Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rafał Mazur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rafał Mazur. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 grudnia 2024

The November/ December’ Round-up: MYL! Belorukov & Džukljev! LBB! Serries in duos! Guy & Mazur! Hyvärinen & Kääriäinen! Olsson! Sly & The Family Drone! Kensho!


Zapraszamy na ostatnią w tym roku zbiorówkę recenzji! Łączone wydanie listopadowo-grudniowe przynosi dziesięć albumów tradycyjnie utrzymanych w estetyce od sasa do lasa!

Tym razem dyktat swobodnej improwizacji będzie bezdyskusyjny. Unikając jazzowych naleciałości (acz nie bez wyjątków) odpłyniemy w bezkres elektroakustyki i instrumentalnych preparacji ze szczególnym uwzględnieniem gitar i instrumentów pochodnych. Ten zestaw recenzji zwieńczymy post-elektroniczną grą w dwa ognie i ekstremalnie wycofaną, minimalistyczną, predefiniowaną improwizacją.

Naszą podróż zaczniemy w Skandynawii (ale bez udziału Skandynawów), potem odwiedzimy serbski Nowy Sad, Francję, Niemcy, Belgię, zahaczymy o Kraków i Helsinki, naładujemy baterie ponownie odwiedzając Skandynawię (tym razem z udziałem Skandynawów), zahaczymy o Zjednoczone Królestwo, by ostatecznie umrzeć snem sprawiedliwego w dalekim Tokio.

So welcome to heaven and hell of multi-coloured improvisation!



 

MYL Trio (Mia Zabelka, Yoko Miura, Lawrence Casserley) Parallel Universes (Setola di Maiale, CD 2024)

Göteborg/ Sztokholm/ Ostrawa, wrzesień 2023: Mia Zabelka – skrzypce, głos, Yoko Miura - fortepian, melodika oraz Lawrence Casserley - signal processing instrument. Sześć improwizacji, 58 minut.

Na dobre otwarcie danie wyjątkowo smakowite! Minimalistyczne, nasączone post-klasycznym sznytem piano, ekstremalnie kreatywne skrzypce doposażane głosem i realizowana na żywo elektronika, która kreuje narrację, ale też transponuje akustyczne frazy na język onirycznej, migotliwej syntetyki. Album konsumuje fragmenty dwóch szwedzkich koncertów tria i kilkuminutowy encore zarejestrowany w Ostrawie.

Pierwszy fragment trwa kwadrans i jest efektownym wprowadzeniem do świata zbilansowanej elektroakustyki. Oniryczna aura, niespieszność, ale też głęboko zakorzeniona wola tworzenia czegoś zaskakującego. Pianistka, to ocean nostalgii, skrzypaczka - bezkres kreatywności, a elektronik – dramaturgiczny rozmach. Pieczołowicie budowana opowieść w fazie wielominutowej finalizacji zapewnia intrygujące spiętrzenie. Kolejne dwie historie są nieco krótsze – ta pierwsza, to rodzaj zabawy z rozkołysanym rytmem, ta druga, lepiona z drobiazgów, zdaje się bazować na dysonansie wystudiowanego piana i zjednoczonych sił skrzypiec oraz live processingu. Czwarta część, najdłuższa w zestawie, to crème de la crème albumu. Delikatny start, nerwowe, rytmiczne rozwinięcie, kreatywny minimal w fazie uspokojenia, a w ramach puenty dodatkowy instrument (melodika) i wejście na poziom intensywnej … medytacji w klimatach AMM. Utwór piąty przynosi dramaturgiczny spokój i garść brzmieniowych niespodzianek, z kolei finałowa opowieść, mimo, iż stanowi koncertowy bis, generuje mnóstwo emocji – od elektronicznych wiwatów, przez skrzypcowe mikro eksplozje, po preparowany falling down z udziałem melodiki.



 

Ilia Belorukov & Marina Džukljev Everything Changes, Nothing Disappears (Acheulian Handaxe, DL 2024)

MSUV, Nowy Sad, Serbia, od grudnia 2002 do lutego 2024: Ilia Belorukov – saksofon altowy, obiekty oraz Marina Džukljev – fortepian, preparacje. Siedem improwizacji, 40 minut.

Ilia i Marina, to artyści, których na tych łamach cenimy i staramy się często o nich pisać. Ten album, to bodaj ich pierwsze wspólne nagranie. Saksofonista, którego znamy także ze świata elektroakustycznego eksperymentu, tu stawia na konkret. Albo jest free jazzowym potworem, albo wysublimowanym preparatorem. Z kolei pianistka zdaje się mieć tysiące twarzy, ale w każdej z nich jest definitywnie przekonywująca. Świetnie radzi sobie zarówno na rozgrzanej klawiaturze, jak i w głębokich odmętach pudla rezonansowego. I jeszcze sygnalizuje wyjątkowo wyczulony zmysł rytmiczny. Innym słowy – świetny album! Spójny, doskonale skonstruowany, choć jest sumą kilku improwizowanych spotkań.

Początek jest minimalistyczny i bazuje na metalicznym rezonansie. Narracja urokliwie pęcznieje, niesiona równym, doboszowym rytmem pianistki. Drugi epizod, to free jazzowy wrzask. Emocje w dętej tubie świetnie tu korelują z narracją piana, realizowaną from inside to outside. Trzecia opowieść jest neurotyczna, pachnie dalekim wschodem, rysowana najgłębszymi strunami piana i saksofonowym bezdechem. Kolejna opowieść także pozbawiona jest dynamiki, ale kasą jeszcze większą urodą. To oniryczna ballada, matowo brzmiąca, sycona minimalistyczną repetycją. Piątka, to kłęby kurzu unoszące się nad free jazzowym pogorzeliskiem. To sekwencja instynktownych preparacji, realizowanych na ekstremalnie połamanej rytmice. Przedostatnia historia sięga po jazz, ale tylko po to, by jego idee zdeptać energią drapieżnej, silnie unerwionej improwizacji. Album wieńczy mroczna, definitywnie piękna koda, osadzona na post-rytmicznych preparacjach strun i dętej tuby.



 

Lenglet/ Bodart/ Bramnk L'humeur des non jours (Circum-Disc, CD 2024)

La malterie, Lille, czerwiec 2023: Philippe Lenglet – gitara akustyczna, elektronika, Samuel Bodart – fortepian preparowany oraz Falter Bramnk – instrumenty perkusyjne, preparacje. Dziewięć improwizacji, 55 minut.

Trójka mniej rozpoznawalnych francuskich improwizatorów upichciła wielominutową improwizację, która warta jest przynajmniej kilku skupionych odsłuchów. Narracja bazuje na dźwiękach preparowanych, podana w dziewięciu częściach ma zgrabnie udramatyzowany ciąg przyczynowo-skutkowy. Ostry, wyrazisty początek, fazę rozbudowanych medytacji i garść eksperymentów w końcowych utworach. Nazwiska muzyków zapisujemy w naszych kajetach grubym flamastrem!

Zgodnie z anonsem dwie pierwsze improwizacje stawiają nas do pionu. Otwierane na raz, wyraziste ekspozycje, rodzaj permanentnie tłuczonej akustyki gitary, piana i instrumentów perkusyjnych. Muzycy świetnie na siebie reagują. Nawet w sytuacjach dynamicznych wyczuleni są na niuanse brzmieniowe, zdolni do riposty w każdym momencie. Począwszy od trzeciej odsłony ich opowieści stają się leniwe, rozwarstwione, osadzone w aurze niedopowiedzenia. Bywają teraz delikatni, dobrze czują się w mroku, w poświacie subtelnego rezonansu. Chętnie wchodzą w strefę minimalizmu, choć incydentalnie przejawiają skłonności do dynamizowania narracji. Ich piąta historia karze zadać pytanie o definicję muzyki konkretnej. W kolejnej części ich egzystencjalny dygot z jednej strony tonie w echu, z drugiej nabiera lokalnej intensywności. Dwie końcowe opowieści, w tym szczególnie ta najdłuższa, przedostatnia, to obszar poszukiwania nowych rozwiązań. Dostajemy garść dźwięków, których pochodzenia nie jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać. Muzycy korzystają zapewne z elektroniki - brzmienie ich instrumentów wydaje się amplifikowane. Chętnie sięgają po smyczki, a arsenał metod preparowania rośnie z każdą chwilą. Ostatnia prosta przynosi drobne spiętrzenie, jakby artyści chcieli nas wybudzić nim wydadzą ostatni dźwięk.



 

Schneider & Serries Schneider Serries (Schneider Collaborations, LP 2024)

The Loundry Room, Hückelhoven, Niemcy, czerwiec 2023: Dirk Serries – gitara elektryczna oraz Jörg A. Schneider – perkusja. Pięć improwizacji, 36 minut.

Belgijskiego gitarzystę Serriesa znamy na tych łamach doskonale – zarówno jak wrażliwego, improwizującego akustyka, jak i dark-ambientowego elektryka. Tu, w duecie z niemieckim perkusistą Schneiderem, mamy niepowtarzalną okazję poznać go jako instrumentalistę niemalże noise rocka. To z pewnością jeden z jego najgłośniejszych albumów.

Pierwsza odsłona albumu świetnie dokumentuje fakty zasugerowane zdanie wcześniej. Noise rockowa gitara skulona w kłębie post-bluesa wraz z samonapędzającą się maszyną circle drums systematycznie buduje tu ścianę dźwięku. To także rodzaj prog-rocka w stanie agonii, w chmurze dogorywającej psychodelii. Kolejny utwór pogłębia ów stan, ciekawie balansując pomiędzy ginącą melodią i kreatywnym hałasem. Ta część albumu przywołuje w pamięci nagrania Fear Falls Burning, ale zagubione w nieznośnym upale południowego Texasu, zatopione w magmie repetycji. Trzecią część wypełnia płonąca gitara hard-rocka, a kumulujący się wokół niej drumming dopełnia miana power duo. W czwartym epizodzie Serries przypomina epigona ambientu, dla którego jedynym ratunkiem jest ucieczka w psychodelię. W ostatniej części jego gitara wpada w wieczną pętlę powtórzenia. Jej brzmienie zagęszcza się z każdą sekundą, skutecznie tłamsząc melodykę, choć samo frazowanie wydaje się najłagodniejsze z możliwych.



 

Christian Vasseur & Dirk Serries Floating Similarities (Creative Sources, CD 2024)

Kapel Oude Klooster, Brecht, styczeń 2024: Christian Vasseur – siedmiostrunowa gitara klasyczna, strojona ćwierćtonowo, głos oraz Dirk Serries - archtop guitar. Siedem improwizacji, 43 minuty.

Teraz dla odmiany zanurzymy się w bezkresie gitarowej akustyki. Serries przesiada się na swój ulubiony archtop, a jego partner Vasseur sięga po instrument klasyczny, ale stroi go dalece nietypowo. Efekt jest więcej niż udany – bystra dramaturgia, moc soczystego brzmienia i niczym nieskrępowana kreatywność, na koniec ubarwiona efektownymi wokalizami.

Muzycy zdają się tu toczyć batalię o najpiękniejszy dźwięk, a zaczynają ją od smyczkowego frazowania. Jedna gitara śpiewa, druga rzęzi jak gruźlik. Moc kreacji jest z nimi w każdym momencie, zarówno wtedy, gdy cedzą dźwięki w trybie minimalistycznymi, jak i wtedy, gdy ekspresja niesie ich na wysokie wzgórze. Lubią rytm, potrafią być naprawdę delikatni, ale nie przestają kąsać ciętymi ripostami. W trzeciej odsłonie śpiewają razem rozdygotaną mantrę, w części kolejnej pachną onirycznym post-bluesem, nie bez autoagresji, by w epizodzie piątym pieścić struny, poszukiwać zjawisk definitywnie post-akustycznych i ostatecznie popaść w intrygującą repetycję. W części szóstej artyści koncentrują się na dźwiękach preparowanych. Najpierw szemrają po kątach, potem nabierają dynamiki i sieją zamęt. Ostatnia improwizacja jest tą najdłuższą i mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Flażolety, drobne szarpnięcia, brzmienia niemal gamelanowe, a w ramach reasumpcji wokaliza mezuina, niesiona bystrym rytmem.



 

Barry Guy & Rafał Mazur Harmony in Diversity (Not Two Records, LP 2023)

Alchemia, Kraków, listopad 2021: Barry Guy – kontrabas oraz Rafał Mazur – akustyczna gitara basowa. Osiem improwizacji, 36 minut.

Spotkanie perfekcyjnie brzmiącego kontrabasu i akustycznej gitary basowej, do tego w takim personalnym wykonaniu, nie mogło nie stać się czymś wyjątkowym. Artyści świetnie ze sobą kooperują, doskonale się słuchają, a ich instrumenty bystrze interferują, ale chyba największym zaskoczeniem jest fakt, iż kontrabas i akustyczna basówka potrafią brzmieć na tyle bliźniaczo, że nie zawsze jesteśmy pewni, który z instrumentów odpowiada za dany dźwięk. Muzycy prezentują nam osiem improwizacji, z których ledwie trzy przekraczają pięć minut. Zatem forma, dramaturgia, zapewne także selekcja materiału, to elementy, nad którymi także warto się tu pochylić.

Od startu emocji nie brakuje. Początek tkany jest z drobnych fraz, gdzie arco może oznaczać subtelne szarpnięcie za struny, a rozśpiewane pizzicato maźnięcie zamaszystym pędzlem. To lekko udeptany post-barok, tudzież kameralny post-jazz, niesiony intuicją i kreatywnością jednego muzycznego ciała, rozsiewającego często dźwięki brzmiące imitacyjnie. Muzycy szczególnie dobrze czują się w momentach wzrostu dynamiki i intensywności przekazu. Precyzja wykonania trzyma ich temperament w ryzach, ale i tak wokół każdego unoszą się tumany kurzu. W drugiej części ich wspólne arco śpiewa, a na etapie rozwinięcia pojawia się mnóstw szumów i szmerów. Swoją rolę odrywa tu podskórna warstwa rytmiczna, choć jej linearność bywa zmyślnie komplikowana. Szczególną jakość wnosi czwarta, ponad dziesięciominutowa opowieść. Na jej starcie artyści wydają się agresywni, rozgrzani do czerwoności. Dociskają struny, uderzają w pudła rezonansowe, ale potem zanurzają w gęstwinie preparowanych fraz. Słyszymy delikatne flażolety i niedźwiedzie pomruki, mroczne westchnienia i plamy rezonansu. Ostatnie cztery improwizacje trwają łącznie krócej niż ich poprzedniczka. Dużo w nich drobnych akcji i zaskakujących wolt dramaturgicznych. Perkusjonalne zrywy, melodyjne interwały, post-barokowe zjazdy i podjazdy. Wszystko w kongenialnej komunikacji.



 

Lauri Hyvärinen & Jukka Kääriäinen Pulled Apart by Horses (Bokashi Records, CD 2024)

Helsinki, od grudnia 2023 do stycznia 2024: Lauri Hyvärinen i Jukka Kääriäinen – gitary elektryczne. Pięć improwizacji, 34 minuty.

Naszą gitarową przygodę kontynuujemy w Helsinkach. Na scenie dwóch tamtejszych gitarzystów i zapewne kilogramy przetworników, wzmacniaczy i tego wszystkiego, co służy do stymulowania brzmienia gitary elektrycznej. Efekt pracy artystów jest więcej niż imponujący, choć momentami można odnieść wrażenie, że narzędzie pracy jest tu ważniejsze niż efekt końcowy. Finowie wiedzą jednak, co to umiar, dbają o komfort naszych narządów słuchu, zatem koński album zdecydowanie polecamy, nie tylko dlatego, iż jego odsłuch zajmuje niewiele ponad dwa kwadranse.

Muzycy od startu nie kryją, iż wiele ich akcji bliskich będzie miana hałasu – improwizacje nieustannie sycą przesterami, sprzężeniami, spiętrzeniami i dość syntetycznie brzmiącymi grzmotami. Ich palce są wyjątkowo zwinne, a wzmacniacze ogniste. Na obu flankach narracji nie brakuje ciekawych i zaskakujących brzmień, w czym wiedzie prym lewa strona. Tego typu zjawisk artyści nie skąpią nam szczególnie na początku drugiej i trzeciej części. Za pierwszym razem kroczymy po dnie zamulonego jeziora, za drugim drgamy i dajemy się wieść dubowej poświacie. Efektem każdej z tych akcji jest zdrowa porcja noise guitars na etapie rozwinięcia. Muzycy wskazują nam kilka konotacji gatunkowych, ale jeśli do którejś jest im najbliżej, to zapewne do post-rockowej. W części trzeciej nie szczędzą nam martwych plam ambientu i posmaku post-industrialu. Czwarta odsłona zdaje się być tą najbardziej dynamiczną, pełną dobrej energii i szczypty psychodelii, budowaną także post-gitarowymi pasmami, które brzmią niczym noworomantyczny syntezator. Ostatnia, najkrótsza opowieść, to kłęby gitarowych nerwów, brak zgody na ciszę, prawdziwa burza z piorunami.




Henrik Olsson Hand of Benediction II (Barefoot Records, CD 2023)

Miejsce i czas nieznane: Henrik Olsson – gitara elektryczna, syntetyczne przetworniki, Egil Kalman – syntezator modularny, Jeppe Skovbakke – bas elektryczny oraz Rune Lohse – perkusja. Piętnaście utworów, 40 minut.

Ile dramaturgicznych pomysłów i zasobów niespożytej energii można pomieścić na albumie trwającym niespełna trzy kwadranse? Wedle Henrika Olssona – nieskończenie wiele! Niestygnący temperament, iście zornowska dezynwoltura, nieustanna zmienność akcji i niewyczerpalna, artystyczna bezczelność. Tym karmi się druga edycja Hand Of Benediction – instrumentalnie poszerzona w stosunku do jedynki o syntezator modularny. Oto muzyka, która nie bierze jeńców!

Start mówi tu wiele – połamany, punkowy rytm, roztańczona, ribotowska gitara, czerstwy śpiew syntezatora i elektryczny bas sunący rockowym krokiem. Mimo narracyjnego szaleństwa całość jest ścisłe zaprogramowana, a porcje czasem dalece swobodnych improwizacji dopasowane do struktury i poziomu emocji danego epizodu. Z jednej strony funkowe rytmy, z drugiej intrygujące plamy syntezatora (choćby intro do szóstej opowieści), który wnosi do HOB nowy, niekiedy zagadkowy, ale zawsze wartościowy element. W tej grze wszystko jest możliwe, a nawet wskazane. W ósmej opowieści mamy dyskotekowy motyw syntezatora, funkowy bas, zmutowany hard-rock gitary i perksyjne kłęby dymu. Za każdym rogiem czai się tu niespodzianka – brzmieniowa lub dramaturgiczna, albo obie na raz. W jedenastym epizodzie dopada nas prawdziwie rockowe solo gitary, a w dwóch ostatnich piosenkach dominuje free jazzowa perkusja, której definitywnie po drodze ze srogo usposobionym syntezatorem.



 

Sly & The Family Drone Moon is Doom Backwards (Self-released, LP/DL 2024)

Larkins Farm, wrzesień 2021: James Allsopp – reeds, klarnet basowy, Kaz Buckland – perkusja, elektronika, reeds, Matt Cargill – elektronika, głos, instrumenty perkusyjne, Ed Dudley – elektronika, głos oraz Will Glaser – perkusja, elektronika. Siedem utworów, 33 minuty.

Ten brytyjski band zwykliśmy uważać za dość szaleńcze combo. Rytm, niewyczerpalne złoża ekspresji i spore porcje hałasu, to atrybuty ich dotychczasowych, niezwykle energetycznych performansów. Na nowym albumie Sly pokazują spokojniejsze oblicze. Introdukcje pierwszych sześciu utworów są wyważone, nawet odrobinę liryczne, a moc ich rytmicznej artylerii ukryta jest na backstage’u. Dopiero po kilku minutach polirytmiczne perkusje wchodzą do gry, a wtedy można już tylko tańczyć lub uciekać.

Na starcie pierwszej opowieści pulsuje elektronika, słyszymy perkusyjne talerze i ciepły tembr dęciaka. Po kilku minutach ta odsłona Księżyca nabiera znamion post-jazzowego hippie trip. Każda kolejna introdukcja szyta jest innym ściegiem – czasami to rwane, post-elektroniczne pulsacje, doposażone saksofonem zanurzonym w chmurze pogłosu, innym razem, to plama rezonansu, która napotyka na akustyczne frazy, zagubione w przestrzeni kosmicznej. Bywa, że grę inicjuje tu dęciak, wokół którego panoszy się syntetyka, ścieląc pasmo, po którym za moment przetoczy się rozwarstwiony, wielopłaszczyznowy rytm. Utwór szósty rozpoczynają dzwonki, suche podmuchy saksofonu i elektroniczny szmer backgroundu. Uśpione przez całą ekspozycję perkusje budzą się do życia dopiero w ostatniej, dwuminutowej opowieści. Tu króluje stary Sly - krzyczy, dmie, urokliwie hałasuje w pierwotnym rytuale tańca.



