Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrew Cheetham. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrew Cheetham. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 lipca 2022

The Raw Tonk’s fresh fruits: Fringe & Carapace!


Raw Tonk Records, nasz ulubiony brytyjski label free jazzu i swobodnej improwizacji, punktuje z regularnością mistrza, który hucznie obchodzi w tym roku swoje dziesiąte urodziny! Dziś czas na kolejne dwie nowości!

Pierwsza z nich, wydana na kasecie, idealnie konsumuje główny nurt gatunkowy RT, czyli krwisty i emocjonalny free jazz. Zawiera nagranie kwartetu z najlepszym barytonistą tej części świata, czyli Alanem Wilkinsonem, którego wspiera brytyjska młodzież młodego, tudzież średniego pokolenia, czyli Dominic Lash, Andrew Cheetham i Matthew Grigg.

Druga, wydana na pożytecznym nośniku CD, to kolejna edycja duetu ognistej, post-rockowej gitary i barytonu podsycanego do działania zwinną elektroniką, czyli Anton Hunter i Cath Roberts, którzy – jak zapewne świetnie pamiętamy – są także rodowitymi członkami kwintetu Sloth Racket, regularnie goszczącego na tych łamach.

Innym słowy – kochamy Raw Tonk i brytyjską muzykę improwizowaną! Welcome!



 

Fringe

W bristolskim klubie The Fringe jesteśmy chyba po raz pierwszy. Na scenie dostrzegamy saksofon (altowy i barytonowy), kontrabas, gitarę z prądem i perkusję. Muzycy najpierw zagrają dla nas rozbudowane intro, które potrwa kilka minut, a potem, już po wymianie saksofonu na większy gabaryt, ruszą w bezmiar tak zwanego seta zasadniczego i grzmocić w nas będą dźwiękami przez kolejne dwadzieścia kilka minut.

Początek, to delikatne szarpnięcia za struny, proste podmuchy z tuby saksofonu, pick-upowy background gitary i dość już aktywny drumming po krawędziach werbla i tomów. Narracja w tej fazie koncertu przypomina zrównoważony open jazz z ponadgatunkowymi wtrętami gitary. Ta ostatnia szuka swojego języka, preparuje, z każdą sekundą wyraźnie się rozkręca, dosłownie, i w przenośni! Sama improwizacja nie traci przy tym na dynamice, wystarczy bowiem kilka głębszych oddechów i już całość strumienia dźwiękowego syci się free jazzową ekspresją.

Muzycy na moment tłumią jednak emocje, saksofonista zmienia instrument i wszyscy zaczynają budować nową opowieść, która przy okazji jest już drugim trakiem na magnetofonowej kasecie. Na przedzie powolnego, balladowego szyku staje baryton, który bez trudu opanowuje przestrzeń salki koncertowej. Przyszłość na razie zdaje się tu być dalece nieokreślona, a nastrój chwili podkreśla gitara wciąż pracująca w trybie off-road. Tym czasem sekcja rytmu robi swoje, a po niedługiej chwili intryga zawiązuje się na osi gitara-saksofon. Muzycy szukają brudu pomiędzy frazami i post-jazzowej ekspresji, zwłaszcza gitarzysta. Improwizacja robi się coraz gęstsza, bardziej soczysta i impulsywna. Nie jest tylko konsekwencją szybkości reakcji i dynamiki samego drummingu, wynika także ze stałego zwrotu intensywności frazowania każdego z aktorów spektaklu. Niektóre dźwięki wydają się już dość głośne, może za wyjątkiem kontrabasu, który nie jest zbyt dobrze słyszalny. W okolicach ósmej minuty saksofon na chwilę milknie. Ledwie łyk świeżej wody i flow kwartetu rusza w dalszą podróż. Świetne chwile znów odnotowuje gitarzysta, który szuka psychodelii i meta rockowych rozwiązań. Zamiast jednak spodziewanej eskalacji artyści postanawiają zdjąć nogę z gazu i na powrót szukać klimatu spokojnego otwarcia drugiej części koncertu. Na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek, a perkusyjne talerze zaczynają rezonować. Chamber sorrow buduje także oniryczna gitara, która skutecznie odnajduje mroczny zakątek sali. Tym razem kwartet kręci intrygę nieco innymi metodami. Drobne pół melodie, preparowane frazy i syczące echo gitarowego amplifikatora. Przez moment bystre mikro solo prezentuje perkusja. Powrót do formuły kwartetu, to dobry moment na stopniowe eskalowanie emocji. Saksofon wyje do księżyca, buduje drony, brnie pod górę z jazzowym posmakiem. Swoje dokłada także nieustannie fermentująca gitara, która potrafi nieźle pohałasować. I to właśnie w takich klimatach kwartet drąży skałę i szuka efektownego zakończenia. Wspólne okrzyki, nawet wprost z gardła saksofonisty, repetycje i wciąż stymulowane emocje. Good job, Guys!



 

Carapace

Anton i Cath, jako duet Ripsaw Catfish, budują swoje improwizacje z wielu elementów składowych. Pierwsze dźwięki gitary, to sfuzzowane riffy, godne niemal doomowej estetyki, ale doposażone w pogłos, który zdaje się temperować proste skojarzenia z metalami ciężkimi. Elektronika płynie szmerami i sprzężeniami, z kolei saksofon syczy pół melodyjnymi frazami. Narracja szyta jest tu coraz gęstszym ściegiem, dobrze konsumuje gitarową nieoczywistość gatunkową i post-jazzowy posmak saksofonu, by finalnie uroczo zatonąć w echu i post-psychodelicznym ambiencie. Druga improwizacja stawia sobie inne cele - początkowo to gitara szuka jazzowych konotacji, z kolei elektronika ma za zadanie siać ferment i szukać niespodziewanych rozwiązań. Brudny tembr saksofonu słyszymy dopiero po wielu pętlach narracyjnych, gdy elektronika zaczyna podsyłać garść rytmicznych rozwiązań. W drugiej części nagrania gitara wraca do post-rockowej poświaty, znanej z pierwszego utworu, z kolei baryton udanie eksploruje free-jazzowe pomysły. Gęsty background nie daje jednak za wygraną i samo zakończenie improwizacji znów tonie w wielokolorowym ambiencie.

Początek trzeciej opowieści spoczywa na barkach gitary, która frazuje filigranowo i szyje flow więcej niż jednym ściegiem. Ciekawy dysonans proponuje elektronika, która zdaje się być nastrojona plądrofonicznie. Gdy gitara ucieka w subtelną psychodelię, do gry wkracza baryton i pokrzykuje po aylerowsku. Tym razem finał jest gęsty, toksyczny, pełen rocka i ostrego jazzu. W kolejnej narracji pojawia się chmura gitarowych sprzężeń, pulsująca nieczystym rytmem elektronika i mocno wycofany saksofon, który kleci nutki na stronie. Te emocjonalne dysproporcje nie stanowią dla artystów przeszkody, by pójść w kompulsywne tango. Mając pod pachą tlący się ogień elektroniki, improwizacja zdaje się przypominać trzygłową hydrę intrygującego post-hałasu. Nim opowieść ostatecznie dobrnie do końca, czeka na nas jeszcze spora niespodzianka. Oto elektronika idzie w niebyt, a improwizacja zaczyna skrzyć się czystymi frazami gitary i saksofonu, niepozbawionymi nostalgicznych westchnień.

Przedostatnia improwizacja w fazie początkowej kontynuuje czyste frazowanie. Post-bluesowe chwasty i jazzowe naleciałości ze strony gitary, drony saksofonu i elektronika, która zdaje się szykować do kolejnego ataku plądrofonii. I tu znów zaskoczenie – zamiast eskalacji wszystkie źródła dźwięku rozlewają się w soczysty ambient. Finałowa narracja nie burzy już szczególnie nastroju zbudowanego pod koniec poprzedniej części. Dużo echa, dubowej wręcz poświaty, szeleszczące melodie saksofonu i zupełnie nieinwazyjna elektronika. Owa metaforyczna ballada narasta, zyskuje na tajemniczości, ale i pewnej śpiewności. Brzmi chropowato i pcha skojarzania w mrok godny kolejnego sezonu Twin Peaks!

 

Alan Wilkinson/ Andrew Cheetham/ Dominic Lash/ Matthew Grigg Fringe (Kaseta). Alan Wilkinson – saksofony, Matthew Grigg – gitara elektryczna, Dominic Lash – kontrabas oraz Andrew Cheetham – perkusja. Nagranie koncertowe - The Fringe, Bristol, 25 września 2017 roku. Dwie improwizacje, 29 minut z sekundami.

Ripsaw Catfish Carapace (CD). Anton Hunter – gitara elektryczna i efekty oraz Cath Roberts – elektronika i saksofon barytonowy. Nagranie studyjne - The Wood Rooms, Salford, 22 września 2021 roku. Sześć improwizacji, 42 i pół minuty.



wtorek, 2 czerwca 2020

Cheetham & Wilkinson! Dunning & Webster! Windisch! López & Bass! Orins! Dalibert! Frey! Jacob & Thorn! A Melting Pot Of A New Creation in Music!


Koniec pandemicznego maja i początek równie dotkliwego czerwca, to z pewnością dobry moment na zbiorówkę recenzji płyt, które w ostatnich tygodniach przeturlały się przez odtwarzacze redakcji.

Jaki dziś klucz wyboru? Absolutna różnorodność, niczym w dziecięcym kalejdoskopie! Zaczniemy w piekle free jazzu, przejdziemy przez czyściec eksperymentów, open jazzu, latynoskiego free improv, solowych ekspozycji pianistycznych, tudzież komponowane … instalacje dźwiękowe, by zakończyć naszą szaloną podróż w niebie post-kameralnego … avant popu!

Wystartujemy w Zjednoczonym Królestwie Najlepszej Muzyki, w gronie samych znajomych, potem czeka nas jednak garść nowych nazwisk - wątki niemieckie, argentyńskie, francuskie, szwajcarskie i kanadyjskie. Pod względem stylistycznym będziemy skakać z kwiatka na kwiatek, zgodnie z zamierzchłą maksymą – dla każdego coś miłego!




Andrew Cheetham & Alan Wilkinson  The Vortex Of Past Time (A New Wave Of Jazz, CD 2020)

Wbrew tytułowi płyty, naszej podróży nie zaczynamy w londyńskim Vortexie, ale w Manchesterze, w miejscu zwanym Queen's Ark Audio. Jest koniec kwietnia 2017 roku, są z nami: Andrew Cheetham – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Alan Wilkinson – saksofon barytonowy, altowy, klarnet basowy i … głos.  Cztery improwizacje, 54 minuty.

Wybuchowy, ognisty koncert paternalistycznego free jazzu składa się w dwóch zasadniczych części i tyluż znacznie krótszych dogrywek. Międzypokoleniowy duet brytyjski, z którym śmiało można konie kraść, jest tu w stanie zadowolić nas w każdym momencie. Pilny (świetnie słucha), dokładny (zawsze zna ilość krawędzi swojego zestawu), niezwykle dynamiczny i bardzo kreatywny dramaturgicznie drummer (doskonale odnajduje momenty, by przyspieszyć narrację) oraz wyśmienity saksofonista, być może najciekawszy barytonista sceny brytyjskiej, świetnie sprawdzający się zarówno w dynamicznych, jak i tych bardziej melodyjnych momentach (imponuje masywnością dźwięku, ale także pewną zwiewnością, lekkością narracji, także wtedy, gdy w dłoniach dzierży klarnet basowy). Innymi słowy – sam miód, nie tylko dla wielbicieli surowego mięsa!

Początek pierwszego seta, to otwarcie pełną gębą – od startu rosnące tempo zdrowego drummingu i zalotny, masywny, ale jakże śpiewny saksofon barytonowy, który rytmicznym parskaniem buduje melodykę free jazzu. Już po dwóch, trzech minutach muzycy idą w tango i nie biorą jeńców. Gdy po siedmiu minutach stopują, po wykreowaniu kilku dronów w rezonansie, bez zbędnej zwłoki budują nową opowieść, równie smakowitą. Obaj świetnie panują nad emocjami i tempem narracji, przez co improwizacji nie brakuje dramaturgicznych niuansów. Równie wyrazisty jest drugi set, w którym Wilkinson sięga po klarnet basowy. Znów wielki instrument w rękach tego muzyka potrafi skakać do samego nieba, śpiewać i miłośnie (tu, także semicko) zawodzić.  Czasami wpada w taniec prawdziwie nieujarzmionego zwierza, pomrukuje jak niedźwiedź, ale muzyk w każdej sekundzie kontroluje jego zachowania. Szczególnie ekspresyjna jest końcówka seta. Duet nabiera dynamiki niesiony niemal post-rockową repetycją. Ogień narracji bucha pełnym blaskiem, flow niczym dzikie kuropatwy w locie wznoszącym.

Tak zwane dogrywki pokazują nieco bardzo wytłumiony pokaz soczystego free jazzu. W trzeciej części Wilkinson stawia na saksofon altowy i ekspresyjne gardłotoki. Cheetham świetnie korzysta z talerzy, preparuje dźwięki, buduje perkusyjne drony. Równie stabilny emocjonalnie jest ostatni fragment koncertu. Powraca klarnet basowy, opowieść toczy się dostojnie, ale entuzjazm improwizatorów nie gaśnie nawet na moment. Na finał oba instrumenty pną się ku górze - mantra błyszczących talerzy i zdrowa histeria klarnetu. Piękny finisz!




Graham Dunning & Colin Webster  Terrain (Raw Tonk, LP 2020)

Chcieliśmy do Londynu? Here it is! Graham Dunning – perkusyjny werbel i obiekty oraz Colin Webster – saksofon altowy i barytonowy. Okoliczności studyjne Sound Savers, lipiec roku 2018, czas trwania – 38 minut bez piętnastu sekund.

Terrain, to dziewięć improwizowanych pomysłów na to, jak z pozornie akustycznych instrumentów wydobywać tajemnicze dźwięki, które w wielu momentach sprawiać będą wrażenie, jakby w drodze do naszych uszu przepuszczane były przez bliżej nieokreślone moce amplifikujące. Metodą wszakże podstawową działań muzyków będzie preparowanie (zniekształcanie) dźwięków za pomocą różnych technik i … przedmiotów. Ponieważ wykonawców mamy w tym wypadku znakomitych, efekt ich pracy nie może nas nie zadowolić, choć w wielu momentach, dla mniej obytych słuchaczy, muzyka zawarta na płycie może stanowić pewnego rodzaju challange.

Opowieść zaczyna rozkołysany werbel, który brzmi bardzo szorstko, mechanicznie, jakby z odrobiną prądu zaplątanego pomiędzy strunami naciągu. Obok saksofon barytonowy, który skwierczy i miarowo prycha. Narracja szyta jest gęstym ściegiem, chwilami dynamiczna, niepozbawiona agresywnych dźwięków. Działania obu artystów świetnie skomunikowane, nie unikające wzajemnych imitacji – tak tu, w pierwszej opowieści, tak i w kolejnych ośmiu. W drugiej odsłonie muzycy serwują nam drony wilgotnego powietrza, przesycone elektroakustyczną poświatą. Colin sięga po saksofon altowy, być może dmie w werbel, zaś Graham zdaje się mieć w zasięgu wzroku smyczek (ale to wiadomość niepotwierdzona). Produkcja dźwięków nadakustycznych trwa w najlepsze. Trzecia część stawia na kolektywny drumming, realizowany zarówno przy udziale werbla, jak i dysz saksofonu. W kolejnej odsłonie posmak post-industrialu - muzycy pracują jak dwie maszyny parowe (Colin dekonstruuje dźwięki, w sposób, jaki znamy z jego solowej płyty Hiss), a w jeszcze kolejnej – ugniatanie tajemniczych przedmiotów na powierzchniach płaskich i prychy, które po czasie osiągają stan masywnych dronów.

Szósta odsłona, i znów mechanika stosowana - wiertarki, świdry i młoty pneumatyczne. Przy okazji saksofon zdaje się po raz pierwszy zahaczać o drobiny dźwięków bardziej typowych dla instrumentu dętego drewnianego. W następnej części chwila odpoczynku – muzycy i ich przedmioty oddychają, szumią, a potem skwierczą i przypominają drummerskie szczoteczki. W ostatnich dwóch improwizacjach powracają akcenty perkusyjne, wspomagane saksofonowymi zaśpiewami. Colin cudownie charczy, Graham drży na granicy hałasu. Najpierw muzycy stawiają na intensywność przekazu, potem delikatnie zdejmują nogę z pedału gazu i popadają w finałową mantrę.




Julius Windisch Quartet  Chaos (Hout Records, CD 2020)

Kilka milowych kroków na wschód i jesteśmy w Berlinie, na studyjnym spotkaniu z kwiatem międzynarodowej, jazzowej młodzieży! Julius Windisch – fortepian, autor wszystkich dziewięciu kompozycji, Sölvi Kolbeinsson – saksofon altowy, Felix Henkelhausen – kontrabas oraz Max Santner - perkusja. Ponieważ ilość traków już znamy, dodajmy jedynie, iż całość trwa niepełne 42 minuty.

Chaos, to dobrze zaprogramowany, bardzo kolektywny, spójny open jazz, którego słucha się bardzo dobrze, który w kilku momentach potrafi naprawdę przykuć uwagę, dobrze przy tym korzystając z doświadczeń gatunkowych. Być może świetny tytuł płyty obiecuje trochę zbyt wiele, ale czas spędzony w Chaosie zdecydowanie należy zaliczyć do czasu nieutraconego. Po stronie ewidentnych atutów nagrania należy postawić, przewijające się niemal przez całą płytę, niezmiernie pokomplikowane, intrygujące metrum. Linia rytmu, kierunek narracji pełen jest niebanalnych zakamarków, dramaturgicznych kantów, czasami tańczy jak pijany we mgle i nie akceptuje jakichkolwiek dróg na skróty. Szczególnie dobrze Quartett realizuje się w bardziej dynamicznych nagraniach, gdy posmak całości, w tym zaśpiew saksofonu altowego, przynosi jakże miłe skojarzenia z estetyką na poły sterowanej improwizacji spod pióra Tima Berne’a.

Wszystkie atuty płyty zdają się konsumować przede wszystkim dwa utwory – pierwszy, tytułowy i ostatni, gdy muzycy tuż przed fajrantem, puszczają wodze fantazji i kreacji, prezentując przynajmniej dwie, trzy swobodne ekspozycje solowe (kontrabas i alt w pierwszym szeregu), wprowadzając wreszcie do kwartetowej opowieści odrobinę konstruktywnego Chaosu. Nawet w utworach bliższych jazzowej balladzie (choćby drugi i szósty), nie przestaje intrygować owe nieparzyste, powykręcane metrum. Ciekawie dzieje się w kompozycji czwartej (wstęp w estetyce tanecznej polirytmii), a także w kompozycji siódmej, gdy muzycy zaczynają nieśmiało preparować dźwięki swoich instrumentów, a perkusjonalia rozbłyskują lekkością i zmysłowością. Chaos zawiera wiele dobrych znaków na przyszłość dla tej grupy muzyków. Póki co, życzymy im więcej performatywnej swobody, mniej programowania własnych zachowań i spoglądania w kierunku zapisów na pięciolinii. Do dzieła!




Chanco a Rayas  Chanco a Rayas (TVL Records, DL 2019)

Porzucamy Europę i lądujemy w argentyńskim Rosario! Luty 2018 roku, miejsce zwane Centro Cultural Parque de España. Jedenaście odcinków swobodnej improwizacji proponują nam: Rocío Giménez López na fortepianie i Luciana Bass na gitarze elektrycznej. Muzyka pozostanie z nami przez niemal 43 minuty.

Już opis pierwszej improwizacji Chanco & Rayas powie nam niemal wszystko o niezwykle intrygującej zawartości całej płyty. Acid guitar z odpowiednią dawką prądu i przestrzennego pogłosu, zdolna do każdego szaleństwa, choć lekka i wyluzowana, obok czysto brzmiące piano sprawdzające glazurę czarnych i białych klawiszy, czasami wyrachowane, ale tylko pozornie uporządkowane. Gitara rozmarzona w post-rocku, piano zatopione w open jazzie, niepozbawione kameralistycznego posmaku. Muzycy świetnie się słyszą, dobrze na siebie reagują, choć stoją na wyimaginowanej scenie w dużym od siebie oddaleniu. Jest rytm, jest dynamika, są spowolnienia i chwile emocjonalnej zadumy. Dobra dramaturgia całości jest sprzymierzeńcem muzyków i dźwięków, jakie wydają. Osią opowieści wydaje się być swoisty dysonans w zakresie brzmienia obu instrumentów, które przybywając z separatywnych galaktyk, znajdują wspólny język w ułamku sekundy.

Szukając najlepszych momentów płyty, znajdujemy je równie szybko! W trzeciej części nieparzyste metrum piana sieje ferment, gitara dla niepoznaki skomle zaś małe nutki w błękitnym ambiencie. W czwartej natrafiamy na minimalizm i filigranowe fonie, które sączą się cienką strużką krwi, z odrobiną jazzu pomiędzy strunami. W piątej części muzycy nie kryją swej fascynacji dla konstruktywnego preparowania dźwięków. W tle sączy się mała elektronika, z cylindra czarnoksiężnika wyłaniają się tajemnicze sample, a gitara znów szuka dobrego kwasu. W siódmej części repetycja zdaje się być pretekstem do niemal tanecznej narracji. Dźwięki pętlą się i tarmoszą wzajemnie bystrym post-jazzem. W kolejnej - mała zabawa w call & responce! W dziewiątej części, najdłuższej – dużo wydarzeń! Deep minimal piano, plamy gitarowej amplifikacji, gołe struny i ćwierćtony, sample i cisza, która grzmi wokół. Gitara pnie się dronem ku górze, piano płodzi małe frazy, skąpane w zachodzącym słońcu. Jeszcze tylko parędziesiąt sekund tanecznego, solowego fortepianu i finałowa ballada, którą Argentynki żegnają się z nami, z mocnym postanowieniem szybkiego powrotu. Bo warto!




Stefan Orins  Summer’s Hope (Circum-Disk, CD 2020)

Czas pogłębić wątek pianistyczny w dzisiejszej zbiorówce i na dłuższą chwilę pozostać w towarzystwie fortepianu solo. Najpierw wątek pełen emocji, potem wątek pozornie z niej wyzuty, choć być może równie wartościowy. Zaczynamy od francuskiego pianisty Stefana Orinsa (świetnie na tych łamach znamy jego brata Petera, perkusistę!). Efekt trzech pracowitych, jeszcze przedpandemicznych dni Stefana Orinsa w domowym zaciszu (marzec roku ubiegłego), to dwanaście kompozycji (szkiców dla improwizacji?), których odsłuch zajmie nam mniej więcej godzinę zegarową, a których tytuł zdaje się być nade wszystko pobożnym życzeniem w czasach współczesnej nam zarazy.

Letnia Nadzieja, to pełna uroku, dramaturgicznego napięcia i chwilami sporego rozmachu, post-jazzowa, czasami post-kameralna, opowieść na jednoosobowy fortepian. Muzyk w jej trakcie definitywnie preferuje eksplorację klawiatury ponad próby preparowania dźwięków w głębinach pudła rezonansowego największego z akustycznym instrumentów. W trakcie godziny nagrania tak wiele czyni z mistrzowską klasą, dramaturgiczną precyzją, niebywale kreatywnie improwizuje, stawia celne pytania i znajduje prawidłowe odpowiedzi, iż bez problemu wybaczamy mu kilka neoklasycznych wycieczek do krainy nudy, które serwuje nam w niektórych momentach drugiej części płyty.

Zlustrujmy zatem niezbywalne atuty tego nagrania. Początek płyty stawia na jazz, dynamiczny, swobodny, z taylorowskim sznytem emocji, niepozbawiony wszakże kameralnej zadumy. Stefan korzysta z całej klawiatury, żadna kombinacja dźwięków nie stanowi dla niego niespodzianki. Sięga od czasu do czasu po preparacje, czyni to wszakże jedynie w momentach uzasadnionych dramaturgicznie (choćby w introdukcji drugiego utworu). Świetnie radzi sobie w dynamicznych momentach, równie skuteczny jest w subtelnych, filigranowych pasażach. W trzeciej części decyduje się na zabawę z ciszą, a dźwięki zaczynają przypominać źdźbła trawy unoszone szelestem porannego wiatru. W czwartej części – dla odmiany – zaprasza nas na post-barokowy taniec po klawiaturze ze stępionym ostrzem, gdy lewa ręka daje muzyce rytm, a prawa tonie w pełnych niepokoju wątpliwościach. W szóstej części deep piano po czarnych klawiszach pobudza do życia białych odpowiedników, zaś w dziewiątej, jakże filigranowej części, jakby na przekór tezie z poprzedniego akapitu, zaczyna się samo dobro – czarny klawisz wybrzmiewa, biały rwie frazy jak ceratę. W kolejnej części oba kolory klawiatury zdają się prowadzić ze sobą dialog godny Dawida i Goliata, a dramaturgia rośnie w ułamku sekundy. Na finał płyty najpierw wzrost emocji i dynamiki, kilka nerwowych, zmysłowych ruchów, a potem bardziej klasycyzujący, bezceremonialny przegląd czystości wszystkich elementów klawiatury.




Melaine Dalibert  Anastassis Philippakopoulos: piano works (Elsewhere, CD 2020)

Jesteśmy we Francji (Saint Maugan, Bretania, lipiec 2019), szeroko nadstawiamy uszu, przed nami bowiem spektakl skomponowanych, drastycznie minimalistycznych utworów fortepianowych. Wykonawcą jest pianista Melaine Dalibert (znamy się!), autorem zaś kompozycji Anastassis Philippakopoulos. Tych ostatnich na płycie jest dwanaście, a całość odsłuchu zajmie nam niespełna 35 minut.

Drobne dźwięki z pojedynczych klawiszy, które rezonują matowo brzmiącym echem. Czasami łączą się w smukłe konstelacje dwóch, trzech, maksymalnie czterech dźwięków. Gdy słuchasz ich uważnie, a nic nie rozprasza twojego pierwotnego postanowienia, zaczynasz oddychać inaczej - wolniej, głębiej, być może z perspektywy tafli morskiej, którą bez trudu odnajdujesz na okładce płyty. Równoprawnym uczestnikiem nagrania jest, co oczywiste, cisza, która wypełnia kilometry przestrzeni pomiędzy dźwiękami lub sekwencjami dźwięków. Ona brzmi, ona gra, ona oddycha, ale nastrój daleki jest od romantycznych schematów. To bezkres ciszy egzystencjalnej, istniejącej razem z dźwiękami, których tworzenie zdaje się być niezwykle kreatywnym mozołem. Repetycja formy, mantra nieskończonej/ niekończącej się opowieści.

Po siedmiu częściach opowieści Piano Piece, muzyk i kompozytor proponują nam pięcioczęściową historię Five Piano Pieces. Narracja zdaje się nabierać tu nieco życia – czarny klawisz konstruuje dialog z wysoko zawieszonym białym klawiszem, a urywany dźwięk wydaje się wyjątkowo hałaśliwy dla odbiorcy zatopionego w letargu pierwszych siedmiu części płyty. Kolejne odcinki proponują nam sekwencję nawet czterech dźwięków, a opowieść zaczyna przypominać subdynamiczny spacer gołymi stopami po porannej rosie, a zatem znamiona podjęcia czynności ruchu zostają tym samym wyczerpane. W utworze finałowym gęsta repetycja dwu-, a nawet trójdźwięków doprowadza nas na skraj finałowej ciszy. Bierzemy głęboki oddech i definitywnie zasypiamy.




Jürg Frey  Echo. Trio. Fragile. Eyot (A New Wave Of Jazz, CD 2020)

Jeśli stan letargu, pewnego rodzaju medytacji, jaki udało nam się osiągnąć podczas odsłuchu poprzedniej płyty, pragniemy utrwalić po wsze czasy, dobrym sposobem będzie blisko 75-minutowa podróż dźwiękowa, która metody twórcze Philippakopoulosa skutecznie udoskonala. Tu autorem zjawiska będzie szwajcarski kompozytor Jürg Frey. Cztery kompozycje/ nagrania/ dźwiękowe instalacje z lat 1997-2014, wykonane przez różnych muzyków w różnych momentach dziejów tego świata (2009-2019).

Dzieło otwarcia Paysage d’échos (2009) wykonuje sam kompozytor, generujący minimalistyczne fonie na trzech instrumentach, którymi są harmonika, melodica i fortepian. Choć dźwięków tu jak na lekarstwo - wszechobecna cisza rządzi i dzieli – to w wielu momentach docierają do nas jednocześnie dźwięki z trzech źródeł, stąd wniosek, iż muzyka nie jest wykonywana w pełni na żywo, a raczej ma formę dźwiękowych instalacji (co zresztą potwierdza opis płyty). Ów minimal & spiritual dead sounds trwa niemal pełne 20 minut, dobrze buduje nastrój, ale pozbawia nas dramaturgicznej puenty, czyniąc całe przedsięwzięcie pewnego rodzaju sztuką dla sztuki. Ta skromna uwaga dotyczy po prawdzie wszystkich kompozycji na omawianej płycie.

Druga kompozycja Streichtrio (1997) wykonywana jest przez trio smyczkowe: Angharad Davies - skrzypce, Johnny Chang – altówka oraz Stefan Thut – violoncelle. Znów koncepcja polega na wydawaniu krótkich dźwięków zatopionych w ocenie ciszy. Trzy strunowce, delikatnie preparowane, splecione w jednolity dron, brzmią doskonale, powodując, iż właśnie ten fragment płyty jest godzien naszej szczególnej uwagi, jednakże przy setnym powtórzeniu sekwencji dźwięków niekoniecznie łechta ono nasze endorfiny. W trzeciej części Equilibre fragile (2014) powraca Jürg Frey, który korzysta z bird pipes, których dźwięki znów docierają do nas przy zastosowaniu formuły instalacji. Efektem ponad 18-minutowa sekwencja ptasich nawoływań w obliczy cokolwiek martwej przyrody, tradycyjnie z ciszą w roli głównej. Na finał krążka Eyot (2004), a podmiotem wykonawczym Antonio Correa na fortepianie. Narrację buduje pojedynczy dźwięk czarnego klawisza, masywny i groźny, skonfrontowany z wysokim, delikatnym dźwiękiem klawisza białego. Mistrzem ceremonii pozostaje wszakże cisza.  




The Giving Shapes  Earth Leaps Up (Elsewhere, CD 2020)

Na finał dzisiejszych stylistycznych wolt, duet wokalno-instrumentalny, który moglibyśmy przewrotnie określić mianem post-chamber avant pop! Robyn Jacob śpiewa i gra na fortepianie, Elisa Thorn śpiewa i gra na harfie. Muzyka w formie piosenek z tekstem (do lektury na okładce płyty). Dziewięć kompozycji, 48 i pół minuty.

Niezaprzeczalnym i kardynalnym atutem albumu z piosenkami są oba wokale. Nie dość, że głosy są powabne, muzycy pięknie toczą najróżniejsze linie melodyczne, to jeszcze doskonale ze sobą współpracują w żmudnym procesie wokalnym. A już zdecydowanie najciekawiej jest wtedy, gdy miast śpiewać, zmysłowo wokalizują i fantastycznie nakładają na siebie warstwy fonii, które wzajemnie generują. Tak dzieje choćby w introdukcji utworu pierwszego, a także w ostatniej piosence na płycie.

Całość opowieści duetu pełna jest dramaturgicznej elegancji (z dala od schematu zwrotka i refren), szyku i pewnego scenariuszowego suspensu. W pewnych momentach recenzent czuł się, jakby słuchał ścieżki dźwiękowej do doskonałego filmu Petera Weira Piknik Pod Wiszącą Skalą!  Ów stylowy songwritting nie stroni od naleciałości etno, czasami sięga po bluesowe figury rytmiczne, a nade wszystko pozostaje błyskotliwie bezceremonialny i nie mający pretensji do reprezentowania jakichkolwiek ram stylistycznych. Z warstwy instrumentalnej bardzo podobać się może brzmienie harfy, która w kilku momentach sprawia wrażenie, jakby byłą akustyczną gitarą. Pełne ciepła, ale i zagadkowości jest piano. Niemal same atuty! Gdyby jeszcze pomiędzy struny i post-egzystencjalne tyrady werbalne wrzucić nieco więcej ognia i emocji, tudzież szczyptę improwizacji, byłby już prawdziwy majstersztyk. Zatem muzyka ku radości wszystkich, a skierowana szczególnie do tych, którzy w percepcji muzyki nazbyt silnie kierują się gatunkowymi uprzedzeniami.



wtorek, 19 czerwca 2018

Wilkinson! Birchall! Cheetham! Grew! Fairhall! Slot Racket! Tombed Visions’ Crusade Of Improve Continues!


Nowa brytyjska scena muzyki improwizowanej ma swój ważny ośrodek edytorski w Manchestrze. Wydawnictwo zwie się Tombed Visions, prowadzone jest przez saksofonistę Davida McLeana, wydaje kasety, cd-ry i od czasu do czasu pełnogatunkowe CD. Uważni Czytelnicy Trybuny wiedzą o tym doskonale, albowiem produkty tego labelu były niejednokrotnie przedmiotem zainteresowania Pana Redaktora.

Dziś znajdujemy odpowiedni moment, by pochylić się nad trzema parzystymi nowościami wydawnictwa. Piszę parzystymi, albowiem TV wydaje także muzykę spoza sfery wolnej improwizowanej, czy free jazzu i nimi na ogół nie zajmujemy się. A tak bowiem się składa, że te pozycje, które nas dziś szczególnie interesują, mają w katalogu numery 48, 50 i 52. Ta ostatnia, przy okazji, jest najnowszą z nich.

Przed nami dwie kasety i jeden CD, a na nich muzycy młodzi, groźni i nieopierzeni, ale także ci nieco starsi, którzy metrykalnie śmiało mogliby wziąć się siebie odium ojcostwa.





Alan Wilkinson/ David Birchall/ Andrew Cheetham  Live at Islington Mill (Kaseta, TV52)

Zaczynamy dynamicznie, z odpowiednią porcją hałasu, pełni jedynie dobrych emocji. Koncert tria miał miejsce w kwietniu ubiegłego roku, w miejscu, które precyzyjnie wskazuje tytuł płyty. Alan Wilkinson na saksofonie barytonowym, altowym i klarnecie basowym, David Birchall na gitarze elektrycznej oraz Andrew Cheetham na perkusji. Dwie strony kasety trwają łącznie 36 minut i 30 sekund.

Side A. Saksofon altowy wniesiony kantem ku niebu, punkowy brud na gryfie gitary, pełnej spiętrzonej elektryczności, progresywna, lekko synkopowana perkusja. Free jazz pełną gębą, od pierwszego westchnienia, ukradkowego spojrzenia, drżenia rąk i bicia serca. Tempo, emocje, iskry! Alt śpiewa, gitara rozrabia, od początku utaplana w pocie i znoju, drums z silnym rytmem za pazuchą, serce i krew tej improwizacji. Birchalla znamy co raz lepiej, wiemy, jak zwinnie potrafi kłębić dźwięki na gryfie, wtykać je wulgarnie pomiędzy struny. Od startu robi swoje i skupia uwagę publiczności. On nie potrafi inaczej! Eskalujący się, raz za razem, alcista ma z takim gitarzystą zdecydowanie po drodze. Weteran trzyma sztamę z młodziakami, aż mu się uszy trzęsą z emocji. I wcale bardziej się nie poci! Narracja płonie jak ogień, bez przystanków, znaków zapytania i myślników. Sperma na ścianach, radość w sercach słuchaczy! Fire music! Pierwszy delikatny stopping dopada nas po wielu minutach eskalacji. Zakotwiczony na sprzężeniach gitary, psychodelii jej ruchów. Saksofon brnie w imitację, to także dobry pomysł. Perkusja na straży precyzyjnego chaosu improwizacji, pilnuje, by soliści nie poszli w tango zbyt wcześnie. Im dalej muzycy zagłębiają w coraz swobodniejszej narracji, tym więcej kreacji daje z siebie Birchall, czasami pozostawiając starszego kolegę z saksofonem w sytuacji podbramkowej, gdy równie wartościowa ekspozycja nie może stać się już jego udziałem. Nie brakuje wszakże wyjątkowo trafionych decyzji – choćby piękny pasus gitarowy na skraju strun, melodyjnie i zwinnie komentowany przez alt. Puentą – solowa ekspozycja Cheethama. Wióry wszakże lecą. Dęciak grzmi, gitara idzie w psychodelię i tyle po perkusyjnej solówce. Efekt zadowala jednak nawet najwybredniejszych: free jazzowy galop (z kajetu recenzenta: jakość dźwięku nie jest szczególnie doskonała). Wilkinson atakuje na barytonie, dobra decyzja! Całkiem poważna batalia! Free punk jazz! Dużo anarchii, dobrych zwarć i pyskówek! Ogniste power trio!

Side B. Na starcie bardziej stojąca narracja. Saksofon wyzwolony, perkusja w ruchu, gitara zanurzona w psychodelii. Dobry zaczyn dla eksplozywnych iteracji. Znów gęsto, głośno, zamaszyście. Muzycy idą na całość, pytanie tylko, czy poziom komunikacji mógłby być nieco lepszy. To zdaje się być jednak pytanie retoryczne w ognistej sytuacji scenicznej. Być może bardziej perfekcyjna jakość dźwięku pozwoliłaby recenzentowi silniej wgryźć się w niuanse, w bogatą fakturę narracji Birchalla, zamiast tracić czas na zbędne ambiwalencje. Gitarzysta bezwzględnie dzierży już bowiem miano Króla Polowania! Jakby na zawołanie mamy dość brutalny stopping w połowie strony kasety. Kameralna atmosfera, zapach złej psychodelii w powietrzu. Skupienie, zaduma, procesy myślowe. Alan na klarnecie basowym, nie rwie jednak włosów z głowy recenzenta. Moment tłumienia emocji, moment reemisji spokoju. Zdaje się, iż jednak ta trójka lepiej czuje się w hałasie – sprzężenie pomiędzy strunami, niczym wezwanie do zmiany klimatu narracji. Muzycy nakręcają się wzajemnie, jak szybkie pozytywki. Kipią ekspresją, czynią swoje powinności, aż czuć finałem koncertu w powietrzu. Birchall brnie w gęsty, wręcz metalowy noise, pytanie, czy w tym akurat momencie w ogóle słucha swoich partnerów. Alt wisi na niebie i skowycze, drumming trwa. Umiarkowany poziom komunikacji pomiędzy muzykami implikuje konieczność finałowego wybrzmiewania. Słuszny wybór!




Stephen Grew & Adam Fairhall  Free Piano From The English North (CD, TV50)

Jeśli po sporej porcji jakże konkretnego free jazzu, zasłużyliśmy na odrobinę wytchnienia, to dostarczyć go może duet dwóch fortepianów. Ale uwaga, proszę do końca nie nastawiać się na foniczny chill out! A zatem, tym razem, okoliczność studyjna, ciepłe lato 2016 roku, Axis Music, MMU Cheshire (gdziekolwiek to jest w Zjednoczonym Królestwie). Adam Fairhall – kanał lewy, Stephen Grew – kanał prawy, obaj przy klawiaturach grand piano. Zagrają 11 improwizacji, łącznie 59 minut bez kilku sekund.

1. Piano z klawisza, dostojny, marszowy krok Adama. Delikatne pasaże z akcentami basowymi. Stephen włącza się po stu sekundach. Rozmowa pianistów ma charakter niezobowiązujący, prowadzona jest jednak zdecydowanie w tym samym języku. Odcień klasycyzmu, choć prawy instrument zdaje się deklarować więcej ochoty na drobne swawole. W 5 minucie temperatura podnosi się nieco, muzycy łapią zwinny flow, zapewne są już po bruderszafcie. 2. Odrobina inside piano na obu flankach, tak w pół drogi do preparacji. Ładne dla ucha, swobodne improwizacje, bez prężenia muskułów i przegrzewania zwojów mózgowych. Po pewnym czasie muzycy znów wybierają galop, jako artystyczny środek wyrazu. Why not! Na finał utworu błyskotliwe przekomarzania. 3. Znów startujemy wewnątrz instrumentów, pogłos grand piano dodaje swoje. Najpierw prawa strona, potem lewa. Dynamiczne interakcje, wspólny śpiew, separatywne akordy. No i galopada w ramach rozwinięcia. 4. Lewa strona pod klawiszami, prawa w sumie .. też. To jednak Grew jako pierwszy powraca na zewnętrzną stronę klawiatury. Fairhall nie jest aż tak wyrywny. Prawa strona stawia na melodię i zaprasza do tańca, lewa kryguje się jak panna na wydaniu. Efektem ciekawa wymiana dźwięków. Najdłuższa na płycie, jakże zmysłowa piosenka. 5. Od startu dwa rumaki w galopie. Siła wiatru, smak potu, grzmoty emocji. Adam jakby oparty o klawisze, Stephen jakby na nich tańczył. Dynamika rośnie, lewa strona aż rezonuje z wrażenia. Piękny moment na wybrzmieniu! 6. Status quo w zakresie dynamiki z klawisza. Rodzaj ciekawego call & response. Mały konkurs piękności. Adam biegnie wzgórzem, Stephen doliną. Udanie szukają kontrastu, by po chwili popaść w imitację. Na finał galopada, ramię w ramię, po czarnych klawiszach. 7. Spokój, dużo ciszy pomiędzy frazami, czasami pomiędzy pojedynczymi dźwiękami. Wymiana solowych mikroekspozycji. Subtelności, uprzejmości, całusy ledwie muskanych klawiszy. Trochę małych preparacji. Po stronie Adama delikatny smak klawesynu w brzmieniu. Narracja ma rytm w tle. 8. Na wstępie Adam bada gramaturę strun swojego instrumentu. Mutuje dźwięki, szuka wywrotowej akustyki. Jedna ręka inside, druga outside. Komentarz prawej strony jakże stylowy. Potem grają już z przytupem i nie stawiają znaków zapytania. Trochę rezonansu, trochę repetycji wieńczy najciekawszy sonorystycznie fragment płyty. 9. Cicha rozmowa pod kołdrą. Kochankowie w zalotach. Lewa flanka preparuje, prawa repetuje przy użyciu dwóch klawiszy, czyniąc skromny akompaniament. Kolejna perełka w zestawie. Grew niespodziewanie wzywa na parkiet. Jest pełen determinacji, a Fairhall wcale nie oponuje. 10. Klasycyzujące intro z lewej strony, gdy prawa imituje. Każda akcja może liczyć na reakcję. Wszystko wszakże dzieje się w ramach programowej jednomyślności. Adam na czarnym polu, Stephen mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Rytm, dynamika, emocje i ładne wygaszenie płomienia. 11. Finał płyty rodzi się z ciszy, preparacjami czynionymi samymi końcówkami palców. Small drumming na pudle rezonansowym na prawej. Niczym metronom, stawia zasieki. Adam jeszcze głębiej zanurza się w swoim instrumencie, także szuka powtarzalności. Od 3 minuty Stephen zdaje się czynić to samo. Ciekawy finał, urokliwy zachód słońca, ale taki, tuż po burzy z piorunami.   




Sloth Racket  See The Looks On The Faces (Kaseta, TV48)

Na finał manchesterskiej sagi nowości odrobina muzyki skomponowanej, rzuconej następnie w wir swobodnej, chwilami niezwykle jazzowej improwizacji. Przy odrobinie wysiłku możemy tu mówić także o tzw. improwizacji predefiniowanej. Zwał, jak zwał, przed nami po dwa fragmenty dwóch koncertów kwintetu o niebanalnej nazwie Slot Racket. Pod koniec czerwca roku ubiegłego, na scenach w Norwich i Cambridge, wystąpili następujący muzycy: Cath Roberts na saksofonie barytonowym (to ta właśnie dama odpowiada za warstwę kompozycyjną), Sam Andreae na saksofonie altowym, Anton Hunter na gitarze elektrycznej, Seth Bennett na basie (kontrabasie) oraz Johnny Hunter na perkusji. Słowo się rzekło, zatem 4 odcinki muzyczne, które trwają blisko 63 minuty.

Norwich 1. Molekularne, interaktywne zabawy w dźwięk. Twarzą w twarz, instrument naprzeciwko instrumentu. Moc skupienia, szczypta artystycznego cierpienia, tryskające onomatopeje. Dwa groźne dęciaki, rozbudowana o gitarę z prądem, mocna sekcja rytmiczna, która nie chce być nadmiernie posłuszna dyrektywom kompozytorskim. Gęsto od dźwięków, silna porcja inspiracji ze strony każdego z muzyków. 5 minuta i coś na kształt klasycyzującej kameralistyki, z pewnością efekt prac twórczych barytonistki. Przykład niebanalnej wolty stylistycznej na tle tego, co usłyszeliśmy na starcie. Narracja szybko jednak powraca na uprzednio opuszczony tor, pozostaje nieśpieszna, lekko hamowana instrukcyjnie, w stanie ciągłego poszukiwania ciekawszych rozwiązań dramaturgicznych. Incydentalnie potrafi być ona intensywna i pełna buzujących emocji. Tuż potem bywa wytrącana z rytmu i poddawana artystycznej sterylizacji, jakby sceniczna anarchia była tu dopuszczalna tylko w skończonej liczbie przypadków. Muzycy stawiają na wzajemne relacje i zdrowe reakcje. Zdecydowanie są razem ze sobą i dobrze im z tym faktem. 10 minuta, kolejny stempel kameralistyki, tym razem smykiem po gryfie kontrabasu. Kolektywizm budowany heroicznością zjawisk separatywnych – co stanowić może zarówno zaletę, jak i wadę w procesie improwizacji. 13-14 minuta, to znów przejaw predefinicji – pasus grany zgrzebnym unisono. Na finał odcinka, trochę free jazzowego galopu pod dyktando barytonu.

Norwich 2. Furia i emocje! A całość na obrzeżach zdaje się hard-bopowo swingować! Muzycy podają jazzowy temat z melodią i szykują się do skoku na głęboką wodę. Dobre solo kontrabasu na tle perkusji, to dobry trop w tej ekspozycji. Recenzent czeka aż gitara wejdzie komuś w drogę i zasieje ferment. Nastrój chwili, choć krnąbrny, robi się odrobinę barowy. Roberts daje zatem sygnał do bardziej dynamicznych zachowań na scenie. Rytm i melodia dane z góry, kreacja i temperament muzyków, jako efekt na wyjściu. Intensywny taniec free jazzu, pod silną batutą barytonu, a potem dobre hamowanie w oparach kameralistyki.

Cambridge 1. Zmiana lokalu i cyfry w dacie. Jest dzień później. Roberts znów rządzi, czyniąc niemal powinności frontmana. Recenzent u progu koncertu staje przed dylematem, czy woli anarchizujące, rozchełstane improve, czy raczej ład i porządek jazzu. Muzycy od progu drugiego koncertu stawiają na taki właśnie dysonans poznawczy. Jeśli Norwich ociekało krwią, to Cambridge pachnie perfumami roznegliżowanych kelnerek. 4 minuta, to zejście w ciszę i nutka kameralistyki. To zdaje się być stały punkt programu koncertowego Sloth Racket. Baryton znów przywraca prąd w sieci i buduje ekspozycję, która ma smak i dramaturgię, ale niekoniecznie rwie trzewia. Jazz, this is jazz! Po chwili alt prosi o głos, ale czyni to w pozycji na kolanach. Gitara snuje opowieści sąsiedzkie i nie jest w stanie porwać tłumów.

Cambridge 2. Im dalej w las, tym więcej drzew. Temperament muzyków nie eksploduje, narracja nie gęstnieje. Krok po kroku, szukamy szansy na odrobinę ekscytacji. Muzyczna anarchia z Norwich uleciała niczym zwinna gołębica. Kontrabas gra melodię smykiem, reszta mu akompaniuje. Barowy klimat ala nowojorski Lounge Lizards, tylko pozbawiony tamtego humoru. W 5 minucie, baryton i gitara sieją molekuły fermentu. Małe iskry, posmak akcji. Baryton czuje odpowiedzialność za działania całego kwartetu. Kontrabas powraca z melodyjnym zaśpiewem pomiędzy strunami. Szczęśliwie muzycy zdołali nieco wyrwać się z barowego letargu i dają radę unieść ciężar zadania w ujęciu dramaturgicznym. Nadzieja recenzenta nie trwa zbyt długo. Ktoś zarządza stopping i narracja ponownie powłóczy nogami, jak stara ladacznica na rogu ulicy. Być może po wczorajszym koncercie w Norwich, część nieartystyczna była zbyt długa i energetyczna. 15-16 minuta, zapewne ostatnie dziś ogrywanie tematu, z mikrodrobinkami bardziej ekspresyjnych zachowań. Czas do finałowego wybrzmiewania upływa bez zakłóceń.



czwartek, 1 marca 2018

Birchall! Cheetham! Webster! Willberg! Plastic Kneecap! Young Empire Strikes Again!


Jeśli czytaliście na Trybunie dość obszerną epistołę Raw Tonk! Mission Possible! ze zrozumieniem i w należytym skupieniu, jeśli saksofonista Colin Webster  jest już dla Was muzykiem wystarczająco rozpoznawalnym, to znak, że poniższa recenzja nie wymaga jakiegokolwiek wprowadzenia.

Jeśli w trakcie czytania tekstu przywołanego w pierwszym zdaniu, natrafiliście na krążek Plastic Knuckle, zrealizowany przez kwartet młodych wilków brytyjskiej improwizacji, to z pewnością jesteście już w domu.

Ta sama sesja - popełniona w dniu 13 grudnia 2015 roku, w miejscu zwanym The Room at 4A Studio, w Stockport - która dała trzy improwizacje zawarte na w/w dysku, dziś przynosi kolejne dwie, tym razem dostarczone przez Raw Tonk Records w formie czarnego winyla, pod bliźniaczym, ale nie tożsamym tytułem Plastic Kneecap.




Lista płac jest następująca: David Birchall – gitara, Andrew Cheetham – perkusja, Colin Webster – saksofon altowy i barytonowy oraz Otto Willberg – kontrabas. Dwie strony płyty przynoszą nam niespełna 36 minut muzyki. Zaglądamy do środka!

Side 1. Od pierwszej chwili narracja szyta jest gęstym ściegiem, z dynamicznym walkingiem kontrabasu, zwinną perkusją, gitarą i saksofonem płynącymi bardzo swobodnym, wartkim strumieniem. Birchall i jego podłączony do prądu strunowiec, który smakuje dobrym noise rockiem, zdaje się, że robią tu najwięcej wiatru. Zresztą cała opowieść nasączona jest starym, ukochanym przez wielu, soczystym post punkiem! W kwartecie odnotowujemy bardzo dobrą komunikację, muzycy bowiem doskonale znają się z wielu improwizacji i nic nie jest to dla nich zaskoczeniem w takich okolicznościach dramaturgicznych. 5 minuta przynosi bardzo jazzową ekspozycję Willberga, którą wspomaga kompetentny drumming Cheethama. Gitara w tym samym czasie rzeźbi swoje, zaś saksofon niebanalnie… milczy. Brzmienie kwartetu jest brudne, bez akustycznych fajerwerków (punk’s not dead!). Muzycy grają blisko siebie i ocierają się o siebie upoconymi łokciami. W 8 minucie fundują nam krwistą, kolektywną eskalację. Brawo! Tuż po niej, perfekcyjnie schodzą o tempo wolniej i snują autodygresyjne opowiastki. Odrobinę oniryczna gitara intonuje meta balladę dla złych dzieci. Mantryczna perkusja tyczy szlak narracji, a reszta instrumentów płynie, dokąd ich wyobraźnia poniesie. W 13 minucie muzycy postanawiają zejść do poziomu ciszy. Kings of slow sonore! Saksofon śle drony, gitara plecie głęboki ambient, niczym sfuzzowany instrument Dirka Serriesa, nie stroni także od flażoletów. Zwyczajnie urocza improwizacja z nutą niebanalnej psychodelii, prawdziwie wyswobodzony trans!

Side 2. Kontrabas ze smykiem, zakleszczonym pomiędzy strunami, ryje norę w ziemi. Saksofon prycha, gitara poleruje struny, talerze rezonują od ściany do ściany. Rozgrzewka na wysokim C! Zwinne interakcje - dziś pytanie, dziś odpowiedź! Muzycy bez zbędnej zwłoki łapią dynamiczny dryl. Może jedynie perkusista robi to z drobnym opóźnieniem. 5 minuta - ekspozycja Birchalla na rockową nutę, a alt Webstera zadziorny, z błyskotliwie brudnym soundem, w dosadnym komentarzu. Jakby punkowa narracja, z synkopą zaszytą w rdzeniu kręgowym! Intrygujące! Następująca tuż potem wyzwolona eskalacja ma już, pod względem gatunkowym, całkowicie wykorzenioną formułę. Jest dynamiczna, poszarpana i istotnie hałaśliwa. Brawo! Przystanek, po niedługiej chwili, zaczepiony jest na gitarowej pętli i kontrabasie w stadium rozedrganego walkingu. Saksofon wchodzi jako kontrapunkt! Musi być chleb z tej mąki! Jakby David i Colin mutowali brzmienie swoich instrumentów w tym samym momencie. Ta opowieść ma kilka wątków, instrumentalnie pachnie noise’owym sznytem. A sekcja gra delikatny acoustic. Cóż za wyśmienity dysonans! Pętla na saksofonie stawia stempel doskonałości na tym nagraniu! Błyskotliwość techniczna na ostatniej prostej jest także udziałem gitarzysty!

Jutro premiera tego krążka! We are on time!




poniedziałek, 9 października 2017

Colin Webster & Raw Tonk! Mission Possible!


Brytyjska muzyka improwizowana jest królową gatunku na Starym Kontynencie niemal od zawsze, a przynajmniej od pół wieku, jak to onegdaj ustalił w swych dociekliwych egzegezach Pan Redaktor.

Jak dowodzą najnowsze prace badawcze redakcji, taki stan rzeczy nie ulegnie zmianie zapewne przez kolejne pół wieku, albowiem pokolenia wartościowych sukcesorów muzycznych dokonań Johna Stevensa, Paula Rutherforda, czy Evana Parkera rosną w tempie geometrycznym. Świetnie ma się rynek wydawniczy w Zjednoczonym Królestwie, nie brakuje nowych inicjatyw, a punkowa zasada DIY (zrób to sam!) gdzieżby miała skuteczniej funkcjonować, niż w kolebce muzycznej anarchii, choćby tej spod znaku The Sex Pistols.

Dziś czas na kolejny dowód rzeczowy!!!! Label Raw Tonk obchodzi w tym roku 5 urodziny, wydał właśnie swoje trzydzieste wydawnictwo, a zatem wyjątkowy to moment, by przyjrzeć się muzyce coraz młodszych pokoleń brytyjskich muzyków improwizujących, mających w swych portfolio nagrania dla tej właśnie wytwórni.




Katalog RT poznamy w kilku odsłonach. Najpierw wnikliwie przyjrzymy się trójpakowi koncertowych nowości, który swą oficjalną premierę ma w najbliższy piątek. Potem omówimy zestaw tzw. płyt obowiązkowych w katalogu, tych, które już dziś – z perspektywy kilkunastu lub kilkudziesięciu miesięcy od ich wydania – uznać należy za wyjątkowo wartościowe osiągnięcia. Na moment zatrzymamy się przy wydawnictwach nietypowych dla katalogu, ale artystycznie bardzo cennych, a także nadstawimy ucho nad trzema płytami duetu, który potrafi pęcznieć aż do kwartetu. Na koniec zaś omówimy pozostałe płyty, które winny od czasu do czasu pozostawać w kręgu naszych zainteresowań.

Brytyjska młodzież atakuje! Niemal wszyscy muzycy, których personalia dziś padną, urodzili się w latach 80. wieku dwudziestego. Jednego z nich winniśmy przywołać już w samej preambule tekstu. To Colin Webster – rocznik 1983 - saksofonista, szef Raw Tonk i jego główny muzyk. Oś wszystkiego, co wartościowe w katalogu londyńskiej wytwórni. Dodajmy jeszcze, że z dużą częścią muzyków nagrywających dla Raw Tonk spotkaliśmy już w trakcie omawiania A New Wave Of Jazz Dirka Serriesa, a także dokonań wytwórni Tombed Visions z Manchesteru.


Koncertowy, jubileuszowy trójpak! (Live jubilee triptych!)

Pięć lat funkcjonowania Raw Tonk celebrowano wiosną tego roku. W takim przypadku … oczywistym zdaje się organizacja serii rocznicowych koncertów. Tak też się stało. Obecnie, a dokładnie w piątek trzynastego (!), oficjalną premierą będą miały trzy dokumentacje tychże wydarzeń artystycznych. Wszystkie wydane zostały w formie CD-r, w limitowanym nakładzie 100 sztuk. Na początek odpalmy dysk – nie może być inaczej – z Colinem Websterem w roli głównej!




Webster/ Lisle Live at De Singer (RT029, CD-r). Miejsce przywołane w tytule płyty, Belgia, 18 marca br. Saksofon altowy vs. perkusja! Dwa fragmenty w jednym traku, 33 minuty.

Alt w konwulsyjnym uścisku z pure aktywną perkusją! Start tego krążka musi rwać trzewia! Wyobraźnia Colina, jego brzmieniowy asortyment budzą respekt od pierwszej sekundy. Lisle trzyma krok i błyskotliwie kontrapunktuje. W 10 minucie zwalniają tempo o połowę, ale są równie przekonywujący w dziele niszczenia (… naszych wątpliwości). Dwuskładnikowe free, jakże soczysta edycja! Po chwili alt zostaje sam i snuje piękną, dygresyjną opowieść z licznymi przypisami. Webster udowadnia, że ma końskie zdrowie i niewyczerpalne zasoby energii, co daje mu pewien handicap w kreowaniu emocji na scenie. Przy okazji, jest kompetentny na każdym z saksofonów (patrz: dalsza część tego tekstu), ale zdaje się, że ten altowy, to jego ulubieniec. Rozbija bank! Lisle nie jest tu choćby o ułamek sekundy spóźniony. Łeb w łeb! Dźwięk za dźwięk! (Będziemy mieli okazję za kilka akapitów przekonać, że ich wyczyny nie mają charakteru jednorazowego). W formule duetowej ci dwaj muzycy po prostu eksplodują! Dużo przestrzeni między nimi, multi wyobraźnia w głowie każdego z nich! W drugim fragmencie tego krótkiego koncertu (rodzaj bisu, być może), muzycy płyną w nieco spokojniejszym metrum. Zwinni, jak koty w cieczce, generują po tysiąc dźwięków w jednostce czasu. Lisle jakby czytał Websterowi z ruchu warg. Gigantyczna synergia! Bo to w duecie najszybciej rodzi się jakość. (Za parę chwil wysłuchamy ich także w kwartecie i trio. Niesamowity poziom tamtych nagrań, to nie przypadek). Finałowe wybrzmienie też nie jest banalne. Pasaże altu z nutą free jazzowej melancholii, na tle nadaktywnego, ale subtelnego drummingu. What a game!




Ma/ti/om  Live in London (RT030, CD-r). Dwa koncerty tria z marca i czerwca br. W składzie: Matilda Rolfsson (bęben basowy i perkusjonalia),  Tim Fairhall (kontrabas) i  Tom Ward (klarnet basowy i flet). Łącznie niespełna 52 minuty, wprost z Londynu.

At Hundred Years Gallery. Na dobry początek dostajemy dość skromne pląsy kontrabasu ze smykiem, klarnetu basowego i perkusjonalii, prowadzone na modłę odrobinę kameralistyczną. Całość jest zwinnie improwizowana, ale daleka od jazzowych naleciałości, jakie mógłby sugerować skład instrumentalny tria. Narracja jest cząsteczkowa, molekularna, muzycy lubią dyskutować przy pomocy krótkich fraz lub wręcz pojedynczych dźwięków. Jakby na przekór tezom wstępnym recenzenta, już w 3 minucie Matilda swinguje za pomocą szczoteczek perkusyjnych. Natrafiamy też na intrygujące dialogi kontrabasu i klarnetu basowego, prowadzone, co oczywiste, w bardzo niskich rejestrach. W tak zwanym międzyczasie odnotowujemy wiele wyciszeń narracji i kameralistycznego tłumienia emocji, zwłaszcza, gdy do akcji wkracza flet. Co rusz trafia się ciekawa ekspozycja kontrabasu ze smykiem, także niebanalny i urozmaicony drumming. W ramach niepodzianki, w okolicach 12 min. jedyna kobieta w składzie (Norweżka zresztą) serwuje nam zmyślną i dynamiczną synkopę. Ona sama, kilka minut później zaskoczy nas także próbami gardłowej, pijackiej wokalizy. Narracja toczy się na tyle wolno, iż w 20 minucie doświadczamy nawet kompletnej ciszy na scenie. Szczęśliwe sam koniec pierwszego z koncertów upływa nam w towarzystwie prawdziwie free jazzowych zadziorów ze strony klarnetu basowego, któremu wtóruje walking kontrabasu i hałas na talerzach.

At IKLECTIK. Twardy smyczek i dudniący bass drum, to scena otwarcia drugiego koncertu. Ciekawa rytmicznie narracja, jako skutek tejże, z fletem, niczym wisienką na torcie. Gdyby jednak ktoś zapytał, który z instrumentów ma tu najwięcej do powodzenia, to odpowiedź może być tylko jedna – kontrabas, i to wyposażony w smyczek. W 13 min. czas na kolejną, molekularną wymianę poglądów, która łapie rytm i popada w spory galop, jak na standardy tego składu. Wyciszenie jest jednak szybkie i dość gwałtowne. Tu rolę główną gra akurat klarnet basowy, który płynie brudnym, szemrzącym strumieniem. Finałowe pasaże drugiego koncertu nie budzą jednak nadmiernej ekscytacji recenzenta. Zresztą, w ramach reasumpcji, nie sposób nie zauważyć, iż nie każdy fragment Live in London, obfitował w odpowiednią dawkę kreacji i artystycznego pomyślunku. Ostatnie 120 sekund podnosi minimalnie poziom adrenaliny po obu stronach sceny, ale wybrzmienie finalnego dźwięku nie kieruje wzroku recenzenta w stronę przycisku play again.




Dunning/ Serries  Live In The Lowlands (RT028, CD-r). Dwa kolejne dni marca, ponownie dwa koncerty na jednym dysku (jeden z Belgii, drugi z Holandii). Na blisko 50 minut oddajemy nasze uszy we władanie duetu: Graham Dunning (turntable, dubplates, spring reverbs, objects) & Dirk Serries (gitara).

Live at De Singer. Sample, szczypta field recordingu (?), trzaski na kablach i nieistniejących winylach, w konfrontacji z chilloutową gitarą elektryczną na dużym pogłosie. Narracja elektroniczna nieco rwana, chaotyczna, nielinearna, w opozycji do gitarowych, trwających pasaży. W 8 minucie Serries wycofuje się na jeszcze głębszy plan i generuje niepokojące flażolety, ledwie muska struny, trochę je pociera. Zwinnie eskaluje się w ciszy poprzez błyskotliwe, oniryczne drony. Elektronika aż milknie na moment z wrażenia. Choć już w 17 minucie zdaje się recenzentowi nazbyt inwazyjna, delikatnie kalecząc dotychczasowy nastrój koncertu. Reakcja gitarzysty jest natychmiastowa – intensyfikuje narrację, choć ciągle atakuje z dalekiego planu. Ponieważ na kablach skwierczy już naprawdę silnie, finał pierwszego spotkania upływa nam na czymś w rodzaju eskalacji, w tej dość wszak nietypowej aurze instrumentalnej.

Live at De Ruimte. Na początku drugiego epizodu – tym razem coś na kształt sonorystyki kabli i strun gitary - kluje się piękna historia. Dirk preparuje za progiem gryfu, a po stronie Grahama jakby więcej inwencji i kreacji. W 6 minucie witamy się z ciszą. Aż strach głośniej westchnąć na widowni. Bodaj najbardziej spokojny fragment w całym katalogu Raw Tonk. 12 minuta – rzadka na tym dysku próba wyraźnej interakcji pomiędzy gitarą, a komputerem. Skutkiem tego, odrobina dramaturgicznego zamętu. Gitara buduje nowy dron, który swą urodą tłamsi ambiwalencje recenzenta. W okolicy 20 minuty muzycy grają już głośniej. Podskórny nerw pcha tę narrację na szczebel wyższej oceny. Na finał rodzaj wybrzmienia, które bardzo służy temu scenicznego wydarzeniu: ciche medytacje, artystyczny sarkazm mikronarracji, która buduje entuzjazm recenzenta.


Perły w koronie! (Pearls in the crown!)

Bez zbędnej introdukcji, niezwłocznie przystępujemy do prześledzenia sześciu spektakli muzycznych, których dźwiękowe dokumentacje winny w ogóle nie opuszczać Waszych odtwarzaczy!




Dikeman/ Serries/ Lisle/ Webster ‎ Live At Cafe Oto (RT013, CD-r). Jesteśmy na koncercie kwartetu (kwiecień, 2015), który dobrze znamy z innych opowieści na tych łamach. Dwa saksofony (John Dikeman na tenorze i Colin Webster na barytonie) na przeciwległych flankach, gitara elektryczna (Dirk Serries) i perkusja (Andrew Lisle) atakujące centralnie. Jeden trak, sam konkret – 32 minuty.

Od pierwszej sekundy, dynamiczny free jazz, kreowany przez ostrokanciaste saksofony, rockową perkusję i tłustą gitarę, na gryfie której mają miejsce niezwykle energetyczne zjawiska. Już w 5 minucie dopada nas pierwsze studzenie emocji – drony dęciaków, metaliczny background gitary. Industrialny taniec onirycznych wielodźwięków, które prowokują się wzajemnie do eskalacji (doskonałe!). Dynamiczne wstanie z kolan ma miejsce już w 11 minucie. Kolejne kilka minut i ponowny przystanek, podczas którego hałaśliwa gitara krzyczy, zdziera gardło i rozrywa struny. Saksofon z prawej wyje w wysokim rejestrze, a my poddawani jesteśmy bez chwili wytchnienia emocjonalnemu down and up. Następny bieg pod górę odbywa się w estetyce brotzmannowskiej – konwulsyjne wrzaski z gorejących tub! Jedna z nich zwinnie zapętla się na dronie gitary. Ta ostatnia stoi jednym dźwiękiem, gdy wokół trwa galopada w najlepsze. Muzycy po stanie wrzenia lubią się szybko tłumić, nie pędzą na złamanie karku, ciągle szukają ciekawszych rozwiązań. Finalny orgazm odbywa się przy dźwiękach samotnego saksofonu! Perfekcyjne!




Kodian Trio  Live At Paradox (RT019, CD-r) & Volt / Pletterij  (RT025, kaseta). Trzy holenderskie koncerty tria, jakie miały miejsce między marcem, a majem ubiegłego roku. Akurat te, które ukazały się wcześniej, są tymi późniejszymi, ale to bez znaczenia. Colin Webster (tu, saksofon altowy), Dirk Serries (gitara elektryczna) i Andrew Lisle (perkusja) – konstatacja tych bystrzejszych: Kodian Trio, to kwartet z poprzedniego akapitu, uszczuplony o jedną rurę!

Paradox (37 min.): pretekstem do improwizacji jest tu jazzowe frazowanie gitary i dość wyważonego altu. Tonacja molowa, stukot drummera. Intryga narracyjna buduje się wokół fikuśnych, modulowanych pętli na gryfie gitary i rosnącego dramatyzmu sytuacyjnego perkusji. Alt przyczajony, czeka na żerowisku. Galop zaczynamy w 6 min., a zdobi go świetny dialog saksofonu i gitary! Pod koniec pierwszego kwadransa muzycy schodzą piętro niżej. Piękne pasaże smyka na gryfie, prawdziwe violoncello na kwasie! Alt, przy wtórze orkiestry talerzy, wchodzi na drugiego. Kluje się z tego incydentu prawdziwe ptaszysko o niepoliczalnych walorach estetycznych. Drży, grzmoci i wymiata! Czego, by muzycy nie wymyślili, efekt przerasta ich oczekiwania. Okolice 27 minuty – znów pląsy na gitarze i altowe intrygi na dyszach rozgrzewają długopis recenzenta. Brak zahamowań gatunkowych, jakże służy tej improwizacji. Finałową ścieżkę koncertu tyczy kolejny wartościowy dialog Colina i Dirka, budowany na zwinnej i cierpliwej ekspozycji Andrew.

Volt (36 min.): dynamiczny start szorstko brzmiących instrumentów, zwłaszcza altu. Wyostrzone krawędzie, jedynie słuszne decyzje dramaturgiczne. Drummer idealnie wkleja się w te improwizowane puzzle. W okolicach 13 minuty, Serries zaczyna rozrabiać – pętli się na strunach, moduluje dźwięk, ma tysiące pomysłów na sekundę, stawia też znaki zapytania. Webster jedzie na bezdechu już chyba drugą godzinę. Lisle słusznie zaś czyni, pozostawiając partnerom sporo miejsca. 18 minuta obwieszcza zejście do piwnicy. Narracja staje w miejscu, plamy dźwiękowe wiją się wokół siebie, tańczą złowieszczo (bajka!). Koncert talerzy, cuda na gryfie gitary (Serries każdego sprowadzi na manowce, tu jakże urocze!). Młodzi Anglicy niechybnie czekają na to, co zrobi sporo starszy Belg. Finalna erupcja! Trudno o lepszy, bardziej perfekcyjny komentarz.



Pletterij (29 min.): start bliźniaczy do wyżej omówionego koncertu, ale to nie dziwi, gdyż na osi czasu jesteśmy zaledwie 48 godzin… wcześniej! Może jedynie wejście dynamicznej perkusji następuje nieco wcześniej. W okolicach 4 minuty, intrygujące, wypasione solo gitarowe w oldschoolowych klimatach. Agresywnie, zawadiacko, z ostrogami! Alt także potrafi pohałasować! 10 minuta wyznacza radykalny stop narracyjny. Gitara kompletnie zmienia swój tryb pracy. Gra blue-ambient, cokolwiek to znaczy w ustach recenzenta. Systematycznie plami przestrzeń smugami dymu z papierosów. Alt, bez krzty wątpliwości, chce być partnerem w tej nieśpiesznej rozmowie. Jesteśmy u wezgłowia ciszy i jest nam niewymownie dobrze. Cóż ten Webster nie wyprawa na dyszach?! Cuda niebywałe! Narracja stoi, a Lisle śpi. Serries prostym środkami wzbudza eksplozję wyobraźni u saksofonisty. Ornamenty na talerzach wybudzonego drummera nie mogą tu być lepszym komentarzem. Niespodziewanie zostaje sam na scenie i bez trudu czyni wartość dodaną w tym niezwyczajnym spektaklu ciszy i niepokoju. Powrót gitary jest odrobinę wulgarny akustycznie, ale broni się porcją innowacyjności. Alt pętli się , czyli definitywnie wracamy do świata żywych (19 min.). Wysokogatunkowy galop nie jest zaskoczeniem. Noise where ever you want! 24 minuta i Serries znów bierze na siebie odpowiedzialność za punkt zwrotny. Webster wchodzi w tę pyskówkę i kreśli myśl przewodnią. Kolejny szczyt ze spermą na nieboskłonie! Opus magnum Kodiana, jak do tej pory.




Webster/ Lisle ‎Firehouse Tapes (RT014, kaseta). Proces dekonstrukcji kwartetu, który otworzył ten rozdział, trwa w najlepsze. Jesteśmy w The Old Fire Station w Londynie, a przed nami już tylko dwóch muzyków – Webster, tym razem na barytonie i tenorze, oraz Lisle, niezmiennie za zestawem perkusyjnym. Data dokładna nieznana (‘14 lub ’15 rok). Ważna uwaga edytorska – muzyka jest nagrywana wprost na kasetę magnetofonową! 6 utworów, 42 minuty.

Barytonowe intro, drobne incydenty na tomach i rezonujących talerzach. Majestatyczny dron z rury w opozycji do sonoryzującej perkusji. W drugim odcinku kolektywne, czupurne, dotykowe free improv. W trzecim, zdarzają się szczoteczkowe, swingujące pląsy, podczas gdy tenor rozszerza techniki artykulacyjne. Efektem, wysokogatunkowy free jazz w wersji modelowej. Świetny drummer, zdecydowanie najlepszy partner Webstera na tym instrumencie w katalogu RT (a dwóch jeszcze poznamy). W czwartym udowadnia tezę recenzenta perfekcyjną solówką. Piąty fragment tryska wytrawną sonorystyką na talerzach i gruboskórnym barytonie, którą wieńczy urocza dynamizacja. Finałowy odcinek, konwulsyjny, pełen zdrowych emocji – udana puenta świetnej płyty!




Colin Webster/ Andrew Lisle/ Alex Ward ‎ Red Kite (RT009, CD). Pozostajemy przy duecie Webster & Lisle. Cofamy się w czasie o kilkanaście miesięcy i lądujemy w The Cro's Nest (gdziekolwiek to jest; nagranie raczej bez publiczności). Na trzeciego, w tygiel improwizacji wchodzi Alex Ward na gitarze elektrycznej. Parametry liczbowe wydarzenia wyznacza ta sama cyfra – 4 utwory, 44 minuty.

Tę podróż zaczynamy przy wtórze błyszczącej sonorystyki barytonu, talerzy i gitary, która szuka odpowiedniego sprzężenia, a także właściwej interakcji ze światem akustycznych dźwięków. Gęsto, tłusto, bark w bark. Początkowe działania saksofonisty i perkusisty mają znamiona, być może, nadmiernego szacunku dla nieco starszego i odrobinę bardziej rozpoznawalnego medialnie gitarzysty. Nie brakuje surowego oniryzmu, adekwatnej psychodelii (tu szczególnie ze strony Warda, ale koledzy udanie konweniują). Bez dwóch zdań – pełnokrwiste free improv! 8 minutę zdobi niebanalny hałas, kolektywnie cumowany w zwinnej improwizacji, którą charakteryzują częste zmiany tempa i natężenia dźwięku. Pierwszy odcinek tego nagrania trwa blisko 20 minut, a recenzent rozpoznaje co najmniej 4-5 znaczących punktów przegięcia. W drugim odcinku muzycy perfekcyjnie wchodzą w molekularny dialog (trójlog?) na pograniczu ciszy. W trzecim zaś, zagłębiają się w nieco jazzowe frazowanie, zwłaszcza na linii saksofon – gitara. Wykluwa się z tego wysokogatunkowa free eskalacja. Fragment końcowy zdobią dynamiczne przepychanki, czynione w bogatym sonorystycznie środowisku akustycznym. Muzycy ponownie potrafią, bez szwanku dla swej ekspozycji, zejść na poziom metafizyki godnej AMM. Gęsty finał wyznacza bardzo wysoką cenzurkę dla tej płyty!

George Hadow/ Dirk Serries  Outermission (RT026, CD). W przypadku tej akurat płyty, recenzent pójdzie na skróty i podczepi link, albowiem to świetne - skąd inąd - nagranie było już recenzowane na Trybunie – tu szukaj


Efemerydy (Ephemeris)

Nagranie solowe, a także oktet saksofonów, to z całą pewnością zjawiska nieczęste w katalogu Raw Tonk. Przekonajmy się, czy ich muzyczna zawartość warta jest naszego bezcennego czasu.




Dirk Serries  Etched Above The Bow Grip (RT018, CD). Studyjna rejestracja Dirka (gitara, amplifikacje i efekty), z Anderlechtu, poczyniona w roku 2015 I dedykowana pamięci Dereka Baileya. 11 improwizacji z tytułami, 38 minut.

Dziewięć krótkich i dwie dłuższe opowieści. Każda inna, każda posadowiona w nieco odrębnej stylistyce. Być może drobny koncert życzeń stylistycznych. Pierwsza – szorstka, metaliczna, z odrobiną twardych przedmiotów na gryfie. Druga – pełna rockowych przesterów. Trzecia – eksperymentalna elektronika zakleszczona pomiędzy ołowianymi strunami. Czwarta – intelektualne Black Sabbath, jakby muzyk miał za moment zaintonować Iron Man. Piąta – punkowe zgrzyty, w tle noise’owe improwizacje. Szósta – boogie zatrzymane w kadrze, zręczny jak kot, blues na sterydach. Siódma – kosmiczny sustained fuzz! Ósma – noise and rock and roll! Hendrix na głodzie. Dziewiąta – próba zrównoważonej synkopy w stanie zaniechania. Dziesiąta – brudny dron, który przez ponad 5 minut wije się, jak martwy wąż. Jedenasta – cicha, stonowana opowieść, która ledwie dotyka strun. W tle tętni wzmacniacz, może to jednak cisza oddycha. Po strunach grasuje niesforny smyczek, który generuje nanodrony. Być może najspokojniejszy fragment muzycznego życia Dirka Serriesa.




Saxoctopus  Saxoctopus (RT012, CD-r). Osiem dęciaków drewnianych w stanie zbiorowego orgazmu! Alty - Dee Byrne, Julie Kjær i Oliver Dover, barytony - Cath Roberts i Colin Webster, wreszcie tenory - Rachel Musson, Sam Andreae i Tom Ward. Cztery kompozycje indywidualne (tu: scenariusze improwizacji) i jedna, najdłuższa, przeto zbiorowa. 44 minuty.

Jeden: dyskretny dyrygent czuwa (nazwisko nieznane), muzyka toczy się zwartym szykiem, ale jakby kierowała się własnym porządkiem. Piękne, dęte wielogłosy, piekielne chóry anielskie. Upiorna ballada. Gotycka symetria instrumentalna. Dwa: swingowa zajawka, potem free contemporary' jazz pyskówka. Wymiana jedynie słusznych poglądów. Diabelsko urocze! Trzy: 18 minut emocji. Mróweczki szemrają. Epickie, skupione, wielowątkowe opowieści z ośmiu rur. The most free composition! Ornitologiczny zakład dla pozytywnie obłąkanych. Cztery: energia, garść patosu podawanego unisono, ciało w ciało. Pięć: szczypta krnąbrnej polifonii (inspirowana Roscoe Mitchelem). Chocholi taniec nad przepaścią. Mantra? Yes, It is!


Duet, Trio i Kwartet

W tej właśnie chwili pochylimy się nad wspólnymi nagraniami Colina Webstera z perkusistą Andrew Cheethamem. Recenzent od frontu winien jednak odszczekać fakt, iż pierwsza z omawianych tu płyt, w duecie, nie posadowiona została w rozdziale Perły w koronie. Jest bowiem istotnie doskonała, a za moment przekonacie się dlaczego!




Colin Webster/ Andrew Cheetham  A River Carving Ever Through The Land (RT027, CD). Studyjna, tegoroczna rejestracja (najdłuższa w katalogu - 68 min.!). Siedem odcinków, siedem ton wysmakowanych i wyjątkowych, pod wieloma względami, dźwięków. Free jazzowy duet na saksofon (tu, naprzemiennie baryton, tenor i alt) i pełny zestaw perkusyjny, który swą klasą czyni wypieki na twarzy recenzenta, choć od 50 lat wydaje się, że w tej sytuacji scenicznej, wiemy dokładnie, czego się należy spodziewać.

1. Brudny tenor w stanie permanentnej eskalacji. Czujna i wysoce kompetentna perkusja. Wszelkie komplementy, jakie padły już w tym tekście na temat gry Webstera i jakie jeszcze padną na kolejnych stronach tej epistoły, tu odnajdują rację bytu! Drummer pnie się na jazzowo i jest z Colinem, w każdej chwili tej rejterady, absolutnie na bieżąco. Ma delikatny odczyn adhd, ale ten rodzaj ekspresji dobrze robi gotującemu się saksofoniście. 2. Andrew zwinny jak kot, lubi uderzać w stopę, niczym Tom Bruno. A saksofon płynie i skomle jak oszalały. Pomnikowe postaci saksofonowej historii free jazzu łypią na niego okiem zza światów i nie kryją uznania! Już w 3 minucie, zdecydowane zejście w dół. Talerze drżą, saksofon szuka sonorystycznej riposty. Prycha na dyszach i zasłuchuje się w rezonujące przedmioty partnera. Następujący tuż potem powrót do żywiołowego free – palce lizać! 3. Baryton w wolniejszym tempie, w tle skupiony, precyzyjny drumming. Wykwintne talerzykowanie, podczas gdy dęciak płynie po oceanie i unaocznia urodę swego naturalnego tembru. 4. Dynamiczny alt plecie błyskotliwe pasaże, tym razem bez znaczących zwrotów dramaturgicznych. Czysty popis umiejętności improwizacji na instrumencie dętym, drewnianym. Niczym nie ustępuje perkusista, choć na liście rankingowej drummerów Webstera klasyfikujemy go na drugiej pozycji (zaraz po Lisle!). 5. Petardy z tenoru ścielą się gęsto. W 4 minucie odrobina wyciszenia, jakże adekwatna. Dwa tempa wolniej na ułamek sekundy, ale energia kinetyczna Colina rozsadza ten numer! Udaje mu się wszakże zamilknąć i stworzyć przestrzeń na molekularne solo perkusisty. Separatywne epizody Cheethama powracają co kilka chwil. To zdecydowanie odcinek pod jego dyktando. 6. Altowe pasaże na 200% mocy. Z takim natężeniem emocji Webster nie może nie zostać za kilka lat prawdziwym tytanem free jazzu! 3 minuta – spowolnienie prawdziwie aylerowskie. Wzlot tuż po nim, podobny. 5 minuta – szczypta konstruktywnej ciszy na dyszach. A po chwili, bodaj trzeci sposób artykulacji Webstera, choć to dopiero 7 minuta partii. Tu zdaje się zadumany i chyba ma jednak w ustach saksofon tenorowy. 7. Spokojna, wyważona sonorystycznie rozbiegówka. Ale to tylko pozór – na finał znów tony potu i łez! Świetna galopada! Płyta ma prawie 70 minut, a nie uświadczyliśmy choćby sekundy nudy!




Andrew Cheetham/ Colin Webster/ Otto Willberg ‎ The Small Departs, The Great Approaches (RT020, CD). Fantastyczny duet, który rozpalił do czerwoności kajet recenzenta chwilę temu, zostaje na scenie (Websterowi ubywa jednak saksofonu altowego). Dołącza do nich kolejny brytyjski aspirant/ następca tronu – Otto Willberg na kontrabasie. Wir historii usadowia nas tym razem w Islington Mill/ Salford – jest środek lipca 2015 roku. Dwa odcinki, łącznie 42 minuty.

One. Groźne pomruki kontrabasu zwiastują burzę z piorunami. Póki co, przed nami soczysta narracja free improv. Ojcowie założyciele gatunku mogą być dumni! Smyk na kontrabasie rozrywa podłogę, a istotnie wartościowa eksplozja dęta dopada nas już w 4 minucie. Konwulsyjna, ponadgatunkowa ekspozycja. Na wytłumienie czekamy jakieś 7 minut. Znów błyszczy kontrabasista! Naprawdę intrygujące rzeczy dzieją się na scenie, czemu sprzyja niekonwencjonalny drumming. Two. Kontrabas na czele stawki (tak już chyba musi być w tej historii), dużo eksploruje na smyku. Wulkan energii od startu, muzyka krzyczy i dotkliwie kąsa! Przycisk stop zostaje wciśnięty po 10 minucie – urocze szurania, szepty i oddechy, jakby muzycy w ciszy szukali punktu odniesienia dla swych pomysłów dramaturgicznych. Talerze w kontrataku! Saksofon eskaluje się na kwasie, w czym pomaga mu zwinny walking kontrabasu. Tuż po upływie kwadransa, jakość narracji sięga szczytu i konstytuuje wysoką cenzurkę dla całej płyty. Potem już tylko solowy incydent na kontrabasie i finałowa galopada, bazująca na trzech składowych – progresywnej perkusji, wijącym się wokół siebie kontrabasie i luxtorpedzie na tenorze!




David Birchall/ Andrew Cheetham/ Colin Webster/ Otto Willberg ‎ Plastic Knuckle (RT022, CD). Był duet, było trio, czas zatem na kwartet. Do trójki muzyków sprzed chwili dołącza gitarzysta David Birchall. W grudniu 2015 roku Panowie improwizowali przez niespełna 37 minut. Swoją dźwiękową ekspozycję podzielili na trzy części, dwie dłuższe i jedną nieco krótszą.

Pierwszy. Jazzowe frazowanie na starcie nie powinno zmylić naszej czujności. Swoboda improwizacji szybko odrywa muzyków od schematów narracyjnych. Pierwsza eskalacja wszakże odbywa się wedle starej zasady Kupą Mości Panowie! Gitara czyni hałas w ekspresji godnej mocarzy noise’ rocka, sekcja brnie pełna energii, a saksofon wchodzi w otwarte pyskówki z instrumentem strunowym, wymienionym na początku tej charakterystyki. Starcie wygrywa dęciak i płynie dalej agresywnym, kanciastym tembrem. Refleksja recenzenta: subtelności nagrania w trio, a wcześniej w duecie, nie są, póki co, naszym udziałem. Hałas wygasza się na strunach kontrabasu i gitary, przy chórze talerzy. Saksofon wraca na ubity grunt i ciągnie narrację kwartetu w zdecydowanie ciekawsze zakamarki improwizacji (jakież pocałunki na dyszach!). Wejście do gry smyka jeszcze wzmaga uśmiech na twarzach słuchaczy i strukturyzuje wstępną fazę ponownej eskalacji. A ona sama, po chwili, zdecydowanie bardziej wyrazista niż na wstępie. Drugi. Sprzężenia gitarowe tworzą nowy punkt odniesienia dla improwizacji. Zaczynamy oniryczny, plamisty i wyuzdany Ghost Dance (tytuł utworu). Solowa introdukcja gitarzysty trwa niemal cztery minuty. Saksofon buduje dron, a perkusja ma zaszyty nerw, który możemy interpretować bardzo rytmicznie. Struny metalizują się i wpadają w niebanalny rezonans. Eskalacja w takiej aurze jest błyskotliwa i jedyna w swoim rodzaju. Istotnie taneczna, pod dyktando gitary i niezwykle energetycznej perkusji (głównie talerzy). Saksofon pozostaje w roli komentatora. Każdy z muzyków czyni tu prawdziwie wartościowe rzeczy. Ostatni. Zdecydowany powrót do klimatu pierwszego odcinka. Pięciominutowe resume. Dynamiczny free jazz, czyli konwulsyjnie zawody na linii gitara-saksofon. Ta pierwsza w drobnej przewadze. Power & noise not for everyone!


W kręgu naszych zainteresowań (In our interest)

Przed nami ostatnia odsłona rozbudowanego fjuczersa o Raw Tonk. Płyty, które bez cienia wątpliwości warte są naszej uwagi, jakkolwiek w konfrontacji z wyżej omówionymi, trzymają delikatnie niższy poziom, zatem dopuszczamy możliwość obcowania z nimi nieco rzadziej. Zaczniemy wszakże od kolejnego duetu Webstera z perkusistą.




Colin Webster/ Mark Holub ‎The Claw (RT001, CD). Rury Colina tym razem są następujące: alt, tenor i baryton. Mark zagra na pełnym zestawie perkusyjnym. Nagranie pochodzi z roku 2012, ale więcej szczegółów nie znamy.

Dziesięć zwinnych, nieprzegadanych historii o silnym, jazzowym idiomie. Przebogata paleta artystycznych środków wyrazu, głównie jednak ze strony saksofonisty i jego trzech instrumentów dętych, drewnianych. Agresywny baryton, dynamiczna, rockowa perkusja – to słyszymy od pierwszej sekundy tego nagrania bez oklasków. Zróżnicowane tempa, nastroje, smutki i radości. Dobra kooperacja, choć bez fajerwerków po stronie drummera (jego gra, odrobinę jednowymiarowa). Choć idzie za Websterem step by step, nie gubi śladów i trzyma poziom. W drugiej części płyty natrafiamy na dłuższe opowieści, ze szczyptą nostalgii i brakiem pośpiechu. Saksofon snuje rozbudowane pasaże, w tej roli jest nie mniej smakowity. Drums na wybrzmieniu bez ekscytacji, choć trudno odmówić muzykowi kompetencji.    




Dead Neanderthals ‎ ...And It Ended Badly (Gaffer Records/ Raw Tonk ‎– RT002, CD). Taka nazwa zobowiązuje! Odpowiedzialni: Rene Aquarius na perkusji oraz Colin Webster i Otto Kokke na saksofonach. 31 minut konkretnych emocji, podzielonych na sześć odcinków specjalnych, nagranych na żywo w grudniu 2012 roku.

Od startu, dynamiczny punk & noise, wersja improwizowana! Eskalacja w stanie orgazmu permanentnego (cytując krajowych poetów)! Trochę zawodów, kto głośniej, ale na wysokim, ze sportowego punktu widzenia, poziomie. Brzmienie surowe (raw), jak na Raw Tonk przystało! Ale i brutalnie urokliwe. W wolniejszych tempach (choćby trzeci odcinek), muzycy pięknie łapią dryl i od banalnej z pozoru melodyki, zwinnie biegną w kierunku eskalacji. Dyskusji dwóch rur przy mocnym drummingu nie ma końca. W czwartym fragmencie, ten proceder idzie im jeszcze lepiej. Muzyka bez udziwnień, komunikatywna i pełna pozytywnych emocji. Ayler wstaje z grobu i jest zachwycony!




KTHXBYE ‎ Details (RT016, CD-r). Kolejne trio z Colinem Websterem (tu, saksofon tenorowy), tym razem z przyjaciółmi z Norwegii – na perkusji Brage Tørmænen, na gitarze elektrycznej Stian Larsen. Nagranie studyjne z Londynu, rok 2015 (?), trzy kwadranse z minutami.

Noise attack over Europe! Z gitarą o bardzo rockowej proweniencji w ważnej roli! Siedem konkretnie mocnych opowieści o braku artystycznych zahamowań. Gęstych, kipiących emocjami, iskrzących, ociekających jeszcze ciepłą spermą. W trzecim, najdłuższym fragmencie gitara mantrycznie repetuje, kreując przy tym impulsywny rytm. Saksofon i perkusja budują na nim intrygującą eskalację. Webster przejmuje ster i uroczo wiedzie trio na zatracenie, ale jakże wyśmienite! Galopada z rozkwitającą gitarą, godna wszelkich laurów. Czwarty odcinek jest równie wartościowy i choć tym razem spokojny, to jednak narracyjnie gęsty, ze świetnym, suchym frazowaniem gitary. Jeśli słuchacz przebije się przez ścianę hałasu dwóch pierwszych fragmentów, czeka go prawdziwa uczta w dwóch kolejnych. Piąty i szósty odcinek znów ociekają krwią, są jakże dynamicznym przykładem free jazz-rocka na 120%!  W ostatnim muzycy udowadniają jednak, że również w rejonach bliższych ciszy radzą sobie bardzo dobrze.                                                                                                                                                                                                                                                          


Tejero/ Webster/ Serrato/ Díaz ‎ Spain Is The Place (RT015, CD-r). Kwartet z Colinem Websterem! I zgodnie z tytułem płyty, z silnym akcentem hiszpańskim! A personalnie, bohaterowi dzisiejszej opowieści (saksofon barytonowy i tenorowy) towarzyszą: Ricardo Tejero – saksofon altowy, Marco Serrato – gitara basowa i Borja Díaz – perkusja. Studio w Londynie, wrzesień 2015 roku, ponad 50 minut.

Bas, bas, bas!!!! Chciałoby się zawyć! Baa, gitara basowa, mocno sfuzzowana, cielista i rwąca tynk ze ścian. Heavy metal death! Pierwszy numer, to melodyjne próby przebicia się saksofonów przez mur. Nieskuteczne – dodajmy. W drugim koniec subtelności. Dynamiczna wymiana ciosów.11 minut eskalacji i noise’owej szamotaniny. Zgadnijcie kto wygrał? W trzecim odrobina sonore, które brzmi, jak rżenie konia, który za chwilę i tak pójdzie w galop. W czwartym prawdziwa ulga… całe trzy minuty bez gitary basowej. Popis szorstkich saksofonów (mają dla siebie miejsce!) nie trwa jednak w nieskończoność, bo łobuz z czterema strunami powraca. Złowieszczo burczy, zatem tę akurat opowieść da się nawet polubić. W szóstym ciekawa narracja, jakby jeden duet na drugi duet. Basówka ma nanosekundę innego frazowania i nosi ono znamiona improwizacji! W ósmym, na finał, dwa pokancerowane i okrwawione saksofony, a także jurny bas w stanie akustycznego letargu. Perkusja na tym korzysta.

Na definitywny już finał prezentacji katalogu Raw Tonk pochylimy się nad dwoma duetami. Tym razem już bez udziału muzycznego Colina Webstera (tu, poza faktem bycia wydawcą, jego rola sprowadza się do projektu graficznego okładki). Przy okazji obie płyty, to tegoroczne nowości.




Ripsaw Catfish ‎ Namazu (RT023, CD). Saksofon barytonowy w ustach Cath Roberts, w parze z gitarą elektryczną w dłoniach Antona Huntera. Dwa ubiegłoroczne epizody klubowe, jakkolwiek ten drugi chyba bez udziału publiczności – pierwszy z września, z Cafe Oto, drugi z listopada, z IKLECTIC (oba przybytki kultury, to oczywiście Londyn). Całość zamyka się w 48 minutach.

Oba nagrania są do siebie bardzo zbliżone. Narracja jest umiarkowanie stabilna, a jeśli muzycy popadają w eskalacje, to czynią to na ogół jednocześnie. Jednakże sam poziom kooperacji i wzajemnych interakcji nie jest szczególnie wysoki. Wiele opowieści jest separatywnych i niezazębiających się. Baryton pozostaje w szeroko rozumianej estetyce jazzowej, a wycieczki bardziej kameralistyczne należą raczej do rzadkości. Gitarzysta zdaje się być pozornie bardziej otwarty gatunkowo, sypie pomysłami jak z rękawa obfitości, ale nie wszystkie finalizuje z dobrym skutkiem dla duetowej improwizacji. Ta płyta ma wiele doskonałych momentów, ale jako całość może budzić zastrzeżenia, głównie spowodowane owym nieoptymalnym poziomem współpracy. Między muzykami, choć każdemu nie można nic personalnie zarzucić, moim zdaniem nie ma specjalnej chemii.




Well Hung Game ‎ Traditional Values (RT024, CD-r). Ponownie saksofon barytonowy, używany zamiennie z klarnetem basowym – wszystko za sprawą Jamesa Allsoppa. Duet uzupełnia Ed Dudley, obsługujący elektronikę. Pięć odcinków z tytułami, nagranych prawdopodobnie w studio, nie wiadomo dokładnie, gdzie i kiedy (ot, uroki edycji cd-rowej). Czas trwania da się na szczęście ustalić, niezależnie od poziomu skąpości opisu płyty – niespełna 35 minut.

Z tym nagraniem mam podobny problem, jak z wydawnictwem omówionym akapit wyżej. Każdy fragment z osobna łechta ucho recenzenta w sposób wystarczający, by uznać go za udany eksperyment improwizowany. Idea tego muzykowania polega na elektronicznej dekonstrukcji, a może bardziej – elektronicznej amplifikacji pasaży (niemal dronów w niektórych momentach) granych naprzemiennie przez dwa dęciaki niskich częstotliwości. Momentami efekt jest wręcz ekscytujący. Muzyka jest agresywna, głośna, niemal psychodeliczna (dużo pogłosu definitywnie wzmaga to wrażenie). Nagranie w całości, mimo, iż nie nazbyt rozbudowane czasowo, nie broni się jednak perfekcyjnie. Utwory są do siebie podobne i brakuje choćby drobnej korekty, co do przebiegu konkretnej narracji. Wszelkie ambiwalencje nie zmieniają faktu, iż personalia muzyków (zwłaszcza tego, odpowiedzialnego za żywe dźwięki), zapisane zostaną w kajecie recenzenta tłustym drukiem.


Nagrania Raw Tonk dostępne są do odsłuchu i zakupów w tym właśnie miejsce/ here it is. Tam też możecie zapoznać się ze starszymi płytami z katalogu, które dziś nie zostały umówione.
  
Big Thanks for Colin Webster for sharing this music for me!

Podziękowania także dla Krzysztofa za sukcesywne uzupełnianie mojej kolekcji nagrań!