Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Santiago Bogacz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Santiago Bogacz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 maja 2023

The Relative Pitch’ late winter outfit: Brandon Lopez! Kasten-Krause & Pavone! Ensemble Dedalus! Bogacz & Aires!


Amerykański label Relative Pitch nie zwalnia szalonego tempa edytorskiego. Od czasu naszego poprzedniego spotkania z jego nowościami minęło już kilka tygodni, zatem najwyższy czas zajrzeć na wydawniczy bandcamp, wprost do nowych płyt, których nazbierało się już … dziesięć!

Recenzencki wysiłek podzielimy tym razem na kilka etapów, a dziś przyjrzymy się czterem albumom, które światło dzienne ujrzały pod koniec zimy (tudzież na skraju wiosny) roku bieżącego. Jak zwykle w przypadku tego wydawnictwa czeka nas moc wrażeń, duży rozstrzał stylistyczny i kilka głośnych nazwisk do wyszczebiotania. W ujęciu tematycznym – free jazzowe trio, kameralny duet strunowy, elektroakustyczny spektakl w rozbudowanym składzie z istotną rolą elektroniki i post-produkcji, wreszcie urugwajski duet ze skraju free jazzu i kameralistyki. 



 

Brandon Lopez Trio Matanzas

Czas i miejsce akcji nieznane (prawdopodobnie nowojorska Roullette): Brandon Lopez – kontrabas, Steve Baczkowski – saksofony oraz Gerald Cleaver – instrumenty perkusyjne. Dwie improwizacje, 41 minut z sekundami.

Trzy zacne, nowojorskie persony otwartego jazzu w koncertowej odsłonie, w soczystym, choć silnie zabrudzonym strumieniu swobodnej wymiany myśli, improwizacji, która wieloma charakterystykami zdaje się przypominać loftowe nagrania z Wielkiego Jabłka, jakie urozmaicały scenę free jazzową ładnych kilka dekad temu. Czujemy to swąd przepalonej instalacji elektrycznej, zapach zbutwiałego dachu, no i dramaturgiczną swobodę, która pozwala artystom grać, co chcą, czasami zapuszczać się w bezmiar niekończącego się jam session, rodzaju otwartej próby zagubionej w oparach dymu papierosowego. Początek i koniec koncertu, to miód dla fanów kontrabasowego groove, zabrudzonego, preparowanego tembru saksofonu i bystrych perkusjonalii, które udanie zdobią teren. Środkowa część koncertu obniża poziom, sprowadza się do wspomnianej przed momentem otwartej próby, gdy muzykom przychodzą do głowy niestworzone ilości pomysłów - każde z nich inicjują, niektóre porzucając w pół słowa.

Pierwsza odsłona koncertu trwa tu kilkanaście minut, a buduje ją tłuste, kontrabasowe pizzicato, intrygująco charcząca tuba saksofonu i rytmiczne perkusjonalia. Po krótkiej sekwencji bez saksofonu, narracja zwalnia, a strugę emocji zapewnia kontrabasowy smyczek. Zwinna, nieprzegadana narracja zwieńczona zostaje rozśpiewanym pochodem saksofonowych fraz, podskoków smyczka i dudniącego werbla. Druga improwizacja trwa prawie dwa kwadranse. Rozpoczyna ja perkusyjne intro, pracuje ostry smyczek, a w tubie saksofonu dzieją się przeróżne rzeczy. Muzycy mają tu czas na frazy preparowane, pomysły rzucane ad hoc i kilka definitywnie niedokończonych wątków, narracyjnych mielizn. Ostatnie kilka minut koncertu wiele wszakże rekompensuje. Kontrabas buduje wówczas rytm energicznym smyczkiem, a dęciak deklamuje melodię umiarkowanie czystym tembrem, wsparty na koherentnym drummingu.




Tristan Kasten-Krause & Jessica Pavone Images of One

Greenpoint Recording Collective, Brooklyn, Nowy Jork, wrzesień 2022: Tristan Kasten-Krause – kontrabas oraz Jessica Pavone – altówka. Cztery utwory, 37 minut.

Kolejna nowość RP, to improwizacja wyjątkowo precyzyjnie zaplanowana. Kameralna, niepokojąca, chwilami nerwowa, dwuosobowa symfonia trwogi, ale rozpisana na role i trzymająca się scenariusza od pierwszej do ostatniej sekundy. W końcowym, najdłuższym utworze – być może aż nazbyt dobitnie. Bliżej nam nieznany kontrabasista i altowiolinistka, która z Anthony Braxtonem nagrała kilka tysięcy płyt. Warto w tym nagraniu nie przeoczyć choćby jednego dźwięku.

Pierwsza opowieść z miejsca buduje nastrój trwogi, boleściwego suspensu. Dwa smyczki frazują tu stosunkowo wysoko, całość przypomina muzykę dawna graną w czasach baroku, przefiltrowaną przez traumy współczesności. W drugiej odsłonie oba instrumenty nabierają odrobinę siarczystego brzmienia, kontrabas płynie wyraźnie pod altówką, a narracja z każdym nawrotem nabiera mroku i tajemniczości. Pod jej koniec mamy wrażenie, że muzycy wspinają się na wysoką górę, a ich instrumenty śpiewają z bólu wysiłku. W trzeciej części martwy marsz artystów w nieznanym kierunku zdaje się nabierać niemal egzystencjalnego lęku przed kolejnym krokiem. Monotonna narracja jest tu celem samym w sobie. Wreszcie czwarta, finałowa opowieść, trwająca ponad trzynaście minut. Ma kilka wyraźnych faz, różniących się od siebie tempem i rodzajem frazowania. Wszystko wszakże w tej części wydaje się precyzyjnie zaplanowane. Długie i krótkie frazy, powolne i grane w pewnym mechanicznym rytmie. Szczypta melodii i dużo dramaturgicznego suspensu. Ostatecznie koncept trzymanej w ryzach narracji wygrywa tu z potencjalną swobodą ekspresji.



 

Ensemble Dedalus + eRikm Fata Morgana

Różne miejsca, takież okoliczności i czas: ErikM – kompozycja, elektronika, nagrania terenowe, Didier Aschour – gitara, Amélie Berson – flet, Thierry Madiot – puzon, Christian Pruvost – trąbka, Silvia Tarozzi – skrzypce oraz Deborah Walker – wiolonczela. Dziewięć utworów, 51 minut.

Fata Morgana, to doskonały tytuł dla tego akurat nagrania. Mamy tu kompozytorski koncept godny muzyki współczesnej, która kocha rozbudowane opisy procesu twórczego, czasami bardziej niż same dźwięki. Zainteresowanych metodą, jaką artysta główny, słynny impro-elektronik ErikM, doszedł do efektu końcowego tej elektroakustycznej układanki odsyłamy na bandcamp wydawcy. Tu skupiamy się na samej muzyce, która jest doprawdy wyśmienita. Pokazuje bezmiar fraz sześciu instrumentów akustycznych pięknie skompilowanych odrobiną kreatywnej elektroniki i post-produkcji. Oto ten rodzaj gry, którą lubimy najbardziej - elektronika jak stymulator działań akustycznych. Jeśli nagraniu mielibyśmy coś zarzucić, to drobne braki w samej dramaturgii i generowanych emocjach na długim dystansie, zwłaszcza w drugiej części nagrania. Choć sam finał albumu tryska wyjątkową urodą.

O jakości Fata Morgany decydują w dużej mierze dwa utwory, rozbudowane, kilkunastominutowe historie. Jedna album otwiera, druga go wieńczy. Początek budowany jest z drobnych fraz, które sycą narrację dobrze zaplanowaną sekwencją zdarzeń – strunowe, długie pasaże, fletowe westchnienia i blaszane fermentacje. W tle snuje się oniryczna aura elektroniki. Leniwa, kameralna opowieść ma wszakże swój drive i mnóstwo emocji skrywanych za każdym niemal dźwiękiem. W kolejnych utworach dramat bazuje na krótkich, urywanych frazach, które wchodzą w zmysłowe interakcje (nawet przypominające call & responce), bądź na długich pociągnięciach pędzlem, gdy klimat całości jest konsekwencją urokliwych brzmień i warstwowej narracji. Niektóre utwory bazują na minimalizmie, inne na gęstym, tłustym procesie post-improwizacji. Każdy z instrumentalistów ma tu swoich kilka chwil, ale duch kolektywnej narracji, szytej wyobraźnią kompozytora, króluje tu niepodzielnie. Frazy syntetyczne podpowiadają, uzupełniają, nie skapią nam także nagrań terenowych, smakowicie wplecionych w narrację, niemal każdorazowo zdominowaną przez dźwięki akustyczne. Finałowa opowieść budowana jest wyjątkowo pieczołowicie. Krótkie i długie frazy, szum, cisza i elektronika, która podsyła dźwięk przypominający stado mew. Ów elektroakustyczny tygiel drobnych interakcji w końcowych minutach łączy się w pożegnalny, smakowity dron, który najpierw zdaje się kreować meta melodię, potem jednak coraz bardziej ucieka w mroczną otchłań zakończenia.



Santiago Bogacz & Emiliano Aires Retrato años después

4Tavella, Montevideo, Urugwaj, wrzesień 2021: Santiago Bogacz – gitara oraz Emiliano Aires – klarnet. Dziewięć improwizacji, 43 minuty.

Krótkie overview nowości Relative Pitch kończymy urugwajskim duetem – niebanalnej gitary elektrycznej o wielu twarzach i tyluż koneksjach gatunkowych oraz zwinnego, równie kameralnego, jak free jazzowego klarnetu.

Album składa się z czterech rozbudowanych improwizacji i pięciu miniatur, trwających na ogół mniej niż minutę. Otwarcie jest umiarkowanie spokojne, ale od razu pokazujące, iż muzycy są tu w dobrej komitywie, świetnie się słuchają i równie doskonale na siebie reagują. Gitara doposażona małym prądem atakuje szeroką paletą oryginalnych brzmień, fraz i pomysłów dramaturgicznych. Gdy klarnet idzie w tango, gitara urocząco rozpływa się w sennych marzeniach. Potem sytuacja ulega odwróceniu. Trzecia narracja rodzi się w mroku, trzeszczy rezonansem i miewa ekspresyjne rozbłyski. Klarnet w meta rytmicznej mantrze, gitara nasączona post-jazzem. Piąta historia budowana jest z drobiazgów, początkowo leniwa, po czasie wpada w ekstatyczny taniec. Klarnet znów nie szczędzi nam emocji, a gitara ponadgatunkowych skojarzeń, tu odrobinę rockowych. Finałowa ekspozycja startuje w mroku i na wdechu. Muzycy i ich instrumenty przypominają tu nocne kojoty, przyczajone przed nadciągającą burzą. Nerwowe, pożegnalne rozkołysanie udanie reasumuje jakże zgrabny album. Wspomniane pięć miniatur, to rodzaj improwizatorskich wprawek, które kreują różne klimaty, sycą się odmienną dynamiką i dają drogowskazy do dalszej pracy dla obu artystów. Tu szczególnie podobać się mogą epizody siódmy i ósmy, oba nasycone soczystą psychodelią.



 

piątek, 18 grudnia 2020

Duerinckx & Northover! Sloth Racket! Byrne, Scott & Roberts! J.Almeida! Javaid & Bogacz! SCM! IZE! Black Frost! The December Round-up!


Czas nawet w pandemii mknie z prędkością ponaddźwiękową! Rok dobiega końca, mnożą się podsumowania i listy best of (niektórzy zaczęli już 1 grudnia!), a na redakcyjnym stole wciąż zalega sterta płyt, które czekają na ciepłe słowa recenzenta jeszcze w fatalnym roku 2020!

Redakcja swoje best of zaprezentuje tradycyjnie ostatniego dnia roku. Uwaga! Tym razem lista będzie obejmować aż 66 pozycji. Być może, w tym roku lista ta winna objąć … 666 pozycji. Dalibyśmy radę, muzycy produkują dźwięki na potęgę, niczym murarze budujący socjalizm 70 lat temu.

Dziś - bez zbędnej zwłoki - zapraszamy na odczyt i odsłuch aż 10 nowych płyt. Bystra zbiorówka bez myśli przewodniej, z całą masą dobrej improwizacji i zwinnych dźwięków. Nasza marszruta zaczyna się w Belgii i Zjednoczonym Królestwie (to zawsze dobra mieszanka!), potem duży łyk Lizbony, niemiecka Kolonia (ale w jakże latynoskim wydaniu!), krajowy akcent warszawski, niespodziewany powrót do Kolonii i finał wszeteczny tam, gdzie zaczynaliśmy, czyli w Belgii. Piekielna pętla! Here it is!

 


Jean-Jacques Duerinckx & Adrian Northover  Hearoglyphics (Settola Di Maiale, CD 2020)

Wiosenne, ubiegłoroczne spotkanie w Red Shed Studios: Jean-Jacques Duerinckx – sopranino oraz Adrian Northover – saksofon sopranowy i altowy (ten drugi bardzo sporadycznie). Trzynaście improwizacji, na ogół dość swobodnych, ale z pewnością odrobinę zaplanowanych (być może moglibyśmy określić je mianem instant composition), łącznie prawie godzina zegarowa muzyki.

Belg i Anglik zapraszają nas na prawdziwie ponadgatunkową improwizację. Czasami pachnie tu zmysłową kameralistyką, innym razem muzycy szukają post-jazzu, ale ponieważ nie jest on ich naturalnym środowiskiem, pięknie uciekają w bardziej abstrakcyjne formy. Nie stronią od preparowania swoich instrumentów (każdy ma w tej dziedzinie sporo doświadczeń i własnych przemyśleń!), często płyną zwartymi, posuwistymi strumieniami dźwięków, które permanentnie się szukają, spoglądają na siebie, imitują wzajemnie, a czas spędzany przez muzyków wspólnie zdaje się być tym najbardziej wartościowym. Prawie godzinna narracja z pewnością zasługiwałaby na najwyższe oceny, gdyby nie jej czas jej trwania. Skrócona do naszych ulubionych dla free impro 40 minut, z pewnością graniczyłaby z mistrzostwem formy i dramaturgii.

Płyta zaczyna się w bardzo delikatny sposób. Ptasie dialogi prowadzone są tu w spokojnym tempie, pełne ciepłych i zrównoważonych uczuć, nastawione głównie na szukanie wspólnego mianownika. Pierwsze emocje pojawiają się w czwartej części. Muzycy produkują długie frazy, a towarzyszy im pewna elektroakustyczna poświata, która jest być może jedynie echem studia nagraniowego. Pojawiają się preparowane dźwięki, ale oba instrumenty nie decydują się na razie na jakieś bardziej separatywne akcje – duch kolektywizmu ani na moment nie opuszcza artystów. W piątej części dominuje suche powietrze wydychane przez wąskie tuby i delikatnie prychające dysze, jakby główną robotę improwizacyjną wzięło tu na siebie studyjne air condition. Kolejne części stawiają na nieco większą dynamikę. Saksofony zaczynają na siebie pokrzykiwać, choć wciąż szukają wspólnego strumienia dźwiękowego.

Ósma opowieść, to krótkie, urywane frazy, które przypominają metody twórcze Trevora Wattsa, gdy pół wieku temu skutecznie degenerował jazz u boku Johna Stevensa. Emocje, brudne dźwięki i kanciaste frazy budowane w sekwencji call & responce. W dziesiątej części muzycy nie rezygnują z kreatywnego zniekształcania dźwięków, skupiają się na szczegółach i małych frazach, ale czynią to w niezłym tempie, dzięki czemu emocje wciąż mogą pozostawać na krzywej wznoszącej. Zaraz potem ich preparacje zdają się wchodzić w wyższy rejestr – słyszymy piski i skomlenia, ale także puste dysze i podmuchy bardzo suchego powietrza. W przedostatniej części Jean-Jacques i Adrian wciąż preparują dźwięki, ale tym razem każdy z nich stosuje inne metody pracy. Na powrót stają się jednością w ostatniej, kojącej emocje, pół melodyjnej ekspozycji. Z ciszy pojedynczych oddechów bardzo swobodnie rodzą się piękne, finałowe frazy.

 


Sloth Racket  Exabout: Live In Ramsgate (Luminous Label, DL 2020)

Z brytyjskim kwintetem Sloth Racket spotykamy się regularnie, zatem jedynie krótkie przypomnienie, kto zacz - Cath Roberts na saksofonie barytonowym (odpowiedzialna także za kompozycje, które w niebanalny sposób zostają degenerowane do postaci całkiem błyskotliwych improwizacji!), Sam Andreae na saksofonie altowym, Anton Hunter na gitarze elektrycznej, Seth Bennett na kontrabasie oraz Johnny Hunter na perkusji (i tu, okazjonalnie na pianie). Nagranie koncertowe (Arco Barco, Ramsgate, wrzesień 2019 roku) składa się z trzech utworów, których odsłuch zajmuje trzy kwadranse z sekundami.

Kwintet bardzo kolektywnie wchodzi już w pierwszy temat. Saksofony i gitara posadowione zostają na flankach, a środkiem podąża samo serce narracji – kontrabas i perkusja. Opowieść toczy się bardzo swobodnie, nikt nie gra tu jakiegokolwiek tematu, a to, co wynika z notacji kompozytora sprowadza się zapewne do scenariusza całości i zarysu przebiegów poszczególnych improwizacji. Świetnym dowodem w sprawie niech będzie moment pierwszego utworu, gdy po dobrze skontrowanym stoppingu muzycy wchodzą w fazę wytłumionych, ale jakże namiętnych zabaw w pytania i odpowiedzi. Najpierw baryton, piano i szczoteczki perkusyjne (dwie ostatnie w rękach jednego artysty!), potem wyposażony w zwinny smyczek kontrabas, prowadzą Rakietę pięknym, głębokim nurtem psychodelizującego slow motion. Oczywiście, gdy dyktat kompozycji także każe, oba saksofony zaczynają pięknie śpiewać unisono, a reszta załogi posłusznie szuka w sobie inspiracji jazzowych i post-jazzowych.

To, co najlepsze na tym bardzo udanym koncercie zaczyna się wszakże wraz z rozpoczęciem drugiego utworu. Zaczyna piano i perkusja (one man!), którą spotyka synkopujący bas, a niedługo potem ambientowa gitara. Oba saksofony nie czekają na dalsze zachęty, zaczynają płynąć długimi frazami i imitować gitarę. W końcu pojawia się smyczek i ustala reguły … jakże swobodnej improwizacji. Muzycy budują na zwałach kompozycji uroczą open jazzową opowieść. Szczególnie efektowne zdają się być post-aylerowskie zaśpiewy obu saksofonów. Ostatnią część koncertu otwiera zgrzytliwa gitara i naśladujące ją saksofony. Sekcja rytmu uderza w dzwon i rusza blues-rockowym korytem. Saksofony znów kwilą wspólnym głosem, znów udanym, niezależnie od tego, jak silnie inspirowane są notacjami kompozytora. Finał koncertu obfituje w niespodzianki, zwroty akcji, solowe ekspozycje i kolektywne stemple jakości. Na ostatniej prostej znów pojawia się smyczek, gitara zastyga w kameralnym ambiencie, a ciepło usposobione dęciaki ślą końcowe pozdrowienia.

 


Dee Byrne/ Craig Scott/ Cath Roberts  Live at BRÅKFest (OEM Music, DL 2020)

Cath Roberts (saksofon barytonowy) zostaje z nami, a dołączają do niej Dee Byrne (saksofon altowy i elektronika) oraz Craig Scott (gitara elektryczna). Ta trójka zaprasza nas do londyńskiej Hundred Years Gallery (w ostatni dzień tegorocznego lutego) na półgodzinny set bardzo swobodnej improwizacji.

Otwarcie koncertu pełne jest dramaturgicznych wątpliwości i emocjonalnego niepokoju. Tuby dętych szumią, struny gitary ledwie oddychają, a poświata elektroniki sączy się z oddali. Repetycja gitary zdaje się być tym elementem, który rozpoczyna konstrukcję narracji właściwej. Open chamber and jazzy flow, który szuka swobody i dość szybką ją znajduje. Gitara trzyma nurt główny, saksofony stawiają na free impro. Pierwsze emocje i wzrost dynamiki, to efekt pracy barytonu, który łapie kąśliwy rytm. Alt buszuje wciąż w zbożu, a gitara nie stroni od drobnych preparacji. W połowie seta elektronika podaje ciekawe tło, które brzmi niczym zdezelowany akordeon. Improwizacja śmiało wypływa na szerokie wody, a instrumentem, który w tej fazie koncertu zdaje się generować najciekawsze frazy jest gitara.

Po adekwatnym dla sytuacji dramaturgicznej wyciszeniu muzycy budują nowy wątek z drobnych i dość delikatnych fraz. Gitara płynie z ciszą, saksofony śpiewają smutne piosenki. I to znów baryton jest tym, który stara się przerwać owo narracyjne lewitowanie. Gitara jest na tak, alt trochę się ociąga. Zamiast zatem wybuchu ekspresji, trio na koniec seta znów pogrąża się w ciemnościach, w czym pomaga bystra, ale nieinwazyjna elektronika. Swoje trzy grosze dokłada także post-rock-jazzowa gitara.

 


João Almeida/ Fred Lonberg-Holm/ João Lopes Pereira  Live at Zaratan (bandcamp self-release, DL 2020)

Ze Zjednoczonego Królestwa przenosimy się na sam koniec Europy, do Lizbony. Trębacz João Almeida (frakcja bardzo młodzieżowa tamtejszej sceny free jazz/ free impro!) zaprasza nas na koncert pewnego tria, a zaraz potem na dwa eksperymenty solowe (patrz: kolejna recenzja). Na początek lądujemy w miejscu zwanym Zaratan - Arte Contemporânea in Lisbon (początek marca br.). Na naszego bohatera czekają tam – Fred Lonberg-Holm na wiolonczeli (plus elektronika) oraz João Lopes Pereira na małym zestawie perkusyjnym. Swobodna improwizacja składa się z dwóch części i trwa łącznie prawie 36 minut.

Trio młodych i bardzo doświadczonego zaczyna improwizację bez specjalnej gry wstępnej. Od startu ciekawe frazy (także preparowane), dużo swobodny, ale bez eskalacji, z ciszą pomiędzy niektórymi dźwiękami, z wiolonczelą, która na tym etapie nie kąsa jeszcze prądem. Fred dość szybko przemienia swój instrument w post-rockową gitarę, ale nie wydaje się chętny na hałasowanie. Portugalczycy zostawiają mu dużo miejsca i należnego szacunku, ale robią swoje w prawdziwie mistrzowskim stylu (zwłaszcza trębacz – bez respektu, z pełną mocą, jeśli wymaga tego sytuacja sceniczna). W połowie 7 minuty trio kipi już ogniem, po czym równie efektownie przenosi się do strefy ciszy, którą ubarwia szczególnie cello, które snuje małe stróżki psychodelii. Owo leniwie, ale jakże smakowite slow motion wybudza się z letargu z prawdziwie portugalską nieśpiesznością. Gdy w końcu dynamika i emocje na powrót opanują scenę, muzycy proponują nam pokaźny pakiet świątecznych fajerwerków. Trąbka repetuje, cello kąsa prądem, a obrazu całości dopełnia aktywny drumming. Na sam koniec seta niespodzianka ze strony Freda – bardzo lekki flow z post-barokowym zabarwieniem.

Drugi set stawia na spokojniejsze rozwiązania. Dzieło introdukcji przypada w udziale perkusyjnym szczoteczkom i wiolonczeli. Trąbka pojawia się w połowie 3 minuty – śpiewa, śle zadziorne frazy i szeleści, innymi słowy, dynamizuje narrację. Po spowolnieniu mały koncert na drobne, ale wyjątkowe urocze frazy ze świetnym perkusjonalnym backgroudem. Pod koniec seta (znacznie krótszego niż pierwszy) muzycy znów dają upust swoim emocjom – meta melodie, gęsta perkusja i cello, które szuka dużego prądu. Całość gaśnie bardzo precyzyjnie, głównie z woli wiolonczeli, przy sporym wsparciu perkusyjnych szczoteczek.

 


João Almeida  Static I & II (bandcamp self-release, DL 2020)

Czas na rzeczone eksperymenty portugalskiego trębacza, wyprodukowane (to właściwe określenie) bez użycia jego ulubionego instrumentu blaszanego. Pierwsza część Static, to jeden trak o długości 30 minut, część druga – dwie opowieści, łącznie trwające 28 i pół minuty. Oba nagrania powstały tej jesieni, zapewne w pandemicznych warunkach domowych (acz wkład dźwiękowy do pierwszej części, to efekt … pewnego spaceru).

Static I, to przetworzony elektronicznie zapis nagrania terenowego z nocnego spaceru po lizbońskim Olaias-Anjos. W trakcie postprodukcji dźwięki zostały rozciągnięte w czasie i zmultiplikowane. Efektem prac muzyka jest dość jednostajny dron syczącego powietrza, podawany dość cicho (odsłuch słuchawkowy na maksymalnej głośności wskazany), który mógłby przypominać efekt amplifikowania trąbki (takie produkcje ma w portfolio Nate Wooley), ale my wiemy przecież, iż to intensywnie przetworzony field recordings. W trakcie półgodzinnego (zbyt długiego) nagrania dzieje się niewiele, a wart odnotowania być może jest jedynie incydent dźwiękowy z 25 minuty, coś na kształt krzyku, być może prawdziwy dźwięk z lizbońskiej nocy.

Druga część Static, to efekt użycia przez muzyka wirtualnego symulatora analogowego ze swej natury syntezatora modularnego. Tutaj napotykamy na zdecydowanie ciekawsze sytuacje dźwiękowe. Całość brzmi chwilami jak realny syntezator modularny, w innych momentach, jak dobrze skrojona, nieinwazyjna, niekiedy naprawdę ciekawa elektronika. Flow na strukturę ambientową, ale nie składa się z jednostajnych dronów, często pulsuje, zdaje się żyć własnym życiem wewnętrznym. Nie brakuje głośnych, na poły noise’owych wstrętów, zmiana goni zmianę, a całość potrafi być głośna. Jeszcze ciekawiej jest w drugiej części Static II. Zaczyna się ona brzękiem siarczystej syntetyki, w tle której rozbłyskują i rozsypują się fragmenty tajemniczych dźwięków. Z czasem te plamy, strzępy, strugi fonii lepią się w rozdygotany dron. Narracja cały czas nabiera intensywności i gęstości, aż do momentu, gdy przybiera postać rozchełstanego, rozdrażnionego, jakże zadziornego pasma dark ambient. W ramach ostatniego akcentu muzyk proponuje nam jeszcze organową salwę. Brawo za tę część!

 


Salim Javaid & Santiago Bogacz with Marlies Debacker  Una mirada perdida / Ella se convirtió en sus ojos (Matador, DL 2020)

Przenosimy się do słynnego Loftu w niemieckiej Kolonii, by posłuchać nagrania duetu, a na koniec także tria, stworzonego przez pewnego Urugwajczyka w podróży służbowej i międzynarodowych rezydentów niemieckich. A zatem: Santiago Bogacz (gitara akustyczna, struny stalowe i nylonowe), Salim Javaid (saksofon sopranowy, altowy i tenorowy) oraz na trzy ostatnie części - Marlies Debacker (fortepian, głównie preparowany). Całość składa się z dziewięciu części i trwa blisko 70 minut. Być może odrobinę za długo, ale z drugiej strony, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który potrafi wskazać momenty nagrania, które z całą odpowiedzialnością możnaby wyciąć z tego ponadgodzinnego potoku dźwięków. Dla ścisłości dodajmy – nagranie z ostatniego dnia lutego 2020 (chyba już dziś zetknęliśmy się z tą datą!), a wydawcą jest rzeczony Urugwajczyk i jego bandcampowy label.

Swobodna, w pełni akustyczna improwizacja lubi rodzić się w ciszy. Czysta, metalicznie brzmiąca gitara, obok szumiące dysze, oddechy z tuby i półdźwięki. Wszystko zdaje się być tu lekkie, rozhuśtane i dalece swobodne. Energia godna post-rocka, która szybko uwalnia się ze szponów introdukcji, dobrze koreluje się z precyzją akcji i równie bystrych reakcji. Oto dialog przyjaciół, którzy na tym etapie znajomości nie mają jeszcze sobie dużo do powiedzenia, ale czas spędzany wspólnie sprawia im dużą przyjemność. Wiele dzieje się tu za przyczyną dużej aktywności gitarzysty (spory wachlarz technicznych możliwości i jedynie dobrej kreatywności!). Saksofonista trzyma z nim sztamę w każdej sekundzie i świetnie reaguje nawet w karkołomnych układankach dramaturgicznych. Leniwe, minimalistyczne repetycje i kipiące mocą małe wybuchy ekspresji – w każdym z tych wariantów duet zdaje egzamin. W drugiej części powolność muzyków jakby zyskiwała na wartości – jeden sprawia wrażenie, że jest na niezłym kacu, drugi ewidentnie czuje się jeszcze wczorajszy. Opowieść, nie tylko w tej części, zasadza się na pewnym dysonansie. Jeśli Bogacz tryska emocjami i dynamiką, Javaid chętnie cedzi dźwięki przez zęby i intrygująco degeneruje etos improwizacji. Ten drugi w kolejnej części znacząco poszerza naszą percepcję jego potencjału artystycznego – piszczy, drży, prowokuje. W dalszych odcinkach duet znów buduje flow na energetycznym dysonansie. Gitara zdaje się być lekko upalona brzmieniowo (muzyk zmienia tempo improwizacji w imponującym stylu!). Saksofon warczy, preparuje dźwięk wargami, gwiżdże i napotyka na piękną imitację gitary, która też śle niemal dęte frazy.

Ta bardziej niż udana improwizacja zyskuje jeszcze na wartości, gdy pod zmyślne, coraz bardziej preparowane frazy gitary i saksofonu podłącza się pianistka, która woli drżeć w pudle rezonansowym fortepianu niż tańczyć po gołych klawiszach. Trio zaczyna swą przygodę od delikatnych, wzajemnych macanek, potem przystępuje zaś do zasadniczej części swych obowiązków scenicznych. W ósmej części gitara tańczy po całej szerokości sceny, saksofon jęczy w kącie i prosi o łyk wody, a perkusyjnie usposobione piano rysuje szlak podróży. Mimo tych dynamicznych charakterystyk improwizacja zdaje się nabierać wręcz molekularnej struktury. Fantastycznym zaś podsumowanie całości jest ostatnia część, prawdziwa wisienka na torcie. Opowieść znów tkana jest z drobiazgów, pełna zmyślnych preparacji (przez moment mamy wrażenie, że słyszymy tylko szelest sześciu pracujących palców!), dętych półimitacji i surowych, finalnych oddechów.

 


Spontaneous Chamber Music  Vol. 3 (Fundacja Słuchaj!, CD 2020)

Czas na krajowy akcent w dzisiejszej zbiorówce! Trzecia odsłona Spontaneous Chamber Music, to autochtoni: Marcin Olak na gitarach i Patryk Zakrocki na altówce oraz goście: Anna Gadt wokalnie i Annemie Osborne na wiolonczeli (nagranie studyjne z grudnia 2018 roku – czternaście improwizacji, być może niektóre z nich z zarysowanym scenariuszem, ponad 54 minuty). Płyta składa się z dwóch części i epilogu. Najpierw otrzymujemy sześć improwizacji w kwartecie, potem siedem duetów, by na koniec znów spotkać się z kwartetem. Trudno czynić z tego zarzut artystom, wszak większość dźwięków świetnie się tu broni, ale sam zabieg długotrwałego rozbicia kwartetu na duety zakłóca nieco dramaturgię całości. Dodatkowo, album okrojony do 40-45 minut zapewne ominąłby kilka ledwie dostrzegalnych płycizn i definitywnie zasługiwał na wysoką ocenę.

W morze improwizacji artyści wchodzą wszakże z przytupem. Silny głos, skacząca wokół niej gitara i intensywny szelest piłowania strun pozostałych instrumentów. Czujne, rozwichrzone i intrygująco zdekalibrowane free chamber. Druga część stawia na rytm, melodię i nieskrywaną taneczność. Muzyka z epoki, ale na sterydach! W kolejnej odsłonie pojawiają się pierwsze, ciekawe preparacje dźwięków, szczególnie w podsekcji smyczkowej. Gitara najczęściej szuka głosu (tak dzieje się w wielu momentach płyty), buduje dramaturgię całości, dba też o pojedyncze przebiegi. Czwartą i piątą część bardzo udanie otwierają altówka i wiolonczela. Najpierw filigranowo i delikatnie, potem dynamicznie i emocjonalnie. Gitara dodaje do tego szczyptę dobrego hałasu, zaraz potem niezbędną dynamikę, a głos, rozdrażniony szept, zdaje się przywoływać wszystkich do porządku. Ostatni fragment partycji kwartetowej odwraca kolejność zdarzeń. To głos i gitara maszerują na czele, a cello i altówka budują zmysłowe tło. Nim utwór wybrzmi do końca, role wydają się być odwrócone, definitywnie dla dobra obrazu całości.

W fazie duetowej emocje chwilami nieco przygasają. Więcej jest niuansów i nieśpieszności, niż ekspresyjnych, bystrych dialogów. Najpierw gitara i głos, potem kolejno – gitara i wiolonczela, wiolonczela i altówka (to tu jest najciekawiej, piękny post-barok!), głos i wiolonczela (bardzo kobieca narracja!), ponownie głos i gitara (ciekawy, wschodni zaśpiew!), ponownie wiolonczela i altówka, a na finał głos i wiolonczela (znów post-barokowo!). W ramach udanego zakończenia powraca kwartet i serwuje nam niebanalny free chamber w emocjonalnym rozkwicie. Na ostatniej prostej wszyscy głęboko oddychają, a gitara dodaje pasma mglistego ambientu.

 


Hübsch/ Martel/ Zoubek  Ize (Insub Records, CD 2020)

Wracamy do kolońskiego Loftu! Listopad 2018, a na scenie (czy z publicznością?) trójka zdolnych do wszystkiego muzyków: Carl Ludwig Hübsch (tuba i obiekty), Pierre-Yves Martel (viola da gamba, harmonica, pitch pipes) oraz Philip Zoubek (fortepian i syntezator). Panowie w procesie generowania dźwięków stawiają na improwizację, ale wszystko zdają się czynić w sposób uporządkowany i z pewnością precyzyjnie zaplanowany. Przygotowali dla nas pięć utworów w estetyce zbliżonej do contemporary chamber, trwających mniej więcej trzy kwadranse.

Otwarcie płyty stawia na niejednoznaczność, elektroakustyczną poświatę, na długie frazy, ale także szybkie cmoknięcia w ustnik i szemrzące oddechy. W drugiej części (ponad 17 minutowej) ta majestatycznie powolna opowieść jeszcze bardziej rozwarstwia się. Garść zaaranżowanych akcji i reakcji, trochę minimalizmu i repetytywności. Klimat tajemniczości wiele tu rekompensuje. Po pewnym czasie opowieść dostarcza nam wreszcie kilku prawdziwie żywych dźwięków tuby, która intrygująco burczy. Piano i viola koncentrują się raczej na krótkich frazach. Rozbudowa narracja zaczyna pęcznieć i nabierać masy, choć interwały ciszy nie przestają być stałym elementem gry. Na koniec dostajemy kilka frapujących dźwięków jakby wprost z zakładu mechaniki pojazdowej.

Definitywnie ciekawiej robi się w kolejnych, już nieco krótszych ekspozycjach. Trzecia część jest miniaturą, pełną niebanalnych brzmień i mikro preparacji. Wszystko, co najlepsze dzieje się zaś w części czwartej. Powraca elektroakustyczna poświata, tajemnicze obiekty zaczynają rezonować, a tuba intensywnie oddychać i prychać. Kilka dźwięków z syntezatora, także harmoniki dodatkowo ubarwia narrację. Muzycy wraz z upływem czasu inteligentnie budują napięcie, aż po szczególnego rodzaju peak emocji. Tuż po nim opowieść zaczyna przypominać rwącą rzekę, pełną naprawdę groźnych fortyfikacji dźwiękowych. Finał tej dalece dobrej płyty stawia na akustyczne brzmienia tuby, violi i fortepianu. Narracja przypomina dynamiką marsz pogrzebowy. Powraca harmonica, która buduje pojękujący dron, struny dodają swoje, a zagadka znów zdaje się gonić zagadkę.

 


Chihei Hatakeyama & Dirk Serries  Black Frost (Glacial Movements Records, CD 2020)

Na finał dzisiejszych opowieści kojący strumień dźwiękowy, któremu nie tak łatwo przykleić jakąkolwiek kolorową łatkę. Raczej nie dark, może bardziej blue, a może po prostu, to ambient w czystej, niemal klasycznej postaci. Belgijskiego gitarzystę Dirka Serriesa znamy na tych łamach doskonale, japońskiego muzyka Chihei Hatakeyamę wręcz przeciwnie. Opis płyty nie wspomina o użytym przez muzyków instrumentarium, a także, gdzie zarejestrowano nagranie, razem, czy może osobno, czy to może kolaż dwóch ścieżek dźwiękowych, powstałych niezależnie od siebie. Pozostajemy w oparach tajemnicy, choć wielu spraw możemy się domyślać. Jedno nie ulega wszakże wątpliwości – nagranie składa się z czterech części, trwa zaś 43 minuty i kilkanaście sekund.

Zapraszamy do krainy ambientu lekkiego, jak puch, budowanego przez dwa strumienie fonii, z których jedna swobodnie płynie w nieznane, druga zaś kreśli małe pętle. Z czasem narracja pęcznieje, a w jej strukturze zaczynają pojawiać się nowe mikro elementy. Wszystko spowite jest mrokiem tajemnicy, ku chwale gatunkowej czystości. Druga opowieść zdaje się być jeszcze cieplejsza, a dźwięki sprawiają wrażenie niezwykle sterylnych, powstałych w warunkach laboratoryjnych - płyną swobodnym, dość jednorodnym strumieniem. Nie pozostaje nam nic innego, jak przymrużyć oczy, wziąć głęboki oddech, zatrzymać wszelkie procesy myślowe i dać się zabrać tym dźwiękom na meta relaksacyjny trip.

Trzecia opowieść płynie do nas z nieco bardziej mrocznych stref świata. Muzycy proponują nam zejście o kilka stopni w dół. Jedno pasmo produkuje wręcz basowy dron, a całość płynie do nas z dalekiego, nieznanego księstwa. Ostatnia historia wydaje się być najbardziej powolna i wytłumiona - dociera do nas wymieszana z szumem ciszy. Pętla za pętlą brzmienie łagodnieje i pnie się ku górze. Przez moment może wydawać się, iż ambient zaczyna śpiewać. Ostatecznie, brnie jednak z powrotem na samo dno i gaśnie w mgławicy syntetycznych oddechów ciszy.

 


czwartek, 29 października 2020

A New Barcelona’ outfit! Hung Mung! Besalduch & Nästesjö! Villavecchia! Truss! Llumm! Bogacz & Vidal!


Barcelona żyje i ma się świetnie! Przynajmniej w wymiarze muzycznym. Po spotkaniu Vasco Trilli z Marsem Williamsem (na początku tego tygodnia), dziś sposobność, by poznać kolejnych sześć nowych płyt, które powstały w Barcelonie (jedna w Andaluzji, ale z udziałem bcn people!) i tamże zostały w ostatnich tygodniach upublicznione. Towarzystwo w ujęciu personalnym niezwykle międzynarodowe, ale dla każdego z tych muzyków Barcelona jest miejscem szczególnym (i na ogół stałą, życiową rezydencją).

Zaczynamy od … siódmej już w tym roku płyty Hung Mung! Trio, które zawojowało w październiku scenę poznańskiego Dragona, po prawdzie wzięło we władanie cały Spontaniczny Fest! Potem sięgniemy po duet i nagranie solowe – podobnie jak w przypadku Hung Mung, wprost z katalogu Discordian Records. Po nich dwa wydawnictwa z udziałem Ferrana Fagesa (w tym duet, który śmiało możemy uznać za reinkarnację słynnego w wielu kręgach duetu Cremaster). Wreszcie na finał skromny, acz wyjątkowo smakowity duet gitar akustycznych. Uwaga! Nie będziemy jednak słuchać flamenco!

Do dzieła! Na przekór zarazom i haniebnym czynom pewnej władzy w samym środku starego świata!

 


Hung Mung  La fúria es lo primer (Discordian Records, DL 2020)

Tym razem barcelońskie trio odnajdujemy w okolicznościach studyjnych (Golden Apple, Barcelona), dokładnie w połowie października roku 2019 (patrz: kalendarium Hung Mung, zamieszczone na tych łamach kilka tygodni temu!). El Pricto – saksofon altowy (tylko i wyłącznie!), Diego Caicedo – gitara elektryczna oraz Vasco Trilla – perkusja. Cztery improwizacje, 33 minuty z sekundami.

Furia na początek! Tytuł płyty sugerowałby takie rozwiązanie, ale muzycy mają inny pomysł. Prowadzą spokojnie grę rozpoznawczą, choć grają ze sobą po raz tysięczny pierwszy. Plamy gitary i saksofonu, stuki po krawędziach werbla, łagodny smak nadchodzącej burzy. Diego frazuje post-jazzem, ale dobrze przegniłym czerstwym rockiem, Pricto prycha i zawodzi, a Vasco lepi to wszystko w uporządkowany flow improwizacji. Emocje kreują się samoczynnie, jakkolwiek drummer nie forsuje tempa, dba raczej o intensywność narracji. Prawdziwy ogień rodzi się na gryfie gitary, by po chwili spowić całą przestrzeń nagrania. Druga improwizacja od startu stawia na dynamikę i szczere interakcje. Brudne frazy, aktywny drumming, bez subtelności – samo mięcho, gęste i lepkie. Po niedługim czasie artyści pięknie tłumią się do pojedynczych fraz, sięgają po preparacje, oddychają na sucho, pełni wszakże dramaturgicznego niepokoju. Diego liczy struny na pogłosie, ale nowe pomysły same kiełkują mu pod palcami. I to znów gitarzysta zabiera trio w ogień improwizowanego post-rocka.

W kolejnej opowieści, dla odmiany, garść subtelności – saksofon całuję powietrze, kostka gitarzysty snuje się po strunach, pałker liczy krawędzie i jątrzy. Gitara i dęciak szukają wspólnej stycznej, a dynamika przychodzi jakby całkiem nieproszona. Kilka znaków zapytania, epizod z milczącym saksofonem, który po chwili powraca powłóczystymi dronami. Dźwięki gasną perfekcyjnie. Wreszcie finał tej niedługiej, studyjnej perełki. Na wejściu garść jazzu, który nabiera rumieńców dzięki inicjatywie perkusisty. Ten ostatni, niczym demiurg, wrzuca wszystkie dźwięki do rozgrzanego kotła. Ale emocje trzymane są tu na uwięzi, choćby po to, by po kilka pętlach opowieść mogła cudownie wytłumić się. Caicedo schodzi w psycho-ambient, alt Pricto płynie post-jazzem, a Trilla jako ostatni trzyma się krawędzi życia. Spirala ekspresji na krzywej wznoszącej! Ale znów krok w bok, ucieczka w brzmieniowe szczegóły. Gitara plami post-elektroniką, perkusja nerwowo szuka większej dynamiki, saksofon kreśli śpiewne pętle. Na ostatniej prostej Bóg Chaosu skacze jednak w ogień, a raczej w gęstą lawę, która na koniec pięknie rozlewa się bardzo szerokim korytem.

 


Ferran Besalduch & Johannes Nästesjö  The Lost Pawns (Discordian Records, DL 2020)

Przenosimy się do innego studia barcelońskiego – Underpool. W czerwcu 2019 roku spotykają się tam Ferran Besalduch na saksofonie sopranowym (miał w planie grać na saksofonie barytonowym, ale instrument chwilowo zaniemógł) oraz Johannes Nästesjö na kontrabasie. Muzycy pichcą dla nas osiem swobodnych improwizacji, które potrwają łącznie niespełna 40 minut.

Minimalistyczne frazy pizzicato wklejają się w delikatne podmuchy z tuby saksofonu sopranowego. Drobne preparacje i szukanie dynamiki. Artyści budują swoją opowieść pieczołowicie, nie od razu są skorzy odkryć przed nami wszystkie karty! Druga część, inny pomysł na improwizowaną intrygę – small percussion po strunach i ptasie, subtelne zaloty miłosne, frazy niemal molekularne. Po chwili bas bierze sprawy w swoje ręce i obaj muzycy puszczają się w imponujący galop. Trzecia historia – masywny strzał z kontrabasu, w reakcji pisk sopranu. Dialog Dawida z Goliatem zamienia się jednak w podniebny spacer, bo kontrabas zdolny tu jest doprawdy do wszystkiego! Free chamber without any jazz! Czwarta improwizacja, to pierwsza, która wynosi nasze emocje aż po horyzont! Nisko osadzony smyczek buduje dynamiczny flow, brudzi brzmienie i stymuluje sopranowe śpiewy. Tuż potem zwinne pizzicato, które niespodziewanie prowadzi opowieść w rejony ciszy. Powrót do dynamiki, niejako ze zdwojoną siłą – pasaż ognistych fraz, zgaszony dronami spod kontrabasowego smyczka. Brawo!

Piąta historia i skulone pizzicato, które czeka na podmuchy chropowatego saksofonu. Flow gęstnieje, zaczyna ociekać potem. Kontrabasista błyskawicznie zmienia techniki gry, przez moment już nie wiemy, czy używa placów, czy smyka dobywając tak intrygujące dźwięki. Sztukmistrz z Malmoe! Matowy flow wspaniałości buduje także saksofon, który razi kreatywnością. Na finał oba instrumenty zgodnie … szumią. Szósta część trzyma się brudnych fraz. Kontrabas szeleści, drży i chrobocze. Sopranista cedzi dźwięki przez zęby! Na finał jednoczą się w galopie. Wreszcie dwa ostatnie epizody – to już prawdziwe perły w koronie tej intrygującej improwizacji! Najpierw harsh-flow smyczka wystawiony na ostry pisk z tuby. Molekularna, skryta opowieść – kind of acoustic pre-noise! Artyści stawiają na preparacje, które prowadzą ich na skraj ciszy. Ósma opowieść – pomruki smyczka i szum z tuby budują opowieść, która narasta niczym letnia burza. Po chwili bas schodzi do piwnicy, a saksofon sięga nieba i łobuzuje. Ale to nie koniec – kontrabas też zaczyna śpiewać, a ostatnie dźwięki, to cudowne, wzajemne imitacje, czynione naszą ukochaną metodą call & responce. Znów brawo!

 


Liba Villavecchia  Nocturnal (Discordian Records, DL 2020)

Solowe improwizacje na saksofon altowy (tu nazwane nieco przewrotnie … kompozycją) z pewnością ukoją nasze emocje, zszargane po poprzednich, jakże eksplozywnych płytach. Liba Villavecchia nagrał dla nas jedenaście utworów, oczywiście w Barcelonie, w marcu i kwietniu bieżącego roku, niewykluczone, iż w lockdownowych okolicznościach domowych. Całość odsłuchu zajmie nam mniej więcej dwa kwadranse.

Płyta w przeważającej części zbudowana jest wedle pewnej reguły dramaturgicznej – utwory nieparzyste stawiają na klimat, nastrój, pewną abstrakcyjność dźwięków i formy, zaś utwory parzyste częściej szukają jazzowych inspiracji, zdają się być masywniejsze, a czasami nawet swingujące. I tak – pieśń otwarcia, to długie frazy kreowane na pogłosie, które szukają rezonansu, pełne oddechów, westchnień i chwil onirycznego w posmaku, tłumionego niepokoju. W trzeciej części niektóre dźwięki przyjmują formę krzyku, mamy wrażenie, że powietrze z tuby saksofonu łączy się z gardłowym oddechem muzyka. W piątej części świat dźwięków składa się niemal wyłącznie z szumu powietrza, szmeru pustych dysz i ciszy wokół. Z kolei dziewiąta część (bodaj najbardziej intrygująca), to dron, który rezonuje ze wszystkim, co napotyka na swojej drodze, po czym przekształca się w narrację pełną melodyki i dobrych emocji.

Utwory parzyste budują swój flow z odrobinę bardziej dynamicznych i rytmicznych fraz. Choćby czwarta narracja, która ewidentnie szuka post-swingowych inspiracji, zdaje się być o krok od niemal tanecznego rozhuśtania. W kolejnych częściach parzystych muzyk frazuje coraz wyżej, by w części dziesiątej postawić już na swing, któremu udaje się popaść w pewnego rodzaju rezonans. Płytę, która w wielu momentach jest jedynie naszkicowana (niektóre utwory nie trwają nawet minuty) wieńczy wytłumiona ballada, która stawia na długie frazy i stylowo pnie się ku górze.

       


       

Truss (Ferran Fages/ Alejandro Rojas-Marcos/ Bárbara Sela)  Sela Todos los animales se reúnen en un gran gemido (Inexhaustible Editions, CD 2020)

Chwila oddechu na pewno była konieczna, albowiem teraz zapraszamy na obcowanie z całą plejadą fake sounds (fałszywych dźwięków). Przed nami trio: Ferran Fages – gitara akustyczna & feedback systems, Alejandro Rojas-Marcos – clavichord oraz Bárbara Sela – recorders. Na płycie, która składa się z siedmiu części i trwa prawie 43 minuty, niemal od początku do końca doświadczać będziemy dysonansu poznawczego, gdyż w wielu momentach, chwilami naprawdę ekscytującej improwizacji, całkowicie zatracimy umiejętność wskazania źródła danego dźwięku. Ta prawdziwa karuzela fake sounds nagrana została w Andaluzji (Estudio 79, Jerez de la Frontera), w listopadzie ubiegłego roku.

Opowieść o tym, jak wszystkie zwierzęta jednoczą się we wspólnym zawodzeniu nie mogła mieć lepszego tytułu. Rwana, nerwowa, chwilami chaotyczna, a po 30 minucie wręcz dotkliwa akustycznie narracja (prawdziwy challange nawet dla obeznanych w świecie fake sounds!) kasą swą niewątpliwą, elektroakustyczną urodą od pierwszego dźwięku! Mechanika preparacji, szelest obiektów nieznanego pochodzenia, meta rytm instrumentu klawiszowego, który chwilami brzmi jak fortepian, innym razem jak … klawikord, dźwięki, które mogą być efektem live proccesing, ale nie muszą, wreszcie nieustający rezonans wszystkiego ze wszystkim. Uff, fabryka pracuje pełną mocą! A na koniec ktoś podśpiewuje, a może jedynie jęczy. Druga improwizacja na moment powraca do żywych, rozpoznawalnych dźwięków. Słyszymy odgłosy charakterystyczne dla gitary Ferran Fagesa (yes!), struny klawikordu, głuchy szum otwartej przestrzeni studia nagraniowego, dźwięki suchych dysz instrumentu dętego, coś, co brzmi jak flet, a także głos ludzki – wszystko skąpane w rezonansie i sprzężeniach zwrotnych. Z biegiem minut preparacje nasilają się – tarcia, trzaski, gwizdy i pęknięcia. Trzecia część wydaje się najgłośniejsza jak dotąd. Gitara pracuje, także ów nieistniejący flet daje znać o sobie. Drżą i szeleszczą struny klawikordu. Intensywna, efektowna narracja z dużą ilością akcentów para-perkusjonalnych. Szorstka mechanika pocierania, uderzania i szarpania.

Czwarta historia, to niemal miniatura. Minimalistyczne wprawki w temacie wybrzmiewania niemal pojedynczych dźwięków. Coś pomrukuje, ktoś liczy struny, które rezonują. Piątą część rozpoczyna rezonans gitary, mechaniczne mikro frazy, jakby ktoś umieścił wszystkie przedmioty wydające dźwięk w wielkim pudle rezonansowym fortepianu. Znów akcenty percussion i dźwięk charakterystyczny dla fletu prostego. Zagubione w głuszy leśnej dźwięki maltretowanej natury, tej ożywionej i tej wegetującej. Pod koniec słyszymy suche, drewniane patyki, którymi ktoś pociera, w tle zaś rezonują struny gitary (tego jesteśmy akurat pewni!). Opowieść toczy się jak u Davida Lyncha – nie ma rozwiązania, mnożą się natomiast zagadki – świst, szelest, pojękiwania, molekularne źdźbła fonii. Piski, uderzenia, oddech instrumentu dętego (?). Gdybyśmy powiedzieli o tej improwizacji, że sprawia wrażenie wyjątkowo tajemniczej, to jakby nic nie powiedzieli. Zakończenie szóstej improwizacji stawia na intensywność, chwilami naprawdę bolesną. Głębokie preparacje i rezonujący ambient gitary. Wreszcie finał tego szalonego przedsięwzięcia fonicznego – wszystko zdaje się tu wyć i piszczeć z egzystencjalnej trwogi. Z klawikordu buchają pioruny, ale całość narracji systematycznie przygasa. Wraz z artystami i ich meta instrumentami docieramy do ostatniego dźwięku. Jesteśmy dumni - z siebie, a tym bardziej z nich!

 


Llumm  Adhuc (llumm.bandcamp, DL 2020)

Pozostajemy w towarzystwie Ferrana Fagesa (tym razem tylko gitara elektryczna, nagrana samotnie 30 sierpnia br.), a do pary dobija jego wieloletni współpracownik Alfredo Costa Monteiro (rezonujące przedmioty i elektronika, nagrane samotnie … dwa dni później). Panowie razem zapisali już historię Cremaster, teraz rozpoczynają pisanie nowej, którą nazwali Llumm. Jeden trak, 41 i pół minuty.

Odgłos nieznanej przestrzeni i plastry ciszy uzupełniają się wzajemnie, jakby prowadziły tajemniczą grę, która nie ma zakończenia. Minimalistyczna elektroakustyka pełza i delikatnie skwierczy rezonującym dark ambientem. Całość brzmi, niczym analogowa elektronika, choć po prawdzie jest pewnie efektem pracy gitary elektrycznej. W połowie 4 minuty porcja cisza wydaje się być nieco większa. Po kilku sekundach na scenie pojawia się szeleszczący-buczący dron, który leniwie rozwarstwia się. W połowie 11 minuty mikrofrazy zaczyna budować zmutowana gitara (świetnie brzmiąca!), ale dron trwa nadal. Ten drugi matowieje, ta pierwsza błyszczy. W 17 minucie dron zaczyna pulsować, a towarzyszą mu trzeszczące incydenty foniczne. Po chwili powraca gitara, a całość nabiera na dłuższą chwilę niezwykle medytacyjnego charakteru. Ale to nie chill-out, to raczej strach przed nieznanym.

W połowie 22 minuty recenzent odnajduje w narracji nawet trzy, cztery wątki, a całość zdaje się być nad wyraz głośna. Po kolejnych kilku minutach opowieść powraca do samotnego drona, upstrzonego ambientowymi ornamentami. Kolejne plamy kreuje wyraźnie rozpoznawalna gitara Ferrana. Flow powoli wchodzi w stadium minimalizmu, jakkolwiek dźwięk gitary wydaje się być zagęszczany, zapewne w efekcie działań post-produkcyjnych Alfreda. Efekt ów zdaje się zadowalać wszystkich! W okolicach 33 minuty dronowe tło gaśnie. Nie przestaje pracować gitara, której towarzyszą elektroakustyczne zdobienia. Oba wątki udanie się pętlą. Na ostatniej prostej powraca czyste brzmienie gitary (szkliste i metaliczne, które świetnie znamy), a obok snuje się analogowy dron, którego zdążyliśmy już poznać we wstępnej fazie nagrania.

 


Santiago Bogacz & Sebastian Vidal  Murillo 15 (Dadiminauke, DL 2020)

Na finał dzisiejszych szaleństw barcelońskich skromny duet gitar akustycznych. Uspokajam wszakże malkontentów – będzie się działo! Santiago Bogacz i Sebastian Vidal spotkali się pierwszego dnia lutego br. w miejscu zwanym Grabado (Barcelona). Zagrali dwie swobodne improwizacje, które poznany w całości tuż przed upływem 25 minuty nagrania.

Improwizację otwiera skrobanie strun, ich wnikliwie liczenie, tudzież wstępne sprawdzenie ich odporności na mechaniczne uszkodzenia. Oba pudla rezonansowe gitar drżą, niczym talerze drummerskie. Muzycy bystrze wchodzą w suche frazy budowane już na pewnej dynamice. Opowieść zdaje się być od startu niezwykle bogata w brzmienia i wydarzenia, toczy się niejako dwustrumieniowo - muzycy dobrze się słyszą, ale prowadzą swoje narracje dość separatywnie. Na każdym kroku szukają okazji do preparowania dźwięku, pięknie wchodzą w dość abstrakcyjne paralele. Recenzent jest niemal pewny, iż obaj pięknie pasowaliby do strunowej formuły Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa! Muzycy wolą szczegóły niż ekspresyjnych salw mocy, czym także udanie wpisują się w estetykę wspomnianej formacji. Pierwsza improwizacja z czasem staje się odrobinę linearna – dynamika rośnie, preparacje idą w odstawkę, a całość nabiera bystrego, kameralistycznego (wręcz klasycyzującego!) sznytu, albowiem warsztat obu muzyków pozwala im naprawdę na wiele. Wszystko pięknie gaśnie, do pojedynczego dźwięku.

Druga improwizacja stawia początkowo na kreatywny minimalizm. Dźwięki niczym krople deszczu filtrują nam narządy słuchu. Skromna gra w riffy i repetycje (jednak dalekie echo flamenco?) nabiera rumieńców, by nie powiedzieć – delikatnej furii! Po czasie muzycy schodzą w kierunku ciszy, a potem z mozołem wspinają się ponownie na szczyt. Plotą sieć interakcji z mikroskopijnych flażoletów, półfraz, ćwierćakordów. Po ósmej minucie powracają do maltretowania strun swoich gitar. Mnóstwo niuansów, brzmieniowych detali. Brawo! Improwizacja zaczyna przesiąkać finałową zadumą, choć nie przestaje szukać dynamiki. Po czym – po raz kolejny! – zostaje niezwykle efektownie wygaszona.