wtorek, 7 lipca 2026

Lauro, Pruvost & Orins in Dans-sons as we are!


Logo francuskiego labelu Circum-Disc, to gwarancja jakości, a jeśli pośród wykonawców odnajdujemy Petera Orinsa, jakże bystrego perkusistę i przy okazji kustosza wydawnictwa, to możemy mieć pewność, że wchodzimy do wyjątkowej gry.

Nie inaczej jest w przypadku krążka Dans-sons as we are, na którym niepowtarzalny drumming Orinsa splata dęte frazy trąbki i saksofonu altowego. To przygoda tylko pozornie post-jazzowa, dużo w niej bowiem świetnie ulepionych, niemal dronowych ekspozycji, które kąsają w pełni akustycznym, niepowtarzalnym brzmieniem.

  


Album składa się z pięciu opowieści, z których trzecia i piąta trwają po kilkanaście minut i w dużej mierze decydują o kosmicznej jakości całego przedsięwzięcia. Z kolei ta pierwsza trwa niespełna pięć minut i uroczo posadawia nasze receptory słuchu w aurze nagrania. Tętniące życiem small percussion, wokół których wiją się niespokojne, dęte pomruki – na ogół preparowanej trąbki, zazwyczaj post-melodyjnego saksofonu. Całość zdaje się stanowić, przefiltrowany przez doświadczenia eksperymentalnej muzyki współczesnej, wyrafinowany free jazz. W drugiej odsłonie każdy z muzyków śle plejady drobnych, preparowanych dźwięków. Czujemy mrowienie w kręgosłupie, wiemy, że z tej mąki będzie chleb. Coś rezonuje, coś szeleści, drży i ociera się o siebie, podszyte nerwem tajemniczej dynamiki. Z czasem oba dęciaki zaczynają czysto frazować, a delikatnie stymulowana dynamiką opowieść osiąga stadium niemal taneczne.

Trzecia improwizacja sprawia wrażenie mrocznej medytacji. Dużo w niej szemranych fraz i tajemniczych zakamarków.  Z jednej strony dron niskich częstotliwości (zapewne z trąbki), z drugiej szumy i szmery z saksofonu, a wszystko osadzone na matowym, ledwie słyszalnym deep drummingu. Opowieść delikatnie narasta, na jej powierzchni zaczynają mościć się drobne, akustyczne inkrustacje, głównie perkusyjne. Owo wielkie chrobotanie, tudzież rozdygotanie w końcu osiąga stadium melodyjnej, post-jazzowej eksplozji. Czwarta historia najbliższa wydaje się klasyce czegoś, co moglibyśmy określić mianem free jazzu, rozumianego bardzo po colemanowsku. Dwa dęciaki śpiewają, perkusja tańczy wokół nich, a potem wystawia je na działanie silnych wiatrów.

Finałowa opowieść, to kolejny poemat piękna zwartej, dobrze unerwionej ekspozycji. Saksofon i trąbka dmą na wdechu, perkusjonalia szumią w post-rytmie. Owa nieco hydrauliczna, medytująca opowieść brzmi bardzo matowo, jakby spektakl odbywał się za wielką, teatralną kotarą. Całość dość szybko nabiera post-industrialnej szorstkości. Z dronowej ekspozycji raz po raz wydobywają się drobne, preparowane frazy każdego z instrumentów – piski, melodyjne zawodzenia, stękania i omdlenia. Drive tej historii w końcu wchodzi w urokliwe stadium dogorywania, stanowiąc być może najpiękniejszy fragment nagarnia.

 

Audrey Lauro Christian Pruvost Peter Orins Dans-sons as we are (Circum-Disc, CD 2026). Audrey Lauro – saksofon altowy, Christian Pruvost – trąbka oraz Peter Orins – perkusja. Nagrane w la malterie, Lille, Francja, luty 2025. Pięć improwizacji, 45 minut.

 

 

piątek, 3 lipca 2026

El Pricto & Trilla as General Ludd proclaime Neo-Luddism!


We are not against tools. We are against the religion of tools. Dokładnie tymi słowami rozpoczyna się manifest Neo-Luddism, zawarty w piętnastu punktach i stanowiący werbalną esencję najnowszego nagrania duetu General Ludd.

Rzeczony duet El Pricto i Vasco Trilli początkowo był mariażem silnie amplifikowanego saksofonu altowego i perkusji, dziś to kooperacja tejże perkusji z syntezatorem modularnym. Świetnie pamiętamy, iż General Ludd był gościem pandemicznej edycji Spontaneous Music Festival, na którym oba wątki instrumentalne duetu zostały dotkliwie zeprezentowane dragonowej publiczności.

  


Nowe, trzecie już ujawnienie GL składa się z dziewięciu opowieści. Sześć z nich to soczyste, kilkuminutowe petardy lepione z mięsistej syntetyki i masywnej perkusji, trzy pozostałe to oniryczne, ambientowe miniatury, tworzone w dużej mierze przez post-perkusyjne akcesorium Trilli. Te ostatnie stanowią tu część trzecią, szóstą i ósmą.

Otwarcie albumu jest dość spokojne. Modular Pricto chrobocze, palce Trilli stukają na matowej glazurze werbla, a resztę strumienia narracji stanowi zastygająca lawa drobnych skwierczeń i post-akustycznych usterek. Wraz z rozwojem akcji scenicznej rośnie bogactwo fraz syntetycznych i tempo roboty stricte drummerskiej. Drugi utwór wchodzi w wyższe stadium hałasu. Syntezator krzyczy i rozdaje ciosy, a circle drums podnosi i tak już wysokie ciśnienie, kreując rodzaj upiornego tańca. Po jakże zasadnym w tej sytuacji interludium muzycy zapraszają w głąb swojej wizji artystycznej. Vasco preparuje perkusyjne akcesoria, Pricto szumi i zawistuje nadchodząca burzę. To podróż od obopólnej medytacji po soczyste plamy elektroniki i radosne podskoki perkusji.

Piąta opowieść do obrazu całości dodaje dubowe, syntetyczne echo i jeszcze większą zadziorność perkusji. Co ciekawe, na etapie puenty narracja robi się podejrzanie filigranowa. Po kolejnym interludium czeka nas dawka pozornej relaksacji – znów trochę dubowych struktur, rodzaj rozkołysania zdobionego drummingiem po talerzach. W połowie najdłuższego utworu muzycy łapią wiatr w żagle i zaczynają aspirować do miana mistrzów elektroakustycznego noise. Modular brzmi jak psychodeliczna gitara, perkusja stepuje aż miło. Po ostatniej, wysoko zawieszonej miniaturze Trilli następuje finałowe rozdanie. Prowadzone w nieco wolniejszym tempie, jakby muzycy broczyli w gęstym mule. Zgrzyty, stemple perkusji, syntetyczne okrzyki. Rodzaj post-industrialnej modlitwy o deszcz na wielkiej pustyni. Tu puenta okazuje się zaskakująca taneczna.

 

General Ludd Neo-Luddism (Discordian Records, DL 2026). El Pricto – syntezator modularny oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w The Golden Apple, Barcelona, marzec 2026. Dziewięć utworów, 45 minut.



 

 

 

wtorek, 30 czerwca 2026

Webster, Pándi & Cargill in Chewed Up And Spat Out!


Wnikliwi poszukiwacze medialnych plotek wiedzą być może, iż brytyjski saksofonista Colin Webster będzie główną postacią, zbliżającej się milowymi krokami, dziesiątej edycji pewnego spontanicznego festiwalu w zachodniej części naszego pięknego kraju.

Z kolei jego dobry kolega z Londynu Matt Cargill, najczęściej obsługujący wybuchową elektronikę, będzie wraz ze swoją flagową orkiestrą Sly & The Family Drone gościem letniego cyklu koncertowego w tymże samym dużym mieście, na jednym z głównych jego placów.

Nie tylko z uwagi na te wydarzenia sięgamy dziś po kasetę, na której wspomniani artyści, podparci żelazną ręką węgierskiego perkusisty Balázsa Pándiego, dziergają dla nas wielobarwne płótno soczystego hałasu opartego ma brzmieniu saksofonu barytowego, ciężkiej syntetyki i masywnego drummingu. Będzie głośno, ale to chyba oczywiste.

  


Pierwsze dwa utwory trwają mniej więcej po pięć minut i stanowią rodzaj wprowadzania do gry. Saksofon i elektronika zgrzytają zębami, perkusja szuka rytmu, toczy pętle, ale donikąd się nie spieszy. Całość nasączona jest szorstką, tajemniczą melodyką. Muzycy spoglądają w kierunku ściany dźwięku, ale nie decydują się na kolejny krok. W drugim z utworów solą akcji wydaje się masywny, syntetyczny dron basu, wokół którego panoszy się spazmatyczny baryton i perkusja, która w zasadzie stąpa w miejscu, akcentując kolejne meta septymy uderzeniami po talentach.

Otwarcie trzeciej części, która trwa nieco dłużej niż poprzednie, jest hałaśliwe, kompulsywne, ale przypomina dreptanie w mulistym bagnie. Elektronika brzmi niczym sprzęgająca się gitara, spleciona z barytonowymi podmuchami gorącego powietrza. Z czasem flow robi się istotnie gęsty i tłusty, niczym sfermentowana grochówka. Drobnym wytchnieniem zdaje się być czwarta opowieść. Medytujące drony post-noise pozwalają na chwile oddechu po obu stronach nieistniejącej sceny. Baryton prycha obleczony plastrem przesterowanej syntetyki, perkusja toczy się wartkim strumieniem, ale intrygująco filigranowym. Całość po pewnym czasie zastyga w lawie dogorywającego space-rocka.

Ostatnia część trwa dwanaście minut i pięknie reasumuje potencjał tego nagrania. Początkowo przypomina demoniczną post-balladę, która po perkusyjnym intro i kilku głębokich, dętych wydechach czeka na aktywację elektroniki. Gdy ów fakt w końcu ma miejsce, saksofon wrzuca szósty bieg, perkusja zarysowuje szlak rytmu, a opowieść nabiera definitywnie noise’owej soczystości. W drugiej fazie nieznacznie tłumi się, przechodząc w stan nerwowego rozdygotania. Brzmi post-industrialne, ale w dawno nieczynnej fabryce. Jeszcze tylko kilka akcji w podgrupach i nerwowych spazmów dęciaka, by całość osiągnęła stan śmiertelnego końca.

 

Colin Webster/ Balázs Pándi/ Matt Cargill Chewed Up And Spat Out (Raw Tonk Records, Kaseta 2026). Colin Webster – saksofon tenorowy, barytonowy, Balázs Pándi – perkusja oraz Matt Cargill – elektronika. Nagrane w Hackney Road Studios, Londyn, czerwiec 2019. Pięć utworów, 38 minut.



piątek, 26 czerwca 2026

Okuda, Müller & Hall hidden in ³√!


Międzynarodowe trio Okuda Müller Hall – Rieko Okuda (Japonia), Matthias Müller (Niemcy) i Samuel Hall (Australia) – gra swobodnie improwizowaną muzykę, która dzięki wspólnemu, silnemu poczuciu formy, często brzmi tak, jakby została skomponowana.

Rzadko zaczynamy werbalne ekspresje na tych łamach od cytatu z albumowego credits, ale to, co powyżej, tak trafnie wpisuje się w idee tego trzyosobowego spotkania, że postanowiliśmy pójść na łatwiznę i zacząć recenzję cudzymi słowami. Ale dalej już tylko trybunowe, post-ekspresyjne wynurzenia, którym przyświeca myśl przewodnia – Pierwiastek Trzeciego Stopnia, to jeden z lepszych albumów, jaki dostarczył gatunek w roku opatrzonym liczbą 2026.

 


W trakcie pięciu dobrze skrojonych opowieści muzycy zdają się przebywać swobodną drogę od medytacji do konwulsji free jazzu, wszystko czyniąc z gracją i nakreśloną na wstępie dbałością o formę. Otwarcie, to naturalny splot szumu z dętej tuby, szelestu drobnych przedmiotów na werblu i szorowanych tajemniczymi obiektami strun fortepianu. Puzon zawiesza oddech w nieskończoność, piano i perkusja kreują martwy taniec, który zdaje się mieć rytm, ale o dość metafizycznym charakterze. Z czasem opowieść narasta, rozlewa się szerokim korytem fraz wprost z klawiatury, niesiona naturalną skłonnością puzonu i perkusji do kreowania bardziej linearnej struktury improwizacji.

Opowieści parzyste są tu nad wyraz krótkie, ale dramaturgicznie dosadne. Ta druga bazuje na matowym drummingu, wentylowych preparacjach i tanecznym, granym z klawiatury rozkołysaniem. Z kolei czwarta nasycona jest aurą stonowanego post-jazzu. Akcje z klawiatury, szmery i szelesty dęto-perkusjonalne, ale w konkluzji rytm, śpiew i taniec.

Utwory trzeci i piąty trwają po kilkanaście minut i są poematami dramatycznymi o niepodważalnym uroku osobistym. Ten trzeci w fazie prenatalnej jest zlepkiem onirycznych, rwanych dźwięków, syconych śpiewem puzonu, dygotem strun i drżeniem perkusjonalii. Całość wydaje się z jednej strony tajemniczo ludyczna, z drugiej zaskakująco relaksacyjna. Na etapie rozwinięcia piano atakuje frazami inside, puzon staje się wielkim loopem, a perkusja stawia stemple i wskazuje kierunek dalszej drogi. W ramach dodatkowych atrakcji mamy post-romantyczny pasus z klawiatury zwieńczony piękną, minimalistyczną repetycją. Po tak udanie skonstruowanym interludium artystom nie pozostaje już nic innego, jak oddać się czystej ekspresji free jazzu.

W ostatniej improwizacji mamy pozornie podobny zabieg dramaturgiczny. Wystudzone otwarcie, pełne preparowanych fraz, faza arktycznych podmuchów i wichrów, post-rytmiczny dygot i krótka, gęsta od dźwięków kulminacja. Potem muzycy zanurzają się w otchłani ciszy, szepczą, wznoszą ciche modlitwy, ale nie wracają już na wojowniczą ścieżkę ekspresji. Cedzą minimalistyczne dźwięki, medytują, głęboko oddychają aż po kres tej niezwykłej podróży.

 

Okuda/ Müller/Hall ³√ (Unit Records/Zeta Edition, CD 2026). Rieko Okuda – fortepian, Matthias Müller – puzon oraz Samuel Hall – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Morphine Raum, Berlin, marzec 2024. Pięć części, 40 minut.



 

wtorek, 23 czerwca 2026

Susana Santos Silva & Vasco Trilla in Mu and Shin!


Susana Santos Silva i Vasco Trilla spotkali się pewnego jesiennego wieczoru w Barcelonie i postanowili pomuzykować. Ona przyniosła trąbkę i być może garść dodatkowych przedmiotów (tu nie mamy pewności), on swój bazowy small drum kit i zapewne słynną, magiczną walizkę z urządzeniami do wydawania dziwnych dźwięków.

Okoliczności studyjne miejsca zwanego La Isla dawały im pełne spektrum brzmieniowych możliwości. Oni wszakże wybrali aurę tajemniczości, szorstkiego, matowego sounds i fundamentalną wolę zaprzeczenia temu, co w warstwie fonicznej może przynieść zetknięcie prostego instrumentu dętego blaszanego oraz armii przedmiotów i obiektów post-perkusjonalnych.

 


 

Susana i Vasco formują swój dramat w dwóch prawie dwudziestominutowych aktach. Oba mają formę dronowych strumieniu multifonii, w strukturze których nie zawsze jesteśmy w stanie odseparować frazy trąbki od tego, co pichci perkusjonalista. Początek pierwszego aktu lepi się z szumów i szmerów, które powstawać mogą zarówno na werblu, jak pod naciskiem wentyli. Struga fonii jest tu jednym, żyworodnym stworem, który kąsa każdą frazą. Całość jest mroczna, ale niekiedy dość oniryczna, budowana z majestatem celebracji każdego oddechu. Z czasem akcje trąbki stają się odrobinę bardziej linearne i płyną nad powłoką multi-percussion. W połowie utworu muzycy sugerują nowe wątki. Jest szczypta dętej melodii, słyszymy też coś, co brzmi jak cytra. Finałowa faza pierwszej improwizacja grana jest na wielkim wydechu, zawiera też drobne, solowe interludium Susany, skomentowane głęboko matowym, dochodzącym wprost z piwnicy small drummingiem. Na ostatniej prostej wieją wielkie wiatry, zarówno z trąbki, jak i zapewne gumowej rurki przytkniętej do glazury werbla.

Aura otwarcia drugiej improwizacji wydaje się cokolwiek nerwowa. Trąbka prycha, werbel drży pod naciskiem łokcia, szumi wiatr, a okolica zdaje się być nieprzychylna romantycznym spacerom po zmroku. Wszystko trzeszczy, bulgocze, terkocze i stuka. Wokół wiją się strumienie śpiewnego rezonansu. W tym zaskakującym, niemal industrialnym tyglu zdarzeń słyszymy nagle dźwięk fletu. Ale to pewnie złudzenie foniczne. W środkowej fazie improwizacja zdaje się kołysać od progu ciszy do przednówka hałasu. Muzycy głęboko oddychają, dobywają dźwięki niczym z głębin afrykańskiego buszu. Tymczasem Vasco realizuje krótki rytuał wyniesienia, a Susana po chwili odpoczynku inauguruje strugę trębackich preparacji. Opowieść nabiera teraz bardziej zwartej formy –  akcji trąbki towarzyszy ekspozycja drummingowa. Emocje rosną, do gry wchodzą robaczki tańczące na werblu, a tembr trąbki unosi się coraz wyżej. Po efektownej, niemal hydraulicznej kulminacji improwizacja przygasa zdobiona piękną, pożegnalną melodią blaszaka i tajemniczym, onirycznym tłem przypominającym brzmienie instrumentu klawiszowego nasyconego odrobiną prądu.

 

Susana Santos Silva & Vasco Trilla Mushin (Defkaz Records, LP 2026). Susana Santos Silva - trąbka oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Nagrane w La Isla, Barcelona, wrzesień 2024. Dwie improwizacje, 39 minut.



 

piątek, 19 czerwca 2026

Laurent Güdel sustained in State Music!


Szwajcarski Insub Records dostarcza nam nieustannie intrygujących, muzycznych i około muzycznych doznań. Z pespektywy łamów zaprawionych w eksploracji muzyki improwizowanej często wychodzić musimy z tzw. strefy komfortu i nurzać się w odmętach dźwięków uporządkowanych kompozycji, skrojonych niekiedy konstytucyjnym minimalizmem lub nietypowym zestawem instrumentalnym. Ale jesteśmy twardzi, nieustępliwi i coraz chętniej sięgamy pod dokonania artystów związanych z labelem, silnie ukorzenione w komponowanej muzyce współczesnej.

Dziś zapraszamy na rodzaj wycieczki po starych studiach nagraniowych, tych eksperymentalnych, nastawionych na muzykę elektroakustyczną. Nie będziemy w słynnym polskim Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia, ale odwiedzimy podobne miejsca w Szwecji, Holandii, Grecji i Stanach Zjednoczonych. Przed nami sześć rozbudowanych kompozycji, pomieszczonych na trzech winylowych krążkach, wykonanych na instrumentach lub urządzeniach elektronicznych (rzecz można … instrumentach z epoki). Autorem albumu jest Laurent Güdel, który z jednej strony zdaje się wcielać w role kustosza, który oprowadza nas po muzeum, z drugiej strony sprawia wrażenie dziecka, które cieszy się, bo raz za razem napotyka na coraz ciekawsze zabawki. Elektroniczne i elektroakustyczne brzmienia towarzyszą nam przez prawie 90 minut, nie nużą choćby przez moment, są dobrze udramatyzowane, a ilość ciekawych dźwięków rośnie tu w tempie geometrycznym, powodując, iż obcowanie ze State Music wydaje się definitywnie czasem udanie spożytkowanym.

  


Na dobry początek instrument (urządzenie?) zwane Buchla w wersji 100 i 200. Toniemy w filigranowych, mrocznych frazach, gęsto usianych w strudze analogowej elektroniki. Od onirycznych pulsacji, przez szmery i syntezatorowe plamy, po wyjątkowo matowo brzmiące medytacje z odrobiną głęboko skrywanej melodii. W kolejnym utworze w użyciu jest serge modular system, generujący elektroakustyczne, drobne fonie płożące się po gęstej, mrocznej fakturze wypełniającego tło ambientu. Rodzaj pajęczyny dźwięków, niekiedy niepokojącej, innym razem migotliwej i na swój sposób kojącej.

W kolejnej opowieści muzyk określa swoje narzędzie pracy jako analog test & measurement equipment. Znów wątkiem głównym jest mroczny ambient i delikatne, filigranowe zdobienia, pulsujące i dodatkowo chwytające niepostrzeżenie drobiny rytmu. Ten fragment albumu ma też nerwową, bardziej emocjonalną fazę, spuentowaną plejadą urokliwych, elektroakustycznych usterek. W dwóch kolejnych kompozycjach w roli wiodącej występuje syntezator EMS Synthi 100, najpierw posadowiony na ziemi greckiej, potem wschodnio-amerykańskiej. Pierwszy z tych występów brzmi z jednej strony bardzo akustycznie, z drugiej minimalistycznie, ale bardziej syntetycznie, pozostając w intrygującym, zawieszonym w czasie klimacie wczesnych nagrań Eliane Radigue. To rodzaj medytującej repetycji. Drugi występ syntezatora EMS jest dla odmiany zgrzytliwy, napastliwy, wszystko w nim bulgocze i nasycone jest niespotykaną na tym albumie ekspresją. Wystudzony, ambientowy finał zdaje się komentować zbytek tych emocji. Ostatnia kompozycja skonstruowana jest przy użyciu urządzenia, które z jednej strony jest rezonatorem, z drugiej anteną, która ściąga dźwięki otoczenia. I rzeczywiście wydaje się, że spędzamy czas na nowojorskiej ulicy i zasłuchujemy się w jej brzmieniach. Ale to nie hałas, to raczej kontemplacja życia zastygłej cywilizacji.

 

Laurent Güdel State music (Insub.Records, 3LP 2026). Laurent Güdel – różne instrumenty i urządzenia elektryczne. Nagrane w latach 2019-2023 w Sztokholmie, Den Bosch, Atenach i Nowym Jorku. Sześć utworów, 87 minut.




wtorek, 16 czerwca 2026

Mayas & Denley on 19 January 2025!


Artystyczne losy niemieckiej pianistki Magdy Mayas oraz australijskiego saksofonisty i flecisty Jima Denleya śledzimy na tych łamach od zarania dziejów. I to zarówno w działaniach wspólnym, jak i tych osobnych. Jako duet Magda i Jim pracują razem od kilkunastu lat, znamy doskonale ich obie płyty wydane w nowojorskim Relative Pitch. Choć miejsca ich stałych rezydencji dzielą tysiące kilometrów, gdy tylko spotykają się, natychmiast wspólnie muzykują.

Przed nami ich spotkanie ze stycznia ubiegłego roku, które dostarcza - jedynie w wersji digitalnej – wydawnictwo Red Raw z Australii. Koncert trwa niewiele ponad dwa kwadranse, warto zatem skupić się nad każdym dźwiękiem.

  


Początek koncertu tworzą skromne, ledwie uformowane frazy matowo brzmiącego klawinetu i podmuchy z tuby dęciaka, doposażone klekotem dysz. Dźwięki lepią się do siebie jak małe stwory w tańcu godowym. Całość zdaje się mieć delikatny posmak ethno, jakby muzycy odbywali spacer po złowrogim lesie, za każdym drzewem którego czai się niespodzianka.

Ich opowieść od czasu do czasu nabiera pewnej intensywności, bywa wszakże równie często minimalistyczna, post-melodyjna, a nawet medytacyjna. Sporo dźwięków wydaje się bardzo tajemniczych, jakbyśmy nie do końca znali pełne instrumentarium Magdy i Jima. Trochę brakuje nam przekazu wizyjnego z ich koncertu. Niekiedy artyści toczą się niemal tanecznym krokiem, szukają melodii i marzą o dalekich podróżach. Magda w przestrzeni inside piano budzi niepokój, jest w stanie odnaleźć każdy dźwięk, z kolei na klawiaturze snuje martwe melodie, które ewokują egzystencjalne refleksje. Jim zdaje się pracować niekiedy na kilku instrumentach jednocześnie, a frazy saksofonu i fletu zlewają się w jedną tajemniczą strugę fonii.

W połowie koncertu Magda podaje melodię z klawiatury, a Jim tańczy wokół niej, niczym groźny wąż boa i śle pociągłe, nisko osadzone drony. Gdy Magda preparuje struny, Jim staje na palcach i kompulsywnie podryguje. Po dwudziestej minucie następuję antrakt fonii osadzonych wyjątkowo blisko ciszy. Najpiękniejszy moment koncertu skutkuje niespodziewanie dużą dawką emocji – klawinet zaczyna tańczyć, a flet kłębić się w konwulsjach. Chwilę potem Magda przechodzi w stan lewitacji, z kolei Jim pomrukuje niczym groźny zwierz.

Zakończenie koncertu tkane jest z drobiazgów, okazjonalnie dość melodyjnych, bardzo filigranowych. Jakby muzycy odnajdywali ulubioną melodię z dzieciństwa.

 

Magda Mayas & Jim Denley 19 January 2025 (Red Raw, DL 2026). Magda Mayas – fortepian preparowany, klawinet oraz Jim Denley – flet, saksofon. Nagrane na żywo w Australii (?), styczeń 2025. Jedna improwizacja, 32 minut.



 

piątek, 12 czerwca 2026

The June’ Round-up: Amado! Transition Unit! Xatarata! Westgaard & Maneri! Sonic Waves! Bagnasco! Safiullin! Devereaux! Kaučič & Cigana!


Najwyższy czas rozpętać czerwcową zbiorówkę recenzji! W tyglu ognistych recenzji równie groźnych improwizacji odnajdziecie dziewięć nowych albumów, jak zawsze z całego świata!

Zaczynamy bardzo jazzowo, po portugalsku - dwa konkretne ciosy nie bez udziału gości zagranicznych. A w dalszej kolejności - krakowski baryton zanurzony w latynoamerykańskiej elektronice, dwa wątki skandynawskie, pierwszy kameralny, drugi dronowo-ambientowy, spora garść gitarowych eksperymentów z różnych zakątków globu - akustycznych, elektrycznych, a nawet nieco bardziej hałaśliwych, bo z domieszką krwi japońskiej, wreszcie na finał tańce perkusjonalne z bliskiego południa Europy, co by ukoić nasze zszargane nerwy.

Zapraszamy do nieba i piekła muzyki improwizowanej!

  


Rodrigo Amado/ Joe McPhee/ Kent Kessler/ Chris Corsano Wailers (European Echoes Archive Series, CD 2026)

Namouche Studios, Lizbona, październik 2019: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy i altowy, bird water whistle (kanał lewy), Joe McPhee – saksofon tenorowy (kanał prawy), Kent Kessler – kontrabas oraz Chris Corsano – perkusja. Sześć utworów, 49 minut.

Kwartet This Is Our Language, który konsumuje wymienione w tytule recenzji nazwiska czterech wybitnych postaci sceny free jazzowej, to jedno z najciekawszych zjawisk gatunku drugiej dekady bieżącego millenium. Z racji wieku jednego z nich nie jest już aktywną formacją, szczęśliwie Amado, główny organizator tego przedsięwzięcia, doszukał się w swoich archiwach niepublikowanej wcześniej sesji kwartetu, jak miała miejsce siedem lat temu w najbardziej znanym lizbońskim studiu nagraniowym.

Na krążku odnajdujemy sześć utworów, które trwają od sześciu do dziesięciu minut. Klamrą nagrania jest dynamiczne, kwartetowe otwarcie z uroczymi dialogami tenorzystów i takież zakończenie z nutą aylerowskiej melodyki. W utworach pomiędzy formacja bardzo często rozbija się na tria w konwencji tenor plus sekcja rytmu, a utwór czwarty grany jest wyłącznie przez Amado, Kesslera i Corsano. Tu Portugalczyk inauguruje improwizację na gwizdku, a soczyste expo prezentuje wyjątkowo na saksofonie altowym. Co by się wszakże nie działo pod sklepieniem studia nagraniowego, jakość narracji i poszczególnych improwizacji budzić winna respekt każdego fana free jazzowych, ognistych przebieżek. Szczególnie dobrze udramatyzowany jest odcinek piąty. Otwiera McPhee, dołączą Corsano, potem szybka kontra Amado z Kesslerem na smyczku. W połowie ekspozycji intrygujące solo perkusisty, a potem wystudzony, prawdziwie kameralny finał osnuty wokół smutnej melodii.

  


Transition Unit Sheets of Sound (Phonogram Unit, DL 2026)

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, Belgia, grudzień 2024: José Lencastre – saksofon altowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Dirk Serries - archtop guitar. Siedem improwizacji, 39 minut.

Portugalskie trio z nazwą własną powraca albumem, który zdaje się być nakierowany na publiczność kształconą w historii jazzu i swingu, nie koniecznie zaś w paradygmatach swobodnej improwizacji nasyconej adekwatną dawką ekspresji. Mimo wielkiego szacunku dla dokonań tych artystów, nie możemy zataić faktu, iż nowy album Transition Unit zanudził grono redakcyjne niemal do bólu.

Pierwsza improwizacja sadowi się w okolicach wystudzonej kameralistyki, dla odmiany ta druga sięga po atrybuty jazzu i nie boi się delikatnie swingować. Artyści dobrze czują się w estetyce leniwej ballady, a w trzecim utworze wręcz chłoną medytujący charakter całej narracji. Pod koniec tej odsłony albumu, a także w kolejnej muzycy przypominają sobie, że dobre tempo i ekspresja frazowania potrafią służyć każdej opowieści. Niestety dwie kolejne improwizacje tego nie potwierdzają. Album wieńczy najdłuższa, ponad 8-minutowa historia, która stawia na minimalizm, nawet post-klasycyzm, ale przewrotnie niesie w sobie dużo jakości zaszytej w nerwie trwogi, jaka zdaje się drążyć ten wątek płyty.

 


Xatarata Kiss and Drum (Antenna Non Grata, LP 2026)

DTS Studio, Kraków, grudzień 2022: Paulina Owczarek – saksofon barytonowy oraz Federico Reuben - laptop/ live coding. Jedenaście utworów, 40 minut.

Improwizowane spotkania instrumentu dętego i elektroniki, to zjawiska występujące from time to time w ekosystemie gatunku. Ten duet, to jednak sytuacja wyjątkowa – z jednej strony moc saksofonu barytonowego, z drugiej nieograniczony świat elektroniki, tu generowanej z poziomu akademickiego, zarówno z racji naukowych proweniencji artysty, jak i zastosowanych metod badawczych (kodowanie, live processing, systemy interaktywne i algorytmiczne etc.). Zwał, jak zwał Xatarata, to produkt osobny.

Jak już dojdziemy do tego, która strona winyla jest pierwsza, a która druga, zagłębiamy się w jedenastu krótkich formach improwizowanych, trwających od trzech do sześciu minut. Każda z nich ma swoją dynamikę, narracyjną szorstkość, ale też dziką niekiedy taneczność i fikuśnie pokręconą melodykę. To rodzaj intensywnego spaceru po zgliszczach tradycyjnych narracji. Owczarek buduje melodie, czasami krzyczy, preparuje instrument, a gdy trzeba śpiewa niczym pijany słowik na pierwszej randce. Ze strony Reubena mamy stan permanentnej zmiany. Jest drum’n’bassowy rytm, są krótkie strzały spod ramienia, post-perkusjonalne erupcje, wreszcie niekończące się drobne frazy układające się w jakże logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Muzyk nie wkracza do jaskini hałasu, ale jest obecny na każdym etapie tej muzycznej łamigłówki. Paulina i Federico grają razem od lat i wbrew teoriom klasyków ich kolektywne improwizacje ciągle zyskują na jakości, a poziom interakcji osiąga kosmiczny poziom.

  


Hein Westgaard & Mat Maneri Chamber (Gotta Let It Out, LP 2025)

Kopenhaga, lipiec 2024: Hein Westgaard – gitara elektryczna (1-4), akustyczna (5-7) oraz Mat Maneri – altówka. Siedem improwizacji, 58 min.

W naszej dzisiejszej opowieści czas na kameralne wystudzenie. Znamienity nowojorski altowiolinista Mat Maneri lubi improwizować w Europie, a zwłaszcza w Danii pod sztandarami Gotta Let It Out, labelu prowadzonego przez Tomo Jacobsona. Tu dobieramy go do pary z duńskim gitarzystą Heinem Westgaardem, którego inne nagranie opisywaliśmy nie dalej, jak w majowej zbiorówce.

Album zwie się po prostu Chamber i zdaje się, że trudno o bardziej adekwatną nazwę. Jego początek obiecuje bardzo wiele – frazy szarpane ze strun i wyskubywane z samego dna pudeł rezonansowych lepią się w post-melodyjne, niekiedy rzewne opowieści z drobną kulminacją pod koniec utworu. W kolejnych odsłonach albumu króluje tytułowa kameralistyka, emocje trzymane są na uwięzi i nie brakuje fraz niemal klasycznych, które świetnie sprawdziłyby się na urodzinowym przyjęciu znanej persony lokalnej socjety. Szczęśliwie w dwóch ostatnich utworach muzycy odnajdują w sobie więcej energii, woli życia, wchodzą w ciekawsze interakcje, nawet w trakcie finałowej, dogorywającej pieśni niesionej szumem otaczającego świata.

  


Nils Wohlrabe/ Karin Johansson/ Hasse Westling Sonic Waves (Outer Disk, CD 2026)

Elementstudion, Gothenburg, czas nieznany: Nils Wohlrabe – gitara, elektronika, Karin Johansson – fortepian, także preparowany, toy piano oraz Hasse Westling – kontrabas. Pięć utworów, 46 minut.

Pozostajemy w Skandynawii, kierujemy się na północ i dość radykalnie zmieniamy estetykę. Przed nami mroczna przygoda dziergana dark ambientową gitarą podrasowaną elektroniką, preparowanym na ogół fortepianem i kontrabasem traktowanym w skończonej liczbie przypadków smyczkiem. Opowieść jest więcej niż smakowita, ujmująco trzyma klimat pozornie rozmarzonej, ale bardzo groźnej eskapady. Miewa drobne chwile słabości, gdy piano i kontrabas szukają jazzu. Szczęśliwie dość szybko porzucają ten mętny trop.

Szum szorstkiego ambientu, dron basu i hałaśliwe niekiedy akcje inside piano tworzą gęstą, mulistą narrację, która udanie inicjuje album. W kolejnej części pojawiają się rezonujące frazy, które lepią się do świergoczącej, filigranowej elektroniki. Na strunach piana odbywają się rytualne tańce, które zostają spuentowane dźwiękami wprost z klawiatury, ale umoczonymi w gęstym pogłosie. W części trzeciej anonsowane próby jazzowego frazowania, które mroczne, ambientowe tło dusi w zarodku. Część kolejna jest bardzo intensywna, przypomina kołowanie śmigłowca nad wojenną pożogą. Trzy instrumenty budują tu wyjątkowo jednorodną strugę złych mocy. Sam finał płyty jest odrobinę delikatniejszy. Frazy gitary są wyjątkowo lekkie, słyszymy także akustyczne dźwięki, dla których nie jesteśmy w stanie wskazać źródła pochodzenia. Pianistka zaczyna wewnątrz, kończy na zewnątrz, kontrabasista snuje mięsiste preparacje, a gitarzysta tonie w błękitnym ambiencie.

  


Luciano Bagnasco Momentos en el absurdo (dForma_discos, DL 2026)

Argentyna, luty 2026: Luciano Bagnasco – gitara akustyczna. Trzy improwizacje, 30 minut.

Dokonania tego argentyńskiego gitarzysty śledzimy na bieżąco, wiemy zatem, iż onegdaj preferował on raczej gitarowe szaleństwa skąpane w dużej dawce prądu, a od pewnego czasu bliżej mu do suchych, preparowanych brzmień akustycznych. I taka jest też jego najnowsza solowa płyta. Jedna długa i dwie krótkie improwizacje, a w nich moc kreacji i improwizowanego piękna.  

Pierwsza odsłona albumu trwa prawie siedemnaście minut i mamy w niej wszystko – od niemal post-klasycznego otwarcia, przez fazę abstrakcyjnego impro, po wielowątkowe preparacje, gdy obcierki na pudle rezonansowym aż śpiewają. Muzyk brnie tu od szczegółu do ogółu, a galopada na finał dowodzi nie tylko wspaniałej kreatywności, ale także niemal wirtuozerskich umiejętności technicznych. W drugiej części, ledwie czterominutowej, muzyk zgłębia tajniki gitarowej ballady, której enigmatyczność i matowe brzmienie przypominają chill-outowe akcje Dereka Baileya. Ostatnia historia pachnie tumanami kurzu z westernowych historii kowbojskich. Od delikatnych flażoletów, przez taniec upstrzony drobnymi ornamentami, realizowanymi także na sporej dynamice, po puentę, która wraca do metod artykulacji zapoczątkowanych na starcie improwizacji.

  


Salavat Safiullin Step By Step (Extra Notes, DL 2026)

Miejsce nieznane, 2023: Salavat Safiullin – gitary elektryczne, elektronika, samplery, syntezatory. Jeden utwór, 33 minuty.

Tym razem na dźwiękowej wokandzie stawiamy dwie gitary elektryczne, dwa samplery i sporą garść kabli. Za ich sterami ledwie jeden artysta. Jego mroczna, dronowa, definitywnie niebanalna opowieść trwa niewiele ponad dwa kwadranse, choć śmiało mogłaby sycić naszą potrzebę fonicznego niepokoju dalece dłużej i nic nie straciłaby na atrakcyjności.

Na starcie nagrania wita nas elektroakustyczny dron, który migocze na skraju długiego tunelu. Narrację stanowią tu dwa, nawet trzy wątki, które wzajemnie się uzupełniają. Pulsacje, drobne zgrzyty i usterki, wreszcie mroczne plamy czegoś zdecydowanie nieprzyjaznego z odrobiną zdewastowanej melodyki. Opowieść nie ma płycizn, nie eskaluje też do poziomu hałasu. Sączy się, jak krew z głębokiej rany. W połowie na dłuższą chwilę przepoczwarza się w stojący, migotliwy dron. Ważnym wydarzeniem dramaturgicznym drugiej części albumu jest pojawienie się elektrycznego smyczka, który drażni glazurę gitarowego gryfu. Po fazie elektronicznych pulsacji narracja sięga po mroczny ambient, a w swej schyłkowej fazie zdobiona jest akustycznym dźwiękiem szorowanych strun.

  


Max Devereaux, hayashipooo & nameBYnames Live at Environmentog, Osaka – 04.10.2024 (New Wave of Jazz, DL 2026)

Environmentog, Osaka, październik 2024: Max Devereaux – gitara elektryczna, przetworniki, efekty, radio, hayashipooo – elektronika, głos oraz nameBYnames – elektronika, wizualizacje. Dwa utwory, 38 minut.

Dalece nietypowe nagranie, jak na estetykę oraz gatunkowe i personalne konotacje labelu Dirka Serriesa. Pewien amerykański gitarzysta oprzyrządowany w dodatkowe, elektryczne i elektroakustyczne akcesoria w towarzystwie dwóch japońskich elektroników pod pseudonimami koncertuje w tamtejszej Osace. Nie jest to album, które zostanie z nami na dłużej, ale jak ktoś lubi gitarę uwikłaną w duże porcje prądu i kabli, tudzież elektronikę, która podsyła akcenty rytmiczne i post-rytmiczne, ten jest w domu i czeka go należna porcja przyjemności z odsłuchu.

Nagranie składa się z dwóch kilkunastominutowych improwizacji, ale zdaje się, że w formule na żywo stanowiły one jedną ścieżkę. Pierwsza z nich wydaje się ciekawsza w fazie początkowej, szytej okruchami ledwie co inicjowanych akcji, szmerami, odgłosami otoczenia i mikro slajsami delikatnie pijanej gitary. Potem improwizacja wchodzi w stadium rytmiczne, a do obrazu całości dokładają się wszyscy uczestnicy spektaklu. W trakcie drugiej części koncertu muzycy nade wszystko szukają potencjalnych źródeł hałasu. W opowieści mniej jest rytmu, więcej metalicznych zgrzytów, elektronicznych usterek i gitarowych zapętleń. Klimat dubowy miesza się tu z post-rockowymi implozjami gitarzysty. Finałem jest pełna zgoda osiągnięta w chmurze urokliwego zgiełku.

  


Zlatko Kaučič & Francesco Cigana Kako Klicati Zmaja (Dissipatio, CD 2026)

Circolo Nadir, Padwa, styczeń 2023: Zlatko Kaučič i Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty. Dziesięć improwizacji, 48 minut.

Na finał naszej zbiorówki perkusjonalne łaskotki! Słoweńsko-włoski szczyt perkusyjno-perkusjonalny, w trakcie którego muzycy korzystają z podobnego arsenału artystycznych środków wyrazu. Dbają o perfekcyjne brzmienie, budują spójną, duetową opowieść z rozwagą i zachowaniem narracyjnego umiaru. Przez pół albumu sycą nasze uszy drobiazgami i dramaturgicznymi detalami, czyniąc swoisty rytuał pojednania. W drugiej części przepoczwarzają się w bystrych drummerów, którzy znów wspólnymi siłami sięgają po afrykańską polirytmię, a nawet rockową ekspresję. Stuprocentowy chill-out dla wymagających.

Perkusjonalny rytuał rozpoczyna się od pojedynczych uderzeń w metalicznie brzmiące akcesoria perkusjonalne. Toczy się gra na małe pola, w pełnej symbiozie dramaturgicznej. Czasami tyka zegar, czasami zaśpiewa ptak. Delikatnie rezonujące talerze, subtelnie drżące werble, filigranowe tańce po krawędziach. W piątej odsłonie artyści zaczynają stawiać na drumming i w kolejnych epizodach będą ów trend kontynuować i rozwijać. Ostatnie trzy opowieści, to już swobodny taniec, z rytmem i melodią, którą sami nucimy pod groove dostarczany przez obu. Szukamy afrykańskich korzeni, nie zapominamy o spuściźnie rockowego bębnienia. Kres osiągamy przy pełnej akceptacji i ponadgatunkowej refleksji.




 

wtorek, 9 czerwca 2026

Wilkinson, Doskocz & Lisle and Fire in POZnań!


Poznańskie, jakże spontaniczne akcje improwizowane przyczyniły się w ostatnich latach do powstania niejednego międzynarodowego składu, który uroczo pożenił krajową moc twórczą z jej zagranicznym odpowiednikiem.

Oto kolejny przykład. Na kasecie wydanej w dalekiej Irlandii odnajdujemy dwóch pełnokrwistych londyńczyków - saksofonistę i klarnecistę Alana Wilkinsona i perkusistę Andrew Lisle’a oraz polskiego gitarzystę Pawła Doskocza. Tych dwóch ostatnich śmiało mogłoby być synami tego pierwszego, ale czy wiek w soczystej, free jazzowej improwizacji ma jakiekolwiek znaczenie?

Ich drogi zbiegły się zimą dwa lata temu, zaowocowały intrygującą trasą koncertową po Polsce, a fonograficznie dokumentują się nagraniem powstałym w trakcie ich pierwszego wspólnego koncertu - oczywiście w Poznaniu, oczywiście w Dragon Social Club, pod jak zawsze ognistymi sztandarami cyklu koncertowego Spontaneous Live Series.

  


Koncert składa się z dwóch długich, zdecydowanie ponad dwudziestominutowych improwizacji i jednej krótszej, niespełna dziesięciominutowej, umieszczonej na wydawnictwie pomiędzy tymi dłuższymi.

Muzycy rozpoczynają spektakl bez inicjacyjnych ceregieli. Ostro, kolektywnie z bystrym free jazzowym przesłaniem. W tej fazie nagrania podobać się może szczególnie koherentność brzmienia gitary i altu, która unaocznia się w strefie fraz wysokich. Z kolei perkusja trzyma kontakt z podłożem, buduje groove i sprawia, że całość gna do przodu z odpowiednią asekuracją. Już po pięciu minutach opowieść studzi się i przez kilka chwil dryfuje niesiona gitarowymi flażoletami, tworząc rodzaj psycho-ballady z dźwiękami preparowanymi, a także odgłosami z gardła saksofonisty. W stadium kolejnej galopady trio wchodzi po mniej więcej dwunastu minutach – kocie ruchy perkusji, free jazz dęciaka i rockowy temperament gitary lepią się w bardzo ekspresyjną strugę fonii. Po drobnym przesileniu narracja przepoczwarza się w duet sax & drums, a potem na krótką chwilę w plamę gitarowego ambientu. Na ostatnie kilka minut pierwszej odsłony na scenie pojawia się klarnet basowy, który daje dodatkowy impakt muzycznym pomysłom całej trojki. Najpierw groźnie mruczy, a potem zabiera wszystkich na zionącą ogniem i siarką przebieżkę. Nim utwór ostatecznie przygaśnie dostajemy jeszcze smakowity duet klarnetu i gitary.

W drugiej części starszy z Anglików pozostaje przy nisko brzmiącym dęciaku. Medytuje, zachęca kolegów do interakcji. Opowieść najpierw przypomina kolejną inkarnację psycho-ballady, potem niesiona klarnetowym ogniem pokonuje istotne wzniesienie. Wieńczy swój los w oparach gitarowych preparacji.

Trzecia opowieść przez wiele minut toczy się w mrocznych odmętach klarnetowej tuby, dark ambientowej gitary i rezonujących talerzy perkusyjnych. W stadium bardziej intensywne wprowadza trio akcja perkusisty, dodatkowo podkreślona ekspresją gitarzysty. Przez moment narracja jest duetem, co starszy z Anglików wykorzystuje do zmiany instrumentu na saksofon altowy. Po kilku definitywnie radosnych podskokach Wilkinson dorzuca frazy gardłowe, które nie pozostawia bez echa zarówno Doskocz, jak i Lisle. Niedługo potem muzycy przechodzą do fazy wystudzonej finalizacji z kolejną tego wieczoru szczyptą gitarowej psychodelii, a także repetycji.

 

Wilkinson / Doskocz / Lisle Trio in POZ (Fort Evil Fruit, Kaseta 2026). Alan Wilkinson – saksofon altowy, klarnet basowy, Paweł Doskocz – gitara elektryczna oraz Andrew Lisle – perkusja. Nagrane w Dragon Social Club, Poznań w ramach cyklu Spontaneous Live Series, luty 2024. Trzy improwizacje, 60 minut.

 

 

piątek, 5 czerwca 2026

L'apport: Insub.7tet calls Sound the alarm!


Pod koniec kwietnia br. zaprezentowaliśmy na tych łamach cztery albumy szwajcarskiego wydawnictwa Insub Records, które celebrowały dwudziestolecie współpracy dwóch najważniejszych postaci tamtejszej sceny, czyli Cyrila Bondiego i d’incise’a. Z tej zacnej okazji artyści przypomnieli dawną nazwę własną swojego duetu, czyli Diatribes.

Muzycy każdą z płyt nazwali L'apport, a ich zawartość stanowiły skomponowane improwizacje kolejnych składów trzyosobowych. Dziś dostajemy coś w rodzaju dogrywki, co podkreśla także zbliżona grafika okładki płyty. Rzeczona kompozycja powraca, tym razem wykonują ją jednak zjednoczone moce kolektywu Insub, artyści, którzy zazwyczaj stanowią część wielkiej Insub Meta Orchestry. Dodajmy, iż przedsięwzięcie ma charakter charytatywny, a sam album zawiera skupioną, dobrze udramatyzowaną kompozycję wykonywaną przez septet złożony z dwóch instrumentów dętych, dwóch głosów, skrzypiec, harmonium i elektroniki. To tylko 35 minut, ale całe mnóstwo radości z odsłuchu. Bardzo zapraszamy!

  


W trakcie rzeczonych dwóch kwadransów i kilku minut septet zdaje się wykonywać zbliżoną sekwencję akcji dźwiękowych. Dęty, wysoko zawieszony śpiew, niżej osadzone głosy, martwe skrzypce i zastygła fraza harmonium, zapewne wspieranego elektroniką, tworzą rodzaj szkieletu narracyjnego, na którym zasadza się akcja, początkowo minimalistyczna, leniwa, wręcz medytacyjna, w dalszej fazie bardziej zwarta, żwawa, niekiedy nasycona znaczącymi porcjami emocji. Co 7-8 minut muzycy zatrzymują się na kilka chwil, pogrążają się w ciszy, wyznaczając tym samym cztery akty wyrazistego, niekiedy mrocznego dramatu.

W pierwszym cyklu życia kompozycji intrygują frazy grane jakby niechcąco unisono, zazwyczaj z udziałem skrzypiec, saksofonu sopranowego i jednego z głosów. Wszystko zdaje się być pod pełną kontrolą muzyków, ich frazy są w skończonej licznie przypadków zwarte, ścisłe ze sobą skorelowane, bywa wszakże, że rozpływają się szerszym korytem. Najpiękniejsze chwile, to prawdopodobnie te, gdy septet zwiera szyk i wydaje z siebie głębokie, dronowe westchnienia. Aż do końca pierwszej ćwiartki stałym elementem gry zdaje się być jedynie plama harmonium.

Po kilku chwilach szemranej ciszy w okolicach ósmej minuty, muzycy wracają do plecenia pajęczyny interakcji. Pozostają w stadium konceptualnej modlitwy, ale raz za razem któryś z ośrodków dźwiękowych sieje narracyjny ferment, najczęściej czyni to elektronika. Pod koniec drugiego aktu całość wydaje się już silnie rozśpiewana, rozedrgana, na swój sposób ludyczna i post-melodyjna.

W trzecim akcie septet kroczy jakby bardziej zdecydowanie. Harmonium frazuje teraz w trybie zmiennym, przypomina brzmieniem akordeon. Akcje zazębiają, ale wciąż wydaje się, że oglądamy tę samą, opowiadaną od lat historię, choć sam film pozbawiony jest obrazu.

Po trzeciej pauzie, która anonsuje akt czwarty dramatu, zjednoczone siły septetu widzą już jasno kierunek swojej podróży. Głośno śpiewają, ich flow syci się coraz większą dawką emocji. Z czasem wydechy stają się coraz dłuższe – harmonium i skrzypce drżą z emocji, głosy i dęciaki tonują je skrzętnie. Śmierć dramatu jest nagła, jakby ktoś odciął tę niewielką strugę prądu zmiennego, która trzymała przy życiu siedmioro zatrwożonych piechurów.

 

Insub.7tet L'apport: Sound the alarm (Insub Records, CD 2026). Antoine Läng – głos, Anouck Genthon – skrzypce, Christophe Berthet – saksofon sopranowy, Cyril Bondi – harmonium, kompozycja, d’incise – elektronika, kompozycja, Esther Vaucher – saksofon tenorowy, Natalie Peters – głos. Nagrane w Insub.studio, Genewa, Szwajcaria, grudzień 2025. Jeden utwór, 35 minut.

 

 

wtorek, 2 czerwca 2026

Albert Cirera & Wade Matthews know How The Rabbit Got Away!


Świetnie pamiętamy, iż kataloński saksofonista Albert Cirera szczególnie dobrze realizuje się w improwizowanych duetach. Jego seria „Chronicles” z poprzedniej dekady do dziś stanowi jedno z najbardziej wartościowych ujawnień free impro, jakie poznaliśmy w epoce post-millenialnej.

Z tym większą radością sięgamy po duet Alberta z elektroakustycznym mistykiem Wade’em Matthewsem. Sześć równie krwistych, jak ulotnych opowieści o metafizycznej kooperacji preparowanych saksofonowych tub i wielogatunkowych plam syntetyki przyprawionej porcją realnej akustyki.

  


Odcięty od dopływu powietrza saksofon sopranowy, osnuty post-ambientową kotarą, wije się po mulistym podłożu niczym wygłodniałe boa. Artyści trzymają nerwy na wodzy, nie eskalują poziomu dźwięku, mają szacunek dla ciszy i swoistego rodzaju kontemplacji. Frazy jednocześnie dygoczą i lewitują, nie przestają wszakże wchodzić w wyłącznie udane interakcje. Dęciak ciężko oddycha, elektroakustyka wydaje się bardziej żwawa, ma tysiące twarzy, ale nie przestaje być filigranowa. Pierwszą, trwającą prawie kwadrans opowieść wieńczy szum oceanu.

Kolejne historie trwają po siedem, osiem minut. Każda ma wyrafinowaną introdukcję, wielowątkowe rozwinięcie i zwinną finalizację, niepozbawioną figur retorycznych. Drugą improwizację otwierają mroczne, syntetyczne plamy, trzecią hydraulika saksofonowej tuby, kolejne zaś połączone siły intrygującej elektroniki i mechaniki maltretowanego instrumentu dętego. W części drugiej szczególnie urokliwa wydaje się faza imitowanego post-percussion, z kolei trzecia przypomina spacer po pogorzelisku. Czwarta opowieść, to zainscenizowana wizyta na oddziale intensywnej terapii, w trakcie migotania przedsionków. W piątej pojawia się dużo akcentów otaczającej przyrody - coś grzmi, woda leje się strumieniami, a taniec sopranu splata się tu z dźwiękami środowiskowej tajemniczości. Finałowa opowieść to rodzaj kołysanki z trupimi czaszkami w roli głównej. Wszystko zgrzyta zębami, w tubie saksofonu bulgoczą nieznane przedmioty, a niektóre frazy przypominają brzmienie wibrafonu. Na niespodziankę możemy tu liczyć do ostatniego dźwięku.

 

Albert Cirera & Wade Matthews How The Rabbit Got Away (Scatter Archive, DL 2026). Albert Cirera – saksofon sopranowy, tenorowy, preparacje oraz Wade Matthews - digital synthesis, field recordings. Nagrane w UnderPool Studio, Barcelona, listopad 2025. Sześć improwizacji, 50 minut.



 

piątek, 29 maja 2026

Jérémie Ternoy & Ça commence par la marche!


Czas na absolutną nowość francuskiego Circum-Disc, albowiem płyta, nad która się pochylamy ma światową premierę dokładnie dziś. Na wyimaginowanej scenie jedenastoosobowy ansambl pod zacnym kierunkiem kompozytora i pianisty Jérémie Ternoya wykonuje szalony marsz pod jakże intrygującym tytułem Wszystko zaczyna się od chodzenia.

W składzie formacji kwiat circumowej socjety, w tym wszyscy członkowie zacnego TOC, który kochamy od lat z powodu każdej płyty, czy koncertu. W ujęciu instrumentalnym - trzy dęciaki, kontrabas, gitara, dwie perkusje, trzy głosy wraz z perkusjonaliami i podwójna klawiatura, zarówno akustyczna, jak i być może elektryczna. Labelowe tagi podsuwają nam tropy gatunkowe - repetitive, minimal & trance. I trudno się z nimi nie zgodzić. To szalony marsz w równie szalonym rytmie, budowany niczym piramida, unerwiony jak kolejna inkarnacja Different Trains Steve’a Reicha, a nawet bardziej! Murowany kandydat do corocznej trybunowej listy powodów, dla których warto zapamiętać rok.

 


Album stanowi nieprzerwany ciąg dźwięków, separowany na kompaktowym dysku momentami zmian sposobu artykulacji, czy dochodzenia nowych instrumentów do strumienia narracji. Trzyminutowe otwarcie, to filigranowe, minimalistyczne i powtarzające się uderzenia w perkusyjne talerze i obręcze, pudło rezonansowe fortepianu, być może także struny kontrabasu. Wszyscy są tu w kompulsywnym rytmie od pierwszej frazy i pozostaną w nim do końca tej opowieści.

Elementem oznajmiającym start drugiej, prawie półgodzinnej części, są pojedyncze, rytmiczne uderzenia na klawiaturę fortepianu. Z czasem akcje piano i perkusjonalii zaczynają ulegać multiplikacji, a w tle ewokować matowy ambient, zapewne z gitary. Od dziesiątej minuty swoją cząstkę pulsującego rytmu generują też kontrabas i gitara, a po trzech kolejnych minutach instrumenty dęte. Jednocześnie aura całości robi się spektakularnie dubowa. Ansambl pełnię szczęścia osiąga jeszcze przed upływem dwudziestej minuty, gdy do gry wchodzą wysoko zawieszone wokale. Wszyscy wpadają w trans dzikiego tańca. Na czoło forsuje się dialog kontrabasu i euphonium, w tle swoje małe, afrykańskie melodyjki wygrywa saksofon. Wokół zaczyna tworzyć się delikatny, zaskakująco jazzowy anturaż.

Na początku trzeciej odsłony warstwa rytmiczna zostaje nieco przeformatowana. Tworzą ją teraz dwie masywnie pracujące perkusje, kwaśno brzmiące klawisze i sfuzzowana gitara. Z każdą upływającą minutą wataha dętych zdaje się płynąć coraz szerszym korytem. Całość nabiera defektywnie posmaku fussion. Odłamem najsilniej repetującym są teraz rozśpiewane wokale. W czwartej partii elementem dominującym wydają się basowe stemple. W piątej ansambl staje się już wielką, psychodeliczną orkiestrą, która powtarza frazy jak mantrę, tańczy i nic nie wskazuje na to, by kiedykolwiek przestała. Reich płonie w ogniu post-african fussion!

Ostatni odcinek tej sagi trwa niespełna cztery minuty i jest już samotną ekspozycją piana, które pozostaje na scenie w momencie, gdy reszta instrumentów i głosów milknie. Fortepianowy rytm rozlewa się coraz szerszym korytem, aż znajduje ujście – najpierw stygnie, potem umiera.

 

Jérémie Ternoy Ça commence par la marche (Circum-Disc, CD 2026). Jérémie Ternoy – fortepian, instrument klawiszowy, kompozycja, Nicolas Mahieux – kontrabas, Charles Duytschaever – perkusja, Ivann Cruz – gitara, Peter Orins – perkusja, Maryline Pruvost - głos, instrumenty perkusyjne, Kristof Hiriart - głos, instrumenty perkusyjne, Sarah Butruille - głos, instrumenty perkusyjne, Vianney Desplantes – euphonium, Christian Pruvost - trąbka, flugelhorn oraz Sakina Abdou – saksofon. Nagrane w Studio Gil Evans (Amiens) oraz Studio Ronchin, Francja. Opowieść w sześciu odcinkach, 50 minut.




wtorek, 26 maja 2026

Evan Parker & Joëlle Léandre during Long Bright Summer!


Życiu recenzenta towarzyszy wiele dylematów. Jednym z nich jest wątpliwość – wielokrotnie w tym miejscu artykułowana – czy nowe nagrania definitywnych legend muzyki improwizowanej wypada w ogóle komentować, a tym bardziej wystawiać jakiekolwiek cenzurki. Wiadomo, że nagrali tysiące wspaniałych albumów, zagrali miliony wstrząsających koncertów. Choćby z tej racji każdy dźwięk przez nich wydawany jesteśmy w stanie wyobrazić sobie jeszcze przed jego zaistnieniem.

Zauważmy wszakże, nie tylko z kronikarskiego obowiązku, iż Evan Parker i Joëlle Léandre wydali w roku ubiegłym nową płytę, która w ich przypadku – mimo, iż grywali razem setki razy – jest bodaj pierwszym zarejestrowanym albumem w duecie. Dodajmy, zdecydowanie udanym, która zabiera nas w podróż, którą świetnie znamy, ale która wciąż potrafi przynosić dużo radości. Choćby z powodu niemal telepatycznej komunikacji pomiędzy artystami. Zatem bez specjalnych ocen, czy uwag, zobaczmy/ posłuchajmy po prostu, co działo się w trakcie letniego koncertu, jaki miał miejsce we Francji prawie trzy lata temu.

 


Francuzka i Brytyjczyk postawili na zwartą opowieść w ośmiu odcinkach. Każdy z nich trwa mniej więcej od sześciu do ośmiu minut i zdaje się być zamkniętą formą. Parker używa swoich ulubionych saksofonów niemalże naprzemiennie, Léandre z kolei nie rozstaje się z kontrabasowym smyczkiem. Jeśli tylko potrafilibyśmy wyrzucić z finalnego miksu oklaski po każdym utworze, które delikatnie naruszają rytuał skupionego spektaklu, nasze szczęście nie miałoby granic.

Otwarcie koncertu jest dość kameralne, zaskakująco mroczne. Smyczek drży na strunach kontrabasu, saksofon tenorowy parska post-dźwiękami. Opowieść leniwie rozwija się, nabiera z czasem nawet tanecznego rytmu. W drugim utworze Evan sięga po sopran i snuje unikatowe melodie. Z kolei Joëlle preparuje instrument i definitywnie szuka zwady. I tu puentą jest drobna eskalacja. Kolejne utwory stawiają na minimalistyczne introdukcje, szyte na ogół strzępami fraz, czy dźwięków. Tenor raczy nas swoją obecnością w utworach nieparzystych, sopran w parzystych. Z czasem w każdej improwizacji zaczynają pojawiać się wystudzone inteludia, która stają się okazją do wzięcia głębszego oddechu, zapewne po obu stronach sceny. To, co najciekawsze muzycy serwują nam w szóstej i siódmej odsłonie. Wbrew regule, Parker dwa razy pod rząd sięga teraz po sopran, co więcej, w każdym przypadku buduje efektowną, cyrkulacyjną opowieść, która dynamizuje akcję dramatu w stopniu niespotykanym w trakcie poprzednich utworów. Finałowa improwizacja także przynosi nowy element. Jest  nim głos kontrabasistki, który prowadzi narrację w takim samym stopniu jak smyczek kontrabasu i saksofon tenorowy. Artyści nastawieni są zdecydowanie łobuzersko. Szarpią struny, znów oddychają cyrkulacyjnie. Nie podchodźcie do nich zbyt blisko!

 

Evan Parker & Joëlle Léandre Long Bright Summer (Rouge Art, CD 2025). Joëlle Léandre – kontrabas oraz Evan Parker – saksofon tenorowy, sopranowy. Nagrane w Le Chaix du domaine "Les Davids", Viens, Francja, sierpień 2023. Osiem improwizacji, 55 minut.

 

 

 

piątek, 22 maja 2026

The Relative Pitch’ fresh four: Warelis! Roberts & Brice! Quagmire & Bothen! Foster, Weber & Griener!


Cztery premiery w miesiącu to edytorski rytuał nowojorskiego The Relative Pitch Records. Na tych łamach, mimo usilnych starań całej jednoosobowej redakcji, nie dajemy rady opisać adekwatnymi słowami każdego wydawnictwa. Ale przynajmniej się staramy.

Dziś czas na trzy nowości majowe i jedną kwietniową. Przed nami duża porcja soczystego jazzu, zarówno komponowanego (Marta Warelis!), jak i swobodnie improwizowanego (uwaga szczególnie na Skandynawów!). Kilka znanych nazwisk, mnóstwo dobrego grania, a każdy album dostarczony w formie poręcznego dysku kompaktowego. Welcome bardzo gorąco!

  


Marta Warelis Still Life with Lemons

Bimhuis, Amsterdam, październik 2024: Marta Warelis – fortepian, syntezator, kompozycje, Ben LaMar Gay – trąbka, elektronika, Ab Baars – klarnet, saksofon tenorowy, Karen Ng – klarnet, saksofon altowy, Ingebrigt Håker Flaten – kontrabas oraz Frank Rosaly – perkusja, gongi. Sześć utworów, 49 minut.

Nasza ulubiona polska pianistka jest rezydentką amsterdamskiej sceny free jazz/ free impro od ponad dekady. Ale dopiero teraz zaprezentowała się jako band leaderka, kompozytorka, artystka, która wraz z piątką przyjaciół zagrała koncert firmowany jedynie swoim imieniem i nazwiskiem. Trzy instrumenty dęte incydentalnie inkrustowane elektroniką, kuta żelazem sekcja rytmu, wreszcie ona sama na fortepianie i syntezatorze. Opowieść w sześciu odcinkach warta każdej sekundy naszej wzmożonej uwagi.

Nagranie otwiera samotna, minimalistyczna ekspozycja Warelis na fortepianie, która zdaje się konsumować wszelkie walory jej twórczości w tym obszarze. Sekcja rytmu wchodzi do gry po trzech minutach, potem swoje dokładają radośnie i swobodnie usposobione dęciaki. Opowieść niesie basowy groove i wszechobecna melodia. Druga odsłona ma bardziej kameralny charakter, pojawia się smyczek i akcje inside piano. Trzecia silniej sytuuje się estetyce post-jazzu, a w momencie kulminacji godna jest miana fire music. W czwartym utworze otrzymujemy coś w rodzaju elektroakustycznej medytacji, w piątej zaś trzyminutowy dialog dwóch klarnetów. Album zamyka rozbudowana kompozycja inicjowana perkusjonaliami i inside piano, rozwijana smutną melodyką ballady, a finalizowana post-aylerowskim, free jazzowy tańcem, w wysokim, definitywnie bardziej optymistycznym locie.

  


Cath Roberts & Olie Brice Setpieces

s10c, SET Lewisham Retail Park, London, styczeń 2025: Cath Roberts – saksofon barytonowy i altowy oraz Olie Brice – kontrabas. Sześć, 37 minut.

Przed nami danie definitywnie pure jazzowe. Saksofon barytonowy do pary z kontrabasowym arco lub saksofon altowy z kontrabasowym pizzicato. Także drobna dawka wariantów mieszanych. Dwie świetnie nam znane postaci londyńskiej sceny jazzowej, tej szczególnie swobodnie improwizowanej. Bez specjalnych fajerwerków, z dbałością wszakże o odpowiednią dramaturgię i dobrą zabawę.

Jazzowy, zadziorny baryton w konfrontacji z kameralnie usposobionym, kontrabasowym smyczkiem otwiera album, a w części trzeciej zgrabnie go kontynuuje. Taki duet potrafi kąsać, a elementem dominującym bywa niespodziewanie drugi z instrumentów. Kolejna improwizacja baritone & arco wydaje się jeszcze ciekawsza, bardziej nasączona emocjami i zaskakująco melodyjna. W utworze drugim i piątym ma miejsce anonsowane spotkanie altu z jazzowym pizzicato. W tej konwencji angielski duet sprawie wrażenie mniej wyrazistego, bardziej przewidywalnego. W pozostałych dwóch odsłonach baryton zmaga się z szarpanym kontrabasem. Tu artyści generują jeszcze większą porcję melodii, szczególnie w tubie dużego dęciaka. Finałowa improwizacja jest balladą, w trakcie której barytonowe frazy na wdechu moszczą się na drgających strunach kontrabasu i kreują zaskakującą jakość.

 


Quagmire & Christer Bothén Rörane

Rörane Studio, Bottna, Szwecja, czas nieznany: Christer Bothén – klarnet basowy i kontrabasowy oraz Quagmire: Nina de Heney – kontrabas, Karin Johansson – fortepian, także preparowany, cytra oraz Henrik Wartel – perkusja. Pięć utworów, 38 minut.

Ten szwedzki impro meeting zdaje się przynosić największą w zestawie relatywnych nowości radość z odsłuchu. Preparowane piano i perkusjonalia, dużo dawka niskich, kontrabasowych częstotliwości, mroczne tło i zmysłowe westchnienia najcięższych odmian klarnetu. Śmiało wchodzimy do tej pieczary dźwięków i kompletnie nie mamy ochoty na drogę powrotną.

Pierwsza improwizacja trwa prawie dwadzieścia minut i definitywnie konstytuuje wartość artystyczną albumu. Pomruki klarnetu kontrabasowego, szorstkie plamy inside piano, matowy blask talerzy i dudniące struny kontrabasu lepią się w dron, nerwowo rozkołysany, incydentalnie unoszący się ku górze siłą narracji z fortepianowej klawiatury. W połowie nagrania improwizacja nabiera post-jazzowego, a potem kameralnego posmaku. I jeszcze wisienka na torcie – melodyjny dialog klarnetu i kontrabasowego smyczka w ramach wyrafinowanej puenty. O połowę krótsza druga improwizacja kontynuuje budowanie mrocznego, preparowanego post-ambientu. Całość drży, ale jest też doposażona w ulotną i zaskakującą dynamikę. Trzy kolejne odsłony albumu trwają po mniej więcej cztery minuty i stanowią kolejne dowody w sprawie. Dwa pierwsze utrzymane są w estetyce dronowej, ale wydają się jeszcze bardziej nerwowe – artyści dygoczą tu z zimna i trwogi (co udanie podkreśla brzmienie cytry). Ostatni utwór bardziej przypomina linearną, post-jazzową ekspozycję, z klarnetem basowym w roli wiodącej na etapie rozwinięcia i definitywnie samotnej (jakże minimalistycznej) na etapie finalizacji.

  


Michael Foster, Christian Weber, Michael Griener Selections from the Gutter

Alte Kita Schöneweide, Berlin, maj 2025: Michael Foster – saksofony, Christian Weber – kontrabas oraz Michael Griener – perkusja. Sześc utworów, 62 minuty.

Na zakończenie dzisiejszego przeglądu nowojorskich nowości czas na soczysty, swobodnie improwizowany jazz, któremu etykietę free przyszyć można bez ryzyka popełnienia błędu. Amerykański saksofonista w towarzystwie niemieckiego kontrabasisty i perkusisty (nazwiska świetne znane Czytelnikom tych łamów) snują sześć rozbudowanych opowieści, improwizując kolektywnie, stawiając dobro ogółu ponad partykularne interesy, niosąc dużą jakość niemal w każdej frazie. Wszystko tu świetnie trybi pod względem dramaturgicznym, może jedynie samo nagranie – biorąc pod uwagę jego intensywność – jest odrobinę zbyt długie.

Saksofonista najczęściej pokonuje tu drogę od szorstkiego, preparowanego otwarcia przez ekspozycję melodii, po niekiedy free jazzowy szczyt (jak choćby w czwartej, najbardziej intensywnej odsłonie). Kontrabasista z kolei sieje ferment niemal na każdym kroku. Frazuje jazzowym pizzicato, ale równie często sięga po smyczek czyniąc dużo dobrego zarówno w wymiarze kameralnym, jak i post-jazzowym. Jego styl gry znamionuje permanentna zmienność. Perkusista rzadziej wychodzi na front, ale zawsze jest na miejscu, świetnie trzyma flow, choć jego rola nie kończy się na budowaniu szkieletu drummingowego. Wyłączając trzecią, ledwie dwuminutową opowieść, wszystkie pozostałe to dramaty z intrygującą inauguracją, zwinnym rozwinięciem, post-kameralnym interludium i zmysłowym, niekiedy bardzo energetycznym zakończeniem. Na szczególną uwagę zasługuje piąta część, która początkowo szyta jest drobnym, niemal filigranowym ściegiem granym na wydechu, potem nabiera niezbędnego rozmachu, a spuentowana zostaje paradą selektywnych short-cuts.

 

 

 

wtorek, 19 maja 2026

Martin Küchen' Angles 11! Tell them it´s the sound of freedom!


Twórczość szwedzkiego saksofonisty Martina Küchena wydaje się miejscowić na dwóch, pozornie odległych od siebie biegunach. Z jednej strony swobodna improwizacja na saksofonie sopranowym i sopranino, na ogół w małych składach, najlepiej duetach, z drugiej jazzowa i free jazzowa kompozycja najchętniej uprawiana w wieloosobowych formacjach. Na potrzeby tej drugiej okoliczności powstała onegdaj orkiestra Angles, która w zależności od liczby uczestników danego spektaklu zostaje dodatkowo ocyfrowana.

Dziś przed nami edycja Angles 11, bo tyluż artystów uczestniczyło w nagraniu albumu Tell them it´s the sound of freedom. W ujęciu instrumentalnym mamy trzy perkusje, piano fendera, wibrafon, kontrabas, skrzypce pod drobnym prądem, dwie trąbki i dwa zestawy saksofonów. Na tapecie trzy rozbudowane, kilkunastominutowe kompozycje szefa stada, oparte na rytmie, melodii, swobodnej instrumentacji i pewnym oczywistym dla określonej grupy słuchaczy sznycie post-hipisowskim. Doskonałe nagranie, które zachęca do wspólnej zabawy, specyficznego tańca i fenomenalnie buduje nastrój na nadchodząca jesień.

 


Pierwsza opowieść toczy się w dość leniwym tempie. Łagodny kontrabas, rytmiczne uderzenia perkusji, fenderowskie, ciepłe brzmienie, dęte inkrustacje, w fazie rozwoju utworu wchodzące w intrygujące dialogi i wielogłosy. Całość przypomina wielki chór, który odprowadza na miejsce pochówku najlepszego przyjaciela, który opuścił ten padół ziemski ewidentnie z uśmiechem na twarzy. Temat kompozycji zdaje się być podawany w nieskończoność, faza solowych improwizacji (głównie basu i wibrafonu) jest dla odmiany krótka, adekwatna dramaturgicznie. Utwór ma też swoją kodę, która niesie smutek, udanie kontrapunktowany durową melodyką skrzypiec.

Druga opowieść śmiało mogłaby znaleźć się na ścieżce dźwiękowej remake’u słynnego klasyka filmowego Desperado. Latynoska rytmika, bogata, melodyjna aranżacja, huczna zabawa do zmroku do bladego świtu. Wszyscy tańczymy i śpiewamy, nikt nie podpiera ścian. Opowieść usiana jest intrygującymi interludiami – niekiedy to oniryczne, tudzież smutne westchnienia, innym razem dysonujące zwarcia piana, saksofonów i trąbek, tu pozbawione rytmicznej bazy. Dużo zgiełku, dramaturgicznych kontrapunktów, z ekspozycjami solowymi na ogół o charakter kolektywnym.

Początek finałowej kompozycji oddany zostaje trójce drummerskiej. Otwarcie jest dość minimalistyczne, pełne brzmieniowych smaczków i subtelnych preparacji. Na etapie rozwinięcia myśli kompozytorskiej tempo jest umiarkowane, a melodie zwarte, odrobinę czupurne. Rozwichrzona, bardzo swobodna podróż jedenastoosobowego ansamblu ma swoje niebanalne punkty zwrotne. Raz jest to solowa ekspozycja skrzypiec wsparta na wibrafonie, innym razem zaskakująca, swingująca wolta, która śmiało mogłaby zdobić kolejny odcinek przygód Ala Capone. Powrót do tematu, tuż po eksplozywnym antrakcie perkusji, porządkuje narrację, po czym wznieca kolejny ogień tańca. Zdaje się, że teraz każdy dęciak dokłada trzy grosze do obrazu całości. Kolektywny, melodyjny spazm wieńczy ów smakowity album.

 

Martin Küchen Angles 11 Tell them it´s the sound of freedom (FSR Records, CD 2025). Johan Berthling – kontrabas, Alex Zethson - Fender Rhodes, Juno 106, Mattias Ståhl – wibrafon, saksofon sopranowy, Konrad Agnas, Michaela Antalova i Kjell Nordeson – perkusje, Susana Santos Silva i Magnus Broo – trąbki, Josefin Runsteen – amplifikowane skrzypce, Eirik Hegdal – saksofon barytonowy i altowy oraz Martin Küchen – saksofon tenorowy i sopranowy, kompozycje. Nagrane na żywo w BAS, Sztokholm, kwiecień 2022. Trzy utwory, 38 minut.


*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została (a może nie?) pierwotnie opublikowana



 

piątek, 15 maja 2026

Fusi & Tremblay play Suite!


Legendarny brytyjski label Bead Records, reanimowany kilka lat temu przez norweskiego drummera Emila Karlsena, systematycznie dostarcza intrygujących albumów na ogół w czarno-białych okładach. Często efektem prac artystycznych są tu niebanalne konfrontacje instrumentów akustycznych i elektroniki.

Album Suite to kolejny przykład. Skrzypce, także w wersji z epoki, w soczystym dialogu z gitarą basową i rzeczoną elektroniką. W trakcie prawie godzinnej improwizacji, podzielonej na sześć odcinków specjalnych, dzieje się naprawdę dużo dobrego - koniecznie nadstawcie ucha, ale najpierw poczytajcie.

 


Celebracyjny drumming po strunach i pudle rezonansowym, szmer amplifikatora i nerwowe, syntetyczne echo po sfinalizowaniu rytuału otwarcia szybko lepią się w strugę czegoś bardziej gęstego, intensywnego, nawet brudnego. Słyszymy też akustyczne skrzypienie, zapewne wprost z gryfu violin. Puentą pierwszej rozgrywki jest bolesny śpiew, który dobywa się z obu instrumentów i klei do delikatnie sprzęgającego amplifikatora. Druga opowieść jest bardziej filigranowa, choć tworzą ją frazy preparowane, lejące się wspólnym, elektroakustycznym strumieniem. Pojawia się melodia, z którą udanie współgra ulotna elektronika.

W kolejnym utworze nieustannie kiereszowana melodia zdaje się dominować, a całość nabiera nawet delikatnie folkowego posmaku. Subtelny rytm wprawia artystów w stan medytacji, a opowieść po niedługim czasie nabiera walorów stygnącego ambientu. Dopiero elektryczne akcje na strunach basu macą spokój, sieją ferment, ale samo zakończenie improwizacji jest polubowne, oleiste, dronowe. Czwarta odsłona sprawia wrażenie zmyślnie tanecznej, prowadzona jest z lekką przewagą dźwięków nieakustycznych. Emocje rosną, ale nagle warstwa syntetyczna gaśnie, pozostawiając na placu boju jedynie gołe struny skrzypiec i basu.

W przedostatniej historii pracują tylko akustyczne struny, a tło wypełnia złowrogi ambient. Te pierwsze zaczynają lamentować, unosić się w powietrzu. Elektronika odbywa podróż w przeciwną stronę, w głąb mroku. Puentą improwizacji jest pewna figura rytmiczna, lepiona idealnie czystym frazami obu strunowców. W ostatniej opowieści struny tykają, niczym wskazówki zegara lub klawisze piana. W tle mości się elektroakustyczny rozgardiasz, który buduje napięcie. Po krótkim spiętrzeniu narracja rozlewa się po głębokiej dolinie i obumiera.

 

Marco Fusi & Pierre Alexandre Tremblay Suite (Bead Records, CD 2026). Marco Fusi – skrzypce, viola d’amore oraz Pierre Alexandre Tremblay – gitara basowa, elektronika. Nagrane w University of Huddersfield, Wielka Brytania, listopad 2023. Sześć improwizacji, 55 minut.