Z radością sięgamy dziś po dwa albumy, które zaliczyliśmy całkiem niedawno do 50 powodów, dla których warto było zapamiętać rok 2025!
Nasza radość jest tym większa, iż oba sygnuje wydawnictwo eux
sæm, za którym stoi organizacyjnie i artystycznie belgijski drummer Tom
Malmendier. Na obu nasz bohater jest obecny, oba są duetami i w równym stopniu zasługują
na bardzo wiele ciepłych słów. Zatem, otwórz szafę, mów do rzeczy!
Quentin
Stokart & Tom Malmendier Mehin (CD 2025)
Studio Grez, Bruksela, styczeń 2025: Quentin Stokart –
gitara oraz Tom Malmendier – perkusja. Jedna improwizacja, 35 minut.
Zaczynamy od duetu Malmendiera z belgijskim gitarzystą
Stokartem, którego losy śledzimy bacznie, ale który, póki co, wielu nagrań nam
nie upublicznia. Panowie improwizują na żywo, ale w warunkach studyjnych.
Szmer z rozgrzewającego się amplifikatora, drżenie strun,
nieznane przedmioty przesuwane po glazurze werbla, to elementy czegoś, co już
na tym etapie nagrania moglibyśmy nazwać przednówkiem post-industrialu. Muzycy
dość szybko budują gęstą pajęczynę splotów nerwowych, wchodzą w tłuste zwarcia
i ociekają potem już po kilku pętlach narracji. Struny gitary i perkusyjne pałeczki
łamane są kołem zębatym, a tło drży i złorzeczy, ale też śpiewa, chyba po arabsku.
Opowieść jest głośna, niekiedy dynamiczna, innym razem tonie w gęstym mule. Gitara
plami psychodelią, perkusja tańczy na krawędziach. A to ledwie szósta minuta
koncertu.
Po krótkim, niemal tanecznym interwale, artyści grzęzną w preparacjach.
Trudno w tej chwili wskazać ośrodek odpowiedzialny za dany dźwięk, czy strzęp hałasu.
Dynamika nagrania zostaje jednak szybko odszukana i równie sprawnie zatopiona w
mrocznej, ambientowej chmurze. Wszystko drży, łomoce, zgrzyta, szumi i
skwierczy, wpada w iście diabelskie ukołysanie. W okolicach dwudziestej minuty muzycy
znów popadają w taneczny nastrój. Przypominają pokraczne postacie, które podskakują
na rozgrzanej patelni, żywcem wyjęci z ostatniej sceny Stroszka Herzoga.
Gitara śpiewa martwe melodie, perkusja krzyczy mocą koślawego werbla i
kanciastych tomów. Jakiś dziwny, progresywny rytm zdaje się kierować muzyków w nieznane.
Szukają hałasu, ale odnajdują mroczne wystudzenie. Znów pojawia się melodia, ale
to zdarta płyta, uszkodzona pozytywka. Pięć minut przed końcem wstrzymują
oddech, po czym rozpościerają skrzydła i skaczą w ogień krwistego noise.
Mają jednak wszystko pod kontrolą i wieńczą ów crazy trip gasząc płomień
narracji do pojedynczego dźwięku.
Les
Marquises (Emilie Škrijelj & Tom Malmendier) Live in Nickelsdorf (CD
2025)
Konfrontationen
Festival,
Nickelsdorf, Austria, lipiec 2022: Emilie Škrijelj - turntable, akordeon,
elektronika oraz Tom Malmendier – perkusja. Jedna improwizacja, 41 minut.
Duet Les Marquises, to bazowa formacja dla Toma i całego
labelu. Koncert z Austrii, to bodaj ich czwarta płyta. Od post-elektronicznej
flauty do elektroakustycznego galopu. Tradycyjny dla duetu poziom intensywności,
którym obdzielić możnaby całe dyskografie wydawnictw poświęconych
minimalistycznej muzyce współczesnej.
Artyści od pierwszej sekundy dyktują sobie intrygujące tempo.
Nie tylko perkusja, ale także cały arsenał akordeonistki czyni tu dalece rytmiczne
przebieżki. Wiele dźwięków ma definitywnie syntetyczny posmak, ale brzmienie całości
jest bardzo selektywne. Sporo z nich stanowi tu zagadkę, choćby fletowo
brzmiąca ekspozycja oplatająca perkusyjny drive w okolicach piątej
minuty. Muzyka duetu zwyczajowo pachnie umiarkowanym industrialem, ale
nie przekracza granicy hałasu. Lubi incydentalnie popadać w narracyjny letarg,
ale tylko po to, by zaczerpnąć mocy do dalszych swawoli.
Improwizacja ma swą pierwszą kulminację w okolicach dwunastej
minuty, ale po kolejnych dwóch przypomina już ambient usiany tajemniczym electro
beatem. Po dalszych sześciu minutach nabiera zaskakującej melodyki i
spokojniejszego rytmu, a zaraz potem wpada w medytacje pulsujące delikatną elektroniką.
Dopiero tuż przed upływem dwóch kwadransów ze sceny słyszymy po raz pierwszy frazy
typowe dla brzmienia akordeonu. Po niezbyt długiej fazie leżakujących preparacji
w muzyków wstępuje nowy duch walki i przystępują do intensywnej finalizacji
koncertu. Ta zdaje się być w stu procentach akustyczna, nasączona tanecznym
krokiem akordeonu. Stylowy falling down poprzedza rzęsiste oklaski.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz