Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zeena Parkins. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zeena Parkins. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 lutego 2026

Magda Mayas' Filamental in Murmur!


Oktet berlińskiej pianistki Magdy Mayas powraca! To trzecie ujawnienie formacji złożonej z sześciu instrumentów strunowych (w tym inside piano) i dwóch dętych.

Artyści tworzący Filamental muzykują/ improwizują mając przed obliczem swej nieograniczonej kreatywności każdorazowo pewną ideę, zasianą przez Mayas. Czasami nosi ona miano kompozycji, czasami jest pojęciem bardziej abstrakcyjnym, nienotyfikowanym w jakikolwiek sposób. W przypadku pierwszego albumu inspiracją było dwanaście fotografii rzeki, w kontekście nowego albumu, to wizja ptaków w kolektywnym locie (szmerze), pozornie chaotycznym, a jednak uporządkowanym. Dodajmy, iż drugi album oktetu był nietypowy (pandemiczny), albowiem każdy z artystów nagrał swoją ścieżkę dźwiękową osobno, a potem ulepiono z nich zwartą, ośmiopodmiotową narrację.

Z radością sięgamy zatem po dokumentację foniczną owego ptasiego lotu, jak zwykle w przypadku Filamental pięknego, soczyście akustycznego, udramatyzowanego metodami, których do końca nie znamy. Zwinnie zadekretowana improwizacja – zapewne mocą zjawisk metafizycznych - zdaje się być konsekwentnie prowadzona ku krainie wiecznej szczęśliwości.

  


Opowieść od samego początku realizowana jest metodami kolektywnymi. Klarnet i saksofon swobodnie oddychają, wataha strunowców wydaje szereg nieartykułowanych dźwięków, tworząc szeleszczącą i pulsującą magmę tajemniczej, bezkresnej akustyki. Narracja obtoczona jest mrokiem, ma charakter dość filigranowy, a frazy bardziej masywne stanowią wyjątek. Kameralny charakter formacji szczególnie uwidacznia się w locie wnoszącym. Bywa z kolei bardziej korpulentny w momentach kontrolowanego opadania. Pierwszy taki przykład mamy już w 5 minucie. Ptaki w swobodnym locie, zmyślnie kierowane instynktem stadnym.

W okolicach 10 minuty narracja intrygująco rozwarstwia się, słyszymy niemal pojedyncze frazy, a cisza wokół głęboko oddycha. Potem flow nabiera pewnej masy właściwej, lepiony z szorowanych i stukanych odgłosów. Wewnątrz strumienia fonii pojawia się coś na kształt rytmu, ale dość szybko zanika. Na dnie szemrają dęciaki, górą płyną filigranowe strunowce. Całość przypomina przez moment mroczną lewitację.

Tuż przed upływem drugiej dziesiątki minut muzycy zaczynają formować dron podszczypywany stemplami z klawiatury. Proces jednak dość szybko rozwarstwia się, stawiając drobne znaki zapytania o kierunek dalszej drogi. Na czoło forsują się teraz preparowane, dość gęste frazy smyczkowe. Nim narracja zastygnie w ciszy (w okolicach 25 minuty), muzycy ślą ku nam jeszcze delikatne fonie zarejestrowane w trakcie spaceru po łące zroszonej poranną mgłą.

Po chwili rzeczonej ciszy rozpoczyna się konstruowanie nowego, bardziej uporządkowanego wątku. Strunowce znów sięgają nieba, dęciaki szorują glazurę podłoża. Muzycy bawią się w didaskalia, nie dbając nadmiernie o linearność opowiadania. Drżą, rezonują i szeleszczą, aż w końcu jednoczą siły i budują niezbyt strome podejdzie pod finał spektaklu. Smyczki skaczą po strunach, dęte szeleszczą i prychają. Ostatnią prostą rysują matowo brzmiące frazy z klawiatury piana, sprawiając, iż powolnej narracji udaje się doczołgać do końcowego dźwięku.

 

Magda Mayas' Filamental Murmur (Relative Pitch, CD 2026). Zeena Parkins – harfa, Rhodri Davies – harfa, Magda Mayas – fortepian, Aimée Theriot – wiolonczela, Anthea Caddy – wiolonczela, Angharad Davies – skrzypce, Christine Abdelnour – saksofon altowy oraz Michael Thieke – klarnet. Nagrane w Exploratorium, Berlin, wrzesień 2024. Jeden utwór, 38 minut.



piątek, 31 stycznia 2025

The Relative Pitch’ late autumn: Trance Map! STA! Carne Vale! Abdou, Gouband & Warelis! Agnel & Zerang! ES Trio! Parkins! Scree!


Nowojorski Relative Pitch Records i jego inwazja edytorska z listopada i grudnia ubiegłego roku: czternaście nowych albumów niosących moc wrażeń dla słuchaczy i godziny pracy dla niestrudzonego recenzenta. Poniżej sięgamy po osiem z nich, w bezmiarze milczenia pozostawiając pięć albumów solowych i jeden duet. Kto ciekaw tych ostatnich bez naszej rekomendacji, zapraszamy na relatywny bandcamp, jak zawsze chętny do udostępniania muzyki w streamingu.

W omawianym pakiecie dużo dobrych emocji, całkiem sporo znamienitych postaci światowej muzyki improwizowanej i jak zawsze kilka nowych, tudzież zaskakujących personalnie konfiguracji. Bez zbędnej zwłoki zapraszamy na odczyt i odsłuch brytyjskiego duetu, wielkiej orkiestry australijskiej oraz kilku międzynarodowych składów dwu-trzy-czteroosobowych, a także kwartetu złamanego w septet.

Definitely welcome! 



 

Trance Map Horizons Held Close

Czas i miejsce akcji nieznane: Evan Parker – saksofon sopranowy oraz Matthew Wright - turntable, live processing, sound design. Dwie improwizacje, 48 minut.

Współpraca Parkera i Wrighta, to niemal półtorej dekady elektroakustycznych przygód saksofonu sopranowego i inteligentnej elektroniki, zapoczątkowanej albumem Trance Map, który dał nazwę kolejnym ujawnieniom. Co ciekawe, w wymiarze fonograficznym wszystkie one stanowiły przedsięwzięcia w formule duo+, zatem najnowszy album, to dopiero drugie nagranie purée duetowe. Koncepcja tej jakże swobodnej improwizacji jest dość prosta – płynący szeroką strugą saksofon sopranowy poddawany jest live processingowi, a całość niekiedy bardzo rozbudowanej ekspozycji barwiona mnóstwem elektronicznych drobiazgów i subtelności, w których Wright jest definitywnie mistrzem świata. Nowa płyta nic w tej materii nie zmienia i jak zawsze jest porcją wyśmienitej muzyki.

Opowieść zrodzona w szeleszczącej ciszy dość szybko nabiera tu rumieńców – sopranista ucieka w oddech cyrkulacyjny, a jego flow zaczyna być dekonstruowany na kilka wątków, z których każdy zdaje się prezentować inne odium dętej narracji. Swoją opowieść konstruuje także elektronik – subtelne, rozkołysane electro, syntezatorowe pasma unikalnych meta melodii, wreszcie plejady skwierczeń i drgań. Po upływie kwadransa Parker zdaje się schodzić na drugi plan, wpadając w rozmarzoną pętlę upływającego czasu. Druga improwizacja konstruowana jest z drobnych, cedzonych przez zęby fraz, przypomina ptasie ćwierkania. Sopranowa ekspozycja łapie echo i urokliwe rozwarstwia się. Akcje elektroniczne rozbudowują się po szóstej minucie, przyjmują postać delikatnie pulsującego beatu. W drugiej połowie utworu sopran nabiera soczystości i daje się ponieść efektownej rytmicznie warstwie elektronicznej.




Sound the Alarm A Large Ensemble Instigation for Palestine

Annandale Creative Arts Centre, Australia, czerwiec 2024: Clayton Thomas – kompozycja, dyrygentura, kontrabas, Sam Gill – saksofon sopranowy, Jack Stoneham – saksofon altowy, Matthew Ottignon – saksofon barytonowy, klarnet, Peter Farrar – saksofon c-melody i altowy, Megan Alice Clune - klarnet, Simon Ferenci – trąbka, Phillipa-Haste Murphy – klarnet basowy, altówka, Freya Schack-Arnott – wiolonczela, Julia Magri – kontrabas, Novak Manojlovic – fortepian, Niki Johnson – talerze, instrumenty perkusyjne, Holly Conner - perkusja, instrumenty perkusyjne, Hayley Chan – perkusja, instrumenty perkusyjne, Lauren Tsamouras – organy elektryczne, Hilary Geddes – gitara elektryczna. Trzy utwory, 69 minut.

Sprawcą tego przedsięwzięcia jest świetnie nam znany australijski kontrabasista Clayton Thomas, który odpowiada tu niemal za wszystko. Na scenie szesnastu lokalnych muzyków w bystrze dobranym instrumentarium – siedem dęciaków, trzy strunowce, trzy zestawy perkusyjne, piano, organy i gitara elektryczna, a na pulpitach (?) trzy rozbudowane, jako rzecze sam Thomas, skomponowane improwizacje, które niosą moc wyśmienitej muzyki, przesłanie dla świata i wsparcie dla tych, którzy potrzebują go teraz najbardziej.

Pierwsza odsłona albumu trwa ponad dwa kwadranse, w trakcie których STA pokonuje wyboistą drogę od post-filharmonicznej, strunowej rozgrzewki, poprzez kameralne akcje w podgrupach, nie bez ekspozycji dronowych, po post-jazzową kulminację. Punktem zwrotnym zdaje się tu być centralnie umiejscowiona na osi czasu akcja perkusjonalistów. Kolejne dwie części albumy są nieco krótsze, bardziej skoncentrowane na niuansach dramaturgicznych wieloosobowej kameralistyki. W introdukcji drugiej opowieści nie brakuje pasm o niemal post-klasycznej estetyce. Z drugiej strony w każdym zakamarku narracji zdaje się czaić ekspresja free jazzu. Tu finał okupiony jest efektowną, dość hałaśliwą gitarą. Trzecia improwizacja ściele się rezonującymi frazami dętymi, smyczkami na gryfach kontrabasów i plejadami drobnych, nieco separatywnych mikro eksplozji. Samo zakończenie nasycone jest odrobiną rzewnej, post-kameralnej melodyki, jakże zgrabnie ułożonej do snu.




Foster/ Bennett/ Wick Carne Vale

Pioneer Works, Red Hook, Brooklyn, czas nieznany: Ben Bennett – instrumenty perkusyjne, Michael Foster – saksofony oraz Jacob Wick – trąbka. Pięć improwizacji, 40 minut.

Pięć nieprzegadanych, swobodnych improwizacji, skupionych na frazach preparowanych i dobrze unerwionych wzajemnymi interakcjami, to krew tego albumu. Muzycy mniej nam znani (może poza saksofonistą) proponują dalece wysmakowaną i pełną pozytywnych doznań podróż po obrzeżach dźwięków perkusjonalii, trąbki i saksofonu.

Początek albumu jest niezwykle skupiony, usłany rezonującym talerzem i drobnymi półmelodiami z trąbki. Szemrzący saksofon wchodzi do gry po kilku minutach i udanie lepi się do duetowej ekspozycji, która pod koniec nabiera intensywności. W drugiej odsłonie artyści jeszcze silniej skupiają się nad gramaturą dźwięku, formując wątłą strugę ambientu, rodzaj onirycznego, post-sonorystycznego spaceru. Trzecią część otwiera trąbka, a wspólna ekspozycja na etapie rozwinięcia śmiało zasługuje na miano mrocznej post-ballady, która czerpie jakość z rozśpiewanych, preparowanych odgłosów wciąż jeszcze żywych instrumentów. W czwartej opowieści muzycy przez moment mają ochotę na bardziej linearną narrację, ale broczą po kolana w szczegółach. W ostatecznym rozrachunku dają się ponieść na poły melodyjnej ekspresji. Końcowa improwizacja trwa ponad dwanaście minut i zgrabnie reasumuje ów urokliwy kęs free improvised music. Odrobina dynamiki na etapie preparacji, intrygujące zwarcia i medytacje czynione metodą call and response, post-balladowe interludium i dynamiczne, free jazzowe podsumowanie. 



 

Abdou/ Gouband/ Warelis Hammer, Roll and Leaf

Nagrania domowe, Francja (?), luty 2024: Sakina Abdou – saksofon altowy i tenorowy, Marta Warelis – fortepian oraz Toma Gouband – perkusja, kamienie i liście. Dziewięć utworów, 66 minut.

Francusko-polskie spotkanie rising stars europejskiej sceny improwizowanej w subtelnym, nieinwazyjnym towarzystwie bardziej doświadczonego perkusjonalisty, to być może jedno z bardziej ważkich wydarzeń drugiej połowy roku w rzeczonej stylistyce. Album, zbudowany cierpliwie podczas kilkudniowej sesji w domowych pieleszach saksofonistki, przynosi dużo materiału dźwiękowego, sporo intrygujących splotów dramaturgicznych, ale i cień niedosytu. Niekiedy można bowiem odnieść wrażenie, że muzycy pracują na delikatnie zaciągniętym ręcznym, kryjąc sporo emocji w bezmiarze niezdecydowania.

Otwarcie albumu, szczególnie trzy pierwsze opowieści, zdają się konstytuować ambiwalencje recenzenta. Post-klasyczny minimalizm pianistki, wytłumiona, post-jazzowa narracja saksofonistki ubrana w kameralny suspens, wreszcie repetycje szumiącego zestawu perkusjonalnego. Dopiero w czwartej odsłonie improwizacja nabiera rumieńców. Nerwowa, połamana rytmika szyta plejadą drobnych, niekiedy urywanych fraz kreuje tu dynamikę, który kusi los. W kolejnych ekspozycjach na powrót nie brakuje zadumy, klasycznego posmaku, wreszcie odrobiny post-jazzu, która wykuwa się z kameralnie uformowanej opowieści. Zakończenie szóstej części zwiastuje jednak nadejście czegoś intrygującego. Chwilę potem pianistka bierze sprawy w swoje ręce, osiada na gęstym rytmie i niesie trio ku nowym wyzwaniom. W części ósmej swoje dokłada saksofonistka, która nasyca dęte frazy zabrudzonym brzmieniem i doposaża głosem. Emocje rosną – pianistka skacze po klawiaturze jak gazela, perkusista przypomina zuchwałego kocura. Końcowa improwizacja najpierw sięga po frazy preparowane, potem efektownie rozkołysana wpada w polirytmię delikatnego transu, wiele nam w kontekście całego albumu rekompensując.



 

Sophie Agnel & Michael Zerang Draw Bridge

Experimental Sound Studio, Chicago, kwiecień 2024: Sophie Agnel – fortepian oraz Michael Zerang – instrumenty perkusyjne. Dziewięć improwizacji, 44 minuty.

W ostatnich latach za kojarzenie improwizujących muzyków francuskich i amerykańskich odpowiadała najczęściej inicjatywa The Bridge. Agnel i Zerang zebrali się chyba we własnym zakresie, ale ich spotkaniu także przypięto łatkę mostową. Klasa artystów nie podlega tu dyskusji, a ich album (chyba pierwszy raz w duecie) zasługuje wyłącznie na komplementy, zwłaszcza, że oboje postawili w nim nade wszystko na formułę inside piano i snare drum preparation. 

Otwarcie albumu, to niechybnie klasyka gatunku. Odgłosy z dna pudła rezonansowego piana i ugniatanej glazury perkusyjnego werbla formują się w paradę cierpiących dźwięków, która nabiera pokracznego rytmu. Agnel po raz pierwszy używa klawiatury bodaj w trzecim odcinku, ale wciąż czyni to raczej okazjonalnie. Także wtedy na bardziej konwencjonalne tory narracji sforuje się Zerang, który buduje perkusyjną dramaturgię. Ale i tu puentą jest pisk zarzynanych kurcząt. W kolejnych epizodach artyści pokazują, iż estetyka akustycznego hałasu, to obszar, w którym czują się naprawdę swojsko. W tak zwanym międzyczasie kreują też bardziej subtelny obraz swojej improwizacji. Słyszymy delikatne, metaliczne frazy, nie do końca wiedząc, skąd pochodzą. W trakcie epizodów od szóstego do ósmego Sophie i Michael jeszcze częściej sięgają po brzmieniowe i narracyjne detale, śmiało wyznaczając szczególnie udane momenty całego albumu. Pewnym zaskoczeniem jest ostatni epizod. To gęsty potok dźwięków wprost z rozgrzanej klawiatury i soczysty drumming z preparowanymi zdobieniami niesione ekspresją free jazzu aż po szczęśliwe zakończenie. 



 

ES Trio The Foreign In Us

Experimental Sound Studio, Chicago, marzec 2023: Edith Steyer – saksofon altowy, klarnet, Mabel Kwan – fortepian oraz Michael Zerang – perkusja, instrumenty perkusyjne. Dziesięć utworów, 40 minut.

Na naszej zbiorówkowej scenie (w tym samym studiu nagraniowym) pozostaje Zerang, któremu tym razem towarzyszą aż dwie artystki. Obie z niejednego pieca chleb jadły, także w ujęciu gatunkowym. Nagranie sprawia wrażenie w pełni improwizowanego, jakkolwiek nuta konceptualności zdaje się wić wokół dziesięciu zgrabnych utworów, z których połowa nagrana została w trio, reszta zaś w duetach, każdorazowo z udziałem Steyer, która jest tu zapewne, z racji inicjałów w nazwie formacji, osobą sprawczą.

Album otwierają i kończą ekspozycje sax & drums, pełne free jazzowej swobody, dobrze konstruowanego rytmu i post-aylerowskich melodii. Utwory czwarty i siódmy, to z kolei duety piano & sax, prowadzone zarówno wewnątrz fortepianu, jak i na klawiaturze, z melodyjnym saksofonem, jak i tubą syczącą niczym wąż, czynione w estetyce post-jazzowej, ale i kameralnej. Najbardziej wartościowe na albumie to wszakże ekspozycje trzyosobowe. Świetnie łączą zalety obu duetów, dodając sporo intrygujących koincydencji. Piąta odsłona, to wzajemna wymiana kąśliwych, preparowanych fraz kojona ciepłem saksofonowych post-melodii. Ósma wydaje się abstrakcyjnym post-jazzem, którego nerw szyją perkusjonalne obcierki i samookaleczenia. Najciekawiej jest w utworze dziewiątym, przy okazji najdłuższym. Pozatykana tuba dęciaka i szeleszczące perkusjonalia sieją tu permanentny ferment i rwą narrację na strzępy, z kolei dystyngowane, minimalistyczne piano stara się wszystko porządkować i kierować na bardziej wystudzone tory.



 

Zeena Parkins Dam Against the Spring Tide

Czas i miejsce akcji niewskazane precyzyjnie, prawdopodobnie Berlin: William Winant - wibrafon, krotale, harmonika, Brett Carson - fortepian, organy, Joan La Barbara – głos, Zeena Parkins – łokieć na fortepianie, field recordings (utwory 1-5) oraz Laurent Bruttin – klarnety, Tony Buck – perkusja, orkiestrowe instrumenty perkusyjne, obiekty, Christian Kesten – głos, Magda Mayas - fortepian, clavinet, obiekty, Matthew Ostrowski - elektronika, processing, Zeena Parkins – harfa akustyczna, Sebastian Roux – elektronika, processing (6-10). Łącznie dziesięć części, 68 minut.

Berlińskie dzieło amerykańskiej harfistki, to album niezwykły. Składa się z dwóch multi-kompozycji, z których pierwsza trwa dwadzieścia minut i wykonuje ją akustyczny kwartet doposażony szczyptą nagrań terenowych, z kolei ta druga trwa prawie 50 minut, a podmiotem wykonawczym jest septet (pięciu żywych instrumentalistów, dwóch elektronicznych procesorów). Każda z opowieści podzielona jest na pięć części. Album tyleż niezwykły, co po prawdzie nieodgadniony. Słucha się go z uchem przy głośniku, by nie uronić choćby sekundy, ale czy w pełni satysfakcjonuje, pozostaje pytaniem retorycznym.

Kompozycja kwartetowa bazuje na dialogu fortepianu (na ogół wprost z klawiatury) i wibrafonu. Wokół nich krążą plejady zdobień i dekonstrukcji, które wydają się ciekawsze od wątku głównego. Ten balansuje między stonowanym post-jazzem, a skorą do figli post-klasyką. W ramach dramaturgicznych ornamentów urokliwe, oniryczne pasaże organów, plamy ambientu, odgłosy miejskiej cywilizacji i piękna, dronowa (smyczek na strunie piana?) finalizacja.

Dużo więcej wrażeń dostarcza epopeja septetowa. Otwiera ją ponad trzynastominutowa ekspozycja harfy, która rozwarstwia się na tyle wątków, iż niewykluczone, że w dziele tworzenia uczestniczyło więcej instrumentów. Kolejny odcinek budowany jest pełnym instrumentarium – głosem narratora w języku niemieckim, rozbudowanym akcesorium akustycznym, na ogół preparowanym i dość tajemniczym (słyszymy choćby gitarę niewylistowaną w albumowym credits), wreszcie plamami nieinwazyjnej elektroniki, zapewne głównie processingowej. Trzecia i czwarta część mają bardziej zwartą strukturę narracyjną – ta pierwsza przyjmuje formę onirycznego drona nasączonego elektronicznymi zdobieniami, ta druga jest narracją perkusji, klarnetu i harfy, wokół których snują się drobne frazy pozostałych uczestników spektaklu. W finałowej części powraca narrator, a warstwa instrumentalna jest reaktywną plejadą short-cuts, czasami topionych w onirycznej flaucie nieznanego pochodzenia. Całość przypomina słuchowisko radiowe z pociętą na jego potrzeby warstwą instrumentalną.



 

Chris Brown/ Ben Davis/ Zeena Parkins/ William Winant Scree

Czas i miejsce akcji nieznane: Zeena Parkins – harfa, Chris Brown – fortepian, elektronika, William Winant – instrumenty perkusyjne oraz Ben Davis – wiolonczela. Osiem improwizacji, 41 minut.

Na zakończenie przeglądu relatywnych nowości kwartet, którego pobieżna analiza personalna mogłaby wskazywać, iż czeka nas spotkanie z dobrze rozumianym hałasem, wszak nazwiska Parkins czy Winant niosą w sobie pewien bagaż konsumenckich doświadczeń. Rzeczywistość, być może także wpływ pozostałych członków kwartetu, pokazuje, iż Scree jest albumem stonowanym, niekiedy kameralnym, często zaskakującym, choć nie zawsze trzymającym dramaturgię.

Pierwsza odsłona nieco zaciemnia obraz całości. Jest szorstka, rozdygotana, nasycona emocjami, które mogłoby sugerować free jazzowy kierunek narracji. Począwszy jednak od drugiego utworu kwartet zanurza się w strumieniu akustycznej, incydentalnie elektroakustycznej podróży po bezdrożach multigatunkowości. Strunowe instrumenty, które dominują w kwartecie frazują tu zarówno post-klasycznym ciepłem, jak i dezynwolturą preparacji. Perkusjonalia często dostarczają frazy rezonujące, a ich wkład w warstwę rytmiczną uznać należy za definitywnie śladowy. Opowieść przyobleka barwy kameralne, choć w wielu momentach nie brakuje intrygujących, nerwowych spięć. Szczególnie ciekawie jest w opowieści piątej, gdy nasze uszy wypełniają elektroakustyczne zgrzyty, a także w siódmej, nasyconej mnóstwem brudnych, zniekształcanych fraz strunowych. Ostatnia opowieść reasumuje album, zdaje się konsumować wszystkie jego wątki stylistyczne i estetyczne. Przyznać trzeba, że sporo się ich nazbierało w trakcie tego niedługiego albumu.

 

 

 

wtorek, 11 czerwca 2024

Magda Mayas' Filamental plays Ritual Mechanics!


Nowojorski label The Relative Pitch Records zdaje się nie ustawać w walce o miano przodownika pracy w nowożytnym świecie muzyki improwizowanej. Stali Czytelnicy tych łamów wiedzą o tym doskonale, bo niemal każda nowa pozycja w katalogu wytwórni jest tu komentowana.

Słowo się rzekło, wiosna roku bieżącego dostarcza aż dziesięć nowych krążków z logo RP. W bieżącym tygodniu wszystkie je omówimy. Dziś w ramach dobrego początku zapraszamy na odczyt i odsłuch albumu, który z zestawu nowości wydaje się najciekawszy, w piątek zaś czeka nas degustacja pozostałych dziewięciu albumów.



 

Berlińskiej pianistce, improwizatorce i kompozytorce Magdzie Mayas towarzyszymy od lat i staramy się nie pomijać jakiegokolwiek z jej wydawnictw. Z większym składem, który Mayas zwykła nazywać Filamental, spotkaliśmy się trzy lata temu, przy okazji monumentalnego dzieła Confluence, inspirowanego … zdjęciami dużych rzek europejskich w różnych stadiach turbulencji. Za wykon kompozycji był wtedy odpowiedzialny oktet strunowo-dęty, wsparty klawiaturą fortepianu.

Dziś artystka powraca ze składem skonfigurowanym w identyczny sposób, z tą drobną różnicą, iż ona sama pracuje na pianie elektrycznym (w pierwszym utworze) i harmonium (w drugim). Ale co być może bardziej istotne, muzycy nie wykonali tym razem kompozycji wspólnie, albowiem każdy z nich rejestrował własną ścieżkę indywidualnie (jedynie Mayas nagrywała wspólnie ze skrzypaczką Angharad Davies). Powstało zatem siedem ścieżek, których miksowania podjął się Tony Buck, muzyk tysiąca talentów, z jednej strony perkusista australijskiej legendy sceny overgenre, czyli The Necks, z drugiej wieloletni partner Mayas w duecie The Spill, a także w innych impro incydentach. On sam w roku ubiegłym zlepił z wielu wątków instrumentalnych (tu akurat wszystkie wykonał osobiście) album Environmental Studies, który bezwzględnie nas zachwycił i trafił na coroczną listę best –off. Sznyt Buckowskiego budowania muzycznej mozaiki zdaje się być na nowej płycie Mayas dalece dostrzegalny/ słyszalny. I wespół ze wszystkim elementami dzieła sprawia, iż nagranie, nad którym dziś nadstawiamy uszy śmiało zasługuje na miano wyśmienitej.

Sytuacja dramaturgiczna na nieistniejącej scenie wyimaginowanego koncertu Filamental jest następująca: na przeciwległych flankach posadowione są instrumenty dęte – saksofon altowy i klarnet, pomiędzy nimi dźwięki generuje pięć instrumentów strunowych – dwie harfy, dwie wiolonczele i skrzypce oraz instrument kompozytorki - najpierw rhodes, potem harmonium. Pierwszy utwór trwa tu dwadzieścia minut, drugi jest dłuższy o dwie minuty.

Otwarcie pierwszej kompozycji lepi się z fraz strunowych – delikatnych szarpnięć i smukłych arco w tembrze na ogół preparowanym. Wokół panoszy się chmura szumów i szmerów (zapewne dętych) i uspakajające frazy elektrycznego piana. Narracja zdaje się mieć tendencje wzrostowe, incydentalnie formuje się w krótkotrwałe crescenda, bywa także ulotna, mglista i delikatna niczym dźwięki gamelanu skąpanego porannym opadem atmosferycznym. Od czasu do czasu opowieść zdobiona jest pewną konstrukcją rytmiczną, ledwie zasugerowaną, niemal filigranową. Domniemujemy, iż jest to efekt pracy rhodes. Całość przypomina wielką pajęczynę akcji i wystudiowanych interakcji, która płynie swobodnie, niespiesznie, dalece intrygująco. Dźwięki, jakie generuje Mayas wydają się tu być dramaturgicznym komentarzem, teatralnym chórem, stygmatyzującym, ale też porządkującym wydarzenia i studzącym emocje, jakie powstają na strunach i w dętych tubach. Tam bowiem dzieje się naprawdę wiele – preparowane frazy altu i klarnetu, mnogość akcji arco & pizzicato. Mniej więcej od trzynastej minuty narracja spowalnia, jakby zanurzała się w onirycznej chmurze niedopowiedzenia. Przyjmuje postać leniwej medytacji, która skrzy się urokliwym brzmieniem każdego z ośmiu instrumentów, doposażonym tajemniczym, niemal dalekowschodnim posmakiem.

Drugą kompozycję znów otwierają strunowce, tym razem wszakże w pozie post-perkusjonalnej. Klarnet i saksofon budują krótkotrwałe drony, a głosem decydującym zdaje się być gęsta plama harmonium, rozlewająca się po pełnym spektrum dźwiękowym spektaklu. Opowieść z jednej strony wydaje się być bardziej płynna, mocniej ustrukturyzowana, z drugiej znów tworzą ją plejady short-cuts generowane przez siedem instrumentów i masywny głos harmonium, które nie odzywa się często, ale gdy już wyda z siebie przeciągłe westchnienie, sieje popłoch na scenie i przywołuje wszystkich do porządku. Narracja skrzy się tu wyjątkową urodą, zarówno na poziomie nerwowych akcji oktetu, jak i wytłumionych, rozległych plam post-ambientu, jakie od czasu do czasu wytwarzają się jakby pomiędzy akcjami instrumentalnymi. Z nowych elementów warto odnotować drobne ekspozycje harfowe, które wnoszą do bogatego już arsenału artystycznych środków wyrazu pewien post-klasyczny sznyt. W okolicach szesnastej minuty opowieść napotyka na drobny fragment ciszy, po czym buduje się jakby od nowa. Szumią dęte tuby, szemrzą małe struny, a powrót harmonium, mimo tłustego brzmienia, wydaje się być teraz bardziej kojący. Finał utworu lepi się z drobnych fraz, które choć gasną, wciąż niosą ze sobą spory bagaż emocji.

 

Magda Mayas' Filamental Ritual Mechanics (The Relative Pitch Records, CD 2024). Christine Abdelnour – saksofon altowy, Anthea Caddy – wiolonczela, Angharad Davies – skrzypce, Rhodri Davies – harfa, Magda Mayas - rhodes, harmonium, kompozycja, Zeena Parkins – harfa, Aimée Theriot-Ramos – wiolonczela oraz Michael Thieke – klarnet. Nagrane w różnych miejscach i momentach kosmicznej czasoprzestrzeni. Dwa utwory, 42 minuty.



piątek, 23 czerwca 2023

The Relative Pitch’ spring outfit: Scott Fields! Glass Triangle! Likht! Melting Mind!


Czas najwyższy na wiosenny pakiet nowości amerykańskiego Relative Pitch Records! Cztery albumy, każdy wydaje się zupełnie inny, zatem nudy nie uświadczymy!

Dla każdego coś miłego: rozbudowany skład Scotta Fieldsa, który nie pierwszy raz zaskakuje artystycznym rozmachem, trans-atlantyckie trio Glass Triangle w obsadzie niemal gwiazdorskiej, mocno doposażone w łobuzerskie obiekty, zgrabny duet skrzypiec i perkusjonalii, wreszcie włoska (choć z Francji) porcja wyjątkowo hałaśliwej ściany dźwięku! Welcome!



 

Scott Fields Ensemble Sand

Alte Feuerwache, Kolonia, luty 2022: Axel Lindner i Carolin Pook – skrzypce, Annegret Mayer-Lindenberg – altówka, Katharina Hoffmann i Scott Roller – wiolonczele, Jonas Gerigk i Miles Perkin – kontrabasy, Tal Botvinik, Sergio Sorrentino i David Stackenäs – gitary elektryczne, Daniel Agi i Norbert Rodenkirchen – flety, Frank Gratkowski – klarnet, Salim Javaid – saksofon altowy, Matthias Schubert – saksofon tenorowy, Udo Moll – trąbka, Matthias Muche – puzon, Melvyn Poore – tuba, Shiau-Shiuan Hung i Arturo Portugal – instrumenty perkusyjne, Tamara Lukasheva, Hanna Schörken i Sophie Tassignon – głosy oraz Scott Fields – dyrygentura i kompozycje. Dziewięć utworów, 73 minuty.

Dwudziestu instrumentalistów, trzy głosy kobiece i dyrygent, to aktorzy dzieła nazwanego Piasek. Towarzystwo międzynarodowe, pod wodzą amerykańskiego gitarzysty, muzykuje w niemieckiej Kolonii, realizując dalece epickie przedsięwzięcie. Składa się nań dziewięć modularnie skonstruowanych, mozaikowych kompozycji, często wyposażonych w melodie i niekiedy skrajne tonacje, pozostawiających wszakże sporo przestrzeni dla improwizacji. Całość zgrabnie spina iście matematyczna precyzja kompozytora. Nagranie chwilami przypomina naszą ulubioną braxtonowską złożoność, czasami zdaje się być skoczne, meta melodyczne, niczym nagrania Henry Threadgilla. Gdyby tylko z prawie pięciu kwadransów nagrania usunąć kilka przesłodzonych, post-kameralnych momentów ze śpiewem, wyszłaby płyta niemalże doskonała.

Album otwierają wystudzone, wibrafonowo brzmiące perkusjonalia, także głos, smyczki, mała gitara i filigranowe dęciaki. Kameralny nastrój zostaje tu zburzony prądem gitar elektrycznych. Drugi utwór jest skoczny, melodyjny, doposażany wtrętami post-barokowymi, tudzież urokliwymi preparacjami instrumentów dętych i strunowych. Trzecia narracja bazuje na wielogłosie, zwinnie kontrapunktowanym instrumentalnie. Do kameralnie strwożonej narracji swoje dokładają tu gitary i flety. W kolejnej opowieści prym wiodą tuba i flety. Roztańczoną opowieść wzmacniają orkiestrowe, iść braxtonowskie przełomy. W drugiej fazie nagrania do głosu dochodzą saksofon i perkusja, dzięki czemu scenę opanowuje gęsty klimat post-jazzu. Piątą, dość spokojną opowieść otwierają z kolei gitary. Znów sporo wokali i ciekawe, nisko podwieszone pasaże strunowe. Gdy do gry wchodzi tuba i wibrafonowe brzmienia, nagranie ciekawie rymuje się z braxtonowską koncepcją Ghost Trance Music. Szósty utwór stawiamy na czele listy ulubionych momentów albumu. Dużo ekspresji na starcie (flety!), sporo gry na małe pola i udane akcje wokalne. Jest faza swobodnie improwizowana, ciekawy dwugłos śpiewu i gitarowe pasaże, wreszcie dynamiczna finalizacja, realizowana prawdopodobnie całym zestawem instrumentalnym. Siódemka, to krótki odpoczynek przy chyboczących się frazach strunowych i głosowych. Ósma narracja, to kolejne albumowe crème de la crème. Smyczki, frazy grane pizzicato, wielogłos i dużo dobrej mocy w niskich partiach. Dźwięki preparowane i ekspresja gitar elektrycznych, wreszcie bogate zakończenie, nie bez jazzowych wtrętów. Ostatnia opowieść na starcie zdaje się być pożegnalną balladą, ale niespodziewanie nabiera formę bogato instrumentalizowanego strumienia dźwiękowego granego unisono. Z czasem zaczyna to przypominać koncepcję Sustained Piece Johna Stevensa. Ostatnia prosta pełna jest zaskakujących wydarzeń, ale skłania się ku bardziej kameralnym incydentom.



 

Glass Triangle Blue and Sun-lights

Figure 8 Recording, Nowy Jork (?), czas akcji nieznany: Zeena Parkins – harfa elektryczna, obiekty, Mette Rasmussen – saksofon, obiekty, głos oraz Ryan Sawyer – perkusja, obiekty. Dziesięć utworów, 51 minut.

Legenda nowojorskiej awangardy, kompetentny, post-rockowy drummer często muzykujący z Nate’em Wooleyem i skandynawska, jakże gorąca postać ekspresyjnego saksofonu zagrali ze sobą nie po raz pierwszy. Ich poprzednia płyta podobała nam się, zatem sięgając po nową liczyliśmy na dalszy krok w kreowaniu ciekawych, improwizowanych sytuacji. W ocenie niżej podpisanego tak się jednak nie stało. Poszczególne utwory mają mnóstwo intrygujących rozwiązań na wejściu, natomiast w toku narracji okazuje się, że muzyków rozsadza nadmiar pomysłów. Często zmieniają tempa, żonglują stylistykami, pod drodze gubiąc umiejętność budowania zwartej dramaturgii. I jeszcze można odnieść wrażenie, że w wielu momentach pośród muzyków nie ma zgody, co do poziomu ekspresji, z jaką wykonują dany utwór, czy nawet jego fragment. W potoku powyższych ambiwalencji skupmy się zatem na fragmentach, dla których warto jednak po tę płytę sięgnąć.

W pierwszym utworze szczególnie intrygująco brzmi harfa, która przypomina gitarę pracującą na dubowym pogłosie. Narracja dość szybko zaczepia się tu o rytm i mimo licznych zmian w zakresie frazowania, zwłaszcza harfy, udanie realizuje zamysł dramaturgiczny. W drugiej odsłonie pojawia się posmak nowojorskiego Downtown typowy dla lat 90. ubiegłego stulecia. Stylowy post-jazz kreowany wieloma metodami. W trzeciej części artyści sięgają po atrybuty godne free jazzu i czują się w tej roli całkiem swobodnie. Bardzo zmysłowa wydaje się czwarta opowieść, mroczna, post-ambientowa, pełna rezonansu i post-gitarowych flażoletów harfy. W piątej części, szczególnie w fazie początkowej, flow budują drony i preparacje. Ostatnia z tych kategorii dźwiękowych bogaci narrację także w utworze siódmych i dziewiątym, gdy harfa efektownie frazuje na gitarowych pick-upach. Końcowa opowieść trwa ponad dziesięć minut i konsumuje ambiwalencje wyartykułowane w poprzednim akapicie. W fazie środkowej osiąga interesujący poziom dynamiki i zdaje się być najlepszą częścią utworu.



 

Nava Dunkelman & Gabby Fluke-Mogul Likht

GSI Studios, Manhattan, Nowy Jork, czas akcji nieznany: Nava Dunkelman – instrumenty perkusyjne oraz Gabby Fluke-Mogul – violin. Jedenaście improwizacji, 44 minuty.

Skrzypce i perkusja (tu zwana, nie wiedzieć czemu, skromnym percussion), to nieczęsty duet w muzyce swobodnie improwizowanej. Dlatego lubimy takie sytuacje! Dużo emocji, ekspresji, niekiedy folkowych, niekiedy wręcz rockowych, kilka momentów kameralnego zatrwożenia (z dużą dawką dźwięków preparowanych!) i dużo naprawdę dobrego muzykowania. Co ciekawe, recenzentowi podobają się szczególnie utwory parzyste!

Artystki wchodzą w album z przytupem– ekspresyjny drumming i rozhuśtane skrzypce, wsparte gardłową melorecytacją. Druga narracja stawia na delikatność i dużą frywolność w sposobie budowania dramaturgii, z kolei trzecia – bardzo rozciągnięta w czasie – syci się różnymi emocjami. Nie brakuje w niej suspensu, brudnych, preparowanych fraz, nieco lamentu w skrzypcowym zaśpiewie i dalece ekspresyjnego finału. Czwarta improwizacja, to pierwsza z tych wyjątkowo udanych sekwencji parzystych – tu z dynamiką godną rockowego bandu! Piąta odsłona, to miniatura, zgrabny przerywnik, podczas gdy szósta stawia na mechanikę tarcia i rezonujące metale. Siódma część, to garść post-folkowych emocji realizowanych prostymi metodami, z kolei ósma, to filigranowe perkusjonalia i skrzypcowe zgrzytanie zębami, pełne boleści, posadowionych dość blisko ciszy. W części dziewiątej skrzypce śpiewają i łkają, a perkusjonalia świszczą jak czmiele. Wreszcie dziesiąta opowieść, chyba w tej konfiguracji najpiękniejsza. Początek syci się estetyką muzyki dawnej, przypomina ukrzyżowanie grzeszników. Dźwięki balansują na linie i budzą egzystencjalną niemalże grozę. Finałowa improwizacja zdaje się być repryzą gemu otwarcia. Dynamika, soczysty drumming, skrzypcowe riffowanie i post-folkowe emocje.

   


 

Melting Mind At Grnd Zero

Lyon, październik 2019: Virginia Genta – amplifikowany i procesowany saksofon sopranowy, Michele Mazzani – gitara elektryczna i elektronika, David Vanzan – elektronika oraz Matteo Poggi – elektronika. Jeden utwór, 31 minut.

Włosi we francuskim Lyonie zagrali dziewięćdziesięciominutowy set. W pierwszej jego sekundzie zbudowali elektroniczną ścianę dźwięku, inkrustowaną przetworzonym rykiem saksofonu, tudzież gitary i trwali w niej (najprawdopodobniej) aż do ostatniej sekundy swego performance’u. Nie mamy w tym zakresie stuprocentowej pewności, albowiem muzykom udało się zarejestrować jedynie 31 minut tego egzystencjalnego wrzasku. Nagrywali koncert na kasecie magnetofonowej i … zapomnieli przełożyć ją na drugą stronę.

Z czysto muzycznego punktu widzenia nie da się o tym nagraniu wiele napisać. Gigantyczna porcja hałasu, w której raz na milion sekund można usłyszeć dźwięki, które być może nie są efektem działań elektroniki, a pochodzą z tuby saksofonu, czy też gryfu gitary. To wielki zakład przemysłowy w płomieniach, gdzie zarówno natura już martwa, jak i ta, jeszcze żywa dokonuje swojego żywota. Kto wskaże, czym 12 minuta nagrania rożni się tu choćby od 24 minuty, liczyć może na sowitą nagrodę. Pozostaje zatem być szczęśliwym, iż Włosi zapomnieli przełożyć kasetę na drugą stronę.