 

Taku Sugimoto, Masahiko Okura, Wakana Ikeda & Pere Xirau 見性 kensho (Blu-Rei Records, Kaseta 2024)

Ftarri, Tokyo, lipiec, 2024: Taku Sugimoto – gitara, Masahiko Okura – klarnet, Wakana Ikeda – flet oraz Pere Xirau – glockenspiel. Dwie kompozycje, 37 minut.

Kataloński perkusista i perkusjonalista Pere Xirau od pewnego czasu spędza wiele chwil w dalekiej Japonii. Dużo tam muzykuje, a efekt jednego ze spotkań prezentuje w lokalnym (ze swojego punktu widzenia) labelu na przaśnej kasecie magnetofonowej. Obie jej strony zawierają rozbudowane kompozycje konsumujące dźwiękowe plamy gitary, klarnetu, fletu i perkusjonalii poprzedzielane niekończącymi się buforami ciszy. Nagranie ma definitywnie medytacyjny charakter, wynosi ideę minimalizmu do rangi sztuki wysokiej, a nade wszystko uczy cierpliwości – po obu zresztą stronach sceny.

Atrybuty nagrania wylistowane w poprzednim zdaniu szczególnie dobitnie prezentuje strona pierwsza. Tworzą ją pojedyncze frazy fletu i klarnetu, mikro dźwięki z gitary i równie rozlegle w czasie porcje metalicznie brzmiących dźwięków glockenspiel. W początkowej fazie nagrania cisza trwa tu z pewnością dłużej niż ekspozycja instrumentalna. Ta ostatnia na ogół lepi się w krótkotrwały dron realizowany wspólnie przez wszystkich uczestników spektaklu. Wraz z upływem czasu można odnieść wrażenie, że w strudze leniwej narracji pojawiają się nowe, drobne elementy, na ogół z obszaru, za który odpowiedna Xirau. Mantra ciszy, oddechu i wyczekiwania nie ma tu realnego końca. Druga strona kasety zdaje się być odrobinę bardziej … dynamiczna. Porcje ciszy są krótsze, zdarza się, że partie instrumentalne następują jedna po drugiej bez pauzy. W dalszej fazie ekspozycji bywa, że Katalończyk realizuje coś na kształt drummingu. Sam finał grany jest na jednym, dość długim, jak na kanony tego nagrania, posuwistym wydechu.

 

 

wtorek, 7 listopada 2023

Sirulita Records’ new bodies: Fernández & Malfon! Fernández, Clotet & Mazur! Shocron & Ledesma!


Barceloński label Sirulita Records, prowadzony przez pianistę Agustí Fernándeza, nie ustaje w promowaniu muzyki improwizowanej z Półwyspu Iberyjskiego i okolic (zupełnie tak samo, jak pewna krajowa, jakże spontaniczna inicjatywa). W katalogu wydawnictwa pojawiają się zarówno uznane nazwiska (choćby w osobie szefa), jak i spore grono młodych artystów, niekiedy jeszcze na dorobku.

Cztery tegoroczne nowości Sirulity zdają się koncentrować na pierwszej z grup, choć elementów świeżych w nim oczywiście nie brakuje. Jedną z nowości roku 2023 mamy już omówioną (solową płytę Ramona Pratsa), dziś czas na trzy pozostałe. Każda z nich jak zwykle wyjątkowo smakowita – dwie zakotwiczone w Barcelonie, w tym jedna z akcentem polskim, z kolei ta trzecia dopłynęła z dalekiego Buenos Aires. Zapraszamy na odczyt i odsłuch.



 

Breath

Sirulitowy przegląd zaczynamy od nagrania koncertowego, na upublicznienie którego musieliśmy czekać długie cztery lata. Oto bowiem jesienią roku 2019 MMI Festival, odbywający się wówczas w Barcelonie, gościł Agustí Fernándeza i Dona Malfona. Tego drugiego, saksofonistę ukrywającego się pod macho pseudonimem znamy doskonale, był choćby gościem tegorocznej edycji poznańskiego Spontaneous Music Festival. Muzyk ma też w dorobku kilka płyt wydanych w naszej pięknej ojczyźnie. Rzeczony koncert z Barcelony trwa niespełna dwa kwadranse, ale jest tak intensywny i bogaty w wydarzenia, iż emocjami mógłby obdzielić kompletną dyskografię niejednej formacji rocka progresywnego.

Panowie zaczynają z przytupem, budując jeszcze przed upływem piątej minuty prawdziwie free jazzowy szczyt. Najpierw gwiżdżą, ciężko oddychają, uderzają w struny, potem niemal z miejsca formują gęsty strumień dźwiękowej lawy. Słychać, że świetnie czują się w swoim towarzystwie, doskonale na siebie reagują, a każdy zdaje się tu znać kolejny ruch partnera, nim ten zdoła o nim pomyśleć. Malfon do strugi ognia dość szybko dorzuca porcję swoich modelowych preparacji, nie tracąc przy tym dynamiki saksofonowego zaśpiewu. Narracja pachnie post-industrialnie, ale pomiędzy dźwiękami jest jeszcze sporo powietrza. Po kilku minutach ataku następuje rezonujące uspokojenie. Przez moment pianista prowadzi narrację samotnie. Jego partner wraca z armią rezonujących i szumiących przedmiotów, frazując niczym zaklinacz węży. Opowieść zdaje się być teraz delikatna, niemal oniryczna.

Artyści zaczynają szukać brzmieniowych kantów i bardziej zadziornych konstrukcji dramaturgicznych mniej więcej po trzynastej minucie. Emocje rosną do tego stopnia, że zaczynają krzyczeć na siebie. Dodatkowo każdy syci swoją opowieść gigantycznymi porcjami preparowanych dźwięków. Wytłumienie przychodzi jednak dość szybko. Na kilka chwil saksofonista zostaje sam na scenie i łapie podmuchy zimnego rezonansu. Pianista powraca minimalistycznymi frazami wprost z klawiatury. Ocean wzajemnych subtelności zdaje się panować na scenie przez kilka kolejnych minut. Improwizacja kołysze się na wietrze, muzycy cedzą dźwięki i kreują coraz bardziej efektowny suspens, przy okazji skutecznie docierając do dwudziestej minuty koncertu. Nim to nastąpi, otrzymujemy jeszcze krótki passus samotnego tańca na gołych, fortepianowych strunach.

Muzycy przystępują teraz do finałowego aktu koncertu. Znów znajdują w sobie nieskończone zasoby mocy i kreatywności. Free jazz czai się za rogiem, tym razem doposażony w sporą dawkę melodyki i niemałe połacie rytmu. Klawiatura fortepianu kipi teraz post-jazzowymi emocjami, saksofon z kolei łapie ognisty oddech. Narracja wpada w niemal taneczny rytm, budowany frazami pełnymi brudu i krzyku. Gdy ekspresja sięga szczytu, muzycy kończą dzieło. Czynią to na raz, wprost w chmurę rzęsistych oklasków.



Strings Entanglement

Kolejne barcelońskie spotkanie improwizatorów, opublikowane na nowych albumach Sirulity, miało miejsce w maju ubiegłego roku. Tym razem trzy instrumenty strunowe – ponownie fortepian Fernándeza, ponadto gitara elektryczna Amidei Clotet i akustyczna gitara basowa Rafała Mazura. Muzycy improwizują tu zarówno w trio (pięciokrotnie), jak i w duetach (trzykrotnie). Mają jeden cel – doszczętnie zdewastować struny swoich instrumentów. Efekt foniczny jest tu zatem wyjątkowo smakowity.

Już na starcie albumu dostajemy się w bezkres zakładu mechanicznego – zgrzytania, tarcia, szarpnięcia, paleta strun na stole prosektorium. Część fraz wydaje się masywna, mięsista, inne definitywnie lekkie, niekiedy wręcz filigranowe. Spektrum dźwięku od czerstwego hałasu po mroczną ciszę akustycznego ambientu. W drugiej opowieści gitarzyści budują drony, pianista skacze po strunach. Niektóre fonie przypominają pracę suwnic przemysłowych, inne zdają się być efektem zdzierania glazury z powierzchni płaskich i obłych. Znów dużo prostej mechaniki i urokliwego minimalizmu na etapie finalizacji improwizacji. Trzecia opowieść, to pierwszy duet – piano i gitara elektryczna. Narracja jest tu nad wyraz subtelna, w drugiej fazie eksploduje wszakże mocą perkusjonalnych ekspozycji. Czwarta improwizacja, na powrót w trio, kontynuuje wątek nieco bardziej spokojnej narracji. Bas wibruje, struny gitary kreślą drobne pętle, piano trzeszczy w szwach, ale płynie w wyższych partiach chmur. Opowieść ma tu kilka faz, bywa obłokiem renesansu, bywa leniwą przebieżką po czarnej stronie klawiatury fortepianu, ale też gęstym strumieniem szumów.

Piąta część, to znów duet, tym razem gitarowy. Opowieść jest wyjątkowo mroczna, budowana rezonującymi dronami. Z czasem nabiera jednak pewnej linearności i zdeformowanej melodyki. Kolejna improwizacja, to niemal post-barokowy poemat strun traktowanych delikatnymi smyczkami. Pianista frazuje tu zarówno w trybie inside, jak i outside. To kolejny dowód na to, iż ta trójka improwizatorów szczególnie dobrze czuje się w … spokojnych, subtelnych akcjach. W rekontrze do tezy z poprzedniego zdania – siódma improwizacja, duet piana i basu, powraca do mechanicznej, post-industrialnej estetyki. Z chmury hałasu wyłania się tu opowieść szyta zarówno czystym frazami pianisty, jak i brudem basisty. Nabiera ona z czasem dużego rozmachu dramaturgicznego, doposażona w pewną strukturą rytmiczną. Ostatnia improwizacja, grana w trio, to trzy pasma delikatnych, strunowych post-dźwięków. Koda sponiewieranych strun brzmi tu wyjątkowo pięknie, także nieco metaforycznie.



 

Hiking

Trzecia dzisiejsza opowieść powstała w doskonale nam znanym studiu nagraniowym w stolicy Argentyny. Muzycy ją tworzący, to także nazwiska nam nieobce. Pianistka Paula Shocron ma w dorobku nawet album wydany w Polsce. Z kolei saksofonista Pablo Ledesma znany jest nam z wielu katalońskich publikacji. Ich dalece post-jazzowa podróż, podzielona na dziesięć odcinków, mieni się barwami niemal wszystkich kameralnych odmian muzyki improwizowanej. Bywa agresywna, niemal free jazzowa, bywa także nostalgiczna, a w kilku momentach być może zbyt powściągliwa w okazywaniu emocji.

Artyści startują z pool position. Od pierwszej chwili z dużą mocą krwistego free jazzu – dynamiczne, twarde klawisze i wydęty saksofon altowy. Zaraz potem intryguje nas oddech inside piano i delikatnie rezonujący dęciak w nieco nerwowej post-balladzie. W kolejnych improwizacjach emocje nieco stygną. Pianistka serwuje nam niekiedy frazy post-klasyczne, tempo bywa leniwe, a niektóre ekspozycje, szczególnie saksofonu sopranowego, nieco przesłodzone. Z drugiej wszakże strony należy oddać artystom, iż są konsekwentni w swych wyborach estetycznych, dobrze panują nad dramaturgią całości, a każdą z opowieści są w stanie doprowadzić do intrygująco zagęszczonego stadium. Nie szczędzą nam także preparowanych dźwięków saksofonu, ani minimalistycznych kontrapunktów piana.

Począwszy od siódmej improwizacji Argentyńczycy na powrót przykuwają naszą uwagę niemal wyłącznie udanymi akcjami. W siódmej części pianistka pracuje wewnątrz pudła rezonansowego, z kolei saksofonista prycha i rozsyła fluidy czystej kreacji. Na strunach fortepianu rodzi się teraz filigranowa, jakże urokliwa melodia. Część ósma nosi znamiona nieco burzowej, pełnej nerwowych podrygów z każdej strony. Emocje zdają się tu być bliskie pieśni otwarcia. Część dziewiątą śmiało możemy zaliczyć do albumowych perełek. Preparowane, filigranowe frazy skapane są tu w niespokojnej ciszy. Także pieśń zamknięcia zapisujemy po stronie atutów albumu. Najpierw garść mrocznych preparacji piana i frywolne, acz zawieszone w czasie zadęcia saksofonu. Potem improwizacja rozwija się w urokliwie minimalistycznym trybie, sycona post-jazzowymi westchnieniami dęciaka.

 

Don Malfon & Agustí Fernández Breath (DL, 2023). Don Malfon – saksofon altowy i barytonowy oraz Agustí Fernández – fortepian preparowany. Nagranie koncertowe, zarejestrowane w miejscu zwanym NOTA 79, MMI Festival, Barcelona, październik 2019. Jedna improwizacja, 29 i pół minuty.

Agustí Fernández, Amidea Clotet & Rafał Mazur Strings Entanglement (DL, 2023). Agustí Fernández – fortepian preparowany, Amidea Clotet – gitara elektryczna oraz Rafał Mazur – akustyczna gitara basowa. Nagrane w Estudi Rosazul, Barcelona, maj 2022. Osiem improwizacji, 52 minuty.

Paula Shocron & Pablo Ledesma Hiking (DL, 2023). Paula Shocron – fortepian, instrumenty perkusyjne oraz Pablo Ledesma – saksofon altowy i sopranowy. Nagrane w Estudio Libres, Buenos Aires, listopad 2021. Dziesięć improwizacji, 45 minut.

 

 

wtorek, 20 września 2022

Wandering The Sound Quintet! What Is...?


Kolejna odsłona improwizowanych przygód krakowskiego basisty Rafała Mazura odbywa się w gronie jego bodaj ulubionych partnerów z obcymi paszportami – odpowiednio dwoma japońskimi, po jednym amerykańsko-argentyńskim i hiszpańskim. Muzyka zawarta na krążku What Is...? nagrana została na żywo w pięknym miejscu (krakowska Alchemia!), a doposażona w ogrom emocji, zdrowych relacji i wyśmienitych improwizacji pozwala zagłębiać się w dźwięki bez umiaru i łykać dużymi porcjami niczym kolejne kieliszki ulubionego wina.



Koncert składa się z jednego, trwającego niemal trzy kwadranse seta zasadniczego oraz dwóch dogrywek, na tyle wszakże długich, iż trudno je uznać za typowe encore. Pierwsze dźwięki należą do perkusji i trąbki. W tle pracuje lekko zawieszony bas i wijący się jak wąż klarnet, a po kilku szybkich pętlach w głąb narracji wbija się napastliwe piano, które grzmi czarnymi klawiszami, ale też zmyślnie stosuje kilkusekundowe pauzy. Muzycy od początku umawiają się na dramaturgię, którą wyznaczać będą kolejne ekspresyjne szczyty, sięgające po free jazzowe atrybuty, przedzielane efektownymi stoppingami, czasami schodzącymi do ciszy niemal absolutnej (po prawdzie te momenty mogły by wyznaczać nowe traki na dysku). W fazie wzrostowej muzycy zdają się czaić na siebie, niczym wygłodniałe zwierzęta, które po osiągnieciu kulminacji schodzą na stronę i z ochotą pałaszują zdobycz. Kwintet muzyków w różnym wieku, ale dalece już doświadczonych, łapie tu dryl free jazzu niemal w mgnieniu oka. Czasami można odnieść wrażenie, że jedna mikro fraza basu wystarczy tu do wywołania efektownej eksplozji. Jeszcze ciekawiej dzieje się, gdy narracja hamuje i brnie w okolice ciszy. Taka sytuacja ma miejsce choćby w 10 minucie koncertu - cała plejada onirycznych preparacji, podmuchów suchego powietrza z trąbki i cienkich, wysokich fraz klarnetu. Dobrze brzmią tu także struny piana i rezonujące talerze. Jeszcze efektowniej zdają się smakować dźwięki bliskie ciszy w okolicach 18 minuty. Trzeba zaznaczyć, iż każda droga na szczyt ma tu inną temperaturę wrzenia. Czasami jest to krzyk, czasami pociągłe, nostalgiczne westchnienia, realizowane jednak na dużej dynamice i nasycone sporą dawką ekspresji. W drugiej fazie koncertu trochę więcej do powiedzenia wydaje się mieć pianistka, która raz za razem stawia efektowne, silnie jazzowe zasieki. Z kolei ostatnią dolinę seta zasadniczego ubarwia zmysłowy klarnet i kilka fantastycznie brzmiących preparacji ze strony trębacza. Finałowe wzniesienie wydaje się być nieco bardziej wypłaszczone, a jego końcowe frazy należą do obu dęciaków, które gaworzą na stronie. 

Pierwszy z koncertowych dodatków trwa prawie 12 minut, a zaczyna go klarnet, który zdaje się, że równie dobrze czuje się w otwartej stylistyce jazzowej, jak i bystrej kameralistyce. Mistrzem wszakże ceremonii tej części jest definitywnie basista. Zagęszcza flow, dobrze steruje dynamiką, ale i zmysłowo stopuje wprost w ramiona komentujących z uznaniem partnerów. Po udanym szczycie improwizacja przygasa przy dźwiękach klarnetu, kontrapunktowanych nerwowymi ruchami czarnych klawiszy. Drugi dodatek, niespełna 9 minut, to kolejny moment, w którym to klarnet szyje ścieg i nie czeka na reakcje pozostałych. Jego dość długie, solowe expose przypomina taniec pasikonika po zroszonej łące. Ciekawie reagują pozostałe instrumenty – bas zdaje się być w nastroju nostalgicznym, z kolei piano stawia znaki zapytania. Ów moment dyfuzji nie trwa długo. Nagle bowiem, jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki, każdy z muzyków stawia swój instrument na sztorc i zaczyna się finałowa zabawa na całego! Zadziorne frazy, pokrzykiwania i gardłotok trębacza. Ostatni szczyt osiągnięty zostaje (jak zwykle!) w ułamku sekundy. Końcowe dźwięki należą do perkusisty, który na koniec tej efektownej podróży wpada w delikatną furię. 


Wandering The Sound Quintet  What Is...? (Not Two Records, CD 2021). Satoko Fujii – fortepian, Rafał Mazur – basowa gitara akustyczna, Guillermo Gregorio – klarnet, Ramon Lopez – perkusja oraz Natsuki Tamura – trąbka. Nagranie koncertowe, zarejestrowane w Klubie Alchemia, w trakcie Krakowskiej Jesieni Jazzowej w roku 2019. Trzy improwizacje, czas trwania: 65 minut bez kilku sekund.


*) Niniejsza recenzja powstała rok temu i delikatnie przeleżała się na komputerowym dysku w oczekiwaniu na publikację. Treści wszakże w niej zawarte nie straciły swej mocy, podobnie jak sama muzyka!



wtorek, 9 marca 2021

Rafał Mazur in the claws of the Spontaneous Improvisation! The Great Tone has no Sound!


Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, dokładnie tydzień i jeden dzień temu


Krakowski muzyk Rafał Mazur (specjalność – akustyczna gitara basowa!) jest istotnym podmiotem wykonawczym krajowej, a także europejskiej sceny improwizowanej nie od dziś, ale zdaje się, że to pandemiczny rok 2020 uznać trzeba będzie za najobfitszy w dokonania fonograficzne okres życia tego artysty.

Najpierw mieliśmy okazję poznać duetowe nagranie z jego wieloletnim partnerem, saksofonistą Keirem Neuringerem (Continuum), potem zupełnie zwaliła nas z nóg płyta The Night Of The Swift kwartetu Kaluza/ Majewski/ Mazur/ Trilla, a w ramach deseru, tudzież świątecznego prezentu, dostaliśmy zwalisty czteropak The Great Tone has no Sound, którym Rafał dobitnie udowadnia, iż miejsce w historii gatunku dane mu jest na dłużej niż jeden sezon obrachunkowy.

Cztery płyty wydane w jednym pudełku przez jednego muzyka, to spektakularne wydarzenie, rzecz można nawet, że pewnego rodzaju artystyczna bezczelność, jeśli w paszporcie nie ma się wpisane Anthony Braxton, John Zorn czy Trevor Watts (wymieniając tylko tych żyjących). A jednak Mazur i Fundacja Słuchaj na taki szaleńczy krok się zdecydowali. I od razu zaznaczmy, bez zbędnych ceregieli, że dobrze zrobili!

 


Beyond the Five Notes

W ramach ugruntowania artystycznej pewności siebie Mazur otwiera box nagraniem solowym. Dwie rozbudowane improwizacje (improwizowane spontanicznie, jak głosi opis płyty, a uwaga dotyczy wszystkich nagrań) trwają 42 i pół minuty.

Już na starcie muzyk wskazuje na zakres planowanych działań i narzędzia, jakimi dokona swojego niecnego czynu. Małe westchnienia, drobne pulsacje, palce ślizgające się po strunach – bogaty wachlarz środków artystycznego wyrazu, zarówno tych lekkich i zwiewnych, jak i tych masywnych, z samego dna narracji. Oto bas o stu twarzach, pełen niuansów brzmieniowych, szczegółów dramaturgicznych, ale także byczych, groźnych odgłosów. Oto artysta i jego szybkie, zwinne place, no i prawdziwie kocia przebiegłość umysłu. Ważna rola w procesie przypada smyczkowi – to prawdziwy wichrzyciel, mąciciel porządku i stereotypu gry na gitarze basowej, łobuziak o twarzy uśmiechniętego dziecka, które w ułamku sekundy przepoczwarza się w rockowe monstrum, zdolne do zawładnięcia umysłem każdego słuchacza. Wreszcie temperament i niemal matematyczna precyzja w budowaniu narracji – Mazur zdaje się być wyjątkowo bystrym kameleonem pośród czeredy złowieszczych dźwięków.

Jeszcze ciekawiej dzieje się w drugiej improwizacji. Mazur stawia tu na kreatywne zabawy w pobliżu ciszy – jego instrument syczy, szeleści, drży, jęczy i skrzeczy, aż w końcu rezonuje. Smakuje zmutowanym post-barokiem, a jednocześnie ocieka post-industrialnym smarem. Po upływie około 10 minut ów mały warsztat szlifierski przeobraża się w szeroki potok dźwięków. Mamy wrażenie, że Rafał buduje kilka narracji jednocześnie. One man, big orchestra ze złotym smyczkiem w roli ostatecznego rozjemcy. Na ostatniej prostej drobna repryza – muzyka wraca w okolice ciszy i gaśnie snem sprawiedliwego.

The strongest blows are light as a feather

Na drugą podróż Mazur zabiera klarnecistę Guillermo Gregorio. Panowie będą improwizować w sześciu odcinkach, a całość potrwa prawie 57 minut. Wbrew opisowi płyty czwarta improwizacja trwa ponad 22 minuty (miast sygnalizowanych 9 minut) i to jest być może ów dodatkowy zasób minut, który muzycy mogli sobie darować. Płyta skrojona do naszych ulubionych 40-45 minut zyskałaby na jakości, miałaby zapewne bardziej wzburzoną i intrygującą dramaturgię. Ale do rzeczy!

Pierwsza część płyty w swej początkowej fazie stawia na małe, przeciągłe frazy, które muzycy ślą do nas trochę wedle reguły call & responce. Mazur stymuluje tempo, Gregorio często zmuszany do wzrostu aktywności (która zdaje się nie być jego ulubioną formą ekspresji), świetnie sobie jednak radzi, potrafi bystrze kąsać i zadziornie ripostować. Muzycy z tył głowy mają też kameralne pomysły, ale realizują je raczej incydentalnie. Druga opowieść toczy się w bardziej powolnym tempie. Najpierw post-kameralne pląsy z niemal dworską gracją, potem więcej na poły rockowych emocji i zwiększonej dynamiki. Dobrą robotę czyni smyczek, a najciekawiej jest na sam koniec, gdy muzycy zwinnie się imitują, stawiając na bardziej zabrudzone frazy. Trzecia improwizacja zdaje się być lekka, ale i niezwykle zwinna. Po kilku frazach rozpoznawczych muzycy szukają rezonansu, a odnajdują raczej kameralny dystans do siebie.

Czwarta, owa nieco przegadana część zaczyna się niczym pląsy po silnie zroszonej łące. Klarnet ciągnie ku górze i szuka dobrego wiatru, bas woli hasać po lesie i siać zamęt. W dalszej części improwizacji muzycy balansują pomiędzy free chamber, a bardziej jazzowym frazowaniem i z tego dysonansu poznawczego, ich chwilami ciekawe dialogi zdają się schodzić na dramaturgiczne manowce. Piąta część stawia na konkrety i dobrze robi całemu nagraniu – kilka zadziornych fraz, odrobina świeżej krwi, zróżnicowana dynamika i metody gry, także trochę krzyku z tuby i przebiegłego smyczka na gryfie. Wreszcie finał płyty, w trakcie którego muzycy oddychają spokojnie, trochę rezonują, sprawiają wrażenie, jakby chcieli pójść w galop, ale ostatecznie decydują się na szybkie zakończenie.

Water flows from above to below

Czas na kolejny duet, tym razem z trąbką, pozostającą w rękach i ustach Artura Majewskiego. Nagranie koncertowe (wszystkie pozostałe dźwięki zamieszczone w boxie powstały w okolicznościach studyjnych) z krakowskiej bazy (2016r.), podzielone na cztery części, trwają niemal 40 minut.

Koncert otwiera bas, który kreśli pierwszy szlak improwizacji. Trąbka stawia małe short-cuts, z których tlą się drobinki melodii. Muzycy wchodzą w dialog, dobrze się słyszą i równie skutecznie na siebie reagują. Bas dba o post-jazzowy flow, trąbka stawia stemple jakości, a także ciekawie preparuje dźwięk, także w sytuacjach bardziej dynamicznych. Gdy blaszak wejdzie już na szczyt, bas dorzuci jeszcze kilka równie ognistych fraz. Druga improwizacja, to skupienie i garść bardziej tajemniczych dźwięków. Trąbka burczy, ktoś zamyka drzwi, bas drży i głęboko oddycha. Opowieść z czasem nabiera tempa, początkowo wydaje się być lekka, potem skutecznie odnajduje niemal rockową ekspresję.

Kolejny odcinek koncertu nie wnosi wiele do naszej percepcji całości. Majewski wciąż szuka nowych rozwiązań, Mazur raczej skupia się na tym, co robi od początku koncertu, a odbiorcy pozostaje czekać na jakiś bardziej zdecydowany zwrot akcji. Czwarta część zdaje się spełniać nasze oczekiwania w tym zakresie. Początkowo spokojna (słychać bar, który być może nieco dekoncertuje artystów), z czasem zyskuje na ekspresji. Trąbka zmyślnie podśpiewuje, bas rysuje na poły rytmiczne pętle. Gdy ta pierwsza wciąż stawia znaki zapytania, ten drugi nie daje się wyrwać z mantry narracyjnych powtórzeń (czyżby smyczek został w domu?).

The wind creates great harmony

Finał czteropłytowego boxu śmiało uznać możemy za niezwykle efektowny! Kwintet w składzie: Satoko Fujii (fortepian), Guillermo Gregorio (klarnet), Natsuki Tamura (trąbka), Rafał Mazur (akustyczna gitara basowa) oraz Ramon Lopez (perkusja) zagra dla nas sześć improwizacji, łącznie 41 minut muzyki.

Aura otwarcia stylowa, ale i niezwykle delikatna – smyk na gryfie basówki, dęte oddechy, klarnetowe strugi cienia, perkusyjne zdobienia i gołe struny piana. Nim jednak wybije czwarta minuta ów wytłumiony, ale bardzo kolektywny kwintet zdolny jest już generować pierwszą freejazzową kipiel. Początek kolejnej części zdaje się być dalece wymuskany – klarnet i perkusjonalia czekają, aż reszta załogi wejdzie do gry, ale na placach, by nie spłoszyć klimatu. Opowieść rozkwita pod ciężarem fortepianowych pasaży i płożących się w tle dętych fraz. Trzecia historia tworzy się z dronów suchego i mokrego powietrza, z niemal dalekowschodnim zaśpiewem. Zwinnie burcząca trąbka, lubiące postawić na swoim piano i bystra perkusja wiodą kwintet przed siebie bez nadmiernego eskalowania tempa. Opowieść znów ma świetną dramaturgie, która jest konsekwencją równie dobrej komunikacji wewnętrznej. Na finał narracja eskaluje się niezwykle monumentalnie.

Czwartą improwizację otwiera preparujące piano. Reszta zdobi ten proceder filigranowymi short-cuts. Flow narasta, ale każdy z muzyków dba o szczegóły i czuwa nad obrazem całości. Tuż przed metą nie może się obyć bez freejazowego szczytu. Kolejną część otwiera klarnet, a towarzyszą mu ciche drżenia strun i dęte prychanie. Muzycy bawią się w skromne call & responce i jest im naprawdę dobrze. Emocje rosną powoli, klawisze pulsują, a talerze rezonują. Dużo powietrza pomiędzy frazami buduje klimat, a finałowy wybuch ekspresji nie jest dla nikogo zaskoczeniem. Kończącą płytę improwizację otwiera perkusja. Opowieść pnie się ku górze znów z przyzwolenia piana, przy wydatnym wsparciu dętych. Perkusja stara się kreować balladowy tryb narracji, ale takiego kwintetu nie da się długo utrzymać w ryzach. Tym, który rwie formację do zadziornego lotu okazuje się klarnet. Stadium fire music, pełen fajerwerków i sztucznych ogni dobrze podsumowuje najlepszy odcinek serialu Rafał Mazur w szponach spontanicznej improwizacji.

 


wtorek, 15 grudnia 2020

Kaluza, Majewski, Mazur & Trilla! The Night Of The Swift!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana ... dokładnie wczoraj.


Pewien intrygujący personalnie kwartet, lat temu kilka, wydał równie intrygującą płytę Tone Hunting. Dziś, dzięki inicjatywie wydawniczej FSR, formacja ta powraca z nową muzyką i składem zdawałoby się minimalnie skorygowanym w stosunku do pierwowzoru (nowa obsady stanowiska perkusisty). O ile płyta wcześniejsza była bardziej niż dobra, o tyle ta nowa The Night Of The Swift śmiało może wkraczać na wszelkie listy najlepszych płyt pandemicznego, prawdziwie diabelskiego roku 2020. Jaka w tym rola nowego perkusisty, o tym m.in. poniżej. A już na wstępie drobna refleksja recenzenta - być może na przestrzeni prawie 50 lat nie było jeszcze płyty równie bliskiej estetycznie i artystycznie epokowemu dziełu free jazzu Conference Of The Birds Dave’a Hollanda, niż właśnie propozycja Anny Kaluzy, Artura Majewskiego, Rafała Mazura i Vasco Trilli (to on zastąpił w kwartecie bez nazwy własnej Kubę Suchara). Z ogromną radością zapraszam do poznania zawartości niemal 50 minutowej płyty, na którą składa się sześć swobodnych improwizacji na saksofon altowy, kornet, akustyczną gitarę basową i perkusję.



