piątek, 1 grudnia 2017

Trevor Watts! All There Are Dialogues! Not Only With Strings!


Postać angielskiego saksofonisty Trevora Wattsa wykuta jest na Trybunie Muzyki Spontanicznej w złotej skale! Muzyk ten nie potrzebuje jakichkolwiek introdukcji, pisanie o jego muzyce nie wymaga powtórki z historii muzyki improwizowanej. Bowiem on sam jest tą historią i to bodaj jedną z tych najważniejszych!

Dziś czas odpowiedni na omówienie dwóch tegorocznych premier płytowych Trevora! Kwartet i duet! A na koniec drobny suplement na piano solo, oczywiście bez udziału saksofonisty, poczyniony przez jednego z jego współczesnych partnerów w żmudnym procesie improwizacji.




Dialogues With Strings!

Pytanie, czy formuła improwizowania w kwartecie może być twórczym rozwinięciem takiejż czynności, uprawianej w duecie, jest oczywiście retoryczne, ale gdybyśmy usilnie potrzebowali powodu rzeczowego, przykładem niech będą Dialogi ze Strunami. Wieloletnia i wielopłytowa współpraca Trevora Wattsa z pianistą Veryanem Westonem właśnie osiągnęła stan wzmożonej potrzeby czegoś więcej. Doproszenie do duetu dwóch wyjątkowo atrakcyjnych muzycznie artystek, jakimi są skrzypaczka Alison Blunt i wiolonczelistka Hannah Marshall, jest zatem naturalną konsekwencją wyżej zastanej sytuacji.

Pierwszy koncert nowego kwartetu odbył się wiosną tego roku. Potem pojawiła się płyta, która miała swą premierę w trakcie koncertu czwórki na warszawskim Festiwalu Ad Libitum. A na rzeczonej płycie, właśnie ów pierwszy koncert.

Rzecz działa się 23 kwietnia br. w Cafe Oto w Londynie. Dziś słuchamy tego na CD, wydanym przez Fundację Słuchaj!, a zatytułowanym właśnie Dialogues With Strings. Trzy odcinki muzyczne (tytuły sugerują, iż są to fragmenty większej całości). Godzina zegarowa i jedna minuta konkretnie wartościowych doznań muzycznych przed nami.

Każdy z muzyków płynnie wchodzi w zadaną konwencję estetyczną (gramy muzyką komponowaną, stworzoną oczywiście w drodze jak najbardziej swobodnej improwizacji!). Wiolonczela ma delikatnie upalone brzmienie, czym łechta zmysły recenzenta od pierwszej do ostatniej minuty koncertu. Piano stąpa pojedynczymi akordami, wprost z klawiatury, skrzypce na boku, w stanie łagodności,  a saksofon w oczekiwaniu na pierwszy podmuch swojej tuby. Jakby wzdychanie narkotyzującej się filharmonii przed pierwszym uderzeniem w batutę. Alt Wattsa wchodzi ostrożnie, jest odrobinę słodki, nienachalny. Skupienie, ale i odwaga, nawet bezczelność. Gęsta narracja, ciało w ciało, bez pustych przebiegów. Piano ewidentnie nawołuje do tańca, strunowce nie mówią „nie”. Trevor stara się tonizować emocje młodszej falangi tego kwartetu, ale nie jest w tym do końca skuteczny. Czupurność Alison i Hannah, pewna zuchwałość Veryana, sprawiają, iż alcista puszcza wodze fantazji i pozwala, by cały kwartet poszedł na całość! Dwóch starszych Panów i dwie bystre Panny na wydaniu. Trochę kabaretu damsko-męskiego z wyjątkowo dobrym skutkiem dla tej improwizacji. Narracja płynie wytrwale, trochę w stylu down and up, ale bez kameralistycznych dłużyzn – dzieje się! Czasami to narowisty strumyk, innym razem rwący potok. Jedynie piano Westona zdaje się być w tym zestawie mniej wywrotowe. 10-minuta, pierwszy głębszy oddech improwizacji, ale w dobrym guście, smakowite five o’clock. 14 minutę zdobi szalona jazda saksofonu sopranowego. Brudne, wyuzdane brzmienie strunowców wzmaga efekt dramaturgiczny fragmentu. Na finał pierwszego Dialogu, dynamiczne incydenty w pełnym galopie, a potem szybkie down to the silence.

Perkusyjne piano budzi do życia kwartet po sekundzie przerwy regeneracyjnej. Filtrujący przestrzeń saksofon. Odrobina agresji i zabawy na strunach. Skrzypce brzmią jak dęciak. Dęciak pachnie strunami. Prawdziwe kameleony! Jakby się wszyscy wzajemnie imitowali. Artystyczny mezalians! Idą w urocze tango i mizdrzą się do siebie! Synergia i empatia szczytują bezboleśnie. Jakby całe życie tylko w tym gronie trwonili czas.

Znów Weston – jurnymi uderzeniami w klawiaturę - ogłasza start kolejnego Dialogu. Stawia rytm, jest precyzyjny i raczej nieskory do akceptowania zdań odrębnych. Taneczny krok dobrze służy także tej improwizacji (strunowce znów w zalotach, urzekająco piękne). Boogie? Ragtime? Watts rozwiewa jednak wszelkie wątpliwości – dmie w tubę i przypomina, że gramy krwiste free improve! Wybrzmienie tej akurat eskalacji okraszone sonorystyką skrzypiec i wiolonczeli (ach! – wzdycha recenzent). W 6 minucie Panie giną w konwulsjach nieoczywistych dźwięków, Panowie mają zaś ochotę na kameralistyczny spacer! Ot, ciekawy dysonans! W 10 minucie Strings wchodzą w dół, Panowie brną raczej górą. Wymiana poglądów, że aż iskrzy! Konsensus osiągnięty w mgnieniu oka (to częsty przypadek w tym kwartecie). Jakby kolejny orgazm tej improwizacji. Zaraz potem szczypta hałaśliwego galopu. Gęsto i soczyście! Po 20 minucie, spowolnienie, które nie nosi cech kameralistyki, jest bowiem ogniście piekielne! Cztery zwarte ciała, błyskotliwe interakcje! Watts, jak przystało na najstarszego w tym gronie, napędza improwizację i nadaje jej freejazzowy wręcz sznyt! Brutalny, acz piękny stop, to okolice 24 minuty, wprost w otchłań sonorystyki. Także one step to chamber! Na dużej swobodzie! Tak, na tej płycie zdarzyć się może doprawdy wszystko! Finał jest dynamiczny, pełnowymiarowy, bez niedomówień. Tłusty od tylko dobrych reakcji, czupurnych odpowiedzi i sążnistych znaków zapytania. Na wybrzmieniu, uszy stają nam dęba! No, i burza oklasków!





All There Is!

W nieco innych okolicznościach artystycznych odnajdujemy Trevora Wattsa na płycie poczynionej w duecie z pianistą Stephenem Grew. Poprzedniej zimy zawieszaliśmy ucho na ich duecie Con Fluent …nagranym korespondencyjnie. Na nowej płycie muzycy grają już zdecydowanie w tym samym miejscu i czasie, a czynią to w trakcie dwóch tegorocznych, styczniowych popołudniówek w kościele w Lancaster. Dokument fonograficzny nazwali All There Is (Discus, 2017). Siedem improwizacji (z czystej przekory nazwanych composed by…), godzina zegarowa. Dodajmy, iż Watts gra oczywiście na sopranie i alcie, Grew zaś na kawai mini grand piano

Chytry sopran, pnący się ku górze w opozycji, a może w kompozycji, z nadpobudliwym, szybkim piano, wprost z klawiatury. Błyskotliwa technika, lisia zwinność i lamparcia dynamika. Piano ma lekkie, nieco mniej przestrzenne niż zwykle brzmienie. Alt i sopran niczym woda święcona. Rzec można, nieskomplikowana, free jazzowa ekspozycji z dużą porcją emocji i wzajemnego szacunku (można to nazwać empatią). Maksimum efektu dramaturgicznego, osiąganego przy ograniczonym nakładzie sił i środków, zwłaszcza w spokojniejszych odcinkach muzycznych. Grew używa całego spektrum dźwiękowego swojego mini grand piano, choć jeśli w ogóle stosuje preparacje, to są one subtelne, nieoczywiste i raczej okazjonalne. Woli smak niedopowiedzenia, niż nadmierne gadulstwo. Ten rodzaj artystycznego minimalizmu dobrze robi improwizacjom Wattsa, zostawia im czas i przestrzeń, bez zbytniej kontroli. Także klasycystyczne naleciałości w pianistyce Grew stawiają saksofonistę w obliczu konieczności podejmowania intrygujących decyzji. Watts gra swoje, wiecznie rozpoznawalne pasaże (zwłaszcza na sopranie), ale nie sposób nie zachwycić się ich tembrem i dramaturgią. Także wysoką dyspozycją dnia!

W trzecim fragmencie muzycy plotą uroczy dialog w niemal stojącej narracji. Niskie piano, silnie sonorystyczny alt! Grew silniej pobudza do aktywności improwizatorskiej Wattsa, niż choćby bardziej wycofany, chwilami klasycyzujący Veryan Weston. Potrafi grać agresywnie, pyskato, nie przestaje być dynamiczny, nawet gdy gra wystudzone pasaże. W czwartym utworze piękne pasaże bardzo szorstkiego altu, z odpowiednią dawką melodii na dyszach i potu w samej tubie. Zachwyty recenzenta nie kończą się w trakcie piątej ekspozycji – krzepiące galopady pianisty komentowane wyrafinowanymi eksplozjami saksofonu. W szóstym, przykład sytuacji akcja! reakcja! eksplozja! w dobrym, free jazzowym idiomie. Siódmy, ostatni numer to stempel, sygnatura jakości! Brawo!




The Delicate Gates Of The Spirit 

Jeśli zdołałem dziś zaintrygować Was postacią Grew, warto byście sięgnęli po jego ostatnią płytę solową The Delicate Gates Of The Spirit (póki co, nagranie ma status selfreleased, dostępne do odsłuchu na stronie muzyka). Sześć improwizacji pochodzi z roku 2016, trzy kwadranse do odsłuchania.

Nagranie cechuje proste, szorstkie, ale niebywale płynne brzmienie fortepianu. Krótkie, nieagresywne palcówki z klawiatury, z zaszytym wewnętrznym nerwem, rodzajem artystycznego niepokoju. Narracja na ogół jest szybka, pozbawiona romantycznej zadumy, z pewną dozą angielskiej powściągliwości, wyposażona wszakże w odpowiednią dawkę ekspresji. Muzyk nie stroni od bystrych galopad, ale szczęśliwie daleko mu do natręctw, typowych dla pianistów free jazzowych. Czuć w tej muzyce posmak klasycznego wykształcenia muzycznego.

Bez wątpienia Grew, to przykład pianisty osobnego, który podąża swoimi indywidualnymi ścieżkami. Często jego wybory dramaturgiczne są nieoczywiste i potrafią zaskakiwać. Nie stroni od poszukiwań nowych środków wyrazu, bazując jednak na tym, co dać może zwykła klawiatura fortepianu. Czerpie z doświadczeń współczesnej kameralistyki, pozostając wszakże przede wszystkim zwinnym improwizatorem. Grew potrafi być silny, jak tur, by za moment sprawiać wrażenie bezbronnego słowika na gałązce jemioły.

Gdy decyduje się na pozostawienie na moment klawiatury, wchodzi w minimalistyczne preparacje i czyni je z dużym smakiem. Szczypta repetycji, może zapach serializmu (?). Na pewno konsekwencja, precyzja, technika gry, to atuty muzyka. Także krnąbrność i rzadka cecha muzyków korzystających z tego instrumentu – nie potrafi przynudzać!

Na finał tej płyty znów dostajemy skromną porcję preparacji. Choć ekspresja w tym momencie zdaje się czuwać na zaciągniętym ręcznym, wybrzmienie jest stylowe i naprawdę smakowite!


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza