wtorek, 15 stycznia 2019

A New Wave Of Jazz Kicks Again! Serries & Taylor! Tonus! Schiller & Genthon!


Seria wydawnicza A New Wave Of Jazz, prowadzona przez belgijskiego gitarzystę Dirka Serriesa, jest na tych łamach wnikliwie analizowana przy każdej nadarzającej się okazji. Z premierami płytowi, które za moment omówimy, doliczyliśmy się już 22 pozycji w katalogu, nie licząc kompaktowych reedycji nagrań wcześniej wydanych na winylach. Dokładnie wszystkie one zostały tu zrecenzowane, a skrótów do starszych tekstów szukajcie na końcu tej opowieści.

Dziś pochylimy nasze uszy i oczy nad trzema niezwykle świeżymi płytami (wszystkie w formacie CD), które swą światową premierę będą miał 19 stycznia br. Powrócimy do projektu Tonus, który zaistniał na trzech srebrnych krążkach jesienią ubiegłego roku, poznamy zupełnie nowe twarze w katalogu labelu, tu skwapliwie uprawiające …  muzykę komponowaną w stylistyce minimalistycznej, wreszcie bezceremonialnie uklękniemy przed dokonaniami pewnego swobodnie improwizującego duetu, którego płytę już dziś śmiało możemy ochrzcić mianem pierwszej kandydatki do listy best of the year 2019! Baa, nawet od niej zaczniemy naszą dzisiejszą opowieść!




Puncture Cycle

Doskonale nam znane Sunny Side Inc. Studio w brukselskim Anderlechcie, 2 czerwca ubiegłego roku: Benedict Taylor – altówka i Dirk Serries – gitara akustyczna. Dziewięć swobodnych improwizacji, 48 i pół minuty.

Muzycy zaczynają od zapasów ze strunami. Bystry, drapieżny i krótki start. Szarpanie, rwanie, rozciąganie strun gitary i dużo akustycznego brudu w nieco dłuższych pasażach altówki. Drugi fragment zaczyna się spokojniej, niczym gojenie ran po ostrym starcie. Dbałość o każdy szczegół ekspozycji. Serries wchodzi coraz głębiej w fakturę dźwięku, agresywniej wgryza się w glazurę strun. Ma bardzo suche, szorstkie brzmienie, kaleczy sobie palce niczym Derek Bailey za młodu. Altówka Taylora lubi jęczeć, ma w strunach głęboko zaszyte drobiny melodii, wszakże potrafi także szumieć i trzeszczeć. Muzycy świetnie się ze sobą komunikują, wzajemnie napędzają, depczą sobie po piętach. Narracja toczy się z dala od minimalizmu i repetycji, charakterystycznych dla jesiennych produkcji w ramach idei Tonus. Wszystko odbywa się w boskiej niemal akustyce. Na finał viola podśpiewuje pijackim flow. Początkowe dźwięki trzeciego odcinka zdają się być nieco bardziej agresywne, po męsku masywne, po prostu głośniejsze. Benedict ma ochotę już teraz pójść w tango, Dirk skupia się jednak nad konstrukcją całości i nie reaguje na zaczepki partnera. Po chwili altówka płynie już szerokim korytem, gitara także gęstnieje, a na finał rwą już razem w galopie. Czwarty – brudne jęki violi i próba wytrzymałości strun gitary na rozciąganie. Strunowe Królestwo w rozkwicie. Po chwili zabawy z ciszą i zawieszeniem narracji, szczypta minimalizmu na końcach placów, drżenie nieobecnego, budowanie mikrodronów. Molekularna improwizacja, a tuż po niej powrót do gęstego ściegu, charakterystycznego na trzech pierwszych części. Błyskotliwy technicznie, akustyczny meta noise. Start piątego odcinka ma miejsce na najmniejszych strunach obu instrumentów. Małe, delikatne historie toczą się aż do momentu znalezienia punktu zaczepienia. Kolejne przykłady niemal telepatycznego zrozumienia w duecie. Dialog na zadziory, viola brzmi prawie bluegrassowo, gitara także szuka gatunkowych konotacji. Dirk sugeruje rytm, Benedict chętnie zatańczy. Zejście w ciszę jest w tej sytuacji pewnym zaskoczeniem. Cuda na gryfie altówki, która przez chwilę zostaje sama na placu boju. Gitara czeka na rozwój wypadków, następnie szuka kurzu pomiędzy strunami. Sonorystyka zamykanej krypty grobowca umila nam ostatnie sekundy. Szósty fragment rodzi się czystymi dźwiękami gitary. Obok pętle altówki. Element repetycji wprowadza do nagrania nowy aspekt dramaturgiczny. Groźnie, agresywnie, ale i leniwie w trakcie najkrótszej części płyty. Siódma – kanty, zadziory, małe frazy, viola w skowycie, obok gryzienie strun gitary. Po chwili - posuwiste smugi cienia, cisza i dramaturgiczna repetycja, pomiędzy nimi sekundy hałasu i wytryski emocji. Ślizgawki, macanki, wybroczyny i szpety. Pozorna elektroakustyka, czyniona bez grama prądu. Najdłuższy odcinek serwuje nam dużą amplitudę drgań, emocji, intensywności przekazu. Na finał galop z fajerwerkami! Ósmy startuje przy wtórze jęków altówki, maltretowanej ciszą studyjnych okoliczności. Echo wprost z pudła rezonansowego. Pajęczyna gitarowych zadziorów, slajsy altówki. Instrumenty gadają jak bracia syjamscy. Wreszcie finał albumu – ostra gitara, viola niczym upalony chamber. Dużo emocji, brak ślimaczych zachowań. Tanecznie, dynamicznie, krwiście! Muzycy zdają się mieć sobie dużo do powiedzenia na podsumowaniu sesji nagraniowej. Strunowe szaleństwo! Obok bije dzwon. Komu? Zapewne nam! Dirk i Benedict uroczo wybrzmiewają przy jego posępnych dźwiękach.




Ear Duration

Taylor i Serries zostają z nami (ten drugi ma ze sobą także akordeon). W uzupełnieniu składu formacji Tonus, dołączają do nich: Graham Dunning na werblu (plus obiekty), Martina Verhoeven na fortepianie oraz Colin Webster na flecie i saksofonie altowym. Nagranie studyjne z Hackney Road, Londyn, 26 października ubiegłego roku. Trzy sety, poddanej procesowi predefinicji, muzyki improwizowanej, umieszczone na krążku nie chronologicznie (najpierw usłyszymy set drugi, potem trzeci, na końcu zaś pierwszy, przy okazji najdłuższy – łącznie wszystkie one pochłoną 62 minuty bez jednej sekundy naszego bezcennego czasu). Muzycy improwizują wedle werbalnych lub przekazywanych gestami, instrukcji gitarzysty. Kierując się słowami zawartymi w liner notes, można powiedzieć, że to przykład predefinicji, która miast pętać instynkt improwizatora, stara się kreować jego wyobraźnię, wyrywać ze strefy komfortu, która pozwala unikać typowych i wyuczonych zachowań w procesie swobodnej wymiany dźwięków, by nie rzec - pokonać pewien rodzaj artystycznego lenistwa.

Set 2. Muskany dłońmi werbel, drżące struny, szmery, szelesty, napięcia i przepięcia stuprocentowej akustyki. Moc małych dźwięków, prychania saksofonu, pojedynczych akordów piana - mikroakcje, mikroreakcje. Rozmowa półgębkiem, frazy wypowiadane krótkimi słowami. Z czasem programowa pasywność traci na sile, a w potoku narracji pojawiają się wyrazy dwu-, a nawet trzysylabowe, które zwinnie się komplikują, wchodzą w coraz tłustsze zwarcia. Ciekawe przeciąganie liny na gryfie altówki, podczas gdy zajęciem pozostałych zdaje się być specyficzne call & response. W 7 minucie, incydentalne, nanosekundowe salwy wprost z klawiatury, szorowanie werbla i skrawki melodii na małym strunowcu. Pajęczyna improwizacji zdaje się gęstnieć. Saksofon wydaje z siebie jednocześnie więcej niż jeden przedech. Moc kolektywnej zabawy w dźwięki w rozkwicie. Skojarzenie z Karyobin Spontaneous Music Ensemble dodaje radości licu recenzenta. Jesteśmy z dala od programowego minimalizmu Tonusa.

Set 3. Akord gitary, cisza, szmer werbla w oczekiwaniu na dźwięk. Echo nieistnienia, stukot z oddalenia, szum z tuby. Muzycy balansują na progu ciszy, ślą mikrofazy ledwie dostrzegalne gołym okiem. Sucha kipiel w tubie zwiastuje zmiany. Kolejny sygnał, to mocny akord piana – zdaje się, że to element najbardziej charakterystyczny dla poetyki Tonusa. Źdźbła sonorystyki spod wilgotnego werbla, półdźwięki z pudła rezonansowego gitary, pisk altówki, szmer niepokoju z tuby. W 7 minucie muzycy budują skwiercząco-szumiący wielogłos, który systematycznie, acz powolnie, rozkłada się na pojedyncze ekspozycje, które raz za razem wchodzą w niebanalne interakcje. Strumienie ciekawych i zaskakujących dźwięków, które w okolicach 11 minuty narastają i pętlą się, by po kolejnych kilku minutach, przejść w fazę elektroakustycznych ślizgawek po strunach, dyszach i innych powierzchniach płaskich. W komentarzu półdźwięki altowe i … akord piana, niczym cerber ładu i chaosu tej delikatnie sterowanej improwizacji.

Set 1. Bez zaskoczenia – akord piana, potem plama z altówki i nowe elementy – suchy flet i rezonujący akordeon. Brudne dźwięki strun, klejone do siebie interwałami ciszy. Znów akord piana, akord, akord… Szelest wody z obiektów Dunninga, symfonia małych dźwięków. Set ma konstrukcję minimalistyczno- repetytywną, budowaną wokół westchnień piana, długą w czasie, jakby idealnie pomieszczoną w kanonie twej idei muzykowania. Slow chamber in sonore. 9-10 minuta przynoszą incydentalne pasaże fletu i altówki, które zdają się być nieco dłuższe niż uprzednio. Obok, narracja budowana przez werbel i obiekty, sprawia nawet wrażenie dłuższej niż rok świetlny. Plastry elektroakustycznego miodu wydają się coraz bardziej rozłożyste i lepkie w dotyku, delikatnie nasączone życiem. Cały set, to skrajnie monotonny potok frapujących dźwięków, rodzaj wszakże dramaturgicznego spleenu, który nie ma zaszytego w sobie kierunku działania. Po 15 minucie dźwięki stają się uporczywie powtarzalne, bez istotnych zaskoczeń, jakich doświadczaliśmy w trakcie seta 2 i 3. Solą narracji wydają się tu być konstrukcje Dunninga, umieszczone na środku sceny, budowane poprzez szmer obiektów, które wchodzą w relacje dotykowe z naładowanym małym prądem werblem. Piano i akordeon stawiają stemple repetycji, wokół nich, na drugim i trzecim planie dzieją się małe dramaty, które – szczęśliwie – skutecznie absorbują naszą uwagę. Po 25 minucie w tej roli, from time to time, występują naprzemiennie flet i altówka. Schemat Tonusa nie akceptuje jednak większych porcji ekspresji.




zeitweise leichter Schneefall

Dwa pierwsze dni lutego ubiegłego roku, Bazylea, Atelier Klingentalstrasse, dwoje szwajcarskich muzyków: Christoph Schiller – spinet (mały, akustyczny instrument klawiszowy) i głos oraz Anouck Genthon – skrzypce. Siedem kompozycji, 27 minut. Przykład – być może – na wykorzystanie technik tonusowych w praktyce muzyki komponowanej w stylistyce minimalitycznej. Zbiór repetycji i wariacji na temat, z krytycznym aspektem ciszy, jako elementem środowiska dźwiękowego. A może alternatywna wersja muzyki barokowej?  Rodzaj eklektycznego eksperymentu? Twórczego redukcjonizmu? Pytania można mnożyć w nieskończoność. Zajrzyjmy wszak do środka – to mniej niż pół godziny.

Opowieść zapisana na czerstwych kartkach z pięciolinią, oparta jest na frazach spinetu i głosu, które z jednej strony generują interwał konceptualnej niemal ciszy, z drugiej wzbudzają skrzypce do posuwistych, małych ekspozycji, pełnych smagłych szarości. Muzyka jakby grana na baczność, realizowana wszakże w błyskotliwych okolicznościach akustycznych. Brzmienie strunowca jest czyste, surowe, niepobłogosławione. Spinet porusza się z dużą swadą, chwilami sprawia wrażenie, jakby był delikatnie preparowany. Wreszcie głos ludzki, który stawia stemple i wydaje certyfikaty jakości. Druga opowieść akcentuje nieco dłuższe opowieści, choć sam stelaż muzycznego konceptu pozostaje niezmieniony. Spinet brzmi tu akurat ubogo, jakby miał jedynie pojedyncze struny w pudle. Minimal chamber without fire! – notuje lekko ziewający recenzent. W trzeciej części skrzypce dodają coś od siebie, pół dodatkowej porcji dźwięku, incydentalny szelest strun. Spinet też minimalnie gęstszy, obok szczypta rechotu wprost z gardła. Przy okazji czwartej części kolejna refleksja – muzycy bardzo się kochają, ale jakby nie potrafili ze sobą rozmawiać. Koncept goni koncept, a uczucia umierają. Intrygujący mezalians wprost z pięciolinii. W trakcie piątej kompozycji recenzent doznaje swoistego deja vu. Czy ja już tego wcześniej nie słyszałem? Szósta część niesie odrobinę brudu w brzmieniu skrzypiec, akord spinetu nosi zaś znamiona delikatnego zadzioru. Ot, konceptualizm trudny do zdiagnozowania. Dwudziestą siódmą minutę osiągamy dość swobodnie, głównie dzięki wciąż pięknemu brzmieniu obu instrumentów. 


Poprzednie recenzje płyt A New Wave Of Jazz:





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza