wtorek, 1 kwietnia 2025

John Russell & Jean-Michel Van Schouwburg are before the wedding!


Brytyjski gitarzysta John Russell od czterech lat plecie swoje misterne, improwizowane opowieści w innej czasoprzestrzeni. Z wielką radością odnotowujemy każde nowe wydawnictwo z jego udziałem. Po prawdzie nie ma ich wiele, zatem to, nad którym dziś pochylamy nasze zmęczone receptory słuchu i wzroku cieszy szczególnie, nawet w sytuacji, gdy koncertowa rejestracja nie trwa nawet dwóch kwadransów.

Naszą radość multiplikuje fakt, iż na albumie odnajdujemy Johna w zacnym towarzystwie belgijskiego wokalisty Jean-Michela Van Schouwburga, o którego klasie donosiliśmy na tych łamach wielokrotnie.



 

Sytuacja dramaturgiczna na starcie koncertu jest następująca: sucho brzmiąca, wystudzona gitara akustyczna ze swobodą wplata się pomiędzy strumienie głosu, lepione z szumiąco-rzeżących głosek, jakże charakterystycznych dla … języka polskiego. Trochę pisków, kocich lamentów i porcje ćwierć akordów budują rodzaj relaksującej kołysanki, kleconej wszakże bezwzględnie dla niegrzecznych dzieci. Muzycy dobrze się ze sobą komunikują, a ich poziom reaktywności trudno nie uznać za wysoki. Ekspresja zdaje się być pod pełną kontrolą każdego z nich, ale ochota do swawolenia i robienia psikusów wydaje się definitywnie namacalna, czego dowodem garść kantów i rock’n’rollowych zadziorów ze strony gitarzysty. Narracja na tym etapie podróży ma zmienne tempo i zróżnicowany poziom intensywności. Wystarczy ukradkowe spojrzenie, by obaj kładli się do snu i głęboko wzdychali, wystarczy jeszcze krótsza chwila, by w pełni wybudzeni stali w gotowości do porannych igraszek.

Artyści potrafią iść żwawym, post-bluesowym krokiem, sycąc ów marsz plejadą atrakcyjnych fraz i brzmień, innym razem leżą na plecach i roześmiani wierzgają nogami. Wokalista, jak zwykle w jego przypadku, mieni się wszystkimi kolorami tęczy – od mięsistego barytonu po kacze gdakanie, od słowa do małej melodii, od soczystego śpiewu po modlitewne lamenty. Bywa, że gitarzysta cedzi balladowe frazy, a wokalista dogorywa dygocząc całym przełykiem. Obaj szybko osiągają szczyt, jeszcze szybciej toną w bagnie preparowanych, niekiedy całkiem tajemniczych dźwięków. Brawura nie opuszcza Van Schouwburga – niespodziewanie bzyczy niczym zepsuty syntezator. Russell trzyma dramaturgię w ryzach, raz za razem celnie kontrapunktując. Gdy ten pierwszy serwuje garść barowych przyśpiewek, nuci przy goleni i sepleni, ten drugi rozpuszcza chmurę zmysłowych flażoletów. Tymczasem w odpowiedzi na drapieżne frazy wokalu, gitara wpada w dynamiczne riffowanie. Tańce, hulanki, swawole!

Wymiana zdań trwa tu nieustannie. Gdy Jean-Michel chrapie i chrząka, John dręczy struny i te trzeszczą jak stara wersalka. Ten pierwszy przypomina japońskiego żołnierza zagubionego w okopach drugiej wojny światowej, ten drugi tańczy niczym chińska baletnica. Kilka dźwięków z wiejskiej zagrody, kilka taktów zawadiackiego walczyka, smutne melodie i radosne podskoki. A na koniec piękna koda - wokalista znów przypomina sobie o brzmieniu polskich, niepowtarzalnych spółgłosek. John jeszcze tylko policzy struny i mogą wpadać w objęcia burzliwych oklasków.

 

John Russell & Jean-Michel Van Schouwburg Before the Wedding (Empty Birdcage Records, CD 2025). John Russell – gitara oraz Jean-Michel Van Schouwburg – głos. Nagrane w Klubie Gromka, Ljubljana, Słowenia, kwiecień 2018. Jedna improwizacja, 26 minut.

 


2 komentarze:

  1. Plotl swoje misterne improwizacje dopoki chyba 4 lata temu nie odszedl i pozostawil nas fanow w smutku, osieocil tez swoje ukochane Mopomoso. Plyt swoich i ze swoim udzialem pozostawil tez dosc sporo. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak, wszystko się zgadza. Plecie je ... "w innej czaso-przestrzeni". Pozdrawiam

      Usuń