piątek, 2 stycznia 2026

The December/ January’ Round-up: Quartetics! Dooom Orchestra! Schneider & Serries! Marien! A Part! Nästy Lips! Carbon! Spinifex! Ternoy!


Grudniowa zbiorówka recenzji tym razem delikatnie opóźniona, ale początek stycznia to równie dobry moment, by poczytać co tam w muzyce improwizowanej piszczy. A tu, jak zwykle, dzieje się bardzo dużo dobrego!

Dziś dziewięć albumów, oczywiście datowanych jeszcze na rok 2025 (a jedna nawet na 2024), każdy z porcją dźwięków, które z pewnością znajdą swoich admiratorów. Naszą muzyczną podróż zaczynamy w Zjednoczonym Królestwie porcją post-jazzu podrasowanego live electronics, potem czeka na nas mocna orkiestra z Włoch, a w dalszej kolejności wrzący tygiel klimatów niemieckich, belgijskich, francuskich, skandynawskich, austriacko-polskich, także holenderskich, na finał wreszcie szczypta francuskiego, jazzowego main-streamu. Od koloru do wyboru, niech nam żyje Nowy Rok i stara muzyka!

 


Reuben/ Hanslip/ Lash/ Hession Quartetics (Bead records, CD 2025)

York, Anglia, maj 2019: Federico Reuben - laptop improvisation/ live coding, Mark Hanslip – saksofon tenorowy, Dominic Lash – kontrabas oraz Paul Hession – perkusja. Pięć utworów, 33 minuty.

Swobodnie improwizujące, jazzowe trio na saksofon, bas i perkusję, świetnie rozpoznawalne facjaty artystów z UK i … latynoska szczypta post-akustycznej tajemniczości. Laptop dekonstruuje (dekoduje?) frazy żywych instrumentów, kreując nieoczywiste rozwiązania dramaturgiczne i brzmieniowe, a typowe dla gatunku muzykowanie dostaje się w zupełnie nowy wymiar dźwiękowej czaso-przestrzeni.  

Pierwsze trzy utwory, to krótkie formy, przy czym te nieparzyste bazują na dynamice, a ta parzysta na smyczkowej flaucie. Brzmienie basu i perkusji jest rozmyte, permanentnie dekonstruowane, z kolei saksofon płynie na ogół czystym, akustycznym strumieniem. Ciekawym uzupełnieniem swingujących wątków są frazy barowego piano (zapewne rozsyłane z laptopa). Otwarcie trzeciej części brzmi niczym rasowe drum’n’bass. Dwie ostatnie improwizacje, to bardziej rozbudowane formy. Pierwsza z nich przypomina pijanego walczyka, granego rwanymi dźwiękami, gdzie dużo dobrego wnosi nieoczywiste frazowanie kontrabasowego smyczka. W ostatniej odsłonie powraca tajemnicze piano, z którym duet tworzy rozochocony saksofon. Rozhuśtane zakończenie, to także dzieło dobrze usposobionej sekcji rytmu, znów łaskotanej po piętach niebanalną elektroniką.

  



Dooom Orchestra Our Sea Lies Within II (Aut Records, CD 2025)

Onara Swamp Hall, Tombolo, lipiec 2023: Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty, Nina Baietta – głos, Jacopo Giacomoni – saksofon altowy, Francesco Salmaso – saksofon tenorowy, Agnese Amico – skrzypce, Francesca Baldo – skrzypce, Enrico Milani – wiolonczela, Sirio Nagro – gitara elektryczna, obiekty, Andrea Zerbetto – fortepian, Riccardo Matetich - tabla, obiekty, instrumenty perkusyjne, Marco Valerio – bas elektryczny oraz Andrea Davì – perkusja. Osiem utworów, 35 minut.

Z włoską orkiestrą o jakże intrygującej nazwie spotykamy się po raz drugi, ale sięgamy po nagrania dokładnie z tej samej sesji poczynionej w roku 2023. Znów to więcej niż ciekawa porcja dźwięków podana przez dwunastoosobowy ansambl, w którym dominują instrumenty strunowe, zarówno te z prądem, jak i akustyczne. Szefem przedsięwzięcia jest tu perkusista, zatem nie dziwi także znaczący udział drums & percussions. Osiem zgrabnie udramatyzowanych opowieści trwa niewiele ponad dwa kwadranse, warto zatem pochylić się nad każdą frazą.

Otwarcie albumu grane jest kolektywnie, niemal rytualnie, z dużą dozą aylerowskiej melodyki. Kolejne dwa utwory są połączone i pokazują jak duży skład płynnie przechodzi od post-kameralnej pianistyki i dętych westchnień do free jazzowego hałasu. Podobna sytuacja ma miejsce w łączonych utworach szóstym i siódmym. Tu muzycy najpierw skrupulatnie budują soczyście brzmiący, strunowo-wokalny dron, który smakuje wręcz balladowo, a potem po kolejny raz popadają w sidła free jazzu i cytują radosne, ale jakże elegijne frazy Alberta Aylera. W obraz całości świetnie wpisują się pozostałe utwory, bardziej filigranowe, budowane z troską o każdą frazę. Z kolei samo zakończenie przypomina męczeńską modlitwę i smakuje muzyką dawną. Ostatnia prosta, to jednak masywny … dooom!

 


Schneider Serries Schneider Serries #2 (Schneider Collaborations, CD 2025)

The Loundry Room, Hückelhoven, Niemcy, sierpień 2024: Dirk Serries - gitara oraz Jörg A. Schneider – perkusja. Sześć utworów, 33 minuty.

Najwyższy czas trochę pohałasować! I to w dobrym towarzystwie! Jak świetnie wiemy, belgijski gitarzysta Dirk Serries ma tysiące artystycznych twarzy, ale dość rzadko używa swego instrumentu, by zgłębiać niuanse soczystego … impro noise’ rocka! Najlepszym partnerem w tych niecnych zabawach bywa niemiecki drummer Jörg A. Schneider. Zgodnie z tytułem albumu, to ich drugie spotkanie, tym razem studyjne. Przynosi sześć muzycznych petard w sam raz na post-sylwestrowe rozkołysanie.

Schemat poszczególnych utworów jest podobny – wątek inicjuje sfuzzowana, charcząca gitara, która zdaje się stać w miejscu i wyć z dna piekła po dżdżysty nieboskłon. Wokół niej tańczy perkusja, silna, masywna, kłębiąca się w sobie, rzadziej wpadająca w typowy, rockowy galop. Brzmienie jest szorstkie, niekiedy wręcz siarczyste, a w toku narracji nie brakuje fałszywych fraz i nietonalnych sprzężeń. Najciekawiej jest chyba w trzeciej odsłonie, gdy introdukcja gitary przypomina gęsty dark ambient, a cała opowieść wydaje się dzięki temu nieco lżejsza. Po czwartej, definitywnie dynamicznej przebieżce, w piątej muzycy znów toną w mrocznej mgle. Gitara frazuje tu chyba najgłośniej, ale jej flow ucieka w silny pogłos. Na plamach siarczystego ambientu bazuje też ostatnia opowieść. Dużo w niej perkusyjnych przełomów i wyrafinowanej psychodelii. Jest też kilka istotnych zagęszczeń i drobnych eksplozji.

 


Christian Marien Quartett Beyond the Fingertips (MarMade Records, CD 2025)

Emil Berliner Studios, Berlin, maj 2025: Tobias Delius – saksofon tenorowy, klarnet, Jasper Stadhouders – gitara, Antonio Borghini – kontrabas oraz Christian Marien – perkusja. Jedem utwór łaczący kilka wątków, 33 minuty.

Jeśli mamy ochotę na rasowy jazz ze zgrabnie zarysowanymi tematami i wytrawnymi improwizacjami splątanymi soczystymi, swingującymi synkopami, to kwartet Mariena zaspokaja te potrzeby w stopniu zdecydowanie ponadnormatywnym. Osiem opowieści połączono tu w dwie long-distance story i nagrano za pierwszym podejściem w niewiele ponad dwa kwadranse.

Muzycy rozpoczynają swoją podróż dalece tanecznym krokiem. Pierwszy temat wydaje się radosny, podszyty funkującą gitarą, upstrzony okruchami swingu. W dalszej fazie ów temat jest ogrywany rytmicznie, a potem następuje faza rozwichrzonych, bardzo swobodnych improwizacji, zarówno kolektywnych, jak i solowych. W tak zwanym międzyczasie mamy kameralne interludia, pozbawione na ogół warstwy perkusyjnej oraz wyjątkowo smakowite preparacje, szczególnie kontrabasu i gitary. Druga historia, także podzielona na cztery odcinki, zaczyna się dość spokojnie ze znaczącym udziałem kontrabasowego smyczka. W tej części albumu gitara brzmi akustycznie, a frazy perkusji łapią niebanalne metra. Fazy improwizacji są więcej niż udane, niekiedy szyte plejadą drobnych, niemal filigranowych fraz. Sam finał płyty bogaty jest w interakcje, ale nie emanuje nadmiernymi wybuchami ekspresji. Szczególnie podobać się może tanecznie frazujący smyczek.

 


A Part (Thierry Waziniak, Marie Takahashi, Baptiste Vayer) Muted Songs (Intrication Label, CD 2024)

Czas i miejsce akcji nieznane: Thierry Waziniak – perkusja, elektronika, Marie Takahashi – altówka oraz Baptiste Vayer – głos, gitara. Cztery utwory, 45 minut.

Losy tego francuskiego labelu śledzimy na bieżąco, także dokonania perkusisty, który owe wydawnictwo koordynuje artystycznie. Tym razem trafiamy na nagranie definitywnie niezwykłe. Stanowi o tym zarówno skrzętna robota drummerska, jak i ta strunowa, czyniona na altówce i gitarze, w pierwszym utworze wparta także głosowo. Album zawiera cztery improwizacje – każda jest inna, na ich bazie bez trudu zbudować można cztery oddzielne albumy.

Pierwsza opowieść pleciona jest ze strzępów dźwięków - prawdziwie filigranowa, bazująca na interakcjach, śmiała kontynuacja wielkiej spuścizny Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa. W fazie schyłkowej, wsparta elektroniką i prądem, staje się masywna, smakuje rockiem na drobnym przesterze. Druga historia osnuta jest wokół dark ambientowej bazy. Pięknie narasta, jeszcze efektowniej popada w medytację. Ale i tu fala elektroniki niweczy niuanse dotychczasowej narracji. Trzecią opowieść otwierają zgrzytające z zimna struny altówki. Z czasem w potoku coraz powabniejszych fonii pojawia się zarówno gitarowa ekspresja, jak i wystudzone zdobienia. Jeśli którykolwiek z wątków tego wielobarwnego albumu niekoniecznie winien być rozwijany, to czwarta część, której w początkowej fazie brakuje dramaturgii. Szczęśliwie pod koniec flow zyskuje pewną linearność, co sprawia, że finał płyty także wart jest skupionego odsłuchu.

 


Jon Lipscomb & Johannes Nästesjö Nästy Lips Vol III (Bandcamp’ self-release, DL 2025)

Czas i miejsce akcji nieznane: Jon Lipscomb – gitara oraz Johannes Nästesjö - upright bass. Dwie improwizacje, 32 minuty.

Jedni z naszych faworytów na szwedzkiej scenie free impro (choć ten pierwszy, to Amerykanin) w duetowym, niekiedy dość eksplozywnym starciu. Nie wiemy, gdzie powstało nagranie i jakimi metodami zostało zarejestrowane, brzmi wszakże definitywnie punkowo, dzięki czemu przykuwa naszą uwagę w stopniu podwójnym. Dwa kwadranse takiego impro mięcha nie mogą ujść niczyjej uwadze.

Początek nagrania jest spokojny, szyty minimalistycznym pizzicato basu i plamami prądu z nagrzewającej się gitary. Muzykom najbliżej chyba do swobodnej kameralistyki inspirowanej post-jazzem. Dobrze czują się w sytuacji dynamicznej, ale i w leniwym pochodzie prezentują się okazale. W ósmej minucie na scenie pojawia się smyczek i staje się od razu elementem najbardziej kreatywnym. Narracja nabiera wewnętrznego rytmu, wpada w delikatny trans, a z gitary leje się stonowana psychodelia. Po krótkiej fazie zadumy artyści zagłębiają się w ciszy i być może ten moment, to ich najlepsze chwile tamtego wieczoru. Na starcie drugiej części szarpią za struny, popadają w kameralne boleści, ale też skowyczą mocą post-jazzu. Smyczek znów rozdaje karty, a całość zdaje się być równie post-barokowa, jak i krwiście … rockowa. Po niedługiej fazie brzmieniowych eksperymentów, w okolicach dziewiątej minuty, muzycy stopują i rozglądają się wokół, jakby szukali tablicy z napisem koniec. Gitarowe flażolety i szum z gryfu basu, to ostatnie fonie ich spektaklu.

 


Trio Carbon (Mia Zabelka/ Ola Rzepka/ Łukasz Marciniak) Black Heart (Setola di Maiale, CD 2025)

Przestrzeń Muzyki Współczesnej Hashtag Lab, Festiwal Ad Libitum, Warszawa, wrzesień 2024: Mia Zabelka – skrzypce, głos, Ola Rzepka – preparowane piano oraz Łukasz Marciniak – gitara elektryczna. Jeden utwór, 29 minut.

Niezmiernie miło jest wspominać udany koncert odsłuchując jego dokumentację fonograficzną na trwałym nośniku fizycznym. Taka sytuacja ma miejsce w przypadku nagrania pewnej austriackiej skrzypaczki i polskiego duetu, który zwykł używać nazwy handlowej Perforto. Koncert był krótki, takaż jest ta płyta, warto zatem skupić się na każdej frazie.

Artyści pierwsze akcje kleją z filigranowych dźwięków. Każdy zdaje się w coś uderzać, razem tworzą perkusjonalną symfonię otwarcia. Pojawiają się pierwsze preparacje piana i skrzypiec, z gitary sączy się strużka prądu, a całość przypomina brudne, jakże grzeszne post-chamber. Po sześciu minutach muzycy łykają porcję gorącego powietrza i nabierają masy. Wciąż skupiają się na drobiazgach, ale produkują coraz więcej dźwięków w jednostce czasu. W okolicach trzynastej minuty pojawia się głos, a gitara komentuje ów fakt porcją post-rockowej psychodelii. Na chwile schodzą w mrok, po czym znów wystawiają gorejące twarze ku słońcu. Kołyszą się na wdechu, medytują, ale cały czas dorzucają do ognia zaskakujące frazy. Już po upływie dwudziestej minuty dają kilka razy do wiwatu, po czym zaczynają spoglądać w stronę napisów końcowych. Jeszcze tylko mocny, kilkudziesięciosekundowy wydech i czas na zasłużone oklaski.

 


Spinifex Maxximus (TryTone Records, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Tobias Klein – klarnet basowy, saksofon altowy, Bart Maris - trąbka, John Dikeman – saksofon tenorowy, Jasper Stadhouders - gitara, Gonçalo Almeida - kontrabas, Philipp Moser – perkusja oraz gościnnie Jessica Pavone - altówka, Elisabeth Coudoux – wiolonczela, Evi Filippou – wibrafon, instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 70 minut.

Ze Spinifexem jesteśmy na dobre i na złe od lat, zwłaszcza od momentu ich fantastycznego koncertu na spontanicznym wydarzeniu w zachodniej Polsce. Albumy wydają regularnie, czasami poszerzając skład i nazywając się Spinifex Maxximus. Do nagrania najnowszej płyty doprosili dalece kameralnie usposobione towarzystwo, stąd i muzyka formacji uległa pewnemu przeobrażeniu. Nie jest krwiście jazz-rockowa, bywa częściej zadumana i melancholijna. No i nasz ulubiony portugalski artysta gra tym razem na kontrabasie, nie zaś na gitarze basowej.

Album zawiera wyłącznie wielominutowe kompozycje, które usiane są narracyjnymi i improwizacyjnymi zdobieniami, niczym komnaty Wersalu za czasów Ludwika XIV. Utwór otwarcia pachnie nawet trzecim nurtem, ale puenta zdaje się być free jazzowa. Na etapie dojścia podobać się mogą mnożące się, jakże kolektywne improwizacje. W drugim utworze warto zwrócić uwagę na dynamiczny, funkowy początek, z kolei w trzecim na świetnie wypolerowane ostrze kontrabasowego smyczka. W czwartej szczególnie lśni finałowy galop ozdobiony świetną ekspozycją gitary, a w piątej, odrobinę zbyt długiej opowieści, introdukcja smakuje wyrafinowanym dark chamber. Wreszcie finałowa kompozycja, tu kontrabasisty, dająca przewrotnym tytułem przyzwolenie na granie fałszywych nut, udanie podsumowuje ten niekiedy przeładowany pomysłami album. Szczególnie podobać się może jego zakończenie, które przywołuje w pamięci uroczo pogmatwaną rytmikę Ghost Trance Music Anthony’ego Braxtona.

  


Jérémie Ternoy Trio Survol à basse altitude (Circum-Disc, CD 2025)

Studio-Ronchin, maj 2025: Jérémie Ternoy – fortepian, Nicolas Mahieux – kontrabas oraz Charles Duytschaever – perkusja. Sześć utworów, 43 minuty.

Na koniec dzisiejszej przygody z nowościami album artysty, który od lat współtworzy wyśmienite trio TOC, gdzie na ogół grywa na elektrycznych instrumentach klawiszowych, siejąc psychodeliczne spustoszenie. Tu zaglądamy do albumu jego autorskiego tria, które stylistycznie sadowi się na obrzeżach jazzu środka. Z punktu widzenia wielbicieli soczystego free impro, to pozycja trochę zbyt przewidywalna, jakkolwiek może ona zadowolić fanów The Necks, do którego udanie nawiązuje szczególnie w dwóch pierwszych utworach.

Rzeczony początek albumu, to rytm szyty perkusyjnymi szczoteczkami, neoklasyczną melodyką piana i czupurnym kontrabasem, który chętnie staje w poprzek narracyjnej praworządności. Zdaje się, że często stosowana tu progresywna motoryka basu i perkusji, to jeden z ciekawszych walorów tego tria. Zdecydowanie więcej oczekiwalibyśmy od lidera, kompozytora i pianisty. Ten zdaje się czerpać radość z pławienia się w odmętach łagodnych melodii i niewyczerpujących, solowych ekspozycji. Dwa pierwsze utwory budzą tu doprawdy duże nadzieje, z kolei dwie ostatnie post-ballady grzebią je w muzycznym banale.