Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luciano Bagnasco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luciano Bagnasco. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 czerwca 2026

The June’ Round-up: Amado! Transition Unit! Xatarata! Westgaard & Maneri! Sonic Waves! Bagnasco! Safiullin! Devereaux! Kaučič & Cigana!


Najwyższy czas rozpętać czerwcową zbiorówkę recenzji! W tyglu ognistych recenzji równie groźnych improwizacji odnajdziecie dziewięć nowych albumów, jak zawsze z całego świata!

Zaczynamy bardzo jazzowo, po portugalsku - dwa konkretne ciosy nie bez udziału gości zagranicznych. A w dalszej kolejności - krakowski baryton zanurzony w latynoamerykańskiej elektronice, dwa wątki skandynawskie, pierwszy kameralny, drugi dronowo-ambientowy, spora garść gitarowych eksperymentów z różnych zakątków globu - akustycznych, elektrycznych, a nawet nieco bardziej hałaśliwych, bo z domieszką krwi japońskiej, wreszcie na finał tańce perkusjonalne z bliskiego południa Europy, co by ukoić nasze zszargane nerwy.

Zapraszamy do nieba i piekła muzyki improwizowanej!

  


Rodrigo Amado/ Joe McPhee/ Kent Kessler/ Chris Corsano Wailers (European Echoes Archive Series, CD 2026)

Namouche Studios, Lizbona, październik 2019: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy i altowy, bird water whistle (kanał lewy), Joe McPhee – saksofon tenorowy (kanał prawy), Kent Kessler – kontrabas oraz Chris Corsano – perkusja. Sześć utworów, 49 minut.

Kwartet This Is Our Language, który konsumuje wymienione w tytule recenzji nazwiska czterech wybitnych postaci sceny free jazzowej, to jedno z najciekawszych zjawisk gatunku drugiej dekady bieżącego millenium. Z racji wieku jednego z nich nie jest już aktywną formacją, szczęśliwie Amado, główny organizator tego przedsięwzięcia, doszukał się w swoich archiwach niepublikowanej wcześniej sesji kwartetu, jak miała miejsce siedem lat temu w najbardziej znanym lizbońskim studiu nagraniowym.

Na krążku odnajdujemy sześć utworów, które trwają od sześciu do dziesięciu minut. Klamrą nagrania jest dynamiczne, kwartetowe otwarcie z uroczymi dialogami tenorzystów i takież zakończenie z nutą aylerowskiej melodyki. W utworach pomiędzy formacja bardzo często rozbija się na tria w konwencji tenor plus sekcja rytmu, a utwór czwarty grany jest wyłącznie przez Amado, Kesslera i Corsano. Tu Portugalczyk inauguruje improwizację na gwizdku, a soczyste expo prezentuje wyjątkowo na saksofonie altowym. Co by się wszakże nie działo pod sklepieniem studia nagraniowego, jakość narracji i poszczególnych improwizacji budzić winna respekt każdego fana free jazzowych, ognistych przebieżek. Szczególnie dobrze udramatyzowany jest odcinek piąty. Otwiera McPhee, dołączą Corsano, potem szybka kontra Amado z Kesslerem na smyczku. W połowie ekspozycji intrygujące solo perkusisty, a potem wystudzony, prawdziwie kameralny finał osnuty wokół smutnej melodii.

  


Transition Unit Sheets of Sound (Phonogram Unit, DL 2026)

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, Belgia, grudzień 2024: José Lencastre – saksofon altowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Dirk Serries - archtop guitar. Siedem improwizacji, 39 minut.

Portugalskie trio z nazwą własną powraca albumem, który zdaje się być nakierowany na publiczność kształconą w historii jazzu i swingu, nie koniecznie zaś w paradygmatach swobodnej improwizacji nasyconej adekwatną dawką ekspresji. Mimo wielkiego szacunku dla dokonań tych artystów, nie możemy zataić faktu, iż nowy album Transition Unit zanudził grono redakcyjne niemal do bólu.

Pierwsza improwizacja sadowi się w okolicach wystudzonej kameralistyki, dla odmiany ta druga sięga po atrybuty jazzu i nie boi się delikatnie swingować. Artyści dobrze czują się w estetyce leniwej ballady, a w trzecim utworze wręcz chłoną medytujący charakter całej narracji. Pod koniec tej odsłony albumu, a także w kolejnej muzycy przypominają sobie, że dobre tempo i ekspresja frazowania potrafią służyć każdej opowieści. Niestety dwie kolejne improwizacje tego nie potwierdzają. Album wieńczy najdłuższa, ponad 8-minutowa historia, która stawia na minimalizm, nawet post-klasycyzm, ale przewrotnie niesie w sobie dużo jakości zaszytej w nerwie trwogi, jaka zdaje się drążyć ten wątek płyty.

 


Xatarata Kiss and Drum (Antenna Non Grata, LP 2026)

DTS Studio, Kraków, grudzień 2022: Paulina Owczarek – saksofon barytonowy oraz Federico Reuben - laptop/ live coding. Jedenaście utworów, 40 minut.

Improwizowane spotkania instrumentu dętego i elektroniki, to zjawiska występujące from time to time w ekosystemie gatunku. Ten duet, to jednak sytuacja wyjątkowa – z jednej strony moc saksofonu barytonowego, z drugiej nieograniczony świat elektroniki, tu generowanej z poziomu akademickiego, zarówno z racji naukowych proweniencji artysty, jak i zastosowanych metod badawczych (kodowanie, live processing, systemy interaktywne i algorytmiczne etc.). Zwał, jak zwał Xatarata, to produkt osobny.

Jak już dojdziemy do tego, która strona winyla jest pierwsza, a która druga, zagłębiamy się w jedenastu krótkich formach improwizowanych, trwających od trzech do sześciu minut. Każda z nich ma swoją dynamikę, narracyjną szorstkość, ale też dziką niekiedy taneczność i fikuśnie pokręconą melodykę. To rodzaj intensywnego spaceru po zgliszczach tradycyjnych narracji. Owczarek buduje melodie, czasami krzyczy, preparuje instrument, a gdy trzeba śpiewa niczym pijany słowik na pierwszej randce. Ze strony Reubena mamy stan permanentnej zmiany. Jest drum’n’bassowy rytm, są krótkie strzały spod ramienia, post-perkusjonalne erupcje, wreszcie niekończące się drobne frazy układające się w jakże logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Muzyk nie wkracza do jaskini hałasu, ale jest obecny na każdym etapie tej muzycznej łamigłówki. Paulina i Federico grają razem od lat i wbrew teoriom klasyków ich kolektywne improwizacje ciągle zyskują na jakości, a poziom interakcji osiąga kosmiczny poziom.

  


Hein Westgaard & Mat Maneri Chamber (Gotta Let It Out, LP 2025)

Kopenhaga, lipiec 2024: Hein Westgaard – gitara elektryczna (1-4), akustyczna (5-7) oraz Mat Maneri – altówka. Siedem improwizacji, 58 min.

W naszej dzisiejszej opowieści czas na kameralne wystudzenie. Znamienity nowojorski altowiolinista Mat Maneri lubi improwizować w Europie, a zwłaszcza w Danii pod sztandarami Gotta Let It Out, labelu prowadzonego przez Tomo Jacobsona. Tu dobieramy go do pary z duńskim gitarzystą Heinem Westgaardem, którego inne nagranie opisywaliśmy nie dalej, jak w majowej zbiorówce.

Album zwie się po prostu Chamber i zdaje się, że trudno o bardziej adekwatną nazwę. Jego początek obiecuje bardzo wiele – frazy szarpane ze strun i wyskubywane z samego dna pudeł rezonansowych lepią się w post-melodyjne, niekiedy rzewne opowieści z drobną kulminacją pod koniec utworu. W kolejnych odsłonach albumu króluje tytułowa kameralistyka, emocje trzymane są na uwięzi i nie brakuje fraz niemal klasycznych, które świetnie sprawdziłyby się na urodzinowym przyjęciu znanej persony lokalnej socjety. Szczęśliwie w dwóch ostatnich utworach muzycy odnajdują w sobie więcej energii, woli życia, wchodzą w ciekawsze interakcje, nawet w trakcie finałowej, dogorywającej pieśni niesionej szumem otaczającego świata.

  


Nils Wohlrabe/ Karin Johansson/ Hasse Westling Sonic Waves (Outer Disk, CD 2026)

Elementstudion, Gothenburg, czas nieznany: Nils Wohlrabe – gitara, elektronika, Karin Johansson – fortepian, także preparowany, toy piano oraz Hasse Westling – kontrabas. Pięć utworów, 46 minut.

Pozostajemy w Skandynawii, kierujemy się na północ i dość radykalnie zmieniamy estetykę. Przed nami mroczna przygoda dziergana dark ambientową gitarą podrasowaną elektroniką, preparowanym na ogół fortepianem i kontrabasem traktowanym w skończonej liczbie przypadków smyczkiem. Opowieść jest więcej niż smakowita, ujmująco trzyma klimat pozornie rozmarzonej, ale bardzo groźnej eskapady. Miewa drobne chwile słabości, gdy piano i kontrabas szukają jazzu. Szczęśliwie dość szybko porzucają ten mętny trop.

Szum szorstkiego ambientu, dron basu i hałaśliwe niekiedy akcje inside piano tworzą gęstą, mulistą narrację, która udanie inicjuje album. W kolejnej części pojawiają się rezonujące frazy, które lepią się do świergoczącej, filigranowej elektroniki. Na strunach piana odbywają się rytualne tańce, które zostają spuentowane dźwiękami wprost z klawiatury, ale umoczonymi w gęstym pogłosie. W części trzeciej anonsowane próby jazzowego frazowania, które mroczne, ambientowe tło dusi w zarodku. Część kolejna jest bardzo intensywna, przypomina kołowanie śmigłowca nad wojenną pożogą. Trzy instrumenty budują tu wyjątkowo jednorodną strugę złych mocy. Sam finał płyty jest odrobinę delikatniejszy. Frazy gitary są wyjątkowo lekkie, słyszymy także akustyczne dźwięki, dla których nie jesteśmy w stanie wskazać źródła pochodzenia. Pianistka zaczyna wewnątrz, kończy na zewnątrz, kontrabasista snuje mięsiste preparacje, a gitarzysta tonie w błękitnym ambiencie.

  


Luciano Bagnasco Momentos en el absurdo (dForma_discos, DL 2026)

Argentyna, luty 2026: Luciano Bagnasco – gitara akustyczna. Trzy improwizacje, 30 minut.

Dokonania tego argentyńskiego gitarzysty śledzimy na bieżąco, wiemy zatem, iż onegdaj preferował on raczej gitarowe szaleństwa skąpane w dużej dawce prądu, a od pewnego czasu bliżej mu do suchych, preparowanych brzmień akustycznych. I taka jest też jego najnowsza solowa płyta. Jedna długa i dwie krótkie improwizacje, a w nich moc kreacji i improwizowanego piękna.  

Pierwsza odsłona albumu trwa prawie siedemnaście minut i mamy w niej wszystko – od niemal post-klasycznego otwarcia, przez fazę abstrakcyjnego impro, po wielowątkowe preparacje, gdy obcierki na pudle rezonansowym aż śpiewają. Muzyk brnie tu od szczegółu do ogółu, a galopada na finał dowodzi nie tylko wspaniałej kreatywności, ale także niemal wirtuozerskich umiejętności technicznych. W drugiej części, ledwie czterominutowej, muzyk zgłębia tajniki gitarowej ballady, której enigmatyczność i matowe brzmienie przypominają chill-outowe akcje Dereka Baileya. Ostatnia historia pachnie tumanami kurzu z westernowych historii kowbojskich. Od delikatnych flażoletów, przez taniec upstrzony drobnymi ornamentami, realizowanymi także na sporej dynamice, po puentę, która wraca do metod artykulacji zapoczątkowanych na starcie improwizacji.

  


Salavat Safiullin Step By Step (Extra Notes, DL 2026)

Miejsce nieznane, 2023: Salavat Safiullin – gitary elektryczne, elektronika, samplery, syntezatory. Jeden utwór, 33 minuty.

Tym razem na dźwiękowej wokandzie stawiamy dwie gitary elektryczne, dwa samplery i sporą garść kabli. Za ich sterami ledwie jeden artysta. Jego mroczna, dronowa, definitywnie niebanalna opowieść trwa niewiele ponad dwa kwadranse, choć śmiało mogłaby sycić naszą potrzebę fonicznego niepokoju dalece dłużej i nic nie straciłaby na atrakcyjności.

Na starcie nagrania wita nas elektroakustyczny dron, który migocze na skraju długiego tunelu. Narrację stanowią tu dwa, nawet trzy wątki, które wzajemnie się uzupełniają. Pulsacje, drobne zgrzyty i usterki, wreszcie mroczne plamy czegoś zdecydowanie nieprzyjaznego z odrobiną zdewastowanej melodyki. Opowieść nie ma płycizn, nie eskaluje też do poziomu hałasu. Sączy się, jak krew z głębokiej rany. W połowie na dłuższą chwilę przepoczwarza się w stojący, migotliwy dron. Ważnym wydarzeniem dramaturgicznym drugiej części albumu jest pojawienie się elektrycznego smyczka, który drażni glazurę gitarowego gryfu. Po fazie elektronicznych pulsacji narracja sięga po mroczny ambient, a w swej schyłkowej fazie zdobiona jest akustycznym dźwiękiem szorowanych strun.

  


Max Devereaux, hayashipooo & nameBYnames Live at Environmentog, Osaka – 04.10.2024 (New Wave of Jazz, DL 2026)

Environmentog, Osaka, październik 2024: Max Devereaux – gitara elektryczna, przetworniki, efekty, radio, hayashipooo – elektronika, głos oraz nameBYnames – elektronika, wizualizacje. Dwa utwory, 38 minut.

Dalece nietypowe nagranie, jak na estetykę oraz gatunkowe i personalne konotacje labelu Dirka Serriesa. Pewien amerykański gitarzysta oprzyrządowany w dodatkowe, elektryczne i elektroakustyczne akcesoria w towarzystwie dwóch japońskich elektroników pod pseudonimami koncertuje w tamtejszej Osace. Nie jest to album, które zostanie z nami na dłużej, ale jak ktoś lubi gitarę uwikłaną w duże porcje prądu i kabli, tudzież elektronikę, która podsyła akcenty rytmiczne i post-rytmiczne, ten jest w domu i czeka go należna porcja przyjemności z odsłuchu.

Nagranie składa się z dwóch kilkunastominutowych improwizacji, ale zdaje się, że w formule na żywo stanowiły one jedną ścieżkę. Pierwsza z nich wydaje się ciekawsza w fazie początkowej, szytej okruchami ledwie co inicjowanych akcji, szmerami, odgłosami otoczenia i mikro slajsami delikatnie pijanej gitary. Potem improwizacja wchodzi w stadium rytmiczne, a do obrazu całości dokładają się wszyscy uczestnicy spektaklu. W trakcie drugiej części koncertu muzycy nade wszystko szukają potencjalnych źródeł hałasu. W opowieści mniej jest rytmu, więcej metalicznych zgrzytów, elektronicznych usterek i gitarowych zapętleń. Klimat dubowy miesza się tu z post-rockowymi implozjami gitarzysty. Finałem jest pełna zgoda osiągnięta w chmurze urokliwego zgiełku.

  


Zlatko Kaučič & Francesco Cigana Kako Klicati Zmaja (Dissipatio, CD 2026)

Circolo Nadir, Padwa, styczeń 2023: Zlatko Kaučič i Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty. Dziesięć improwizacji, 48 minut.

Na finał naszej zbiorówki perkusjonalne łaskotki! Słoweńsko-włoski szczyt perkusyjno-perkusjonalny, w trakcie którego muzycy korzystają z podobnego arsenału artystycznych środków wyrazu. Dbają o perfekcyjne brzmienie, budują spójną, duetową opowieść z rozwagą i zachowaniem narracyjnego umiaru. Przez pół albumu sycą nasze uszy drobiazgami i dramaturgicznymi detalami, czyniąc swoisty rytuał pojednania. W drugiej części przepoczwarzają się w bystrych drummerów, którzy znów wspólnymi siłami sięgają po afrykańską polirytmię, a nawet rockową ekspresję. Stuprocentowy chill-out dla wymagających.

Perkusjonalny rytuał rozpoczyna się od pojedynczych uderzeń w metalicznie brzmiące akcesoria perkusjonalne. Toczy się gra na małe pola, w pełnej symbiozie dramaturgicznej. Czasami tyka zegar, czasami zaśpiewa ptak. Delikatnie rezonujące talerze, subtelnie drżące werble, filigranowe tańce po krawędziach. W piątej odsłonie artyści zaczynają stawiać na drumming i w kolejnych epizodach będą ów trend kontynuować i rozwijać. Ostatnie trzy opowieści, to już swobodny taniec, z rytmem i melodią, którą sami nucimy pod groove dostarczany przez obu. Szukamy afrykańskich korzeni, nie zapominamy o spuściźnie rockowego bębnienia. Kres osiągamy przy pełnej akceptacji i ponadgatunkowej refleksji.




 

piątek, 31 października 2025

The October’ Round-up: Monkious! Proscia & Bagnasco! Esfera! Formica! Masubuchi! Gärdin & Weissenfels! Baljuw! Gnaw! Monaural Poetry! Molok Mun!


Październikowa zbiorówka świeżych recenzji znów pod znakiem rollercosterowej zmienności gatunkowej i estetycznej. Jedenaście nowych albumów, jak zawsze z całego świata! Czytajcie, słuchajcie, cieszcie się i … kupujcie!

Zaczniemy z Monkiem na sercu, po portugalsku z drobną domieszką holenderską, potem blok nagrań z niepowtarzalnej Argentyny, zaskakujący, minimalistyczny wątek japoński pod sztandarem brytyjskim, szwedzkie, post-jazzowe interludium, dwie mroczne, gęste, post-ambientowe produkcje z Belgii, wreszcie podwójny finał w barwach krajowych - perkusyjny w wersji na tysiąc procent analogowej i elektroakustyczny, który przeleżał się w szufladzie całą dekadę.

Welcome!

 


The Monkious No Straight With Chaser (JACC, CD 2025)

Salão Brazil, Coimbra, Portugalia, styczeń 2023: Philipp Ernsting – perkusja, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Marcelo dos Reis – gitara elektryczna. Sześć kompozycji Theloniousa Monka, 49 minut.

Te trójkę znakomitych improwizatorów cenimy nad wyraz. Dodajmy, iż w takim składzie nigdy jeszcze razem nie grali. Na swobodnie improwizowane spotkanie (tako rzecze albumowe credits) umówili się w rodzinnej dla gitarzysty Coimbrze. Postanowili wszakże swojemu występowi nadać pewne narracyjne ramy, szkielet, tudzież schemat działań i w tym celu … wybrali sześć krwistych evergreenów samego Monka. Tytuły świetnie rozpoznawalne, wspaniałe, łamane melodie legendarnego pianisty, dużo zabawy i nade wszystko wirtuozerskiego kunsztu. Dobrze słucha się tego koncertu, choć niżej podpisany czeka, aż ta trójka muzyków spotka się ponownie i zaimprowizuje bez jakiegokolwiek szkieletu narracyjnego.

Muzycy w trakcie całego koncertu poruszają się z kocią zręcznością. Ich opowieści są lekkie, zabarwione humorem, niekiedy błyskotliwe. Wszystko zdają się tu czynić z mistrzowską precyzją. Temat (czytaj: pretekst do improwizacji) podaje najczęściej gitarzysta. Epistrophy ma dobre tempo, jakie daje sekcja rytmu i gitarowe ukołysanie. Evidence, po uroczym basowym wstępie, przypomina pokraczny, ale jakże uroczy taniec, nasączony zgrzebnym bluesem i zawadiackimi okrzykami. Bermsha Swing podany jest z latynoską zwiewnością i nonszalancją. Z kolei wieńczący album Blue Monk zdobi wyśmienita, preparowana introdukcja, kreowana przez każdego z improwizatorów. Drive jest brawurowy, a po oklaskach muzycy wracają i improwizują … stuprocentowego Monka. Good job!

 


Martín Proscia & Luciano Bagnasco Trayectorias Temporales (Neue Numeral, DL 2025)

La Huerta Estudio, Argentyna, marzec 2025: Martín Proscia – saksofon barytonowy (1, 2, 5, 6), sopranowy (3, 4, 6) oraz Luciano Bagnasco – amplifikowana gitara akustyczna. Sześć improwizacji, 42 minuty.

Argentyńska muzyka improwizowana trzyma poziom! Spotkanie intrygująco brzmiącej gitary (nie sposób uwierzyć, iż taki efekt foniczny może dawać akustyk podłączony pod wzmacniacz!) i niebanalnych saksofonów, to więcej niż udane nagranie. Losy Bagnasco śledźmy od zawsze, tu wysoka jakość nie jest jakimkolwiek zaskoczeniem. Z jego partnerem spotykamy się bodaj po raz pierwszy i bez zbędnej zwłoki zapisujemy jego dane w kajecie wiecznej pamięci.

Album ma ciekawą dramaturgię. Pierwsze trzy i piąta improwizacja, to miniatury, łącznie trwają osiem minut. Improwizacja czwarta, to minut kilkanaście, a album wieńczy opowieść, która sięga dwudziestu minut. W ofercie miniatur mamy dwie krwiste, noise’owe eksplozje i tyleż post-ballad, która stawiają na niemal czystą akustykę. Najwięcej radości dają wszakże długie improwizacje. Ta pierwsza jest leniwa, mroczna, na poły dronowa. Nie brakuje w niej brudnych, emocjonalnych fraz, ale też detalicznych subtelności. Na koniec czeka nas prawdziwa epopeja pełna zwrotów akcji, tysiąca brzmień i narracyjnych niespodzianek. Od dubowych odgłosów i mantrycznego zaklinania węży, przez sopranowe śpiewy, aż po barytonowe protest-songi. Od równie mrocznej, jak onirycznej medytacji, po tumany kurzu i szmeru. Finał zaś tonie w post-psychodelicznym ambiencie.

 


Fabio Piñas/ Lucas Albarracín/ Matías Formica Esfera (dForma Discos, DL 2025)

Tecson Estudio, Argentyna, kwiecień 2025: Fabio R. Piñas – perkusja, instrumenty perkusyjne, Lucas Albarracín - horn, flugelhorn oraz Matías Formica – saksofon barytonowy, klarnet basowy, flet basowy. Dziewięć utworów, 44 minuty.

Tym razem nagranie argentyńskie w nieco bardziej kameralnym klimacie, po części zapewne  skomponowane. Drewniak i blaszak stają tu w szranki wyważonej, niekiedy dość wystudzonej narracji, którą nakręca nade wszystko bardzo aktywny i na ogół bardzo kreatywny drummer.

Skupiona, w pełni kontrolowana pieśń otwarcia nie obiecuje zbyt wiele, szczęśliwe na dalszym etapie nagrania muzyka tria broni się bez większego trudu. Dodajmy, że szczególnie udanie w utworach parzystych, każdorazowo introdukowanych przez perkusistę, któremu nie brakuje adekwatnych dramaturgicznie środków wyrazu. W odsłonie drugiej króluje ciekawa melodyka, w czwartej, pod intrygującym dyktatem saksofonu barytonowego, soczyste, post-jazzowe emocje, z kolei w szóstej jakość płynie znów ze strony saksofonisty, a dokładnie jego rezonującej tuby. Dobrze temu ostatniemu utworowi robi także rytm i odpowiednia dynamika perkusji. W części ósmej, po talerzowym otwarciu i porcji preparowanych fraz dętych, opowieść nabiera wiatru w żagle i syci się zmyślną melodyką barytonu i horna.

 


Matías Formica Absurdo (Neue Numeral, DL 2025)

Mirífico Estudio, La Plata, Argentyna, październik 2023: Matías Formica – saksofon barytonowy, tenorowy, kompozycje, Jona Schenone – kontrabas oraz Sebastián Stecher – perkusja plus gościnnie: Manu Berardi – saksofon tenorowy (2, 6, 7) oraz Leo Paganini – klarnet basowy (4, 6). Siedem utworów, 53 minuty.

Argentyna, odsłona trzecia i porcja pełnokrwistego jazzu. Podmiotem odpowiedzialnym pewien saksofonista z Buenos Aires, które losy śledzimy na bieżąco i trio temperowanego free jazu, które trzykrotnie rozrasta się do kwartetu, a raz nawet do kwintetu – każdorazowo z dęciakiem w roli dopraszanego. Solidne granie, być może bez specjalnego błysku, ale dla fanów dobrze ukształtowanego jazzu, to lektura obowiązkowa.

Album wypełnia siedem kompozycji z wyraźnie zarysowanym tematem, dużą ilością kolektywnych interakcji i garścią wyrazistych ekspozycji solowych, szczególnie tych granych na barytonie i klarnecie basowym. Wariant w trio sprawdza się w trzecim utworze, który bazuje na nieoczywistej melodyce i ciekawie zdeformowanym metrum. Nagrania w kwartecie nie zawsze niosą ze sobą odpowiednią dawkę emocji i napięcia dramaturgicznego, ale owe niedoskonałości świetnie rekompensuje nagranie w kwintecie, ze świeżym drive’em i urozmaiconą melodyką każdego z trzech dęciaków. Udanie prezentuje się także ostatni utwór grany na powrót w kwartecie. Nuta soczystej kameralistyki, smyczek i intrygująco wystudzone dęte frazy.

 


Takashi Masubuchi, Wakana Ikeda, Tom Soloveitzik & Yoko Ikeda Microcanonical Ensemble (Tombed Vision, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Takashi Masubuchi – gitara akustyczna, Wakana Ikeda - harmonica (I), flet (II, III), Tom Soloveitzik – saksofon tenorowy (I, II), sopranowy (III) oraz Yoko Ikeda - skrzypce (I, II), viola da gamba (III). Trzy utwory, 74 minuty.

 


Takashi Masubuchi, Fumi Endo & Yusuke Kawamura Styx (Tombed Vision, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Takashi Masubuchi – gitara akustyczna, Fumi Endo – fortepian oraz Yusuke Kawamura – trąbka. Sześć utworów, 48 minut.

Dwa albumy japońskiego gitarzysty Takashi Masubuchiego, to dalece zaskakująca podróż muzyczna. Minimalistyczna, redukcjonistyczna, definitywnie dobrze zaprogramowana, z elementami improwizacji, które trudno precyzyjnie wskazać. W obu nagraniach, szczególnie kwartetowym, niewątpliwy jest także impakt ze strony kompozytorów muzyki współczesnej, takich jak Morton Feldman, czy Jürg Frey. Ale nade wszystko ta pokaźna porcja japońskiej muzyki, to rodzaj medytacyjnej sesji, po której każdy codzienny problem zdaje się stawać błahostką.

Album kwartetowy, to trzy ponad dwudziestominutowe opowieści. Pełne minimalistycznej repetycji, wyczekiwania, obcowania ze wszechobecną ciszą. Gitara na ogół frazuje filigranowymi akordami, pozostałe instrumenty chętniej sięgają po dłuższe frazy. W drugiej opowieści królem balu zdają się być skrzypce, które początkowo budują efektowny dron, a potem nie skąpią drobnych preparacji. W trzeciej części albumu ważna rola przypada szumom, szmerom i innym akustycznych poddźwiękom. Tu narracja na etapie rozwinięcia miewa okazjonalne spiętrzenia i zdecydowanie rzadziej podpiera się interwałami ciszy.

Konwencja dramaturgiczna albumu nagranego w trio jest podobna, ale nasączona większą ilością dźwięków. Cisza nie wydaje się tu jakimkolwiek elementem gry. Gitara pozostaje w roli, jaką wyznaczono jej w kwartecie, piano także zdaje się sytuować na pozycjach minimalistyczno-redukcjonistycznych, z kolei trąbka tętni życiem i kreatywnością na każdym etapie rozwoju narracji. Nie brakuje fraz preparowanych, drobnych, melodyjnych zaśpiewów i ciągłej chęci to wzbudzania interakcji. Sześć opowieści ma tu zróżnicowaną dramaturgię, a szczególnie żywe wydaje się ostatnie tchnienie tego albumu. To niemal wystudzony walczyk.

  


Per Gärdin & Simone Weissenfels Tonhalle, Hannover 27 April 2025 (Bandcamp’ self-release, DL 2025)

Tonhalle, Hannover, kwiecień 2025: Per Gärdin – saksofon altowy, sopranowy oraz Simone Weissenfels – fortepian. Cztery utwory, 54 minuty.

