdy jednak w przedostatnim fragmencie po dodatkowe zasilanie występuje także Chris, na chwil kilka uciekamy w rzeczywistość amplifikowaną i być może jest to najpiękniejszy fragment tej … jakże pięknej płyty. Muzycy z niebywałą swobodą kreują proces improwizacji (patrz: uwagi w rubryce jak gramy), a podział obowiązków jest bardzo demokratyczny. Przekornie sam Wooley w wymiarze czasowym gra tu chyba najmniej, często w skupieniu przysłuchując się temu, co wyczyniają solo lub w duecie jego kompani (a dzieje się, dzieje!). Choć to ich trzecie zarejestrowane spotkanie w życiu (… w trakcie 17 dni, dodajmy), to grają jakby to była ich trzydziesta wspólna płyta w dorobku (synergia, empatia! You know what I mean). Szczególnie udane są szemrane fragmenty, czynione w okolicach ciszy, które w mrocznej aurze, prowadzą nas po tajemniczych zakamarkach wyobraźni każdego z muzyków. Także w takich momentach trębacz lubi przyczaić się z boku i mrucząc jak borsuk, obserwować popisy, z udziałem szczególnie pobudzonego kontrabasisty. W momentach sonorystycznego uniesienia muzycy pięknie nawiązują do starej zasady improwizacji w grupie, z czasów genialnego Johna Stevensa - Słuchaj i Reaguj!


Uwagi końcowe

Zachwytami na krążkiem Malus, dzieliłem się już z czytelnikami m/i magazynu w wersji drukowanej, jakieś dwa lata temu. Reprint recenzji jest dostępny na Trybunie, dokładnie w pierwszym poście ze stycznia br.

Niewątpliwie największym wygranym tej majówki jest Hugo Antunes. Dowodem rzeczowym, przede wszystkim ostatni z omawianych krążków. A dyskografia portugalskiego kontrabasisty (dodajmy, rezydenta Brukseli), póki co, jest niezwykle skromna. Poza w/w krążkami doszukałem się … jednej autorskiej płyty w kwintecie Roll Call (Clean Feed Records, 2010), na dwie perkusje, dwa saksofony i kontrabas, a także wydawnictwa poczynionego z belgijskimi przyjaciółmi, w ramach formacji Mount Meru (Arbres, Buzz-Records, 2013). Obiecuję pilnie śledzić nazwisko Antunes i dokopywać się, co pewien czas, do kolejnych udanych ekscesów improwizatorskich.

A Nate Wooley? Cóż, myślę, że czas oswoić się już z epitetem zapisanym w trzynastym wierszu ósmego akapitu tego tekstu.



poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Cylinder Recordings. Portugal a improvisar com Gonçalo Almeida como exemplo – dois quartetos e um trio


Dzisiejsza opowieść o niektórych dokonaniach artystycznych netlabelu Cylinder Recordings zwie się po naszemu Portugalia improwizująca na przykładzie Gonçalo Almeidy – dwa kwartety i jedno trio, choć…. rzecz definitywnie dzieje się w Holandii!

Składa się bowiem tak, że Gonçalo Almeida, portugalski z krwi i kości kontrabasista, od czasu pewnego mieszka i muzykuje głównie w Rotterdamie. Nie jest to bynajmniej zjawisko szczególnie oryginalne, albowiem wszyscy w tym gronie wiemy, iż życie muzyka improwizującego nie jest łatwe i pcha go w najróżniejsze zakątki świata. Innymi słowy płynie tam, gdzie go chcą (posłuchać lub/i wydać). Zresztą rzeczony Cylinder Recordings ma wymiar głównie internetowy, zatem miejsce fizycznego powstania nagrania, tudzież adres, z którego płynie do nas zwarta paczka plików muzycznych, są w sumie danymi zupełnie zbędnymi.

Z nazwiskiem Gonçalo Almeidy zetknęli się już zapewne entuzjaści muzyki improwizowanej, którzy często zaglądają do katalogu portugalskiego Clean Feed Records. Myślę tu o ciekawych krążkach formacji LAMA (z Susaną Santos Silvą), czy płycie Vibrate In Sympathy tria z kluczowym udziałem kontrabasisty.

Sam Almeida od blisko dwóch lat zarządza Cylindrem i jako muzyk uczestniczył w nagraniu wszystkich pozycji dyskograficznych wytwórni *). Było ich jak dotąd czternaście, a my pochylimy się teraz nad trzema z nich.





Pierwszą niech będzie… najnowsze dzieło cylindrowe, czyli z wielu względów frapujący kwartet Buku (Cylinder Recordings, CRO 014, 2016) – Susana Santos Silva na trąbce, Jasper Stadhouders na gitarze, Gonçalo Almeida na kontrabasie i Gustavo Costa na perkusji. Pięćdziesięciominutowa rejestracja w trzynastu odcinkach muzycznych wyprodukowana została… w Porto, zatem tytuł naszej dzisiejszej opowieści nie jest jednak nieprecyzyjny. Susanę poznaliśmy już na Trybunie, zatem myślę, że 37-letnia Portugalka nie wymaga specjalnej introdukcji (urodzona w Porto, dużą część roku spędza oczywiście w … Holandii). Jasper zaś, to młody, jurny i konsekwentnie niepokorny gitarzysta z prądem, stamtąd właśnie, który ma już w swoim portfolio dysk wydany w Polsce, przez Not Two (Cactus Truck Seizures Palace, z Johnem Dikemanem na saksofonach). Czwarty do brydża w tym zestawie, to wywodzący się ze sceny …trashmetalowej Gustavo, którego udane bębnienie dane mi było usłyszeć po raz pierwszy.

Agresywna, ale czysta jak łza, trąbka Susany i rozwichrzona, nieco hippisowska gitara na lekkim speadzie Jaspera, ewidentnie napędzają ten szalony kwartet. Dynamika, ekspresja, zwięzłość wypowiedzi, chwilami rubaszna dosłowność, to główne charakterystyki tej muzycznej opowieści. Trajektorie kolektywnych improwizacji trąbki i gitary próbuje okiełznać sekcja rytmiczna. Gonçalo atakuje ostrym tembrem swego instrumentu, o delikatnie zabrudzonym soundzie. Gustavo też nie odpuszcza, choć jak na drummera z metalową przeszłością, potrafi zaskoczyć kolorystką brzmienia i różnorodnością środków wyrazu. Buku - krótkie, zwarte tematy (najdłuższy z trudem przekracza 6 minut), szybkie urywane frazy trąbki, w ścisłej korelacji z gitarowymi pasjansami o zaskakujących puentach. Gęsto, bardzo kolektywnie (dominują fragmenty grane przez wszystkich muzyków jednocześnie) i zdecydowanie na temat. Trzynaście dowodów na nieśmiertelność muzycznej anarchii. Co rusz pyskówki, pikantne zwarcia i nieoczywiste dysonanse. By zdążyć przed zachodem czegokolwiek, z odcieniem rockowej bezczelności i niedopytywania o przyczynę zjawiska. Jeśli dotrwamy do spokojniejszej nuty, też jest ona masywna i bezdyskusyjnie karkołomna. Muzyka poniekąd piękna, zdecydowanie na sposób niedelikatny. Frenetyczna, doskonała podróż w nieznane!

Po tej wyczerpującej energetycznie wyprawie, zasłużyliśmy na odrobinę… odpoczynku, wszakże rozumianego przez pryzmat fascynacji free improv. Czas na trio niskich częstotliwości! Oczywiście Gonçalo Almeida na kontrabasie, a w koncertowej rejestracji wspomagają go doskonale nam znani i niejednokrotnie lubiani – Wilbert De Joode, także na kontrabasie i Fred Lonberg-Holm na wiolonczeli. Nagranie z marca 2012r. dociera do naszych uszu dzięki wydawnictwu Live At ZAAL 100 (Cylinder Recordings, CRO 007, 2015).




Choć obiecywałem odpoczynek, improwizacja trzech odpowiedzialnych muzyków ma bardzo gęsty, intensywny charakter. Na ogół tempo nadaje jeden z nich, delikatnie sugerując także rytm muzycznego przebiegu wydarzeń. W tym czasie dwaj pozostali rzeźbią smykami na gryfach swych akustycznych instrumentów. Bywa jednak w trakcie koncertu, że cała trójka jedynie szarpie wielkimi paluchami upocone do granic możliwości struny. Trzy niepełne kwadranse bez nanosekundy zbędnej nudy i momentów zawahania. Upalona filharmonia na skraju załamania nerwowego (a miało być wypoczynkowo…). Docieramy także do momentu, gdy trzy smyki intensywnością dźwiękowego przekazu dewastują nasz spokój i zapraszają na huczne obchody dnia konstruktywnego niepokoju ducha. Czupurne, nieznośne, urokliwie piękne!

No i trzecie spotkanie – Descanco Del Dopo Popo (Cylinder Recordings, CRO 013, 2016), firmowane przez kwartet o dźwięcznej nazwie Tetterapadequ. W składzie belgijscy Włosi – Daniele Martini (tenor) i Giovani di Domenico (piano), belgijski Portugalczyk Joăo Lobo (perkusja) i nasz … holenderski Portugalczyk Gonçalo Almeida (kontrabas). Przy okazji, omawiane wydawnictwo to już trzeci krążek kwartetu o nazwie, która jest parafrazą nazwy haaskiego klubu jazzowego The Patter Quartet. Tym razem mamy przed sobą epkę, trwającą niespełna 25 minut (choć bodaj jako jedyna w CR, dostępna jest w formacie CD,  trzycalowego dodajmy).




Rozedrgany tembr kontrabasu i piana, niczym łydki dziewicy przed pierwszą nocą, niekoniecznie z ukochanym, zaczynają tę krótką przygodę. Almeida trzyma kontekst, jak tonący brzytwy. Rośnie niepokój, dając szansę na szczyptę przyzwoitości i choćby fragment… udanej improwizacji. Zaduma jednak nasila się, czyniąc nagranie godne jedynie... monachijskiego ECM. Wytrwali doczekają się na szczęście odrobiny konstruktywnej preparacji na fortepianie – spokojnej jak Bałtyk w trakcie upalnej końcówki lata, ale jakkolwiek wartościowej. Potem Almeida, ze smykiem w ręku, zapisuje się na lekcje muzycznej wstrzemięźliwości do Manfreda Eichera… A my możemy spokojnie przejść do puenty tej recenzji.

Młodość na europejskiej scenie muzyki improwizowanej szaleje bez ustanku (The Youth Are Getting Restless!) **), ale jak się okazuje, miewa też przystanki niedoskonałości, dając tym samym szansę naszym ulubionym weteranom free improv na kolejną genialną płytę. Descanco Del Dopo Popo do tego stanu rzeczy zaiste wyjątkowo daleko. Płyta trwa dwadzieścia kilka minut, na szczęście ani chwili dłużej.


*) Wszystkie płyty z katalogu Cylinder Recordings są dostępne w streamingu na stronie bandcamp.com

**) Odsyłam do postu na Trybunie o takim właśnie tytule.