Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Simon Rose. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Simon Rose. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 grudnia 2025

Michel Doneda & Simon Rose in Metal Notebook!


Zdecydowanie zbyt rzadko zaglądamy na bandcampową stronę szkockiego net-labelu Scatter Archive. Czas nie jest z gumy, wydawnictwo ma przynajmniej jedną premierę w tygodniu, ale to i tak nas nie usprawiedliwia.

Zatem bez zbędnej zwłoki sięgamy po jedną z jesiennych nowości i obiecujemy, iż nie będzie to nasza ostatnia wizyta u Scattersów tego roku. W naszym lubieżnym odtwarzaczu plików elektronicznych ląduje dalece smakowity duet dęty, francusko-angielski, w małej, ledwie 28-minutowej dawce definitywnie swobodnej improwizacji.

Panie i Panowie, Michel Doneda na najlżejszych saksofonach i Simon Rose na jednym z tych najcięższych!

 


Koncert w berlińskim Kühlspot Social Club inaugurują długie, sążniste wydechy z czysto brzmiącego barytonu i szorstkiego sopranu. Muzycy kreują zdecydowanie wspólny strumień fonii i zdają się podążać w bliżej nieznanym kierunku. Baryton pogłębia oddech, sopran wspina się na place. Z czasem wszystko zaczyna drżeć, a przedsionki komory serca improwizacji migotać. Ciśnienie rośnie, puls na krzywej wznoszącej. Bywa, że matowe, preparowane frazy lżejszego z saksofonów brzmią dosadniej, mocniej, jakby instrument był zbudowany z twardszego materiału. Jest mniej melodyjny, bardziej drapieżny. Tak, czy inaczej, w okolicach szóstej minuty artyści wspinają się na drobne wzniesienie.

Improwizacja nabiera głośności, masywności. Baryton tańczy, sopran wpada w oddech cyrkulacyjny. Po dziesiątej minucie następuje wyhamowanie – najpierw kilka słów tylko od Donedy, potem od równie samotnego Rose’a. Narracja przypomina teraz wystudzoną medytację. Ładunek ekspresji zgromadzony w głowach muzyków pobudza ich do życia tuż przed upływem pierwszego kwadransa koncertu. Baryton znów łapie dużo melodii, sopran (a może już sopranino?) rezonuje jak stado pijanych gołębi. Obaj muzycy formują się teraz wspólny, lekko podwieszony pod chmury dron.

Po dwudziestej pierwszej minucie w opowieści obu artystów pojawia się coraz więcej melodii. Doneda rwie frazy, niczym Evan Parker w swych najlepszych latach. Rose szuka oddechu cyrkulacyjnego. Garść pożegnalnych melodii nie wieńczy jednak koncertu. Z uśmiechem na ustach muzycy wspinają się jeszcze na końcowe wzniesienie, a potem porykują z zadowolenia.

 

Michel Doneda & Simon Rose Metal Notebook (Scatter Archive, DL 2025). Michel Doneda - sopranino, saksofon sopranowy oraz Simon Rose – saksofon barytonowy. Nagrane w Kühlspot Social Club, Berlin, czerwiec 2025. Jedna improwizacja, 28 minut.


 

wtorek, 12 sierpnia 2025

The Confront Recordings’ fresh meals! Poznań: Appropriate Density! Moon! Liminal Spaces!


Brytyjski label Confront Recordings jest aktywnym uczestnikiem sceny free improvisation już od trzech dekad. Pod zacnym kierownictwem Marka Wastella permanentnie dostarcza nowe, smakowite kąski. Kiedyś w blaszanych pudełkach, teraz w czarno-białych kopertach. Zawsze ze stemplem wysokiej jakości.

Dziś czas na trzy tegoroczne nowości, z których zwłaszcza ta pierwsza winna podnieść ciśnienie fanom gatunku, zarówno tym brytyjskim, jak i nade wszystko polskim, albowiem zawiera nagranie z ostatniej edycji poznańskiego Spontaneous Music Festival, a nazwa własna stolicy Wielkopolski stanowi element składowy tytułu albumu, tu z dopiskiem Odpowiednia Miejscówka. Tuż po nagraniu tria Butcher/ Durrant/ Wastell czekają nas jeszcze dwa międzynarodowe duety, których wartość artystyczna w niczym nie ustępuje nagraniu z Dragona.

 


John Butcher, Phil Durrant & Mark Wastell Poznań: Appropriate Density

Call and Response, 8th Spontaneous Music Festival, Dragon Social Club, Poznań, październik 2024: John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Phil Durrant – elektryczna mandolina, elektronika oraz Mark Wastell – perkusja, instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 42 minuty.

Trzeci koncert trzeciego dnia ósmej edycji spontanicznego festu. Sala koncertowa Dragona wypełniona po brzegi. Na scenie trzech Brytyjczyków, z których każdy jest legendą gatunku. Pozostaje tylko słuchać i patrzeć. Ponad czterdzieści minut improwizowanych wspaniałości podanych jednym ciągiem.

Atrybuty inicjacji, to szelest perkusyjnych talerzy, pomruki mandoliny z drobną dawką prądu i podmuchy z tuby tenorowego. Muzycy znają się świetnie, doskonale na siebie reagują i mają naprawdę dużo czasu. Plotą misterną pajęczynę fonicznych koincydencji. Ich rozkołysany flow syci się saksofonową różnorodnością, mandolinową podbudową i perkusjonaliami, które koncentrują się na punktowych zdobieniach. Gdy trio nabiera powietrza w płuca, jego moc zdaje się przenosić góry. Pierwsze takie zjawisko ma miejsce już po upływie siedmiu minut. Potem, na kilka dłuższych chwil, opowieść przepoczwarza się w przeróżne duety. Tym, który daje sobie najczęściej wytchnienie jest Butcher, tym który milknie najrzadziej Durrant. Z kolei Wastell, jak saper, nie przegapi niczego, ale też nie ma w zwyczaju wychodzenia przed szereg. W gęstym potoku wydarzeń prąd i elektronika mandoliny zdają się być skromnym dodatkiem, podobnie jak preparacje saksofonu i akcje przypominające typowy drumming.

W międzyczasie w wir wydarzeń wplata się saksofon sopranowy, który jeszcze przed upływem dwudziestej minuty zaprasza trio na podniebny spacer. Tu dobrym komentarzem okazuje się garść pick-up’owych zabaw mandolinisty. Gdy koncert wkracza w drugą połowę artyści zaczynają stawiać na minimalistyczny relaks. Ze snu wyrywa ich dopiero temperamentny drumming i od razu wpycha na drobne wzniesienie. Flow staje się mocno rozhuśtany, a puentą ekspozycji (tuż przed trzydziestą minutą) okazuje się efektowny peak ekspresji. Spektakl zdaje się teraz wchodzić w najlepszą fazę. Chmura zgrzytów, szumów, metalicznych obcierek i gęstych oddechów powracającego tenoru buduje stosowne napięcie, choć całość przypomina raczej nerwową medytację. W trakcie kolejnych kilku minut muzycy z jednej strony dolewają do ognia (zwłaszcza na etapie duetu tenoru i elektroakustycznej mandoliny), z drugiej studzą emocje (na ogół perkusyjnym szumem). Samo zakończenie usłane jest niespodziankami. Iść na wzniesienie, czy może ku dolinie, w locie opadającym? Finałowe dywagacje niosą w sobie zaskakującą dawkę nowych wydarzeń. 

 


Simon Rose & Nicola Hein Moon

Adam Asnan’ studio, Berlin, wrzesień 2020: Simon Rose – saksofon barytonowy oraz Nicola Hein - 7-strunowa gitara mikrotonalna, elektronika. Siedem improwizacji, 40 minut.

Międzypokoleniowe spotkanie brytyjskiego barytonisty i niemieckiego, gitarowego eksperymentatora, to dalece intrygująca okoliczność - aż dziw, że na jej ujawnienie musieliśmy czekać pięć lat. Album tworzą dwie rozbudowane improwizacje, które trwają łącznie 20 minut i pięć skromniejszych, kilkuminutowych opowieści.

Rzeczone long-distance stories otwierają album. Pierwsza z nich wydaje się co najmniej drapieżna. Artyści kreują wielobarwne drony, intensywność ich przekazu faluje niczym wzburzony ocean. Bywa tu niekiedy bardzo głośno, a nawet post-industrialnie. W chwilach spokojniejszych dominuje aura szorstkiego ambientu. Raz za razem zaskakuje gitarzysta, domniemujemy, iż znacząca część tajemniczych, nieokreślonych co do źródła pochodzenia dźwięków, to jego dzieło. Druga improwizacja jest nieco spokojniejsza. Rose frazuje podobnie, Hein skupia się tym razem na akcjach punktowych. Ów specyficzny dead man walking nabiera masy w momencie, gdy gitarzysta formuje bardziej linearną narrację. Trzecia opowieść jest solową ekspozycją saksofonisty, w czwartej, na powrót duetowej, dominują zgrzytanie zębami i siarczyste wydechy, całość zaś nabiera tempa i niebanalnej ekspresji. Piąta odsłona przypomina wulkaniczne wyziewy po wielogodzinnej erupcji, szósta zdaje się rodzić w bliżej niesprecyzowanej otchłani głębokiej krypty. Tu dominuje hałaśliwy minimalizm, co stawia muzyków w nowej, jakże ciekawej sytuacji scenicznej. Finał albumu nie jest bynajmniej pożegnalną balladą. To cios prosto w szczękę, masywny, dynamiczny, kompulsywny. Ostatnia prosta jest intrygująco mroczna.

 


Ed Jones & Emil Karlsen Liminal Spaces

Saint Augustine's Wrangthorn, Leeds, marzec 2024: Ed Jones – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Emil Karlsen – perkusja. Jedenaście improwizacji, 62 minuty.

Kolejne spotkanie międzypokoleniowe, tym razem brytyjsko-norweskie. W tym gronie z muzyką perkusisty jesteśmy definitywnie na bieżąco, co innego z dokonaniami saksofonisty. A warto wiedzieć, że Ed Jones na początku ostatniej dekady poprzedniego wieku grywał w jazzowych projektach samego Johna Stevensa. Teraz, poniekąd odkurzony przez dużo młodszego kolegę, powraca definitywnie dużymi literami. Album wypełniony jest smakowitymi improwizacjami, dramaturgia trzyma poziom, muzycy zgrabnie unikają jazzowych grepsów, bywają oniryczni, wręcz medytacyjni, a jeśli sięgają po emocje godne free, robi się naprawdę gorąco.

Muzycy rozwijają swoją opowieść w skupieniu, pieczołowicie budując poszczególne wątki. Pierwsze cztery improwizacje trwają po 4-5 minut i udanie wprowadzają nas w klimat ekspozycji. Od akustycznego ambientu, po zwinny, melodyjny post-jazz. Dużo w nim nostalgii, spokoju, jakże kreatywnej filigranowości. Dobra komunikacja, szczypta rytuału, specyficznej ceremonii, tudzież minimalizmu bez epatowania zbędną ekspresją, to podstawowe atrybuty narracji. Kojący niepokój niebanalnej dramaturgii. Piąta opowieść trwa tu prawie kwadrans. Od chmury rezonujących fraz, przez melodyjne pętle po intrygujące interakcje w naszej ulubionej formule call and response. Kolejne trzy opowieści, to miniatury. Od leniwych, minimalistycznych post-melodii, po definitywnie open jazzowy drive. Dziewiąta opowieść zdaje się rozwijać wątek zadzierzgnięty w poprzedniej, niespełna minutowej narracji. Jest dynamika, są prawdziwie free jazzowe zagrywki i dużo jakości z obu stron. Ostatnie dwie improwizacje udanie reasumują album. Pierwsza stawia na preparacje, rzadko stosowane dotychczas, druga, wyposażana w intrygujące intro, jest melodyjną, pożegnalną balladą, na końcu której czeka na nas dynamiczna niespodzianka.

 

  

wtorek, 20 maja 2025

Anaïs Tuerlinckx & Simon Rose in Parle!


Zapraszamy do dwóch przybytków kultury miejskiej w stołecznym Berlinie. W miejscu zwanym Hošek Contemporary spędzimy dwadzieścia minut, zaś w bardziej rozpoznawalnym medialnie Kühlspot Social Club kolejne siedemnaście. W roli aktorów obu przedsięwzięć improwizacyjnych odnajdujemy belgijską pianistkę Anaïs Tuerlinckx i brytyjskiego saksofonistę Simona Rose’a. Ta pierwsza wyposażona jest w tak zwany string box (niewykluczone, że to fragment fortepianu, ale to tylko domysły) i syntezator, ten drugi dzierży w dłoniach muskularny baryton.



 

Schłodzone wyziewy z tuby saksofonu i rezonujące struny, które brzmią niczym opajęczone, nieużywane od stuleci organy kościelne, tworzą powitalny ceremoniał trwogi i drżenia. Narracja szybko wpada w drobne rozkołysanie – struny potrafią tu brzmieć niczym cytra i łapać efektowne echo, drony saksofonu płynąć szerokim pasmem zróżnicowanych emocji. Bogata dramaturgia obejmuje tu zarówno chwile poszukiwania ciszy i łapania oddechu, jak i strzępy nerwowych odruchów, tłumionych okrzyków, parsknięć i przedechów. W pewnym momencie w strumieniu dźwiękowych nieoczywistości pojawiają się pierwsze smoliste pasma syntezatora. To on sprawia, iż improwizacja przez kilka chwil nosi znamiona dość głośnej, po czym niespodziewanie lokuje się w mrocznej szarudze post-akustycznego ambientu. Tymczasem artyści, pomni upływającego czasu, konstruują nowy wątek. Wytłumione, szemrzące farzy płyną z głębokiej krypty, oprószone upływającym czasem. Lamenty, skowyty, rezonujące przedmioty w stale pogłębiającym się echu martwej przestrzeni. Opowieść nabiera wszakże rumieńców – barytonista zaczyna szukać post-jazzu, z kolei pianistka bez fortepianu elektroakustycznie szeleści. Wszystko nasiąka tajemniczą melodyką. Muzycy skupiają się na drobiazgach, pochylają nad każdym dźwiękiem, medytują na wydechu.

Druga opowieść trwa ledwie pięć minut. Jej początek jest minimalistyczny, znów ceremonialny, ale tkany z drobnych, ledwie słyszalnych dźwięków – drżących, rozkołysanych, broczących w gęstym echu. Wraz z rozwojem sytuacji drony saksofonu zaczynają pulsować, a szmery elektroniki iść z nim w parze. Improwizacja jest tu równie ognista, jak utulona w niepokojącej ciszy. Trzecia historia trwa ponad dwanaście minut i w tym zestawie wydaje się najbardziej energetyczna, nasączona zarówno post-jazzem barytonu, jak i gęstą, multimedialną narracją strun i syntezatora. Przynajmniej w pierwszej fazie. W połowie wszystko niespodziewanie tonie w szorstkim ambiencie i zaczyna się wielominutowy dialog z migoczącą ciszą. Piękno tej fazy koncertu nie da się z niczym porównać. Lekka jak puch, mroczna, zastygła, lamentująca. Na zakończenie tego niebywałego spektaklu artyści serwisują nam kolejną niespodziankę. Biorą głęboki oddech, zaczynają rezonować i wspinać się na krótkie, ale jakże efektowne wzniesienie.

 

Anaïs Tuerlinckx & Simon Rose Parle (Scatter Archive, DL 2025). Anäis Tuerlinckx - string-box, syntezator oraz Simon Rose – saksofon barytonowy. Nagrane w Hošek Contemporary, Berlin, wrzesień 2023 (pierwszy utwór) oraz Kühlspot Social Club, Berlin, marzec 2024 (utwory drugi i trzeci). Łącznie 37 minut.



 

piątek, 4 marca 2022

The Rodrigues Family still on the road! Four autumn releases!


Kolejny sezon niekończącego się serialu kameralnych improwizacji w wykonaniu Rodziny Rodrigues czas zacząć! Zapraszamy na cztery najnowsze płyty Ernesto Rodriguesa i jego syna Guilherme, upublicznione minionej jesieni, zarówno w formie wygodnych płyt kompaktowych, jak i plików elektronicznych, dostępnych na bandcampowych stronach obu artystów.

Zestaw ów wydaje się nad wyraz ciekawy, albowiem altowiolinista i wiolonczelista doprosili do swoich nagrań sporą rzeszę muzyków, który parają się nie tylko swobodnie improwizowaną kameralistyką, ale także grywają niekiedy całkiem soczysty free jazz! W tym gronie znajdziemy zarówno męskich weteranów, jak i kobiece aspirantki, saksofonistów, kontrabasistów, pianistkę, wokalistkę, puzonistę, perkusjonalistę, a także tropiciela dźwięków terenowych.  Jak na dość hermetyczny świat Panów Rodrigues, paleta propozycji dalece szeroka.

 


Mia Dyberg, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues, Johan Moir & José Oliveira  Palimpsest (Creative Sources, CD 2021)

Przegląd zaczynamy od nagrania najstarszego, zarejestrowanego w zamierzchłym roku 2018, na dwunastej edycji lizbońskiego festiwalu CreativeFest, w świetnie nam znanym miejscu O'Culto da Ajuda. Na scenie kwintet w składzie: Mia Dyberg – saksofon altowy, Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Johan Moir – kontrabas oraz José Oliveira – perkusjonalia. Jedna, dramatycznie krótka improwizacja – niespełna 27 minut.

Idea swobodnych improwizacji Rodriguesów opiera się na dwóch fundamentach. Narracja tworzona jest głównie z drobnych, niekiedy urywanych fraz, wszyscy zaś uczestnicy spektaklu wyjątkowo uważnie się słuchają, zgodnie z najlepszymi wzorcami deep listening. Początek koncertu oczywiście spełnia te wszelkie normy, jakkolwiek od samego startu improwizacja zdaje się być prowadzona z dużą werwą, pojawia się w niej naprawdę dużo dźwięków, a kolektywna praca saksofonu, kontrabasu i perkusjonalii nie pozwala improwizacji zbyt często uciekać w kameralne suspensy. Dynamika ekspozycji wiedziona jest wprost z bardzo aktywnych perkusjonalii. W podmuchach dęciaka niekiedy czuć woń zmysłowego free jazzu. Także wiele dobrego dzieje się na strunach kontrabasu, równie często wykorzysującego technikę pizzicato, jak i arco. Artyści sumienie odrabiają lekcję z mechaniki tarcia i szorowania, chętnie też uciekają w mroczne klimaty pogrobowych westchnień i melancholii. Ten ostatni przypadek trafia im się już po upływie 6 minuty - piękna bojaźń, równie zmysłowe drżenie, nerwowo tłumiona kompulsywność chwili.

Narracja wije się soczystą strugą dźwięków bez specjalnych zakrętów. Mamy fazę wyjątkowo urokliwego free chamber wiolonczeli i altówki, którym za tło robi szum post-jazzowego instrumentarium. Tuż potem bardziej energiczne podrygi prowadzą muzyków na efektowną równię pochyłą – oto swobodna kameralistyka, która zdaje się nie mieć jakikolwiek ograniczeń gatunkowych. Tuż przed upływem 20 minuty narracja formuje się w efektowny dron, który opada w tumulcie polerowanych strun. Kolejny kwiatek do kożuszka, to zaśpiewy saksofonu i kilka bardziej kołyszących fraz wiolonczeli. Ciągle dużo dzieje się w obszarze perkusjonalii. Samo zakończenie koncertu śmiało uznać możemy za drobną eskalację ekspresji.

 


Simon Rose, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues & Meinrad Kneer  Birds & Humans (Creative Sources, CD 2021)

Kolejna porcja swobodnej kameralistyki, to spotkanie kwartetowe z maja ubiegłego roku, z Berlina. Oto muzycy: Simon Rose – saksofon barytonowy, Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz Meinrad Kneer – kontrabas. Improwizacja sformowana tu została w siedem odcinków, które trwają ponad 65 minut.  

Angielsko-portugalsko-niemiecka opowieść budowana jest na pewnym dramaturgicznym dysonansie. Z jednej strony dwa kameralnie usposobione strunowce – wiolonczela i altówka, a drugiej ociekający post-jazzem saksofon i kontrabas, który zdaje się stać w małym rozkroku. Ten ostatni dość szybko łapie wspólny front z barytonem, ale też często sięga po smyczek i staje się wtedy dalece kameralnym orężem. Muzycy czynią wiele kroków w kierunku czupurnej, przesyconej preparowanymi dźwiękami narracji, z drugiej zaś strony duża część ich aktywności znajduje ujście w czystym, niemal neoklasycznym frazowaniu. Początkowa faza nagrania stawia dużo znaków zapytania, ale nade wszystko epatuje bardzo efektownym brzmieniem. Dostarcza sporo kameralnych emocji, kołysze się na wietrze i nasączona jest masą bystrych interakcji, serii zwinnych pytań i jeszcze bardziej przebiegłych odpowiedzi. W drugiej części na strunowych gryfach rodzi się niecierpliwa dynamika, z kolei saksofon buduje spokojne i wyważone drony, ale potrzebuje jednego głębszego oddechu, by wynieść improwizacje na poziom niemal freejazzowy. Następna improwizacja koncertuje się na drobnych, urywanych frazach, też syci się nerwową dynamiką, a pełną kompatybilność osiąga w końcowej fazie, która emanuje czystymi frazami.

Czwarta i piąta opowieść, to zdaje się crème de la crème całego albumu! Najpierw plejady dętych oddechów i prychów oraz strunowych szarpnięć. Opowieść płynie drobnym wzniesieniem, po osiągnięciu którego rozpoczyna się rzewna serenada altówki. Narracja staje się jakby delikatniejsza, bardziej wystudzona, chwilami urokliwie fermentuje post-barokowym smyczkiem kontrabasu i ponownie znajduje ukojenie w czystych frazach. W piątej części muzycy proponują nam trochę mechaniki tarcia i fizyki szarpania. Z jednej strony baryton w roli mąciciela, z drugiej małe strunowce, które udanie poszukują melodyki. We wnętrzu narracji tli się intrygujące, nerwowo tempo, które kreuje dodatkową jakość. Szósta improwizacja zaczyna się rewelacyjnie, budowana dzięki prepared short-cuts, potem przechodzi w dość mdławe rozwinięcie, by w fazie finałowej schować się za dark ambientową kotarą i snuć jeden z piękniejszych momentów nagrania. Finałowa improwizacja zdaje się być bystrą dogrywką swej poprzedniczki. Dużo mrocznych dronów, wystudzonych reakcji, ale też żywy śpiew ptaków, które być może posadowiły się w trakcie nagrania na framugach okien, stając się jednym ze składowych tytułu płyty.

 


Ligia Liberatori, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues & Davide Piersanti  Radical Flowers (Creative Sources, CD 2021)

Pozostajemy w majowych okolicznościach przyrody roku ubiegłego, także miejsce spotkania nie ulega zmianie. Kolejny kwartet, to: Ligia Liberatori – głos, Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz Davide Piersanti – puzon. Tym razem improwizacja ułożona została w dwanaście odcinków, które trwają ponad 52 minuty.

Włosko-portugalski ansambl postanowił nas permanentnie zaskakiwać! I tak, po prawdzie, dzieje się w każdej z dwunastu improwizacji. Intrygujący, kobiecy głos o tysiącu twarzy, który szepce, śpiewa, rży, burczy i skomle, zdaje się dysponować gamą możliwości nie mniejszą niż mistrz gatunku Phil Minton. Raz za razem wchodzi on w konstruktywne dialogi i równie piękne, wzajemne imitacje z puzonem, posadowionym na przeciwległym krańcu narracji. Portugalskie struny pracują tu w swoim trybie – plenią miliony drobnych fraz i układają je w jakże efektowną całość. Nastrój improwizacji bywa mroczny, ale też często szczerzy zęby i figlarnie dygocze na lekkim wietrze. W drugiej części Ligia sięga po niemal operowe frazy, ale bystrze mutowane jej kreatywnością, a całość sprawia wrażenie swobodnej kameralistyki uprawianej na sporym rauszu! Trzecia część pachnie wręcz neofolkiem, budowana w dużej mierze stosunkowo płynnymi frazami wiolonczeli i puzonu. Muzycy na każdym kroku nie szczędzą nam preparacji, ale w pierwszej fazie albumu technikę maltretowania instrumentów stosują jedynie w sytuacjach uzasadnionych dramaturgicznie, choćby w czwartej improwizacji.

Piąta i szósta część zaskakuje jeszcze bardziej. Najpierw niemal post-klasyczne frazy - zmysłowa, barokowa serenada głosu i altówki, pięknie kontrapunktowana puzonem i kolejnymi mintonówkami. W następnych, coraz bardziej intrygujących opowieściach muzycy częściej sięgają po dronowe pasaże i całe plejady preparowanych dźwięków. Ósma część, to prawdziwa huśtawka nastrojów, od dołu do samej góry i z powrotem, a wszystko w całkiem niezłym tempie! Z kolei dziewiąta budowana jest nie tyle z drobnych fraz, co po prawdzie z dźwiękowych strzępów. Figlarna zabawa w pytania i odpowiedzi kreowana tu jest dysonansem kameralnych westchnień i wręcz post-industrialnych tarć. Dziesiąta opowieść trwa najdłużej. Też budują ją kontrasty, zmiany kierunku narracji i dramaturgicznie niuanse, zaś szczególnie urokliwe zdaje się być samo zakończenie, pełne szmerów i szeptów. Dwie ostatnie części znów szyte są sami drobiazgami, bogacone zaś wyjątkowo rozśpiewanym puzonem, który chwilami tanecznie podryguje. Finał płyty eksploduje urodą. Każdy dokłada tu niespodziewany dźwięk czy frazę, a całość pnie się ku górze nie bez improwizacji czynionych metodą call & responce.

 


Eva Maria Houben/ Ernesto Rodrigues/ Guilherme Rodrigues/ Carlos Santos  Falling into wide spaces (Creative Sources, DL 2021)

Ostatnie nagranie w dzisiejszym zestawieniu jest dość nietypowe, ale … jak najbardziej pandemiczne! Czterech muzyków przygotowało separatywne ścieżki dźwiękowe w różnym czasie i przestrzeni, a czwarty z nich z plejady elektroakustycznych różnorodności uplótł dwie rozbudowane narracje. Zwał, jak zwał, przed nami jednak kwartet: Eva Maria Houben (fortepian i organy, Berlin, grudzień 2020), Guilherme Rodrigues (wiolonczela, Berlin, marzec 2021), Ernesto Rodrigues (zither, Lizbona, kwiecień 2021), Carlos Santos (field recordings, Gerez, wrzesień 2018, geophone oraz piezo recordings, Ayamonte, sierpień 2019 oraz Lizbona, 2020, wreszcie mix i mastering). Całość nagrania, to 79 minut i kilka sekund.

Przed nami elektroakustyczna symfonia minimalizmu, kreatywnego zaniechania i żmudnego budowania wielowątkowej narracji, której na ogół bliżej jest do gęstej ciszy niż jakichkolwiek pokładów hałasu. Na starcie mamy wrażenie, że słyszymy świst powietrza. Pojedynczy klawisz fortepianu, echo, incydentalne szarpanie na struny i głucha, nieokreślona, mroczna przestrzeń, w której rodzą się ochłapy fonii. Opowieść z czasem formuje się w drony, ale długość ich życia nie jest przesadnie długa. Oto narracja w trybie stand by, która cedzi dźwięki przez silnie zaciśnięte wargi. O istnieniu żywego świata wokół świadczą jedynie dźwięki otoczenia, odgłosy ptaków i zwierząt domowych. Zdaje się, że upływający leniwie czas jest tu także elementem budowania dramaturgii. W trakcie tej prawie 40-minutowej części pojawiają się nieco dłuższe frazy strunowe, które brzmią nad wyraz boleśnie. W tle, na dalekim backgroundzie coś grzmi, ale ma definitywnie nierealny wymiar.

Druga opowieść toczy się w aurze jeszcze mroczniejszej. Zapominamy o odgłosach żywej materii, raczej znajdujemy się w bezdennej przestrzeni martwego kosmosu. Wokół ściele się post-industrialny ambient, ktoś ściska żywe struny, dołem tli się organowy dron i bardziej delikatne dźwięki strunowe. Te ostatnie, to zapewne brzmienie zithera, a może to efekt działań w trybie inside piano. Sama narracja nasycona jest bardziej płynnymi, nieco dłuższymi frazami, mniej w niej ciszy i zaniechania. Syntetyczne fonie grzmią od czasu do czasu, a te akustyczne zdają się pozostawać w głębokiej defensywie. Wielowątkowy, elektroakustyczny dron zdobią pojedyncze, preparowane dźwięki strunowe. Kolejne 40 minut upływa bardzo wolno, a samo zakończenie serwuje nam kilka dodatkowych dźwięków akustycznych, przypominających, iż powoli wracamy do realnego świata.




wtorek, 20 lutego 2018

Daniel Thompson! The United Kingdom of Free Improvisation’s another fresh breath! *)


Świat muzyki improwizowanej nie zna pustki. Trybuna Muzyki Spontanicznej, ustami Pana Redaktora, co rusz puszcza w eter nazwiska muzyków, które warte są zapamiętania. Katalog dobrych lub bardzo dobrych improwizatorów rośnie w tempie geometrycznym. Co gorsza, teksty tu zamieszczane nakazują także zachwycać się ich muzyką!

Daniel Thompson! To jest następna ofiara naszej polityki informacyjnej. Młody, wciąż na dorobku, brytyjski gitarzysta. Wykształcony, ambitny, i co z dzisiejszej perspektywy najistotniejsze, już doprawdy wyśmienity muzyk improwizujący. Po prawdzie nie ma jeszcze w pełni autorskiego dorobku, ale jego twórcza zabawa w kolektywną, swobodną improwizację, niemal od początku dekady, trwa w najlepsze.

W trakcie dość rozbudowanej epistoły padnie także kilka innych, nowych nazwisk. Na jedno już dziś redakcja nakazuje zwrócić baczną uwagę. To saksofonista Adrian Northover. Muzyk nieco starszego pokolenia, jakkolwiek jego większa aktywność na polu free improve ma miejsce dopiero w ostatnich latach, dodajmy, na ogół w towarzystwie Thompsona.

Prześledzimy notatki recenzenta z odsłuchu aż jedenastu płyt, w których istotny udział sprawczy przypisać możemy brytyjskiemu gitarzyście. Nie będziemy nadmiernie wymądrzać się w ich trakcie, snuć gatunkowych paralel, ani udowadniać, jak wielka jest nasza recepcja muzyki improwizowanej. Tylko fakty, tylko emocje. A po lekturze - marsz do kupowania i słuchania muzyki! Muzycy improwizujący i ich wydawcy także płacą rachunki!

Jeśli ktoś z zacnych Czytelników chciałby zadać pytanie, po które z wydawnictw sięgnąć od razu, a po które nieco później, odpowiedź musi być wymijająca, bo wszystkie one godne są naszej uwagi. Ale na ucho dodajmy – kolejność prezentacji płyt nie jest do końca przypadkowa.




The Runcible Quintet ‎ Five (FMR Records, 2017)

18 kwietnia 2016, Iklektic, Londyn: John Edwards – kontrabas, Marcello Magliocchi – perkusja, Neil Metcalfe – flet, Adrian Northover – saksofon sopranowy, Daniel Thompson – gitara akustyczna; 5 utworów, 44 minuty z sekundami.

One. Dokładna, molekularna rozbiegówka – pojedyncze struny gitary i kontrabasu, drżący talerz, westchnienie fletu, podmuch saksofonu. Muzycy poznają się wzajemnie przez dotyk. Two. Flet stąpa po strunach gitary. Akustyczna precyzja, która znamionuje tych, którzy potrafią czerpać ze wszelkich zdobyczy historycznych brytyjskiego free improv. Metcalfe grał z Johnem Stevensem naprawdę, reszta czyniła to w równie zaangażowany sposób, choć metodami bardziej wirtualnymi. Czujność i odpowiedzialność za pojedynczy dźwięk, to cechy, które konstytuują jakość narracji, która lubi pełzać do przodu przy wykorzystaniu klasycznej metody improwizacji, czyli search &reflect. Demokracja w czynie, demokracja w sukcesie, to kolejne warte podkreślania zjawisko na scenie w Iklektic. Szczypta kameralistyki w zaśpiewie fletu, programowy minimalizm w tubie sopranu, błyskotliwy, bardzo niski pasaż ze smyka na kontrabasie. Three. Flet w konfrontacji z kontrabasem. W tle drumming, który zaczyna zaznaczać swoją obecność. Jest zwinny, nerwowy, bardzo na temat, dzięki czemu cała ekspozycja skrzy się sporym ładunkiem energii. Od 5 minuty znów jakby spokojniej. Akustyczne mikro cuda wypadają z rąk każdego z muzyków kwintetu. Od 8 minuty rośnie dynamika, która prowadzi do kilkudziesięciosekundowej eskalacji. Zejście w ciszę, tuż potem – orkiestrowy majstersztyk, trochę wedle wskazań nieistniejącej batuty. Przynajmniej dęciaki sprawiają wrażenie lekko sterowanych. Four. Przeciąganie liny w estetyce call & response. Dźwięk za dźwięk. Wymiany uprzejmości na flankach w podgrupie dętej. Po dynamizacji, cała piątka płynie wyjątkowo wartkim strumieniem (smyk na kontrabasie stawia stempel akustycznej doskonałości). Tego ostatniego instrumentu zdaje się być w tej opowieści najwięcej. 8-9 minuta, to chwila, by zachwycić się sztuką gitarzysty – pięknie szoruje po strunach w poszukiwaniu nerwowego rytmu, a reszta muzyków jakby amplifikowała jego działania. Najdłuższy trak na płycie (ponad 17 minut) mieni się tysiącami pomysłów i rozwiązań dramaturgicznych. Jakże szeroki arsenał środków w dłoniach perkusisty. Niemal barokowy przepych. Od 15 minuty wyśmienite, dronowe wybrzmiewanie. What a game! Five. Outro na 150 sekund. Drapieżnie na strunach kontrabasu, obok dęte wymienianki, szczypta ciszy ze strony gitary. Drastycznie precyzyjny, ostatni dźwięk.




Adrian Northover & Daniel Thompson ‎ Mill Hill  (Raw Tonk, 2015)

26 czerwca 2014, The Red Shed Studio, Mill Hill, Londyn: Adrian Northover – saksofon sopranino, sopranowy i altowy, Daniel Thompson – gitara akustyczna; 5 utworów, 40 minut.

One. Saksonowy dron, drobne spiętrzenia na gryfie, kilka slajsów, suche, ascetyczne brzmienie. W tubie sopranu rodzaj mikro ballad, które snują się po ściankach, pomiędzy strunami gitary gęsta sieć dźwięków. Dobra komunikacja pomiędzy instrumentami, także pomiędzy ich dyspozytorami. Improwizacje obu muzyków płyną dość separatywnie, ale stale odnajdują punkty styczne i okazje do zmyślnych interakcji. 6 minuta, szczypta sonore z saksofonu, z którego wykluwa się piękna one breath ekspozycja. Adrian jest delikatny, precyzyjny, świadomy swoich wysokich kompetencji. W 9 minucie prowadzi z Danielem doskonały dialog na pograniczu ciszy. Muzycy świetnie dopasowują się poziomem ekspresji, ładunkami energii wkładanymi w improwizację. Two. Kolejny, kompatybilny, wyważony i skrupulatny dialog gitary i saksofonu. Dużo pytań, jeszcze więcej odpowiedzi i niebanalnych, wspólnych refrenów. Thompson tryska techniką gry, dokładnością swoich improwizacji. Pozostaje w stanie ciągłej zmiany, nie stroni od dekonstruowania riffów. Jego improwizacje są bardzo wyzwolone, ale mają uporządkowaną strukturę, pełne są zamysłu dramaturgicznego. Nie ma w nich przypadkowych dźwięków. Gitarzyście daleko do niechlujstwa Dereka Baileya, bliżej mu do wewnętrznej spójności Johna Russella. To samo można powiedzieć o grze Northovera, być może muzyk ten jest jeszcze większym odkryciem tego skromnego cd-ra. Three. Pętla w tubie, zaciska się na szyi słuchacza. Metaliczny jazgot rozszarpywanych strun gitary. Także ta improwizacja ma swój wewnętrzny rytm, z góry nadany przez muzyków kierunek rozwoju. Po paru minutach, obaj znów cudownie grzęzną w ciszy. Four. Adrian i Daniel czają się na siebie, jak dwa tygrysiątka w zaroślach. A potem skok w narowisty galop! Być może najbardziej dynamiczny fragment nagrania. Przy okazji, jakość ich improwizacji lokalnie eksploduje! Tuż potem mistrzowskie hamowanie, niczym kwiatuszek do kożuszka. A po kolejnej chwili… kolejny galop i … ponownie perfekcyjny stop! Wielominutowa perła free improve żarzy się ogniście!  7-9 minuta, szumy i szmery w tubie, tuż obok bulgocząca, strunowa, sucha symfonia. Jakby Daniel grał na samych strunach, a jego instrument pozbawiony był pudla rezonansowego. Dronowa cisza, jako komentarz, pachnie już niemal geniuszem, a konwulsyjna dekonstrukcja sytuacji zastanej znów gotuje pióro recenzenta. Diabelska historia! Five. Saksofon down and up, z drobinami melodycznego zaśpiewu. Gitara stawia akordowe zasieki. Czyżby rodzaj meta ballady na zakończenie? Wytwornie, kameralistycznie! Od 4 minuty wykluwa się z tego kolejna zmysłowa narracja. Dźwięk przy dźwięku, gęsto, dość głośno, jakby stempel doskonałości dla całej sesji. Nakład płyty? 75 sztuk. Biorę wszystkie!




Andrew Lisle/ Simon Rose/ Daniel Thompson  The Spring Trio ‎(CRAM, 2015)

10 kwietnia 2014, Foley Street improvised Music Concert Series, London: Andrew Lisle – perkusja, perkusjonalia, Simon Rose – saksofon altowy i barytonowy, Daniel Thompson – gitara akustyczna; 3 utwory, 54 minuty.

One. Mikrodrony altu z jednej strony, rozrywanie strun gitary, z drugiej. Obok drobne zdarzenia perkusyjne. Prawdziwie skupione free improve, zawieszona, plamista narracja. Rose bardzo oszczędny w słowach, krótkie, urywane frazy, dobitne emocjonalnie. Lisle, aktywny, wielowymiarowy, dynamiczny nawet w spokojnych partiach improwizacji. O Thompsonie można powiedzieć dokładnie to samo. Po paru minutach koncert intrygująco się dynamizuje, rośnie ilość dźwięków w jednostce czasu. Zwinne zejście w ciszę, wyjątkowo udane. Wymiany zdań w klimatach dobrej praktyki Watts-Stevens sprzed niemal pół wieku. Świetna kooperacja, muzycy doskonale się słuchają. Dramaturgia spektaklu jest niezwykle zmienna. Drobne, krótkotrwałe eskalacje przypominają punkty zapalne, które oddzielone są długimi godzinami spokojnych i nieśpiesznych dysput, czasami nawet na pojedyncze dźwięki. Thompson zdaje się być bardzo skrupulatny w swoich indywidualnych improwizacjach. Waży każde słowo, każdą porcję energii kinetycznej w spoiwach gitary. Lisle często stawia na rozwiązania sonorystyczne, dodając całej zabawie sporo pikanterii. Na finał części głównej koncertu muzycy fundują nam dotkliwą eskalację, z doskonałą ekspozycją Rose’a i dzikim, konwulsyjnym drummingiem. Gitara na moment pozostaje w tyle, ale to właśnie do niej należy ostatnie słowo. Piękne, solowe pasaże, delikatnie komentowane przez saksofon. Two. Zdaje się, że to dynamiczna dogrywka do części zasadniczej. Saksofon gotuje hektolitry wody w tubie, by po subtelnym stopowaniu, przejść w czupurne i niebanalne call & response z pozostałymi uczestnikami tej przygody muzycznej. Brawo! Three. Ta improwizacja jest jakby zawieszona w próżni, płynie leniwie intrygującymi pasażami w kierunku finałowego wybrzmienia. W ramach dysonansu, dynamiczna ekspozycja Thompsona na bardzo suchym gryfie. Ostatnie sekundy płyty są wyjątkowo piękne, narracja wpada w zmysłowy oniryzm, zdobiony rezonującymi talerzami, pełen repetycji i artystycznego lunatyzmu.




Steve Noble & Daniel Thompson  Sunday Afternoon (Live At The Hundred Years Gallery)  (Confront, 2015)

26 października 2014, Hundred Years Gallery, London: Steve Noble – instrumenty perkusyjne, Daniel Thompson – gitara akustyczna; 2 utwory, 33 i pół minuty.

One. Dzwonki i talerze wzywają na rytuał koncertu. Gitara wydaje pojedyncze meta akordy, selektywne, zanikające dźwięki. Narracja nosi znamiona minimalizmu, także kameralizmu. Muzycy trochę czają się na siebie, jak onegdaj Stevens i Watts w kompozycji-koncepcji Flower. Pierwsza wspólna podróż ma miejsce dopiero po ponad 200 sekundach. Jest jednak krótka. Ponowne call & response, trochę prowokująco, zdaje się dobrze stymulować kolektywną improwizację. 5 minuta, partia sonore, zadziornie, a nawet trochę wulgarnie. Muzycy broczą na granicy transu. Po stronie Thompsona kilka technicznych błyskotek. Narracja jest już stosunkowo intensywna, wet za wet, gęsto od dźwięków. Nie brakuje imitacji, zdań wypowiadanych wspólnie, wzajemnych przemyśleń – słychać, że muzycy dobrze się ze sobą czują. Sound gitary Daniela tradycyjnie dość suchy, metaliczny, trochę siarczysty. Robota Steve’a więcej niż znakomita. Recenzent nawet nie podejrzewał tego wytrawnego, free jazzowego drummera o takie sonorystyczne subtelności. Oczywiście ogromne skupienie i świetna komunikacja stymulują jakość koncertu. Nie sposób oderwać ucho od tej improwizacji – dzieje się tak wiele, z tak dużą intensywnością, choć muzycy wcale nie są w galopie. 18 minuta i wytłumienie emocji na scenie, jakby powrót do początku koncertu. Solowa, wyśmienita ekspozycja perkusjonalna (głównie na talerzach). Gitara powraca z podniesionym czołem, prawdziwe cuda na gryfie, kilka wątków podejmowanych jest przez Daniela jednocześnie. Także kolejna krwista imitacja. A na sam finał części zasadniczej koncertu, dodatkowa porcja dynamiki. Two. Ponad siedmiominutowe encore po uzasadnionej burzy oklasków. Porcja upalonego blue grassu? Why not! Rezonans, repetycja, delicja. Dość płynna narracja tego fragmentu zazębia się i skrzy w głębokim słońcu. Spokojny spacer w kierunku finału całego koncertu przeradza się w szybki marsz. Industrialna pętla na ostatniej prostej. What a game!




Daniel Thompson/ Tom Jackson / Roland Ramanan ‎ Zubeneschamali  (Leo Records, 2014)

30 maja 2013, Studio, Londyn: Daniel Thompson – gitara, Tom Jackson – klarnet, Roland Ramanan – trąbka; 12 utworów, 62 minuty z sekundami.

One. Kameralny klarnet, sonoryzująca trąbka, gitara, która trzeszczy pudłem rezonansowym i upoconymi strunami. Cicha, powolna introdukcja. Szybko podjęta decyzja o drobnej eskalacji dobrze wróży temu nagraniu. Tuż po niej, w ramach deseru, parę oddechów klarnetu basowego. Muzycy jakby grali z pięciolinii, co nie umniejsza jakości ich działań improwizatorskich. Two. Znów duży klarnet i chwila zadumy. Akustyczny melanż - muzycy nie stronią od pomysłów, by nieco podroczyć się z wielbicielami stuprocentowego free improve. Gitara Daniela, częściej niż zwykle, brnie w rozwiązania sonorystyczne. Tu brzmi, jakby imitowała dęciaka! Mikrozdarzenia, świetne interakcje, precyzja wypowiedzi, ale także akcenty balladowe i próby zawieszania narracji, tak, by nic na tej płycie nie było możliwe do przewidzenia. Three. Krok taneczny, dobre dialogi, pogadanki na temat. Dużo dynamiki i serca do gry. Four. Niemelodyczna retoryka wprost z ciszy. Rysowanie ostrymi pazurami po szybie, jako przykład akustyki doskonałej (brawa za realizację dźwięku!). Daniel mocuje się ze strunami, ugniata pudła rezonansowe, czemu towarzyszą poszczekiwania dęciaków. Techniczny popis każdego z muzyków! Five. Prychanie w tubach, leśne dialogi. Wonderful! Gitara milczy z podziwu, a potem wplata się w zwoje narracji błyskotliwą palcówką. Taniec z fajerwerkami! W ramach komentarza, minimalistyczne solo na gołej gitarze. Powrót dętych wprost z ciszy. Opiłki wyśmienitych mikrodźwięków spadają na głowy słuchaczy! What a game! 10 minutowa perła w koronie każdego królestwa! Six. Zabawa w mikrodrony. Drżenia i rezonancje. Wewnątrz obu tub dzieją się cuda najprawdziwsze. Zwłaszcza w blaszaku! Seven. Sonorystyka ponownie króluje! Efektowna obcierka na strunach. Bulgot na dyszach. Którą ekspozycją zachwycać się w pierwszej kolejności? – pyta retorycznie recenzent. Na finał genialne zapętlenie się trzech strumieni improwizacji. Mistrzowski suples! Ci muzycy mogą wszystko! Eight. Najdłuższa podróż na tej niezwykłej płycie. Solowe wprowadzenie Daniela, z dużą ilością flażoletów. Dęciaki nieco kameralistyczne, why not! Niech entuzjazm recenzenta zostanie wystawiony na próbę. Dynamiczny finał, jako właściwa odpowiedź. Nine. Klarnet i trąbka w natarciu. Gitara w konwulsjach. Naprawdę stać ich na każdy dźwięk! Eskalacja, co się zowie! Dęciaki mają już orgazm, ale strunowiec wciąż dokłada do ognia! Ten. Rodzaj kreatywnego tłumienia emocji. Dźwięk za dźwięk. Akustyczne niebo w gębie. Daniel liczy struny w każdej pętli swojej narracji. Roland i Tom w stanie wrzenia permanentnego. Saperska precyzja. A każdy chce mieć zdanie ostatnie! Eleven. Przeciąganie liny, aż struny skwierczą z wysiłku. Klarnet basowy i trąbka toną w zachwycie. Kolejny techniczny majstersztyk. Dużo dynamiki na wybrzmieniu. Twelve. Z głębi ciszy, z dbałością o każdy dźwięk. Skowyt, szorowanie lśniących strun. Pyskówka dęciaków, już bez gitary, na finał doskonałej płyty!




Daniel Thompson/ Alex Ward/ Benedict Taylor ‎ Compost  (CRAM, 2012)

Wiosna 2011, Shoreditch Church, London: Daniel Thompson – gitara akustyczna, Alex Ward – klarnet, Benedict Taylor – altówka; 2 utwory, 39 minut z sekundami.

One. Strunowe ekspozycje z drobnymi zadziorami na progach. Dramaturgiczny suspens. Rubaszny, taneczny klarnet Alexa. Muzycy stąpają po zimnej posadzce dużego obiektu sakralnego. Pogłos rwie im resztki włosów z głowy. Od startu wchodzą w zwarcia, pyskówki, każdy stawia na swoim, z sonorystycznym zacięciem, ale także z kameralistycznym zawieszaniem narracji. To ostatnie, szczęśliwie, tylko na krótkie chwile, bo w głowach muzyków głównie zabawa i skłonność do hałasowania (okoliczności przestrzenne koncertu mają za nic). Prawdziwie różnokolorowe grejpfruty (a propos tytułu tej części). Taylor lubi oniryczne pasaże, sprytnie moduluje sound altówki. Z uwagi na mocny pogłos, niektóre eskalacje muzyków nabierają ptasiego charakteru (zwłaszcza klarnetu). Trzeba się przyzwyczaić. Thompson odrobinę przyczajony, grymasi na prawej flance. 11 minuta, przykład zadumy narracyjnej, tłumienia emocji, z dużą precyzją, dźwięk podążający za dźwiękiem. Jakby muzycy grali z pięciolinii (choć zdjęcie z koncertu przeczy tej karkołomnej sugestii recenzenta). Gdy idą w galop, ma on swój rytm, jest taneczny, z melodią zaszytą w tubie klarnetu. Gdy ten ostatni ma chwilę na sonorystyczne peregrynacje, jakość improwizacji rośnie w tempie geometrycznym (19-20 minuta, brawo!). Trudno Alexowi zaprzeczyć, iż jest czynnikiem dominującym w tej przygodzie muzycznej. Finał części pierwszej znów jest zamaszyście kameralistyczny, pięknie rozrywa się w szwach i pętli w wysokim rejestrze. Oklaski wieńczą sonorystyczny lapsus na sam koniec. Two. Na gryfie altówki odrobina slide’u. Solowa introdukcja Benedicta smakowita. W dyskusję wdaje się Alex, a improwizacja nabiera rumieńców. Gitara czołobitnie walczy o swoje. Komentarzem, nie pierwszy już raz, zdaje się być przejście w melodyjny klarnet, studzenie emocji i zadzierzgnięcie nowej powieści. Synergicznie, empatycznie, kolegialnie. Thompson w roku 2011 nie zawsze pełen jest brawury, która charakteryzuje jego późniejsze występy. Lubi przyjąć postać konstruktywnego tła, ale gdy wpadnie w sonore, jego ekspozycja jest niezwykle kreatywna i wyrazista.




Neil Metcalfe/ Guillaume Viltard/ Daniel Thompson ‎ Garden Of Water And Light  (FMR Records, 2012)

7 listopada 2011, Leonards Shoreditch Church, Hackney, London: Neil Metcalfe – flet, Guillaume Viltard – kontrabas, Daniel Thompson – gitara; 2 utwory, niespełna 37 minut.

One. Odrobina barokowych, małych dźwięków. Delikatne mlaśnięcia po strunach. Flet, kontrabas, gitara – taki oto układ przestrzenny. Muzycy szeroko rozstawieni, dużo czystego brzmienia, ale bez nadmiernego pogłosu, tak charakterystycznego dla obiektu sakralnego. Trzy dość separatywne opowieści, które znajdują jednak punkty wspólne, sprzyjające interakcji, wzajemnym rozmowom. Pierwszy eskaluje się kontrabas. Jego tembr gęstnieje. Za moment pozostali też idą w tango, by po chwili ochoczo zastopować. 6 min, znów sporo baroku na gryfach i dyszach. Póki co, spokojna, wyważona, odrobinę akademicka improwizacja. Sfera ewentualnego zachwytu recenzenta sytuuje się wokół jakości brzmienia trzech akustycznych instrumentów. W 13 minucie pudło rezonansowe kontrabasu próbuje zasiać drobny ferment, ale czynność ta nie dynamizuje poczynań tria. Od 16 minuty coś jednak zaczyna się dziać, kłębić pod strunami, zazębiać i tlić. Chwilę potem startuje druga część pierwszej opowieści, budowana na niskim dronie kontrabasu. Więcej niepokoju, mniej baroku. Dłuższe frazy także na flecie. Gdy jednak nad sceną zaświeci światło (Light!), czar delikatnie pryska. Spokojna opowieść w wysokich rejestrach, stawia pióro recenzenta w stan spoczynku. 23 minuta, to bystry dialog fletu i kontrabasu, ale bez potu na czołach muzyków. Tuż potem marsz kontrabasu przy akompaniamencie klekotania pudła gitarowego. Thompson aktywizuje się na prawej flance. Jakby chciał coś pozostawić po sobie, coś godnego zapamiętania. Wkłada palce pomiędzy struny i wabi ucho naprawdę udaną ekspozycją, aż kontrabas milknie. Two. Intro minimalnym kontrabasem. Spacerowy krok, choć czuje się, że na obu strunowcach aż kipi od emocji. Na flankach udane imitacje, po środku nawet szczypta hałasu. 8 minuta - solo kontrabasu, ale bez ekscytacji. Komentarz fletu, podobnie. Finał bez jednego dźwięku gitary.





Neil Metcalfe/ Daniel Thompson ‎ Eight Improvisations  (Creative Sources, 2014)

31 sierpnia 2013, zachodni Londyn: Neil Metcalfe – flet, Daniel Thompson – gitara; 8 utworów, 42 minuty bez kilkunastu sekund.

One. Dźwięk fletu dociera do nas z głębokiej, nieokreślonej przestrzeni. Na gryfie gitary, ślizgi, slajsy i szybie palcówki. Dokładne miejsce nagrania nie jest znane. Akustyka pomieszczenia dość specyficzna, bardzo matowe brzmienie instrumentów. Flet Neila jest spokojny, płynie czystym strumieniem. Gitara Daniela pętli się, struny skubane są kostką, dużo zgrzytów, wysoki poziom energii. Kawalkada gęsto tkanych dźwięków. Two. Tym razem o tempo wolniej, z odrobiną zadumy, z flażoletami (gitara ma pudło, które rezonuje! – odkrywa recenzent, pomny poprzednich doświadczeń). Sporo pojedynczych dźwięków, całość trochę nazbyt kameralistyczna. Three. Thompson bierze sobie poprzednią uwagę do serca i rzeźbi intrygującą ekspozycję, która przy okazji stymuluje także poczynania flecisty. Zadziornie, z rytmem, błyskotliwie dynamiczne! Muzycy wchodzą w ciekawą dyskusję, są bardzo wyraziści akustycznie, precyzyjni i emocjonalnie dosadni. W 4 minucie dopada ich smuga ciszy. Ledwie słyszalne pląsy na dolnych strunach. Flet buja się w hamaku, gitara trwa w niezbyt aktywnej polerce. Ładne, choć całkowite wyzbyte dynamiki. Na finał Daniel stara się trochę pohałasować, by zatrzeć ambiwalencje recenzenta. Four. Jakby ciąg dalszy tej samej historii. Od fletu oczekiwalibyśmy nieco więcej energii. Gitara bywa nazbyt ilustracyjna i wyczekująca na działania partnera. Tu, snuje balladę i zasłuchuje się w flecie amory. Ostatnie 120 sekund poprawia wizerunek tej części - dwie osobne opowieści zazębiają się, jest gaz, lecą iskry. Five. Improwizacje płynnie przechodzą jedna w drugą. Być może cały spektakl jest nieprzerwaną opowieścią dźwiękową. Thompson wnosi do niej dużo więcej kreacji niż partner, ma chyba mniej stylistycznych zahamowań. Choć o swoim dużym potencjale akustycznym nie zawsze pamięta i czasami gubi myśl, a może jedynie nie chce kontynuować danego pomysłu. Tych ostatnich ma po sto na każdą chwilę, ciągle coś się u niego zmienia. Tam pętla, tu stopping, także porcje adekwatnego sonore. Tańczy kostką po gryfie, śpiewa piosenki nie otwierając ust. Six. Dobra improwizacja w fazie kontynuacji. Muzycy wzajemnie się stymulują, Daniel jest gotowy iść na całego, energetycznie jest ciągle o jeden stopień zasilania wyżej niż Neil. Znęca się na gryfem i cuda mu się wykluwają pod palcami. Seven. Przeciąganie liny, flet na minimalu, tarcie strun, ciekawy kontrapunkt. Wszystko ze sporą porcją pozytywnego ładunku. Choć sama narracja jest bardzo wyważona. Niemniej, druga część tej płyty ma zdecydowanie więcej walorów, niż pierwsza, podczas której muzycy raczej doskonalili umiejętność zaniechania. Tu jest kreacja, są kolektywne pomysły na przebieg improwizacji. Sam Thompson chwilami aż płonie na gryfie. Eight. Finał wybrzmiewa, jak przystało na ostatni fragment. Przecieka przez palce, ale i tak nie brakuje sposobności, by każdy z muzyków mógł spłatać psikusa. I znów świetny pasus Daniela – zapewne jego setna metoda artykulacji dźwięku na gitarze akustycznej, i setna udana! Brawo! Aż się zagotował przy ostatnim dźwięku!




Browne/ Thompson/ Sanderson  The 1926 Floor Polish Variations  (Linear Obsessional Recordings, 2014)

18 maja 2014, Guide’s Hall, Aylesbury: Mark Browne – saksofon, różne obiekty dźwiękowe, Daniel Thompson – gitara, Richard Sanderson – melodeon; 4 utwory, 45 minut.

One. Start jest soczysty, z cichą, sonorystyczną introdukcją. Prosty instrument klawiszowy zwany melodeonem nie gra zbyt skomplikowanych dźwięków. Śle drony i czeka na przebieg wypadków. Gitara wycofana, saksofon dobywający dźwięki z głębin tuby. Pojedyncze, urywane frazy. W międzyczasie ostry dialog saksofonu i gitary. 5 minuta, to chwila, rzadkiej na tej płycie, galopady we trzech. Saksofon w roli udanego prowodyra całego zajścia. Two. Szeleszczące obiekty, melodeon na jednym klawiszu, gitara w polerce. Gęste, molekularne incydenty improve. Kilka dotkliwych dźwięków w wysokim rejestrze. Niełatwy kawałek contemporary – notuje udręczony recenzent. Gitara Daniela toruje sobie drogę pośród elektroakustycznego świata dźwięków przedziwnych. Szczęśliwie, chwilami bywa bardzo skuteczna. Zwłaszcza w konfrontacji z melodeonem, którego główną metodą twórczą musi pozostać minimalizm. Upalone harmonium w drodze na pogrzeb muzyki kreatywnej? Three. Rośnie udział obiektów w kreowaniu rzeczywistości tego spektaklu. Dominuje, co prawda, idiom akustyczny, ale sieć tkana jest gęsto i bez spoglądania na konsekwencje. Niektóre wszakże działania wchodzą w dobry dialog z gitarą. Sporo jednak dźwięków nieudanych, niepotrzebnych, by nie rzec campowych. Thompson nie bardzo chce przejąć tu rolę muzyka dominującego. Częściej słucha i komentuje niż zmienia bieg historii. A recenzent nie ma na czym ucha zawiesić. No może ostatnie chwile tego fragmentu, gdy kolektywna mikroeskalacja metalicznie pętli się i bucha iskierkami. Four. Ktoś saksofoniście nadepnął na odcisk! Pisk! Gitara, to nie ona, ledwie muska struny. Ptasia konwersacja. Gdy saksofon schodzi niżej, napotyka na drony z klawisza. Dobrze, że od czasu do czasu, przypomina sobie, że to, co najciekawsze na tej płycie, dzieje się wtedy, gdy dęciak wchodzi w retoryczne dyskusje z gitarą, a obiekty siedzą cicho pod miotłą i nie mają czelności wydawać jakichkolwiek dźwięków (3 minuta, jako dowód rzeczowy). Dobre, czy nawet bardzo dobre epizody sąsiadują tu z pokaźnymi porcjami złych decyzji artystycznych i braku konsekwencji w wytyczaniu ścieżki improwizacji. Recenzent chciałby być w dobrym klubie muzycznym, czasami ma jednak wrażenie, że jest na targu rybnym, w tłumie handlujących. Finałowa, 21 minutowa część tego spektaklu, jest ewidentnie przegadana i szkoda tylko, tych dobrych chwil emocji pomiędzy saksofonem i gitarą.




Brown/ Thompson/ Sanderson ‎ Solitude, Reef And The Starry Veil  (Linear Obsessional Recordings, 2017)

2015, Guide’s Hall, Aylesbury: Mark Browne – saksofon, różne obiekty dźwiękowe, Daniel Thompson – gitara, Richard Sanderson – melodeon, różne obiekty dźwiękowe, gwizdki; 4 utwory, 50 minut bez kilku sekund.

One. Akordy gitary Thompsona na zachętę. Rezonans, okultystyczne tło, smugi niedopowiedzeń. Elektroakustyka wieloobiektowa w zwarciu z dobrą materią improwizacji. Obraz całości zdaje się być bardziej intrygujący, niż na sesji rok wcześniej. Inne dźwięki, nieco monumentalnej zadumy, sam melodeon jakby wycofany i lekko modulujący swój dość pospolity sound. Saksofon w epizodzie sonore, minimalistyczna gitara, pojedyncze frazy fletu(?). Narracja jest kapkę oniryczna, pulsuje i stawia niebanalne drony. Two. Z rozbudowanej sekcji obiektów sporo ciekawych, perkusjonalnych incydentów. Gitara szybko chwyta kontekst i wchodzi z nimi w dialog, intensywnie i metalicznie polerując struny. Wirtualne kastaniety drążą skałę i zachęcają całe towarzystwo do tańca. Cienka granica dobrego smaku na polu elektroakustycznych igraszek z dźwiękiem nie jest, póki co, przekraczana, co dobrze służy improwizacji. Dobry monolog wewnętrzny Daniela także przysparza uśmiechu na twarzy recenzenta. Three. Ryczące przedszkole, i tu owa granica zostaje po raz pierwszy przekroczona. W sumie to chyba jednak multiplikacja kobiecych orgazmów… 4 minuta, to ciekawa improwizacja gitarzysty. W tle obiekty w natarciu, a my czekamy na przebudzenie się saksofonu. Kacza orkiestra rządzi (niestety). Nawet tak doskonały gitarzysta, jak Thompson nie wiele tu zdziała w pojedynkę. Co ciekawe, nawet melodeon stara się gasić emocje hałasujących inaczej. Baa, 9 minuta zdaje się być zupełnie nieakceptowana akustycznie. W 13 minucie wraca saksofon i ratuje sytuacje dramaturgiczną spektaklu. Świetna, kolektywna rozmowa gitary, saksofonu i melodeonu, który wydaje się być delikatnie amplifikowany. Na wybrzmieniu powrót tajemniczych fletów. Four. Szumy i szmery, mikrobiologia na gryfie. Całkiem efektowne pod względem akustycznym. Rytm głęboko zaszyty, rodzaj transu (!) i melodeon, który brzmi jak … piano bez pudła rezonansowego. Tuż potem, doskonały dialog gitary i saksofonu (to sól tego tria, to już wiemy z poprzedniej płyty). Na finał obiekty znów chcą się dorwać do głosu, są agresywne i pyskate. Wybrzmienie przy skromnym drummingu, bez saksofonu. Rozdygotany wewnętrznie recenzent zamyka kajet bez komentarza.




Magliocchi/ Northover / Thompson / Okamoto ‎ Music From Dreaming Skaters  (Plus Timbre, 2017)

19 kwietnia, 2016, Ikletktic, Londyn (utwór 1); 3 marca 2017, to samo miejsce (utwór 2): Marcello Magliocchi – perkusja, instrumenty perkusyjne, Adrian Northover – saksofon sopranowy i altowy, Daniel Thompson – gitara akustyczna (utwór 1), Maresuke Okamoto – wiolonczela (utwór 2); 2 utwory, 45 minut.

One. Zdaje się, że w londyńskim klubie Iklektic nastąpiła awaria sprzętu nagrywającego. Recenzent ma bowiem wrażenie, że dźwięk z koncertu jest monofoniczny. Thompsona odnajdujemy w tej rejestracji posadowionego na środku (partnerów w sumie też, patrz: jakość nagrania). Jest aktywny, zadziorny i ma plan, by trochę porządzić. Perkusjonalia są wielowymiarowe, bogate w brzmienia, w tubie sopranu pełne garście sonorystyki. Narracja jest gęsta, dźwięki lepią się do siebie (pogłos, przesterowana stopa bębna basowego, bootlegowy sound, sprzyjają temu procesowi). Sopran Adriana lubi wysoko szybować, wiele wskazuje na to, że i ten muzyk ma dziś wiele do zaoferowania. Szkoda jedynie, że dźwięk nie jest bardziej selektywny. Zdaje się bowiem, że wiele ciekawych sytuacji umyka naszej uwadze. Drummer nieustannie napędza maszynę improwizacji, a Adrian i Daniel nie mają czasu na specjalne subtelności. Od 13 minuty, w ramach pierwszej części, nowa narracja, bardziej spokojna i bardziej czuła na niuanse brzmieniowe. Silna obcierka na strunach, taneczny saksofon, trochę adhd w ruchach perkusjonalisty. Potem muzycy zwalniają tempo, bawią się w skromne call & response. Na finał toną w ramionach ciszy, przy wtórze doskonałego sonore saksofonu (o ile dobrze słyszymy). Two. Wiolonczela daje zasłużony dziś odpoczynek gitarze. Spokojna, nieśpieszna opowieść. Sonorystyka na strunach, drony w tubie saksofonu, błyskotki percussions. Tu dźwięk jest już lepszy, bardziej przestrzenny (stereo!). Doskonale wplata się w dialog Marcello i Adriana nowa postać w trio - Maresuke. Lubi brzmieć gitarowo, jakby z drobną amplifikacją. Jest energia, są pomysły i dramaturgiczne dysonanse. Brawo! Świetnie z cello korelują pasaże saksofonisty, który potwierdza klasę, którą zdążyliśmy już poznać w trakcie dzisiejszej opowieści. Jeśli recenzent miałby mieć jakąkolwiek uwagę do tej improwizacji, to zaleciłby większą oszczędność dźwiękową perkusjonaliście. Czasami nie daje wybrzmieć improwizacjom partnerów. Wiolonczela dorzuca tu także szczyptę dobrze upalonej kameralistyki, a sopran Northovera chwilami smakuje mistrzowskim Evanem Parkerem. Gdyby ten koncert dobrze zmasterować (o ile to możliwe), mielibyśmy doprawdy małe arcydzieło swobodnej improwizacji. Na finał dużo ognia i dynamiki, z doskonałą ekspozycją saksofonu, wspieraną kolejnymi błyskotliwymi pasażami wiolonczeli.


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań.


*)  ang. Kolejny świeży oddech Zjednoczonego Królestwa Wolnej Improwizacji!


wtorek, 10 maja 2016

Kjaer! Cirera! Malfon! Azaiez! Vicente! Schultze! Andorra! Prats! – The Youth Are Getting Restless! *


Uwaga! Nazwiska muzyków wylistowane w tytule dzisiejszej opowieści być może mówią nam jeszcze niewiele. Być może – o, zgrozo! – nie mówią jeszcze zupełnie nic. A zatem błąd kardynalny na samym wstępie.

Przynajmniej czworo z nich wnikliwi obserwatorzy Trybuny mieli okazję już poznać. Pierwszą z tych okoliczności było roczne resume 2015 (odnajdziecie je na liście najpopularniejszych postów tego bloga), na którym pojawiły się – skąd inąd doskonałe – produkcje Alberta Cirery i Luisa Vicente.  Drugie spotkanie, to skromna opowieść o kilku smakowitych produkcjach netowego labelu z Barcelony – Discordian Records (przy okazji absolutny hit wśród postów, zresztą za sprawą jednego wpisu na najpopularniejszym portalu społecznościowym, poczyniony przez muzyka z Katalonii, który zaskoczony został faktem, iż w dalekiej Polsce ktoś w ogóle słucha jego muzyki). To tu zetknąć się można było z personaliami Ramona Pratsa, Dona Malfona i – ponownie – Alberta Cirery.

Dość jednak tych wynurzeń redakcyjnych, które zasadniczo kręcą jedynie Autora. Czas przejść do meritum i rzucić w wir rzeczywistości wirtualnej kilka ważnych wydawnictw, które bezwzględnie należy wysłuchać. Oczywiście istotny jest wspólny mianownik dla sześciu poniższych pozycji. Padł zresztą w tytule tej opowieści.

Idzie młodość, także na scenie free improv/free jazz. I niech nam szacunek dla naszych wspaniałych weteranów, w wieku naszych rodziców, nie przesłania oglądu rzeczywistości zdecydowanie non-wirtualnej. W Europie gra się mnóstwo wspaniałej muzyki, a grają ją także muzycy (na ogół przed lub w okolicach czterdziestych urodzin), których nazwiska mówią nam stanowczo zbyt mało.




Julie Kjaer 3 (with John Edwars & Steve Noble)  Dobbeltgaenger (Label Clean Feed, 2016)

Zacznijmy od młodej i temperamentnej Dunki, z którą być może ktoś zetknął się już przy okazji Large Unit Paala Nilssena-Love (ten jest z nami od lat, ale rocznikowo spokojnie można go zaliczyć jeszcze do kasty młodych). Krążek wydany dla portugalskiego wydawcy jest po prawdzie jej debiutem pod własnym nazwiskiem. Panna (Pani?) nie idzie na łatwiznę i debiut ów popełnia nie gdzie indziej, jak w londyńskim Vortexie, mając przy boku prawdziwie już posągowe postaci europejskiego free improv – Johna Edwardsa i Steve’a Nobla. Materiał muzyczny – podany w sześciu odcinkach – to dość uporządkowana improwizacja, realizowana w oparciu o kilka gotowych pomysłów, głównie ze strony Julie (pod jednym fragmentem widnieją podpisy wszystkich muzyków). Bazą dla tych nieskromnych igraszek muzycznych jest zdecydowanie rytm. To wokół niego koncentrują się, chwilami bardzo kolektywne, improwizacje całej trójki. Permanentne ogrywanie rytmu jest tu zajęciem podstawowym. Kjaer robi to doprawdy wyjątkowo interesująco, łamiąc co chwila metra, skale i środki wyrazu. Rzekłbym, że jej gra, nawet jak na kanony free, jest zmyślnie pokrętna, a dodatkowo nie jest bynajmniej obfita w długie, solowe kawalkady akordów. Dwójka Brytyjczyków myśli podobnie, przeto efekt końcowy musi być więcej niż bardzo dobry.
Dokonania Julie będziemy pilnie śledzić, zwłaszcza, iż jest ona obecnie w trakcie rejestracji nagrań w trio z ciekawymi Pannami (Paniami?) z Great Britain, które poznaliśmy przy okazji opowieści o Kwintecie i Sekstecie Alexa Warda – Hannah Marshall i Rachel Musson.

  


Albert Cirera/ Carlos Zingaro  Croniques 4 (Discordian Records, 2016)

To już czwarta część Kronik Alberta Cirery, katalońskiego saksofonisty, przy okazji rezydenta lizbońskiego. Po trzech duetowych spotkaniach rówieśniczych (vs. saksofon, vs. „wiolonczelo-skrzypce”, vs. kontrabas), tym razem trzy kwadranse skromnego zwarcia z prawdziwym weteranem, Carlosem Zingaro i jego improwizującymi skrzypcami. I znów jest to piękna opowieść. Nieśpieszna narracja, raczej w spokojnych klimatach Alfamy, z dala od zgiełku i natrętnej nowoczesności Oriente i mostu Vasco Da Gama (uwaga! jesteśmy w Lizbonie), choć nie brakuje też ostrych wymian zadań, kwitowanych pociesznymi przekomarzaniami ojca i syna. Najdosadniej wybrzmiewa molowe Suffering, gdy w grze obu muzyków aż skowycze tytułowe cierpienie, choć nie popadamy w klimaty saudade znad brzegów Tejo (tu gramy free improvisation na 110%, dodam dla jasności sytuacji).
Kolejna doskonała Kronika w wykonaniu Cirery, który w każdym z wymienionych spotkań gra inaczej, stosuje inne środki artystycznego wyrazu i niemal wchodzi w skórę swego interlokutora. Na Czwórce gra używając saksofonu (jak zawsze), a brzmi jakby grał … na skrzypcach!




Don Malfon/ Nuno Rebelo/ Ramon Prats  Inner Mechanics (Discordian Records, 2015)

Parę ciepłych słów o Malfonie padło już na tych łamach, gdy polecałem jego bardzo udany duet z Agusti Fernandezem (także dostępny via. Discordian). Tym razem Don w towarzystwie zdecydowanie bardziej rówieśniczym – Nuno gra na gitarze elektrycznej, a Ramon uroczo bębni w powierzchnie płaskie. On sam dmie ochoczo i bardzo osobistym soundem w saksofon altowy i barytonowy. Niegwałtowna, czyniona raczej spacerowym krokiem, pikantna improwizacja. Jak to często bywa u diskordianistów, opowieść bardzo krótka (niewiele ponad dwa kwadranse), zatem bez zbędnych dłużyzn. Trzy przyczajone kocury trą pazurami o szybę. Nie wpuszczajcie ich do środka, bo zrobią demolkę!




Agustí Fernández/ Yasmine Azaiez/ Núria Andorra  Future Memories (Discordian Records, 2016)

I jakby nam było mało, raz jeszcze kataloński Discordian. Tym razem ich najnowsza produkcja. Najbardziej znanemu muzykowi free z Katalonii Agusti Fernandezowi - jak zwykle na pianie, i to silnie preparowanym - towarzyszą w trakcie kreowania Wspomnień Przyszłości dwie młode i dalece interesujące Panie (Panny?) – Yasmine Azaiez na skrzypcach i Nuria Andorra na perkusjonaliach. Ta pierwsza (zdecydowanie przed 30-ą) po prawdzie debiutuje na scenie muzyki improwizowanej, druga zaś ma w dorobku diskordianowym ledwie dwie skromne ekspozycje (obie w doskonałym towarzystwie Toma Chanta) i nic nie wskazuje na to, by dyskografia obu była bardziej rozbudowana. A zatem Papa Agusti i dwie nieskromne pretendentki. Ponad 50 minut swobodnej improwizacji, o wielu wszakże obliczach. Z jednej strony absolutnie free improv na bazie silnych preparacji pianisty i perkusistki, z drugiej sporo fragmentów kameralistycznej zadumy w całkiem współczesnym wydaniu, kreowanych czystymi akordami skrzypiec i fortepianu. Opowieść w trzech fragmentach, w których nie brakuje dynamicznych kooperacji i śmiałych ucieczek w plądrofoniczny wręcz wymiar obcowania z powierzchniami płaskimi, skromnego zestawu percussion. I wisienka na torcie, czyli Tunezyjka Yasmin, która zaskakuje naprawdę wielowymiarowo. Strach pomyśleć, jakie dźwięki będą wydobywały jej skrzypce, gdy głowa osiągnie przynajmniej minimalny poziom doświadczenia.




Simon Rose/ Stefan Schultze  The Ten Thousand Things (Red Toucan Records, 2015)

Czas na niemiecki wątek w naszej dzisiejszej opowieści, dodatkowo w silnej kooperacji z naszym ulubionym Zjednoczonym Królestwem. Z pianistą znad Sprewy spotykam się rzecz jasna po raz pierwszy i od razu mam nadzieję, że nie ostatni. Skoro Stefan tak ostro preparuje swój niewdzięczny instrument, to istnieje spora szansa, że zwróci uwagę Waszego Autora. I tak się dzieje, również z powodu uczestnictwa w procesie muzycznym bardzo kompetentnego saksofonisty zza Kanału La Manche, Simona Rose’a. Niekrótka opowieść w aż jedenastu częściach zarejestrowana w Lofcie Kolońskim (znane miejsce!). Rose gra nieśpiesznie i lubi najpierw szczegółowo omówić temat, by potem z radością dotrzeć do puenty. Zdecydowanie bardziej komunikatywny zdaje się tu być Schultze, który bardzo często fortepian zamienia w dynamiczny instrument perkusyjny i to właśnie wtedy jest najciekawiej.




John Dikeman/ Luis Vicente/ Dirk Serries/ George Hadow/ Martina Verhoeven  Live At Zaal 100 (Nachtstück Records, 2016)

Na finał tego ożywczego powiewu młodości na europejskiej scenie muzyki improwizowanej, drobny kwintet ewidentnie free improv, w dość jednak… jazzowym zestawie instrumentalnym – dwa dęciaki, instrument harmoniczny, bas i perkusja. Niespełna 40 minutowa relacja z koncertu w holenderskim Klubie Zaal 100, poczyniona, jak domniemuję na początku bieżącego roku. W tym zestawie personalnym postacią chyba najbardziej rozpoznawalną jest holenderski Amerykanin, saksofonista John Dikeman, który nie dość, że gra na temat i z wyobraźnią, to ma nawet w dorobku krążek dla naszego rodzimego Not Two (Cactus Truck Seizures Palace). Nas w tym konglomeracie młodych lub stosunkowo młodych improwizatorów szczególnie interesuje postać portugalskiego trębacza, Luisa Vicente ( i nie zawodzimy się choćby na moment). Ciekawie i w nieoczywisty sposób improwizuje gitarzysta elektryczny Dirk Serries (bo i korzeniami tkwi on raczej w elektronicznej awangardzie). Oko – na dłuższą chwilę – zawieszamy także na kontrabasistce, Pani (Pannie?) Martinie Verhoeven, która swą śmiałą grą uroczo puentuje, bardzo rozbudowany w tej opowieści, wątek feministyczny.


* ) tytuł posta jest przy okazji tytułem koncertowej płyty Bad Brains, hardcore/punk załogi z New York D.C., jakieś ćwierć wieku temu