piątek, 13 maja 2016

Trevor Watts i John Stevens – zagubione krążki z wyjątkowych lat 70. The Lost 70’s!


Zdążyliśmy już na tej stronie poznać dokonania Trevora Wattsa i Johna Stevensa na polu absolutnie swobodnej improwizacji (Spontaneous Music Ensemble), nie uniknęliśmy wyczerpujących opowieści o przygodach obu panów w sferze jazzu elektrycznego (lubimy też określenie fussion), czynione pod szyldami Amalgam i Away. Czas zatem stosowny, by omówić inne, równie istotne incydenty z udziałem saksofonisty i perkusisty, ciągle wszakże pozostając w zabawnych (z dzisiejszej perspektywy) latach 70. ubiegłego stulecia.


Warm Spirits, Cool Spirits

Naszą dzisiejszą opowieść zaczniemy od krążka wyjątkowego, z paru zresztą powodów. Po pierwsze, stanowi on dokumentację pierwszego od ponad 5 lat – licząc od ostatniego koncertu Kwartetu SME (patrz: post z 5 maja br.) – muzycznego spotkania Trevora Wattsa i Julie Tippetts, na polu swobodnej improwizacji, w małym składzie. Po drugie, co nietypowe w tym zestawie, w nagraniu nie bierze udziału perkusista, zatem możemy domniemywać, iż wkład Stevensa w nagranie Gorących i Zimnych Duchów miał charakter jedynie … duchowy. No i wreszcie, sesja ta - w przeciwieństwie do poniższych – nie została udostępniona światu w jakiejkolwiek innej formie poza pierwotnym winylem, wydanym pod szyldem Vinyl Records.
A całe spotkanie miało miejsce w londyńskim Riverside Studios, dokładnie 15 grudnia 1976r. Obok Trevora i Julie, wzięli w nim udział - pianista Keith Tippett (małżonek, a jakże) i elektryczny basista Colin McKenzie, już wtedy stały członek formacji Amalgam. Kwartet zarejestrował 10 fragmentów, które na okładce określone zostały jako kompozycje autorstwa wszystkich muzyków biorących udział w sesji. Śmiało w tym miejscu uznać je możemy za swobodne i kolektywne improwizacje, przy czym w wypadku czterech z nich, mamy do czynienia z solowymi miniaturkami (każdy z muzyków po jednej). Elektryczne wiosło Colina wprowadza do nagrania drobny ferment, który można zaliczyć do plusów sesji i element wzmacniający jej oryginalność, ja wszakże lepiej bym tu odebrał instrument akustyczny. Oczywiście z osobistego punktu widzenia, powodem wzmożonej eksploracji akurat tego krążka, jest występ duetu Trevor-Julie. Od razu dodajmy, że ich wspólna, jak zwykle empatyczna i silnie zintegrowana improwizacja ma inny smak, niż ta w Kwartecie SME. Rzekłbym, że jest mniej zwiewna, mniej melodyczna, bardziej ucieka w dysonanse i drobną agresję, ze strony zarówno saksofonu, jak i głosu (Julie nie gra w tej sesji na gitarze, używa jedynie skromnych perkusjonalii), zatem nie brakuje krzyku i wysokoskalowych pasaży altu i sopranu. Całość spowija trochę oniryczny klimat. Pan Tippett gra oszczędnie i raczej wyczekuje na to, co małżonka poczyni z Trevorem. Dość śmiało kreuje też lekko rockową, czy wręcz popową estetykę w improwizacji numer 4 (Bye Mongs – dedykacja dla właśnie zmarłego Mongezi Fezy!). Zwieńczeniem sesji (choć nie ostatnim fragmentem na płycie) jest kompozycja/ improwizacja Seek, gdzie z offu recytowane są podziękowania za muzyczne inspiracje, czynione prawdopodobnie głosem Keitha. Ten zaś, niejako przy okazji, delikatnie wtóruje na akustycznej harfie śpiewnemu altowi Wattsa (Thank You… Steve Lacy, Africa, Miles, Ornette…). Resumując – bardzo zwarta, udana opowieść. Gdyby zamienić bas na kontrabas, a być może dodać…np. Stevensa, odczuwalny byłby z pewnością posmak arcydzieła.





Przy okazji tego krążka, pora na wyjaśnienie niuansów związanych z nazwiskiem Keitha i Julie Tippett/ Tippetts. W wielu źródłach, ich nazwisko kończy się na literę „s”, na innych jest tejże litery pozbawione. A zatem jaki jest stan faktyczny? Otóż On w dowodzie ma wpisane Keith Graham Tippetts, jednak w wymiarze artystycznym stosuje wersję skróconą, a zatem zawsze… Tippett. Ona – po tymże mężu przyjmując nazwisko – nazywa się metrykalnie… oczywiście Tippetts. Na płytach, w dyskografiach, w necie – nazwisko Julie jest stosowane zamiennie. Na tym krążku … nazywa się Tippett.


Chemistry

Teraz cofnijmy się o kilkanaście miesięcy. Jest listopad roku 1975. John i Trevor paręnaście dni wcześniej grają koncert w berlińskim Quartier Latin, rejestrując debiutancki krążek nowej formacji Away (a może kolejny Amalgam – ten dylemat roztrząsaliśmy onegdaj na Trybunie). W najpopularniejszym podówczas studiu londyńskim (Riverside) melduje się piątka prawdziwych wyjadaczy. Obok naszych bohaterów – Kenny Wheeler (tr, fh), już po miesiącach terminowania w genialnym kwartecie Anthony Braxton (co słychać!), Jeff Clyne (b) i Ray Warleigh, doskonały i mocno niedoceniany, tak dziś, jak i wtedy, skromny alcista. Na pulpicie Johna i muzyków (to on będzie tu pełnił rolę przywódcy stada, i głównego tytułu wykonawczego), lądują trzy partytury jego autorstwa – Bass Is, Coleman i The Bird (dodajmy nigdy już potem niewykorzystane w trakcie płytowych rejestracji). To urzekające swym pięknem, gigantyczne free jazzowe perły – niebywała dynamika, krwiste improwizacje, często bardzo kolektywne. Istotnie kluczowe eksplozje emocji. Ogień i sperma na ścianach. Trudno wskazać, który z trójki Wheeler – Watts – Warleigh bardziej wbija nas w fotel. Clyne rwie deski z podłogi niesamowitym walkingiem swego kontrabasu, a wszystko trzyma w ryzach torpeda perkusyjna Stevensa. Chemistry! Chemia!!!! Jakże adekwatny tytuł. Oczywiste inspiracje Ornette Colemanem, a po części także śpiewnością altu Charlie Parkera i duchowością Alberta Aylera. Być może najwybitniejsza i najbardziej szczera płyta free jazzu tamtych czasów. Poziomem emocji i żarliwości porównać ją możemy chyba jedynie do … debiutu Amalgam (Prayer for Peace).
A tydzień później, tenże sam Warleigh, a także Watts i Stevens nagrywają sesję radiową dla Jazz in Britain jako…. Amalgam. Co to były za czasy!!!!




Istotne szczegóły edytorskie: Chemistry wydaje Vinyl Records. Po dwóch dekadach Konnex wydaje ją na CD, jako…. dodatek do pierwszej strony winyla SME Big Band and Quartet, pod szyldem John Stevens Works.


Love’s Dream

Uciekamy w przestrzeń historyczną i lądujemy na osi czasu w roku 1973, tym razem na okres tygodniowego koncertowania w Paryżu, pewnego bardzo nas interesującego kwartetu. Oto i gorący dla Stevensa i Wattsa interwał jesienno-zimowy (zakończony – przypomnijmy – genialnym Quintessence, a w jej trakcie także duetowy debiut Face To Face). W Europie – nie po raz pierwszy, nie ostatni - rezyduje amerykański trębacz Bobby Bradford. Martin Davidson (wraz z małżonką) zabierają go do rzeczonego Paryża, by trochę pomuzykował. Na partnerów dobrani zostają Stevens, Watts i Kent Carter (b). Fragmenty dwóch koncertów Davidson kompiluje na jednym winylu i wydaje w Emanem Records jako Bobby Bradford Love’s Dream




Po latach reedytuje nagranie na CD, dodając kolejne fragmenty. Dziś możemy to śmiało odpalać na naszych odtwarzaczach i tupać przy tym nogami … do tańca. Kompozycje Bradforda, bardzo bebopowe, aż zachęcają do aktywności ruchowej. Nie umieszczamy tej pozycji wprawdzie na najważniejszej naszej półce, ale radochy z odsłuchu jest co nie miara. Spokojnie można by to wydać w jednym boksie razem z drugą płytą Amalgam Play Blackwell and Higgins.


No Fear & Application, Interaction and…

Te dwie pozycje wskazywałem już podczas opowieści o Amalgam, jako przykład uprawiania rasowego free jazzu przez Wattsa i Stevensa w drugiej połowie lat 70. Na tę okoliczność funkcjonowali oni w trio z Barry Guyem. Oba krążki wydała Spotlite Records, a po latach na CD wznowiła Hi4Head Records.
Pierwsza sesja pochodzi w roku 1977 i zawiera pięć jakże konkretnych odcinków stuprocentowego free jazzu, skomponowanych głównie przez Stevensa, w tym jego hymniczne songi No Fear i Ah!, a także przez Wattsa. Dynamika, ekspresja, polot, czyli niemal śmiertelna dawka uzasadnionych emocji. Znakomita pozycja.






Drugi krążek, to także studyjne spotkanie, poczynione rok później. Zawiera bardziej improwizowany materiał. Dynamika i ekspresja pozostaje bez zmian, jedynie Panowie częściej bawią się w kolektywne interakcje, niebazujące na gotowych schematach do śpiewania. Wszystko byłoby tu cudowne, gdyby nie fatalne brzmienie każdego z instrumentów i ogólna jakość zapisu dźwięku. Mamy wrażenie, że odsłuchujemy źle nagłośniony koncert (ostro przesterowany bas!), nagrany monofonicznym kaseciakiem, a nie efekty pracy trójki muzyków w studiu nagraniowym. Inne wersje utworów z sesji wcześniejszej posłuchać możemy na dodatkowym krążku, wydanym już w tym wieku (Mining The Seam. The Rest Of The Spotlite Sessions).


Endgame


Na koniec tej opowieści znów krążek dość szczególny. Czwarty miesiąc roku 1979 i  okoliczności studyjne w niemieckim Ludwigsburgu. Przy instrumentach nasi bardzo dobrzy znajomi. Wattsowi (alt, sopran) i Stevensowi (perkusja) towarzyszy Barry Guy (kontrabas) i Howard Riley (piano). Panowie realizują pięć utworów, stanowiących kompozycje wspólne muzyków. I znów czas na ciekawostkę dyskograficzną. Choć płyta jest absolutnie demokratycznym tworem kwartetowym, na ogół zwykło się tę pozycję przypisywać Barry Guyowi. Być może dlatego, że jego nazwisko umieszczone jest na okładce jako pierwsze (muzycy są uszeregowani alfabetycznie, jeśli szukamy klucza), być może powody są inne. Pogłębiona analiza sesjografii Stevensa wskazuje jednak, iż muzycy ci w samym tylko roku 1979 spotykali się wspólnie wielokrotnie, w przeróżnych układach personalnych. Co więcej, miesiąc wcześniej Stevens, Riley i Watts grali kwartet z kontrabasem Rona Hermana, a w parę miesięcy później – Paula Rogersa. W każdym razie fonograficznym efektem tych spotkań jest jedynie Endgame, czyli płyta, którą właśnie omawiamy. 




Zostawmy wszakże te dylematy, a skupmy się na samej muzyce. Pięć fragmentów Gry Końcowej to improwizacja w oparciu o stricte jazzowe środki wyrazu, pozostawiająca jednak muzykom dużo swobody interpretacyjnej.  To muzyka, w której dominują raczej chwile zadumy niż dynamiczne ucieczki przed zastaną rzeczywistością. Watts gra jak zwykle śpiewnie, ale stosunkowo zachowawczo (jedzie ewidentne na zaciągniętym ręcznym), Stevens operuje głośno i na pełnym zestawie perkusyjnym (jak pamiętamy z innych opowieści o nim, tak zwykł postępować w przypadku grania… jazzu), Guy często rozpoczyna utwór i poniekąd zakreśla ramy konkretnej improwizacji, operując lekko zabrudzonym soundem. No i Riley, pianista o ciekawym dorobku, ale dla mnie rzadko odkrywczym. Gra czysto i bez nadmiernie szaleńczych pomysłów. Im dłużej trwa płyta, tym więcej go słyszymy, tym bardziej przejmuje od Guya pałeczkę przodownika-prowodyra. Refleksja końcowa – ta muzyka jest bardzo ecm-owska w klimacie, dynamice, czy poziomie kreacji. I nie jest to komplement, zwłaszcza w moich ustach. Płytę wydał Japo Records Manfreda Scheffnera, którego katalog niedługo potem został przejęty przez inny monachijski label - ECM, no i jesteśmy w domu…. By nie pozostawić niepotrzebnych wątpliwości – zdecydowanie jedna z najsłabszych płyt w dorobku Wattsa i Stevensa.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza