Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seymour Wright. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seymour Wright. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 lutego 2018

Mikołaj Trzaska! Garść nowości na przełom roku!


Nasz krajowy VIP sceny muzyki improwizowanej, Mikołaj Trzaska, dość dawno wyrył już swe dumne personalia w skale historii gatunku. Szczęśliwie nic nikomu udowadniać nie musi, w rankingi się nie bawi (na Jazz Forum, i tak nie wygra), zatem ma wystarczająco dużo czasu, by nagrywać nowe, dobre płyty. Ubiegły rok przyniósł kilka takich wydawnictw. Jest już nawet jedno, datowane na rok 2018! Zatem, bez dzielenia włosa na czworo - do rzeczy!




Mikołaj Trzaska & Vasco Trilla ‎ Catapulta De Pols D'estrelles (Fundacja Słuchaj!)

W kwietniu 2016 roku Trzaska bawił w Barcelonie. Grał, poznawał nowe smaki, rejestrował ciekawe koncerty. W klubie Jamboree zwarł szyki z ulubieńcem redakcji, wyjątkowym drum perkusjonalistą Vasco Trillą. Koncert dociera do nas po mniej więcej półtora rocznym okresie oczekiwania i pod tytułem Gwiezdny Pył Katapulty (w wiernym tłumaczeniu z katalońskiego) dostępny jest od grudnia ubiegłego roku. Selekcji muzyki dokonał Katalończyk, nożyce cenzorskie i gałki mikserskie miał w dłoniach Polak. Efektem prawie godzina zegarowa muzyki, podzielona na siedem odcinków z tytułami.

Jeden. Rodzaj wstępnej przymiarki, delikatny saksofon altowy na granicy sonore, talerze drummerskie w ruchu, zwinne obcierki. Z otchłani tuby instrumentu dętego szybko wyłania się element melodyczny i zręby struktury rytmicznej. Muzycy jakby trochę się poganiali, nie stroniąc od konwencji call & response. Vasco uruchamia dzwoneczki, talerzyki, dzbanki, śruby, przedmioty codziennego nieużytku. Już w 5 minucie armia jego robaczków i wibratorów zostaje wprawiona w ruch. Drum-Orchestra w natarciu! Trzaska milknie, by po wybrzmieniu, podać z poziomu ciszy piękną, delikatnie semicką kołysankę na klarnecie. Jakże wyśmienity kontrapunkt! Tuż potem muzycy wchodzą w dialog i rozprawiają przez dłuższą chwilę o urokach fauny i flory. Sam Vasco do 11 minuty w ogóle nie stosuje tradycyjnego drummingu. Drugi. Alt plecie historię w obłokach perkusjonalnego kurzu. The Rest is rust! Doprawdy trudno o lepszy tytuł. Wejście bębnów, w miejsce meta percussions, robi różnicę i przestawia całą improwizację na nerwowy, jazzowy tor. Efektem prawdziwie eksplozywne free z błyskotliwymi pasażami saksofonu.  Brawo! Wybrzmiewanie z melodią na ustach, a może na ustniku. Trzeci. I znów mikromelodia Trzaski skrzy się w rezonansie Trilli. Ten drugi też jakby łapał nutki w bezmiarze talerzowej sonorystyki. Czwarty. Dynamiczne free z łomoczącym drummingiem. Oj, dobrze się ci Panowie czują w swoim towarzystwie! Krew z krwi, pot z czoła na czoło. Saksofon tańczy, bębny łapią konwulsję. Proces hamowania, tuż potem, to z kolei świetna okazja na dialog i szczyptę sonore na styku z ciągle aktywnym rytmem. A na finał dobra, acz krótka galopada. Piąty. Ciche pomruki w tubie, rezonujące przedmioty płaskie, partia szachów. Alt opowiada nową historię, perkusjonalia nucą pod nosem. Potem potok wartkiego strumienia przelewa się przez scenę i moczy nogi publiczności. Orkiestra wibratorów, to naturalna kolej rzeczy. Zgodnie z regułą tego koncertu, Trzaska milczy przez moment, a potem zagaja smutną melodię. W jego zaśpiewie powraca Ayler i daje błogosławieństwo. Na zakończenie odcinka, drapieżny free jazz z dużym wykopem! Ostatnie słowo należy do solowego Vasco. Szósty. Ciąg dalszy solowego rezonansu Katalończyka. Lśni wysokim rejestrem świetnie wypolerowanego talerza. Chrobot robaczków, tuż obok. Mikołaj włącza się spokojnym, ale zabrudzonym tembrem swojego altu. Bębny splatają się z tą rurą i w silnym uścisku narracyjnym idą w dobry galop. Dwa zwinne kocury na polowaniu! Siódmy. Nadal na ostro, pieprznie, free jazzowo, soczyście. Gęsto, z przytupem przez cztery minuty z sekundami. Publika nie szczędzi oklasków.





Jellyspace  Jellyspace (Not Two Records) *)

Trzydziesty marca 2017r., krakowska Alchemia, a na scenie jakby reinkarnacja tria Volume, które ekscytowało europejskich fanów free jazzu niemal dekadę temu! Mikołaj Trzaska na saksofonie altowym i barytonowym, Peter Ole Jorgensen na perkusji i perkusjonaliach, a na gitarze basowej (tu, akustycznej gitarze basowej) w miejsce Petera Friisa Nielsena – Rafał Mazur. Jak pokażą wydarzenia na scenie, ów epitet w miejsce zupełnie nie przystoi recenzentowi. Świadczy o tym choćby dyspozycja dnia krakowskiego muzyka. Dokumentacja fonograficzna koncertu dociera do nas dzięki Not Two Records. Winylowa edycja trwa niewiele ponad 40 minut i przynosi sześć odcinków muzycznych. Panowie na potrzeby tej trzyosobowej przygody przyjmują nazwę Jellyspace, co jest także tytułem płyty.

Od pierwszego gwizdka, ostry, głęboki tembr basu, wysokie, równie dotkliwe akustycznie pasaże altu (jak zwykle u Mikołaja wyposażone w ogromy bagaż podskórnej melodyki), no i prawdziwy płaszcz wodny perkusyjnych ekscesów. Narracja szyta twardym, niedelikatnym ściegiem. Muzyka gęsta, jak ołów. Koło zamachowe współczesnego, europejskiego free jazzu w natarciu! W grze Rafała także dużo melodii, jakby muzyk pozostawał w stanie ciągłego poszukiwania wewnętrznej i zewnętrznej harmonii. Może mniej subtelności stylistycznych niż u Friisa Nielsena, za to więcej radości i przyjemności z muzykowania. Szorstka jazda dobrze ośnieżonym stokiem, to epitet, który konstytuuje grę całego tria. W pełnym słońcu, przy śpiewie, dopiero co wybudzonej ze snu zimowego, hordy niedźwiedzi. Niewyczerpalne pokłady empatii, synergii, komunikacyjnej perfekcji w gronie muzyków, którzy znają się świetnie, ale być może grają w tym układzie personalnym po raz pierwszy. Fragment drugi, który następuje zaraz po najdłuższej, pierwszej ekspozycji, zdaje się być bardziej kanciasty w swojej formule, zadziorny, stawiający znaki zapytania, ale znów płynący jednym, zwartym strumieniem dźwięku. Prawdziwy common flow!  Free jazz w konwulsyjnym rozkwicie!  W trzecim odcinku wchodzi baryton. Kroczy dostojnie, choć sekcja gotuje się w 120 stopniach, a emocje tryskają po ścianach (baa, nie tylko one!). Niczym pochód pierwszomajowy nad skrajem pięknej przepaści. W ramach komentarza doskonałe pasaże gitary basowej, jakby nieco w poprzek narracji. W czwartym, melodyka w tubie Trzaski osiąga kolejny orgazm. Być może polski saksofonista, to najlepszy uczeń Petera Brotzmanna, który bezczelnie postanowił przerosnąć mistrza! Kolejny, mistrzowski komentarz Mazura. Zresztą w parze w dobitnym drummerem, brnie przez ten koncert z taką siłą i maestrią, jakby go/ ich bóg z własnego żebra stworzył. Szczypta semickiej zadumy na dyszach na finał fragmentu, zapewne w ramach docenienia wysiłku sekcji rytmicznej. Piąty numer, to właśnie ona zaczyna niezwykle eksplozywnie. Alt wchodzi po kilkudziesięciu sekundach i dyszy z emocji. Znów baryton, prawdziwy drapieżnik! What a game! Muzycy czujni, jak zawodowi czekiści na prywatnym dżobie! Nic i nikt nie pozostaje tu bez odpowiedzi, bez reakcji. Na sam finał koncertu jakby skromna ballada (co złego, to nie my!). Smuga cienia na gryfie gitary, jakże subtelny drumming. Po paru chwilach dynamizują się jednak, jak stado koni w obliczu obnażonych klaczy! Koncert tylko w ramach vinyl time, bez jednego zbędnego dźwięku! Brawo!




Trzaska/ Glawischnig/ Harnik/ Oberleitner/ Ziegerhofer ‎ Trzaska / Glawischnig / Harnik/ Oberleitner/ Ziegerhofer (Klopotec) ‎*)

„Polskie występy gościnne w Hügelland-Schöcklland”! Początek listopada 2016 roku, austriacki Graz i dwudniowa muzyczna rezydencja Mikołaja Trzaski u boku kilku weteranów lokalnego jazzu i tej najbardziej znanej, świetnej skąd inąd pianistki znacznie młodszego pokolenia, Elisabeth Harnik.

Okładka płyty obiecuje wiele właśnie personaliami Trzaski i Harnik. Wszakże wymagający, bardziej wyrobiony słuchacz, w drobny zachwyt popaść zdoła jedynie w trakcie finałowego fragmentu dźwiękowej dokumentacji dwóch dni muzykowania, albowiem tylko wtedy uświadczyć będzie mógł występu tej właśnie dwójki nad wyraz kompetentnych improwizatorów.

Płytę wydaną pod słoweńskimi sztandarami, zapewne jednak za pieniądze austriackie (emblematy mecenasów zajmują znaczną część back cover), otwiera solowa ekspozycja Mikołaja na saksofonie altowym. Tembr instrumentu, jak zwykle w przypadku tego muzyka, niezwykle śpiewny, odrobinę rzewny, w dużej mierze ludyczny (improwizacja prowadzona jest wedle melodii z kategorii traditional). Zdecydowanie spokojnie, w duchu wzajemnego zrozumienia, mija nam pierwsze 10 minut koncertu. Kolejne ponad 30 minut spędzamy w towarzystwie kwartetu na saksofon, fortepian i dwa kontrabasy (odpowiednio – Mikołaj Trzaska, Dieter Glawischnig, Ewald Oberleitner i Reinhard Ziegerhofer). Pierwsze dwa odcinki mają charakter improwizacji, dwa kolejne są kompozycjami pianisty. Narracja jest wyważona, lekko zarumieniona atrybutami free jazzowymi (Trzaska czyni skuteczne starania, by całość występu nie kwalifikowała się ad hoc do edycji w monachijskim ECM), być może targetowana na mniej wyrobionego odbiorcę. Kontrabasiści, from time to time, wchodzą w ciekawe dialogi, co nie do końca staje się udziałem pianisty. Ten ostatni gra dużo, jakby poczuwał się do liderowania, nie dając jednak powodu, by pióro recenzenta nadmiernie się przepracowywało.  Na plus tej części koncertu zapisać należy na pewno udane pasaże Mikołaja na klarnecie basowym (pod koniec pierwszego odcinka), a także dynamiczne minuty odcinka kolejnego, gdy dobrym free pachnie na kilometr (szkoda jedynie, iż w miejsce drugiego kontrabasu, nie ma perkusji). Incydent ze smykiem pod koniec tego właśnie fragmentu smakuje żywą kameralistyką o niebanalnych korzeniach. Następne dwa odcinki komponowane (niewiele ponad 10 minut) można sobie spokojnie podarować, gdyż są najsłabszym ogniwem przyjaźni polsko-austriackiej. Nie brakuje durowych, marszowych pasaży na fortepianie i ledwie poprawnych dramaturgicznie walkingów obydwu kontrabasów. Bez emocji, bez jakości. Na finał płyty dostajemy to, na co – po prawdzie – czekaliśmy do wielu minut. Znów kwartet, szczęśliwie jednak następuje zmiana przy klawiaturze – Elisabeth Harnik! Jakby ktoś nam nieba uchylił! Trwający blisko kwadrans fragment drugiego dnia polskiej rezydencji, rozpoczyna błyskotliwy dialog pianistki i saksofonisty. Ten drugi zdaje się, że dostał w prezencie nowe życie. Buduje doskonałą improwizację, mając za urocze tło delikatną, precyzyjną preparację na fortepianie! Whaw! Kontrabasiści także sprawiają wrażenie, jakby świat stał się nagle zupełnie inny. Rośnie ich kreatywność i skłonność do improwizowanych kooperacji. Sama narracja jest spokojna, nieśpieszna, nie pozbawiona stosownej melodyki i szczypty nostalgii. Finał niespodziewanie przybiera szaty skocznego walczyka, czym budzi radosne pokrzykiwania publiczności i dość skromne oklaski. Dodajmy dla porządku – tylko za ostatni utwór na płycie.




Mikołaj Trzaska & Seymour Wright ‎ 12.9.16 (Otoroku)

Na finał dzisiejszej trzaskowej opowieści, anonsowana na wstępie, styczniowa nowość fonograficzna. ‎Seria koncertowych rejestracji z londyńskiego klubu Cafe Oto ukazuje się zarówno na CD, jak i winylach. Część rejestracji jest zaś dostępna jedynie w plikach. Tak rzecz się ma z koncertem, o którym teraz wspominamy.

Zgodnie z tradycyjnym tytułem dla tej serii wydawniczej, wiemy doskonale, iż jest grudzień 2016 roku. Na wąskiej scenie klubu, obok naszego saksofonisty, angielski kolega po fachu, Seymour Wright. Muzyk, którego znamy z kilku rejestracji, wychodzący na tę scenę zdecydowanie bez jazzowych doświadczeń, muzyk od lat skąpany w sonorystyce instrumentu dętego drewnianego. Mistrz subtelnych, głębokich improwizacji, czasami wprost z szeroko rozumianej muzyki współczesnej.

Spotkanie na artystycznej krawędzi noża trwa niewiele ponad 36 minut i mimo, iż jest jednym trakiem, składa się z kilku dość niedługich, ale krwistych dialogów na dwa saksofony (chyba wyłącznie altowe, opis wydawnictwa jest wyjątkowo skąpy). Batalia toczy się na ogół na warunkach Trzaski. Tam gdzie free jazz spotyka się z free improv i ma większe muskuły. W tych silnych dialogach wiele zjawisk dźwiękowych przypomina estetyką i stylistyką Petera Brotzmanna. Z jednej strony smakuje ogniem, z drugiej rodzi pytania o intencje i arsenał artystycznych środków wyrazu, pozostających w gestii muzyka. Przyparty do muru recenzent powie, że kupuje tę muzykę. Ambiwalencja natomiast sprowadza się do pytania, czy bezkompromisowość w sztuce wolnej improwizacji nie bywa czasami przejawem słabości.




*) recenzja powstała na zlecenie polish-jazz.blogspot.com i tam została pierwotnie opublikowana. 

czwartek, 29 września 2016

OtoROKU kontratakuje! czyli przegląd nowości koncertowych z Cafe Oto


Podtytuł Trybuny Muzyki Spontanicznej – nie przez przypadek będący parafrazą wybitnej powieści G.G. Marqueza – codziennie konstytuuje się ilością wydawnictw z muzyką improwizowaną, jaka wszelkimi dostępnymi kanałami trafia do naszych uszu.

Czasy nadprodukcji dźwięków niechybnie zobowiązują. A kolejnym dowodem na to, że w zasadzie każdy koncert free improv godny jest wydania płyty, niech będzie inicjatywa edytorska londyńskiego klubu Cafe Oto, zwana marketingowo OtoROKU, która skutecznie zalewa nasze odtwarzacze nową muzykę, przy okazji dość regularnie trafiając na te łamy. Tylko w okresie późnoletnim do mych uszu dotarło siedem nowych wydawnictw tejże inicjatywy. Co gorsze, prawie wszystkie zawierają…. doskonałą muzykę!

A zatem dość już tej wolty zmanierowanego recenzenta, czas najwyższy parę słów o tych nowych otorokowych płytach opowiedzieć.


Seymour Wright/ Evan Parker/ Rie Nakajima  23.2.16 Evan Parker, 1.3.16 Rie Nakajima

Nie dalej, jak kilka miesięcy temu trafiła do nas studyjna dokumentacja spotkania dwóch saksofonistów brytyjskich, Wrighta i Parkera (Tie Stone To The Wheel, Fataka). Dziś spotykamy się z nimi w Cafe Oto, na wydawnictwie, którego tytuł stanowi przy okazji datę rejestracji nagrania. Pod jednym numerem katalogowym, dostajemy jeszcze inny duet Seymoura Wrighta, tym razem z japońską operatorką amplifikowanych przedmiotów nieinstrumentalnych, Rie Nakajimą (jak wynika z tytułu, ten koncert odbył się tydzień później).




Oba koncerty łączy nazwisko saksofonisty, muzyka wszakże na nich poczyniona jest od siebie estetycznie bardzo odległa. Gdy spotkanie z wyjątkową postacią, jaką jest Evan Parker, jest typowym sonorystycznym zwarciem, w stylistyce głębokiego free improv, o tyle spotkanie z japonką jest już improwizacją na styku dekonstruującej elektroniki i nieco pokrętnie rozumianej kameralistyki. I to właśnie ta druga okoliczność wskazuje, jak silnie poszukującym i nie ulegającym prostym klasyfikacjom muzykiem, jest Seymour Wright. To par exellance improwizator, z którym wejście w odpowiedni tembr konstruktywnego dialogu nie jest czynnością oczywistą nawet dla takiego maga jak Evan Parker. To spotkanie, to być może największe współczesne wyzwanie dla mistrza swobodnej improwizacji. W odsłuchu zalecam dużą koncentrację i skupienie się na detalach, tak by móc czerpać z tego niespełna 40-minutowego koncertu odpowiednią porcję akustycznej przyjemności.

Drugi koncert jest na tyle odległy gatunkowo od pierwszego, że po prawdzie winien ukazać się osobno. Podoba mi się takie granie, cenię podobne brzmienia i lubię ten gorzki odczyn nieprzewidywalności improwizacji, odległej od skal jazzowych o kilka długich galaktyk.


The Apophonics (John Butcher, John Edwards, Gino Robair)  27.11.13

Trzej wymienieni wyżej, wyjątkowej klasy improwizatorzy, spotykali się razem w wielu miejscach, na niezliczonej ilości płyt, na ogół w zestawach dwuosobowych (archiwa Trybuny mają na to sporą liczbę dowodów). Jakkolwiek we trójkę, fonograficznie ujawnili się światu dopiero po raz drugi. Na potrzeby wydawcy przyjęli oni pierwotnie nazwę The Apophonics i w tej wersji zameldowali się na scenie free improv, całkiem niedawno, doskonałym, studyjnym krążkiem On Air (Weight Of Wax, 2013).




Teraz spotykamy ich w Cafe Oto, mniej więcej półtora roku później, w równie doskonałej formie (tytuł podpowiada nam punkt na osi czasu). Jeśli odnieść ten koncert do incydentu studyjnego, należy zwrócić uwagę na nieco inną technikę gry Gino Robaira. Ten perkusjonalista zwykł określać swój zestaw instrumentalny mianem energetyzujących powierzchni (i jest to celne określenie, gdyż na ogół uzyskuje on dźwięki dzięki pocieraniu membran i wzmacnianiu sygnału). Tu, w Cafe Oto, konglomerat akustyczny, jaki dostarcza on genialnie improwizującym, saksofoniście i kontrabasiście, bardziej przypomina … grę na perkusji. Być może ginie gdzieś ulotność i wyjątkowość jego muzycznej kreacji, ale całość koncertu zyskuje na komunikatywności i wpada w obszar naszego zachwytu, bez narażania receptorów słuchu na rozwiązywanie zbyt ciężkiej, intelektualnej łamigłówki. Wyśmienita płyta!


Joe McPhee & Chris Corsano  25.7.12

Kolejny otorokowy świeżak, to lipcowy koncert sprzed czterech lat, freejazzowego saksofonisty weterana Joe McPhee i  skromnego aspiranta tuż po czterdziestce, wszakże doświadczonego artystycznie na niejednym polu muzyki współcześnie pojmowanej, perkusisty Chrisa Corsano.

Gdy wrzucam do odtwarzacza muzykę McPhee (po prawdzie ostatnio robię to dużo rzadziej niż onegdaj), zawsze targają mną pewne ambiwalencje. Z jednej strony dorobek artystyczny i pozycja na scenie muzyki free tego Pana nie podlega jakimkolwiek negocjacjom, z drugiej jednak, jego maniera improwizacyjna, polegająca bardzo często na niedopowiadaniu fraz, czy niespodziewanych chwilach zadumy w trakcie … ekspresyjnej galopady dźwięków, sprawia, że nasza miłość jest trudna i miewa chwile rozterek, tudzież szczerych wątpliwości.




Nie mniej, akurat spotkania Joe z Chrisem, których kilka miało miejsce w ostatnich latach, to przykład na muzykę, która nie dostarcza aż takich ambiwalencji. Myślę, że sprawcą tego stanu rzeczy jest ten młodszy. Corsano, doskonały i wszechstronny improwizator, jest też facetem, który lubi głośne i dynamicznie granie. To on sprawia, że … chwile zawieszenia w muzyce Joe trwają krótką i nie wywołują poczucia nudy w uszach Waszego recenzenta.

Spotkanie w Cafe Oto, wszystkie te aspekty uwzględnia. Są erupcje free, są chwile zadumy, jakkolwiek ich proporcje cieszą mnie szczerze. Muzycy z każdą chwilą koncertu nabierają wigoru i ochoty na więcej. W piątym i szóstym fragmencie (łącznie ponad 30 minut) wchodzą w pewien rodzaj estetycznego rozwibrowania, które – mimo, iż nie jest galopem ku wiecznej ekstazie – być może stanowi najlepszą część tego bardzo udanego koncertu. I od razu zaznaczmy, że czynnym sprawcą owego rozwibrowania jest przede wszystkim genialnie kontrapunktujący perkusista (dzwonki, talerze, inne przedmioty…).


6ix  Nothing More

Dzisiejsza opowieść przekroczyła już półmetek, zatem najwyższa pora, by wygodnie zasiąść w fotelach przytulnej, nie nazbyt obszernej Cafe Oto i posłuchać koncertu, który pośród tu omawianych jest zdecydowanie wydarzeniem artystycznym najwyższego lotu.

Na skromnej scenie aż szóstka muzyków (tytuł wykonawczy zatem zasadny): Urs Leimgruber (saksofon sopranowy), Okkyung Lee (wiolonczela), Jacques Demierre (fortepian), Thomas Lehn (syntezator), Roger Turner (perkusjonalia) i Dorothea Schürch (głos). Przyznacie, że towarzystwo bardzo zacne i kompetentne. Słowa komentarza wymaga chyba jedynie Dorothea – szwajcarska improwizatorka o dość ubogim i głównie lokalnym dorobku artystycznym, raczej z obszaru muzyki współczesnej. Pod tajemniczym szyldem 6ix, otorokowy koncert, to drugie ujawnienie tego składu (poprzedniego szukajcie w katalogu Leo Records).




Nic więcej, to dwa fragmenty swobodnej improwizacji, powstałe w listopadzie 2013r., trwające około 40 minut. Lektura składu instrumentalnego, garść oczywistych doświadczeń w obcowaniu z muzyką tych właśnie postaci, a także odrobina wyobraźni, podpowie nam wszystko, co winniśmy wiedzieć o tym nagraniu. Piękna, mnisia, molekularna improwizacja o smakowitych walorach akustycznych, stworzona przez doskonałych instrumentalistów, dodatkowo pozostających owego wieczoru – ewidentnie! – w bardzo dobrej formie. Całość skąpana w dobrze przyprawionym, elektroakustycznym sosie (Lehn!). Oniryczne, wytłumione pasaże saksofonu sopranowego (czy ktoś zna płytę free improv, na której Leimgruber by rozczarował?), kobieca lekkość wiolonczeli, świetny, męski drumming, konsekwentny pianista i … Dorothea w pląsach gębowych, które niczym girlanda, zdobią efekt końcowy. Wyśmienite i ... nic więcej.


Haste (Ingrid Laubrock/ Veryan Weston/ Hannah Marshall)  A Broad Margin

Saksofon, fortepian i wiolonczela na scenie Oto – rzec by można, że poprzednio wysłuchany sekstet, okrojony o trzy głowy, nadal nam muzykuje. Ale tak nie do końca … Haste, to nazwa, którą trójka wykształconych improwizatorów przyjęła na potrzeby nagrania dla Emanem Records (2012).




Po koncercie Ingrid Laubrock, Veryana Westona i Hannah Marshall, z ubiegłorocznej jesieni (znów około 40 minut), oczekiwałbym raczej dynamiki i ekspresji adekwatnej do … pory roku. Zaduma, nostalgia, whatever you want. A tu zaskoczenie, pozytywne – od razu dodajmy! Prawdziwa eksplozja free z etykietą jazz na pełnych prawach. Energia, dynamika, zadziorne improwizacje, zarówno solowe, jak i kolektywne, na tyle intensywne, że nawet nie zdążycie butelki czerwonego wina dobrze napocząć, a już muzycy odtrąbią finał. Chciałoby się więcej! Brooklyńska Niemka średniego pokolenia (ostatnio terminuje często u Braxtona), młoda Brytyjka (pamiętamy ją z ostatnich płyt tria, kwintetu i sekstetu Alexa Warda) i jej rodak weteran (tu lista skojarzeń byłaby ogromna, więc sobie odpuszczam) – tygiel godny lepszej sprawy. Duża niespodzianka, jakkolwiek.


Konstrukt & Alexander Hawkins  10.08.15

Z tureckim składem Konstrukt, każdy nawet średnio zaawansowany freejazz fan z pewnością się już zetknął, albowiem mają oni w swoim portfolio płyty z Peterem Brotzmannem i Evanem Parkerem. Tym razem kwartet znad Bosforu dokoptował sobie przy okazji występu w Cafe Oto, młodego, brytyjskiego pianistkę Alexandra Hawkinsa (ten też ma już płytę z Evanem Parkerem na rozkładzie, nawet w tym roku).




Turecki ansambl jest kwartetem elektrycznym (dęciaki, gitara, gitara basowa i perkusja, również elektroniczna, także sporo drobnych dodatków instrumentalnych, skutecznie obezwładniających przestrzeń akustyczną koncertu), który co prawda z walorów mocy swego instrumentarium nie korzysta z przesadą (chciałem powiedzieć, że wcale nie grają aż tak głośno), ale w efekcie końcowym ich propozycji, trudno mi się doszukiwać wrażeń, które sprawią, że o tej muzyce będę miał ochotę myśleć w kontekście kolejnego odsłuchu. Młody, akustyczny (!) pianista gra tu ciekawie i nawet udanie wgryza się w fakturę kwartetu (stosunkowo po drodze mu z saksofonem), ale nie wnosi do obrazu całości iskry czegoś szczególnego. Nagranie jest długie (prawie 90 minut), co też nie sprzyja wysokiej ocenie tego koncertu. No cóż, nie zawsze świeci słońce w Cafe Oto.


John Tchicai/ Tony Marsh/ John Edwards  27 September 2010

Na sam juz koniec wizyt w Cafe Oto, skromny koncert funeralny. Tak się bowiem składa, że dwie trzecie tria Tchicai/ Marsh/ Edwards nie gra już z nami od kilku lat, zatem ich występ nie mógł mieć w nazwie dat ‘15, ani tym bardziej ‘16.




Spory fragment historii europejskiego free jazzu jakkolwiek pojawił się na scenie Cafe Oto, owe sześć lat temu. Muzycy zagrali trzy kwadransie zgrabnego zestawu dźwięków w jednym odcinku czasowym. Od razu dodam, że Tchicai nigdy nie należał do moich ulubieńców (rodzaj saksofonisty, którego intencje artystyczne bywały dla mnie na ogół niejasne), nawet wtedy, gdy pół wieku temu rył zręby sceny free na Starym Kontynencie. Ten koncert w sumie to potwierdza. Jeśli znajdę w przyszłości powód, by wrócić do tego nagrania, to będzie on związany jedynie ze … świetną gra sekcji Edwards-Marsh. Ale to sumie żadne odkrycie.
  

Jeśli w przypływie ignorancji, pomyślicie, że wyżej omówione pozycje to wszystkie nowości OtoROKU, wiedzcie, że błąd Wasz jest kardynalny. Po szczegóły nie odsyłam tym razem na stronę wydawnictwa (jest ona cokolwiek chaotyczna i niespójna), a na niezastąpiony discogs.com. Po wygooglaniu nazwy wydawnictwa, dowiecie się o kolejnych ciepłych koncertach, dostępnych w różnych formatach (na ogół plikach), takich wykonawców, jak Eddie Prevost, Okkyung Lee, Mark Sanders, John Butcher, Fred Frith, Roger Turner, Dominic Lash, czy Angharad Davies, wymieniając jedynie tych, których personalia są mi ogólnie znane. A zatem do odsłuchu, a w przypływie szaleństwa, także na zakupy!

czwartek, 31 marca 2016

Parker, Gayle, Fataka, Otoroku, Rempis, czyli rok 2016 jednak trwa!


Nowy rok trwa w najlepsze, świat za oknem, poniekąd przed telewizorem, dziczeje w postępie geometrycznym, nie dając nawet odrobiny czasu na niezasadną refleksję i szczyptę wytchnienia.  Dwie dekady temu, w perspektywie roku 2000, także dojrzewały nastroje dekadenckie, ale przynajmniej mieliśmy jakiś punkt odniesienia i nadzieję, że problem roku zero rozwiąże większość codziennych problemów jakimś efektownym booom!

Dziś niestety pozostaje jedynie śledzić szybko zmieniające się cyferki w datach i zająć się czymś mniej przyziemnym. Z drugiej jednak strony przed autorem Trybuny Muzyki Spontanicznej bardzo okrągła rocznica urodzin w nieodległym listopadzie, zatem jakaś analogia do roku zero może się zatlić w jego głowie.

Niejako przy okazji tych smętnych refleksji, mija pierwsza ćwiartka roku, nowa muzyka ciągle powstaje, a zatem szczęśliwie jest o czym pisać na tej stronie.

Poniżej prezentuję garść gorących refleksji po odsłuchu czterech pozycji, które w dacie edycji mają wpisane zabawne 2016.



Evan Parker / Seymour Wright  ‎Tie The Stone To The Wheel  (Fataka , 2016)
Sebastian Lexer / Steve Noble  ‎Muddy Ditch  (Fataka, 2016)

Angielska efemeryda wydawnicza Fataka Records dostarcza światu kompetentne free improv już piąty rok. Katalog dobił do szczęśliwej trzynastki, w nowym roku rzucając na żer niezaspokojonych fanów kolejne dwie pozycje.

Ciekawa idea edytorska, by do zabaw w wolną improwizację kojarzyć pary, czy tria muzyków niemających na ogół wspólnych doświadczeń muzycznych,  godna jest poklasku pismaków całego świata, generuje jednak ryzyko artystycznej wpadki. Bez wskazywania palcem, nawet na liście tych trzynastu fatakowych incydentów odszukać można takie, po przesłuchaniu których nie mamy wrażenia, że świat zmienił się bezpowrotnie.
 
Na szczęście nie da się tego powiedzieć o dwóch nowych płytach, wylistowanych w główce tego akapitu.  Najpierw duet weterana i młodziaka (przynajmniej w relacji do partnera) na dwa zadziorne saksofony, a nawet trzy, bo Evan Parker obok tenoru, na parę chwil wkłada do ust sopran, głównie po to, by na moment odpocząć (tak mniej więcej między czwartym, a piątym fragmentem improwizacji). A jest po czym odpoczywać, bo Tie The Stone To The Wheel to bardzo intensywna, w pełni kolektywna zabawa w bardzo solidne free improv. Saksofony pozostają w ciągłym zwarciu, tylko chwilami uciekając na niezobowiązujący półdystans. Nie ma tu nadmiernego siłowania, ale w kilku momentach czuje się chęć na subtelną wymianę ciosów, zwłaszcza ze strony Seymoura Wrighta.  Nie jest to może płyta, która wbija nas w fotel, ale paru naprawdę udanych momentów nie sposób jej odmówić. Chwilami dźwięki obu saksofonów są na tyle szorstkie, że chcąc nie chcąc, silnie przykuwają uwagę słuchacza i nie pozwalają na dystans emocjonalny. A na tym z pewnością zależało obu artystom.


Kolejna nowa Fataka, to także duet, tym razem na preparowany fortepian (piano+) i perkusjonalia. Z jednej strony bardzo ciekawy pianista Sebastian Lexer, z którego muzyką stykam się w zasadzie po raz pierwszy, z drugiej dobrze otrzaskany we free jazie Steve Noble (ostatnimi czasy, prawie stały partner Petera Brotzmanna). Na krążku skompilowano dwa ich różne spotkania koncertowe, które dzielą aż trzy lata, ale mimo to, płyta jest bardzo spójna i przynosi ponad godzinę doprawdy wyśmienitej improwizacji. Od samego początku, z wyłączeniem kilku głośniejszych fragmentów, gdy adrenalina wyprowadza chłopaków z torów swobodnego błądzenia po przestworzach globalnego dźwięku, muzyka uroczo snuje się po naszych uszach, a skojarzenia z AMM (zwłaszcza ze współczesną jego edycją duetową) wydają się oczywiste. O ile Lexer ma z pewnością większy temperament niż John Tilbury, co słuchać w wielu momentach, o tyle Noble poczyna sobie na Muddy Ditch niczym młodszy, ale bardzo pojętny brat Eddiego Prevosta. Te AMM-owskie influencje nie są jednak jakimkolwiek zarzutem. Płyta broni się od pierwszego do ostatniego dźwięku i zasługuje na notę najwyższą, niezależnie od przyjętej skali oceny.


Dave Rempis / Elisabeth Harnik/ Michael Zerang  ‎Wistfully  (Aerophonic Records, 2016) ‎

Dave Rempis zapewne do końca świata kojarzony będzie z drugim saksofonem The Vandermark 5 (formację uznać chyba możemy za out of print), jednakże pogłębiona analiza jego dokonań poza macierzystą do niedawna formacją, wskazuje, iż niewątpliwy talent improwizatorski, wciąż stosunkowo młodego Amerykanina (rocznik 1975), rozwija się we właściwym stosunku. Całkiem niedawno wiele ciepłych słów napisałem o jego kwartetowej płycie z Nate’em Wooleyem (From Wolves To Whales), a tu przed nam kolejny naprawdę udany krążek, który zresztą ewidentnie zaliczyć możemy do rasowego free improv, co cieszy dodatkowo (z tym krążkiem, to przesadziłem, gdyż muzyka z Wistfully dostępna jest - póki co – jedynie w formacie elektronicznym).



Trio z zawsze doskonałym Michaelem Zerangiem (perc) i Elisabeth Harnik, bardzo ciekawą i mało mi znaną austriacką preparatorką fortepianu  (jeśli mnie pamięć nie myli, to Mikołaj Trzaska robi z nią ostatnio jakiś fajny dżob), przynosi wiele frapujących i nieoczywistych dźwięków. Niespełna godzina koncertu z Grazu (rodzinne miasto Eli), podana w sześciu częściach.  Dobra kooperacja, dużo swobody i przestrzeni pomiędzy muzykami, udane ucieczki Zeranga w etno klimaty, cierpka, klasycyzująca ornamentyka Harnik, a do tego żywe, jazzowe mięso wyciekające z altu i tenoru Rempisa. Pełna rekomendacja!


Charles Gayle/ John Edwards/ Roger Turner  ‎26.05.15  (Otoroku , 2016)

I oto na koniec dzisiejszej opowieści całkiem zaskakujące spotkanie nowojorskiego weterana free Charlesa Gayle’a z jakże kompetentną brytyjską sekcją, doskonale doświadczoną na polu jazzowym, jak i precyzyjnie rozumianym free improv – Johnem Edwardsem i Rogerem Turnerem. Spotkanie doszło do skutku, dzięki inicjatywie londyńskiego Cafe Oto i jego wydawnictwa Otoroku, dokumentującego tamtejsze ciekawe wydarzenia koncertowe. Dokładnie w taki sam sposób, parę lat temu Edwards (i Mark Sanders) zagrał świetny koncert z Roscoe Mitchellem.



Na plikach mp3 (ew. FLAC) dostępne jest blisko półtorej godziny tego koncertu (na razie nie ma edycji CD, ani winylowej, ale w przypadku Otoroku, bywa, że tak zostaje na dłużej). Nie będę pisał, kiedy ów koncert się odbył, bo literalnie wynika to z tytułu wydawnictwa. Połączenie silnie uduchowionego soundu Gayle’a (z perspektywy wielu lat – oczywiście natychmiast rozpoznawalnego, ale z drugiej strony dość przewidywalnego), z genialnym kontrabasistą i takimż drumerem, nie wypada źle dla tego pierwszego, czego trochę się obawiałem, odpalając pliki na moich zabawnym retroodtwarzaczu. Im więcej odsłuchów, to większa moja sympatia dla tego nagrania. Gayle nie jest już najmłodszy, zatem rozsądnie szafuje siłami (a kiedyś był taki nieznośnie nie do zdarcia!), w wielu momentach oddaje głos Anglikom, a gdy trzeba, w odpowiednim momencie sięga po piano i w duchu późnego Monka, tudzież wczesnego Taylora, pięknie komentuje szalone pasaże kontrabasu i jurnego zestawu perkusyjnego. Dobra pozycja, bez dwóch zdań.

Pozostając przy produkcjach Otoroku, a przy okazji zamykając temat świeżaków z pierwszego kwartału 2016, chciałbym przywołać jeszcze dwa stosunkowo nowe tytuły inicjatywy wydawniczej Cafe Oto z udziałem Evana Parkera. Przede wszystkim mam na myśli jego wspólny występ z duetem Tilbury/ Prevost, upubliczniony pod nazwą handlową Evan Parker & AMM Title Goes Here (dostępny tylko w plikach), a także powrót tria, którego onegdaj znaliśmy z krążka portugalskiego Clean Feed - Evan Parker/ John Edwards/ Chris Corsano The Hurrah (dostępny tylko na winylu). Na razie jedynie sygnalizuję ich pojawienie się na rynku. Na odsłuchy przyjdzie czas po akcji zakupowej.



środa, 17 lutego 2016

Another Timbre - w poszukiwaniu utraconego dźwięku. Wybór płyt z katalogu wytwórni


Martin Küchen / Keith Rowe / Seymour Wright  Kuchen-Rowe-Wright

W muzyce swobodnie improwizowanej, w wolnej improwizacji, w minimalistycznej wolnej improwizacji, czyli w muzyce, jaką światu ujawnia angielska wytwórnia Another Timbre, o sukcesie, czytaj: o tym, że ta muzyka nam się podoba, często decyduje drobiazg, jakiś pojedynczy dźwięk, interesujący zgrzyt, czy niebanalna sekwencja dźwięków podana w krótkim czasie. Czasami, jak w drużynie piłkarskiej, na scenie improwizujących muzyków jest ktoś, kto „robi różnicę”.



Dla mnie kimś takim jest Keith Rowe. Gitarzysta weteran, eksperymentator, wieloletni współtwórca wielu wspaniałych płyt formacji AMM. Bywa, że traktuje instrument bardzo tradycyjnie (oczywiście jak na kanony gatunku), w taki sposób, że po prostu słyszymy, że człowiek gra na gitarze (wszak w gatunku tym doświadczamy czegoś, co nazwałbym całkowitym oderwaniem dźwięku od jego źródła). Czasem traktuje gitarę, jako generator drgań, który przefiltrowany przez elektronikę dociera do nas w formie całkowicie oderwanej od pierwowzoru. No i te wspaniałe momenty, gdy nagle, w tłoku miażdżącej nasze uszy wojny improwizacyjnej potrafi niebanalnie zaskoczyć zupełnie wyabstrahowanym z rzeczywistości samplem (np. śpiewem operowym, czy fragmentem programu informacyjnego bliżej nieokreślonego radia; nota bene mały konkurs: na jakiej płycie Keitha Rowe słyszymy głos radiowca w języku polskim i nazwisko jakiej ważnej osoby pada w tym przekazie?).
Zatem, jeśli chcecie sięgnąć po płytę Keitha Rowe, przynajmniej tę z katalogu Another Timbre, czy np. Erstwhile, róbcie to śmiało, bo się nie zawiedziecie.

To przydługie intro miało Was przekonać, iż bez względu na to, co przeczytacie poniżej płytę tria Kutchen/ Rowe/ Wright posłuchać trzeba koniecznie!

A krążek tegoż tria, to 35 minutowa improwizacja bez tytułu, nagrana w roku 2009 w Kościele St. James The Lesser w Midhopestones (piszą, że to nie daleko Shefield)…. Zderzenie dwóch saksofonów altowych (Kuchen, Wright) i gitary elektrycznej (tak brzmi opis płyty, na stronie wytwórni określonej mianem „electronics”). Zwał jak zwał - Rowe gra swoje, czyli równie często słyszymy, że gra na gitarze (także w dłuższych fragmentach używa smyczka, czego efektem są liczne perkusjonalne dygresje), jak i generuje w pełni elektroniczne dźwięki (pełnych humoru sampli nie brakuje!). Efekt jego pracy zgrabnie oplatają dwa alty, które chwilami brzmią jak… alty. Zatem także niezaprawieni w „niemuzyce” (definicja pojęcia: szukaj w recenzji płyty „Somethingtobesaid” Johna Butchera) słuchacze dadzą radę.

Wszakże centralną postacią tej improwizacji pozostaje Rowe i choć jak zwykle nie każdy dźwięk jesteśmy w stanie spersonalizować, to mam wrażenie, że 75% muzyki spływa z rąk Pana Rowe. Całość trwa niewiele ponad dwa kwadranse, zatem słuchamy bez przystanku (jeden trak na dysku), a ja uwagę ewentualnych słuchaczy chciałbym zwrócić szczególnie na minuty końcowe. Oto bowiem pośród tumultu improwizacyjnego nagle dociera do nas na falach jakiegoś pirackiego eteru rubaszny fragment „Diamond Life” uroczej Sade, by zaraz zostać spuentowanym przez jednego z alcistów, który z gardła saksofonu bardzo nieśmiało próbuje dobywać dźwięki, które przy odrobinie dobrej woli nazwać moglibyśmy próbą zasugerowania melodii. Potem na całość opada ściana radiowej ciszy, skwierczącej tak intensywnie, że Wasze uszy dość szybko poczują niebywały dyskomfort. Płyta się kończy, ale nie wiemy, czy na pewno, bo rozdygotana cisza wciąż dudni w naszych receptorach słuchu. Ale tak, to naprawdę koniec. No to warto… zacząć od początku.


Carl Ludwig Hübsch / Christoph Schiller   Giles U.

Wszystkie nowości Another Timbre z roku 2011 to duety. Nie inaczej jest w przypadku „Giles U”. To przy okazji najdłuższa z premier, trwająca 53 minuty opowieść, podzielona na siedem części, opatrzonym zgrabnymi tytułami.
Spotkanie słonia z myszką. Największy instrument dęty blaszany (Carl Ludwig Hubsh – tuba) kontra kompaktowa wersja klawesynu (spinet, szpinet? - Christoph Schiller).



Hubsch - filozofujący gaduła z Kolonii (ten krążek zawiera zapewne najdłuższą liner-notes w historii wytwórni; dodajmy, że większość płyt AT w ogóle nie zawiera notek) i Schiller - milczek ze Szwajcarii (choć tak literackie ma nazwisko).
Jako się rzekło, tuba uzupełnia spektrum dźwiękowe, buczy i grzmi, dopowiada i sapie. Królem polowanie wszakże jest dla mnie myszka, czyli rzeczony spinet, który choć jest instrumentem klawiszowym, tu pełni rolę strunowca, który przy akompaniamencie pudła rezonansowego (zapewne niewielkich rozmiarów) tka nam sieć pięknych, bardzo perkusyjnych wrażeń.
W tej improwizacyjnej zabawie dla mnie sam spinet wystarczy, by radości z odsłuchu było co nie miara. A tuba? Zgrabnie uzupełnia i daje wartość dodaną. Słuchać koniecznie, byle uważnie!


Angharad Davies / Axel Dörner   A.D.

Spotkanie Angielki Angharad Davies (skrzypce) i Niemca Axela Dörnera (trąbka), to trzy muzyczne plamy dźwiękowe, każda zawieszona w naszych uszach na kilkanaście minut. Dobry to interwał dla wyciszonych improwizacji, bo spokojnie zdążymy się wsłuchać i razem odpłynąć, ale znużenie nam absolutnie nie grozi. Muzyka chwilami brzmi nieco maszynistyczne, jednak częściej muzycy szukają tu inspiracji ciszą niż dźwiękami gotowymi zabić usypianego właśnie niemowlaka.
Opis wydawnictwa brytyjskiego labela Another Timbre nie przynosi zbyt wiele informacji, stąd jedynie przypuszczenie (jako efekt dość uważnego słuchania), że Pan Dörner generuje swą część opowieści jedynie za pośrednictwem w pełni akustycznie traktowanego instrumentu, zaś Pani Davies korzysta nieco z amplifikacji swoich skrzypiec. Efekt wszakże pozostaje raczej w kategorii kontemplacji dźwięku niż szukania zapętlonych pojedynków improwizatorskich. Całość nazwijmy współczesną muzyką improwizowaną. Poziom interakcji między muzykami (niezwykle istotne kryterium oceny) oceniam jako dalece umiarkowany.



To moje pierwsze spotkania z muzyką Angharad. Dossier, mimo młodego wieku, ma już dość obfite, także z wytrawnymi free improwizatorami (John Edwards, Tom Chant, Rhodri Davies - by przy rodakach pozostać). Póki co, do tanga mnie jeszcze nie porwała, ale przyglądać się będę bacznie (na razie zdjęciom, bo miła i urocza to facjata).
Axel to już inny kaliber muzyka improwizującego. Jego nieustanne poszukiwania dźwięku jedynego w swoim rodzaju śledzę od dawna i także tu nie mogę nie potwierdzić wykonania świetnej roboty. I to – dla mnie ulubione – zajęcie: odgadywanie, w jaki sposób on wydobywa z trąbki takie dźwięki? Polecam oddać się tej zabawie. Całość trwa godzinę lekcyjną i warto na pewno na ten czas oderwać się nieco od dźwięków codzienności.


Mathias Forge/ Olivier Toulemonde    Pie ‘n’ mash

Czy to już muzyka konkretna, czy jeszcze free improv? Ten akademicki dylemat postanawiamy pozostawić jednak bardziej dociekliwym. W zamian proponuję po prostu poświęcić 38 minut na doznania czysto artystyczne. Oto bowiem czeka nas zmasowana konfrontacja instrumentu dętego, blaszanego z instrumentarium typowo… kuchennym.



Z jednej strony trzepaczki do ubijania piany, stoły rezonujące, miski, szklane kulki, anteny, patery, piły, generalnie długo by wymieniać – całość zwie się po chłopsku „obiekty akustyczne”. Na przeciw puzon traktowany sonorystycznie, w trakcie wielkiej gonitwy w poszukiwaniu utraconego dźwięku. Prawdziwa batalia o prawo do zawładnięcia przestrzenią dźwiękowa słuchacza. Wszakże jak przystało na estetykę Another Timbre dzieję się jednak nie za wiele i z pewnością na polu bitwy nie polegniemy z powodu nadmiaru dźwięków o zbyt rozbudowanej amplitudzie. Tu jednak dominują akustyczne igraszki na pograniczu ciszy.

Młody Francuz - Mathias Forge kontra stosunkowy młody Belg - Olivier Toulemonde. Nagranie koncertowe. Podoba mi się przestrzeń dźwiękowa kreowana przez Belga, dzieje się wiele, sporo interesujących kontekstów, czy skojarzeń nie do końca muzycznych, ale wszak to akustyczny konkret. Więcej oczekiwałbym od tak wspaniałego instrumentu jak puzon, ale to zapewne tylko marudzenie fana free jazzu, a tu zabawa nie na tym polega. Ciekawe, intrygujące, choć w większej dawce mógłbym jednak nie podołać. Dane personalne Belga zapamiętane.


Roberto Fabbriciani / Robin Hayward  Nella Basilica

Daleka od głównego nurtu, wartka i silnie poszukująca muzyka współczesna (inspiracje Luigi Nono) puszczona na głęboki ocean muzyki improwizowanej.
Witajcie w Krainie Najniższych Częstotliwości. Wytężcie swe uszy, przygotujcie wysokogatunkowe słuchawki. Zamknijcie się w najgłębszej piwnicy, jaką macie w okolicy. I posłuchajcie.

Jesteśmy w Bazylice św. Dominika w Arezzo. Mikroflora i fauna akustyczna tego pomieszczania idealnie wpisuje się w klimat przedsięwzięcia polegającego na poszukiwaniu dźwięku najniższego. W pozycji kontemplującej (choć za pewne nie na kolanach) odnajdujemy dwóch muzycznych eksperymentatorów z ich dalece niestandardowymi instrumentami.



Włoch Fabbriciani, flecista, jak rzeczą lepiej poinformowani, pierwszy raz staje w szranki improwizacyjnej realizacji. Do dyspozycji ma kilka odmian fletów, w tym własnej produkcji flet hiperbasowy, który jak donosi opis płyty ma … 12 metrów długości. Trzeba mieć solidne płuca, by z czegoś takiego w ogóle wydobyć dźwięk. Roberto ma.
W tym ciekawym sonorystycznie eksperymencie uczestniczy także bliżej nam znany Anglik z Berlina, Robin Hayward, który dla przeciwwagi zamiast swój instrument wydłużać, postanowił go tonalnie poszatkować i zbudował tubę mikrotonalną (zainteresowanych szczegółami odsyłam na stronę muzyka – nas tu bowiem bardziej interesuje efekt finalny operowania tym instrumentem).
A ten jest naprawdę wyjątkowy. Otrzymujemy barwy brzmienia dźwięków, które rzadko spotykamy nawet w okowach naszej pogmatwanej „niemuzyki” (pamiętajcie o dobrych słuchawkach). Doprawdy sonorystyczna ekstaza w naszych zmęczonych uszach.
Trzy kwadranse improwizacji w pięciu odcinkach. Choć dzieje się tu nie za wiele, a wyjątkowej dramaturgii nie uświadczymy, to nie wolno tej płyty omijać z powodów, jak wyżej.

Another Timbre. Muzyka improwizowana i współczesna "z nad krawędzi". Label założony i prowadzony przez Simona Reynella. Londyn, Anglia, anothertimbre.com.


Teksty pierwotnie ukazały się drukiem w nr 4/5 m/i magazynu, maj/czerwiec 2011. Jednocześnie zostały także opublikowane na blogu Marcina Kicińskiego "Impropozycja"