Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dmitriy Lapshin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dmitriy Lapshin. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 lipca 2021

Overlapping Layers! Nästesjö & Lipscomb! Trilla with Daisy and with Gärdin! Voutchkova! Noble! Thompson! Costa! Dogs Bite Back! The July Morning’ Round-up!


Słowo się rzekło, lipiec u bram! Czas na comiesięczną zbiorówkę recenzji najbardziej świeżych płyt z muzyką improwizowaną, jakie zna planeta Ziemia! Dziewięć propozycji na letni odczyt, odsłuch i oczywiście zakupy!

W podtytule naszego zestawienia winno paść słowo pandemia. Poza pierwszym i ostatnim nagraniem, wszystkie pozostałe powstały już bowiem w czasach pandemii – zatem na ogół są nagraniami solowymi, a jeśli są duetami, to powstałymi … w efekcie sklejenia na etapie post-produkcji dwóch solowych ścieżek. Jest wśród nich jednak pewien duet, który powstał w wyniku kontaktu fizycznego obu artystów – na szczęście!

Czas poznać dzisiejszą marszrutę! Zaczniemy w Zjednoczonym Królestwie, jeszcze w roku 2019, potem będziemy już w roku 2021 i odwiedzimy szwedzkie Malmö, zaraz potem będziemy jedną nogą w USA, a drugą w Barcelonie, podobny rozkrok dokonany pomiędzy Sztokholmem, a wspomnianą już Barceloną. W dalszej kolejności czekają nas samotne spacery po Berlinie, Londynie (dwukrotnie) i Lizbonie, by ostatecznie powróć do roku 2019 i bezpiecznie (to się jeszcze okaże!) wylądować w Sankt Petersburgu!

Dziewięć płyt, tylko 15 muzyków! Ale emocje gwarantowane!

 


Overlapping Layers (Gibbs/ Lash/ Van Schouwburg)  Sikeltolodas (Intrication, CD 2021)

Naszą dzisiejszą wycieczkę dźwiękoznawczą rozpoczynamy w Walii, gdzie we wrześniu 2019 roku, w okolicznościach studyjnych, muzykowało dwóch Brytyjczyków i jeden Belg: Phil Gibbs na gitarze elektrycznej, Dominic Lash na kontrabasie i pracujący wokalnie Jean-Michel Van Schouwburg. Panowie stworzyli sześć bardzo swobodnych improwizacji (absolutnie niepredefiniowanych, co podkreślają na okładce!), których odsłuch zajmuje nam 46 minut i kilka sekund.

Trójka muzyków z okolic Kanału La Manche proponuje nam spektakl, który stawia na dramaturgiczne zaskoczenia, sypie niespodziankami, jak z rogu obfitości, choć w warstwie instrumentalnej zdaje się stawiać na sprawdzone patenty. Gitara Gibbsa kocha tu jazz i bardzo rzadko o tym zapomina. Świetnie swinguje, buduje zwartą melodykę, a w partiach dynamicznych imponuje świetną techniką użytkową. Kontrabas Lasha (znamy się przecież świetnie!) również ciągnie narrację w kierunku jazzowym (dynamiczne pizzicato nie pozostawia złudzeń), ale wrodzona miłość do kameralistyki i piękna praca smyczka sprawiają, iż w tych właśnie wytłumionych, ale jakże swobodnych improwizacjach całe trio czuje się najlepiej. Wreszcie wokalistyka Schouwburga (też znamy się świetnie!) - ten muzyk potrafi doskonale zadbać o nasze emocje! Śpiewa post-operowym tembrem, nuci przy goleniu, wymienia wszystkie trudne spółgłoski na wdechu, czasami przypomina dzikiego kota, zamienia się w żabę szerokoustną, śmiało radzi sobie w roli cyrkowego słonia, a jak trzeba, jego wokaliza przypomina szczebiot mew lub monologi Kaczora Donalda.

Muzycy startują z pozycji absolutnie swobodnej improwizacji, by już w drugiej części stylowo i niemal tanecznie swingować. Potrzebują kolejnych kilku chwil, by głęboko zanurzyć się w kameralnej zadumie. Owe dychotomie stylistyczne gitary i kontrabasu wokalista połyka jednym ruchem ust. Tak czyni choćby w trzeciej części, która zdaje się być pierwszym poważnym krokiem ku samodoskonaleniu się całej improwizacji. W kolejnej części dostajemy garść porannych śpiewów przy goleniu, a już w piątej i szóstej odsłonie trio wchodzi na poziom naprawdę smakowitego free impro. Zaczynają w ciszy, szemrają, mlaskają, głęboko oddychają. Okazjonalnie łapią jeszcze swingujący dryl, ale smyczek i nieskończone możliwości wokalisty sprawiają, iż nawet jazzowa gitara zdolna jest rysować dalece abstrakcyjne frazy. W końcowej improwizacji głos przypomina roześmianego konia, a łagodna gitara buduje  wstęp do pięknej ekspozycji smyczka. Każdy za artystów dokłada tu swoje najlepsze frazy – dźwięki płyną z dużą swobodą, ale i dramaturgiczną precyzją, a improwizacja zmysłowo przygasa na wysoko zawieszonym smyczku.

 


Johannes Nästesjö/Jon Lipscomb  Malmömento (Discordian Records, DL 2021)

Czas na pandemiczny duet w czasie rzeczywistym! Dwie tegoroczne sesje nagraniowe, koniec stycznia i początek lutego, szwedzkie Malmö i nasi dobrzy znajomi - Johannes Nästesjö na kontrabasie oraz Jon Lipscomb na gitarze elektrycznej. Ich swobodna improwizacja składa się z siedmiu części i trwa 42 minuty.

Obu artystów całkiem bezpiecznie zaliczyć możemy jeszcze do artystycznej młodzieży, także ich duet koniecznie winniśmy nazwać młodzieżowym. Z wielu zresztą względów. Muzycy dotarli na sesje nagraniowe naładowani pomysłami, ale też pełni artystycznego zniecierpliwienia, po młodzieżowemu z zagotowanymi głowami. Ich płyta budzi bowiem sporo ambiwalencji, właśnie z uwagi na fakt, iż muzycy mają zbyt wiele pomysłów na swobodną improwizację, na stosowane techniki gry, tudzież wzajemne interakcje. Często dany koncept porzucają w pół zdania, a nawet krótsze utwory naznaczone są jarzmem ciągłej zmiany. Od tego lunaparkowego zgiełku może naprawdę głowa rozboleć. Ale dość tych narzekań. Bez trudu w nagraniu tym odnajdziemy wiele momentów naprawdę ekscytujących.

Johannes zaczyna ostrym, odrobinę brudnym smyczkiem, silnie posadowionym na gryfie kontrabasu. Gdy pracuje w tym trybie, zawsze możemy przy danym fragmencie improwizacji postawić duży znak jakości.  Gitara Jona bywa zalotna, czasem pachnie post-jazzem, innym razem na jej gryfie tlą się emocje post-rocka. Często sięga po preparacje, rzadziej stosuje gitarowe przestery i pick-up’owe niespodzianki. W drugim utworze artyści bardzo udanie dyskutują długimi frazami, zmyślnie rozegranymi ekspozycjami. W trzeciej ich post-jazz natrafia na strzępy psychodelii i wtedy robi się naprawdę ciekawie. W kolejnej części na poły barokowe frazy smyczka zderzają się z rockowym temperamentem gitary. Najciekawiej jest chyba w części szóstej, gdy muzycy przez dłuższą chwilę są konsekwentni dramaturgicznie (!) i budują posuwistymi dronami mroczną, niemal ambientową ekspozycję. Znajdują też wtedy chwile, by swoje emocje zanurzać w otrzeźwiającej ciszy. Ostatnia improwizacja stawia na krótkie, urywane, chwilami filigranowe frazy. To estetyka, w której Szwed i Amerykanin czują się naprawdę dobrze.

 


Vasco Trilla & Tim Daisy  Bristling Duets (Relay Recordings, CD 2021)

Omówienie dwóch covidowych duetów perkusisty i perkusjonalisty Vasco Trilli zaczynamy od wirtualnego spotkania z amerykańskim drummerem Timem Daisy. Ten drugi pracował w Chicago, Katalończyk - rzecz jasna - w Barcelonie. Dwie solowe sesje miały miejsce wiosną tego roku. Nie wiemy, który z muzyków pracował jako pierwszy, domyślamy się wszakże, iż był to Trilla. Panowie przygotowali dla nas trzynaście improwizacji, które trwają łącznie niespełna 40 minut.

Duet dwóch solowych perkusistów, to jakby prezentacja ying & yang współczesnej, improwizującej perkusji. Daisy koncertuje się na drummingu, używa wszelkich dostępnych metod i technik gry, ale de facto pozostaje na etapie bębnienia. Bije rytm i buduje odpowiednią dramaturgię. W całkowitej opozycji do takiej postawy znajduje się Trilla – mistrz no drumming percussion. Muzyk kreuje ambientowe tło, używa niezliczonej ilości technik wydobywania dźwięków, nie stroni od gongów, rezonujących talerzy i armii swoich cudacznych przedmiotów emitujących najprzeróżniejsze fonie, ale … choćby przez moment nie bębni, ani nie buduje struktury rytmicznej (jeśli już, to jedynie w utworze dziewiątym). To specyficzne terytorialnie spotkanie dwóch perkusji nie jest zatem tym, czym mogłoby się wydawać przy lekturze zapisów okładki płyty. Bez zbędnej zwłoki zaglądamy przez drzwi drummerskiej percepcji i oto, co znajdujemy.

Początek, to suchy drumming, na który reagują rezonujące talerze. Zaraz potem szczoteczki perkusyjne pracują w towarzystwie drżących, metalowych przedmiotów, by po chwili wcielić się w rolę dobosza, który pogrywa rytm cyrkowemu iluzjoniście. Kolejne krótkie improwizacje to m.in. metaliczna, matowa perkusja w zetknięciu ze śpiewającymi zabawkami perkusyjnymi, znów spotkanie typowego drummingu z błyszczącymi talerzami, czy ciekawy moment pracy stopy na bębnie basowym w kontrze do dźwięków instrumentu strunowego. Ósma opowieść, to drummerski balet po krawędziach, a kolejna, to właśnie ów moment, gdy perkusiści wspólnie budują rytm – jeden na werblu, drugi na talerzach. Kolejna część zderza small drums z mrocznym ambientem rezonujących, niezidentyfikowanych obiektów. W ostatnich trzech improwizacjach ciężar kreowania dalece nieperkusyjnych fraz zdaje się spoczywać już na obu artystach. Z pewnością te fragmenty zaliczyć możemy do najlepszych na płycie. Poszczególne narracje stawiają na drobne, filigranowe frazy i dużą porcję preparowanych dźwięków, które bardzo efektownie wybrzmiewają na zakończenie nagrania.

 


Per Gärdin & Vasco Trilla  Singularity (Creative Sources, CD 2021)

Kolejny separatywny duet! Per Gärdin (saksofon altowy i sopranowy) pracował w Sztokholmie, Vasco Trilla (kocioł, gongi, metronomy, mały zestaw perkusyjny, clock chimes) - w Barcelonie. Wszystko działo się pomiędzy wrześniem ubiegłego roku, a marcem obecnego. Muzycy wyprodukowali dziewięć improwizacji, które trwają łącznie około 56 minut.

Szwed i Katalończyk zabierają nas na długą i kontemplacyjną podróż po bezdrożach improwizacji, która zdaje się nie mieć spektakularnego początku, ani definitywnego końca. Muzycy pracują nieśpiesznie, jakby płyta kompaktowa, na której zamierzali pomieścić swoje nagrania była z gumy. W trakcie niemal godzinnej narracji Trilla prezentuje cały arsenał artystycznych środków wyrazu, które od niepamiętnych czasów wzbudzają w nas wyłącznie pozytywne emocje, prezentuje także nowe pomysły dźwiękowe, które wypracował w trakcie lockdownu – dużo korzysta z perkusyjnego kotła i gongów, kreuje chmury ambientu, które zdają się dobrze strukturyzować kolejne improwizacje. Saksofonista stara się kontemplować niemal każdy dźwięk, z rzadka emocje górują tu nad konsekwentnym budowaniem improwizowanego chill-outu. Wiele jego fraz pachnie psychodelią dalekiego wschodu, snuje się po podłodze lub wije po nieboskłonie. Czasami muzyka i jego instrument można porównać do bajkowego zaklinacza węży. Muzyka całego duetu broni się niemal w każdej swojej sekundzie, jakkolwiek w drugiej części płyty niektóre pasaże grane są zbyt długo, a samą płytę ocenilibyśmy o poziom wyżej, gdyby została skrócona o przynajmniej kwadrans. Wskażmy na najciekawsze jej momenty.

Każda opowieść budowana jest niezwykle cierpliwie. W drugiej części saksofonista pracuje na wdechu, buduje suspens, a narrację ciągnie do przodu syrena alarmowa i ceremonialne gongi. W kolejnej części Vasco kreuje rytm grając rękoma na werblu. Saksofon zdaje się pracować jeszcze dłuższymi, ale i zadziornymi frazami. Najciekawiej robi się w czwartej improwizacji. Vasco zaczyna swoimi wibrującymi robaczkami, buduje szumiącą przestrzeń, po której przemieszcza się kontemplujący saksofon sopranowy. Muzycy dobrze na siebie reagują, a opowieść z czasem definitywnie nabiera wigoru. Kolejne części wnoszą nowe elementy, także minimalistyczne, ale niektóre improwizacje, zwłaszcza siódma, zdają się nie mieć końca. Ósma, krótka opowieść wybudza nas ze snu. Aktywny drumming, saksofon pełen werwy - muzycy ruszają na bystry i całkiem dynamiczny trip! Finał nagrania ginie we mgle gongu, leniwych westchnień dęciaka i kłębiastych chmurach rezonansu. Czuć, że muzycy dobrze czują się w swoim wirtualnym towarzystwie. Są jak stara rzeka, która nie szuka ujścia do oceanu.

 


Biliana Voutchkova  Seeds Of Songs (Takuroku, DL 2021)

Krótki przegląd solowych nagrań covidowych rozpoczynamy od spotkania z bułgarską skrzypaczką Bilianą Voutchkovą. Część dźwięków, jakie usłyszymy na płycie nagrana została w Berlinie, we wrześniu ubiegłego roku (tu zapewne chodzi o skrzypce i głos), a cała reszta, to efekt eksperymentów artystki, prowadzonych w okolicznościach domowych czasu lockdownu. Ów intrygujący zbiór dźwięków Biliana zawarła w trwającym niewiele ponad dwa kwadranse nieprzerwanym ciągu zdarzeń fonicznych.

Początek spektaklu ogłasza gong, którego dźwięk niemal natychmiast ginie w głuchej przestrzeni nieznanego miejsca. Słyszymy mnóstwo tajemniczych, ale dalece niemuzycznych dźwięków – jakby szelest spadających papierków i całe mnóstwo szumiącej meta rzeczywistości, tej za oknem, czy też tej prawdziwie wewnętrznej. Głos artystki pojawia się jako pierwszy, tuż za nim dźwięk skrzypiec, których glazurę poleruje suchy smyczek. Opowieść sprawia wrażenie, jakby się zapętlała, zakleszczała w zamkniętej przestrzeni. Po kilku chwilach do dźwięków preparowanych skrzypiec dołączają minimalistyczne frazy piana, które natychmiast łapią dużą chmurę pogłosu. Ów pogłos zdaje się dotykać wszystkich dźwięków, jakie pojawiają się w narracji artystki. Część z nich wpada w niemal mechaniczną repetycję, wszystkie zaś one zdają się być spowite mrokiem retorycznej egzystencji. Ten swoisty rytuał samotności po kolejnej chwili zaczyna nabierać bardziej metalicznego, wręcz industrialnego posmaku.

Ceremoniał muzyki do użytku słuchawkowego trwa w najlepsze. Biliana z tysięcy mikro fraz buduje misterną, jakże efektowną plecionkę dźwięków. Gdy trzeba schodzi na samo dno ciszy, innym razem hałasuje i nie waha się wprawić talerzy w głuchy rezonans. Świetnie używa też swojego głosu, multiplikuje jego ścieżkę, czasami jej wokaliza przypomina starocerkiewne modlitwy, które błagają o nadejście niemożliwego. Raz za razem sięga też po swoje ukochane skrzypce, ale tu, w tej samotnej podróży, są one jednym z wielu przedmiotów, które dostarczają tajemniczych fonii. Po 20 minucie słyszymy szum podobny do odgłosu wentylatora, na który nakłada się swoista melorecytacja i mikroskopijny beat, sprawiający, iż  wątek ten zdaje się przypominać dubowe, berlińskie post-techno z końca ubiegłego wieku. Ostatnie minuty tej niesamowitej przygody wypełniają coraz drobniejsze fonie, nano-frazy, które zbliżają nas do niechybnego końca podróży. Finałowe dźwięki, to delikatny śpiew, tuż u progu dnia, który nie zwiastuje niczego nowego.

 


Steve Noble  Solo (Empty Birdcage Records, CD 2021)

Londyńska Hundred Years Gallery, początek grudnia ubiegłego roku i samotny perkusista w roli jedynego uczestnika spektaklu dźwiękowego. Steve Noble, bo o nim mowa, nie wymaga jakichkolwiek prezentacji, zatem dodajmy jedynie, iż w trakcie niespełna 41 minut swobodnej improwizacji korzystał on będzie ze skromnego zestawu perkusyjnego (snare drum), talerzy i równie skromnych akcesoriów perkusjonalnych.

Jedna z legend brytyjskiej perkusji zaprasza nas na świetnie skonstruowany set solowy, w trakcie którego stosuje wszelkie dozwolone i niedozwolone sposoby wydobywania dźwięków z perkusyjnych akcesoriów, doskonale preparuje dźwięk, wprawia przedmioty w kosmiczny rezonans, ale nade wszystko nie zapomina, iż jest perkusistą, a parametry rytmiczne nie przystają być dla niego istotnym wyznacznikiem każdej czynności improwizatorskiej. W jego ekspozycji zmiana zdaje się gonić za zmianą, ale tu lepsze wcale nie jest wrogiem dobrego! Muzyk doskonale kontroluje swoje działania, sprawia, iż całość jest misternie zbudowaną strukturą dramaturgiczną. Dba o szczegóły, schodzi do poziomu pojedynczego dźwięku, nie przestając być eksplozywnym one man orchestra. Wydaje się, że w znoju swobodnej improwizacji Noble doskonale wie, co zagra za moment, a co za kwadrans.

Zaczyna wachlującym talerzem, który brzmi niemal syntetycznie. Potem ugniata coś na werblu, zdaje się budować pierwszą strukturę bardziej rytmiczną, ale cały czas ma coś jeszcze do zrobienia na backgroundzie. Przed 7 minutą kreuje pierwszy pasaż bardziej typowego drummingu, ale szybko kończy go uderzeniem w gong i schodzi do poziomu ciszy. Preparuje dźwięki na całkiem efektownej dynamice, dba też o rezonujące przerywniki, przy okazji bez trudu wzbudzając emocje godne niemal sakralnego rytuału. Przedmioty w jego rękach zdolne są wydać każdy dźwięk. Potrafią brzmieć jak kastaniety, ale i przypominać szlifierską obróbkę skrawaniem lub kocie piski. Spektakl ma wiele faz, a te najpiękniejsze dzieją się być może na samym końcu. Tuż przed upływem drugiego kwadransa muzyk na moment pięknie eksponuje swój full drumming. Zaraz po wybrzmieniu jego perkusjonalia zaczynają śpiewać, a w 34 minucie rozpoczyna się efektowna symfonia rezonansu. Noble snuje chmury ambientu, kreuje industrialne hałasy, czyni całe mnóstwo niebywałych figur brzmieniowych, zdaje się pokazywać ów prosty proces fizyczny niekończącą się ilością barw i tekstur. Na ostatniej prostej dodaje kilka bardziej hałaśliwych uderzeń po talerzach i tym niemalże kuchennym rozgardiaszem kończy swój występ.

 


Daniel Thompson  John (Empty Birdcage Records, DL 2021)

Pozostajemy przy labelu Empty Birdcage i na niecały kwadrans oddajemy się w ręce jego szefa, przy okazji jednego z naszych ulubionych gitarzystów – Daniela Thompsona. Muzyk nagrał krótką improwizację w hołdzie zmarłemu niedawno Johnowi Russelowi, dochód ze sprzedaży plików przeznaczając na wsparcie inicjatywy koncertowej Mopomoso, którą - jak świetnie pamiętamy – stworzył wiele lat temu właśnie Russell. Nagranie w pełni domowe (powstałe w styczniu bieżącego roku), 12 minut z sekundami – gitara akustyczna solo.

Thompson zaczyna ów short-track w swoim stylu, minimalistycznie repetując dźwiękiem niemalże pojedynczej struny. Delikatnie konstruuje flow, który toczy się w ślimaczym tempie, wciąż napotykając na pasma ciszy i bukiety westchnień. Elegia mikroskopijnych fraz drąży jednak skałę i po kilku minutach zaczyna lepić się w dość zwartą i całkiem żywotną ekspozycję.

Posmak post-rocka, zapach post-bluesa, to elementy, które dodają całości pewnego uroku. Muzyka kłębi się, rozwarstwia i zagęszcza jednocześnie, czupurnieje, ale wciąż dostrzegamy w niej należytą dbałość o niuanse.  Po wejściu w tryb bardziej dynamiczny uroda improwizacji wręcz eksploduje, niespodziewanie dostarczając nam nawet frazy godne mistrzów … flamenco. Po osiągnieciu szczytu, ekspozycja zostaje pięknie, stylowo, jakże precyzyjnie wygaszona, aż po pojedyncze dźwięki strun, które przypominają początek nagrania. Step by step to the next silence.

 


Simão Costa  Beat With Out Byte (Cipsela Records, CD 2021)

W ramach finalizacji wątku solowych improwizacji w naszej zbiorówce, spotkanie z portugalskim pianistą Simão Costą. Muzyk zarejestrował swoje nagranie w marcu bieżącego roku (miejsce nieznane), a w jego trakcie korzystał zarówno z klawiatury fortepianu, jak i preparował instrument, a także – co niezwykle istotne dla obrazu całości – korzystał z magnesów, które umieszczał w pudle rezonansowym i wprawiał struny w różnego rodzaju akcje indukcyjne. Efekt tych działań zdaje się być dalece intrygujący, ale to nie jedyny powód, dla którego polecamy to nagranie. Cztery improwizacje z tytułami trwają niepełne 40 minut muzyki.

Costa rozpoczyna swoją opowieść z poziomu ciszy absolutnej. Buduje ów indukcyjny ambient bardzo cierpliwie, wykonuje określoną sekwencję działań i czeka na ich efekt. Ambient płynie strumieniem matowych dźwięków, z drobnym posmakiem syntetyki, która jest tu oczywiście jedynie złudzeniem fonicznym. Po czasie muzyk ubarwia flow kilkoma szarpnięciami za struny i uderzeniami czarnych klawiszy. Drugi utwór kontynuuje konstytucyjny minimalizm narracji. Zabawa w inside piano, w tle której rodzi się nowa chmura ambientu, która z czasem zdaje się pochłaniać akustyczne dźwięki strun i całkowicie dominować w narracji. Utwór drugi kończy się dokładnie tam, gdzie zaczynał pierwszy. W ciszy absolutnej.

Kolejna opowieść początkowo skupia się na metalicznie brzmiących dźwiękach preparowanego fortepianu. Jego struny nerwowo drżą, a kumulujące się echo tworzy nową powłokę rezonującego ambientu. Pod koniec tej części pojawiają się pierwsze akcenty rytmiczne, które formują się w szyk marszowy, zmierzający ku coraz bardziej hałaśliwym frazom. Czwarta improwizacja nie pozostawia już złudzeń, co do intencji twórcy. Repetujące, agresywnie brzmiące klawisze budują dynamiczną narrację, która pęcznieje, mnoży wątki, a muzyk wszystko to wystawia na działania indukujących magnesów. Dynamic dirty dancing piano! Efekt jest naprawdę imponujący - można odnieść wrażenie, że muzyk dekonstruuje, miksuje swoje nagranie w formule live proccesing. Muzyka post-piano wgryza się w nasze zwoje mózgowe, na finał przypomina energetyczny pocisk piano’n’drum’n’bass!

 


Dogs Bite Back  Back? Forward! (Noname666, CD 2021)

Na finał definitywnie porzucamy covid reality, wracamy do roku 2019 i zapraszamy na spotkanie z trzema naszymi dobrymi, rosyjskimi znajomymi, którzy tym razem przybrali groźne szaty Dogs Bite Back. Oto oni: Ilia Belorukov – syntezator modularny, Dmitriy Lapshin – gitara basowa i przetworniki oraz Konstantin Samolovov – perkusja, objects, voice recorder. Pomieszane nagrania studyjne i koncertowe z Sankt Petersburga. Ta odświeżająca porcja gęstego hałasu podzielona została na sześć części i trwa niespełna 40 minut.

Bielorukova i Lapshina słuchaliśmy całkiem niedawno, jak grali akustyczny jazz. Teraz zapominamy o tamtym nagraniu, a zapomnieć pomagają nam już pierwsze dźwięki płyty Back? Forward! Masywny, brudny post-punkowy bas, który szuka dramaturgicznych przełomów w otwartej formule improwizacji, stawiająca stemple, jak słupy graniczne, aktywna perkusja i drący się wniebogłosy syntezator modularny. O tak, idziemy na wojnę i całkiem nam z tym do twarzy! Opowieść intrygująco się pętli, wpada w efektowne zakręty, ale prze do przodu jak czerwonoarmijny czołg! W drugiej części delikatne zdjęcie nogi z gazu - jazzujący bas, roztańczony syntezator i bystra perkusja rysują funkowe pętle z uśmiechem na twarzach. Kolejna część, kilkunastominutowa, doposażona jest w rozbudowaną introdukcję, pełną preparowanych dźwięków, szmerów i trzeszczących werbli i tomów. Elektroakustyczna improwizacja, kreślona lekkim, post-jazzowym basem, na finał osiąga gęstość wietnamskiego napalmu o pranku.

Czwarta historia w pozycji sporej rekontry - niedługa, budowana wyłącznie syntetycznymi dźwiękami, ale zapewne z pomocą rąk i głów wszystkich muzyków. W piątej opowieści powraca dynamika, kreowana przez burczący bas i progresywny drumming. Syntezator tym razem delikatnie wycofany, zalotnie skwierczy i buduje ciekawy suspens. Narracja narasta jak letnia burza, znów łapie funkowy dryl i niweczy w pył wszystko, co napotyka na swojej drodze. W finałowej rozgrywce bas brzmi nad wyraz czysto, z kolei syntezator sprawia wrażenie, jakby złapał pod koła wszelki brud świata współczesnego. Małe percussion tym razem w roli kontrapunktu. Ostatnia opowieść wydaje się być bardziej zrównoważona emocjonalnie, ale i ona łapie dynamikę w szprychy i gna na efektowny finał – death dance, death disco, by przywołać w pamięci klasyków Nowej Fali. Ta dotkliwa fonicznie przygoda kończy się niespodziewanie i pozostawia nas samotnych w poczuciu spędzania udanych, jakże oczyszczających mentalnie kilkudziesięciu minut.

 

 

piątek, 11 czerwca 2021

KOOR! Sunday at De Ruimte! Ototsky Quartet! Louloudis! Deemer+1! Lussier! Truuve! Spirit Skinned! The June Round-up!


Czas na comiesięczną zbiorówkę nowości płytowych! Dziś osiem świeżych, nad wyraz wiosennych propozycji do tańca i śpiewania!

W czasach permanentnej pandemii muzycy tworzą dźwięki na potęgę, recenzenci zaciskają pięści na zapoconych klawiaturach komputerów, a konsumenci nie wiedzą, skąd kraść pieniądze, by ów boom nadprodukcji muzyki móc przetransportować do swoich odtwarzaczy! A przydatność Waszego ulubionego improwizowanego przewodnika zdaje się rosnąć z każdym dniem naszej wiecznej pożogi!

Dzisiejsza opowieść wyjątkowo często sięgać będzie po prawdziwie jazzowe emocje. Czekaja nas eksplozje free jazzu, bystre ucieczki w swobodną improwizację, pełne garście open jazzu, który incydentalnie haczyć będzie nawet o estetykę main-streamu, ale jak to na Trybunie – całość złamiemy odrobiną elektroniki, gitarowym kalejdoskopem tajemniczych dźwięków, a także intrygującym, śpiewanym (mruczanym?) post-electro!

Marszruta? Oj, będziemy dziś wszędzie! Włochy z francuskim akcentem, Holandia po polsku i amerykańsku, Rosja, Belgia w Nowym Jorku, Zjednoczone Królestwo, Francja, Norwegia i Berlin! Pachnący bukiet świeżynek specjalnie dla Was - szykujcie portfele!

 


KORR  Tombé de la voûte (We Insist Records, CD 2021)

Jeden z naszych bezwzględnie ulubionych francuskich saksofonistów Michel Doneda (sopran i sopranino) w styczniu 2019 roku zabłądził we włoskich kniejach i niespodziewanie znalazł się w piwnicy należącej do perkusisty Filippo Monico. Dokładnie tam przebywał także kontrabasista Andrea Grossi. Panowie, choć spotkali się po raz pierwszy w życiu, zagrali imponujący set improwizacji dobrze posadowionych w idiomie open jazzu, który nie stroni od kameralistycznych wycieczek. Opowieść swą podzieli na jedenaście części (dodajmy, iż od czwartej do dziesiątej zagrali nieprzerwany strumień dźwięków). Całość ich piwnicznych aktywności zamknęła się w niespełna 43 minutach.

Pierwsze trzy utwory zdają się pokazywać całe spektrum możliwości muzyków, ich warsztatu, kreatywności, umiejętności budowania skrupulatnej dramaturgii, nade wszystko zaś otwartości na wszelkie rozwiązania stylistyczne i estetyczne. Muzycy zaczynają od smakowitej porcji łagodnego free jazzu, z zalotnym sopranem, który pięknie imituje dźwięk smyczka posadowionego na chybotliwym gryfie kontrabasu. Zaraz potem chytrze kryją się w alkowie kameralnej zadumy, szumią i głęboko oddychają. Z kolei w trzeciej części łechcą ucho recenzenta piękną zabawą w call & responce, z której bez zbędnej zwłoki przenoszą się w całkiem energetyczny strumień dźwięków, pełnych jazzowych smaczków i improwizowanych zakrętów.

Począwszy od części czwartej zanurzamy się na dłużej w jednym, nieprzerwanym paśmie dźwiękowym, w trakcie którego muzycy jeszcze efektowniej uwypuklają wszelkie atrybuty jakości, jakimi obdarzyliśmy ich w trakcie poprzedniego akapitu. Opowieść zaczyna preparowany saksofon, szumiące szczoteczki i struny ugniatane na gryfie. Ponownie słyszymy piękny moment imitacji smyczka i saksofonu. Narracja równie szybko nabiera tempa (świetnym drummingiem!), jak i wytraca moc czerpiąc powietrze niezbędne do życia z pracy smyczka. Ten ostatni nie waha się także wejść na moment do jaskini post-baroku. W każdej sytuacji same smakowitości pichci nam saksofonista, który wydaje się, że najpełniej czerpie z multigatunkowej konwencji całej improwizacji. Nim wybrzmi owa suita, która trwa prawie 20 minut, muzycy wejdą jeszcze na efektowne wzgórze (masywnym kontrabasem, wyjątkowo łobuzującym saksofonem i czasami dość delikatną pracą perkusji), po czym zalegną w głębokiej krypcie i toczyć będą niekończące się, wyjątkowo spektakularne dyskusje z ciszą. Ostatnia, jedenasta improwizacja, już po wyraźnej pauzie, zdaje się kontynuować tłumione opowieści końcowych minut suity. Plamy preparowanego saksofonu, pałeczki muskające glazurę werbla i kontrabas, która na końcowej prostej ciągnie jeszcze całe trio na drobne, w pełni jazzowe wzniesienie. Całość gaśnie snem dalece kameralnym, głównie za przyczyną smyczka.

 


Frank Rosaly/ Marta Warelis/ Aaron Lumley/ John Dikeman  Sunday at De Ruimte (Doek RAW, CD 2021)

Szybki skok do małej, ale jakże uroczej Holandii! Miejsce zwie się De Ruimte, zgodnie z tytułem płyty mamy niedzielę, a koncert jest częścią Doek Festival, jaki miał miejsce latem ubiegłego roku. Na scenie polska pianistka Marta Warelis oraz trójka chłopaków z amerykańskimi paszportami, z których część często przebywa po naszej stronie Wielkiej Wody, kolejno: Frank Rosaly – perkusja, Aaron Lumley – kontrabas oraz last, but not least, John Dikeman – saksofon tenorowy. Nagranie podzielone na cztery części trwa 62 i pół minuty.

Koncert startuje z pozycji bardziej kameralnych, a początkowy flow budowany jest przez trio abstrakcyjnego piano, smyczka na kontrabasie i małych perkusjonalii. Tenor włącza się do gry prawdziwie coltrane’owskim zaśpiewem po kilku minutach i zdaje się nieść improwizację całkiem wysokim wzgórzem. Brzmienie wszystkich instrumentów jest dość matowe, zbierane jednym mikrofonem, ale nad wyraz żywe. Kwartet sprawia wrażenie dalece demokratycznego tworu, bo każdy z muzyków ma do dyspozycji sporą przestrzeń dla indywidualnej kreatywności. Muzyka stoi po kolana we free jazzowej tradycji, ale zwinnie unika typowych dla niej rozwiązań, nie stroni od wyszukanych fraz (brawo piano!) i zdolna jest raz za razem zaskakiwać odbiorcę nowymi pomysłami. W drugiej części, najdłuższej na płycie, opowieść śmiało trąci zmysłowym free impro, nie boi się sięgać po metody improwizacji w formie pytań i odpowiedzi, nie eskaluje emocji, a muzycy zdają się posiadać trwałą umiejętność zdejmowania nogi z gazu. Nawet jeśli Dikeman wrzaśnie swym tenorem (jak choćby w okolicach ósmej minuty), nie oznacza to wcale, iż pozostali muzycy skaczą w ogień bez chwili refleksji. Tę część koncertu, po kilku krótkich ekspozycjach solowych, wieńczy narracja niemal post-bluesowa.

W kolejnych dwóch częściach, każdej trwającej pełny kwadrans, muzycy zdają się pracować jeszcze bardziej nieśpiesznie. Mnożą wątki, podsycają nowe pomysły, być może chwilami mają ich nawet zbyt wiele. Co ciekawe, instrumentem, który najczęściej schodzi tu w kuluary jest saksofon tenorowy. Ostatnia część koncertu najpełniej zbliża się do estetyki free chamber, nie stroni nawet od post-barokowych ekspozycji smyczka. Oczywiście sam tenor nie przysypia i funduje nam do czasu do czasu efektowne, free jazzowe spiętrzenia. Ale i one mają swoją rozrzedzoną strukturę, wypełnioną ponadgatunkowymi frazami, słanymi na ogół wprost z wyjątkowo bystrej klawiatury fortepianu.




Ototsky Quartet  Stamp a Spot (Fancy Music, LP 2021)

Pozostajemy w jakże jazzowej formule kwartetowej, dodatkowo prawie nie zmieniamy instrumentów. Centrum Kultury DOM w Moskwie znamy świetnie z tysiąca płyt, a na jego scenie, w marcu 2018 roku, odnajdujemy czterech muzyków. Są to: Ilia Belorukov – saksofon altowy, Kirill Shirokov – fortepian, Dmitry Lapshin – kontrabas i facet, który daje nazwę całej formacji, czyli Peter Ototsky – perkusja. Muzycy grają cztery utwory, które zdają się świetnie ilustrować spektakularny proces ucieczki od jazzowych schematów w kierunku swobodnej, chwilami kameralnej improwizacji. Wszystkie części są dobrze skrojone do wymiaru czarnej płyty, trwają bowiem łącznie niespełna 44 minuty.

Tezę zawartą w preambule recenzji doskonale uwypukla improwizacja otwarcia. Kwartet zaczyna swobodnym jazzem, barowym, niemal korzennym brzmieniem, ze swingującą sekcją rytmiczną, wartkim strumieniem piana i saksofonem altowym o lekko zabrudzonym brzmieniu, który śmiało mógłby usadowić się w tym miejscu niemal sześć dekad temu, na przykład na koncercie Erica Dolphy’ego. Muzycy płyną w bystrym tempie, równie dobrze radzą sobie też w wolniejszych momentach. Każdy z muzyków realizuje partie solowe, dobrze wsparte na akompaniamencie kolegów, ale z czasem narracja nabiera bardziej kolektywnego spleenu i stwarza przestrzeń na improwizacje dla każdego z artystów w tym samym momencie dziejów gatunku. Drugą część otwiera duet basu i piana. Pozostali muzycy wchodzą do gry po niedługiej chwili, a owa swobodna improwizacja nabiera dynamiki, głównie dzięki rytmizującym zabiegom kontrabasisty. Świetne chwile altu dobrze korelują tu z jakością całej narracji, która na koniec serwuje nam jeszcze zmysłowy duet tegoż saksofonu z fortepianem.

Drugą stronę winyla rozpoczyna duet basu i perkusji. Muzycy początkowo poruszają się na scenie całkiem leniwie, bardziej dbając o niuanse brzmieniowe i dramaturgiczne. Po chwili równie efektownie łykają dynamikę godną jazzu całkowicie pozbawionego schematów. Odnotowujemy jeszcze bystry dialog saksofonu i basu, dobrze skomentowany abstrakcyjnym piano, który śmiało możemy wskazać jako najlepszy moment na całym koncercie. Czwarta improwizacja to już zdecydowany krok w kierunku free chamber. Szum z tuby, szelest z perkusjonalii, pojedynczy klawisz piana. Zwiewny minimalizm, z którego muzycy budują open jazzową konstrukcję. Opowieść toczy się bez eskalowania tempa i znów kończy się dialogiem altu i piana, na ostatniej prostej świetnie skomentowanym jazzowym walkingiem kontrabasu.



 

Alex Louloudis  Words (Off, DL 2021)

Przenosimy się do Nowego Jorku (studio nagraniowe The New School University, czerwiec 2018). W świetnie brzmiących przestrzeniach odnajdujemy muzyków, których nazwiska nic nam nie mówią, a kolory paszportów pozostają nieznane, ale na tych łamach uwielbiamy takie sytuacje! Szefem przedsięwzięcia jest perkusista Alex Louloudis (on także podpisuje się pod warstwą kompozytorską). Wspomagają go: Rafael Statin – saksofon tenorowy oraz Dean Torrey – kontrabas. W pierwszym i ostatnim utworze do wspomnianej trójki dołączają także: Rosdeli Marte – wokal, Kaelen Ghandhi – saksofon tenorowy oraz Aaron Rubinstein – gitara. Na płycie znajdujemy sześć utworów, których odsłuch zajmuje mniej niż 40 minut.

W formule tria (utwory 2-5), muzycy stawiają na dynamikę i bezpretensjonalność. Proponują nam jazz bliski estetyce main-streamu, wszystko czynią na pełnych prawach gatunku, z saksofonem, który dodaje jakości i w rozbudowanych partiach improwizacji potrafi przepoczwarzać się w zadziorne, całkiem drapieżne ptaszysko. Muzyka wydaje się świetnie nadawać na długie trasy samochodowe, także do towarzyskiego tupania nogą i podśpiewywania. Po stronie plusów warto też odnotować solowe ekspozycje perkusisty (utwór drugi) i kontrabasisty (utwór czwarty).

W rozbudowanym do sekstetu składzie muzyka Louloudisa budzi większe ambiwalencje. Pieśń otwarcia zdaje się być jedynie akompaniamentem dla recytowanego tekstu Words (także autorstwa perkusisty) i dość szybko wpływa na narracyjne mielizny, pełne momentów pozbawionych ognia i emocji. Celem muzyków staje się wówczas jedynie efektowna ekspozycja tematu kompozycji. Dużo ciekawiej dzieje się w ostatniej części płyty. Początkowo sekstet znów skupia się na podaniu tematu i delikatnie przynudza, ale w połowie utworu muzycy zaczynają sprawiać wrażenie, jakby ktoś podłączył ich do stacji wysokiego napięcia. Wszyscy harcują i łobuzują (brawo gitara!), emocje rosną, a odpowiednia dynamika sprzyja małym eksplozjom. Dodatkowo każdy z saksofonów dokłada cegiełkę do udanego obrazu całości.

 


Deemer+1  Aftermath (Luminous, CD 2021)

Po czterech całkiem jazzowych płytach czas na pierwszy kontrapunkt! Deemer, to kobiecy duet łączący instrument dęty i całe zwoje komputerowych kabli. W ramach wersji rozbudowanej Dee Byrne (saksofon altowy, elektronika) i Merijn Royaards (elektronika) zaprosiły na nagranie perkusistę Johnny’ego Huntera. Spotkanie studyjne miało miejsce w listopadzie 2019 roku, w Londynie. Jego efektem jest dziewięć improwizacji, które trwają łącznie 31 minut z sekundami.

Trzeba przyznać, że odsłuch albumu Aftermath sprawił, iż emocje recenzenta skakały do wysokiego nieba, ale też brutalnie upadały na szorstką podłogę. Z jednej strony, cała plejada wyśmienitych pomysłów na łączenie improwizującego duetu sax & drums z elektroniką, która nie stroni od dubowej poświaty i niebanalnych rozwiązań dramaturgicznych, z drugiej - wiele propozycji tria, to ledwie miniatury, wprawki warsztatowe, które w formie, jaką dostajemy na nagraniu zdają się być produktem niedokończonym. Poznajmy wszakże garść szczegółów, a zwłaszcza te najbardziej udane momenty płyty.

W drugim utworze free jazzowy duet żywych instrumentów płynie w zmysłowym, ale nerwowym strumieniu syntetyki, która narasta wraz z rosnącą dynamiką nagrania, po czym efektownie rozlewa się w post-psychodeliczną ciszę. Kolejny epizod w podobnej sytuacji stawia samotny saksofon, a efekt końcowy jest równie udany. Z kolei czwarta część tłumi emocje i dynamikę, a dźwięki płyną na dubowym delayu, jak niedogotowany kisiel. Całość bardzo syntetyczna w brzmieniu, ale zadowoli nawet wybrednego słuchacza. Na tle kilku innych nagrań siódma część wydaje się być szczęśliwie produktem dalece skończonym. Pachnie zdrowym free jazzem, choć zaczyna się spowolnioną, tłumioną grę wstępną zarówno dźwięków akustycznych, jak i syntetycznych. Na koniec opowieść efektownie gęstnieje, staje się bardzo intensywna, mimo braku basowych strumieni dźwiękowych. Ten ostatnie pojawiają się w kolejnej części, sprawiając, iż utwór przypomina stylowy drum’n’bass z rozśpiewanym saksofonem. 

 


René Lussier  Complètement Marteau! (ReR Megacorp & Circum-Disc, CD 2021)

Wracamy na stały ląd i trafiamy do Francji. Jazz-rockowego gitarzystę René Lussiera zdążyliśmy już kiedyś poznać, dziś zaprasza on nas na solowy album, na którym gra na wielu instrumentach, produkując niezliczone wątki dramaturgiczne, zarówno improwizowane, jak i precyzyjnie skomponowane. Muzyk używa poza gitarami także głosu, instrumentów perkusyjnych (także elektronicznych) i dwóch nieznanym nam urządzeń dźwiękowych - podorythmie i daxophone. W jednym utworze (tym najbardziej improwizowanym) Lussiera wspomaga Hugo Blouin na kontrabasie. Płyta składa się z siedmiu części i trwa niewiele ponad trzy kwadranse.

One man show zaczynają mnożące się, jak grzyby po deszczu, wątki gitarowe, garść rytmu wprost z ust (beatbox?) i cały ocean fake sounds, zarówno elektrycznych, jak i elektronicznych. W kolejnej opowieści gitara nabiera całkiem jazzowego posmaku, śpiewa piosenki i każe nam tańczyć. Brawura, brak stylistycznych zahamowań, ale też samokontroli artystycznej – notuje recenzent w ramach drobnego resume. W części trzeciej post-rockowa gitara tapla się w nieco inwazyjnej syntetyce, a jej dźwięki haczą wręcz o plądrofonię. Jeśli jest jakiś gatunek muzyki, o którym zapomnieliście, Lussier wam go przypomni! W tej konwencji narracyjnej, co rusz kłania nam się szyderczo uśmiechnięty John Zorn.

Czwarta część stanowi ważny i niezbędny dla odbioru całości kontrapunkt. Słyszymy kontrabas, a po chwili nawet trzy jego pasma, które ciekawie improwizują, czasami starając się budować pewną strukturę rytmiczną. Kolejną część moglibyśmy nazwać strings in slow electronic motion. Delikatne frazy, niczym ścieżka dźwiękowa do nowoczesnego baletu. Można nucić nawet grzecznym dzieciom przed snem. W szóstej opowieści powraca posmak syntetyki, która oplata kolejne wątki gitarowe. Aura nabiera posmak godnego określania post-techno i ciekawie wybrzmiewa niemal dubowym echem. Płytę o tysiącu twarzy kończy krótka, niemal warsztatowa wprawka perkusyjna.

 


Tvuru  Tvuru (Ava Records, CD 2021)

Czas na Norwegię i całkiem nowe trio, przynajmniej, jeśli chodzi o naszą percepcję sceny europejskiej: Andreas Andersen – gitara i kompozycje, Henrik Sandstad Dalen – kontrabas oraz Ola Øverby – perkusja. Nagranie studyjne z maja 2019 roku (miejsce akcji nieznane) składa się z jedenastu części i trwa 37 minut z sekundami.

Młodzi Skandynawowie proponują nam dość nieskomplikowaną wycieczkę po obrzeżach open jazzu, który silnie korzysta z doświadczeń i metod pracy rocka, nie tylko z uwagi na pracę gitarzysty, ale także kontrabasisty i perkusisty, którzy koncertują się na budowaniu rytmu i trzymaniu narracji w ryzach zadekretowanej dyscypliny. Najwięcej swobodny ma tu gitarzysta, który często improwizuje, czasami płynie wielośladem o różnych poziomach intensywności, często ucieka w delikatną psychodelię, ale nie stroni też od delikatnych pasaży, podczas których jego instrument brzmi jak skrzypce, a nawet harfa. Tvuru to po prawdzie propozycja dla miłośników post-rocka, którzy oczekują czegoś więcej lub zmęczonych cięższymi odmianami jazzu fanów, którzy liczą na odrobinę zmysłowego chill-outu po wielkich porcjach mosiężnych improwizacji.

Każdy z utworów oparty jest na pewnym schemacie dramaturgicznym. Kontrabasista otwiera nagranie, rysuje coś na kształt struktury rytmiczno-melodycznej, a perkusista dobrze wspiera go w tym zacnym dziele. Gitarzysta wchodzi niejako na gotowe i buduje swobodną warstwę melodyczną, niepozbawioną znamion improwizacji. Płyty słucha się dobrze, choć pod jej koniec, który nie następuje przecież zbyt późno, możemy poczuć lekkie znużenie. Ciekawe momenty płyty, to utwór szósty, a zwłaszcza moment, gdy wszyscy muzycy puszczają wodze fantazji i improwizują, a także utwór siódmy, który bazuje na ciekawym, nieregularnym metrum. Wreszcie sam finał – rodzaj post-produkcyjnej zabawy w zniekształcone brzmienia, ledwie minuta z sekundami, trak nieoznaczony na okładce płyty, a być może wytyczający kierunek, w którym trio winno podążać w przyszłości.

 


Spirit Skinned  Spirit Skinned (Edelfaul Recordings, Kaseta/DL 2021)

Na zakończenie dzisiejszej zbiorówki prawdziwa wolta stylistyczna! Zapraszamy w berlińskie, undergroundowe zakamarki na ekspresyjny spektakl wybuchowej mieszanki post-electro, dub and experimental, trip-hop, a także post-techno! W roli wokalisty - Ben Ronen, a za niemal wszystkie dźwięki instrumentalne i elektroniczne odpowiada Ofer Tisser. W roli wisienek na torcie, w pojedynczych epizodach pojawia się także saksofon tenorowy (Shoham Manela) oraz skrzypce (Johana Ritmuller). Siedem intensywnych pigułek złych mocy trwa około 40 minut.

Zaczynamy w klimatach slowly drum’n’bass, z recytującym głosem, dubowym echem i zapachem zioła, jakie ulatnia się z każdego dźwięku. Post-reggea'owy groove dopełnia obrazu całości. W kolejnej części groove ma już posmak electro, ale wciąż leniwa narracja pcha nas w objęcia ducha trip-hopu, godnego najlepszych płyt Tricky’ego! Flow robi się nerwowy, a głos wokalisty wręcz desperacki. W trzeciej opowieści beat przyspiesza, narracja stawia na minimalizm, a w tle bulgoczą całe zwoje hałasu. Bystrym komentarzem na etapie wybrzmiewania zdaje się być ryczący saksofon. W kolejnej części, nim usłyszymy pijane skrzypce podłączone do prądu, słuchamy jeszcze zgrzytów i sprzężeń, które przypominają zdezelowaną gitarę elektryczną i ochłapy zniekształconego głosu. Nie dane nam jest jednak słuchać jakiejkolwiek warstwy rytmicznej.

Piątą opowieść kreuje zniekształcony, niemal plądrofoniczny, tryumfalnie powracający beat. Brudny flow znów zabiera nas do garderoby bristolskich mistrzów dziwnych dźwięków z połowy lat 90. ubiegłego stulecia. Szósta historia – dla odmiany - zdaje się dziać w warunkach … domowych. Suchy, niemal akustyczny beat i dźwięki otoczenia, w tym także przypadkowo napotkane instrumentu ulicy – akordeon i mandolina. Wreszcie prawie 11 minutowy finał tego niesamowitego tripu, budowany z mozołem, z drobnym elementów, które z czasem nabierają mocy. Nerwowa elektronika, beat godny klasyków berlińskiego post-techno z przywołanych chwilę wcześniej lat 90, ale całość stawia na pewną lekkość, chwilami przypomina leniwe downtempo, inkrustowane dubowym echem. Żonglerka gatunkowa zatem na całego, ale realizowana z dużym smakiem i pozostająca pod nieustającym wpływem mroków kulawej egzystencji. Pod koniec mamy wrażenie, że upiorny, mantryczny rytm budują głównie akustyczne przedmioty.

 

 

piątek, 12 marca 2021

Mapless Quiet! Dalgoo! Aforismen! Willers! Ceccaldi! More Soma! Unk! Brom! The March Round-up!


Marcowa zbiorówka przed nami, w całej okazałości! Osiem świeżych płyt, choć w większości datowanych jeszcze na rok ubiegły, jak zwykle spory tygiel gatunkowy, garść dobrych znajomych i cała zgraja muzyków związanych ze znanym francuskim wydawcą, o których z pewnością usłyszycie po raz pierwszy.

Zaczynamy wszakże od wybitnych postaci brytyjskiego free improv grających open jazz w ciekawym, norweskim towarzystwie i na tamtejszej ziemi. Potem zapraszamy na spotkanie z pewnym niemieckim kwartetem, który intensywnie pachnie spuścizną po Ornette Colemanie, ale zdaje się mieć także kilka innych wymiarów estetycznych. W dalszej kolejności dwie nowości z holenderskiej stajni Evil Rabbit – pierwsza subtelna i kameralna, druga bardziej multigatunkowa, choć w wymiarze solowym. Zaraz potem skok do Portugalii (ale z muzykiem francuskim) i kolejna solowa płyta, tym razem na wiolonczelę. W ramach kontynuacji wątku francuskiego trio i kwartet złożony z niemal tych samych muzyków, dowodzących prawdziwości maksymy, iż lepsze bywa wrogiem dobrego. Dodajmy, iż od tego momentu będziemy grali już dużo głośniej, a na sam finał tej zbiorówki nawet hałaśliwie, dzięki naszym dobrym znajomych z Moskwy.

 


Butcher/ Weston/ Storesund/ Knedal Anderson  Mapless Quiet (Motvind Records, 2020)

Koncertowe nagranie z norweskiego Bergen, z września 2018 roku, a na scenie: John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy, Veryan Weston – fortepian, także preparowany, Oyvind Storesund – kontrabas oraz Dag Erik Knedal Anderson - perkusja. Panowie improwizują przez niemal 50 minut, często sięgają po post-jazzowe grepsy, ale i w roli miłośników free chamber czują się bardzo dobrze. Całość koncertu dostajemy w jednym traku.

Suche powietrze z tuby saksofonu tenorowego, minimal piano z czarnych klawiszy, smyczek na kontrabasie i szeleszczące perkusjonalia – otwarcie koncertu sięga po kameralistykę, która sprzyja czynnościom inicjacyjnym muzyków, którzy nie grają ze sobą zbyt często. Pierwszy uderza w dzwon Butcher – piszczy, skrzeczy, jakby grał samym ustnikiem. Zaraz potem milknie i wypuszcza w bój swobodne, post-jazzowe trio. W dalszej fazie gry będzie tak czynić często, dzięki czemu dużo dobrego do obrazu całości wnosić będzie Weston - raz za razem umiejętnie kreować opowieść, czy też zapuszczać się w obszar swobodnych preparacji. Cała narracja toczy się na dużej przestrzeni, donikąd nie goni, często dzieli kwartet na duety i tria - zdaje się, że momentów w pełni kwartetowych mamy tutaj w wymiarze minutowym najmniej. Ta niemal stała rotacja składu dobrze wszakże czyni dramaturgii całości.

W ramach owych zabaw w podgrupach warto odnotować kilka niezwykle urokliwych duetów saksofonu (zarówno tenorowego, jak i sopranowego) ze zmysłowym smyczkiem, a także open jazzowe frazy piana, dobrze konweniujące z bystrą perkusją. Pierwszą, niedługą salwę ekspresji w kwartecie dostajemy tuż przed upływem 20 minuty koncertu. Tu równie udane zdaje się być szybkie wytłumienie emocji wprost w klimaty dark chamber. Kolejny peak narracji ma miejsca parę minut później, a w roli głównej występuje sopran. Uspokojenie znów odbywa się pod dyktando piana, z saksofonem, który woli słuchać niż wydawać dźwięki. W okolicach 37 minuty tenże saksofon zaczyna bardzo łagodnie śpiewać. Kwartetowa kołysanka sprawia wrażenie, jakby prowadziła muzyków już do kresu koncertu. Po kolejnych czterech minutach muzycy rzeczywiście pogrążają się w niemal zupełnej ciszy. To jednak nie koniec – raz za razem ślą drobne, separatywne frazy, jakby zakończenie koncertu było dla nich nad wyraz trudnym zadaniem. Milkną ostatecznie pod koniec pięćdziesiątej minuty, skwitowani adekwatnymi oklaskami.

 


Dalgoo  Liberté Égalité Fraternité (Jazzwerkstatt, CD 2020)

Dalgoo, to anonsowany już wcześniej kwartet z Niemiec, w którego składzie odnajdujemy niemal samych dobrych znajomych: Tobiasa Kleina (saksofon altowy, klarnet basowy i kontrabasowy), Meinrada Kneera (kontrabas), Christiana Mariena (perkusja) oraz Lothara Ohlmeiera (saksofon tenorowy i klarnet basowy). Nagranie studyjne ze stycznia 2020 roku (Leussow) trwa prawie 70 minut i składa się z trzynastu utworów – siedmiu kompozycji Kleina, trzech Kneera oraz trzech kolektywnych, swobodnych improwizacji kwartetu, z których każda nosi tytuł stanowiący część jakże efektownego tytułu całej płyty.

Liberté Égalité Fraternité, to płyta długa, bardzo różnorodna stylistycznie, ale wyjątkowo zmyślnie skonstruowana, składająca się w sumie z czterech wątków, które świetnie się uzupełniają, pokazując zarówno duże możliwości kompozytorskie muzyków, jak i nade wszystko ich doskonały warsztat improwizatorski. Zacznijmy może od kompozycji Kleina, które prowadzone są przez saksofony. To prawdziwy ukłon w kierunku estetyki akustycznego kwartetu Ornette'a Colemana. Śpiewne tematy, które wpadają w ogniste, ale trzymane pod kontrolą improwizacje, często skonstruowane wedle jazzowych schematów, ale rozśpiewane, swobodne, pięknie ogrywające temat, zarówno melodycznie, jak i rytmiczne. W tej grupie utworów szczególnie wartościowy jest chyba ten pierwszy – dynamiczny, skrzący się emocjami i powykręcanymi po colemanowsku melodiami. Druga grupa kompozycji Kleina wykorzystuje klarnety, sięga po semickie skale, bywa tanecznie frywolna, ale także zadumana i kierująca swe spojrzenia w kierunku kameralistyki. Tu szczególnie wartościowym wydaje się być utwór numer dwa, pięknie rozpoczęty barokowo brzmiącym smyczkiem. Równie smakowite są utwory jedenasty i dwunasty, gdy muzycy, co rusz czymś nas zaskakują. Nie boją się także eksperymentować z brzmieniami post-chamber (choćby efektowne, znów barokowe solo Kneera w pierwszym z nich). Mnóstwo intrygujących fraz klarnetu kontrabasowego pięknie rozrywa narrację w drugim z przywołanych tu utworów.

Osobny rozdział stanowią kompozycje Kneera. Bardzo zróżnicowane w zakresie nastroju, tempa i użytych środków wyrazu. Pierwsza z nich (trzecia na płycie) wydaje się być nazbyt jazzowa (z użyciem saksofonów), pchana ku górze ciepłym tembrem pizzicato. Dwie pozostałe kompozycje kontrabasisty stawiają na klarnety. Szósty utwór na płycie kreuje semickie gorzkie żale, pełne smyczkowych niuansów, rezonujących talerzy i szumiących klarnetów. W dziewiątym utworze kluczem do sukcesu zdaje się być nieregularny, bystry rytm dyktowany przez kontrabas. Osobnym elementem składowym płyty są trzy swobodne improwizacje, krótkie (każda trwająca około dwóch minut), pokazujące inne oblicze muzyków. Bystre frazy, małe dźwięki, świetne reakcje, a nawet improwizacje metodą call & responce, no i kontrabas Kneera, który w owych miniaturach zdaje się mieć tysiące twarzy. Chętnie poznamy Dalgoo (to już ich czwarta płyta), właśnie w konwencji swobodnej improwizacji, ale realizowanej już na dłuższym dystansie.

 


Baars/ Dumitriu/ Henneman/ Sola  Aforismen = Aforisme = Aforismes (Evil Rabbit Records, CD 2020)

Kontynuujemy eksplorację muzyki wykonywanej w kwartecie. Tym razem jednak istotnie zmieniamy klimat i zanurzamy się po uszy w celebrowanej, chwilami demonstracyjnie powolnej, a w drugiej części płyty wręcz medytacyjnej kameralistyce (definitywnie przeznaczonej do odbioru słuchawkowego!). Przed nami kwartet niemal smyczkowy (jedyny dęciak w tym gronie często wydaje dźwięki, niczym wytrawny strunowiec): Ab Baars - klarnet, shakuhachi, George Dumitriu – altówka, skrzypce, Ig Henneman – skrzypce oraz Pau Sola Masafrets – wiolonczela. Muzycy przygotowali dla nas jedenaście kompozycji (na ogół w formie dobrze zaplanowanych … improwizacji). Nagranie zrealizowane w Amsterdamie, w tamtejszym konserwatorium (czerwiec 2019 roku), trwa 51 minut z sekundami.

Na początek muzycy serwują nam kilka zagadek – czy to dźwięk strun, czy może jednak ktoś dmucha w drobny instrument dęty? To błysk smyczka, czy oddech klarnetu? Mały festiwal fake sounds dobrze wprowadza nas w klimat nagrania. Dźwięki rodzą się z ciszy, pełne są niepokoju, ale i medytacji. Duża swoboda, kilka imitacji, tudzież bystrych reakcji na zaskakujący dźwięk. Improwizacja na zaciągniętym hamulcu ręcznym też potrafi kąsać! Japoński dęciak dodaje całości posmaku folkowego, łamie odwieczne zasady kameralistyki, która zdaje się popadać w kocie lamenty. W drugiej części strings grają skoczne pizzicato, a wyposzczony klarnet może odrobinę porozrabiać. W trzeciej z kolei, pokaz budzących się do życia smyczków – rwane, nerwowe frazy i garść dętych dronów. W czwartej strunowce riffują niczym wygłodzone gitary akustycznego post-rocka. Znów smakuje tu post-folkiem, ale coraz dłuższe frazy zaczynają przypominać rodzące się na zgliszczach filharmonii free chamber, które nie daje się zagonić do jakiejkolwiek zagrody gatunkowej. Piąta część dodaje do tego jeszcze emocje, a nawet zaskakującą dynamikę.

