Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bernard Santacruz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bernard Santacruz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 września 2026

Christine Wodrascka & Bernard Santacruz in Oblic!


Sięgamy po jedną z tegorocznych nowości krajowej FSR Records i zapraszamy na spotkanie fortepianu i kontrabasu. Pod względem stylistycznym sytuacja wydaje się klarowna – trochę kameralistyki, odrobina jazzu, może coś jeszcze. Szczęśliwe, gdy na scenie spotykamy artystów wysokiej klasy, jak Christine Wodrascka i Bernard Santacruz, wszelkie gatunkowe przewidywania tracą rację bytu.

   


Francuzi budują swoją opowieść niespiesznie, małymi krokami stymulują napięcie i szukają coraz ciekawszych rozwiązań dramaturgicznych. W trakcie pierwszych czterech improwizacji zdają się jedynie wprowadzać nas w temat. Spokojnie frazują, udanie łączą post-klasyczne pasaże fortepianu i filigranowe akcje kontrabasu, realizowane techniką pizzicato. Dostajemy coś na kształt kameralnego jazzu, dobrze sformatowanego, granego przez muzyków, który świetnie na siebie reagują i nie pozostawiają pustych przestrzeni. Zgrabnie pokonują drogę od smukłej ballady po stonowany galop, bez wszakże szczególnie widowiskowych fajerwerków.

To, co najlepsze na Oblic zaczyna się od piątej odsłony. Najpierw najkrótsza na albumie, szemrana improwizacja – pierwsze bardziej śmiałe frazy inside piano i mroczne odgłosy delikatnie szarpanych strun kontrabasu. Opowieść intrygująco zbliża się do ciszy i każe nadstawiać ucha. W kolejnej, szóstej części, tym razem najdłuższej na płycie, jakość eksploduje. Na starcie półgalop czarnych, szorstko brzmiących klawiszy piana, któremu wtóruje kontrabasowy smyczek (po raz pierwszy w nagraniu). Ten ostatni najpierw unosi się ku niebu, potem zagłębia się w odmętach piekła. W drugiej fazie utworu pianistka zaczyna preparować struny piana i lepić się do drona, którego fundamenty kreśli coraz niżej posadowiony smyczek. Soczysty dron gaśnie wyjątkowo urokliwie.

W kolejnych trzech improwizacjach muzycy opuszczają strefę ciszy i mroku, ale czynią to bardzo rozważnie. W siódmej części kontrabasowy smyczek bawi się melodią, uroczo podśpiewuje wspierany preparacjami piana. W ostatnich dwóch utworach powraca estetyka post-jazzowa, ale jej nurt główny jest nieustannie bogacony dodatkowymi, mniej oczywistymi frazami i brzmieniami. Całość wydaje się teraz dość taneczna, ale ciągle spowita mrokiem niedopowiedzenia.

 

Christine Wodrascka & Bernard Santacruz Oblic (FSR Records, CD 2026). Christine Wodrascka – fortepian oraz Bernard Santacruz – kontrabas. Nagrane w Studio Laouqué, listopad 2024. Dziewięć improwizacji, 45 minut.

 

*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.com i tamże została pierwotnie opublikowana



piątek, 23 września 2022

The September Round-up: Land Over Water! Aumbrambama! The Kort'dakian Crisis! Sources! Fu-Rin-Ka-Zan! To Live and Breathe! Legacies for Our Grandchildren! Aarhus!


Wrześniowa zbiorówka recenzji świeżych płyt z muzyką improwizowaną przed nami! Dziś, jak na nasze kanony, dużo w niej będzie jazzu, zarówno tego swobodnego, bez ram stylistycznych i ograniczeń w zakresie ekspresji, jak i tego, który chwilami sięgać będzie do swych korzeni i posiłkować się main-streamową estetyką. Tym razem unikniemy szczególnie bolesnych eksperymentów, choć w zestawie nie zabraknie niespodzianek, takich jak choćby obecność w elektroakustycznej improwizacji legendy amerykańskiej i europejskiej sceny hip-hopowej. Będą nagrania bardzo świeże, ale także kilkuletnie, a na końcu opowieści nawet takie, które na swą premierę czekały kilkadziesiąt lat!

Pośród ośmiu omawianych dziś albumów aż pięć wydano we Francji – czekają na nas podwójne nowości z naszych zaprzyjaźnionych labeli Circum-Disc i Dark Tree, a także jedna z eksperymentalnego eux sæm.

Zaczniemy od dwóch swobodnie improwizowanych ekspozycji, które free jazz mają posadowiony z tyłu głowy – odpowiednio z Holandii i Polski. Potem rzeczony pięciopak francuski, bardzo różnorodny estetycznie, z kilkoma gorącymi, współczesnymi nazwiskami, ale też nie bez udziału … amerykańskich weteranów free jazzu i anonsowanego wcześniej hip-hopu. Na finał zaś dzisiejszego zestawu samotny Walijczyk w barwach portugalskich, w nagraniach koncertowych z duńskiego Aarhus, popełnionych 35 lat temu, a wyszukanych na starych kasetach w pewnej zatęchłej piwnicy.



 

Hugo Costa, Raoul van der Weide & Onno Govaert  Land Over Water (Creative Sources, CD 2022)

Rotterdam, Noorse Kerk (koncert), Okapi Recordings (studio), czas nieznany; Hugo Costa – saksofon altowy, Raoul van der Weide – kontrabas, obiekty perkusyjne oraz Onno Govaert – perkusja. Cztery improwizacje, 41 minut.

Portugalski saksofonista, którego znamy z kilku mniej lub bardziej hałaśliwych odmian improwizacji (choćby Albatre, czy Anticlan), od pewnego czasu gustuje także w akustycznych, open jazzowych wystąpieniach. Na najnowszej płycie do tria dobrał sobie wybitnych muzyków z Holandii, dzięki czemu mógł na koncertowych i studyjnych rejestracjach pozwolić sobie na pełną swobodę kreacji, mając pewność, że efekt całości, tak czy inaczej, będzie wyjątkowo wartościowy. Album składa się dwóch rozbudowanych improwizacji (w tym jednej koncertowej), dwuminutowego interludium i kilkuminutowej, dość kameralnej ekspozycji na zakończenie.

Na początek rzeczony koncert i ponad osiemnaście minut swobodnego free jazzu. Kilka pierwszych przebiegów realizowanych jest dość spokojnie, z odrobiną elektroakustycznych wtrętów kontrabasisty. Przywołany free jazz zdaje się być dla muzyków nade wszystko drogowskazem, a nie celem samym w sobie. Nim muzycy dojadą tu na końcowy szczyt, bawią się w rezonujące subtelności, saksofonowe półmelodie na dużym wydechu i całą masę kontrabasowych wspaniałości. Portugalczyk zostawia Holendrom dużo miejsca na scenie, a ci rewanżują się mocą jedynie udanych wyborów. Druga, szybka narracja odbywa się już w okolicznościach studyjnych, a składa się na nią intro kontrabasu, trochę perkusjonalnych akcji saksofonowych dysz i drummingowe stemple jakości. Trzecia improwizacja, to znów kilkunastominutowa beauty impro drama! Na starcie szum z tuby, rytmiczne podrygi kontrabasu i perkusji, dające silną inspirację do polirytmii, pełnej fikuśnych, połamanych dysharmonii. Kolektywną narrację zdobi solo drummera i zmysłowe pogwizdywanie kontrabasisty. Tu także free jazz z subtelnościami efektownie nabiera tempa i śle nam moc brawurowych pozdrowień. Sześciominutowy finał albumu budowany jest na kontrabasowym smyczku, saksofonowych, długich pasażach i bystrych kontrapunktach drummera. Kameralna, niemal post-barokowa ekspozycja systematycznie pęcznieje, a na koniec pachnie wyjątkowo zrelaksowanym Aylerem.



 

|fontAnna|, Michał Giżycki & Piotr Dąbrowski  Aumbrambama (Torf Records, DL 2022)

Poznań, Kołorking Muzyczny, 23 lutego 2022; |fontAnna|- głos i obiekty, Piotr Dąbrowski – perkusja kieszonkowa i głos oraz Michał Giżycki – saksofon sopranowy i klarnet basowy. Trzy improwizacje, 36 minut.

Czwarta płyta poznańskiego labelu Torf trzyma zdumiewająco wysoki poziom swoich poprzedniczek, i jak one, zdaje się być dalece rożna od pozostałych albumów w zestawie. Jakość i różnorodność, to cechy edytorskiego katalogu, które nie zawsze idą w parze, zwłaszcza, gdy w każdej rejestracji pojawia się dęty śpiew szefa wydawnictwa. Aumbrambama przeczy tym obiegowym opiniom, to bowiem album niosący nas przez całe 36 minut naprawdę wysokim wzgórzem. A jej podstawowe atrybuty pięknie konsumują trzy słowa w języku Szekspira - ritual fire music! Emocje, brzmieniowa wrażliwość i wybuchowy temperament perkusisty (używającego także głosu), ponadgatunkowej wokalistki, wreszcie zmysłowego saksofonisty i klarnecisty.

Początek sesji należy do pocket drummera, który buduje polirytmiczną fakturę bogatym bukietem perkusjonalnych świecidełek i ewidentnie dalekowschodnim posmakiem. W ów potok fonii z łatwością wkleja się saksofon sopranowy, który jednym oddechem nadaje improwizacji odpowiedni poziom ekspresji, a drugim wciąga ją na wysoki szczyt i śle stamtąd bogobojne pokłony. Po kilku minutach w tej efektownej strudze emocji pojawia się wokalistka, która najpierw mantruje, a potem śpiewa w nieznanym języku. Na starcie drugiej improwizacji muzycy sytuują się bliżej ciszy, a dźwięki otwarcia znów płyną z perkusjonalii. Głos tym razem jodłuje, a potem skomle o łyk zimnej wody. Tymczasem na scenę wtacza się klarnet basowy, który jasno daje do zrozumienia, że najbliższe chwile nasycone będą jego nisko brzmiącą ekspresją. Najpierw zabiera w podróż wokalistkę, potem porywa do lotu nerwowy drumming. Opowieść w środkowej części błyskotliwie przygasa, a jej odbudowa znów liczyć może na emocje klarnetu, wspieranego kocim mruczeniem pozostałej części załogi. Trzecia improwizacja w dużej części tkana jest z drobnych, zagubionych fraz. Oto narracja leniwych i wzdychających improwizatorów, którzy szukają drogi na kolejny szczyt, ale wciąż uroczo zbaczają z obranej ścieżki. Rozhuśtana, melodyjna, jakże śpiewna opowieść dociera do kresu po kilkunastu minutach. To, w jaki sposób gaśnie, raz jeszcze dowodzi kunsztu tej trójki szaleńców.



Mike Ladd, Emilie Škrijelj & Tom Malmendier  The Kort'dakian Crisis (eux sæm, CD 2022)

Mulhouse, Météo Music Festival, La Filature, 27 sierpnia 2021; Mike Ladd – głos i poezja, Emilie Škrijelj – akordeon, turntable, elektronika oraz Tom Malmendier – perkusja. Jedna improwizacja, 42 minuty.

Francusko-belgijski duet, który używa także nazwy własnej Les Marquises, znamy w tym gronie dość dobrze, z kolei amerykański poeta, głos zbuntowanego pokolenia z przełomu millenium, w periodykach poświęconych muzyce improwizowanej bywa nie zbyt często. A to błąd! Czyż bowiem jego fantastyczne produkcje awangardowego hip-hopu, te czynione już po tej stronie Wielkiej Wody, choćby w ramach sublabelu Biga Dada Recordings, nie niosły ze sobą pierwiastka improwizacji? Mniej zorientowanych odsyłamy do nagrań sprzed 20 lat, a wszystkich zapraszamy na koncert elektroakustycznego akordeonu, perkusji i zmysłowego głosu poety, w brzmieniu których nie sposób nie doszukać się wpływu takich formacji, jak choćby legendarne The Infesticons!

Od pierwszej sekundy koncertu artyści budują bogaty flow, który urokliwie lepi się z progresywnego, gęstego drummingu, elektronicznej magmy soczystych, syntetycznych wymiocin i głosu, który kaznodziejskim tembrem sypie w nas słowami, metaforami i prawdami objawionymi. Paleta możliwości okablowanego akordeonu wydaje się nie mieć tu granic - artystka pełni rolę dj-a, który sypie zjawiskowymi, chwilami naprawdę zadziornymi i zgrzytliwymi frazami. Także możliwości akustycznych brzmień perkusji i głosu zdają się być nad wyraz bogate. Narracja równie efektownie prezentuje się w fazie dynamicznej, jak i w strefie spowolnienia. W tej drugiej opcji dostajemy się w wir niemal akustycznych subtelności, a świetną robotę wykonuje poeta, który niczym wytrwany aktor teatralny dostosowuje tembr głosu i tempo wypowiedzi do sytuacji scenicznej. Ten ostatni potrafi też zamilknąć i dać sygnał do zmiany sposobu budowania narracji (choćby w okolicach 14 minuty). Po kolejnych dziesięciu minutach dostajemy się w wir turntable’idalnych popisów Emilie, czynionych w momencie, gdy jej partnerzy ewidentnie gaszą poziom ekspresji. Ostatni kwadrans koncertu przynosi jeszcze więcej smaczków. Zestaw perkusyjny Toma dwukrotnie wpada w intensywny rezonans, bardzo podobać się może także moment, w którym narracja robi się wyjątkowo cicha, niemal oniryczna, a plastry żywego akordeonu stają się wyjątkowo urokliwe. Finałowe kilka minut, to bystra droga na szczyt, którego osiągniecie zwiastuje krzyk Mike’a, a potem rzęsiste oklaski publiczności.



