czwartek, 6 października 2016

Vasco Trilla – The Thriller Comes to Town!


Pewien dość znany polski muzyk improwizujący był łaskaw onegdaj zeznać, iż potrzebował pogłębionych studiów w zakresie filozofii dalekiego wschodu, by w pełni zrozumieć ideę muzyki swobodnie improwizowanej.

Trybuna Muzyki Spontanicznej nie ma planów w zakresie studiowania czegokolwiek. Jej wiedza w tym temacie, rodząca czasami przemądrzałe osądy, jest czysto intuicyjna i bazuje na emocjach, będących konsekwencją absolutnego zafascynowania tego rodzaju muzykowaniem.

Czasami na tych łamach pada pytanie o istotę powodzenia w uprawianiu free improvisation, czynione oczywiście wyłącznie z pozycji słuchacza. Bywa, że doceniamy poziom empatii w relacji muzyk-muzyk lub dostrzegamy niezbadane pokłady synergii, wynikające z kolektywnego zespolenia muzyków improwizujących, w obrębie zamkniętej liczby uczestników. Wreszcie wskazujemy na sam warsztat muzyka, bo przecież jeśli potrafisz zagrać wszystko, możesz grać już wyłącznie to, co chcesz.

Dziś, kreśląc muzyczną sylwetkę katalońskiego perkusisty i perkusjonalisty, Vasco Trilli, chciałbym zasugerować, iż w jego wypadku kluczowymi atrybutami powodzenia zdają się być trzy czynniki – po pierwsze, wyobraźnia muzyka, po drugie, jego ponadgatunkowe doświadczenia w uprawianiu muzyki i wreszcie, po trzecie… pracowitość!

A propos ostatniej z wymienionych przywar… W trakcie niepełnych trzech tygodni przełomu września i października, 39-letni Trilla koncertował w Bydgoszczy, Gorzowie Wielkopolskim, Poznaniu, Krakowie, Budapeszcie, dotarł na kilka koncertów do Serbii, a obecnie koncertuje w Bułgarii. Sama ilość koncertów w jednostce czasu nie jest może aż tak wyjątkowa. Znacznie istotniejszy jest fakt, iż w zasadzie na każdym z tych koncertów Vasco grał z innymi muzykami. To a propos … nowych doświadczeń.


Trzy duety

Przegląd krążków z kluczowym udziałem sprawczym Vasco Trilli zacznijmy od duetu z saksofonistą Yedo Gibsonem. Ten ostatni, urodzony w Brazylii 35-latek, od wielu już lat rezyduje w Amsterdamie.  Płyta Inherent Chirality (El Negocito Records, 2016), powstała w okolicznościach koncertowych w amsterdamskim Zaal 100, w maju ubiegłego roku. Sześć improwizowanych fragmentów trwających łącznie 38 minut.




Vasco określa zestaw instrumentalny wykorzystany w trakcie koncertu, jako perkusja i różnorodne perkusjonalia (pamiętacie recenzję z niedawnego koncertu w Poznaniu? Były tego przepastne torby!). Yedo używa saksofonów i instrumentu o nazwie… frula (to rodzaj fletu, pochodzący z Serbii).

Nie będę krył, że ten krótki koncert od pierwszego zadęcia saksofonu i uderzenia w dzwonek, wbił mnie w fotel i trzymał w uścisku do samego końca. Vasco skupiony i precyzyjny, z całą watahą swoich przedmiotów napędza tę maszynę, bez przerw na niedopowiedzenia, czy chwile zawahania. Wibruje, syczy, skowycze i jęczy. Zdziera membrany i poleruje werble. Yedo od owego prymalnego zadęcia, nie odpuszcza choćby na moment, a już w trzynastej sekundzie koncertu udowadnia, że jego pomysły, wyobraźnia, arsenał użytych środków, stanowi dla wytrawnego perkusisty uzupełnienie wręcz idealne. Pięknie i zadziornie płynie na sopranie, w jednym długim, ekstatycznym oddechu, intensywnie wtłaczając w nasze receptory słuchu wrażenia z podróżny w nieznane. W krótkich, urywanych frazach zdaje się przypominać sonorystycznie samego Johna Butchera. Gdy w piątym fragmencie, używając bodaj tylko ustnika, fikuśnym gardłotokiem, narzuca Trilli coś na kształt amazońskiej przygody rytmicznej, wiemy, że po tych muzykach możemy spodziewać się wszystkiego. Efekt poznawczy poszerza ewidentnie, subtelnie kwiląc i pojękując na rzeczonej fruli. Pod koniec występu Vasco znacząco dynamizuje swój drumming, a Yedo soczystym barytonem (?) znaczy teren, jak niedopieszczony kocur z ostrymi pazurami. Finał na ostro wieńczy dzieło!

Niech zasada kontrastu będzie istotnym elementem dramaturgicznym tego tekstu. Do odtwarzacza wrzućmy duet Trilli ze szwedzkim kontrabasistą Johannesem Nästesjö. Nagranie z Golden Studios w Barcelonie, z sierpnia ubiegłego roku, dziś trafia do nas pod tytułem Gingko (Creative Sources, 2016). Siedem odcinków muzycznych – łącznie 46 minut.




Jeśli w trakcie koncertu w Zaal 100, twardo stąpaliśmy po powierzchni, to na czas odsłuchu drugiego duetu musimy zejść o poziom… niżej w naszej muzycznej świadomości. Głęboki i niebywale niski tembr kontrabasu Johannesa, versus przedmioty Vasco, ale tylko te, które nie wydobywają dźwięków wysokich. Tarcie powierzchni płaskich i pochyłych otwiera tę przygodę. Mamy nisko opuszczone głowy i przypomina nam się ewidentnie kowaldowska deep music. Balansujemy na progu ciszy, a prym wiodą przede wszystkim smyczek i nisko brzmiące, tępe dzwonki. Czujemy się jak na koncercie wiolonczelinowym sonat Bacha, w trakcie którego gaśnie światło, a podawane drinki zmyślnie dekonstruują rzeczywistość wokół nas. Johannes wyje jakby z odległej krypty, nawołując umarlaków do ekstatycznego tańca godowego. Pod koniec zabawy, wpadamy w wir dzwonkowej symfonii, której wtóruje palcówka na kontrabasie. Cisza gra tu swoją rolę i nie ma zamiaru odpuszczać. W finalnym, siódmym fragmencie jesteśmy na zupełnie innym koncercie, a sonorystyczna dusza tej muzyki pragnie już tylko odkupienia. Wracamy po chwili do … domu i zamierzamy nie myć uszu przez najbliższe godziny. Niech to trwa.

Po odsłuchu Gingko, czas powrotu do realności umili nam … kolejny duet Trilli, który zdaje się, przynajmniej z dwóch powodów, dość szczególny. Po pierwsze, po części jest występem w … trio, po drugie – na scenie obok jurnego i gotowego na wszystko Katalończyka, spotykamy polski zaciąg improwizatorów.

Cofnijmy się w czasie o trzy lata. Jesteśmy w krakowskiej Alchemii. Na scenie, obok Vasco, Michał Dymny na gitarze elektrycznej oraz Paulina Owczarek na saksofonie barytonowym, która dołączy instrumentalnie do chłopaków jedynie na dwa fragmenty, ale stanowić one będą prawie… połowę nagrania. Po drugiej stronie sceny tym razem bez publiczności (jak sądzę). Muzycy rejestrują dziewięć fragmentów, które po skromnym masteringu trafią na krążek brytyjskiego wydawcy, pod tytułem Cave Canem (FMR Records, 2015). Całość trwa 48 minut.




Panowie startują w duecie, w dynamice, która nie przewiduje wątpliwości w zakresie poziomu oczekiwanej ekspresji. Gitara, choć z prądem, zmyślnie rzeźbi rzeczywistość nieoczywistymi, stonowanymi dźwiękami, napotykając na udane, wielopłaszczyznowe tło różnorodnych perkusjonalii. Oba personalne wymiary tej swobodnej improwizacji lubią pieprz i inne pikantne przyprawy.  Nie stronią od preparacji, nie unikają iście rockowej estetyki (niezły hałas na koniec czwartego interwału!). W kolejnym fragmencie jest chwila na wytłumienie emocji i odrobinę ciszy wewnętrznej. Oto i szósty, tytułowy fragment. Na scenę dumnie wkracza skromna niewiasta z dużym instrumentem. Rytuał zasadniczy tego krążka dokonuje się na naszych oczach. Paulina smaga na ostro, Michał robi basowy background, a Vasco przyczajony z ukrycia, szuka wykwintnego punktu odniesienia. Całość rwie się do lotu, jak upalony kojot i nikt nie chce tu być ostatni w szeregu. Perkusista udanie ogarnia fonicznie popisy koleżeństwa i dopowiada zwinnym kontrapunktem momenty, świadczące o ich nieco mniejszym doświadczeniu estradowym. Siedemnaście minut mija w mgnieniu oka. Przed nami już tylko kolejne drobne wyciszenie, po którym następuje mała pyskówka w trójkącie (Paulina wraca na moment), a finał koncertu bez oklasków osiągamy w posmaku deep music, śmiało nawiązując do ... poprzednio wysłuchanej płyty


Ekscesy solowe

Jak już może zauważyliście, Vasco Trilla jest muzykiem niezwykle pracowitym. Jest także człekiem ambitnym, zatem oczywistym zdaje się fakt tworzenia przez niego muzyki w wymiarze solowym. Jego bogate instrumentarium i eksplozywna wyobraźnia, sprawiająca, iż w każdej nanosekundzie występu ma sto pomysłów na dźwięk (patrz: relacja z koncertu w Poznaniu dwa tygodnie temu), stanowi powód wystarczający, by zmierzyć się na polu swobodnej improwizacji z perkusją i różnorodnymi perkusjonaliami w wymiarze indywidualnym.




W roku ubiegłym, w barcelońskim Golden Studios, Trilla dwukrotnie zmierzył się ze swoją muzyczną wyobraźnią. W maju powstał materiał, który trafił na wydawnictwo The Suspended Step (Discordian Records, 2016), zaś kilka miesięcy później zarejestrowano muzykę, która wypełniła krążek The Raibow Serpent (FMR Records, 2016). Jak zeznaje muzyk, ten drugi zestaw dźwięków nie powstawał z myślą o wydaniu płyty, ale… efekt końcowy tak mocno przypadł mu do gustu, iż zmienił pierwotny zamiar. Nam wypada się jedynie z tego faktu cieszyć. Dodajmy, że obie płyty mają długość winylową.




Wrzący tygiel pomysłów, mnogość doświadczeń nie tylko w sferze muzyki improwizowanej (szczegóły w dalszej części tego tekstu), indywidualny warsztat muzyczny, szeroki wachlarz stosowanych technik wydobywania dźwięków i spora … praktyczna wiedza z fizyki (lekcja: jak rozprzestrzenia się dźwięk), to atrybuty Trilli, które ze szczególnym nasileniem docierają do nas w trakcie odsłuchu jego solowych płyt. Jak już wspominałem w relacji z koncertu tria Mełech/ Trilla/ Mazurkiewicz, moim absolutnym faworytem w arsenale Thrillera jest umiejętność multiplikowania wibracji, w jakie muzyk wprawie różne swoje akcesoria muzyczne. Nie inaczej jest na początku pierwszego z wydawnictw. Wszystko wibruje, skwierczy, i choć działamy wyłącznie akustycznie, dociera do nas dźwięk, przypominający progresywną elektronikę. Nie brakuje mroku, pomruku i tajemniczości, wywodzących się poniekąd … z blackmetalowych doświadczeń muzyka. Żaden dźwięk nie jest tu oczywisty, a poziom przewidywalności tego, co wydarzy się za chwilę, osiąga wartości ujemne. W trakcie siódmego fragmentu drugiej z płyt, mamy wrażenie, że słyszymy…skrzypce. Jest szczypta melodii, jest namiastka rytmu, tylko wskazanego instrumentu brak. Skupiona narracja tej improwizacji pozwala na dostrzeżenie niuansów, zagłębienie się w teksturę muzyki, na czerpanie z tej porcji dźwięków dużej dawki przyjemności. W zestawie perkusyjnym muzyk szuka melodii i… okazji do czynienia hałasu, posiłkując się rosnącą liczbą pomysłów na ich wydobywanie. Sam twierdzi, że ma już na tym punkcie obsesję. Jakiego by nie wziął do ręki przedmiotu, natychmiast sprawdza, co za dźwięk wydaje.


Z archiwum DR

Mam nadzieję, że po lekturze dotychczasowej części tego tekstu, przynajmniej u niektórych z Was powstało przekonanie, jakże oczywiste dla mnie, iż Vasco Trilla ma ewidentnie udany pomysł na muzykę improwizowaną. Nim jednak udacie się na zakupy jego wydawnictw lub … prościej, odpalicie Wasze wymoszczone laptopy i wejdziecie w niezbadane czeluście takiego bandcamp.com, moment jest odpowiedni, by zasiać kaganek oświaty w zakresie innych wydawnictw płytowych ze znaczącym udziałem muzyka z Barcelony. Jeśli Barcelona, do tego improwizowana, to zdecydowanie guglamy Discordian Records i jego obfite zasoby sieciowe z doskonałą muzyką. 

Moje skromne zachwyty nad wydawnictwem The Paradox of Hedonism (Susana Santos Silva/ Tom Chant/ Vasco Trilla, 2015) zostały już na tej stronie upublicznione, zatem zainteresowanych szczegółami odsyłam do stosownego postu o portugalskim tytule (przełom czerwca i lipca, jeśli dobrze pamiętam).




W tym momencie natomiast odpalamy pliki z muzyką kwartetu Caragris (przypominam, że 90% katalogu DR jest dostępna wyłącznie elektronicznie). Płyta zwie się DI-VISION (2013), a firmuje go kwartet mężczyzn o silnych nerwach – Yedo Gibson (dziś już przywołany, saksofon sopranowy, klarnet piccolo), Luiz Rocha (klarnet basowy i sopranowy), El Pricto (piano elektryczne) i Vasco Trilla (to, co zawsze). Nagranie to ze wszech miar wyjątkowe (pięć fragmentów, niespełna 40 minut). Dwa dęciaki, pracujące często w wysokich rejestrach, zwarte w konwulsyjnym boju free improv, kompetentny drummer kreślący granice ich szaleństwa i … elektryczne piano, jakby z innej bajki, ale już po kilku nanosekundach odsłuchu, wiemy, że … to strzał w dziesiątkę! Kładzie nas na łopatki szczególnie środkowy, ponad 15-minutowy fragment Chaos Can Also Be Your Friend (sic!). El Pricto brzmi, jak zdeformowane oczekiwaniem na sukces Return To Forever Chica Corei, dęciaki galopują, niczym amazońskie motyle, którym ktoś powiększył skrzydła, a Vasco czujny, jak jedwabnik, łaskocze ich po piętach. W finale nie mamy wyjścia – musimy zachwycić się dialogiem klarnetu basowego z klarnetem piccolo (a piano rzeźbi na boku, jakby na przekór tej wojnie). Doskonałe nagranie! Dodam (przypomnę), by wzmocnić przekaz moich pokracznych metafor, że Rocha, podobnie jak Gibson, pochodzi z Brazylii, a El Pricto z Wenezueli. Trilla – wiadomo, to facet z piekła rodem.




Od razu jedziemy dalej – w nasze rozgrzane uszy wlejmy kolejny potok frapujących dźwięków. Tym razem wydawnictwo o tytule Malfunction At Robadors (2014), nad którym na kalejdoskopowej okładce widnieją trzy nazwiska: Nuno Rebelo (gitara elektryczna), Don Malfon (sax; znamy się!), no i Vasco Trilla. Na całość składa się sześć improwizacji (prawie godzina muzyki). Znów grzęźniemy w oparach intrygującego free improvisation. Ciekawy, ba, wyśmienity gitarzysta, co to słychać, że nie jeden podest estradowy w życiu zaliczył, pięknie kreśli zarys rytmiczny dla eskalujących improwizacji saksofonu, a gdy chwila na to pozwala, tryska milionem pomysłów na sekundę, by skutecznie przykuć naszą uwagę. Malfon nie pozostaje dłużny. Wymiana ciosów, pyskówki i krwiste przechwalania. W tym wszystkim trochę brakuje miejsca dla Vasco, któremu nie jest łatwo przebić się przez dialog kolegów. Ale daje radę – ostatnie dwie minuty koncertu są wyłącznie jego!

Po takiej dawce paraliżujących emocji, czas na interwał w klimatach choć trochę spokojniejszych. Może zatem wydawnictwo Obed Marsh (2014), za które odpowiada także trio – Diego Caicedo (gitara elektryczna), Johannes Nästesjö (kontrabas) i nasz bohater ze standardowym zestawem zabawek. Pięć improwizowanych fragmentów – 36 minut muzyki.

Znamy nam już z drugiego dziś omawianego duetu, szwedzki kontrabasista robi tu swoje, ryjąc niskimi pasażami parkiet pomieszczenia, gitarzysta spontanicznie kwili na swym sześciostrunowcu, nieśpiesznie, w cokolwiek psychodelicznych klimatach, a Yasco barwnie … dzwoni, budząc rytuał melodii. Opowieść to dla bardziej ugrzecznionych chłopców, bo łobuzom przy niej trochę swędzą ręce. Ale do czasu – w czwartym numerze Panowie rozpuszczają włosy i generują hałas, który budzi w nas rockowe zwierze. Na finał wracamy do punktu wyjścia i zadowoleni, szukamy kolejnych wrażeń.

Na koniec tego fragmentu The Thriller Story, wróćmy do polskiego wątku w życiu artystycznym katalońskiego perkusisty. W sierpniu 2012 roku, wraz z El Pricto, gościł on chwil kilka w Krakowie. Efektem tych wakacji dwa wydawnictwa DR. Najpierw koncert na Festiwalu Bezdroża, firmowany przez sekstet o nazwie Pseudo_Devival 1 i zatytułowany, jakże by inaczej, Live In Krakow (2012). Obok gości z Katalonii, na scenie w Alchemii meldują się: znani już z dzisiejszej opowieści, Paulina Owczarek (saksofony) i Michał Dymny (gitara elektryczna), a także Wiktor Krzak (bassoon) i Tomek Chołoniewski (perkusja). Dla porządku dodajmy, iż El Pricto korzysta z saksofonu i… pełni także rolę dyrygenta muzyki, która wedle słów muzyków, została stworzona w drodze … improwizacji. Drugim dowodem na obecność Trilli podówczas w Krakowie - wydawnictwo Money Back Guarantee (2013). Podmiot wykonawczy przyjął tym razem nazwę.. Elder Space Bankers. W jego składzie dokładnie Ci sami muzycy, którzy firmują Live In Krakow, jedynie bez udziału Chołoniewskiego.




Pierwsze wydawnictwo przynosi 50 minutowy koncert, drugie zaś – choć także powstało w Klubie Alchemia – jest ponad dwugodzinną rejestracją gry na 100%, ale bez udziału publiczności. Muzyka kipi od pomysłów, które przynajmniej w 50% zostały świetnie zrealizowane w żmudnym procesie improwizacji, delikatnie sterowanym przez El Pricto. Nagranie drugie przynosi wiele wyciszonych i naprawdę smakowitych fragmentów free improv, podczas gdy pierwsze bardziej oscyluje w kierunku ekspresyjnego free jazzu, z nieźle momentami hałasującą gitarą. Gdyby z tych prawie 180 minut muzyki sekstetu i kwintetu, zarejestrowanych cztery lata temu w Krakowie, wykroić pełnowymiarowy dysk, ja pierwszy stanę w kolejce, by go kupić.

Omówione wyżej krążki nie wyczerpują bynajmniej katalogu płyt diskordiańskich z udziałem Trilli. Reszty płyt poszukajcie i przesłuchajcie już sami. Tu wskazałem, w mojej ocenie, te najbardziej wartościowe i z różnych względów interesujące.


W poszukiwaniu doświadczeń

Jak wspominałem już niejednokrotnie, Vasco Trilla w procesie budowania zmyślnych i swobodnych improwizacji, czerpie garściami ze swych muzycznych doświadczeń na polu … innych estetyk muzycznych. Grał m.in. rocka progresywnego w zespole Planet Imaginario, jazz-rockowym oktecie, który nagrał trzy płyty, w tym dwie dla prestiżowego labela Cuneiform Records. Muzykował w estetyce avant-rockowej w takich grupach, jak Outerzone, October Equus, Reptilian Mambo, czy Machacachakras (dekonstruowany elektroniką duet na flet i perkusję). Nie stronił od estetyki death i blackmetalowej, zmyślnie krosowanej z jazzem, m.in. w ramach inicjatywy Triple Zero (to jakby rozwinięcie w/w duetu, poprzez dodanie trzeciego człowieka, wzmagającego elektroniczne penetracje – piorunująca i piekielna mieszanka, osadzona po części w dark ambiencie, przy okazji dowód na to, że mroczny metal można grać …bez gitar). Wreszcie był (i pewnie jest) aktywnym członkiem dużego składu Filthy Habits Ensemble, kierowanego przez El Pricto, który w całkiem rozwichrowanej, jazz-rockowej estetyce gra zarówno kompozycje Franka Zappy i twórcze rekonstrukcje Igora Strawińskiego, jak i kompozycje własne.

Nagrania większości z tych zespołów śmiało odnajdziecie w sieci (oczywiście bandcamp), a nagrania, przywołanego na koniec FHE, dostępne są także w katalogu Discordian Records


What next?

Zupełnie na sam koniec dzisiejszej opowieści, wracamy po raz kolejny do wątku polskiego w twórczości Trilli. Właśnie ukazała się – jako dodatek do progresywnego pisma Lizard – płyta lubelskiej załogi Tatvamasi Dyliżans Siedmiu. W tymże nagraniu, obok Vasco, dostrzegamy także na saksofonach Yedo Gibsona.

Ponadto na rychłe wydanie oczekuje kolejna krakowska płyta Vasco. Do spółki z Rafałem Mazurem i Michałem Dymnym, powstał krążek, który trafi do nas za pośrednictwem Not Two Records (znam tytuł, ale nie wiem, czy mogę go upublicznić). Na końcowym etapie  procesu edytorskiego znajdują się nagrania tria Mełech/ Trilla/ Mazurkiewicz, a także duet Vasco z Mikołajem Trzaską (tu także nagranie ma już tytuł).


Thank You Vasco, for detailed informations about You and Your Music!
Moltes Gracias! 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz