Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pablo Selnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pablo Selnik. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 kwietnia 2024

Hera Corp.’ new outfit: Phicus! Pablo Selnik!


Label Hera Corp., założony jesienią ubiegłego roku przez Àlexa Reviriego, dostarczył właśnie dwie nowe kasety. Kolejne dwie perły do królewskiej kolekcji muzyki improwizowanej z Barcelony.

Na pierwszej z nich odnajdujemy REDOX - ósmy album wyjątkowego tria Phicus (to przy okazji ich trzecie wydawnictwo w ciągu ostatniego półrocza). Nagranie studyjne pokazujące tysiąc trzydzieste drugie oblicze tej formacji. Fages, Reviriego i Trilla, to muzyczne kameleony, które są w stanie zaskoczyć w każdym momencie swego życia. Jak niosą wieści z obozu zespołu, to prawdopodobnie ostatnie tchnienie tej formacji. Dodajmy wszakże, iż prawdopodobnie najlepsze. Podobnie, jak w przypadku poprzedniej płyty Ni, artyści nie bazują tu wyłącznie na improwizacjach – proponują dwunastoodcinkowy serial skonstruowany w oparciu o dobrze zaplanowane scenariusze każdego epizodu.

Druga kaseta, to Posthumous Gift, pierwsza solowa płyta flecisty z Barcelony, Pablo Selnika, którego znać możemy z post-black-metalowych formacji Inhumankind i TripleZero (notabene, obie nie używają gitar, zastępując je m.in. demonicznie brzmiącym fletem).




REDOX

This album is doomed. Tymi słowami muzycy otwierają płytowe liner notes prawdopodobnie trafiając w samo sedno. Większość nagrań tego niesamowitego albumu ma bowiem strukturę doom – lepi się z leniwie powtarzanych fraz masywnej perkusji i potężnego, mięsistego kontrabasu. Sama gitara zdaje się tu być nieco oddalona od zadanego idiomu, może pozwolić sobie na wiele, ale jest zdyscyplinowana. Hałasuje, buduje gęsty ambient z pajęczyny smukłych flażoletów, szemrze po kątach. Jak wszystko w tej strudze dźwięków, nasycona jest niebywałymi emocjami.

Dwa pierwsze traki, to doom w postaci klinicznej. Początkowo każdy stempel basu i perkusji komentowany jest porcją mrocznej ciszy. Wokół niego snuje się smuga gitarowego post-ambientu, która z każdym uderzeniem gęstnieje. Ślimaczy marsz syci się wyjątkowo masywnym, ale też przestrzennym, niebywale selektywnym brzmieniem. Z czasem gitara zdaje się być splątana coraz bardziej mglistym echem, bas raz za razem urozmaica flow, perkusja czyni rytuał powtórzenia. Na koniec na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek i wyje, niczym zdezelowane harmonium. Początek drugiej części wydaje się odrobinę filigranowy, snuty spod smyczka, szeleszczący talerzami. Pierwsze uderzenie doom jest jednak przepotężne - gitara wpada w spazm krzyku. Całość przypomina zastygającą lawę, która pali wszystko do gołej ziemi. Trzecia opowieść jest krótsza, ale intensywna, dynamiczna, niebywale hałaśliwa. Zwinna, lamparcia sekcja rytmu prowadzi tu gitarę na skraj przepaści. Tuż potem chwila wytchnienia, budowana doomową teksturą i lekkimi, wręcz onirycznymi plamami dźwięku. Na etapie rozwinięcia gitara rozpływa się tu w szemrzącym ambiencie, a smyk śpiewa wyjątkowe bolesne frazy.

Piąta historia, to kolejny epizod doom story. Ale teraz wszystko zdaje się być podłączone pod prąd wysokiego napięcia. Bas ryje bruzdy w ziemi ołowianym smykiem, gitara tańczy na niebezpiecznej wysokości, macki perkusji topią się w oleistej magmie. Pieśń grozy umiera w momencie, gdy gitara schodzi w dół i rzęzi jak umierający gruźlik. Dzieła zniszczenia dokonuje repetujący smyczek. Szósta opowieść daje wszystkim chwilę oddechu. Przypomina mglistą zawiesinę gitarowych flażoletów, basowego dronu, perkusjonalnych gongów i rezonujących talerzy. Kolejna opowieść śmierdzi rockiem. Ten doom nasączony jest substancjami smolistymi. Opowieść pełna jest drobnych eksplozji i tajemniczych sprzężeń. Ósma odsłona płynie wbrew regułom tego spotkania. Smyczek delikatnie riffuje, gitara ucieka w chmurę psychodelii, a step perkusji szyty jest w poprzek dotychczasowej stylistyki - przypomina nerwowe podskoki stroszkowego kurczaka na rozgrzanej patelni. Gitara zdaje się tu odpływać w siną dal delayowaną strugą. Sprzężenia zwrotne są jednak coraz intensywniejsze.

W dziewiątej opowieści perkusja szyje kolejny doom, ale gitara popada w ambient, a dron basu staje w dysonansie brzmieniowym do całej reszty. Góra jest tu oniryczna, dół całkowicie pogrążony w mroku, wręcz demoniczny. Ten fragment płyty definitywnie zasługuje na miano soundtracku do filmu grozy. Dobra dramaturgia, to także atut tego albumu, albowiem dziesiąty epizod wydaje się być nad wyraz lekki, szyty skromnym drummingiem po gongach, zastygłym dronem basu i minimalistycznie frazującą gitarą. Co prawda bas szuka tu podłogi, ale reszta definitywnie pozostaje w locie wnoszącym. Wszystko na koniec zastyga w bezruchu. Jedenasta historia na powrót przenosi nas do świata hałasu. Smyczek jest tu wyjątkowo groźny, gitara tonie w spazmie noise rocka, głęboko osadzony drumming tylko czeka, by przypuścić atak. Muzycy na moment stają w miejscu, po czym ruszają w efektowną eskapadę, kreując intensywną opowieść godną dynamicznej, mięsistej części trzeciej. Psychodelia gitary, szaleństwo smyczka, skłębiona, nerwowa perkusja. Ten album kona przy kończącej dramę dark farewell song. Leniwy, płynący w poprzek smyczek, drżąca gitara frazująca jak bas i oniryczna pajęczyna perkusjonalii. Bywają albumy, po których nic nie jest już takie samo. Oto jeden z nich.



 

Posthumous gift

Fletowa opowieść Selnika zaczyna się w mroku szemrzącej, być może nieistniejącej amplifikacji, ale już od startu niesie ze sobą spory bagaż zdrowych emocji. Kilka nerwowych podmuchów, delikatnie rozhuśtane brzmienie, także garść mechanicznych fonii, wszak pracuje tu definitywnie żywy instrument i nie mniej żywy artysta, który oddycha. Akcja rozwija się ciekawie, nie brakuje zaskoczeń. Okazuje się, że flet może efektownie rezonować, a nawet brzmieć post-industrialnie. Druga opowieść pracuje z echem, jest nasycona skromną melodyką, delikatnie wystudzona, zdaje się mieć nieco folkowy posmak. Pablo spaceruje tu blisko ciszy, zagłębia się w każdej frazie, jakby szukał jej dna.

Trzecia odsłona powraca do sytuacji bardziej dynamicznej. Dłuższe wydechy formują się w smukłe drony z melodią w fazie zaniku. Można odnieść wrażenie, że muzyk odbywa swój koncert w wysokich górach, a ciśnienie powietrza rośnie z każdym wydawanym dźwiękiem. Fraza goni tu frazę, jakby muzyk klaskał w dłonie. Zasada przeciwieństw działa na tym albumie dobrze, bo czwarta historia znów szuka ciszy. Wytłumione melodie, medytujące oddechy, ceremoniał plemiennej inicjacji. Z czasem muzyk dodaje nieco życia tej wystudzonej etiudzie i zamienia się w zaklinacza węży.

Piąta improwizacja smakuje leśną poświatą delikatnie dżdżystego poranka. Drobne frazy, szemrzący wiatr, smukłe melodie, garść rytmicznej dynamiki. Z czasem można odnieść wrażenie, że tuż obok pulsuje membrana perkusyjnego werbla, rezonując fletowe fonie. Finałowa opowieść syci się akcentami post-percussion. Echo, wszędobylska cisza, długie frazy, delikatne uderzenia w korpus instrumentu. Pożegnalna melodia niesie ze sobą także kilka bardziej zadziornych figur stylistycznych. 

 

Phicus REDOX (Kaseta, 2024). Ferran Fages – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w La Casamurada, marzec 2021. Dwanaście utworów, 48 minut.

Pablo Selnik Posthumous Gift (Kaseta, 2024). Pablo Selnik – flet i produkcja. Nagrane w piwnicy u Vasco, Barcelona, czas nieznany. Sześć utworów, 36 minut.



piątek, 14 lipca 2023

The July’ Round-up: Carter! Phillips & Locatelli! Unmute! Noetinger & Pateras! Ovchinnikov! Nordberg! Master Oogway! Trio Preludio! Solomiewicz!


Od swobodnego jazzu po jazz uformowany w zgrabne opowieści z tytułami, a w tak zwanym międzyczasie post-awangarda w szerokim bukiecie estetycznym! Od Nowego Jorku po Buenos Aires, a pomiędzy nimi trochę soczystej Europy!

Ot, kolejna trybunowa zbiorówka świeżych albumów z naszą ukochaną muzyką improwizowaną! Welcome!



 

Daniel Carter, Leo Genovese, William Parker & Francisco Mela  Shine Hear, Vol. 1 (577 Records, CD 2023)

Sear Sound, Nowy Jork, lipiec 2021: Daniel Carter – saksofony, Leo Genovese – fortepian, William Parker - kontrabas, gralla, shakuhachi oraz Francisco Mela – perkusja, głos. Trzy improwizacje, 38 minut.

Daniel Carter, legenda free jazzu, w dziewiątej już dekadzie życia, nie ustaje w dostarczaniu nam nowych nagrań. Rzadko się nad nimi pochylamy, albowiem silnie zanurzone są one w jazzowym main-streamie i nie wnoszą nic nowego do dorobku tego wybitnego artysty. Album Shine Hear zdaje się być wyjątkiem potwierdzającym regułę. Po pierwsze - smakowity skład z kolejną legendą gatunku, Williamem Parkerem, po drugie niebanalna instrumentacja, albowiem kontrabasista gra tu częściej na egzotycznych dęciakach niż na swoim bazowym strunowcu. I jeszcze śpiewający latynoskie evergreeny perkusista. Dla fanów swobodnego jazzu lektura obowiązkowa, dla wielbicieli free improv akustyczna ciekawostka.

Album składa się z dwóch kilkunastominutowych improwizacji, które oddziela post-jazzowa ballada, trwająca niewiele ponad pięć minut. Otwarcie jest dalece jazzowe, szybko chłonie klimat davisowskiego jazzu modalnego z lat 60. ubiegłego stulecia. Carter frazuje dość łagodnie, głównie na alcie, wydaje się być tu strażnikiem czystości gatunkowej. Reszta załogi swawoli jednak na całego. Pianista kocha free jazz, bystry drummer podśpiewuje, a Parker dość szybko zamienia kontrabas na wesołe, ale ostro brzmiące i rozśpiewane shakuhachi. Po wspomnianej balladzie, gdzie Parker sięga po kolejny egzotyczny instrument, wracamy do wątku zapoczątkowanego w pierwszym utworze. Perkusista znów nuci latynoskie melodie, ale jego drumming przypomina pracę krewkiego dobosza. Pianista syci flow poprzecznymi pasażami, a Parker, często w dialogu z wokalistą, dba o ekspresję. Carterowi znów pozostaje rola kojącego emocje. W drugiej fazie improwizacji Parker powraca do kontrabasu, a my w ramiona main-streamowego jazzu. Na etapie finalizacji improwizacja przyjmuje postać cool-jazzowej ballady z rozśpiewanym smyczkiem.



 

Barre Phillips & Giancarlo Nino Locatelli  Danze Degli Scorpioni (We Insist! Records, CD 2023)

Jazzatelier Ulrichsberg, maj 2008: Barre Phillips – kontrabas oraz Giancarlo Nino Locatelli – klarnet, klarnet basowy. Cztery improwizacje, 51 minut.

Kolejna legendarna postać muzyki improwizowanej, Barre Phillips ogłosił retirement już kilka lat temu. Zatem, by posłuchać jego nowych nagrań, musimy cofnąć się do końcówki pierwszej dekady nowego milenium. Spotkanie z włoskim klarnecistą, jakie miało miejsce w trakcie jednego z najważniejszych europejskich festiwalu muzyki kreatywnej, zaspakaja wszelkie potrzeby wielbiciela swobodnej improwizacji, zarówno tej osadzonej w mrocznej kameralistyce, jak i tej, sięgającej po post-jazzowe atrybuty. Klasa kontrabasisty nie podlega tu dyskusji, cieszyć natomiast może świetna robota jego partnera. Definitywnie wartościowy album!

Koncert składa się z czterech części, z których pierwsza trwa ponad 25 minut. Na starcie muzyków niesie niemal rockowa ekspresja – smyczek smaga struny, zadziornie pokrzykuje, nakłuwa post-barok na ostrze free jazzu! Klarnet, tu na ogół w formie filigranowej, świetnie łapie klimat i co rusz staje do intensywnych potyczek z silnie pobudzonym kontrabasem. W dalszej części improwizacji muzycy tonują emocje i szukają mrocznych zakamarków. Kontrabasista podejmuje wyłącznie udane decyzje – pięknie łączy nostalgiczne arco z wystudzonym, post-jazzowym pizzicato. Ma także wyjątkowo urokliwą ekspozycję solową. W końcowej fazie improwizacji pojawia się klarnet basowy, który wplata intrygujące frazy pomiędzy szarpane struny i perkusjonalne efekty. Trzy kolejne części trwają po kilka minut, a muzycy nazwali je m.in. dark moon music. Kameralne półśpiewy, dronowe pasaże, majestatyczna powolność chwili. Jeśli głośniej, to bardzo boleśnie, jeśli spokojniej, to w mglistej aurze niedopowiedzenia. Trzecia odsłona koncertu budowana jest drobnymi, urywanymi frazami, z kolei czwarta z jednej strony syci się repetującym kontrabasem, z drugiej korzysta z ekspresji, jaką podsyła potężniejsza wersja klarnetu. Samo zakończenie dostarcza sporych emocji. Barre gra tu całym pudłem rezonansowym, Giancarlo wspina się zaś na wysokie wzgórze, a potem jakże efektownie opada.



 

Unmute  Unmute (Discordian Records, DL 2023)

BCN Arts, Barcelona, 2023: Yexza Lara – głos, Pablo Selnik – flet, Marta Warelis – syntezator, Seba Ramírez – cajón, instrumenty perkusyjne, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne oraz Nasim López-Palacios – perkusja. Trzy improwizacje, 28 minut z sekundami.

Barceloński Discordian Records dobrze czuje się w każdych okolicznościach gatunkowych, ale w mroku niedopowiedzenia i dramaturgicznego suspensu zdaje się być szczególnie szczęśliwy. Doskonale w ów estetyczny mezalians wpisuje się okazjonalny sekstet Unmute stworzony zarówno lokalnymi silami, jak i zaciągiem paragwajsko-polskim. Nagranie niecodzienne niemal z każdego puntu widzenia - demoniczny wokal i flet w permanentnej interakcji, fermentujący syntezator w rękach pianistki i potrójny, niekiedy egzotyczny, zestaw perkusjonalny.

Początek nagrania to stonowany, elektroakustyczny rozgardiasz – mroczny szept, pomruki fletu, syczący jak waż syntezator i bogate tło post-perkusyjne. Z czasem każdy dźwięk wchodzi tu w interakcje z innym dźwiękiem, a linearna narracja dobrze konsumuje zarówno frazy akustyczne, jak i syntetyczne. Druga improwizacja zdaje się tu być kluczowa, choćby z racji generowania niekończących się emocji. Nerwowy początek zapewnia flet, doposażony w gardłowe westchnienia. Dużą aktywność wykazują perkusjonalia i syntezator, który najpierw generuje chmurę skwierczącego ambientu, potem wychodzi na czoło pochodu, ale wydaje się lekki, jakby ulatywał w kosmos. Flecista i wokalistka toczą tu niekończący się dialog, który wspiera dramaturgicznie reszta załogi. Dynamiczna improwizacja na ostatniej prostej nabiera jeszcze większej intensywności, a gaśnie w chmurze fletowych oddechów. Trzecia odsłona, to piękne, dronowe lamenty grane na wydechu. Zgrzyty, trzaski, perkusjonalne obcierki, ambient talerzy, flet i glos w pogłębiającej się rozpaczy. Samo zakończenie jest mroczne, tajemnicze, perfekcyjnie tłumione jednym strumieniem dźwiękowym.



 

Jérôme Noetinger & Anthony Pateras  15 Coruscations (Bandcamp’ self-released, CD 2023)

Rives/ Castlemaine, 2020-21: Jérôme Noetinger - elektronika oraz Anthony Pateras – elektronika. Piętnaście kompozycji, 40 minut.

Prawdziwe spotkanie na szczycie kreatywnej muzyki współczesnej, tej komponowanej, opartej na częstym lub wyłącznym użyciu syntetycznego instrumentarium. Żaden z artystów nie wymaga rekomendacji, także na łamach świadczących usługi pisarskie w obszarze muzyki improwizowanej. Zarówno Noetinger, jak i Pateras, to wszak mistrzowie improwizacji, którą przyoblekają w szaty współczesnej kompozycji. Kreują strumienie jakże bogate w dźwięki, jakże efektownie udramatyzowane. Klasa sama w sobie, choć album nerwowy, jakby porwany na strzępy, na piętnaście Przebłysków, degenerowanych porywami kompozytorskich namiętności.

Na owych piętnaście opowieści Francuza i Australijczyka składają się zarówno rozbudowane, wielominutowe, niemal epickie narracje o niepoliczalnych zasobach piękna, tu jakże przewrotnie rozumianego, jak i drobne fragmenty narracji, kilkudziesięciosekundowe plamy elektronicznych trzasków i zgrzytów. Utwór otwarcia tworzą zarówno ambientowe plamy, jak i filigranowe, niemal akustyczne fonie, sprawiające wrażenie field recordings. W części drugiej pojawiają się dźwięki bardziej syntetyczne, niekiedy dość groźnie brzmiące. Całość kołysze się tu na silnym wietrze, niczym zmutowane drum’n’bass. Kolejne mikro opowieści nie pozwalają nam stracić koncentracji, szybkimi strumieniami dźwięków rozsadzają receptory słuchu. Podobać się mogą szczególnie te, które zasadzają się na repetytywnym, dubowym echu. Ostatnie trzy opowieści zdają się bardziej skupiać na niuansach narracyjnych. Pierwsza z nich tonie w mrocznej, post-ambientowej chmurze, kolejna przypomina dźwięk wody lejącej się na rozżarzone węgle. Wreszcie ostatnia z nich, nierealistyczna, zawieszona w czasie i przestrzeni struga mrocznego post-ambientu. Tu dźwięki definitywnie umierają, tracą jakąkolwiek materialną postać.



 

Vitaliy Ovchinnikov  Variants (Extra Notes, DL 2023)

Petersburg Recording Studio (set 1), Vavilov Loft (set 2), listopad i sierpień 2022: Vladimir Luchansky – saksofon altowy, obiekty, Christine Kazarian – harfa, obiekty, Vitaliy Ovchinnikov – gitara akustyczna, obiekty, Andrey Popovskiy – elektronika, obiekty (set 1) oraz Ilia Belorukov – elektronika, obiekty (set 2). Trzynaście kompozycji, 30 minut.

Nowe nagranie gitarzysty Vitaliya Ovchinnikova, to dwa kwadranse wytrawnej, minimalistycznej elektroakustyki podane w dwóch setach, zrealizowanych w różnej czaso-przestrzeni, każdorazowo wszakże w kwartecie. Zawiera bardzo skupione improwizacje, nastawione na niuanse brzmieniowe, bardzo wyważone dramaturgicznie. Pierwszy set, to jedno lub dwie minutowe formy zdominowane przez instrumenty akustyczne, drugi, to nieco dłuższe narracje, w tym ostatnia nawet siedmiominutowa, w trakcie których elektronika ma nieco więcej do powiedzenia. Zauważmy, iż obsługą elektroniki w każdym secie zajmuje się inny artysta. Definitywnie lubimy takie zabawy z dźwiękiem, choć muzykom dobrze zrobiłby większy zastrzyk ekspresji, szczególnie w secie pierwszym.

Set pierwszy składa się z ośmiu części i wydaje się być jednym strumieniem dźwiękowym podzielonym na niespełna dwuminutowe odcinki. Króluje tu kreatywny minimalizm - każdy z artystów cedzi dźwięki, niekiedy pojedyncze frazy, dobrze słucha reszty i udanie współtworzy strukturę całości. Delikatna, nieinwazyjna elektronika wije się pomiędzy akustycznymi frazami, pośród których dużą rolę ogrywają obiekty, brzmiące chwilami bardzo perkusjonalnie. Najbardziej żwawym fragmentem seta jest część ostatnia, zdobiona czystymi frazami harfy. W secie drugim mamy pięć części, a rola elektroniki zdaje się być dominująca, zwłaszcza w części dziesiątej i jedenastej. Podobać się może brzmienie saksofonu, intrygująco wplecione w strugę syntetyki w części dziewiątej. W rozbudowanej części końcowej mamy już narrację w pełnym wymiarze. Saksofonowe drony, strunowe błyski i elektronika, która udanie współgra z akustycznymi instrumentami, śpiewając piskiem szemrzących kabli. Przez dłuższy fragment improwizacja bazuje tu na linearnym strumieniu dźwięków generowanych przez rytmicznie drżące obiekty.



 

Jesper Nordberg  Trio (Gotta Let It Out, CD 2023)

Kopenhaga, styczeń 2023: Jesper Nordberg – kontrabas, Ruhi Erdogan – trąbka oraz Stefan Pöntinen – skrzypce. Dziesięć utworów (siedem kompozycji, trzy improwizacje), 37 minut.

Kontrabas, skrzypce i trąbka nieśmiało sugerują, iż przed nami prawdziwie kameralna narracja. I tak też jest w istocie. Wysokie kompetencje artystyczne muzyków czynią tu interesującą niemal każdą opowieść, choć wiele z nich toczy się wedle precyzyjnych wskazań kompozytorskich. Tych ostatnich być może jest zbyt wiele, o czym świadczy … jakość trzech opowieści, które są po prostu swobodnymi improwizacjami i stanowią definitywny crème de la crème tego albumu. W trakcie kolejnych realizacji tria zalecamy zatem, by zapisy na pięcioliniach pozostawić przed drzwiami studia nagraniowego.

Utwór otwarcia tworzą tu dwa smyczki, które z odpowiednią dozą ekspresji sugerują klimat post-baroku swobodnie improwizując. W drugiej części podłącza się melodyjna, rzewna, nieco nostalgiczna trąbka. Zadekretowane chamber inspiruje się tu zarówno jazzem, jak i folkiem, tudzież klasyką. Nie brakuje miejsca na improwizację. Ta króluje w trzeciej odsłonie. Drobne frazy wchodzą tu w bystre interakcje. Skrzypce ciekawie preparują. W kolejnych trzech opowieściach konstytucją jest temat kompozycji i zwarta struktura rytmiczna. Post-folkowe klimaty, jazzowe frazy kontrabasu i trąbka, która stoi tu ponad podziałami, tarzając się w dość prostej melodyce. Siódma część znów porzuca zapisy pięciolinii i zabiera nas w krótką, ale intrygująco mroczną podróż. Dwa strwożone smyki i rozhuśtana trąbka. Trzy ostatnie utwory wracają do etyki kompozycji. W części dziewiątej warto wszakże podkreślić dynamikę i zadziorność niemal każdej frazy, mimo dalece klasycznego rynsztunku. W części ostatniej rzeczona klasyka ostatecznie triumfuje, ale muzykom nie da się odmówić klasy w improwizacjach.




Master Oogway  A Lot of Music About Everything (Nice Things Records, CD/LP 2023)

Athletic Sound Studio, Norwegia, czas nieznany: Håvard Nordberg Funderud – gitara, Lauritz Heitmann Skeidsvoll – saksofon tenorowy i sopranowy, Karl Erik Horndalsveen – kontrabas i bas elektryczny oraz Martin Heggli Mellem – perkusja. Dwanaście utworów, 45 minut.

Kolejne spotkanie z artystami, którzy debiutują na tych łamach, znów doposażonymi w instrumentarium, które dobrze kierunkuje nasze stylistyczne przypuszczenia. Gęsta, szorstka sekcja rytmu, rozszalały saksofon w chmurze pogłosu i gitara, która stanowi tu w dużej mierze o dramaturgii. Także całe mnóstwo gatunkowych konotacji, którym wcale nie tak daleko do cięższych odmian rocka. Narracja skrojona zgrabnymi kompozycjami, która są jedynie pretekstem do niekiedy niezwykle krewkich improwizacji. Muzyka o Wszystkim, ale nieprzegadana, zawsze na temat.

Na starcie artyści fundują nam nieco jazzrockowej estetyki. Każdy instrument zdaje się tu być podłączony do prądu wysokiej mocy. Post-akustyczna brawura, rockowe przełomy i dużo swobody w improwizacjach. Także bogate brzmienie, czasami kwartet przypomina tu dużą orkiestrę. Norwegowie dobrze sobie radzą w szybkich tempach, ale równie efektowni są w post-balladowych, rozhuśtanych melodiach na saksofon i gitarę. Ta ostatnia wciąż szuka ciekawych brzmień, preparuje, często korzysta z gitarowych pick-upów. W części piątej muzycy pokazują, iż wystarczy im sekunda, by wejść w obszar kreatywnego noise (znów brawa dla gitary). Opowieści każdorazowo nie gubią jednak wytrwanej struktury rytmicznej. W odsłonie szóstej narracja pachnie nasterydowanym Weather Report! Połamany rytm i ogniste ekspozycje solowe, to kolejny walor tego utworu. W kolejnej części … akustyczny przestanek na gitarę i kontrabas. Ale emocje nie gasną! Podobnie jak w części dziewiątej, która płynie melodyjnym tematem jazz-rocka, ale bas i perkusja burzą mury niemal hc-punkowym drive’em. Dziesiąta historia stawia na wolniejsze tempo i brzmieniowe zagadki. W kolejnej czas płynie przy niemal rockowych salwach całego kwartetu. Narracja pętli się, zgrzyta, hałasuje i urokliwie puszcza oka do King Crimson, tych z początku lat 80. ubiegłego stulecia. Ostatnia opowieść znów szyta jest gęstym, niemal post-punkowym ściegiem. Gitara staje tu w ogniu, bas ma solo, a saksofon kipi z emocji.




Maximiliano Mas, Marcelo von Schulz & Juan Marco Litrica  Trio Preludio a La Siesta De Un Fauno - Volumen Uno (Ramble Records, DL 2023)

Chela.exacta, Argentyna (?), wrzesień 2022: Marcelo von Schultz – perkusja, instrumenty perkusyjne, Maximiliano Mas – gitary, ćwierćtonowe grand piano oraz Juan Marco Litrica – gitara elektryczna. Pięć improwizacji, 37 minut.

Dwie dalece ponadgatunkowo usposobione gitary z niewielką dawką prądu i wytrwany drummer, tu głównie perkusjonalista, którego na tych lamach zdążyliśmy już poznać. Latynoskie trio w barwach australijskich przynosi nam nieoczywistą porcję improwizacji, która miewa świetne momenty, ale nie unika chwil dramaturgicznego zawahania, a raczej sytuacji, w których opcji wyboru jest zbyt wiele, zwłaszcza po stronie stylistycznie niezdecydowanych gitar. Te ostatnie zaczynają w klimatach post-jazzowych, potem nie skąpią nam bluesowych, czy nawet post-folkowych fraz, w końcu z ochotą czerpią z zasobów pamięci post-rocka. Na finał stawiają prawie hard-rockowy riff, który płonie wszakże wyjątkowo szybko.

W pierwsze improwizacji podoba nam się sposób, w jaki perkusjonalista panuje nad parą jazzujących gitar. Najpierw stara się je udobruchać, potem wypuszcza w dynamiczny marsz z rockowymi zdobieniami. W części drugiej dzwonki i gitarowe pick-upy budują suspens, który kruszy bluesowy szyk narracji właściwej. Na werblu pojawia się odrobina preparacji, z kolei gitary szukają kolejnych punktów odniesienia, frazując dość delikatnie. Trzecia opowieść zdaje się być wyjątkowo ukrwiona. Samplowany głos w języku japońskim, preparowany, bystry drumming i gitary w solowych ekspozycjach jakże dalekich już od jazzu. W części czwartej pojawia się piano, które dodaje mroku i tajemniczości. Perkusja bije tu matowy rytm, ale wolny, niemal leniwy. Finałową ekspozycję znów otwierają szemrzące gitarowe pick-upy. Narracja dość szybko zwiera marszowy szyk i do końca nagrania nie przestaje być jedynie rytmiczną zabawą. W ramach narracyjnych zdobień gamelanowo brzmiący drumming i wspominany wcześniej ciężki, rockowy riff.



 

Federico Solomiewicz  Desde el sur (Neue Numeral, DL 2023)

Doctor F studio, Argentyna, czas nieznany: Federico Solomiewicz – bas, Martín Proscia – saksofon tenorowy, Augusto Vega – gitara oraz Manuel Weil - perkusja. Pięć kompozycji, 22 minuty.

Na zakończenie dzisiejszej, w dużej części jazzowej zbiorówki niewielka porcja jazz-rocka, zadekretowana kompozycjami basisty, które koncertują się bardziej na ogrywaniu zadanego tematu bystrymi aranżacjami, mniej zaś wydają się być skupione na samej improwizacji. Ale pośród pięciu niedługich narracji znajdziemy jedną, która warta jest naszego wielokrotnego zainteresowania.

Argentyńczycy otwierają album melodyjną balladą, rzewną, całkiem stylową, jakże niespieszną. Druga opowieść ma rytm marsza, w który wplecione są intrygujące, dramaturgiczne przestoje. Gitara szuka tu bardziej rockowych emocji, ale saksofon trzyma się sztywno gatunkowych ram. Trzecią opowieść otwiera basowe intro, które przekształca się w melodyjny temat. Gitara snuje się wokół post-ambientowym ściegiem, saksofon wydaje się tym razem bardziej zaniepokojony. W czwartej części muzycy stawiają na improwizację i zdaje się, że nic lepszego nie mogli zrobić! Rozmyta, mgława melodyka, zmysłowy smyczek, rozbujane emocje siejące dramaturgiczny niepokój. W finałowym utworze powraca melodia tematu. Gitarzysta frazuje wyjątkowo łagodnie, niczym Jim Hall, a towarzyszy mu solówka kontrabasu, jeśli ucho recenzenta nie zawodzi.

 


piątek, 14 lutego 2020

Trilla! Edwards & Vidal! Braz! Malfon! Inhumankind! Barcelona’ New Thing is shining from heaven to hell and back again!



Trybuna Muzyki Spontanicznej zakochana jest na zabój w muzyce improwizowanej z Półwyspu Iberyjskiego. Wiedzą to nawet dzieci w odległych, syberyjskich ochronkach. Czasami w gronie redakcyjnym prowadzimy jednak dalece wewnętrzne dysputy, czy rzeczywistość muzyczna poza tym wspaniałym rejonem świata nie jest równie fascynująca. Czasami skłonni jesteśmy osiągać pozorny konsensus, dobrze pisać nawet o muzykach amerykańskich, czasami jednak … piorun wali w nasz budynek i jeszcze ciepłe porozumienie idzie w niepamięć.

Początek zabawnego roku 2020, to właśnie taki moment. Wystarczyło kilka premier wprost z Barcelony, by znów popaść w artystyczny zachwyt. A zatem najpierw kilka bystrych odsłuchów, potem kilka zgrzebnie sformułowanych notatek, i oto są przed Wami – nowe, fantastyczne nagrania z samego serca Katalonii. Cztery absolutne nowości i jedna płyta z roku 2018, ale równie wartościowa i ważna, albowiem konstytuująca tezę o wyjątkowej różnorodności muzyki powstającej w tej części świata.

Ad rem, gaduło! Zaczynamy od solowej płyty the one and only Vasco Trilli, który - uknuty w zakamarkach redakcji idiom no drumming percussion - po raz kolejny wynosi do rangi sztuki najwyższej. Zaraz potem dwie świeżynki wprost z katalogu Discordian Records, które El Pricto zapowiedział w niedawnym wywiadzie, jakiego udzielił Panu Redaktorowi na potrzeby zaprzyjaźnionego portalu Jazzarium.pl (uwaga, znów kilka nowych nazwisk do zapamiętania!). W dalszej części naszej niebiańsko-piekielnej zbiorówki – solowa płyta saksofonisty Dona Malfona, którą drastycznie zachwycił się już Mats Gustafsson, czemu dał werbalny wyraz w stosownym liner notes. Na koniec zaś Inhumankind - black metal grany przez … flet i kontrabas, dzierżone w dłoniach przez muzyków, których świetnie znamy ze sceny katalońskiego free improv. Ot, cała Barcelona!




Vasco Trilla  The Weeping Meadow (Confront Recordings, DL 2020) *)

Narzędzia pracy Vasco Trilli będą następujące – perkusja (a jednak!), taśma magnetyczna, dzwonki, metronomy i wibrujące zabawki. Nagranie z sierpnia ubiegłego roku, poczynione w Golden Apple Studio w Barcelonie (jeden trak), potrwa 34 minuty bez 9 sekund.

Uprzedźmy przebieg wypadków - Płacząca Łąka, to spektakl wyjątkowy pod wieloma względami. Z uwagi na fantastyczną akustykę całości (świetny mastering Rafała Drewnianego), dramaturgiczną precyzję (wydaje się, że nic nie dzieje się w procesie improwizacji przypadkowo), wirtuozerię wykonania (w trakcie odsłuchu trudno nie zapomnieć, że za tymi wszystkimi dźwiękami stoi tylko jeden człowiek, który dodatkowo działa wyłącznie w czasie rzeczywistym), wreszcie niebywałą umiejętność panowania nad, chwilami niezwykle bogatą, teksturą brzmienia (bywa, że mamy wrażenie, iż muzyk dostarcza nam jednocześnie cztery lub pięć separatywnych pasm fonii). Ale dość już tego gadania – zajrzyjmy, co dokładnie dzieje się w trakcie tej pół godziny z drobnym okładem.

Szelest taśmy magnetycznej, przesuwanej po glazurze werbla, krawędziach talerzy i innych elementach zestawu perkusyjnego, od pierwszej sekundy buduje rozległą przestrzeń spektaklu, obszar, który grzmi echem nieistniejącej pustyni. Dron suchego powietrza, pełnego filigranowych dźwięków, który zdaje się mieć przynajmniej trzy wymiary akustycznego istnienia. Flow, który narasta, ale już w 3 minucie wygasa w bezmiarze rezonujących talerzy. Następuje pierwsze w trakcie spektaklu wyniesienie pojedynczego dźwięku, szkliwa metalu, do roli dramaturgicznego suspensu. Taśma powraca, a pod nią – przy użyciu filcowanymi pałeczek, na chwilowo pustym werblu - buduje się meta drumming. Misterium permanentnego rezonansu trwa dzięki niezliczonej ilości drobnych przedmiotów, które muzyk wprawia w ruch i które tworzyć będą świat spektaklu już niejako samoistnie. W efekcie tych wszystkich działań, w połowie 9 minuty rozpościera się przed nami prawdziwa, wielopasmowa autostrada abstrakcyjnej akustyki. W międzyczasie muzyk buduje bazę niskich pasm, które będą nadawały całości dodatkowej dramaturgii. W 13 minucie werbel zaczyna cierpieć pod naciskiem łokci muzyka. Masywne, gęste powietrze bucha soczyście, a nieskończona ilość monet sypie się z nieba, niczym czerstwa hostia. Po kolejnych parudziesięciu sekundach stajemy w obliczu ściany dźwięku. Oto moment, w którym huta szkła wchłania właśnie hutę aluminium – pandemonium rozbuchanej post-akustyki.  

Tuż przed upływem 18 minuty Trilla generuje kolejne warstwy rezonujących dźwięków. One man Orchestra, który brzmi jak akustyczny agregat prądotwórczy. Zaraz potem następuje pozorne wygaszenie narracji, by stworzyć przestrzeń dla nowych aktorów widowiska – metronomów. Muzyk puszcza je w ruch, a one, niczym pijane samce w drodze na rykowisko, łamią rytm i potykają się o własne nogi. W bliskim tle towarzyszymy im stale pracująca armia wibrujących zabawek. Aura nabiera akcentów perkusjonalnych, choć żaden ze stałych atrybutów perkusisty nie jest w użyciu. 24 minuta, to moment kolejnego zawieszenia, a potem wyniesienia pojedynczego dźwięku na ołtarz kolejnej śmiertelnej religii. Talerze wszakże mają tu władzę absolutną i rezonują na potęgę. Od 27 minuty muzyk inicjuje finalną fazę spektaklu – rytmicznie uderza w dzwonki, uzyskując bardzo wysokie dźwięki, a jednocześnie drugą ręką matowo bębni w swobodny werbel. Misterium no drumming percussion dogorywa w aurze … miarowo pracującej perkusji. Kosmiczna paralela!




Ivan Edwards / Sebastián Vidal  Scribbles (Discordian Records, DL 2020)

Czas na nowe nazwiska do zapamiętania! A zatem, Ivan Edwards na saksofonie sopranowym oraz Sebastián Vidal na gitarze akustycznej, wyposażonej w nylonowe struny. Nagranie z klubu Sinestesia (po prawdzie nie wiemy, czy z udziałem publiczności), lipiec ubiegłego roku. Osiem swobodnych improwizacji, około 28 minut muzyki.  

Zaczynamy od trzęsienia ziemi, a potem będzie już tylko lepiej! Masywne uderzenia w gryf gitary, prychy i bulgotanie w tubie saksofonu. Dźwięczna, czerstwa, piskliwa i piękna akustyka otwarcia. Preparacje na całego, bez jakichkolwiek artystycznych skrupułów. Narracja chwilami bliska czegoś, co moglibyśmy określić mianem acoustic noise. Ciało w ciało – dużo wyobraźni i mnóstwo niebanalnych dźwięków, a dopiero na sam koniec … możemy przekonać się, że w grze uczestniczy sopranowy model saksofonu. Kolejna porcja emocji – małe frazy, oddechy i zgrzyty, filigranowe i molekularne. Każdy dźwięk zdaje się tu śpiewać, krzyczeć i złorzeczyć w okolicznościach akustycznej perfekcji. Tuż potem dokładnie 59 sekund agresywnej gitary i … delikatnego saksofonu. Bystry dysonans! Zmiana numery traku i … wyważone, spokojne flażolety gitary, tudzież ulotny sopran u progu intrygującej meta ballady. Podczas, gdy ta pierwsza idzie w repetycję, ten drugi niepostrzeżenie nabiera mocy.

Piąty epizod, to samotny saksofon na prerii – szorstkie, prychające dysze z nutą melodii między zębami, matowy, bolesny szum, który skacze ku górze i hałasuje. W kolejnej części to gitara pozostaje początkowo sama na rozdrożu i szuka szczęścia pomiędzy strunami. Saksofon wchodzi po minucie i ma chrypkę. Szybka wymiana zdań metodą call & responce - świetna komunikacja, ogniste emocje! Siódma opowieść koi ciszą i pozornym spokojem. Surowe dysze i suche akordy w końskich zaloty, cmokania i meta uśmiechy. Gitara rży, saksofon skwierczy, a wszystko dzieje się na sporej dynamice (by the way … wirtuozerskie panowanie nad narzędziami pracy!). Czas na finał tej niebywałej płyty – zgrzyty na gryfie, mlaskanie saksofonu, przedmioty użytku zewnętrznego i wewnętrznego. Preparacje, deformacje i degradacje – struny wydają się cierpieć katusze, tuba dyszy i skowycze. Zwinne palce, giętkie wargi, pulsująca kreatywność. Brawo!




João Braz  Who? And Other Interrogative Pieces  (Discordian Records, DL 2020)

Przechodzimy do najbardziej rozbudowanej formacji dzisiejszej zbiorówki. Kwintet pod światłym przywództwem portugalskiego wiolonczelisty João Braza (rezydenta Barcelony, uspokajam zaniepokojonych!), w składzie którego znajdujemy już niemal samych naszych dobrych znajomych - Diego Caicedo na gitarze elektrycznej, Sarah Claman na skrzypcach, El Pricto na klarnecie (to pewna nowość!) oraz Nicolas Dobson na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Płyta Dlaczego? I Inne Kawałki Badawcze składa się z pięciu kompozycji Braza, trwa 37 minut i tyleż sekund. Nagranie zarejestrowane w odwiedzanym już dziś Klubie Sinestesia, w marcu ubiegłego roku.

Porzucamy zatem całkowicie swobodną improwizację, by zanurzyć uszy w muzyce definitywnie predefiniowanej. Opis płyty sugeruje kompozycje, my – na użytek tej recenzji – poprzestańmy na określeniu scenariusze dla improwizatorów. Muzyka daleka jest bowiem od odgrywania, tego co zapisane zostało na pięciolinii, tudzież w innych instrukcjach, płynie z dźwięku na dźwięk całkiem swobodnie, a to, co zostało wskazane przez Braza, to zapewne wykaz pewnych scenariuszy zachowań na scenie, czasami sekwencji działań, które budują ostateczny kształt … improwizacji. Cokolwiek wszakże ustalone zostało na wejściu, spowodowało, iż czeka nas niebywały spektakl niemal wyłącznie błyskotliwych wydarzeń w ujęciu dramaturgicznym i akustycznym. A tylko jeden element zdaje się być tu zadany z góry i bezwzględnie stosowany – stan ciągłej zmiany! Spróbujmy ogarnąć werbalnie przebieg wydarzeń, jakie miały miejsce na scenie klubu.

Sytuacja na starcie jawi się w sposób następujący – struny zaplątane w kolektywnym znoju generowania mikro fraz, szarpnięcia, kopnięcia i repetycje, kontry klarnetu, post-jazzowe pląsy gitary, małe fonie wiolonczeli. Narracja budowana w oparciu o ideę zadziornych kontrapunktów, szukania zaczepki i najzwyklejszego łobuzowania. Gęsta sieć dźwięków, które w pijackim zwidzie toczą się od zwarcia do zwarcia, przerywanych małymi porcjami ciszy. W 5 minucie garść repetycji toczonych wedle wskazań wyjątkowo zakrzywionej pięciolinii, tuż potem solo wiolonczeli, która brzmi jak kontrabas, wspieranej pojękiwania skrzypiec i klarnetu. Upalone free chamber, zrodzone tuż po całkowitej śmierci jazzu. Z czasem opowieść nabiera dynamiki i o tym … jazzie, w wymiarze free, doskonale sobie przypomina. Na wybrzmieniu towarzyszy nam gitara i kameralne drony. Kolejne dwie kompozycje są nieco krótsze. Pierwsza skupia się na preparowanych dźwiękach, interakcjach w formie pytań i odpowiedzi, pełnych zgrzytających strun i innych skwierczących i burczących dźwięków. Druga, to bardziej złożona struktura, którą inauguruje post-jazzowa, także post- rockowa gitara z dużym ładunkiem prądu. Kolejne instrumenty dodają swoje i całość zwinnie osiąga rozmiar kwintetowej, rozbuchanej histerii. Krok ku freejazzowej kipieli wydaje się oczywistym rozwiązaniem. Do ognia dokłada, mniej słyszalny w pierwszej części, perkusista, parę tanecznych grepsów wrzuca też klarnet.

Czwarta kompozycja budzi się pośród szmerów, szumów, siarczystych przepięć złych mocy z głębin amplifikatora gitarowego. Znów motywem przewodnim wydaje się być preparacja – smyk na wiolonczeli, pomruki klarnetu, skrzeczące jak kwoka skrzypce. Świetne zmiany daje Pricto, choć w tym bardzo demokratycznym kwintecie nie jest łatwo wyjść przed szereg. Narracją rządzi wszakże smyczek, który maltretuje struny cello. Jej rosnąca dynamika smakuje post-rockiem, do czego przyczynia się gitara. Gatunkowy melting pot, z każdego punktu widzenia. Ostatnią część koncertu otwierają akustyczne strunowce. Po chwili dołącza do nich tańczący w poprzek klarnet i gitara, która brzmi jak bas, wsparta krawędziowym drummingiem. Pomysł za pomysłem, spięcie za spięciem. Cała opowieść, która zdaje się być pewną repryzą pierwszej części, dynamicznie pęcznieje aż do połowy 5 minuty. Potem traci impet na czystych strunach, repetuje i kołysze się całą szerokością sceny. Po czasie znów nabiera tempa, brzmi niczym mała filharmonia z mocnym akcentem perkusyjnym i … gaśnie za pomocą pojedynczego wrzasku. Sam finał toczy się płynnie, rzeźbiony rozchwianym rytmem, serwowanym przez gitarę i perkusję, upiększanym separatywnymi eskalacjami pozostałych instrumentów. W drodze do ciszy absolutnej, mamy jeszcze drobne solo skrzypiec i pasma dronowych spowalniaczy. What a game!




Don Malfon  On Resonance  (Sirulita Records, CD 2020)

Saksofon altowy i barytonowy – edycja solowa! Don Malfon, z paszportu Alfonso Muñoz, i jego dwie rejestracje (sierpień 2018, marzec 2019), jedna z … Sinestesii, zlepione w jeden materiał, wytłoczony potem na srebrnym krążku o wszystko mówiącym tytule W rezonansie. Osiem improwizacji, 43 minuty i 14 sekund.

Solowa płyta Malfona, to po wyczynach Alberta Cirery i Alexa Reviriego (ten akurat na kontrabasie), kolejny głos sceny katalońskiej w temacie poszerzania … rozszerzonych technik gry na instrumencie akustycznym. Od razu zaznaczmy – równie udany! Rezonujące dźwięki saksofonu altowego i barytonowego (w wielu momentach trudno wskazać, który z nich jest akurat w użyciu!), to spory challange dla mniej obytych słuchaczy, z drugiej wszakże strony, kosmiczny bezmiar ciekawych i często nowatorskich rozwiązań w zakresie wydobywania dźwięku z tuby saksofonu, poprzez zamykanie i otwieranie dysz, tudzież umieszczanie w tejże tubie różnych tajemniczych przedmiotów. Jakie to proste, nieprawdaż? Prześledźmy zatem, co też słyszy ucho, a co podpowiada wyobraźnia dociekliwego recenzenta.

Szum rezonującego powietrza w suchej tubie saksofonu – dźwięk narasta i pęcznieje, zdaje się przypominać brzmienie syntezatora modularnego. Muzyk oddycha przez nos, wydaje złowrogie pochrapywania, jakby metal tarł się o metal, a wszystko przypomina jakąś surrealistyczną melodię. Po chwili ciszy – bulgoczące dysze, zdaje się, że w tubie został chyba umieszczony jakiś przedmiot. Podmuchy powietrza wprawiają go w rytmiczny rezonans, jakby metalowy talerz upadł i nie mógł sfinalizować kontaktu z wysoce akustycznym podłożem. Migoczący dron mokrego powietrza – dla przeciwwagi. Trzeci epizod, to także dron, który brzmi tu niemal elektroakustycznie. Kolejna faza rezonansu, który szuka metalicznej śpiewności. Raz nuci coś pod nosem sam ustnik, innym razem trzeszczy cała tuba. Czwarta część na moment przywraca nam wiarę w moc instrumentu dętego, traktowanego choćby odrobinę bardziej konwencjonalne. Oto baryton (na pewno baryton!) krzyczy zadziornym free jazzem i buduje intrygującą narrację o odpowiedniej dla dramaturgii sytuacji dynamice. Pnie się ku górze, aż do momentu wydania dokuczliwego dla ucha odbiorcy pisku. Do tuby znów coś wpada i industrialnie drży tajemniczymi dźwiękami.

Tym razem do tuby trafia chyba nieco mniejszy przedmiot, dzięki czemu saksofon słać może drony, które po części zatraciły już walory akustyczne, ale wciąż im jeszcze daleko do dźwięku syntetycznego. Całość przypomina rozregulowany wentylator, zasilany prądem zmiennym, po części brzmi także, jak zdezelowana maszyna perkusyjna, o której ktoś zapomniał po bezkresnym upadku muzyki new romantic. Warstwy fonii zdają się nakładać na siebie, słyszymy nawet niskoobrotową wiertarkę. Imponujący trak piąty wieńczą drony … czystego powietrza. Szósta część sytuuje dźwięk bliżej ciszy, wprawia go w szeleszczący rezonans, który po czasie wchodzi w stan drżenia. W siódmej – znów tuba zostanie wypełniona bliżej nieokreślonym materiałem. Skrzeczy, pulsuje, drży i pokrzykuje na granicy hałasu. Całość, bardzo przewrotnie, nabiera cech tanecznych i zgrabnie podprowadza nas pod ostatni odcinek. Ten stawia na spokojniejszą fazę rezonansu – saksofon barytonowy oddycha powietrzem z drobinkami post-melodii, pełza po wilgotnej podłodze. Po czasie nabiera więcej powietrza w płuca i metalicznie zawodzi. Wybrzmiewanie trwa długo, jest wyjątkowo urokliwe akustycznie, ale także dramaturgicznie, kind of acoustic dark ambient, pozwala ukoić nerwy i w szczęściu dotrwać do finałowej ciszy.




Inhumankind  Self​-​Extinction (I, Voidhanger Records, CD 2018)

Na finał, zapowiadany w preambule, akustyczny black metal! W roli jak najbardziej czarnych charakterów - Pablo Selnik na flecie, także użyczający głosu i Alex Reviriego na kontrabasie, czyli duet Inhumankind. W roli ważnych dramaturgicznie gości - Celeste Alías i Marta Valero jako głosy damskie oraz Eric Baule w roli wydającego za pomocą strun głosowych dźwięki, które zwykliśmy określać jako growls. Nagranie studyjne z roku 2017 odnajdujemy na płycie nazwanej podług wszelkich wskazań gatunku Samozagłada i wyposażonej w demoniczne ilustracje, także silnie trzymając kanon. Za kompozycje i teksty odpowiada Selnik, incydentalnie Reviriego (szósta część), a ostatni odcinek, to cover blackmetalowej legendy z Norwegii – Darkthrone. Całość trwa 26 minut i 35 sekund.

Przed nami zestaw niezwykle dynamicznych kompozycji na flet i kontrabas, które ubarwiane są głosami/ wokalami/ chórami/ demonicznymi pokrzykiwaniami, tworząc wspólnie dalece intrygujący i niebanalny konglomerat złych mocy i świetnej muzyki. Całość, choć krótka, chwilami enigmatyczna (każdy z utworów trwa mniej więcej trzy minuty), ma swój epicki rozmach i potrafi przykuć naszą uwagę wyjątkowo skutecznie. Wylistujmy najciekawsze fragmenty i elementy charakterystyczne dla tej czarnej, demonicznej … kameralistyki.

Tematy podawane są, co do zasady, przez zamaszysty, czysty flow fletu i pizzicato kontrabasu. Wszystko dzieje się na dużej szybkości, zatem muzycy nie mogą nie być wirtuozami swoich instrumentów. W pierwszym utworze damski chór śpiewa melodyjny refren, a growlowy głos dopowiada zza światów (nie może być inaczej!). W drugiej części, to głos męski podaje tekst, zmutowanym, demonicznym głosem, a flet i kontrabas płyną niemal tanecznym galopem. W trzecim – temat podaje flet i śpiewający wraz z nim chór damski. Całość trzyma tempo i dramaturgiczną enigmatyczność, niczym punkowe evergreeny. Tu także męska część dodaje swoje, przy wykorzystaniu, co najmniej dwóch głosów. W dalszej części utworu Reviriego sięga po smyczek i dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa! Dynamicznie, na ostro, hałaśliwie preparuje dźwięk. Brawo!

Kolejny piękny moment, to utwór czwarty, który moglibyśmy określić jako black baroque. Temat śpiewa chór, którego brzmienie niesione jest na skrzydłach wyjątkowo … nisko osadzonego smyczka. Hałas post-demonów buduje dramaturgię i monumentalną dosadność przekazu. W piątym delikatne spowolnienie – flet i głosy, niemal szepty, płyną na dużym pogłosie. W tle szaleje smyczek i nadaje całości na powrót ostrą dynamikę.  W kolejnej pieśni, Alex wraca do techniki pizzicato i wraz z fletem stawia na konsekwentną repetycję. Podobnie czynić zaczynają głosy obojga płci, a kontrabas wręcz rezonuje metafizyką chwili, przywołując na moment wspomnienie niesamowitej płyty solowej Alexa. Siódma część jest lekka, jak zmutowany pasikonik na polnej łące, ale już w ósmej demony powracają!  Chór ze smykiem śpiewa melodyjnie, a narracja znów pachnie post-nuklearnym barokiem – definitywnie samozagłada, poświecenie się śmierci, cytując tekst utworu. Gdy głosy zostają same, mamy wrażenie, że słuchamy nowej wersji komedowskiej Rosemary’s Baby. Na finał zapowiadany cover – akcenty percussion, preparowany, ostry dźwięk fletu, który zdaje się multiplikować. Kontrabas wieńczy dzieło zniszczenia, wieczność śpi i niech tak już pozostanie.


*) Płyta w formacie CD będzie dostępna w okresie późniejszym.


piątek, 14 września 2018

El Pricto! Triplezero! Anticlan! Sly & The Family Drone! Peixe Frito! Wasteland! MIA! Kern! Total Improvisation Troop! Dalibert! The summary for last days of summer - big excitement guaranted!


Kalendarzowa jesień za pasem, szczęśliwie lato jednak nie odpuszcza. Trudno doświadczyć nudy. Także, w muzyce improwizowanej!

Dziś dziesięć płyt do odczytania. Jak zwykle mieszanka prawdziwie piorunująca – od grind rocka i doom metalu, po elektroakustykę i kojące dźwięki wprost z klawiatury fortepianu. A wszystko naznaczone piętnem improwizacji! Także kolejna porcja nowych nazwisk do zapamiętania. Dzień, jak co dzień na Trybunie!

Katalonia w prawdziwie demonicznym wydaniu, niebanalna Holandia, takaż Anglia, kwiecista Portugalia, szczypta Niemiec, Kanady i Francji. Let’s go and crazy!




El Pricto/ Diego Caicedo/ Javier Garrabella/ Vasco Trilla  Demonology (Discordian Records, 2018)

Wenezuelski saksofonista El Pricto, to prawdziwie renesansowa postać. Szef najważniejszego dla muzyki improwizowanej labelu Barcelony, Discordian Records, uwielbia literackie i artystyczne inspiracje dla muzyki, którą tworzy. Najnowsza pozycja w katalogu zwie się Demonology i jest kompozycją będącą pokłosiem … 72 demonów Ars Goetia, zaczerpniętych z siedemnastowiecznego dzieła The Lesser Key Of Salomon The King. Składa się z tyluż fragmentów, trwających od … 1 do 3 sekund. Muzycy układają z tych mikrofraz dłuższe, muzyczne wypowiedzi. Repetycje, permutacje, skróty i rozwinięcia – gęsta, usiana zasiekami, zdyscyplinowana improwizacja, prowadzona wg precyzyjnych wskazówek kompozytora.

Efekt kipi emocjami, a także precyzją i determinacją w zakresie wykonania koncepcji kompozytora. Dostajemy 25 minutową, dynamiczną, poszarpaną, multigatunkową ekspozycję, budowaną w estetyce, będącej krwistą mieszanką grind-core punk, noise rocka i free jazzu. Polecam szczególnej uwadze graficzny zapis tych mikrokompozycji! Zresztą same tytułu mówią już wiele: black metal, thrash metal, death metal, free, solo, slow doom metal, broken rhythm, blast, beat, grind core, hard core, short loops, latin, epic, extended technique, ha-ha-ha, short growl, drum fill i …żagań (pisane z polskimi znakami diakrytycznymi!).

Historia muzyki zwichrowanej w pigułce! Postmodernistyczna moc wielkiej kreacji - strzelisty saksofon altowy El Pricto, ostra, niemal doom metalowa gitara Diego Caicedo, elektryczny bas Javiera Garrabelli i mocna, zmysłowa perkusja Vasco Trilli. Gdybyśmy zechcieli poszukać całkiem współczesnej, muzycznej inspiracji dla Demonology, to trop może być tylko jeden – Naked City Johna Zorna.




Triplezero 000 (Binary Sorrow/ Antinomia Records, 2016)

Pozostajemy w stolicy Katalonii, ciągle jest z nami Vasco Trilla (perkusja, a także tabla). Obok niego Pablo Selnik na fletach (silnie amplifikowanych) i Denys Sans, odpowiedzialny za elektronikę. Muzyków wspomaga głosem Eric Baule. Formacja zwie się Triplezero. Płyta 000 nie jest może najświeższą pozycją edytorską, dotarła do nas jednak dopiero tego lata. Zawiera, bazująca na skomponowanym materiale, improwizowaną muzykę … death/doom metalową, tworzoną dokładnie przy pomocy instrumentarium, wymienionego wyżej. Przedrostka post możemy w odniesieniu do tej muzyki używać bez ograniczeń. Zajrzyjmy głębiej do tego szalonego przedsięwzięcia artystycznego.

Zaczynamy ścianą post-black metalowego hałasu. Atak dźwięków serwowany naprzemiennie z  pasmami niskiej, złej elektroniki, zdobionymi głosem typowym dla trawestowanego gatunku (teksty Selnika, inspirowane literaturą H.P. Lovercrafta, nie dla osób mniej tolerancyjnych obyczajowo i światopoglądowo). Rodzaj plemiennego rytuału inicjacyjnego. Być może także rodzaj gigantycznego żartu stylistycznego. Kolejne siedem utworów, to krótkie, niekiedy lapidarne perełki noise’ elektroniki z demonicznym głosem i doskonałą perkusjonalistyką Vasco. Slow metal drums, zgiełk fletu na dużym prądzie, brzmiący jak armia gitar elektrycznych, ołowiana elektronika, post-techno zasklepione w krypcie grobowca, interludia noise and industrial, robotyka wirtualnych maszyn, także minuta z czystym dźwiękiem … tabli. What ever you want! Kolejny żywy (i syntetyczny) dowód na monstrualny eklektyzm barcelońskiej sceny muzycznej.

Płytę wieńczy 17 minutowa pieśń tytułowa. Epicka w rozmachu, chwilami genialna w doborze artystycznych środków wyrazu. Pulsujący dron, repetycje, brudny, tłusty sound post-techno. Flet pod wysokim napięciem, elektroakustyka spod dłoni i stóp Trilli, bogata, ciągle zmieniająca się narracja. Wreszcie multiplikująca się tabla, która po 13 minucie, wspierana oniryczną elektroniką, prowadzi nas na pola niemal metafizycznego chill-outu. Na sam finał siarczysta post-elektronika w formie śmiercionośnej mantry. Płyta jedyna w swoim rodzaju, nagrana za pierwszym podejściem, bez post-produkcji!




Anticlan  Volcano Hour (Creative Sources, 2018)

Przenosimy się do Holandii. Na studiu nagraniowym 2/3 power improv trio Albatre (Hugo Costa na saksofonie altowym, Philipp Ernsting na perkusji) w towarzystwie gitarzysty Josué Amadora. Swobodna improwizacja pod nie byle jakim szyldem Anticlan i prawdziwie eksplozywnym tytułem. Dodajmy, obok wybuchów wulkanu, czekają nas także powolne strumienie stygnącej lawy.

Sześć niebywale intrygujących opowieści, zbudowanych przez dobry, uważny, gęsty drumming, gitarę z prądem, lontem do silnie avant-rockowego brzmienia i ze szczyptą zdrowej psychodelii pomiędzy strunami, wreszcie saksofon altowy, który świetnie się z nimi komponuje, choć nie ma zwyczaju wychodzenia przed szereg. Dalece swobodna wymiana dźwięków, lekko zaczepiona w estetyce free jazzu, niestroniąca od rockowych emocji, płynąca szerokim strumieniem od ciszy do hałasu i z powrotem.

Drugi i trzeci fragment skrzy się pięknym, wręcz medytacyjnym klimatem. Uroda gitary eksploduje – minimal deep improve! Amador nie waha się wkraczać w post-industrialną estetykę. W czwartym rośnie poziom decybeli, kind of true power trio. Znów gitara wywołuje wytrysk endorfin u recenzenta. Gdy zamilknie, para sax & drums pięknie ucieka we free jazzowy galop. Costa ma tu swoje pięć minut i perfekcyjnie z tego korzysta. W kolejnej piosence powraca quite stream, zdobiony ornamentami pulsujących strun, przedmuchanych dysz i konwulsyjnej pracy werbla i tomów. Sporo rockowej ekspresji, tu zbyt gwałtownie wyciszonej. Finał umila nam aktywny drumming, wokół którego koncentruje się niespokojny alt i szklista gitara. Świetna płyta!




Sly & The Family Drone  Live at Café Oto (Bandcamp?, 2018)

Mokry od potu karnawał chaosu! To nie jest bynajmniej epitet recenzenta, ale konstruktywna samoocena muzyków. Lubimy na tych łamach stylistyczną egzotykę, niepokorność i zdrowy hałas, zatem czym prędzej odkrywamy karty. Formacja Sly and The Family Drone, to na ogół duet: Matt Cargill – głos, efekty, elektronika i Callum Joshua Buckland – perkusja. Parę dni temu pisaliśmy o ich wspólnej płycie z Dead Neanderthals. Tym razem ich osobna, najnowsza produkcja – koncert z londyńskiej mekki free improve, czyli klubu Cafe Oto! Dwa półgodzinne sety.

Drapieżny, gęsty i bezkompromisowy melanż żywej perkusji i elektronicznych, hałaśliwych pasaży w dalece punkowej estetyce. Równie żywiołowa publiczność w klubie, zdecydowanie podnosi temperaturę spektaklu. Rock and noise improvised as well! Gorący temperament muzyków i główny parametr podlegający procesowi improwizacji, czyli natężenie dźwięku. Triumf artystycznej swobody i naprawdę bezczelnego wykraczania poza dostępne gatunki. Ekstremalizm wyniesiony do rangi sztuki. Prawdziwie chocholi taniec till to death. Ciekawy moment pod koniec pierwszego seta – solowe expose perkusji, na tle drona niskich częstotliwości i zapach upalonego electro!

Choć trudno to sobie wyobrazić, drugi set jest jeszcze gorętszy. Elektronika wsparta samplami płonie dalece intensywniej (żadna gitara nie byłaby chyba w stanie generować takiego przekazu fonicznego!). Pedał gazu wciśnięty maksymalnie. Na finał drummer włącza turbodoładowanie, a na scenie pojawia się wiele przypadkowych instrumentów dętych (wedle słów naocznych świadków, przyjaciele grupy podłączyli się pod występ!). Zgiełk i znój. Cierpienie i odkupienie. Doprawdy, efekt jest frapujący!




Peixe Frito  Jazz From Here. 11.02.1918 (Last Pork Records, 2018)

Zdecydowanie zasłużyliśmy na moment oddechu! Doskonałym wyborem będzie zatem portugalski kwintet Peixe Frito (po naszemu – smażona ryba): Paulo Chagas - flet i saksofony, Luís Guerreiro – trąbka, elektronika, tibetan blow, Paulo Duarte – gitara elektryczna, Alvaro Rosso – kontrabas i Pedro Santo – perkusja. Sześć krótszych opowieści na początek, potem trzy dłuższe.

Zaczynamy od Coltrane’a na delikatnym speadzie, z dobrą ekspozycją gitary elektrycznej. Cała zresztą płyta, budowana jest na ciekawym kontraście akustycznych ekspozycji i dźwięków elektronicznych/ elektrycznych (gitary). Dominują spokojne, nieśpieszne improwizacje (poza jednym wyjątkiem). Oniryzm często wykorzystywanej ciszy, stemple nieinwazyjnej psychodelii, intrygujące dźwięki dęte, precyzyjna sekcja rytmiczna. Żmudna, skupiona narracja, przykład skrupulatnego rzeźbienia w skale improwizacji. Z jednej strony szczypta kameralistycznego zadęcia (szczególnie Chagas na flecie!), z drugiej - niebanalny posmak fussion, gdy trąbka łączy się w procesie generowania dźwięków z elektroniką.

Siódmy fragment, Swing From The Zone, bodaj najdłuższy na płycie, jest też fragmentem najbardziej dynamicznym. Rasowy free jazz tryska po ścianach! Quasi semicki taniec, rozbujała, wyzwolona porcja dobrze upalonego fussion jazzu. Chwilami nawet z elementami funky. Na finał tej naprawdę udanej płyty, kolejne dwa utwory w delirycznym, spokojnym, acz naładowanym dobrą psychodelią klimacie. Powabna sonorystyka kontrabasu, zwinna elektronika i wyraziste ekspozycje dęte.




Parlato/ Chagas/ Lenglet/ Gibbs  Wasteland (Setola Di Maiale, 2018)

Paulo Chagas zostaje z nami (flet, obój, zabawki dźwiękowe, … woda), ale tym razem towarzyszyć mu będzie bardziej międzynarodowe towarzystwo: Rosa Parlato – flet, elektronika, głos, Philippe Lenglet – gitara elektryczna, obiekty oraz Steve Gibbs – gitara klasyczna, 8-strunowa, głos. Siedem rozbudowanych, dość swobodnych improwizacji elektroakustycznych.

Wasteland, to kolejny i nie ostatni dziś przykład łączenia dźwięku żywego z syntetycznym, tu z delikatną przewagą tych pierwszych. Flet, obój, dwie dychotomiczne gitary i kilka zwojów kabli. Szczypta egzotyki, nieco kontrowersyjne wokale, zabawy dźwiękowe, ale i poważne dyskusje na temat. Płyta długa (ponad 70 minut), nie w każdym momencie aż tak intrygująca, by nadstawiać ucha (mało kompromisu na etapie selekcji materiału). Także kilka momentów akceptujących zbyt łatwe dźwięki, jak na wymagania recenzenta.

Skoncentrujmy się wszakże na plusach. W drugim utworze niebanalna ekspozycja fletu, na tle … lejącej się wody. W kolejnym, udany pasus klasycyzującej improwizacji z dobrze tłumionymi emocjami (obój w roli głównej). W czwartym intrygujący, nowy dźwięk (hichiriki?) na tle dość pasywnych gitar. Sonorystyka dętych daje punkty dodatkowe do oceny końcowej. W piątym - sekwencja naprawdę udanych interakcji elektroakustycznych. Także dobry dialog gitary akustycznej i sonoryzującego oboju. A w utworze finałowym zdaje się, że wreszcie cały kwartet dramaturgicznie trybi! Akademickie naleciałości idą w odstawkę, rośnie kreacja i pomysły na rozwój narracji. Ciekawy przykład minimalizmu w procesie improwizacji. Szczypta psychodelii na gryfie gitary elektrycznej, kilka dobrych dźwięków z kabli i nieoczywistych zachowań dęciaków.




Ensemble MIA ‎Live 2016 (Creative Sources, 2017)

Portugalska scena muzyki improwizowanej zdaję się specjalizować w dużych składach, zwinnie poruszających się po oceanie swobodnej muzyki bez scenariusza. Ensemble MIA, to kolejny przykład. Rejestracja z Festiwalu Encontro de Musica Improvisada de Atouguia de Baleia, z roku 2016. Aparat wykonawczy jest ogromny – ponad 60 muzyków, podzielonych na sześć improwizujących składów, każdy z innym przewodnikiem/ dyrygentem. Nie będziemy ich wszystkich wymieniać (każdy z uczestników przedsięwzięcia pojawia się na scenie maksymalnie dwukrotnie), zainteresowanych odsyłamy do sieci globalnej. Może jedynie wskażmy personalia kilku bliższych nam muzyków, takich, jak Luiz Rocha, Alvaro Rosso, Sarah Claman, Miguel Mira, Karoline Leblanc, Bruno Parrinha, Jean-Marc Foussat, Mia Zabelka czy po raz kolejny goszczący w tej zbiorówce Paulo Chagas.

Pierwsza historia, dyrygowana zwinnie właśnie przez Zabelkę, toczy się w atmosferze elektroakustycznego rezonansu, z ciekawą ekspozycją instrumentów strunowych, a w dalszej części perkusjonalnych. Druga – pod przewodnictwem Marka Lotza – eksponuje dęciaki na tle elektrycznych gitar, zawiera także niebanalne preparacje piana i moc przeróżnych głosów obojga płci. Trzecia (F. Choiselat) funkcjonuje na zasadzie kontrastu – z jednej strony rytm, melodia i bystry puzon, z drugiej rozwichrzone eksplozje werbalne, wszystko zaś bogato zinstrumentalizowane. Czwarta (N.Taylor) startuje kameralistyką akustycznych gitar, by po pewnym czasie napotkać hałaśliwe symfoniczne interludia. Sam finał tej akurat improwizacji jest wyjątkowo dynamiczny, przynajmniej na tle pozostałych wydarzeń spektaklu. Początek piątej opowieści (S.Corda) także smakuje dobrą kameralistyką, która płynnie przechodzi w rytualny taniec godowy z okrzykami i wrzaskami (może także publiczności). Wreszcie finał (F.Simoes) – triumfalny powrót elektroakustyki, przy wtórze nadpobudliwych dęciaków, zadziornych strunowców i kolejnych rytualnych śpiewów, czynionych w asyście puzonu.

Mnóstwo intrygujących improwizacji nieco traci na wartości z uwagi na jakość samej rejestracji koncertu. Dźwięk jest mało selektywny, niemal monofoniczny, a brzmienie całości pozostawia wiele do życzenia. Bardzo szkoda. 




Kern  Mittendrin (Creative Sources, 2017)

Przystanek Niemcy i studyjna rejestracja tria Kern: Edith Steyer – saksofon altowy i klarnet, Yorgos Dimitriadis – perkusja oraz Matthias Müller – puzon. Dziesięć improwizowanych opowieści, mających na wejściu status composed by.

Przykład wyjątkowo zgrabnej i świetnie wykonanej improwizacji ustrukturyzowanej. Rodzaj free jazzu delikatnie zakotwiczonego. Średnie pokolenie europejskich improwizatorów, kariery w trakcie stabilnego wzrostu. Czegóż chcieć więcej? Tempo, emocje, sonorystyka – genialny puzon (dla Matthiasa to już norma, patrz: poprzednie recenzje na tych łamach), idący za nim krok w krok dobry, wyrazisty, niebanalny saksofon altowy (na dwa krótkie fragmenty zamieniony na klarnet) i precyzyjny, niezachowawczy drumming. Różnorodne, intrygujące, akceptowalne na każdym poziomie percepcji opowieści, niepozbawione także szczypty klasycyzującego zadęcia, charakterystycznego dla wykształconych akademicko muzyków niemieckich. Szczególnie udane zdają się być dłuższe fragmenty, bardzo swobodnie improwizowane. Trzeci odcinek serwuje nam zwinne synkopy, przykład dobrego jazzu bez niskich częstotliwości. Piąty zdaje się być wyjątkowo śpiewny, szczególnie dotyczy to puzonu, który błyskotliwie mutuje brzmienie. W kolejnym, puzon swoim wyjątkowym tembrem sprawia wrażenie, jakby muzyk korzystał ze wsparcia elektronicznego.

Finałowe odcinki Mittendrin konstytuują wysoką jakość całego nagrania. W siódmym muzycy improwizują w estetyce call & response, są czujni i świetnie na siebie reagują. W ósmym utworze, o jakże adekwatnej nazwie Polar, dają przykład pięknego deep sonore. Czujemy prawdziwy chłód arktyczny. Brawo! Tuż po nim kolejna perła sonorystycznego slow motion. Na sam już finał temat grany z kartki, ale wyjątkowo stylowy.




Total Improvisation Troop  Karma Moxie (atrito-afeito, 2018)

Wracamy do poszukującej elektroakustyki. Kanadyjska pianistka Karoline Leblanc i kolejna pozycja w katalogu labelu, przez nią prowadzonego. Septet zwie się dość buńczucznie Total Improvisation Troop, personalnie zaś to: Alexandre St-Onge – bas elektryczny z asystą komputera, Anne-Françoise Jacques – amplifikowane obiekty rotujące, Karoline Leblanc – fortepian i taal, Lawrence Joseph – gitara elektryczna, efekty, Paulo J Ferreira Lopes - talerze, Peter Burton - kontrabas, Vergil Sharkya – syntezator, efekty. Pięć dość zwartych, w formie i czasie, swobodnych improwizacji.

Troje muzyków odpowiada tu głównie za dźwięki akustyczne, czworo zaś za elektroniczne lub elektryczne. Ta wojna sprzymierzonych nie do końca prowadzona jest na równych prawach. Innym słowy, świat syntetycznych dźwięków jest tu w przewadze, nie tylko ilościowej, ale także dramaturgicznej. Przykład skupionej, uważnej narracji, chwilami nieco akademickiej. Kind of contemporary improve. Wiele udanych preludiów ze strony piana, kontrabasu czy perkusjonalii zdaje się gubić trop w trakcie konfrontacji z dość natarczywym i inwazyjnym światem syntetyki. Choćby w drugim utworze, gdy zwinna improwizacja inside piano natrafia na zgrzyty i plamy nieznoszącej sprzeciwu elektroakustyki. Karolina dzielnie trzyma stery improwizacji, jednak orszak obiektów, płaszczyzn i kabli nie odpuszcza choćby na moment. Wszystko brzmi trochę, jak soundtrack do polskich filmów fantastycznych z lat 70. ubiegłego stulecia.

Nieco ciekawsza zdaje się tu być druga część płyty, choćby fragment czwarty, gdy niebanalne piano snuje wartościowe opowieści, a elektroakustyka ogranicza się do kreślenia tła narracji. W części finałowej druga strona medalu proponuje coś na kształt syntetycznej perkusji w dalekim planie. Żywe instrumenty odnajdują wtedy skrawek przestrzeni dla siebie i nie marnują czasu.




Melaine Dalibert ‎ Musique Pour Le Lever Du Jour (Elsewhere Records, 2018) ‎

Na finał dzisiejszej zbiorówki płyta niezwykła. Niemal idealne zwieńczenie karkołomnych opowieści o dziwnych płytach. Komponowana muzyka na fortepian, godna wszelkich kanonów muzyki, którą zwykliśmy określać mianem minimalistyczej. Kompozytor i wykonawca pochodzi z Francji, nazywa się Melaine Dalibert. Jedna godzina i jedna minuta strukturyzowanego chill-outu!

Music for the daybreak. Czyli dźwięki na czas odpoczynku. Muzyk stosując dwa, trzy algorytmy, sekwencje dźwięków, buduje niebywały klimat nagrania. Bez zbędnej intelektualnej głębi, czy rozbudowanego słowa pisanego w zakresie ideologii, tak charakterystycznego dla muzyki współczesnej, pianista proponuje nam podróż jedyną w swoim rodzaju. Długie dźwięki, miękki rezonans, cisza i ukojenie. Pokonywany dystans czasowy buduje jakość. Jedyne, co możemy stwierdzić na temat przebiegu narracji, to fakt, iż zdaje się, że w drugiej połowie nagrania przerwy pomiędzy dźwiękami są nieco dłuższe, jeszcze silniej akcentując minimalistyczny i relaksacyjny charakter całości. Piękna muzyka!