Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jordina Milla. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jordina Milla. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 sierpnia 2025

Screaming Echoes 9. Spontaneous Music Festival 2025


(informacja prasowa)

 

Wielkie święto muzyki improwizowanej w Poznaniu jak zwykle w pierwszy weekend października! Dziewiąta edycja Spontaneous Music Festival zwie się „Screaming Echoes” i odbędzie się w Dragon Social Club od 2 do 4 października 2025 roku.

 

Historia muzyki kreatywnej dowodzi, że nade wszystko wielbimy saksofonistów, gitarzystów, pianistów czy perkusistów. Ale czy równie uważnie przyglądamy się dokonaniom artystek i artystów eksperymentujących z własnym głosem? Tych, którzy potrafią wydobywać dźwięki nie tylko ustami, lecz dosłownie każdą częścią ciała? Ich sztuka bywa wymagająca – nierzadko wiąże się z ogromnym wysiłkiem fizycznym, nie wspominając już o konieczności uruchomienia potężnych zasobów muzycznej wyobraźni. A jednak efekt tych działań potrafi przenieść słuchacza wprost do nieba freely improvised music!

Dlatego na tegorocznym Spontaneous główną rolę zagra głos! Przyjrzymy się jego znaczeniu w żywiole improwizacji oraz temu, jaką energię wnosi w różnorodne konfiguracje instrumentalne.

Dziewiąta edycja najwspanialszego impro-festu w tej części świata będzie równie krzykliwa, jak zanurzona w tajemniczym echu!

  


Do świata improwizowanej wokalistyki zaproszą nas cztery wyjątkowe postacie: Isabelle Duthoit z Francji, Almut Kühne z Niemiec, Jaap Blonk z Holandii i the one and only Phil Minton z Anglii. Ich „dragonowe” aktywności będą miały różny wymiar – wystąpią solo, zagrają w swoich regularnych formacjach, czy też – jak to zwykle w Poznaniu – zostaną wtłoczeni w wir tajemniczych składów kleconych „ad hoc”.

Oczywiście nie tylko głos będzie pobrzmiewał z sali koncertowej Małego Domu Kultury. Do udziału w Festiwalu zaprosiliśmy szerokie grono wybitnych instrumentalistów, improwizatorów i nadzwyczaj kreatywnych muzyków z całej Europy. Ze Zjednoczonego Królestwa przyjadą gitarzysta Daniel Thompson i altowiolinista Benedict Taylor, z Irlandii pianista Paul G. Smyth, z naszego ukochanego Półwyspu Iberyjskiego organista David Maranha, kontrabasista Gonçalo Almeida (obecnie mocniej związany z Rotterdamem) i pianistka Jordina Millà (dziś bardziej wiedeńska), a z Niemiec perkusista Wieland Möller.

Jak zwykle dragonowe deski uginać się będą pod ciężarem improwizacji muzyków polskich, w tym tych jak najbardziej poznańskich – zagrają pianistka Aleksandra Chciuk, saksofonista Paweł Sokołowski, skrzypek Michał Rupniewski (filary łódzkiego festiwalu Musica Privata), gitarzysta Łukasz Marciniak z Katowic oraz nasi lokalsi – gitarzysta Paweł Doskocz, Patryk Daszkiewicz na instrumentach elektrycznych oraz Piotr Tkacz na gramofonie i przedmiotach.

Występy solowe, duety, tria, może nawet kwartety „ad hoc” i aż pięć formacji, którym można przykleić etykietę working bandów – Lava Quartet (Almeida, Kühne, Millà, Möller), Węże Kobro (Chciuk, Sokołowski, Rupniewski), Sumpf (Doskocz, Tkacz, Daszkiewicz) i dwa tria bez nazwy własnej Minton/ Maranha/ Lebik oraz Thompson/ Smyth/ Taylor.


DOKŁADNY PROGRAM JUŻ NIEBAWEM!


Poznań, Dragon Social Club, Zamkowa 3, 02-04.10.2025

Bilety:

Karnet na 3 dni: 240 zł normalny / 220 zł ulgowy*

Bilet na pierwszy dzień: 80 zł normalny / 70 zł ulgowy*

Bilet na drugi dzień: 100 zł normalny / 90 zł ulgowy*

Bilet na trzeci dzień: 100 zł normalny / 90 zł ulgowy*

* po okazaniu ważnej legitymacji studenckiej, legitymacji uczniowskiej lub dowodu osobistego w przypadku 60+.

Bilety do kupienia online >>> JUŻ WKRÓTCE!


Organizatorami Festiwalu są Fundacja Mały Dom Kultury, Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club.

Patronat medialny: Radio Afera, ImproSpot, Radio Jazzkultura.

Partner Festiwalu: Moon Hostels & Apartments

Dofinansowano ze środków budżetowych Miasta Poznania. #poznanwspiera



 

wtorek, 15 lipca 2025

Lava Quartet in Ethereal Chant!


Spośród ponad siedemdziesięciu koncertów cyklu Spontaneous Live Series, organizowanego w Poznaniu od ponad sześciu lat, wiele na trwałe zapadło w pamięci słuchaczy i organizatorów. Jeśli mielibyśmy na placach jednej ręki wymienić te najwybitniejsze, z pewnością w tym gronie znalazłby się performance pewnego kwartetu, który gościł na deskach Dragon Social Club dokładnie w połowie czerwca 2023 roku.

Kontrabas, fortepian, perkusja i jedyny w swoim rodzaju głos. Koncert z jednej strony bardzo kameralny, z drugiej niebywale ekspresyjny. Akustyka z odgłosem wielkiej tajemnicy, narracyjne misterium i mnóstwo drobnych, niebywałych zdarzeń fonicznych.

Wtedy ten kwartet nie miał jeszcze nazwy własnej. Dziś już ma - wiemy, że nazywa się Lava Quartet, a jego debiutancką płytę dostarcza krajowa Fundacja Słuchaj! Co więcej, pierwsze nagranie pomieszczone na krążku, to fragment poznańskiego koncertu sprzed dwóch lat. Pozostała część płyty zarejestrowana została dwa dni później, już w trakcie niemieckiej części trasy.

Album, który otrzymał tytuł Ethereal Chant w pełni potwierdza nasze wspomnienia z przywołanego na wstępie koncertu. I już teraz, dużymi literami, zapisuje się na liście najlepszych albumów roku 2025. Ale to nie koniec wspaniałych wiadomości – Lava Quartet będzie jednym z gości najbliższej edycji Spontaneous Music Festival, który odbędzie się w Poznaniu tradycyjnie w pierwszy weekend października.

So welcome, Almut Kühne, Jordina Millà, Gonçalo Almeida & Wieland Möller!

 


Otwarcie albumu trwa ledwie kilka minut, ale skutecznie rozstawia nas po kątach. Od szeptu do hałasu, nerwowe, brudne chamber pełne emocji, równie mroczne, jak agresywne. Głos zdaje się dochodzić z głębokiej piwnicy, podobnie frazy inside piano. Szarpane struny kontrabasu najpierw budują napięcie, ale potem, już pod jurysdykcją smyczka, płyną szerokim strumieniem mrocznego post-baroku. Kolejna ekspozycja wydaje się wychodzić spod pióra Lovecrafta. Wprost z głębokiej, ciemnej krypty płynie do nas dron nieznanego pochodzenia – być może posadowione w nim są dygoczące struny piana, płomień smolistego smyczka, gęstniejąca wokaliza i rezonujące talerze. Całość nie przypomina nic, co mogłoby wydać z siebie instrumentarium zadzierzgnięte do wykonania tej figury dźwiękowej. Z tego tajemniczego tygla wydobywa się w końcu dźwięk nisko osadzonego smyczka, szmery z samego dna pudła rezonansowego fortepianu, demoniczny głos i szelest perkusjonalii. Narracja obrasta ekspresją dzięki żywym akcjom perkusji. Wszystko drży, zgrzyta zębami i zdaje się pędzić na złamanie karku. Ratunkiem okazuje się wystudzona, pianistyczna puenta.

Początek trzeciej opowieści budowany jest kolektywnie, separatywnymi frazami czterech ośrodków dźwiękowych. Smyczek jakby był z ołowiu, piano zarówno z klawiatury, jak i prosto ze strun, rytmiczne uderzenia w werbel, jak chłosta skazanego, wreszcie głos, który teatralnie recytuje, a nawet śpiewa piosenkę bez tekstu. Emocje rosną jak na drożdżach aż do momentu, gdy kontra z klawiatury fortepianu skutecznie uspokaja zszargane nerwy. W międzyczasie smyczek przechodzi na pozycję post-barokową, a perkusjonalia do strefy szumu. Głos powraca scatem, połamanymi melodiami i dramaturgicznym suspensem. Jeszcze tylko kilka preparacji ze strony kontrabasu i perkusji, i kwartet śmiało ruszać może w definitywnie chocholi taniec, wysmarowany blaskiem czarnej części klawiatury fortepianu. Prosty rytm wznieca tu dodatkowe emocje, także bas, który przechodzi w stan dynamicznego drive’u. Utwór wieńczy wystudzone, kontrabasowe solo.

Finałową odsłonę spektaklu inicjują perkusjonalia. Gongi, inside piano, talerze i mroczny smyczek polepiony z równie mroczną wokalizą kreują na etapie rozwinięcia wielominutowy suspens. Akcja rusza z miejsca, gdy śpiew zdaje się łączyć aktywności smyczka i głosu. Rozhuśtany post-barok nabiera rumieńców uderzeniami po strunach i kanciastych elementach zestawu perkusyjnego. Przy okazji wokalistka wspina się na palce i zaczyna nucić pożegnalną melodię, tu dla wyjątkowo niegrzecznych chłopców i takichż dziewczynek. Przez moment można odnieść wrażenie, że kwartet szuka post-jazzowego anturażu. Nerwy towarzyszą jednak wszystkim do samego końca. Kontrabas odnajduje muliste dno i pcha kwartet na finałowe wzniesienie. Muzyka umiera z szeptem na ustach.

 

Lava Quartet feat. Almut Kühne, Jordina Millà, Gonçalo Almeida, Wieland Möller Ethereal Chant (Fundacja Słuchaj!, CD 2025). Almut Kühne – wokal, Jordina Millà – fortepian, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Wieland Möller – perkusja, instrumenty perkusyjne, gongi. Nagrane w Dragon Social Club, Poznań (utwór 1) oraz Klanghaus, Klein Jasedow, Niemcy (utwory 2-4), czerwiec 2023. Cztery improwizacje, 45 minut.



wtorek, 25 lutego 2025

Agustí Fernández celebrates ‘70 by Aesthetic of Prisms!


Wybitny kataloński pianista Agustí Fernández dziewiętnastego grudnia ubiegłego roku obchodził 70 urodziny i dokładnie tego samego dnia, w dalekiej Polsce, ukazał się siedmiopłytowy box z jego najnowszymi nagraniami. Zwie się Aesthetic of Prisms i przynosi mnóstwo wspaniałej muzyki improwizowanej, i tyleż radości z jej wielogodzinnego odsłuchu.

Zebrane nagrania pochodzą z lat 2019-2024 (dominują sety z ostatnich dwóch lat), zawierają rejestracje zarówno studyjne, jak i koncertowe, a w roli partnerów zacnego jubilata występują: brytyjski kontrabasista Barry Guy i jego rodak, saksofonista John Butcher, norweski saksofonista i trębacz Torben Snekkestad, litewski saksofonista Liudas Mockūnas, słoweński perkusjonalista Zlatko Kaučič oraz rodzimi z punktu widzenia jubilata – pianistka Jordina Millà, perkusistka Lucia Martínez i saksofonista Don Malfon.



 

Box Aesthetic of Prisms zawiera trzy nagrania poczynione przez Agustí Fernándeza ze swoim muzycznym bratem, kontrabasistą Barry Guyem. Ich studyjne spotkanie duetowe w całości wypełnia pierwszy dysk zestawu. Panowie mają za sobą mnóstwo wspólnych rejestracji w najprzeróżniejszych formacjach, także dwuosobowych, znają się doskonale, ale wciąż potrafią wzajemnie zaskakiwać. Album Blue Rose zdaje się być usłany takimi właśnie zaskoczeniami. Jego pierwsza połowa, to niewyczerpalne pokłady dynamiki i ekspresji ze strony obu artystów. W szranki temperamentnej improwizacji staje kolosalna siła fortepianu, niezależnie, czy traktowanego wprost z klawiatury, czy jego gołych strun i takaż moc kontrabasu, który w trybie arco bywa równie agresywny i mięsisty, jak w trybie pizzicato. Na każdym kroku muzyków rozpiera kreatywność i radość ze wspólnego muzykowania. Nie sposób nie zauważyć, iż szczególnie wiele dzieje się tu na klawiaturze fortepianu, a także bez udziału kontrabasowego smyczka. Pierwsze chwile ukojenie przynosi dopiero szósta improwizacja. W kolejnych trzech muzycy ponownie wystawiają pazury artystycznej drapieżności, by ostatecznie wystudzić emocje w końcowej improwizacji, uformowanej w wyrazistą balladę.

Nagranie Live in Barcelona, pomieszczone na drugim dysku, to spotkanie pianisty z saksofonistami. Pierwszy z nich, John Butcher, to legenda gatunku, muzyk z tego samego rocznika, co Fernandez, ten drugi, Don Malfon, młodszy o ponad dwie dekady, nie występuje tu w roli aspiranta, bez trudu udowadnia, iż przypisywanie mu roli jednego z najciekawszych twórców współczesnej sceny muzyki improwizowanej jest dalece uzasadnione. Większość improwizacji bazuje na dźwiękach preparowanych Malfona i frazach Butchera, który umiejętnie wykorzystuje całą fizykę saksofonowej tuby i metalowego korpusu. Pianista zdaje się przyjmować rolę demiurga, która dba o dramaturgię, kierunkuje narrację, podpowiada tropy. Muzycy chętnie wpadają w szpony free jazzu, świetnie panują nad ekspresją i są niebywale precyzyjni. Okazjonalnie Malfon frazuje czystym tembrem i jest wtedy doskonałym partnerem dla podobnie zachowującego się Butchera. W szóstej części saksofoniści prowadzą ekscytujący dialog bez wsparcia pianisty. Ten ostatni ma tylko dla siebie kolejną odsłonę, gdy zanurzony w pudle rezonansowym piana dokonuje samych cudów. Szczególnie ciekawą dramaturgię ma ostatni utwór. Zaczyna go Malfon, potem dołącza Butcher, a wejście Fernándeza stanowi wspaniałą reasumpcję.

Studyjny album Ritual z udziałem perkusistki Lucíi Martínez jest najstarszym nagraniem w zestawie i przy okazji najdłuższym. Na jego starcie artyści pokonują intrygującą drogę od post-klasyki do ognistego free jazzu. W kolejnych improwizacjach udowadniają, iż razem są w stanie podążać każdym szlakiem, zawsze dostarczając odpowiednią jakość. Gdy wspólnie preparują swoje instrumenty, bywa, że fortepian staje się perkusją, a glazura werbla potrafi śpiewać. Po pasażach pełnych soczystej ekspresji, artyści lubią na moment zanurzyć się w post-jazowej balladzie, ale traktują ją jedynie jako dysonujące interludium, tudzież sadowią w roli albumowego resume. Atrybutem ich kreacji jest równie często hałas, jak i mroczna cisza. Ich opowieść trwa aż pięć kwadransów, ale nie znajdziemy w ich trakcie ani jednego momentu, który przestałby intrygować.

Czwarty dysk, to Live in Oslo, nagranie z udziałem Torbena Snekkestada (saksofony, trąbka) i Barry Guya (kontrabas). To trio ma w dorobku dwa albumy, a także kilka improwizacji zamieszczonych na wielopakach zawierających muzykę z krakowskich rezydencji formacji Blue Shroud Band, która dała triu artystyczne życie. Tu słuchamy dwóch koncertów ze stolicy Norwegii, które na osi czasu dzielą dwa lata. Pierwszy rozpoczyna się w klimatach open jazzowych, potem toczy się w estetyce kameralnej (nie bez intrygujących preparacji), a nawet post-klasycznej (szczególnie na klawiaturze fortepianu), by w decydującej fazie przeobrazić się w imponującą, free jazzową kulminację (z zadziornym saksofonem sopranowym). Drugi koncert rodzi się w aurze nerwowej filigranowości. Nim opowieść nabierze odpowiedniej intensywności, lepi się z drobnych, kameralnych epizodów. W fazie rozwinięcia muzycy tanecznym krokiem, pełni free jazzowej waleczności, z błyskiem geniuszu osiągają ogniste zakończenie. Nie byliby jednak sobą, gdyby w drodze na szczyt nie popełnili post-jazzowej ballady. 




Piąty album w boxie, zatytułowany Four Hands, to ekscytujące zwarcie dwóch fortepianów (przy drugim z nich Jordina Millà), których zakres działania został określony bardzo szeroko – klawiatura na cztery ręce, inside, prepared and expanded piano. Początek nagrania jest bardzo delikatny, przypomina soundtrack do filmu baletowego. Potem spod klawiszowej narracji zaczynają wydobywać się dźwięki preparowane, niczym robactwo wypełzające z mułu bagiennego. W trakcie kolejnych opowieści artyści prezentują niebywale bogate spektrum dźwiękowe. Bywa, że akcje inside piano realizują wspólnie (jak w części drugiej), bywa, że dają się ponieść ekspresji soczystego free jazzu (w piątej, czy siódmej), ale najpiękniej jest wtedy, gdy obie te estetyki lepią w jedną strugę dźwiękowych wspaniałości, sycąc narrację porcjami fonii, których procesu powstawania nie jesteśmy sobie w stanie zwizualizować. W odsłonach czwartej i szóstej lądujemy na samym dnie pudel rezonansowych, gdzie króluje minimalistyczny rezonans. W ostatnich dwóch opowieściach pojawiają się kolejne wątki – stukające młoteczki, drżący stelaż utrzymujący w razach struny, czy trzeszczące obudowy instrumentów.

Kolejny w zestawie koncert pochodzi z Austrii, zwie się adekwatnie do miejsca rejestracji Live in Glanegg, a firmuje go trio, które, obok bohatera jubileuszowego boxu, współtworzą Barry Guy na kontrabas i Zlatko Kaučič na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Nagranie estetyką i faktem wykorzystania trzech kompozycji Fernándeza definitywnie nawiązuje do dokonań tria Aurora (tam perkusistą był Ramon Lopez). W pozostałych fragmentach koncertu artyści prezentują trzy swobodne improwizacje, a całość łączą w jeden strumień smakowitych dźwięków. Koncert otwiera improwizacja, ale jej melodyjny posmak od razu przywołuje w pamięci nagrania tria Aurora. Nerwowy, kompulsywny drive perkusisty sprawia jednak, iż blask dawnej formacji urokliwe tonie w ogniu freejazzowych zagrywek. Muzycy mają także mnóstwo czasu na kameralne interwały, ale temperament gna ich przed siebie. Parzyste utwory, czyli kompozycje, z których dwie pierwsze pochodzą z debiutanckiej płyty tria Aurora, budują klimat nostalgicznej ballady. Pięknie rozwijane w improwizacje powracają do tematu utworu dopiero w zgrabnie skonstruowanej kodzie. Pozostałe dwa improwizowane epizody także niosą ze sobą mnóstwo śmiałych i zaskakujących akcji. Trzecia część koncertu mieni się plejadą preparowanych fraz realizowanych na imponującej dynamice, z kolei piąta sięga po filigranowe, rozedrgane, postrzępione dźwięki, które z czasem formują się we free jazzowy tygiel emocji.

Urodzinowy box wieńczy studyjna rejestracja, zatytułowana Neris, nagrana w Wilnie w towarzystwie Liudasa Mockūnasa, który korzysta z sopranino, saksofonu sopranowego, tenorowego i basowego. Godzinny album zawiera trzynaście krótkich, doskonale skonstruowanych improwizacji. Muzycy wspinają się tu na szczyty kreatywności i wrażliwości artystycznej, prezentując nagranie, które samo mógłby być rozwinięte w wielkopłytowy box urodzinowy i budziłoby zachwyt każdą swoją sekundą. Ideą tej szalonej improwizacji jest ciągła zmiana – Agustí zdolny jest wykorzystywać każdą część swego instrumentarium, a metody frazowania zmieniać raz na kilkadziesiąt sekund. Liudas czyni to samo, mając do dyspozycji aż cztery saksofony. Pierwsza faza płyty zdaje się być generowana tuż nad podłogą. Saksofon basowy wchodzi w zwarcia zarówno z czarną częścią klawiatury, jak i drżącymi strunami. Muzycy sprawiają wrażenie spokojnych, ale wystarczy jedno spojrzenie, by tonęli w mule post-industrialu lub tańczyli niesieni freejazzowym ogniem. W środkowej części albumu Liudas chętnie korzysta z lżejszych odmian saksofonu. W tej fazie szczególnie zachwyca część szósta (drony formujące się efektowne crescendo) i siódma (masywne inside piano w opozycji do delikatnego sopranino). Saksofon basowy powraca w końcowej części albumu, ale tu dominują akcje saksofonu tenorowego i sopranowego, także w formie czysto fazowanych melodii, efektownie wspieranych rozgrzaną klawiaturą fortepianu. Finałowa post-jazzowa ballada niesie ukojenie, ale pod jej skórą czai się brud, który tak bardzo kochamy.  


Agustí Fernández @70 Aesthetic of Prisms (FSR Records, 7CD 2024)

CD1: Blue Rose (+ Barry Guy – kontrabas). Dziesięć utworów, 46 min, luty 2024, Estudi Rosazul, Barcelona. CD2: Live in Barcelona (+ Don Malfon, John Butcher – saksofony). Dziewięć utworów, 48 min, październik 2023, Nota79, Barcelona. CD3: Ritual (+ Lucía Martínez – perkusja, instrumenty perkusyjne, głos). Jedenaście utworów, 76 min, czerwiec 2019, Bonello Studio, Berlin. CD4: Live in Oslo (+ Torben Snekkestad – saksofony, trąbka, Barry Guy – kontrabas). Dwa utwory, 57 min, sierpień 2024, Blow Out Festival - MIR, Oslo (1), październik 2022, Nasjonal Jazzscene Viktoria, Oslo (2). CD5: Four Hands (+ Jordina Millà – klawiatura na cztery ręce, inside, prepared and expanded piano). Dziewięć utworów, 50 min, lipiec 2024, Estudi Rosazul, Barcelona. CD6: Live in Glanegg (+ Barry Guy – kontrabas, Zlatko Kaučič – perkusja, instrumenty perkusyjne). Sześć utworów, 49 min, lipiec 2023, Glanegg, Austria. CD7: Neris (+ Liudas Mockūnas - sopranino, saksofon sopranowy, tenorowy, basowy). Trzynaście utworów, 61 min, czerwiec 2024, MAMA Studios, Vilnius.


*) niniejszy tekst powstał na potrzeby portlau Jazzarium.pl i tamże został pierwotnie opublikowany


 

czwartek, 8 czerwca 2023

Spontaniczny czerwiec w poznańskim Dragonie


(informacja prasowa)

 

Wiosenna edycja cyklu koncertowego Trybuny Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club wchodzi w decydującą fazę. Czerwiec przynosi wielbicielom muzyki improwizowanej aż trzy koncerty, zwiastuje niebywałe emocje, zapowiadając jednocześnie duży rozstrzał stylistyczny. Najpierw free jazz, potem swobodnie improwizowana kameralistyka z głosem operowym, wreszcie pakiet efektownych, elektroakustycznych igraszek z dźwiękiem, po części zapewne predefiniowanych. Organizatorzy zapraszają na koncerty odpowiednio 11, 16 i 21 czerwca.



 

Czterdziesta szósta edycja spontanicznego cyklu, to prawdziwa perła w koronie koncertowych wydarzeń muzyki improwizowanej bieżącego roku. Na poznański Stary Rynek (koncert odbędzie się w siostrzanym klubie Dragona, SARP Social Club) zawita bowiem doskonale znamy saksofonista amerykański Ken Vandermark i jego równie rozpoznawalny na scenie free jazzowej norweski perkusista Paal Nilssen-Love. Rzecz wydarzy się już w najbliższą niedzielę.

Jeśli mielibyśmy szukać najbardziej wartościowego duetu saksofon-perkusja we współczesnej historii free jazzu, zwłaszcza tej w nowym millenium, bez ryzyka popełnienia najmniejszego błędu wskazać winniśmy na duet Vandermarka i Nilssena-Love. Amerykanin i Norweg grają razem od roku 2002 i zdają się być w swym duetowym dziele zniszczenia wyjątkowo konsekwentni. Każdy z nich sam jest już historią gatunku, ale to, co tworzą wspólnie, być może stanowi jej najważniejszą część. Muzycy wydali jak do tej pory jedenaście albumów. Choć obaj pracowali w wielu uznanych przez krytykę grupach - od Peter Brötzmann’ Chicago Tentet, Lean Left (z Terrie Hesselsem i Andy Moorem z The Ex) po Double Tandem (z holenderskim saksofonistą, Abem Baarsem) - od kilkunastu lat wciąż wracają do swojego duetu, ponieważ pozostaje on kluczowy dla ich twórczości.

 

Spontaneous Live Series Vol. 46

Ken Vandermark - saksofon tenorowy i klarnet

Paal Nilssen-Love - perkusja i instrumenty perkusyjne

11 czerwca 2023, SARP Social Club, Stary Rynek, Poznań, godzina 19.00

Bilety: https://tiny.pl/chnxn



 

Po eksplozji free jazzu, Spontaneous Live Series kontynuuje spotkania z kameralną muzyką improwizowaną, zainicjowane w czwartą sobotę maja. Jak dowodzi ów koncert, i ta dziedzina dźwiękowego szaleństwa potrafi być gorąca i definitywnie zaskakująca.

W piątek 16 czerwca organizatorzy zapraszają na koncert kwartetu KAMM, który swą obecną aktywnością inauguruje muzykowanie w tym składzie. Wspaniale łączy on iberyjski temperament portugalskiego kontrabasisty Gonçalo Almeidy i katalońskiej pianistki Jordiny Milli z niemiecką precyzją i wirtuozerią wykonawczą wokalistki Almut Kühne i perkusisty Wielanda Möllera. Na koncercie czeka nas zapewne ocean niespodzianek i intrygujących splotów dramaturgicznych. Biogramy artystów i ich artystyczne doświadczenia (w odniesieniu do niemieckiej części kwartetu, nie tylko na polu muzycznym, ale także teatralnym i tanecznym) wskazują, iż z tego ponadgatunkowego tygla musi powstać coś niebywale nowatorskiego i nieprzewidywalnego.

 

Spontaneous Live Series Vol. 47

Almut Kühne - głos

Jordina Millà - fortepian

Gonçalo Almeida - kontrabas

Wieland Möller – perkusja

16 czerwca 2023, Dragon Social Club, Zamkowa 3, Poznań, godzina 20.00

Bilety: https://tiny.pl/cqsqq

 



Czterdziesta ósma edycja spontanicznego cyklu, jaka będzie miała miejsce we środę 21 czerwca, to kolejna odsłona opowieści pod tytułem „Improwizacja nie jedno ma imię”. Z punktu widzenia rozbudowanego i tajemniczego instrumentarium, zapowiada się wieczór definitywnie elektroakustyczny, eksplorujący coś, co być może znajduje się pomiędzy idiomem kompozycji, a idiomem improwizacji.

Do Dragona wracają – uczestniczka ostatniej edycji Spontaneous Music Festival, francuska artystka Laure Boer i wielokrotny festiwalowy wojownik, Wojtek Kurek. Pomiędzy nimi, a może na początku lub na końcu tej konstelacji, zaprezentuje się także Michał Krajczok. Czekają nas trzy solowe sety wielokolorowych, dźwiękowych układanek.

Twórczość Laure Boer jest inspirowana muzyką noise i tradycyjnym folkiem. Jej występy to hipnotyczne improwizacje wokół tradycyjnych instrumentów, elektroakustycznych i DIY-elektronicznych obiektów, a czasem także głosu, śpiewającego lub recytującego w jej ojczystym języku francuskim. Z kolei GAŁGAŁ to solowy projekt berlińskiego muzyka i projektanta dźwięku Michała Krajczoka. Jego twórczość opiera się zarówno na kompozycji, jak i improwizacji z osobliwym podejściem do syntezy modularnej. Wojtek Kurek zagra na małym zestawie perkusyjnym preparowanym przez „patch” w środowisku max/msp. Cyfrowe i taśmowe loop'y przekształcają tu dźwięk perkusji przyspieszając go lub spowalniając - wędruje on później przez szereg filtrów, a także kolejne poziomy loop'ów i buforów. Będzie się działo!

 

Spontaneous Live Series Vol. 48

Laure Boer – instrumenty różne i tajemnicze urządzania

Michał Krajczok – jak wyżej

Wojtek Kurek – jak wyżej, także perkusja.

21 czerwca 2023, Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3, godzina 20.00.

Bilety będą dostępne wkrótce.



czwartek, 14 maja 2020

Fages/Pricto, Ponsa/Caicedo, Malfon/Braz, Fernandez/Milla, Claman/Vidal, Riquelme/Ulzion! Iberian Duos like the Perfect Pairs!


Dziewięciu na dziesięciu muzyków improwizujących, zapytanych, w jakiej konfiguracji osobowej trudna sztuka gry z myśli jest dla nich najbardziej atrakcyjna, odpowie – w duecie! Ta zasada nie wymaga pogłębionych prac analitycznych!

Dziś zatem same duety, wszystkie z Półwyspu Iberyjskiego, w większości katalońskie, ale także m.in. baskijskie! Na krańca Starego Świata wciąż powstaje mnóstwo wspaniałej muzyki. Na łamach Trybuny powtarzamy to jak mantrę, bo nie sposób znaleźć argumentów tezę tę negującą.

Cztery płyty, sześć duetów, niemal sami nasi dobrzy znajomi. Czytajmy, słuchajmy i kupujmy płyty - pamiętajmy, iż dla wielu z tych artystów, wpływy ze sprzedaży muzyki, to obecnie jedyne źródło dochodu!




Ferran Fages/ El Pricto - Enric Ponsa/ Diego Caicedo - João Braz/ Don Malfon  Nocturna Discordia #222 - Dystopia? Now? (Discordian Records, DL 2020)

Wrzesień 2019 roku, 222-a edycja Nocturna Discordia, przy okazji piąta rocznica cyklu, Soda Acùstic, Barcelona. Na scenie trzy duety, z których każdy wykona po dwie swobodne improwizacje: El Pricto – saksofon altowy i Ferran Fages – gitara elektryczna, Diego Caicedo – gitara elektryczna i Enric Ponsa – perkusja oraz Don Malfon – saksofon altowy i João Braz – wiolonczela. Odsłuch całości zajmie nam 68 minut i 23 sekundy.

Przygoda Fagesa i Pricto zaczyna się półdronową grę wstępną – liczenie strun gitary i zalotne podmuchy saksofonu altowego. Muzycy wzajemnie się nakręcają, nie unikając imitacji. Tempo rośnie – gitarzysta w swoim niepowtarzalnym ferranstyle, saksofonista w pół drogi do free jazzowej ekspresji. Po kilku chwilach gitara dzwoni i rezonuje, a dysze dęciaka tańczą i śpiewają suchym powietrzem. Artyści bez trudu znajdują punkt ciszy i rozpoczynają antrakt mistrzowskich preparacji. Fages dba o to, by tempo nie urosło na powrót, Pricto nie zgłasza zdania odrębnego. Metaliczne pląsy na gryfie i wojenne wichry w tubie, dawka świetnych reakcji na jeszcze lepsze akcje. Na finał części szczypta gitarowego hałasu. Druga, znacznie krótsza improwizacja stawia na precyzję wykonania i pewną delikatność brzmienia. Pojedyncze struny, prychy i przedechy. Nie bez psychodelii gitary i na poły melodyjnych fraz altu, z pewnością bez jakichkolwiek dróg na skróty. Piękny mezalians!

Caicedo i Pons - ognisty duet wielogatunkowych emocji! Zaczynają w aurze rozchełstanej, gitarowej zawieruchy, której Diego potrafi być mistrzem jedynym w swoim rodzaju. Pikantna, wieloskładnikowa mikstura – małe grzmoty i sprzężenia, dźwięki drobne i masywne. Roots rockowa emanacja – od pojedynczej, swobodnej frazy, pełnej psychodelicznych wtrętów, po post-jazzową kipiel! Świetnie z roli bystrego asystenta wywiązuje się drummer. W parze, w okolicach 9 minuty, świetnie wchodzą w fazę wzajemnego rezonansu, po czym stawiają na rockowy ogień, nie bez noise’owych naleciałości. Kończą odcinek w harshowej ciszy. Drugą improwizację budują szczoteczki na werblu i tomach. Gitara szklista niczym u Fagesa, chwilami łagodna jak baranek, buduje bardziej jazzową ekspozycję. Szeleszczący drumming i dramaturgicznie tłumiona gitara skutecznie poszukają psychodelicznego posmaku i znajdują go tuż przed końcem improwizacji.

Malfon i Braz - swoboda skupionej, post-kameralnej improwizacji! Wiolonczela smagana bystrym smykiem, szukająca wewnętrznej taneczności i alt, który rezonuje dronowymi pasażami – flow otwarcia nie może być lepszy! Saksofonista lubi wkładać do tuby dziwne przedmioty, skrzeczeć i charczeć, wiolonczelista częściej stawia na czyste brzmienie, ale znalezienie błotnistej mazi na gryfie nie stanowi dla niego jakiegokolwiek problemu. Opowieść wszakże budują z saperską precyzją i nigdzie się nie śpieszą. Po 8 minucie pierwszej części imitują się pięknymi, długimi pasażami, krążą wokół ciszy. Po 10 minucie przejście wiolonczelisty na pizzicato dolewa oliwy do ognia. Gdy Braz na powrót chwyta za smyczek, duet rozpoczyna urocze long distance falling down. Druga improwizacja, nieco krótsza stawia na preparacje. Wiemy, ile strun ma wiolonczela, jaka jest kolejność dysz i pojemność tuby. Imitacje, drony, łkające i zawodzące pieśni, chwalące determinację improwizatorów. Malfon wpada w metafizyczną wręcz repetycję, a głębokie pizzicato Braza cudownie podkreśla dramaturgię chwili. Whaw!




Agustí Fernández & Jordina Millà  When Forests Dream (Sirulita Records, DL 2020)

Z Barcelony przenosimy się o sto kilkadziesiąt kilometrów na zachód, do miasta Lleida i miejsca zwanego Auditori Municipal Enric Granados. Początek listopada 2019 roku, a na scenie dwoje pianistów - Agustí Fernández w kanale lewym oraz Jordina Millà w kanale prawym. Osiem swobodnych improwizacji, 47 minut z sekundami.

Agustí i Jordina zapraszają nas na niezwykły spektakl dwóch permanentnie preparowanych fortepianów, który unaocznia przede wszystkie jedną tezę – ów monumentalny, akustyczny instrument nie ma granic w zakresie kreowania dźwięków. Zwłaszcza, gdy znajdzie się pod palcami wyjątkowych improwizatorów! Pan odpowiada tu za lewą flankę dźwięków, Pani zaś za prawą. Choć oboje preparują, każdy robi to nieco inaczej, płynie swoim subiektywnym strumieniem fonii, a fazy wzajemnego imitowania występują raczej incydentalnie.

Aura otwarcia nie pozostawia wątpliwości, iż przed nami festiwal dźwięków niezwykłych - lewa strona uderza po strunach i klawiszach, niczym cerber złego, zaś prawa bije w gong, który długo wybrzmiewa i metalicznie rezonuje. Chaos pozytywnej kreacji w opozycji do ambientu medytacji. Gdy lewa szuka post-industrialnego posmaku, prawa znajduje jakby pre-industrialny wymiar dźwięku. Już w pierwszej improwizacji muzycy serwują nam takie cuda akustyki/ post-akustyki, iż pióro recenzenta gubi się w metaforach i karkołomnych porównaniach. Druga opowieść podkręca spiralę emocji. Z jednej strony serwuje nam bardziej agresywne dźwięki, z drugiej – z lekkością motyla – zagłębia się w estetyce deep contemporary. Gdy lewa strona pokazuje moc czarnych klawiszy, które szukają utraconego rytmu, prawa snuje pasma ciszy. Gdy ta pierwsza intensywnie poleruje strony, ta druga – dla kontrastu – bada delikatność białych klawiszy. Trzecia opowieść wyrasta przed nami w ułamku sekundy – lewa strona liczy struny, prawa klawisze. Bardziej kameralna opowieść bez trudu łapie dynamikę w szprychy. Lewa dudni jak metronom, prawa stuka smukłymi młoteczkami. Moc wyłącznie pięknych dźwięków – partie rytmu niczym kastaniety, deep piano, efektowne akcenty percussion i cała plejada bolesnych preparacji – obcierki, gniecenia, zwinne sekwencje pełne rezonansu i finałowe drżenie udręczonej ciszy. Czwarta improwizacja zagłębia się w kolejne stadium preparacji. Muzycy już nie tylko uderzają w struny (lewa), ale także upuszczają na nie tajemnicze przedmioty (prawa). Dźwięki wibrują i szepczą. Uroda rezonansu, szelestu i tłumionego oddechu. Post-akustyczny slow motion, który broczy po kolona w meta ambiencie (zwłaszcza po prawej stronie sceny). Gdy lewa strona chrobocze, prawa zdaje się być wyjątkowo rozleniwiona i melancholijna. Perkusyjne wiwaty w opozycji do posuwistych dronów. Oto lewa strona cierpi, a prawa śpiewa gołymi strunami.

Piąta część stawia na kolory klawiszy – puste, głuche fonie, jakby ktoś związał powrozem odpowiadające struny fortepianu. Gdy lewa strona stawia na rytm i tańczy, prawa filozofuje, szuka metafizyki w powietrzu, a potem bije na alarm. Niektóre fonie przybierają postać nadakustyczną, niemal post-elektroniczną i wymuszają pytania o źródła dźwięku (choć wiemy doskonale, iż to tylko dwa fortepiany, nasz dysonans poznawczy wzmaga poczucie wyjątkowości tego nagrania). Kolejna, krótsza opowieść – młoteczki, struny i klawisze, uderzenia, tarcia i inne mechaniczne ingerencje. Lewa strona brzmi matowo, prawa błyszczy. Krok w kierunku hałasu, krok w kierunku ciszy. What a game! A gdy w końcu wyda nam się, iż o procesie preparacji akustycznych dźwięków fortepianu wiemy już wszystko, muzycy otwierają improwizację numer siedem! Szorują struny gruboziarnistym papierem ściernym, strugają z nich osinowe kołki na wampiry. Rzężenie ciemiężonych strun buduje kolejny poemat niemożliwego - pełne desperacji, post-perkusjonalne studium przypadku. Znów hałas i cisza toną w miłosnych zalotach. Narracja gaśnie i budzi się na nowo niemal w tej samej chwili. Struny śpiewają z bólu i znoju, a na ostatniej prostej jęczą kocią determinacją. Finał płyty stawia na filigranowe rozwiązania – piski z dala od klawiatury, ckliwy rezonans, niczym spacer gołymi stopami po rozbitym szkle. Ktoś przesypuje małe kamyszki, a potem rozsądnie korzysta z klawiszy, być może dla złagodzenia obyczajów. Lewa strona nabiera kameralnej zadumy, prawa stawia na aktywny drumming. Na finał ostateczny pianiści brną w prawdziwy i efektowny akustycznie dirty dancing!




Sarah Claman & Sebastian Vidal  Rice Cake (Dadiminauke, DL 2020)

Wracamy do Barcelony, a dokładnie do … mieszkania Sary Claman (skrzypce), Sebastiana Vidala (gitara elektryczna) i ich nowonarodzonej pociechy (płacz, gaworzenie). W samym środku pandemicznego lockdownu (przełom marca i kwietnia br.) artyści i ich dziecko realizują dziesięć miniaturowych, swobodnych improwizacji, których odsłuch zajmie nam mniej niż 27 minut.

Modulowany tembr gitary z domową dawką prądu w towarzystwie rzewnych, dekonstruowanych brzmieniowo, półśpiewnych skrzypiec zapraszają nas na wygodną sofę. W pokoju obok płacze dziecko, ale nikogo to specjalnie nie niepokoi. Lockdown impro in dirty melancholy trwa w najlepsze. Wirtuozeria wykonania i domowy feeling – liczenie strun gitary z metalicznym prądem i piękny komentarz skrzypiec, które piszczą, skrzeczą i cudowanie zawodzą. Kolejna, już trzecia historia toczy się z meta rytmem, nieco wyuzdaną dynamiką i niemal … góralskim zaśpiewem. Sarah ciągnie za strunę, niczym tygrys za strzępy ofiary, a dziecko jest bardzo dzielne! W kolejnej opowieści gitara szuka rockowej ekspresji, dziecko tymczasem gaworzy! Piękna ballada dla tej, która definitywnie nie chce spać! W piątej zmysłowe skrzyżowanie post-rocka i post-chamber. Gitara płynie w poziomie, skrzypce pną się ku górze. Domowa wersja Dancing With Tears in My Eyes!

Szósta opowieść spotyka skrzypce w trakcie preparowania dźwięków. Obok gitara plumka i szuka narracji, niestety dziecko na powrót płacze. W kolejnej opowieści muzykom przybywa nieco dramaturgicznego rozmachu, dziecko zdaje się włączać w ich opowieść, co więcej, mamy nawet wrażenie, że swoim zawodzącym gaworzeniem wyznacza rodzicom kierunek improwizacji! Najbardziej dynamiczny, zmysłowy fragment domowej improwizacji Sarah kończy drobną, acz urokliwą preparacją. W ósmej części gitara Sebastiana znów pachnie rockiem, a dziecko oddycha i rozmawia samo ze sobą, jak na dobrego improwizatora przystało. Sarah włącza się do tej zabawy po dłuższej chwili, ale niezwykle filigranowo. Zaraz potem gitara zaczyna wyć, skrzypce płakać i skowyczeć. Dramaturgia chwili nie udziela się jednak latorośli, które wydaje się świetnie bawić – śmieje się i pokrzykuje! Wreszcie finał tej familiady - ledwie 25 sekund zadziornych skrzypiec i pląsów prądotwórczej gitary, urwane w pół słowa. Dziecko w końcu straciło cierpliwość dla pasji rodziców! 




Matias Riquelme & Fernando Ulzion  La Trahison Des Mots (Fundacja Słuchaj!, CD 2020)

Na zakończenie dzisiejszej, duetowej epistoły opuszczamy Katalonię i lądujemy w Kraju Basków, w obiekcie sakralnym miasta Apodaka. W kwietniu 2018 roku kameralny koncert zagrała tam dwójka lokalnych muzyków - Matias Riquelme na wiolonczeli oraz Fernando Ulzion na saksofonie sopranowym i altowym. W procesie edytorskim ich stosunkowo swobodna improwizacja podzielona została na trzynaście części (każda opatrzona tytułem zaczerpniętym z historii muzyki jazzowej!), których łączny czas trwania, to 51 minut i 7 sekund.

Krystalicznie kameralne, półambientowe otwarcie koncertu dobrze wróży w kontekście tak zwanego ciągu dalszego – głębokie, posuwiste pasma wiolonczeli i cichy saksofon zanurzony w delikatnym dronie. Opowieść buduje się głównie za sprawą pulsującego i repetującego cello. W kolejnym traku ostatni z przywołanych instrumentów schodzi niżej i brudzi brzmienie, dla odmiany alt, także nieco preparowany, pnie się ku górze, ale jego frazy zdają się ginąć akustycznie w masywnym pogłosie, jakie generuje obiekt sakralny. Flow jednak narasta, pełen jest zadziorów, kantów i dramaturgicznych hiperpozycji. Po ułamku ciszy muzycy robią kolejny krok w kierunku niemal free jazzowej ekspresji, rzucając wszakże niektóre frazy, jakby na pożarcie echa, które bezceremonialnie panuje na scenie. Znów dobrą robotę czyni cello naprzemiennie grając pizzicato i arco. W czwartej części kropelkowy, dekonstruowany saksofon ciekawie nabiera ekspresji, dość często, tak teraz, jak w dalszej części płyty, pozostając wierny estetyce inside/outside. Zaraz potem władzę przejmuje wiolonczela, śpiewna, ale wyposażona w drżący z emocji smyczek. Muzycy brną w klimaty chamber, ale nie stronią od bardziej ognistych fraz, po raz kolejny dobrze korzystają z repetycji. Szósta partycja koncertu należy wyłącznie do strunowca, który proponuje krótki, post-barokowy pasus bliski akustycznego nieba. Gdy wraca dęciak, obaj muzycy zatapiają się w ciszy i szukają wyłącznie intrygujących zdarzeń fonicznych. Wiolonczela stawia stemple piękna, sopran głównie dyskutuje z pogłosem.

Ósma odsłona koncertu nie stroni od zadziornej, dynamicznej narracji, prowadzonej w wysokich rejestrach. Bystra pyskówka, ekspresja i szczypta hałasu. Całość ciekawie narasta, a wiolonczelista piłuje struny, aż miło, czyniąc ów odcinek być może najlepszym fragmentem koncertu. Zaraz potem dostajemy solowy epizod saksofonu, który nieco burzy ciąg dramaturgiczny, po prawdzie, zwiastując także pewne obniżenie poziomu kreatywności obu Basków, którego, być może, nie odzyskają już do samego końca spektaklu. W dziesiątej części saksofon zdaje się decydować o wielu aspektach improwizacji – nie stroni od bardziej agresywnych fraz, trochę repetuje, wchodzi w imitację z dronową ekspozycją cello. W kolejnej części oba instrumenty pną się ku górze, ale dynamikę i ekspresję zostawiają za sobą. Wystudiowane frazy niemal płynnie (bez zmiany estetyki) przeprowadzają nas do dwóch ostatnich części koncertu. Z jednej strony skromne plamy ekspresji, z drugiej post-barokowe przyśpiewki, a na sam koniec slow motion pizzicato flow, napotykający na skromne preparacje saksofonu. Opowieść zaczyna przypominać spacer po mrocznej komnacie, pełnej odkrytych już dawno tajemnic. Na ostatniej prostej ostra salwa saksofonu, niczym krzyk desperacji.