wtorek, 27 lutego 2024

Phil Durrant & Daniel Thompson are Live and in the Studio!


Legenda brytyjskiego free improv, Phil Durrant, muzyk, którego onegdaj kojarzyliśmy ze skrzypcami, a także elektroniką, dziś muzykujący najczęściej na mandolinie, spotyka na swojej drodze gitarzystę Daniela Thompsona, muzyka młodszego przynajmniej o jedną generację, ale tu, na łamach Trybuny, znanego i hołubionego w stopniu porównywalnym.

Muzycy najpierw przez ponad dwa kwadranse koncertują jednym strumieniem dźwiękowym w londyńskim Cafe Oto, a w dwa miesiące później dogrywają sześć krótszych improwizacji w okolicznościach studyjnych. Dziś dokumentacja foniczna obu spotkań, dzięki niemniej słynnemu wydawcy Bead Records, trafia do nas na poręcznym dysku kompaktowym i bezwzględnie cieszy nasze uszy - od pierwszej do sześćdziesiątej piątej minuty swej wartkiej narracji.



Artyści swoje koncertowe spotkanie rozpoczynają od leniwej wymiany zdań. W tej dyspucie raczej szukają wspólnych płaszczyzn porozumienia, imitacyjnego brzmienia, tudzież zgodnych zachowań niż powodów do stawania w poprzek oczekiwań partnera. Pracują w skupieniu, ale nie wykazują tendencji do akcji minimalistycznych lub innych skłonności do nudzenia publiczności. Incydentalnie mandolina łapie tu rytm, z kolei gitara pętli się wokół własnych myśli. Spokojna improwizacja ma swoje drobne spiętrzenia, często dyktowane repetującą gitarą, jak choćby w środkowej partii rozgrywki. Muzycy nie stronią od dźwięków preparowanych, choć nie są przesadnie aktywni w tym zakresie, lubią akcje konkretne, zwłaszcza gitarzysta, który raz za razem czuje potrzebę przeszlifowania glazury strun. W tej płynnej, na ogół linearnej opowieści, pozbawionej ekspozycji solowych, nie brakuje chwil zadumy, które zdają się generować okazjonalne incydenty call & responce. W drugiej części seta muzycy na dłuższą chwilę popadają w stan wytłumionej aktywności i zdają się zgłębiać w myśli dość luźno związane z ciągiem przyczynowo-skutkowym koncertu. Pod jego koniec skorzy są jednak realizować bardziej żwawe interakcje, nie stroniąc, nie po raz pierwszy, od działań na poły mechanistycznych.

W części studyjnej artyści serwują na dwie dłuższe narracje (10-minutową i ponad 7-minutową), a potem cztery zwarte, 2-3 minutowe epizody. W tej pierwszej punktem wyjścia są matowo brzmiące półakordy mandoliny i filigranowe szorowanie strun gitary. Oba strumienie dźwiękowe mają podobną dynamikę, przechodzą przez fazę wzmożonej kreatywności, nie bez udanych powtórzeń, po czym wpadają w mrok, ale tylko po to, by za moment wzniecić efektowną kulminację. Druga z opowieści ma podobną dramaturgię – od minimalizmu otwarcia, po niemal hałaśliwe wybuchy ekspresji na etapie rozwinięcia i kanciasty finał. W części kolejnej muzycy liczą struny, a odnajdują niemałe porcje post-melodii. Zaraz potem wpadają w trans szorowania strun i rytmicznego ich uderzania, by po chwili zanurzyć się w oceanie filigranowych, wręcz molekularnych fraz. W tej fazie nagrania nie brakuje emocji, a szczególnie podobać się mogą preparacje gitarzysty. Część studyjną albumu udanie reasumuje ostatnia improwizacja. Pełna przeciągłych westchnień, dźwięków cedzonych przez zęby, nasączona minimalizmem umierającej ballady, bez trudu odnajduje uzasadnione zakończenie.

 

Phil Durrant & Daniel Thompson Live / Studio (Bead Records, CD 2024). Phil Durrant - mandolina oktawowa oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Pierwsza improwizacja nagrana na koncercie, Cafe Oto, Londyn, styczeń 2022, pozostałe zarejestrowane w Cable Street Studios, marzec 2022. Łącznie siedem improwizacji, 65 minut.



niedziela, 25 lutego 2024

Cranky Ego, czyli Owczarek, Carmona i Reuben w elektroakustycznej podróży koncertowej


(informacja prasowa)

 

Spontaniczny marzec w poznańskim Dragonie otworzy trio Cranky Ego konsumujące muzyczny temperament Pauliny Owczarek i jej kompanów z Andaluzji i Kostaryki – Javiera Carmony i Federico Reubena. Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club zapraszają na koncert w niedzielę 3 marca. Będzie to już pięćdziesiąta siódma edycja cyklu Spontaneous Live Series.



 

Krakowska saksofonistka Paulina Owczarek zakochała się w improwizowanych dźwiękach Półwyspu Iberyjskiego dużo wcześniej niż uczyniła to Trybuna Muzyki Spontanicznej. Grywała w Barcelonie i publikowała w Discordian Records już w pierwszej połowie poprzedniej dekady. Dziś powraca z andaluzyjsko-kostarykańskim składem, z którym muzykowała jeszcze wcześniej, do tego w mecce free impro, czyli królewskim Londynie.

Saksofon barytonowy Pauliny Owczarek, perkusja Javiera Carmony i wielka chmura zagadkowej elektroakustyki Federico Reubena (z pewnym naciskiem na komponent „electro”), która wchodzi w bystre interakcje z dźwiękami akustycznym instrumentów, to foniczny konglomerat działań twórczych tria Cranky Ego. Ten miraż zdarzeń nie może nie skutkować czymś definitywnie wartościowym.

Trasa koncertowa tria obejmuje cztery terminy. Przed koncertem w Dragonie muzycy zagrają jeszcze w Krakowie (Klub Baza, 29.02), Wrocławiu (Galeria Exit, 01.03) i Kielcach (Defibrylator, 02.03).

 

Spontaneous Live Series, Vol. 57

3 marca 2024, Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3, godzina 20.00

Cranky Ego:

Javier Carmona - perkusja

Paulina Owczarek - saksofon barytonowy

Federico Reuben - live coding.

Bilety: https://kbq.pl/121549

 

Cranky Ego, to elektroakustyczne trio improwizatorów grających wspólnie od 2008 roku w przeróżnych projektach muzyki eksperymentalnej i swobodnej improwizacji, od duetów po orkiestry (m.in. Lanza!, PerroChimp, Chrząszcze, Krakow Improvisers Orchestra, Orquesta de Improvisación de Málaga, London Improvisers Orchestra) - od Londynu przez Andaluzję po Podlasie. We troje nagrali album „Live @ Javier’s flat” (squid-box, 2010), zapis londyńskich początków ich muzycznej współpracy.

https://soundcloud.com/paaulina/perro-y-paulina-no-4


Javier Carmona (perkusja)

Perkusista z Madrytu, mieszkający w Mollinie w Hiszpanii. Ma duże doświadczenie jako improwizator na polu swobodnej improwizacji, free jazzu i muzyki eksperymentalnej; koncertował w całej Europie, Wielkiej Brytanii i Brazylii. Javier jest również jednym z organizatorów trzech edycji Festival de Improvisación Libre de Málaga i założycielem Orquesta de Improvisación de Málaga.

https://bandcamp.com/tag/javier-carmona

Paulina Owczarek (saksofon barytonowy)

Saksofonistka, improwizatorka; gra na saksofonie altowym i barytonowym, głównie muzykę swobodnie improwizowaną. Aktualnie aktywna w: Krakow Improvisers Orchestra, SamBar, Morświn, Ute von Bingen, Figa i innych formacjach improwizujących bez nazwy i/lub bez prze/przyszłości, również z tancerzami, malarzami i poetami.

 https://paulinaowczarek.bandcamp.com/

Federico Reuben (live coding)

Kompozytor, artysta dźwiękowy i performer live-electronics mieszkający w Wielkiej Brytanii, a pochodzący z Kostaryki. W swojej praktyce improwizacji na laptopie spontanicznie reaguje na innych muzyków, poruszając się po różnych procesach syntezy, efektów i algorytmów poprzez kodowanie na żywo. Ostatnio zaczął wykorzystywać AI do generowania dźwięków za pomocą głębokiego uczenia. Profesor nadzwyczajny na Wydziale Muzyki Uniwersytetu w Yorku.

https://www.federicoreuben.com/

 


piątek, 23 lutego 2024

Christian Marien in quartet and trio!


Berlińskim perkusistą i perkusjonalistą Christianem Marienem zachwycamy się już od dłuższego czasu, na ogół przy okazji jego artystycznych aktywności czynionych wraz z puzonistą Matthiasem Müllerem w ramach ich definitywnie cudownego duetu Superimpose. Wiele ciepłych słów poświęciliśmy mu także przy okazji jego solowej płyty The Sun Has Set, the Drums Are Beating. Muzyk wszakże swymi aktywnościami i talentami wypełnia nie tylko przestrzeń europejskiej muzyki swobodnie improwizowanej, ale jest także ważnym podmiotem wykonawczym sceny jazzowej i całkiem zgrabnym kompozytorem w obrębie tego jakże szeroko rozumianego gatunku.

Wspomniany duet Superimpose gościł w poznańskim Dragonie na początku stycznia, znów wbił nas w ubitą ziemię jakością swojej improwizacji, a sam Marien pozostawił w odtwarzaczach redakcji dwie nowe płyty. Obie doskonale prezentują jego najbardziej współczesne dokonania na niwie jazzu, wsparte jego licznymi kompozycjami. Najpierw sięgamy zatem po jego flagowy, imienny Quartett, potem po kolektywne trio o nazwie własnej I Am Three, które po części także bazuje na jego kompozycjach. Dwie świeże plyty, obie datowane na rok bieżący i mnóstwo soczystych, jazzowych, niekiedy free jazzowych eskapad. I równie bogaty pakiet jakże bystrych scenariuszy Mariena.




Quartett

W kwartecie Mariena odnajdujemy bardzo dobrze lub dobrze znanych nam artystów – gitarzystę Jaspera Stadhoudersa, saksofonistę i klarnecistę Tobiasa Deliusa oraz kontrabasistę Antonio Borghiniego. Album zawiera siedem utworów - sześć z nich, to dzieła perkusisty, a jedno, centralnie posadowione na płycie, to dzieło wspólne, zatem istnieje duże prawdopodobieństwo, iż jest nagraniem w pełni improwizowanym.

Słowo się rzekło, trzy pierwsze kompozycje Mariena pięknie wprowadzają nas w klimat nagrania. Melodyjne, rytmiczne, często dynamiczne tematy, na ogół podawane kolektywnie, stanowią tu gem otwarcia dla rozbudowanych improwizacji, też prowadzonych w skończonej liczbie przypadków wspólnymi siłami. Pierwsza część nie dość, że efektownie swinguje, to zdaje się mieć na poły latynoski sznyt, doprawiony afrykańską polirytmią. Czuć w każdym dźwięku, w każdej pojedynczej frazie, iż drummer jest tu kreatorem głównym spektaklu. W drugiej odsłonie pojawia się klarnet i mandolina, a opowieść, zwłaszcza w swej początkowej fazie, toczy się w dostojnym tempie i wyszukanej, niekiedy melancholijnej melodyce. O kameralny posmak dba kontrabasowy smyczek, a puentą nagrania są rytmiczne łamańce perkusisty, które dodatkowo stymulują jakość ekspozycji. W trzeciej części mamy progresywny, prosty rytm, który podprowadza muzyków pod wyjątkowo intrygującą fazę środkową, upstrzoną mnóstwem świetnych interakcji, czynionych w procesie nad wyraz swobodnych improwizacji. Gdy tempo rośnie dostajemy się wir solowej ekspozycji gitarzysty, prowadzonej przy wsparciu gęsto frazującej sekcji rytmu.

Czas na anonsowaną część czwartą, najdłuższą, pozbawioną tematu przewodniego, doposażoną w zadaną strukturę i ogrom przestrzeni na kolektywne improwizacje. Skupiony początek bazuje na brzmieniu smyczka, lekkiej, ale od startu dynamicznej perkusji i post-psychodelicznych wyziewach gitarowych. Narracja jest tu wyjątkowo bogata w wydarzenia, zwroty akcji, ale i brzmieniowe subtelności. Delius pracuje zarówno na saksofonie, jak i klarnecie, także Stadhouders korzysta z obu swoich narzędzi pracy. Tempo faluje, ale w fazie finałowej jest wysokie, znów stemplowane kreatywnością perkusisty. Pod koniec utworu mamy wrażenie, że muzycy łapią nieco bluesowego klimatu, bystrze kontrapunktowanego preparacjami gitarzysty. Definitywnie crème de la crème całego albumu.

W trzech finałowych kompozycjach Mariena także odnajdujemy mnóstwo smaczków i punktów recenzenckiego zaczepienia. Utwór piąty zdecydowanie koi emocje po kluczowej części czwartej. Drżące talerze, semicka zaduma klarnetu, melancholijna mandolina - oto ballada smutku, która na etapie rozwinięcia nabiera pięknej nerwowości, znów nie bez bluesowego posmaku. Szósty utwór osnuty jest wokół figury post-funkowej. Kompulsywny rytm, połamane frazy jakby czekające na melodyjny motyw przewodni, który wyznaczy kierunek dalszej podróży. Tuż po jego prezentacji kwartet rusza w taniec, tak jak w części pierwszej z latynoskim temperamentem, podpartym polirytmiczną fakturą. Ów fast post-swing daje przestrzeń do improwizacji także na etapie przyśpieszenia! Emocje buzują, choć zdają się być pod pełną kontrolą każdego z muzyków. Finałowy utwór niesie ze sobą pokaźny wachlarz atrybutów farewell song – garść preparacji, trochę mrocznego wzdychania, klarnetowe trwogi, leniwe, gitarowe akcje perkusjonalne i delikatny groove, rodzący się na gryfie basu. Końcową melodię dostarcza tu klarnecista, który skutecznie zachęca do śpiewu pozostałych uczestników tego szalonego przedsięwzięcia.



 

I Am Three

Zgodnie z nazwą własną (i zabawnym kolażem na okładce) mamy tu jedno artystyczne ciało zlepione z saksofonistki Silke Eberhard, trębacza Nikolausa Neusera oraz naszego głównego bohatera na perkusji. Artyści przygotowali na potrzeby trzeciego albumu formacji aż jedenaście kompozycji, których autorstwem podzielili się w następujący sposób – dwie, to dzieła saksofonistki, cztery trębacza i pięć perkusisty. Zgrabne, nieprzegadane opowieści, trwające na ogół od trzech do pięciu minut, szyte są open jazzowym ściegiem, a w głowie recenzenta budzą dobre skojarzenia z dokonaniami nowojorskiego tria Barondown sprzed trzech dekad, dowodzonego przez świetnie nam znanego Joey’ego Barona, a bazującego na kooperacji perkusji z dwoma dęciakami.

Wesoły, durowy temat podają tu najczęściej saksofon i trąbka, a ekspresyjna, ciekawie poukładana rytmicznie perkusja niesie ich do samego nieba. Tematy są oczywiście tylko pretekstem do improwizacji, ale w tej sferze muzycy nie zwykli popadać w nadmiar ekspresji. Świetnie ze sobą kooperują, często wpadają w udane imitacje, jedynie w kilku krótkich fragmentach zdają się ciągnąć opowieść samotnie, tudzież bardziej w swoją stronę. Robota perkusisty znów świetna – perfekcyjnie dba o dramaturgię, strukturę, brzmienie, wreszcie odpowiedni poziom emocji! Na tak dynamicznej formule oparta jest pieśń otwarcia, a także czwarta, siódma i dziesiąta ekspozycja.

Po efektownym starcie albumu, w drugiej opowieści zwraca uwagę brzmienie obu dęciaków, pogrążone w pogłosie, jakby oba instrumenty wyśpiewywały wyjątkowo rozmarzone melodie. Drummer dyktuje tempo, trąbka i saksofon dyskutują o mglistej aurze poranka. W części trzeciej odnotowujemy lekko zabrudzone brzmienie trąbki, na której zdaje się spoczywać ciężar introdukcji, z kolei saksofon realizuje tu krótką partię solową. Na koniec muzycy zwalniają i sieją garść preparowanych fraz. W części piątej instrumenty dęte snują zstępujące, post-melodyjne drony. Wystarczy jednak kilka akcji perkusji, by opowieść nabrała stosownego tempa, kreując przy okazji przestrzeń dla efektownych improwizacji, szczególnie w fazie środkowej utworu. Szósta opowieść zwie się adekwatnie Fast-slow. Melodie, preparacje i permanentne kombinowanie z rytmem i tempem, to podstawowe elementy tej intrygującej układanki. Także opowieść ósma nie stawia na wysokie tempo, przypomina post-balladę z dobrze zarysowaną linią melodyczną. Część dziewiąta szyta jest prawdziwie ognistą synkopą w półgalopie, ale w fazie rozwinięcia muzycy sięgają po to, co najlepsze – najpierw dużo leniwych, cedzonych fraz na wdechu, potem efektowne pyskówki na niezłej dynamice. Album wieńczy utwór, który podobnie jak część druga, budowany jest na sporym dysonansie, zarówno w zakresie tempa, jak i intensywności frazowania. Marien podaje tu gesty, dudniący drumming groove, z kolei trąbka i saksofon w swoim, na poły niespiesznym rytmie, budują skromne, melodyjne opowieści, znów chętnie zanurzając się w pogłosie.

 

Christian Marien Quartett How long is now (MarMade Records, CD 2024). Tobias Delius – saksofon tenorowy, klarnet, Jasper Stadhouders – gitara, mandolina, Antonio Borghini – kontrabas oraz Christian Marien – perkusja. Nagrane w Studio Zentri Fuge, Berlin, 2023. Siedem kompozycji, 51 minut.

I Am Three In Other Words (Leo Records, CD 2024). Silke Eberhard – saksofon altowy, instrumenty perkusyjne, Nikolaus Neuser – trąbka oraz Christian Marien – perkusja. Nagrane w RecPublica Studios, Łubrza, Polska, 2023. Jedenaście kompozycji, 37 minut.




wtorek, 20 lutego 2024

Kaze is Unwritten!


Francusko-japoński kwartet Kaze funkcjonuje na scenie muzyki improwizowanej już kilkanaście lat. Właśnie dostarcza nam swoją ósmą płytę, co biorąc pod uwagę interkontynentalny skład grupy jest osiągnięciem dalece imponującym. Nietuzinkowy skład instrumentalny (dwie trąbki, piano i perkusja), umiejętność budowania wielominutowych dramaturgii, świetny warsztat i zdaje się nieskończone pokłady kreatywności, to podstawowe walory kwartetu.

Jak dotąd muzyka Kaze, choć skoncentrowana na procesie kolektywnych improwizacji, zawsze bazowała na kompozycjach. Stanowiły one oczywiście jedynie pretekst do budowania efektownych w czasie i przestrzeni improwizacji. Te ostatnie prowadzone były wszakże z pewną logiką typową dla ekspozycji uporządkowanych dramaturgicznie. Na najnowszej płycie kwartet prezentuje się w okolicznościach koncertowych i po raz pierwszy improwizuje bez wsparcia wcześniej przygotowanego materiału kompozytorskiego. Tę formację ceniliśmy na tych łamach zawsze i nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy tu, przy okazji płyty o jakże znaczącym tytule Unwritten/Niezapisane, nie stwierdzili, że to najlepsza produkcja w dotychczasowym dorobku Pruvosta, Tamury, Fujii i Orinsa. Z niekłamaną przyjemnością zapraszamy zatem do odczytu, a potem odsłuchu tego doskonałego nagrania.



Koncert składa się z prawie 37-minutowej części pierwszej, rozbudowanej odsłony drugiej, która trwa ponad kwadrans i połączonej z nią w jednym strumieniu dźwiękowym części trzeciej, ponad 8-minutowej, którą stanowi w dużej mierze solowa ekspozycja perkusisty.

Jak przystało na swobodną improwizację, początek koncertu jest rodzajem gry rozpoznawczej – trębackie szmery i podmuchy, pianistyczne inside & outside, wreszcie perkusjonalne błyskotki. Po uformowaniu się strumienia kwartetowych dźwięków opowieść gęstnieje i szuka adekwatnej do pory dnia dynamiki. Trąbki idą w taniec, piano brnie w abstrakcje post-classic, a na werblu rodzi się szurany rytm. Narracja ma teraz linearny charakter, nie brakuje w niej powtarzanych fraz i logiki improwizacji, która raz piętrzy się z emocji, innym razem spowalnia i nabiera oddechu. W okolicach 10 minuty dostajemy się wir niemal freejazzowej ekspozycji piana i perkusji, która dość szybko odnajduje ciszę preparowanych strun fortepianu i perkusjonalnych akcesoriów. Po powrocie trąbek opowieść na kilka chwil staje się rozśpiewaną post-balladą z ujmującą melodyką, w której wnętrzu rodzi się już jednak nowa idea, pomysł na kolejną porcję preparacji, tudzież nerwowy, niemal kompulsywny dialog trąbek. W okolicach 24 minuty scenę opanowuje rezonująca cisza, która implikuje najbardziej mroczny fragment pierwszej części koncertu. Ale i z takiej sytuacji dramaturgicznej muzycy potrafią wydziergać melodię i dać asumpt do płomiennego, finałowego wzniesienia. Set umiera przy frazach deep piano i trębackich lamentach.

Druga część koncertu wydaje się być prowadzona w nieco spokojniejszym tempie, dodatkowo sycona gigantyczną porcją melodii i melancholii pianistki. Pozostali muzycy w wielu momentach pozostają wobec niej w opozycji, zarówno pod względem dynamiki, jak i ekspresji, dzięki czemu cały odcinek charakteryzuje się dużą porcją zaskakujących wydarzeń. Minimalistyczne na starcie post-melodie piana z gardłowymi pomrukami, lekkie, ale świdrujące drony trąbek i perkusjonalne szmery zdają się wraz z upływem czasu przepoczwarzać w abstrakcyjną balladę klawiszowych fraz, trębackich, nadymanych policzków i perkusjonalii, które dość szybko stają się perkusją sugerującą delikatny rytm. Gdy na moment piano gaśnie, dwie trąbki i perkusja szybko idą w tango, które swą gęstością przypomina psychodeliczne tripy tria TOC, tak bliskie sercu perkusisty. Piano wraca na finałowe kilka minut, gdy aura free jazzu leje się już strumieniami. Taka sytuacja sceniczna nie przeszkadza pianistce przemycać do narracji kolejne porcje melodii i delikatnie skrywanej melancholii. Narracja wciąż się nadyma, ale nie eksploduje, raczej rozlewa w szeroki strumień fonii, choć sama rytmika perkusji gaśnie jako ostatnia, pięknie mieniąc się wszelkimi kolorami tęczy, charakterystycznymi dla perkusjonalii. Płynnie przechodźmy zatem do części trzeciej koncertu, która na kilka minut pozostaje w jurysdykcji perkusji. Czarnoksiężnik Orins kreuje nam tu świat wyjątkowych atrakcji brzmieniowych, po czym przechodzi do fazy formowania zgrabnego, po części dynamicznego już drummingu. Pianistka najpierw stawia stemple inside piano, po czym wpada w efektowną, niemal taylorowską histerię. No i jeszcze nerwowo rozśpiewani trębacze! Kwartetowe spazmy wieńczą dzieło, a narracja intrygująco przygasa – najpierw traci tempo, dopiero potem intensywność. Ostatni dźwięk przychodzi jednak dość niespodziewanie.

 

Kaze Unwritten (Circum-Disc, CD 2024). Christian Pruvost – trąbka, flugelhorn, Natsuki Tamura – trąbka, głos, Satoko Fujii – fortepian oraz Peter Orins – perkusja. Nagranie koncertowe, la malterie, Lille, Francja, maj 2023. Trzy improwizacje, 63 minuty.



piątek, 16 lutego 2024

Shrike Records' 2023: Alex Ward! Eddie Prévost’ Chord! Northover, Magliocchi & Gussoni!


Londyńska inicjatywa wydawnicza Shrike Records wystartowała w ciężkich czasach pierwszego covidowego lockdownu, ale po trzech edytorskich latach ma już w katalogu szesnaście pozycji. Z drobnymi wyjątkami zawierają one soczystą, swobodnie improwizowaną muzyką ścisłe związaną ze światową stolicą gatunku, czyli Londynem i w przeważającej większości z muzykami, których śmiało możemy zaliczyć do legend, tudzież istotnych twórców tego kierunku muzyki współczesnej.

Na tych łamach jesteśmy ze Shrike od pierwszego albumu, zatem bez zbędnych introdukcji zagłębiamy się w płytach, które ukazały się w drugiej połowie ubiegłego roku i są pozycjami nr 12, 13 i 14 w katalogu. To trzy prawdziwe perły brytyjskiego free impro (z drobnym zaciągiem włoskim), trzy powody, by paść na kolana i prosić o niski wymiar kary. Dodajmy, iż tytuły te nie znalazły się w liście 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2023 jedynie dlatego, iż trafiły pod strzechy trybunowego recenzenta dopiero w styczniu bieżącego roku. Ale wszystkie one na ów zaszczyt bezwzględnie zasługują.



 

Alex Ward Items 6 & 7 The Recent Past

Cafe Oto, Londyn, lipiec 2022: Alex Ward – klarnet (utwór 1), gitara elektryczna (2), Hannah Marshall – wiolonczela (1), Andrew Lisle – perkusja (1,2), Otto Willberg – kontrabas (1,2), Benedict Taylor – altówka (1), Charlotte Keeffe – trąbka (1,2), flugelhorn (2), Cath Roberts – saksofon barytonowy (2), Sarah Gail Brand – puzon (2), Rachel Musson – saksofon tenorowy (2). Dwie kompozycje, 74 minuty.

Pośród formacji Alexa Warda, które zwinnie improwizują wedle wskazań i w obrębie dobrze skrojonych, kompozytorskich scenariuszy, znamy już Item 4 oraz Item 10. Na najnowszej płycie artysta prezentuje nam Item 6, który realizuje definitywnie model free chamber oraz Item 7, który zagłębia się w meandry ekspresyjnego free jazzu. W sekstecie zdominowanym przez instrumenty strunowe, a konsumującym pierwszy utwór albumu, Alex sięga po klarnet, w septecie, doposażonym w pokaźną watahę instrumentów dętych, a realizującym się w trakcie drugiego utworu, muzyk gra na gitarze elektrycznej.

Dźwięki otwarcia płyną do nas długimi, strunowymi frazami, incydentalnie stemplowanymi szarpnięciami kontrabasu. Tuż potem ma miejsce drobna ekspozycja dęta z molową melodyką. Narracja płynie zarówno czystymi frazami, jak i drobnymi preparacjami, za które odpowiedzialne są trąbka i altówka. Ta pierwsza zdaje się być najaktywniejsza w pierwszej części utworu i odpowiadać za niemal free jazzową eskalację, stymulowaną także akcją perkusji. Po drobnym szczycie sześcioosobowa formacja rozlewa się szerokim strumieniem, z aktywnym udziałem wszystkich aktorów widowiska. Strunowce narastają niczym letnia burza, a dodatkową atrakcją są post-jazzowe wtręty perkusji. Zgodnie wszakże z zapisami kompozycji następuje teraz efektowne zejście w mrok szemranych interakcji. Za kolejną akcję zaczepną odpowiada trio ekspresyjnego klarnetu, wspartego na basie i perkusji. I ta ekspozycja kończy swój żywot w strunowych lamentach. Zmiana goni tu zmianę, zatem dość szybko odnajdujemy się w strumieniu basowego pizzicato, podkreślonego feerią talerzy. Strunowce jednak nie odpuszczają i z gracją baletnicy wypuszczają na solową akcję altówkę. Zew krwi czuje także wiolonczela, która przejmuje główny nurt opowiadania, rozsiewając na scenie niemal folkową poświatę. Tu bystrym kontrapunktem jest wspólna inicjatywa klarnetu i trąbki. Na ostatniej prostej narracja powraca do strwożonego, kameralnego klimatu i gaśnie na głęboko osadzonym, kontrabasowym smyczku.

Edycja septetowa startuje dętymi śpiewami osadzonymi na kameralnie frazującym smyczku basu. Wokół mości się aktywna perkusja, a groźba free jazzu wisi nad wszystkim niczym miecz Damoklesa, szczególnie, gdy tembr gitary staje się dalece mięsisty. Flow nosi znamiona połamanego, ale wyjątkowo precyzyjnego. Świetną zmianę daje baryton wsparty na smyczku, a basowe pizzicato dolewa oliwy do ognia. Uspokojenie tego tygla emocji spoczywa na duecie puzonu i saksofonu. Nowy wątek znów korzysta ze smyczka, a niesiony jest kreatywnością gitary i trąbki. Nie przeszkadza to reszcie załogi udzierać kameralne interludium, które niespodziewanie kończy się w ciszy. Restart jest definitywnie kolektywny i dość szybko wyprowadza narrację na otwarte pole free jazzu, po drodze gubiąc sekundę na efektowny duet gitary i puzonu. W fazie ognistej na froncie dokazują szczególnie baryton i trąbka. Przez moment opowieść zasadza się na narracji dętego kwartetu, w którym każdy gra na innym poziomie intensywności. Piękny moment! Notyfikacja znów szykuje nam wszakże niespodziankę i bez mrugnięcia okiem przenosi w otchłań łagodności, melodii i dramaturgicznej powolności. Nowa akcja zaczepna zasadza się na ekspresji gitary i saksofonu, niesionych masywnym tembrem sekcji rytmu. Gitara szuka tu ściany dźwięku, ale znajduje mrok post-jazzu. Ostatnie trzy minuty, to już faza falling down, budowana posuwistymi, ale leniwymi pociągnięciami pędzla.



 

Eddie Prévost/ NO Moore/ James O’Sullivan/ Ross Lambert Chord

OneCat Studio, Crystal Palace, Londyn, lipiec 2022: Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne oraz NO Moore, James O’Sullivan i Ross Lambert – gitary elektryczne. Siedem improwizacji, 58 minut.

Eddie Prévost, mistrz rezonujących akcesoriów perkusjonalnych, artysta, który z krawędzi wielkiego talerza, zawieszonego na efektownym stojaku potrafi wyrzeźbić frazy dane tylko jemu, spotyka w okolicznościach studyjnych trzech gitarzystów, których zadaniem jest swobodnie improwizowanie w chmurze post-gitarowych preparacji, wyjątkowo silnie nasączonych odczynem kwasowym. Każda z siedmiu opowieści tego albumu mieni się szczególnym pięknem, kolorytem subtelnej, ale totalnej psychodelii.

Schemat dramaturgiczny większości improwizacji jest tu podobny – najpierw ma miejsce gitarowa introdukcja, realizowana zarówno w pojedynkę, jak i kolektywnie, jakby w oczekiwaniu na ruch perkusjonalisty. Ten wchodzi do gry po pewnym czasie i błyszczącym, rezonującym talerzem porządkuje narrację, często tłocząc ją w wielką chmurę ambientu, ale także stymulując gitarzystów do dalszych akcji, które niosą pokaźny nerw kreatywności. Praca gitarzystów ma tu wyjątkowo szerokie spektrum dźwiękowe. Od drobnych plam typowych dla gitarowych przetworników, przez drżenia, pulsacje, szumy, zgrzyty i sprzężenia, aż po brzmienia, które wydają się być niemal elektroakustyczne. Opowieści toczą się tu od lewitującej ciszy aż po smugi post-industrialnej smoły. Potok fonii przypomina strumień płynnej, powulkanicznej lawy. Narracje są często stonowane, smukłe i oniryczne, ale efektownie kontrapunktowane eksplozjami mikro hałasu, tu generowanymi nade wszystko wielkim, rezonującym talerzem. Aura backgroundu jest także bogata, często sycona szumem gitarowych amplifikatorów. Koloryt narracji jako całości mieni się przeogromną paletą barw, a sytuacja, w której możemy bez omyłki wskazać źródła poszczególnych dźwięków lub liczbę gitar frazujących w danej chwili należy tu do rzadkości. Także akcje Prévosta, które nie koncertują się na rezonansie talerza i chętnie wtapiają w post-gitarowe wyziewy, stanowić mogą asumpt dla dysonansu poznawczego odbiorcy.

Pierwsze pięć improwizacji trwa tu od pięciu do dziewięciu minut. Szósta jest nieco krótsza, choć wyjątkowo bogata w wydarzenia, skoncentrowana wszakże na dźwiękach niekiedy bliskich ciszy. Zdaje się być perfekcyjnym podprowadzeniem pod ostatnią część, która trwa ponad kwadrans. Jej początek syci się mnóstwem elektroakustycznych niespodzianek dźwiękowych. Słyszymy tajemnicze odgłosy dochodzące z oddali i moc talerza, który tym razem zagęszcza flow i stawia niebanalne znaki zapytania. Z jednej strony mgławice gitarowej post-psychodelii, nie bez industrialnie brzmiących wtrętów i nerwowy ambient tła, z drugiej rezonujący talerz, swoisty demiurg dramaturgii, który czuwa nad całością, ale też chętnie wchodzi w interakcje, zwłaszcza z bardziej delikatnymi frazami gitarzystów. Przez ostatnie trzy minuty opowieść tonie w pogłosie, pełnym brzmieniowych subtelności.



 

Adrian Northover/ Marcello Magliocchi/ Bruno Gussoni The House On The Hill

Monteggiori Studios, Włochy, lipiec 2023: Adrian Northover – saksofon sopranowy, Marcello Magliocchi – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Bruno Gussoni - flety, shakuhachi. Trzynaście improwizacji, 51 minut.  

Post-stevensowski small drum kit i dwa lekkie, roztańczone, acz definitywnie czupurne dęciaki w kompulsywnej, jakże swobodnej improwizacji. Tym triem zachwycaliśmy się onegdaj i bez cienia wątpliwości umieściliśmy jego album na którymś z rocznych, trybunowych the best-off. Tym łatwiej jest nam teraz zatopić się bez reszty w nowej, studyjnej rejestracji tej włosko-brytyjskiej formacji bez nazwy własnej.

Pieśń otwarcia zdaje się wyznaczać zasady gry na tym albumie. Tworzą ją pokrzykujący saksofon sopranowy i flet pozostające w godowym, nierzadko imitacyjnym tańcu i nerwowe, wielowymiarowe percussion & drums (dokładnie w tej kolejności!), budujące pajęczynę, przez którą nie prześlizgnie się nawet najmniejszy owad. Muzycy świetnie panują tu nad emocjami, ale wielokrotnie dają się unieść swym gorącym temperamentom. Od ptasich small talks, po posuwiste drony lekkich, rozhuśtanych fraz, a wszystko obudowane stevensowskim, niemal unoszącym się w powietrzu drummingiem, który świetnie kontrapunktuje dęte wyczyny. Dęciaki pracują w bardzo szerokim spektrum dźwiękowym, choć po definitywnie preparowane frazy sięgają rzadko. Perkusjonalista czyni to częściej, ale bez szwanku dla dynamiki całości, a jego techniki rozszerzone mają jedynie wzbogacać narrację, nie są zaś celem samym w sobie.

Pośród trzynastu opowieści zamieszczonych na płycie trzy są miniaturami, kolejne dziewięć to rozbudowane, kilkuminutowe historie o intrygującej dramaturgii, a wszystko wieńczy najdłuższa improwizacja, który udanie reasumuje całe przedsięwzięcie. Na albumie dominują dynamiczne ekspozycje, często inicjowane efektownymi brzmieniowo introdukcjami. Na tle tych ekspresyjnych galopad szczególnie urokliwie jawią się opowieści bardziej spokojne, czy wręcz zadumane, jak choćby druga faza szóstej improwizacji, także siódma, wreszcie wyjątkowo mroczna dziesiąta. W dwunastej odsłonie mamy szumiące otwarcie dęciaków, a akcja perkusjonalna pojawia się dopiero po kilku pętlach narracyjnych. Całość, tak czy inaczej, popada we frywolny taniec. Wspaniałym podsumowaniem albumu jest końcowa improwizacja, którą zaczynają perkusjonalne preparacje, a w których uczestniczą także flecista i saksofonista, budujący ramy post-rytmu na bliżej niezidentyfikowanych przedmiotach (lub na korpusach swoich instrumentów). Dęte frazy pojawiają się dopiero po czasie, a cała improwizacja zdaje się być rytualną, pięknie celebrowaną, plemienną fiestą radości i zadumy. Jak już kiedyś o tej formacji pisaliśmy – spuścizna artystyczna Spontaneous Music Ensemble ma w tych trzech muzykach wspaniałych kontynuatorów.