Muzyczną Noc Jeżyka oba instrumenty dęte rozpoczynają na dość dużej wysokości. W dole brzęczy bas, a perkusjonalia ślą mikrofrazy towarzyszące. Narracja budowana jest na palcach, z małych, początkowo nad wyraz ciepłych fraz. Kobiecy temperament Anny zdaje się na tyle silnie oddziaływać na męską części załogi, iż owa specyficzna wrażliwość saksofonistki zdolna będzie kiełznać flow kwartetu przez większą część nagrania. Muzycy z mozołem kleją frazę za frazą, donikąd się nie śpieszą. Ale wystarczy chwila, by dźwięki nabrały ostrzejszych krawędzi (kornet Artura) lub większej dynamiki (bas Rafała). No drumming percussion Vasco nie ma problemów z utrzymywaniem obu tych charakterystyk. Narracja toczy się jakby sama z siebie, z lekkością, ale także pewnością każdego dźwięku. Żywy organizm o czterech kompatybilnych sercach, w oparach intuitywnej synergii, zdaje się tworzyć tu rzeczy wyjątkowe. Drugą opowieść zaczynają Vasco i Rafał - szukają rezonansu i intrygujących fonii bliskich ciszy. Werbel drży, struny basu wiją się pod ciepłym oddechem palców. Dęciaki budzą się z letargu przeciągłym ziewnięciem, ćwierkają jak gołąbki na wiejskiej grzędzie, ale tembr ich głosu, choć lekki, zdaje się nieść ze sobą spory bagaż doświadczeń, tych dobrych i tych złych. Skupienie i dbałość o urodę pojedynczych fraz, to dominujące parametry tej części podróży. W dalszej fazie improwizacji dynamika rośnie, a dzieje się to głównie za przyczyną sekcji rytmu. Saksofon i kornet nie dają się długo zapraszać do tanga. W efekcie pracy całej czwórki, w połowie 8 minuty narracja osiąga stadium narowistego półgalopu, a każdy z muzyków do obrazu całości dokłada swoje małe cegiełki.

Dla odmiany trzeci epizod rozpoczynają alt i kornet. Prowadzą ożywiony dialog, świetnie na siebie reagują i to właśnie tutaj ornitologiczne skojarzenie recenzenta z legendą gatunku pojawia się po raz pierwszy. Piękny moment! W tle pracuje sekcja rytmu, cicha, spokojna i zabójczo precyzyjna. Rośnie tempo, rosną emocje, a dęte gadają ze sobą, jakby nic innego nie robiły od prawie … 50 lat. Wspaniała komunikacja zarówno na górze, jak i dole tej coraz bardziej błyskotliwej opowieści. Harmonia atonalnych fraz wypełnia nam receptory słuchu, przy okazji uwalniając niezmierzone pokłady endorfin. Ten wątek zgaszony zostaje wyjątkowo precyzyjnie do niemal pojedynczych dźwięków, co w sumie zdaje się być na tej płycie żelazną regułą. Czwarta część ma dość podobną strukturę dramaturgiczną, jak poprzedniczka. Może jedynie frazy altu i kornetu zawieszone są nieco niżej, a niektóre przebiegi noszą znamiona bardziej zadziornych. Ptasie rozmowy trwają zatem w najlepsze, ale już prawdziwe cuda dzieją się tuż pod nimi. Rafał i Vasco budują zwarty, chwilami dość dynamiczny ścieg, ale czynią to w wyjątkowo delikatny sposób. Choćby drummer – najpierw wybija rytm na dzwonkach, potem robi coś podobnego używając wyłącznie talerzy. Rafał płynie jednolitym strumieniem, pięknie akceptuje zakręty, świetnie radzi sobie zarówno na płytkich wodach, jak w głębi oceanu. Na finał kornet śle piękne short-cuts, a alt zmysłowo repetuje.

Piąta opowieść przenośni nas w pobliże ciszy, jak tylko to jest możliwe – przed nami  morze zmysłowych preparacji. Najpierw kornet, potem bas, szumiący alt i błyszczące perkusjonalia. Źdźbła dźwięków, nanofrazy wymieszane z gęstą ciszą. Rezonujące talerze, metaliczne szlifowanie płaskich i obłych kształtów. The delicate sound of no thunder… opowieść unosi się w powietrzu, lewituje. Gra kwartet, który zdaje się w ogóle nie używać niskich częstotliwości. Rafał ledwie muska struny, Vasco szeleści, Artur kwili jak sroczka, a Anna głęboko oddycha. Piękna rozpacz chwili gaśnie suchym płomieniem. Aż trudno w to uwierzyć, ale docieramy do ostatniej opowieści. Zaczyna ją basowe burczenie. Obok wytłumiony saksofon zaczyna podśpiewywać pod nosem. Pozostała dwójka muzyków wchodzi do gry po parudziesięciu sekundach. Vasco piłuje talerze i uprawia mikro drumming swoją trzecią ręką, kornet Artura wącha kwiatki. Końcowy etap nowej odsłony Konferencji Ptaków dba o nasze emocje. Za sprawą Rafała, a także Vasco dynamika ekspozycji rośnie systematycznie. Jest tempo, są bystre reakcje, a perkusista zdaje się używać tylko niektórych krawędzi swoich tajemniczych przedmiotów. On płynie nad resztą, nie zaś pod nią i jeszcze fantastycznie czuwa nad dramaturgią całości. Ale ta wyjątkowa opowieść ma oczywiście czterech bohaterów. Kornet i alt ślą ostatnie, miłosne pozdrowienia, a bas proponuje końcowe metry podróży pokonać w rytmie … bluesa. To dance, or not to dance? Yes, it’s dancing!



czwartek, 7 maja 2020

Agustí Fernández! The Four For Fun!


Nasz ulubiony, swobodnie improwizujący pianista Agustí Fernández skończył pod koniec ubiegłego roku magiczne 65 lat, zatem zgodnie z maksymą pewnego doskonałego filmu włoskiego *) nie ma już czasu na robienie rzeczy, które nie sprawiają mu przyjemności!

Kataloński artysta bardzo poważnie potraktował ową cezurę wiekową i w jakże szalonym roku 2020 zdążył już zaserwować nam kilka niebywałych płyt. Za chwilę skrzętnie je wszystkie omówimy dodając drobną, acz niezwykle istotną zaległość z ubiegłej jesieni. Zaczniemy od litewskiego duetu (płyta ma premierę nośnika fizycznego w kolejnym tygodniu), potem dwa tria z udziałem jego soul brother Barry Guya, wreszcie kwintet, który zdał się być cudowną ozdobą Festiwalu Ad Libitum we wspaniałym roku 2017.

Czytajcie recenzje, słuchajcie płyt i przede wszystkim – kupujcie je, wspierajcie muzyków i małych wydawców wielkich płyt z muzyką swobodnie improwizowaną!




Agustí Fernández/ Liudas Mockūnas  ‎Improdimensions  (NoBusiness Records, LP 2020)

Bystra kompilacja nagrań z dwóch koncertów Agustiego i Liudasa Mockūnasa (klarnet kontrabasowy, saksofon sopranowy i tenorowy), jakie odbyły się w latach 2018-19 w Wilnie, w ramach inicjatywy koncertowej Improdimensions. Płyta o takim właśnie tytule zawiera sześć improwizacji, przy czym najpierw słuchamy utworów z roku ubiegłego, potem tych nieco starszych. Całość odsłuchu, to 41 i pół minuty.

Koncert z roku 2019 zaczyna zwinne piano wprost z klawiatury. Obok chybotliwy, zaczepny saksofon sopranowy, który podobnie jak jego interlokutor, lubi szybkie palcówki. Narracja nabiera dynamiki, jest szorstka, daleka od ckliwości, choć jednocześnie lekka, mimo wielu dramaturgicznych zakamarków. W połowie utworu muzycy stopują, a filigranowe piano stawia stempel wyjątkowej urody. Taniec na jego strunach, w towarzystwie sprytnego sopranu, wiedzie muzyków ku ostatniemu dźwiękowi. Kolejną część, do której muzycy przechodzą bez sekundy ciszy, zaczyna skrzeczący jak kwoka sopran. Piano wchodzi do gry po paru chwilach i zwiastuje, niczym dobosz, zmysłowy marsz wzajemnych imitacji. Agustí chwyta się pierwszy raz tego wieczoru preparacji, wsadza głowę w przepaść pudła rezonansowego, dla odmiany Liudas kwili na grzędzie niczym skowronek, tworząc ciekawy dysonans estetyczny. Potem chwila na saksofonowe solo z duża dawką emocji i następujący po nim, klasycyzujący pasaż piano. Nim dotrą do końca, krótkie solo stanie się także udziałem pianisty. Trzecią część muzycy zaczynają wspólnie – swawolą z gracją, ale w pełnym skupieniu. Dużo swobodnych, czystych dźwięków, w rozkołysanym tańcu open jazzu. Tenor, który zastąpił sopran buduje nastrój, a potem dokłada do ognia. Prychy i dąsy kreowane na dużej dynamice pięknie wplątują się w dźwięki białych i czarnych klawiszy.

Cofamy się o rok. Agusti kreuje samodzielnie deep & black story. W duchu bystrego minimalizmu, nie bez dramaturgicznych powtórzeń, preparacji i rezonansu, aktywnie czeka na partnera. Ten drugi, wyposażony w klarnet kontrabasowy, burczy, skrzeczy, buduje drony. Filigranowe palcówki po strunach i dyszach tworzą piękny, tajemniczy, nieco oniryczny klimat. Muzycy, pełni perkusyjnych skojarzeń, wyruszają w taneczną przebieżkę. Agustí ponownie sięga po preparację i trzymając rytm kreśli jeden z bardziej udanych fragmentów całej płyty. Wyłącznie do pianisty należy odcinek piąty. Zaczyna go ciepłymi, klasycyzującymi klawiszami. Bez zbędnej zwłoki nabiera stanowczości i ognia. Bije szczególnie w czarne klawisze i tańczy opętany kreacją. Nim wybrzmi, zdąży jeszcze osiągnąć stan wyjątkowo drżącej ciszy. Na finał płyty powraca najmocniejszy z klarnetów – rezonuje z całym światem, rży jak koń. Liudas tryska emocjami, dobrymi i złymi. Agusti podłącza się do narracji tuż przed upływem drugiej minuty. Dęciak idzie ku górze, piano rozlewa się szerokim, na poły perkusjonalnym strumieniem. Obaj artyści tańczą w metafizycznej niemal symbiozie. Najpierw kipią złotem free jazzu, potem lepią się w drony, rezonują, trzeszczą, drżą i krzykliwie repetują. Stawiają kolejny stempel doskonałości, czyniąc całe nagranie jednym z najbardziej intrygujących, jak do tej pory, ujawnień muzycznych w pandemicznym roku 2020. Jakby na poparcie tezy recenzenta, z krzykiem i mocą tworzenia artyści cudownie przechodzą od masywnej, dynamicznej ekspozycji w otchłań gasnących iskier improwizacji. Brawo!




Don Malfon/ Agustí Fernández/ Barry Guy  Mutations  (Fundacja Słuchaj!, CD 2020)

Wspólne płyty Agusti Fernandeza i Barry Guya liczyć można zapewne w setkach sztuk, także ich spotkania trzyosobowe mają swoją wspaniałą historię. Jednakże ich lutowe spotkanie (Kultur-Schranne, Dachau, 2019) z hiszpańskim saksofonistą Donem Malfonem (alt i baryton; w paszporcie żyje, jako Alfonso Muñoz) jest pierwszym tego rodzaju przedsięwzięciem (choć grali razem w ramach jednej z edycji Liquid Quintet). Siedem swobodnych improwizacji, które śmiało mogą kandydować do miana … najgłośniejszych i najbardziej zadziornych pozycji w dyskografii doświadczonych muzyków. Także i młodziak z Barcelony może być z niej całkowicie dumny! Całość trwa 51 minut i 31 sekund.

Zaczynamy z grubej rury i tak będzie (z krótkimi przerwami) do końca tego koncertu! Ostre piano z wykorzystaniem klawiatury, trzeszczący, rezonujący ze wszystkim saksofon, wreszcie zwinne, free jazzowe pizzicato kontrabasu – narracja nabiera rumieńców od pierwszej sekundy, dość szybko zdaje się znajdować o krok od akustycznego hałasu. Alt tańczy, piano brnie w preparacje, gryf strunowca charczy boleśnie – każdy z muzyków dokłada tu cegiełkę do jakże smakowitego obrazu całości. Po kilku minutach alt brzmi niczym dziecięca piszczałka zmutowana promieniowaniem atomowym. Opowieść tria gna przed siebie lub niespodziewanie staje w miejscu, drży i hamuje jak suwnica przemysłowa. Im dalej w las, tym przybywa bardziej skupionych, często preparowanych fonii ze strony każdego muzyka. Jeśli otwarcie płyty było trzęsieniem ziemi, to dalej może być jeszcze lepiej! Druga opowieść na starcie zachowuje pozory łagodności – alt pośpiewuje, kontrabas i piano pląsają w formule open jazzu. Guy sięga po smyczek (będzie się działo!), Fernandez dyktuje tempo czarnymi klawiszami, a Malfon szuka śpiewnej zaczepki z tym drugim. Akcje, które skutkują wyłącznie dobrymi reakcjami – dramaturgiczne peaki i zmysłowe sanacje, z których jedna kończy utwór w post-jazzowej ciszy. Trzecia ekspozycja stawia nas ponownie do pionu. Coś szumi, chrobocze w pudle fortepianu, podczas gdy małe frazy kontrabasu budują napięcie. Nagle na scenie pojawia się baryton i zaczyna chrapać, a potem skowyczeć. Narracja buduje się wyjątkowo skrupulatnie, ale już po trzech minutach osiąga stan post-industrialnych emocji, jakich doświadczyliśmy w pieśni otwarcia - grzmoty czerstwej akustyki, repetycje i półmelodyjne zawodzenia.

Czwartą opowieść otwiera masywne piano percussion i saksofon. Smyczek drży z oczekiwania, rezonuje w poszukiwaniu ciszy. Akustyczny ambient, który zwiastuje nieuchronną katastrofę. Brak pośpiechu, dronowe frazy, liczenie strun i barokowy smyk w pięknym stylu ratują nam jednak skórę! Wejście w piątą improwizację zdaje się być wyjątkowo bolesne – wszyscy preparują, brną w gęstą narrację, pot leje im się po skroniach. Kolektywna kreacja eksploduje – piski, świsty, trzaski i rzężenia! Rodzi się rytm, ale dziwny, jakby znikąd – post-industrial heavy impro stawia stemple mocy i doskonałości. Całość zostaje zwinnie zgaszona do poziomu dźwięku pojedynczych strun. Brawo!

Piano preparowane perkusyjnym temperamentem Katalończyka budzi do życia przedostatnią opowieść. Tuba rży, parska i prycha, a kontrabas oddycha i schodzi poniżej poziomu morza. Krok z samego środka ciszy w bystrą kipiel emocji zajmuje muzykom kilka nanosekund. Akcje, reakcje, dewiacje – preparacje, moc percussion z każdego miejsca sceny, a potem fraza pięknego hałasu. Saksofon piszczy i świszczy budując bodaj najgłośniejszy fragment koncertu, ale Agusti przy pomocy białych i czarnych klawiszy tłumi wszystko do poziomu ciszy. Finałowa opowieść bynajmniej nie studzi emocji, a wręcz je wzmaga! Struny piana i kontrabasu imitują się wzajemnie, coś drży w tubie, znów nie wiadomo skąd dociera do nas coś na kształt rytmu. Tempo rośnie, ogień obejmuje już wszystkie kondygnacje – harshowy saksofon, szybkie piano i wulgarny post-barok kontrabasu! What a game! Muzycy są ze sobą razem aż po ostatni dźwięk, perfekcyjnie przygotowani na … burzę oklasków.




Snekkestad/ Fernández/ Guy ‎ The Swiftest Traveler (Trost Records, CD/LP 2020)

Pozostajemy w trio z udziałem pianisty i kontrabasisty, zmienia się jednak muzyk odpowiedzialny za instrumenty dęte. Tym razem będzie nim Torben Snekkestad, który na spotkanie z mistrzami free improv zabrał ze sobą saksofon sopranowy, tenorowy, trąbkę i klarnet. Nagranie miało miejsce w słynnym kolońskim Lofcie (dwa czerwcowe dni roku 2018), a na płycie trwa 44 i pół minuty.

Formuła otwarcia improwizacji wydaje nam się nad wyraz przejrzysta – strzały w klawiaturę fortepianu, smyczek na kontrabasie gotowy na wszystko i wysoko podwieszony saksofon sopranowy, który kwili na boku, szukając jednak dramaturgicznej zaczepki. Subtelność mocy, siła skupienia, dbałość o niuanse, filigranowe frazy i smartne reakcje. Narracja toczy się z dużą amplitudą emocji i natężenia dźwięku – bywa cicha i spokojna, innym razem staje się zadziorna i tłusta. Chamber, który szuka wrażeń i na ogół je znajduje, tworzy się w kolektywnym dialogu, raczej stroni od samotnych monologów. Na finał utworu otwarcia Torben na moment sięga po trąbkę. Druga opowieść od startu buduje gęstą, chciwą narrację – zadziorny sopran i piano z basem, stawiające dramaturgiczne zasieki. Muzycy bez trudu znajdują jednak ciszę i ukojenie, po czym równie błyskotliwie osiągają stan niemal free jazzowej kipieli. Ognista faza improwizacji na koniec sięga po kameralne zakończenie. Trzecia opowieść zaczyna się delikatnymi preparacjami i wysoko podwieszony saksofonem tenorowym. Bystre dark acoustic z akcentami percussion, szelesty, gniecenie przedmiotów (?) i inne akustyczne przepięcia mocy. Po pewnym czasie narracja znów sięga po ogień free jazzu, by na koniec rozlać się bardzo szerokim korytem.

Czwarta część powstaje z małych fraz i równie filigranowych reakcji. Chamber spogląda w kierunku open jazzu – nie bez subtelności, nie bez lokalnych eskalacji, ale też bez nadmiernego ryzyka. Recenzent ma wrażenie, że starsi Panowie chętnie skoczyliby w ogień, ale młodszy kolega z Norwegii nie podziela ich entuzjazmu. W kolejnej części, rozpostarty w poprzednim odcinku open jazz zdaje się szukać rozwiązań free improv – preparacje piano i saksofonowe, sonorystyczne półgierki, które w ostatecznym rozrachunku prowadzą jednak do zbudowania nowej, dynamicznej free jazzowej opowieści. Przy okazji Torben prezentuje świetną ekspozycję na saksofonie, wspartą na masywnym brzmieniu piana i kontrabasu. Szczególnie udane zdaje się być niemal ambientowe zakończenie tej opowieści.

Szósta improwizacja zaczyna się u stop ciszy - oddechy, mikro frazy głuchego dźwięku, szelest i szum niewidzialnego, czarne klawisze i gołe struny. Guy buduje nisko zawieszony dron, piano reaguje bardzo bystrze, a saksofon prycha suchym powietrzem. Czas na finałową partycję nagrania. Do gry wchodzi po raz pierwszy klarnet. Nastrój narracji budują frazy piana wprost z klawiatury, dołem sunie pizzicato kontrabasu. Open jazz nabiera rumieńców, po czym niespodziewanie zaczyna poszukiwać ciszy. Na ostatnią prostą do gry desygnowany zostaje saksofon tenorowy, który śpiewa czystym, balladowym niemal tembrem. Recenzent notuje, że być może ta płyta mogłaby być nieco bardziej emocjonalna, wybuchowa, bardziej nastawiona na ryzyko, ale stempel barokowego smyka gasi zarówno te ambiwalencje, jak i cały koncert.




Liquid Quintet  Flux (Fundacja Słuchaj!, CD 2019)  **)

Dwunasta edycja warszawskiego Festiwalu Ad Libitum, październik roku 2017, a na scenie CSW katalońskie Liquid Trio rozbudowane polskimi rękoma do kwintetu: Agustí Fernández – fortepian, Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy, Ramon Prats – perkusja oraz Artur Majewski – trąbka i Rafal Mazur – akustyczna gitara basowa. Koncert, który w rzeczywistości był jednym ciągiem zdarzeń fonicznych, dostajemy w pięciu częściach, trwających łącznie pełne 42 minuty i dodatkowe 4 sekundy.

Kwintet muzyków klasy najwyższej kolektywnie podejmuje nieistniejący temat improwizacji. Każdy dokłada małe frazy, na które pozostali świetnie reagują. Od pierwszej sekundy mamy wrażenie, że ta piątka muzyków gra ze sobą od kołyski (po prawdzie grają razem dokładnie po raz … drugi!). Dęciaki plotą półśpiewy, klawisze i pulsujący bas budują bazę, a perkusja drży i szeleści kreując pierwsze znamiona rytmu. W połowie czwartej minuty faza smukłych dronów dobrze buduje napięcie. Potem speed piano rozkręca zabawę, ale szum z tuby saksofonu tenorowego błyskotliwie ją zgasi i zaproponuje pierwszy przystanek na preparowanie dźwięków. Wejście w trak drugi (zgodnie z zapisami preambuły recenzji) odbywa się oczywiście nad wyraz płynnie i bez użycia ciszy. Piękno drobnych dekonstrukcji fonii z pianistą na samym szczycie zdarzenia. Spirala narracji sukcesywnie nakręca się dzięki kolektywnej burzy męskich hormonów. Sygnał do free jazzowego ataku idzie wprost z klawiatury, dokładnie w połowie piątej minuty. Pianista dewastuje instrument, saksofonista (już sopran!) eksploruje moc przestrzeni sali koncertowej, reszta także nie trwoni choćby sekundy. Kolejny peak emocji ma miejsce dokładnie w połowie siódmej minuty, po czym muzycy, a w zasadzie sam perkusista otwiera trzecią część koncertu. Dęciaki piszczą jak kociaki, bas drży po słoniowemu. Narracja buduje się tym razem w tempie drummera, kreowana głównie temperamentem pianisty.  Po upływie czwartej minuty zaskakujący krok w tył – dramaturgiczne gierki, małe zaczepki, coś na kształt naszego ulubionego call & responce, ale budowanego na dynamice basu. Gaszenie tego wątku nagrania trwa w nieskończoność i zdaje się być równie długotrwale piękne.

Czwarta partycja daje koncertowi jakby nowe życie – kolejne preparacje piana, puls basu i mikro eksplozje pozostałych instrumentów. Swoje pięć minut ma tu Mazur, który rządzi, stawia cele i egzekwuje ich realizację. Brawo! Saksofon krzyczy, piano gna na zatracenie, trąbka jęczy, perkusja stawia na zdrowy progres. Po upływie piątej minuty – bez nadmiernego rozlewu krwi - władzę przejmuje Fernandez, po czym gasi płomień eksplozji. Znów swoje dorzuca bas, a na krótką solówkę wypuszcza się Majewski. Znów brawo! Ten tygiel improwizowanych szaleństw tłumiony jest kolektywnie, na ogół dronową estetyką, z separatywnym, post-klasycznym głosem fortepianu. Finał koncertu rodzi się niemal w ciszy i nie będzie – co do zasady – naruszał jej klimatu aż do ostatniego dźwięku. Preparowane slow motion w błyskotliwy sposób, pełne mrocznych subtelności, szuka dramaturgicznie uzasadnionego zakończenia. Czarny klawisz fortepianu, niczym dzwon, obwieszcza artystyczny wybór. Rezonans zaniechania, skupienie nadchodzącej ciszy, a potem … burza oklasków, która miała miejsce w rzeczywistości koncertu, lecz na płycie została nam oszczędzona.


*) Paolo Sorrentino Wielkie Piękno/ La grande bellezza, 2013


**) Płyta Flux pierwotnie miała zostać opatrzona stosownym liner notes, które wyszło spod pióra Pana Redaktora. Ostatecznie tekst nie trafił na okładkę płyty, ustępując miejsca pięknym, czarno-białym fotografiom z koncertu. Tekst wszakże żyje i właśnie w tym miejscu postanawiamy przytoczyć go w całości.




Historia “płynnego” tria z Barcelony sięga początków bieżącej dekady. Wtedy to Agustí Fernández, Albert Cirera i Ramon Prats – inspirowani koncepcją “liquid modernity” Zygmunta Baumana, opisującą świat, w którym nic nie jest stałe, wszystko zaś ulega ciągłym zmianom – postanowili założyć „working band”, który socjofilozoficzne teorie przełoży na język muzyki bardzo swobodnie improwizowanej. Nadali mu zatem nazwę Liquid Trio. W roku 2013 wydali swój debiutancki krążek „Primer dia i última nit”, trzy lata później dołożyli „Marianne”, a w kolejnym „The Liquid Trio plays Bernouilli”. Ten ostatni już w ramach inicjatywy wydawniczej „Fundacji Słuchaj!”.

W praktyce koncertowania i uprawiania improwizacji katalońskie trio – od czasu do czasu, w celu poszerzania horyzontów muzycznej percepcji - bywało personalnie rozbudowywane do rozmiarów kwintetu. W ten sposób z muzykami Liquid Trio zagrali Joe Morris i Johannes Nästesjö, a także całkiem niedawno Barry Guy i Don Malfon. W maju zaś 2017 roku na katalońskim Festiwalu w Vic, w rolę gości wcielili się muzycy z Polski - Artur Majewski i Rafał Mazur. Niemal pół roku później muzycy, zadowoleni z pierwszego spotkania, postanowili koncert powtórzyć i wystąpili na 12. Festiwalu Ad Libitum w Warszawie. Drogi Słuchaczu, masz właśnie w dłoniach fonograficzną pamiątkę z tego spotkania.

Nagranie koncertowe zarejestrowana w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej pięknie wpisuje się w coraz bardzo zacieśniające się relacje polsko-katalońskie na polu muzyki improwizowanej. Pianista Agustí Fernández wydał już w Polsce więcej niż dziesięć płyt – w tym także duety i tria z Arturem Majewskim i Rafałem Mazurem, które były prologiem ich współpracy. Saksofonista Albert Cirera całkiem niedawno wydał tu swoją piątą płytę (m.in. z Rafałem Mazurem), a w kolekcji iberyjskiej serii Trybuny Muzyki Spontanicznej i Multikulti Project ma już trzy pozycje. Perkusista Ramon Prats także jest częstym stałym uczestnikiem płyt tej serii.

Warszawski, ponad 42 minutowy koncert, to prawdziwy muzyczny konkret – jeden, szeroki strumień improwizacji, w pełni wyzwolonej, świetnie skomunikowanej wewnętrznie, która równie intensywnie kocha free jazz, jak i abstrakcyjną, swobodną kameralistykę. Świat dźwięków preparowanych, narracji kipiących emocjami, ale budowanych z dramaturgiczną powściągliwością, nastawionych na eksperymenty sonorystyczne. Życie w stanie permanentnie zmiany, tam, gdzie nic nie jest z góry ustalone, gdzie każde z przyjętych rozwiązań ma szansę mieć swój sens i wewnętrzną logikę.




środa, 21 sierpnia 2019

R.A.N.! Five Spontaneous Ones!



Iberyjska muzyka improwizowana zdaje się pozostawać w permanentnym rozkwicie, a już na pewno dzieje się tak na … ziemi polskiej! Parę chwil temu na zaprzyjaźnionych łamach Jazzarium.pl świętowaliśmy dziesiątą i jedenastą polską płytę Vasco Trilli, a już donieść możemy, że właśnie ukazała się piąta polska płyta Alberta Cirery.

Kataloński saksofonista pojawia się tym razem w bardzo międzynarodowym towarzystwie – Rafała Mazura na akustycznej gitarze basowej i szwajcarskiego perkusisty Nicolas Fielda. Muzycy nazwali swoje trio R.A.N., co z jednej strony podkreśla fascynację kulturą dalekowschodnią polskiego basisty, z drugiej zaś jest – co oczywiste – akronimem pierwszych liter imion muzyków tworzących trio.

Płyta zwie się Five Spontaneous Ones, co niezwykle udanie opisuje zawartość nagrania koncertowego z krakowskiej Alchemii, z czerwca ubiegłego roku, dodatkowo prawidłowo informuje o ilości utworów na płycie. Wydawcą CD jest Not Two Records.




Spontaniczna pierwsza. Kolektywny start całej trójki, małe pętle basu, powiewy suchego powietrza z tuby saksofonu tenorowego, aktywny drumming. Narracja jest spokojna, czyniona w tempie marszowym, ale od początku gęsta i wyrazista. Mistrzowska klasa! Cirera szczerzy zęby, tnie powietrze nierównym oddechem, syczy ze złości lub zalotnie podśpiewuje. Field dba o dynamikę i minimalizuje ryzyko pustych przebiegów do zera bezwzględnego. Mazur pilnuje dolnych stref strumienia dźwiękowego, szyje opowieść bardzo gęstym ściegiem. Już w 5 minucie trio osiąga stan free jazzowego galopu, realizowanego z saperską precyzją, rozsiewającego tylko dobre emocje. 

Spontaniczna druga. Basowa kipiel na wejściu, komentowana sykiem tuby, która zdaje się być zamknięta tajemniczym przedmiotem. Perkusista liczy krawędzie werbli i tomów, jak zwykle czyni wszystko w atrakcyjnym dramaturgicznie pośpiechu. Masywny, rockowy drive basu świetnie z tą ideą konweniuje. Tu eksplozja następuje już po upływie 120 sekund. Trio gna na złamanie karku bez zbędnych subtelności, aż tuba jęczy z bólu, co ma miejsce w okolicach 5 minuty. Muzycy kolejny raz stylowo gaszą płomień narracji, świetnie się wzajemnie słuchają, każdy z nich wyczulony jest na następny ruch partnera.

Spontaniczna trzecia. Na gryfie gitary basowej pojawia się smyczek! Saksofon płynie wydłużonymi w czasie frazami. Talerze drżą, werble i tomy tańczą w miejscu. To cisza po burzy, to zdaje się także cisza … przed burzą. Tuba imituje smyczek, smyczek łypie okiem na tubę – jakże piękne okoliczności czwartej minuty utworu. Jak tryby zwinnej maszyny, muzycy nakręcają się wzajemnie, by już w 6 minucie ogłosić kolejny stan wzmożonej dynamiki.  W czeluść ognia wyjątkowo zmysłowo skacze saksofon. Sekcja rytmu zrywa pierwszą warstwę podłogi.  Masywne tłumienie pieśni odbywa się zaś na barkach basu i tenoru, który tańczy wyjątkowo wysoko. I jeszcze bystre solo perkusji – dancing in the sunset!

Spontaniczna czwarta, niczym pierwsza, startuje bardzo kolektywnie, wyposażona wszakże w wysoko strojony saksofon sopranowy, który zdaje się sięgać czubka nieba. Dynamiczna narracja, ale z dużą porcją powietrza pomiędzy dźwiękami. Bas błyskotliwie skacze, saksofon porykuje melodycznie, perkusja, niczym walec, pcha całość ku szczęśliwemu zatraceniu. W tym galopującym już tyglu nieoczywistości saksofon niespodziewanie poszukuje akcentów sonorystycznych. Brawo! Drive Rafała dostaje dodatkowych mocy, czyniąc całość krwistym power trio! W ramach wisienki na torcie, coltrane’owski sznyt sopranu, dancing in the sunrise! Jakże cudnie zastopowany!

Spontaniczna piąta. Preparacje w podgrupie sax & bass, nie bez akcentów drums. Skaczący od lewej do prawej strumień dźwięków, outside & inside, ale już gęsty, ociekający suchym potem. Like free chamber to free jazz is only one step! Bas czuje już napisy końcowe, wpada w szał, saksofon go imituje. Mocny, jakże wymowny finał intensywnej, free jazzowej podróży po zakamarkach swobodnej improwizacji. Cirera, jako ostatni gasi światło, mając usta wypełnione melodią.