Przed nam szwedzk-niemiecki duet, który w momencie wzrostu zgrabnie korzysta z post-jazzowego arsenału, z kolei w momencie dogasania syci się wszystkimi kolorami swobodnej kameralistyki. Ta improwizacja przypomina dobre, wytrawne wino, ale tak jak ono, w zbyt dużych ilościach potrafi doprowadzić do incydentalnych niestrawności.

Tak definitywnie dzieje się w trakcie pierwszej improwizacji, która trwa prawie dwa kwadranse, choć śmiało po pierwszym mogłaby się zakończyć. Jak się okazuje, sztuka budowania napięcia i odpowiedniej dramaturgii nie jest bynajmniej prosta. Zdecydowanie lepiej artysci radzą sobie w drugiej opowieści, która na dystansie dwunastu minut trzyma nas przy głośniku całą swoją mocą. Subtelne inside piano, cichy, dęty post-dźwięk sopranowego, a wszystko obtoczone warstwą akustycznego ambientu. Podobnie muzycy frazują w końcowej opowieści, gdy w ciągu ledwie pięciu minut są w stanie przekazać mnóstwo żywych, jakże prawdziwych emocji. Z kolei w trzeciej części śmiało sięgają po dynamikę, specyficzny taniec i melodię. Tu puenta sadowi się w pobliżu ciszy i jest bardzo wysmakowana.

 


Baljuw Dinsterwenk (Consouling Sounds, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Nicolas Van Belle – gitara, elektronika oraz Matthias Dewilde - fender rhodes, elektronika. Siedem utworów, 43 minuty.

Gitara wyposażona w odpowiednią dawkę prądu, zmyślne, plastyczne piano fendera i dużo kreatywnej elektroniki, to atrybuty belgijskiego duetu, z którym na tych łamach spotykamy się po raz pierwszy. I już dziś wiemy z całą pewnością, że nie ostatni. Ich smoliste, pełne mrocznej dramaturgii opowieści, to dalece intrygująca rozgrywka.

Na gitarowych przetwornikach i szorstkich klawiszach piana dzieje się tu dużo dobrego. Introdukcje poszczególnych utworów niosą posmak tajemnicy i sporo brzmieniowych niespodzianek, zaś niemal każdorazową puentę stanowią imponujące rozlewiska wysoko gatunkowego ambientu. Opowieści Belgów bywają zaskakująco filigranowe, ale także mroczne, gęste i niedopowiedziane. Pierwszą odsłonę albumu zdobi dubowa poświata. W drugiej nerw opowiadania szyje ledwie sugerowany rytm. W trzeciej słyszymy krople deszczu, a oniryczna aura skutecznie pochłania mgliste gitarowe i pianistyczne frazy. W czwartej części podobają się basowe pulsacje, w piątej gitarowe flażolety. Szóstą częścią rządzi mroczna elektronika z efektownym pogłosem, a elektroakustyczny finał płyty skrzy się mocą kolejnych atrakcji, w tym ciepłej, intrygującej nostalgii, jaka spowija smyczkowe zakończenie.

 


Gnaw Their Tongues The Genesis of Light (Consouling Sounds, CD/LP 2025)

Nagrane w różnych lokalizacjach, 2008 i 2025: MdeJong – gitara i wszystkie pozostałe dźwięki. Cztery utwory, 38 minut.

To jednoosobowe dzieło powstało dwuetapowo. Lata temu nagrane zostały partie gitary, do których współcześnie dograno całą resztę – bogaty kalejdoskop dźwięków elektronicznych i pochodnych. Smak gitar zdaje się tu nawiązywać do ciężkich, rockowych brzmień, z kolei materiał współczesny pachnie wielogatunkowo i bez słowa wątpliwości udanie uzupełnia, kontrapunktuje, tudzież dowartościowuje gitarowy core sprzed lat. Efekt całości budzi respekt, zwłaszcza, że wyprodukowany został przez jednego artystę.

Na album składają się cztery utwory, wszystkie mniej więcej dziesięciominutowe. Początek buduje masywny, mroczny dron brzmień syntetycznych. Gitara wchodzi do gry po pewnym czasie i doom metalowym walcem miażdży wszystko, co napotyka na swojej drodze. Efekt grozy wzbudzają demoniczne wokalizy, a puentą jest ściana dźwięku. Drugi utwór rozpoczyna się spokojną chmurą dark ambientu. Mglista, oniryczna aura kona jednak pod naciskiem gitarowego strumienia. Tempo jest leniwe, definitywnie nieuchronne. Kolejna odsłona albumu jeszcze bardziej spowalnia. Pozornie martwa ballada z efektami percussion czeka aż zmiażdży ją kolejna gitarowa fala. Efekt całości multiplikuje mroczny background, usłany demonicznym krzykiem. Finałowa ekspozycja od startu pełna jest hałasu - gitara rzęzi, a ambientowe tło wypełniają rezonujące talerze. Tu puentą jest efektowny noise & scream. Warto z tymi dźwiękami pozostać na dłużej.

 


Miłosz Pękala (Vladislav Noise)/ Hubert Zemler Poem6 (Monaural Poetry, LP 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Miłosz Pękala - wibrafon, gongs sixen, frame drums, tubular bells, tabla, talerz (strona A), Hubert Zemler - werbel, bass drum, shrutibox (strona B). Dwa utwory, 22 minuty.

Monaural Poetry to cykl wydawniczy Patryka Zakrockiego, który zdaje się być uroczo staroświecki – analogowa rejestracja, zawsze na żywo bez post-produkcji, tylko nośnik winylowy (wycinany ręcznie) i zakaz jakichkolwiek elektronicznych publikacji. Why not!

Część szósta cyklu, to dwie kilkunastominutowe improwizacje utrzymane w szeroko pojmowanej estetyce living percussion. Na stronie pierwszej Pękala, na drugiej Zemler - obaj w ekspozycjach solowych. Pierwsza, dalece oniryczna podróż ma posmak ethno, bazuje na wielodźwięku, wpada w intrygujący, taneczny rytm. A zdobi ją piękna, medytacyjna puenta. Drugą ekspozycję budują dwa wątki – skromny, werblowy drumming i dron generowany ze shrutibox. Z czasem narracja staje się bardziej perkusyjna, nabiera odrobiny polirytmii. Gdy dron wraca, zdaje się stawiać duży znak zapytania i przepoczwarzać opowieść w nieokreśloną, konającą flautę.

 


Molok Mun L'orientation (Antenna Non Grata, CD 2025)

Studio domowe, Toruń, 2015: Rafał Kołacki, Dariusz Wojtaś, Dariusz Brzostek - elektronika, gongi, talerze, flety, instrumenty perkusyjne, dulcimer, taśmy, field recordings, Marek „Latarnik” Pędziwiatr - piano, syntezator, instrument perkusyjny oraz Anais Fourrier – głos, instrumenty perkusyjne. Siedem utworów, 48 minut.

W dobrej zbiorówce recenzji z muzyką improwizowaną nie może zabraknąć albumu w tym kontekście nieoczywistego. Zapraszamy na intrygujący trip po bezdrożach muzyki opętanej rytmem, po części tanecznej, nasiąkniętej folklorem świata, z naciskiem na Bliski Wschód i Afrykę, dodatkowo doposażonym literacko w słowa Jana Potockiego podawane nobliwym głosem pewnej francuskiej artystka. To muzyka, która koi nerwy, ale zadaje też pytania nasączone tajemniczą retoryką.

Pierwszy utwór ma tu prawie kwadrans i precyzyjnie nakreśla ramy estetyczne albumu. Obsesyjny rytm, afrykańska linia basu i ciepły, acz wilgotny z emocji, syntetyczny background, w którym dzieje się sporo zagadkowych rzeczy. W drugim utworze odnotowujemy więcej akcentów nieakustycznych i głos, który rozpoczyna długą, wielowątkową opowieść Potockiego. W kolejnych częściach rytm incydentalnie chowa się za syntezatorową melodyką, tudzież mrocznymi inskrypcjami, ale gdy powraca czujemy się z nim bardzo dobrze, zwłaszcza, iż kojarzy się z bliskowschodnimi eksploracjami nieodżałowanego Muslimgauze’a. Szczególnie taneczny wydaje się odcinek szósty, doprawiony szczyptą pikantnego fletu. Z kolei finałowa opowieść ujmująco zastyga frazami piana, odgłosami uciekającego ptactwa i pożegnalnymi słowami Potockiego.

 

 

piątek, 30 maja 2025

The May’ Round-up: Minton & Solberg! BonBon Flame! Léandre & Karałow! Wallace! Bagnasco! Arpyies! Nóbrega! Manna! Trzaska & Daktyle!


Na majową zbiorówkę czas najwyższy! Dziewięć nowych albumów obleczonych czerstwymi metaforami redakcji czeka już na Wasz odczyt, odsłuch, a potem zakupy! Śpieszcie się kupować muzykę improwizowaną, tak szybko odchodzi!

Dziś prawdziwie wrzący tygiel nazwisk, emocji, gatunków i nieoczywistych atrakcji. Zaczynamy w Oslo w bardzo gwiazdorskim zestawie personalnym, potem podwojona Francja, ta druga z akcentem krajowym, Ameryka zmieszana z Argentyną, ale albo z Berlina, albo z Hiszpanii, niebanalny i dość nietypowy, podwójny wątek portugalski, wreszcie krajowe albumy z dużą dawką post-akustycznej elektroniki.

So, welcome to heaven and hell of improvised music!



 

Phil Minton & Ståle Liavik Solberg True (Nice Things Records, CD 2025).

Blow Out, Kafe Hærverk, Oslo, listopad 2023: Phil Minton – głos oraz Ståle Liavik Solberg – perkusja, instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 38 minut.

Głos jedyny w swoim rodzaju, podobnie perkusja i perkusjonalia – oba źródła fonii w strumieniu sugestywnej, świetnie skomunikowanej interakcji. To nagranie koncertowe z dalekiej Norwegii nie mogło nie rozpocząć naszej comiesięcznej zbiorówki. I to z wysokiego c! Definitywnie True!

Filigranowy drumming Solberga i gardłowe modlitwy Mintona otwierają spektakl, w którym nie będzie pustych przebiegów. Brytyjczyk, jak zawsze, ma tu tysiące twarzy - bywa leniwym kociskiem, czupurnym przedstawicielem klanu naczelnych, mówi, śpiewa, gdacze, piszczy, skomle i sepleni. Myje zęby, płucze gardło i mruczy przy goleniu. Na każdą akcję, tudzież ripostę czujnego Norwega, wyczulonego na niuanse, mistrza małych dramatów, ma swoją odpowiedź, tudzież zaczyn nowej fabuły. Razem są w stanie wzniecić ogień w ułamku sekundy, równie wiele czasu potrzebują, by sięgać po pojedyncze farzy, strzępy dźwięków. Ich ekspresja jest tu takim samym narzędziem zbrodni, jak liryzm i głęboko ukryta melodyka, a nawet pokrętna taneczność. W okolicach dziesiątej minuty Minton gwiżdże jak ptak, a towarzyszą mu perkusyjne szczoteczki. Do tego motywu powraca pod koniec improwizacji, mając do dyspozycji talerzowy akompaniament. Po upływie kwadransa gdacze jak kura na grzędzie, świszcze niczym czmiele w locie krzyżowym. W dalszej fazie improwizacji nie brakuje teatralnych inscenizacji, partii kabaretowych, tudzież pijackich dyskusji i ulicznych histerii o zmierzchu. Solberg trzyma dramaturgię w każdym momencie, ma też kilka krótkich epizodów solowych. Finał koncertu jest bardzo ekspresyjny, podrasowany kocią melodią. A potem już tylko standing ovation!



 

BonBon Flamme Calaveras Y Boom Boom Chupitos (BMC Records, CD 2025)

BMC Studio, Budapeszt, luty 2024: Valentin Ceccaldi – wiolonczela, syntezator, Luis Lopes – gitara, syntezator, Fulco Ottervanger – pianino, syntezator, głos oraz Éthienne Ziemniak – perkusja, syntezator. Dziesięć kompozycji, 45 minut.

Pierwsza płyta międzynarodowego kwartetu francuskiego wiolonczelisty była wulkanem emocji, karkołomnych zdarzeń i temperamentnych interakcji. Ta druga nosi wszelkie znamiona debiutu, dodatkowo podlana jest prawdziwie meksykańskim chili. Muzyka do zabawy i tańca na tym albumie zyskuje także pewien ilustracyjny blask, świetnie nadawałaby się bowiem do wypełnienia soundtracku niejednego filmu Jima Jarmuscha, szczególnie umiejscowionego na osi czasu w odległych latach 80. i 90. zabawnego dwudziestego stulecia.

Pierwsza piosenka jest mroczna, ale melodyjna, niemal post-bluesowa, druga i trzecia sięgają po latynoska taneczność i nieprzewidywalność. Całość kąszona jest wokalem wprost z Moulin Rogue, space-rockową, eksplodującą gitarą i odrobiną delikatnej kwasowości. Czwarta historia żywcem wyjęta została z klasycznego filmu noir, zdaje się ilustrować wieczorny spacer złą stroną ulicy. W piątej części cała załoga przesiada się na syntezatory i bawi rytmem. Szósta część, to ragtime’owy klasyk Joplina zagrany po wariacku – noise rock łamany kołem zębatym, slapstickowa melodia do tupania nogą, krok w kierunku oryginału na pianie i finałowy pokaz fajerwerków. W kolejnych utworach tej szalonej płyty mamy jeszcze wystudzoną piosenkę z amerykańskiej prerii, rockową nawałnicę wspartą na brudnym flow syntezatora, a także przykład jak tłuste new romantic zamienia się w post-rockowy walec. Album wieńczy coś na kształt pożegnalnej ballady, której nie brakuje typowej dla BonBon Flamme dramaturgicznej brawury. 



 

Joëlle Léandre & Andrzej Karałow Flint (Fundacja Ensemblage, CD 2025)

Studio S4, Polskie Radio, Warszawa, listopad 2023: Joëlle Léandre – kontrabas oraz Andrzej Karałow – fortepian. Dziewięć improwizacji, 38 minut.

Francuska legenda improwizowanego kontrabasu wydała w Polsce wiele płyt, ale tylko incydentalnie są to nagrania z udziałem krajowych wykonawców. Tym bardziej zatem cieszy płyta z warszawskim pianistą, poczyniona wedle wszelkich reguł swobodnej improwizacji. Muzycy postawili na krótkie formy, kameralną wstrzemięźliwość w zakresie dawkowania ekspresji i siłę czystego, niemal krystalicznego brzmienia. W ich opowieściach nie brakuje niedopowiedzeń, dramaturgicznego zaniechania. To, czego nie zagrali zdaje się tu być równie istotne, jak to, co zagrali.

Léandre frazuje, jak to ma w zwyczaju, częściej techniką arco, a jej akcje pizzicato, to co najwyżej intrygujące interludia. Karałow pracuje zarówno na klawiaturze – tu bywa niekiedy dość ekspresyjny, jak i w pudle rezonansowym - tu raczej oszczędny i wstrzemięźliwy. Pośród dziewięciu na ogół dobrze unerwionych opowieści szczególnie podobać się mogą cztery z nich. Trzecia improwizacja szyta jest szmerami inside piano i pomrukami kontrabasowego smyczka. Minimalistyczna w formie, pięknie rozkwita na etapie rozwinięcia. Czwartą opowieść buduje rytm, jaki Francuzka wystukuje na pudle swego instrumentu. Akcja pianisty pachnie dla odmiany bluesem. Całość zostaje efektownie rozkołysana śpiewnym smyczkiem i siłą klawiatury. Część ósmą, podobnie jak szóstą, śmiało możemy zaliczyć do bardziej dynamicznych fragmentów albumu. Tu emocje kreują głośne frazy z samego dna fortepianu i wyjątkowo twardo brzmiący smyczek. Finałowa ekspozycja budowana z mozołem, początkowo sprawia wrażenia umiarkowanie spokojnej, z czasem nabiera jednak mocy i wynosi artystów, pracujących wszelkimi dostępnymi technikami, na efektowny szczyt.



 

Eli Wallace, Pablo Vazquez & Marcelo von Schultz Siesta (577 Records, CD 2025)

Kühlspot Social Club, Berlin, maj 2024: Eli Wallace: fortepian, obiekty, Pablo Vazquez – kontrabas oraz Marcelo von Schultz – perkusja. Osiem improwizacji, 45 minut.

Spotkanie amerykańskiego pianisty i argentyńskich kontrabasisty i perkusisty odbyło się w … stolicy Niemiec. Tak, świat to naprawdę mała wioska, zwłaszcza ta improwizowana. Znamy całą trójkę doskonale z niejednego nagrania, zatem i bez słuchania tego albumu wiedzieliśmy, że to musi być naprawdę dobre granie. A po wysłuchaniu? Jesteśmy pewni, to więcej niż dobre granie. Swobodny jazz wymieszany z kreatywną post-kameralistyką, świetnie zinstrumentalizowany i dramaturgicznie spójny. Trio grało w ubiegłym roku w Polsce, niech żałują ci, co nie widzieli (patrz: niżej podpisany).

Muzyczna Siesta w tym wypadku, to osiem improwizacji - niektóre krótkie, ledwie 2-3 minutowe, inne dłuższe 8-9 minutowe. Samo otwarcie trwa nawet krócej niż dwie minuty. Kreśli ją aktywna perkusja, surowo brzmiące klawisze fortepianu i matowy kontrabas, który równie chętnie pracuje jazzowym pizzicato, jak i ponadgatunkowym, dalece intrygującym arco. W kolejnych odsłonach artyści z gracją zawiązują narrację, odważnie sięgają po dźwięki preparowane, a na etapie rozwinięcia nie szczędzą sobie ekspresji i wyrafinowanych interakcji. Ciekawie prezentuje się trzeci epizod, który muzycy zaczynają w trybie leniwego post-bluesa, ale dość szybko osiągają wysoki poziom kreacji szyty rytmem i dobrze dawkowana dynamiką. Świetnie pracuje tu drummer i nie jest to odosobniony przypadek na tym albumie. W utworach piątym i siódmym improwizacja na ogół kołysze się na wietrze dostarczając mnóstwo brzmieniowych subtelności – wysmakowanych preparacji i niebanalnej post-dynamiki. Szósta historia, to pełnokrwisty jazz, znów świetnie posadowiony na drive’ie perkusji. Finałowa ekspozycja łączy dysonujące sfery - nostalgiczny tembr piana z klawiatury oraz plejady szumów i szmerów nasiąkniętych podskórnym rytmem, generowanym przez stronę argentyńską.




Luciano Bagnasco Diaphanous (Plus Timbre, DL 2025)

Okoliczności domowe (?), luty 2025: Luciano Bagnasco – gitara. Sześć utworów, 25 minut.

Artystyczne losy tego osiadłego w Hiszpanii argentyńskiego gitarzysty śledzimy na bieżąco i nie ma w tym fakcie odrobiny przypadku. Muzyk to bowiem niebywale intrygujący, zawsze mający coś ciekawego do zaprezentowania w jakże ogranym idiomie gitary elektrycznej. Nie inaczej jest w przypadku jego nowego, krótkometrażowego albumu solowego.

W krótkim gemie otwarcia Luciano proponuje garść gitarowych sprzężeń, które giną w mroku niedopowiedzenia. W drugiej odsłonie strzępy fonii spływające z tłustego gryfu zaczynają nabierać dubowej poświaty, filtrowane delikatnym delayem. Pokancerowane, jak znaczki pocztowe ze starego klasera, hałaśliwie pulsują, tańczą niczym wróble na rozgrzanym dachu. Trzeci epizod, to czerstwy post-industrial, który w ostatecznym rozrachunku rozpływa się w strudze ciepłej krwi. W kolejnej części muzyk kreuje mikrotonalne farzy, które wpuszcza w pogłos, a potem lepi z nich ogniste pasmo rockowego hałasu, na koniec brzmiące niczym przepalony syntezator. W piątym utworze muzyk serwuje nam wystudzone, technoidalne farzy, które w ułamku sekundy stają się rozbujanymi, czystymi, gitarowymi akordami. Wreszcie ostatni epizod - silnie sfuzzowany gitarowy wyziew nabiera tu z czasem zarówno mocy, jak i podstępnej melodyki. Jakby tłuste robaki wydobywały się z plastra krowiego łajna. Puentą albumu jest sprasowany, matowy ambient, który niczego nie obiecuje.



 

Arpyies Iridescente (Whatever Profound, CD 2025)

O’culto da Ajuda, Chinfrim Estúdios and Miradouro de Santo Amaro, Portugalia, czas nieznany: Ana Gonçalves Albino – gitara elektryczna, elektronika, syntezator, instrumenty perkusyjne, kompozycja, Catarina Custódio Silva – rożek francuski, kalimba oraz Maria do Mar – skrzypce, elektronika, instrumenty perkusyjne. Trzy utwory, 41 minut.

Czas na portugalską przygodę elektroakustyczną, tkaną wyłącznie kobiecymi rękoma, przeto delikatną, pełną dramaturgicznych niuansów i brzmieniowych smaczków generowanych całkiem rozbudowanym instrumentarium. Na album składa się krótkie intro, takież resume i zasadnicza, trwająca ponad dwa kwadranse opowieść główna. Album ekscytuje tylko w niektórych momentach. Postaramy się precyzyjnie je wskazać.

Początek pleciony jest niemal wyłącznie brzmieniami nieakustycznymi, mroczny, pełen głosów i równie tajemniczych … odgłosów. Część główna budowana jest na ogół żywym instrumentarium – słyszymy kalimbę, perkusjonalne zdobienia, pobłysk post-ambientowej gitary, farzy dęte, które brzmią jak trąbka, choć albumowe credits wskazują na rożek francuski, no i przed wszystkim skrzypce, które niosą tu największy ładunek kreacji, skutecznie trzymają ciągle chwiejącą się, dość nielinearną opowieść w ryzach narracyjnych. Zdecydowanie najciekawsze momenty seta, to chwile, gdy z wystudzonej medytacji artystki przechodzą do narracyjnych spiętrzeń, drobnych eskalacji i kontrolowanych, krótkotrwałych wybuchów ekspresji. Półgodzinna jazda ma dwie takie chwile, tuż przed dziesiąta minutą i tuż po minucie dwudziestej. Na tle nieco przegadanej części zasadniczej smakowicie prezentuje się albumowa koda. Skrzypce płyną tu z ciszy, elektronika delikatnie pulsuje, gitara topi się w pogłosie, a wysamplowany (?) głos buduje zanurzone w ambiencie zakończenie.



 

João de Nóbrega Pupo Ao Ser Sereno (Colectivo Casa Amarela, Kaseta 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: João de Nóbrega Pupo – wszystkie dźwięki. Pięć utworów, 44 minuty.

Pozostajemy w Portugalii, tym razem toniemy jednak w odmętach kreatywnego, dobrze sformatowanego ambientu. Opowieść jest zwarta, nieprzegadana (o co bywa trudno w gatunku), podzielona na pięć zgrabnych odcinków, z których ten środkowy trwa prawie dwadzieścia minut, co nie zmienia faktu, iż cały album jest jednym, nieprzerwanym ciągiem dźwięków. Nie pozostaje nam nic innego, jak bezceremonialnie zasłuchać się w tej opowieści.

Album ma spokoje otwarcie zanurzone w mrocznej poświacie, czasami bogacone dźwiękami miasta i delikatnymi skwierczeniami na flankach. Narracja płynie szerokim strumieniem i zdaje się dawać wytchnienie po ciężkim dniu. To jednak pozór, bowiem już po chwili mamy intrygujące interludium, które syci opowieść post-perkusyjnym, elektronicznym stukotem. Ambient wraca w czerstwej, matowej, niemal stojącej w miejscu postaci. Owa mroczna medytacja dostaje dubowej poświaty, co świetnie buduje dramaturgię kolejnych chwil. Raz po raz w grze pojawiają się nowe, niekiedy bardzo żywe fonie (choćby piana), ale giną one w strudze gęstego wątku głównego. Narracja nabiera molowych barw i pewnej post-organowej melodyki. Nie brakuje odgłosów życia, co tylko unerwia i tak już emocjonalną opowieść – słyszymy zarówno przelatujące ptactwo, jak i dźwięk silników odrzutowych, tudzież bijące dzwony i głos, który recytuje. Końcowa partia albumu znów jest bardzo mroczna, dronowa, upstrzona frazami, które moglibyśmy odebrać jako ludzki krzyk.



 

Sokołowski, Stasiewicz & Leszoski Manna (Antenna Non Grata, CD 2025)  

Czas i miejsce akcji nieznane: Kuba Sokołowski - inner piano, obiekty, Paweł Stasiewicz - inner piano, obiekty, głos oraz Paweł Leszoski – programowanie. Cztery utwory, 41 minut.

Jak należy domniemywać, dramat improwizacji zawiązuje się tu we wnętrzach pudeł rezonansowych fortepianów i jest konsumowany/ przeredagowywany procesem programowania. Nagranie, którego bazą są frazy akustyczne zdaje się być poematem syntetycznego, szorstkiego ambientu. Naprawdę niewiele wiemy o istocie dźwięku, a zwłaszcza procesie jego powstawania. Oto przed nami kolejna lekcja.

Otwarcie albumu szyte jest żywym dźwiękiem uderzania, pocierania, ugniatania i rozciągania obiektów i strun. Rytmika upside down, ukryta melodyka cierpiącej materii. Całość nabiera post-industrialnej mocy, zapewne nie bez udziału zjawisk pozakustycznych, pulsuje i w końcu ginie w strudze ambientu. W drugiej odsłonie dronowa ekspozycja zgrzyta niczym piasek między zębami. Rośnie w niej udział fraz syntetycznych, post-akustycznych. Woda zamieci się tu w wino bez udziału sprawczego sił nadprzyrodzonych. Finałowe ukojenie, to tylko pozór. W kolejnej opowieści do kontrataku przystępują zjednoczone siły akustyki. Słyszymy struny, które tańczą w post-rytmie, delektujemy się tajemniczą meldoyka, która łapie równie zagadkowy pogłos. Walka żywego z syntetycznym idzie na całego! Kształt ostatniej historii sugeruje, iż akustyka przeszła do głębokiej defensywy. Modulowany, zgrzytliwy dron, głośny, niemal progresywny step, zaczyna pulsować jak mroczna impreza deep techno. Na finał wraca melodia, brudna, zniekształcona, wyciągnięta chyba wprost z laptopa Fennesza, oczywiście przy blasku zachodzącego słońca. Manna z gorejącego nieba.




Mikołaj Trzaska & Daktyle Transient Riot (Antenna Non Grata, CD 2025)

Laboratory of Culture Adebar, Kołobrzeg, maj 2024: Mikołaj Trzaska – saksofony, Marek Sadowski – perkusja, instrumenty perkusyjne, elektronika oraz Maciej Jaciuk – elektronika, bass-box, sidrax, daxophone, loops. Dziewięć utworów, 45 minut.

Na zakończenie majowej zbiorówki pozostaniemy z syntetycznym, tajemniczym akcesorium, które stanie w szranki improwizacji z bardzo realnym saksofonem, perkusją i całą armią przedmiotów i urządzeń, których jedynym celem jest wydawanie zaskakujących dźwięków. Trójka artystów, mnóstwo pomysłów (niektórych nazbyt wcześnie porzucanych) w trakcie temperamentnego koncertu na polskim wybrzeżu. Nie ma nudy!

Nagranie jest nieprzerywanym ciągiem dźwiękowym, co świetnie buduje jego dramaturgię. Elektroakustyczny, post-perkusjonalny początek inwokuje tu swobodną podróż saksofonu barytonowego w zgrabnie zarysowanej przestrzeni kosmicznej, posadowioną na utrzymującej linearność narracji perkusji. Gdy dęciak łapie rytm, elektronika ucieka w didaskalia, a konsensus osiągnięty zostaje w strumieniu urokliwej melodii. W kolejnych fazach koncertu artyści dość często piętrzą narrację, nadają jej dynamikę, sycą intrygującą ekspresją, ale także mnóstwem brzmieniowych smaczków. Sypią pomysłami jak z rogu obfitości. Toną w onirycznym świecie elektroniki, by za moment wspinać się na efektowne, free jazzowe wzgórze. Ukojeniem bywa medytacja, czyniona z tajemniczą, niemal etniczna melodyką, jak w trakcie odcinka szóstego. Zaraz po nim improwizacja nabiera rytmu, adekwatnej dynamiki i wpada w niemal kompulsywny taniec. I znów melodia zdaje się koić to, co zszargały emocje. Finał w fazie początkowej wydaje się leniwą post-balladą melodyjnego saksofonu, łapiącej rytm perkusji i wyważonej, smakowitej elektroniki w tle. Nim koncert dobiegnie końca czeka nas drobne spiętrzenie i stonowana, dobrze skonstruowana, nieco oniryczna finalizacja.

 

 


piątek, 1 marca 2024

Barcelona’ Five Of A Kind: Behenii! Still Life #1! Seis Amorfismos! Postcards! Interfase!


Dziś pięć szybkich strzałów wprost ze Stolicy Katalonii! Kolejne dowody rzeczowe w sprawie retorycznej dysputy Czy na północno-wschodnich rubieżach Półwyspu Iberyjskiego dzieje się coś istotnie wartościowego na polu muzyki kreatywnej.

Nie tak dawno na tych łamach chyliliśmy nasze czoła i recenzenckie pióro dla dwoma ostatnimi płytami tria Phicus. Tym razem sięgamy po nagrania z udziałem muzyków rzeczonego tria. Wszystkie tak od siebie różne, jak tylko to możliwie po tej stronie muzycznej wyobraźni, wszystkie wszakże wydają się równie piękne, wartościowe i zasługujące na ocean burzliwych oklasków. Nasz barceloński zbiór uzupełniamy swobodnym jazzem z … Argentyny, ale wydanym pod sztandarem Discordian Records, z udziałem gitarzysty, który wydaje się być stałym elementem iberyjskiego świata muzyki doskonałej.

Jesteśmy tu w gronie samych dobrych znajomych, zatem do skupionego odczytu i odsłuchu pięciu albumów przystępujemy bez zbędnej zwłoki. Poza jednym wyjątkiem nagrania datowane są na rok bieżący i docierają do nas na nośniku elektronicznym - ledwie jedna pozycja uzupełniona skromnym nakładem kasetowym, inna zaś kompaktowym. Cóż, znak czasów, tempus signum, czy jak to tam szło.



 

El Pricto/ Don Malfon/ Vasco Trilla Behenii - Part I (Discordian Records, DL 2024)

Golden Apple, Barcelona, wrzesień 2023: El Pricto – syntezator modularny, Don Malfon – saksofon barytonowy i altowy oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Osiem improwizacji, 38 minut.

Te trzy pomnikowe postaci barcelońskiej sceny kreatywnej grały ze sobą milion razy, ale nigdy w takim trio. Od czasu, gdy El Pricto porzucił saksofon na rzecz taplania się w syntetycznych dźwiękach, ich spotkanie stało się naturalną koleją rzeczy. Minionej jesieni w Złotym Jabłku nagrali dużo materiału, tu prezentują jego pierwszą część. Album przypomina chorobę dwubiegunową w stadium dalece zaawansowanym. Utwory nieparzyste to intensywne, niemal free jazzowe kubły pomyj, pięknie łączące analogowy syntezator z preparowanym saksofonem (na ogół barytonowym) i bystrym circle drummingiem. Utwory parzyste leją się leniwie niczym magma zła, przez samych artystów jakże trafnie określone jako industrial ambient. Wspaniały album, bez dwóch zdań!

Pieśń otwarcia z miejsca stawia nas u podnóża ściany dźwięku – gęsta struga syntetyki, rozkrzyczany, skowyczący, na poły preparowany oddech barytonu i zwinna perkusja, która szybkim ruchami oplata wszystko niczym tarantula. Saksofon potrafi tu wnieść się na wysoką górę, z kolei syntezator ryć bruzdy w ziemi. Intensywny, pełen pokracznej rytmiki, kompulsywny, post-industrialny horror. Druga opowieść przenosi nas, zgodnie z anonsem, do świata czerstwego, chropowatego ambientu. Echo, podmuchy suchego powietrza i pulsujące, drżące, filigranowe plamy syntetyki, a wszystko skąpane w chmurze rezonansu. Pomiot preparowanych fraz, gdzie akustyka szuka syntetycznej powłoki, a wyczekiwany poranek nigdy nie nadchodzi. Trzecia narracja, to powrót do sytuacji dynamicznej - rodzaj gry na małe pola, gdzie każdy dźwięk przypomina plamę gęstej krwi. Baryton błyszczy, syntezator syczy jak wąż, a gongi i dzwonki wieńczą szybkie zakończenie. Czwarta, ambientowa strona mocy, skupia się na łagodzących podmuchach rezonansu, pełna jest trudnych do zdefiniowania fonii (barcelońskie fake sounds działają!). Piąta historia wraca do idiomu free jazzu, tu jest jednak podejrzanie łagodna i czysta w brzmieniu, pchana do przodu kocimi ruchami perkusji. Pod koniec nabiera zaskakującej ulotności i ginie w chmurze niedopowiedzenia. Szósta część kontynuuje zainicjowany w poprzedniej odsłonie mroczny oniryzm, ale zgodnie z konstytucją albumu prowadzona jest przy zerowej dynamice. Blisko ciszy, z garścią matowych melodii, przypomina raczej psychodeliczną kołysankę. Siódma improwizacja, to wrzask, krzyk i skomlenie! Masywne, turpistyczne dźwięki - konsekwentne rozdzieranie ledwo, co zastygłych ran. Ekspresyjna wymiana zdań kreuje zapewne najbardziej intensywny fragment albumu, zwieńczony trupim odorem. Ostatnia historia toczy się wedle reguły ambientowej, ale wraz z rozwojem sytuacji nabiera mięsistej faktury i generuje kolejny wyziew emocji. Od drżących przedmiotów na membranie werbla, przez metaliczne chroboty z tuby dęciaka, po plamy soczystej syntetyki. Ta ostatnia zdaje się tu być dość spolegliwa, podczas gdy jej akustyczna interlokutorka nad wyraz niebezpieczna. Improwizacja delikatnie narasta, po czym mgliście obumiera.



 

Slight Deform Still Life #1 (Bandcamp’ self-release, DL 2024)

Rosazul Studio, Barcelona, listopad 2022: Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Clara Lai – fortepian. Trzy utwory, 35 minut.

Duet niepowtarzalnego gitarzysty i równie intrygującej pianistki debiutował fonograficznie całkiem niedawno nieco konceptualnym albumem Inside, posadowionym na skraju muzyki współczesnej. Dziś Ferran i Clara powracają z nagraniem definitywnie niezwykłym – skoncentrowanym na dźwiękach preparowanych gitary i fortepianu, które toczą swe pięknie życie w dalece fascynującej wręcz koegzystencji. Celem działań obu artystów jest tu nade wszystko wzbudzanie post-ambientowego rezonansu. Efekt tych prac w każdej sekundzie niezbyt długiego albumu zdaje się być definitywnie wartościowy.

Album otwiera niemal dwudziestominutowa ekspozycja. W jej trzewiach mości się pewna zastygła w bezruchu medytacja, rodzaj ceremonialnej rozmowy z ciszą. Na powierzchni rodzą się zaś dźwięki mniej lub bardziej zwarte w czasie i przestrzeni, które wchodzą w interakcje, a nade wszystko budują wzajemnie przenikające się strumienie rezonansu. Duch wielkiego AMM, nie tylko w zakresie formy, ale także brzmienia, zdaje się unosić nad muzykami z dalece nieoczywistą intensywnością. Artyści frazują niekiedy bardzo delikatnie, ledwie muskają struny, tudzież klawisze. Wprawione w ruch obrotowy dźwięki potrafią tu jednak nabierać niemal post-industrialnej muskulatury. Oniryczna aura, mrok otoczenia, szum martwego życia. Powolność, majestatyczność, ciągi powtórzeń, ale nie minimalizm. Ferran koncentruje się na flażoletach, Clara pracuje na ogół wewnątrz fortepianu, a jeśli używa klawiatury, czyni to rzadko i z dużym namaszczeniem dramaturgicznym. Płynna narracja drży i pulsuje, by po chwili ginąć w strudze matowego ambientu.

Druga historia trwa pięć minut i sprawia wrażenie repryzy części pierwszej, ale definitywnie skondensowanej. Zaczyna ją pisk z głębokiej krypty rozrywający gęstą, mroczną ciszę. W tle mości się prawdziwie barceloński fake sounds’ background. Warstwy rezonansu nakładają się tu jedna na drugą, a ów proces nie ma chyba końca. Trzecia opowieść nieznacznie przekracza dziesięć minut i zdaje się być inna niż jej poprzedniczki. Artyści generują to plejady drobnych, niekiedy urywanych fraz. Struny ich instrumentów brzęczą, skrzypią, tudzież wpadają w subtelne sprzężenia. Muzycy liczą struny, badają ich odporność na incydentalny nacisk. Bywa, że schodzą do pojedynczych dźwięków i budują echo. Całość ma tu wszakże swój tajemniczy, wewnętrzny rytm, przypomina martwy taniec w pustce gasnącego rezonansu. Ów rytuał dramaturgicznej powolności dogorywa mglistymi dźwiękami klawiszy i gitarowych półakordów.




Diego Caicedo Seis Amorfismos (Bandcamp’ self-released, CD/DL 2023)

Golden Apple, Barcelona, 2021/22: Diego Caicedo – gitara elektryczna, kompozycje, dyrygentura, adaptacja tekstu poetyckiego, Sarah Claman – skrzypce, Francesc Llompart – skrzypce, João Braz – wiolonczela, Àlex Reviriego – kontrabas oraz Carlos Jorge – głos. Dziewięć utworów, 49 minut.

Bez wątpienia takiego albumu jeszcze nie słuchaliście! Black metalowa gitara, growlowy wokal i … kwartet smyczkowy, tu skoncentrowany równie silnie na czystym, jak i brudnym, preparowanym frazowaniu. Autor całego przedsięwzięcia jest nam doskonale znany, to muzyk niezliczonej liczby talentów i miłośnik równie bogatej palety gatunkowych odniesień. To szalone opowiadanie Caicedo, to sześć nagrań poczynionych w pełnym składzie i trzy bonusy, grane już samotnie przez gitarzystę. Wielkie emocje, niekiedy wręcz epicki rozmach i kolejny dowód, że wyobraźnia kreatywnego muzyka zdaje się nie mieć granic.

Siarczyście brzmiąca gitara, zlany z nią niski tembr kontrabasu, szalejące na backgroundzie skrzypce i cello, wreszcie rozkrzyczany, spazmatyczny wokal – ten album nie mógł zacząć się bardziej intensywnie. Narracja płynie zapewne zgodnie z wolą kompozytora, ale przestrzeń na improwizowane wybuchy ekspresji zdaje się tu być nieograniczona. Niemal noise’owa gramatura buduje emocje, ale brzmienie całości jest dalece selektywne. Zmutowane black chamber kontynuuje dzieło zniszczenia w drugiej części, która zdaje się być minimalnie łagodniejsza. Wypełniona mrowiem strunowych dźwięków, przypomina modlitewną celebrę, ale czasem nabiera podskórnej dynamiki – gitara i głos bluzgają wtedy złem, a strunowce toną w bystrych kontrapunktach, na koniec nie stroniąc od preparacji. Prawdziwe męczarnie lovecraftowskich Przedwiecznych. W kolejnej odsłonie muzycy sprawiają wrażenie, jakby celem ich działań było naciąganie strun do granic ich fizycznej wytrzymałości. Narracja płynie, balansuje na linie, łapie spore połacie melodyki i niekiedy czystego, strunowego brzmienia. Czwarta opowieść powraca do owej modlitewnej celebry, jaką znamy z drugiej części. Mroczna melodyka zostaje tu rozerwana na strzępy histerią wokalisty, która w ostateczności doprowadza do efektownego, zgiełkliwego spiętrzenia.

Piąta opowieść zaskakuje. Bazuje bowiem na niemal funkowym frazowaniu gitary, która brzmi tu niczym bas. Strings po kilku pętlach ochoczo wchodzą do gry i generują kolejne porcje emocji. Łamana, gasnąca dynamika, nisko ugięte kolana i niemal akustyczna faza środkowa podprowadza nas pod gitarowe zakończenie, skonsumowane połaciami dubowych preparacji, czyniącymi ów fragment albumu jednym z najbardziej efektownych. Szósta część znów sięga po kameralną śpiewność, tak, jak to czyniły poprzednie parzyste kompozycje. Melodyjna introdukcja zostaje tu ponownie zbesztana black metalowym wyziewem gitary i wokalu. Strunowce przechodzą do roli kontrapunktujących i czynią to z niezwykłą zawziętością. Po czasie opowieść przygasa i przenosi nas w bezmiar kameralnych, niemal czystych fraz, a w ostateczności ginie w mrocznym, niemal delirycznym ambiencie.

Zgodnie z anonsem, trzy ostatnie części albumu, to solowe ekspozycje gitarzysty. Najpierw muzyk tonie w post-metalowych kłębach tłumionych emocji. Faluje na wzburzonym morzu, sugeruje rozwinięcie, decyduje się jednak na ugaszenie narracji dźwiękami bijącego dzwona. Również ósma opowieść ma fazę, w której brakuje jedynie gęstej sekcji rytmicznej, gotowej zanieść gitarzystę wprost do piekła. W pewnym momencie muzyk wybiera jednak mroczną otchłań gęstego, siarczystego ambientu, który okazuje się dubową przepaścią. Końcowe frazy tego niesamowitego utworu przywodzą na myśl hałas godny huty szkła. Finałowa ekspozycja bazuje na sprzężeniu i siarczystych półriffach, ale czynionych na wdechu. Reasumują ów piękny album kolejną porcją trwogi i egzystencjalnej pustki.



 

Jonathan Deasy & Àlex Reviriego Postcards (Crystal Mine, Kaseta/ DL 2024)

Miejsca akcji i czas nieznane: Jonathan Deasy - stochastic sampler/ supercollider oraz Àlex Reviriego – kontrabas. Cztery utwory, 43 minuty.

Ten album stworzony został w dwóch czaso-przestrzeniach. Najpierw nagrane zostały improwizacje na kontrabas przy użyciu dalece rozszerzonych technik artykulacji. W dalszej kolejności trafiły one w otchłań elektroniki i najrozmaitszych, tajemniczych aplikacji, które zdekonstruowały dostarczony materiał, ale też wygenerowały dodatkowe, niemałe pokłady jakości. Oto płyta, który ukoi nasze receptory słuchu po gitarowej nawałnicy sprzed chwili, ale też zaintryguje i przeniesienie po raz kolejny w obszary foniczne, w których z pewnością przebywamy niezwykle rzadko. Pierwsza i czwarta odsłona albumu, to utwory kilkunastominutowe, dla których bazą są kontrabasowe frazy grane arco. Dwie środkowe części - znacznie krótsze - stanową post-elektroniczny obraz dźwięków generowanych techniką pizzicato.

Początek tego niezwykle onirycznego spektaklu o niepoliczalnych płaszczyznach piękna stanowi kilka strumieni smyczkowych preparacji. Dźwięki zdają się tu przypominać zmutowany, ptasi śpiew, niekiedy dość histeryczny, a całość tej fazy podróży ma wymiar niemal całkowicie akustyczny. Z czasem coraz gęstsza struga post-ambientu nabiera syntetycznego posmaku, jakby kontrabasowe dźwięki systematycznie traciły swoją akustyczną powłokę. Lepiąca się w elektroniczny dron opowieść już tylko incydentalnie barwiona jest frazami przypominającymi dźwięki żywego instrumentu. W dwóch kolejnych opowieściach płyną do nas strumienie szarpanych dźwięków. W każdym przypadku są one nad wyraz delikatne, wręcz ulotne, acz zatopione w oceanie mroku i tajemniczości. Najpierw przypominają brzmienie gamelanu, w drugim zaś przypadku mandoliny. Narracja potrafi tu delikatnie zapętlać się, ale nie traci spokoju ducha i niemal relaksacyjnego backgroundu. W ostatniej części powracamy do zmultiplikowanych fraz smyczkowych. Dźwięki są teraz bardziej rozmyte, definitywnie łagodniejsze, choć jeszcze bardziej zanurzone w mroku, czasami przypominają brzmienie melodiki. Ów mglisty, niekiedy szemrany ambient wydaje się być na swój sposób śpiewny, melodyjny, ale też zrezygnowany, smutny, niczym kołysanka dla umarlaków.



 

Nataniel Edelman/ Luciano Bagnasco/ Santiago Lamisovski/ Fermín Merlo Interfase (Discordian Records, DL 2024)

La cuerda mecánica, Buenos Aires, wrzesień 2022: Nataniel Edelman – fortepian, melodica, quena, kalimba, Luciano Bagnasco – gitara elektryczna, Santiago Lamisovski – kontrabas oraz Fermín Merlo – perkusja. Osiem utworów, 29 minut.

Jazzowy kwartet ze stolicy Argentyny nie potrzebuje wiele, by budować efektowne improwizacje, z samego źródła gatunku czerpiąc jedynie to, co najistotniejsze – pewną naturalną żywotność, niebanalny groove, tudzież swobodę artystycznej kreacji. Gitarzystę znamy tu świetnie, pianista ma już za sobą album wydany w Clean Feed z amerykańskimi VIP-ami gatunku, z kolei dla kontrabasisty i perkusisty to zapewne debiut na naszych lamach. Jak zwykle w przypadku nagrań z tamtej części świata, moc szacunku dla słuchacza w połączeniu z umiejętnością budowania zwartej narracji – album nie trwa nawet dwóch kwadransów.

Pierwsza opowieść trwa prawie dziewięć minut i stanowić może rodzaj autoprezentacji kwartetu. Równy step fortepianu niesiony spokojnym groove sekcji rytmu i frazująca na pogłosie gitara, która zaczyna od jazzu, a kończy w czeluściach bystrego psycho-rocka. W trakcie spowolnienia pojawia się melodica, z kolei pod koniec pianista szyje nam ekspresyjną ekspozycję, wpartą na pracy sekcji rytmu. Druga opowieść ma dalece kameralny sznyt, a bogacona jest niemałą porcją dźwięków preparowanych. W kolejnych dwóch utworach nie brakuje wyważonej emocjonalnie dynamiki. Pierwszy z nich syci się niemal fussion-rockowym anturażem (z pianem brzmiącym cokolwiek elektrycznie), drugi pięknie eksponuje synkopowaną figurę rytmiczną, szukającą pewnego rodzaju ukojenia. Po drobnej miniaturze muzycy prezentują nam łączone utwory szósty i siódmy. Najpierw szyją nam drobny dysonans dynamiki – sekcja rwie do przodu, a gitara i piano stylowo spowalniają. Pojawia się smyczek, szum wystudzonych, gitarowych pick-up’ów i drobny instrument dęty. W drugiej części tej podwójnej historii podobać się mogą gitarowe, post-psychodeliczne preparacje, a także sposób, w jaki rozkołysana opowieść nabiera rumieńców. Finałowy utwór, to rodzaj swobodnej improwizacji szyty umiarkowanie subtelnymi, dalece mrocznymi frazami.