Począwszy od szóstej opowieści kwartet zaczyna konsekwentnie stawiać na dramaturgiczne zaniechanie. Molowe frazy wprost z ciszy i mroku tajemniczych zakątków sceny - coś skrzypi, jakiś przedmiot uderza o inny przedmiot, coś szura i lękliwie wzdycha. Dźwięki eksplodują urodą, bywają niebywale zabrudzone, intrygująco zakrzywione, ale dramaturgia całości nieco siada. Jeden z ostatnich podrygów emocji muzycy serwują nam w części ósmej – rodzaj wzajemnych nawoływań na dużej przestrzeni strunowca i dęciaka, kilka zwinnych akcji, tudzież dobrych pytań i zmyślnych ripost. Trzy finałowe utwory, to jakby konsekwentne wygaszanie płomienia narracji. Klarnet leniwie podśpiewuje, obok pojedyncze szarpnięcia za struny, kilka smyczkowych półgłosów, matowych fraz z tracących życie instrumentów. Opowieść zdaje się cierpieć z każdą mijającą sekundą, rwie się na strzępy i rzęzi niemrawym oddechem. Królestwo death chamber zostaje ustanowione na wieki.

 


Andreas Willers  Haerae (Evil Rabbit Records, CD 2020)

Zostawiamy już kwartety i przechodzimy do podrozdziału improwizacji solowych (tu także zwanych kompozycjami). Aż dziwne, iż z niemieckim gitarzystą Andreasem Willersem, dalece nienajmłodszego już pokolenia, spotykamy się na tych łamach po raz pierwszy. Gra tu on na dwóch jeszcze od niego starszych gitarach akustycznych. Płyta składa się z ośmiu części, trwa prawie 49 minut, a nagrana została w kwietniu ubiegłego roku, zapewne w samotnych okolicznościach pandemicznych.

Już na wstępnie odnotujmy, iż pierwsze dwie improwizacje na płycie są doprawdy doskonale! Muzyk pląsa po strunach niczym prestidigitator, sztukmistrz wyposażony w setki palców, tańczy na nich, rwie je strzępy i raz za razem odnajduje molekuły dźwięków. Struny gitary drżą, trzeszczą, rezonują, a muzyk bawi się nimi jak dziecięcymi perkusjonaliami. Narracja potrafi tu przypominać pijanego Django Reinhardta, by za moment przywołać w głowie skojarzenia z Derekiem Baileyem, który wypił zbyt dużo kwasu z samego rana. Muzyk dewastuje gitarę, preparuje dźwięki, by za moment płynąć post-bluesowym tembrem i czekać na oklaski. Brzmienie instrumentu jest chwilami szorstkie, innym razem melodyjne, a muzyk zdaje się zmieniać gatunkowe konotacje jeszcze szybciej niż wydawać dźwięki. Druga improwizacja zwalnia i zaczyna wykorzystywać akustykę pudła rezonansowego gitary – wszystko zdaje się tu trzeszczeć, pulsować, oddychać swoim życiem, piszczeć i niemal śpiewać. I znów, w tym tyglu pokręconej dramaturgii, muzyk odnajduje źdźbła dźwięku, a na sam koniec brzmi frazami niemal post-jazzowymi.

Kolejne utwory nieco spuszczają z tonu, zwłaszcza te najdłuższe. Muzyk cedzi frazy, szuka bardziej oczywistych, nawet klasycznych grepsów gitarowych. Można odnieść wrażenie, że na jednej płycie chciałby zawrzeć wszystkie swoje inspiracje, a także pokazać kunszt (niepodlegający dyskusji!) w dowolnie zadanej estetyce. Niemniej, na płycie nie brakuje kolejnych perełek. W czwartej części Willers bawi się w minimalistyczne gierki na pograniczu ciszy. Śle kilka fake sounds, czym skutecznie utrzymuje uwagę słuchacza. Potrafi rysować zadziorne frazy znów godne Baileya, by po chwili brzmieć jak mandolinista. W piątej części mruczy i ciekawie preparuje dźwięki, w szóstej jego instrument rezonuje każdym swoim elementem, a w siódmej skrzy się post-barokowymi ornamentami. Na samo zakończenie Andreas produkuje kilka post-bluesowych fraz i ewidentnie puszcza do nas oko. Intrygująca płyta, skrócona o kilka czy kilkanaście minut rzuciłaby nas na kolana bez cienia wątpliwości.

 


Valentin Ceccaldi  Ossos (Cipsela, CD 2020)

Jeśli przy omawianiu poprzedniej płyty recenzent był łaskaw skonstatować, iż pierwsze dwa utwory na krążku są doprawdy doskonałe, to w przypadku solowej płyty wiolonczelisty Valentina Ceccaldiego może już śmiało ogłosić, iż taka opinia dotyczy całego nagrania! Zauważmy, nagrania znacznie krótszego (a jednak!), trwającego 34 minuty z sekundami, a składającego się z trzech dość precyzyjnie zaplanowanych improwizacji (dwóch piętnastominutowych i krótkie encore). Dodajmy, iż muzyka powstała w portugalskiej Coimbrze, w maju 2017 roku.

Dźwięki otwarcia wydają się być skutkiem rezonowania każdej części instrumentu Valentina – drżą struny, trzeszczy pudło rezonansowe, coś piszczy i igra z ciszą. Efekt całości wzmaga duża przestrzeń i niewidzialne podmuchy powietrza. Oto post-barok w ciemnej pieczarze - smyczek, który szuka kantów i ostrych krawędzi, raz staje się perkusyjną pałeczką, innym razem generuje drony dark chamber, które balansują od czerstwego, bezdźwięcznego mroku po granice hałasu. Dobrze zaplanowana improwizacja, co rusz podsuwa nam nowe wątki, godne nie tylko niewieścich westchnień zachwytu. Najpierw mała gra w półdźwięki i nasłuchiwanie pogłosu, potem garść brudnych fraz, które zdają się na siebie nakładać. Muzyk pozwala wybrzmiewać dźwiękom aż po granicę ciszy, ale nie kończy nagrania. Sieje niepokój, zadaje pytania, ale nie oczekuje odpowiedzi. Jego smyczek pnie się ku niebu, by po chwili spadać z hukiem na ziemię.

Druga improwizacja pozostawia ciszę w roli biernego obserwatora. Zgrzyty na gryfie, bystre riffy i nerwowe podrygi rozgrzanych do czerwoności strun, które krzyczą z rozpaczy. Free chamber na kwasie, w tej samej sekundzie ostre i łagodne, ze smarowaniem i po suchości. Oto smyczek, który wierci dziurę w głowie, potem śpiewa jak skowronek, by w końcu bić jak dzwon z opuszczonego kościoła. Gdy emocje delikatnie opadają, narracja wchodzi w fazę wielominutowej repetycji, kreowanej dość delikatnym pizzicato. Rodzaj medytacji, która raz za razem przerywana jest incydentami na gryfie wiolonczeli. Finał tej części zdaje się być kreślony pawim piórem, niemal unosi się w powietrzu. Zaraz potem niespełna czterominutowe encore – smyczek piszczy i szoruje struny, cedzi śpiewne frazy przez szczerbate uzębienie, pracuje niczym uszkodzona piszczałka. Opowieść nabiera pewnej meta taneczności, szuka okazji do eskalacji, ale próżny to trud – niedługo potem niechętnie przygasa.

 


More Soma  Hondendodendans (Circum-Disk, CD 2021)

Zdecydowanie zmieniamy klimat, porzucamy kameralistyczne dywagacje, stawiamy na dynamikę i ekspresję, na rytm i gorące emocje! W tym niecnym czynie pomogą nam muzycy nagrywający dla francuskiego labelu Circum-Disk. Na początek trio w składzie: Mathieu Millet (amplifikowany kontrabas, który brzmi jak … gitara basowa), Frederic L’Homme – perkusja i JB Rubin – saksofon altowy i barytonowy. Płyta nagrana w Lille, latem 2019 roku, składa się z czterech utworów (śmiało możemy je nazwać kompozycjami lub mocno ustrukturyzowanymi improwizacjami) i trwa 41 minut z sekundami.

Płyta o długim tytule, będącym zbitkiem trzech słów, to doprawdy urocza, bezpretensjonalna, żywa zabawa z rytmem, para-rockową repetycją i prawdziwie improwizowanymi emocjami. Muzycy proponują nam podróż po zakamarkach jazz-rocka, od pierwszej chwili przywołują też w pamięci estetykę m-base, wykreowaną ponad trzy dekady temu przez amerykańskiego saksofonistę Steve’a Colemana. Rytm stanowi tu epicentrum każdego zdarzenia muzycznego, wokół którego wszystkie instrumenty tańczą jak ćmy wokół latarni. Ogrywają jego strukturę, improwizują wedle ścieżek, jakie wskazuje. Saksofon altowy w nieparzystych częściach, a barytonowy w parzystych, kreślą pętle i zygzaki, snują smugi efektownych dźwięków, które niesione są przez bas i pozostającą w nieustannym ruchu perkusję, raz wysokim wzgórzem, innym razem tajemniczą doliną.  Tej dynamicznej, nawet w spokojniejszych momentach, opowieści towarzyszy pewna ulotna melodyjność. Co ciekawe, nie kreuje jej saksofon, ale raczej bas.

Każda opowieść na płycie ma w sobie zaszyty nerw rytmu. Muzycy w procesie improwizacji kreują czasami całkiem separatywne strumienie dźwięków, ale nawet przez moment nie zapominają o kierunku podróży. Dzieje się tak nawet wtedy, gdy basista sięga po smyczek (choćby pod koniec drugiego utworu). W tym tyglu emocji najłagodniejszy zdaje się być początek trzeciej części, gdy wyraźną linię melodyczną rysuje spokojny bas. Saksofon i perkusja zaczynają tańczyć wedle tych wskazówek, a całe trio nabiera dynamiki w naprawdę imponujący sposób. Początek ostatniej części pachnie cool-jazzem, słychać perkusyjne szczoteczki i repetytywny śpiew barytonu. Muzycy rysują kolejną, zwinną pętlę i pozostają w niej aż do końca płyty, nie przestając stylowo improwizować.

 


Unk  Now (Circum-Disk, CD 2021)

Millet i Rubin pozostają z nami, a do kwartetu doproszeni zostają: Charles Duyrtschaever na perkusji oraz Christophe Maerten na gitarze elektrycznej. Tym razem muzycy bazować będą zdecydowanie na materiale skomponowanym (autorstwa Milleta). Siedem utworów z tytułami trwa blisko godzinę zegarową.

Muzyka kwartetu bezwzględnie posiada wiele atrybutów, jakie przypisaliśmy kilka chwil temu triu. Znów bazą dla wszelkich poczynań muzyków zdaje się być rytm, dynamiczna, rockowa repetycja i stylowe improwizacje. Jednak w rekontrze należy zauważyć, iż ubogacona wersja More Soma zdaje się mieć nieco stępiony pazur kreatywności i niższą skłonność do improwizacji. Muzyka bywa tu zaaranżowana po najdrobniejsze szczegóły, a gitara nade wszystko myśli o rockowej ekspresji i efektownych ekspozycjach, godnych nawet dużych scen festiwalowych. Oczywiście znów należy podkreślić, iż tej muzyki słucha się naprawdę bardzo dobrze, można pośpiewywać, potupać nogą, wybijać dobrze skonstruowany rytm każdą częścią ciała. Na pewno propozycja Unk nadaje się na długą podróżą samochodem, ale do jej odsłuchu być może wystarczy nam dostęp do jakiegoś znanego serwisu streamingowego, a nie koniecznie ładnie wydany dysk kompaktowy.

Kompozycja otwarcia podkreśla cechy, jakimi obdarzyliśmy tę muzykę w poprzednim akapicie. W drugim utworze ciekawie pulsuje gitara, pracująca na dużej dynamice, efektownie sięgająca po zdobycze m-base, a gdy narracja zwalnia, dobrze wpisująca się w kanon jazz-rocka godny nowojorskiego downtown music sprzed 25 lat (pamiętacie choćby Lost Tribe?). Począwszy od czwartej części muzycy jeszcze mocniej akcentują swoje rockowe powinowactwa. Bystrze pracuje kontrabas, który oczywiście brzmi jak gitara basowa, a perkusja ocieka potem i jest świetnym cerberem ładu w zakresie dynamiki. Kilkukrotnie tu, i w kolejnych częściach, udanie zazębiają się symultaniczne, solowe ekspozycje saksofonu i gitary. Ta ostatnia, co pewien czas sięga po grepsy rockowej psychodelii, a na sam finał kleci nam spokojną balladę.

 


Brom  Dance with an Idiot (Trost Records, LP 2020)

Na zakończenie dzisiejszej zbiorówki zawitamy do Moskwy. Nasz ulubiony kwartet tej części świata zagra dla nas osiem punk-jazzowych petard, tu w składzie bazowym, a zatem: Dmitry Lapshin – gitara basowa, Anton Ponomarev – saksofon altowy, Felix Mikensky – elektronika oraz Yaroslav Kurilo – perkusja. Dwie strony winyla trwają łącznie trochę ponad trzy kwadranse.

Czyż nie jest tak, że najbardziej lubimy te piosenki, które dobrze znamy? Brom na swojej dziewiątej płycie niczym nas nie zaskakuje, ale jednocześnie sprawia, iż każda sekunda spędzona z ich muzyką jest czasem definitywnie dobrze wykorzystanym. Niesamowita mieszanka punkowej dynamiki, noise’ rockowych, basowych przełomów, post-jazzowych improwizacji, a tu także, dobrze wkomponowanej w ten tygiel dzikich emocji elektroniki, która brzmi równie analogowo, jak i współcześnie, niemal turntable’owo!

Płytę otwiera silnie sfuzzowany bas, który już na wejściu buduje małą ścianę dźwięku. Po pewnym czasie z tej chmury wydobywa się wrzask saksofonu i beat perkusji, które w kilka chwila są w stanie równie efektownie hałasować. Druga część zdaje się być budowana nad wyraz delikatnie, jak na kanony Bromu - melodia rysowana szczupłym brzmieniem basu. Tuż potem wybrany zostaje kierunek – połamany rock w tempie marsza z bystrymi, syntetycznymi improwizacjami. Trzeci odcinek, to niemal klasyk – speedpunkowa sekcja śmierci, drony elektroniki i post-jazzowy skowyt altu. Z kolei część czwarta, to nieco inne rozdanie. Utwór toczy się pod dyktando elektroniki, która pokazuje wszystkie swoje oblicza. Bas jak zwykle kreśli zygzaki, a finał opowieści wlecze się wyjątkowo powoli z posmakiem zdrowej psychodelii. Piąty numer, najdłuższy, to jakby przegląd estetycznych zainteresowań kwartetu. Muzycy toną w ciągłej zmianie - jak hieny krążą nad zgliszczami muzycznych gatunków, które stawiają na emocje i nie zdejmują bez potrzeby nogi z gazu. Biorą z tego, co im się podoba i techniką upside down podają jako swoje specjały. Tempo karabinu maszynowego powraca w części szóstej, w a siódmej Brom efektownie funkuje! Bas tańczy i swawoli, obok funkowe riffy generuje … gitara (?), a reszta załogi tylko dorzuca do ognia, wijąc się serpentynami z dołu do góry i z powrotem. Wreszcie finał – szybka palcówki na basie i spowolnione oddechy saksofonu i perkusji. Kilka powtórzeń, dwie sekundy zawahania i ostateczny skok w przepaść! Highway to the end and noise for ever!

 


piątek, 21 sierpnia 2020

Anton Ponomarev, Dmitry Lapshin & P.O. Jørgens! Dødsdromen!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana.

 

Rosyjski kwartet Brom, sytuujący swoje muzyczne zainteresowania na linii przecięcia free jazzu, punk rocka i elektronicznych eksperymentów, zyskuje w Europie coraz większą renomę. Duński perkusista Peter Ole Jørgensen jest zaś dla odmiany uznaną postacią sceny free jazz/ free improv (równie przekonujący w swobodnej improwizacji, jak i masywnym, zwalistym jazzie i rocku), zapewne od czasów, gdy Rosjanie chodzili jeszcze do szkoły podstawowej. Spotkanie połowy bromowego kwartetu i rzeczonego Duńczyka nie mogło zatem nie być czymś wyjątkowym.

Krzykliwy saksofon altowy, który od smugi post-punkowego popiołu, może w ułamku sekundy przejść do bystrego swingowania (Anton Ponomarev), gitara basowa pełna pickup-owych efektów, która zdaje się znać całą historię zarówno jazzu, jak i najmocniejszych odmian rocka (Dmitry Lapshin), wreszcie, jakby stworzony do zadanej sytuacji scenicznej power drumming (P.O. Jørgens), to zestaw przedmiotowo-podmiotowy, który zaprasza nas na 33-minutową przebieżkę skrajem free-jazz-rockowego wzgórza o nazwie Dødsdromen (Fundacja Słuchaj!, CD 2020 – nagranie studyjne z Moskwie, luty 2017 roku).

 


Muzycy od pierwszej sekundy ustalają zasady tej gry – środkiem pędzi masywny, progresywny drumming, prawą stronę zawłaszcza sfuzzowany bas, który rzeźbi głębokie bruzdy w ziemi, brzmi niczym psycho-guitar, lewą stronę opanowuje zaś skrzeczący, tryskający strumieniami ekspresji saksofon altowy. Narracja przypomina kształtem walec drogowy. Brudne brzmienie na granicy przesteru i mocne tempo, które rośnie w trakcie nagrania. Kolektywna demokracja, rockowy sznyt i emocje free jazzu, wreszcie moc kreacji w głowie każdego z muzyków. W drugim utworze saksofon postanawia nieco pośpiewać, bas schodzi bardzo nisko na nogach i sieje improwizowany ferment. Jazz-rockowa perkusja dopełnia dzieła zniszczenia.

Trzecia historia przypomina nieco wystudzoną balladę dla udręczonych hałasem. Walec toczy się jednak po równi pochyłej, a emocje rosną. Tu w roli naczelnego melodyka pokazuje się bas, który przez ułamek sekundy wydaje się lżejszy niż powietrze. Otwarcie czwartej części i znów basówka w roli głównej – elektroakustyczne sprzężenia mocy, charkot amplifikacji i gitarowych przystawek. Wszystko drży i burczy. Saksofon wypuszcza kilka dronów, perkusja precyzyjnie kreśli ramy narracji. Gęsty ołów, zastygająca lawa – metafory recenzenta grzęzną w błocie. Alt zachowuje się, jakby był zupełnie pijany, bas tryska emocjami, niczym wulkan, a perkusji – cóż ma czynić – pozostaje rola rozjemcy.

Piąta opowieść pachnie dobrym jazzem. Rosjanie wydają się tajemniczo spokojni, Duńczyk liczy krawędzie werbla i tomów. Saksofon śpiewa niczym Charlie Parker na sterydach. Bas i perkusja bawią się w improwizację bez czytelnych konotacji gatunkowych. Najdłuższa historia nabiera jednak rumieńców. Najpierw bystry pasaż w duecie (bez altu), a gdy ten powróci, emocje sięgną zenitu – doskonałe solo Antona! Szósta historia czerpie ponownie z estetyki groźnego rocka, a nawet post-funku. Rozbujany do czerwoności saksofon tyczy szlak kolektywnego biegu po zdrowie. Oj, zdaje się, że Brom doczekał się lepszej, alternatywnej wersji! Muzycy sięgają po prog-rockowe grepsy, a na sam finał wpadają w cudowny chaos twórczego niezdecydowania.

Siódma pieczęć! Saksofon jęczy, jak kotka w cieczce. Szczoteczki robią porządki na werblu. Elektryczne flażolety basu, niczym pijane skowronki w locie opadającym. Po chwili wątpliwości następuje atak – alt tonie we free jazzowej ekspresji, bas eksploduje brudem, perkusja uwija się jak w ukropie. Krzyki, wrzaski, pot i krew! Po chwili jednak spowolnienie – muzycy zaczynają melodyjnie podrygiwać kolanami, to prawie walczyk!  Ostatnia pieśń, niczym stempel władzy! Heart attack! Powraca moc i energia pierwszego utworu, tylko w jeszcze szybszym tempie! Power trio in post-nuclear disaster! Krwawa jatka na całego! Perkusja łapie niemal speed-punkowe tempo, bas śpiewa z pełnymi ustami, saksofon gdera i gdacze. Tym razem spowolnienie jest niemal niedostrzegalne – gaz bojowy pcha artystów ku finałowej przepaści. Opary psychodelii, gęste chaszcze kwasu, prawdziwa eksplozja! Fire!