Abdou & Boni  Sources (Circum-Disc, CD 2022)

Lille, la malterie, 21-23 grudnia 2020; Sakina Abdou – saksofon i flet oraz Raymond Boni – gitara. Dziewięć improwizacji, 33 minuty.

Kolejne spotkanie międzypokoleniowe! Młoda adeptka zaawansowanych technik wydobywania dźwięków z instrumentów dętych drewnianych oraz gitarowy mistrz, prawdziwy weteran sceny francuskiej, co to bystre improwizacje grywał z Joe McPhee cztery i więcej dekad temu. Spotkanie tej dwójki charakteryzuje pewien wzajemny dystans, tak międzypokoleniowy, jak i po części estetyczny. Z jednej strony dużo szacunku, ale z drugiej wiele ochoty, by z tego spotkania powstało naprawdę coś wartościowego. Abdou mniej niż zazwyczaj preparuje, nie używa swojego recordera, z kolei Boni sypie z rękawa tysiącami pomysłów, bywa nienośne post-klasyczny, ale gdy kosa trafi tu na kamień, improwizacja iskrzy podniebnymi fajerwerkami. Tak dzieje się choćby w opus magnum tego krótkiego albumu, w przedostatniej improwizacji.

Wspomniany na wstępie wzajemny szacunek zdaje się determinować artystów zwłaszcza w dwóch pierwszych improwizacjach. Sporo tu czystych fraz i raczej mniej zadziornych interakcji. Jak się okazuje, od współczesnej awangardy do francuskiej klasyki gitarowej nie wiedzie aż tak daleka droga. Trzecia i czwarta odsłona, to pierwsze perełki w zestawie. Muzycy pracują blisko ciszy, serwują nam plejady filigranowych fraz, stosując nieco mniej konwencjonalne rozwiązania. Abdou sięga pierwszy raz po flet, oboje nie stronią od drobnych preparacji. W kolejnych dwóch opowieściach muzycy ślą nam trochę melodii, garść jazzu i pewną taneczną dostojność, jakby dawali nam chwile wytchnienia przed tym, co na ich albumie definitywnie najciekawsze.  W siódmej odsłonie powraca flet, a gitara sypie brudnymi dźwiękami. A tuż potem zapowiadany skok jakości! Zabrudzone, metaliczne wyziewy gitary, mroczne oddechy saksofonu i intrygujący suspens dramaturgiczny. Zmiana goni tu za zmianą. Tuba śpiewa, charczy i syczy, a gitara stroi bardzo nisko. Emocje pną się ku górze i zgrabnie finalizują opowieść. Album kończy ballada, która zdaje się konsumować wszelkie ambiwalencje, jakie zrodziły się w głowie recenzenta. Choć nie brakuje w niej stylowych, dętych kantów i zadziornych westchnień.



Le Trio Voyageur  Fu-Rin-Ka-Zan (Circum-Disc, CD 2022)

Miejsce i czas nagrania nieznane; Ludovic Montet – wibrafon, instrumenty perkusyjne, głos i kompozycje, Stefan Orins – fortepian i głos oraz Charles Duytschaever – perkusja i głos. Osiem utworów, 48 minut.

Fu-rin-ka-zan, to prawdopodobnie zbitka japońskich słów określających wiatr, las, ogień i góry. Album o tym tytule jest zaś rodzajem pamiętnika francuskich muzyków z podróży po Japonii. To zbiór bystrych, jazzowych kompozycji, które śmiało zaliczyć może do tzw. nurtu głównego, ubranych w zgrabną melodyki, doposażonych w zwinne, nieprzegadane improwizacje i dalece chill-outowy klimat, przynajmniej w percepcji miłośników zgrzytliwych i bolesnych wojaży free impro. Zestawienie wibrafonu, niepreparowanego fortepianu i perkusji może sugerować ocean słodyczy, ale zapewniamy, iż artyści potrafią tu pokazać czarci pazur!

Dwie pierwsze kompozycje tyczą nam szlak, po którym podążać będą artyści. Smukły jazz bez pretensji do nieomylności, budowany niemal z baletową gracją. Piano i wibrafon czynią tu honory solistów, ale ich eskpozycje dobrze komponują się z kolektywnym charakterem narracji. Muzyka do tupania nogą i śpiewania, ale także do niezobowiązującej refleksji. Trzecia opowieść przybiera szaty ballady z bluesowym posmakiem, która po czasie łapie bakcyla dynamiki. Kończy ją solo perkusisty, który jest także jednym instrumentalnym aktorem kolejnego utworu. Tu niemal afrykańska polirytmia bogacona jest rytmicznymi okrzykami pozostałych muzyków, czynionymi w języku japońskim. Piąta część znów startuje z pozycji sweet song, ale nabiera wigoru, a kończy ją duet inside piano i perkusyjnych szczoteczek, budowany z dużą atencją emocjonalną. Z kolei szósta opowieść powstaje głównie na klawiaturze piana i wibrafonach powierzchniach płaskich. To przykład niemal post-klasycznej narracji. W przedostatniej części muzycy pokazują ów zapowiadany pazur. Dynamika, czarne klawisze w konwulsyjnym, rytmicznym tańcu i dużo dobrych emocji, wieńczonych zmysłową, tłumioną improwizacją. Album kończy samotnie wibrafonista. Jego delikatne, wręcz oniryczne frazy udanie reasumują całe nagranie.



Vinny Golia, Bernard Santacruz & Cristiano Calcagnile  To Live and Breathe... (Dark Tree Records, CD 2022)

Piacenza, Casa Spezia, 5 lutego 2017; Vinny Golia – saksofon sopranowy i flet piccolo, Bernard Santacruz – kontrabas oraz Cristiano Calcagnile – perkusja. Pięć improwizacji, 53 minuty.

Na foniczną dokumentację spotkania amerykańskiego saksofonisty, bezdyskusyjnego weterana gatunku i jego nieco młodszych, ale też pozostających w sile wieku kolegów - francuskiego kontrabasisty i włoskiego perkusisty - czekaliśmy długie pięć lat. To kolejny w dzisiejszej zbiorówce pokaz swobodnego jazzu, otwartego na wszelkie sugestie stylistyczne. Jeśli nie wtłaczamy włoskiego wydarzenia w ramy free jazzu, to jedynie dlatego, iż artyści kreują w trakcie niemal całego koncertu plejady dźwiękowych subtelności i dowodzą, iż w otwartej kameralistyce także mają dużo do powiedzenia.

Pierwsze cztery improwizacje, to zasadnicza część koncertu, podana w jednym strumieniu dźwiękowym. Na starcie wysoko zawieszony sopran, niskie pizzicato kontrabasu i aktywny drumming posadowiony gdzieś pomiędzy nimi. Śpiewna melodyka, żywy groove basu i sporo kreatywnego fermentu ukrytego wewnątrz narracji. Żywa, dynamiczna improwizacja, nieco filuterna, gdy wszystkie instrumenty zaczynają grać w wysokich rejestrach. Finał otwarcia kipi od emocji saksofonu, które gasić musi zwinny smyczek. Druga faza koncertu przenosi nas do przestrzeni bardziej kameralnej. Smutny saksofon i kontrabas, który decyduje tu niemal o wszystkim, wreszcie rezonujące talerze, które w końcowej fazie kradną show. W trzeci odcinek wchodzimy na barkach perkusisty, który buduje urokliwe expo dając sygnał, że i on może postawić nas do pionu jakością swojego frazowania. Narracja nabiera wigoru, gdy do gry wchodzą pozostałe instrumenty, oferując dobre emocje i kilka fajerwerków ze strony świetnie rozgrzanego drummera. W ostatniej części seta muzycy ponownie chyla się ku kameralistyce. Saksofon woli tu leniwie śpiewać, ale kontrabas i znów świetna perkusja macą flow i kreują świetne figury dramaturgiczne. Po oklaskach czas na encoreI Golia sięga po flet piccolo, Santacruz zaczyna na smyczku, potem sunie delikatnym pizzicato, a Calcagnile dodaje kilka perełek ze swojego coraz bogatszego zasobnika jakości. To być może nietypowe, ale zdaje się, że bis tego więcej niż dobrego koncertu jest jego najlepszą częścią.



Horace Tapscott Quintet  Legacies for Our Grandchildren - Live in Hollywood, 1995 (Dark Tree Records, CD 2022)

Hollywood, Catalina’s Bar & Grill, 19-20 grudnia 1995; Horace Tapscott – fortepian, Michael Session – saksofon sopranowy, altowy i tenorowy, Thurman Green – puzon, Roberto Miranda – kontrabas, Fritz Wise – perkusja oraz gość specjalny: Dwight Trible – wokal. Sześć utworów (różni kompozytorzy), godzina zegarowa.

Zgodnie z zapowiedzią preambuły tej zbiorówki cofamy się w czasie, w tym wypadku o skromne 27 lat. Na scenie znanej kalifornijskiej miejscówki dla fanów pełnokrwistego jazzu spotykamy legendę gatunku, pianistę, który w zgrabnym kwintecie serwuje nam sześć pure jazzowych kompozycji, zdobionych efektownymi, niekiedy wręcz free jazzowymi solówkami. Muzyka ta z perspektywy trzeciej dekady XXI wieku wydaje się dość oczywista i przewidywalna, ale z drugiej strony, czy ktoś potrafi dziś grać jazz środka na takim poziomie kreatywności?

Koncert z Hollywood składa się z dwóch, przeplatających się wątków. Nieparzyste tematy zdają się tu stanowić esencję jakości – dwie pierwsze, to kompozycje Tapscotta, ta trzecia, to utwór Milesa Davisa. Świetnie ze sobą współgrają stylistycznie - melodyjne, ale twarde tematy, niebywały groove kontrabasu, który trzyma flow od pierwszej do ostatniej sekundy i wyjątkowo smakowite solówki saksofonu i puzonu. Sam pianista trzyma się tu trochę z boku, pełni rolę strażnika jakości wykonania kompozycji, a gdy już rusza w tango ze swoją ekspozycją solową, bywa wystudzony, niekiedy stanowiąc dysonans dla śpiewnego tematu i harcujących dęciaków. Choć tematy pianisty budzić winny szacunek (jakże precyzyjne aranże, które stymulują emocje na scenie!), to trzeba oddać królowi, co królewskie. Temat Davisa, to top tego koncertu - dynamiczny, nasycony połamanymi synkopami i świetną robotą drummerską. Utwory parzyste, z pespektywy recenzenta, mogłyby w ogóle nie znaleźć się na tym albumie. Pojawia się w nich wokalista, a tematy stanowią afroamerykańskie spirytualsy. Rodzaj hołdu dla korzeni jazzu i czarnej kultury nie budzi naszych wątpliwości, te wynikają raczej z przesłodzonej estetyki piosenek, jakie serwuje nam kwintet +1. Honoru parzystych kompozycji broni finałowa ballada, którą zdobi świetny step pianisty i rozśpiewane frazy saksofonu sopranowego.




Steve Hubback  Aarhus (Colectivo Casa Amarela, Kaseta/ DL 2022)

Aarhus, 1987; Steve Hubbach - perkusja, instrumenty perkusyjne, elektronika. Dwa utwory (prawdopodobnie fragmenty dwóch koncertów), 45 minut.

Walijski perkusista, aktywny na scenie improwizowanej od zamierzchłych lat 70. ubiegłego stulecia, odkrył w trakcie pandemii zbiór starych kaset ze swoimi solowymi koncertami z roku 1987. Z obszernego materiału dało się wykroić dwie strony kasety, zachowując przyzwoitą jakość brzmienia (choć klejenia taśmy są słyszalne). Muzyk w trakcie tych występów udanie korzysta z elektroniki, a w procesie improwizacji skupia się na czystym drummingu i raczej nie winniśmy oczekiwać od niego stosowania rozszerzonych technik wydobywania dźwięków z werbla, tomów, czy talerzy.

Pierwsza strona kasety składa się z trzech podepizodów. Początek tworzony jest na plamie ambientu, po której urokliwie ślizga się circle drumming, silnie doposażony w pogłos. Muzyk incydentalnie do kotła dźwięków wrzuca elektroniczne zgrzyty, ale szczęśliwie dość szybko porzuca ten rodzaj aktywności. Druga część budowana jest wyłącznie na perkusji i po prawdzie nie przynosi nic szczególnie ekscytującego. To jedynie wystudzone emocje powtórzeń i zgranych, perkusyjnych grepsów. Mały ambient powracana na koniec seta i narracja od razu zyskuje na jakości. Druga strona kasety też klei się z trzech wątków i wydaje się być dużo ciekawsza. Pierwsza odsłona jest pure drummingowa, ale skoncentrowana na drobiazgach, pełna brzmieniowych smaczków i niebanalnej dynamiki. W części drugiej pojawia się soczysty ambient, który po kilku pętlach narracyjnych przechodzi z pozycji tła to roli pełnoprawnego kreatora improwizacji. Przez moment słyszymy chór kościelny, który kontrapunktowany jest dość agresywnym bębnieniem. Wreszcie sam finał strony i kasety, definitywnie najbardziej intrygujący w zestawie. Muzyk sięga po bliżej nieokreślony w albumowym credits instrument strunowy. Posiłkując się elektronicznym tłem buduje doskonałą ekspozycję. Najpierw szarpie za struny, potem prowadzi na nich drummingową narrację. Zakończenie skrzy się ciekawymi frazami, metalicznym echem i niemal oniryczną poświatą.

  

 

czwartek, 27 września 2018

Joëlle Léandre! Strings Garden or … Even Forest!


Zapraszam na podróż w poszukiwaniu piękna w muzyce improwizowanej. Długą, blisko 150 minutową! Dotarcie do celu i satysfakcja z odsłuchu gwarantowana!

Kontrabas do pary z … kontrabasem, wiolonczelą i skrzypcami! Strunowy Ogród dostarcza na trzech białych dyskach Fundacja Słuchaj! W istocie rzeczy – słuchaj i nie ustawaj!




49:37, Joëlle Léandre & Bernard Santacruz  Trees

Joëlle Léandre - kontrabas, kanał prawy i Bernard Santacruz - kontrabas, kanał lewy. Sześć tytułowych Drzew; nagrane w Paryżu, 9 kwietnia 2016 roku.

Dwa niezwykle groźne strunowce stoją u Twoich drzwi. Stroszą pióra, drżą na granicy akustycznego przesteru. Palce muzyków zdają się gubić paznokcie. Stąd szybka decyzja Leandre o przejściu na narrację smyczkową. Od startu full beauty of strong strings! Z rockowym niemalże temperamentem! Opowieścią rządzi stan permanentnej zmiany. Moc sprawcza jest udziałem Joëlle. To Ona określa zasady współpracy, przewodnictwa, inspiracji i stosowane techniki artykulacji. Drugi odcinek, dla przeciwwagi, rozpoczyna krótkim intro Bernard. Delikatny komentarz z prawego smyka dociera do nas po 90 sekundach. Spokojny flow dość szybko nabiera rumieńców – dynamiczny dyskurs pizzicato vs. smyczek. Jeśli na początku wzajemnie pyskowali, teraz więcej ze sobą rozmawiają. Na finał odrobina sonore spod strun Santacruza. Trzeci – barokowe rozpoczęcie ze strony Leandre. Partner wraca do gry po prawie 3 minutach. Ten dialog znów nabiera agresywności wraz z upływem czasu. Trochę tańca, trochę szturchańców. Recenzent zauważa, iż zachowania lewej flanki są dość przewidywalne. Próba niebanalnego intro kolejnej części, to jakby wyjście naprzeciw tym ambiwalencjom. Leandre komentuje pięknym, wysokim smykiem. On gra martwy jazz, ona żyje w świecie baroku i śpiewa zalotnie. Po podkręceniu dynamiki, kontrast estetyczny zaczyna narastać. Bernard ledwie akompaniuje, Joelle zaś czyni spektakl. I znów ten pierwszy jakby słyszał utyskiwania recenzenta. Bierze smyczek i kroi piękne pasaże. Leandre chwyta go za nogi w drugiej minucie i błyskotliwie imituje. W dalszej części goni na złamanie karku. Finał  odcinka jest wszakże obopólnym sukcesem. Last part – szczypta sonorystyki po prawej, kind of percussion po lewej. Potem moc intrygujących turbulencji. Choć Bernard znów powraca do roli akompaniatora, finał płyty jest jej najlepszym momentem. Zmysłowe pętle i drobiny hałasu na ostatniej prostej.


45:26, Joëlle Léandre & Gaspar Claus  Leaves

Joëlle Léandre - kontrabas, kanał prawy, Gaspar Claus – wiolonczela, kanał lewy. Siedem Liści; nagrane Les Lilas, 1 lipca 2016 roku.

W gemie otwarcia dwa uroczo klasycyzujące smyki. Cello zdaje się smakować barokiem, kontrabas zdecydowanie średniowieczem. Piękna wojna epok, głośna, zatrważająca, zmysłowo skontrastowana akustycznie. Ujmująca dramaturgią, epicka, diabelnie romantyczna. Pełna ekspresji godnej stadionowych mistrzów rocka! Po takim wejściu w temat, drugi Liść nie może nie być kojącym płatkiem róży. Muzycy plątają się po strunach, mutują brzmienie, szukają rozwiązań sonorystycznych, prowadzą mikrodialogi. Świetna komunikacja – Gaspar, to partner pełną gębą! Wyluzowana Leandre już coś tam nuci pod nosem. Piękna strunowa robotyka! Trzeci fragment otwierają niskie, ale dość śpiewne pasma. Kontrabas idzie w imitacje, przeto brzmi jak wiolonczela. Szeroki strumień dźwięków, trochę jak repetycja pierwszego utworu, ale w wyższym paśmie, z dozą pokrętnego klasycyzmu. Cello jest w formie! Na dowód, prolog odcinka czwartego. Pizzicato po obu stronach, kontrabas groźny, współcześnie ustrukturyzowany. Dynamicznie, z mocą molowych akcentów. Ponury pozytywizm zgiełku i chaosu. Wonderful! Piątego Liścia muzycy poszukują we wzajemnych imitacjach. Wspólne zadziory, romantyczne biczowanie gryfów, rodzaj akustycznego apogeum. Na wybrzmieniu ballady dla półśpiących niewiast z dobrego domu. Szósty odcinek szybuje niezwykle wysoko. To sprawka Gaspara. Kontrabas słodzi palcami. Małe popisy, kto tu bardziej bywa błyskotliwy. Sonorystyka i inne dźwięki ze znakiem zapytania. Smyk goni smyka, rowling on! On szczytuje, Ona nie ma zamiaru być gorsza! Na finał małe szmery, delikatne szumy, groza o poranku, głos kobiecy, ciągłe narastanie. Zwieńczenie pięknej drogi  – posmak industrialu, gospel, mantra, Pociągi Reicha, krzyk kobiet złotego wieku, kosmos muzyki!


46:09, Joëlle Léandre & Theo Ceccaldi  Flowers

Joëlle Léandre – kontrabas, kanał … lewy (wbrew opisowi płyty), Theo Ceccaldi – skrzypce,  kanał prawy. Dziewięć Kwiatów, nagrane w Warszawie, 15 października 2017.

Kontrabas zaczyna niskim smykiem, skrzypce posadowione dużo wyżej, w zwinnym tańcu free improve, znamionującym klasę dostępną dla niewielu. Płynne ruchy, kocia zwinność. Leandre bardziej postawna i zasadnicza, ale równie precyzyjna.  Dialogi, imitacje, swawole tyczą szlak pierwszego utworu. Drugi zaczyna się na wysokich, barokowych skrzypcach. Kontrabas brzmi jak małe cello. Kameralistyka na przestrzeni dziejów – puszysta, jedwabna narracja. Trzeci odcinek zaczyna się pizzicato po obu stronach. Skromny walczyk, Pan przytuli Panią, jakże filigranowa rozgrywka. Kolejny fragment grzmi mocnym smykiem na upoconym gryfie kontrabasu. Skrzypce, niczym smuga rozpływającego się piękna, długie pasaże, wprost z nieczynnej dziś filharmonii. Piąty odcinek wyznacza nastanie sonorystyki. Płynne ruchy, zmutowane brzmienie u Theo (brawo!). Błyskotliwe narastanie, eksplozja akustycznej urody! Zdaje się, że opus magnum całego boxu! A przed nami jeszcze cztery opowieści! Kolejny fragment, to jakby kontynuacja. Theo na suchym gryfie czyni cuda, smyk Joelle idzie za nim krok w krok. Zwarcia, pyskówki, wzdychające violin, kontrabas szybujący wysoko! Głośno, kilka naprawdę brudnych dźwięków! Siódmy Kwiat znów szuka rozwiązań dalekich od tonalności, melodyki i oczywistej formy. Ciche przebiegi, polerowanie strun, mikrofazy. Kołysanka dla nadpobudliwych, może nawet ostra huśtawka. Eskalacja tyczy szlak wspaniałości. W ósmym powraca filharmonia, ale jest już tak upalona, że powoduje ciarki na plecach recenzenta. Modulowane, post-psychodeliczne pasaże. Energia kipi, dynamika galopuje. Gdy tracą impet, schodzą na sucho w pojedyncze frazy. Majstersztyk! Wreszcie finał – na gryfie kontrabasu grasuje Dzika Banda! Theo rusza z samego dna. Molowe meta drony, eksplozja łabędzia! Leandre bije coś na kształt rytmu, Ceccaldi opowiada nieudane historie miłosne z wieloma punktami zwrotnymi. Łzy leją się strumieniami. I tak na przemian, raz rytm, raz płacz. Aż zgasną światła!