Nowy Rok rozkwita coraz większymi porcjami zimy, a my, jak to w styczniu, finalizujemy recenzje albumów, które ukazały się jeszcze w starym roku.
Dziś zaglądamy na nowojorski Brooklyn, by sprawdzić, cóż
takiego wydarzyło się w trakcie listopada i grudnia w zacnym i jakże płodnym
The Relative Pitch Records. Ostatnie sześćdziesiąt jeden dni kalendarza przyniosło
tu osiem premier, z których do pogłębionej analizy wybieramy trzy smakowicie
zapowiadające się kąski.
Camila
Nebbia, Marilyn Crispell & Lesley Mok A Reflection Distorts Over
Water
Nevessa
Studio, Woodstock,
Nowy Jork, lipiec 2024: Camila Nebbia – saksofon tenorowy, Marilyn Crispell – fortepian
oraz Lesley Mok – perkusja. Osiem utworów, 42 minuty.
Brooklyński przegląd nowości zaczynamy z wysokiego C!
Przed nami międzypokoleniowe, argentyńsko-amerykańskie trio, które zdaje się kontrolować
każdy dźwięk, każdą frazę, nie eskaluje nadmiernie poziomu ekspresji, a jednak
trzyma nas w napięciu od pierwszej do ostatniej sekundy, jak najlepszy thriller!
Warto dodać, iż muzycy grają w takim układzie personalnym po raz pierwszy. W
niektórych utworach czerpią inspiracje z otwartych notacji saksofonistki,
zaś w piątej części posiłkują się kompozycją perkusisty.
Pierwsza improwizacja trwa ponad dziesięć minut i dość
leniwie wprowadza nas w definitywnie post-jazzowy klimat albumu. Wystudzone, posadowione
niekiedy blisko ciszy, kameralne frazy nabierają z czasem intrygującej, ale
dalece kontrolowanej intensywności. Podobna sytuacja ma miejsce w drugiej odsłonie,
choć sama improwizacja jest znacznie krótsza. W kolejnych, równie zwartych i nieprzegadanych
ekspozycjach artyści od startu pracują na odpowiedniej dynamice (jak w utworach
trzecim, szóstym i siódmym, którym blisko niekiedy do estetyki free jazzowej)
lub raczą nas niebanalną introdukcją, a bardziej zdecydowane kroki, jeśli w ogóle,
czynią na etapie rozwinięcia (w utworze czwartym otwarciem są post-klasyczne frazy
fortepianu, w części piątej złowrogo rezonujące talerze). Ostatnia improwizacja
ma nieco inny przebieg. Otwiera ją rozbudowana ekspozycja solowa saksofonu, lepiona
z szumów rezonującej tuby i strzępów melodii. W kontrze wchodzi tu perkusja, która
przez moment frazuje samodzielnie, a potem wraz z minimalistycznym pianem i
dobrze już rozgrzanym tenorem tworzy piękną, medytującą puentę albumu.
Peter Evans & Mike Pride A Window, Basically
aFarming
Studio, Goshen,
Nowy Jork, 2022-25: Peter Evans - trąbka (1-6) & trąbka Piccolo (7)
oraz Mike Pride – perkusja, instrumenty perkusyjne, autoharp. Siedem
utworów, 51 minut.
Duet ważnych postaci nowojorskiej sceny muzyki kreatywnej
dwóch ostatnich dekad, to spore wydarzenie w katalogu RP. Jako donosi albumowe credits
album powstawał aż trzy lata, a składa się z siedmiu dobrze udramatyzowanych
improwizacji (być może podpartych procesem predefinicji), które trwają na ogół po
kilka minut. Jedynie druga i trzecia opowieść, to nieco bardziej rozbudowane
formy. Jakość jest tu z nami od pierwszej do końcowej minuty, szczególnie w tych
krótszych, lepiej unerwionych narracjach.
Czysto brzmiąca trąbka na kontrolowanym pogłosie i aktywny, wszędobylski
drumming od początku tworzą tu dynamiczny, dobrze ukonstytuowany posmakiem
post-jazzu flow. Techniczna biegłość, dramaturgiczna precyzja i swoista,
gatunkowa bezpruderyjność dobrze robią każdej frazie trębacza, czy akcji
zaczepnej perkusisty. Muzycy nie szczędzą nam melodii, szczególnie w drugiej i szóstej
odsłonie. Gdy zdejmują nogę z gazu, ich opowieści nabierają nostalgii, oddechu refleksji,
co ma miejsce zwłaszcza w anonsowanych dłuższych improwizacjach. Dużo jakości dostarczają
szczególnie w piątej i siódmej, ostatniej opowieści. W tej pierwszej podobać
się mogą drobne, ale bardzo soczyste preparacje perkusisty, w tej drugiej rezonujące
talerze, tumany kurzu wydobywające się z trębackich wentyli, wreszcie piękne, mroczne,
na poły oniryczne pożegnanie.
Mia Dyberg
& Axel Filip HobbyHouse
Czas i
miejsce akcji nieznane: Mia Dyberg – saksofon altowy oraz Axel Filip –
perkusja. Osiem utworów, 32 minuty.
Tę duńską saksofonistkę znamy z kilku dość kameralnych ujawień
impro, mniej pamiętamy z bardziej free jazzowych uniesień. Po prawdzie trudno orzec,
czy improwizacja z bystrym, argentyńskim perkusistą winna wpisać się w pierwszy
z wątków, czy raczej drugi. Dodajmy, iż połowa utworów tej szczęśliwie krótkiej
płyty, to sytuacje opisane jako kompozycje Dunki.
Leniwy, nisko osadzony drumming i drobne dźwięki z rezonującej
tuby saksofonu tworzą dobrze zapowiadającą się pieśń otwarcia. Na etapie rozwinięcia
okazuje się jednak, że muzykom brakuje pomysłu na ciąg dalszy. Także w
kolejnych odsłonach albumu zdają się oni stać rozkrokiem pomiędzy post-balladą,
a porcją czegoś bardziej dynamicznego. Jeśli perkusista skory jest do
inicjowania bardziej energicznych akcji (a dzieje się tak nie jeden raz), odpowiedzią
saksofonistki są wystudzone, kameralne frazy, która niosą w sobie zalążki swobodnego
jazzu, ale nie bardzo wiadomo, jak je spożytkować. Od czasu do czasu natrafiamy
na mniej oczywiste, bardziej kreatywne akcje, jak choćby w szóstym utworze, ale
giną one na dalszym etapie budowania narracji. Muzycy dobrze czują się w
okolicach ciszy, ale nie mają pomysłu, jak wyjść z niej na powierzchnię dźwięku.
Bodaj jedynie w czwartej odsłonie czuje się, że duet ma potencjał, by stworzyć
coś bardziej intrygującego.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz