Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Majkowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Majkowski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 listopada 2025

Das B in Love!


Kwartet Das B tworzą artyści, których cenimy niezwykle i nad których nagraniami, niezależnie od konfiguracji osobowej, pochylamy się z należytą starannością. Libańczyk Mazen Kerbaj, Niemka Magda Mayas i dwóch Australijczyków – Tony Buck i Mike Majkowski ujawniają się nam w czteroosobowym składzie bodaj po raz drugi. Tym razem sugerują tytułem, a także zapisem w albumowych credits, iż inspiracją dla nowego nagrania był pomnik jazzu, czyli A Love Supreme Johna Coltrane’a. Cytując ideę w szczegółach: Czerpiąc inspirację ze strukturalnych i dynamicznych elementów klasycznego albumu (…)  Das B całkowicie przeprojektowuje muzykę, a przy okazji skrupulatnie podważa pojęcie hołdu lub śpiewnika.

Miłośników talentów każdego z tych muzyków uspakajamy. Das B nie gra jazzu, nadal bazuje na swobodnej improwizacji (tu zapewne odrobinę predefiniowanej), a tytułowa Love, to być może przejaw ich miłości do oryginału. Jakkolwiek by tego faktu nie interpretować, ten 32-minutowy album wart jest każdej swojej sekundy, każdego zadęcia, szarpnięcia za struny, tudzież uderzenia w powierzchnię płaską. Doskonałe nagranie, co postaramy się za moment udokumentować słowami.

  


Love podzielona została na cztery części, przy czym ta trzecia jest najdłuższa i jako jedyna przekracza dziesięć minut. Na starcie pracuje kontrabasowy smyczek, ale muzyk nie unika także subtelnego szarpania za struny. Perkusista najpierw sprawdza sprężystość talerzy, delikatnie rezonuje, a potem inicjuje wątek rytmiczny, któremu będzie wierny niemal przez całe nagranie. Z trębackich wentyli, tudzież ekstremalnie wyciszonego piana wydobywają się tajemnicze dźwięki, które zdają się tworzyć rodzaj ambientowej powłoki, upstrzonej dętymi frazami, którym bliżej do brzmienia fletu niż trąbki. Całość, niesiona pozornie delikatnym strumieniem, nabiera nerwowości i zaczyna zadawać pytania, nie licząc na jakiekolwiek odpowiedzi. Pod koniec tej części dramatu trąbka frazuje już po swojemu, klecąc mantrę smutku i bólu.

Drugą odsłonę inicjuje repetująca struna kontrabasu, trąbka nuci coś pokrętnie melodyjnego, a piano płynie wprost z bardzo matowo i nisko brzmiącej klawiatury. Ze strony drummera zostaje bez zbędnej zwłoki zawiązany wątek rytmiczny. Narracja bazuje teraz na przewrotnym dysonansie. Akcja perkusisty nosi znamiona dość dynamicznej, frazy pozostałych muzyków płyną dużo spokojniejszymi strumieniami. W międzyczasie słyszymy także dźwięki inside piano.

Trzecia opowieść dokłada do wizerunki Miłości kolejne nowe tajemnice. Słyszymy rytmiczne uderzenia, które być może pochodzą wprost z fortepianowych strun, być może są jednak dziełem czarnoksiężnika z trąbką. Kontrabas drży, a potem nie bez udziału smyczka rytmicznie dygocze. Docierają do nas frazy z klawiatury piana, a perkusista, jakże by inaczej, aranżuje kolejny motyw rytmiczny. Jakby się spieszył, jakby czekał na niego ostatni tego wieczoru pociąg do domu. W drugiej fazie utworu już wiemy, że początkowe akcje percussion pochodziły od gruźlika trębacza. Gdy wybija ósma minuta najdłuższej opowieści, narracja gaśnie wprost na gryfie kontrabasu. Muzyk przez kolejne trzy minuty delikatnie szarpie za strunę i smaga ją minimalistycznie smyczkiem.

Końcowa narracja zdaje się stać w miejscu, kłębiąc się w sobie. Pozbawiona jest typowego dla poprzednich części rytmu. Trąbka kipi tajemniczą psychodelią, talerze, werbel i tomy drżą z zimna, od strony piana dochodzi jakiś tajemniczy śpiew, a smyczek kontrabasu rysuje niekończące się pętle. Mroczny rytuał Miłości dokonuje się na naszych oczach i w naszych uszach.

 

Das B Love (Thanatosis, CD/LP 2025). Mazen Kerbaj – trąbka, Magda Mayas – piano, Mike Majkowski – kontrabas oraz Tony Buck – perkusja. Nagrane w Brief Sand Studios, Berlin, październik 2022. Cztery utwory, 32 minuty.

 


wtorek, 3 września 2024

Splitter Orchester plays splitter musik!


Berlińska Splitter Orchester to zjawisko unikatowe nawet w świecie dużych, improwizujących formacji. Niemalże stały skład, regularne spotkania, prace i koncerty, często na pograniczu teatralnych performansów, a wokół tego nieustający ferment twórczy. Załoga pracuje kolektywnie, zdaje się nie mieć organów przywódczych, wspaniale integruje berlińskie środowisko improwizatorów, kompozytorów, tudzież performerów. Dużą wagę przykłada do sfery konceptualnej swych muzycznych ujawnień, zdaje się pod tym względem balansować na pograniczu muzyki współczesnej, nade wszystko jest wszakże zgrają wspaniałych, kreatywnych muzyków.

Z innymi tego typu przedsięwzięciami być może łączy ją jedynie to, że dokumentacja fonograficzna ich kilkunastoletniej działalności nie jest szczególnie obfita. Potrójny album, po który za moment sięgniemy, to ledwie czwarta pozycja w dyskografii Splitterów.

Album splitter musik dokumentuje nagrania z lat 2019-2020, doskonale pokazując, czym dla SO jest programowy konceptualizm, który poprzedza proces improwizacji lub ogarnia ją od pierwszej do ostatniej sekundy. Pomysł na pierwszy album opiera się na sposobie rozmieszczenia muzyków w stosunku do publiczności w tajemniczym, owalnym obiekcie, wyposażonym w koliste balkony, drugi krążek jest symultanicznym miksem nagrań solowych poszczególnych członków orkiestry, trzeci wreszcie nagrany został nad rzeką (muzycy i publiczność na przeciwległych jej brzegach) i konsumuje także wszelkie dostępne dźwięki otoczenia (pieczołowicie zbierane przez mikrofony i urządzania radiowe). 



 

Vortex

Okrągły obiekt, który na zdjęciu przypomina nietypową salę koncertową - publiczność umieszczona po środku, z kolei rozbudowana armia muzykantów na balkonach, nad publicznością, wokół niej. Muzycy improwizują wedle scenariusza, którego szczegółów nie znamy, być może takowy w ogóle nie powstał. Istnieje duże prawdopodobieństwo, iż dźwięki wydawane przez kilkudziesięcioosobowy skład są na żywo porządkowane przez akcesoria mikserskie. Wnikliwa analiza okładki płyty dostarcza nam szczegółowych informacji o rozmieszczeniu artystów na owalnym balkonie, ale akurat tym aspektem koncertu nie będzie się teraz zajmować (niechże dociekliwość słuchacza w tej kwestii będzie wystarczającą zachętą do zakupu albumu na urokliwie wydanym nośniku fizycznym).

Spektakl trwa tu niemal pełną godzinę zegarową, a jego początek wyznaczają fale minimalistycznych ekspozycji dętych, strunowych, a po chwili subtelnych, blaszanych śpiewów, nerwowo kontrapunktowanych przez bliżej niezidentyfikowaną frakcję instrumentalną. Wielki aparat wykonawczy nabiera tu mocy, ale wciąż kroczy w leniwym tempie, raz po raz powracając do drobnego, niemal indywidualnego frazowania. W okolicach 12 minuty ma miejsce pierwsza kulminacja, która szybko rozpływa się w migoczące plejady short-cuts, płynące prawdopodobnie od wszystkich uczestników tej dźwiękowej celebracji. Tymczasem w tle pracuje wataha elektroakustycznych urządzeń tajemniczej proweniencji.

Kolejna kulminacja, tuż przed upływem 20 minuty, dostarcza jeszcze większych emocji – brzmi niemal post-industrialnie. Wokół drży echo, a selektywny dźwięk orkiestry sprawia, że bez trudu wyławiamy w potoku fonii frazy niemal każdego instrumentu. Tuż przed upływem drugiego kwadransa Splitterzy popadają w mroczny bezruch. Mikrofrazowanie dość sprawnie przekształca się w jeszcze mroczniejszą medytację, budowaną rozległymi strumieniami fonii.

Dalsza faza spektaklu stawia na interakcje w podgrupach. Dęte dyskutują, strunowce pojękują, pojawiają się głosy i akcenty perkusjonalne. Tym razem narracja nie szuka kulminacji, bliżej jej do ciszy, bazuje na lewitujących repetycjach, inkrustowanych blaszanymi śpiewami. Dopiero ostatni kwadrans koncertu przynosi bardziej żwawe akcje. Przez moment mamy wrażenie, że orkiestra gra tu pełną mocą, ale flow dość szybko przekształca się w filuterne gry na instrumenty zasilane prądem zmiennym. W potoku ponownie niezbyt intensywnych zdarzeń pojawiają się pierwsze, pożegnalne melodie, oniryczne post-kołysanki, które wieńczą żywot koncertu w rozległej chmurze szumów.

 

Imagine Splitter

Członkowie orkiestry zostali poproszeni o nagranie solowej improwizacji o zadanym czasie trwania. W trakcie procesu twórczego mieli sobie wyobrażać, czym jest dla nich idea Splitter. Nagrania zainspirował, a potem zlepił w nieprzerwany, ponad czterdziestominutowy ciąg zdarzeń fonicznych klarnecista Kai Fagaschinski. Efekt konceptu i pracy post-produkcyjnej zdaje się wykraczać poza nasze wyobrażenia o tym, czym może być zlepek solowych improwizacji. Słyszymy wielką orkiestrę, która starannie buduje swoją ekspozycję, raz za razem inkrustując ją indywidualnymi, dźwiękowymi perełkami. I znów okładka albumu podpowiada nam, kto w zaaranżowanym spektrum spektaklu odpowiada za dany strumień dźwiękowy, jakbyśmy ponownie znaleźli się na wspólnym koncercie, który dzieje się tu i teraz. Definitywnie Imagine Splitter, to podróż niezwykła.

Od startu flow wyimaginowanej Splitter drży i emanuje dźwiękową intensywnością. Dęte pomruki, elektroakustyczna pulsacja, szeleszczące talerze, dygoczące kontrabasy, wreszcie mrowie zdarzeń z nie do końca rozpoznanych źródeł dźwięków. Całość zdaje się być podszyta tajemniczym, wewnętrznym nerwem rytmu, a wszyscy uczestnicy spektaklu pozostawać w stadium permanentnego dialogu. Fauna i flora improwizacji w rozkwicie! Po upływie dziesiątej minuty opowieść delikatnie się wystudza i przechodzi w fazę elektroakustycznych dygresji. Potem następuje faza bardziej intensywnych interakcji, doposażona w efektowną ekspozycję klarnetu kontrabasowego, a także gitarowe wtręty budowane na subtelnej amplifikacji. Akcja goni tu akcję, a każda fraza rezonuje z frazą bezpośrednio ją poprzedzającą. Oniryczne post-melodie i kontrabasowe chrobotania tuż przed upływem 30 minuty formują tu krótkotrwałą kulminację, która bezboleśnie odnajduje się w chmurze akustycznych, wystudzonych fraz i pulsującego tła gasnącej elektroniki.

Rozkołysana post-akustyka króluje na wyimaginowanej scenie przez kilka długich minut. Matowe melodie, nerwowe kontrapunkty i niemal kompulsywne napięcie związane z nieuchronnym końcem szyją ścieg ostatniej prostej. Plamy elektroakustyki, drżące perkusjonalia, dęte drony i preparacje lepią się w końcowy supeł mikrozdarzeń o niespotykanej urodzie.

 

PAS

Tu sytuacja dramaturgiczna jest jeszcze bardziej intrygująca. Berlińska Szprewa, okolice Petersburg Arts Space. Na jednym brzegu orkiestra, na drugim publiczność (jesteśmy w trakcie pierwszego lata pandemii!). Trzecim niezwykle istotnym elementem spektaklu jest samo miasto, jego życie foniczne, ludzie odgłosy i wszystko, co tworzy miejski mikroklimat. Muzycy wyposażeni są w urządzenia do absorbowania tych dźwięków i wtłaczania ich w przebieg orkiestrowej ekspozycji. Mają także hydrofony, a zatem interesuje ich również sfera dźwiękowa samej rzeki. Tym razem koncert zdaje się być precyzyjnie zaplanowany. Dla posiadaczy albumu w formie fizycznej kolejna wartość dodana – mapa zdarzenia! W głównym nucie rzeki opis poszczególnych ekspozycji muzycznych orkiestry, na jej skrajach akcje dźwiękowe, jakie dostarcza otoczenie. Całość trwa prawie 80 minut i trzyma nas w napięciu, niczym wysokogatunkowy horror.

Ów outdoor performance otwiera osobiście Berlin! Szum rzeki, ludzkie rozmowy, szmer miejskiego hałasu. Jedyne dźwięki orkiestry, to perkusjonalia. Obie sfery mają tu swój rytm, swoją metodę na przetrwanie. W okolicach 5 minuty do życia budzą się klarnety, instrumenty blaszane i kolejne perkusjonalia, tworząc intrygujące, dźwiękowe continuum. Po 10 minucie czeka nas elektroakustyczna nawałnica, którą zdaje się wzbudzać hałas przelatującego samolotu, a także dźwięki statku. Opowieść pulsuje, a akustyka instrumentów lepi się do gołej skóry miasta. Instrumentalne drony splatają się z miejską fonią, a słuchacz ma spory problem ze wskazaniem, która ze stron zdarzenia odpowiedzialna jest za dany dźwięk. Sama muzyka wydaje się być na tym etapie podróży bardzo delikatna, jakby przeniesiona z opuszczonej filharmonii wprost w wir rzeki. Sami muzycy wtłaczają w nurt główny narracji sporo przypadkowych dźwięków, stając się jakby kolejnym element berlińskiego zgiełku. Oba podmioty wykonawcze koncertu wchodzą w intrygujące interakcje – psy gadają z tubą, perkusyjne talerze lecą wraz ptactwem szerokim sklepieniem nieba. W 22 minucie nasi podróżnicy napotykają na deszcz post-akustycznych usterek. Orkiestra łapie teraz wiatr w żagle – blaszane pulsują, perkusje nadymają się, a wokół panoszy się mrowie gwizdów i świstów, powodując, iż opowieść nabiera masy i głośności. Coś na kształt rytmu, basowe plamy i miejskie gadanie dopełniają jakże już bogate spektrum dźwiękowe koncertu.

Tuż przed końcem drugiego kwadransa opowieść gaśnie niemal do poziomu ciszy. Drobne akcje i reakcje szyją teraz nową historię. Długie i krótkie frazy instrumentalne imitują ptasie odgłosy, szumy, zgrzyty i garść syntetycznych dronów snują swoje wątki. Miasto odczuwa coraz bardziej nerwowy step Splittera - wrony głośno kraczą, a szum wody narasta. Wszystko, co tworzy teraz flow pęcznieje, nadyma się, tworząc prawdziwie przemysłowy zgiełk. Tymczasem kameralne interludium szybko przenosi nas w świat perkusyjnej polirytmii. Swoje dokłada tętniące życiem miasto. W okolicach 50 minuty w ów perkusyjny szum wkraczają dumnie instrumenty dęte, szyjąc intrygę za intrygą. Po kolejnych kilku minutach w strumieniu głównym opowiadania pojawiają się tajemnicze dźwięki, które zdają się być zbierane z samego dna rzeki. Leje się woda, ale wszystko drży i pulsuje, podsycane frazami basowymi. Na kwadrans przed końcem, oliwy do ognia dolewa elektronika kreując definitywnie post-industrialny chaos chwili. Opowieść gęstnieje, nabiera brudu w szprychy, ale wytraca tempo. Niemal lewituje przerażone okolicznościami koniecznej w tym wypadku finalizacji. Narracja rozpływa się w drobiazgi i migotliwe umiera pozostawiając na pustej scenie jedynie odgłosy miasta.

 

Splitter Orchester splitter musik (hyperdelia.com, 3CD 2024)

Splitter Orchester: Liz Allbee – trąbka, Boris Baltschun – syntezator analogowy, Burkhard Beins –instrumenty perkusyjne, Anthea Caddy – wiolonczela, bas elektryczny, Anat Cohavi – klarnet, Mario de Vega – elektronika, Axel Dörner – trąbka, Kai Fagaschinski – klarnet, Robin Hayward – tuba, Steve Heather – instrumenty perkusyjne, Chris Heenan – klarnet kontrabasowy, Mike Majkowski – kontrabas, elektronika, Magda Mayas - clavinet, harmonium, Matthias Müller – puzon, Andrea Neumann - inside piano, mikser, hydrofony, Morten Joh – instrumenty perkusyjne, Simon James Phillips – organy, fortepian, Korg CX3, Jules Reidy – gitara, Ignaz Schick – elektronika, gramofony, Michael Thieke – klarnet, Clayton Thomas – kontrabas, Sabine Vogel – flety, hydrofony, Biliana Voutchkova – skrzypce, Marta Zapparoli - tape decks, hydrofony, odbiorniki radiowe, anteny.

CD1 Vortex: nagranie koncertowe, Silent Green, Berlin, listopad 2019. CD2 Imagine Splitter: nagrania solowe dokonane w trakcie pandemicznego lockdownu, zmiksowane przez Kaia Fagaschinskiego. CD3 PAS: nagrane na żywo nad rzeką Szprewą, okolice Petersburg Arts Space, Berlin, sierpień 2020. Łączny czas trzech improwizacji - 177 minut. 

 

 


sobota, 21 listopada 2020

XNN! Roji! Lotto! Bass To Bass! Gelber Flieder! Algo Quedó Dentro! As 3 Velhas! New Hermitage! The Bloody November’ Round-up!


Emocje, emocje, emocje! Oto coś, co kochamy na tych łamach nade wszystko! A najlepsze emocje gwarantuje wytrawna składanka recenzji nowych płyt z muzyką improwizowaną (która, jak wiemy, miewa i tysiąc imion!), dobrze zmieszana, intensywnie wstrząśnięta i łącząca wszelkie możliwe gatunki – i niebo, i ziemię, no i najprawdziwsze piekło!

Już tytuł pierwszej z omawianych płyt – Dance Chaos Magic! – mówi nam niemal wszystko, co niesie ów zestaw dźwięków! Ognista marszruta zacznie się na nowojorskim Brooklynie z udziałem samego Daniela Cartera (to już druga jego wizyta na Trybunie w ostatnich dniach!). Potem zderzymy się z cudowną ścianą dźwięku, produkcji niemiecko-portugalskiej, by zaraz po niej zanurzyć się w krajowym post-rocku w nadspodziewanie świetnym wydaniu! Kolejny akcent krajowy zapewni nam pewien kontrabasista w uroczym duecie z niemniej uroczą kontrabasistą ze Szwecji! A dalej? Bez chwili oddechu rozpoczniemy rozbudowany wątek iberyjski (choć będziemy także w Paryżu i Berlinie!), by na trzech kolejnych krążkach, obok kilku dobrych znajomych, spotkać wielu całkiem nowych, intrygujących muzyków! A na finał tej szalonej eskapady udamy się do … Kanady, by posłuchać bystrej, współczesnej kameralistyki! Oj, będzie się dziś działo!



 

XNN  Dance Chaos Magic (Eschatology Records, DL 2020)

Amerykańskiego saksofonistę Bena Cohena i jego label Eschatology poznaliśmy całkiem niedawno przy okazji płyty tria Charlatan. Tym razem muzyk zaprasza na spotkanie w kwartecie XNN, do którego zaprosił ikonę nowojorskiego free jazzu, Daniela Cartera (saksofony, trąbka, flet i klarnet) oraz swoich częstych współpracowników – Eli Wallace’a na fortepianie i Dana Kurfirsta na perkusji. Silnie osadzona we free jazzie, swobodna improwizacja trwa prawie 39 minut (Tedesco Studios, nagranie z listopada 2019 r.).

Kwartetowa podróż zaczyna się sekwencją tzw. kontaktów rozpoznawczych, nie bez zasad godnych metody call & responce. Spokojna improwizacja na przednówku - trochę perkusyjnych szczoteczek, kilka piano preparacji, saksofon i flet w rozmowie o poranku. Pierwszym, który zaczyna lepić wszystkie dźwięki w narrację właściwą jest drummer. W duchu jakże kolektywnym free quartet with jazz roots rusza na podbój świata, a tempo marszu rodzi się niemal samoistnie. W okolicach 9 minuty Carter sięga po trąbkę i razem z perkusją czyni duetowe expo. W tak zwanym międzyczasie preparujące piano, bystry tenor i cool-jazzowe szczoteczki dbają o przyrost dobrych emocji. Dużo jakości wciąż płynie z gołych strun fortepianu. Pod koniec 17 minuty kwartet stopuje i serwuje nam garść ciszy.

Nowy wątek rodzi się pod delikatnymi młoteczkami piana. Saksofon i trąbka ciekawie gaworzą na przeciwległych flankach, a wspomnienie kwartetu Test (Carter!) wcale nie jest tu nadużyciem. Opowieść zaczyna płynąć naprawdę swobodnym, własnym rytmem. Choć mnóstwo w niej dźwięków i wydarzeń, cały flow nie traci na lekkości, w czym zasługa nad wyraz subtelnego drummera. Po 22 minucie pianista zaczyna brnąć w abstrakcje, a Carter sięga po tenor i proponuje kolejne rozwiązanie. Powraca posmak lightowego Testu. Kwartet wchodzi w fazę zabaw w podgrupach. Najpierw saksofon z fortepianem, potem krótkie solo samego Cartera, które przekształca się w duet saksofonów. Sam miód tej improwizacji zaczyna się w momencie powrotu perkusisty, który zaczyna budować drobny (a jakże!) szkielet finałowej już narracji. Pianista znów preparuje, dęciaki gadają bez ustanku (aż słychać … trzeci saksofon przez moment!). Ostatnie przebiegi, to już odważny skok w ogień free jazzu, kind of a Test memorial! Mimo tryskających emocji wciąż możemy liczyć na perełki z pudła rezonansowego fortepianu. Jeszcze tylko kilka kroków – trochę repetycji z klawisza, dęte podśpiewywanie – i muzycy docierają do kresu tej wyśmienitej podróży. Brawo!

 


Roji  Oni (self-released, LP 2020)

Jörg A. Schneider (perkusja) i Gonçalo Almeida (gitara basowa, loops i elektronika) grając w duecie czasami czynią to pod własnymi nazwiskami, innym razem jako Roji. Definitywnie w tej konfiguracji personalnej lubią hałas, rockowy zgiełk i rozimprowizowane emocje. Do zabawy na ogół dopraszają gości. Na drugą płytę Roji zaproszeni zostali: Riccardo Marogna (klarnet basowy, saksofon tenorowy i elektronika) oraz Giovanni di Domenico (fortepian, keyboard i elektronika) - każdy z nich do dwóch utworów. Niemiecko-portugalska maszyna dźwiękowa proponuje nam łącznie siedem epizodów, które trwają niemal pełne trzy kwadranse.

Żarty się kończą! Ostry riff basu, masywne uderzenie w rozbudowany zestaw drummerski, okrzyk dętej zwierzyny i ruszamy w gęsty, rockowy flow, budowany z precyzją, domieszką psychodelii i póki co, nie forsujący tempa. Klarnet basowy tańczy w magmie sekcji, która płynie wzmocniona power-ambientową poświatą. Wszystko na dużym pogłosie, mocno kwasowe. W drugiej części składu tria dopełnia instrument klawiszowy. Dzięki tej asyście stalowej sekcji zdają się rosnąć skrzydła. Strumień basu zlewa się z dużo lżejszą narracją pianisty, full drumming wypełnia pozostałości wolnej przestrzeni. Płynna lawa, w pół kroku do ściany dźwięku. Trzeci epizod, miniaturka w duecie – dub noise? harsh post-rock? speed metal? black electronics? W kolejnej części grzmią same pioruny – tenor, który wznosi okrzyki i sekcja, która łamie kark opornego samym spojrzeniem. Wszystkie dźwięki leją się w jeden strumień psycho-noise! Pandemic thriller!

W epizodzie piątym powrót do duetu, chwila meta relaksu – ambient gitary basowej, który zwiastuje nadejście nowej porcji bolesnego hałasu. Drummer tylko czeka na sygnał, by two man orchestra mogła wyruszyć na łowy. Afrykańska polifonia na sterydach i bas, który buduje kilka pasm masowego rażenia. Ten ostatni pętli się, a wokół niego rośnie elektronika, która potrafi równie skutecznie zaatakować dobrym hałasem. Za szóstą część także odpowiada tylko dwóch artystów – płynna, elektroakustyczna lawa. Bas zdaje się mieć tysiące twarzy, perkusja tylko jedną, ale zabójczą. Dub noise! Czyżby smyczek podłączony pod trafostację wysokiej mocy? Flow, który już dawna przekroczył ścianę dźwięku zdaje się pęcznieć kolejnymi elementami, które giną w power-psychodelicznej poświacie. Magia Chaosu, nie pierwszy dziś raz! Na finał tego horroru powraca klawiszowiec! Bas rwie struny hc-punkowymi przełomami, piano w mackach distortion rzęzi jak zepsuta maszyna szlifierska, a oba instrumenty brzmią niczym ekstremalnie sfuzzowana black-metalowa gitara. Circle massive drumming dopełnia dzieła zniszczenia. Na tym tle kilka smagnięć pędzlem nieco bardziej delikatnych klawiszy, to dysonans godny największych mistrzów. No, i ta cisza po wybrzmieniu, gęsta jak krakowski smog.

 


Lotto  Hours After (Endless Happiness, CD/LP 2020)

Lotto na swej nowej płycie, to Mike Majkowski (bas), Paweł Szpura (perkusja) i Łukasz Rychlicki (gitara elektryczna) oraz cała masa tajemniczych urządzeń (lista do wiadomości wydawcy), które sprawiają, iż dźwięk typowego instrumentu akustycznego lub elektrycznego brzmi, jakby przybył do nas z samego piekła. Nagranie z Warszawy (chyba ubiegłoroczne), być może zrealizowane po godzinach, składa się z czterech niezwykle efektownych, post-rockowych scenariuszy. Całość trwa mniej więcej 35 minut.

W strukturze post-rockowej repetycji muzycy budują coś na kształt metafizycznej ballady. Równy, krautrockowy rytm, a w tle intrygująca, gitarowa mgławica, która zdaje się z czymś rezonować. Z czasem na pierwszy plan wychodzi właśnie gitara – mantra, która snuje się pod podłodze, jak leniwy wąż, który może jednak w każdej chwili kąsać. Niepokojące tło odradza się jak hydra, a całość pachnie dobrym, starym The Swans, z czasów, gdy jeszcze nikt nie wiedział do końca, co to rzetelny noise-rock. Druga opowieść burzy nieco ład narracyjny pieśni otwarcia. Jazgot gitarowych przetworników, drumming umoczony w syntetycznej poświacie i bas, który prycha i rzęzi niebywale urokliwie. Post-industrialna zabawa u progu czerstwego hałasu. Wykoślawiona, bystra motoryka, swoisty tygiel harshowych fonii i … skromna, brudna melodia, która snuje się pod palcami jednego z muzyków. Nagły finał osiągnięty metodą plugg-out.

Dubowy drumming na wejściu w część trzecią, to dobry pomysł! A bas, który brzmi, niczym na poły taneczne electro - być może jeszcze lepszy! Gitara też płynie z dużą przestrzenią, a wokół niej buduje się elektroniczny ambient, który zaczyna śpiewać. Opowieść pęcznieje, a drobiny hałasu zdają się nadciągać z każdej strony. Swoje dokłada pasmo syntezatorowego brzmienia, ale rytm rządzi tu bez względu na okoliczności. Czwarta historia, to jakby powrót do balladowego tempa ekspozycji. Dużo powietrza, pozorny spokój i tajemniczy, niepokojący background. Dubowe echo perkusji, która w tej części wykazuje aspiracje przywódcze. Gitara, dla niepoznaki, rozpływa się sama w sobie. Znów plama syntetyki (w formie drona), która sieje dramaturgiczny ferment. Po czasie brzmi, jak organy Hammonda.

 


Nina de Heney & Sławek Janicki  Bass To Bass (Muzyka z Mózgu/ Bocian, CD 2020)

Definitywnie zasłużyliśmy na garść swobodnej improwizacji na instrumenty w pełni akustyczne! Dwa kontrabasy? Why not! Nina de Heney i Sławek Janicki spotkali się niemal dokładnie roku temu, w Bydgoszczy, w Klubie Mózg. Na płytę Bass To Bass trafiły dwie improwizacje, jedna długa, druga krótka – łącznie 34 minuty z sekundami.

Początek nagrania z oklaskami (choć nie wiemy, czy na prawach otwartego koncertu) zastaje muzyków ze smyczkami na gryfach ich kontrabasów. Grzmią na siebie, pomrukują, szukają brudnego baroku, czyniąc prawdziwie niedźwiedzie zaloty miłosne. Drżą, dygoczą, jakby delikatnie skrępowani masą swoich instrumentów. Albo jadą do góry, albo ślizgają się w dół, a tempo narracji rodzi im się pod palcami. Tuż po wejściu w stan pierwszego galopu, dystyngowanie zwalniają, po czym sięgają po pierwsze preparacje (lewa flanka) i akcenty percussion (prawa flanka). Po niedługiej chwili dynamika jest im dana na powrót. Tuż przed upływem 11 minuty tempo ich post-barokowej przebieżki zdaje się być nad wyraz imponujące. Po kolejnych kilku pętlach wkraczają w fazę szurania i akustycznego skwierczenia, dobrze się przy tym imitując. Gdy znów smyki idą w tango, nastrój robi się prawdziwie łobuzerski, a błoto emocji spływa z gryfów niezwykle efektownie. Po 19 minucie artyści szukają już zdecydowanie ciszy i post-akustycznego ambientu. Garść preparacji, garść uderzeń po strunach. Ostatnia prosta tego seta kreowana jest przez delikatny rytm, jaki podaje prawy kontrabas. Udane slow motion z nerwem i intrygą.

Drugi, krótki set (a może dłuższe encore), to zabawa w arco i pizzicato. Spokój, dystans, odpowiedzialność za dźwięk. Pomysły rodzą się jednak jeden po drugim, dzięki czemu doświadczamy całej masy naprawdę uroczych zdarzeń fonicznych. Kontrabasy zawodzą, repetują, skrzeczą i plumkają – whatever you want! Po wybiciu 4 minuty czas na intensywne, gęste, jakże suche w brzmieniu szorowanie strun, aż do poziomu acoustic noise. Wreszcie faza schodzenia w dół, szukania dna narracji i ciszy, jak nastąpi po wybrzmieniu ostatniego dźwięku. Brawo!

 


Gelber Flieder  Ölbaumgewächse (Creative Sources, CD 2020)

Rozbudowany wątek iberyjski rozpoczynamy w … Paryżu (La Petite Maison, grudzień 2016r.). Na scenie trio o nazwie własnej Gelber Flieder w składzie: João Camões (altówka), Luise Volkmann (saksofon) i pełniący tu zapewne rolę gospodarza - Yves Arques (obiekty i elektronika). Swobodna improwizacja w jednym traku – niepełne 31 minut.

Koncert rozpoczyna się … niemiecką kołysanką o krokodylach! Chór cierpliwych rodziców śpiewa, a w tle zaczyna rodzić się błyskotliwa improwizacja. Coś bystrze rezonuje, szeleści, skwierczy na gryfie altówki, z tuby saksofonu płyną preparacje, półdrony i głębokie oddechy, wreszcie definitywnie kompatybilna elektronika oplata niezidentyfikowane obiekty latające i brzęczące płaszczem inspiracji. Clever chamber in the crazy world of post-music! Każdy z artystów od początku dorzuca do strumienia dźwiękowego same atrakcje – śpiewające zgrzyty altówki, saksofon, który potrafi brzmieć niczym preparowana trąbka, obiekty, która drżą subtelnością złocistych perkusjonalii. Kolektywna, soczysta, gęsta, ale i po części ulotna narracja.

W tym dość krótkim secie muzycy mają dla nas sporo niespodzianek i zwrotów dramaturgicznych. Co rusz coś ciekawego - nowe brzmienia, czy tajemnicze dźwięki, prawdziwy kalejdoskop wyłącznie pozytywnych zaskoczeń. Już w 10 minucie proponują zwinne duo, stworzone z samych akustycznych fonii, pod które podłącza się oniryczna elektronika, frazująca niczym zatopiony gamelan. W okolicach 17 minuty nieustannie intrygująca praca obiektów przypomina ugniatanie werbla, a zaraz potem polerowanie powierzchni płaskich. Po 22 minucie koncertowa marszruta pnie się na emocjonalny szczyt – altówka tańczy jak opętana, saksofon wyje do księżyca, no i ponownie moc wspaniałości płynie ze strony nieoczywistej elektroniki i obiektów, które bez trudu są w stanie wejść w fazę wyłącznie akustyczną, a nawet dętą (zimny wicher wieje z każdej strony!). W 26 minucie ów tajemniczy wicher zostaje na moment sam. Słyszymy gwar ulicy, pomruki z klubu, a może to jedynie sample. Finałowa faza tego wyśmienitego, zbyt krótkiego koncertu – instrumenty śpiewają i gwiżdżą nieopodal ciszy, a wszystkie przedmioty zgromadzone na scenie zdają się budować strumień onirycznej post- elektroakustyki. Fake sounds gonią się po scenie, a potem gasną po mistrzowsku.

 


Altaba/ Valera/ Volt  Algo Quedó Dentro (Finis Africae, Kaseta 2020)

Lądujemy tym razem w Laisla Estudio (pewnikiem Hiszpania) i spotykamy trójkę muzyków. Eduardo Altaba (kontrabas), Patxi Valera (perkusja, instrumenty perkusyjne) oraz Pablo Volt (trąbka) zapraszają nas na bystry, bezpretensjonalny i jakże miły w odbiorze spacer po bezdrożach open jazzu. Nagranie z koniec września ubiegłego roku składa się z dziesięciu utworów (zapewne predefiniowanych improwizacji) i trwa około 42 minuty.

Do zabawy zaprasza nas trąbka, która śpiewa hymn otwarcia. Sekcja rytmu od startu pracuje dynamicznie. Trio stawia na kolektywizm, choć kontrabas zdaje się tu być masą krytyczną. W ramach przeciwwagi druga część stawia na balladowy dryl i zwinną, lekką perkusję. Trzecia podnosi poprzeczkę oczekiwań i proponuje zaplanowane, ale dość swobodne call & responce! Garść preparacji blaszaka, błysk rezonujących talerzy, także smyczek i sekunda zabawy z ciszą. Kolejna parzysta opowieść na powrót zbliża nas do swingujących synkop i nie forsuje tempa. Precyzja godna cool-jazzowej ścieżki dźwiękowej do filmu noir. Piąta historia powraca do estetyki preparacji, pełna jest szumów, oddechów, mikro fraz dużej urody. Tu królem polowania wydaje się być nade wszystko trąbka.

Drugą część płyty (zapewne drugą stronę kasety) otwiera marszowa narracja z trąbką płynącą smutnym, iberyjskim zaśpiewem. Muzycy szybko przerzucają nas do kolejnej części, która proponuje dynamiczny open jazz, zdobiony doskonałą ekspozycją trąbki. Ósma partycja schodzi w dół i czeka na własny oddech – smyczek, podmuchy zimnego powietrza z samego dna blaszaka, perkusyjne, matowe świecidełka. Im dalej w las, tym lepiej na tej płycie! Ostatnia część nieparzysta powraca do zamaszystego pizzicato, które ciągnie trio post-jazzowymi smakołykami. Trąbka śpiewa tu z wyjątkowym smakiem. Wreszcie finał - piękna, stylowa rozbiegówka na dużym wydechu. Smyczek, post-barok, który szuka rockowych emocji i trąbka, która kwili półgębkiem same dobre nutki. Doprawdy urodziwych dźwięków tu nie brakuje.

 


Gonçalo Mortágua/ Guilherme Rodrigues/ Higino Andrade  As 3 Velhas (Creative Sources, CD 2020)

Czas na zapowiadany Berlin (StudioBoerne, sierpień 2019)! Gonçalo Mortágua (saksofon tenorowy), Guilherme Rodrigues (wiolonczela) oraz Higino Andrade (kontrabas) przygotowali dla nas czternaście opowieści (blisko 50 minut). Tym razem nasza muzyczna wycieczka koncentrować się będzie na wątkach kameralistycznych, choć jazzu, tudzież post-jazzu z pewnością w niej nie zabraknie.

Trzy Stare Kobiety zawierają w sobie dużo ciekawych, chwilami intrygujących pomysłów na improwizację. Część z nich muzycy dość szybko jednak porzucają, część z nich – zwłaszcza tych bardziej nastawionych na swobodną kameralistykę - zdają się niepotrzebnie wtłaczać w ramy open jazzowego frazowania. Wiele momentów bazuje tu na świetnie skomunikowanych akcjach obu instrumentów strunowych. Zarówno wiolonczelista, jak i kontrabasista zmieniają techniki gry, sieją ferment, znajdują nie jedną płaszczyznę porozumienia. Z kolei saksofonista zbyt kurczowo trzyma się jazzowych podpórek dramaturgicznych, nie jest skłonny wpadać w obszar bardziej swobodnej improwizacji. Nazwanie go hamulcowym byłoby oczywiście nadużyciem, stąd jedynie sugestia recenzenta, by w procesie improwizacji wykazywać się po prostu większą odwagą, a także chwilami bardziej skoncentrować się na słuchaniu tego, co mają do zaproponowania partnerzy.

Dość wszakże tych utyskiwań, skupmy się na najciekawszych fragmentach nagrania. Choćby trzecia opowieść, którą budują dwa strunowce, płynące dość wysoko zawieszonym, delikatnym pizzicato. Pierwszym, który sięga po smyczek jest kontrabasista, a całość narracji, wraz z rozśpiewanym saksofonem, bystrze się dynamizuje. Czwarta i piąta część bazuje na dobrych pytaniach i równie kąśliwych odpowiedziach. W części siódmej saksofon szuka dłuższych fraz i płynie tajemniczym strumieniem, a strunowce budują emocje na dychotomii arco-pizzicato. W ósmej smyczki szukają barokowych fraz, wyczulone na ciszę i echo, saksofon wchodzi dopiero na finał z niebanalnym komentarzem. Kilka niespodzianek czeka nas także w części jedenastej - dużo niepokoju, szumów z tuby, gwizdania, a nawet dźwięków wprost z gardła saksofonisty. No i sam finał płyty, który nie szczędzi nam preparowanych dźwięków, akcentów percussion i kolektywnego zaśpiewu wszystkich instrumentów.

 


New Hermitage  Unearth (self-released, CD 2020)

Wreszcie obiecana kameralistyka z Kanady. Nagranie studyjne z Halifax (data nieznana), a w nim kwartet w składzie: Andrew MacKelvie (saksofon altowy, tenorowy, klarnet basowy), India Gailey (wiolonczela), Ross Burns (gitara i efekty) oraz Ellen Gibling (harfa). Jedenaście utworów (wedle opisu - skomponowanych improwizacji) trwa 35 minut z sekundami.

Na początek wróćmy do określenia skomponowane improwizacje. Kanadyjski kwartet (to już ich piąta płyta) na swym nieziemskim nagraniu produkuje doprawdy całe mnóstwo pięknych, kameralnych dźwięków, czasami zmyślnie i efektownie preparowanych. Buduje narracje w skupieniu, nie goni za emocjami, stawia na precyzję i szuka dobrych interakcji. Niestety w wielu momentach nie powstaje z tego w pełni improwizowana narracja. To raczej próby wyjścia poza nawias tego, co wcześniej zostało zaplanowane, tudzież dramaturgicznie wykalkulowane. Pasaże dźwięków następują po sobie, ale często nie tworzą związków przyczynowo-skutkowych. Trzeba też dodać, iż kilka utworów na płycie, to ekspozycje solowe lub nagrania w podgrupach. Innymi słowy – more chamber, but not truly free.

Recenzentowi nie pozostaje zatem nic innego, jak wskazać te momenty nagrania, które wydają się realnie udane w kontekście procesu improwizacji. Trzecia część, to krótkie solo cello, które pięknie brudzi swoje brzmienie. W części czwartej podoba nam się praca klarnetu basowego, który po rozbudowanej introdukcji strunowej kreuje ciekawie brzmiące półdrony, bystrze skomentowane przez wiolonczelę i dubowe echo gitary. Utwór ósmy z kolei zaczyna się gitarowymi plamami i delikatnym pomrukiem ze strun cello i harfy, potem zaś układa się w zmysłowy post-barok. Również dziewiąta część bazuje na dźwiękach gitarowych, a raczej poświacie, jaką tworzą przetworniki tejże gitary. Pre-ambientowy mrok amplifikatora i intrygujący smak tajemnicy. Dobrze skonstruowana jest także część jedenasta - bazuje na mikro dźwiękach wszystkich instrumentów, które tworzą niebanalny slow motion game.

 



piątek, 1 marca 2019

GGRiL! Un Ensemble! Glasgow Improvisers Orchestra! Splitter Orchester! Marmolada! An explosive beauty of a larger one!


Zapraszamy na mały festiwal dużych składów! Pięć intrygujących, wieloosobowych orkiestr z kilku zakątków świata. Muzyka komponowana, muzyka improwizowana oraz wszystkie możliwe kombinacje tychże zjawisk, wariacje na temat i inne, równie szalone incydenty!

Najpierw dwie absolutnie świeże płyty, wydane dosłownie przed momentem, potem zaś trzy, które miały swoje premiery w roku ubiegłym. Orkiestry francuskojęzyczne, także szkocka, niemiecka i polska. Tłumy muzyków na scenie, moc wrażeń po stronie odbiorców i wrzący tygiel ponadgatunkowych odniesień artystycznych.




GGRiL  Façons (Circum-Disc/ Tour de Bras, 2CD 2019)

Naszą podróż zaczynamy w kanadyjskim Quebecu. Orkiestrę GGRiL, znaną także pod pełną nazwą Le Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée, kojarzyć winniśmy choćby z doskonałą płytą Vivace, nagraną kilka lat temu z Evanem Parkerem. Szefem przedsięwzięcia zdaje się tu być basista Éric Normand, o którym ostatnio ciepło wspominaliśmy przy okazji tria z Johnem Butcherem.

Na podwójny krążek Façons (całość nagrania pomieściłaby się na jednej płycie kompaktowej) składają się trzy spotkania muzyczne (wszystkie miały miejsce w roku 2018). Na każdym z nich Orkiestra wykonała kompozycje stworzone specjalnie na jej zamówienie. Łącznie w przedsięwzięciu wzięło udział 22 muzyków. Nie będziemy ich tu wszystkich wymieniać, wskażemy jedynie, iż w Orkiestrze znalazło się miejsce dla ośmiu instrumentów dętych drewnianych i blaszanych (tu goście specjalni: Caroline Kraabel, Ingrid Laubrock i John Butcher), trzech basów, czterech gitar, dwóch zestawów perkusyjnych, trzech instrumentów smyczkowych oraz jednego akordeonu i harfy. Pełna lista płac: https://tourdebras.bandcamp.com/album/fa-ons

Na początek kompozycja Organon, efekt pracy Isaiaha Ceccarelliego (21 minut), na którą składa się, cytując wydawcę, kilka zbiorów monolitycznych uzgodnień. Narrację buduje od pierwszej sekundy monumentalny dron, który płynie wolno, ale stabilnie, strumieniem dźwiękowym będącym efektem działań zapewne wszystkich muzyków na scenie. Grzmoty, skowyt, pomruki – elektroakustyczna burza w piorunami. Jako pierwsze z tej chmury intrygujących dźwięków wyłaniać próbują się dęciaki. Mocny fundament dla ich podskoków generuje czereda basów elektrycznych, kontrabasów i gitar elektrycznych. Pary w dłoniach nie brakuje także perkusjonalistom. Rzecz można – Power Orchestral Drone & Noise! W 10 minucie sekcja dolna delikatnie zmienia szlak podróży, a cała narracja zaczyna rozpływać się na mniejsze frakcje dźwiękowe. Jakby lód topniał pod nogami muzyków – dęciaki grzmią, dysze łapią oddech, wentyle ciężko pracują. Dobrze wyeksponowana zdaje się być szczególnie podsekcja blaszana. Po kilku minutach Orkiestra stanowczo wyhamowuje. Muzycy stoją w miejscu - klimat semi-oniryzmu, pasaż z bliżej nieokreślonego źródła dźwięku, eskadra małych dronów. Mutujące się, zwiewne płaszczyzny meta melodyki, powstające nie bez udziału elektroakustyki, czynionej zapewne przez gitarowe amplifikatory. Rodzaj zmysłowego symphonic noise, pełnego zgrzytów i perkusyjnych ornamentów. Na końcówce bystre wybrzmiewanie.

Tuż po Organon, w ramach uzupełnienia dysku pierwszego, skromna 7 i pół minutowa praca Xaviera Charlesa Sur les Genoux. To zapisany efekt pewnego tajemniczego warsztatu – rodzaju ćwiczenia z umiejętności słuchania. Muzycy zdają się oddychać zupełnie innym powietrzem niż w trakcie poprzedniego spotkania. Opowieść budują głównie instrumenty smyczkowe. Małe, spokojne, niemal pojedyncze ekspozycje. Ledwie kilku muzyków, szczypta elektroakustyki niewiadomego pochodzenia, prychanie dętych i blaszanych. Stateczna, bardzo molekularna narracja, naznaczona piętnem improwizacji. Kind of strings in hardly sonic enviroment.

Czas na dysk drugi i kompozytorski pomysł Johna Butchera w sześciu częściach, nazwany Local Fixations. Przez blisko trzy kwadranse muzycy będą dość swobodnie improwizować, korzystając zapewne jedynie z pewnych drogowskazów, nakreślonych przez autora. Punkt wyjścia dla Lokalnych Problemów zdaje się być wymarzony – gitary, basy i amplifikatory, sprzężenia i spięcia, półmrok czystego noise. Niemal free rockowe otwarcie, czynione także przy wsparciu energetycznej trąbki. W 3 minucie kilka plastrów smyczkowego miodu dla złagodzenia sytuacji fonicznej. Urocza i zmysłowa, mała filharmonia. Gitary jednak ripostują, złorzeczy klarnet basowy. Owczy pęd kieruje muzyków ku eskalacji, bez udziału wszakże jakichkolwiek akcentów perkusyjnych. Te ostatnie czynią wstęp do kolejnego Problemu. Struny, elektroakustyka prądu, drżące membrany, także gitara akustyczna i akordeon – szeroki bukiet filigranowych ekspozycji, w tym saksofonu samego Butchera. Moc pojedynczych dźwięków, które lepią się w gęstą ciecz. Fragment zdominowany przez akustyczne instrumenty, w tym także bystry kontrabas. Kolejna opowieść rodzi na się na gryfach strunowców, do gry wchodzi również gitara z akcentami quasi flamenco – wyborna zabawa w call & responce. Krótkie, urywane frazy akordeonu i trąbki, prawdziwie urokliwa miniatura. Czwarty Problem ogłasza grzmot kontrabasu. Wsparcie idzie ze strony perkusjonalii i dęciaków. Kontrabas raz za razem czyści teren podmuchami potężnej fonii, pod które podłącza się coraz więcej instrumentów. Narracja gęstnieje, nawet na etapie stabilnego wybrzmiewania – dobra zmian gitar elektrycznych i skrzypiec. A kontrabas grzmi do ostatniego dźwięku. Cudowny odcinek! Piąty Problem – sopranowy Butcher, kontrabas i gitara, oto trio otwarcia. Nalot dywanowy elektroakustyki – perfekcyjny kontrapunkt! Tłusta ekspozycja, w której ważne dramaturgicznie momenty dźwiga na swych plecach akordeon. W drugiej części niespodziewanie pikuje ku górze – świst gorącego powietrza zdaje się rozrywać nam narządy słuchu. Porządek na scenie robi smyczek na gryfie kontrabasu. Wreszcie finalny Problem – struny w sytuacjach sonorystycznych, dęte kontrapunkty, małe perkusjonalia. Groza tajemniczej post-filharmonii. Na scenę zaczynają przybywać dodatkowe instrumenty, zdaje się, że całe GGRiL osiąga stan wrzenia. Na ostatniej prostej dużo dobrego ze strony reeds & brass. Piękny finał doskonałej - szczególnie w trzeciej odsłonie – płyty, budowany dronowo-ambientowym kosmosem półdźwięków!




Un Ensemble  Points Sans Surface (Circum-Disc, 2019)

Czas na rdzennie francuski ansambl Un. Na potrzeby wykonania kompozycji Points Sans Surface w pewnym tajemniczym miejscu (nie doszukałem się szczegółów w opisie płyty) zebrało się 29 muzyków, w tym szef Orkiestry David Chiesa, którego znamy raczej jako kontrabasistę, ale tu grać będzie na elektrycznym pianie.  Pełne instrumentarium Un Ensemble jest następujące: osiem instrumentów dętych drewnianych i blaszanych, trzy smyczkowe, trzy zestawy perkusjonalii, trzy basy, trzy gitary, dwa syntezatory analogowe, dwa głosy, także rzeczone piano, india harmonium oraz ludzie odpowiedzialni za elektronikę, brzmienie oraz … oświetlenie. Uff… pełna lista muzyków w linku: Strona płyty

Autorem kompozycji jest dobrze nam znany saksofonista Jean-Luc Guionnet (zagra na saksofonie altowym). Ponieważ zdecydowanie tym nagraniem wkraczamy w świat muzyki współczesnej, być może opis metody wykonania kompozycji zajmie nam więcej czasu niż zapis recenzenckich wrażeń z samego odsłuchu. A zatem – 29 wykonawców, soundsystem dla 25 muzyków, wyposażony w 8 głośników plus system do obsługi oświetlenia, które stanowi ważny element dramaturgiczny wykonania (obawiam się, że tego nie usłyszymy na płycie). Publiczność jest otoczona przez muzyków i głośniki. Każdy z instrumentów podłączony jest pod mikrofon. Sygnał dźwiękowy przekazywany jest na konsolę mikserską, gdzie jest wzmacniany, odtwarzany i miksowany z innymi dźwiękami. Do publiczności docierają zatem trzy strumienie fonii – akustyczna wprost od muzyków, przetworzona z głośników oraz mieszana (przy czym, dźwięki żywe docierają na zdecydowanie innej wysokości niż te z głośników). That’s all! Spektakl dźwiękowo-wizualny trwa prawie 66 minut, jest nieprzerwanym ciągiem dźwięków, na płycie podzielonym na osiem części.

Dźwięki otwarcia, to drony brzmiące niczym upalony akordeon, ale zapewne to syntezator analogowy lub india harmonium (z uwagi na skomplikowany sposób tworzenia fonii na koncercie, proponuję nie przywiązywać nadmiernej wagi do precyzyjnego wskazywania źródeł dźwięku). Fonia dociera z samego dna ciszy, a towarzyszy jej pomruk sali koncertowej, delikatny szelest swoistego field recordings. Prawdziwa meta muzyka w oczekiwaniu na coś niezwykłego. W 7 minucie pierwotny dron delikatnie moduluje się, a z samego dna piekła dostarczane są nowe podwarstwy narracji. Muzycy szorują struny, drży elektryka gitar. Zmiana traku na krążku następuje jednak w niemal zupełnej ciszy. W dalszej kolejności – pakiet drobnych, niemal pojedynczych dźwięków akustycznych. Przestrzeń huczy jednak elektroakustyką. Ansambl zdaje się kroczyć po złote runo, ale każdy krok stawiany jest z wyjątkową rozwagą. Głosy kobiece z megafonu, plamy prądu na kablach, w dole drony analogowej elektroniki. Wchodzą smyczkowe dużą falangą (trzeci trak), niemal nalot dywanowy. Mocny flow elektroakustyki, from time to time inkrustowany pięknymi plamami żywych dźwięków. Filharmonia w ogniu! Po 8 minucie do gry wchodzą dęciaki i skutecznie stopują całą narrację. Spektakl konsumuje wielki łyk kameralistyki, potem narasta, dynamizuje się i powoli pożera własny ogon. Zmysłowy, bardzo emocjonalny odcinek batalii. Atak dużych blaszaków, upiorny taniec, czuć, że gra duża orkiestra! Rytmiczne akcenty drummerskie aż po nagły stop! I jakby powrót do stanu początkowego – szmery oczekiwania, które przerywa krzyk z megafonu (start traku czwartego). Cisza, small piano, drobne przetasowania foniczne, grzmoty, pomruki, rozkwit elektroakustyki, moc gatunkowych znaków zapytania. Głosy z zaświatów, sonorystyka nieistniejących instrumentów, piękne smyki. Znów głos obwieszcza początek nowego (piątego), tu jakby coś wyliczał, obok smyki proszą o łyk świeżej wody. Stylowe kontrapunkty z wielu miejsc, na ogół z gotujących się gryfów. Piękny chaos punktowej improwizacji: strings gonią niczym pociągi na wietrze, gadający puzon, sto pomysłów na sekundę. Startuje szósty odcinek – drony, które zdają się scalać analogową elektronikę, obok bukiet incydentalnej akustyki, dzwonki, krzyki, znów megafon. A my już płynnie sięgamy po siódmy fragment – tu narracja zdaje się stać w miejscu, jak na początku koncertu, w poszukiwaniu nowych punktów zaczepienia. Niski dron o dętej, owalnej strukturze. W 5 minucie znaczący epizod drummerski, bardzo efektowny i powtarzany od czasu do czasu. Megafon czuwa, tu jakby zachęcał do kolejnych perkusyjnych eskalacji. Sonorystyka spływa na nas garściami, to z dęciaków, to jakby z kabli. Bogata narracja, także z akcentami noise. Pod koniec uporczywe poszukiwanie ciszy, pojedyncze dźwięki znikąd – efektownie, ale trochę bez emocji. Wreszcie finałowa partycja – obwieszczą ją groźnie brzmiący talerz. Z niemal metafizycznej ciszy wyłania się mikro zgiełk, generowany wszystkimi strumieniami fonii. Ambientowy niepokój, strach przed konsekwencją zaniechania. Akcenty dęte serwowane bardzo separatywnie. Pomruki, szmery, wycieranie potu z czoła, smyki na niskich gryfach. Wybrzmiewanie i narastanie, sinusoida emocji. Wielogatunkowy spleen ciągnie nas do ostatniego dźwięku. Electro-acoustic contemporary composition in impro enviroment has ended!




Glasgow Improvisers Orchestra Featuring  Marilyn Crispell &Evan Parker   Parallel Moments Unbroken (FMR Records, 2CD 2018)

Choć orkiestra improwizatorów z miasta stołecznego Glasgow jest tylko młodszą siostrą London Improvisers Orchestra, to dorobek fonograficzny ma dużo większy. Dziś sięgamy po jej najnowszy, dwunasty już krążek, który choć jest z nami ledwie kilkanaście tygodni, to zawiera nagrania już dość wiekowe. Koncert pomieszczony bowiem na pierwszym dysku miał miejsce w roku 2013 (CCA Glasgow), a ten na drugim – w roku 2014 (City Halls, Glasgow). Każdy z nich zdobi szacowna persona, o czym śmiało informuje wydawca, umieszczając ich w tytule wykonawczym. Osobą zaś wiodącą w samej orkiestrze jawi się saksofonista Raymond MacDonald, który pojawia się na liście płac także w kategorii kompozytor. Nikt z muzyków nie został przypisany do roli dyrygenta, zatem nie znamy bliższych szczegółów w zakresie kreacji procesu improwizatorskiego, czynionego przez całkiem sporą grupę muzyków. Definitywnie wszakże wracamy do świata free jazz/ free improv, ba, na drugim z dysków – uprzedźmy przebieg wydarzeń – poczujemy nawet smak swingu i Orkiestry Gila Evansa!

Koncert GIO z udziałem Marylin Crispell składa się z siedmiu części i trwa 28 minut z sekundami. Na scenie odnotowujemy obecność: dziesięciu instrumentów dętych, dwóch smyczkowych, trzech zestawów perkusyjnych (pośród nich Gino Robair), dwóch gitar, kontrabasu, fortepianu (gość!), harfy, wibrafonu, trzech zestawów elektronicznych, wreszcie dwóch głosów (w tym Maggie Nicols).

Nagranie otwiera solowa ekspozycja Crispell, grana spokojnie, z lekkim pogłosem. W dalszej kolejności do gry wchodzą instrumenty strunowe oraz odrobina dźwięków elektronicznych, a sama narracja gęstnieje i dynamizuje się, przy dużej aktywności perkusistów. Tuż potem minutowe interludium dla harfy i gitary. Powrotowi strunowców ponownie towarzyszy zgiełk na kablach, dialog głosu i klawiszy, także partii dętych zatopionych w szmerach bogatej instrumentacji. Akcja goni akcję, elektronika i akustyka, cicho i głośno, what ever you want! Płynne wejście w ciszę, harfa, głos, cicha gitara. Pasmo małych, wysokich i niskich półdronów. Także puzon, wielogłos fletów, kameralne struny i kwilące gitary elektryczne. Znów ułamek ciszy, potem dialog saksofonu i piana w konwencji call & responce (zapewne McDonald i Crispell). Pachnie dobrym free jazzem na kilometr! W komentarzu bystra kipiel w kilku tubach, także trąbki. Finałowy odcinek rodzi się z krzyku eskalacji, czynionych w podgrupach. Fire music as well! Finalne tłumienie spoczywa na barkach, a raczej gardłach kobiet. W tle polerują się struny. Urokliwe!

Drugi dysk wypełnia koncert z gościnnym udziałem Evana Parkera na saksofonie tenorowym. Składa się z jedenastu części, trwa blisko 50 minut, a na scenie obok saksofonisty odnajdujemy także: sześć innych dęciaków, dwa instrumenty smyczkowe i kontrabas, perkusję, elektronikę, aż cztery gitary, fortepian, harfę, obój i głos.

Parallel Moments Unbroken, część druga, powstaje z dźwięków strun, które narastają do pary z wydarzeniami perkusyjnymi, także fraz trąbki i saksofonów, jazzowego fortepianu, wreszcie ciepło brzmiącego saksofonu tenorowego Parkera. Czysty, stateczny flow dobrych fonii. Nie brakuje partii granych unisono, zapewne wprost z zapisów na kartkach. Małe expose głosu ludzkiego intonuje drugą część, znów silnie eksponującą tembr saksofonu gościa. W międzyczasie strunowce budują słodki background. Narracja narasta niemal symfonicznie, całość zdaje się być szczegółowo wyreżyserowana, mając wszakże u stóp bazę zdecydowanie free jazzową. Kolejne spiętrzenie następuje przy udziale saksofonu, piana i gitary. W oddali szum dużych aktywności, czuje się potencjał do zmyślnego hałasowania.  Tuż potem narracja otwiera jednak nowe wrota (numer traka przeskakuje na czwórkę) – tenor Parkera tyczy szlak jeszcze cieplejszym tembrem, akompaniament orkiestry zaczyna zaś smakować cool-jazzem. Zdaje się, że za kotarą przyczaił się sam Miles Davis, do tego w towarzystwie Gila Evansa. W ramach interludium Parker flirtuje z samotnością, by po niedługiej chwili ponownie przywołać zimny dreszcz słodyczy. Smyki, filharmoniczne zadęcie, kolejny smooth sax, dużo lukru, mało spontaniczności. Głosy z oddali i trąbka już całkowicie milesowska. Ósma partycja zdaje się burzyć ów ład i porządek - trochę brudu w dyszach, zadziorów na gryfach, ochłapy intrygującego chaosu. Less jazzy, more chamber! Dobra zmiana rozbudowanej sekcji gitar. W kolejnej części cool pozornie powraca – małe frazy, coś drży na kontrabasie, próba wejścia w obszar call & responce. Wzrost aktywności części milczącej Orkiestry sprawia, że smak dobrego free jazzu staje się naszym udziałem. Przedostatni odcinek – rozbudowane intro gitar, saksofon w pozie letargu, słodki dźwięk ala Fender do pary. Przez moment Parker brnie w oddech cyrkulacyjny, podbiegają do niego flet i trąbka, dzięki czemu doświadczamy drobnej kipieli. Zdaje się, że wraz z muzykami biegamy od ściany do ściany. Finał, choć wiele w nim niebanalnych dźwięków, znów topi się w słodyczy rozwiązań dramaturgicznych, na wprost zaciągniętych z opasłych tomów historii Orkiestry Gila Evansa. Samo wybrzmiewanie także bez błysku, z głosem kobiecym w tle.

Pełna lista muzyków obu koncertów:




The Pitch & Splitter Orchester  Frozen Orchestra (Splitter)  (Mikroton Recordings, CD 2018)

Definitywnie porzucamy jazzowe frazowanie, a w poszukiwaniu nowych, intrygujących zjawisk na scenie muzyki współczesnej, która improwizację traktuje, jako jedno z podstawowych narzędzi działania, przenosimy się do Berlina. Przedmiotem naszych zainteresowań będzie ostatnia, jak do tej pory, płyta Splitter Orchester, poczyniona wspólnie z formacją The Pitch. W tej ostatniej odnajdujemy klarnecistę Michaela Thieke, wibrafonistę i perkusjonalistę Mortena J. Olsena, kontrabasistę Koena Nuttersa oraz grającego na organach Borisa Baltschuna. To właśnie ta czwórka muzyków skomponowała materiał, który wraz z rozbudowaną załogą Splitter, wykonano w trakcie dwóch grudniowych dni roku 2017 w studiobörne45.

W ramach zaś samej Orkiestry – prawdziwy kwiat berlińskiej sceny improwizowanej! Wskazując instrumentarium, jakie wykorzystano w trakcie nagrania, wymienimy niektórych muzyków z imienia i nazwiska. A zatem na scenie: siedem instrumentów dętych drewnianych i blaszanych (m.in. Matthias Müller, Axel Dörner, Robin Hayward), trzy instrumenty klawiszowe (m.in. Magda Mayas, Andrea Neumann), trzy zestawy różnorakiej elektroniki, dwa instrumenty smyczkowe (m.in. Biliana Voutchkova), kontrabas (Mike Majkowski), dwa zestawy instrumentów perkusyjnych (m.in. Burkhard Beins) oraz gitara.


Kompozycja Frozen Orchestra (Splitter) trwa równą godzinę zegarową. Mimo, iż była nagrywana przez dwa dni, na płycie stanowi nieprzerwany ciąg dźwięków. Początkowa, wielominutowa partia kompozycji bazuje na gęstym niczym zastygająca lawa dronie, zbudowanym głównie z akustycznego żeliwa. Narracja stoi w miejscu, niczym stopklatka, drży zawieszona na nieboskłonie, jednocześnie umoczona po kolana w gęstym strumieniu niskich dźwięków. Proces jej narastania jest niemal niedostrzegalny, ale czujemy okiem wewnętrznym, iż ma miejsce. Parafrazując klasyka – more suspended & sustained piece. W okolicach 7 minuty pojawiają się pierwsze pojedyncze mikro frazy z gitary, klawinetu (?), skrzypiec lub/i wiolonczeli. W 10 minucie wytrawne ucho recenzenta odnajduje drobne modyfikacje w zakresie kształtowania się niskich partii drona. Dzieło zdaje się być prawdziwie monumentalne – zakochaj się albo uciekaj! Decydujemy się na pierwsze rozwiązanie! 15 minuta przynosi pierwsze objawy studzenia intensywności ekspozycji, 20 zaś – kolejne drobne stadium tego procesu. Po kolejnych pięciu minutach, flow drona ulega zdecydowanemu rozwarstwieniu. Podsekcja instrumentów klawiszowych i elektroniki zdaje się tyczyć szlak nowej ekspozycji. Elektroakustyczna mieszanka wielosmakowa! Grzmoty niskich dęciaków, szum wody z kabli, ptasia kawalkada mikro zdarzeń akustycznych - cała narracja już definitywnie wyhamowuje. Budzimy się w rzeczywistości nocnej burzy z piorunami. Ciepłe podmuchy wiatru i 100% wilgotności powietrza. Jego gęstość sprawia, iż w głowie recenzenta budzi się wspomnienie berlińskiego post-techno sprzed ćwierć wieku i magicznego Basic Channel! Niesamowity efekt – dominuje brzmienie syntetyczne, które zdaje się mieć urodę akustycznych dźwięków! W okolicach 30 minuty z tej pozornie chaotycznej powłoki zaczyna wyłania się nowy dron. Podkreślmy wszakże - intensywność nalotu dywanowego jest ciągle naszym udziałem. Dobre akcenty z niskich klawiatur, bogactwo tła. Sama narracja toczy się pozornie dość spokojnie, a muzycy jakby otwierali bramę do ambientu – ciemnego, chwilami nawet czarnego. Rośnie liczba akcentów wprost ze strun – piękny wielogłos akustyki, trwale wtopiony w masywny dron, który po 42 minucie zdaje się delikatnie zastygać. Towarzyszą temu pojedyncze akordy piana. Przed muzykami proces powolnego, ale systematycznego gaszenia płomienia. Gitarowe pląsy, estetyka minimal, oczekiwanie na nieuchronność końca spektaklu. Od 55 minuty także plamy dęciaków, pojedyncze pasaże strunowców, wibrafon, kontrabas, piano, dzwonki, gitara – jakby muzycy, jeden po drugim, wychodzili z gęstej mgły. Posmak chamber, dron tli się w pogorzelisku. Jakże stylowe wybrzmiewanie. 




Marmolada  Musica Privata V (Musica Privata, CD 2018)

Na finał dzisiejszej orkiestrowej opowieści akcent krajowy, przy okazji najmniejsza z prezentowanych formacji, składająca się bowiem z jedenastu muzyków. Marmolada, bo tak słodko brzmi nazwa grupy, to jakby mała wersja Łódzkiej Orkiestry Improwizowanej. Podmiotem sprawczym przedsięwzięcia jest saksofonista Paweł Sokołowski, także główny organizator cyklicznego, łódzkiego festiwalu Musica Privata. W trakcie edycji 2016 tegoż wydarzenia powstało nagranie, które dziś przystawiamy do naszych uszu. W składzie Marmolady odnajdujemy także: dwie wiolonczele (Małgorzata Bogusz - Cyganowska, Adam Webster), saksofon altowy (Marcin Garncarek), głos (Bartosz Wrona), dwie gitary elektryczne (Michał Sember, Michał Tylak), … smartfon (Cezary Perliński), mały akordeon (Marta Kazimierczak), perkusjonalia (Aleksander Wnuk) i kontrabas (Ernest Ogórek). Koncert, będący nieprzerwanym ciągiem dźwięków (z jednym, drobnym klejeniem po części siódmej), trwa 46 minut bez jednej sekundy, a podzielony został na dziewięć części.

Muzyka Marmolady zdaje się być bardzo swobodnie improwizowana, dodatkowo nic nie wskazuje na to, iż w orkiestrze mamy jakikolwiek ośrodek dyrygencki. Ważny element dramaturgiczny narracji stanowi tu rytm, który raz po raz, z różnych ośrodków dowodzenia, wtłaczany jest w szranki improwizacji i sprytnie popycha ją do przodu. Otwarcie koncertu nie budzi wątpliwości, co do dalszego jej przebiegu – struny w tańcu, sprytne smyki, akcenty perkusjonalne na gryfach, prychanie i przedęcia saksofonów, czyli free improv z rozmachem, w pięknych akustycznie okolicznościach przyrody. Pierwszy motorem napędowym jawi się Wrona i jego ekspresyjne gardło, tudzież powykręcany rytm, tamże posadowiony. Pozostawili muzycy zdają się jeść mu z ręki. Narracja pierwszy rytmiczny dryl łapie już po kilkudziesięciu sekundach. Grzmoty gitar z prądem akcentują zmianę numeru traku na dysku. Znów moc pięknych, strunowych ekspozycji, skromne preparacje, także słodki tembr saksofonu i dźwięki ze smartfona (jak domniemujemy). Muzykowanie toczy się jakby w podgrupach, zawiera także incydenty solowe. Trzecią część wprowadza do gry akordeon. W tle szczypta akustycznej … elektroakustyki, piłowanie strun, także syntetyczne półdźwięki. Rodzi się rytm, po części za sprawą gitar. Tuż potem małe wytłumienie na barkach kontrabasu, a zmiana traku zdaje się już spoczywać na elektronice, którą dostarcza chyba smartfon (bo któżby inny). Niebanalna kumulacja dźwięków saksofonu i percussion. Moc energii i uśmiechów na ustach. Gracja swobody i scenicznego luzu. Piąty trak wybrzmiewa z akordeonem, a bazę rytmiczną generuje gitara, mająca wsparcie w drobnej fonii dętej. Początek szóstego traku ogłasza Wrona! Niespodziewanie ekspozycja staje się dalece molekularna - rodzaj dramaturgicznego zawieszenia. Głos sieje niepokój, a nastrój wzmaga się dzięki strunowcom, które zdają się być gotowe na wszystko. Rytm rodzi się na gryfach wiolonczeli i kontrabasu. Całkiem zmysłowe call & responce! No i Wrona na prezydenta! Siódmy rodzi się z ciszy i mroku, gardeł i zawilgoconych tub saksofonów. Cello na tle czeredy małych dźwięków, akordeon, saksofon, szczypta syntetyki i … cenzorskie wyciszenie narracji. Ósmy odcinek, niczym tango wyzwolonych improwizatorów – małe struny, szmery i oddechy. Trochę smutnych pasaży i rozśpiewany Wrona. Skromny rytm w dalekim tle (od kogo?). Meta melodie, tańce połamańce. Spiętrzenie całej Marmolady staje się powoli faktem (hałas też chce być elementem tej gry!). Bystry finał ma miejsce dzięki zapobiegliwości gitarzystów. Do ostatniego odcinka muzycy przystępują z marszu, płynnie i bez zająknięcia. Szybko podłapany rytm goni ku kolejnej eskalacji. Saksofony, gitary, tajemnicze obiekty, no i finałowe harce na alcie. Gitary idą z nim pod rękę! Zdaje się, że finał koncertu nie mógł być lepszy! Ekspresyjnie i emocjonalnie, z dobrym, choć delikatnie wyciszonym stopowaniem.
  


czwartek, 22 grudnia 2016

Fred Lonberg-Holm! Adam Gołębiewski! Red Trio! Gerard Lebik! Piotr Damasiewicz! New Monuments! Blip! – późnojesienna BOCIANia inwazja


Słowo się rzekło (kilka tygodni temu), kobyłka u płotu! Tym razem ptasia przesyłka docierała do mnie chyba jedynie krajowymi okowami, zatem już u progu finalnego miesiąca roku, nowa muzyka tryumfalnie zagościła w domowych odtwarzaczach, przy okazji także, rozdziewiczając gramofon produkcji niekrajowej.

Cechy, którymi obdarzyłem płyty z poprzedniej paczki z Bocian Records, w przypadku tej nowej, zdecydowanie nie tracą racji bytu. Każda płyta trzyma wysoki poziom artystyczny, dodatkową będąc bardzo oryginalnym i osobnym głosem w nurcie współczesnej muzyki improwizowanej.

Skupmy zatem naszą przedświąteczną uwagę na kolejnych pięciu płytach z katalogu wytwórni, zaczynając ów przegląd absolutną i dalece smakowitą świeżynką.


Fred Lonberg-Holm/ Adam Golebiewski  Relephant (Bocian Records, CD 2016)

Na płytę tego duetu ostrzyłem moje recenzenckie siekacze od momentu, gdy stałem się dobrowolnym świadkiem doskonałego koncertu tych muzyków w poznańskim Dragonie, dokładnie dwa lata temu (ślad po nim odnajdziecie na Trybunie). Głód oczekiwania od tamtej chwili, podsycał także odsłuch płyty, którą Ci dwaj muzycy popełnili … w kwartecie (z Piotrem Mełechem i Witoldem Oleszakiem Divided by 4).




Teraz przede mną nagranie powstałe jeszcze wcześniej niż ów koncert – w maju 2013r., także w Dragonie – które z bocianią zwinnością, raczy nas 35 minutową ekspozycją dalece frapujących i istotnie swobodnych improwizacji, w wykonaniu wiolonczelisty (wspomagającego się tradycyjnie elektroniką) i perkusisty, perkusjonalisty, cymbalisty, a także operatora przedmiotów różnych. Ta muzyczna opowieść podzielona została na cztery części (każda wyposażona w osobliwy tytuł).

Od pierwszego dźwięku dostajemy się w wir sonorystycznego zwarcia dwóch muzyków i ich naelektryzowanych instrumentów. Macanki, tarcia, zgrzyty i zdzieranki w gęstym, jak świeży miód, tyglu pomysłów i wzajemnych inspiracji. Jeśli tylko wiolonczela unika tradycyjnego frazowania (czyli prawie zawsze), trudno nam wskazać prawidłowo na źródło dźwięku. Ta iście szatańska zabawa ma swój rytm, swoją dramaturgię, jest ekspresyjna, wulgarna i krwista. Odnosimy wrażenie, że na scenie jest duża orkiestra, nie zaś dwóch, w sumie dość niepozornych mężczyzn, wyposażonych jedynie w kilka strun i parę bębnów. Dzieje się tak wiele, że przydałaby się dodatkowa para uszu (słuchając tej muzyki na koncercie, mając do dyspozycji sprawne oczy, percepcja była odrobinę ułatwiona). Mnóstwo dźwięków i incydentów akustycznych, szmery na kablach i surrealistyczne przepięcia energetyczne. Gołębiewski ma sto pomysłów na sekundę, jak zainspirować starszego kolegę. Łyżeczkowanie, talerzykowanie, polerowanie - wszystkie przedmioty w rękach Adama stają się agresywne. Prawdziwa dzikość serca! Fred swobodnie nadąża, gra swoje i jeszcze pręży muskuły! Fragment drugi stanowi delikatne, elektroakustyczne interludium. Adam nie daje się zwieść próbie zasygnalizowania rytmu i ochoczo narusza trzeci fragment opowieści. Muzycy zacieśniają skalę akustycznego zwarcia, szorują się wzajemnie, zakładają dramatyczny suples. Próba oswobodzenia ma klimat świątecznej wigilii w domu dla obłąkanie chorych. Niespodziewanie robi się jednak z tego bombastyczne Halloween. Depresyjny finał fragmentu wieńczy prawdziwa wojna światów. Na sam już koniec płyty dopada nas turpistyczna wersja trwania dźwięku w estetyce późnego AMM, która zwinnie przeradza się w udaną próbę odszukania konstruktywnej – na przekór całemu światu – nieoczywistej puenty. Doskonałe!


Red Trio + Gerard Lebik + Piotr Damasiewicz  Mineral (Bocian Records, LP 2015)

Oto przed nami migawki z trasy koncertowej portugalskiego Red Trio, poczynionej w roku 2014, z gościnnym udziałem Gerarda Lebika (saksofon) i Piotra Damasiewicza (trąbka). Piszę migawki, bo fragmenty dwóch koncertów (Kraków, Wrocław), zgrabnie usadowione na dwóch stronach czerwonego winyla, trwają łącznie… 22 minuty. Szczęśliwie, to jedyna ambiwalencja dotycząca tego wydawnictwa.




Epizod krakowski zaczyna nienatarczywa narracja kwintetu, akustycznie dewastowana jednak przepięciami energetycznymi Hernaniego Faustino na kontrabasie. Krajowy zaciąg instrumentalny sunie zgrabnym, sonorystycznym dwugłosem. Standardowa enigmatyczność edytorska Bociana sprawia, iż nie jesteśmy raczeni opisem wykorzystywanych środków wyrazu, wszakże wprawne uchu i szczypta doświadczenia recenzenta, pozwalają wskazać, iż pierwszy z polskich muzyków dmie w saksofon tenorowy i nie używa – jakże częstej w jego przypadku – elektroniki. Damasiewicz ciekawie rwie akustykę koncertu, wgryzając się w narrację kolegów interesującym pasażem wielodźwięków, zaś Lebik trzyma odpowiedni poziom emocji, mając oparcie w agresywnej sekcji rytmicznej. Może jedynie Rodrigo Pinheiro na fortepianie wciąż szuka argumentu, by w tym tyglu improwizacyjnym skutecznie zatrybić. Pod koniec pierwszej strony, Ferrandini (perkusja) i Faustino biorą sprawy w swoje ręce, rżną scenę na nierówne połowy i dynamizując poczynania całego kwintetu, gonią ku udanej eskalacji, która spełnia się wytłumioną ciszą.

Epizod wrocławski wita nas bardziej przestrzennym dźwiękiem sali koncertowej (czyżby Impart?). Saksofonista ładnie łamie estetykę improwizacji, szukając zagubionych dźwięków na samym dnie instrumentu. Trąbka Damasiewicza intonuje w delikatnie … bluesowym klimacie, lekko oparta na backgroundzie kontrabasu. Wyciszenie łapiemy w onirycznych pasażach, które generują wszyscy muzycy, trochę w oczekiwaniu na nadejście … nieoczekiwanego. Efektem drobna batalia na mikrodźwięki, molekularna wymiana poglądów, która wieńczy ów ułamek większej, koncertowej całości. Uczucie niedosytu karze odpalić ten krążek ponownie, w ułamek sekundy po jego zakończeniu!



Gerard Lebik/ Piotr Damasiewicz/ Gabriel Ferrandini veNN circles (Bocian Records, CD 2014)

Skoro po odsłuchu Red Trio w wersji po części krajowej, ciągle nam mało, szybko sięgnijmy po wydawnictwo, które zdecydowanie łączy się z wyżej omówionym w ujęciu personalnym, a stopień powinowactwa sięga 60%!

Na scenie (choć tu, raczej okoliczności studyjne) pozostaje Gerard Lebik, który tym razem wbił się w kable i będzie nas raczył dźwiękami elektronicznymi. Piotr Damasiewicz i Gabriel Ferrandini stoją, jak stali, zwarci i gotowi przy swych akustycznym instrumentach. Dostajemy jeden nieprzerwany ciąg dźwiękowy, trwający 41 minut i podzielony na cztery traki bez tytułów.




Wgryzamy się w tę płytę, ostro nadstawiając uszu. Docierają do nas szmery, zgrzyty, jęki (trąbka?), subtelne polerowania (perkusja?). Wszystkie te incydenty dźwiękowe są ledwie sugerowane, w maksymalnym stopniu… minimalistyczne. Nad całością dominuje – nie do końca przyjazna – elektronika. Mniej więcej w 10 minucie tego spektaklu, instrumenty akustyczne odzywają się nieco śmielej, aczkolwiek Damasiewicz wciąż przebywa w poczekalni i ma problem z oddaniem garderoby do szatni. Ferrandini zaczyna dość dynamiczne (jak na te okoliczności) werblowanie, mając spore oparcie w upalonym generatorze niskich częstotliwości. Modulowane zawodzenia budzą do życia także trębacza, który wchodzi w dyskurs poznawczy. Mruczy, jak niedźwiedź po śnie zimowym, jeszcze przed pierwszym śniadaniem, a potem śmiało sięga po krzyk, skutecznie zapętlając się w wehikule czasu. Gdyby zmienić tu elektroakustyczne proporcje w dostępie do przestrzeni dźwiękowej (na korzyść żywych!), gdyby warstwa martwa była bardziej poszatkowana dramaturgicznie … Cierpliwi będą jednak wysłuchani! Początek ostatniego traku to ewidentna próba przejęcia władzy przez instrumenty akustyczne. Prowodyrem zajścia jest Ferrandini, ale i Damasiewicz nie chce być uznany za dezertera. Drobna próba eskalacji, będąca konsekwencją tego salonowego przewrotu, wieńczy nagranie, jednak sukces akustyków na pyrrusowy charakter.


New Monuments  Long Pig (Bocian Records, CD 2015)

W dzisiejszej opowieści, z płyty na płytę, oddalamy się od prawdziwie akustycznych dźwięków. Czas teraz na torpedę dużego kalibru i istotnie gwałtowną eskalację hałasu. Przed nami Nowe Pomniki/ New Monuments!

C. Spencer Yeh (skrzypce i elektronika), Don Dietrich (saksofon i elektronika) oraz Ben Hall (mały zestaw perkusyjny) biorą nas w jasyr na prawie godzinę i w trakcie sześciu fragmentów, groteskowo zatytułowanych, zdewastują nas emocjonalnie, a potem puszczą wolno, kierowani nie do końca uzasadnioną potrzebą litości. Okoliczności bitwy mają charakter studyjny, a rzecz dzieje się w roku 2012, w Nowym Jorku.




Atakuje nas od samego progu iście pomnikowa ściana dźwięku! Aura jest silnie psychodeliczna. Skrzypce przefiltrowane na kablach sterydową elektroniką, niczym gilotyna, tną wszystko, co napotkają na swojej drodze. Perkusista bije w werbel z siłą, od której zależy los żołnierzy w okopach kilku wojen światowych, głosząc powszechną zagładę. Saksofonista zaś ekspresyjnie rywalizuje ze skrzypkiem o miano lidera potencjometrów. Spektakl można skwitować tylko jednym wulgaryzmem – to deathmetal! Owa ściana dźwięku ma czysto fizyczny wymiar. Trzeba się z nią ordynarnie poprzepychać. Epitet noise brzmi w tych okolicznościach stanowczo zbyt zachowawczo. Kupując ten dryl, godząc się na konsekwencje, nakładamy na głowę czarci kaptur i całkowicie dobrowolnie szczytujemy. Okazuje się, że agresja, perwersja, czy turpizm potrafią być synonimami piękna w muzyce. A ostatecznym celem tej opowieści, na którą składają się nawarstwiające się eskalacje emocji, jest makabrycznie dosłowny, perfekcyjny dron, wobec którego tylko śmierć może być prawdziwym wybawieniem. Ekscytujące!

Wrzask, krzyk i permanentna desperacja w trakcie tej dźwiękowej orgii, wyznaczają podstawowe charakterystyki naszego współuczestniczenia w procesie. Elementami zaś decydującymi o improwizowanym charakterze całości, zdają się być przede wszystkim, poziom emocji (po obu stronach wyimaginowanej sceny!) i intensywność hałasu. Finał muzycy osiągają skrajnie upoceni, emocjonalnie transseksualni, acz moralnie uwzniośleni. Wybrzmienie całości ma smak koktajlu Mołotowa, podawanego doustnie.

Zdecydowanie warto odbyć tę podróż. Jeśli przetrwacie, kolejny raz może być jeszcze silniej oczyszczający i już prawdziwie zniewalający. Sam odbyłem już trzy takie tripy!


Blip  Dead Space (Bocian Records, CD 2012)

Na koniec należy nam się chwila konstruktywnego wygaszenia emocji. O dobry klimat dla kojenia nerwów zadbają dwaj Australijczycy -  Jim Denley, dalece doświadczony free improwizator (choćby ćwierć stulecia temu, nagrywał smakowite rzeczy z Johnem Butcherem i Chrisem Burnem), flecista i saksofonista (zagra także na … balonach) i Mike Majkowski, kontrabasista (także piszczałki i obiekty), który był już uczestnikiem poprzedniej, bocianiej opowieści (przy okazji płyty solowej). Studyjne spotkanie w Sydney miało miejsce latem 2011 roku.




Muzycy zapraszają nas do świata niemal akustycznego, choć nie zabraknie masowania naszych skroni poświatą udanej elektroniki. Denley będzie nas skutecznie zaskakiwać frapującymi incydentami, na swych dętych narzędziach, nie ustając w próbach zwrócenia na siebie uwagi. Majkowski, przyczajony bardziej z prawej strony, będzie trenował swój kontrabasowy, minimalistyczny dron, którego zdążyliśmy już poznać na płycie solowej. Te dwie opowieści będą się toczyć trochę, jakby obok siebie, a punkty styczne nie będą częste, ani oczywiste. Między muzykami słyszeć będziemy martwą przestrzeń, która zaboli, bo i muzyka wokół niej powstaje w bólach, minimalizm mając wpisany w swoje DNA. Bywa, że dźwięki są tu jedynie sugerowane, jakby słuchacz miało sobie resztę dopowiedzieć (dośpiewać?). Ten improwizowany świat w wymiarze mikro będzie nam skubał skronie przez 41 minut z sekundami. 

Sonorystyczne próby zaistnienia Denleya, chwilami zderzają się z dronami kontrabasu, który bywa traktowany suchym na wiór smyczkiem. Narracja ma charakter kropelkowy. W czwartym fragmencie, poniewierany moralnie Denley dokonuje cudów akustycznych na flecie (jego depnięcia budzą respekt), by zrobić jakiekolwiek wrażenie na kontrabasiście. Ten zaś, stosując najprostsze sposoby dobywania dźwięki, nie daje się zbić z tropu. Królestwo mikromuzyki panuje tu niepodzielnie (scenariusz tej opowieści jest jednak dość precyzyjny i nie przewiduje zmian repertuarowych). Jedynie fragment szósty upływa w klimacie dramaturgicznego rozgardiaszu, a do naszych uszu docierają pojękiwania, łaskotania i czułe, wzajemne drapanki muzyków. 

Choć każdy fragment Martwej Przestrzeni ma w tytule zakończenie, to na prawdziwy finał przejdzie nam czekać aż do części siódmej, gdzie znów koncepcja sonorystyka vs. dron będzie święcić tryumf. Denley popisowo żegna to nagranie drobną, dętą eskalacją, a Majkowski – zupełnie przy okazji – robi dodatkowy fakultet na perkusję. Na słowo końcowe saksofonista sięga do dna instrumentu (deep music?), są i balony, i … kontrabasowy dron. What ever you want!