Brytyjski gitarzysta John Russell od czterech lat plecie swoje misterne, improwizowane opowieści w innej czasoprzestrzeni. Z wielką radością odnotowujemy każde nowe wydawnictwo z jego udziałem. Po prawdzie nie ma ich wiele, zatem to, nad którym dziś pochylamy nasze zmęczone receptory słuchu i wzroku cieszy szczególnie, nawet w sytuacji, gdy koncertowa rejestracja nie trwa nawet dwóch kwadransów.
Naszą radość multiplikuje fakt, iż na albumie odnajdujemy
Johna w zacnym towarzystwie belgijskiego wokalisty Jean-Michela Van Schouwburga,
o którego klasie donosiliśmy na tych łamach wielokrotnie.
Sytuacja dramaturgiczna na starcie koncertu jest
następująca: sucho brzmiąca, wystudzona gitara akustyczna ze swobodą wplata się
pomiędzy strumienie głosu, lepione z szumiąco-rzeżących głosek, jakże charakterystycznych
dla … języka polskiego. Trochę pisków, kocich lamentów i porcje ćwierć akordów
budują rodzaj relaksującej kołysanki, kleconej wszakże bezwzględnie dla niegrzecznych
dzieci. Muzycy dobrze się ze sobą komunikują, a ich poziom reaktywności trudno nie
uznać za wysoki. Ekspresja zdaje się być pod pełną kontrolą każdego z nich, ale
ochota do swawolenia i robienia psikusów wydaje się definitywnie namacalna,
czego dowodem garść kantów i rock’n’rollowych zadziorów ze strony gitarzysty. Narracja
na tym etapie podróży ma zmienne tempo i zróżnicowany poziom intensywności. Wystarczy
ukradkowe spojrzenie, by obaj kładli się do snu i głęboko wzdychali, wystarczy
jeszcze krótsza chwila, by w pełni wybudzeni stali w gotowości do porannych
igraszek.
Artyści potrafią iść żwawym, post-bluesowym krokiem, sycąc ów
marsz plejadą atrakcyjnych fraz i brzmień, innym razem leżą na plecach i roześmiani
wierzgają nogami. Wokalista, jak zwykle w jego przypadku, mieni się wszystkimi
kolorami tęczy – od mięsistego barytonu po kacze gdakanie, od słowa do małej
melodii, od soczystego śpiewu po modlitewne lamenty. Bywa, że gitarzysta cedzi balladowe
frazy, a wokalista dogorywa dygocząc całym przełykiem. Obaj szybko osiągają
szczyt, jeszcze szybciej toną w bagnie preparowanych, niekiedy całkiem tajemniczych
dźwięków. Brawura nie opuszcza Van Schouwburga – niespodziewanie bzyczy niczym
zepsuty syntezator. Russell trzyma dramaturgię w ryzach, raz za razem celnie kontrapunktując.
Gdy ten pierwszy serwuje garść barowych przyśpiewek, nuci przy goleni i
sepleni, ten drugi rozpuszcza chmurę zmysłowych flażoletów. Tymczasem w odpowiedzi
na drapieżne frazy wokalu, gitara wpada w dynamiczne riffowanie. Tańce,
hulanki, swawole!
Wymiana zdań trwa tu nieustannie. Gdy Jean-Michel chrapie i chrząka,
John dręczy struny i te trzeszczą jak stara wersalka. Ten pierwszy przypomina japońskiego
żołnierza zagubionego w okopach drugiej wojny światowej, ten drugi tańczy
niczym chińska baletnica. Kilka dźwięków z wiejskiej zagrody, kilka taktów
zawadiackiego walczyka, smutne melodie i radosne podskoki. A na koniec piękna
koda - wokalista znów przypomina sobie o brzmieniu polskich, niepowtarzalnych spółgłosek.
John jeszcze tylko policzy struny i mogą wpadać w objęcia burzliwych oklasków.
John Russell & Jean-Michel Van Schouwburg Before the Wedding (Empty Birdcage
Records, CD 2025). John Russell – gitara oraz Jean-Michel Van Schouwburg –
głos. Nagrane w Klubie Gromka,
Ljubljana, Słowenia, kwiecień 2018. Jedna improwizacja, 26 minut.
Plotl swoje misterne improwizacje dopoki chyba 4 lata temu nie odszedl i pozostawil nas fanow w smutku, osieocil tez swoje ukochane Mopomoso. Plyt swoich i ze swoim udzialem pozostawil tez dosc sporo. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńDokładnie tak, wszystko się zgadza. Plecie je ... "w innej czaso-przestrzeni". Pozdrawiam
Usuń